„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
Język angielski nigdy nie był moją mocną dziedziną. W szkole podstawowej i gimnazjum nauczycielka po trochu olała sobie powierzoną jej funkcję. A może przerosło jej uczenie uczniów z różnymi schorzeniami i natężeniem niepełnosprawności? Nie mnie to oceniać po ponad 10 latach. Prawda jest jednak taka, że z gimnazjum wyszłam z wiedzą z angielskiego taką, którą wyniosłam z trzech pierwszych klas szkoły podstawowych.
W liceum udało mi się dostać do najniższej poziomowo grupy(wiem, mało ambitne, nawet jak na mnie, ale nie chciałam porywać się z motyką na słońce), a jako wiodący język obcy wybrałam niemiecki, który umiałam ciut(ale tylko ciut) lepiej. W pierwszej klasie trafiłam na rewelacyjną nauczycielkę, która z pasją i cierpliwością wszystko nam tłumaczyła. Gdyby prowadziła naszą grupę do końca, to może bym nawet zdawała z tego języka maturę. Ale zaszła w ciążę, a potem poszła na urlop wychowawczy i przydzielono nam inną anglistkę. Jak to już kiedyś pisałam - może i była dobrym nauczycielem, ale nie dla uczniów z najniższego poziomu, którym jednak wszystko trzeba od początku powtarzać. Wszyscy tak się do niej zraziliśmy, że nikomu z nas nie przyszło do głowy zdawanie angielskiego na maturze. A ja dziękuję za zapis w statucie szkoły mówiący o tym, że uczeń może mieć świadectwo z czerwonym paskiem również z oceną dostateczną, jeżeli jego średnia i tak wynosi przynajmniej 4,75... W każdym razie z angielskiego z liceum wyniosłam niewiele więcej niż z gimnazjum.
Na studiach z licencjatu angielski był wiodącym przedmiotem. Znowu trafiłam do najsłabszej grupy z najgorszym lektorem. Ogólnie ci z wyższych poziomów też narzekali na to, że nie potrafi przekazać im swojej wiedzy. Na szczęście program studiów nie przewidywał egzaminu z tego przedmiotu, więc trochę się przekulało. Potem magisterka z turystyki i rekreacji, już z egzaminem z angielskiego. Pierwszy semestr super - podejście lektorki do mnie na plus, bez problemu zamieniła mi wersję pisemną na ustną uwzględniając moje potrzeby i ograniczenia. Ale coby nie było za dobrze, to od drugiego semestru wróciliśmy do mojej "ukochanej" pani R.(nie, nie będę jej tytułować Pani Profesor, bo miała tylko magistra, a u mnie na Profesurę w takim przypadku trzeba sobie zasłużyć), która tak się "przejęła" egzaminem ustnym, że mnie nie dopuściła, argumentując to tym, że mnie nie rozumie. Jasne, trzeba było walczyć. Ale zbiegło to się z problemami rodzinnymi i po prostu nie miałam na to siły. Jedno jest jednak pewne - wtedy poczułam się nie tyle gorsza, ile zrozumiałam, że nie warto się starać, nie warto się uczyć, bo i tak są osoby, które ci udowodnią, że jesteś zerem ze względu na swoją niepełnosprawność.
Potem przyszły studia na UPJPII i język niemiecki jako ten, którego chcę się uczyć i z którego zdawałam egzamin. A jednocześnie studium policealne z technika administracji też z angielskim, ale już typowo zawodowym. I w sumie nawet dobrze mi poszło, bo na świadectwie miałam 5. Czy poprawiłam swoją samoocenę? Może troszeńkę...
I teraz po raz kolejny przyszło mi zaliczyć język angielski. Już sobie załatwiłam zmianę formy zaliczenia z pisemnej na ustną. Na szczęście przeszło to bez bólu. Dostaliśmy do wyuczenia 200 słówek, na teście będzie 100, na zaliczenie będzie trzeba napisać 60. Na szczęście to nie jest na ocenę, więc większej spiny nie ma. Ale stres i tak zostaje. Czy dam radę? Muszę. Przecież to tylko 200 słówek. Będzie dobrze. Musi.
A od poniedziałku przez dwa tygodnie działam w sekretariacie. Od 8:00 do 9:30. Szału nie ma. Zarobku też nie. Ale będzie satysfakcja, której się nie przeliczy na żadne pieniądze. I doświadczenie.
Muszę się tylko ogarnąć po Lednicy. I jakoś to będzie...
Dzisiejszy dzień zaliczam na plus. Pomimo przeziębienia i ograniczonego pola myślenia. Ale udało się, zdobyłam kolejny szczyt. O co chodzi napiszę jednak za jakiś czas. Nie chcę podcinać sobie skrzydeł. Albo i nie napiszę, w przypadku kompletnej porażki.
Powiem Wam tylko jedno - takie sytuacje jak dzisiejsza poprawiają wiarę w siebie. Publiczna pochwała też nieco mnie umocniła. Wiecie, niepełnosprawni bardzo często są postrzegani jako Ci gorsi. A im częściej słyszy się tego typu opinie, tym bardziej w to się wierzy. Ale wcale nie musi tak być. Wcale nie muszę być tą gorszą, ani nie muszę być najlepsza. Czasami warto jest być gdzieś pośrodku.
Wczorajsze zmoknięcie nie wyszło mi na dobre i dzisiaj rano obudziłam się z katarem i stanem podgorączkowym. A przecież musiałam dzisiaj wygłosić referat na temat mniejszości narodowych w naszym kraju. Nudy jak nie wiem, sama teoria, zero praktyki. W efekcie sama do końca nie wiedziałam co mówię. Dobrze, że całą prezentację multimedialną zrobiłam zanim mnie wzięło - przynajmniej ona była w tym wszystkim logiczna.
Chorować za bardzo też nie mam czasu. Gorący okres, z M. trzeba na bieżąco przerabiać materiał, w dodatku w sobotę jestem na Lednicy. Mam nadzieję, że to tylko niegroźne przeziębienie, które zaraz mi przejdzie. Na razie nie poszłam na trening(a następny start w biegu już w przyszły wtorek) i piję Calcium. Trener i tak kazał mi się kurować, więc się kuruję. Zobaczymy co będzie jutro. Chociaż nie, jutro i tak muszę się zebrać. Ale nie takie rzeczy się robiło.
Najlepsze jest jednak to, że zamiast chorować zimą, ja choruję w środku wiosny. Wiem, wiem, w tym roku to ja miałam lato w styczniu. Chodzi jednak o samą zasadę.
Pozytywny aspekt tego wszystkiego jest jednak taki, że nadrobiłam czytanie wielu Waszych blogów, chociaż nie wszystkich. O tak, szukanie pozytywów w sytuacji w jakiej się znajdujemy niekiedy bardzo pomaga.
Ostatnio zamówiłam sobie większą partię książek z wojewódzkiej biblioteki. Na początku roku zwiększono limit zamawianych książek do 10, więc korzystam z tego bez skrupułów. Inna sprawa, że po ok. 2 tygodniach tych kilka książek zostaje przeczytanych i pora na wypożyczenie nowych. A równolegle czytam te, które mam w domowej biblioteczce. Lada chwila ich ilość przekroczy 600, podejrzewam jednak, że jakbym spisała wszystkie te, które przeczytałam w życiu, to ich liczba z powodzeniem przekroczyłaby 1000. Niezły wynik, jak na niespełna 29 lat życia i perspektywę bycia roślinką. Ci, którzy znają mój tryb życia z zewnątrz zastanawiają się, jak przy moim napiętym dniu znajduję jeszcze czas, na przeczytanie czegoś. Tymczasem nie wyobrażam sobie dnia bez kilku przeczytanych stron książki. A czytać można przecież wszędzie - nawet jadąc tramwajem na trening czy też pedałując na stacjonarnym rowerze.
Korzystając z luźniejszego dnia podjechałam autobusem do K-c. Kiedy wychodziłam z domu pogoda była nawet znośna. Wzięłam sobie jednak awaryjnie kurtkę, jakby miało zamiar padać. Mój pech polegał jednak na tym, że pod blokiem spotkałam tatę, który kazał mi zdjąć ją, bo jest zbyt ciepło. Oczywiście zdjęłam, bom posłuszne dziecko, ale zamiast schować ją do plecaka, tom oddała ją rodzicielowi. Mea culpa, bo po kilkudziesięciu było prawdziwe oberwanie chmury. A że byłam poza autobusem, bo już dojechałam do miejsca mojego przeznaczenia, to dostało się także i mnie.
To był wyjątkowo siarczysty deszcz, uderzenie jego kropli aż bolało. A akurat po drodze nie było odpowiedniego miejsca, aby się schować. Ja jednak obawiałam się nie tyle o siebie, ile o książki w plecaku, które zresztą nie były moje. Gdybym miała kurtkę, mogłabym zakryć nią plecak. A tak byłam zupełnie bezbronna. Na szczęście udało mi się wreszcie dotrzeć do biblioteki i wymienić książki na nowe. I wiecie co - te, które miałam w plecaku nie były wcale w tak bardzo opłakanym stanie, na szczęście.
Potem jeszcze jakąś godzinę poczekałam aż minie największe oberwanie chmury(przy okazji plując sobie w brodę, że posłuchałam taty), wykorzystując ten czas, a jakżeby inaczej, na czytanie książki(to apropos pytania, kiedy znajduję czas na przyjemności), aż w końcu deszcz zmalał na sile do tego stopnia, że mogłam spokojnie sobie przejść na przystanek autobusowy. Mimo wszystko trochę jednak sweter mi nasiąkł wodą i marzyłam o tym, aby jak najszybciej znaleźć się w domu. Tym bardziej, że dodatkowo wiał dość chłodny wiatr. Nawet na treningu nie mam tak ekstremalnych warunków, bo w takim przypadku albo jest on odwołany, albo przeniesiony.
