Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 czerwca 2026

2388. "O Maryjo żegnam Cię..."

"Pożegnanie Matki"
Byłaś tu z nami przez niecały rok,
podążaliśmy za Tobą krok w krok.
Gdy się zjawiałaś - fanfary Ci grały,
gdy odjeżdżałaś - dzieci Twe płakały.
Wieś to czy miasto, Ty nie patrzyłaś,
jak dobra Matka z nami wciąż byłaś.
Modlitw i próśb z uwagą słuchałaś,
wraz z cierpiącymi cicho płakałaś.
A małe dzieci swym wolnym ramieniem,
chciałaś ocalić przed wszelkim cierpieniem.
W dniu pożegnania my Ci dziękujemy,
za Twoją obecność, twarz z ranami ciętymi.
Nie mówimy "Żegnaj", a "do zobaczenia",
bo się zobaczymy już pod koniec sierpnia.
A na zakończenie jeszcze, Jasnogórska Pani,
w sercu swym wołamy - módl się za nami.

Siewierskie Dni Dzielenia i Głoszenia wspólnoty "Wiara i Światło" zbiegły się w czasie z diecezjalnym pożegnaniem kopii jasnogórskiej ikony, która przez 10,5 miesiąca peregrynowała po całej diecezji, odwiedzając wszystkie jej parafie i ważniejsze instytucje. Chociaż nawiedziła ona wiele parafii już podczas poprzedniej peregrynacji na przełomie lat 70 i 80 ubiegłego wieku, tak naprawdę mieściły się one jeszcze w obrębie archidiecezji częstochowskiej. Teraz, w trzeciej dekadzie XXI wieku, kolejna peregrynacja rozpoczęła się od naszej, sosnowieckiej diecezji, liczącej sobie w tym roku 34 lata. Była to wielka radość, że kolejne ogólnopolskie pielgrzymowanie rozpoczyna się właśnie od nas. Ale i zaszczyt, że tak się stało mimo tych wszystkich afer z ostatnich lat. A jednocześnie niezwykła odpowiedzialność.
W zasadzie ten czas, jaki przeznaczono na peregrynację obrazu w naszej diecezji minął niesamowicie szybko. Mam jeszcze żywo w pamięci ostatnią sobotę sierpnia 2025 roku, kiedy witaliśmy kopię ikony w sosnowieckiej katedrze (pisałam o tym >>tutaj<<). Potem rozpoczął się piękny czas podążania za ikoną śladem "Nabożeństw Jubileuszowych" trwających do końca adwentu. Udało mi się być na paru, z czego bardzo się cieszę. Szczególnie, że do dzisiaj pracują we mnie niektóre myśli, które wówczas usłyszałam. Następnie nastał drugi etap, postjubileuszowy, w którym w dalszym ciągu Maryja odwiedzała nasze parafie. Na przełomie kwietnia i maja wzięłam udział w kilku takich spotkaniach. W sumie wszystkich było dziewięć. Dziewięć niezwykłych spotkań, z czego każde z nich zostawiło we mnie jakiś ślad, niczym dwie rysy na jasnogórskim obliczu.
Czy wobec tego mogłabym sama z siebie nie pojechać na pożegnanie kopii ikony, które zaplanowane było na godzinę 16:00? Sprawdziłam niedzielne połączenia z jednego miasta do drugiego i szybko stwierdziłam, że jest to możliwe. Musiałam tylko zaraz po ostatniej przedpołudniowej Mszy udać się na przystanek i wsiąść do linii jadącej do Sosnowca, co zresztą zrobiłam. Po jakiś 40 minutach przesiadłam się na autobus jadący do centrum, a stamtąd już na nogach podeszłam do katedry. W drodze oczywiście musiała być książka, bo jak to tak jechać autobusem i nie czytać książki? W ogóle ostatnio miałam dziwną rozmowę z pewnym panem, z którym czasami siedzimy razem. Otóż raz wsiadł przystanek wcześniej, a że go nie zauważyłam, usiadłam na pojedynczym siedzeniu i wyciągnęłam książkę, jak to ja. To teraz usłyszałam, że on wyraźnie widział, że ja cały czas wgapiam się w telefon. Po pierwsze, co go to obchodzi, po drugie, ja to nie on (bo zawsze kiedy obok niego siedzę, to bawi się możliwościami AI), a po trzecie - jam jeszcze komórkowa, a nie smartfonowa, więc nawet nie mam się w co wgapiać. Niby jakieś tam prymitywne gierki mam, no ale... Wolę książkę :). Albo wyglądanie przez okno.
Kiedy dotarłam na miejsce wierni odmawiali już Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Podejrzewając, że niewiele zobaczę w samej świątyni, jak i to, że będzie w niej zaduch, usiadłam sobie spokojnie w jej przedsionku i dołączyłam do reszty, odmawiając na paciorkach kolejne "Dla Jego bolesnej męki - miej miłosierdzie dla nas i świata całego". 
Była godzina 16:00, kiedy księża w uroczystej procesji weszli do kościoła i z czcią ucałowali ołtarz. Towarzyszył temu śpiew pieśni będącej hymnem peregrynacji - "Z Tobą Maryjo pielgrzymujemy".
Głównym celebransem Mszy świętej na pożegnanie ikony był nuncjusz apostolski w Polsce, Antonio Filipazzi. On to też wygłosił do nas homilię, w której przypomniał, że autentyczna pobożność maryjna nie może kończyć się tylko na zewnętrznych gestach. Owszem, one są piękne i potrzebne, ale tak naprawdę powinny one prowadzić dużo dalej - do Ewangelii, Chrystusa oraz przemiany serca. Maryja, tak samo jak w Kanie Galilejskiej, wciąż nam powtarza - "Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie". A w ciągu ostatniego roku wielu diecezjan zrobiło coś prostego, a zarazem bardzo ewangelicznego - otworzyło drzwi, przyszło na modlitwę, czuwało nocą, niosło obraz spojrzeniem, śpiewem, obecnością, przygotowało kościoły, place, procesje oraz liturgie, a czasami po prostu ugotowało zupę. Bo wielkie wydarzenia w Kościele nie dzieją się tylko przy ołtarzu i mikrofonach, ale też tam, gdzie ktoś kroi chleb, podaje gorącą herbatę lub kawę, niesie talerz komuś zmęczonemu, kto przyjechał z daleka i od wielu godzin jest na nogach.
Pięknym momentem było podziękowanie za nawiedzenie oraz zawierzenie diecezji opiece Matki Bożej Częstochowskiej:
"Wielbi dusza moja Pana…
Maryjo, Nasza Jasnogórska Mamo i Królowo!
Jesteśmy dziś przed Tobą – jako Kościół sosnowiecki – poruszeni do głębi serca. Kończy się czas Twoich odwiedzin w naszych parafiach, ale nie kończy się Twoja obecność. Przez te miesiące uczyłaś nas, że Bóg nie patrzy na nas z daleka, ale wchodzi w naszą codzienność. Podnosimy dziś głos, nieco drżący, ale pełen miłości, by wraz z Tobą wyśpiewać Magnificat naszej wdzięczności i nadziei.
W obecności Arcybiskupa Nuncjusza, moich braci w biskupstwie, kapłanów, osób konsekrowanych i Was wszystkich, najmilsi – Ludu Boży Sosnowieckiej Ziemi – mówię: dziękuję.
…i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim. Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy.
Matko, Ty znasz nasz Kościół. Znasz nasze rany, nasze ciche łzy, zmęczenie, ale i tę niezwykłą, ukrytą w sercach tęsknotę za pięknem Ewangelii. Dziś dziękujemy Bogu za to, że wejrzał na nasze uniżenie. Że w Twoich oczach, Maryjo, nie widzieliśmy surowej Nauczycielki, ale czułość Matki, która nie gorszy się naszymi słabościami, ale przytula nas delikatnie, gdy najbardziej boli. Przyniosłaś nam Chrystusa, który leczy połamane relacje i podnosi to, co w nas upadło.
Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, a Jego imię jest święte.
Wielkie rzeczy uczynił nam Wszechmocny! Przez te dni peregrynacji doświadczyliśmy cudu otwartych serc. Widzieliśmy mężów i żony płaczących przy Twoim wizerunku, odnajdujących na nowo utraconą bliskość. Widzieliśmy młodych, którzy w Twoich oczach szukali sensu życia, i chorych, którzy w ciszy szeptali swoje „fiat”. To są te wielkie rzeczy – niewidoczne dla świata, a bezcenne w niebie. Święte jest Imię Boga, który na ruinach naszych ludzkich planów potrafi odbudować ludzkie serca i żywy Kościół.
Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie nad tymi, którzy się Go boją. Okazał moc swojego ramienia, rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.
Maryjo, pragniemy być Kościołem miłosierdzia. Chcemy porzucić wszelką pychę, zabezpieczenia i fasady. Przepraszamy za chwile, gdy jako wspólnota zapominaliśmy o tym, co najważniejsze – o miłości i prostocie. Prosimy Cię, rozprosz w nas wszystko, co buduje mury, a nie mosty. Naucz nas żyć w prawdzie, która wyzwala, i w pokorze, która pozwala usłyszeć drugiego człowieka.
Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił.
Ty wiesz, jak bardzo jesteśmy dziś głodni. Głodni autentycznych relacji, głodni świętości, głodni Boga. Przynosimy Ci, Mamo, nasze rodziny, parafie, nasze wspólnoty i domy zakonne, a także inne miejsca, gdzie się gromadzimy. Wywyższ w nich to, co pokorne i ciche. Niech nasze plebanie, kościoły i mieszkania staną się domami bezpiecznymi, o otwartych drzwiach, gdzie nikt nie czuje się samotny, odrzucony czy oceniany. Nasyć nas chlebem miłości, byśmy potrafili dzielić się sobą z tymi, którzy stracili nadzieję.
Ujął się za swoim sługą, Izraelem, pomny na swoje miłosierdzie. Jak obiecał naszym ojcom, Abrahamowi i jego potomstwu na wieki.
Bóg pamięta o swoim przymierzu. On nie opuścił diecezji sosnowieckiej!
Dlatego dzisiaj, na zakończenie tej świętej drogi, z absolutną ufnością i dziecięcym oddaniem, zawierzam Tobie, Matko Jasnogórska, całą naszą diecezję:
– Zawierzam Ci każde małżeństwo i rodzinę, a także każde poczęte i nienarodzone dziecko – niech nasze domy będą sanktuariami życia, przebaczenia i czułości;
– Zawierzam Ci naszych kapłanów i osoby konsekrowane – odnów w nich pierwotną miłość, daj im serca ojców i matek, bliskich każdemu człowiekowi;
– Zawierzam Ci młodych i dzieci – rozpal w nich ogień wiary, który rozgoni mroki zwątpienia i pozwoli im zaufać natchnieniom Ducha Świętego;
– Zawierzam Ci powołania do życia małżeńskiego i rodzinnego, do kapłaństwa i życia konsekrowanego – niech młodzi nie boją się wybierać miłości na zawsze;
– Zawierzam Ci cierpiących, samotnych, nie idących razem z nami, pogubionych na drogach życia – niech w naszym Kościele znajdą swój bezpieczny port;
– Zawierzam Ci przyszłe pokolenia naszej diecezji – tych, których imion jeszcze nie znamy, a których Bóg już zna i kocha. Strzeż ich wiary, rodzin i powołań;
Maryjo, Gwiazdo Ewangelizacji!
Wychodzimy na drogi synodalne, chcemy iść razem, słuchając siebie nawzajem i Ducha Świętego. Prosimy, towarzysz nam. Bądź z nami w tej drodze duchowej, moralnej i relacyjnej odnowy. Nie pozwól nam iść samym. Naucz nas patrzeć na siebie nawzajem tak, jak Ty patrzysz na nas – z niezawodną nadzieją.
Weź nas za rękę. Przeprowadź przez noc ku porankowi Zmartwychwstania. Jesteśmy Twoi, z Tobą chcemy budować Kościół żywy, święty i pełen miłości.
Królowo Polski!
Tobie się oddajemy, Tobie ufamy i z Tobą idziemy w przyszłość. Amen."
Tuż przed opuszczeniem murów sosnowieckiej katedry wybrzmiało uroczyste "Te Deum", jako znak wdzięczności za to, że mogliśmy u siebie gościć tak wyjątkowego gościa. Tego dnia było pochmurnie, jednak w chwili, gdy asysta wynosiła obraz, na niebie rozbłysło słońce, jakby sama Maryja otaczała naszą diecezję swoim blaskiem. Wkrótce ikona została załadowana do samochodu-kaplicy i odjechała do diecezji rzeszowskiej, gdzie czekali na nią kolejni wierni.
Peregrynacja pozostawiła po sobie jasny blask oraz piękne wspomnienia. Niektóre z nich zostały uwiecznione na zdjęciach, inne na kartach kronik. A jeszcze inne w głębi serca, gdzie są dostępne tylko dla świadków tych zdarzeń. Pokazała też piękno wspólnot, piękno wiary, piękno ludzkich serc. Pokazała też, że diecezja i kościoły to nie pojedyncze, grzeszne osoby, ale wspólnoty, które są piękne jak kwiaty stojące w wazonach ustawionymi przed tronami maryjnymi, a ich serca powiewają niczym proporczyki na wietrze. Bo takim znakiem charakterystycznym obecności ikony w danej parafii były proporczyki z chorągiewkami rozciągnięte wzdłuż drogi. Za każdym razem, kiedy je widziałam, czułam autentyczne wzruszenie, że teraz oto w tej parafii Matka jest wraz ze swoimi dziećmi.

