Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 28 sierpnia 2024

2018. Paraolimpiadę czas zacząć

Już dziś wieczorem w centrum Paryża rozpocznie się 17. edycja letnich igrzysk paraolimpijskich. Do 8 września ok 4400 sportowców z 182 krajów będzie rywalizować o 529 kompletów medali w 22 dyscyplinach. Wśród nich znalazła się 84-osobowa reprezentacja Polski. Ceremonia otwarcia wraz z defiladą sportowców, odbędzie się na Polach Elizejskich, a finał na Placu Zgody. Organizatorzy spodziewają się, że w ceremonii otwarcia weźmie udział ok. 50 tysięcy osób, z czego 15 tysięcy zajmie miejsca otwarte dla publiczności. 
Sprzedaż biletów, która rozpoczęła się w październiku zeszłego roku, spotkała się ze wzmożonym zainteresowaniem podczas igrzysk olimpijskich. Tylko w ostatnią niedzielę sprzedano lub przydzielono ponad 1,9 mln wejściówek. Największym zainteresowaniem kibiców cieszą się dyscypliny rozgrywane w lokalizacjach, które robiły wrażenie w trakcie zmagań olimpijczyków, m.in. szermierka na wózkach w Grand Palais, ujeżdżanie w Wersalu czy futbol słabowidzących u podnóża wieży Eiffla.
Zawodnicy mają do dyspozycji tą samą wioskę, w której mieszkali na przełomie lipca i sierpnia olimpijczycy, tylko nieco pomniejszoną. Obiekt ten został zbudowany z myślą o dostępności dla osób niepełnosprawnych. Po zakończeniu Igrzysk Olimpijskich dodano jedynie siedziska w łazienkach oraz centrum napraw protetycznych. Otwarte w ubiegłą środę budynki są w stanie pomieścić do 9 tys. osób, w tym paraolimpijczyków, ich asystentów, opiekunów, lekarzy i fizjoterapeutów.
Ale skąd się wzięła paraolimpiada? Zaczątków ruchu paraolimpijskiego można szukać już u samych źródeł ruchu olimpijskiego - w muzeum w greckiej Olimpii. Uważny odwiedzający wśród zbiorów może znaleźć brązową tabliczkę upamiętniający Demokratesa, antycznego kalekiego zapaśnika, który dotarłszy do środka stadionu, pokonał wszystkich przeciwników.
Także w nowożytnej historii Igrzysk Olimpijskich zdarzały się przypadki skutecznej rywalizacji sportowców niepełnosprawnych ze sprawnymi. Przykładowo w czasie Igrzysk w Helsinkach w 1952 r. srebrny medal w ujeżdżaniu zdobyła Liz Hartel, duńska amazonka z niedowładem kończyn dolnych po przebytej chorobie Heinego - Medina. Jeżeli ktoś kiedyś słyszał o sztuce ujeżdżania, to wie, jak wielką rolę we współpracy z koniem odgrywają nogi.
Nowożytny ruch paraolimpijski rozpoczął swoją działalność wkrótce po II wojnie światowej. Na terenie szpitala w podlondyńskim Stoke Mandeville w dniu otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie (28 lipca 1948 r.) szpitalne neurochirurg, sir Ludwik Guttmann, zorganizował zawody łucznicze dla przebywających w ośrodku inwalidów wojennych. Warto tutaj wspomnieć, że przed wojną Guttmann był znanym lekarzem we Wrocławiu. Jednak nazistowska atmosfera w ówczesnych Niemczech zmusiła go do emigracji. Trafił zatem do Anglii, gdzie znajduje się leczeniem ran angielskich pilotów wojskowych i rehabilitacją inwalidów wojennych. Zresztą jeszcze do niedawna żyły osoby z niepełnosprawnością, które zawdzięczały Guttmannowi powrót do aktywnego życia.
Guttmann był dla igrzysk paraolimpijskich był tak samo ważny, jak Pierre de Coubertin dla ruchu olimpijskiego. Musiało jednak upłynąć aż dwanaście lat, aby w 1960 roku w Rzymie, odbyły się pierwsze Igrzyska Paraolimpijskie. Nie miały one nic wspólnego z igrzyskami sprawnych, a paraolimpizm formalnie nie był częścią ruchu olimpijskiego. Dopiero w 1988 roku w Seulu po raz pierwszy sportowcy z niepełnosprawnością rywalizowali ze sobą na tych samych obiektach sportowych, na których walczyli olimpijczycy. Tak jest do dzisiaj, chociaż na połączenie się komitetów olimpijskiego i paraolimpijskiego nie ma na razie co liczyć. Paraolimpiady to odrębne wydarzenie kulturalne o globalnym zasięgu, mające swoją odrębną markę, zbliżoną do tej olimpijskiej. Mają też swoje źródła finansowania. Ten ostatni argument wydaje się kluczowy w aspekcie ewentualnego połączenia Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego z Międzynarodowym Komitetem Paraolimpijskim. Kluczowy w wykluczającym to połączenie znaczeniu. Pieniądz rządzi współczesnym światem, a środowiska osób z niepełnosprawnością przystosowały się do tego stanu rzeczy. Zresztą podobnie jest z ruchem Igrzysk Olimpiad Specjalnych (środowiskiem związanym ze sportem osób z niepełnosprawnością intelektualną), a także z igrzyskami niesłyszących. Mówienie o tym, że sport niesłyszących i sport niepełnosprawnych jest częścią ruchu olimpijskiego nie jest co prawda nadużyciem, ale w przeciwieństwie do paraolimpizmu tezę tą należy traktować wyłącznie w kategoriach ideowych. Zarówno niesłyszący, jak i środowiska olimpiad specjalnych mają swoje odrębne władze oraz komitety i raczej nie są zainteresowane zmianami w tym zakresie.
Wracając jednak do historii samych paraolimpiad, Polska była pierwszym krajem bloku wschodniego, która nawiązała kontakty z paraolimpijskim światem. Formalny debiut polskiej ekipy paraolimpijskiej miał miejsce latem 1972 roku podczas IV Igrzysk Paraolimpijskich w Heidelbergu. W końcowej klasyfikacji medalowej zajęliśmy wysokie, szóste miejsce.