P.S. 1. Mam nadzieję, że w sobotę i w noc z soboty na niedzielę będzie znośna pogoda, bo znowu jadę na Lednicę i nie uśmiecha mi się tkwić w deszczu, tym bardziej, że po niedzieli mam zdawać słówka z angielskiego;
P.S. 2. W związku z tym, że ostatnio nie dotarłam na zajęcia nie przekazałam babce od angielskiego, żem niepiśmienny człek i że napisanie 60 wymaganych słówek może przerosnąć moje wątłe siły w dłoniach. I myślę, czy uderzać w sekretariat z pytaniem, kiedy można ją zastać, czy może lepiej napisać do niej meila w tej sprawie.
P.S. 3. Zakwitnął mi jakiś kwiatek i nieziemsko pachnie, czuję się jak w raju. A Młoda się jeszcze nabija, że fajnymi perfumami wypsikałam mieszkanie.
Sport osób niepełnosprawnych jest bardzo specyficzny. Zresztą już sama niepełnosprawność niepełnosprawności nierówna. Nawet w obrębie tego samego schorzenia są osoby bardziej i mniej niepełnosprawne. I jak to później ocenić na zawodach sportowych? Dlatego wprowadzono różne klasy niepełnosprawności, według których nie tylko się startuje, ale też uzyskuje punkty w końcowej kwalifikacji. No bo nie ma opcji, żeby znalazło się tyle niepełnosprawnych z jednej grupy, aby zrobić dla nich osobną serię, naprawdę, bardzo rzadko się to zdarza. A gdyby nie było klasyfikacji wedle klas to ci słabsi nie mieliby szans.
Dwa tygodnie temu, kiedy ja byłam wolontariuszem podczas biegu w Wadowicach, w Tarnowie odbywały się mistrzostwa Polski w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych dla juniorów. A ponieważ aktualnie w naszej sekcji jest tylko jeden junior(zawodnik do 20 r.ż.), pojechał, a raczej pojechała ona(nazywana na blogu Młodszą), tylko z rodzicami. Jak dla mnie dziwne, że trener nie pojechał, bo powinien, jeżeli klub wysyła zawodnika, zwłaszcza niepełnosprawnego, ale dobra, widać minęły już tamte czasy...
Ogólnie poszło jej cud, miód i malinka - dwa medale, złoty i srebrny, i w ogóle super. Młodsza zadowolona. Całe to super minęło jednak, kiedy na dzisiejszy trening wkroczył jej ojciec dowiedzieć się, jak to się stało, że jego córka, pomimo tego, że miała najdłuższy rzut w serii, zdobyła tylko srebrny medal, podczas gdy ktoś z dużo gorszą odległością ją wyprzedził. Jako laik widział wszystko pod kątem pełnosprawnych uczestników, a to tak nie działa.
Z drugiej strony skąd on niby ma wiedzieć jak to wszystko się oblicza, skoro był po raz pierwszy na tego typu zawodach? Może gdyby Telewizja Polska transmitowała igrzyska paraolimpijskie, to ludziom łatwiej by było zrozumieć pewne rzeczy. Bo, przyznajcie sami, jednak trochę dziwnie to wygląda z boku, kiedy ten, co ma gorszy wynik staje wyżej na podium od tego, co ma lepszy. No to mu trener tłumaczy, że to jest tak i tak, że punkty są przyznawane według klas, że klasy są łączone jak na paraolimpiadach, że co klasa to inny przelicznik punktowy itp., itd.
Wydawało już się, że gościu załapał. Jednak kiedy ja skończyłam swój bieg, popatrzył na mnie z komentarzem, że na tych tarnowskich zawodach nie miałabym szans, bo tam biegali o wiele szybciej ode mnie. Pytanie tylko, w jakiej grupie startowej biegali? Bo, paradoksalnie, mogłabym być na ostatnim miejscu w biegu, ale pierwsza na podium. Właśnie po to ustanowiono klasy startowe - żeby każdy miał szansę.
Zresztą na żadne zawody nigdy nie jechałam z przeświadczeniem, że mam zdobyć medal, bo to by mnie zniechęciło do nich. Bo medale tak samo trudno jest zdobyć jak na normalnych zawodach. Ja tam jadę po oficjalne "życiówki". Bo to one są wyznacznikiem tego, że człowiek się rozwija. A jak jeszcze trafi się jakiś krążek, to po prostu się cieszę.
A propo medalu... Pochwaliłam się trenerowi moim niedzielnym biegiem i uzyskanym na nim wynikiem. Oczywiście zaznaczyłam, że byłoby lepiej, gdyby nie błoto, które mnie spowolniło. I co usłyszałam? Zero krytyki, tylko pochwałę. Za czas oczywiście, bo to że byłam przedostatnia nie jest powodem do optymizmu. Chociaż to też ma swoje plusy - kiedy wbiegasz na końcu na metę wszyscy jeszcze mocniej ci dopingują. Czy mam się zrażać tym przedostatnim miejscem? Oczywiście, że nie. Mam pokonać przede wszystkim siebie, a potem dopiero innych.
Ależ jestem zadowolona z dzisiejszego startu w 48 masowych biegach przełajowych, które odbywały się pod Będzinem. Kto chociaż raz bieg przełajówkę, ten wie, że trasa wiedzie przez naturalne podłoże. Tym razem był to niewielki lasek w dzielnicy zowiącej się Grodziec.
Tak naprawdę po raz pierwszy tam byłam i nie do końca wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Tym bardziej, że przez ostatni czas pogoda nas nie rozpieszczała i częściej padało, niż świeciło słońce. Przesiąkła deszczem ziemia zamieniła się w błotniste bajoro, którego nawet dzisiejsze słońce nie było w stanie wysuszyć. Z opowieści osób, które robiły rekonesans trasy wiedziałam już, że w pewnym momencie jest bardzo ciekawie pod tym względem i że możemy się spodziewać ślizgawki rodem z zimowych miesięcy. Na szczęście na dalszym etapie biegu miało być znacznie lepiej.
Pierwsze biegi należały do dzieci z rocznika 2006 i młodsze. Oni biegli na dystansie 200 metrów. Następnie młodzież z roczników 2003-2005, do których należał dystans na 700 metrów, aż w końcu nadszedł bieg na 3000 metrów, w którym brałam udział. Był to bieg łączony, brały w nim wszystkie kobiety oraz mężczyźni po ukończeniu 60 roku życia, więc było nas trooochę. Oczywiście miejsc na podium tradycyjnie nie miałam, ale gdyby mi o to chodziło, to ani razu bym nie pobiegła.
Wystrzał z pistoletu oznajmił nam start biegu. Sprinterzy wybiegli na jego czołówkę, ja biegłam w tyle. Zadziwiające jest to, że niektórzy szli szybciej niż ja truchtałam. Zupełnie się tym jednak nie przejęłam w myśl zasady - swoim tempem, byle do przodu. W pewnym momencie zobaczyłam to słynne bajorko, o którym mówili inni. Trochę się bałam przez niego przebiegać, wszak moja koordynacja ruchowa i poczucie równowagi jest jakie jest, toteż po prostu je przeszłam. Tak samo jak jeszcze z dwie inne trasy, które też były albo zabłocone, albo porośnięte chaszczami. No wiecie, bezpieczeństwo najważniejsze.
Dobiegłam przedostatnia, ale szczęśliwa. Od ostatniego już zakrętu słyszałam oklaski oraz okrzyki zagrzewające do biegu do końca. Ale ja się przecież nigdy nie poddaję. A przynajmniej prawie nigdy. Jeszcze przed metą zerknęłam na zegar odmierzający czas - minęło 26 minut od startu. Nieźle, jak na moje możliwości. Nie wiem jednak, czy na oficjalnych wynikach nie będzie 27 z hakiem sekundowym, bo po pierwsze, nie zauważyłam ile było sekund, a po drugie, nie wiem, gdzie się oficjalnie kończył pomiar. Ale i tak jestem zadowolona. Z uśmiechem na twarzy odebrałam pamiątkowy medal, pogratulowałam ostatniemu zawodnikowi, który przekroczył linię mety, aż w końcu dopadłam mój plecak i wypiłam całą wodę mineralną. A potem jeszcze czekałam na darmową watę cukrową, bo miałam na nią niesamowitą ochotę, a dawno nie jadłam. Niestety, maszynka się popsuła i nici z mojego marzenia. W zamian wzięłam sobie porcję popcornu. Mało sportowe jedzenie, ale raz na jakiś czas mi nie zaszkodzi,
A potem wróciłam już dwoma autobusami do domu. Zmęczona, ale szczęśliwa. A to zmęczenie wzięło górę w domu i jak zasnęłam o 15, tak obudziłam się po 18. I nawet mnie nie obudziły odgłosy koncertu odbywającego się w pobliskim parku. Ani kot skaczący po mnie jak jakaś pchła...
Cały czas uczę się pozytywnego myślenia. Czasami przychodzi mi to łatwiej, czasami trudniej. Ciężko jest myśleć o czymś w pozytywny sposób, jeżeli już raz człowiek się sparzył. Ostatnio mam wrażenie, że moje życie przypomina mit o Syzyfie, który nieustannie wtacza ciężki głaz na górę, a kiedy jest już na szczycie, ten głaz spada z hukiem w dół. Tak jest też ze mną. A jednak ratuję się myślą, że inni mają dużo gorzej ode mnie, że mogą tylko pomarzyć o takim życiu jak ja. I to chyba sprawia, że po licznych życiowych porażkach jeszcze nie zwariowałam, jeszcze jakoś się trzymam.
Teraz wtaczam kolejny głaz pod stromą górę. Jest ciężko, życiowe porażki zdecydowanie odebrały mi siły. A jednak wierzę w to, że dam radę, że znajdę w sobie siłę do marszu pod tą górę, że wreszcie stanę na jej szczycie z rękami w geście zwycięstwa. I może potem wypiję lampkę szampana, chociaż nie powinnam pić alkoholu ze względu na stałe leki, które przyjmuję. Ale chyba od umoczenia warg nic mi nie będzie.