sobota, 4 kwietnia 2026

2344. Przepraszam...

Myślę, że winna Wam jestem przeprosiny. Przeprosiny za nieobecność, za milczenie na Waszych blogach, może też za to, że niektórych z Was może zawiodłam nie pozostawiając śladu pod wpisami. To nie tak, że, kolokwialnie pisząc, olewam Was, czy mam Was gdzieś. Ostatnio dostałam kilka meili, które by tak sugerowały. I zrobiło mi się przykro. Za bardzo nie wiem jak się wytłumaczyć. Chciałabym napisać tak bardzo popularną wymówkę, że "nie mam czasu". Ale wtedy czułabym się nie fair, że dla jednych go mam, a dla innych nie. Prawda jest taka, że aktualnie żyję trochę na raty: jak jest źle, to leżę bez sił, jak dobrze, staram się nadrobić wiele rzeczy, co znowu nie jest takie proste. Mogłabym jak kiedyś poświęcać swój wolny czas i po nocach komentować Wasze blogi, ale ostatnio zostawiam kilka komentarzy mam dosyć. Chyba skończyły się czasy, kiedy chciałam każdemu dogodzić, aby czuł się doceniony. Kiedy poświęcałam na to całe godziny. Teraz po odwiedzeniu i skomentowaniu kilku blogów mam fizycznie dosyć. Tym bardziej, że pisanie komentarzy też u mnie trwa. Wiem, że wielu moich czytelników tego nie zrozumie. I chyba nawet jest mi to obojętne. Już obojętne. 
Ech, chciałabym Was też przeprosić za to, że nie wysłałam ani jednej kartki z życzeniami. Za dużo szpitala w ostatnich tygodniach, a za mało wolnego czasu, takiego tylko dla siebie. Plany były ambitne, rzeczywistość jednak mnie pokonała. Jest mi potwornie z tego powodu wstyd wobec tych, których naprawdę lubię i którym chciałam zrobić małą przyjemność w skrzynce pocztowej. Niedyspozycja mnie pokonała... Małym promyczkiem radości jest dla mnie to, że udało mi się zrobić trzy skromne kartki dla ulubionych kapłanów. 
Nawet zastanawiam się nad zaprzestaniem prowadzenia bloga i w ogóle bloggowania, skoro nie mam czasu na tą sferę życia. Może tak by było lepiej... Bo człowiek chciałby wszystkich zadowolić, ale wie, że to nie ma sensu...
A żeby nie było tak smętnie, to zejdźmy na aktualny temat, czyli święta zmartwychwstania Pańskiego.

Gdyby nie...

Gdyby nie Wielki Czwartek,
i blask Wieczernika dyskretny,
Nie było by Eucharystii.
Czy kapłan byłby potrzebny?
Gdyby nie Wielki Piątek,
wprost na Golgotę wiodący.
Nie byłoby Drogi Krzyżowej,
Bóg nie byłby umierający.
Gdyby nie Wielka Sobota,
w biel szat przyodziana.
Jezus by wciąż leżał w grobie,
nie byłoby zmartwychwstania.
Gdyby nie niedzielny ranek,
uderzeń dzwonów brzmiący.
Nie poznałbyś Bożej Miłości,
Miłości jak ogień gorącej.
Gdyby Go Judasz nie wydał,
a Piotr nie zaparł nad ranem.
Nie było by dusz odkupienia,
zamknięte by były Nieba Bramy.

Z okazji tych najważniejszych świąt Wielkiej Nocy życzę Wam i Waszym najbliższym: radości, która nieustannie świeci blaskiem bijącym z grobu zmartwychwstałego Pana, miłości na wzór tej płynącej z Serca Pana Jezusa nadziei, z jaką Dobry Łotr zwrócił się do Pana w ostatnim swoim tchnieniu, wiary setnika pod Krzyżem oraz odwagi trzech niewiast w głoszeniu Prawdy, nie tylko na najbliższe dni, ale na cały najbliższy rok!

sobota, 21 lutego 2026

2326. Wielkopostne myśli A.D. 2026

Po raz kolejny wkroczyliśmy w trwający czterdzieści dni okres Wielkiego Postu. Wesołość ustąpiła miejsca zadumie, zabawa - wyciszeniu, pokusy - wstrzemięźliwości. Wbrew opinii niektórych osób nie ma to być okres bezkresnego smutku, a raczej niegasnącej Nadziei. Nadziei, że chociaż z prochu powstaliśmy i w proch się odwrócimy, jak słyszeliśmy w czasie obrzędu posypania głów popiołem w Środę Popielcową, to nasze ciała zmartwychwstanie na wzór zmartwychwstania Pana Jezusa.
Trwający Wielki Post to też dobra okazja, by stać się chociaż trochę lepszym. Lepszym dla innych, Pana Boga, ale też dla siebie samego. Nie na darmo jego trzema wyznacznikami są post (czyli coś dla nas), modlitwa (coś dla Boga) oraz jałmużna (coś dla innych). Coś... czasami jedno maleńkie wyrzeczenie... Może raz na kilka dni nie zjem ciastka, nie wypiję kawy, czy też słodkiego napoju, może nie będę tak często zaglądać w media społecznościowe na rzecz własnego rozwoju albo poświęcenia tego czasu innym. Może wreszcie uśmiechnę się do pani ekspedientki albo zagadnę do sąsiadki z drugiego piętra. A może po prostu nie będę nikogo tak bardzo obgadywać. Może okażę wdzięczność, zamiast ciągle narzekać. Ile ludzi tyle dobrych pomysłów na ciekawą i niebanalną interpretację postu, modlitwy i jałmużny.
Nie należy zapominać, że nawrócenie nie zaczyna się od wielkich deklaracji, ale od ciszy i uważności, jak w swoim przesłaniu na Wielki Post pisze papież Leon XIV. Zwraca on uwagę na to, że nadmiar bodźców, informacyjna nadprodukcja oraz spiętrzone obowiązki rozpraszają nas do tego stopnia, że gubimy wewnętrzny porządek. Tym bardziej Wielki Post powinien stać się okazją do "przywrócenia środka ciężkości", umieszczenia Boga w centrum naszej codzienności, odzyskania równowagi, jak też uporządkowania relacji, które cierpią najbardziej, kiedy żyjemy w ciągłym pośpiechu.
Papież wyraźnie podkreśla, że pierwszym krokiem do przemiany jest słuchanie. Nie chodzi tutaj tylko o słuchanie Słowa Bożego podczas liturgii, ale też o uważność na historie ludzi obok nas, ich potrzeby, lęki, cierpienie oraz samotność. Ze względu na natłok natychmiastowych komentarzy, szybkich osądów i sporów prowadzonych podniesionym tonem, słuchanie staje się aktem odwagi i dojrzałości. Pozwala ono zobaczyć drugiego człowieka bez uprzedzeń oraz otwiera przestrzeń na prawdę, której nie da się zamknąć w krótkim zdaniu. Papież sugeruje, że takie słuchanie może uczyć rozpoznawania realnych "wołań współczesności", dramatu ubóstwa, niesprawiedliwości i wykluczenia. Prowadzi więc do odpowiedzialności, a nie do samej emocji.
Według powyższej perspektywy Ojciec Święty interpretuje również post nie ograniczając go jedynie do praktyk żywieniowych (chociaż ich rola w dalszym ciągu pozostaje ważna), lecz proponuje post rozumiany szerzej. Konkretniej jako narzędzie do porządkowania swoich pragnień, oczyszczania serca i dyscypliny otwierającej na dobro. W tym roku szczególny nacisk kładzie na "post od słów", tj. złośliwych komentarzy, obmowy, pochopnych ocen oraz ostrych reakcji. Papież zachęca wszystkich do "rozbrajania" języka, do wyboru łagodności w miejsce krytyki, zrozumienia zamiast uprzedzeń oraz milczenia zamiast impulsywnej riposty.
Na końcu papież bardzo mocno akcentuje być może najtrudniejszy wymiar, jakim jest wspólnota. Przypomina, że nasze nawrócenie nie jest tylko projektem indywidualnym, dotyczy też stylu relacji, jakości rozmowy i gotowości do usłyszenia drugiego człowieka. Wspólnota to ma być miejsce, w którym słucha się nie tylko Słowa Bożego, ale też siebie wzajemnie: swoich trosk, wątpliwości i bólu, które często są po prostu niepowiedziane. We wspólnotach rodzą się drogi wyzwolenia i budowania pokoju, nie przez wzniosłe hasła, ale przez codzienny trening uważności, słowa i odpowiedzialności.
Obok wyniosłych słów papieża Leona XIV stają równie ważne przesłania naszych lokalnych kapłanów. Ksiądz na wieczornym kazaniu w Środę Popielcową powiedział taką bardzo ciekawą rzecz - każdy z nas jest takim palącym się ogniskiem, do którego trzeba nieustannie dokładać, aby ten żar nie wygasł. Są jednak różne materiały, które mogą w różny sposób wpływać na jakoś płonącego ognia. Jedne, chociaż tanie i łatwo dostępne, będą go przygaszać, inne natomiast będą sprawiać, że płomień będzie świecił mocnym blaskiem. Które wybierzemy na następnych 40 dni poprzedzających Mękę Pańską? Czy pójdziemy prostą, ale powierzchowną drogą, czy może wybierzemy tą bardziej wymagającą, ale i w większym stopniu działającą na nas i na innych? Wybór należy do nas, a odpowiednie owoce zbierzemy po naszej pracy.

Modlitwa do Jezusa Frasobliwego
Przychodzę do Ciebie w ciemnym kościele
niczym w Kajfasza ciemnicy.
Klękam przed Tobą, Jezu cierpiący,
chcę dotknąć Twej tajemnicy.
Tyś wiedział, że umrzesz, zostaniesz zdradzony,
aż w końcu ukrzyżowany.
Że umrzesz bym ja mógł żyć po wieki z Bogiem,
jakiś Ty Jezu kochany.
Patrzę na Ciebie, w koronie cierniowej,
gdzie każdy kolec rani Twą głowę świętą.
Wspominam Twą drogę, Twą mękę na krzyżu,
do końca przeze mnie niepojętą.
O Panie, choć jesteś słaby, wzgardzony,
to widzę w Tobie obraz Pana Boga.
Daj mi Twej siły, dodaj odwagi,
weź za rękę, kiedy dopadnie mnie trwoga!