Fo.: www.sxc.hu

W latach 80. nastąpiło apogeum polskich sukcesów paraolimpijskich. Jednocześnie ruch paraolimpijski przeżywał kryzys tożsamości, co nie było obojętne dla sportowej rywalizacji. Podczas VI Letnich Igrzysk Paraolimpijskich i Arnhem w Holandii w 1980 r. nasza reprezentacja zajęła w tabeli medalowej wysokie, drugie miejsce. Polscy parasportowcy wywalczyli tam 75 złotych, 50 srebrnych i 52 brązowych medali. Dali się tylko wyprzedzić ekipie z USA. Zresztą do dzisiaj zdania są podzielone co do tego, kto wygrał statystyczną rywalizację w tabeli medalowej, bo ostateczny jej kształt miały wyznaczać czynniki pozasportowe. Dlatego tak bardzo cieszy to oficjalne drugie miejsce. I chyba tego sukcesu już nie będziemy w stanie powtórzyć.
Bo ruch paraolimpijski już dawno przestał być zjawiskiem niszowym. Sukcesy uzależnione są w coraz mniejszym stopniu od zaangażowania jednostek, a w coraz większym od organizacji przygotowań, poziomu merytorycznego koordynatorów, trenerów i pieniędzy przeznaczanych na sport w poszczególnych krajach.
Działa tu bardzo prosty mechanizm - aby zgromadzić wokół sportu osób z niepełnosprawnością wykwalifikowaną kadrę, wygrywający zawodnicy, tak jak ich sprawni koledzy, niestety, powinni w perspektywie lat stać się "milionerami". Dobitnie świadczy o tym przypadek odejścia z kadry paraolimpijskiej narciarzy biegowych trenera Wiesława Cempy na fali sukcesu Katarzyny Rogowiec (która podczas IP w Turynie w 2006 roku wywalczyła dwa złote medale w biegach narciarskich na 5 i 15 km). Cempa przeszedł do "lepszego" sportu, ponieważ osiągnął sukces w sporcie osób z niepełnosprawnością. Dzisiaj zajmuje się szkoleniem młodzieży będącej zapleczem kadry olimpijskiej.
O olimpijskim cyklu można mówić godzinami. W starożytności tymi cyklami odmierzano czas, tak samo, jak my odmierzamy go latami. Każdą olimpiadę wieńczyły igrzyska, będące wielkim świętem sportu, życia oraz młodości. Dzisiaj są to przede wszystkim symbole, ale jakże ważne w życiu ludzkości. Bo przecież to nie Coubertin uczynił z igrzysk globalne przedstawienie, które zapiera dech w piersiach niemal każdego narodu. Uczynił to sportowy duch igrzysk, uśpiony przez stulecia, a jednak wciąż żywy w tożsamości kulturowej. Co to jednak oznacza dla nas w czasach współczesnych? Przede wszystkim nadużywamy konkretnych nazw, nie zawsze oznaczających to, co byśmy chcieli. Zapominamy, że termin "olimpiada" tak właściwie odnosi się do czteroletniego okresu przygotowań do igrzysk. Igrzyska wieńczyły olimpiadę. To po nich zaczyna się kolejny okres olimpiady. Używanie słowa "olimpiada" w odniesieniu do igrzysk jest więc z etymologicznego punktu widzenia błędne. Wiedzą o tym dziennikarze sportowi, ale nie zawsze językoznawcy, którzy bagatelizują tematykę sportową, traktując ją jako "gorszą od czegokolwiek innego". Mogą o tym świadczyć chociażby głosy słyszane ze strony działającej przy Polskiej Akademii Nauk Rady Języka Polskiego, a dotyczące terminologii sportowej. Jej członkowie często zapominają o podstawach i koncentrują się na mało istotnych szczegółach. Warto o tym pamiętać, chociażby dlatego, że dyskusja o "legalności" słów "paraolimpiada" i "paraolimpijski" w języku polskim zawsze ożywa z chwilą otwarcia lub zamknięcia tych igrzysk, a potem przygasa.
Termin "paraolimpiada" wraz z pokrewnymi semantycznie słowami, to proste przykłady neologizmów przyjętych przez uzus w naszym języku. Terminy "paraolimpiada" i "paraolimpijski" pochodzą z połowy XX w. Są elementem branżowego języka sportu. Uściślając, "paraolimpijski" to kalka angielskiego słowa "paralympic". Z kolei "Igrzyska paraolimpijskie" to "paralympic games".
Sir Ludwik Guttmann, organizator zawodów łuczniczych dla inwalidów wojennych, zapoczątkował pewien ruch sportowy, zakładając międzynarodowy związek, którego oficjalna nazwa brzmi dzisiaj International Paralympic Comitee. Przymiotnik "paralympic" w naturalny sposób odwołuje się właśnie do tych zawodów. Można się spierać, czy w tym przypadku morfem "para-" można rozumieć jako "niby", czy może lepiej byłoby potraktować go jako określenie czegoś, co odbywa się "paralelnie", czyli w trakcie głównego wydarzenia. Określenie czegoś bocznego, ale nie marginalnego.
Inna sprawa - pierwsze igrzyska paraolimpijskie odbyły się w Rzymie w 1960 r., ostatnie w Tokio w 2021 r. Przymiotnik "paraolimpijski" to element kilkudziesięciu polskich nazw własnych. "Paraolimpiada" jest terminem nieprawidłowym, ale nie z powodu, że można tłumaczyć go jako "niby - olimpiadą", a więc coś gorszego od "olimpiady". Użycie terminu "paraolimpiada" etymologicznie jest nieuprawnione. Słowo "paraolimpiada" używane jest jako synonim igrzysk paraolimpijskich. Jeśli ruch paraolimpijski jest częścią ruchu olimpijskiego, to cyklem poprzedzających igrzyska będzie olimpiada, a nie paraolimpiada. Igrzyska paraolimpijskie zaś następują po olimpijskich i morfem "para-" ma znaczenie różnicujące wobec igrzysk olimpijskich - niezależnie jak będzie się go interpretować semantycznie. Jest więc "olimpiada", która oznacza czteroletni okres przygotowań zarówno olimpijskich, jak i paraolimpijskich, i są wieńczące ten cykl "igrzyska" - najpierw "olimpijskie", a potem "paraolimpijskie". Są "olimpijczycy" i walczący po nich "para olimpijczycy". Są konkurencje "olimpijskie" i bądź co bądź różniące się od nic konkurencje "paraolimpijskie". W końcu mówimy o medalach "olimpijskich" i medalach "paraolimpijskich", a także o "paraolimpizmie", czyli zespół zdarzeń związanych z igrzyskami paraolimpijskimi.
Zresztą, nie tak dawno została zmieniona oficjalna nazwa na "Letnie Igrzyska Paralimpijskie", chociaż od zawsze używano się słowa z przedrostkiem "para", które przyszły wraz z samym sportem i jego rozwojem. Określenia te nie zostały jednak do końca precyzyjnie przetłumaczone, ponieważ w języku angielskim używa się "Paralympic Games", "paralympics" oraz "paralympian". Dlatego w 2022 roku wprowadzono pewną zmianę zainicjonowaną przez Międzynarodowy Komitet Paralimpijski.
"Standardy międzynarodowe zmusiły nas, by zacząć używać nazw pierwotnie wywodzących się z rozwiązań, które odróżniały się od ruchu olimpijskiego. To światowy trend" - tłumaczył szef Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego - Łukasz Szeliga.
Jak dodaje, celem tej zmiany językowej jest to, aby sport paraolimpijski na całym świecie zyskał jednakową identyfikację. Ma też zapewnić narodowym komitetom lepszą rozpoznawalność w świecie.
Kilka miesięcy później dokonano odpowiednich modyfikacji w ustawie o sporcie i innych aktach prawnych. Wedle przepisów Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski stał się Międzynarodowym Komitetem Paralimpijskim, Polski Komitet Paraolimpijski - Polskim Komitetem Paralimpijskim, a odmieniany przez różne przypadki wyraz "paraolimpijski" zamieniono na "paralimpijski". Siłą rzeczy zmianie uległa też oficjalna nazwa imprezy, która teraz brzmi "igrzyska paralimpijskie".
Tymczasem Rada Języka Polskiego oświadczyła w ubiegłym roku, że nikt nie zwrócił się do niej z prośbą o opinię o słowie "paralimpijski". A nawet jeśli, to byłaby ona negatywna: "Forma >>paralimpijski<< jest bowiem błędna - niezgodna zarówno z polskim systemem językowym, jak i z tradycją. Cząstkę >>para<< dodaje się do pełnych wyrazów, np. >>parapsychologia<<, >>parabank<<, >>paramilitarny<<, >>paramedyczny<<, a forma >>paraolimpijski<< - używana od dziesięcioleci - funkcjonuje w związku z wyrazami >>paraolimpiada<<, >>paraolimpijczyk<<, >>paraolimpijka<< (...)" - napisano w oświadczeniu na stronie RJP przy prezydium Polskiej Akademii Nauk. - "Dziwi nas argument o konieczności zmiany nazwy (utrwalonej w języku i zgodnej z jego systemem) na przypominającą obcojęzyczną ze względu na wymagania instytucji międzynarodowych. Nie ma takiej instytucji - ani w Polsce, ani za granicą - która miałaby prawo, by wymagać dokonywania takich zmian" - dodano.
Na tegoroczne Igrzyska Olimpijskie zakwalifikowało się 84 sportowców - 41 kobiet i 43 mężczyzn. 9 z nich wystartuje ze wsparciem asystenta, pilota albo przewodnika. Biało-Czerwoni będą rywalizować w 15 z 22 dyscyplin. W programie paraolimpiady są: futbol słabowidzących, badminton, boccia, łucznictwo, ujeżdżanie, podnoszenie ciężarów, goalball, judo, kajakarstwo, lekkoatletyka, kolarstwo, koszykówka na wózkach, szermierka na wózkach, rugby na wózkach, tenis na wózkach, wioślarstwo, pływanie, siatkówka na siedząco, strzelectwo, taekwondo, tenis stołowy i triathlon. Polaków zabraknie w futbolu słabowidzących, goalballu, koszykówce, rugby i tenisie na wózkach, judo i siatkówce na siedząco. Zadebiutujemy za to w bocci i taekwondo. 
Na poprzednich Igrzyskach Paraolimpijskich w Tokio wywalczyliśmy 24 medale: 7 złotych, 6 srebrnych i 11 brązowych co dało nam 17 miejsce w klasyfikacji medalowej. Łączny dorobek polskich sportowców na Letnich Igrzyskach Paraolimpijskich od czasu ich pierwszego startu w 1972 r. to 798 medali.

