Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 29 stycznia 2023

1522. "Miną lata, gwiazdy zgasną, fotografie w głowie zasną..." S. Krajewski, "Wielka miłość"

Kiedy tydzień temu ksiądz proboszcz podczas ogłoszeń parafialnych ogłosił, że na tegoroczny odpust parafialny przybędzie z Lubina (nie mylić z Lublinem) jeden z byłych księży posługujących w naszej parafii, ksiądz Wojtek, o mało nie krzyknęłam z radości. Pamiętacie jak w grudniu umieściłam wpis "Na chwilę", w którym pisałam o ludziach, którzy pojawiają się w moim życiu na tą przysłowiową chwilę, ale wnoszą do niego więcej niż niejeden, który jest w nim na stałe? Ksiądz Wojtek z pewnością zalicza się do tej grupy osób. Współpracowałam z nim przez niecałe dwa lata, jednak to były z perspektywy czasu najpiękniejsze lata w moim życiu. Nie ukrywam, że gdyby nie on to nie zostałabym animatorem salezjańskim, nie poznałabym wielu osób, nie zainteresowałabym się pedagogiką, nie napisałabym pracy magisterskiej o wolontariacie na podstawie działalności Oratorium. Mam niewiele zdjęć z tego okresu, nad czym bardzo żałuję. Nie miałam wtedy aparatu fotograficznego. Pewnie inni animatorzy coś mają, może administrator strony internetowej. 
Kiedyś spotkałam się ze zdaniem, że najpiękniejsze fotografie z naszego życia powstają w naszej pamięci. Co prawda z czasem mogą one ulec zatarciu, zniekształceniu przez ząb czasu. Jednak jakaś tam mała cząstka zawsze w nas zostaje. Z księdzem Wojtkiem mam kilka wspomnień. Co ciekawe, żadne z nich nie jest negatywne. Ale może dlatego, że dla mnie on nie miał jakiś tam dużych wad. A poza tym, podobnie jak ksiądz, który będzie błogosławionym, w pierwszej kolejności widział we mnie człowieka, a dopiero potem kogoś z ułomnościami. Może dlatego traktował mnie na równi z innymi - pozwalał, ale też wymagał, a kiedy trzeba było, to upominał.
A jakie "fotografie" związane z księdzem Wojtkiem utrwaliły się w mojej pamięci?
Fotografia 1 - proboszcz jedzie na pielgrzymkę do Ziemi Świętej, przez co schola nie ma próby. Nic o tym nie wiem i idę tradycyjnie w czwartek na spotkanie. Stoję pod drzwiami do Oratorium i stoję, ale nikt się nie pojawia. W końcu wychodzi z nich ksiądz Wojtek, który gdzieś jechał. "A co ty nie wiesz, że próby dzisiaj nie macie?" - mówi żartobliwym tonem. Kręcę przecząco głową, bojąc się wypowiedzieć słowa. "Wsiadaj, to cię podwiozę" - proponuje otwierając drzwi wysłużonego dostawczaka swojego taty. Po krótkim wahaniu siedziałam w jego samochodzie. "Gdzie mieszkasz?" - pyta. "Na Merkurym" - odpowiadam. - "Księże, a kiedy są spotkania Oratorium?" - pytam wbrew własnej woli. "W środy, wtedy ma też próby zespół młodzieżowy, jak chcesz to możesz przyjść" - słyszę w odpowiedzi.
Fotografia 2 - najbliższa środa, nieśmiało wchodzę do Domu Młodzieżowego i schodzę na dół. W środkowej salce znajdują się animatorzy z Oratorium. Większość znam ze scholi. Z nowymi się zapoznaję. Po chwili pojawia się ksiądz Wojtek z gitarą. Gra pieśń "Jeden jest tylko Pan", która wpada mi w ucho. Na koniec mówi mi, żebym w niedzielę śpiewała z nimi na Mszy świętej.
Fotografia 3 - niedziela, moje 20 urodziny. Najpierw śpiewam ze scholą o godzinie 11:00, następnie o 12:30 z Oratorium. Są pieśni "Jak wielki jest Bóg" oraz "Panie, któż jak Ty". Mam mikrofon. Po Mszy śpiew "Sto lat" dla mnie i Gagatka.
Fotografia 4 - początek marca 2011 roku, wizytacja księdza biskupa. Śpiewam na 3 Mszach, w tym na 12:30 z Oratorium. Obok biskupa stoi ksiądz Wojciech. Na koniec pamiątkowe wspólnotowe zdjęcie. Jedno z niewielu, jakie mamy.
Fotografia 5 - 1 kwietnia 2011, piątek. Młodzież z Oratorium wystawia Drogę Krzyżową. Wcześniej jednak przystępuję u księdza Wojtka do sakramentu pokuty i pojednania. Z reguły staram się do niego chodzić. Jestem zmęczona - najpierw studia, potem trening, na końcu kościół. Ale też czuję wewnętrzną radość. "Ty coś dzisiaj czytasz?" - słyszę głos młodszej siostry, która wymownie patrzy na trzymany przeze mnie scenariusz. "Nie, ale śpiewam" - pada moja odpowiedź. Faktycznie śpiewam, a w pewnym momencie mój wzrok krzyżuje się ze wzrokiem mamy. 
Fotografia 6 - następny tydzień, przygotowania do czuwania w Wielką Sobotę. "Lolek, ty będziesz" - słyszę pytanie Paula. "Nie, jedziemy na święta i na beatyfikację do rodziny do Wadowic" - odpowiadam. "Szkoda" - komentuje ksiądz.
Fotografia 7 - piątkowy wieczór, Kłębki gonią się po pomieszczeniach oratoryjnych. Nagle większy wpada na drzwi do salki telewizyjnej i wyrywa je z zawiasów. Za drzwiami stoi stojak na ubrania. W drzwiach robi się dziura. Wszyscy się śmieją, że Kłębek zrobił w drzwiach "judasza". Przychodzi ksiądz Wojtek, rozmawiamy o repertuarze na parafialny festiwal piosenki maryjnej. Na końcu pytam, czy mogę z nimi wystąpić. Nikt nie widzi w tym najmniejszego problemu.
Fotografia 8 - koniec maja, festiwal. Występuję najpierw ze scholą, a potem z Oratorium. Ze scholą zdobywamy pierwsze miejsce, z Oratorium wyróżnienie. Ksiądz cieszy się razem z nami. Potem, wracając z nabożeństwa majowego do Domu Młodzieżowego rozmawiamy o tym, co ostatnio stało się w moim życiu (zmarł mi wujek)
Fotografia 9 - czerwiec 2011 r., ksiądz Wojtek pozwolił mi pomagać podczas organizacji półkolonii parafialnych. Po nabożeństwach czerwcowych spotykamy się w Oratorium i dopracowujemy program. Przy okazji dużo rozmawiamy, przez co nasze więzi jeszcze bardziej się zawiązują
Fotografia 10 - pierwszy tydzień lipca, półkolonie. Wspaniałe sześć dni. Chodzę po salach i sprawdzam, czy nikomu niczego nie brakuje, roznoszę kanapki, prowadzę kronikę, pilnuję dzieci podczas wyjść, raz nawet pomagam prowadzić zajęcia. Są sawionaria, wyjścia na basen i na kręgielnię, wyjazd na całodzienną wycieczkę do Krakowa. Jestem na równym poziomie z innymi animatorami. Po każdym dniu spotkania podsumowujące, wieczorem możemy przyjść do Domu Młodzieżowego i tam spędzić czas. Nad wszystkim czuwa ksiądz Wojtek, który na koniec zleca mi zrobienie filmiku z półkolonii, który mógłby być puszczony podczas Mszy świętej. Melodie z tańców integracyjnych jeszcze przez długi czas chodzą mi po głowie.
Fotografia 11 - początek września 2011, wracam z gór tylko na chwilę, bo mam jechać do Słubic na zawody. W piątek jest jednak spotkanie animatorów, o czym informuje mnie Dorcia. Idę. Jest propozycja śpiewania na Mszy świętej podczas parafialnej pielgrzymki do lokalnej bazyliki. Nikt z nas jednak nie będzie na niej obecny. Ksiądz Wojtek mówi nam też, że proboszcz poprosił go o to, aby animatorzy przygotowali akademię z okazji 33 rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża. Ma już nawet koncepcję scenariusza.
Fotografia 12 - przygotowania do akademii. Prosto ze studiów idę do kościoła. Całą próbę mam plecak na plecach. "Lolek, zdejmij go" - słyszę głos księdza Wojtka. Po chwili zdejmuje mi go. Ćwiczymy piosenki. Czuję ciary słuchając "Wieżę modlitwy" w wykonaniu Rafiego i Gagatki. Ze łzami patrzę na mamę. "To będzie piękne" - zdaje się mówić jej spojrzenie.
Fotografia 13 - 16 października 2011, proszę mamę o zapięcie mi guzika u białej koszuli tuż przy samej szyi. Wcześniej cały dzień robiłam notatki z wykładów. Idziemy wszyscy do kościoła. Jest nabożeństwo różańcowe prowadzone przez księdza Wojtka. W ławce przed nami siedzą pozostali. Koniec nabożeństwa. Wraz ze siostrą i pozostałymi stajemy na schodkach przed ołtarzem. Ubogacamy Mszę świętą naszym śpiewem. Na koniec jest "Abba Ojcze" podczas której trwają ostatnie przygotowania, m.in. ustawianie dekoracji. Ksiądz Wojtek stoi koło mnie. Śpiewa piosenkę "Nad Twoją białą mogiłą" do słów samego Karola Wojtyły. Nie było mnie na ostatniej próbie, nie wiem czy niektóre części śpiewa on sam, czy z nami. Nagle czuję, jak dyskretnie unosi moją rękę z mikrofonem ku ustom. Przedstawienie dobiega końca, idziemy do pomieszczenia nad zakrystią na oratoryjną pizzę.
Fotografia 14 - sobota, zajęcia dla dzieci. Oglądamy "Astroboy'a". Nie najlepiej się czuję. Ksiądz robi mi jakąś musującą tabletkę i przynosi w kubku. Po zajęciach rozmawiamy na temat obejrzanej bajki i wartości jakie za sobą niesie. Przychodzi mi na myśl inna bajka - "Pinokio"
Fotografia 15 - sobota, przygotowania do Cecyliady. Ksiądz Wojtek uczy nas piosenki "Jaki był ten dzień", która staje się jednym z mott mojego życia