środa, 21 stycznia 2026

2310. "A cóż piękniejszego nad niebo, które przecież ogarnia wszystko, co piękne?" (M. Kopernik, "O obrotach ciał niebieskich")

Wstęp do słynnego na cały świat dzieła naszego czołowego astronoma Mikołaja Kopernika "De revolutionibus orbium coelestium", czyli po prostu "O obrotach sfer niebieskich" rewelacyjnie zinterpretowany w piosence Lecha Makowskiego (szerzej pisałam o niej w >>tym<< wpisie) towarzyszy mi zawsze w tych momentach, kiedy mam okazję wznosić swoje oczy i patrzeć nimi w górę, w niebo. A spoglądam często, zarówno w tych momentach, kiedy jest ono bezchmurne, pochmurne, jak i okryte mrokiem nocy. Coraz częściej i coraz głębiej zachwycam się jego pięknem oraz harmonią zjawisk, jakie nam ono oferuje. Coraz bardziej świadomie podziwiam też piękno świata, stworzonego ręką niewidzialnego. Zwłaszcza kiedy jestem na wsi, bądź w górach, gdzie przyrodę można chłonąć wszystkimi swoimi zmysłami.
Zorza polarna to w południowej części naszego kraju zjawisko rzadko spotykane. Chciałoby się powiedzieć - nie ten klimat. Może coś w tym jest. Ale jeżeli pojawia się okazja zobaczenia tak niesamowitego spektaklu, to czemuby z tego nie skorzystać? Umówiliśmy się z najlepszym szkolnym kolegą i koleżanką, że wspólnie będziemy świadkami tego, co zafunduje nam niebo. Nawet dobrze się stało, bo Rafael miał na tyle dobry aparat, że to on robił fotografie, które wykorzystałam w tym wpisie.
Można powiedzieć, że z Katią i Rafaelem tworzę zgraną paczkę, chociaż Katię znam od czwartej klasy szkoły podstawowej, a Rafaela od ostatniego semestru nauki w gimnazjum. Z Katią siedziałam w ławce przez sześć lat, do końca gimnazjum, z Rafaelem przez cały okres nauki w liceum. Razem trenowaliśmy lekką atletykę, razem startowaliśmy w zawodach sportowych, razem jeździliśmy na obozy sportowe. Przez te wszystkie lata naprawdę zżyliśmy się ze sobą i zawiązaliśmy silne więzi.
Biorąc udział w zeszłorocznej Ekstremalnej Drodze Krzyżowej po moim mieście (w dużej mierze) w pewnym momencie trafiłam na niezbyt wysokie wzniesienie. Było ono dużo mniej wymagające od znajdującego się w samym mieście stromego Wzgórza Gołonowskiego i dużo przyjemniejsze do wdrapania się na nie. Kiedy kilka dni wcześniej zastanawialiśmy się, skąd moglibyśmy podziwiać ową zbliżającą się zorzę, na myśl przyszło mi właśnie ono. Tym bardziej, że Rafael jest szczęśliwym posiadaczem samochodu, a w związku z tym nie mieliśmy problemu z powrotem do domu.
Oglądając przepiękną grę świateł na ciemnym nocnym niebie, w głowie miałam kolejne wersy wspomnianego na początku "De revolutionibus" (bo taki tytuł nosi ta piosenka):
A cóż piękniejszego od nieba, które przecież ogarnia wszystko co piękne?
Cóż ważniejszego od prawdy, której tak jesteś ciekaw, że się jej nie zlękniesz?
Cóż może być ponad miłość, której wciąż pragniemy, bo jej wciąż za mało?
I cóż większego od Stwórcy, jednym słowem którego wszystko się stało?
Im bardziej się zagłębiam w ten Kosmos nad nami, im mocniej pragnę pojąć rozumem, zmysłami
Im więcej w nim harmonii i ładu się splata, tym niżej chylę czoło, przed Panem Wszechświata
Bóg planety w ruch wprawił! I tak się zaczęło, zaprawdę przeogromne jest boskie to dzieło!
Więc klękam przed Istotą Najlepszą, Największą, o Panie daj mi poznać Tajemnicę Pierwszą...
Przed dobre trzy godziny, do 24.00 siedzieliśmy na naszym punkcie obserwacyjnym i podziwialiśmy barwne niebo, niczym dzieciaki z podstawówki. Trochę szkoda, że moja lornetka, którą dostałam na ostatnie urodziny została na wsi, bo może i tutaj znalazłaby swoje zastosowanie. Ale też tak wozić ją busem w te i we w te... Próbowałam też zrobić zdjęcia moim aparatem fotograficznym, za nic na świecie nie mogłam go jednak wyostrzyć. Na szczęście lustrzanka Rafaela spisała się bez zarzutów, a i on sam podzielił się powyższymi zdjęciami z nami. Osobiście bardzo mnie to ucieszyło - mam nie tylko materiał na bloga, ale też będę miała co pokazywać dzieciakom ze świetlicy.
Siedzielibyśmy tak pewnie dłużej, gdyby nie to, że zaczęło nam się robić już zimno, ja i Rafael na drugi dzień musieliśmy iść do pracy, a poza tym ja byłam przed zabiegiem i wolałam się nie przeziębić, żeby nie musieć już go przenosić na nowy termin. W drodze powrotnej rozmawialiśmy o tym, co widziały nasze oczy i zastanawialiśmy się, czy długo nam przyjdzie czekać na następny tego typu spektakl.
A jeszcze nazajutrz rano po włączeniu na szybko laptopa i messengera zobaczyłam zdjęcie zorzy nad jednym z naszych miejskich jezior, które zrobiła znajoma w czasie wyprowadzania psa na spacer.
Cóż jest ponad odwagę, by dać odpór głupocie, i o prawdę walczyć...
I cóż godniejszego nad wolność, która wszystko objaśni i będzie nam tarczą?
We wpisie pozwoliłam sobie wykorzystać tekst piosenki "De revolutionibus" Lecha Makowskiego, którego piękno i prawda niesamowicie współgrały mi z tymi wykonanymi przez mojego kolegę fotografiami. Ale ja też postanowiłam napisać moje "De revolutionibus". Nie jest może tak podniosłe jak to napisane przez pana Makowskiego, ale może też nie jest takie najgorsze.

"De revolutionibus"
Gdy kroczę po Ziemi, stworzonej z niczego,
to patrzę do góry, tam gdzie jest Niebo.
Gdy chcę policzyć gwiazdy na tym Niebie,
w każdej z nich widzę Boże obraz Ciebie.
Swym jednym gestem planety stworzyłeś,
swym jednym słowem w ruch je wprawiłeś.
Stałeś się Istotą po wszech czas Największą,
święty Anzelm Cię nazwał "Tajemnicą Pierwszą".
Klękam z pokorą i chwalę Twe dzieło,
wiem, że od Ciebie wszystko się wzięło.
Zachwycam się ciągle harmonią w przyrodzie,
dziękuję za ten ład nikomu, lecz Tobie.