wtorek, 27 sierpnia 2024

2017. Tego dnia mistrz był tylko jeden

Cykl wpisów o starcie Polaków w Letnich Igrzyskach Olimpijskich wywołał u mnie falę wspomnień z nimi związanych. Może nie jest ona imponująca, bo obejmuje moją pamięcią te od Igrzysk w Sydney w 2000 roku (nie twierdzę, że nie widziałam tych z Atlanty w 1996, ale na pewno nie byłam ich świadoma), ale za to, jak na razie, bardzo klarowna. Oczywiście najwięcej pamiętam z dyscyplin lekkoatletycznych, pływackich i gier zespołowych, takich jak siatkówka, piłka nożna i ręczna, czyli tego, co mnie najbardziej interesuje. Z drugiej strony jest to wydarzenie na tyle interdyscyplinarne, że przyjemność można odczuwać oglądając nawet te dyscypliny, które na co dzień są pase. Nigdy bym nie przypuszczała, że zainteresuje mnie, chociaż na krótki moment, Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego. A tutaj proszę, podczas Igrzysk w Paryżu nie mogłam oderwać od niego oczu.
Wielkim przeżyciem były dla mnie Igrzyska Olimpijskie w Atenach, w 2004 roku. Grecja, jak wiemy z lekcji historii, była kolebką Igrzysk Olimpijskich. To w niej narodziła się ich idea, to tam w starożytności rywalizowali ze sobą najlepsi sportowcy na pierwszych stadionach. Dużo o tym mówiliśmy na zajęciach z wychowania fizycznego (raz w tygodniu mieliśmy jedną godzinę czegoś, co mogłoby być spokojnie osobnym przedmiotem o nazwie historia i teoria sportu). Potem, oglądając ilustracje w podręczniku do historii poruszającym ten temat, nie mogłam sobie nie wyobrazić, jak atleci ścigają się po bieżni, albo walczą ze sobą w zapasach. Czyż nie może być bardziej idealnego miejsca na powrót do kolebki idei Igrzysk Olimpijskich, niż zorganizowanie ich tam, skąd się one wywodzą?
Moją dziecięcą radość burzyła jednak wizja wyjazdu w ostatnich dniach sierpnia na wieś na tzw. wykopki. Pytacie się zapewne co w tym takiego "strasznego"? Powód był banalny, aczkolwiek może wydawać się dziwny, jak na XXI wiek - brak telewizora. A nie mogłam przecież przesiadywać całych dni przed telewizorem u kuzynów. Ale spokojnie, mieliśmy radio - jedyny sposób na dowiedzenie się, co w świecie piszczy.
Z tymi "całymi dniami" to trochę przesadziłam, bo pewnie ograniczyłabym się do tych dyscyplin, które mnie interesowały. Ale wśród nich znajdowała się ta jedna jedyna, która mogła trwać i trwać. To chód sportowy na 50 kilometrów, w którym jednym z zawodników był Robert Korzeniowski. Swoje możliwości i styl pokazał już na poprzednich dwóch Igrzyskach Olimpijskich, kiedy zdobywał złoto właśnie na tym dystansie. Z Sydney przywiózł także złoty medal w chodzie na 20 km. Pamiętam, że przed Igrzyskami w Atenach w prasie i w telewizji zastanawiano się, czy da radę po raz drugi obronić tytuł mistrza olimpijskiego na swoim koronnym dystansie i po raz trzeci stanąć na najwyższym stopniu podium w chodzie na 50 km. Chociaż był doświadczonym chodziarzem, to nie należał już do młodzików, co wielokrotnie podkreślano. Mówiono też o tym, że występem w Atenach ma zakończyć swoją piękną, chodziarską karierę, a więc wiadomo było, że wszystkie oczy zwrócone będą właśnie w jego kierunku. 
Tego dnia, te dwadzieścia lat temu, niemal przez cały czas siedziałam przy odbiorniku radiowym. To nie było tak jak teraz, że w telewizji na jednym kanale transmitują jedne rozgrywki, a na drugim inne Tam była jedna transmisja, a reporterzy po prostu wchodzili po sobie informując, co aktualnie się dzieje na obiektach sportowych. Z niecierpliwością wyczekiwałam tych, które dotyczyły Korzeniowskiego. Chciałabym napisać, że pojawiały się one regularnie, no ale nie pamiętam tego. Pamiętam za to, że niemal zawsze było mówione, że jest na prowadzeniu. A potem te emocje na ostatniej prostej. Było wiadomo, że jako pierwszy przekroczy metę, ale i tak człowiek się tym niespotykanie ekscytował. Czwarty złoty medal olimpijski, w tym trzeci na 50 km, to nie byle co. W tym dorobku prześcignął samą Irenę Szewińską, która co prawda zdobyła aż 7 medali olimpijskich, ale tylko 3 z najcenniejszego kruszcu.
Zresztą Irena Szewińska odegrała tego dnia swoją rolę - to jej przypadł zaszczyt dekorowania młodszego kolegi medalem i uściśnięcia mu dłoni. Jak pisały potem media: było to spotkanie dwóch legend polskiej lekkiej atletyki. Robert, z medalem na szyi i laurem zwycięstwa na głowie, po raz ostatni, jako czynny olimpijczyk, wysłuchał "Mazurka Dąbrowskiego", granego na jego cześć.
Zgodnie z przewidywaniami, był to jego ostatni start na Igrzyskach Olimpijskich i jeden z ostatnich w karierze. Można powiedzieć za klasykiem, że zeszedł ze sceny, ale jako niepokonany. Walczył do końca biegu, już nie żeby wygrać, ale żeby uzyskać jak najlepszy, na swoje możliwości, czas. Myślę, że tą swoją walecznością, ale też hartem ducha i miłym wyrazem twarzy, zyskał sobie sympatię wszystkich oglądających to wydarzenie. Kiedy wbiegał na stadion, zgromadzeni na nim dziennikarze wstali z miejsc w geście uznania, co nie jest też czymś oczywistym. Ktoś rzucił mu polską flagę, którą niósł w zębach. Kiedy zobaczyłam to potem w telewizji, to najpierw parsknęłam śmiechem, ale zaraz potem się wzruszyłam, bo po prostu była to dla mnie piękna scena.
Czy Robert Korzeniowski czegoś mnie wtedy nauczył? Na pewno pokory, ale i waleczności do samego końca. Bo przecież pokonanie tych 50 kilometrów w taki upał to nie lata wyczyn. To walka z dystansem, przeciwnikami, ale i z samym sobą. Ze swoimi słabościami i ograniczeniami. Nauczył mnie też szacunku do swoich przeciwników przejawiającego się tym, że po zwycięstwo sięga się dając z siebie wszystko, a nie "idąc na skróty". Bo na takim chodzie każdy, nawet ten, który przekracza linię mety jako ostatni, powinien iść najlepiej, jak tylko może. Całkiem niedawno dowiedziałam się, że Korzeniowski zmaga się z astmą, którą wykryli mu w Sydney. Mógł więc skorzystać z inhalatora. A jednak tego nie zrobił, bo chciał być fair wobec innych i samego siebie. Opierał się na metodach oddechowych (nie mylić z jogą), które mu wystarczyły i dalej wystarczają. Pokazał mi też co to znaczy być Polkiem. Ta flaga w zębach (wszak ręce musiał mieć wolne), podśpiewywanie hymnu, chociaż widać było wzruszenie na jego twarzy, to piękne reprezentowanie swojego kraju w równej walce. 
Po tamtych Igrzyskach Olimpijskich zaczęłam się żywiej interesować jego osobą, co było i proste, i nie. Z jednej strony media od czasu do czasu coś o nim pisały, czy też pokazywały go w telewizji, z drugiej nie za bardzo było wiadomo kiedy i gdzie to się dzieje. Nie miałam też wtedy jeszcze internetu, a więc nie mogłam wyszukać informacji tak, jak teraz. A za największy skarb z nim związany uważałam fragment przeprowadzonej z nim rozmowy w książce "Boży doping" oraz opisanie jego sylwetki w albumie "Najlepsi polscy sportowcy XX wieku". Potem jakoś na kilkanaście lat to moje zainteresowanie przygasło, aby teraz odżyć na nowo. I to jeszcze jak odżyć. Ale nie będę się tutaj o tym rozpisywać.
Z okazji tej rocznicy Robert Korzeniowski opublikował na swoim fanpage wspomnienie tamtego dnia i w ogóle całej swojej wyczynowej kariery sportowej (bo w dalszym ciągu uprawia sport, ale amatorsko). Aż sobie pozwoliłam skomentować ten wpis. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy kilka dni później tych kilka zdań zostało zalajkowane przez profil. Tego się nie spodziewałam. Nie wiem oczywiście, czy Robert Korzeniowski faktycznie to przeczytał, czy po prostu ma kogoś, kto mu ten profil prowadzi, no ale miło mi się zrobiło, mimo to.

poniedziałek, 26 sierpnia 2024

2016. "Wybierz się, wybierz się razem z nami, na wspaniały pielgrzymkowy szlak"