A jednocześnie chcę mieć w dalszym ciągu świadomość, że to nie ja mam w tym wszystkim najgorzej, że są ludzie, ze znacznie większym bagażem niesionych doświadczeń niż ja.
Mam nadzieję, że i dla nich zaświeci kiedyś słońce.
Bo przecież nasze życie nie musi się składać z samych klęsk. Powinno się też w nim znaleźć miejsce na sukcesy, chociażby najdrobniejsze.
Jestem na 124 stronie "Wolontariatu jako działanie prospołeczne w obszarze pomocy społecznej i pracy socjalnej", przede mną jeszcze ponad 100 stron. Jest dobrze. I jeszcze przetłumaczyłam sobie wszystkie 200 słówek na translatorium z angielskiego. Teraz trzeba tylko jakoś je wykuć na blachę.
Młodsza wysłała mi SMS-a, że jej proponowane oceny z matematyki i fizyki na koniec roku to dostateczne. I pyta się, czy się z tego cieszę... W sumie nie moje oceny, a że jej cały rok tłumaczyłam to i owo to już swoją drogą. Młoda natomiast dostała kociokwika przed egzaminem z matematyki. W myśl zasady: nie wiem kiedy mam, ale wiem, że i tak go nie zdam. Spoko, jakby co jest jeszcze drugi termin. M. nic nie mówi, on tylko krzyczy, że będzie strajkował, aby usunęli matematykę z programu szkoły podstawowej. Ale, że co? On chce strajkować w wieku niespełna trzynastu lat? Nie za wcześnie? A tak na serio to chyba jeszcze nie jest świadomy tego, że w przyszłym roku szkolnym dojdzie mu fizyka i chemia. Ciekawa jestem jak na nie zareaguje...
I jeszcze na dokładkę Pusia znalazła sobie nową zabawę pt. jeżdżenie na klamce od drzwi wejściowych. Dzisiaj tak szalała, że aż zatrzasnęła sobie drzwi będąc na korytarzu. Ale nie myślcie sobie, że królewna wskoczy na klamkę od drugiej strony, aby sobie je otworzyć. Otóż będzie tak długo drzeć pyszczek, aż ktoś jej otworzy. Cwaniactwo do potęgi entej.
Jutro bieg. Trzymajcie kciuki, abym dobiegła, a nie doturlała się. Bo w sumie wszystko jest możliwe.
23 maja 1999 roku wypadł w niedzielę. W Kościele Katolickim wypadało akurat święto Zesłania Ducha Świętego. Zaś w jednej z parafii położonych na terenie diecezji sosnowieckiej ponad 40 dzieci miało przyjąć podczas uroczystej Mszy świętej pierwszy raz Pana Jezusa do swojego serca. Ogólnie ich liczba była dużo większa, wszak pod parafię należały aż dwie szkoły podstawowe, jednak z powodu niewielkich rozmiarów kościoła(który wcześniej był magazynem) musiano tą armię podzielić na pół. A najsprawiedliwszą opcją było podzielić ją wedle szkół. Pierwsza tura miała swoją Mszę o godzinie 9:00, druga dwie godziny później. W tej drugiej turze byłam też ja.
Nie powiem, ten dzień był dla mnie niemałym przeżyciem. Wychowałam się w katolickiej rodzinie, moim rodzicom zależało, abym tak jak inni przystępowała do sakramentów świętych. Z chrztem nie było problemów. Pozostawało pytanie co dalej. Jak na mnie zareagują księża? Czy nie będą robili problemów postrzegając mnie jako np. karę Bożą? Co prawda od pierwszej klasy szkoły podstawowej wraz z innymi uczęszczałam na religię, chodziłam też na niedzielne Msze święte, wiadomo jednak, że jak ktoś się na coś uprze to nie ma zmiłuj. I nawet pozytywna opinia katechetki na niewiele się tutaj zda. Na szczęście dla ówczesnego księdza proboszcza byłam takim samym dzieckiem jak każde inne. Poza tym widział mnie w kościele dużo częściej niż moich rówieśników, więc nie miał wymówki, że mnie nie dopuści do sakramentu.
Tak więc zaczęło się dla mnie regularne chodzenie na niedzielne Msze święte(tym razem z odnotowaniem obecności, jak w szkole), różne nabożeństwa(jako dziewięciolatek z pamięci recytowałam całą litanię loretańską oraz litanię do Serca Jezusowego), dodatkowe nauki w salce parafialnej(jakby sama szkolna katecheza nie wystarczała), nauka różnych modlitw i pieśni(które później trzeba było zdać przed księdzem i katechetką) aż wreszcie próby bezpośrednio przygotowujące do tego dnia. I podczas jednej z tych prób katechetka podeszła do mojej mamy z pytaniem, czy nie poniosłabym w czasie Mszy kwiatów w darze. Byłam szczęśliwa, bo ktoś mnie wyróżnił, mimo mojej inności. Ale z drugiej strony - wszyscy jesteśmy przed Bogiem równi, czyż nie?
Wreszcie przyszła sobota, dzień poprzedzający uroczystość. Jak w większości parafii, również u nas był on przeznaczony na spowiedź świętą dzieci i ich najbliższych. Miała to był pierwsza moja spowiedź, dlatego bardzo się denerwowałam. Wcześniej rodzice umówili się z księdzem proboszczem, że wyspowiada mnie na końcu, już na spokojnie. Kiedy wreszcie nadeszła moja kolej, ksiądz wyszedł z konfesjonału i oznajmił, że ja nie mam znaczących grzechów i udzielił mi ogólnego rozgrzeszenia. Byliśmy zaskoczeni. Po powrocie ostatnie przygotowania, zwłaszcza, że przyjęcie miało być w naszym mieszkaniu. Na wieszaku dumnie prezentowała się bielutka alba. Byłam jedyną dziewczynką w drugiej turze, która miała iść w tym tradycyjnym, skromnym stroju. Nawet pałętająca się pod nogami młodsza siostra mnie nie denerwowała.
Nazajutrz obudziłam się szczęśliwa jak nie wiem, aż zobaczyłam jak za oknem leje jak z cebra. Moja radość ustąpiła smutkowi. Bo przecież miałam iść do Komunii w podkolankach, a tak musiałam założyć rajstopy. Na plac przed kościołem poszliśmy półgodziny przed czasem. Akurat z kaplicy wychodziła pierwsza tura "komunistów". Aura doskonale dopełniała obrazek na kościelnym placu, gdzie trwała budowa nowego, prawdziwego kościoła, a nasze białe sukienki odbijały się na tle czerwonych cegłówek. Do tego jeszcze betoniarka tuż przy samym wejściu do kaplicy. Na szczęście obrządek wstępny wraz z błogosławieństwem udzielonym przez rodziców trwał stosunkowo krótko. Po chwili w uroczystej procesji, ze śpiewem "Oto jest dzień" weszliśmy do niewielkiej kaplicy. Tego dnia akompaniował nam ówczesny parafialny chór, co miało jeszcze bardziej podkreślić powagę sytuacji. Ponieważ byliśmy ustawieni wzrostowo, siedziałam w pierwszej ławce. Trochę się niecierpliwiłam, kiedy przyjdzie pora na niesienie darów, oraz czy w ogóle wszystko pójdzie zgodnie z planem, na szczęście obyło się bez niespodzianek.
Potem przyszło już tylko czekać na najważniejszą chwilę tego dnia, czyli przyjęcie Pana Jezusa do swojego dziecięcego serduszka. A to oczekiwanie dłużyło się w nieskończoność. Aż wreszcie zabrzmiały kościelne organy w rytmie "Baranku Boży", po czym dziecięcym głosikiem wyrecytowaliśmy wyuczoną formułkę:
"Jezu wierzę żeś prawdziwy, na ołtarzu cały, żywy. I tak wielkie mam ufanie, że Ty do mnie przyjdziesz, Panie. Grzechy moje Cię zraniły, przebacz proszę Jezu miły. Za wszystko żałuję serdecznie, przyjdź zamieszkaj Jezu we mnie wiecznie. W życiu, w śmierci chcę być Twoim, a Ty Jezu też bądź moim"
Jeszcze tylko musieliśmy wysłuchać wspomnień księdza proboszcza z jego Pierwszej Komunii Świętej, która miała miejsce tuż po II wojnie światowej, a zamiast przyjęcia komunijnego było tzw. śniadanie u księdza, na które składała się biała bułka posmarowana masłem oraz kubek kakaa. Och, smak tego kakaa pamiętał przez kolejne dziesięciolecia. Po monologu uklękliśmy, po czym w dwóch rzędach(po jednej stronie chłopiec, po drugiej dziewczynka), przy dźwięku pieśni "Zbliżam się w pokorze" przystępowaliśmy po raz pierwszy do Stołu Pańskiego.
Jako że siedziałam w pierwszym rzędzie byłam też jedną z pierwszych, które dostąpiły tego zaszczytu. I chociaż nie widać tego na powyższym zdjęciu, denerwowałam się jak nie wiem co.
Komunia trochę trwała, w końcu było nas ok. 40, a przecież jeszcze byli pozostali wierni, jak i nasi goście. Na dziękczynienie wszyscy zaśpiewaliśmy pieśń, która szczególnie wbiła mi się w pamięć oraz w serce:
Jeszcze tylko wierszyki będące podziękowaniem za ten dzień, ogłoszenia duszpasterskie, które zostały zdominowane przez zapowiedź zbliżającej się pielgrzymki Jana Pawła II do Sosnowca, przypomnienie o popołudniowym nabożeństwie majowym połączonym z rozdaniem pamiątkowych obrazków, aż wreszcie ze śpiewem "Panie Jezu zabierzemy Cię do domu" wyszliśmy z dusznej świątyni. Jedni pojechali do wynajętych lokali, inni, w tym ja, udali się do własnych mieszkań. Dzisiaj zastanawiam się, jak Ci wszyscy goście pomieścili się w naszych dwóch niewielkich pokojach. Nie było ich dużo, fakt, ale i tak trzeba było pożyczać stoły i krzesła od sąsiadów(i to dwa razy, bo pięć lat po mnie moja siostra szła do Pierwszej Komunii). Na szczęście z sąsiadami zawsze żyliśmy w dobrej koniunktywie i kiedy trzy lata po mnie do uroczystość komunijną miała córka jednych z nich, też bez problemu pożyczyliśmy im stoły i krzesła. Prezenty były skromne - Pismo Święte, album na zdjęcia, łańcuszek z medalikiem. Ale mi dużo do szczęścia nie trzeba.
