Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 31 października 2023

1753. I tak bywa w życiu

Ku mojemu zdumieniu dolegliwość o której ostatnio pisałam na tyle zaniepokoiła moją lekarkę rodzinną, że jeszcze tego samego dnia postanowiła wysłać mnie na SOR. Może nie tyle chodziło jej bezpośrednio o moje dolegliwości ile o to, że doprowadziły one do odwodnienia się mojego organizmu. A że jednocześnie zna ona moją odwieczną awersję do napojów, to postanowiła skierować mnie na kroplówki nawadniające. No i może na dalszą diagnostykę, bo ona na podstawowym badaniu nic nie stwierdziła. To nic, że zwijałam się z bólu za każdym razem, kiedy dotykała mojego brzucha. "Nie, to nie jest wyrostek" - usłyszałam, chociaż sama doskonale to wiedziałam. No, chyba że jestem tak wyjątkowym okazem, u którego owo zakończenie jelita znajduje się po lewej stronie, tudzież w górnej części jamy brzusznej.
Nawet nie wiem jakim cudem dowlekłam się te 1,5 kilometra dzielące mój blok od szpitala. Droga, którą pokonują spokojnie w 20 minut teraz dłużyła mi się w nieskończoność. Owszem, mogłam podjechać autobusem, ale to naprawdę mogło się różnie skończyć. Jako typowe kukułcze jajo doczłapałam do rejestracji na SORze. W skrócie wytłumaczyłam o co chodzi, po czym dyżurująca w rejestracji pielęgniarka dała mi cały plik papierologii. A potem rozpoczęła się cała odyseja związana z oczekiwaniem na przyjęcie. Na szczęście nie zbierało mi się już na wymioty, chociaż ból brzucha nie ustępował nawet po lekach. Podczas oczekiwania wysłałam SMSa do pracy, że mnie nie będzie, i do księdza Niosącego Światło, że nie dam rady do niego przyjść, i do siostry, która wraz z mężem miała nazajutrz przyjechać. Podarowałam sobie tatę, który i tak niebawem zjeżdżał do domu. Raczej by mi nie pomógł, będąc w innym kraju. Trochę próbowałam czytać przywleczoną ze sobą książkę o carze Mikołaju II Romanowie, ale naprawdę trudno jest się skupić na treści, kiedy nawet oddychanie sprawia ból.
Po kilku godzinach zostałam przyjęta na oddział. Lekarka nawet specjalnie mnie nie badała pod kątem odwodnienia, ale niemal natychmiast podłączyła mi kroplówkę nawadniającą. Dopiero po niej zrobiła mi USG brzucha i pobrała krew i mocz na badania. A potem jeszcze dała leki przeciwbólowe i rozkurczowe, też w kroplówce. I coś na zbicie gorączki. I jeszcze dostałam burę za to, że nie przyjechałam karetką, bo wtedy szybciej bym została przyjęta na oddział. No niby tak, ale być może wtedy karetka nie pojechałaby po kogoś bardziej potrzebującego pomocy.
Po kroplówce polepszyło mi się na tyle, że zaczęłam ponownie czytać książkę, ale w pewnym momencie poczułam takie zmęczenie, że nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. W zasadzie to byłam po nieprzespanej nocy, więc choćby dlatego organizm domagał się regeneracji. Po jakimś czasie obudziło mnie wibrowanie telefonu - siostra chciała wiedzieć co się ze mną dzieje. Odpisałam jej po krótce co i jak i dalej poszłam spać. Potem znowu się obudziłam i trochę sobie poczytałam, a potem nadszedł wieczór i lekarka stwierdziła, że zostawia mnie na noc w szpitalu i jeszcze trochę mnie nawodni, a poza tym coś jej się w wynikach nie podoba i musi rano jeszcze coś sprawdzić.
Noc minęła mi dobrze, chociaż kilka razy budziłam się ze snu. Jednak kroplówka utrudnia tą podstawową życiową czynność. Ale i tak było lepiej niż dzień wcześniej. Rano jeszcze zrobiono mi badania i zdiagnozowano jakieś dziwne bakterie w żołądku. Ogólnie wyszłam z trzema seriami antybiotyków (już widzę, jak będzie po nich wyglądał mój organizm) oraz przeczytaną w 2/3 książką. A, i jeszcze jakbym się w trakcie terapii źle poczuła, to mam od razu zgłosić się na oddział. Także w zasadzie więcej było strachu niż to wszystko było warte.

A na pierwszy normalny posiłek po ponad dobie wybrałam kisiel. Nawet nie wiecie jak mi smakował.

poniedziałek, 30 października 2023

1752. Jestem świadoma, że w tym wyścigu nie mam szans, ale postanowiłam spróbować

Dawno nie miałam tak ciekawej nocy. Gdybym podliczyła całkowity czas poświęcony na sen, to wyszłaby może godzina. Przez pozostały czas albo zwijałam się z bólu, albo spędziłam go w łazience. W sumie nawet myślałam, że zastawka zaczęła mi szwankować, ale objawy mi się nie zgadzały. Mnie boli brzuch, a nie głowa. A ból głowy jest tego podstawowym symptomem. Jedno zmartwienie mniej. Osobiście stawiam na zatrucie pokarmowe. Może złapałam jakiegoś wirusa będąc u księdza w szpitalu. Nie jestem jednak lekarzem, nie będę sama siebie diagnozować. Jedyne co mogę stwierdzić na pewno to to, że mam podwyższoną temperaturę. Ale do tego nie potrzeba specjalnej wiedzy medycznej. Na wizytę umówiłam się do rodzinnego na południe, głównie po to, aby mi wypisał L4 na uczelnię i do pracy. Nawet jeżeli wczoraj jeszcze sądziłam, że dzisiejszego dnia pójdę tu i tu, to nocna przygoda zdecydowanie pokrzyżowała moje plany. Ledwie mogę poruszać się po mieszkaniu, a co dopiero jechać do oddalonego o jakieś 30 kilometrów miasta. To bez sensu. I myślę, że zwolnienie się ze wszystkich zajęć jest najlepszym z możliwych wyjść. Dobrze, że nie mam na dzisiaj przewidzianego żadnego kolokwium, bo chyba nie chciałabym go przekładać. Zresztą nawet ten wpis powoduje u mnie zmęczenie, a co tu mówić o notowaniu tego, co mówi wykładowca. Mam nadzieję, że ktoś z grupy podzieli się notatkami. A zastępstwo w pracy szybko się znajdzie. Przynajmniej mam taką nadzieję. 

Z optymistycznych wiadomości - chyba zwariowałam i postanowiłam złożyć swoją kandydaturę do Wydziałowej Rady Samorządu Studenckiego. Już na licencjacie chciałam to zrobić, ale jakoś się nie złożyło. Długo się zastanawiałam, czy w ogóle wypada mi startować, ale po kilku rozmowach, w tym z aktualnym przewodniczącym, postanowiłam spróbować swoich sił. Ogólnie do obsadzenia są cztery mandaty. Jeżeli zgłosi się tyle osób lub mniej, to z automatu każdy dostanie mandat. Jeżeli jednak chętnych będzie więcej, odbędzie się głosowanie i wtedy cztery osoby z najwyższą liczbą głosów wejdą w skład Rady. Wiem, że w przypadku głosowania mam małe szanse na wygraną, bo jednak jestem mniej przebojowa od moich koleżanek z roku, ale spróbować mogę. Nic przecież na tym nie tracę.