W naszej polskiej wielowiekowej tradycji lipiec i sierpień są tymi miesiącami, w których rzesze wiernych z różnych stron kraju pielgrzymują na Jasną Górę, aby pokłonić się u stóp Matki Bożej Częstochowskiej. Już po raz ósmy wśród pątników znajduję się także i ja. Wraz z Zagłębiowską Pieszą Pielgrzymką na Jasną Górę przez 2,5 dnia przemierzamy dystans 83 kilometrów, aby 25 sierpnia, w godzinach południowych dotrzeć na jasnogórskie wały. Wiem, że dla niektórych ludzi to nie jest żaden dystans, ale dla mnie pokonanie całej trasy jest niemałym wyczynem. I naprawdę jestem szczęśliwa, kiedy ostatniego dnia wraz z innymi docieram do mety. Dla mnie to trochę tak, jakbym szła przynajmniej z Warszawy. Tym bardziej, że w tym roku byłam ledwie co po chorobie, a więc nie w pełni sił. Oczywiście wcześniej rozważyłam wszelkie za i przeciw i postanowiłam, że jednak spróbuję dojść, a najwyżej po drodze zrezygnuję. Myślę, że po trochu oddaje to mój charakter - najpierw próbować, a potem mówić, że się nie da.
Pielgrzymka rozpoczęła się 23 sierpnia Mszą świętą odprawianą w kościele w Będzinie-Syberce. Świątynia ta nazywana jest też kościołem Martyrologii Wschodu. Raz, budowali ją w dużej mierze potomkowie tych, którzy 200 lat temu zostali zesłani na Sybir, dwa, ma ona upamiętniać tych, którzy z tej Syberii nie wrócili. Kościół duży, przestronny, bez większych problemów pomieścił wszystkich przybyłych.
Głównym celebransem Eucharystii był ksiądz biskup Artur Ważny, a współcelebransami byli księża wybierający się z nami na pielgrzymi szlak. Tradycyjna procesja wejścia, przy dźwiękach pieśni "Z dawna Polski", przeszła przez cały kościół. Myślę, że jeżeli ktoś do tej pory był nieufny wobec nowego biskupa, to po tej Mszy zmienił zdanie. Dowcipny, otwarty, szczery - czegoż chcieć więcej. A tym, jak na kazaniu nazwał nas "Doliną pełną kości" (nawiązując do Pierwszego Czytania), "kupił" serca wszystkich zgromadzonych. Ale zaraz dodał, że Bóg chce, abyśmy przeżyli to samo doświadczenie, co Ezechiel (który we wspomnianym Czytaniu mówił, że Bóg wyprowadził go w duchu na zewnątrz i postawił wśród doliny pełnej owych kości. A następnie polecił, aby przeszedł dookoła nich). Żeby każdy z nas uświadomił sobie, kim jest bez Boga. Zarazem porównał to do Ewangelii mówiącej o tym, które przykazanie jest największe. I przyznał, że może wyglądać to na jakiś żart. Bo na pytanie "Co jest pierwsze Panie Boże" słyszymy, że "Będziesz kochał". Jak jednak można kochać, będąc ową "doliną pełną kości"? Dodał, że chociaż możemy na zewnątrz wyglądać całkiem nieźle, to wewnątrz mogą nami targać poważne wątpliwości. A do tego jeszcze Pan Bóg nas zaprasza, abyśmy jak Ezechiel popatrzeć na doliny kości bez lęku i strachu. Zauważył, że prorok musiał być zaskoczony widzeniem, które miał przebywając w niewoli babilońskiej. Tym bardziej, że dla Izraelity zburzenie świątyni i wzięcie do niewoli było znakiem opuszczenia przez Boga. Wskazał, że ciągle odkrywamy, że tam gdzie jest śmierć, gdzie nie ma życia wspólnotowego, narodowego oraz kultu, tam właśnie Bóg mówi: "Ja jestem z tobą, nawet jeśli tego nie widzisz".
Na koniec, tuż przed błogosławieństwem krzyży i emblematów, zostali przedstawieni księża - przewodnicy poszczególnych grup. A ponieważ na niektórych księży wierni reagowali wyjątkowo entuzjastycznie na nazwiska niektórych z nich, biskup spuentował, że taka reakcja powinna dać mu do myślenia. Jak myślicie jak zareagowali wierni? Po prostu się ośmiali.
Po zakończeniu nabożeństwa wyszliśmy przed kościół, gdzie zaczęliśmy się formować w grupy według dekanatów. Wyglądało to tak, że szukaliśmy swoich emblematów. Nasz przedstawia wizerunek Matki Bożej Anielskiej, od nazwy bazyliki - siedziby naszego dziekanatu. Ktoś rzucił, że pewnie został na parafii, na szczęście wkrótce się znalazł. Trochę mnie zdziwiło, że nie było naszej dąbrowskiej flagi na Lednicę, która od kilku lat nam towarzyszyła, ale z drugiej strony, na jakieś 85% ma ją Ksiądz Niosący Światło, tego z kolei chwilowo nie ma na parafii. Może trzeba było samej o nią się postarać, ale najpierw był wkurzony, potem mieli odpust, potem ja się pochorowałam, aż w końcu poszedł na urlop i nie wyszło.
Pierwszy etap pielgrzymki liczył zaledwie 5 kilometrów i prowadził do kościoła w Będzinie-Łagiszy. Tam mieliśmy grupowe zdjęcie z biskupem oraz tzw. czas na śniadanie. Dla mnie dosłownie, ponieważ rano nie zdążyłam nic zjeść. Akurat w Będzinie trwa remont drogi i musieliśmy iść opłotkami, ale przynajmniej było śmiesznie.
Przerwa trwała niecałą godzinę, po czym ruszyliśmy w drogę do Targoszyc, gdzie zaplanowana była konferencja. Ta droga trwała ponad dwie godziny i mnie osobiście bardzo dała w kość. Nie tylko ze względu na jej długość, ale też na coraz bardziej wzrastającą temperaturę. Problem polegał też na tym, że na tym odcinku jest bardzo mało cienia, a ja nie mam możliwości napić się wody podczas marszu (zawsze się krztuszę - efekt uboczny mpd). Jedynie po drodze udało mi się przystanąć wraz z innymi przy sklepie, którego właściciele zawsze częstują pielgrzymów wodą, i wypić jeden jej kubek. Tylko mi nie piszcie, że to nieodpowiedzialne. Myślę, że nikt z Was nie lubi się krztusić, a dla mnie to chleb powszedni.
W Targoszycach czekał na nas obiad (zupa gulaszowa) oraz konferencja księdza Łukasza, który był z naszą grupą na ŚDM w Panamie. Mówił o życiu, jako nieustannej modlitwie, nawiązując w ten sposób do odgórnego hasła pielgrzymki - "Nieustannie się módlcie". Na postoju pojawili się też tancerze ledniccy z naszej diecezji, którzy tańcami zachęcali wszystkich udziałem w Spotkaniach Młodych 2000 na Lednicy. Mnie tam namawiać nie trzeba - i tak pomagam księżom w organizacji wyjazdu i tak. 
Po kolejnym odpoczynku wyruszyliśmy w stronę OSP w Mierzęcicach, gdzie jak zwykle miało miejsce nabożeństwo pokutne, podczas którego można było skorzystać z sakramentu pokuty i pojednania. Upał nie zelżał, ale ta część trasy przebiegała w większości przez zacienione leśne tereny. Jak się pewnie domyślacie, dzięki temu czuliśmy chociaż minimalny chłodzik. Wzorem zeszłego roku, także i w tym, przez pewną część trasy poszczególnym grupom towarzyszyła monstrancja z ukrytym w niej Najświętszym Sakramentem. Majestatyczna chwila. A jeżeli spojrzało się w górę, można było wypatrzeć startujące lub lądujące samoloty. Po niecałych czterech kilometrach doszliśmy na miejsce. Niemal każdy szukał cienia, aby chociaż trochę uchronić się od słońca. Tego na szczęście było dość sporo. W Mierzęcicach, oprócz możliwości skorzystania ze spowiedzi, zaplanowana była też adoracja Najświętszego Sakramentu, który "przyszedł" wraz z ostatnią grupą.
Po nabożeństwie pokutnym w Mierzęcicach ruszyliśmy w ostatni tego dnia, ale chyba najtrudniejszy, liczący ok. 7 kilometrów, odcinek trasy kończący się w Zendku. Piszę najtrudniejszy, zwłaszcza pod względem psychicznym, ponieważ Zendek jest "ciągnącą się w nieskończoność" wsią. Człowiek cieszy się, że widzi tabliczkę z nazwą wsi, a tak naprawdę trzeba jeszcze iść jakieś 40 minut, aby dojść pod kościół, gdzie kończył się pierwszy dzień pielgrzymki. Ale za to widziałam z bliska lądowanie samolotu, ponieważ przechodziliśmy tuż obok lotniska.
Na miejsce dotarliśmy przed 19:00. Każda grupa weszła na chwilę do kościoła, aby się pomodlić, a następnie albo udała się do autokaru, który zwiózł ją na noc do domu, albo udała się na nocleg we wsi. Nasza w większości spała w miejscowej szkole. Nawet nie wiem, jak do niej doszłam. Byłam jednak z siebie zadowolona (ale nie dumna), że całe 29 kilometry przeszłam na nogach, co nie było takie łatwe i oczywiste. Jednak dałam radę. I nawet nie przeszkadzało mi spanie na karimacie - zmęczony człowiek zaśnie wszędzie. Chociaż wcześniej jeszcze trochę pogadałam z Wiolencją i Ulencją, a nawet poszłam na wieczorny "Apel Jasnogórski".
Drugi dzień pielgrzymowania rozpoczęliśmy od Mszy świętej w miejscowym kościele. Zazwyczaj Msza święta odbywa się na zakończenie w Starczy, ale akurat tego dnia miał tam miejsce ślub, no i nie bardzo by się miała jak odbyć. Kościół w Zendku też nie był zły, chociaż większość pielgrzymów, w tym ja, siedziała na zewnątrz. Jedyny minus był taki, że musieliśmy zrobić jakieś dwa kilometry więcej, aby dojść do kościoła i z powrotem.
W kazaniu ksiądz nawiązał do tego, że piesza pielgrzymka może i jest męczącym wydarzeniem, ale pozwala wejść w środek każdego pielgrzyma, poznać swoje słabe, ale też i mocne, strony. To czas walki z własnymi słabościami, ale też z samym sobą. Ale na końcu zawsze czeka nas nagroda - docieramy do upragnionego celu.