Po południu razem z rodzicami chrzestnymi(to taki rodzinny zwyczaj) poszłam na nabożeństwo majowe, które było poszerzone o modlitwy nad nami. Niestety, dalej było dosyć zimno i wilgotno, chociaż już chyba nie padał z nieba deszcz. Dopiero podczas nabożeństwa zobaczyłam, jak dużo dzieci przystąpiło do sakramentu Pierwszej Komunii Świętej(nabożeństwo było wspólne dla obydwu szkół). Na zakończenie każdy z nas dostał obrazek święty, który miał nam przypominać o tym dniu.
Z rodzicami chrzestnymi
I chyba standardowe zdjęcie z obrazkiem
A potem był Biały Tydzień, na który oczywiście się uczęszczało. Na szczęście pogoda była dużo ładniejsza niż w niedzielę, przez co dużo chętniej chodziło się popołudniami do świątyni. Wszyscy mieli nadzieję, że taka sama będzie w zbliżające się Boże Ciało, podczas którego miałam sypać wraz z innymi kwiaty podczas procesji. Ale niestety, i tym razem pogoda spłatała nam figla, a ja po raz kolejny musiałam się pogodzić z tym, że czegoś nie będę mogła zrobić...
Kiedyś był chyba nawet program pod takim tytułem(a przynajmniej bardzo zbliżonym). Czasami mam wrażenie, że z powodzeniem mogłabym w nim wystąpić. Ciekawe, ile wynosiłoby takie honorarium za rolę w nim. Oczywiście już na wstępie umowy zaznaczyłabym, że chcę je dostać dużo, dużo przed nagraniem odcinka. No bo co mi po gaży, kiedy nie będę już wśród żywych, prawda?
Pytacie o scenariusz? Napisałoby go samo życie. Dzisiaj np. uczyłam się fruwać z krzesła. Nie widziałam informacji zawieszonych w wyższych partiach gablotek, więc wyszłam sobie na pierwsze lepsze krzesło stojące pod ścianą. Wszystko byłoby dobrze, gdyby się ono nie złamało(podejrzewam, że już było podłamane), a ja z hukiem wylądowała na podłodze. Wszyscy powychodzili z sekretariatów i dyżurek oraz poodwracali głowy w moją stronę. Na szczęście nic mi się nie stało, bo przez te wszystkie lata wypracowałam sobie mój autorski program upadania niczym kot na cztery łapy. Tylko do końca dnia pani D. jakoś dziwnie na mnie patrzyła. Chyba z dwadzieścia minut najpierw mi mówiła, że mogłam jej powiedzieć, że to wszystko jest dla mnie za wysoko, a potem mi kolejne dwadzieścia minut obiecywała, że od jutra wszystko wiesza niżej. Trochę dziwnie się czułam, bo nie chciałam, aby się tym tak przejęła. Szczęście, że się nie zakrztusiłam żadną wodą, bo chyba by kobieta na zawał zeszła. Chociaż i tak potem o mało jej do tego stanu nie doprowadziłam, kiedy przez przypadek nie wlazłam pod koła nadjeżdżającego auta... Choinka, pierwszy raz mi się to zdarzyło. Ale wniosek jest jeden - nigdy, ale to nigdy nie iść z panią D. ulicą Grodzką. Bo różnie to się może skończyć. Nie myślcie sobie jednak, że jestem jakimś kamikadze - teraz ewidentnie była to wina kierowcy. A raczej tego, że za szybko jechał. W czasie pomiędzy lądowaniem z krzesła, a wyjściem z budynku razem z Merlin podłączałyśmy pożyczonego od pani D. laptopa do gniazdka, które było wpół wyrwane(że też żaden konserwator jeszcze tego nie naprawił). Przecież może kogoś kopnąć prąd... Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Ale to byłby już kolejny sposób na pozbycie się własnego życia. Potem w zasadzie nic się nie działo, aż do 18:00, kiedy postanowiłam wybrać się na trening. Wszystko szło ładnie i pięknie do momentu, kiedy znalazłam się już pod stadionem. Nie wiem jak to się stało, ale w pewnym momencie ujechała mi noga i wyrżnęłam jak długa na drodze pokrytej błotem. Nie pytajcie jak wyglądałam... Dobrze, że trening był odwołany. Chociaż z drugiej strony zastanawiam się jak będzie w niedzielę podczas biegu... Nie no, będzie dobrze. Musi być!
Tak więc dzisiaj miałam przynajmniej 5 okazji na zejście z tego świata. Okazji napisanych przez życie. Zostało mi jeszcze do wymyślenia 995 :). Na szczęście wszystkie one skończyły się dla mnie szczęśliwie. Na razie. Ale czy to ma znaczyć, że mam siedzieć w domu i nic nie robić? To nie w moim stylu. Zresztą niebezpieczne sytuacje są wpisane w życie każdego z nas. Nigdy nie wiemy co nas czeka w danym dniu, czy nie będzie on ostatnim na naszej życiowej drodze. Dlatego warto żyć tak, jakby każdy nasz dzień był tym ostatnim, żebyśmy niczego nie żałowali. A jednocześnie uważajmy na siebie, bo przez nieuwagę możemy stracić to, co mamy najcenniejszego i czego już nikt i nic nam nie zwróci...
Moim takim ukrytym marzeniem jest udział w rajdzie rowerowym organizowanym przez moją diecezję z okazji 20 rocznicy wizyty papieża Jana Pawła II w Sosnowcu. Jak pamięta większość z Was, rok temu brałam udział w Sztafecie Niepodległości. I chociaż nie obyło się bez małego wypadku, udało mi się w końcu dobiec do mety.
Tak bardzo chciałam w tym roku pojechać wraz z innymi rowerami z DG pod sosnowiecki Auchan, gdzie 14 czerwca 1999 roku wylądował helikopter z papieżem, a następnie pojechać na Plac nazwany jego imieniem, gdzie spotkał się z wiernymi nie tylko z terenów Zagłębia Dąbrowskiego, ale też całego Śląska i okolic. Wśród rzeszy wiernych byłam też ja, zaledwie dziewięcioletnie dziecko, które kilka tygodni wcześniej przyjęło po raz pierwszy Jezusa do swego serca. Zbyt młode, aby zrozumieć przesłanie papieża, a jednocześnie wystarczająco dojrzałe, aby dostrzec powagę i historyczność tej chwili. Od jakiegoś czasu staram się brać udział w kolejnych rocznicach tego wydarzenia, o ile oczywiście nie mam w tym czasie jakiegoś wyjazdu.
W tym roku nie mogło być inaczej. A z drugiej strony chciałam wraz z innymi uczcić w wyjątkowy sposób tą rocznicę. Problem jest jednak jeden i to jak dla mnie bardzo istotny. Tak jak wspominałam, z powodu mojej niepełnosprawności nie jestem w stanie utrzymać równowagi na dwukołowcu. Co nie oznacza, że wcale takiegoż pojazdu nie posiadam. Bez sensu? A pamiętacie może taką scenę z filmu "Kogiel-Mogiel 2", kiedy babcia Wolańska pyta się mamy Kasi, czy w ich domu jest łazienka, a ona prowadzi ją do pomieszczenia, które jest co prawda łazienką, ale nie ma w niej podłączonej wody, tłumacząc przy tym, że łazienka jest po to, aby ludzie nie gadali, że nie ma? To w moim przypadku swoimi czasy było podobnie - wszyscy moi rówieśnicy mieli rowery i dumnie paradowali z nimi po podwórzu. Ja też miałam rower, przez co nie czułam się gorsza. Co ciekawe, nawet nie przejmowałam się tym, że nie mogłam na nim jeździć. Liczyło się to, że go mam. Oczywiście marzyłam o tym, aby pewnego razu wsiąść na niego i pojechać w świat za innymi, rzeczywistość mi jednak na to nie pozwalała. Czy było mi przykro? Może troszeńkę... Jako takie pocieszenie dostałam kiedyś stacjonarny rower rehabilitacyjny. Na nim mogłam(i dalej mogę, bo mam go do dzisiaj) przemierzać kilometry bez obawy, że wyrżnę jak długa na chodniku. Mimo wszystko to nie to samo co prawdziwy rower.
Pewną alternatywą są specjalne, rehabilitacyjne rowery trójkołowe. Podpatrzyłam taki u kolegi z klasy i zamarzyło mi się taki mieć. A jednocześnie wstydziłam się powiedzieć o tym rodzicom. I tak byłam dość kosztownym w utrzymaniu dzieckiem, więc po co przysparzać im dodatkowych wydatków. Potem pragnienie posiadania roweru przycichło, aż w końcu ponownie się pojawiło. Zaczęłam przeglądać oferty, jednak ceny trochę mnie przymroczyły. A że nie jestem w żadnej fundacji, ani nie mam szans na liczenie na dofinansowanie z MOPSu, to muszę sama sobie wszystko sfinansować. Z drugiej strony, nie powiem, zamiast jechać na trening tramwajem, mogłabym podjechać rowerem, a i moi znajomi często robią rowerowe wypady za miasto. No i może dałoby się poszerzyć moje treningi o pływanie, na które też mogłabym dojeżdżać rowerem. Oczywiście w odpowiednich miesiącach. Nie wspomnę już o dodatkowej formie rehabilitacji... No i jeszcze ten cały rajd.