niedziela, 29 października 2023

1751. I tak właśnie upada idea istnienia Oratoriów

Zastanawiam się, na jaki pomysł jeszcze wpadnie proboszcz parafii, aby obejść zajęcia w Oratorium z animatorami. Ja rozumiem, że odwołał je z powodu pandemii, bo takie były odgórne zarządzenia. Ok., tu się nie czepiam. Ale do jasnej ciasnej, dlaczego na ponowne wznowienie zajęć musieliśmy czekać aż do listopada zeszłego roku, skoro wszystkie Oratoria w inspektorii dużo wcześniej to zrobiły. Nie jesteśmy odcięci od świata, kontaktujemy się z animatorami z innych Oratoriów, wiemy jak to wszystko działa gdzie indziej. Wszyscy, dosłownie wszyscy, normalnie działają w tej kwestii. I nigdzie inicjatywy nie są tłumione jak u nas. W zasadzie to z nieźle funkcjonującej wspólnoty staliśmy się taką, w której nic się nie dzieje. I nic nie wskazuje, aby to się zmieniło. Przynajmniej tak długo, jak długo proboszcz pełni tą funkcję. Zawsze myślałam, że ksiądz decydując się na jakieś zgromadzenie zgadza się na jego reguły. Jak widać, nie zawsze.
Gdzieś w połowie kwietnia zawieszono zajęcia w Oratorium. Po pierwsze, coraz mniej dzieci zaczęło przychodzić, a po drugie - każdy powód był dobry. Tylko, że mam aktualnie najdłuższy staż animatorski w Oratorium i wiem, że jego powody to nie są żadne powody. Bo to raz było tak, że dzieci pierwszokomunijne miały spowiedź, ale Dom Młodzieżowy i tak był otwarty, a ktoś z animatorów zawsze tam był. I zawsze, naprawdę zawsze, jakieś dzieci przychodziły. Ale może gdyby proboszcz potrafił rozmawiać z dziećmi, to by frekwencja była lepsza. A jak nie potrafi, to niech tego nie robi, a nie że dzieci w środku zajęć szły do domu z płaczem.
Mieliśmy z pozostałymi animatorkami nadzieję, że we wrześniu wszystko ruszy, ale gdzie tam. Nawet wikary, opiekun Oratorium i animatorów, bał się go o nie zapytać. Jeszcze kiedy padło, że z okazji wspomnienia św. Jana Pawła II będą gry i zabawy, wszyscy animatorzy cieszyli się, że może znowu na nowo wrócą sobotnie zajęcia, bo my naprawdę je lubiliśmy i sami nieraz podczas nich bawiliśmy się jak dzieci. A tymczasem proboszcz umyślał sobie, że w tym roku raz w miesiącu będzie organizowana jakaś wycieczka. Aż się zapytałam dziewczyn ze scholi, czy coś o tym wiedziały, ale dla nich to też było zaskoczenie.
Co ciekawe, proboszcz "nie potrzebuje" naszej pomocy przy organizacji, pomagają mu katechetki. I tak upadło stwierdzenie księdza Boskiego Oskiego, że zajęcia w Oratorium powinny być prowadzone przez osoby, które przynajmniej nie uczą uczęszczające na nie dzieci. Zresztą z rozmów z dzieciakami wynika, że niezbyt lubią owe katechetki, i że najbardziej chciałyby mieć lekcje religii z księdzem Wikary. No, ale przecież proboszcz nie odwoła osób, z którymi tak dobrze mu się współpracuje. A swoją drogą zastanawia mnie, dlaczego nie zrobił tradycyjnych zajęć. Bał się, że będą mu hałasować, że zabłocą mu piwnicę? Przecież po każdych zajęciach miał tam czyściej niż przed. A może po prostu wizyta inspektora "zmobilizowała" go do podjęcia chociaż minimalnej aktywności w tym kierunku. Tak, aby móc coś wpisać w papiery.
Podczas dzisiejszych ogłoszeń duszpasterskich uświadomiłam sobie, że gdyby proboszcz był bardziej przystępny, to można by było wyjść z propozycją różnych wyjazdów, podsuwać ciekawe miejsca, których nie brakuje nawet w naszej okolicy. Za bardzo mnie jednak zraził do siebie, abym mogła mu jeszcze raz zaufać. Poza tym on sam w sobie nie budzi zaufania. I tylko dziewczyn mi szkoda, że nie mają nawet najmniejszej szansy na wykazanie się swoimi umiejętnościami i nabycie nowych kompetencji. Ja, ja już nie muszę. Bo właściwie ostatnie sześć lat były dla mnie stracone. I nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie miało się to zmieniło. Jak ostatnio odwołali u nas biskupa z urzędu, to podobno na niektórych plebaniach wystrzeliły korki od szampana. Kiedy doczekam się zmiany proboszcza zareaguję tak samo. To nic, że nie mogę pić alkoholu - ale mogę tak dać upust emocjom. Jest pierwszym księdzem, na którego zmianę po prostu czekam z utęsknieniem. Może być z siebie dumny.

I tylko Ksiądz Niosący Światło próbował dociec, dlaczego mam taki wisielczy humor. Nie chciałam mówić mu o tym wszystkim, powiedziałam więc na poczekaniu, że nie najlepiej się czuję. W zasadzie to nie byłam znowu taka daleka w tym od prawdy. Nie zawsze muszę być w dobrej formie, jestem tylko człowiekiem i tak jak inni miewam gorsze kondycyjnie dni. Chociaż nie wiem, czy się czymś nie zatrułam, albo nie zjadłam czegoś, co mi zaszkodziło. Tak też bywa.

A może powinnam poczekać, aż proboszcz będzie miał dobry humor (ha, ha, ha, doskonały przykład oksymoronu, przez 6 lat, ani razu nie widziałam go uśmiechniętego czy też zadowolonego) i iść do niego z propozycją wycieczki? Tydzień wcześniej udało mi się oprowadzić grupę, dlaczego teraz miałoby być inaczej? Może się zgodzi...

sobota, 28 października 2023

1750. Halloweenowy kompromis

Podobnie jak w poprzednich latach, także i teraz ostatnia sobota października była dla mnie równoznaczna z wstawieniem się na siemianowickiej Rzęsie w celu pomocy przy organizacji czwartego biegu w rocznym zestawieniu imprez biegowych MK Teamu - Siemianowickich Nocnych Marków. W tym roku już po raz dziewiąty miłośnicy biegania oraz marszu NW w wieku od roczku + wstawili się na terenie jeziora w Siemianowicach Śląskich, aby zmierzyć się i sprawdzić swoje siły na wybranym przez siebie dystansie obejmującym odcinki od 50 m (to ci najmłodsi) do 10 km.

Zastanawiałam się nawet, czy samej nie wziąć udziału w biegu na 5 km, ale w końcu się nie zapisałam. I w sumie dobrze, bo od kilku dni jakoś się tak nieciekawie czułam, więc nawet nie wiem, czy byłabym w stanie dobiec. Na szczęście zbliża się dzień Wszystkich Świętych, a wraz z nim trzydniowe wolne na uczelni, a więc szansa na odpoczynek ponad miarę. Z tego co słyszałam to wtorek na świetlicy ma być w miarę spokojny, bo część dzieciaków wyjeżdża do rodziny poza miasto. Wszystko wskazuje też na to, że czwartek będzie podobny pod tym względem. A więc wystarczyłoby tylko "przeżyć" poniedziałek i piątek i będzie się miało tydzień praktycznie z głowy.
Na siemianowicką Rzęsę dotarłam po godzinie 10:00. Biuro zawodów rozpoczynało swoją pracę o 11:30 (biegi dla dzieci rozpoczynały się już o 13:00, a im też trzeba było wydać pakiety), zważając jednak na to, że w tamtym kierunku jedzie ode mnie tylko jeden autobus, jego częstotliwość, jak i na całkowity czas potrzebny na pokonanie drogi, była to bardzo dobra godzina. 
Już dużo pewniej niż w pierwszych latach mojej pomocy przemierzałam znaną mi trasę z przystanku autobusowego na plac, gdzie odbywały się  biegi. Na plecach miałam plecak, w którym wiozłam m.in. książkę (przez 50 minut można bardzo dużo przeczytać), a w ręce niosłam pojemnik z czymś, co nazwałam "halloweenowym kompromisem". Jakoś nie przekonują mnie dzieciaki goniące po klatce schodowej w ubraniu upiora, ale jeżeli jakoś można wykorzystać wszechobecną przed tym świętem dynię, to czemu nie iść na pewne ustępstwa.
Po przywitaniu się z organizatorami trochę wzięłam się za pomoc w dekorowaniu naszego namiotu w upiorne akcenty. Jeden z nich możecie zobaczyć na zdjęciu obok. Oprócz tego były plastikowe dynie z charakterystycznie wyciętymi "twarzami", papierowe duchy, wiaderka na słodycze, w których tym razem przechowywano numery startowe. No i muzyka. Upiorna muzyka rodem z "Rodziny Adamsów". Co prawda nie oglądałam tej produkcji, może gdzieś tam przelotnie widziałam kilka odcinków u kogoś, ale motyw muzyczny doskonale kojarzę. Wszystko to miało wprowadzać zawodników w mroczny nastrój.
Niebawem zaczęli się pojawiać pierwsi zawodnicy wraz z rodzicami. Każdy z małych biegaczy otrzymał swój numerek startowy oraz reklamówkę z gadżetami. A potem startowali, niektórzy z nich pierwszy raz w życiu, w swoich seriach biegowych. Mam taką zasadę pracy, że po każdej wystartowanej serii odkładam te numery, które nie zostały wykorzystane. Jest mało prawdopodobne, że ktoś się po nie zgłosi, a nie pałętają się pod rękami. Po skończeniu wydawania pakietów dziecięcych przyszła pora na pakiety dorosłych. Tutaj były do wyboru trzy opcje (dzieci nie miały wyboru - danym rocznikom były dedykowane odpowiednie dystanse) - 5 km biegiem, 5 km NW, albo 10 kilometrów biegiem. Te 10 km. to tak właściwie były dwa okrążenia 5 kilometrowej trasy. 10 kilometrów startowało o 16:00, 5 o 18:00, a nording walking pięć minut później. Akurat ja dołączyłam się do wydawania pakietów na nording walking. Było trochę przygód, bardziej lub mniej strasznych, ale chyba osiągnęliśmy, jako cała ekipa biura zawodów, sukces. Właściwie po zakończeniu wydawania pakietów byliśmy już wolni. Jeszcze tylko podczas czekania na certyfikat wolontariusza pomogłam organizatorom w uprzątnięciu stanowiska i mogłam powoli myśleć o powrocie do domu. Oczywiście trochę to trwało, ale ja i tak byłam zadowolona.
W tym roku numerki startowe miały taki właśnie wzór
Ja sama również osiągnęłam mały prywatny sukces. Wiem, że właściwie nie mam się czym chwalić, bo taką umiejętność posiadają małe dzieci, ale udało mi się przenieść kilkanaście metrów plastikowy kubek z gorącą herbatą. Tej herbaty nie było dużo, ale dla kogoś z wiecznie trzęsącymi się dłońmi jest to nie lada wyczyn. Zazwyczaj albo wszystko rozlewałam po drodze, albo wręcz od razu zgniatałam kubek. A tutaj proszę - jakoś się udało. Co prawda już w tygodniu przyniosłam księdzu herbatę w kubku, ale był to kubek ceramiczny (chyba, w każdym razie nie był to cieniutki plastik). Mam tylko nadzieję, że nie jest to pojedynczy sukces.
I na koniec uchylę rąbka tajemnicy odnośnie tytułowego halloweenowego kompromisu. Otóż... upiekłam ciasto dyniowe dla nas, wolontariuszy. Był to mój debiut, więc ogólnie byłam niepewna jak i czy w ogóle ono wyjdzie. Poświęciłam na nie dwa dni, a właściwie to wieczory (to są dla mnie najbardziej wymierne skutki mojej niepełnosprawności - coś z założenia masz zrobić w góra dwie godziny, a wychodzi ci ok. 8 godzin), ale myślę, że warto było. Zwłaszcza, że przed Halloween w sklepach jest szał dyniowy i naprawdę można wybierać jakie się chce. Tak jak pisałam, nie byłam pewna, czy wszystko ładnie się upiecze i czy w ogóle będzie smaczne, bo nie miałam okazji wcześniej go upiec, a tym bardziej dać komuś do spróbowania (kolejna "sprawiedliwość" - lubię piec ciasta, jednak większości z nich nie mogę skosztować ze względu na alergię). Ale wszyscy, którzy je jedli twierdzili, że wyszło bardzo smaczne. No nic, wierzę im na słowo. A kolejna okazja do upieczenia ciasta dyniowego dopiero za rok.