I właśnie ku temu celowi wyruszyliśmy po zakończeniu Mszy, a z każdym krokiem coraz bardziej żeśmy się do niego przybliżali. Drugi dzień Sosnowieckiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę jest najdłuższy i najbardziej wymagający. Na szczęście wspólne śpiewy pielgrzymkowych piosenek zachęcały wszystkich do podjęcia tego wysiłku. A było w czym wybierać - to "Krok, krok, za krokiem krok", to "Jezus swoją Matkę pozostawił", to "Każdy wschód słońca", to "Wspaniałą Matką", to "Laudato si" i jeszcze, jeszcze wiele ciekawych i pięknych pieśni, których nie sposób wymienić. Do tego dochodziły poranne "Godzinki", "Anioły Pańskie" w samo południe, "Koronki do Bożego Miłosierdzia" o 15:00 oraz różańce o bliżej niesprecyzowanych godzinach - wszystko to sprawiło, że nie sposób się było nudzić. No i jeszcze były konferencje w drodze.
Drugi dzień nie jest już bowiem tak różnorodny, jak pierwszy. Pierwsza przerwa, śniadaniowa, jest po przejściu pierwszych 6,5 kilometrów pod wiaduktem pod autostradą. W zasadzie nawet trudno na niej wypocząć, ponieważ pierwsza grupa wychodzi ok. 15 minut po przyjściu ostatniej, a kolejne średnio co 2-3 minuty po sobie. Następnie idzie się kolejne 6,5 km do Woźnik, gdzie wiele grup, w tym nasza, miała obiad. W Woźnikach była ok. 45 minutowa przerwa, po której przyszło nam pokonać może nie najdłuższy, ale na pewno najtrudniejszy odcinek trasy. Prowadził on asfaltem, "po górach, dolinach" z niewielką ilością drzew. A gorąc ponownie był niesamowity i to zewsząd stron. Skutek był taki, że wiele osób, w tym ja, nie dało rady, i musiało skorzystać z podwózki. Pociesza mnie, że to tylko 1,5 km, więc dużego wstydu chyba nie było. Na tym postoju spędziliśmy też dość krótki czas, bo 30 minut, po czym ruszyliśmy do oddalonej o półtorej godziny drogi Starczy. Teraz szło mi się dużo lepiej, być może dlatego, że trasa w większości przebiegała cieniem. W każdym razie bez problemów dotarłam na miejsce, a potem wyruszyłam w ostatni odcinek drogi. Kiedy większość pielgrzymów szła do Nierady, gdzie miało miejsce rozwiązanie drugiego dnia pielgrzymki, nasza grupa w pewnym momencie odbiła do Łyśca, gdzie miała zapewniony nocleg w remizie strażackiej. Tam to dopiero były spartańskie warunki, ale przynajmniej - było wesoło.
Ostatni dzień, a raczej pół dnia, przypadał w niedzielę. Ponieważ musieliśmy dojść jeszcze do Nierady, z której wyruszała pielgrzymka, z Łyśca wyszliśmy już o 6:45. Ten pierwszy odcinek ok. 3 km przeszliśmy w ciszy. Teoretycznie, bo starsze panie gadały jak najęte. A jedna z nich tak mi w Nieradzie zaszła za skórę, że byłam na nią cięta do końca drogi. No cóż, skoro grzeczność na nic mi się zdała, to może chamskość będzie dobrą metodą. Co zrobiła? Otóż w Nieradzie czekaliśmy, aż główny pilot pielgrzymki włączy naszą grupę "do ruchu" (już nie szliśmy pod kościół, spod którego wyruszały wszystkie grupy, a chcieliśmy dołączyć na skrzyżowaniu). Trochę to trwało, zwłaszcza że ruch samochodowy był całkiem spory. A ta bez przerwy jęczała: idziemy, idziemy. I po którymś takim jej "idziemy" bezmyślnie zrobiłam kilka kroków naprzód, o mało nie wkraczając pod koła nadjeżdżającego samochodu. Tak, wiem, moja wina. Ale gdyby tamta pani tak nie jęczała, to nie postąpiłabym tak.
Kiedy wreszcie włączyliśmy się do ruchu czekał nas półtoragodzinny marsz na polankę w lesie przed Częstochową, gdzie zatrzymaliśmy się na odpoczynek oraz śniadanie. A potem droga wiodła nas już prosto na Jasną Górę. No, może nie do końca prosto, bo było po drodze kilka zakrętów, ale nie mieliśmy już żadnych postojów. I znowu ciśnienie podnosiła mi ta jedna pani, wymuszając na innych, aby szli szybciej, bo "w Częstochowie będziemy biec". Wymuszała też na pilocie ruchu, abyśmy szli po autostradzie (możemy, ale on wolał jak najdłużej kierować nas w cień). A kiedy w końcu weszliśmy na ową autostradę, to znowu marudziła, że musimy iść szybciej, bo grupa przed nami jest tak daleko i znowu gatka-szmatka o bieganiu na ostatnich metrach. Jakby zapominała, że na jezdni jesteśmy tylko gośćmi... A mi regularnie podnosiła ciśnienie swoim gderaniem.
Jak możecie się domyśleć, żadna grupa nie musiała się zbytnio spieszyć, ponieważ na głównej alei prowadzącej na szczyt i tak się czeka, aż poprzednicy zostaną przywitani przez biskupów itp. A więc nawet jeżeli ktoś miał "opóźnienie" to i tak nadrabiał je na ostatniej prostej. Dlatego wieczne pospieszanie innych przez tamtą panią tak bardzo mnie irytowało. Ale może - ten typ tak ma.
Na szczyt doszliśmy w samo południe. Na całej trasie słynnej Alei Najświętszej Maryi Panny było pełno ludzi, w tym przyjezdnych, którzy witali pielgrzymów zmierzających na szczyt. Następna większa pielgrzymka, tarnowska, miała zaplanowane wejście na godzinę 14:00, więc wbrew obawom tamtej pani, mieliśmy dużo czasu. Oczywiście po drodze dochodziły mniejsze grupki, w większości lokalne, ale one po prostu czekały aż nasza wejdzie na Jasną Górę. Na wałach czekał na nas ksiądz biskup Ważny, który serdecznie witał wszystkich przybyłych.
Po powitaniu przez biskupa poszliśmy pokłonić się przed słynnym obrazem Czarnej Madonny. A potem mieliśmy czas wolny aż do godziny 19:00, kiedy na jasnogórskich wałach zaplanowana została Msza dla naszej Zagłębiowskiej Pielgrzymki. Był więc czas i na odpoczynek, i na posilenie się.
Msza święta kończyła nowennę przed uroczystością Matki Bożej Częstochowskiej, dlatego poprzedziła ją procesja z obrazem z któregoś częstochowskiego kościoła. Mszy przewodniczył arcybiskup częstochowski, Wacław Depo, a homilie wygłosił nasz biskup, Artur Ważny. Zauważył w niej m.in. że "Kościół dzisiaj z różnych powodów jest wypraszany z historii Polski, wypraszany z publicznego życia, ze szkoły, wypraszany z mediów, z urzędów czy muzeów". Następnie nawiązał do Ewangelii o cudzie w Kanie Galilejskiej: ">>Czy to moja lub twoja sprawa niewiasto?<< To usłyszymy, to jest taka odpowiedź Jezusa na nasze prośby, na nasze modlitwy zanoszone też przez Maryję. Różnie tłumaczy się te słowa, ale można i tak: >>Co jest między nami<< - pyta Jezus. Co jest między tobą, a mną? Po lekcji Maryi widzimy, że ona odkryła i zrozumiała, co jest między nią a Jezusem. Jakie są między nimi relacje. To samo dotyczy nas, bo o to samo pyta dzisiaj Jezus ciebie i mnie: >>Co jest między nami? Jaka jest relacja i więź?". I od razu wyjaśnił, że między ludźmi, a Bogiem mogą pojawić się różne typy relacji: "O pierwszej z nich czytamy w Liście do Galatów: >>Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem<<. Co jest między tobą, a Bogiem? Czy przeżywasz te relacje jak dziecko do ojca. Przeżywasz swoją relację do Boga w taki sposób? Mój siostrzeniec jakiś czas temu, kiedy przebywał z babcią, czekał na przyjazd taty z pracy. Nie mógł się doczekać. Wołał: >>Ja chcę do taty!<<. Babcia już nie mogła tych pytań wytrzymać i zadaje mi pytanie: >>A babci nie kochasz?<<. Mały, sześcioletni chłopak zastanowił się i mówi: >>Wczoraj cię kochałem, jutro cię będę kochał. A teraz chcę do taty<<. Te słowa są jak modlitwa. To dlatego Jezus tak często się modlił, szedł na górę i spędzał całe noce na modlitwie".
Po zakończonej Mszy wraz ze znajomymi ze scholi oraz z parafii, do której ostatnio chodzę udaliśmy się w dół Alei Najświętszej Maryi Panny na pociąg, który miał nas zawieść do domu. Jeszcze raz obejrzałam się za siebie na otoczoną już mrokiem bazylikę. Pokusiłam się nawet o próbę uwiecznienia tego na zdjęciu, co chyba mi się udało (zresztą efekt widać na zdjęciu po lewej).
Chociaż to moja ósma pielgrzymka, nie oznacza to, że było na niej łatwiej niż na pierwszej. Myślę, że wniesiony trud może być porównywalny do siebie. Tym bardziej, że upał też robił swoje. W tym roku przeszłam prawie całą trasę, bez tych 1,5 kilometrów w drugim dniu. Ale tego niewielkiego odcinka już nie dałabym rady przejść. Myślę, że mimo wszystko nie jest tak źle. Kryzysowych chwil na trasie było dużo więcej, ale najczęściej pomagało mi pomyślenie sobie, że skoro taki Robert Korzeniowski dał radę przejść naraz dużo większą odległość przy dużo wyższej temperaturze to i ja dam radę. I jakoś mi się to udawało. Wiem, że to może być infantylne, ale tonący brzytwy się chwyta. W końcu każda motywacja jest dobra.
Wiem, że komuś może wydawać się dziwne takie wielodniowe wędrowanie w skwarze, w trudzie, w deszczu. Ale łatwo jest się dziwić, patrząc na to z boku. Myślę, że każdy pątnik podejmuje się tego w swojej własnej intencji. Niektóre mogą wydawać się błahe, a inne dziwne, ale myślę, że każda jest ważna dla tego, który ją zanosi przed jasnogórską Pani. Być może nie wszystkie zostaną wysłuchane i spełnione, jednak myślę, że to też jest trochę hartowaniem charakteru, wytrzymałości, czy też wgląd w swoje własne wnętrze. To trochę tak, jak z chodzeniem po górach - podejmujemy trud ich zdobycia, aby przeżyć coś doniosłego. Tak samo jest z pielgrzymką. I z jednego, i z drugiego człowiek zazwyczaj wraca odmieniony, przynajmniej na jakiś czas.