poniedziałek, 29 grudnia 2025

2295. Chociaż skończył się Rok Święty, my dalej bądźmy "Pielgrzymami nadziei"

Skończył się wyjątkowy Jubileuszowy Rok 2025 upływający pod hasłem "Pielgrzymi nadziei". Rozpoczęty przez papieża Franciszka 24 grudnia 2024 roku trwał do 6 stycznia 2026 roku, kiedy to już papież Leon XIV zakończył go Mszą na Placu św. Piotra. W tym czasie można było uzyskać odpust przekraczając Święte Drzwi w Bazylice św. Piotra w Watykanie. Ale nie tylko, bo przecież nie każdy mógł sobie pozwolić na pielgrzymkę do Wiecznego Miasta, z różnych powodów. W związku z tym biskupi ustanowili na terenie swoich diecezji tzw. Kościoły Jubileuszowe działające na podobnych zasadach. Nie wiem jak to było w przypadku innych diecezji, ale u nas przeważnie był jeden na dekanat.
Jubileuszowy Rok na etapie diecezjalnym kończył się ciut wcześniej, bo 27 grudnia. Z tej okazji biskup Artur Ważny zaprosił wiernych na uroczyste jego zakończenie do katedry w Sosnowcu. Byłam na otwarciu jubileuszu rok temu, wypadało udać się też na jego zamknięcie, chociażby na szczeblu lokalnym. Wypadało ono w sobotę, a więc nie musiałam zbytnio kombinować z tym, jak się na nie dostać i ile się urwać z pracy na świetlicy.
Uroczystość zaplanowana była na godzinę 18:00, poprzedziły ją jednak nieszpory i mini-koncert kolęd i pastorałek w wykonaniu katedralnego chóru. Nawet nie wiecie jakie miałam ciary, kiedy słuchałam znanych mi utworów w nowych, niejednokrotnie podniosłych aranżacjach. Tuż przed 18:00 zapadła cisza, zapowiadająca, że już za chwilę, już za momencik rozpocznie się nabożeństwo. I tak też się stało - przy dźwiękach kolędy "Tryumfy Króla Niebieskiego" w uroczystej procesji przez środek katedry przeszli księża koncelebrujący Mszę świętą. Wśród nich było wiele znajomych twarzy, co napawało mnie radością i optymizmem.
Słowo po Ewangelii wygłosił do nas nasz pasterz - biskup Artur Ważny. Swoje kazanie podzielił na pięć części, a każdą z nich zaakcentował innym fragmentem Liturgii Słowa, którą usłyszeliśmy zaledwie chwilę wcześniej. Mówił w nim co było, co jest i co będzie w niedalekiej przyszłości. Wyszedł od tego, że patrzy na nas i widzi w nas Kościół żywy, który, jak mówił papież Franciszek, jest "szpitalem polowym", ale też domem, gdzie każdy ma swoje miejsce. Przypomniał, że przez ostatni rok uczyliśmy się, co to właściwie znaczy mieć nadzieję, a bulla "Spes non confundit" ("nadzieja nie zawodzi") była naszą latarnią. A potem wskazał pięć przestrzeni diecezjalnego domu, splatającego przeszłość z przyszłością.
  1. Kościół w drodze - pielgrzymi nadziei ("Rodzice jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy" Łk 2, 41) - biskup nawiązał tutaj do tego, że Święta Rodzina nie była rodziną statyczną, ale taką, która była w drodze, pielgrzymującą. Wspomniał przy tym diecezjalną pielgrzymkę do Rzymu, która odbyła się w maju. Przypomniał moment u grobu św. Piotra i to, że było to fizyczne doświadczenie tego, że jesteśmy jednym Ciałem Chrystusa. Na wzór Józefa i Maryi diecezja pielgrzymowała do źródeł wiary. Nie zapomniał przy tym o pielgrzymach na Jasną Górę, podczas których trud marszu mieszał się ze szczerą modlitwą. Doskonałym uzupełnieniem było tutaj zacytowanie słów papieża Franciszka: "chrześcijanin, który nie jest w drodze, jest chrześcijaninem, który się zepsuł". A przecież nikt nie chce się psuć. Biskup Ważny zaznaczył też, że pielgrzymowanie uczy nas, że nikt nie jest samowystarczalny, że każdy z nas potrzebuje pomocy drugiego człowieka. To doświadczenie wspólnoty w drodze to fundament, na którym powinno się budować dalej.
    Nie bójmy się więc kurzu na naszych butach. Bóg nie mieszka w sterylnych laboratoriach technologii, ale na zakurzonych drogach ludzkiego życia. Kto idzie, ten ryzykuje potknięcie, ale kto stoi, ten już upadł w pychę samozadowolenia.
  2. Ból szukania z odwagą skruchy ("Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie" Łk 2, 48) - drugim obrazem przywołanym nam przez naszego biskupa był ten przedstawiający Maryję i Józefa, którzy szukali Jezusa "z bólem serca". I zaraz zadał pytanie: czy może być coś straszniejszego niż zgubienie Boga. Przyznał, że był to dla diecezji rok stanięcia w prawdzie, do stawiania sobie pytań: "Gdzie jest Jezus w naszym Kościele sosnowieckim?", czy nie zgubiliśmy go w rutynie, w grzechu, w skandalach raniących nasze serca? I przyznał, że bardzo wielką wagę miały wyjątkowe nabożeństwa jubileuszowe, które miały miejsce w każdym dekanacie, kiedy kapłani i świeccy stawali z sobą twarzą w twarz. To był wyjątkowy czas, kiedy duchowni mieli okazję i odwagę przeprosić za zgorszenie, brak świadectwa, pychę. Ale i świeccy mieli przestrzeń, by wybaczyć, a zarazem prosić o wybaczenie. Zaś moment wzajemnego błogosławieństwa, gdy ksiądz błogosławił wiernych, a wierni kładli ręce na ramiona kapłanów, uznał za jeden z najbardziej wzruszających i uzdrawiających momentów swojej posługi w naszej diecezji. Biskup podkreślił, że właśnie to jest owo "szukanie z bólem serca" i przypomniał, że papież Franciszek w "Spes non confundit" napisał, że "Bóg nigdy nie męczy się przebaczaniem" - my też nie możemy się zmęczyć
    Duchowny zaznaczył, że stoi przed nami z pokorą. Wie, że wszyscy są tylko glinianymi naczyniami, często popękanymi. Jednak to przez te pęknięcia może zaświecić Światło Chrystusa, a nie nasze własne. Bo odnowa zaczyna się od skruchy, od przyznania: "Zgubiliśmy Cię, Panie, ale szukamy Cię z całego serca".
  3. Nowe szaty dialogu - w stronę synodu ("Jako wybrańcy Boży (...) obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość" Kol 3, 12) - w tym fragmencie kapłan zwrócił uwagę na to, że święty Paweł daje nam gotową instrukcję na to, w co się ubrać. A więc nie w urzędowe szaty, czy też splendory, ale w "serdeczne miłosierdzie i cichość". To taki "dress code" na najbliższy czas, który powinien być świętą modą w naszej diecezji i naszym stylem w codzienności. Nasz pasterz zdradził nam, że niebawem rozpocznie się etap przygotowawczy do II Synodu Diecezji Sosnowieckiej. Jednak synod nie jest parlamentem, a wspólnym wędrowaniem. W tym miejscu nawiązał do trzydniowych rekolekcji diecezjalnych na hali Arena w Sosnowcu, w których wzięły udział setki ludzi: księża, świeccy, rodziny i młodzież. Tam uczyliśmy się, że Kościół to My - Lud Boży. I dlatego chce nas on zaprosić do dialogu. Jak sam przyznał - Kościół sosnowiecki potrzebuje naszego głosu, doświadczenia, wiary. To dobra okazja, aby nauczyć się rozmawiać oraz słuchać, a słuchać, by zrozumieć, a nie odpowiadać. Zaznaczył przy tym, że synodalność jest tak naprawdę sztuką słuchania polifonii Ducha Świętego, która czasami brzmi w katedrze, a innym razem w cichym szeptaniu matki obawiającej się o wiarę swojego dziecka. Jeżeli jednak Kościół będzie głuchy na ten szept, będzie i głuchy na Ewangelię. Kościół nie może być zaś głuchy - nie słuchający ani Boga, ani ludzi. Duchowny gorąco zachęcał do tego, aby angażować się w proponowane w parafiach katechezy i formację stałą. Nie możemy bać się brać odpowiedzialności. Kościół potrzebuje starszych, małżeństw, rodzin, młodych i dzieci, wszystkich i każdego, by wzajemnie się uczyć, jak umiejętnie, wiernie i ofiarnie kochać. Potrzebuje też Bożej mądrości połączonej z wspólną wiarą oraz doświadczeniem. Biskup wyraził nadzieję, że synod otworzy przed nami nowy rozdział napisany "czcionką" pokory i dialogu.
  4. Wrażliwość na wykluczonych i siła ukryta ("Synu, wspomagaj swoje ojca w starości, nie zasmucaj go w jego życiu" Syr 3, 12) - w tym krótkim zdaniu mędrzec Syrach upomina się o najsłabszych, o starszych, tych wszystkich, którzy "nie nadążają". Jak zauważył biskup, w naszym diecezjalnym rachunku sumienia nie może zabraknąć pytania o tych wszystkich, którzy są ubodzy, wykluczeni oraz skrzywdzeni. Wszak Jubileusz to czas wyzwolenia oraz darowania długów. Pasterz poradził, abyśmy rozejrzeli się dookoła. Może zauważymy, ile ludzi w naszych blokowiskach bądź sąsiedztwie wykluczonych nie tylko ekonomicznie, ale też przez samotność? Bo tak naprawdę ubóstwo ma dzisiaj twarz zarówno starszej pani w bloku bez windy, jak i nastolatka w depresji, który nie widzi sensu życia. Jako wspólnota musimy mieć oczy szeroko otwarte, by nie być Kościołem zadowolonym z siebie, który jednak nie widzi "Łazarza u bram". Przy okazji podziękował tym, których nazwał "elektrownią duchową" - chorym, cierpiącym, samotnym. Ich cierpienie, które w cichości ofiarują za diecezję określił niewidzialnym fundamentem, na którym stoi jej aktywność, a bez ich wsparcia plany byłyby tylko pustym aktywizmem. Szczególne słowa wdzięczności skierował w stronę działających w Jaworznie Sióstr Karmelitanek, gdzie za klauzurą "bije serce modlitwy". To tak siostry, w większości z Ukrainy, modlą się nie tylko za naszą diecezję, ale też o pokój dla swojej ojczyzny. Jak podkreślił, ich cicha obecność to krzyk wiary przebijającą niebiosa. Nie możemy też pozwolić, aby zwiędła nasza pomoc wobec potrzebujących pomocy uchodźców, a także by stępiała nasza wrażliwość na ludzką wiarę i krzywdę.
  5. Wzrastanie w łasce - Chrystus w centrum ("Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi" Łk 2, 52) - i w końcu ostatni obraz: to Jezus w Nazarecie, jego wzrastanie, po prostu zwyczajność. Dla biskupa jest to nasza perspektywa na "po-Jubileusz". To nie chodzi o to, aby po zakończeniu Roku Świętego zwinąć sztandary i wrócić do szarości. Bardziej o to, by uzyskana łaska stała się codziennością. Nawiązał tutaj do rozpoczętego dzieła - peregrynacji Jasnogórskiej Ikony po naszej diecezji. W wielu miejscach już była, a niebawem zapuka też do innych parafii, a co za tym idzie, też do naszych domów. Pasterz diecezji prosił nas, abyśmy ją przyjęli i uczyli się od niej, jak tworzyć taki dom, gdzie Jezus jest w centrum. Prosił też o modlitwę o powołania przyznając, że potrzebujemy kapłanów według Serca Jezusowego - nie urzędników, ale pasterzy. Potrzebujemy też świętych zakonników i misjonarzy. Ale potrzebujemy też świętych rodzin, bo to rodzina jest pierwszym sanktuarium i pierwszym Kościołem. Obiecał, że jeżeli Chrystus będzie w centrum małżeństw, to on o przyszłość diecezji będzie spokojny. W tym miejscu podziękował też kapłanom za miniony rok, za jubileuszowe rekolekcje kapłańskie, za spowiedzi, za często niewidoczny trud. Przyznał, że wie, że bywa ciężko, a duchowni czują się czasem zmęczeni i oceniani. Przekonywał ich jednak, że są potrzebni do tworzeniu ze świeckimi jednego organizmu: fascynującego Ciała Chrystusa - Jego Kościoła.
Na zakończenie swojego kazania biskup Artur Ważny przypomniał, że bulla "Spes non confundit" kończy się wizją kotwicy rzuconej w niebo. A my mamy trzymać tą linę, nawet gdy parzy w dłonie, a sztormy próbują nas od niej oderwać. Jednak nadzieja to też pewność, że po drugiej stronie tą linę ktoś trzyma, że tym kimś jest Jezus. Patriarcha przypomniał, że przed nami jest nie tylko synod i wciąż trwająca peregrynacja Matki Boskiej Jasnogórskiej, ale też życie, którego nie powinniśmy się bać. Zachęcał do zrobienie kroku w "nowe otwarcie" - niech to będzie nawrócenie tak samo pastoralne, jak i misyjne, od "zawsze tak było" do "zróbmy to tak, jak chce Duch Święty". Przy okazji prosił, aby Święta Rodzina uczyła nas jak z każdego domu i parafii uczynić "mały Nazaret" - miejsce, gdzie Bóg jest kochany, a każdy człowiek jest słuchany i szanowany. I życzył żeby nasza nadzieja była uparta, a nasza miłość bezczelnie odważna, i żebyśmy z tą odważną miłością szli w nowy czas.
Muszę przyznać, że to kazanie zrobiło na mnie niesamowite wrażenie i skłoniło do refleksji, co zrobić, jak działać, aby nie być tylko jednorocznym, okazjonalnym "Pielgrzymem nadziei", ale żeby być nim właściwie całe życie. Bo właściwie tak rozumiem tą ideę, jako program na całe życie. To trudne, kiedy coś raz po raz tą nadzieję próbuje unicestwić, zniszczyć, kiedy wypracowywana przez lata nadzieja, w jednej chwili runie niczym wieża z kart, kiedy ludzie udają, że cię nie ma tłumacząc to na różne sposoby. Ale nadzieja potrafi też odrodzić się na nowo - w wartościowych ludziach, rozmowach, wydarzeniach. Nadzieja przybiera wtedy obraz dzieciątka, które bezbronnie zostało położone w żłóbku na sianie, a jednocześnie ufnie wyciąga rączki do każdego, kto tego potrzebuję. I z taką nadzieją chcę iść przez życia, taką nadzieję chcę nieść innym, tym wierzącym, i niewierzącym, bez różnicy, bez wyjątku. Taką nadzieję chcę zanieść tym, którzy na nią czekają.
Bo tak naprawdę "Pielgrzymem nadziei" może być każdy z nas przez całe życie, jeżeli tylko tego chce i pragnie.

Pielgrzymi nadziei
Zwyczajni w swoim życiu,
a jednak niezastąpieni.
Pielgrzymi co niosą nadzieję,
cichutko stąpają po ziemi.
Podchodzą do potrzebujących,
co ciągle we wszystko wątpią.
Otoczą ich dobrym słowem,
pokażą jak Nieba dotknąć.
Z kotwicą, swoim symbolem,
niczym ze świętym krzyżem.
Ratują niejedną duszę,
co chce się żegnać z życiem.
Szeptane cicho modlitwy,
kierują wprost do Boga.
Wskazując tym innym ludziom
jak prosta do Niego jest droga.
Bądź więc pielgrzymem nadziei,
zawsze - nie tylko od święta.
W Roku Jubileuszowym,
droga ta jest rozpoczęta.