piątek, 27 października 2023

1749. "Piekarnik", który formuje studencką wiarę

O zaangażowaniu się w Duszpasterstwo Akademickie myślałam już od jakiegoś czasu. Nie chciałam, aby moja studencka przygoda skupiała się tylko i wyłącznie na nauce i uczęszczaniu na uczelnię. Za imprezami nie jestem, więc postanowiłam iść tą drogą licząc na to, że jednocześnie będzie to droga mojej wewnętrznej duchowej formacji. Skoro nie mogę na nią liczyć w swojej rodzinnej parafii (i pomyśleć, że za czasów księdza Wojtka średnio raz w tygodniu mieliśmy spotkanie formacyjne, pamiętam że przez jakiś czas były to wtorki), postanowiłam szukać gdzie indziej.
Pierwsza myśl o DA pojawiła się jeszcze podczas moich studiów z turystyki w grodzie Kraka. I chociaż miasto oferuje całą gamę ośrodków akademickich, nie mogłam z nich skorzystać z najbardziej prozaicznego powodu - nie zostawałam w nim na noc, a to właśnie wieczorem większość z nich prowadziła swoją działalność. Niby mogłam chodzić na DA gdzieś w moim regionie, ale uwierzcie mi, codzienne dojazdy były tak męczące, że czasami nie miałam siły na otwarcie notatek, a co dopiero na kolejny dojazd, tym razem do ośrodka. Zresztą ksiądz Jacek starał się zrobić jakąś namiastkę formacji, więc nie było tak źle. Potem miałam rok przerwy w studiowaniu. A potem znowu wróciłam na studia do Krakowa. Potem wybuchła pandemia. A po pandemii i całkowitej izolacji jeszcze dwa lata zajęło mi namyślenie się nad tym, żeby w końcu chociaż się przejść i zobaczyć, jak tam jest.
Trochę się zastanawiałam, jakie duszpasterstwo w ogóle wybrać. Teoretycznie w moim mieście jest jedna grupa, ale nikt o niej nigdy nie słyszał. W końcu zdecydowałam się na Duszpasterstwo Centrum w Katowicach. W zeszłym roku uczęszczałam na organizowane przez nie poranne roraty w kaplicy na moim wydziale, znałam więc mniej więcej księdza odpowiedzialnego za studentów. Poza tym na to duszpasterstwo uczęszczała moja znajoma z wydziału, a wiadomo, w kilkoro raźniej. Jeszcze tylko musiałam wybrać grupę, w której chciałabym działać. Siłą rzeczy i eliminacji wybrałam intrygująco brzmiący "Piekarnik". 
Czym tak właściwie jest owy "Piekarnik"? Na stronie internetowej można wyczytać następujący opis grupy: "Dołącz do grona studentów naszego duszpasterstwa! W czwartki gromadzi ich modlitwa, rozmowy na poważne tematy oraz praca. Treścią ich spotkań jest także wspólne rozważanie niedzielnej Ewangelii (szykują się razem do wzięcia udziału w liturgii). Swoją grupę nazywają... piekarnikiem. Dlaczego? Bo w piekarniku ciasto rośnie, dojrzewa, formuje się, ale i - nierzadko - przekracza przygotowaną formę. Otóż, celem DA jest wzrost; to mają być dla nas bardzo twórcze lata!"*. Czyli coś w sam raz jak na początek. 
Małym zaskoczeniem była dla mnie wiadomość o Mszy świętej na początek spotkania, bo nigdzie o tym nie wyczytałam (powiedziała mi o tym wspomniana Magda z wydziału, kiedy poinformowałam ją o moich planach), na szczęście odbyła się ona w porze, kiedy byłam już po pracy. I to na moim wydziale, więc prawie jak w domu. Msza zgromadziła nas o 18:30, natomiast 45 minut później, w kamienicy, w której mieści się siedziba Duszpasterstwa Akademickiego Centrum, odbyło się spotkanie formacyjne. Szłam tam trochę niepewnie, bo jednak nie wiedziałam jak to będzie i czego tak właściwie się spodziewać.
Po kilkuminutowym marszu i zdjęciu ubrania wierzchniego, wszyscy usiedliśmy w kole w jednej z dwóch sal duszpasterstwa. Przed nami stał stół, a na nim szklanki, torebki z herbatą, jakieś przekąski. Na początku każdy z nas powiedział swoje imię, skąd jest, co studiuje i co go dobrego spotkało w ciągu ostatniego tygodnia. Z zainteresowaniem słuchałam wypowiedzi innych, szczególną uwagę zwracając na imiona. Dobrze jest wiedzieć z kim się będzie działało. Kiedy doszło do mnie powiedziałam spokojnie swoje imię, miasto z którego jestem, co studiuję, i że ostatnio udało mi się oprowadzić grupę po Wadowicach i Kalwarii Zebrzydowskiej. Ksiądz Krzysiu jeszcze od siebie dodał, że w zeszłym roku byłyśmy z Magdą najgorliwszymi studentkami Wydziału Teologicznego uczęszczającymi na poranne roraty. Czyli i on mnie zapamiętał i to chyba w pozytywny sposób.
Tego dnia, z uwagi na zbliżający się dzień Wszystkich Świętych, rozmawialiśmy o tych świętych i błogosławionych, którzy są dla nas inspiracją i wzorem do naśladowania. Ksiądz ustawił na krześle obraz błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego, patrona tego duszpasterstwa. Przed nim umieścił małe relikwiarze zawierające doczesne szczątki m.in. bł. Carla Acutisa, św. Maksymiliana Marii Kolbe, św. Matki Teresy z Kalkuty, czy też św. Jana Pawła II (było ich więcej, ale tyle zapamiętałam). Kapłan opowiedział nam w jakich okolicznościach każda z tych relikwii do niego trafiła, a następnie zachęcił nas do podzielenia się z pozostałymi naszymi ulubionymi błogosławionymi i świętymi. Po kilku wypowiedziach Kondzio grał na gitarze jakąś pieśń uwielbienia, a my wtórowaliśmy mu naszym śpiewem.
Kiedy przyszła moja pora okazało się, że większość świętych z którymi "się przyjaźnię" została już przedstawiona. W końcu przyszedł mi na myśl jeden z absolwentów gimnazjum im. Marcina Wadowity w Wadowicach - bp. św. Józef Bilczewski. Opowiadałam o nim podczas wycieczki, więc wiedzę miałam dosyć świeżą. Zgodnie z moimi przewidywaniami nikt o nim dotąd nie słyszał. Nie dziwię się, bo nie jest on zbyt popularnym świętym. Zaskoczony ksiądz zapytał mnie skąd taki pomysł na przedstawienie tego świętego. Moja odpowiedź była dosyć lakoniczna - po prostu chciałam, aby inni wiedzieli, że ktoś taki żył na przełomie XIX i XX wieku. Tylko tyle i aż tyle.
Na koniec, kiedy już podzieliliśmy się naszymi przemyśleniami na temat świętych i świętości, udaliśmy się do drugiej salki, nazywanej Oratorium (jak swojsko to zabrzmiało), aby odmówić w niej wieczorną Kompletę. W ogóle jest to jeden z punktów spotkań w duszpasterstwie. Ale wcześniej wykonano poniższe zdjęcie, na którym nawet mnie widać.
Można powiedzieć, że jest to symboliczne zdjęcie - w codziennym zabieganiu i ogromie otaczających nas spraw (co symbolizują nasze rozmowy w jego tle) warto przystanąć i pochylić się nad życiem tych, którzy wyprzedzili nas w drodze do Nieba.
Całość skończyła się po 22:00. Trochę późno, ale warto było. Wiele z tych osób żegnało się ze mną w najprostszy sposób: poprzez zwykłe "cześć", czy też uścisk dłoni. Dzięki temu już na pierwszym spotkaniu poczułam się jak część ich grupy. I myślę, że na tym jednym razie się nie skończy.