Fotografia 16 - Cecyliada, śpiewam i jako członek scholi, i jako animator z Oratorium. Niestety nie wykonujemy "Jaki był ten dzień", a m.in. "Idziemy na Syjon". Ksiądz Wojtek przygrywa nam na gitarze.
Fotografia 17 - mamy do przygotowania 8 grudnia, czyli rocznicę założenia przez księdza Bosko Oratorium. Ksiądz Wojtek chce wystawić przedstawienie zamiast kazania. Przez przypadek dostaję rolę jednego z pastuszków (Łucji albo Hiacynty), którym w Fatimie ukazała się Matka Boża. Zastanawiamy się nad darami, które można zanieść do ołtarza. Pada propozycja farelki, co wywołuje w nas salwę śmiechu.
Fotografia 18 - 8 grudnia. W pośpiechu wracam z uczelni i jem obiad. Słyszę, jak mama każe mi jeść powoli, bo przecież zdążę. Ubieram się w koszulę i spódnicę do kostek, biorę reklamówkę, w której jest chustka na głowę. Idę. Oratorium obstawia Mszę. Na wejście śpiewamy "Niepokalaną", potem młodzieżową wersję "Glorii". Na drugim czytaniu schodzimy do zakrystii, aby się przygotować do występu. Wszystko idzie tak szybko, że nawet się nie oglądam, jak już mówię swoją kwestię.
Fotografia 19 - Wigilia wspólnotowa. Czas życzeń i wzruszeń. Każdy z nas dostał serdeczne życzenia od księży i czekoladę. Łamanie się z każdym opłatkiem, jeszcze silniejsze poczucie wspólnoty.
Fotografia 20 - Święto Bożej Rodziny. Podchodzimy całą rodziną po błogosławieństwo do księdza Wojtka. On ujmuje moją głowę w swoje dłonie i mówi: "Śpiewaj tak dalej";
Fotografia 21 - luty 2012, Oratorium miało przygotować środową nowennę, ale nikt oprócz mnie nie przyszedł. Po Mszy ksiądz Wojtek schodzi z prezbiterium i podchodzi do mnie. "Szkoda, że nie wiedziałem, że będziesz. Dałbym ci coś do przeczytania" - mówi.
Fotografia 22 - marzec 2012; intensywny czas, ponieważ jako Oratorium mamy do przygotowania Drogę Krzyżową, rocznicę śmierci Jana Pawła II, czuwanie wielkoczwartkowe, oprawę Wielkiej Soboty oraz drugą rocznicę katastrofy smoleńskiej. Ksiądz Wojtek stara się mnie czynnie zaangażować w jak największą liczbę rzeczy, oczywiście nie przeciążając mnie jednocześnie.
Fotografia 23 - 2 kwiecień 2012, poniedziałek. Akademia z okazji kolejnej rocznicy śmierci papieża Jana Pawła II, która jest niejako kontynuacją tego, co wystawiliśmy w październiku. Nie najlepiej się czuję. "Boję się" - mówię do księdza Wojtka na zakrystii przed Mszą. "Jeżeli nie chcesz, nie musisz występować. Ale bez ciebie nie będzie to już to samo". Robi mi na czole znak krzyża. Jednak występuję. 
Fotografia 24 - Wielki Czwartek. Budzę się rano z gorączką i ogólnym rozbiciem. Wszystko mnie boli. Mama dzwoni do księdza Wojtka, czy koniecznie muszę być wieczorem na czuwaniu. Nie muszę. A jednak upieram się i jestem. Stoję koło księdza, który w razie czego ma się ze mną ewakuować. Z zaschniętym gardłem mówię moją kwestię. Schodzimy z prezbiterium. Wszyscy mi gratulują, ale ja najchętniej położyłabym się do łóżka. Zdążyłam jeszcze przytulić księdza składając mu życzenia z okazji jego święta.
Fotografia 25 - Wielka Sobota. Czwartkowa niemoc odeszła w niepamięć. Co prawda jeszcze trochę jestem osłabiona, ale już wraz z innymi śpiewam "Zmartwychwstał Pan i żyje dziś". Mszę odprawa ksiądz Wojtek, z którym jest umowa, że jeżeli tylko zaczynam się źle czuć, to schodzę na zakrystię. Na koniec Mszy świętej zaprasza nas wszystkich na zakrystię i życzy nam wszystkiego co najlepsze.
Fotografia 26 - akademia z okazji drugiej rocznicy katastrofy pod Smoleńskiem. Wbrew wszystkiemu nie był to manifest polityczny czy próba ustalenia winnych temu co się wówczas stało, ale próba zastanowienia się nad sensem ludzkiego życia. Wszyscy jesteśmy ubrani na czarno. Czytam tekst. Obok mnie tradycyjnie stoi ksiądz. "Wolniej Loluś, wolniej" - słyszę jego szept. Jak na komendę zwalniam.
Fotografia 27 - imieniny księdza Wojtka. Śpiewamy na Mszy jako Oratorium. Potem idę z prezentem do księdza. Chwilo trwaj.
Fotografia 28 - maj, "Muszę wam coś powiedzieć" - mówi ksiądz Wojtek, kiedy siedzimy zgromadzeni w jednej z oratoryjnych salek. "Przenoszą mnie do innej parafii". "Ale dlaczego?" - wyrywa się komuś z nas. "Bo taka jest wola mojego przełożonego. A ja ślubowałem mu posłuszeństwo".
Fotografia 29 - maj, bierzmowanie. Rano na studiach rozmawiam z jedną z wykładowczyń o moich pasjach i zainteresowaniach. "Kiedy pani znajduje na to wszystko czas?" - dziwi się. Wzruszam ramionami. Wieczorem bierzmowanie, podczas którego dwójka osób ze scholi przyjmie ten sakrament. Msze oprawiają młodzieżowe zespoły, w skład których wchodzę także ja. Ksiądz Wojtek chodzi po ofierze. Na koniec każdemu z nas dziękuje za zaangażowanie i obecność.
Fotografia 30 - 31 maja 2012 r., ostatnie nabożeństwo majowe. "Słówko na dobranoc" ma ksiądz Wojtek. Zamiast minikazania gra na gitarze i śpiewa piosenkę "Matko Boża z Betlejemu". Dociera do mnie, że to już ostatni raz...
Fotografia 31 - pierwszy piątek miesiąca. Kolejny ostatni raz, tym razem ostatnia pierwszo piątkowa spowiedź u księdza Wojtka. Chyba jest to jedyny raz, kiedy głos mi grzęźnie w gardle ze wzruszenia i naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Ksiądz chyba wyczuwa atmosferę, bo też ma jakiś taki inny głos. I to co mówi po mojej spowiedzi też jest inne. W końcu po raz ostatni daje mi rady na dobre życie.
Fotografia 32 - 25 czerwiec 2012, "Księże! Obroniłam licencjat! Na bardzo dobry!" - myślę, że mój krzyk mógłby obudzić niejednego zmarłego. Ja zaś skaczę na podjeździe przed Domem Młodzieżowym nie wiedząc, czy bardziej cieszę się z uzyskanego wyniku, czy może z tego, że zdążyłam się obronić jeszcze przed opuszczeniem przez księdza Wojtka placówki. Ksiądz stoi i z uśmiechem ogląda mój dziki taniec. "Ani na chwilę nie wątpiłem w to, że ci się uda tego dokonać" - mówi kładąc mi ręce na ramionach.
Fotografia 33 - 29 czerwiec 2012, wszyscy animatorzy siedzą przy stole w jadalni Domu Młodzieżowego, z niecierpliwością czekamy na księdza Wojtka, który wyjątkowo się spóźnia. "Lolek, patrz" - Dorcia wyciąga album, w którym zgromadziła zdjęcia z naszych wspólnych chwil. - "Podoba ci się?". "Tak" - potwierdzam. Wreszcie wchodzi ksiądz Wojtek. "Przepraszam, pakowałem się" - tłumaczy się. Dorcia wręcza mu pamiątkę po naszej współpracy. Następnie ze wszystkimi się osobiście żegna. "Nigdy się nie poddawaj, Lolku, nigdy się nie poddawaj" - to ostatnie słowa, jakie od niego słyszę.
Możecie mi wierzyć lub nie, ale już pisząc te "fotografie" mam łzy w oczach na samo wspomnienie tych pięknych chwil. Naprawdę, spotkałam wiele ludzi na swojej drodze, ale niewielu wniosło tyle, ile on.
Zastanawiałam się, czy mnie pozna. W końcu od naszego pożegnania minęło już ponad dziesięć i pół roku. Co prawda niewiele się przez ten czas zmieniłam, ale... Z drżącymi nogami, jako pierwsza w długiej kolejce czekałam na to, aż udzieli mi Komunii świętej. Zrobił to z uśmiechem. A wcześniej, podczas kazania, stwierdził, że bardzo ucieszył go widok niektórych osób śpiewających w scholi, tych, które śpiewały już wtedy, kiedy on tu posługiwał. No tak, przed Mszą wyszedł do ambony i wtedy spojrzał w górę. Nawet komuś pomachał. A już do końca uświadomił mnie w przekonaniu, że pamięta, kiedy po Mszy jeszcze raz wyszedł na kościół. Schola akurat stała przy szopce. Ze wszystkimi się przywitał, a "weteranów" to jeszcze serdeczniej uściskać. "Lolek" wyszeptał mi do ucha. A mi ze wzruszenia aż odjęło mowę. I w końcu nie podziękowałam mu jeszcze raz za wszystko, ani nie potwierdziłam, że starałam się nie poddawać. Na myśl przyszły mi za to słowa jednej z piosenek "Arki Noego", które doskonale wpisywały się w ten moment: "Nie wiem, czy cię poznam, ale wiem, że na pewno ty rozpoznasz mnie".
I na koniec taka ciekawostka - z tamtego, prowadzonego przez księdza Wojtka Oratorium ostałam się ja. Zresztą podobnie jak ze składu Oratorium prowadzonego przez Boskiego Oskiego. A teraz ksiądz Wojtek jest proboszczem parafii, na której wikarym jest ksiądz Boski. Mam nadzieję, że jakoś się dogadują co do wychowania młodzieży. Bo u nas to różnie bywało. Jeszcze dziś pamiętam, jak pewnego razu ksiądz Wojtek stwierdził z pełną szczerością: "Problem naszej parafii polega na tym, że na trzech księży, każdy z nas ma inną koncepcję na młodzież i nie możemy z tym dojść do porozumienia".