czwartek, 22 sierpnia 2024

2015. Albo takim dziennikarzem...

W ostatnim wpisie opowiedziałam Wam nieco o jednym z moich nietypowych zainteresowań, jakim jest archeologia. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że wręcz sięgnęłam tym do archeologii mojego życia, tego, co mnie pociągało u schyłku pierwszej dekady życia, kiedy z zapałem poznawałam zamierzchłe dzieje różnych cywilizacji, a z klocków budowałam piramidy.
Ta dosyć egzotyczne i nietypowa pasja dosyć szybko ustąpiła innej - dziennikarstwu. Już w klasach 4-6 szkoły podstawowej polonistka zachwycała się moimi sprawozdaniami z wycieczek oraz szkolnych wydarzeń. O ile mnie pamięć nie myli, to pierwszy "poważny" artykuł (a może i sprawozdanie) do szkolnej gazetki z międzyszkolnych zawodów sportowych napisałam gdzieś w połowie 5 klasy. Tym samym stałam się jej najmłodszym redaktorem. Jakże byłam z tego zadowolona nawet, jeżeli moje artykuły liczyły na początku kilkanaście zdań. Z czasem stawały się jednak coraz bardziej dojrzałe i rozbudowane. 
A tematów do opisywania było dużo: zawody, akademie, przedstawienia teatru amatorskiego, przeczytane książki, obejrzane filmy, codzienność uczniów szkoły podstawowej i gimnazjalistów, układanie strony z rozrywką, szkolne harcerstwo i zuchowstwo. Czasami artykuły powstawały wręcz na długiej przerwie albo na kółku informatycznym w pracowni komputerowej. Informatyk miał do mnie takie zaufanie, że jako jednej z nielicznych pozwalał zostawać w niej samej. Inne powstawały w domu, a potem przynosiło się je jeszcze na dyskietkach 3,5 calowych. Ktoś pamięta taki relikt z przeszłości? Bo ja tak.
Już na początku gimnazjum wiedziałam, że w liceum pójdę na profil humanistyczny, a potem na studia dziennikarskie. Tym bardziej, że nie tylko mnie to wciągneło podobnie jak sport, ale też zaczęłam odnosić pierwsze sukcesy na różnych szczeblach. Ktoś zauważał moje niepozorne teksty i je doceniał. Moja matematyczka ubolewała nad tym wyborem, ale ja naprawdę większą szansę widziałam w literkach niż w cyferkach. Na osłodę startowałam w różnych konkursach matematycznych, czasami 2,3, a nawet 4 poziomy wyżej niż klasa, w której aktualnie byłam. To był mój mały kompromis i sposób na udobruchanie nauczycielki. Co ciekawe, z reguły szło mi w nich dobrze, mimo że musiałam sama opanować nadprogramowy materiał. Ale chyba w końcu pogodziła się z tym i odpuściła mi wszelkie przytyki. Ja tymczasem wyobrażałam sobie, jak w dorosłym życiu pracuję w redakcji z prawdziwego zdarzenia. Może takiej jak w serialu "Samo życie"? Dziecięce marzenia...
W liceum nie dostałam się na profil humanistyczny, ale socjo-historyczny. Średnio mnie to ucieszyło, bo WOS nie był tym, co mnie jakoś szczególnie interesowało, a o lekcjach historii pisałam w poprzednim wpisie. No, ale postanowiłam zacisnąć zęby i jakoś przeżyć te trzy lata. Próbowałam jakoś wkręcić się do gazetki szkolnej, nikt jednak nie chciał tam kogoś takiego jak ja, co powiedziano mi wprost. Szybko przełknęłam tą gorzką pigułkę, rozumiejąc, że całe moje życie może w tak wyglądać - na odtrąceniu przez społeczeństwo. 
Zaczęłam na dobre realizować moją pasję w inny sposób. Już w ostatniej klasie gimnazjum założyłam bloga poświęconego zespołowi "Ivan i delfin", ale tak naprawdę rozwinęłam go dopiero w czasach liceum. Wyszukiwanie kolejnych informacji na jego temat, oglądanie programów telewizyjnych i robienie z nich sprawozdań, czy też streszczanie artykułów z prasy to było to, co naprawdę mi się podobało i cieszyło w tamtym okresie tak samo, jak codzienne treningi, czy też zaangażowanie w parafialną scholę. Nie pytajcie mnie jak to wszystko godziłam, bo sama nie wiem. A przecież jeszcze człowiek musiał przygotować się do zajęć szkolnych. Ale dawałam radę, a prowadzenie tamtego bloga traktowałam jako szlifowanie swojego warsztatu. Nie miałam może dużej liczby czytelników, ale byli to tacy sami zapaleńcy i pasjonaci tematu jak ja. 
Na początku trzeciej klasy liceum szkolna pani pedagog zaczęła podpytywać nas o nasze dalsze plany. Powiedziałam jej szczerze, że chcę iść albo na coś związanego z geografią, albo na dziennikarstwo. Co ja się wysłuchałam, że to nie jest dla mnie idealna droga, że gdzie ja się pcham z moją wymową na dziennikarstwo, że w ogóle ona nie rozumie po co mi rozszerzona matematyka na maturze, skoro nie dość, że była ona nieobowiązkowa, to jeszcze nie chcę iść na coś stricte z nią związanego. I że ona obawia się, że ja w ogóle obleję tą maturę... Ja jedyne czego się bałam, to języka niemieckiego, którego rzekomo miałam nie zdać, zwłaszcza ustnej części. Zdałam, a z ustnego niemieckiego miałam drugi wynik w grupie. Reszta też całkiem nieźle mi poszła pomimo tego, że jeszcze kilka dni wcześniej byłam na zawodach. Teoretycznie najgorzej mi poszedł pisemny polski, ale tutaj była istna loteria czy to co się napisało jest zgodne z odgórnym kluczem, który był niekiedy dziwny.
Przyszła pora na wybór studiów. Będąc jeszcze pod presją szkolnego pedagoga nie zdecydowałam się na dziennikarstwo. Ostatecznie wylądowałam na zarządzaniu na katowickim AWFie. Nie był to szczyt moich marzeń, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. I wbrew powszechnie panującej opinii - wcale nie było tam tak łatwo i niekiedy trzeba było nieźle się natrudzić, aby zaliczyć niektóre przedmioty. Plusem była grupa, do której trafiłam. Wzajemnie wspieraliśmy się w wielu rzeczach, zwłaszcza w nauce. Z niektórymi jej członkami utrzymuję kontakt do dzisiaj.
Na dziennikarstwo nie poszłam, to została mi tzw. żyłka dziennikarska (a przynajmniej tak mi się wydaje). Lubię pisać sprawozdania z wydarzeń, w których biorę udział. Wiele z nich znajdziecie tutaj na blogu. Wiem, że nie są idealne, ale nikt tak naprawdę nie jest idealny. To dlaczego notatki miałyby takie być. Kilka razy pisałam artykuły do parafialnej gazetki, a przez jakiś czas nawet byłam parafialną kronikarką, co dawało mi nie tylko wiele radości, ale i poczucia bycia na coś przydatnym. Niestety, wraz z nowym proboszczem niemal z automatu i bez słowa zostałam odsunięta od tej funkcji. Co ciekawe, nikt się tym teraz nie zajmuje. Raz na jakiś czas piszę coś na portalu nasze.miasto. Trochę żałuję tylko, że nie potrafię robić pięknych zdjęć, ale nie da się być dobrym we wszystkim. Mam jednak wrażenie, że w jakiś sposób realizuję się w tej pasji sprzed lat.

wtorek, 20 sierpnia 2024

2014. Dlaczego nie zostałam archeologiem?

Przeziębienie mnie trzyma i nie chce puścić. Do tego dochodzą jeszcze inne niedające się niczemu przypisać dolegliwości. Lekarze mają swoje podejrzenia co do przyczyny, ale muszą sprawdzić jeszcze kilka rzeczy. Na razie próbuję doprowadzić się do stanu względnej użyteczności tak, aby na weekend być w stanie jako takiej użyteczności. Pomaga mi w tym Pusia, która co chwilę przychodzi sprawdzić co się ze mną dzieje. Aby umilić sobie czas, czytam wypożyczone z biblioteki książki. Wśród nich "Odkrycie Machu Picchu" Jacka Walczaka.
Kiedy byłam dzieckiem był taki okres, kiedy bardzo interesowałam się archeologią. Pochodzę z rodziny, w której był telewizor, jeden, ale nie oglądało się wszystkiego jak leci. W zasadzie pamiętam, że był to na pewno poranny blok dla dzieci i wieczorna dobranocka. A to, co puszczano na czterech kanałach na krzyż przechodziło przez sito cenzury naszych rodziców, którzy uważali, że jeżeli mamy korzystać z telewizji, to w sposób mądry i z głową. Wybierali więc dla nas te programy, z których możemy coś wynieść o otaczającym nas świecie. 
Pamiętam, jak jeden z takich programów opowiadał o podróżnikach badających Machu Picchu w Peru. Skąd wiem, że to była właśnie ta miejscowość? Otóż tak mi się spodobała ta niezwykle brzmiąca nazwa, że potem przez jakiś okres czasu nieustannie ją powtarzałam. Nie mogłam być starsza, niż być wtedy w wieku 8 - 9 lat. Na pewno nie miałam jeszcze historii, która podobała mi się do momentu, w którym zaczęłam się jej uczyć, czyli przed 4 klasą podstawówki. 
Obejrzałam owy program i wiele rzeczy nie dawało mi spokoju. Dotychczas praca archeologa kojarzyła mi się ze słynnym archeologiem Indianą Jonesem i przeżywanymi przez jego przygodami. Filmy śmieszyły, ale już moja dziecięca logika podpowiadała mi, że ta praca nie do końca tak wygląda. Co nie zmieniło faktu, że do dzisiaj bardzo lubię tą serię, którą pokazał mi kiedyś tata, i nawet po latach kupiłam sobie jej książkową wersję, aby także na wyjazdach, czy też na wsi móc zachwycać się niezwykłymi przygodami Indiego.
Scena z filmu "Indiana Jones i poszukiwacze zaginionej Arki"
W tym samym czasie dostałam multimedialną encyklopedię starożytnych cywilizacji. No właśnie, rodzice raczej nie kupowali nam gier komputerowych, a programy multimedialne, które będą nas uczyć czegoś konkretnego. Spędzałam nad nią każdą wolną chwilę, których znowu nie miałam tak dużo, poznając życie, jakie toczyli mieszkańcy dawnych cywilizacji, np. nieznanej mi dotąd Babilonii, Egiptu, standardowo Grecji i Rzymu. To było dla mnie coś naprawdę wow, odkrywać coś, co dotąd było mi zupełnie nieznane. Najlepsze dla mnie było to, że wtedy przerzuciłam niemal wszystkie informacje z płyty CD do prymitywnego programu WordPad, a następnie wydrukowałam ciesząc się, że mam taką "książkę".
Książki to było dla mnie trzecie źródło czerpania w tamtych czasach wiedzy o starożytności. Jedna z pierwszych przeczytanych na ten temat to znajdujące się na półce w naszym domu "Ostatnie dni Pompei" oraz "Quo vadis". Dużą wartość miały dla mnie różne albumy, obrazujące starożytne zabytki zachowane na naszym globie. Jedną z nich jest "100 największych cudów cywilizacji", którą dostałam z jakiejś okazji. Potem, ale to już w liceum, przeczytałam kilka książek o starożytnej cywilizacji Majów, czy też Jordanii. Wiecie, ja naprawdę wierzyłam w wieku tych 8 lat w to, że kiedyś zostanę archeologiem i będę badać artefakty z przeszłości zatopione w ziemi. Że zobaczę piramidy na żywo, a nie na obrazkach w książce, czy też zbudowane z klocków.
Kiedy prysły moje marzenia? Pierwsze poważne rozczarowanie, paradoksalnie, przyszło wraz z pojawieniem się w planie lekcji historii. Ja naprawdę byłam zaciekawiona tym, co było kiedyś, już w wakacje przewertowałam cały podręcznik, a tu kompletna klapa. Powiem szczerze, że lekcje były tak prowadzone, że okazały się dla mnie męczarnią. Jeszcze dałam sobie szansę w liceum, ale rozszerzona historia tak naprawdę polegała na tym, że historyczka dyktowała nam słowo w słowo lekcję z podręcznika, a następnie egzekwowała od nas, abyśmy tak samo słowo w słowo umieli odpowiadać. Może dla kogoś takie średniowieczne metody są dobre, ale mnie kompletnie nie odpowiadały. Wiem, że historia w dużej części to pamięciówka, ale bez przesady. 
Podejrzewam, że z czasem przeszłaby mi ta archeologia i racjonalizm bezapelacyjnie wygrałby z marzeniami. Uznałabym, że to chyba nie dla mnie, poszukałabym innych rozwiązań na życie. Szkoda tylko, że archeologia oberwała walkowerem za historię. W zasadzie dalej pasjonuje mnie starożytność, z zainteresowaniem czytam poświęcone temu książki oraz oglądam programy telewizyjne poruszające tą tematykę. W dalszym ciągu marzę o zobaczeniu chociażby egipskich piramid. Z zapartym tchem podziwiałam rzymskie Koloseum, Forum Romanum, a także... stanowiska archeologiczne w Ziemi Świętej. Uwielbiam serię filmów z Indianą Jonesem nieprzyzwoicie się z nich śmiejąc. Oczywiście traktuję to wszystko jako rozwijanie moich zainteresowań, może trochę dziwnych, ale jakże wiele wnoszących w moje życie.