czwartek, 26 października 2023

1748. A dąb Dewajtis ciągle szumiał

Po książkę Marii Rodziewiczówny pt. "Dewajtis" sięgnęłam na kanwie popularności serialu o tym samym tytule, który emitowany był w niedzielne wieczory na telewizyjnej jedynce. Szczerze powiedziawszy, to nie za bardzo miałam czas, aby go oglądać, ale co nieco usłyszałam o nim od rodziców przyprowadzających młodsze dzieci na świetlicę, którzy w poniedziałki dzielili się wrażeniami z obejrzanego dzień wcześniej odcinka. Wtedy zainteresowałam się tym tematem, a kiedy odkryłam, że produkcja została oparta na książce o tym samym tytule, postanowiłam ją przeczytać. Ku mojej radości okazało się, że książka jest od ręki dostępna, dzięki czemu mogłam ją od razu wypożyczyć.
Była to bardzo dobra decyzja, ponieważ lektura, która miała miejsce w ostatnim czasie, skutecznie skierowała moje myśli na zupełnie inne tory, a akcja przeniosła mnie w zupełnie nieznany mi świat, który aktualnie znajduje się gdzieś na Litwie. Chociaż czasami zmęczenie brało górę, to zawsze starałam się znaleźć kilka chwil przed snem, aby zatopić się w jej treści.

Tytuł: "Dewajtis"
Autor: Maria Rodziewiczówna
Wydawnictwo: Replika
Poznań 2023
Liczba stron: 336

Zastanawiam się, czy w ogóle usłyszałabym o książce Marii Rodziewiczówny zatytułowanej "Dewajtis", tudzież zwróciłabym na nią uwagę, gdyby nie ostatnia produkcja telewizji polskiej o tym samym tytule. Może i tak, ale nie da się ukryć, że nastąpiłoby to dużo później, ponieważ nazwisko żyjącej na przełomie XIX i XX wieku Rodziewiczówny było mi dotąd zupełnie nieznane. I właściwie dzięki szumowi wokół serialu dowiedziałam się, że ktoś taki w ogóle istniał.
Akcja książki toczy się w drugiej połowie XIX wieku, gdzieś na terenie Żmudzi (dzisiejsza Litwa). Jej głównym bohaterem jest Marek, młody chłopak, osierocony w dzieciństwie przez matkę. Po śmierci ojca dziedziczy należący niegdyś do jego zaginionego przyjaciela Kazimierza Orwida majątek Poświcie. Chociaż decyzja ta wpływa na jego plany stania się w końcu samodzielnym i niezależnym, chłopak zgadza się z wolą ojca. To na terenie majątku od lat rośnie tytułowy dąb Dewajtis symbolizujący przywiązanie do ziemi i tradycji oraz po prostu trwałość, wierność ideałom. Szybki zostaje on powiernikiem Marka. Jednocześnie trwają poszukiwania spadkobierców Orwida, którym można by było przekazać majątek. W ten sposób poznaje jego córkę, Irenę, w której zakochuje się bez pamięci.
Książka przekazuje ponadczasowe wartości, takie jak miłość, szacunek dla rodziców i wychowawców, mimo wszystko, trwałość tradycji, solidarność sąsiedzka w trudnych chwilach. Jednocześnie ukazuje zafascynowanie ówczesnego społeczeństwa tym, co zagraniczne - Irena Orwidowa do zaścianka, jak miejscowi nazywają miejscowość, przybyła ze Stanów Zjednoczonych, gdzie dotychczas mieszkała, a jedna z przyrodnich sióstr Marka studiuje na paryskiej Sorbonie. O swoim pobycie za granicą wypowiadają się w samych superlatywach, wzbudzając zazdrość miejscowych. 
Przyznam szczerze, że nie obejrzałam ani jednego odcinka serialu, ale książka mi się podobała. Jedyny mankament, który przeszkadzał mi w odbiorze treści, to nieco archaiczny i dialektyczny język. Rozumiem, że tak mówiono wtedy na tamtych terenach, wydawnictwo też zadbało o wytłumaczenie wielu słów i zwrotów, ale i tak coś mi zgrzytało podczas czytania np. wypowiedzi. Chociaż, jeszcze w wypowiedziach zostawiłabym oryginalną pisownię, skoro tak wtedy mówiono, ale w samej części opisowej korektor mógłby już dostosować język do współczesnych standardów. Mimo to uważam, że to dobra i wartościowa książka.

Równolegle czytam biografię ostatniego cara Rosji - Mikołaja II, którego postać i losy niezmiennie interesują mnie od czasów chyba gimnazjalnych. Nawet poświęciłam mu kilka wpisów w stulecie śmierci jego i jego rodziny w lipcu 2018 roku. Na książkę "Mikołaj II - ostatni car Rosji" zdecydowałam się z okazji przypadającej w tym roku 105 rocznicy śmierci. Co prawda już ona dawno minęła, ale przecież jako punkt odniesienia można wziąć rok, a nie datę dzienną, czyż nie? Na razie mi się podoba i wcale nie odstrasza mnie jej objętość - to tylko 584 strony. Bywały grubsze "książeczki" :).

środa, 25 października 2023

1747. Siłaczka

Napływające od pewnego czasu informacje na temat stanu zdrowia pani Wandy Półtawskiej, nasuwały na myśl, że jej długa i niezwykła życiowa droga powoli zmierza ku końcowi. Kiedy we wtorek przeczytałam, że jest z nią już bardzo źle, to już właściwie wiedziałam jaka będzie kolejna informacja na jej temat. Chociaż wierzę w cuda, to jednak jestem realistką. A w wieku 102 lat (prawie) należy już się spodziewać wszystkiego, zwłaszcza kiedy przeżyło się eksperymenty w obozie koncentracyjnym, czy też zmagało z chorobą nowotworową. W końcu dzisiaj przyszła ta ostateczna wiadomość, że Wanda Półtawska odeszła z tego świata, dołączając w ten sposób do zmarłego przed trzema laty męża Andrzeja.

Wanda Półtawska (2 listopad 1921 - 24 październik 2023)
Córka, harcerka, więźniarka. lekarka, psycholożka, wykładowca, bioetyk, obrończyni życia poczętego, przyjaciółka Jana Pawła II, dama Orła Białego (pisałam o tym w >>TYM<< wpisie) - pani Wandzie można przypisać wiele epitetów. Wszystkie te skupiają się według mnie w jednym prostym słowie - "siłaczka". Chociaż ona sama pewnie nigdy by tak o sobie nie powiedziała. Była na to za skromna. Jak jednak inaczej określić ten hart i pogodę ducha, ten jej umysłowy gigant kryjący się w drobnym ciele? Nie znajduję na to innych pasujących słów.
Miałam to szczęście, że w 2010 roku pani Wanda gościła w naszej parafii z okazji dnia Świętości Życia (ciekawe, kto ma zarchiwizowane zdjęcia z tego spotkania, bo po zmianie strony internetowej wszystkie zdjęcia do 2015 roku wyleciały w eter). Wygłosiła wtedy wykład, czy też prelekcję, na temat obrony życia nienarodzonego. Każdego. Temat dosyć kontrowersyjny, zwłaszcza wśród młodych. Dowodem niech będą chociażby strajki w 2020 roku ludzi po wyroku Trybunału Konstytucyjnego odnośnie prawa kobiet do przerywania ciąży. Wielu tłumaczyło to wtedy ograniczeniem ludzkiej wolności i godności. Tylko co człowiek współczesnych czasów może wiedzieć o tym, czym tak właściwie jest owo głośne "ograniczenie wolności i godności".
Wanda Półtawska, jako więźniarka obozu koncentracyjnego w Ravensbrucku mogła mówić, że wie czym jest ograniczanie tych dwóch swobód. Poddawana eksperymentom, świadek pozbawiania życia wielu ludzi, w tym dzieci, już wtedy postanowiła, że będzie bronić ludzkiego życia, od jego początków do śmierci. Z tym, że zgodnie z nauką Kościoła Katolickiego za początek ludzkiego życia uważała nie chwilę, z którą dziecko pojawia się na świecie, ale chwilę zapłodnienia komórki jajowej przez plemnik. O tym wszystkim mogliśmy usłyszeć podczas wspomnianej prelekcji, do której wracam jeszcze dziś. Ale już wtedy stwierdziłam, że warto iść tą drogą (obrony ludzkiego życia na wszystkich etapach jego życia), nawet jeżeli jest ona bardzo stroma. To trochę jak z wchodzeniem pod górę - bywa męczące i wymaga wysiłku, ale za to ze szczytu można zobaczyć wspaniałe widoki.
A potem przyszła lektura wygranych w konkursie związanych z Janem Pawłem II "Beskidzkich rekolekcji". Lektura niełatwa, wymagająca od czytelnika skupienia i zastanowienia się nad pewnymi sprawami, tylko na pierwszy rzut oka oczywistymi. Czytałam ją długo, nawet bardzo długo jak na mnie. Nie chciałam jednak, aby została przeczytana "po łebkach" i bezrefleksyjnie. I chociaż są książki, które tak czytam, to ta zdecydowanie na to nie zasługiwała. O samej książce można wiele powiedzieć, ale dla mnie była jeszcze jednym dowodem na to, że pani Wanda to prawdziwa tytułowa siłaczka.
Wanda Półtawska chyba do końca swoich dni zdawała sobie sprawę z tego, że jest "niemodna" z tymi swoimi "staroświeckimi" poglądami. Wielokrotnie zderzała się z kpinami, wyśmiewaniem i obrażaniem. Zresztą ja sama spotkałam się z podobnymi reakcjami, kiedy trzy lata temu powiedziałam, że nie jestem za strajkami kobiet - też mnie wyśmiewali i odwracali się ode mnie. To było przykre, tym bardziej, że nie krytykowałam ich decyzji, jedynie wyraziłam swoje zdanie. A jednak pani Wanda wytrwała do końca wierząc w sensowność głoszonych przez siebie tez. Tym też pokazała, że zasługuje na miano siłaczki. 
Niestety, poniżanie jej osoby jest obecne także po jej odejściu. Przykre to. Zastanawia mnie czy osoby tak postępujące chcą pokazać swoją "mądrość"? Bo dla mnie to bardziej są oni żałośni niż mądrzy...