sobota, 28 stycznia 2023

1521. Dzień, w którym Tychy zapłakały

Ofiary lawiny (źródło zdjęcia)
Tą tragedią żyli wszyscy. Jeżeli nie w całej Polsce, to na pewno na Górnym Śląsku. Jeszcze dzisiaj pamiętam, jak kilka lekcji wychowania fizycznego poświęconych zostało bezpieczeństwu w górach oraz zachowania się podczas zejścia lawiny. Bo jakoś nie sposób było przejść obojętnie koło tragedii z jednego z tyskich liceów, czyli dziejącej się tuż za miedzą.
"Daj nam wiarę w mrok i świt, daj hart tatrzańskich skał" - takie motto można wyczytać na tablicy pamiątkowej poświęconej pamięci ofiar lawiny w LO nr 1 im. Leona Kruczkowskiego w Tychach: Przemysławowi Kwietniowi, Szymonowi Lenartowiczowi, Andrzejowi i Łukaszowi Matyśkiewiczom, Justynie Narloch, Arturowi Rygulskiemu oraz Tomaszowi Zbiegieniowi.
Tablica ku pamięci ofiar lawiny w Tatrach (źródło zdjęcia)
Dzisiaj mija 20 lat od dnia, w którym zdarzyła się największa tragedia w polskich Tatrach - lawina która wówczas zeszła pod Rysami pozbawiła życia ośmiorga uczestników wyprawy w Tatry. Większość z nich miałaby w tej chwili od 36 do 42 lat, zapewne mieliby rodziny, dzieci. Jeden z ich opiekunów miałby natomiast 56 lat. Tymczasem los chciał inaczej.
W szkolnej wycieczce wzięło udział 21 uczniów liceum w wieku od 16 do 18 lat, a także 22-letni brat jednego z nich. Cała ekipa planowała  Organizatorem wyprawy był nauczyciel geografii, szef i założyciel sportowego klubu "Pion" działającego w tyskim liceum - Mirosław Sz. Nie było z nimi przewodnika tatrzańskiego, a uczniowie całkowicie ufali swojemu opiekunowi. Sąd uznał go za winnego sprowadzenia niebezpieczeństwa utraty zdrowia i życia wielu osób oraz skazał na dwa lata więzienia, zawieszając jednak wyrok na okres czterech lat.
Ratownik TOPR, Władysław Cywiński, który jest również znawcą tatrzańskiej topografii, 26 stycznia 2003 r. kończył dyżur w schronisku nad Morskim Okiem. Tego dnia do budynku dotarła grupa młodzieży z tyskiego liceum.
Nie widziałem dzieciaków, ale rozmawiałem z ich opiekunem. Odradzałem mu to, co zamierzał, po czym zszedłem z dyżuru - wspomina.
Pierwsza część grupy, która zdobyła Rysy (źródło zdjęcia)
27 stycznia Rysy zostały zdobyte przez pierwszą grupę młodzieży wraz z opiekunem. Radości z tego wydarzenia nie było końca i wszyscy byli pewni, że nazajutrz sytuacja się powtórzy. W nocy jednak warunki atmosferyczne uległy gwałtownej zmianie - nastąpiło ocieplenie, zaczął też padać deszcz. Pomimo znaków ostrzegawczych, 28 stycznia Mirosław Sz. wyruszył z drugą grupą młodzieży w góry. Czwórka osób idących na jej czele była już wysoko, kiedy pod nimi wyjechały masy śniegu. Wśród nich znajdował się nauczyciel.
Początkowo nikt sobie nie zdawał sprawy z wielkości tej lawiny o tragedii, jaka tam się rozegrała. Dostaliśmy informację od świadka o jednej porwanej osobie. Tak jak postępujemy zwykle w takich sytuacjach, na miejsce poleciał śmigłowiec z pierwszą ekipą ratowników. Znaleziono zasypaną częściowo dziewczynę. Była przytomna, miała złamaną rękę. Dopiero od niej uzyskaliśmy informację, że na Rysy wybrała się cała grupa, i że prawdopodobnie lawina zabrała więcej osób. Rozpoczęły się poszukiwania na lawinisku. Od razu widać było, że znaczna część lawiny wjechała do Czarnego Stawu, rozwalając grubą lodową taflę. Już wtedy pojawiły się sugestie, że jest ryzyko, iż część ofiar znajduje się w stawie, ale to były tylko przypuszczenia. Nie wiedzieliśmy jeszcze, ile dokładnie osób porwała lawina. Dopiero zejście opiekuna grupy i jego relacja uświadomiły nam rozmiary tragedii, mimo że trudno było się z nim wtedy dogadać. Ta sytuacja go przerosła - wspomina ratownik TOPR, Adam Marasek.
Już pierwszego dnia z lawiniska wydobyto trzy osoby: mocno poturbowaną Luizę, nieprzytomnego chłopca (który później zmarł w szpitalu) oraz pierwszą nieżywą osobę - Łukasza. Oznaczało to, że w lawinie pozostało jeszcze sześć osób, które prawdopodobnie już nie żyją. Według statystyk największe szanse na przeżycie mają ci, których wydobędzie się na powierzchnię w ciągu 15 minut od momentu zasypania. Później szanse na przeżycie drastycznie spadają.
Akcja ratunkowa trwała do zmroku. W przeszukiwanej części lawiniska, tej, która znajdowała się na brzegu stawu, nie udało się znaleźć nikogo więcej.
Nikt z uczestników nie miał detektora lawinowego, nie dało się więc prowadzić poszukiwań przy pomocy detektorów. Nabieraliśmy coraz mocniejszego przekonania, że ciał należy szukać w stawie - mówi Adam Marasek.
Znicze pod liceum, do którego chodziły ofiary lawiny (źródło zdjęcia)
Psy nikogo nie wyczuły, ratownicy też nie wysondowali żadnego ciała. Za to coraz częściej patrzono na zgruchotaną przez śnieżne zwały taflę Czarnego Stawu. Wieczorem zaprzestano akcji ratowniczej. W centrali TOPR zapadły decyzje, co do działań w następnym dniu. Do Zakopanego docierały też rodziny ofiar.
Miałem z nimi kontakt już pierwszego dnia. Pamiętam, że spotkaliśmy się w centrali TOPR. Uważam, że rodziny jako pierwsze mają prawo dowiadywać się o losie bliskich. A wtedy sytuacja była ciężka ze względu na rozmiar tragedii i czas trwania akcji-ostatnie ciała odnaleziono i wydobyto kilka miesięcy po wypadku, więc tym większa była potrzeba kontaktu - opowiada naczelnik TOPR, Jan Krzysztof. - Rodzice chcieli i mieli prawo wiedzieć, czy wszystkie środki zostały i zostaną wykorzystane. To nie były osoby związane z górami. Musieliśmy tłumaczyć im szczegóły akcji, specyfiki warunków, zwłaszcza zimą. Chcieli wiedzieć, co się dzieje. Że robimy wszystko, co można. Od pierwszego dnia rodzice dzieci oraz żona jednego z opiekunów, który zginął w lawinie, byli prawie cały czas w Zakopanem lub na miejscu, nad Morskim Okiem.
Akcja ratunkowa (źródło zdjęcia)
- Największy szok przeżyli po pierwszym dniu akcji, gdy wytłumaczyliśmy im, że skoro nie udało się ich dzieci odnaleźć tego dnia, to teraz jest już szukanie ciał. Bardzo trudne były te pierwsze spotkania i rozmowy. Jednak o tamtych spotkaniach z rodzicami i samych rodzicach mogę mówić w samych superlatywach. Zrozumieli, że nie było szans później prowadzić akcji ratunkowej. Z ich strony nie było,  broń Boże, żadnych nacisków. Rozumieli i czekali - dodaje Adam Marasek.
Na drugi dzień wznowiono akcję. Wspomagali ją ratownicy Horskiej Zachrannej Slużby wraz ze swoimi psami. Śmigłowiec zaczął transportować ratowników słowackich z Morskiego Oka na południowy brzeg Czarnego Stawu. Ale i tutaj pojawiły się kłopoty: - W momencie, gdy desantował się ostatni ze Słowaków, wysiadł jeden z silników. Na pokładzie zostali tylko ratownik pokładowy Jacek Broński i pilot Henryk Serda. Heniu nakazał Jackowi desantować się ze śmigłowca pracującego na jednym silniku i zgodnie z procedurą poleciał na lądowisko do Zakopanego. Po drodze wysiadł drugi silnik. Pilot lądował awaryjnie. Śmigłowiec został rozbity. Gdy dotarła do nas ta informacja, odetchnęliśmy z ulgą, że Heniu jest tylko poobijany. Poszukiwania jednak trwały - wspomina dalej Marasek.
Polscy i Słowaccy ratownicy przeszukujący zwały śniegu (źródło zdjęcia)
W pogarszających się warunkach, zamieci i zawiei, oraz ciągle rosnącym zagrożeniu lawinowym ratownicy szukali ciał uczniów. Niebawem ze swoim sprzętem przybyli strażacy, ale i oni przyznali, że nie są w stanie prowadzić poszukiwań na czole lawiny, które wpadło do stawu. Podjęta została decyzja o wstrzymaniu akcji.
Pozostawało tylko oczekiwanie wraz z topnieniem tego śniegu - tłumaczy Jan Krzysztof.
Dopiero wraz z nastaniem wiosny można było rozpocząć nurkowanie w zamarzniętym dotąd Czarnym Stawie. Prowadzone było przez ratowników TOPR, którzy posiadali odpowiednie umiejętności wspomaganych przez specjalnie sprowadzonych w tym celu nurków z całej Polski.
Akcja ratunkowa została wznowiona na wiosnę (źródło zdjęcia)
Któregoś dnia znaleźliśmy ciało jednej z ofiar na głębokości ok. 26 metrów. Następnego dnia na głębokości ok. 50 metrów odnaleźliśmy kolejną. Ostatnią osobę wyciągnięto na powierzchnię 17 czerwca z południowej części stawu - kontynuuje swoje wspomnienia Adam Marasek. - W tych wszystkich akcjach ratunkowych, zwłaszcza wiosennych, majowych i czerwcowych towarzyszyły nam rodziny ofiar. Z nadzieją, że tym razem ich dziecko zostanie odnalezione. Gdy prowadzone były nurkowania w stawie, stali daleko z boku. Gdy udało się odnaleźć ciało, opisywaliśmy im ubranie. Wtedy ktoś z tych rodziców podchodził...
Od tamtej pory dużo się u nich i u nas wydarzyło - wspomina naczelnik TOPR. Ratownicy współpracując z rodzicami, przeprowadzili w Tychach zajęcia profilaktyczne dla młodzieży pt. "Bezpieczne góry". Dużo i głośno mówiło podczas nich o ryzyku lawin i innych zagrożeniach czyhających w górach, jak chodzić po górach, by cieszyć się nimi i przeżyć.
Sprawa wydarzeń z 28 stycznia 2003 r. znalazła swój finał w sądzie. W pierwszym procesie przyjęto ekspertyzę biegłych z Wrocławia. Uznali oni, że to nie turyści podcięli lawinę, ale że zeszła ona samoistnie. Wobec tego sąd skazał Mirosława Sz. za nieumyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa na uczestników wyprawy na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata.
W czasie drugiego procesu nauczyciel przyznał, że popełnił kilka błędów i nie powinien prowadzić uczniów w góry. Ostatecznie trzy lata po tragedii, 11 kwietnia 2006 r., został on uznany przez sąd za winnego sprowadzenia niebezpieczeństwa utraty zdrowia i życia wielu osób oraz skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu na cztery.
W 2017 r. Andrzej Matyśkiewicz, który w lawinie stracił dwóch synów, wytoczył sprawę cywilną Mirosławowi Sz., klubowi sportowemu oraz Urzędowi Miasta w Tychach. Mężczyzna domagał się 700 tys. złotych zadośćuczynienia. Sąd przyznał mu kwotę 140 tys. złotych zadośćuczynienia rozdzieloną po połowie między Mirosława Sz. oraz klub sportowy. Roszczenia wobec samorządu Tychów zostały oddalone. W lutym 2019 roku Sąd Apelacyjny w Katowicach utrzymał w mocy kwotę zadośćuczynienia, jednak z racji tego, że odpowiedzialność miasta uległa przedawnieniu, to emerytowany nauczyciel geografii został zobowiązany do zapłacenia całej sumy.
źródło zdjęcia
To jednak nie jedyna tego typu tragedia w górach. Do największego wypadku lawinowego w Tatrach doszło po słowackiej stronie gór w 1974 r. w Dolinie Mięguszowieckiej. Lawina, która spadła z masywu Grani Baszt wdarła się na przeciwstok, gdzie młodzież jeździła na nartach. Zginęło wtedy 14 z 24 zasypanych osób. W Polsce w Karkonoszach w dniu 20 marca 1968 doszło do tragedii, która pochłonęła największą liczbę ofiar. Lawina porwała 24 osoby, które szły Białym Jarem, udało się uratować tylko 5 z nich.