Prywatny rower musi jednak jeszcze trochę poczekać, bo wylot do Panamy spłukał prawie a całe moje oszczędności, a poza tym chyba szykuje mi się leczenie ortodontyczne, a ono też kosztuje nie mało. To nie jest tak, że głoduję, bieduję czy coś w tym rodzaju, bo na bieżące wydatki mam, ba, nawet wysłupłałam coś na tegoroczny obóz sportowy, a od kiedy mieszka ze mną Młoda, to jest jeszcze lepiej, bo np. dokłada się do opłat. Tutaj bardziej chodzi o sporą nadwyżkę funduszu. Ale spoko, na Panamę udało mi się uzbierać(potem tata kwiczał, że mogłam mu powiedzieć, to by się dorzucił, ale jak już pisałam, jego i tak dużo kosztowało to, żeby doprowadził mnie do takiego stanu, w jakim się znajduję), to na leczenie ortodoncyjne i rower też mi się uda. Przynajmniej mam taką nadzieję. Na razie jednak musiałam poszukać sposobu na wzięcie udziału w rajdzie.
I oto biblijne "Szukajcie, a znajdziecie" ziściło się w rzeczywistości. Okazało się bowiem, że niedaleko mnie są aż dwie wypożyczalnie trójkołowych rowerów rehabilitacyjnych. W dodatku całkowicie za darmo! Próbowałam skontaktować się z Bytomiem, ale nie odpowiadał. Dzisiaj pełna obaw napisałam do Tych(ów?) z zapytaniem, czy byłaby możliwość wypożyczenia jednego roweru chociaż na tydzień. Brałam pod uwagę negatywną odpowiedź, że wypożyczają sprzęt tylko mieszkańcom miasta. Na szczęście okazało się, że bez problemu wypożyczą go także i mnie.
Radości mojej nie ma końca, bo oto spełnię moje marzenie o uczestnictwie w rajdzie. Już nawet zapisałam się na niego. Teraz muszę tylko przytrenować wszystko na rowerze stacjonarnym, żeby nie paść po drodze ze zmęczenia. Bo wiecie, ja nie mam jak go przetransportować z Tych, więc muszę na nim po prostu przyjechać. A to ponad 30 kilometrów jest. Ale jaki to będzie jednocześnie trening przed samym rajdem...
Dzisiaj po raz kolejny miałam przyjemność pomagać podczas organizacji większej imprezy w charakterze wolontariusza. Tym razem był to "V Bieg Wadowicki - biegniemy po kremówkę", który wpisał się w przypadającą na tą porę Dni Miasta. Akurat tak się ciekawie złożyło, że dzień wcześniej w całym kraju obchodzona była akcja Noc Muzeów, do której włączyło się też Wadowickie Muzeum Miejskie oraz Muzeum mieszczące się w dawnym domu Wojtyłów. Jeżeli dodać do tego moc atrakcji jakie czekały w sobotę na Placu im. Jana Pawła II na mieszkańców miasta oraz przyjezdnych gości(a trzeba wiedzieć, że np. 18 maja odbywa się ogólnopolski zlot szkół noszących imię Jana Pawła II) to można powiedzieć, że przez te dwa dni każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Jak wiecie z wcześniejszych postów moim marzeniem było zwiedzenie nowego muzeum mieszczącego się w kamienicy, w której mieszkała rodzina Wojtyłów. W starym bywałam kilkakrotnie, w nowym ani razu. Nie było czasu, ani funduszy. Ale skoro i tak miałam jechać do Wadowic, to nic nie stało na przeszkodzie, abym pojechała dzień wcześniej i spróbowała chociaż się do niego dostać. Wybrałam ostatni kurs busa z mojego miasta do Krakowa, a następnie przesiadłam się do busa do Wadowic.
Na miejscu byłam po 20. Przywitało mnie prawdziwe urwanie chmury. W strugach deszczu szłam dobrze znanymi mi plantami, a następnie wdrapywałam się po schodach wychodzących tuż przed słynną bazyliką. Od jakiegoś czasu towarzyszyły mi dźwięki koncertu odbywającego się na Rynku, który prowadziła para znanych aktorów - Małgorzata i Paweł Królikowscy. A im bliżej byłam celu, tym było głośniej. Jeszcze tylko musiałam zlokalizować wejście do muzeum(uwierzcie mi, to nie jest takie proste kiedy widzisz trzy drzwi ze wszystkich stron). Kiedy wreszcie odkryłam które to(brawo dla mnie) okazało się, że pierwsza tura chętnych na zwiedzanie już weszła. Ku mojemu zdumieniu odkryłam, że na wejście wcale nie czeka dziki tłum, a więc była szansa, że się to uda. I tak też się stało.
Muzeum - magia. Niestety, nie można robić w nim zdjęć, więc musicie uwierzyć mi na słowo. Ewentualnie sami zobaczyć. Przejrzyste informacje, barwne fotografie, oryginalne nagrania oraz odtworzenie wyglądu mieszkania Wojtyłów - jest co oglądać. A przecież muzeum ma w planie otworzyć jeszcze wystawę poświęconą wadowickim Żydom... W muzeum czułam się jak w bajce. Chociaż większość informacji jest mi znana, to z przyjemnością odkrywałam je na nowo. Żałuję tylko, że nie dane mi było zobaczyć repliki sali szpitalnej w poliklinice Gemelli, w której leżał papież po nieudanym zamachu. Problem polega jednak na tym, że znajduje się ona w otwartym w 1935 roku Domu Katolickim, a on rządzi się swoimi prawami... W tym Domu nastoletni Karol Wojtyła grywał w ping-ponga i występował w sztukach teatralnych, do tego Domu na katechezę uczęszczał mój tata i jego rodzeństwo.
Naprzeciwko domu, w którym dorastał Karol Wojtyła, znajduje się jeden z najstarszych w mieście murowanych budynków. Kiedyś znajdowała się w nim jadłodajnia prowadzona przez rodziców szkolnego kolegi papieża, państwa Banasiów. Dzisiaj mieści się w nim Muzeum Miejskie. Oprócz czasowych wystaw godna uwagi jest stała wystawa zatytułowana "Wadowice - miasto, w którym wszystko się zaczęło" powstała na kanwie swojej poprzedniczki "Wadowice Karola Wojtyły"(którą też miałam okazję kiedyś zwiedzić). Ponieważ było jeszcze trochę czasu do północy, postanowiłam zwiedzić także i nią.
Aktualna, chociaż nie zmieniła rozmieszczenia poprzedniej, została rozbudowana. Szczególnie widać to w dziale poświęconym historii miasta. Na pewno wcześniejsze informacje były o wiele uboższe. Moją uwagę przykuły na pewno artefakty będące prawdziwymi perełkami z przeszłości.
Sala szkolna podobała mi się dużo bardziej w poprzedniej wersji. Po prostu informacje przedstawione były w dużo bardziej przejrzysty sposób. Ale obecnie też nie jest źle.
Zastanawiam się czy coś się zmieniło w salach poświęconych wadowickiemu rynku oraz Towarzystwu Gimnastycznemu "Sokół"... Wydaje mi się, że nic, ale mogę się mylić...
"Rewolucję" przeżyło też ostatnie pomieszczenie. Jeszcze siedem lat temu był tam pokój stylizowany na dwudziestolecie międzywojenne. Dzisiaj trudno mi określić co tam jest - znajduje się w nim szafa i jakieś urządzenie. Chyba, że było tam coś więcej, tylko wynieśli. No nic, i tak zobaczyłam dużo więcej niż się spodziewałam.
Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla mnie dosyć wcześnie, bo o 6:45 miałam odprawę. Po ulewie z poprzedniego dnia nie było ani śladu, co napawało optymizmem. Słońce wesoło wdzierało się w wadowickie uliczki, a ja poszukiwałam szkoły, w której było zebranie. Żeby było śmieszniej, do podstawówki też uczęszcza mój najstarszy chrześniak. Ale w końcu znalazłam to, czego szukałam. A przy okazji dowiedziałam się, że jestem w biurze zawodów. No cóż, kolejne nowe doświadczenie. Z drugiej strony wydawanie ludziom pakietów startowych i odbieranie pokwitowania to nie taka znowu filozofia. Najlepsze miało jednak nastąpić - wydaję ostatni pakiet, wracam z workiem do zawodnika i nagle czuję, że lecę w dół. Po chwili leżałam jak długa na gumolicie. Wszyscy zaczęli się wypytywać czy żyję i czy nic mi nie jest. W sumie rękę czułam, co oznaczało by, że jednak żyję, a że nabiłam sobie siniaka na wewnętrznej stronie dłoni... Czasami trzeba być oryginalnym.
Tak gdzieś 15 minut przed startem zamknęliśmy biuro i udaliśmy się na wadowicki rynek.
Chwilę wcześniej wszyscy biegacze wystartowali w bieg na 10 kilometrów ulicami Wadowic i okolicznej Choczni oraz Zawadki. Rynek na chwilę opustoszał, a my czekaliśmy na pierwszych zawodników na mecie. A ci pojawili się już ok. 30 minut po starcie. Nawet nie wiecie jak bardzo chciałabym pobiec razem z innymi. Ograniczenia związane z niektórymi sprawami robią jednak swoje...
Każdy zawodnik po przekroczeniu linii mety otrzymał pamiątkowy medal, izotonik, kawałki arbuza oraz, a jakżeby inaczej, kawałek kremówki. Chwilę po dobiegnięciu ostatniego biegacza odbyła się dekoracja najlepszych. Ku mojemu zaskoczeniu dokonała tego siostra mojego taty, której towarzyszyły dzieci.
Ten największy z lewej w białej koszulce to mój osobisty chrześniak :)
Po chwili po placu paradowali zwycięscy w swoich kategoriach dumnie dzierżąc w dłoniach zasłużone trofea. Szybko jednak wszyscy jeszcze raz stanęli na rynku, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.