niedziela, 18 sierpnia 2024

2013. Tylko nie to, tylko nie dzisiaj, tylko nie teraz

Mniej więcej takie myśli przychodziły mi do głowy, kiedy w piątkowy poranek obudziłam się z temperaturą. Tym bardziej, że w planach miałam udać się na trzydniowy odpust do Kalwarii Zebrzydowskiej. Nic z tego, musiałam zostać w domu i chociaż trochę się wykurować. Zwłaszcza, kiedy w niedalekiej perspektywie czasowej mam udział w kolejnej już pieszej pielgrzymce na Jasną Górę (właśnie wróciłam ze spotkania organizacyjnego).
Dzień wcześniej, wieczorem, wróciłam z biegu "Biegać jest Bosko". Czułam się dobrze, nie licząc typowego zmęczenia biegiem. Niczego nie podejrzewając spakowałam się na wyjazd i poszłam spać. W piątkowy poranek obudziłam się, próbuję wstać, a tu nagle cały świat zaczyna wirować mi przed oczami, ja zaś nie mam siły zrobić nawet kroku na przód. Wiedziałam, że jestem zmuszona zmodyfikować moje plany na weekend i zamiast jechać na mini-pielgrzymkę zostać w domu. Było mi przykro, nie powiem, że nie. Ale starałam się upatrywać w tym szansy na coś innego.
Nie było więc uczestnictwa w piątkowej uroczystości zaśnięcia Maryi Panny wraz z procesją figurki do Grobku, sobotnich dróżek, czy też niedzielnej uroczystej Mszy odpustowej (nota bene trzeciej w przeciągu tygodnia). Była za to gorączka, bolące gardło i gorsze samopoczucie. Czyli coś, czego każdy z nas chciałby uniknąć, zwłaszcza o tej porze roku. Było wyglądanie przez okno i oglądanie telewizji. Czytanie książek oraz szukanie w Internecie informacji o najsłynniejszym chodziarzu w historii Polski, Robercie Korzeniowskim (a tych na szczęście nie brakuje, część wywiadów i artykułów planuję wydrukować i spiąć, aby mieć taką bazę pod ręką). Układanie puzzli. Rozwiązywanie pochodnych, całek i różniczek. I jeszcze zagłaskiwanie Pusi "na śmierć" (spokojnie, kotka przeżyła i ma się całkiem dobrze). Może zabrakło słynnych odpustowych cukierków, ale za to były pyszne babeczki a'la kopiec kreta, zrobione w chwili przypływu sił.
Może niezbyt idealne, ale smakowały wybornie
Mogłabym być zła na cały świat, że w tak beznadziejny sposób musiałam zmodyfikować moje plany. Ale po co? Czy użalanie się coś by zmieniło? Oczywiście było mi chwilowo żal, że ominie mnie cała uroczystość, jednak potem, z każdą chwilą już coraz mniej. Może po prostu tak miało być? Może pochorowałam się i nie pojechałam, abym w przyszłości bardziej cieszyła się z tego, co mi się uda zrealizować? To trochę tak, jak w wpisie o drogach - nie każda jest łatwa, ale każda jest po coś.
Swoją drogą, Ksiądz Niosący Światło mógłby zostać wróżem - kiedy kilka dni temu zmokłam podczas ulewy, zaczął jęczeć, że jeszcze skończy się to chorobą. No i viola, mam przeziębienie. Chociaż tak szczerze wątpię, czy to właśnie ona jest przyczyną mojego przeziębienia. Równie dobrze mogłam dostać podczas biegu lekkiego udaru słonecznego. Bo kaszlem i katarem się nie przejmuję - coś pyli, a lekarstwa za bardzo mi nie pomagają.

