Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 29 czerwca 2025

2221. Chrzest święty Werci

Pamiętacie jak rok temu opisywałam Wam ślub Robcia i Dorci, na którym miałam zaszczyt i przyjemność być? Nasza znajomość w dalszym ciągu trwa. Zazwyczaj zamieniamy kilka słów w kościele, albo na kręgu biblijnym. To znaczy wtedy, kiedy ten krąg jeszcze był. W święta wysyłamy sobie życzenia SMSem. Nie jest najgorzej, co nie oznacza, że nie mogłoby być lepiej.
Gdzieś przed Bożym Ciałem zadzwoniła do mnie Dorcia z pytaniem, czy mogłaby ze mną porozmawiać w najbliższym czasie. Co prawda druga połowa czerwca była dla mnie dosyć gorącym okresem, ale postanowiłam jakoś wygospodarować trochę czasu na wspólne spotkanie. Niedziela przed wspomnianym Bożym Ciałem okazała się ku temu idealna. Rano poszłam na Mszę do ich parafii. Przepraszam, naszej, bo Ksiądz Niosący Światło już oficjalnie mnie do niej zaczął zaliczać, a wieczorem świętowałam z innymi w duszpasterstwie "Magnifikat".
Po Mszy najpierw pochodziłam z Dorcią i malutką, trzymiesięczną Wercią w wózeczku (w końcu zobaczyłam ją na żywo) wkoło ich osiedla. Oczywiście z uwagą wysłuchałam Dorci i wyraziłam opinię na ten temat. Trochę byłam zaskoczona zaufaniem, jakim mnie obdarzyła, ale też cieszę się z tego faktu. A potem poszłyśmy do niej już na luźną rozmowę. I tak od słowa do słowa zostałam zaproszona na chrzest święty Werci. Obiecałam przyjść, chociażby po to, by zrobić im przyjemność.
I z tej okazji wykonałam taką oto kartkę, w której zamieściłam życzenia dla maleństwa na tą piękną, lecz niełatwą drogę wiary.
Młodzi rodzice ucieszyli się z mojej obecności. I ja się cieszyłam, że mogłam z nimi być w tym kolejnym ważnym dla nich dniu. Chyba wszyscy byliśmy wzruszeni, kiedy Ksiądz Niosący Światło z wysiłkiem polał tą malutką główkę wodą święconą. Mnie wzruszenie brało już w momencie, kiedy przygotowywałam przed chrztem chrzcielnicę, czyli nalewałam do niej wody. A potem, kiedy podawałam mikrofon poszczególnym osobom. 
Kiedy po Mszy zapytałam księdza, czy to tak można, usłyszałam, że co nie jest zabronione, jest dozwolone. A skoro nie było ministrantów to chciał mi to zlecić. Kazał mi sobie przy okazji przypomnieć, jak w zeszłe wakacje przygotowywałam mu ołtarz, a po Mszy go sprzątałam. No, niby racja. Co prawda jedna para ampułek na wodę i wino potłukła się przy okazji, ale poza tym było chyba ok.

sobota, 28 czerwca 2025

2220. Cieszę się jak nie wiem co

Witajcie moi Kochani. Na początku chciałabym Wam szczerze i gorąco podziękować za wszystkie słowa gratulacji i otuchy pod poprzednią notatką. Powoli, powoli zaczyna do mnie docierać, że pomimo wszelkich trudów i licznych przeciwności rzucanych pod nogi, udało mi się już drugi raz zostać magistrem, tym razem nauk o rodzinie. Te dwa lata były dla mnie niezwykle ciężkie, zwłaszcza emocjonalnie, trochę też zdrowotnie, dlatego tym bardziej czuję małą satysfakcję, że przynajmniej te studia dopięłam przed wakacjami. Czuję przy tym niezmierzoną wdzięczność tym, którzy byli ze mną na tej drodze, którzy mi kibicowali, motywowali, wspierali, po prostu trwali na dobre i na złe. Tym, którzy są mi znani z realnego świata, ale też i z wirtualnego. Tym, którzy nie pozwolili mi się poddać w tym wszystkim, że pomogli chociażby dobrym słowem, kiedy było bardzo źle, kiedy chciałam rzucić to wszystko wniwecz. 
Czy czuję, że odniosłam sukces? I tak, i nie. Z jednej strony cieszę się, że udało mi się sprostać wymaganiom, jakie postawiły przede mną studia w takim samym stopniu, jak inni członkowie grupy z Nauk o Rodzinie. Ale z drugiej - nie uważam, abym zrobiła coś spektakularnego. Zakończyłam jakiś etap mojego życia, tak jak inni. Normalna kolej rzeczy, także dla ludzi z MPD. Bo czyż tak bardzo różnię się od innych? Nie sądzę.
Jednak ostatnie dni przyniosły mi jeszcze jeden sukces, chociaż nie mój osobisty, to jednak cieszący nie mniej, a może nawet jeszcze bardziej, niż mój własny.
Myślę, że okres wakacji to w wielu diecezjach czas na różne szarady wśród księży posługujących w parafiach. Co prawda ja też z niecierpliwością czekam na zmianę proboszcza w mojej rodzinnej parafii, ale u mnie są księża zakonni, którzy rządzą się zupełnie innymi regułami przy przenoszeniu. Ja nawet nie wiem, czy biskup diecezjalny ma coś do powiedzenia w tej materii. 
Jak co roku z ciekawości sprawdziłam, czy znajomi księża mają zmianę. Jakże bardzo ucieszyłam się, kiedy dotarłam do nazwiska mojego katechety z podstawówki i gimnazjum. A raczej z tego, że został mianowany proboszczem. Nie, wróć, najpierw administratorem parafii. No, ale to tak jedną nogą jest proboszczem. I to w jednej z parafii w moim mieście. Niemal od razu podzieliłam się tą wiadomością z kilkorgiem ludzi z byłej klasy. Ucieszyli się. I tak z automatu wyszła propozycja, aby pojechać do Księdza z Gitarą* z gratulacjami. 
Jako termin wybraliśmy pierwszą sobotę wakacji. Nie, nie dlatego, że byłam już wtedy po pierwszej obronie i można by było mianować mnie podwójnym magistrem. Co to, to nie. Zresztą chyba źle bym się z tym czuła. Po prostu tak wyszło. Każdemu tak pasowało. Co prawda mnie w ostatniej chwili wypadła kolejna, ostatnia przed przerwą wakacyjną poprawka z Historii Filozofii, ale ona była w godzinach przedpołudniowych, a my umówiliśmy się z Księdzem z Gitarą w godzinach popołudniowych. Wszystko więc idealnie się zgrało.
Rano, jeszcze przed tym, zanim pojechałam do Kato po raz kolejny próbować zdawać tą nieszczęsną filozofię (po nocach mi się już ona śni), podskoczyłam do kościoła upewnić się, czy Ksiądz Niosący Światło na pewno nic nie potrzebuje z apteki. Wedle księdza proboszcza wszystko miał. Co prawda w dalszym ciągu bolało go gardło, ale poza tym raczej wszystko było z nim bez zmian. Proboszcz kazał mi się nim nie martwić i cieszyć wakacjami. 
Ale na te wakacje najpierw trzeba było zasłużyć. I to nie obroną, ale zaliczeniem filozofii, które okazało się dla mnie o wiele trudniejsze. Jednak na ostatek coś się we mnie odblokowało, bo jakimś cudem zdałam za jednym zamachem i ćwiczenia, i egzamin. Co prawda ćwiczenia na przysłowiowe "Boże miłosierdzie", ale za to na egzaminie zaszalałam i wyszłam z niego z 4,5. Sama nie mogłam w to uwierzyć. A z drugiej strony, podeszły mi pytania. Te teoria poznania Locka, egzystencjalizm Kierkegaarda oraz hermeneutyka Gadamera wyjątkowo mi podeszły. A więc wakacje czas zacząć. Bo obrona magistra z pedagogiki we wrześniu to już tylko formalność. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Z wolną głową i czystym sumieniem wróciłam do domu. Szybko coś zjadłam, zmieniłam ubrania na mniej odświętne (aczkolwiek w dalszym ciągu eleganckie), nakarmiłam kota i ruszyłam na powrót do Kato, skąd najłatwiej jest dotrzeć do Jawo, gdzie aktualnie na jednej z parafii jest jeszcze Ksiądz z Gitarą. Trochę zachodu to kosztuje, w takich chwilach żałuję, że nie mam prawa jazdy, ani nawet nie potrafię jeździć na rowerze... Może byłoby łatwiej.
W Jawo spotkałam się z resztą na centrum miasta i ruszyliśmy w stronę odpowiedniego kościoła. Ksiądz już czekał na, jak to sam określił, swoich sportowców. W dalszym ciągu pamięta nasze imiona, kojarzy naszych bliskich i to, co kto z nas trenował. Ze mną nie ma problemu, bo kontakt mam z nim raczej stały, głównie poprzez internet, ale co kilka miesięcy starałam się go odwiedzić. Podobnie chciałabym zacząć postępować z księdzem Wojtkiem, odwiedzić go chociaż te 2 razy w roku. Nie wiem, czy dojdzie to do skutku, bo to jednak trzeba dotrzeć za Wrocław, ale spróbować można. Jednak z innymi kontakt Księdza z Gitarą się urwał gdzieś po drodze. Co nie zmienia faktu, że nie otaczał nas swoimi modlitwami. 
Radość jego z naszego przybycia była niezmierna. Ksiądz zaprosił nas do siebie na kawę, herbatę i ciasto. Trochę onieśmieleni weszliśmy do jadalni i zajęliśmy miejsca. Jednak z każdą chwilą nabieraliśmy coraz bardziej pewności siebie, a dyskusja nabierała tempa. Oczywiście wszyscy szczerze gratulowaliśmy Księdzu awansu, cieszyliśmy się z nim, podpytywaliśmy o plany, których jeszcze nie miał. Z drugiej strony on też pytał co u nas, co robimy, jak nam się wiedzie. Tak jak pisałam, jestem z nim w stałym kontakcie, więc wolałam, aby bardziej porozmawiał z innymi, niż ze mną. Ale i tak ktoś w pewnym momencie powiedział o mojej obronie z poprzedniego dnia. Ogólnie Ksiądz wiedział o moich studiach, nie wiedział jednak, że już się bronię. Tak trochę stanęłam w centrum uwagi, czego wcale nie chciałam. To nie był mój dzień, awans Księdza z Gitarą był dużo ważniejszą rzeczą. Podziękowałam więc za gratulacje, ale szybko też skierowałam uwagę wszystkich na osobę Księdza.
Tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy do popołudnia. Przypomniały mi się czasy, kiedy Ksiądz prowadził w swojej parafii na terenie mojej szkoły podstawowej i gimnazjum Oazę, na którą nas wciągnął. Spotkania dla nas, niepełnosprawnych, były w soboty, więc dla mnie był to idealny czas. Jeżeli dobrze pamiętam, to te spotkania były raz, dwa razy w miesiącu. O ile nie miałam w tym czasie zawodów sportowych albo innych wyjazdów, to starałam się być. Zawsze to było jakieś wyjście z domu i zawsze coś się działo. I było to dla mnie też wprowadzenie do mojej późniejszej posługi w salezjańskim Oratorium. Bezcenne chwile i wspomnienia. Takie, które chce się pamiętać do końca życia.
Będzie dobrym proboszczem. Czuję to. Zawsze się śmieję, że to, jak się traktuje "innych" dużo mówi o człowieku. Jeżeli widzi w nas pełnoprawnych ludzi, jeżeli potrafi wydobyć z każdego jego potencjał i wykorzystać jego talenty, jeżeli jest dla niego, a nie obok - to znaczy, że dobrze jest przygotowany do pełnienia swojej roli. Zresztą Ksiądz powiedział, że tych siedem lat w naszej szkole (uczył jeszcze przez rok po moim wyjściu) nauczyło go prawdziwego życia i autentycznej pokory. Pamiętacie wpis o pastuchach, pasterzach i pastuszkach? To właśnie przykład takiego pastuszka. I mam nadzieję, że ten "awans" go nie zmieni. Niech tylko nie zapomina, że nie on jest najważniejszy w parafii i że nie miałby żadnej władzy, gdyby nie dana by była mu ona z góry. A wtedy wszystko będzie dobrze.
Ksiądz zaprosił nas na swoje wprowadzenie do nowej parafii. Pech chciał, że akurat wtedy jestem w Rzymie. Ale duchowo i myślowo będę z księdzem. I z moimi kolegami i koleżankami z klasy, bo oni obiecali, że będą. Kurcze, korci mnie, aby napisać od nas, tych jego niesfornych sportowców, jakieś życzenia "na nową drogę życia". Bo na spotkanie jesteśmy umówieni, już na jego nowych włościach, po moim powrocie. 
Ech, nawet nie wiecie jak się cieszę z tego jego awansu. Nawet bardziej niż z mojej obrony. Wiem, że Artur podjął słuszną i dobrą decyzję. I nie będzie jej ani trochę żałować. A ja już wypatrzyłam niezły upominek na dobry początek jego posługi w nowym miejscu.
Obczaiłam też, jak najlepiej dostać się na nową parafię księdza. Tragedii nie ma, komunikacja jeździ do niego niemal regularnie. Nie no, będzie dobrze.