Nie mogło też zabraknąć zdjęcia wolontariuszy...
W lipcu będzie druga część biegu, tym razem po Beskidzie Małym. Może i tym razem uda mi się załapać na wolontariat?
Jak większość z Was wie, tydzień temu w jednej z warszawskich szkół miała miejsce prawdziwa tragedia - uczeń ósmej klasy szkoły podstawowej podszedł do kolegi i zadał mu kilka ciosów nożem, pozbawiając go tym samym życia. Mówi się, że to pierwsza taka sytuacja w naszym kraju. Niestety, całe zdarzenie pozostało w cieniu filmu Tomasza Sekielskiego pt. "Tylko nie mów nikomu", który opowiada o problemie pedofilii wśród księży. Problem wzbudzający wiele emocji, do którego niestety wrócę, jak tylko obejrzę ten film, niemniej agresja oraz różnorakie uzależnienia od używek wśród nastolatków i jej konsekwencję są wcale nie mniejszym problemem.
Z agresją wśród osób do 18 roku życia spotykamy się wcale nie rzadko. Już kilkuletnie dzieci bawiące się w piaskownicy potrafią mieć niezwykle wulgarne słownictwo. Czasami przysłuchując się takim rozmowom, zastanawiam się, skąd to się bierze. Dużo do myślenia dała mi sytuacja przytoczona przez jednego z naszych księży podczas jakiegoś kazania: otóż przechodził on obok jakiegoś placu zabaw, kiedy usłyszał, jak bawiące się w piaskownicy dzieci wyzywają się wzajemnie. Delikatnie zwrócił im uwagę, bez żadnych podtekstów religijnych. Wiecie co usłyszał w odpowiedzi? "Czemu się ksiądz czepia? U nas w domu inaczej się nie mówi!". Bo wbrew pozorom to właśnie w środowisku domowym dzieci poddawane są pierwotnej socjalizacji - poprzez obserwację zachowań najbliższych same ich nabierają. Jeżeli w domu stosowane są wulgaryzmy - dzieciaki też będą używać takich słów. Jeżeli jest przemoc - przemoc będzie też w środowisku szkolnym i podwórkowym. Tak samo z alkoholem i narkotykami. A uwierzcie mi - dzisiejsze dzieci są tak cwane, że potrafią przemycić alkohol nawet w miąższu owoców(sama byłam tym zszokowana).
Inną sprawą jest to, że rodzice coraz mniej czasu poświęcają swoim dzieciom, które są wychowywane albo przez ulicę, albo całymi popołudniami ślęczą przed monitorem komputera, tracąc czas na przechodzeniu kolejnego poziomu ogłupiającej gry komputerowej albo przeglądając jakieś dziwne strony internetowe(jak czasami słyszę co robi M. po godzinach, to włosy mi dęba stają). W efekcie narasta w nich agresja, która upust znajduje najczęściej w przemocy wobec innych osób bądź przedmiotów. Wszak ławki w parku się same nie łamią, prawda? Jeżeli dochodzi do tego jeszcze alkohol i narkotyki to mamy mieszankę wybuchową. A odurzyć się jest bardzo łatwo. Zresztą mam zamiar poświęcić temu osobnego posta, muszę tylko dokopać się do odpowiednich materiałów(spokojnie, gdzieś mam w świetny sposób to wszystko opisane, muszę tylko dokopać się do czasopisma).
Jako przyczynę tragedii w warszawskiej szkole podaje się konflikt właśnie na tle narkotykowym. Ofiara, 16-letni Jakub, miał być winny pieniądze za nie swojemu oprawcy, o rok młodszemu Emilowi. Koledzy ze szkoły nie mają o Emilu najlepszego zdania: charakteryzowała go agresja, zarówno w stosunku do kolegów, jak i nauczycieli. Pił, ćpał i palił, potrafił nawet uderzyć dziewczynę. Lubił też wszczynać bójki. Rzadko, ale jednak, przynosił do szkoły nóż, który nosił przy sobie w saszetce. W ciągu ostatnich dwóch lat w sądzie dla nieletnich toczyły się dwie sprawy, w których chłopak był oskarżony. Pierwsza z nich dotyczyła naruszenie nietykalności cielesnej innego nieletniego(popychania). Skończyła się upomnieniem. Druga miała stwierdzić, czy nastolatek przejawia objawy zdemoralizowania ze względu na spożywanie alkoholu, przemoc oraz wszczynanie kłótni wśród rówieśników. Sąd dla nieletnich uznał, że przejawia, a jednocześnie umorzył sprawę. Jakub to jego przeciwieństwo, chociaż koledzy przyznali, że wiedzieli, iż coś bierze. Ostatnio jednak zdarzało mu się to coraz rzadziej.
Tego dnia, około 10:30 Emil zaczepił Jakuba na szkolnym korytarzu. Na początku zaczęli się bić. Następnie poszli na koniec korytarza do sali od fizyki, gdzie ponownie wywiązała się bójka. Emil wyjął swój nóż i dziewięć razy dźgnął Jakuba w głowę, szyję oraz klatkę piersiową. Potem pociął sobie rękę i poszedł do pani pielęgniarki zgłosić, że to Kuba go zaatakował. Nóż wyrzucił na korytarz. Pomimo przeprowadzonej reanimacji, najpierw przez nauczyciela fizyki, a następnie przez sanitariuszy z pogotowia ratunkowego, Jakub zmarł.
Wszystko to wydarzyło się na oczach innych uczniów, którzy z pewnością będą mieli traumę przez wiele lat, jeżeli nie do końca życia. Mnie jednak nasuwa się kilka pytań. Dlaczego widząc bójkę, nikt nie zareagował? Nie musiał sam rozdzielać bijących się chłopców, wystarczyło znaleźć nauczyciela pełniącego dyżur na korytarzu. Wiadomo było, że zdemoralizowany Emil ma orzeczone nauczanie indywidualne. Dlaczego więc miał je w szkole, a nie w domu, skoro nauczyciele wiedzieli, jakie są z nim problemy? Dlaczego, jeżeli miał nauczanie indywidualne w szkole, nie pozostawał pod kontrolą nauczycieli, nawet w czasie przerw. A jeżeli jednak miał to nauczanie w domu(nigdzie nie mogę znaleźć informacji na ten temat), to co on robił w szkole? Co zrobił szkolny pedagog, aby zapobiec tej sytuacji? Zwłaszcza, że chwilę wcześniej w szkole pojawili się rodzice Jakuba zgłosić, że ich syn jest szantażowany i zastraszany przez szkolnego kolegę. I to nie było pierwsze zgłoszenie tego typu. Które ogniwo w tym wszystkim zawiodło?
Dużo jest pytań, na które trudno będzie znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Ktoś powie, że trudno w tym wszystkim winić szkołę, bo to rodzinny dom powinien wychowywać. Ja jednak nie do końca się z tym zgodzę. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu szkoła odgórnie miała spełniać funkcję zarówno edukacyjną, jak i wychowawczą. Ostatnio jednak wykreślono z oficjalnej definicji słowo wychowywać(nauczyciele pewnie będą lepiej wiedzieć o co chodzi i pewnie jaśniej wszystko wytłumaczą), co niektórzy pedagodzy zrozumieli zbyt dosłownie. Mimo wszystko, według mnie, szkoła powinna w dalszym ciągu pełnić funkcję wychowawczą uczęszczającej do niej młodzieży, chociażby przez odpowiednio przeprowadzone lekcje z wychowawcą. Powinny one poruszać wiele problemów życia codziennego. Dodatkowo poszerzyłabym je o kontakty ze specjalistami w różnych dziedzinach. Zmieniłabym też działanie pedagoga szkolnego. Nie wiem jak jest teraz, ale za moich czasów był on tylko 2-3 dni w tygodniu po kilka godzin. Zdecydowanie za mało, jak dla mnie.
Jakubowi życia nic już nie zwróci. Jednak obserwując problemy współczesnej młodzieży mam wrażenie, że to tylko początek problemów, jakie się dopiero szykują. Jakoś nie przewiduję boomu na budowę ośrodków uzależnień, odwykowych i resocjalizacyjnych, dlatego tak ważna będzie praca organiczna, od podstaw. Cofamy się być może do XIX wieku, ale jak ktoś mi to kiedyś powiedział - czasami trzeba się cofnąć, aby coś osiągnąć...
- O, a co panie tak dzisiaj w parze przyszły? - pani D. nie kryła zdziwienia, kiedy razem z Merlin(kurcze, muszę jakoś tutaj nazywać moich znajomych, bo zacznę sama się gubić) weszłyśmy do jej gabinetu. No tak, zazwyczaj odwiedzaliśmy ją pojedynczo, raz tylko byłam u niej z Godzillą. - Coś się stało? - dopytywała.
- Ty mów - szepnęłam do Merlin, jednocześnie robiąc krok w tył. Ostatnio jakoś dobrze nam się rozmawia, jedna drugą wspiera i pomagamy sobie, jak któraś z nas nie może zdążyć na coś, a i problem jaki wyszedł dotyczy zarówno jej i mnie.
- No nie wierzę - zanim jeszcze Merlin zdołała cokolwiek powiedzieć głos zabrała pani D. patrząc na mnie z rozbawieniem - Pani nie ma nic do powiedzenia. Chyba to zapiszę w kalendarzu.
Całą trójką wybuchnęłyśmy śmiechem, po czym Merlin zaczęła tłumaczyć w czym tkwi nasz jutrzejszy problem. Pani D. postukała w klawiaturę komputera, zadzwoniła do kogo trzeba i już było wiadomo co i jak. Usatysfakcjonowane wyszłyśmy z sekretariatu(wcześniej jeszcze pani D. nie była by chyba sobą, gdyby nie zapytała jak tam mój pobyt w szpitalu na nefrologii) i udałyśmy się na piętro, gdzie jeszcze dopracowaliśmy rzeczy na jutrzejszy Festiwal Nauki. Przy okazji wyszedł nam tzw. "mały kwas", ale szczegóły już zatrzymam dla siebie.