wtorek, 24 października 2023

1746. Będzie jeszcze tyle okazji...

Niebo nad Kalwarią Zebrzydowską podczas sobotniej wycieczki
Usłyszana w sobotę informacja o pogorszeniu się stanu zdrowia Księdza Niosącego Światło skutecznie wyprowadziła mój wewnętrzny spokój z równowagi. Niby powinnam być tego świadoma, i podświadomie byłam na to przygotowana, a jednak poczułam smutek i przygnębienie, a w mojej łepetynie pojawiło się tysiąc galopujących myśli i domysłów co poszło nie tak i dlaczego. Teraz dopiero odkryłam, dlaczego zaniepokoił mnie ten jego piątkowy SMS. Niby zwyczajny, życzący powodzenia podczas oprowadzania po moich Wadowicach i mojej Kalwarii Zebrzydowskiej. Niby powinien mi on przynieść radość i nadzieję. A jednak poczułam jakiś dziwny niepokój. Czy już wtedy podświadomie wiedziałam, że coś jest nie tak, chociaż nawet nie potrafiłabym powiedzieć co tak właściwie? To samo czułam już prawie dziesięć lat temu, kiedy... Kiedy właściwie przeżywałam to samo z dużo bliższą osobą...
Nazajutrz po wycieczce, ku mojemu zaskoczeniu, dostałam od Księdza kolejnego SMSa, tym razem można powiedzieć, że z gratulacjami. Zrobiło mi się miło, nie powiem, że nie. Podziękowałam mu krótko i już przyszedł mi do głowy pomysł, żeby przerzucić porobione na wycieczce zdjęcia na laptopa (część z nich mieliście okazję zobaczyć w ostatnim wpisie), a następnie iść do niego w odwiedziny i wszystko mu opowiedzieć. Chociaż tak właściwie nie wiedziałam, gdzie leży, czy w naszym miejskim szpitalu, w szpitalu mieszczącym się w mieście zamieszkania swojej siostry, gdzie aktualnie przebywał, czy może w innym. Niby mogłam zapytać jego siostrę, albo księży pełniących posługę duszpasterską w tej samej parafii, co on (zakładam, że przynajmniej proboszcz wie, co się z nim dzieje). Ale to by mogło zdradzić, że wszystko, a przynajmniej część tamtej rozmowy usłyszałam, a tego jednak nie chciałam. No nic, zawsze można było zgrywać idiotę i chodzić od szpitala do szpitala w poszukiwaniu jednej osoby. Może w końcu bym go znalazła. 
Na szczęście to okazało się zbędne, bo nazajutrz znalazłam go w naszym miejskim szpitalu. W ogóle dawno czas mi się tak nie dłużył, jak wtedy. Zwłaszcza, że praktycznie cały dzień przed pracą spędziłam na uczelni (dobrze, że nie miałam żadnego kolokwium, bo mogłoby być ciekawie). A potem jeszcze musiałam przeżyć dniówkę w pracy, która też nie należała do najprostszych. A może po prostu ja tak to odbierałam z powodu niepokoju? Ale po pracy byłam już wolna. Wsiadłam więc do autobusu, który obsługiwał przystanek vis a vis szpitala. 
Trochę mnie zaskoczył oddział, na jakim leżał ksiądz, ale z drugiej strony niejako napawało mnie to optymizmem, że może nie jest tak źle, że nie ma nawrotu choroby. Być może jego chwilowe pogorszenie się stanu zdrowia jest jakimś opóźnionym powikłaniem po tamtym leczeniu, albo po prostu ma jeszcze tak osłabiony organizm, że byle infekcja ma nieproporcjonalnie duży skutek. Z drugiej strony zamiast od razu zareagować, kiedy zaczął czuć się źle, to udawał, że nic się nie dzieje. No i skończyło się wylądowaniem na oddziale. On z kolei zaskoczony był moją wizytą, ale nie zadawał, na szczęście, żadnych pytań. Chyba nie potrafiłabym na nie odpowiedzieć w miarę logicznie. Porozmawialiśmy trochę o pielgrzymce do Wadowic i Kalwarii, o której szczegółach dowiedział się od księdza, który z nami był. Pokazałam mu też zdjęcia z tego drugiego miejsca, oczywiście te, które się w miarę udały (czyli ok. 1/3). Wydaje mi się, że obejrzał z przyjemnością, a potem stwierdził, że żałuje, że nie było tam go z nami. 
Niewiele myśląc, powiedziałam mu, że jeszcze będzie wiele okazji, aby tam pojechać na taką wycieczkę. Jak nie z tą parafią, to z inną. Musi tylko dojść do siebie i nabrać sił, żeby dać radę wszystko przejść. Może na Kalwarii ta Droga Krzyżowa nie jest specjalnie długim odcinkiem, ale na pewno wymagającym wysiłku, aby go pokonać. Nie wiem, na zajęciach z opieki paliatywnej* uczyli nas, że jeżeli człowiek ma w swoim życiu jakiś cel, to ma większą motywację i wolę do walki, niż gdyby go nie miał. Więc może ta perspektywa wycieczki podziała na księdza jako taki motywator, swoiste placebo, aby jakoś przynajmniej wrócić do formy. Tak, aby faktycznie miał okazję nie jeden raz i nie dwa gdzieś pojechać...
To też z Kalwarii Zebrzydowskiej
Dopiero jak od niego wyszłam to puściły mi nerwy i kilka łez wymknęło się z moich oczów.
Przy okazji na korytarzu minęłam się z jego siostrą, która w skrócie powiedziała mi co tak właściwie się stało. I chyba widząc mój strach i niepewność zrobiła coś dziwnego - położyła mi obie dłonie na ramionach. Zupełnie jak kiedyś moja mama. Powiedziała mi coś w stylu, żebym się nie martwiła, bo to naprawdę nic poważnego, a jej brat po prostu dostał bardzo silne antybiotyki. Za silne, żeby mógł je zażywać w jego stanie w domu. No i że w domowych warunkach trudniej by było zrobić jeden zabieg. Że to jedyny powód jego hospitalizacji. A trafił tutaj, do naszego szpitala, żeby na spokojnie lekarze mogli się ze sobą skonsultować. Wszak tutaj jest cała jego dokumentacja i lekarz prowadzący leczenie. A potem mocno mnie przytuliła, tak po prostu. Trochę mnie to uspokoiło, ale tylko trochę. 