* Nie pamiętam katechezy czy też spotkania oazowego, aby nie miał ze sobą gitary

piątek, 27 czerwca 2025

2219. Czas na zamknięcie pewnych rozdziałów

W ramach szkolnych praktyk studenckich dostałam za zadanie przygotowanie akademii na zakończenie roku szkolnego dla uczniów ze starszych klas szkoły podstawowej (4-8). Zgodnie z tradycją szkoły na takiej akademii następuje pożegnanie nauczycieli, którzy albo odchodzą ze szkoły ze względu na przejście na emeryturę, albo odchodzą z jakiegoś innego powodu. Od początku wiedziałam, że w tym roku na emeryturę odchodzą trzy nauczycielki, w tym dwie pracujące na świetlicy, ale całkiem nieoczekiwanie, dosłownie w środę przed zakończeniem roku szkolnego, okazało się, że w tym gronie jest też... Ksiądz Niosący Światło.
Kiedy w środowy poranek poinformowała mnie o tym polonistka współorganizująca akademię, uznałam to za kiepski żart. Co prawda ksiądz kilka razy wspominał, że chce zrezygnować z katechezy szkolnej, ale on czasami tak tylko się przekomarza. Niestety, ksiądz miał się pojawić w szkole dopiero na zakończeniu, nie mogłam więc po prostu do niego iść i zapytać, czy to prawda. Ale, ku mojemu zaskoczeniu, pojawił się na wieczornej Mszy. Postanowiłam wykorzystać okazję i po nabożeństwie czerwcowym poszłam na zakrystię. Ksiądz nawet ucieszył się na mój widok, bo miał recepty do wykupienia. Okazało się, że wypuścili go ze szpitala z infekcją gardła i z jeszcze jedną mało przyjemną rzeczą. Polska służba zdrowia... A ja mam znajomą, która po znajomości sprowadza i sprzedaje te leki po cenach fabrycznych. Obiecałam mu zdobyć wszystko na drugi dzień. A przy okazji zapytałam go, o co chodzi z tym jego odejściem ze szkoły. Złapał mnie za ramiona, aż mnie przeszły ciarki po plecach ze strachu. "Lolek, musiałem tak zrobić. Wiem, że dalej nie dam rady" wyznał wbijając mi chude palce w bark.
Dobrze, że wracam na nogach z kościoła, miałam trzy kilometry na to, aby coś wymyśleć na piątek i w ogóle wszystko przemyśleć. W ogóle piątek to był taki sądny dzień, bo i koniec praktyk, i zakończenie roku szkolnego, i obrona tytułu magistra z Nauk o Rodzinie, i zakończenie roku katechetycznego w parafii. I jeszcze trzeba było na szybko wymyśleć coś na pożegnanie księdza przez uczniów. Wiem, że wcale by nie okazał tego, że jest mu przykro, w końcu wszystko wyszło na ostatnią chwilę. Ale chciałam, aby i on miał piękne pożegnanie. Postanowiłam wykorzystać jeden wiersz napisany jakiś czas temu. Drugi ułożył mi się po drodze.
W czwartkowy poranek dałam jeden wiersz szósto-, a drugi siódmoklasiście, kilka słów podziękowania ósmoklasistce. Bo w tych klasach ostatnio uczył ksiądz. Od razu im powiedziałam, że nie muszą tego umieć na pamięć, grunt aby w miarę dobrze to przeczytali. Potem poszłam pomóc plastykowi w malowaniu dekoracji i ustawieniu ich w sali gimnastycznej na sztalugach. Na ostatnich lekcjach robiliśmy jeszcze ostatnie próby. Po skończonej dniówce zostałam jeszcze w szkole. I tak byłam umówiona z panią Barbórką, że przywiezie mi te jego lekarstwa do DG, a księdzu obiecałam, że poogarniam mu rzeczy w szkole. Na szczęście nie było tego dużo. Ale tutaj pierwszy raz dałam upust emocjom. Potem podskczyłam do centrum po lekarstwa i wróciłam się, tym razem do kościoła, bo przecież to zakończenie oktawy Bożego Ciała. Tym razem bez wianka, ale tyle było rzeczy na głowie, że to jedno mi z niej wyleciało. Tak trochę martwiłam się, aby mi nazajutrz nie powylatywały tak samo inne rzeczy na obronie. Lekarstwa dałam księdzu po procesji wokół kościoła. Liczyłam na to, że jeszcze powie, że z tą szkołą to żart, że od września wraca na tyle, na ile mu siły pozwolą. Nie ma to jak naiwność. Zamiast tego poprawił mi szelkę u plecaka i podziękował.
A ja czułam coraz większą bezradność i pustkę. I to chyba byli najwięksi winowajcy tego, że przez 3/4 nocy nie spałam tylko przerzucałam się z boku na bok, a co zasnęłam to zaraz się budziłam. Nie pomagało nawet głaskanie Pusi i jej kojące mruczenie. Bo zdałam sobie sprawę z tego, że musi być źle. Samodzielne mieszkanie ma tą wadę, że nie można w nikim szukać wsparcia w trudnych chwilach w każdym momencie. Trzeba jakoś sobie samemu z tym radzić. Wstałam rano po nieprzespanej nocy, spojrzałam na galowy strój, bo przecież ze szkoły miałam jechać na uczelnię, i znowu chciało mi się płakać. Zmusiłam się do zjedzenia połowy bułki, wzięłam plecak i wyszłam na pół dnia.
Do szkoły dotarłam przed 8. Najpierw poszłam na świetlicę, a potem w drodze na salę gimnastyczną zajrzałam jeszcze do księdza. Akurat była u niego 7b z kwiatami i podziękowaniami. Uśmiechnęłam się, pierwszy raz od dwóch dni, i zbiegłam na dół na salę gimnastyczną zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Było.
Na dziesięć minut przed godziną 9.00 nauczyciele, uczniowie i rodzice powoli zaczęli się schodzić do sali. Trzeba było dopilnować, aby ci nauczyciele, którzy odchodzą usiedli z przodu, nieopodal dyrekcji. Punktualnie o 9:00 rozpoczęło się zakończenie roku szkolnego klas starszych. Najpierw przemówienie pani dyrektor, następnie prezentacje multimedialne dotyczące odchodzących klas ósmych, potem ciekawostki na temat uczących się w nich uczniów, a później pożegnanie nauczycieli. Najpierw panie ze świetlicy, a potem Księdza Niosącego Światło. Zaczęło się od krótszego wiersza:

Podziękowanie
Sześć lat jak w pacierzu "Amen"
nie wiemy kiedy zleciało.
Dziś Ciebie, Księże ... *
pożegnać nam wypadało.

Za każdą lekcję religii
stokrotnie Ci dziękujemy.
To dzięki niej dosyć dużo
o naszym Bogu dziś wiemy.

Za każdą wyrządzoną przykrość,
ze skruchą Cię przepraszamy.
Za Twoje tak dobre serce.
serdeczne dzięki składamy.

W trudzie codziennych lekcji,
jaśniały nam wszystkim twarze.
Gdy śmiech twój głośny, radosny,
niósł się przez korytarze.

I jeszcze przyznamy szczerze,
tak już na samiutki koniec.
Że byłeś nam tu tak trochę,
jakby niebiańskim aniołem.

Następnie zostały odczytane słowa podziękowania i został wyrecytowany drugi wiersz, który ułożyłam w 2012 roku, kiedy ksiądz Wojtek odchodził na inną parafię. Dobrze, że jeszcze go pamiętałam. A co nie pamiętałam, to ułożyłam na poczekaniu.

Księża katecheci
Różne są Boga poznania techniki,
w czyśćcu historii, matematyki.
W piekle symboli, wzorów chemicznych,
w ogromie błędów ortograficznych.

A Niebo tak dalekie się zdaje,
niczym na mapie w atlasie kraje.
Schody do niego grzechem znaczone,
po drodze pleciemy cierniową koronę.

Jak się tam dostać, którędy droga?
ciągle błądzimy szukając Boga.
Ciągle ranimy Go swymi czynami
- Brama Niebieska zamknięta przed nami.

A święty Piotr przekręca kłódkę
i tak też mówi do nas ze smutkiem:
"Za dużo złego się w życiu działo
za mało z tego się spowiadało".

By się nie spełnił ten scenariusz czarny
i aby nasz los nie był zbyt marny.
Bóg nam posyła swych wysłanników,
co pracy mają tutaj bez liku.

Cisi to bardzo bohaterowie,
co nieraz stają na swojej głowie.
Drogę do Boga nam pokazują.
moralność, pobożność w ludziach kształtują.

Rano nas w szkole o ciszę proszą,
Wieczorem ciekawe kazania głoszą.
Służą z oddaniem w konfesjonale,
by dusza nie była grzeszna wcale.

Uczą, jak dobrym być w naszym życiu,
jak nieść innym dobro, także w ukryciu.
Gdzie miłość, dobro, prawda w nas leży,
my to już wiemy. Skąd? Z katechezy.