poniedziałek, 23 stycznia 2023

1520. Intensywne 2 tygodnie życia

Katowicki Spodek w oczekiwaniu na sportowców i kibiców
Przez ostatnich 16 dni słynny katowicki Spodek stał się jedną z aren Mistrzostw Świata w Piłce Ręcznej 2023, które organizowaliśmy wspólnie ze Szwecją. Oprócz Katowic rozgrywki odbywały się jeszcze w Krakowie, Płocku, Gdańsku, oraz takich szwedzkich miastach jak Gothenburg, Jonkoping, Kristianstad, Malmo i Sztokholm. Bardzo się cieszę, że przez większość dni mogłam współtworzyć to wydarzenie, działając jako wolontariusz w dziale akredytacji.
Proces rekrutacji zaczął się stosunkowo wcześnie, bo jeszcze na przełomie sierpnia i września. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że już wtedy kandydat musiał wstępnie zadeklarować swoją dyspozycyjność. No dobrze, tylko że de facto wtedy jeszcze nie znałam swoich planów zajęć na obydwóch kierunkach studiów, więc dużo nie mogłam powiedzieć. No i nie przewidziałam, że w pierwszej połowie stycznia. Jedyne czego byłam pewna to popołudniówek w pracy. Tak więc ten teges... trochę lipa, jakby powiedziało niejedno dziecko w mojej pracy. Na szczęście w połowie grudnia pojawiła się nowa ankieta, w której jeszcze raz mieliśmy zaznaczyć kiedy możemy być. Tym razem zaznaczyłam moją dyspozycyjność, tym razem z uwzględnieniem i praktyk, i planów zajęć, i dyżurów w pracy. 
Nie pamiętam jakie dokładnie zaznaczyłam obszary preferowanych działań, podejrzewam jednak, że jednym z nich był dział akredytacji, bo właśnie tam trafiłam. I tym sposobem znajdujące się tuż przy lodowisku centrum akredytacji stało się moim kolejnym domem na okres trwania turnieju.
Mój wolontariat podczas Mistrzostw Świata rozpoczął się 8 stycznia od szkolenia stanowiskowego oraz odebranie pakietu wolontariusza, na który składała się imienna akredytacja pozwalająca na wejście na wybrane obszary, dwie czerwone koszulki, czerwona bluza, skarpetki, kubek oraz termos spakowane w firmowy worek. Tego dnia wydrukowaliśmy i zalaminowaliśmy pierwsze akredytacje, a także bliżej się poznaliśmy. Z niektórymi znałam się już od dłuższego czasu (z innych wolontariatów, of course), innych miałam okazję dopiero co poznać.
Od tej pory w Centrum Akredytacji zjawiałam się niemal codziennie, zgodnie z zadeklarowaną dyspozycją, w służbowym ubranku. Najczęściej były to godziny wieczorne, od 17:30. Do moich zadań należała laminacja nowych akredytacji oraz robienie w nich dziurek, na które zakładało się smycze. A więc było to coś, w co mogłam zostać w pełni zaangażowana. W Centrum Akredytacji było "ciekawie", zwłaszcza kiedy sprzęt rodem ze Szwecji odmawiał nam posłuszeństwa. Żeby było ciekawiej, system operacyjny był w języku szwedzkim, którego w zasadzie nikt nie umiał. Drukarka też była szwedzkiej firmy - w Polsce nigdzie nie można było do niej kupić tuszu, w końcu przyleciał on jakimś rejsowym samolotem, a potem dojechał pociągiem. Śmieszne? Może trochę. 
Za jedną ze szklanych ścian był widok na lodowisko. Czasami dla odmiany obserwowaliśmy ślizgających się na nim ludzi. A jakie hity przy tym leciały. "Rasputina" BonyM mam dosyć na następnych 12 miesięcy.
Właściwie nie licząc kilku sytuacji, to w Centrum Akredytacji było całkiem spokojnie. I nie było nie wiadomo ile pracy. Dzięki temu można było chociażby iść na halę Spodka obejrzeć jakiś mecz. Udało mi się zobaczyć fragment meczu Polska - Arabia Saudyjska rozgrywanego w poprzedni poniedziałek. Czułam wzruszenie, kiedy zgromadzeni na hali polscy kibice odśpiewali a'capella "Mazurka Dąbrowskiego".
Sama gra była ciekawa, chociaż nie oceniam, aby była na szczególnie wysokim poziomie. No, nie ukrywajmy - Arabia Saudyjska nie jest specjalnie mocna w tej dyscyplinie sportu. I pewnie tylko dlatego nasi wyszli z grupy. Co prawda powtórzyła się sytuacja z piłkarzami nożnymi w Katarze, no ale chwilowo nasi szczypiorniści byli szczęśliwi, że im się udało.
W przerwie pomiędzy jedną osobą odbierającą akredytację a drugą znalazł się też czas na przejrzenie notatek ze studiów. No cóż, sesja zbliża się nieubłaganie, ja zaś naprawdę chciałabym wszystko zdać za pierwszym razem i po prostu mieć chwilę spokoju i wytchnienia od książek.
Ma ktoś pomysł, co to może być?
Znalazłam to w pakiecie na pożegnanie
Wbrew pozorom te dwa tygodnie i jeden dzień minęły mi stosunkowo szybko. Mam nadzieję, że w jakimś stopniu im pomogłam na tyle, na ile mogłam, a nie tylko przeszkadzałam. W ogóle dobrze było spotkać się ze znajomymi, pogadać, pośmiać się. I kiedy na koniec otrzymałam jeszcze jeden pakiet (m.in. z jeszcze jedną parą skarpetek i bezprzewodową myszką komputerową oraz z takim czymś, co jest na zdjęciu z prawej strony - i to nie jest magnes), tym razem w ramach podziękowania, pomyślałam sobie, że szkoda, że to wszystko już się skończyło. Na szczęście zostały pamiątki, zdjęcia, czyli wszystko to, co tworzy wspomnienia. Kolejny certyfikat dołączył do pozostałych. Czasami było ciężko, zwłaszcza kiedy wracało się do domu grubo po 22:00, a nazajutrz trzeba było wstać na praktykę w sądzie, albo po prostu na studia. W weekendy też za bardzo się człowiek nie wysypiał, bo wtedy zazwyczaj także pomagałam w organizacji. Trochę mam wyrzuty sumienia, że nie było mnie więcej czy też dużej, ale jeszcze nie opanowałam bilokacji.
A teraz ogłaszam chwilowy pozorny odpoczynek. Piszę pozorny, ponieważ sesja za pasem i trzeba przysiąść do materiału. Pojutrze piszemy dosyć ciężkie zaliczenie z deficytów rozwojowych u dzieci, w czwartek mam dwa kolokwia na pedagogice. Jeszcze muszę uzupełnić dzienniczek praktyk z sądu. Nie mówiąc już o licznych pracach zaliczeniowych, które albo się piszą, albo próbują się pisać. 
Ogólnie przepraszam Was moi Drodzy, że tak rzadko się u Was odzywam. Jak tylko się nieco odrobię to postaram się to nadrobić. Pozdrawiam Was serdecznie!
Z głównym trofeum Mistrzostw 

czwartek, 19 stycznia 2023

1519. Uważajcie co mówicie. Zwłaszcza będąc nauczycielami

 - Wiecie co, jesteście niemożliwi. Już po sprawdzeniu 3 wejściówki z ostatnich zajęć wiedziałam, co przeczytam w następnej z nich.
Tak właściwie to przez cały tydzień zastanawialiśmy się czy prowadząca zajęcia z małżeńskiego prawa kanonicznego i cywilnego prawa rodzinnego miała niezły ubaw czytając nasze złote myśli na temat tego, gdzie musi być zawarte małżeństwo, aby zachowało formę kanoniczną. Właściwie to była jej złota myśl, będąca z tych, które z automatu się zapamiętuje, choćby były nie wiem jak głupie.
A było to tak: dwa tygodnie temu omawialiśmy temat dotyczący m.in. kanonicznej formy małżeństwa. Ogólnie chodzi o to, że powinno być one zawierane na terenie parafii jednego z nupturientów (no chyba, że pochodzą z tej samej parafii), w przeciwnym razie trzeba uzyskiwać zgody, m.in. proboszcza z ich rodzimej parafii, czy też ordynariusza miejsca. Przy okazji wymienialiśmy miejsca, w których można wziąć ślub: świątynia i kaplica. Ogólnie chodziło o to, aby było ono uświęcone. I jeszcze dla żartu prowadząca dodała, że... cmentarz. Ciekawostką jest, że sakrament można zawrzeć też na morzu (wtedy z powodu problemów z ustaleniem, do jakiej diecezji należą dane wody, mogą go udzielić Duszpasterze Ludzi Morza, którzy mają taką "władzę"), a nawet... w samolocie. Z tym, że ten ostatni przywilej należy do papieża, który jest biskupem całego świata(wyobrażacie sobie ustalenie diecezji kilkadziesiąt metrów nad ziemią?).
W zeszłym tygodniu pisaliśmy ostatnią wejściówkę z tego przedmiotu. Jednym z pytań, jakie się na niej pojawiło dotyczyły kanonicznej formy sakramentu małżeństwa. Niemal wszyscy, jak jeden mąż, napisaliśmy, że musi to być miejsce uświęcone, takie jak kościół, kaplica i... cmentarz. Nikt od nikogo nie ściągał, po prostu tak nam się to wbiło w głowę. A jacy byliśmy na początku ucieszeni z tej odpowiedzi. Archanioł nawet zasugerował, że idealną muzyką byłby motyw z "Rodziny Adamsów". Dopiero później zaczęliśmy się nad tą odpowiedzią i też było nam wesoło, tym razem z powodu naszej głupoty. Takim jej potwierdzeniem była reakcja Księdza, który będzie błogosławiony. Tak się złożyło, że wychodząc z ostatnich zajęć, spotkaliśmy go po drodze. Jedna z koleżanek, taka najbardziej wygadana, zapytała go, czy można zawrzeć sakrament małżeństwa na cmentarzu. Ksiądz najpierw prawdopodobnie nie załapał o co nam chodzi. A potem po prostu popukał się po czole i z ironią powiedział:
 - Tak, na cmentarzu.
O mało się nie popłakałam ze śmiechu. A potem co chwilę nim wybuchałam podczas wolontariatu na Światowych Mistrzostwach w piłce ręcznej, które odbywają się m.in. w katowickim Spodku. Chociaż jak się tym podzieliłam z koleżanką to przyznała, że zawierając związek na cmentarzu sprawi, że na jej ślubie będą też jej rodzice... Tak więc może to nie jest taki głupi pomysł?
Na szczęście, oprócz tego, że pani Doktor miała z nas ubaw (a ksiądz wziął nas chyba za idiotów), wszyscy dostaliśmy dosyć dobre oceny z tej wejściówki. A przy okazji kolejną lekcję, aby uważać na to, co się mówi, zwłaszcza w żartach. Bo dobry żart nie zawsze jest tynfa wart.