I jeszcze na koniec przypomnienie loga upływającego jubileuszu wraz z wyjaśnieniem symboliki jego poszczególnych elementów:

wtorek, 23 grudnia 2025

2292. Zaczęło się dwadzieścia lat temu

O mamo moja! W tym całym zamieszaniu codziennego życia zupełnie przegapiłabym jedną małą rzecz. Choć czy ja wiem, czy taką znowu małą. Otóż 23 grudnia 2005 roku pewna niepozorna uczennica trzeciej klasy gimnazjum, zafascynowana w tamtym okresie zespołem "Ivan i delfin" oraz wieloma blogami na ich temat postanowiła założyć podobnego. Po kilku kliknięciach myszką, jako zupełny nowicjusz pod tym względem, zaczęła istnieć w sieci. Choć od tego czasu minęło dwadzieścia lat, ona w dalszym ciągu pamięta ten pierwszy historyczny wpis - był to czterowiersz zawierający życzenia z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Przez kilka lat z uporem zamieszczała na nim newsy dotyczące swojego ówczesnego idola, gdzieś między wierszami pisząc co nieco o swoim życiu.
Tamtego bloga próżno dzisiaj szukać w sieci. Przepadł wraz z innymi podczas likwidacji platformy blogowej na onecie. Ale pamiętam, jak dużo frajdy mi dawał. W ogóle jak wiele radości dawało mi publikowanie kolejnej nowinki o Ivanie Komarence i dzielenie się nią z wąskim gronem odbiorców. Bo wiadomo, że tego typu tematyka nie będzie każdego interesowała. Była jednak mała grupka fanek, która wzajemnie się odwiedzała na swoich blogach, szukając nowych wiadomości o sławnym w tamtym czasie muzyku.
Nie mniej, pasja do blogowania mi została, chociaż sama "miłość" do Ivana wygasła. Czasami zastanawiam się, czy gdyby nie tamten blog, to teraz też bym była blogerką? Może tak, może nie. Z drugiej strony czasem żałuję, że go już nie ma. Z miłą chęcią przypomniałabym sobie jaką zwariowaną byłam nastolatką. Publikowanie nawet najgłupszej informacji o zespole? Czemu nie? Pisanie opowiadań inspirowanych wątkiem Madzi i Saszy w "M jak miłość"? A jakże (powstało może ze 100 odcinków, na resztę zabrakło pomysłów, do pani Łepkowskiej jest mi dużo daleko). Pamiętam nawet jedną piosenkę, którą napisałam na konkurs około 2007-2008 roku:
1. Dziecinne lata, bezcenne lata,
minęły mi gdzieś na dalekiej Syberii.
Lecz przyszła data, graniczna data,
i trzeba przyznać to bez fanaberii:
Ref: Że Polska to mój najpiękniejszy dom,
to w niej znalazłem swój bezpieczny schron.
I kumpli, i wszystko co chciałbym mieć,
wystarczy tylko chcieć, chcieć, chcieć.
2. Daleka Syberia, przepiękna Syberio,
niestety nie chcę do Ciebie wracać.
Tutaj mi dobrze, i tak całkiem serio,
muszę Cię szczerze teraz przepraszać:
Ref: Że Polska to mój najpiękniejszy dom,
to w niej znalazłem swój bezpieczny schron.
I kumpli, i wszystko co chciałbym mieć,
wystarczy tylko chcieć, chcieć, chcieć.
3. Marzenia dziecinne, marzenia niewinne,
spełniłem tutaj niczym jakiś sen.
Marzenia te nie były naiwne,
i teraz mogę nucić refren ten:
Ref: Że Polska to mój najpiękniejszy dom,
to w niej znalazłem swój bezpieczny schron.
I kumpli, i wszystko co chciałbym mieć,
wystarczy tylko chcieć, chcieć, chcieć.

Dobrze, nie jest to poezja najwyższych lotów, ale uznajmy, że dopiero się wtedy rozkręcałam. A teraz tak sobie myślę, że dzięki tamtemu pierwszemu blogowi w jakiś sposób realizowałam moją pasję dziennikarską i uczyłam się gospodarowania czasem, tak aby starczyło mi go i na obowiązki i na przyjemności. Kurcze, ale to były piękne czasy. Aż żal, że nie wrócą.

A ja chyba sobie włączę jakieś piosenki zespołu "Ivan i delfin". Wszak to od nich rozpoczęła się moja dwudziestoletnia bloggerska przygoda.

sobota, 20 grudnia 2025

2289. "Z Tobą Maryjo pielgrzymujemy"

Jak wiecie ze wcześniejszych wpisów, na przełomie sierpnia i września w naszej diecezji rozpoczęła się kilkumiesięczna peregrynacja kopii ikony Matki Bożej Częstochowskiej. W zamierzeniu ma ona odwiedzić wszystkie parafie na jej terenie, a także szpitale, klasztory, domy modlitwy itp. W pierwszej kolejności zawitała ona jednak do Kościołów Jubileuszowych ustanowionych przez biskupa Artura Ważnego w diecezji. W każdym z nich odbyło się jedno Nabożeństwo Jubileuszowe prowadzone przez pasterza diecezjalnego. Mnie osobiście udało się uczestniczyć w pięciu takich wydarzeniach, w tym w trzech w ostatnim tygodniu.
Ostatnia taka peregrynacja miała miejsce w 1980 roku, czyli 45 lat temu. To praktycznie całe pokolenie temu. Zachowała się ona we wspomnieniach ówczesnych jej uczestników oraz na kartach starych kronik parafialnych. Aktualna peregrynacja również przybrała uroczystego charakteru. Świadczą o tym nie tylko wspomniane Nabożeństwa Jubileuszowe, ale także chociażby to, że specjalnie na tą okazję została napisana okolicznościowa pieśń, która towarzyszyła i w dalszym ciągu będzie towarzyszyć ikonie Jasnogórskiej Panienki nawiedzającej poszczególne parafie i miejsca. 
Jest ona dla mnie tak piękna i wzruszająca, że zawsze mam ciarki, ale i łzy, kiedy ją słyszę, a także śpiewam. Mam nadzieję, że zostanie z nami na stałe i będzie nam towarzyszyła choćby w diecezjalnych pieszych pielgrzymkach na Jasną Górę. Myślę, że słowa "Z Tobą Maryjo pielgrzymujemy" skutecznie będą dopingowały niejednego pątnika.
Ja z kolei pozwoliłam sobie napisać wiersz nawiązujący do odwiedzin Najświętszej Panienki w naszych parafiach i dekanatach:

Peregrynacja

Witam Cię Panno o smutnym obliczu,
z miłością tuląca małe Dzieciątko.
Nie w pięknym zabytkowym kościele,
nie w skromnym, drewnianym kościółku,
nie w bogatym, nowym kościele,
ale w moim ludzkim sercu.
Witam, dziękując, że jesteś,
że przyszłaś tutaj z Częstochowy,
że chcesz mnie wysłuchać.
Witam i w ślad za przodkami,
szepczę te trzy ważne słowa:
że jestem,
że pamiętam,
że czuwam...

Może daleko mu do idealności, ale kiedy podzieliłam się nim z jednym z zaprzyjaźnionych księży, to stwierdził, że nie wyobraża sobie innego wiersza na powitanie kopii ikony w jego parafii. Trochę mnie tym onieśmielił, bo jak dotąd to tylko Ksiądz Niosący Światło robił mi takie niespodzianki i wykorzystywał moje kulawe wiersze w swoich kazaniach. Właściwie to jeden wiersz. No i jeszcze dwa zostały wykorzystane podczas zakończenia roku szkolnego. Owszem, wieloma z nich dzielę się z Wami, ale w zasadzie nie uważam je za jakieś rewelacyjne. Nigdy bym też nie przypuszczała, że jednym z nich będzie witana Jasnogórska Panienka w parafii. Wzruszenie nie do opisania.
Najważniejsze w tym wszystkim były dla mnie jednak same Nabożeństwa Jubileuszowe i to, co na nich usłyszałam. Najbliższe mnie było w bazylice po przeciwnej stronie ulicy. W nim jednak nie mogłam wziąć udziału, ponieważ miało ono miejsce w tym samym czasie co kanonizacja Carla Acutisa i Pier Giorgia Frassatiego w Rzymie. Bilokacji jeszcze nie opanowałam, a z Rzymu nie chciałam się już wycofywać. Potem nabożeństwa były w odleglejszych częściach diecezji. Ja jednak się nastawiłam, że wezmę udział w nabożeństwie, które miało miejsce na początku października. Nawet, jak już pisałam, zostałam wyznaczona do sporządzenia z tego wydarzenia notatki do kroniki parafialnej. Ale oprócz tego pomogłam lokalnej społeczności przyozdobić niewielki kościółek św. Walentego i św. Barbary, gdzie witana była ikona oraz sam kościół, gdzie gościła przez trzy dni, czym w pewnym stopniu wkupiłam się w łaski parafian. A potem przez trzy dni przebywałam godzinami w świątyni, czym jeszcze bardziej ich zachwyciłam (a przecież nic specjalnego nie zrobiłam). 
Potem uczestniczyłam w diecezjalnych rekolekcjach na Arenie w Sosnowcu poprzedzających II edycję Strefy Młodych w S-cu. Właściwie to znalazłam się tam przez przypadek, ponieważ ci, co mieszkają w okolicy zostali poproszeni o pomoc w przygotowaniu obiektu. Niemal prosto z pracy pojechałam na miejsce. Tam w miarę szybko uporaliśmy się ze wszystkim, dzięki czemu mogliśmy iść na płytę, gdzie najpierw była konferencja, a po niej Msza święta z nabożeństwem. 
Kolejne moje spotkanie z ikoną Matki Bożej miał miejsce w poniedziałkowy wieczór w jednym z sanktuariów, które znajduje się w moim mieście. Potem postanowiłam podjechać w środę do S-ca na Pogoń, gdzie w tamtejszej parafii odbyło się przedostatnie spotkanie. Na finał spotkań w ramach Nabożeństw Jubileuszowych zostałam zaproszona przez samego wikarego posługującego w jednej z będzińskich parafii, a jednocześnie przewodnika naszej grupy zielono-czarnej zmierzającej rokrocznie do Częstochowy.
Każdemu ze wspomnianych nabożeństw przewodziło inne hasło, wokół którego biskup skupił się w swoim kazaniu podczas nabożeństwa. Generalnie schemat nabożeństwa w większości przypadków był taki sam: rozpoczynało się pieśnią do Matki Bożej, następnie był czytany fragment Dziejów Apostolskich opowiadający o Zesłaniu Ducha Świętego, śpiewano psalm respondyczny z niedzieli wielkanocnej, fragment Ewangelii św Jana, po którym następowało nabożeństwo Jubileuszowe. Po nabożeństwie odmawiano modlitwę wiernych, a następnie miało miejsce wzajemne błogosławieństwo, podczas którego podchodziliśmy do siebie i błogosławiliśmy sobie wzajemnie, wypowiadając słowa z Księgi Liczb: "Niech ci błogosławi Pan i niech rozjaśni nad Tobą swoje oblicze". Tutaj biskup wykazał się poczuciem humoru zaznaczając, że jeżeli ktoś zapomni co ma mówić, to może po prostu powiedzieć "Dobry wieczór", co też jest dobrym życzeniem. Nabożeństwo kończyło się krótkimi wezwaniami z prośbami do Matki Bożej oraz odmówieniem "Ojcze nasz". Całość zamykała się w góra 40 minutach, a więc nie było jakoś specjalnie długa.
Wiedziałam, że nie dam rady zapamiętać całych ich treści, chociaż były genialne w swojej prostocie i trafiające w punkt, dlatego założyłam, że z każdego z nich wyniosę jakąś jedną myśl, którą będę starała się wcielić w życie. Wyjątek stanowiło pierwsze nabożeństwo, gdzie z racji pełnionej funkcji, musiałam zapamiętać jak najwięcej. Nosiło ono tytuł "Maryja jest matką, która szuka i odnajduje zagubionych". Słowa, które najbardziej wbiły mi się w związku z tym w pamięć, dotyczyły osób skrzywdzonych w naszej diecezji, ale też tego, że aby inni nas zrozumieli i chcieli powrócić do Kościoła, muszą mieć przekaz w języku dobrze przez nich rozumianym - jasnym i pewnym. 
Nabożeństwo na Arenie w Sosnowcu nosiło hasło: "Maryja, matka miłosierdzia, zaprasza do powrotu". Jak dla mnie było ono kontynuacją poprzedniego nabożeństwa, w którym brałam udział. Biskup zachęcał w nim wszystkich zgromadzonych, aby nie potępiali i nie odrzucali tych, którzy odeszli od Kościoła, a dyskretnie pomogli im powrócić do niego w momencie, kiedy będą już na to gotowi. Na przykład można to zrobić poprzez pokazanie im różnych inicjatyw dziejących się w parafii, w których mogą wziąć udział i które mogą pomóc im w tym powrocie. 
Trzecie nabożeństwo, w którym wzięłam udział, miało miejsce w moim mieście i odbyło się pod hasłem: "Maryja uczy przeżywać radość ze służby w Kościele". Biskup Artur Ważny podkreślał tutaj, że każdy z nas ma swoje miejsce w Kościele, jakąś maluteńką misję, ale ważną w oczach Boga. Zobrazował to przypowieścią o robotnikach w winnicy, gdzie ci co przyszli na koniec dnia otrzymali taką samą zapłatę jak ci, co pracowali od rana. Zauważył, że Maryja była w grupie tych z ostatniej godziny, a jednak otrzymała najwyższą nagrodę, co powinno napawać nas wszystkich nadzieją. 
Przedostatnie spotkanie miało motto "Maryja wzywa nas do przebaczenia i miłosierdzia". Pasterz naszej diecezji odniósł się w nim do trudnej sytuacji Kościoła, któremu przyszło mu przewodził, zwłaszcza tego, co się działo w ostatnich latach. Nie szukał winnych, ale prosił wiernych o przebaczenie, jak dziecko swoich rodziców. Wie, że to jest trudne, ale możliwe. Możliwe, jeżeli uwierzy się w Boże Miłosierdzie i w to, że jest ono najsprawiedliwszym sędzią, który na końcu wszystkich osądzi. Ono nie zapomni tego, co tu się działo, a żyjąc w ciągłej nienawiści niszczymy samych siebie.
I w końcu ostatnie spotkanie połączone z Nabożeństwem Jubileuszowym, tym razem pod hasłem "Maryja prowadzi nas do autentycznej odpowiedzi na Boże wezwanie". Jak można się domyślać, w czasie tego kazania biskup podkreślał, że Pan Bóg każdego z nas w pewnym momencie życia do czegoś powołuje. Jednych do małżeństwa, innych do kapłaństwa, a jeszcze innych do życia w pojedynkę. Czasami jednak próbujemy w sobie stłumić owy "boży głos". Nie tędy droga. Lepiej w ciszy serca porozmawiać z Najwyższym, rozważyć za i przeciw owej decyzji. Czasami nawet warto odłożyć w czasie najważniejsze decyzje, aby nie były one podejmowane pochopnie. Zauważył, że Maryja też musiała chwilę zastanowić się, czy zgodzić się na bycie matką samego Boga. Wbrew temu, co sobie myślimy, Bóg cierpliwie poczeka na nas i na nasze "tak" odnośnie Jego planów względem nas.
Opisane spotkania okazały się dla mnie bardzo wartościowe. Owszem, wymagały ode mnie małego przeorganizowania czasu (np. te trzy dni w Siewierzu, na kilka z nich jechałam też prosto z pracy), jednak przeżycia, jakie mi w ich czasie towarzyszyły i wartości, jakie z nich wyniosłam mam nadzieję, że pozostaną ze mną przez długi czas. To w poniedziałek modliłam się przed obliczem Jasnogórskiej Pani o szczęśliwą obronę (mam nadzieję, że to nie jest myślenie tylko o sobie), to jej dziękowałam w środę za wysłuchanie moich próśb. Chwilami miałam nawet wrażenie, że przytulam się do niej niczym do kochającej matki. Oczywiście duchowo, bo fizycznie byłoby to niemożliwe...
Podczas kazania na zakończenie peregrynacji w jednej z parafii usłyszałam, że o ile na co dzień w oczach Matki Bożej Częstochowskiej odbijają się sprawy całej Polski, a nawet świata, o tyle w tych miesiącach odbijają się sprawy diecezjan - te dobre, i te złe, prośby oraz podziękowania, żale i nadzieje. A Matka Boża wszystkie te sprawy wysłuchuje i zanosi przed oblicze Pana niczym bukiet kwiatów. Podoba mi się to porównanie. I mam cichą nadzieję, że te prośby zostaną spełnione zgodnie z wolą Boga.
Nabożeństwa Jubileuszowe dobiegły końca, jednak peregrynacja po naszych parafiach i ośrodkach do nich przynależących jeszcze trwa przez ponad pół roku. Niech przyniesie jak najpiękniejsze owoce i wspomnienia.