Odruchowo spojrzałam na księdza - siedział skulony, z głową ukrytą w dłoniach. Wzruszył się, i to jak. Potem, już w sali, kiedy dowiedział się już jaka była geneza tego wszystkiego (połowicznie) przyznał, że to były najpiękniejsze wiersze, z jakimi się spotkał. Zrobiło mi się głupio, bo sama nie uważam ich za rewelacyjne. Po prostu pisałam to, co mi serce podpowiadało. Gdybym miała więcej czasu powstałoby coś lepszego. Zapytałam się go skąd wie, że te wiersze to ja napisałam. Odpowiedział mi coś takiego, co chcę zachować dla siebie, ale wiem, pragnę aby ta jego odpowiedź została ze mną po wszystkie dni mojego życia.
Po skończonej akademii zostałam jeszcze na sali gimnastycznej na zakończeniu roku szkolnego klas młodszych, a potem na demontażu dekoracji i krzeseł. W tym czasie nauczyciele poszli do klas i pokoju nauczycielskiego. Podeszłam do Księdza Niosącego Światło i powiedziałam mu, że przyjdę do jego salki, jak tylko uporam się z tym wszystkim. Nie będę ukrywała - prace porządkowe trochę mi zajęły, w drodze na trzecie piętro jeszcze zahaczyłam o świetlicę zobaczyć, czy nie ma w niej dzieciaków - nie było. Z czystym sercem poszłam na górę. Ksiądz stał przy oknie wyraźnie wzruszony. Po chwili spojrzał w moją stronę i stwierdził, że czas się zbierać. Dopił coś z kubka i powiódł wzrokiem po klasie. "Czas na zmianę warty, Lolku" - stwierdził ledwie słyszalnym głosem, po czym zapytał, czy nie spóźnię się na obronę magisterki, bo tego by nie chciał. Odpowiedziałam, że nie i pomogłam mu w pakowaniu ze szkoły ostatnich rzeczy oraz otrzymanych upominków, a ponieważ do obrony miałam jeszcze trochę czasu (wyznaczona była na godzinę 14:00) postanowiłam go odprowadzić na plebanię. Część rzeczy wylądowała w kartonie, część w moim plecaku. 
W zasadzie te kilkaset metrów pokonaliśmy w ciszy. Nie chciałam forsować jego gardła, w ogóle nie chciałam go zbytnio męczyć. A jednak cieszyłam się widząc wzruszenie na jego twarzy. Tylko już przy drzwiach na plebanię zaczęłam mówić. Widziałam też, że zaczyna go boleć głowa (ewentualnie ból się nasilił) dlatego poprosiłam go, aby się położył, przespał i odpoczął, bo źle wyglądał. A przy okazji zapytałam go, czy nie potrzebuje jeszcze niczego z apteki, bo jakby co to mogę podejść po obronie do pani Barbórki i mu załatwić. Jak nie na dzisiaj, to na jutro. Stwierdził, że wszystko ma. Na odchodne jeszcze nakreślił mi znak krzyża na czole. Przypomniało mi się, jak ksiądz Wojtek czynił taki sam gest przed moimi egzaminami. I znowu siłą woli musiałam się pilnować, aby nie wybuchnąć przy nim płaczem. Jeszcze raz życzył mi na czas obrony opieki Ducha Świętego. I jakoś tak się wzruszyłam. 
Na uczelnię dotarłam trochę przed czasem. Po drodze jadłam kajzerkę, chociaż z emocji miałam ściśnięty żołądek. Ale musiałam coś zjeść, aby nie zemdleć. Jeszcze zdążyłam przejrzeć notatki z dwóch ostatnich lat i na drżących nogach weszłam, po wywołaniu mnie, do sali egzaminacyjnej. Jedno pytanie miałam z treści pracy (opisywałam sytuację ukraińskich uczniów mających status uchodźcy wojennego i porównywałam wyniki z wynikami sprzed 2 lat), jedno z podstaw dydaktyki i jedno z mediacji (to z dydaktyki i z mediacji nawiązywało do mojej pracy dyplomowej). Ostatecznie na wszystkie pytania odpowiedziałam na tyle wyczerpująco, że otrzymałam całkiem ładną ocenę, co w parze ze średnią ze studiów daje satysfakcjonujący mnie wynik. Z jednej strony cieszyłam się, bo jednak nie były to łatwe dwa lata, zwłaszcza pod względem emocjonalnym, ale też zdrowotnym. Ale z drugiej strony gdzieś z tyłu głowy przypomniał mi się jeden komentarz i od razu pojawiła się myśl: a co, jeżeli tamta osoba miała rację? Jeżeli naprawdę jestem słaba w nauce, a wszystkie oceny, a co za tym idzie i dyplomy, faktycznie otrzymuję z litości? Chciało mi się płakać, a chwilowa radość gdzieś uleciała. Zadzwoniłam do domu z informacją, że zdałam i wyszłam z uczelni. Ku mojemu zaskoczeniu przed budynkiem czekali na mnie Kropka z Adamem. Raz, chcieli pochwalić się świadectwami szkolnymi (dwa razy świadectwo z wyróżnieniem), dwa, chcieli mi pogratulować ukończenia drugich studiów magisterskich. Żałowałam, że nie mogłam iść z nimi na lody z powodu zakończenia roku katechetycznego, ale umówiliśmy się z tym na wakacje.
Po powrocie do domu zmieniłam odświętną koszulę na zwyczajną, kolorową, spódnicę na dżinsy i włączyłam komputer oraz zupę na kuchence. Szybko napisałam księdzu Wojtkowi, że drugi magister obroniony (sam mnie o to prosił), po czym zjadłam obiad, wrzuciłam do plecaka keczupy i musztardy i pobiegłam do Kościoła na Mszę na zakończenie roku szkolnego i katechetycznego. Ale wcześniej na różaniec. Jak zwykle siedziałam w ostatniej ławce. Tym sposobem Ksiądz Niosący Światło mógł tradycyjnie do mnie podejść zmierzając do konfesjonału. Od razu mi pogratulował uzyskania dyplomu magistra, bo stwierdził, że ani trochę w to nie zwątpił. Tylko ciekawe co by było, gdyby tak się nie stało, gdybym z tego wszystkiego oblała na samym końcu... Wyglądał już lepiej, tylko głos miał nieswój. Tymczasem zaczęły schodzić się dzieci i zasiadać w ławkach. Spowiadający księża też już udali się na zakrystię, a chwilę później rozpoczęła się Msza. Podobało mi się, że dzieci były zaangażowane w czytania, śpiewy i niesienie darów. Kazanie, nieco chrypiącym głosem, wygłosił Ksiądz Niosący Światło, który przypominał, że Bóg chce być z nami obecny także w naszych wakacyjnych podróżach i planach. I to od nas zależy, czy tą prośbę spełnimy, czy też nie. Dziękował też za te wszystkie lata, w szkole i w parafii, jak także za pożegnanie jakie mu urządzono w szkole. Biednemu aż głos się zaczął łamać, a ludzie zaczęli szlochać.
A po Mszy cała młodzież (i nie tylko) poszła na tył kościoła, gdzie było ognisko. Od razu dałam keczupy i musztardy, aby o nich nie zapomnieć. Rozejrzałam się dookoła - było tyle znajomych twarzy ze szkoły i z kościoła, że nawet gdybym chciała, to nie czułam się tam obco. Co rusz ktoś podchodził do Księdza Niosącego Światło, aby podziękować mu za wszystko. Zarówno dzieci, jak i rodzice. Aż ciepło się człowiekowi robiło na sercu na ten widok. Lubią go - to widać. Ksiądz kilkakrotnie namawiał mnie na kiełbaskę z ogniska, Organista nawet chciał mi ją upiec, tak samo jak Dusia. Ze mnie jednak zaczęły schodzić emocje i stres związane z przeżyciami z całego dnia, co objawiało się niezbyt przyjemnym bólem brzucha. Wiedziałam czym to się mogło skończyć, a jeszcze chciałam się pouczyć po powrocie filozofii. Dlatego grzecznie i z uśmiechem kręciłam przecząco głową, mówiąc, że lepiej aby zostało dla dzieci. Do moich uszów co chwilę dobiegał głos Księdza Niosącego Światło, który opowiadał o dzisiejszej akademii i o tym, że świat nauki powiększył się o dodatkowego magistra familologii. Miałam mieszane uczucia - z jednej strony chciałam zapaść się ze wstydu, ale z drugiej, gdzieś tam w sercu na dnie czułam radość, że ktoś szczerze cieszył się z mojego mini-sukcesu. Tym bardziej, że do mnie on jeszcze nie dotarł.
Ognisko dogasało, dzieci z rodzicami i opiekunami powoli zaczęli zbierać się do domów. Wraz z Natanem jeszcze przez chwilę próbowaliśmy zachować żywy płomień, dorzucając drobny chrust do ognia. To znaczy bardziej Natan wrzucał, ja go tylko asekurowałam, aby nie wleciał do żaru. "Natan, Lolek, nie bawcie się ogniem, bo będziecie sikać w nocy" - usłyszałam śmiejący się głos Księdza Niosącego Światło. Kiedy niemal już wszyscy poszli i została nas może dziesięcioro, usiedliśmy wokół ogniska, z którego bił jeszcze żar. Słońce chyliło się ku zachodowi, a ten długi i emocjonujący dzień dobiegał końca. Chciałabym, aby trwał on w nieskończoność, jednak prawa Boże są nieubłagane. Trzymałam w drżących dłoniach kubek z wodą, patrzyłam na mieniące się między blokami zachodzące słońce, a po mojej głowie kołatała się jedna jedyna, najbardziej tutaj pasująca piosenka z filmu "W pustyni i w puszczy" - "Rzeka marzeń".
A ponieważ zegar wskazał godzinę 21:00, wstaliśmy, aby odśpiewać młodzieżową wersję "Apelu jasnogórskiego". Wszyscy złapaliśmy się za ręce, tworząc tym samym jedność. Potem jeszcze na chwilę usiedliśmy na ziemi słuchając śmiesznych kawałów opowiadanych przez Organistę. A ma ku temu dar. Jednak i żar stawał się coraz mniejszy. Ksiądz zadecydował, że koniec tej imprezy i idziemy spać. Ale kazał mi jeszcze na moment poczekać, dając mi na chwilę swoją bluzę do ubrania, a sam poszedł do mieszkania. Wrócił po chwili, ze słoikiem miodu w rękach. Dostał go na pożegnanie od dzieci w szkole, ale i tak nie jest w stanie już jeść takich rzeczy, a w jego ocenie dzisiaj jak najbardziej zasłużyłam na jakąś nagrodę. Tylko, że ja nie zrobiłam nic nadzwyczajnego. Przygotowanie akademii na koniec roku szkolnego to dla mnie była przyjemność, a obrona magisterki - też nic wielkiego. Nie ja pierwsza, nie ostatnia. Wiecie, robiłam wszystko, aby się nie popłakać, lecz tak mało mi to wyszło. Zwłaszcza kiedy sobie uświadomiłam, że już naprawdę nigdy nie wróci do szkoły jako katecheta. Siedziałam więc na schodach trzymając na kolanach ten cały miód i dobry kwadrans, mimowolnie, wyłam w niebogłosy. A Ksiądz Niosący Światło po prostu siedział obok i obejmował mnie swoim ramieniem zapewniając, że wszystko będzie dobrze. Tylko, że ja wiem, że nie będzie. Nawet nie wiem, czy to dla niego było dobre, aby tak siedział na zimnym bruku. W końcu zaczęłam się zbierać do kupy. Kazałam mu iść do domu, bo już było słychać, że chrypie i częściej pokasływał. Ale na pożegnanie uścisnęliśmy sobie dłonie, a ksiądz jeszcze schował mi miód do plecaka i tradycyjnie poczochrał po czuprynie jeszcze raz gratulując obrony.
"Czas na zmianę warty, Lolku" - hmmm, jakaś sugestia? Co prawda mogłabym spróbować aplikować z dyplomem z licencjatu z pedagogiki, bo obronę tego tytułu magisterskiego przełożyłam na wrzesień. Tylko czy w ogóle mam szansę? Ale skoro ksiądz tak mówi, to czemu chociaż nie spróbować. Żeby tylko on doczekał tej mojej wrześniowej obrony...

* jednak jego imię zachowam dla siebie, niech na blogu będzie Księdzem Niosącym Światło

czwartek, 26 czerwca 2025

2218. Park na tyłach kościoła św. Piotra w Wadowicach

W jednej z ostatnich notatek opowiadałam Wam o wyprawie do Wadowic, którą miałam przyjemność zorganizować dla dzieciaków z Oratorium, w którym aktualnie się udzielam. Jednym z jej punktów, dosyć spontanicznym, był spacer po pięknym ogrodzie znajdującym się na tyłach parafii pw. św. Piotra Apostoła, znajdującej się na stosunkowo nowym osiedlu "Pod Skarpą". Sama parafia też jest stosunkowo młoda, w tym roku obchodzi 40-lecie istnienia. Jest to wotum mieszkańców miasta zarówno za wybór wadowiczanina na Stolicę Piotrową, jak i za ocalenie go z zamachu 13 maja 1981 roku.
Chciałam, aby dzieci weszły do jej środka i w ten sposób wyobrazili sobie chociaż trochę wygląd Placu św. Piotra. Nie przewidziałam jednak tego, że w tym czasie może odbywać się sprzątanie wnętrza kościoła. No trudno. Zamiast tego zaproponowałam im spacer po okazałym ogrodzie znajdującym się na terenie świątyni. 
Makieta informuje o rocznicy istnienia parafii.
Na terenie parku można zobaczyć wiele posągów przedstawiających ważne postacie i wydarzenia z historii Kościoła powszechnego.
Objawienia w Fatimie.
Objawienia w Lourdes.
Na lewo od głównego wejścia do parku znajduje się gablotka, skrywająca figurki polskich świętych i błogosławionych Kościoła Katolickiego. Zadaniem młodych pielgrzymów było zastanowienie się, czy posiada się jakieś informacje na temat danej postaci. Trzeba przyznać, że sylwetki niektórych świętych i błogosławionych znane są im na wylot.
Całą grupą weszliśmy na ścieżkę Drogi Krzyżowej prowadzącą na Golgotę. Ksiądz Jack zdecydował, że zamiast Mszy odprawimy to wielkopostne nabożeństwo.
Dzieciaki z chęcią i radością przeszły całą trasę tamtejszej Drogi Krzyżowej. Nie mieliśmy nowych rozważań, jednak ksiądz Jack nie wykasował jeszcze mojego meila z rozpisaniem Drogi Krzyżowej z Carlem Acutisem i właśnie ją wykorzystaliśmy podczas nabożeństwa.
Po drodze mija się także głazy z wyrytymi przykazaniami Bożymi oraz błogosławieństwami obiecanymi przez Jezusa na Górze Błogosławieństw.
Krzyż wzniesiony na szczycie był wskazówką, że dotarliśmy do końca Drogi Krzyżowej.
A taki widok zobaczyliśmy odwracając się tyłem do krzyża.
Jeżeli będziecie kiedyś przejazdem w Wadowicach i będziecie mieli niezagospodarowaną chwilę, to szczerze zachęcam Was na chwilę odpoczynku w tym pięknym i w miarę pustym miejscu. Zwłaszcza, że widok ze "szczytu" jest cudowny. I tylko żałuję, że tak mało ludzi spotkaliśmy na naszej drodze.