Trzymajcie się ciepło moi Drodzy!

wtorek, 17 stycznia 2023

1518. "Dziś wychodźcie!" - XXVI Dzień Judaizmu w Kościele Katolickim

Dzień Judaizmu obchodzony jest w Kościele Katolickim corocznie w dniu 17 stycznia, czyli w wigilię Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan. W tym roku zorganizowano go już po raz 26 pod hasłem zaczerpniętym z Księgi Wyjścia - "Dziś wychodźcie!" (Wj 13, 4). Dzień ten ma na celu budowanie więzi oraz pogłębianie dialogu między chrześcijanami i Żydami.
W tym roku Wydział Teologiczny Uniwersytetu Śląskiego czynnie włączył się w jego obchody. Nie wiem jak to było przed pandemią, bo jeszcze na nim nie studiowałam, uważam jednak, że to bardzo dobry pomysł, nawet jeżeli jest on tylko powrotem do tego, co było wcześniej.
Nie będę ukrywać, że judaizm należy do kręgu moich ścisłych zainteresowań. Już w III klasie szkoły podstawowej zafascynowała mnie czytanka w podręczniku "Mój kolega Abramek" opowiadająca o znajomości dwóch łódzkich kolegów - jeden był Żydem, a drugi katolikiem. I chociaż treść była zupełnie oderwana od rzeczywistości, to już wtedy zastanawiałam się nad pewnymi rzeczami. Potem w IV klasie na historii mieliśmy osobny temat poświęcony judaizmowi, aż w końcu w kolejnej klasie dostałam film na VKS "Lata dzieciństwa", opowiadający o dzieciństwie żydowskiego chłopca w obozie koncentracyjnym. Od tego czasu poszerzam swoją wiedzę na ten temat na różne sposoby, z czego najbardziej wspominam odwiedzenie Muzeum Żydów Polskich POLIN w 2016 roku oraz w Fabryce Oskara Schindlera (ten drugi muszę koniecznie jeszcze kiedyś odwiedzić).
Dlatego kiedy na stronie wydziału pojawiła się informacja o organizowanym spotkaniu z okazji tego dnia, nie wahałam się ani chwili i wypełniłam formularz rejestracyjny. W zasadzie wydarzenie było bezpłatne, ale może potrzebowali liczby osób do statystyki? Na szczęście pracę kończę o 17:00, a więc tylko troszeczkę się spóźniłam. Z pracy nie mogłam wcześniej wyjść, ponieważ zaczęły się u nas ferie zimowe, świetlica prowadzi zaś półkolonie. Miałam propozycje być na nich wychowawcą, jednak mam jeszcze zajęcia na uczelni. I tak połowa nas przychodzi na półkolonie, a połowa na drugą zmianę. Bo nie zawsze dzieci od razu są odbierane z dopołudniowo-południowych zajęć.
Jak można wyczytać z programu spotkania, który zamieściłam na początku wpisu, całość składała się z trzech części. W pierwszej, wprowadzeniu, ks. dr Tadeusz Czekański przybliżył nam genezę i zamysł utworzenia czegoś takiego jak Dzień Judaizmu. Przyznam się szczerze, że właśnie na niego się spóźniłam i za bardzo nie wiem, od czego zaczął, w każdym razie to co zdążyłam usłyszeć było ciekawe i syntetyczne. Drugi wykład dotyczył miejsc na Górnym Śląsku, w których zachowały się artefakty związane z obecnością tam Żydów. Nawet nie wiedziałam, że w Bytomiu jest poświęcone im muzeum. Trzeba kiedyś tam jechać. Trzeci wykład został wygłoszony przez dwóch prelegentów i nosił znamiona niejako dyskusji między nimi na temat tego, w jaki sposób powinien przebiegać dialog, a tym samym ekumenizm, pomiędzy jedną a drugą religią. Co istotne, jeden z prelegentów był chrześcijaninem, a drugi Żydem. Na koniec wszyscy przekazaliśmy sobie "znak pokoju" oraz odmówiliśmy Psalm 23 (Pan jest moim pasterzem) oraz 121 (Wznoszę swe oczy ku górom). Zwieńczeniem spotkania było wysłuchanie 3 utworów z repertuaru Mozarda i Vivaldiego w wykonaniu kwartetu smyczkowego, który uciekł przed wojną z Ukrainy.
Dzień Judaizmu był też doskonałą okazją do reklamy "Kalendarza trzech religii", który już po raz 11 został wydany przez Katowice. Każdy uczestnik spotkania dostał jeden jego egzemplarz na pamiątkę. A o co w nim chodzi dowiecie się z poniższego filmiku: 
30 stycznia ma być zorganizowany na wydziale Dzień Islamu w Kościele Katolickim. Też może być ciekawie, chociaż świat muzułmański nie leży jakoś specjalnie w sferze moich zainteresowań.

wtorek, 10 stycznia 2023

1517. "Nad Jordanem w cieniu rozłożystych drzew"

Wody Jordanu (arch. własne)
Zawsze, ilekroć słyszałam w kościele fragment Ewangelii według św. Mateusza, opowiadający o chrzcie Pana Jezusa w Jordanie, zastanawiałam się, jak mogło wyglądać to wydarzenie w rzeczywistości. Sam ewangelista niewiele bowiem zdradza szczegółów na temat tego wydarzenia: "Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymał Go, mówiąc: <<To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?>> Jezus mu odpowiedział: <<Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe>> Wtedy mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: <<Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie>>" (Mt 13 - 17). No sami przyznajcie - o ile wydarzenie można sobie jeszcze wyobrazić o tyle samo miejsce już trudniej. Ewangeliści Marek i Łukasz też byli powściągliwi w opisywaniu tła tego zdarzenia.
Już bardziej pod tym względem na moją wyobraźnię działały obrazki w biblii dla dzieci, które ilustrowały powyższą historię, opowiedzianą oczywiście językiem dostosowanym dla najmłodszym, a także jedna z pieśni, którą śpiewaliśmy dawno temu (to już będzie ponad 10 lat) z młodzieżowym zespołem składającym się z animatorów Oratorium:
Oczami wyobraźni jawił mi się obraz ogromnego placu przed zakolem rzeki, w której stał człowiek odziany w skórę. Chociaż wielu miało go za zapowiadanego Mesjasza, Święty Jan kategorycznie temu zaprzeczał ogłaszając, że niebawem przyjdzie Ten, na którego czekają. Często zastanawiam się, czy święty Jan znał Jezusa w podobnym znaczeniu, jak my znamy naszych kuzynów.
Po wysłuchaniu nauki św. Jana Chrzciciela wielu ze zgromadzonych przyjmowało chrzest, polegający najczęściej na zanurzeniu się danej osoby w mętnych wodach rzeki. Nie był to jednak chrzest w tym znaczeniu jakie jest znane chrześcijanom. Chrzest Janowy był jedynie zewnętrznym symbolem przemiany. Gest ten nie pociągał za sobą bezpośredniego Bożego działania w człowieku, a jego skuteczność była zależna od wewnętrznego zaangażowania człowieka. W chrzcie rozumianym w sensie chrześcijańskim miejsce to zajmuje sakrament. 
Sama tradycja obmywania się wodą wywodzi się już z czasów starotestamentalnych. Dla proroków była ona symbolem duchowego oczyszczenia. Znano też pewien rodzaj chrztu dla pogan, którzy przechodzili na judaizm. Dzięki niemu nie musieli poddawać się zabiegowi obrzezania. Chrzest udzielany przez Jana Chrzciciela był wyjątkowy, ponieważ udzielano go tylko raz, podobnie zresztą jak chrześcijański sakrament chrztu. Wiele ludzi przychodziło nad rzekę i ze skruchą wyznawało prorokowi swoje grzechy, a następnie zanurzało się w jej wodach. W ten sposób wchodzili do wspólnoty ludzi, którzy oczekiwali na przyjście Mesjasza.
Przywołany na początku fragment Ewangelii nabiera swojej pełni, kiedy usłyszy się go w miejscu, gdzie najprawdopodobniej działy się opisywane wydarzenia. Teren wokół szerokiego zakola rzeki Jordan, usytuowany w odległości około 10 km od Jerycha uchodzi za prawdopodobne miejsce chrztu Jezusa (autentyczność lokalizacji potwierdziły badania archeologiczne z 1996 roku). Sam Jordan jest największą i najważniejszą rzeką w Palestynie - stanowi bowiem źródło wody pitnej na tym terenie. W wielu miejscach porobione są drewniane kładki, które dosłownie wchodzą do wody. Ustawiają się na nich ludzie, którzy chcą odnowić swoje przyrzeczenia chrzcielne a nawet przyjąć ten sakrament.
Odczytanie przez księdza Doktora fragmentu Ewangelii opowiadającego o chrzcie Pana Jezusa w Jordanie
Kiedy ksiądz, który będzie błogosławionym przywołał nam odpowiedni fragment Ewangelii, tym razem w pełni mogłam sobie wyobrazić, jak to wszystko mogło wyglądać. Oczywiście, te 2000 lat temu nie było żadnych podestów, ani innych udogodnień, może zakola nie były aż tak duże, a i palmy były bardziej lub mniej rozłożyste, jednak sama świadomość, że stoi się na ziemi, która była świadkiem rozpoczęcia działalności mesjańskiej Pana Jezusa, robiła niesamowite wrażenie. Ksiądz czytał poszczególne słowa, a mnie przyszły na myśl słowa innej pieśni śpiewanej przez scholę
:
"Nad brzegi Jordanu przybył wielki tłum,
przyjąć chrzest proroka, słuchać jego słów..."
Bo oto nad brzegiem przebywali ludzie różnych ras i narodowości, mówiący różnymi językami. Istna Wieża Babel. Nad Jordanem nie mogło zabraknąć też symbolicznego chrztu udzielonego nam przez naszego wykładowcę oraz odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych. Czekając na swój moment chrztu, chłonęłam wszystkimi zmysłami otaczającą mnie rzeczywistość. Przy okazji opisałam też otaczający nas krajobraz mojemu koledze z kierunku (występujący tu czasem pod pseudonimem Archanioł), który ma problemy ze wzrokiem. Starałam się jak mogłam, aby to, czego nie jest w stanie zobaczyć (a widzi naprawdę bardzo mało), mógł sobie wyobrazić.
Podobnie jak za czasów Jana Chrzciciela, także i dzisiaj nad Jordan przybywają tłumy ludzi
Jedna strona rzeki
I druga strona
To było wspaniałe przeżycie, do którego wracam myślami z prawdziwą radością.
Zauważyłam też, że moja wyobraźnia działa też w drugim kierunku - kiedy ostatnio była Ewangelia właśnie o chrzcie Pana Jezusa w Jordanie, myślami wróciłam do tamtego dnia, kiedy wraz z innymi uczestnikami wizyty studyjnej stanęłam nad jego brzegiem. I znowu jej oczami widziałam scenę, kiedy Jan Chrzciciel "...nad młodym cieślą uniósł głowę swą/ Pan Zastępów Głosem swym przemówił doń...", tym razem już w okolicznościach iście odpowiadającym palestyńskim warunkom. 
"Nad brzegi Jordanu przybył wielki tłum..."