* Spokojnie, stan zdrowia księdza nie jest aż tak zły, ale przecież i tak mogę zastosować posiadaną wiedzę, prawda?

poniedziałek, 23 października 2023

1745. Kalwaria Zebrzydowska skąpana w jesiennym słońcu

Dawno nie widziałam tak ciepłego października. Kiedy usłyszałam od głównego organizatora wyjazdu do Wadowic i Kalwarii Zebrzydowskiej, że chce jechać pod koniec października, byłam pewna obaw, że chociażby pogoda nam nie dopisze. Na upadłego w pierwszej z miejscowości można by zaprzestać na zwiedzaniu bazyliki, domu papieża oraz próbie dostania się do sali Domu Katolickiego, gdzie można by opowiedzieć im trochę o historii miasta, a w Kalwarii odprawić Drogę Krzyżową w krużgankach, ale co to za radość z takiej wycieczki zrobionej trochę "po łebkach".
Tymczasem ku mojej radości w tamten sobotni poranek wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały piękną pogodę na cały dzień. Zapowiadała się wspaniała przygoda, a przede wszystkim, dla mnie samej, możliwość wykazania się zdobywaną przez lata wiedzą na temat tych dwóch miast, a także kompetencjami zdobytymi na studiach z turystyki religijnej. I chociaż czułam wewnętrzną niepewność, a w mojej głowie pojawiało się nieustanne pytanie: czy na pewno podołam temu zadaniu, to wiedziałam, że muszę zrobić wszystko, aby tak się stało. Nie mogłam zawieść ani księdza-opiekuna, ani tym bardziej Księdza Niosącego Światło. I tylko zmieszanie na twarzy pierwszego z nich, kiedy wspominałam o tym drugim, wywoływało we mnie niepokój. Temat jednak był szybko zmieniany, a więc i szybko zmieniał się tok mojego myślenia. Może nawet zbyt szybko?
Podróż trwała ok. 1,5 godziny. Po godzinie 9.00 wysiedliśmy z autokaru i plantami dotarliśmy na wadowicki Plac św. Jana Pawła II (czyli popularny rynek). Tam rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza poszła zwiedzać z księdzem Muzeum Jana Pawła II mieszczące się w kamienicy, w której w dwudziestoleciu międzywojennym mieszkała rodzina Wojtyłów, a druga została ze mną na rynku. Podeszliśmy do mieszczących się przy fontannie ławeczek, na których moi słuchacze mogli sobie usiąść, ja natomiast zaczęłam swoją opowieść o historii Wadowic, która sięga 1327 roku, kiedy to po raz pierwszy nazwa miejscowości (jeszcze jako Wadowicze) pojawia się w tzw. spisie świętopietrza. Moja opowieść kończyła się na współczesności, po czym udaliśmy się pod bazylikę, gdzie opowiedziałam im o niej. Następnie była zmiana - druga grupa poszła do muzeum, a pierwsza została, aby posłuchać opowieści o mieście. Trochę żałuję, że nie było z nami dzieci, bo może ciekawym urozmaiceniem byłoby dla nich szukanie różnych tabliczek z pielgrzymkami Jana Pawła II wkomponowane w płyty chodnikowe, którym wyłożony jest plac. Chociaż z sentymentem wracam do czasów mojego dzieciństwa, kiedy był on pokryty zielenią, a my, małe bąki, puszczaliśmy papierowe łódeczki w dawnej fontannie. Potem była Msza święta, czas wolny oraz zwiedzanie klasztoru karmelitów na wadowickiej Górce. Następnie przeszliśmy pod byłe koszary, skąd autobus zabrał nas do Kalwarii. Oczywiście podzieliłam się swoją wiedzą i o gimnazjum im. Marcina Wadowity, o które zahaczyliśmy (ksiądz był pod wrażeniem mojej wiedzy na temat tego, że oprócz Jana Pawła II jeszcze jeden święty kształcił się w jego murach - św. Józef Bliczewski*, biskup lwowski), karmelitach, koszarach, w których służył Karol Wojtyła senior, ale także siostrach Nazaretankach mieszczących się naprzeciwko. Zdradziłam im też, że w którejś z kamienic po drugiej stronie koszar, mieszkała rodzina Wojtyłów, kiedy po raz pierwszy zamieszkała w Wadowicach. Trochę żałowałam, że nie podeszliśmy do kościoła św. Piotra, będącego wotum za ocalenie Jana Pawła II, ale może innym razem.
Kalwaria Zebrzydowska przywitała nas nie gorszą pogodą, chociaż złowieszcze chmury raz po raz zasłaniały świecące słońca. Lubię to miejsce, wraz z cichymi kapliczkami Dróżek Matki Bożej oraz Pana Jezusa rozsiane po okolicznych wzgórzach, które pierwszy raz przeszłam w wieku niespełna 5 lat. Ile razy w późniejszym czasie je przeszłam to trudno zliczyć. Cisza sprzyja nie tylko własnemu wyciszeniu się, ale i rozmyślaniom na różne tematy, a piękno otaczającej cały kompleks przyrody bez wątpienia wzbudza zachwyt wśród pielgrzymów. Ciekawa jest legenda jej utworzenia - podobno jej założyciel, Mikołaj Zebrzydowski, miał ze swojego zamku w Lanckoronie zobaczyć, jak podczas burzy jeden z piorunów uderza w ten teren. Odebrał to jako znak, aby właśnie tam założyć Kalwarię wzorowaną na jerozolimskiej Drodze Krzyżowej Pana Jezusa.
Widok na okolicę
Moja babcia jeszcze pamięta czasy kiedy na strychach tych domów nocowało się po prostu na słomie
Kalwaria Zebrzydowska słynie z dwóch wielkich i ważnych wydarzeń w ciągu roku - Misterium Wielkiego Tygodnia (przybliżałam je >>tutaj<<, >>tutaj<<, >>tutaj<<, >>tutaj<< i >>tutaj<<) oraz sierpniowych uroczystości odpustowych zaśnięcia i wniebowstąpienia Najświętszej Maryi Panny (pisałam o nim >>tutaj<<). Niemal od samego początku swojego istnienia (1602 r) miejsce to przyciągało rzesze pielgrzymów, pragnących poczuć się tak, jak w Ziemi Świętej. Jednak chyba najbardziej Kalwaria Zebrzydowska została rozsławiona przez papieża Jana Pawła II. Pielgrzymował tu jako chłopiec, nastolatek, kleryk, ksiądz, biskup, kardynał, aż wreszcie - jako papież. Nie bez powodu na placu przed bazyliką stoi upamiętniający go pomnik. W 1999 roku cały kompleks został wpisany na Listę Dziedzictwa UNESCO, co jeszcze bardziej podkreśliło (i w dalszym ciągu podkreśla) jego wyjątkowość i unikalność.
Wizytę w Kalwarii rozpoczęliśmy od placu przed bazyliką, tradycyjnie nazywanym Placem Rajskim. To tam, podobnie jak w Wadowicach, zapoznałam pielgrzymów z historią i specyfiką tego miejsca, jak również opowiedziałam im o samym zakonie bernardynów, którego ojcowie sprawują odwieczną opiekę nad tym miejscem. Podzieliłam się też z nimi pewną ciekawostką na temat obrazu Matki Bożej Kalwaryjskiej wiszącego w bazylice, ale o nim poświęcę osobną notatkę, może w rocznicę tego wydarzenia? Może nie poszło mi tak dobrze, jak w Wadowicach, ale chyba też nie było tak bardzo źle. Zaprosiłam ich na zwiedzenie bazyliki, a następnie udaliśmy się na Dróżki, aby odprawić skróconą wersję Dróżek Pana Jezusa, czyli Drogę Krzyżową.
Drogowskaz, żeby nikt nie zabłądził
Drogę pielgrzymom wskazują drogowskazy, takie jak ten powyżej, ale ja już bardzo dobrze znam każdą z przedstawionych na nim trzech dróg. Wnet doprowadziłam pielgrzymów na sam początek Drogi Krzyżowej, czyli do Ratusza Piłata. Trochę żałowałam, że wejście na święte gradusy było zamknięte, bo jak dla mnie piękną tradycją jest to, jak pielgrzymi wchodzą po nich na kolanach całując każdy z kolejnych schodów. Tak samo piękna, chociaż rzadko już praktykowana, jest ta, gdzie każdy nowy pątnik ma na głowie uplecioną koronę z uplecionych cierni, którą potem składa w kaplicy obnażenia.
Trasa Drogi Krzyżowej jest najkrótszą z tych trzech, a zarazem jest częścią Dróżek Pana Jezusa. Przeszliśmy ją w ok 45 minut, po drodze rozważając każdą z kolei stację. Trochę dziwnie było słuchać napisanych przez siebie tekstów, ale księdzu prowadzącemu bardzo się one spodobały i pod względem treściowym i pod względem teologicznym. Poruszyłam w nich tematy różnych form odrzucenia wzajemnego ludzi oraz Boga przez ludzi, czyli coś, co się dzieje na co dzień, również za sprawą nas samych. Napisanie wszystkiego trochę mnie kosztowało pod względem emocjonalnym, bo ciągle miałam wrażenie, że nie do końca piszę to, co tak właściwie mam na myśli. Ale ostatecznie chyba wszystko poszło jak miało pójść. 
Droga do Kaplicy Trzeciego
Upadku - wbrew pozorom
jest bardzo stroma
Jedną z intencji nabożeństwa był powrót do zdrowia i sił Księdza Niosącego Światło. W zasadzie trudno by było, żeby pominięto w tym wszystkim tak lubianego przez wszystkich w parafii (i poza nią) kapłana. Idę o zakład, że gdyby mógł, to sam uczestniczyłby w tej wycieczce. Wszak był tu nie raz, i nie dwa. A jak tylko pomyślałam sobie o tej intencji, to jakoś tak przybywało mi sił. I nawet niezwykle stroma droga prowadząca do Kaplicy Trzeciego Upadku nie była tego dnia tak bardzo stroma jak zawsze. Pomyślałam sobie nawet wtedy, pewnie dosyć naiwnie, że będzie jeszcze tyle okazji, aby go tu zabrać. Gdybym wtedy wiedziała to, czego dowiedziałam się później...
Po zakończeniu nabożeństwa i zejściu nie mniej stromym zejściem (w odniesieniu do wejścia do Kaplicy Trzeciego Upadku) pod stopy klasztoru, mieliśmy ponadgodzinny czas wolny. Zbiórkę przy autokarze zaplanowaliśmy na 17:00, a do tego każdy mógł robić to, na co miał ochotę. Coś mnie tknęło i postanowiłam przejść jeszcze raz trasę Drogi Krzyżowej (z Dróżkami mogłabym się nie wyrobić czasowo) i porobić fotografię obiektów i otaczającej ich przepięknej przyrody. Tak, wiem, mogłam to zrobić podczas wspólnego nabożeństwa, ale byłam tak tym wszystkim przejęta, że wyciągnięcie mojego aparatu cyfrowego było ostatnią rzeczą, o której wtedy myślałam. A poza tym na trasie między stacjami odmawialiśmy to Koronkę do Bożego Miłosierdzia (bo to godzina 15:00 była), to różaniec, więc ręce cały czas miałam zajęte przesuwaniem paciorków. Z drugiej strony tak bardzo chciałam porobić zdjęcia i pokazać je kiedyś Księdzu Niosącemu Światło. Wiem, że nie są najpiękniejsze i najwyższych lotów, ale wiem też, że on na pewno je doceni.