środa, 25 czerwca 2025

2217. Mam takie małe marzenie...

Ostatnio coraz częściej przyświeca mi pewna myśl związana z moim dalszym życiem. Myśl realna do wykonania, pod warunkiem, że odpowiednio się do tego zabiorę. Dlatego staram się jak najwięcej czytać o osobach niepełnosprawnych w różnym stopniu. Tak, aby poznać przyczyny ich ograniczeń, problemy z nich wynikające, jak i ewentualne skutki ich ułomności. 
Niepełnosprawność to nie tylko mózgowe porażenie mózgowe, jak wydaje się większości z nas. Niepełnosprawność to szereg innych schorzeń i ułomności skutecznie utrudniające codzienne funkcjonowanie danej osoby w społeczeństwie. Dlatego za niepełnosprawną uważana jest zarówno osoba z upośledzeniem narządu ruchu, upośledzeniem umysłowym, mająca znaczne wady słuchu i wzroku, jak również ta, która zmaga się z cukrzycą czy też nadciśnieniem. Zdziwieni? Fakt, na pozór te schorzenia nie powinny być zaliczane do niepełnosprawności, ale zważając na powikłania jakie niesie ich nieleczenie można już mówić, że w większości prowadzą one do niej.
Wiecie gdzie najlepiej widać, że niepełnosprawność niejedno ma imię? We wszelkiego rodzaju placówkach, do których uczęszczają takie dzieci. Osobiście chodziłam do klasy z uczniami z niepełnosprawnością umysłową, z krótszą nogą, z porażeniami mózgowymi w większym i mniejszym stopniu ode mnie, z zanikiem mięśni po umieszczeniu nogi w gipsie, z przepukliną kręgosłupową, z zespołem Apperta, z zaburzeniami psychicznymi, z niesprawną jedną nerką. Wielu z nich na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie zdrowych. Ale tak nie jest. I naprawdę żal mi jest czytać wpisy, w których ich autorzy sugerują, że problemy ze wzrokiem, mukowiscydoza czy też cukrzyca to żadna niepełnosprawność. Nieprawda! To też jest niepełnosprawność, dla nią dotkniętych być może jeszcze większa niż niepełnosprawność ruchowa.
Z drugiej strony zauważyłam dziwną zależność, że dla wielu osób, zwłaszcza starszych, osoba niepełnosprawna to taka, która porusza się na wózku inwalidzkim, o kuli, bądź nie ma jakiejś kończyny. Ja z moim zachwianiem równowagi jestem dla nich tylko osobą np. pod wpływem alkoholu bądź narkotyków. W sumie nie dziwię się starszym osobom, które przeżyły np. wojnę i taki obraz osoby niepełnosprawnej zachował się w ich umyśle. Tego się nie zmieni, a bynajmniej nie tak łatwo. Dlatego jestem za edukacją na ten temat w ramach zajęć szkolnych. Tym bardziej, że bardzo często zdarza się tak, że dziecko z niepełnosprawnością jest zapisane do w miarę przystosowanej szkoły masowej, ale "nie ma do niej wstępu". Problemem są teoretyczne bariery, ale nie od dzisiaj wiadomo, że największe bariery są tak naprawdę w naszych głowach. Przez lata tkwimy w głęboko ukrytych stereotypach dotyczących niepełnosprawności, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Raz, jak usłyszałam od babci jej teorię na temat tego, dlaczego jestem niepełnosprawna i czego nie mogę robić, to włos mi się zjeżył na głowie.
Myślenia starszych osób raczej trudno jest zmienić, ale na myślenie młodych osób mogę już wpłynąć. Cieszę się więc, że dostałam szansę pracy w świetlicy środowiskowej, praktyk w szkole, wolontariatu w Oratorium, a nawet pomocy w przygotowaniu kandydatów do sakramentu bierzmowania. Nie zawsze jest i nie zawsze było łatwo, czasami człowiek ma ochotę wyć z bezsilności. Na szczęście zawsze wtedy znajduje się ktoś, kto szczerze wesprze w tym, co się robi. Myślę, że to wszystko pokazuje też, że osoby niepełnosprawne, przy odpowiednim wspomaganiu ze strony innych, też mogą coś wnieść w społeczeństwo i jego funkcjonowanie. Ważna jest przy tym samoświadomość tego, kim się jest, jakie ma się zasoby, ale i ograniczenia. Z tym łatwiej jest iść przez życie i działać.
Marzę o zorganizowaniu warsztatów szkolnych. Takich, które uświadomiłyby i pokazały dzieciakom, że chociaż możemy różnić się od siebie wyglądem, zachowaniem, to jednak bardzo często mamy te same zainteresowania, marzenia, pragnienia. Że czasami musimy się wspierać w dążeniu do osiągnięcia celu. Że wzajemnie możemy się od siebie wiele nauczyć. Może wreszcie wykorzystam to, czego nauczyłam się podczas studiów z pracy socjalnej w Krakowie. Ot, takie trochę naiwne marzenie czy też pragnienie ukryte gdzieś na dnie serca...

wtorek, 24 czerwca 2025

2216. Mały płomyczek w pochmurny dzień

Nie zdałam filozofii. A raczej zdałam ją połowicznie. Co nie zmienia faktu, że dalej mam niezaliczone ćwiczenia, a bez tego nie mogę podejść do egzaminu. Pocieszające dla mnie jest to, że zostaje mi do zdania jedno kolokwium. Ostatnie. Z filozofii najnowszej. I chyba dlatego najbardziej zagmatwane, jak dla mnie. Filozofia starożytności i średniowiecza nie sprawiała mi większych problemów, ale filozofia nowożytna i najnowsza, i owszem. Może dlatego, że zmienił się wykładowca, a przez to i sama forma wykładów? Może dlatego, że z filozofami działającymi w starożytności i średniowieczu ma się więcej styczności? O takich Platonach, Sofoklesach, świętym Bernardzie czy też Tomaszu z Akwinu słyszało się już wcześniej, chociażby na lekcjach języka polskiego czy historii, o Pascalu, Heglu czy Gadamerze - niekoniecznie. Sytuacja wygląda tak - przed wakacjami wykładowca ma jeszcze raz konsultacje. Planuję na nie iść i jeszcze raz spróbować przynajmniej z tym ostatnim kolokwium, chociaż, nie ukrywam, chciałabym też podejść do egzaminu. Uda się, to będę szczęśliwa, nie, to będzie trzeba ogarnąć się do września i sesji poprawkowej.
Trochę podłamało mnie to niezaliczenie, bo liczyłam na to, że wreszcie się uda i będę mogła na spokojnie przygotowywać się do egzaminu. A tu jeszcze z tyłu głowy będę miała to, że najpierw mam do zaliczenia ćwiczenia. Na szczęście część materiału z kolokwium i z egzaminu pokrywa się ze sobą, a więc tej nauki nie ma znowu tak dużo. Po drodze jeszcze obrona magisterki, ale to pikuś. 
Po powrocie do domu włączyłam na chwilę komputer i facebooka. Chciałam tylko napisać na grupowej konwersacji, że zdałam tylko trzecie kolokwium, kolejne chciałabym za kilka dni. I wtedy mój wzrok padł na zupełnie nową wiadomość. Kiedy zobaczyłam jego adresata aż uśmiechnęłam się sama do siebie. Ksiądz Wojtek! Większej niespodzianki nie mogłam sobie wymarzyć na ten dzień, trudny dzień. Wiedziałam, że ma konto na portalu, ale nigdy nie miałam odwagi do niego "zagadać", nie czułam się tego godna. A przecież on zawsze traktował mnie normalnie. Jako pierwszy kapłan w parafii widział we mnie materiał na animatora salezjańskiego. Powierzał zadania na miarę moich możliwości, rozliczał z nich, chwalił, ale też ochrzaniał. W konfesjonale zawsze powiedział coś krzepiącego, nawet jeżeli najpierw zrugał. Traktował mnie na równi z innymi animatorami z Oratorium, chociaż musiał modyfikować wymagania względem mnie. Pokazał też, że księża mogą utrzymywać relacje z kobietami, i że mimo wszystko można w nich zachować nieskazitelną czystość. Był w naszej parafii tylko dwa lata, ale jakie to były piękne i owocne lata.
I teraz ta wiadomość od niego, jakby ponownie podświadomie wyczuł, że potrzebuję tego. Odpisałam mu, po jakimś czasie i on mi odpisał. I znowu ja jemu. Nawet przeszła mi przez głowę myśl, jak pięknie by było, gdyby był u nas proboszczem. Może zgodziłby się na niektóre moje pomysły. A może i nie, ale powiedziałby mi to normalnie, ze zrozumieniem, wytłumaczył dlaczego. Bo chyba bycie proboszczem nie zmieniło go tak bardzo. Że nadal bije od niego skromność, pokora i wyrozumiałość. Że nie zapomniał, że dostał władzę od kogoś postawionego wyżej, że ktoś mu kiedyś w tym zaufał. Że tylko kieruje parafią, zarządza, a nie ma ją na własność. Że zarówno to co zbuduje, jak i to co zniszczy będzie procentowało w przyszłości. Że jest takim promyczkiem dla swoich parafian w trudnych momentach, jakim był, i jak się okazało w dalszym ciągu jest, dla kogoś takiego jak ja... Do dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci, sercu i modlitwie.
źródło zdjęcia
Czy uda się kontynuować tą znajomość choćby za pośrednictwem potralu społecznościowego? Bardzo bym tego chciała i pragnęła...

poniedziałek, 23 czerwca 2025

2215. Góry w plecaku

W górach jest wszystko co kocham
Zewsząd cisza...
Tylko czasami nieśmiało zaszumi kosodrzewina
Jakby zachęcając: "Idź śmiało przed siebie".
Więc idę, idę, i idę.
Rozmyślając...
nad tym co jest, co było, i co będzie.
Tutaj tak łatwo to przychodzi.
Wtem wchodzę na sam szczyt,
oddychając pełną piersią.
Zdobywam kolejną górę w swoim życiu.
Dosłownie,
W przenośni...