środa, 3 grudnia 2025

2278. Ja wcale nie cierpię

Ja wcale nie cierpię
Ja wcale nie cierpię,
choć widzisz we mnie poskręcaną pokrakę,
co idzie krzywo po prostej ścieżce.
Widzisz krzywe dłonie - czy podasz mi rękę?
Słyszysz bełkotliwą mowę - czy zamienisz słowo?
Myślisz - pijana, głupia, niemądra.
A jaką miarą zmierzyć czyjąś mądrość?
Testem - i owszem, ale to nie wszystko.
Bo głupi rozumem gdzie indziej jest mądry.
A mądrości serca nikt nie oszacuje.
Ja wcale nie cierpię, chociaż mnie Bóg stworzył,
słabszą, gorszą i niedoskonałą.
Ale może po to mnie taką uczynił,
by inni widzieli, jak wiele im się dostało.

Wielokrotnie w moim życiu spotkałam się z opinią, czy też stwierdzeniem, że w moim życiu i z moimi schorzeniami (mam ich trochę, a nie wiem, że nie dojdą kolejne), to ja się muszę nieźle nacierpieć. Ergo, dzięki temu cierpieniu to ja na pewno trafię do nieba bez czyśćca. Czasami nie wiem, czy mam się z tego drugiego śmiać, czy płakać. Bo ja tego tak nie odbieram.
Niepełnosprawność nie jest dla mnie powodem do cierpienia. Owszem, utrudnia mi ono życie, wiem, jak wiele rzeczy robię wolniej niż ci, którzy nie mają mózgowego porażenia dziecięcego. Taka uroda tego schorzenia - wiele rzeczy da się wypracować i zminimalizować, ale nic nie jest w stanie na tyle zregenerować mojego mózgu, by był on na tyle wydajny, jak mózg osoby bez owej przypadłości. Ze wszystkim da się jednak żyć, nawet z faktem bycia wolniejszym i z mniej wyrazistą mową. Jednak w mojej niepełnosprawności nie skupiam się na tym, co mi ona zabrała, a bardziej na to, co mogę robić mimo niej. Wydaje mi się, że mogę wiele, nawet bardzo wiele. Więc zamiast skupiać się na cierpieniu z powodu niepełnosprawności, wolę jak najwięcej czerpać z życia. I udowadniać, że dziecięce porażenie mózgowe nie musi być równoznaczne z cierpieniem. Bardziej cierpię z powodu odrzucenia i niezrozumienia. Oraz z bardziej prozaicznych rzeczy, jak ból głowy, brzucha czy też urazów kończyn.
W związku z tym uważam, że niepełnosprawność, a przynajmniej ta moja, nie jest wystarczającą przyczyną, abym miała jakieś fory nie tylko w życiu, ale i po nim. Zamiast zwalnianie mnie z czegoś, wolę poszukać odpowiedniej dla moich ograniczeń formy wykonania danego zadania. Czasami przychodzi mi to łatwiej, czasami trudniej, ale jakoś nie lubię iść na łatwiznę. Nie o to przecież w życiu chodzi. A na pewno nie w moim. I myślę, że tak samo jest ze zbawieniem. Wolę zasłużyć na nie czynami, niż sądzić, że przyjdzie mi ono tylko za pośrednictwem mojej niepełnosprawności. Tylko w czym ta niepełnosprawność jest lepsza od bycia sprawnym? Zresztą ja zrobiłam już tyle złych rzeczy w życiu, że z tym dostaniem się do nieba bez czyśćca będzie trudniej.

wtorek, 2 grudnia 2025

2277. Tragedia Nikodema przypomniała mi o innej równie bezsensownej śmierci

Zauważyłam, że od kilku dni internet "żyje" śmiercią 11-letniego Nikodema Mareckiego. Szczerze powiedziawszy ostatnio dość rzadko oglądam coś w telewizji, z nowymi serialami raczej jestem na bakier, toteż nie orientuję się w tych wszystkich młodych aktorach. A jednak nie mogłam przejść obojętnie obok patrzącego na mnie z ekranu laptopa chłopca o wyglądzie aniołka.
Z tego co wyczytałam w różnych portalach internetowych, 27 listopada Nikodem jak każdego dnia wracał autobusem ze szkoły do domu. Przystanek, na którym wysiadał z pojazdu, znajduje się naprzeciwko podwórka, na którym mieszkał. Chłopiec musiał tylko przejść, jak zwykle, przez ulicę. Dotychczas odbywało się to bez problemu. Tym razem jednak znad przeciwka jechał samochód, którego kierowca nie dostrzegł nastolatka przebiegającego przez jezdnię. Z impetem uderzył w jego drobne ciało, które wylądowało w rowie. Nikodem jeszcze żył, kiedy został przetransportowany do szpitala w Krakowie. Mimo wysiłków lekarzy, nastolatka nie udało się uratować i młody aktor zmarł z powodu pęknięcia wątroby. Jak mówią świadkowie, jego ostatnie słowa brzmiały: "Jestem Nikodem i nic mnie nie boli".
Nikodem dał się poznać szerszej publiczności, jako aktor młodego pokolenia grający w takich produkcjach jak m.in. serial "Szpital św. Anny" nadawany na TVNie, serial "Krakowskie potwory" oraz takich filmach jak "Zołza" i "Biała odwaga". Bardzo wielu aktorów, którzy mieli okazję grać z Nikodemem, po jego śmierci podkreślało nie tylko jego profesjonalizm, mimo młodego wieku, ale też w ogóle to, że granie z nim było prawdziwym zaszczytem.
Śmierć Nikodema, bądź co bądź medialna, przywołała mi w pamięci śmierć innego chłopca, która wydarzyła się w podobnych okolicznościach przeszło 21 lat temu. Mikołaj urodził się 6 grudnia 1994 roku. Od urodzenia mieszkał z dziadkami i rodzicami, a z czasem i z młodszym bratem, Michałem, w maleńkiej wsi w województwie kieleckim. Wszędzie stamtąd było daleko - nie tylko do najbliższych miast, ale też do wioski, w której znajdowała się parafia, w której był ministrantem i szkoła podstawowa, do której z czasem uczęszczał chłopiec. W sąsiedniej wiosce mieszkał jego rówieśnik, a zarazem nasz wspólny kuzyn, Rafał, młodszy od niego o niecały tydzień. Razem zostali ochrzczeni, razem przystąpili do sakramentu Pierwszej Komunii Świętej, razem chodzili do klasy i siedzieli w jednej ławce, razem służyli do Mszy, razem pomagali rodzicom w polu i w obejściu, razem broili i bawili się, w końcu razem chodzili do i ze szkoły, w deszcz, śnieżyce, czy też piękną pogodę.
Tego dnia też razem wracali do domu. Był 4 listopad. Chłopcy rano jeszcze służyli do Mszy, a po lekcjach zostali dłużej w szkole. Dlaczego? Tego chyba już nikt nie pamięta. Na dworze padało, a oni już szli po ciemku, bo na tamtej trasie nie ma po drodze żadnych latarń ulicznych. Oni jednak znali drogę do domu na pamięć, tyle razy szli tych 5 kilometrów... 
Z reguły było tam bezpiecznie, mało kiedy ktoś jeździł tamtą wiejską drogą. Tym razem stało się jednak inaczej - rozpędzone auto wjechało w dwóch małych chłopców. Mikołaj szedł od wewnętrznej strony jezdni i to on przyjął siłę uderzenia, która była tak duża, że mój kuzyn, podobnie jak Nikodem, wylądował w rowie. Kierowca uderzył też w Rafała, któremu pogruchotał miednicę. Sam odjechał dalej, pozostawiając chłopców samych sobie niemalże w szczerym polu. Był rok 2004, telefony komórkowe były jeszcze luksusem, zwłaszcza wśród dzieci na wsiach. Niespełna dziesięcioletniemu Rafałowi udało się, prawdopodobnie pod wpływem szoku i adrenaliny, udało się dotrzeć na plebanię i zawiadomić księdza, który wezwał karetkę pogotowia. Niestety, Mikuś zginął na miejscu, nie dożywszy swych 10 urodzin, Rafał przez długie tygodnie leżał sam w krakowskim szpitalu. A sprawca wypadku? Do dzisiaj nie wiadomo kim był. 
Chociaż tamten wypadek wcale nie był medialny, to cała wieś do dzisiaj pamięta o uroczym blondasku, jakim był Mikuś. Ja też nie mogłam uwierzyć w jego bezsensowną śmierć. Zwłaszcza, że jeszcze jak żywe stały przede mną obrazy sprzed kilku miesięcy, kiedy beztrosko bawiliśmy się podczas wakacji przemierzając kolejne labirynty powstałe wśród łanów dojrzałych zbóż, albo zrywając polne kwiaty i zanosząc je do kościoła pod obraz przedstawiający Matkę Bożą, albo po prostu kopiąc piłkę na podwórku. I w zasadzie w dalszym ciągu mam przed oczami taki jego obraz.
Mikołajowi, Nikodemowi, i wszystkim tym dzieciom, które przedwcześnie odeszły do wieczności, dedykuję jeden z moich wierszy.