Kaplica Piłata skąpana w październikowym słońcu. Prowadzą do niej święte gradusy, czyli schody
Scena skazania Jezusa na śmierć
Chyba z kwadrans robiłam to zdjęcie, ale - niech żyje samowyzwalacz!
Żeby nie zapomnieć, że to już jesień
Kaplica włożenia krzyża Jezusowi na ramiona
Pierwszy upadek
Zawsze mnie wzruszała ta scena
Tak samo, jak ta ze św. Weroniką
Warto patrzeć pod nogi - po drodze udało mi się wypatrzeć stokrotkę w trawie
Najpiękniejsze barwy jesieni :)

A przy jednym z domków po drodze można wypatrzeć taką figurkę Maryi
Kolejna kaplica - tym razem Drugi Upadek
I kolejna odsłona jesieni
Takie widoki lubię najbardziej!
Tak samo jak widok traw rosnących na poboczu
Oblaty śląskie to moje ostatnie odkrycie. Są idealne na szybką przekąskę
A tutaj płaczące niewiasty wychodzą Panu Jezusowi na drogę
Ta sama kaplica widoczna od strony góry Trzeciego Upadku
Okoliczności jesiennej przyrody towarzyszące do ostatnich Stacji
Na drodze nie brakuje też kamieni, tak jak w życiu każdego z nas
Kaplica Obnażenia - wyjątkowo podoba mi się to zdjęcie
I to już ostatni obiekt na drodze
A wraz z nim miejsce, w którym pątnicy mogą zostawić swoje krzyże niesione symbolicznie podczas Drogi Krzyżowej
Może ta jesień nie za bardzo wybrzmiała w moich zdjęciach, ale musicie mi uwierzyć, zachwyciła mnie w szczególny sposób. Powoli wracałam już na teren samego klasztoru, ponieważ zbliżał się czas zbiórki, a kto był na Kalwarii ten zapewne kojarzy to strome zejście pod klasztor. Naprawdę, nie chciałam na koniec się z niego sturlać.
Ogólnie byłam zadowolona z siebie, chociaż są rzeczy, które poprawiłabym. Ale zważając na to, jak rzadko mam okazję wykorzystać moje umiejętności (za to od razu z górnej półki, bo chyba nie każdy ma okazję oprowadzać grupę po takim Rzymie, nawet gdy ogranicza się to do opowiedzenia o kilku zabytkach), to wydaje mi się, że poszło. Wiedziałam, że muszę "pochwalić" się Księdzu Niosącemu Światło, a przede wszystkim podziękować mu za propozycję, za to, że pomyślał o mnie i dał się wykazać. Ale to odłożyłam na wieczór, albo na drugi dzień, kiedy emocje już opadną. Za to zaczęłam myśleć o kolejnej wycieczce. Może do Wał-Rudy, może do Niepokalanowa? Skoro teraz się udało, to może warto dalej próbować. I może nawet udałoby się zabrać na nią Księdza Niosącego Światło? I...
I nagle moje marzenia prysły niczym bańka mydlana usłyszawszy, zupełnie przypadkowo, rozmowę księdza z parafianką. Nie, nie dotyczyła mnie, chociaż to pewnie łatwiej by mi było wziąć na klatę i przyjąć do wiadomości ewentualną porażkę. Dotyczyła Księdza Niosącego Światło i tego, że znowu dwa dni wcześniej trafił do szpitala. I że jest nieciekawie. Oni stali tak, że mnie nie widzieli, ale ja wszystko słyszałam. I chociaż chciało mi się płakać, nie mogłam dać po sobie poznać, że wiem. Może dobrze, że w drodze powrotnej po prostu padłam, przynajmniej nie myślałam o tym wszystkim nie myślałam. A to już naprawdę mogłoby skutkować płaczem z mojej strony. I nawet ogromne brawa za wycieczkę nie były w stanie mi osłodzić wieczoru.

* W tym roku przypada 100-lecie jego śmierci

niedziela, 22 października 2023

1744. Jak to pogoda popsuła nam festynowe plany

Z okazji albo Dnia Papieskiego, albo rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża, albo liturgicznego wspomnienie Jana Pawła II (do wyboru wedle uznania) w parafii miała się najpierw odbyć akademia przygotowana przez panie katechetki ze szkoły podlegającej pod nią, potem quiz z wiedzy na temat życia i działalności papieża - Polaka, a na końcu mini festyn rodzinny zorganizowany przez animatorów Oratorium.
Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam, kiedy Wikary napisał o tym ostatnim na grupie. Co prawda zdawałam sobie całkowitą sprawę z tego, że to będzie dzień po mojej wycieczce do Wadowic i Kalwarii Zebrzydowskiej i mogę być najzwyczajniej w świecie zmęczona nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, ale skoro proboszcz zdecydował się na coś takiego, to warto było tak po prostu przemóc się i pomóc w jego organizacji. Tym bardziej, że byłam pełna nadziei, że może wreszcie wróci wszystko na dawne tory. Co prawda moim zdaniem takie akcje powinny mieć miejsce we wrześniu, kiedy jest większe prawdopodobieństwo w miarę ładnej pogody*, ale niech im będzie. Nawet zgłosiłam się do prowadzenia jednej z konkurencji podczas wieloboju, który miał mieć miejsce.
Sobota była zdumiewająco piękna jak na tą porę roku. Toteż pod tym kątem wyjazd na pewno się uda. Na pewno też nic nie zapowiadało aż tak gwałtownego załamania pogody. Tymczasem obudziłam się w niedzielny poranek i ku mojemu zdziwieniu odkryłam, że za oknem deszcz padał na całego. Z jednej strony cieszyłam się, że taka pogoda nie miała miejsce poprzedniego dnia. Podobno przewodnik powinien umieć wybrnąć z zadania w każdej sytuacji, ale chyba za krótko działam w tej branży. Co ja mówię, przecież ja prawie wcale nie działam. Z drugiej jednak poczułam wewnętrzny smutek, bo przecież festyn stał pod znakiem zapytania. Szybko zalogowałam się na facebooka, ale na razie nie było żadnej wiadomości, ani na plus, ani na minus. I tak zostało aż do mojego wyjścia do kościoła.
Księża określili się z decyzją o zrezygnowaniu o organizacji festynu dopiero przed rozpoczęciem Mszy świętej. Nie miałam już jak tego sprawdzić, ale dziewczyny, które też śpiewają w scholi oraz są animatorkami w Oratorium, odczytały tą wiadomość na messengerze i poinformowały mnie o tym. Zrobiło mi się żal i ogarnął mnie smutek. W ogóle od poprzedniego dnia byłam przygnębiona i mam wrażenie, że każda negatywna wiadomość odnośnie czegoś, na czym mi zależało, wywołałaby taki a nie inny rezultat. Bo myślę, że chwila zabawy, chociażby biernej, skierowałoby moje myśli na inne, bardziej przyziemne tory. W dodatku o samych zajęciach w Oratorium cicho sza. Rozumiem, proboszcz "musi się w tej sprawie namyśleć" (przeczytajcie to w sarkastyczny sposób).
Ale przynajmniej przedstawienie dzieciaków się udało. Chociaż z drugiej strony całą ich widownię stanowili niemal wyłącznie ich rodzice... Trochę przykre. Zastanawiałyśmy się z koleżanką ze scholi, czy nie wziąć udziału w quizie, ale to chyba byłaby przesada. A poza tym mam do niego zastrzeżenie. Z założenia miał być on jednokrotnego wyboru. Ale mi do pytania o aktywności fizyczne Lolka w czasie zimy pasowały dwie odpowiedzi. Bo Lolek owszem, jeździł na nartach, ale i na łyżwach**. Te sto lat temu w okolicy dzisiejszego osiedla Pod Skarpą w Wadowicach były rozległe pola, na których zimą zamarzała zastana woda. Dzieciaki przychodziły tam grać w hokeja, albo po prostu szusować na łyżwach. Nawet wiąże się z tym taka historia, że pewnego dnia Karol z kolegami właśnie grali w hokeja i Lolek został uderzony w głowę, co skutkowało rozcięciem łuku brwiowego. Do końca życia nosił bliznę po tej przygodzie. Jasne, nie każdy musi ją znać. Ale gdyby tylko pozwolono mi na zorganizowanie wycieczki do Wadowic, to wszystko bym im opowiedziała, tak jak dzień wcześniej. Na razie reklamacji nie mam, więc chyba poszło dobrze. A może jeszcze ksiądz, który tam z nami był, nie chce mnie jeszcze bardziej załamywać swoimi uwagami.