Podczas jednej z naszych grupowych rozmów na wydziale padła propozycja, abyśmy na zakończenie sesji wybrać się na jednodniowy wypad w góry. Nawet jeżeli był to tylko żart, to niektórzy potraktowali go bardzo poważnie. W końcu zebrała się nas pięcioosobowa ekipa, a Madziałek obiecał wybrać jakąś "łatwą" górę, żebym i ja mogła z nimi iść. W końcu padło, że idziemy na Magurkę, szczyt który już raz udało mi się zdobyć, ale w zimowej aurze. Teraz miałam zrobić to latem. Co prawda jeszcze nie jestem po sesji, ale... Postanowiliśmy wybrać się na naszą wyprawę w niedzielę, bo wtedy wszystkim pasowało.
Byłam zmęczona po oprowadzaniu dzieciaków po Wadowicach, które miało miejsce poprzedniego dnia. A jednak zmobilizowałam się i znowu skoro świt wstałam i udałam się do Kato, gdzie już czekali na mnie chłopcy. To od nich dowiedziałam się, że Madziałek do nas dojedzie swoim samochodem, bo zaspała. Ups, zdarza się. Kiedy nadjechał pociąg, zajęliśmy cztery miejsca i ruszyliśmy na podbój gór.
Ale najpierw Msza święta, bo przecież to niedziela, a my jako przykładni studenci Wydziału Teologicznego nie chcieliśmy z niej rezygnować. Niewielki, przytulny wiejski kościółek dający przyjemny chłodek sprzyjał skupieniu się na tym, co mówi kapłan. Przez chwilę zastanawiałam się, czy odczytywana Ewangelia nie jest tą, którą "rozwaliłam" podczas spotkania DA z S-ca z biskupem Ważnym. I to właśnie była ona. Może dlatego trochę inaczej niż zwykle ją odebrałam. Wygłoszone przez księdza kazania opierało się na rozwinięciu trzech zaleceń, aby zjednoczyć się z Bogiem i odkryć kim jest Jezus. Po pierwsze powinniśmy obumrzeć w swoim dotychczasowym życiu. Po drugie, powinniśmy podczas dźwigania naszych codziennych krzyży zaufać Bogu. I wreszcie po trzecie - powinniśmy iść naszymi własnymi ścieżkami. Myślę, że dużo ciekawsze było ich rozwinięcie, ale to jest temat na osobny wpis.
Po skończonej Mszy poszliśmy do mapy, na której zaznaczone były szlaki prowadzące na Magurkę. Madziałek zapytała mnie, jakim szlakiem szliśmy w listopadzie z księdzem Krisem i Ciemnymi Typami. Dobre pytanie, żebym to ja to pamiętała. Wiem, że byliśmy pod kościołem, bo tutaj odmawialiśmy pierwszą dziesiątkę różańca. A potem ruszyliśmy w górę. W ostateczności Madziałek przyznał, że zna ciekawe podejście, ale od innej strony. Od czego jednak był samochód. Wsiedliśmy do niego i raz dwa byliśmy w odpowiednim miejscu. Zaopatrzeni przez niektórych w energetyki ruszyliśmy na podbój szczytu.
Większość trasy przeszliśmy drogą asfaltową, ale od czasu do czasu wchodziliśmy na kamieniste ścieżki, tzw. skrótowce. Nie były one takie złe, to znaczy chodziłam nie raz po bardziej wymagających. Po drodze gadaliśmy dosłownie o wszystkim i o niczym. Bardzo dobrze dobrana z nas grupa. A mnie dodatkowo cieszyło to, że w razie konieczności reszta bez szemrania na mnie zaczekała.
W końcu po około dwugodzinnym marszu w górę naszym oczom ukazał się budynek schroniska na Magurce. A więc dotarliśmy do celu naszej wędrówki. Yupiii! Przyszedł czas na zasłużony odpoczynek.
Bardzo dawno temu trenowałam biegi narciarskie więc ten tego - coś dla mnie jak znalazł.
Konkurs na najgłupszą minę po dotarciu na szczyt.
Lekko zmęczeni, ale szczęśliwi niczym szczypiorki na wiosnę zajęliśmy jedną z wolnych ławek przed schroniskiem. Wyciągnęłam moje bułki oraz Nokię, a upewniwszy się, że jest zasięg, wysłałam SMSy z pozdrowieniami do najbliższych znajomych. I tak uzbierało ich się dosyć sporo, bo 15. Trochę żałowałam, że nie mogę wysłać im żadnego zdjęcia, ale to nie ten typ telefonu. SMS musiał im wystarczyć. A zdjęcia zawsze mogę im pokazać po powrocie.
Kiedy trochę odpoczęliśmy i posililiśmy się (szczerze powiedziawszy to osobiście wyruszyłam w tą wędrówkę bez śniadania, więc bułka z serem szybko zniknęła w mojej paszczy), a ja odczytałam wszystkie SMSy zwrotne, padła propozycja, aby iść jeszcze na pobliski Czupel (933 m. n. p. m.). 
Na Czupel to ja dotąd co najwyżej wbiegałam w ramach Maratonu Trzech Jezior, i to od drugiej strony wzgórza. A ponieważ nie czułam się specjalnie zmęczona, postanowiłam iść z resztą grupy. To tylko kilka kilometrów więcej. Nie żałowałam tej decyzji. Tym bardziej, że w trakcie tej wędrówki znalazłam niewielki, niepozorny kamyczek na leśnej ścieżce. Schowałam go do kieszeni z postanowieniem, że przy najbliższej okazji dam go Księdzu Niosącemu Światło. Nie może iść w góry, więc niech ma chociaż ich namiastkę... Po drodze mijaliśmy takie ciekawe kamienne obiekty. Spokojnie, kamyczek naprawdę jest z drogi, a nie z nich. Od dawna mnie one zaintrygowały, myślałam że są one tylko od przeciwnej strony szczytu, ale okazuje się, że nie.
Wkrótce dotarliśmy na szczyt, na który jak dotąd przyszło mi wbiegać. Mimo wszystko wolę wolniejszą wersję jego zdobywania. Jest zdecydowanie mniej wymagająca. Oczywiście zdjęcie grupowe musiało być.
I na Czuplu nie brakowało niesamowitych kamiennych piramidek.
Synkowi jednak to nie wystarczyło i postanowił wejść na jeszcze wyższy pułap...
A takie widoki mu się ukazały:
Podobno Tatry...
Chwila na odpoczynek i powoli zaczęliśmy kierować się ku drodze powrotnej tą samą ścieżką, która nas doprowadziła na Czupel. Kiedy na naszych zegarkach pojawiła się godzina piętnasta, ten kto miał wyciągnął różaniec, aby odmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Było nas pięcioro, więc dla każdego wypadło po dziesiątce. Turyści różnie reagowali, ale raczej to były pozytywne reakcje. Na polanie przy schronisku odbiliśmy na szlak, który przywiódł nas na Magurkę. Po drodze jeszcze ostatni rzut oka na poniższe widoki i powoli zaczęliśmy schodzić w dół, gdzie czekał na nas samochód Madziałka.
Zejście ze szczytu poszło nam sprawniej niż wejście na niego, ale też trzeba było bardziej się skupić, aby nie wywinąć przysłowiowego orła. Zapewne któryś z chłopców pomógłby mi wstać i się pozbierać, ale lepiej zapobiegać niż leczyć. Na szczęście obyło się bez ani jednej wywrotki w moim wydaniu. Schowany w kieszeni kamyczek radośnie podskakiwał w mojej kieszeni, a ja, o dziwo, wcale nie odczuwałam jakiegoś dużego zmęczenia. U podnóża obejrzałam się za siebie - i w zasadzie nie potrafiłabym określić, czy bardziej wolę Magurkę w wersji zimowej czy letniej, bo każda ma swój urok, ale też wspinaczka na nią w danej porze roku ma tak samo plusy, jak i minusy. Teraz każdy z nas przybił sobie "piątkę" i pogratulował sobie wejścia na dwa szczyty i zejścia z nich.
Po tak udanej wyprawie wróciliśmy na chwilę do rodzinnego domu Madziołka, gdzie na werandzie już czekał na nas grill oraz smakołyki na nie. Rozsiedliśmy się za stołem, a nasi dzielni chłopcy zabrali się za przygotowanie kiełbasek. Dodatkowo mama Madziałka poczęstowała nas domową szarlotką oraz zimną lemoniadą.
Czas mijał nam na rozmowie, śmiechach i chichach. Nawet nikt nie zauważył, że czas nieubłagalnie uciekał i wkrótce na zegarkach pojawiła się godzina 20. Na szczęście Madziałek wracał do S-ca (nie tylko ja nie mam jeszcze zaliczonej historii filozofii), a że była samochodem, to zaoferowała, że będzie naszym szoferem. Byłam jej za to bardzo wdzięczna - przynajmniej nie trzeba było kombinować z ogarnięciem pociągu powrotnego. I na pewno byłam w domu szybciej.
Dzisiaj zajrzałam na chwilę do księdza do szpitala zobaczyć jak się czuje. Właściwie to już na dniach wychodzi. Przy okazji pokazałam mu kilka zdjęć prezentujących górskie krajobrazy. Daleko im co prawda do idealności, ale i tak się cieszył. Mam wrażenie, że on by się cieszył nawet wtedy, gdybym mu pokazała całkowicie zamazane kadry. Widać to było po jego oczach. I po lekkim uśmiechu. Ale tak, chociaż na twarzy widać było zmęczenie, to oczy śmiały się jak najbardziej szczerze. Zresztą sam mówił zaledwie trzy tygodnie wcześniej na kazaniu, że to z nich można najwięcej wyczytać o duszy człowieka. 
Ja wiem, że Magurce i Czuplowi daleko do tych jego Dolomitów, ale na razie to chyba szczyt moich aktualnych możliwości. Kiedy go za to przeprosiłam to kazał mi się nie przejmować. Beskid Mały też może być. W końcu to tak jakby mój osobisty Mont Everest. Prawie a zapomniałam o kamyczku w mojej kieszeni. Tym bardziej, że przyszła siostra księdza i zamieniła ze mną kilka zdań. Wiecie, chciałam zapytać ją co tak właściwie z nim jest, ale chyba podświadomie bałam się usłyszeć prawdy. Na szczęście przed wyjściem odruchowo włożyłam rękę do kieszeni i palcami przejechałam po chropowatej powierzchni. Ale potem już iść. Pora wizyt dobiegała końca, a i wiadomości do poprawki z filozofii (Jesu, jak ja podołam tym dwóm kolokwium na raz?) same nie wejdą mi do głowy. I jeszcze wypada przejrzeć notatki z ostatnich dwóch lat do obrony z Nauk o Rodzinie. Tak sobie myślę, że to dopiero jest prawdziwy Mont Everest do zdobycia.