Wystarczy, że ten kwas wyszedł na translatorium. Prowadząca wyczuła od razu nasz wisielczy nastrój i zaczęła drążyć co, jak i dlaczego. Chwilami czułam się jak w przedszkolu, czasami jak na sobotnich zajęciach w Oratorium. Niby jesteśmy dorośli, a zachowujemy się jak małe, rozkapryszone dzieci. Chwilami czułam się naprawdę niekomfortowo. Zwłaszcza, kiedy mnie zapytano jak ja widzę tą sytuację... A ja zupełnie nie wiedziałam co odpowiedzieć. Bo chcę być w tym sporze bezstronna, tak po prostu. I nie chcę sobie w tak beznadziejny sposób przysparzać wrogów. Naprawdę, nie zależy mi na tym...
Czyli, jak widzicie, w życiu jest jak w bollyudzkim(zupełnie nie wiem jak to się pisze) filmie - czasem słońce, czasem deszcz...
Poza tym dopadła mnie chyba jakaś infekcja gardła. A "V bieg wadowicki" już za trzy dni. Pochwalę się Wam jeszcze moimi planami na starty w biegach(i nie tylko, bo znalazł się też jeden rajd rowerowy) w tym roku oraz plany na wolontariat podczas dłuższych imprez biegowych(mam nadzieję, że wszystkie wypalą):
V wadowicki bieg(wolontariat) - 19 maj
48 masowe biegi przełajowe o paterę "Polska Dziennik Zachodni" i śląskiego TKKF w Będzinie(uczestnik) - 26 maj
Górski Bieg Frassatiego i piknik rodzinny(wolontariusz) - 15 czerwiec
Rajd rowerowy i zlot motocykli ku czci Jana Pawła II(rajd rowerowy: uczestnik) - 16 czerwiec
IV Siemianowicki Bieg Świetlików(wolontariat)* - 22 czerwiec
Mistrzostwa Polski Osób Niepełnosprawnych w Lekkiej Atletyce w Bydgoszczy(uczestnik) - (termin podam później)
V Charytatywny Bieg o Pierścień św. Kingi(uczestnik)* - 6 lipiec
Nic na to nie poradzę, że jestem kobietą i jako klasyczny przedstawiciel mojej płci miewam czasami dziwne zachcianki czy też marzenia. Zresztą każdy je ma, nie zależnie od płci czy też sprawności.
Bo czy jako osoba niepełnosprawna z ograniczeniami w poruszeniu się nie mogę marzyć o czymś tak banalnym dla każdej kobiety jak but na obcasie. Nie mówię o szpilkach, bo to już wyższa szkoła jazdy, ale o obcasie. Inna sprawa, że z powodu zaburzeń równowagi nie zrobię w nich ani kroku. Już próbowałam i nie skończyło się to dla mnie dobrze, uwierzcie mi. Zresztą zaburzenia równowagi to jedno, a koślawe stopy to drugie. Ledwie chodzę w balerinach, które mi spadają, a co tutaj już mówić o bucie na obcasie...
Najlepsze jest dla mnie sportowe obuwie, najlepiej stabilizujące kostkę i dające się zawiązać. Wiem, wymagająca jestem w tej kwestii, jednak w takich butach chodzi mi się najbardziej stabilnie i najpewniej. Co nie oznacza, że nie mam żadnych wyjściowych butów. Mam, piękne zamszowe na grubej podeszwie, granatowe wiązane, kilka par czegoś w rodzaju sandałów, wspomniane już baleriny, kapcie, nawet klapki na basen. Także teoretycznie wybór mam spory.
Mnie jednak od dłuższego czasu marzyły się jeszcze jedne sandały, takie bardziej na co dzień. Bo ileż można chodzić w adidasach czy też trampkach. Zwłaszcza kiedy są upały. A te sandały co mam to są typowo do kościoła, bądź na jakieś krótsze spotkanie i nie bardzo nadają się na dłuższą metę. Od razu powiem, że tzw. japonki też odpadają, tak samo jak sandały tego typu:
Ja szukałam czegoś takiego:
Mam nadzieję, że od razu dostrzegacie różnicę pomiędzy pierwszym, a drugim. Ten drugi typ jest bardziej stabilny, a tylko stabilność sprawia, że stawiam pewne kroki. Mój problem polega też na tym, że mam szczuplutką, a długą nogę(i dlatego najbardziej lubię sznurowane buty, które dają się przyciągnąć), toteż paski w sandałach też muszą być regulowane. A przynajmniej dobrze, aby takie były. No i stabilizacja pięty jest dla mnie bardzo ważna. W tym wszystkim estetyka schodzi na dalszy plan.
Już kilka razy widziałam te moje wymarzone buty, jednak za każdym razem ich cena nieco mnie powalała. Aż tu ostatnio przez przypadek natchnęłam się w TV na reklamę "Lidla", a w niej... tak... sandały... i to w całkiem znośnej cenie. Co prawda była to edycja dla dzieci, ale chłopięcy model skradł moje serce. Na plus działała też skórzana wkładka, nie żadne tam tworzywo sztuczne. No i największy model miał numer 37, więc istniała szansa, że będzie na mnie pasować.
I jak niezbyt lubię zakupy w supermarketach, tak wczoraj udałam się do miejskiego "Lidla" z samego rana. No bo wiecie, nie wiedziałam ile będzie tych największych modeli na stanie, a za bardzo mi na nich zależało. Oczywiście liczyłam się z wariantem, że ta 37 będzie na mnie za mała, ale co innego jest zrezygnować z zakupu czegoś, bo nie pasuje to rozmiarowo niż nie kupić tego, bo zabrakło na stanie. Jakoś szybko odnalazłam kosz z sandałami i zaczęłam szukać odpowiedniej pary. Szkoda, że wszystko jest rzucone byle jak, łatwiej by było, gdyby poukładali wszystko rozmiarami. Ale z drugiej strony, znając ludzi, wszystko byłoby i tak przemielone. Szybciej znalazłam dziewczęcą wersję sandałów i nawet okazało się, że rozmiar 37 jest dla mnie ciut za duży(ale na 36 już nie mogłam trafić), ja jednak uparłam się na męską wersję. Już byłam skłonna sobie odpuścić, kiedy w moje dłonie trafił poszukiwany numer. Przymierzyłam - pasuje jak ulał, ani za duży, ani za mały. Zrobiłam kilka kroków - no po prostu kapcie. Ze zdecydowaniem włożyłam je do koszyka i jeszcze poszłam na dział zwierzęcy kupić Pusi coś do jedzenia. W efekcie dostała trzy puszki z różnymi smakołykami.
Kurcze, nawet nie wiecie jaka jestem szczęśliwa z tego zakupu(oczywiście sandałów, bo miauczące futro cieszy się z czegoś innego). Już miałam sobie je kupić do Panamy, ale wtedy ceny były zabójcze. A teraz na lato będzie jak znalazł. O ile oczywiście będzie lato, bo na razie ciągle pada.
Tak więc marzenia wcale nie muszą być wielkie. Czasami są całkiem przyziemne. Ale ich spełnienie i tak cieszy.
To było 80 lat temu. Nazistowski statek pasażerski "St. Louis" wypłynął z portu w Hamburgu i obrał swój kurs na stolicę Kuby - Hawanę. Na jego pokładzie, oprócz członków załogi, znalazło się 937 pasażerów pochodzenia żydowskiego, które w ten sposób chciało uciec przed zataczającym coraz szersze kręgi widmem holokaustu.
Niektórzy z nich poznali już smak pobytu w obozie koncentracyjnym i niepewności jutra, inni chcieli uchronić przed tym swoje dzieci. Zapłacili niemałe pieniądze, zarówno za bilet na ten rejs, jak też samą wizę upoważniającą ich do przebywania na terenie Kuby. Niektórzy zmierzali tam po to, aby połączyć się z rodziną, która już wcześniej wyemigrowała w tamte strony i systematycznie przesyłały bliskim pieniądze, aby ta podróż była w ogóle możliwa. Wszyscy jednak zmierzali w miejsce, w którym władza Adolfa Hitlera już nie sięgała.
Jakież było zdziwienie wszystkich, nawet samego kapitana, kiedy po przybyciu do docelowego portu okazało się, że rząd kubański nie zezwolił emigrantom na zejście na ląd. A przecież tam czekali na nich bliscy i znajomi. Wśród oczekujących był ojciec dwójki dziewczynek, które samotnie przemierzyły Atlantyk, aby móc z nim mieszkać w odległym, i nieco egzotycznym, kraju. W pewnym momencie mężczyzna był tak zdesperowany, że udał się osobiście do prezydenta Kuby i szantażem wymusił na nim sprowadzenie córeczek ze statku. Prezydent w końcu uległ i zgodził się na to. Szczęściarzami okazał się też tuzin pasażerów, którzy dzięki swoim kontaktom, opuścili transatlantyk. Reszta zmuszona była wracać tam, skąd przybyła.
Przerażony perspektywą powrotu tych ludzi do nazistowskich Niemiec, a raczej tym, jaki los ich będzie tam czekał, kapitan statku, Gustav Schroder, postanowił za wszelką cenę znaleźć dla nich bezpieczny azyl. Przez długi czas łudził się, że na przyjęcie uchodźców zdecydują się Stany Zjednoczone, gdzie znajdowała się już dosyć spora diaspora żydowska. Niestety, polityka Roosevelta drastycznie zmniejszyła limit Żydów, których gotowi by byli przyjąć. Inne amerykańskie państwa też odmówiły im pomocy. W dodatku zza oceanu nadeszła informacja, że statek ma jak najszybciej zawrócić do macierzystego portu.