* wiem, że to samo można powiedzieć o organizacji wycieczek, ale tu akurat miałam najmniej do mówienia, cieszyłam się z tego, co jest
** według katechetek poprawna była tylko odpowiedź z nartami

sobota, 21 października 2023

1743. Jak to jest siedzieć za niewinność?

Teoretycznie przed całodniową wycieczką do Wadowic i Kalwarii Zebrzydowskiej, którą w większości oprowadzam powinnam się wyspać i wypocząć. Wyjazd mieliśmy zaplanowany na godzinę 7:30, jednak żeby zdążyć pod tamten kościół i to na nogach, muszę wyjść przynajmniej te półgodziny wcześniej. Mogłabym co prawda podjechać tam autobusem, bo są takie kursy, ktoś jednak zdecydował o remoncie głównej ulicy miasta. Zaczął się on jeszcze w zeszłym roku, a końca go nie widać. Teoretycznie zaplanowany jest na koniec tego roku, zważając jednak na tempo rozwoju prac, to trudno mi w to uwierzyć. Mamy za to "wolną amerykankę" komunikacji miejskiej, która przez paraliż ruchu drogowego jeździ kiedy i jak chce. Dlatego zdecydowanie wolę w miarę możliwości (tak w granicach 5 - 7 km) gdzieś podejść na nogach, niż niepotrzebnie się denerwować, jak to ma miejsce od poniedziałku do piątku, kiedy chcę się dostać do Kato. Na nogach tam nie dojdę, a już nie wiem o której musiałabym wychodzić, żeby zdążyć na 8:00, skoro ostatnio 5:30 okazała się zbyt późną godziną. Już swego czasu szybciej dojeżdżałam na studia do Krakowa. Samą pobudkę zaplanowałam zaś na godzinę 6:00, co jest bardzo przyzwoitą porą. Zwłaszcza, że większość rzeczy spakowałam do plecaka już w piątek, żeby rano nie tracić zbędnego czasu. A że w tygodniu wstaję średnio ok. 5, a kładę się po 23, więc tym razem chciałam po prostu położyć się wcześniej do łóżka.
Sen niestety nie chciał przyjść, a ja podświadomie wyczuwałam, że coś jest nie tak. Niby ten SMS od księdza powinien mnie uspokoić, wszak życzył mi powodzenia. Ale nie uspokoił. Zamiast bezsensu przewracać się z jednego boku na drugi, postanowiłam obejrzeć sobie w telewizji film "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy", który tego wieczoru szedł w telewizji.

Kilka lat temu tą sprawą żyła cała Polska. Po blisko 14 latach okazało się, że skazany w 2004 roku za gwałt na nieletniej Tomasz Komenda jednak nie dopuścił się zarzucanego mu czynu, a tym samym niesłusznie odbywał zasądzoną mu karę. Sprawa ta odbiła się głośnym echem w całym kraju, a pod dyskusje poddano m.in. stan polskiego sądownictwa wraz z paradoksami w Kodeksie Karnym.
Film Jana Holoubka bezpośrednio opowiada o tych wydarzeniach. Rozpoczyna się w noc sylwestrową, czyli wtedy, kiedy doszło do rzekomej zbrodni. Główny bohater, Tomasz Komenda, jest zwykłym chłopakiem mieszka z mamą i braćmi w mieszkaniu w jednej z kamienic małego miasteczka. Jego podstawowy błąd polegał na tym, że tego wieczoru nie było go w domu. Nazajutrz zostało znalezione ciało nastoletniej dziewczyny, która przed śmiercią została brutalnie zgwałcona. Wszystkie poszlaki, a zwłaszcza ślady DNA, wskazują na to, że to Tomek jest winny tej zbrodni. Chłopak zostaje skazany na 25 lat więzienia. Mijają kolejne lata. Tymczasem prokuratura na nowo postanawia przyjrzeć się całej sprawie, bo widzi w postępowaniu karnym pewne nieścisłości. W końcu odkrywa, że Tomasz Komenda jest nie winny, a za zabójstwem stoi ktoś inny. W związku z tym chłopak zostaje uniewinniony.
"25 lat niewinności. Sprawa Tomasza Komendy" jest trzymającym w napięciu filmem. Nawet, jeżeli zna się historię całej sprawy, to nie sposób nie zwrócić uwagi na tytułową postać graną przez Piotra Trojana. Według mnie aktor w ciekawy sposób ukazał różne emocje targane graną przez siebie postać, takie jak strach, złość, nienawiść, niepewność, rozgoryczenie. Nadawały one postaci autentyczności i wiarygodności co sprawiło, że stała się ona bardziej przystępna w odbiorze, a nawet wzbudzała sympatię. Jednak "25 lat niewinności" jest także historią o wielkiej miłości matki do syna i niezachwianej wiary w jego niewinność. Duża tu zasługa kunsztu aktorskiego Agaty Kuleszy wcielającej się w postać matki Tomka. Myślę, że warto było obejrzeć ten film, chociaż pora, o której poszłam spać przekraczała wszelkie standardy przyzwoitości.

piątek, 20 października 2023

1742. Coraz bliżej konferencji - coraz więcej konkretów

Powoli krystalizuje się sprawa konferencji "Między katedrą, a katedrą", o której pisałam Wam w >>TYM<< wpisie. W pierwszej połowie lipca, po tamtym spotkaniu on-line, nie za bardzo wiedziałam na co się piszę. Jedyne co do mnie dotarło to tyle, że będzie dotyczyła (wstępnie) szeroko pojmowanego wypalenia, że będzie w drugiej połowie listopada oraz... że jestem w komitecie organizacyjnym. Co prawda jeszcze wtedy nie wiedziałam, czy w dalszym ciągu będę studiować na WTLu, ale już wiedziałam, że będę pomagać w organizacji wszystkiego. 
Dopiero teraz dowiedziałam się więcej szczegółów. M.in. poznałam konkretny termin, założenia, a nawet pełen tytuł. Dostałam też pierwsze zadanie - znaleźć meile do kół naukowych z różnych uczelni w naszym kraju i napisanie do nich wiadomości z informacjami o konferencji. I właściwie już mam zrobioną bazę, teraz tylko trzeba jakoś ciekawie ująć to w słowa i jak najszybciej wysłać te meile. Plus konferencji jest taki, że jest ona interdyscyplinarna, a więc temat można "ugryźć" od różnych stron (nawet kiedy druga część jej tytułu sugeruje co innego). To przede wszystkim trzeba ująć w wysyłanych informacjach.
I na razie na tym na razie koniec. To znaczy prawie koniec, bo inne osoby mają za zadanie napisanie do prelegentów wygłaszających wykłady inauguracyjne i dopracowanie szczegółów ich wystąpień. O wystąpieniach pozostałych prelegentów będzie można myśleć wtedy, gdy nadeślą oni propozycje swoich wystąpień - wtedy umieści się ich w poszczególnych sekcjach, a to znowu pozwoli na ustalenie maksymalnej ilości czasu, jaką będą mogli przeznaczyć na swój wykład.
Ogólnie to dostałam propozycję wygłoszenia na tej konferencji prelekcji w nawiązaniu do mojej pracy licencjackiej z Nauk o Rodzinie. W sumie nauczanie uczniów będących uchodźcami z ogarniętej wojną Ukrainy może poniekąd prowadzić do wypalenia zawodowego nauczycieli, więc w jakiś sposób wiąże się to z jej myślą przewodnią. Ale z drugiej strony - ja i wygłaszanie wykładu? Nie za bardzo idzie to w parze. Co prawda już raz wygłaszałam całkiem sama prelekcję, wydaje mi się, że wyszło całkiem nieźle, ale... No właśnie, zawsze mam jakieś "ale". A może jednak powinnam spróbować, skoro promotorka sama wyszła z taką propozycją? Gdyby uważała, że to wszystko jest bez sensu, to przecież by tego nie robiła. Muszę dokładnie przeanalizować przysłowiowe za i przeciw tego wszystkiego. A potem zdecydować, co dalej.
I na koniec dnia, w nawiązaniu do zbliżającej się wycieczki do Wadowic i Kalwarii Zebrzydowskiej dostałam SMSa od księdza Niosącego Światło. Jakoś mnie on podniósł na duchu i umocnił wewnętrznie. I tylko żałuję, że jego samego tam nie będzie. Może innym razem... Tak, będzie jeszcze wiele ku temu okazji...