sobota, 21 czerwca 2025

2214. Spacer po śladach trzech wadowickich świętych

W październiku dwa lata temu w pełnym wymiarze pierwszy raz zorganizowałam wycieczkę do Wadowic oraz Kalwarii Zebrzydowskiej. Chociaż doskonale znałam obydwie miejscowości nawet bardzo dobrze, trudno nie znać terenów, po których biegało się za dzieciaka, niby już miałam okazję i przygotować listę z danymi uczestników wyjazdu (wtedy już pomagałam księdzu w ogarnięciu wyjazdu na spotkanie młodych na Lednicę), i ubezpieczyć całą grupę, to jednak odczuwałam pewien wewnętrzny niepokój. Wtedy, w październiku 2023 roku miałam połączyć wszystko w całość. Miałam jednak tą świadomość, że ktoś mi zaufał. Ktoś wierzył, że za dyplomem licencjatu z turystyki religijnej kryją się konkretne umiejętności. Nawet w przypadku takiego kogoś, jak ja. Wiedziałam, że nie mogę zawieść tej osoby. Zrobiłam wszystko najlepiej, jak mogłam i jak umiałam. I chociaż było wiele niedociągnięć, to ogólnie chyba wyszło nie najgorzej, a ja wiedziałam nad czym mam popracować. I tylko żal mi było tego, że główny inicjator wyjazdu nie mógł wziąć w nim udziału. Ale takie jest już to nasze życie. Nie wszystko w nim idzie tak, jakbyśmy chcieli. Mimo to usłyszałam od niego słowa uznania, a przy okazji mogłam wykorzystać zdobyte podczas studiów umiejętności. Na tyle, na ile pozwalało mi moje ciało.
Kiedy składałam w lipcu 2014 roku papiery na turystykę religijną, z tyłu głowy miałam myśl, że będę mogła od czasu do czasu zrobić jakąś wycieczkę chociażby dla parafialnej scholi, w której wtedy aktywnie działałam. Niekoniecznie dalekie, u nas w okolicy też jest wiele pięknych i ciekawych miejsc godnych zobaczenia. I to od nich chciałam zacząć. Zainteresowanie było, gorzej z ustaleniem terminu, który był przenoszony czasami z całkowicie błahego powodu. Dlatego dosyć sceptycznie podeszłam do propozycji Księdza Niosącego Światło, nie mając pewności, że i tym razem nie skończy się tak samo. Ale tym razem ksiądz dodał to ogniwo łańcucha, którego brakowało w scholi - wziął terminarz i wyznaczyliśmy kilka ewentualnych dat, a z nich wybraliśmy tą jedną. Taki drobiazg, który stanowił solidny fundament dla całości i dawał poczucie bezpieczeństwa. Tak niewiele, a zrobiło niesamowitą różnicę.
We własnej parafii w dalszym ciągu nie zrobiłam żadnej wycieczki. Dla jasności - schola przez ten czas raczej nigdzie nie była, no chyba ze na ogólnych pielgrzymkach organizowanych przez proboszcza. A on raczej nie jest chętny do współpracy ze mną. I ze wzajemnością. Za to po jednej z rozmów z kierownikiem Oratorium w S-cu, zaproponował mi on zorganizowanie takiej dla prowadzonej przez niego placówki. Ja z kolei zaproponowałam mu jednodniowy wyjazd do Wadowic. Raz, o Wadowicach mogę mówić i mówić. Dwa - miałam jeszcze szkielet tamtej pielgrzymki. Mogłam więc wprowadzić pewną korektę i viola! Ale wcześniej poprosiłam o konkretny termin, którego wszyscy mieliśmy się trzymać. No przepraszam, ale nie ufam już zapewnieniom, typu: pojedziemy na wiosnę. Ale słowom: pojedziemy w drugiej połowie czerwca - już tak. Co prawda sobota po Bożym Ciele nie napawała mnie optymizmem, ksiądz Jacek kazał mi być jednak dobrej myśli. I w sumie miał rację, bo kiedy w środę zobaczyłam listę uczestników, to była ona pełna. A w sobotę zobaczyłam to wszystko na własne oczy.
Nie wiem czy wiecie, ale z Wadowicami związane sylwetki aż trzech świętych Kościoła Katolickiego. Wiem, wiem, z takim Krakowem, czy też Warszawą związana jest jeszcze większa ich liczba, jednak zważając na to, że Wadowice to raczej mała i niepozorna miejscowość, uważam, że to dobry wynik. I właśnie śladami tych świętych zaproponowałam zwiedzanie.
Po dotarciu na miejsce niespiesznie udaliśmy się na Plac Jana Pawła II. Po drodze minęliśmy Wadowickie Centrum Kultury. Przed II wojną światową była to siedziba Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół". Do niego na gimnastykę uczęszczał Karol Wojtyła w okresie nauki w gimnazjum, a także stawiał w nim pierwsze kroki na teatralnej scenie. Dzisiaj znajduje się w nim chociażby kino studyjne. Niebawem znaleźliśmy się na Placu im. Jana Pawła II (zwanym w przeszłości Placem Armii Czerwonej lub po prostu Rynkiem), centrum życia miasta. Wybudowany w połowie XV wieku na planie kwadratu, przez ten czas niewiele zmienił swoje wymiary. To tutaj w okresie międzywojennym odbywały się tradycyjne jarmarki w czwartki i soboty. To tutaj w 1929 roku do Wadowiczan przemawiał ówczesny prezydent Polski, Ignacy Mościcki. To tu miały miejsca spotkania papieża Jana Pawła II z wiernymi w  1979 i 1999 roku, a także papieża Benedykta XVI w 2006 roku. To tutaj znajdowały się najważniejsze budynki w mieście - fara, urząd miasta, karczma. 
Karol Wojtyła to postać, która bez wątpienia kojarzy się z Wadowicami. To tutaj przyszły papież przyszedł na świat, to tutaj został ochrzczony i bierzmowany, to tu chodził do szkoły powszechnej i śladem starszego brata, do liceum. To tu grał w piłkę, pływał w Skawie i stawiał pierwsze kroki na scenie w Sokole i w Domu Katolickim. W końcu to tutaj spędził pierwszych 18 lat swojego życia. Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od nawiedzenia bazyliki Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny na wadowickim rynku. To w niej 105 lat i jeden dzień wcześniej miesięczny Karol Józef otrzymał z rąk księdza kapelana Franciszka Żaka sakrament chrztu świętego. Dziś można zobaczyć pamiętną chrzcielnicę w jednej z kaplic. To także w tym budynku rozpoczynał każdy dzień od służenia do Mszy świętej, nawet na dwóch Mszach pod rząd.
Do końca nie wiadomo kiedy kościół został wybudowany. Pierwsza wzmianka o nim, jeszcze jako filii parafii usytuowanej w położonym nieopodal Mucharzu, pochodzą z 1325 roku. Dziesięć lat później włączono go do parafii w Woźnikach. Budynek był drewniany, toteż został zniszczony przez pożar w 1440 roku. Niebawem na jego zgliszczach wzniesiono nowy, murowany kościół. Dziś pozostały po nim dwuprzęsłowe prezbiterium. 18 maja 1726 w mieście wybuchł pożar, który poważnie uszkodził budynek sakralny. Odbudowano go pod koniec XVIII wieku w stylu późnobarokowym. Zachodnią fasadę wieńczy wieża z baniastym hełmem. Początkowo parafia nosiła wezwanie Wszystkich Świętych, jednak w pierwszej połowie XIX wieku papież Grzegorz XVI zmienił je na Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Wiek XIX przyniósł też liczne zmiany architektoniczne. Od wschodniej strony kościoła dobudowano dwukondygnacyjny aneks. Jego parter mieścił zakrystię, a pierwsze piętro skarbiec. U schyłku XIX wieku została odrestaurowana fasada w stylu barokowym - otrzymała reprezentatywny balkon powyżej głównego wejścia oraz dodano kamienne rzeźby przedstawiające m.in. Matkę Bożą w otoczeniu św. Wojciecha i św. Stanisława - patronów naszego kraju. Kościół zelektryfikowano w 1931 roku. Pod koniec II wojny światowej w kościół trafiła bomba, która uszkodziła dach. Budynek przez cały rok był wyłączony z użytku, a nabożeństwa odprawiano w znajdującym się po sąsiedzku Domu Katolickim. Przy okazji odbudowy dobudowano dwa boczne wejścia i przedsionki z obu stron korpusu nawowego. Rozbudowano też zachrystię. Od 1992 świątyni przysługuje tytuł bazyliki mniejszej.
Po wejściu do świątyni oczom pielgrzymów ukazuje się okazałe prezbiterium. Uwagę w nim przyciąga odnowiony i ozdobiony polichromią ołtarz główny z wizerunkiem patronki świątyni - Maryi Panny trzymającej Dzieciątko na rękach. Postać odziana jest w srebrną szatę. W bazylice warto spojrzeć na malowidła na suficie. Te nad ołtarzem nawiązują do encyklik papieża Jana Pawła II, zaś te nad nawą główną do ewangelicznych ośmiu błogosławieństw.
W bazylice możemy zwiedzić cztery kaplice usytuowane w czterech jej rogach. Od strony północno - wschodniej znajduje się kaplica Świętej Rodziny. Tym, co może w niej zaciekawić jest figurka św. Jana Kantego (profesora Akademii Krakowskiej) w miejscu św. Joachima (ojca Maryi Panny). To w tej kaplicy znajduje się barokowa chrzcielnica z kamienia przykryta złotą kopułą zwieńczoną krzyżem. Była ona niemym świadkiem sakramentu chrztu świętego, którego 20 czerwca 1920 roku miesięcznemu Karolowi Wojtyle udzielił kapelan wojskowy i wikariusz parafii, ks. Franciszek Żak. W ramach wdzięczności dorosły już Karol Wojtyła ucałował ją kilkakrotnie, np. w dniu 50 urodzin, czy też już jako papież Jan Paweł II w 1979 r. Przy chrzcielnicy modlił się także papież Benedykt XVI w 2006 r.
Od strony północno - zachodniej znajduje się licząca ponad 100 lat kaplica Matki Bożej, gdzie umieszczony jest łaskami słynący obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Został on ukoronowany przez Ojca Świętego Jana Pawła II w dniu 16 czerwca 1999 roku w trakcie Jego trzeciej wizyty w rodzinnym mieście. Kaplicę od reszty kościoła oddziela czarna krata, na której widnieje napis "Totus Tuus", herb papieski oraz liczne wota składane przez wiernych za otrzymane łaski. W dole obrazu można odczytać łacińską sekwencję: "S. Maria de Perpetuo Succursu", co można tłumaczyć jako Matka Boża Nieustającej Pomocy. Od niemal wieku jest on otaczany wielką czcią. Ciekawostką jest, że szczególnym kultem cieszy się wśród dzieci i młodzieży. To przed nim codziennie modlił się mały Karol Wojtyła, zanim udał się do szkoły. Obraz znajduje się w środku neogotyckiego ołtarza, który zbudowano w 1903 roku. Po jego lewej stronie na czerwonej poduszce znajduje się złoty różaniec papieski. Z prawej strony można zobaczyć budzik, który jest darem mieszkańców Lourdes dla Jana Pawła II. Po śmierci Ojca Świętego został on przekazany jako wotum dla Pani Wadowickiej. W ten sposób stał się jednym z elementów klamry, która symbolicznie spina czas życia Jana Pawła II.
Od strony południowo-wschodniej znajduje się kaplica Świętego Krzyża z wizerunkiem Ukrzyżowanego Chrystusa. Znajdują się w niej również relikwie św. Ojca Maksymiliana Marii Kolbe, św. Szymona z Lipnicy oraz św. Ojca Pio.
Z kolei w znajdującej się w południowo-zachodniej kaplicy papieskiej można zobaczyć relikwiarz z relikwiami Jana Pawła II. Jej wystrój stanowią elementy papieskiego ołtarza wzniesionego w Wadowicach z okazji spotkania papieża Benedykta XVI z wiernymi w 2006. Kaplicy symbolicznie strzegą postacie strażników w barwnych mundurach Gwardii Szwajcarskiej.
Po krótkiej modlitwie udaliśmy się z dzieciakami do muzeum znajdującego się w stojącej tuż obok żółtej kamienicy. To tu mieszkała rodzina Karola Wojtyły w latach 1919-1938. Wojtyłowie wynajmowali dwupokojowe mieszkanie z kuchnią na piętrze budynku należącego do znanej w mieście żydowskiej rodziny Róży i Yachiela Bałamuthów. Na parterze budynku od strony rynku znajdował się Dom Handlowy należący do Bałamutha, a w oficynie na tyłach obiektu znajdowały się małe zakłady rzemieślnicze oraz mieszkania do wynajęcia. Do mieszkania Wojtyłów wchodziło się przez dziedziniec, a następnie stromymi schodami na znajdującą się na piętrze galerię. Mieszkanie było skromnie urządzone. To w nim 18 maja 1920 roku przyszedł na świat Karol Wojtyła. Ale też w tym mieszkaniu w 1923 roku zmarł dziadek przyszłego papieża, Maciej Wojtyła, a także w 1929 roku matka małego Karola - Emilia. Kiedy po rewelacyjnie zdanej maturze w 1924 roku Edmund Wojtyła wyjechał do Krakowa na studia medyczne, mieszkanie zajmowane było jedyne przez rodziców i młodszego z braci. Jednak przerwy wakacyjne Edmund starał się spędzać w domu, realizując praktyki lekarskie w miejskim szpitalu powszechnym. W kwietniu 1929 roku po długiej chorobie umiera matka Karola, Emilia, a trzy lata później w bielskim szpitalu jego starszy brat, Edmund. Odtąd w mieszkaniu mieszkali już tylko ojciec i młodszy z synów. Karol Wojtyła senior gorliwie prowadził gospodarstwo domowe oraz wychowywał syna - uczył go języka niemieckiego, razem czytali książki, był wiernym kibicem Karola w jego rozgrywkach sportowych, jeździł też z nim na szkolne wycieczki jako opiekun i wędrowali razem szlakami Beskidu Małego. Wspólnie też chodzili na poranne Msze święte i odmawiali różne modlitwy. Latem 1938 roku obydwoje Wojtyłowie przeprowadzili się do Krakowa, gdzie Karol rozpoczął studia polonistyczne. Do 1984 roku w mieszkaniu przy ulicy Kościelnej 7 (dawniej Rynek 2) mieszkały inne rodziny. Z okazji 64 rocznicy urodzin Jana Pawła II utworzono w nim muzeum poświęcone temu wybitnemu wadowiczaninowi.
Po wyjściu z muzeum zwróciłam moim dzieciakom uwagę na dwa obiekty. Pierwszy to budynek dawnej jadłodajni higienicznej, w którym dzisiaj znajduje się siedziba miejskiego oddziału PTTK oraz muzeum miejskiego. Jest to jeden z najstarszych budynków w mieście, z około 1800 roku. Wybudowany w stylu klasycystycznym w stylu dworku. Charakterystycznym elementem architektury jest przedsionek i znajdujący się nad nim balkon. Tworzą one tzw. ryzalit frontowy. Balkon zdobią kanelowane kolumny jońskie wspierające belkowanie i trójkątny przyczółek nad wejściem. Pod koniec XIX wieku należał on do bogatej rodziny Schwartzów, następnie do Marii ze Schwartzów Gedlowej, aż w końcu do lekarza Jana Moskała. Jan Moskał w swoim testamencie zapisał budynek Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego na działalność naukowo-badawczą. W dwudziestoleciu międzywojennym na parterze znajdowała się jadłodajnia należąca do Marii i Alojzego Banasiów, rodziców szkolnego kolegi Karola, Jana. To w niej po śmierci Emilii stołowali się Wojtyłowie. Najczęściej były to flaczki i pierogi ruskie. Po wojnie mieściła się tutaj szkoła handlowa. Od 1968 roku budynek należy do miasta. Przez wiele lat kamienica była siedzibą Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej, biura PTTK, Działu Zbiorów Specjalnych biblioteki miejskiej, a w piwnicach działała galeria Biura Wystaw Artystycznych. Dzisiaj mieści się w nim muzeum miejskie, a ekspozycje mają charakter historyczno-regionalny i dotyczą historii Wadowic oraz najbliższej okolicy.
Drugi obiekt to budynek dawnego Magistratu, a aktualnie Urząd Miasta. W Magistracie mieściła się kiedyś szkoła powszechna, a nawet, przez pierwszych 9 lat, klasy gimnazjum klasycznego. Na przełomie XIV i XVII wieku, tam, gdzie aktualnie znajduje się plebania, została założona pierwsza szkoła parafialna w mieście. Na początku XIX wieku utworzono pierwszą publiczną szkołę elementarną. Wkrótce została przekształcona w szkołę główną. W połowie wieku została przeniesiona do nowiuteńkiego budynku Magistratu. Parter budynku zajmowały biura urzędu miasta, restauracja oraz cukiernia "Oaza" Jana Hyłki, szkoła mieściła się na piętrach. Warunki nauki były ciężkie - klasy były liczne (nawet 60 uczniów), nauczycieli było zaś mało, sale były zbyt małe, często źle wentylowane i zbyt mało oświetlone. Nie było też toalet. Nauka odbywała się na dwie zmiany. Z powodu niskich środków finansowych brakowało odpowiedniego wyposażenia szkolnego. Pogram nauczania obejmował język polski, rachunki. historię i geografię.
Ruszyliśmy wolno ulicą Lwowską w kierunku kościoła p.w. św. Piotra Apostoła. Po drodze minęliśmy m.in. klasztor sióstr Nazaretanek. Nie bez powodu jest on pod wezwaniem Opatrzności Bożej. Biskup Jan Puzyna wystosował do przełożonych prośbę o założenie domu w Wadowicach. Jednak młode Zgromadzenie nie miało funduszy na rozpoczęcie nowego dzieła. Wtedy biskup przypomniał im, że "apostołowie nie pytali Pana Jezusa o pieniądze, gdy ich rozsyłał. Trzeba zaufać Opatrzności Bożej". W odpowiedzi na prośbę księdza Biskupa, dnia 12 lutego 1896 roku do Wadowic przyjechała Matka Laureta Lubowidzka wraz z trzema siostrami. Od samego początku Siostry podjęły różne formy pracy z ubogimi dziećmi i młodzieżą oraz z dziećmi z upośledzonymi. W 1896 roku otworzyły ochronkę dla dzieci oraz pracownię haftu i bieliźniarstwa dla młodzieży. Rok później założyły Towarzystwo Pań Miłosierdzia im. św. Wincentego a Paulo opiekujący się ubogimi chorymi. Praca sióstr spotkała się z serdecznością. Szybko zostały poproszone o podjęcie pracy w szpitalu w charakterze pielęgniarek ii salowych, jak też w administracji jako księgowe, sekretarki, magazynierki oraz kucharki. Jeszcze w grudniu 1896 roku podjęły prace w wadowickim szpitalu, gdzie przez ponad 50 lat pełniły samarytańską posługę. W 1905 roku rozpoczęto budowę obecnego klasztoru. Już dwa lata później Siostry przeprowadziły się do własnego Domu zakonnego. W nowym budynku utworzono internat dla uczennic z miejscowych szkół. Zorganizowano też miejsce na pracownie krawieckie, haftów, kwieciarstwa i bieliźniarstwa. W 1913 roku oddano do użytku kaplicę. Podczas I wojny światowej Siostry utrzymywały Ochronkę oraz zorganizowały w Domu szpitalik. Tuż przed wybuchem II wojny światowej, z powodu nowych przepisów oświatowych, Siostry dobudowały w Domu piętro i założyły w nim Zawodową Szkołę Krawiecką. Podczas II wojny światowej w Domu Opatrzności Bożej funkcjonowało ambulatorium dla rannych żołnierzy, sierociniec oraz, do 1 listopada 1940 roku, szkołę krawiecką. Działalność tej szkoły wznowiono w 1945 roku, jako Gimnazjum Krawieckie. Od lat 50 stopniowo usuwano Siostry z miejskiego szpitala, a w połowie lat 50 zlikwidowano Liceum Krawieckie i internat przez nie prowadzone. Przedszkole prowadzone przez Nazaretanki działało do 1961 roku. Decyzją władz ich dzieło zostało upaństwowione i przejęte przez państwo. Na początku lat 90-tych budynek powrócił do Zgromadzenia. Dzisiaj Siostry Nazaretanki pracują jako katechetki i zakrystianki w wadowickich parafiach. Opiekują się też Domem Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży Niepełnosprawnej Intelektualnie. Ośrodek to placówka pobytu stałego dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Jego misją jest wszechstronna pomoc mieszkańcom nie będących w stanie samodzielnie zaradzić swoim potrzebom życiowym. Od 2004 roku przy Domu działa grupa wolontariatu, którą tworzą uczniowie ostatnich klas szkoły podstawowej oraz szkół średnich. Siostry prowadzą też Świetlicę dla Dzieci imienia Jana Pawła II, gdzie po skończonych zajęciach szkolnych dzieci i młodzież spędzają czas w gronie swoich rówieśników. Korzystają w niej z pomocy nauczycieli i wolontariuszy, tłumaczących im trudne zagadnienia. Rodzinna atmosfera pełna ciepła i zrozumienia pomaga w prawidłowym rozwoju oraz rozwoju postaw chrześcijańskich.
Koszary wojskowe to obiekt leżący naprzeciwko klasztoru Sióstr Nazaretanek. Zabudowania te zostały wzniesione w 1827 roku dla stacjonujących w Wadowicach od 1820 roku batalionów austriackiego 56. pułku piechoty. Po I wojnie światowej koszary stanowiły bazę 12. Pułku Piechoty Ziemi Wadowickiej. W obydwóch jednostkach w latach 1900 - 1928 służył ojciec Jana Pawła II. Właściwie to do lat 70. XVIII w. Wadowice nie posiadały żadnej pozycji strategicznej ani wojskowej. Ta sytuacja uległa zmianie w 1790 roku, kiedy dowództwo austriackie postanowiło obsadzić drogę łączącą Wadowice z Suchą. W ten sposób chciano zabezpieczyć komunikację w stronę Węgier. Decydujące okazało się wytyczenie traktu łączącego Wiedeń ze Lwowem. Dzięki temu Wadowice stały się ważnym punktem na trasie. Zalety militarne miasta zauważono na przełomie XVIII i XIX wieku. W 1819 roku pojawiły się w nim pierwsze oddziały wojskowe, formacje zapasowe myślenickiego 56 pułku piechoty. Wkrótce dla austriackiej jednostki wzniesiono koszary wojskowe - dwupiętrowy budynek o wymiarach 90 na 90 metrów z dużym dziedzińcem na środku, otoczony arkadowymi korytarzami. W 1825 roku koszary wystawiono przy Gościńcu Cesarskim aby wojsko w każdej chwili mogło skorzystać z głównej arterii  komunikacyjnej miasta oraz całej Galicji. Wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości miejsce 56 pułku austriackiej zajął 12 pułk piechoty (od 1924 r. 12 Pułk Piechoty Ziemi Wadowickiej). W 1854 r. zaadaptowano budynki znajdujące się naprzeciw głównego gmachu koszar. Drugie koszary wraz z zabudowaniami na tyłach mogły pomieścić co najmniej dywizjon kawalerii. W pierwszych latach XX w na terenach zajmowanych przez konnicę, pułk Obrony Krajowej i artylerię, utworzono dzielnicę przemysłową Wadowic. W 1914 roku żołnierze armii austriackiej wyruszyli na wojnę kierując się na południe. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości koszary przy ulicy Lwowskiej stanowiły kwaterę pułkową. Żołnierze pułku wsławili się w wojnie polsko-bolszewickiej biorąc udział w licznych bitwach, a w 1939 r. oddziały brały też udział w obronie podczas II wojny światowej. Do zakończenia II wojny światowej gmach pełnił funkcję obiektu garnizonowego, w późniejszych latach wykorzystywany był do innych celów. Obecnie ten trzykondygnacyjny budynek uważany jest za jeden z lepiej zachowanych tego typu kompleksów w naszym kraju.
Idąc w stronę kościoła zależało mi, aby podejść w jedno miejsce - pomiędzy mostem na stawie, a skrzyżowaniem na końcu ulicy Lwowskiej stoi niepozorny dom. Według najnowszych ustaleń to w nim w latach 1912-1916 mieszkała rodzina Wojtyłów.
Wraz z wyborem Karola Wojtyły na papieża w Wadowicach zrodziła się idea budowa nowego kościoła jako wotum wdzięczności oraz upamiętnienie tego ważnego momentu w historii. W czasie jego pierwszej wizyty w rodzinnym mieście ustalono, że stanie on przy Alei Matki Bożej Fatimskiej. Zamach na życie Jana Pawła II w dniu 13 maja 1981 roku przyczynił się do rozszerzenia inicjatywy wotywnej - nowy kościół pw. św. Piotra Apostoła miał być wotum wdzięczności za wybór, ale też ocalenie Ojca Świętego. Jego budowa trwała w latach 1984-1991, była realizowana wysiłkiem mieszkańców Wadowic. Parafianie nie tylko składali ofiary na nowy kościół, ale też z oddaniem uczestniczyli w pracach budowlanych. Trudu organizacyjnego podjął się ks. Michał Piosek, wikariusz parafii Ofiarowania NBP, późniejszy proboszcz nowej parafii. Temu dziełu poświęcił się bez reszty, nie szczędząc energii, zdrowia i sił, był duszą wszelkich działań, zachęcał i mobilizował parafian do wysiłku i ofiarności, pokonywał biurokratyczne bariery, zdobywał materiały budowlane, doglądał robót itp. W 1985 r. wraz z pielgrzymką parafian udał się do Rzymu, gdzie na audiencji u Ojca Świętego uzyskał błogosławieństwo dla nowej parafii. Uroczysta konsekracja miała miejsce 14 sierpnia 1991 r. w czasie drugiej wizyty Jana Pawła II w Wadowicach. Na placu przed kościołem odprawił on uroczystą Mszę świętą, dokonał także koronacji figury Matki Bożej Fatimskiej, którą wadowickiej parafii ofiarował biskup Fatimy. Poświęcony zespół sakralny symbolizuje drogę Jana Pawła II z Wadowic, przez katedrę na Wawelu na Stolicę Piotrową. Składa się z kościoła, kaplicy Chrystusa Króla, domu katechetycznego z plebanią oraz wolno stojącej wieży. Przed kościołem stoi pomnik Jana Pawła II, dar Watykanu oraz ks. kardynała Franciszka Macharskiego. Na wolno stojącej wieży wiszą trzy dzwony. Trochę żałuję, że nie mogliśmy wejść do środka, gdzie np. posadzka nawiązuje do Placu św. Piotra w Rzymie, ale to już moja wina. Przeszliśmy za to wzdłuż i wszerz cały kompleks parkowy z tyłu kościoła.