Sytuacja zdawała się coraz bardziej beznadziejna. Coraz więcej ludzi zdawało sobie też sprawę, co ich czeka po powrocie do rodzimego kraju. Kapitan obawiał się wybuchu paniki na pokładzie, w dodatku na środku oceanu. Wpadł nawet na pomysł spowodowania pożaru na statku, kiedy będą znajdować się wystarczająco blisko Irlandii. W takiej sytuacji władze wyspy nie będą mieli podstaw do nieprzyjęcia rozbitków na swój ląd. W ten sposób wszyscy zyskają na czasie, chociaż jednocześnie Schroder zdawał sobie sprawę z tarapatów, w jakich się znajdzie po powrocie do kraju. Mimo to troska o los powierzonych mu pasażerów była dużo większa, niż o własne życie.
I wtedy zdarzył się cud. Na chwilę przed wprowadzeniem zamiaru kapitana w życie dostali wiadomość, że cztery europejskie kraje - Wielka Brytania, Francja, Belgia oraz Holandia - przyjmą pasażerów płynących "St. Louis'em). Radości nie było końca. Wszak to nie będą Niemcy...
Niestety, kilka miesięcy później wybuchła II wojna światowa. Blisko 3/4 pasażerów transatlantyku straciło w niej życie. Gdyby nie decyzja Kuby i Stanów Zjednoczonych, być może ich koniec nie byłby tak straszny. Inaczej - gdyby rząd państw amerykańskich zgodził się przyjąć wtedy tych uchodźców, to prawdopodobnie nie w wyniku działań wojennych nie zginąłby żaden z nich.
Dzisiaj o tym wydarzeniu się nie mówi. Ci, którzy płynęli tym rejsem w dużej mierze już nie żyje. Notatkę przygotowałam w oparciu o książkę Thomasa Gordona oraz Maxa Morgana-Wittsa zatytułowaną(przekład w wykonaniu Krzysztofa Kurka) "Rejs wyklętych", która na podstawie pamiętników pisanych przez pasażerów rejsu i zeznań żyjących jeszcze świadków odzwierciedla przebieg podróży dzień po dniu. Szczerze powiedziawszy chwilami przechodziły mnie ciarki po plecach, kiedy ją czytałam. Ale naprawdę - warto było.
Czasami mam już dosyć pewnych zachowań niektórych osób.
Bo ileż można wchodzić drugiej osobie w słowo. Owszem, każdemu się to zdarza, nawet mnie. Jest to jednak z mojej strony działanie sporadyczne. Ale co sądzić o osobie, kiedy wchodzi mi w zdanie nie raz, nie dwa, ale notorycznie. I żeby nie było - nie jest to osoba po kilku klasach szkoły podstawowe, czy też gimnazjum, bo takie zachowanie mogłabym jeszcze zrozumieć, ale po magistrze w kierunku pedagogiki, więc tym bardziej powinna rozumieć, że inni też chcą czasami coś powiedzieć.
Wiem, pewnie sporo winy leży też po mojej stronie, ale co ja na to poradzę, że czasami zbierze mi się zbyt duża ilość śliny w jamie ustnej(jeden ze skutków ubocznych mózgowego porażenia mózgowego), że muszę przerwać w pół zdania, aby ją przełknąć? Co ja na to poradzę, że mówię wolniej oraz ciszej niż inni? Czy to znaczy, że jestem o wiele gorszym rozmówcą? Czy nie warto dać mi się wypowiedzieć?
Dzisiaj chciałam zadać jedno proste pytanie. Zaczęłam, kiedy po raz kolejny jedna i ta sama osoba przerwała mi w pół słowa innym pytaniem skierowanym do osoby, z którą rozmawiałam. I oczywiście mnie przekrzyczała. A tym samym moja rozmowa została mi przerwana. Zupełnie, bo obydwie osoby - ta, która ze mną rozmawiała i ta, która przerwała nam rozmowę - poszły w tym samym kierunku, a ja w przeciwnym(akurat tak mieszkamy).
Oczywiście znowu się zdenerwowałam, tym bardziej, że jak już powiedziałam, taka sytuacja zdarza się coraz częściej. Źle się z tym czuję, nie powiem, że nie. A może napiszę inaczej - czuję się lekceważona, ze względu na moją niepełnosprawność i ograniczenia z niej wypływające.
Zresztą problem z przerywaniem mojej wypowiedzi nie jest jedynym. Nasze scholowe ubrania są pochowane na co dzień w szafie. Czasami trzeba się nieźle nagimnastykować, aby znaleźć ten swój. Kilka razy po dłuższych poszukiwaniach znalazłam już swój strój, kiedy owa osoba tak szukała jej, że dosłownie wyrwała mi mój wieszak z dłoni i znowu musiałam go od nowa szukać. A przy okazji słyszę kpiący komentarz, że trzeba się spieszyć. Ale żeby mi pomóc i chociaż zdjąć mój wieszak z drążka - oj, na to się już nie wpadnie, bo po co(tylko mi nie mówcie, że trzeba po prostu poprosić - spokojnie ściągam swój strój i go zakładam). Lepiej popędzać. O zamieszaniu z organizacją wycieczki do Wadowic już nie wspomnę. Tak samo jak wciranie się w sprawy scholi i burzenie jako takiego porządku.
Przepraszam za taki mało optymistyczny post, w którym się żalę, ale czasami muszę się wygadać. Tym bardziej, że coraz częściej mam wrażenie, że jesteśmy wspólnotą tylko z nazwy, a nie z działania. A poza tym czuję, że to jest po prostu brak szacunku w stosunku do mnie... Tak, wiem, powinnam pogadać z tą osobą i wyjaśnić co mi leży na wątrobie. I zrobię to, kiedyś. Muszę tylko emocjonalnie dojść do siebie, bo inaczej nic z tego nie będzie...
Jeszcze się nie skończyła jedna zbiórka pieniędzy dla Filipka i Milenki na lek powstrzymujący dziecięcego Alzheimera(o której pisałam >>tutaj<<), a już pora informować o następnej(a w planach jest już kolejna). Ale jak tu nie spieszyć z pomocą, kiedy prosi o nią inna blogerka, no jak? Tym razem w tarapatach znalazła się nasza Basia z bloga http://basiapawlak.blogspot.com/, a raczej Towarzystwo Pomocy Głuchoniewidomym(TPG), do którego należy. Z powodu problemów finansowych będą zmuszeni zawiesić swoją działalność.
Dlaczego powinniśmy im pomóc?
Jak czytamy na stronie uruchomionej na ten cel zbiórki(https://zrzutka.pl/jvxtm7) dla głuchoniewidomych każdy dzień to wyzwanie, a TPG pomaga im się z nim zmierzyć. Na co dzień z ich pomocy korzystają setki osób z jednoczesnym uszkodzeniem wzroku i słuchu. Wolontariusze z TPG są z nimi podczas załatwiania spraw urzędowych, uczą metod poruszania się i porozumiewania ze światem, pomagają rodzicom dzielić wspólny język ze swoimi dziećmi. Bez ich wsparcia będzie im bardzo trudno.
Towarzystwo Pomocy Głuchoniewidomym jest jedyną ogólnopolską organizacją w naszym kraju, która pomaga osobom z jednoczesnym uszkodzeniem wzroku oraz słuchu. Działa od 27 lat w całej Polsce. W ostatnim roku ze wsparcia wyspecjalizowanej kadry tłumaczy przewodników, tłumaczy języka migowego oraz wolontariuszy skorzystało blisko 600 głuchoniewidomych osób. Dzięki tłumaczom przewodnikom osoby te nie tylko uczestniczą w regionalnych spotkaniach klubowych, ale też czują się pewniej w urzędzie, czy chociaż podczas zwykłej wizyty u lekarza. Daje im to też możliwość wyjścia do kina lub teatru, a także uczestniczenia w różnego rodzaju warsztatach rehabilitacyjno-społecznych organizowanych w jednostkach TPG na terenie całego kraju.
Rehabilitacja
Komunikacja dotykiem - Alfabet Lorma
Główną misją TPG jest pomoc i wspieranie osób z jednoczesnym brakiem lub poważnym ubytkiem wzroku i słuchu. Adresatami podejmowanych działań są wszystkie osoby głuchoniewidome, ich rodzice, opiekunowie, jak też specjaliści pracujący na ich rzecz.
Do najważniejszych działań Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym należy:
szkolenie tłumaczy przewodników;
usługi tłumaczy przewodników/asystentów dla osób głuchoniewidomych;
prowadzenie Regionalnych Klubów Głuchoniewidomych;
wydawanie tematycznych czasopism;
realizacja szkoleń, poradnictwa i rehabilitacji
Czy znowu część z podopiecznych Towarzystwa będzie zmuszona do tego, aby godzinami, a nawet tygodniami siedzieć w czterech ścianach swojego domu? Trzeba zrobić wszystko, żeby do tego nie dopuścić!
Nauka czynności dnia
Rzeźba
Integracja
Zbiórka ma na celu zebranie funduszy na dalsze działanie Towarzystwa, które stanęło na granicy zawieszenia swojej działalności ze względu na brak środków finansowych. Pomóżmy im dalej działać, dorzucając się do zrzutki na rzecz TPG. Wiele jest osób w Polsce chcących walczyć o ich dalsze działanie. Bądźmy jednymi z nich. Tutaj liczy się każda wpłata, każdy pomysł i inne zaangażowanie. Nie raz udało im się wyjść z kryzysu. Przyczyńmy się więc tym razem do tego, co wydaje się niemożliwe. W TPG przekracza się granice. Każdy z nas może w tym pomóc!
Trudna sztuka orientacji
Trudna sztuka orientacji
Wielu z Was zna Basię, która niejednokrotnie obdarza nas swoim rękodziełem zupełnie bezinteresownie. Tak sobie myślę, że pięknym gestem byłoby odwdzięczeniem jej się za dobro wysyłając SMSa na dalsze działanie Towarzystwa, do którego należy...