Tren ku czci małego Anioła
Ktoś przerwał piękną drogę Twego życia,
zgasł ogień świecy w ciemnościach błyszczący.
Szczery żal w sercu taty się pojawił,
płacz z piersi mamy, do nieba biegnący.
Zaledwie wczoraj byłeś tutaj z nami,
siedziałeś przy stole, jedząc chleb święty,
Dziś leżysz tam gdzie nie ma już bólu,
dziś leżysz wzbudzając smutek niepojęty.
I przyszło ci zamiast sportowych trampków,
włożyć anielskie skrzydła niewinności.
Bóg Cię nie zawiódł na żadne boisko,
lecz do otchłani swojej wieczności.
Nie będzie już smutku, nie będzie też bólu,
czasu tam nie ma, jest jednak czekanie.
Gdy Twoi bliscy dojdą do kresu życia,
to Ty im tam wyjdziesz na spotkanie.

piątek, 27 czerwca 2025

2219. Czas na zamknięcie pewnych rozdziałów

W ramach szkolnych praktyk studenckich dostałam za zadanie przygotowanie akademii na zakończenie roku szkolnego dla uczniów ze starszych klas szkoły podstawowej (4-8). Zgodnie z tradycją szkoły na takiej akademii następuje pożegnanie nauczycieli, którzy albo odchodzą ze szkoły ze względu na przejście na emeryturę, albo odchodzą z jakiegoś innego powodu. Od początku wiedziałam, że w tym roku na emeryturę odchodzą trzy nauczycielki, w tym dwie pracujące na świetlicy, ale całkiem nieoczekiwanie, dosłownie w środę przed zakończeniem roku szkolnego, okazało się, że w tym gronie jest też... Ksiądz Niosący Światło.
Kiedy w środowy poranek poinformowała mnie o tym polonistka współorganizująca akademię, uznałam to za kiepski żart. Co prawda ksiądz kilka razy wspominał, że chce zrezygnować z katechezy szkolnej, ale on czasami tak tylko się przekomarza. Niestety, ksiądz miał się pojawić w szkole dopiero na zakończeniu, nie mogłam więc po prostu do niego iść i zapytać, czy to prawda. Ale, ku mojemu zaskoczeniu, pojawił się na wieczornej Mszy. Postanowiłam wykorzystać okazję i po nabożeństwie czerwcowym poszłam na zakrystię. Ksiądz nawet ucieszył się na mój widok, bo miał recepty do wykupienia. Okazało się, że wypuścili go ze szpitala z infekcją gardła i z jeszcze jedną mało przyjemną rzeczą. Polska służba zdrowia... A ja mam znajomą, która po znajomości sprowadza i sprzedaje te leki po cenach fabrycznych. Obiecałam mu zdobyć wszystko na drugi dzień. A przy okazji zapytałam go, o co chodzi z tym jego odejściem ze szkoły. Złapał mnie za ramiona, aż mnie przeszły ciarki po plecach ze strachu. "Lolek, musiałem tak zrobić. Wiem, że dalej nie dam rady" wyznał wbijając mi chude palce w bark.
Dobrze, że wracam na nogach z kościoła, miałam trzy kilometry na to, aby coś wymyśleć na piątek i w ogóle wszystko przemyśleć. W ogóle piątek to był taki sądny dzień, bo i koniec praktyk, i zakończenie roku szkolnego, i obrona tytułu magistra z Nauk o Rodzinie, i zakończenie roku katechetycznego w parafii. I jeszcze trzeba było na szybko wymyśleć coś na pożegnanie księdza przez uczniów. Wiem, że wcale by nie okazał tego, że jest mu przykro, w końcu wszystko wyszło na ostatnią chwilę. Ale chciałam, aby i on miał piękne pożegnanie. Postanowiłam wykorzystać jeden wiersz napisany jakiś czas temu. Drugi ułożył mi się po drodze.
W czwartkowy poranek dałam jeden wiersz szósto-, a drugi siódmoklasiście, kilka słów podziękowania ósmoklasistce. Bo w tych klasach ostatnio uczył ksiądz. Od razu im powiedziałam, że nie muszą tego umieć na pamięć, grunt aby w miarę dobrze to przeczytali. Potem poszłam pomóc plastykowi w malowaniu dekoracji i ustawieniu ich w sali gimnastycznej na sztalugach. Na ostatnich lekcjach robiliśmy jeszcze ostatnie próby. Po skończonej dniówce zostałam jeszcze w szkole. I tak byłam umówiona z panią Barbórką, że przywiezie mi te jego lekarstwa do DG, a księdzu obiecałam, że poogarniam mu rzeczy w szkole. Na szczęście nie było tego dużo. Ale tutaj pierwszy raz dałam upust emocjom. Potem podskczyłam do centrum po lekarstwa i wróciłam się, tym razem do kościoła, bo przecież to zakończenie oktawy Bożego Ciała. Tym razem bez wianka, ale tyle było rzeczy na głowie, że to jedno mi z niej wyleciało. Tak trochę martwiłam się, aby mi nazajutrz nie powylatywały tak samo inne rzeczy na obronie. Lekarstwa dałam księdzu po procesji wokół kościoła. Liczyłam na to, że jeszcze powie, że z tą szkołą to żart, że od września wraca na tyle, na ile mu siły pozwolą. Nie ma to jak naiwność. Zamiast tego poprawił mi szelkę u plecaka i podziękował.
A ja czułam coraz większą bezradność i pustkę. I to chyba byli najwięksi winowajcy tego, że przez 3/4 nocy nie spałam tylko przerzucałam się z boku na bok, a co zasnęłam to zaraz się budziłam. Nie pomagało nawet głaskanie Pusi i jej kojące mruczenie. Bo zdałam sobie sprawę z tego, że musi być źle. Samodzielne mieszkanie ma tą wadę, że nie można w nikim szukać wsparcia w trudnych chwilach w każdym momencie. Trzeba jakoś sobie samemu z tym radzić. Wstałam rano po nieprzespanej nocy, spojrzałam na galowy strój, bo przecież ze szkoły miałam jechać na uczelnię, i znowu chciało mi się płakać. Zmusiłam się do zjedzenia połowy bułki, wzięłam plecak i wyszłam na pół dnia.
Do szkoły dotarłam przed 8. Najpierw poszłam na świetlicę, a potem w drodze na salę gimnastyczną zajrzałam jeszcze do księdza. Akurat była u niego 7b z kwiatami i podziękowaniami. Uśmiechnęłam się, pierwszy raz od dwóch dni, i zbiegłam na dół na salę gimnastyczną zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Było.
Na dziesięć minut przed godziną 9.00 nauczyciele, uczniowie i rodzice powoli zaczęli się schodzić do sali. Trzeba było dopilnować, aby ci nauczyciele, którzy odchodzą usiedli z przodu, nieopodal dyrekcji. Punktualnie o 9:00 rozpoczęło się zakończenie roku szkolnego klas starszych. Najpierw przemówienie pani dyrektor, następnie prezentacje multimedialne dotyczące odchodzących klas ósmych, potem ciekawostki na temat uczących się w nich uczniów, a później pożegnanie nauczycieli. Najpierw panie ze świetlicy, a potem Księdza Niosącego Światło. Zaczęło się od krótszego wiersza:

Podziękowanie
Sześć lat jak w pacierzu "Amen"
nie wiemy kiedy zleciało.
Dziś Ciebie, Księże ... *
pożegnać nam wypadało.

Za każdą lekcję religii
stokrotnie Ci dziękujemy.
To dzięki niej dosyć dużo
o naszym Bogu dziś wiemy.

Za każdą wyrządzoną przykrość,
ze skruchą Cię przepraszamy.
Za Twoje tak dobre serce.
serdeczne dzięki składamy.

W trudzie codziennych lekcji,
jaśniały nam wszystkim twarze.
Gdy śmiech twój głośny, radosny,
niósł się przez korytarze.

I jeszcze przyznamy szczerze,
tak już na samiutki koniec.
Że byłeś nam tu tak trochę,
jakby niebiańskim aniołem.

Następnie zostały odczytane słowa podziękowania i został wyrecytowany drugi wiersz, który ułożyłam w 2012 roku, kiedy ksiądz Wojtek odchodził na inną parafię. Dobrze, że jeszcze go pamiętałam. A co nie pamiętałam, to ułożyłam na poczekaniu.

Księża katecheci
Różne są Boga poznania techniki,
w czyśćcu historii, matematyki.
W piekle symboli, wzorów chemicznych,
w ogromie błędów ortograficznych.

A Niebo tak dalekie się zdaje,
niczym na mapie w atlasie kraje.
Schody do niego grzechem znaczone,
po drodze pleciemy cierniową koronę.

Jak się tam dostać, którędy droga?
ciągle błądzimy szukając Boga.
Ciągle ranimy Go swymi czynami
- Brama Niebieska zamknięta przed nami.

A święty Piotr przekręca kłódkę
i tak też mówi do nas ze smutkiem:
"Za dużo złego się w życiu działo
za mało z tego się spowiadało".

By się nie spełnił ten scenariusz czarny
i aby nasz los nie był zbyt marny.
Bóg nam posyła swych wysłanników,
co pracy mają tutaj bez liku.

Cisi to bardzo bohaterowie,
co nieraz stają na swojej głowie.
Drogę do Boga nam pokazują.
moralność, pobożność w ludziach kształtują.

Rano nas w szkole o ciszę proszą,
Wieczorem ciekawe kazania głoszą.
Służą z oddaniem w konfesjonale,
by dusza nie była grzeszna wcale.

Uczą, jak dobrym być w naszym życiu,
jak nieść innym dobro, także w ukryciu.
Gdzie miłość, dobro, prawda w nas leży,
my to już wiemy. Skąd? Z katechezy.