Wadowicka "Górka" nierozerwalnie jest związana z postacią św. Rafała Kalinowskiego, który upatrzył sobie to miejsce jako siedzibę jednego z klasztorów zgromadzenia karmelitów bosych. Sprzyjało temu to, że w drugiej połowie XIX wieku w Galicji nastąpił rozwój życia zakonnego. Odradzały się zakony dawne, osiedlały zagraniczne, powstawały też nowe. Do tej pierwszej grupy należeli karmelici bosi. Jednak jedynym klasztorem ocalałym z kasat był dawny erem w Czernej. Odnowiony klasztor cierpiał na brak nowych powołań, dlatego na jesień 1891 roku została podjęta decyzja o założeniu w Galicji drugiego klasztoru z przeznaczeniem na niższe seminarium. Wyszukanie odpowiedniej miejscowości zlecono m.in. ojcu Rafałowi Kalinowskiemu. Pod uwagę brano m.in. Kraków, Nowy Targ, Żywiec, Cieszyn, Bochnię i Wadowice. Ostatecznie wybór padł na ostatnią z miejscowości, z której pochodził znaczny odsetek duchowieństwa diecezjalnego. W lutym i w marcu 1892 roku o. Rafał odwiedził Wadowice w poszukiwaniu parceli z domem. Wydzierżawiono na trzy lata dom Franciszka Foltina przy ul. Żatorskiej. Ponieważ dom okazał się za mały dla potrzeb klasztoru i alumnów, dobudowano małą kaplicę i dwa pokoje. Jego przełożonym został ojciec Rafał Kalinowski, który przybył do Wadowic w sierpniu 1892 roku. Przez pierwsze dwa dni Msze święte odprawiane były w kościele parafialnym, następnie do 14 października w Kaplicy Niepokalanego poczęcia NMP, która znajdowała się w ogrodzie szpitala wojskowego, a od 15 października we własnej domowej kaplicy. Kanonicznej erekcji nowego domu zakonnego dokonał we wrześniu 1892 roku wikariusz generalny zakonu, ojciec Dionizy. W roku 1895 mijał trzyletni okres dzierżawy domu Foltina. Większość ojców klasztoru w Czernej uznała, że najlepiej jest opuścić Wadowice i założyć klasztor w Krakowie na co nalegały krakowskie karmelitanki. Wbrew oporom zgromadzenia przełożeni prowincji wraz z władzami generalnymi zakonu polecili odnowić kontrakt z Foltinem. Pod koniec 1895 padła propozycja, że kościół i klasztor zostaną wzniesione w południowo-zachodnim krańcu miasta. W drugiej połowie 1986 roku władze cywilne zezwoliły  na budowę. Plany klasztoru i kościoła opracowali Adam Kozłowski i T. Prauss. 18 lutego 1898 roku zostały one podpisane przez o. Rafała Kalinowskiego, który od 1897 roku ponownie był przełożonym zgromadzenia zakonnego. W czerwcu 1897 roku zaczęto kopać fundamenty. W sierpniu kolejnego roku południowe skrzydło klasztoru było pod dachem, a w listopadzie cały kościół pokryło zadaszenie. 11 września 1898 roku Jan Puzyna dokonał poświęcenia kamienia węgielnego. Miesiąc później o. Jan Chryzostom Lamoś zastąpił na stanowisku o. Rafała. Przystąpiono też do budowy części zachodniego skrzydła klasztoru, magazynu zakrystyjnego i chóru. W kolejnym roku kościół otrzymał podstawowe wyposażenie wnętrza. Ostatnia Msza święta w starej kaplicy odbyła się 26 sierpnia 1899 roku. W uroczystej procesji tuż po nieszporach przy licznym udziale wiernych i duchowieństwa prowincjał o. Bonawentura Kirschstein przeniósł Najświętszy Sakrament z kaplicy przy ul. Zatorskiej do nowego kościoła, który został konsekrowany następnego dnia przez biskupa Jana Puzynę. 2 września klasztor został wikariatem, a w 1903 roku w pełni uformowanym klasztorem (przeoratem). Pierwszym przeorem wybrano o. Chryzostoma Lamosia. Trzy lata później zastąpił go o. Rafał Kalinowski. Był już wtedy poważnie chory i traktował swój urząd jako czas przygotowania do śmierci. Kalinowski zmarł 17 listopada 1907 roku w klasztorze w Wadowicach.
W dwudziestoleciu międzywojennym budynek zespół klasztorny był dwukrotnie przebudowywany. W 1928 roku przedłużono skrzydło zachodnie klasztoru, a w latach 30. zbudowano nowy budynek szkoły podnosząc całe zachodnie skrzydło o jedną kondygnację. W okresie obu wojen życie w klasztorze uległo dezorganizacji. W połowie września 1914 roku do Wadowic przybyli zakonnicy, którzy opuścili klasztor w Krakowie. Kilkanaście dni później austriackie wojsko zajęło parter i pierwsze piętro klasztorne organizując w nich szpital. Wielu kleryków musiało w  związku z tym udać się do Linzu, a następnie do Wiednia. Po likwidacji austriackiego szpitala w 1918 roku pomieszczenia klasztorne zajęło na trzy lata wojsko polskie. Po klęsce wrześniowej w 1939 roku Wadowice zostały włączone w obręb Rzeszy i znalazły się naj granicy pomiędzy nią, a Generalnym Gubernatorstwem. Pod koniec października budynek gimnazjum zajął niemiecki urząd celny. W lipcu 1942 roku Rzesza przejęła na własność budynki i gospodarstwa klasztorne. W latach 1943 - 1944 Niemcy zajmowali kolejne pomieszczenia klasztorne. Uchroniono jednak zgromadzenie przed wysiedleniem. 23 stycznia 1945 roku celnicy opuścili budynek. Na ich miejsce przyszły oddziały niemieckie, które cofały się ze wschodniego frontu. Ale i one opuściły Wadowice, zaminowując wcześniej teren klasztoru. Na szczęście radzieccy saperzy je rozbroiły. Nie wybuchły też bomby, które wpadły do kościoła w trakcie bitwy o miasto. Aktualnie cele zakonników zajmują południowe skrzydło klasztoru. Nad magazynem zakrystyjnym mieści się chór zakonny, gdzie zakonnicy zbierają się na modlitwę. W zachodnim skrzydle znajdują się kuchnia, refektarz, sala zebrań wspólnoty oraz biblioteka. Biblioteka ta liczy około 20 tysięcy pozycji.