sobota, 7 stycznia 2023

1516. Okołoprawniczo

Trudno mi w to uwierzyć, ale większość praktyk mam już za sobą. To jest najlepszy dowód na to, że czas gna do przodu w nieustannym tempie. Za szybko, zdecydowanie za szybko. Nie oznacza to jednak, iż przecieka mi on przez palce, bo w ciągu ostatnich dwóch tygodni wolnego każdą wolną chwilę starałam się poświęcić na pisanie pracy licencjackiej i ogólnie na naukę, której nie brakuje. Ale też i na odpoczynek, który każdemu jest potrzebny.
Praktyki w wydziale kuratorskim działającym przy sądzie przewyższyła moje oczekiwania. Po wydziale krążą plotki, że nie warto tam iść, ponieważ jest nudno i tylko każą czytać ustawy. Owszem, musiałam przeczytać kilka ustaw, ale głównie po to, aby mieć obeznanie w temacie, a nade wszystko - w terminologii prawniczej. Poza tym trochę sobie poczytałam akt z nadzorów i dozorów kuratorskich (niektóre z nich to gotowe scenariusze na horror, a inne - na komedie), ponumerowałam strony w tych aktach, jeżeli była taka potrzeba, poprzepisywałam też ręcznie pisane raporty na komputer. Co prawda opiekunka moich praktyk najchętniej wzięłaby mnie na wywiad, ale z drugiej strony - takie wizyty różnie się kończą. Byłam też raz na sali rozpraw - to była jedna sprawa o zrzeczenie się spadku w imieniu nieletniego dziecka oraz dwie o podwyższenie alimentów. Całkiem ciekawe doświadczenie, chociaż postawa matki dziecka na tej drugiej rozprawie nieco mnie zszokowała. Myślałam, że takie zachowania zdarzają się tylko na "Annie Marii Wesołowskiej" i to tylko na potrzeby serialu. Zaskoczyła mnie też sala rozpraw, która była zdecydowanie mniejsza, niż się tego spodziewałam. Moja opiekunka praktyk planuje mnie jeszcze dwa razy tam wysłać, ale do innych sędziów, abym miała porównanie.
W środę nie idę na praktyki, ponieważ na uczelni mam pierwszą część egzaminu z prawa, a konkretniej z kanonicznego prawa małżeńskiego. A więc dalej obracam się w temacie sądów, tyle że kościelnych. Ale spokojnie, druga część będzie dotyczyła świeckiego materiału, bo cywilnego prawa rodzinnego. Szczerze powiedziawszy, dostaliśmy zagadnienia, jednak one są takie, że albo się zna na nie odpowiedź, albo nie. I nawet za bardzo nie będzie się dało "lać na nie wody". Bo co można wymyśleć na temat "przywileju pawłowego" (możliwość rozwiązania małżeństwa przez osoby, które zawarły je nie będąc ochrzczonymi, a kiedy jedna z nich przyjmie chrzest i dla dobra wiary wskazane jest, aby się one rozwiodły - wiem, że to zawiłe, ale nic na to nie poradzę) albo "przywileju piotrowego" (możliwość rozwiązania małżeństwa, w którym jedna osoba jest nieochrzczona, a ono samo nie zostało skonsumowane)? Dlatego uczę się, chociaż czasami mam wrażenie, że nic jeszcze nie umię.

Trzymajcie się ciepło

czwartek, 5 stycznia 2023

1515. Honoris causa Benedykta XVI

Wzrok całego świata zwrócił się dzisiaj w stronę Watykanu, gdzie odbywały się uroczustości pogrzebowe papieża seniora Benedykta XVI. Około 100 tysięcy wiernych (o wiele więcej niż zakładali organizatorzy) było jego bezpośrednimi świadkami na Placu św. Piotra w Watykanie. Kto nie mógł przybyć do Wiecznego Miasta, miał możliwość śledzenia uroczystości za pośrednictwem różnych mediów. Do Watykanu zjechały się setki dziennikarzy, aby relacjonować ich przebieg. Jednym z nich była absolwentka, a teraz już wykładowca mojej byłej uczelni - Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, znana m.in. z programu "Między ziemią a niebem", Paulina Guzik.
To jednak nie jedyna reprezentantka szkoły wyższej na tym historycznym wydarzeniu. Na pogrzeb udała się bowiem niewielka delegacja "Papieskiego", jak w żargonie nazywana jest uczelnia, z rektorem na czele. Ciekawostką jest, że Uniwersytet Papieski Jana II jest jedną ze szkół wyższych, wchodzących w skład szkół będących pod bezpośrednią władzą Stolicy Apostolskiej. Oznacza to mniej więcej tyle, że większość dokumentów dotyczących jej funkcjonowania zostało podpisanych przez papieża lub osobę przez niego do tego upoważnioną. Czyli decyzję o uruchomieniu kierunku turystyka religijna, na który uczęszczałam, mógł podpisać Ojciec Święty Franciszek, a o pracy socjalnej - papież Benedykt XVI. Jednak papież emeryt był bliski UPJPII również z innego powodu. 
To też dzięki jego decyzji, w dniu 19 czerwca 2009 roku, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, przekształcono Papieską Akademię Teologiczną w Krakowie w Uniwersytet Papieski Jana Pawła II. Było to niejako spełnienie woli swojego poprzednika, Jana Pawła II. Jak stanowi Dekret Kongregacji ds. Edukacji Katolickiej: "Przychylając się do próśb Najdostojniejszego i Najczcigodniejszego Kardynała Stanisława Dziwisza, Arcybiskupa Metropolity Krakowskiego i Wielkiego Kanclerza Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie Papież Benedykt XVI, dla uczczenia pamięci swojego znakomitego Poprzednika Sługi Bożego Jana Pawła II, postanowił Papieską Akademię Teologiczną w Krakowie podnieść do godności Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie dla rozwijania nauk kościelnych, postanawiając, aby jego organizacja w pełni i w sposób wierny odpowiadała normom kościelnym, przede wszystkim Konstytucji Apostolskiej Sapientia Christiana i dołączonym do niej Rozporządzeniom, przyznając i nadając mu prawa oraz obowiązki, które zgodnie z prawodawstwem kanonicznym przysługują uniwersytetom kościelnym prawnie erygowanym, z zachowaniem innych zasad prawnych, które powinny być przestrzegane, bez względu na jakiekolwiek przeciwne zarządzenia".
4 lipca 2015 roku był równie uroczysty i ważny, zarówno dla papieża seniora, jak i samej społeczności uczelni. Tego dnia w Castel Gandolfo Benedykt XVI przyjął tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie oraz krakowskiej Akademii Muzycznej. Był to akt hołdu i wdzięczności Benedyktowi XVI za głębokie, niezwykle cenne dla teologicznej refleksji nauczanie o muzyce kościelnej oraz okazywanie przez wiele lat na wszystkich stanowiskach, jakie piastował, szczególnej troski o szlachetne piękno muzyki kościelnej i jej właściwe miejsce w sprawowaniu liturgii. Decyzja o nadaniu tej godności Benedyktowi XVI zapadła na początku 2015 roku, kiedy rektor krakowskiej Akademii Muzycznej prof. dr hab. Zdzisław Łapiński oraz rektor UPJPII napisali do niego list z prośbą o uczynienie zaszczytu przyjęcia tytułów doktora honorowego obu uczelni. List z poparciem starań uczelni napisał także wielki kanclerz UPJPII - kard. Stanisław Dziwisz. Na początku lutego przyszła odpowiedź od papieża seniora, który napisał, czyniąc tym samym wyjątek od przyjętej zasady nieprzyjmowania żadnych wyróżnień, od momentu kiedy wszedł "w klimat ciszy i ukrycia": "Jednak propozycja przedstawiona mi przez Akademię Muzyczną w Krakowie i Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie to prawdziwy wyjątek. Jestem świadomy, że moje niewielkie teksty o muzyce kościelne nie zasługują na takie wyróżnienie. Jednak radość, że mogę w ten sposób na nowo stanąć blisko czcigodnej i umiłowanej osoby świętego Jana Pawła II, jest tak wielka, że nie mogę powiedzieć "nie" w sprawie takiego wyróżnienia. Przyjmuję zatem z wdzięcznością i radością doktorat honoris causa ze strony Waszych szanownych Instytucji".
Senaty uczelni chciały przez to docenić szacunek Benedykta XVI do muzycznej tradycji Kościoła oraz jego wrażliwość na dialog muzyki z wiarą. Laudacja z okazji nadania godności doktora honoris causa wygłosił prof. dr hab. Stanisław Krawczyński. Jego teologiczna refleksja o muzyce kościelnej, pasterska dbałość o jej artystyczną wartość i związek z wielowiekową tradycją muzyczną, a przede wszystkim troska o należne jej miejsce w obrzędach liturgicznych odnowionych po II Soborze Watykańskim było cenne i godne uznania. Najdobitniej wyrażały się one w słowach: "Teolog niekochający sztuki, poezji, muzyki i natury może być niebezpieczny. Ta bowiem ślepota i głuchota na piękno nie jest sprawą drugorzędną, lecz może wycisnąć piętno także na jego teologii". Benedykt XVI był teologiem kochającym muzykę, a jednocześnie potrafił z niej czynić przedmiot refleksji teologicznej, badając relacje między wiarą a muzyką.
Papież skomentował otrzymanie wyróżnienia w następujący sposób: "cieszę się przede wszystkim, że w ten sposób jeszcze bardziej pogłębił się mój związek z Polską, z Krakowem, z ojczyzną naszego wielkiego świętego Jana Pawła II. Bez niego bowiem trudno sobie nawet wyobrazić moją drogę duchową i teologiczną". Papież swoim przykładem pokazywał, w jaki sposób mogą się ze sobą łączyć radość wielkiej muzyki sakralnej i zadanie wspólnego uczestnictwa w liturgii, podniosła radość i pokorna prostota celebracji wiary.
dyplom_dhc.png
Joseph Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI, był powszechnie szanowanym autorytetem moralnym i naukowym. Stanowił uosobienie przemian posoborowych, które rozpoczęły się w drugiej połowie XX wieku. W jego osobie skupiała się moc Kościoła, a on potrafił odpowiednio ją wyjaśnić i zastosować. Współcześni postrzegali go jako tytana pracy, a jednocześnie pokornego pasterza i naukowca, doświadczali w Jego obecności powagi i skupienia. Benedykt XVI 1 maja 2011 roku na placu św. Piotra w Watykanie beatyfikował Jana Pawła II. Na koniec homilii modlił się: Błogosławiony jesteś umiłowany Papieżu Janie Pawle II, ponieważ uwierzyłeś. Prosimy, byś nadal umacniał z nieba wiarę Ludu Bożego. Wiele razy z tego Placu i tego Pałacu błogosławiłeś nas! Dziś, prosimy Cię: Ojcze Święty pobłogosław nam!
Było to swoiste wyznanie wiary w świętych obcowanie. Ta wyjątkowa celebra łączyła niebo i ziemię i wybitnych dwóch papieży naszych czasów.
iał z nieba wiarę Ludu Bożego. Wiele razy z tego Placu i tego Pałacu błogosławiłeś nas! Dziś, prosimy Cię: Ojcze Święty pobłogosław nam! Tym też wyznając wiarę w obcowanie świętych. Ta wyjątkowa celebra łączyła niebo i ziemię i tych wybitnych dwóch papieży naszych czasów.
Na koniec chciałabym się z Wami podzielić wykładem doktorskim Benedykta XVI wygłoszonym w dniu nadania Mu tytułów honoris causa obydwóch uczelni. Nie mogło w nim zabraknąć nawiązania do muzyki, którą tak bardzo ukochał i która sprawiała mu tak dużo radości:

Eminencjo,

Magnificencje,

Szanowni Państwo Profesorowie,

Panie i Panowie,

W tej chwili mogę jedynie wyrazić moje najszczersze i najserdeczniejsze podziękowania za wielki zaszczyt, jaki mi zgotowaliście przyznając doctoratus honoris causa. Dziękuję Wielkiemu Kanclerzowi, Jego Eminencji drogiemu Kardynałowi Stanisławowi Dziwiszowi i Władzom akademickim obu Uczelni. Cieszę się przede wszystkim, że w ten sposób jeszcze bardziej pogłębił się mój związek z Polską, z Krakowem, z ojczyzną naszego wielkiego świętego Jana Pawła II. Bez niego bowiem trudno sobie nawet wyobrazić moją drogę duchową i teologiczną. Swoim żywym przykładem ukazał on nam również, jak mogą się ze sobą łączyć radość wielkiej muzyki sakralnej i zadanie wspólnego uczestnictwa w liturgii, podniosła radość i pokorna prostota celebracji wiary.

W latach posoborowych, z nową żarliwością ujawnił się bardzo stary spór w tej kwestii. Ja sam wychowałem się w rejonie Salzburga naznaczony wielką tradycją tego miasta. Było tam czymś naturalnym, że uroczyste Msze św. z towarzyszeniem chóru i orkiestry stanowiły integralną część naszego doświadczenia wiary w celebracji liturgii. Na trwałe, na przykład, wpisało się w moją pamięć, że skoro tylko zabrzmiały pierwsze nuty Mszy Koronacyjnej Mozarta, to jakby otwierało się niebo i można było bardzo głęboko odczuć obecność Pana. Jednakże obok tego obecny już był Ruch Liturgiczny, zwłaszcza za pośrednictwem jednego z naszych kapelanów, który później został wicerektorem, a następnie rektorem Wyższego Seminarium Duchownego we Fryzyndze. Później, podczas moich studiów w bawarskim Monachium, bardzo konkretnie coraz mocniej wnikałem w ruch liturgiczny poprzez wykłady profesora Josepha Paschera, jednego z najważniejszych ekspertów Soboru w tematyce liturgicznej, a zwłaszcza przez życie liturgiczne we wspólnocie seminaryjnej. Tak więc stopniowo wyczuwalne stało się napięcie między participatio actuosa [aktywnym uczestnictwem] zgodnym z liturgią a uroczystą muzyką, która otaczała działanie sakralne, chociaż jeszcze tego tak silnie nie dostrzegałem.

W Konstytucji o Liturgii Soboru Watykańskiego II napisano bardzo wyraźnie: „Z największą troskliwością należy zachowywać i otaczać opieką skarbiec muzyki kościelnej” (114). Z drugiej strony tekst ten podkreśla jako podstawową kategorię liturgiczną participatio actuosa wszystkich wiernych w świętej czynności. To, co w soborowej Konstytucji jest jeszcze zgodnie złączone, później, w recepcji Soboru, było często stawiane w relacji dramatycznego napięcia. Znaczące środowiska Ruchu Liturgicznego utrzymywały, że dla wielkich dzieł chóralnych i dla mszy na orkiestrę w przyszłości miejsce będzie tylko w salach koncertowych, a nie w liturgii, gdzie może być miejsce tylko dla śpiewu i wspólnej modlitwy wiernych. Z drugiej strony było zakłopotanie z powodu zubożenia kulturowego Kościoła, które musiało stąd wynikać. Jak można pogodzić te dwie rzeczy? Jak realizować Sobór w jego całości? Takie pytania narzucały się mnie i wielu innym wiernym, zarówno ludziom prostym, jak i osobom posiadającym wykształcenie teologiczne.

W tym momencie warto może postawić pytanie podstawowe: Czym właściwie jest muzyka? Skąd pochodzi i do czego zmierza? Myślę, że można wskazać trzy „miejsca”, z których wypływa muzyka.

Pierwszym jej źródłem jest doświadczenie miłości. Kiedy ludzie byli zauroczeni miłością, otwierał się im inny wymiar istnienia, nowa wielkość i perspektywa rzeczywistości. Pobudzała ona także do  wyrażania siebie w nowy sposób. Poezja, śpiew i w ogóle muzyka zrodziły się z tego doświadczenia wstrząsu, z tego otwierania się nowego wymiaru życia.

Drugim źródłem muzyki jest doświadczenie smutku, dotknięcie śmiercią, bólem i otchłaniami istnienia. Także i w tym przypadku otwierają się w przeciwnym kierunku nowe wymiary rzeczywistości, które nie mogą znaleźć odpowiedzi w samych tylko słowach. 

Wreszcie trzecim miejscem pochodzenia muzyki jest spotkanie z tym, co Boże, od początku w jakiejś mierze definiującym to, co ludzkie. Tu najbardziej jest obecne coś zupełnie innego i coś zupełnie wielkiego, co pobudza w człowieku nowe sposoby wyrażania siebie. Może da się powiedzieć, że w istocie także w dwóch pozostałych obszarach – miłości i śmierci – dotyka nas tajemnica Boga, a więc w tym sensie dotknięcie przez Boga stanowi w sumie źródło muzyki. To wzruszające, gdy dostrzegamy, że na przykład w Psalmach ludziom nie wystarcza już sam tylko śpiew i znajdujemy odwołanie do wszystkich instrumentów: rozbudzona zostaje ukryta muzyka stworzenia, jej tajemniczy język. Wraz z Psałterzem, w którym mamy do czynienia z dwoma motywami miłości i śmierci, znajdujemy się wprost u źródeł muzyki Kościoła Bożego. Można powiedzieć, że jakość muzyki zależy od czystości i wspaniałości spotkania z tym, co Boże, z doświadczeniem miłości i cierpienia. Im bardziej czyste i prawdziwe jest to doświadczenie, tym czystsza i wspanialsza będzie także muzyka, która z niego się rodzi i rozwija. 

W tym miejscu chciałbym wyrazić myśl, która w ostatnim czasie pochłaniała mnie coraz bardziej, tym bardziej, im częściej różne kultury i religie wchodzą między sobą w relacje. W ramach najróżniejszych kultur i religii obecna jest wielka literatura, świetna architektura, malarstwo i wspaniałe rzeźby. I wszędzie jest także muzyka. A jednak w żadnym innym środowisku kulturalnym nie ma muzyki o wielkości dorównującej tej, która zrodziła się w kontekście wiary chrześcijańskiej: od Palestriny do Bacha, Haendla, aż po Mozarta, Beethovena i Brucknera. Muzyka zachodnia jest czymś wyjątkowym, nie mającym sobie równych w innych kulturach. To powinno skłonić nas do zastanowienia.

Oczywiście, muzyka zachodnia wykracza daleko poza dziedzinę religijną i kościelną. A jednak swoje najgłębsze źródło znajduje w liturgii, w spotkaniu z Bogiem. Jest to bardzo wyraźne u Bacha, dla którego chwała Boga stanowi w ostateczności cel całej muzyki. Wspaniała i czysta odpowiedź muzyki zachodniej rozwinęła się w spotkaniu z Bogiem, który w liturgii uobecnia się nam w Jezusie Chrystusie. Ta muzyka jest dla mnie wyrażeniem prawdy chrześcijaństwa. Tam, gdzie rozwija się taka odpowiedź, miało miejsce spotkanie z prawdą, z prawdziwym Stwórcą świata. Dlatego wielka muzyka sakralna jest rzeczywistością o randze teologicznej oraz o trwałym znaczeniu dla wiary całego chrześcijaństwa, chociaż nie jest konieczne, aby wykonywana była zawsze i wszędzie. Z drugiej jednak strony, jest również jasne, że nie może zniknąć z liturgii i że jej obecność może być szczególnym sposobem uczestnictwa w świętych obrzędach, w tajemnicy wiary.

Jeśli myślimy o liturgii celebrowanej przez świętego Jana Pawła II na każdym kontynencie, widzimy całą szerokość możliwości ekspresyjnych wiary w wydarzeniu liturgicznym. Widzimy także jak wspaniała muzyka tradycji zachodniej nie jest obca liturgii, ale w niej się zrodziła i rozwinęła, a w ten sposób nieustannie na nowo przyczynia się do jej kształtowania. Nie znamy przyszłości naszej kultury i muzyki sakralnej. Ale jedno jest jasne: tam, gdzie rzeczywiście zachodzi spotkanie z Bogiem żywym, który w Chrystusie przychodzi do nas, tam rodzi się i nieustannie na nowo się rozwija także odpowiedź, której piękno pochodzi z samej prawdy.