Odruchowo spojrzałam na księdza - siedział skulony, z głową ukrytą w dłoniach. Wzruszył się, i to jak. Potem, już w sali, kiedy dowiedział się już jaka była geneza tego wszystkiego (połowicznie) przyznał, że to były najpiękniejsze wiersze, z jakimi się spotkał. Zrobiło mi się głupio, bo sama nie uważam ich za rewelacyjne. Po prostu pisałam to, co mi serce podpowiadało. Gdybym miała więcej czasu powstałoby coś lepszego. Zapytałam się go skąd wie, że te wiersze to ja napisałam. Odpowiedział mi coś takiego, co chcę zachować dla siebie, ale wiem, pragnę aby ta jego odpowiedź została ze mną po wszystkie dni mojego życia.
Po skończonej akademii zostałam jeszcze na sali gimnastycznej na zakończeniu roku szkolnego klas młodszych, a potem na demontażu dekoracji i krzeseł. W tym czasie nauczyciele poszli do klas i pokoju nauczycielskiego. Podeszłam do Księdza Niosącego Światło i powiedziałam mu, że przyjdę do jego salki, jak tylko uporam się z tym wszystkim. Nie będę ukrywała - prace porządkowe trochę mi zajęły, w drodze na trzecie piętro jeszcze zahaczyłam o świetlicę zobaczyć, czy nie ma w niej dzieciaków - nie było. Z czystym sercem poszłam na górę. Ksiądz stał przy oknie wyraźnie wzruszony. Po chwili spojrzał w moją stronę i stwierdził, że czas się zbierać. Dopił coś z kubka i powiódł wzrokiem po klasie. "Czas na zmianę warty, Lolku" - stwierdził ledwie słyszalnym głosem, po czym zapytał, czy nie spóźnię się na obronę magisterki, bo tego by nie chciał. Odpowiedziałam, że nie i pomogłam mu w pakowaniu ze szkoły ostatnich rzeczy oraz otrzymanych upominków, a ponieważ do obrony miałam jeszcze trochę czasu (wyznaczona była na godzinę 14:00) postanowiłam go odprowadzić na plebanię. Część rzeczy wylądowała w kartonie, część w moim plecaku. 
W zasadzie te kilkaset metrów pokonaliśmy w ciszy. Nie chciałam forsować jego gardła, w ogóle nie chciałam go zbytnio męczyć. A jednak cieszyłam się widząc wzruszenie na jego twarzy. Tylko już przy drzwiach na plebanię zaczęłam mówić. Widziałam też, że zaczyna go boleć głowa (ewentualnie ból się nasilił) dlatego poprosiłam go, aby się położył, przespał i odpoczął, bo źle wyglądał. A przy okazji zapytałam go, czy nie potrzebuje jeszcze niczego z apteki, bo jakby co to mogę podejść po obronie do pani Barbórki i mu załatwić. Jak nie na dzisiaj, to na jutro. Stwierdził, że wszystko ma. Na odchodne jeszcze nakreślił mi znak krzyża na czole. Przypomniało mi się, jak ksiądz Wojtek czynił taki sam gest przed moimi egzaminami. I znowu siłą woli musiałam się pilnować, aby nie wybuchnąć przy nim płaczem. Jeszcze raz życzył mi na czas obrony opieki Ducha Świętego. I jakoś tak się wzruszyłam. 
Na uczelnię dotarłam trochę przed czasem. Po drodze jadłam kajzerkę, chociaż z emocji miałam ściśnięty żołądek. Ale musiałam coś zjeść, aby nie zemdleć. Jeszcze zdążyłam przejrzeć notatki z dwóch ostatnich lat i na drżących nogach weszłam, po wywołaniu mnie, do sali egzaminacyjnej. Jedno pytanie miałam z treści pracy (opisywałam sytuację ukraińskich uczniów mających status uchodźcy wojennego i porównywałam wyniki z wynikami sprzed 2 lat), jedno z podstaw dydaktyki i jedno z mediacji (to z dydaktyki i z mediacji nawiązywało do mojej pracy dyplomowej). Ostatecznie na wszystkie pytania odpowiedziałam na tyle wyczerpująco, że otrzymałam całkiem ładną ocenę, co w parze ze średnią ze studiów daje satysfakcjonujący mnie wynik. Z jednej strony cieszyłam się, bo jednak nie były to łatwe dwa lata, zwłaszcza pod względem emocjonalnym, ale też zdrowotnym. Ale z drugiej strony gdzieś z tyłu głowy przypomniał mi się jeden komentarz i od razu pojawiła się myśl: a co, jeżeli tamta osoba miała rację? Jeżeli naprawdę jestem słaba w nauce, a wszystkie oceny, a co za tym idzie i dyplomy, faktycznie otrzymuję z litości? Chciało mi się płakać, a chwilowa radość gdzieś uleciała. Zadzwoniłam do domu z informacją, że zdałam i wyszłam z uczelni. Ku mojemu zaskoczeniu przed budynkiem czekali na mnie Kropka z Adamem. Raz, chcieli pochwalić się świadectwami szkolnymi (dwa razy świadectwo z wyróżnieniem), dwa, chcieli mi pogratulować ukończenia drugich studiów magisterskich. Żałowałam, że nie mogłam iść z nimi na lody z powodu zakończenia roku katechetycznego, ale umówiliśmy się z tym na wakacje.
Po powrocie do domu zmieniłam odświętną koszulę na zwyczajną, kolorową, spódnicę na dżinsy i włączyłam komputer oraz zupę na kuchence. Szybko napisałam księdzu Wojtkowi, że drugi magister obroniony (sam mnie o to prosił), po czym zjadłam obiad, wrzuciłam do plecaka keczupy i musztardy i pobiegłam do Kościoła na Mszę na zakończenie roku szkolnego i katechetycznego. Ale wcześniej na różaniec. Jak zwykle siedziałam w ostatniej ławce. Tym sposobem Ksiądz Niosący Światło mógł tradycyjnie do mnie podejść zmierzając do konfesjonału. Od razu mi pogratulował uzyskania dyplomu magistra, bo stwierdził, że ani trochę w to nie zwątpił. Tylko ciekawe co by było, gdyby tak się nie stało, gdybym z tego wszystkiego oblała na samym końcu... Wyglądał już lepiej, tylko głos miał nieswój. Tymczasem zaczęły schodzić się dzieci i zasiadać w ławkach. Spowiadający księża też już udali się na zakrystię, a chwilę później rozpoczęła się Msza. Podobało mi się, że dzieci były zaangażowane w czytania, śpiewy i niesienie darów. Kazanie, nieco chrypiącym głosem, wygłosił Ksiądz Niosący Światło, który przypominał, że Bóg chce być z nami obecny także w naszych wakacyjnych podróżach i planach. I to od nas zależy, czy tą prośbę spełnimy, czy też nie. Dziękował też za te wszystkie lata, w szkole i w parafii, jak także za pożegnanie jakie mu urządzono w szkole. Biednemu aż głos się zaczął łamać, a ludzie zaczęli szlochać.
A po Mszy cała młodzież (i nie tylko) poszła na tył kościoła, gdzie było ognisko. Od razu dałam keczupy i musztardy, aby o nich nie zapomnieć. Rozejrzałam się dookoła - było tyle znajomych twarzy ze szkoły i z kościoła, że nawet gdybym chciała, to nie czułam się tam obco. Co rusz ktoś podchodził do Księdza Niosącego Światło, aby podziękować mu za wszystko. Zarówno dzieci, jak i rodzice. Aż ciepło się człowiekowi robiło na sercu na ten widok. Lubią go - to widać. Ksiądz kilkakrotnie namawiał mnie na kiełbaskę z ogniska, Organista nawet chciał mi ją upiec, tak samo jak Dusia. Ze mnie jednak zaczęły schodzić emocje i stres związane z przeżyciami z całego dnia, co objawiało się niezbyt przyjemnym bólem brzucha. Wiedziałam czym to się mogło skończyć, a jeszcze chciałam się pouczyć po powrocie filozofii. Dlatego grzecznie i z uśmiechem kręciłam przecząco głową, mówiąc, że lepiej aby zostało dla dzieci. Do moich uszów co chwilę dobiegał głos Księdza Niosącego Światło, który opowiadał o dzisiejszej akademii i o tym, że świat nauki powiększył się o dodatkowego magistra familologii. Miałam mieszane uczucia - z jednej strony chciałam zapaść się ze wstydu, ale z drugiej, gdzieś tam w sercu na dnie czułam radość, że ktoś szczerze cieszył się z mojego mini-sukcesu. Tym bardziej, że do mnie on jeszcze nie dotarł.
Ognisko dogasało, dzieci z rodzicami i opiekunami powoli zaczęli zbierać się do domów. Wraz z Natanem jeszcze przez chwilę próbowaliśmy zachować żywy płomień, dorzucając drobny chrust do ognia. To znaczy bardziej Natan wrzucał, ja go tylko asekurowałam, aby nie wleciał do żaru. "Natan, Lolek, nie bawcie się ogniem, bo będziecie sikać w nocy" - usłyszałam śmiejący się głos Księdza Niosącego Światło. Kiedy niemal już wszyscy poszli i została nas może dziesięcioro, usiedliśmy wokół ogniska, z którego bił jeszcze żar. Słońce chyliło się ku zachodowi, a ten długi i emocjonujący dzień dobiegał końca. Chciałabym, aby trwał on w nieskończoność, jednak prawa Boże są nieubłagane. Trzymałam w drżących dłoniach kubek z wodą, patrzyłam na mieniące się między blokami zachodzące słońce, a po mojej głowie kołatała się jedna jedyna, najbardziej tutaj pasująca piosenka z filmu "W pustyni i w puszczy" - "Rzeka marzeń".
A ponieważ zegar wskazał godzinę 21:00, wstaliśmy, aby odśpiewać młodzieżową wersję "Apelu jasnogórskiego". Wszyscy złapaliśmy się za ręce, tworząc tym samym jedność. Potem jeszcze na chwilę usiedliśmy na ziemi słuchając śmiesznych kawałów opowiadanych przez Organistę. A ma ku temu dar. Jednak i żar stawał się coraz mniejszy. Ksiądz zadecydował, że koniec tej imprezy i idziemy spać. Ale kazał mi jeszcze na moment poczekać, dając mi na chwilę swoją bluzę do ubrania, a sam poszedł do mieszkania. Wrócił po chwili, ze słoikiem miodu w rękach. Dostał go na pożegnanie od dzieci w szkole, ale i tak nie jest w stanie już jeść takich rzeczy, a w jego ocenie dzisiaj jak najbardziej zasłużyłam na jakąś nagrodę. Tylko, że ja nie zrobiłam nic nadzwyczajnego. Przygotowanie akademii na koniec roku szkolnego to dla mnie była przyjemność, a obrona magisterki - też nic wielkiego. Nie ja pierwsza, nie ostatnia. Wiecie, robiłam wszystko, aby się nie popłakać, lecz tak mało mi to wyszło. Zwłaszcza kiedy sobie uświadomiłam, że już naprawdę nigdy nie wróci do szkoły jako katecheta. Siedziałam więc na schodach trzymając na kolanach ten cały miód i dobry kwadrans, mimowolnie, wyłam w niebogłosy. A Ksiądz Niosący Światło po prostu siedział obok i obejmował mnie swoim ramieniem zapewniając, że wszystko będzie dobrze. Tylko, że ja wiem, że nie będzie. Nawet nie wiem, czy to dla niego było dobre, aby tak siedział na zimnym bruku. W końcu zaczęłam się zbierać do kupy. Kazałam mu iść do domu, bo już było słychać, że chrypie i częściej pokasływał. Ale na pożegnanie uścisnęliśmy sobie dłonie, a ksiądz jeszcze schował mi miód do plecaka i tradycyjnie poczochrał po czuprynie jeszcze raz gratulując obrony.
"Czas na zmianę warty, Lolku" - hmmm, jakaś sugestia? Co prawda mogłabym spróbować aplikować z dyplomem z licencjatu z pedagogiki, bo obronę tego tytułu magisterskiego przełożyłam na wrzesień. Tylko czy w ogóle mam szansę? Ale skoro ksiądz tak mówi, to czemu chociaż nie spróbować. Żeby tylko on doczekał tej mojej wrześniowej obrony...

* jednak jego imię zachowam dla siebie, niech na blogu będzie Księdzem Niosącym Światło