Punktem centralnym przyklasztornego parku jest figura św. Józefa. To właśnie wstawiennictwu tego świętego u Boga przypisywano powstanie klasztoru. Posąg wyrzeźbił w białym piaskowcu dwunastoosobowy zespół. Został on poświęcony w 1900 roku. W połowie lat 70 pomalowano go po raz pierwszy, a w 1999 ponownie. Z czasem na terenie parku powstała dróżka procesyjna okalająca figurę. Od 1992 roku pielgrzymów zmierzających na klasztorny plac wita posąg św. Rafała Kalinowskiego. I chociaż to św. Józef czuwa nad całym miastem, to jednak św. Rafał poprzez gest uniesionej ręki błogosławi przybyłym na "Górkę" pielgrzymom.
W drodze z klasztoru pod siedzibę Liceum pokazałam dzieciakom, gdzie jeszcze nie tak dawno stał dawny szpital miejski, w którym Edmund Wojtyła odbywał praktyki studenckie. Dzisiaj nie pozostał tam kamień na kamieniu.
Zwiedzanie Wadowic zakończyliśmy na budynku I Liceum Ogólnokształcącego im. Marcina Wadowity, mieszczącego się na rogu ulicy Mickiewicza i Gimnazjalnej. Początki szkoły sięgają 1 września 1866 roku, kiedy pierwszy rocznik gimnazjalistów rozpoczął naukę w pierwszej polskiej szkole na zachód od Krakowa. Dlatego szkoła uważana jest za jedną z najstarszych na terenie Galicji. O zezwolenie na założenie szkoły średniej wadowiczanie wnioskowali do władz austriackich już w 1835 roku. Ich starania przyniosły efekt po 31 latach. We wspomnianym 1866 roku otwarto niższe gimnazjum humanistyczne posiadające dwie klasy. Ciężar utrzymania szkoły spoczywał na gminie, toteż mieszkańcy podjęli starania zmierzające do przekształcenia jej w wyższe gimnazjum realne. Wtedy mogłoby być utrzymywane przez państwo. Udało się to i do 1882 roku szkoła funkcjonowała w ramach wyższego ośmioletniego gimnazjum realnego, a następnie znowu ją przekształcono, tym razem w zwyczajne gimnazjum humanistyczne. Przez pierwsze lata szkoła funkcjonowała w dawnym ratuszu mieszczącym się na rynku, a od 1875 roku w nowym, przestronnym budynku tuż przy głównej drodze. W gimnazjum od początku wykładano w języku polskim, a oprócz tego uczono języków niemieckiego, łaciny i greki. Szkołę charakteryzował wysoki poziom nauczania, toteż tylko nieliczni stawali się jej absolwentami po 8 latach nauki. Nauka była płatna, dlatego wielu uczniów ratowała się zapomogami i stypendiami. W szkole panowała patriotyczna atmosfera, a cesarsko - królewskim Gimnazjum była tylko z nazwy. W okresie międzywojennym rocznie uczęszczało do niej około 400-500 uczniów, ukończyło je natomiast 769 z nich. Wszystkich ich witała wisząca nad drzwiami myśl rzymskiego poety Albiusa Tibullusa: To co czyste podoba się Najwyższemu, przychodźcie w szacie czystej i rękoma czystymi czerpcie wodę ze źródła. W tym okresie gimnazjum klasyczne przekształcono w Państwowe Gimnazjum i Liceum. Wielu uczniów i nauczycieli walczyło w czasie II wojny światowej i niestety, wielu z nich poległo. Z murów wadowickiego gimnazjum wyszli m.in. dowódca obrony Warszawy, generał Walerian Czuma, kardynał lwowski, św. Józef Bilczewski, literat Emil Zegadłowicz oraz papież Jan Paweł II. W tym miejscu poopowiadałam trochę mojej grupie o trzecim świętym związanym z Wadowicami, Józefie Bilczewskim. Co mnie zdziwiło, to to, że nawet ksiądz, który był z nami, niewiele wiedział o nim. Tymczasem mój licencjat z pedagogiki dotyczył patriotycznych wskazań w pismach św. Józefa Bińczewskiego, więc coś o nim wiedziałam i mogłam im opowiedzieć. Dla zaciekawionych - >>klik<<.
Na tym skończyłam oprowadzać nasze Oratorium po Wadowicach trzech świętych. Stres był, bo to jednak mój debiut z tą grupą wiekową. Ale chyba nie było tak źle. A ile pytań i spostrzeżeń pojawiło się po drodze. Nie na wszystkie potrafiłam odpowiedzieć, ale nigdy nie chcę uchodzić za omnibusa. Ja mam tylko nadzieję, że nikogo nie zawiodłam i spełniłam oczekiwania, jakie żywili względem mnie inni. Chociaż w 50%...