Działalność obydwu uczelni, które przyznają mi ten doktorat honoris causa, stanowi istotny przyczynek, aby wielki dar muzyki pochodzącej z tradycji wiary chrześcijańskiej pozostawał żywy i pomagał, by twórcza siła wiary także w przyszłości nie gasła. Za to wam wszystkim serdecznie dziękuję, nie tylko za zaszczyt, jakim mnie obdarzyliście, ale także za całą pracę, jaką wykonujecie w służbie pięknu wiary. Niech Pan was wszystkich błogosławi!

środa, 4 stycznia 2023

1514. Ten kto się urodził, musi też umrzeć

Środowisko aktorskie pożegnało dzisiaj zmarłego 26 grudnia zeszłego roku wybitnego aktora, Emiliana Kamińskiego. Miał 70 lat. Uroczystości pogrzebowe rozpoczęły się o godzinie 13.00 w kościele św. Karola Boromeusza. Następnie aktor spoczął w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach.
- Emilian mawiał, że nie ma nic ważniejszego w jego życiu niż rodzina i teatr. Gotów był dla nich zrobić wszystko, by nie stała się im żadna krzywda. Powiedzieć, że był wybitnym aktorem, to jak nic nie powiedzieć. Dostał powołanie. Ten dar od Boga absolutnie wykorzystał. I dziękował Bogu za wszystko - mówił ksiądz odprawiający mszę pogrzebową.
Prezydent Andrzej Duda odznaczył pośmiertnie Emilianowi Kamińskiemu Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. W dołączonym liście napisał: "Żegnamy wybitnego artystę, który w swojej twórczości harmonijnie łączył powagę z humorem, a estetykę z etyką".
- Odszedł artysta. Lider. Opiekun. Dobry człowiek, otwarty na innych. Odeszła wielka postać, której obywatelska i artystyczna postawa może służyć za wzór przyszłym pokoleniom - powiedział minister kultury, Piotr Gliński.
Ostatnią wolą artysty było, aby założony przez niego w 2009 roku stołeczny Teatr Kamienica nadal działał. Kierował nim do ostatnich dni życia. Przedstawiciele warszawskiej sceny przekazali, że wcale nie zamierzają przerywać jego działalności: "Szanowni Widzowie, w związku z wieloma zapytaniami informujemy, iż zgodnie z wolą dyrektora Emiliana Kamińskiego, repertuar Teatru Kamienica pozostaje bez zmian. Twoja umiłowana Kamienica gra i grać będzie zawsze. Dla Ciebie, Dyrektorze...".
- W życzeniach świątecznych prosił "Pamiętaj o Kamienicy" - wspominała zastępczyni prezydenta Trzaskowskiego, odpowiedzialna za kulturę Aldona Machnowska-Góra.
- Był osobą bardzo wymagającą artystycznie. Wspaniale grał na gitarze i w ogóle się nie mizdrzył. On chciał być z nami, kiedy inni aktorzy się bali - takie wspomnienie o Emilianie Kamińskim zachowała Ewa Dałkowska, z którą tworzył Teatr Domowy. Była to forma sprzeciwu środowiska aktorskiego wobec panującego reżimu.
- To był teatr nielegalny, to był teatr, za który ścigali nas; tam groziło kilka lat więzienia, i to politycznego, także wszystko nie było takie proste - mówił w wywiadach Kamiński. Dodawał przy tym, że aktorzy musieli być bardzo ostrożni, dlatego spektakle nie były ani rejestrowane, ani fotografowane. Toteż nie pozostał po nich żaden ślad. Pierwszy spektakl, "Przywracanie porządku" (o więźniach stanu wojennego) wystawili 1 grudnia 1982 r., powtórzono je ok. 100 razy. W repertuarze były też przedstawienia komediowe.
Dorobek filmowy Kamińskiego opiewa na kilkadziesiąt ról zarówno filmowych, jak i serialowych. Aktor trzy dni przed śmiercią został uhonorowany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Złotym Medalem "Zasłużony kulturze Gloria Artis". W uzasadnieniu podano: "za wybitne zasługi w pracy twórczej i działalności artystycznej oraz osiągnięcia w promowaniu polskiej kultury".
Świat natomiast przygotowuje się do ostatniego pożegnania papieża Benedykta XVI, które zaplanowane zostało na dzień jutrzejszy. I chociaż on sam pewnie chciałby jakąś skromną uroczystość, to jednak pochowany zostanie "po papiesku". Z drugiej strony od pierwszych chwil, kiedy okazało się, że papież-senior nie żyje, media mówiły, że sytuacja związana z jego pogrzebem, to sytuacja bez precedensu. A jak będzie wyglądał ten wyjątkowy, bądź co bądź, pogrzeb, w którym pierwszy raz w historii urzędujący papież będzie przewodniczył uroczystością pogrzebowym swojego poprzednika?
Ciało Benedykta XVI w bazylice św. Piotra w Watykanie 

To, co działo się w Watykanie od chwili śmierci papieża Benedykta XVI, jest całkowitą nowością, ponieważ nie ma w tej sprawie żadnego precedensu. Przygotowania do uroczystości pogrzebowych są niecodzienne, tak jak prawie dekadę temu w niecodzienny sposób organizowano życie Watykanu po sensacyjnej rezygnacji Josepha Ratzingera i przyznania mu zupełnie nowego tytułu "emerytowanego papieża". Co ciekawe, był nim dłużej (prawie 10 lat) niż głową Kościoła katolickiego (był nim niecałe 8 lat).
Nigdy w nowożytnej historii Kościoła nie było też tak, by po abdykacji były papież żył w bliskim sąsiedztwie obecnego - w odległości kilkuset metrów. Tyle bowiem dzieli Dom Świętej Marty, w którym mieszka Franciszek od dawnego budynku klasztornego Matter Ecclesiae w Ogrodach Watykańskich, gdzie przebywał Benedykt XVI.
Po śmierci papieża - emeryta jego ciało na krótko wystawiono w klasztornej kaplicy, a 2 stycznia przeniesiono je do bazyliki Świętego Piotra. Tam wierni mogli oddać mu hołd. Ta procedura przewidziana była dotąd tylko w przypadku śmierci urzędującego papieża.
Wystawieniu ciała Benedykta XVI towarzyszyły nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Wprowadzono je w związku z przybyciem do Watykanu tysięcy wiernych. Teren w rejonie placu Świętego Piotra wraz z prowadzącej do niego via della Conciliazione pilnowany jest przez wzmocnione patrole sił porządkowych. Barierki wyznaczają korytarze, którymi poruszają się wierni.
Same uroczystości pogrzebowe papieża seniora rozpoczną się w czwartek o godzinie 9:30 Mszą na placu Świętego Piotra. Zgodnie z informacjami dyrektora biura prasowego Watykanu, Mattea Bruni, podstawę liturgii pogrzebowej Benedykta XVI będzie tradycyjna Msza święta po śmierci papieża. Zostaną jednak wprowadzone w niej pewne zmiany. 
Jest to potwierdzeniem tego, że wszystko co wiąże się ze śmiercią papieża seniora jest taką samą nowością, jaką było jego ustąpienie w lutym 2013 r. Teraz wszystko musi być dostosowane do tych niecodziennych okoliczności.
Pomimo tego, że w przeszłości kilkoro papieży abdykowało, to nowością będzie też to, że urzędujący papież będzie przewodniczył uroczystością pogrzebowym swojego poprzednika. Wiadomo też, że zgodnie z życzeniem Benedykta XVI, uroczystości pogrzebowe odbędą się "pod znakiem prostoty". Jak zapewnił Bruni "pogrzeb będzie uroczysty, ale skromny".
Na Mszę pogrzebową nie będą potrzebne żadne karty wstępu.
Według księdza Piotra Bajora z watykańskiej Dykasterii ds. Kultury i Edukacji pogrzeb będzie miał charakter papieski, jednak część procedur zostanie zmieniona albo zmodyfikowana. Nie będą zastosowane reguły zawarte w Konstytucji apostolskiej Universi Dominici gregis, która określa czynności, które mają być przeprowadzone po śmierci papieża, a są związane z jego pogrzebem i z wyborem następcy. Nie wiadomo też czy będzie dziewięć dni modlitw za zmarłego papieża. Jest to określone w konstytucji, ponieważ po dziewięciu dniach odbywa się konklawe. Teraz jednak nie mamy sede vacante. - Myślę, że ryt będzie zachowany tak, jakby to był urzędujący papież - przypuszcza duchowny.
Po uroczystościach na placu św. Piotra ciało byłego papieża zostanie pochowane w Grotach Watykańskich. Benedykt XVI spocznie w podziemiach bazyliki Świętego Piotra, dokładnie tam, gdzie do beatyfikacji w 2011 r. znajdował się grób jego poprzednika Jana Pawła II. Po beatyfikacji polskiego papieża jego grób został przeniesiony z Grot Watykańskich do bazyliki Świętego Piotra (do kaplicy św. Sebastiana).
W Polsce 5 stycznia, po pogrzebie emerytowanego papieża, w wielu kościołach zostaną odprawione Msze święte w jego intencji. Niektórzy biskupi poprosili także o modlitwę różańcową oraz uruchomienie dzwonów kościelnych o godz. 9:30 czyli w momencie rozpoczęcia pogrzebu (zabrzmią one w archidiecezji gdańskiej i poznańskiej oraz diecezjach płockiej i sandomierskiej).
Na pogrzebie pojawią się oficjalne delegacje z Włoch oraz ojczyzny kard. Josepha Ratzingera - Niemiec. Na ich czele staną prezydenci obu państw: Sergio Mattarella oraz Frank-Walter Steinmeier. Spodziewani są też przywódcy z wielu krajów. Wśród nich m.in. prezydent Polski Andrzej Duda wraz z premierem Mateuszem Morawieckim, kanclerz Niemiec Olaf Scholz, prezydent Portugalii Marcelo Rebelo de Sousa, prezydentka Węgier Katalin Novak oraz królowa Zofia z Hiszpanii. We wtorek hołd niemieckiemu papieżowi oddał premier Węgier, Victor Orban. Jeśli chodzi o polskich duchownych, to do Watykanu na pewno pojadą prymas abp Wojciech Polak, przewodniczący KEP i metropolita poznański abp Stanisław Gądecki, metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski oraz metropolita warszawska kard. Kazimierz Nycz.

źródło: https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/sytuacja-bez-precedensu-tak-bedzie-wygladal-pogrzeb-benedykta-xvi/626xky0,79cfc278