piątek, 16 sierpnia 2024

2012. 15 sierpnia działo się dużo

Dzień 15 sierpnia znany jest w Kościele Katolickim jako święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. W tym samym dniu od blisko 12 lat odbywa się w Oświęcimiu bieg przełajowy, któremu patronuje św. Jan Bosko. Dlaczego właśnie on? Wiąże się to z tym, że Oświęcim był pierwszym miejscem na ziemiach polskich (chociaż formalnie wchodzących jeszcze w skład zaboru austriackiego), w którym salezjanie rozpoczęli swoją działalność. Dwa, w Oświęcimiu był ostatni etap peregrynacji relikwiarza po Polsce w 2013 roku. Z tej okazji, oraz ogłoszenie św. Jana Bosko patronem miasta, zorganizowano pierwszy tego typu bieg. Impreza cieszyła się tak dużym powodzeniem, że w tym roku była jej 12 edycja. Nie, nie brałam udziału we wszystkich, zaledwie w 1/3, a więc 4 razy.
Od początku byłam zdeterminowana do wystartowania w tegorocznej edycji, toteż z niecierpliwością czekałam na otwarcie listy z zapisaniem się na bieg. A potem nie mogłam wręcz się doczekać, kiedy nadejdzie ten dzień, kiedy wraz z innymi stanę na starcie i pobiegnę przez przylegające do rzeki Soły bulwary. Prawie jak dziecko. Tym bardziej, że niedawno przez przypadek powróciłam do treningów. Im bliżej był termin biegu, tym bardziej rosła moja ekscytacja. A jeżeli dodać do tego jeszcze wolontariat na dwóch biegach górskich, to można powiedzieć, że jak najszybciej chciałam poczuć te same emocje, co biorący w nich udział biegacze.
Małą rozgrzewkę zrobiłam sobie dzień wcześniej, kiedy biegłam na wieczorną Mszę świętą odpustową w parafii Księdza Niosącego Światło. No i w czwartkowy poranek, kiedy również biegłam na Mszę świętą o 7 rano, aby poświęcić uzbierany dzień wcześniej bukiet z roślin. Może nie był on ani śliczny, ani okazały, ani idealny, ani urodziwy, ale był mój. Zresztą śmieję się, że ja też nie mam tych przymiotów, a jakoś żyję. Ksiądz Niosący Światło trochę dziwnie na mnie spojrzał chodząc z tacą, uznajmy jednak, że był zaskoczony moją obecnością o takiej godzinie. Bo ostatnia złość niemal całkowicie mu przeszła.
Ksiądz proboszcz w swoim kazaniu porównał cechy ludzkie do kolorowych kwiatów rosnących w ogrodach i na łąkach. Żółtym kwiatom przypisał symbolikę tych osób, którzy niczym latarnie w ciemną noc pomagają innym w znalezieniu właściwej drogi do Pana. Czerwone to ci, którzy kochają wszystkich bez względu na wszystko. Pomarańczowe kwiaty przyrównał do tych osób, co nie wstydzą się swojej wiary, ale też nie jest ona u nich tylko na pokaz, które wręcz nią żyją. Niebieskie kwiaty to te osoby, które swoją modlitwą chociaż trochę przybliżają Niebo do ziemi - ci, którzy odmawiają różaniec, czy też śpiewają poranne Godzinki przybywając do kościoła na długo przed innymi. Natomiast fioletowe kwiaty to wszyscy ci ludzie, którym praca wręcz pali się w rękach, a jej efekty przez długi czas cieszy inne osoby. Ech, myślę, że każdy wierzący człowiek chciałby być takim bukietem kwiatów, ale tak naprawdę jest to bardzo, bardzo trudne, również dla mnie, kogoś, kto żyje w świecie pełnym pokus, a nie w oderwaniu od niego.
Po Mszy szybki powrót do domu, zmiana ubrania z odświętnego na sportowe, moje i Puśki śniadanie i już była pora na wyjazd do Oświęcimia. Od jakiegoś czasu powrócił bezpośredni pociąg z Katowic. Wsiadłam do takiego, który odjeżdżał przed 12:00, a na miejscu był po jakichś 50 minutach. A więc znacząco skrócił się czas jego przejazdu. Po drodze oczywiście lektura książki. Tym razem takiej na przysłowiowy raz, czyli "Sławni Polacy. Sportowcy". Znam ją już na pamięć, wszak dostałam ją w podstawówce (a potem na wiele lat zagubiłam we rodzinnym domu). Ogólnie przedstawia ona sylwetki wybranych 30 sportowców, którzy w jakiś sposób przyczynili się do rozsławienia Polski w sportowym świecie. Trochę ubolewam nad brakiem mojego "ukochanego" Roberta Korzeniowskiego (śmiejcie się, ale podobno w wieku 10 lat najpierw chciałam zostać jego żoną, a potem mówiłam, że chcę aby został moim trenerem), ale z drugiej strony, kiedy została ona wydana, to był on posiadaczem dopiero pierwszego złotego olimpijskiego krążka. I jeszcze jedna refleksja mnie naszła podczas czytania książki - wiele z zamieszczonej w niej sylwetek sportowców odeszło już z tego świata, chociaż w książce wciąż "żyją" (są podane tylko ich daty urodzenia). Pawłowski, Duńska - Krzesińska, Kulej, Szurkowski, Szewińska, ostatnio też Schmidt, powiało nostalgią i wspomnieniami.
Z pociągu przesiadłam się na autobus, który dowiózł mnie na oświęcimski rynek. Może ktoś z Was kojarzy, ale znajduje się na nim taki kościół, który niemal wychodzi jednym kątem na ulicę. Kiedy byłam mała i jechałam autobusem do Wadowic, to często miałam wrażenie, że pojazd w niego uderzy. Jak możecie się domyśleć, nigdy do tego nie doszło. Tak się składa, że 15 sierpnia odbywa się w nim odpust. Na sumę nie zdążyłam, ale na procesję wokół świątyni, która była jej zwieńczeniem - i owszem.
I nawet na "Te Deum" się załapałam. Drugie, w ciągu zaledwie dwóch dni. W ogóle ostatnio coś dużo tego "Ciebie Boga wysławiamy" w moim życiu.
Po zakończeniu uroczystości (na którą nawet nie wchodziłam do kościoła w myśl zasady, że w spodenkach przed kolana nie wypada) podreptałam w dół pod kompleks szkół należących do zakonu salezjanów. Tam, na boisku szkolnym, znajdował się namiot, w którym potwierdzało się swoją obecność oraz odbierało numerek startowy i drobne smakołyki od sponsora. Mnie przypadło w udziale pobiegnięcie z numerem 111. A dodatkowym bonusem było dla mnie spotkanie z klubowym znajomym, Maćkiem. Maciek tym razem nie startował, ale za to czekał na mnie na mecie, będącej też startem biegu.
Start szóstej edycji biegu "Biegać jest Bosko" przewidziany był na godzinę 16:00. Na jego linii miałam jeszcze jedną miłą niespodziankę - okazało się, że jednym z jego organizatorów jest znany mi z różnych biegów górskich Krzysiu. Z tym, że teraz niejako nasze role się odwróciły - to ja biegłam, a Krzysiek stał na mecie z medalami. Przed startem zdążyłam się jeszcze w miarę możliwości rozgrzać, głównie po to, aby po drodze czegoś sobie nie naciągnąć, przeciągnąć itp. I jeszcze poprawiłam sobie sznurówki w tenisówkach, aby po drodze mi się nie rozwiązały, a ja nie runęłabym przy tym jak długa po drodze. Niby opieka medyczna była zapewniona, ale ja jednak wolałam nie rozwalać swoich kolan przed Kalwarią Zebrzydowską i pieszą pielgrzymką do Częstochowy. 
Bieg "Biegać jest Bosko" jest dosyć specyficzny, ponieważ patronuje mu św. Jan Bosko. Dlatego przed jego rozpoczęciem odmówiliśmy wspólnie "Zdrowaś Maryjo" oraz zostaliśmy pobłogosławieni przez księdza. A potem już tylko odliczyliśmy wszyscy od 10 w dół i wystartowaliśmy przed siebie.
Trasa liczyła tradycyjnie 5 kilometrów. Dla niektórych to nic, dla mnie jednak wystarczająca. To znaczy wiem, że raczej dam radę ją pokonać w wyznaczonym czasie. Ten zaś, ku mojemu zaskoczeniu, zmniejszono do 50 minut. Czyli, jakby nie liczyć, wyszło 1 kilometr na 10 minut. Przy odrobinie szczęścia byłoby to wykonalne. Było ciepło, ale największy żar w ciągu dnia już był za nami. To znów działało na moją korzyść, bo szczerze powiedziawszy niezbyt lubię biegać w upalne dni. 
Drugim zaskoczeniem była ciut zmieniona trasa w porównaniu z poprzednimi latami. Wydaje mi się, że kilometraż był taki sam, jednak tym razem było więcej biegów po terenach zielonych (boiska, łąki itp.), niż po rozgrzanym do czerwoności asfalcie.
Jak łatwo się domyśleć, dość szybko zostałam w tyle za wszystkimi biegaczami, a nawet uczestnikami marszu nording walking. Myślicie, że w jakiś sposób mnie to zniechęciło czy też zdemotywowało? Nic z tych rzeczy. Znam swoje możliwości, ale i ograniczenia i wiem, że nigdy nie dorównam sprawnością osobom pełnosprawnym. Dlatego naprawdę nie jest dla mnie jakimś specjalnym problemem to, że w tego typu biegach jestem tak właściwie na końcu. Ja mam tą świadomość, że daję na nich z siebie wszystko, nawet kiedy tego nie widać. 
Sama atmosfera biegu była wspaniała, spacerujący bulwarami ludzie dopingowali zawodników okrzykami i brawami. I po co komu farmakologiczny doping, skoro ma się taki naturalny i w dodatku niczym nie zabroniony? Na metę wbiegłam ostatnia, ale przy ogromnych brawach pozostałych uczestników biegu, co było dla mnie niemałą nagrodą. A kiedy Krzysiek zawiesił na mojej medal, poczułam się jak zwycięzca. Może nie dobiegłam jako pierwsza, ale też nie zrezygnowałam z udziału w nim po drodze i dałam w nim z siebie wszystko.
Po zjedzeniu posiłku regeneracyjnego w postaci tradycyjnego salezjańskiego bigosu oraz serdecznej rozmowie z Maćkiem musiałam wracać do domu. Niestety, jestem ograniczona godzinami przejazdu pociągu. Dobrze, nie marudzę, a nawet cieszę się, że mogłam dzięki temu dojechać na miejsce. Inaczej raczej nie byłabym w stanie dotrzeć na bieg. Zmęczenie brało górę, jednak pogrążenie w lekturze zabranej ze sobą książki nie pozwalało mi zasnąć. Przeczytanie całości zajęło mi tyle, ile podróż tam i z powrotem. Inna sprawa, że książkę się czyta naprawdę szybko, zwłaszcza że tematyka opiewa w strefie moich zainteresowań. A zamieszczone w niej zdjęcia polskich mistrzów sportu tylko pobudzały moją wyobraźnię.

środa, 14 sierpnia 2024

2011. Podmiejskie tereny - tak bliskie mojemu sercu

Nie lubię myśleć, że mam szczęście mieszkać w najpiękniejszym miejscu na Ziemi. Już dawno nabrałam przekonania, że gdyby każdy człowiek tak myślał, a wręcz wyrażał się tak o swoim miejscu zamieszkania, to gdzie tak właściwie by ono było? W Europie? W Azji? Na równiku? Czy może na śnieżnej Alasce? Przecież to z definicji powinno być jedno jedyne miejsce w całym wszechświecie. Więc gdzie ono jest? Jasne, można to pojmować jako przenośnię i dla każdego tym najlepszym miejscem może być to, gdzie mieszka. Tylko, że i tak dalej mnie "gryzie" ten przedrostek "naj".
Z drugiej strony równie często spotykam się z dziwną zazdrością tego, że ktoś mieszka na wsi, a ktoś w mieście i jeden drugiemu zazdrości wielu rzeczy nie doceniając tego, co ma. A może to, co posiada osoba mieszkająca w mieście / na wsi, jest w zasięgu tej drugiej. Czasami są to istotne sprawy, ale czasami tak błahe, że aż żal jest czytać owe księgi skarg i zażaleń.
Nie uważam, że jestem największą szczęściarą żyjąc w mieście. Ale nie zazdroszczę też tym, co mieszkają na wsi. Sama w czasach szkolnych spędzałam dość dużo czasu mieszkając u rodziny na wsi i poznałam jej realia, głównie od tej negatywnej strony. Oj, daleko mi było do błogiego wypoczynku, w okresie żniw chodziło się z innymi do pola stawiać snopki albo pomagać w stodole, w czasie wykopków - zbierać z innymi warzywa z pól. A pola uprawne niekiedy były naprawdę ogromne, zwłaszcza w oczach dziesięcio-, jedenastoletniego dziecka. Pamiętam, jak raz przepłakałam cały pobyt, bo cała klasa pojechała na zawody, a ja z rodzicami na wieś na wykopki. Żeby nie było - krowy na pastwisko też wyprowadzałam. I owce w górach też pogubiłam. Ja wiem, że czasy się zmieniają, że teraz i dzieci i rolnicy mają więcej luzu. Ale jeszcze te 20, 15 lat temu praca na roli była naprawdę ciężkim kawałkiem chleba.
Mimo wszystko lubię moją miejscowość, nawet jeżeli na pierwszy rzut oka jest przemysłowa, zakurzona, hałaśliwa i zalana betonem. Jednak jeżeli poświęci się trochę czasu i pójdzie na jej obrzeża, które znajdują się za torami kolejowymi, trafi się w innym świecie. Można tam podjechać lokalnymi autobusami, ale ja jednak wolę przejść się te 5 kilometrów. To nie jest daleko, a można zrobić coś dla swojego ciała i zdrowia. Dzisiaj pozwoliłam sobie na wyprawę na zamiejskie łąki, w celu poszukania roślin na jutrzejsze święto Matki Boskiej Zielnej.
Gdzieś po drodze znalazła się chwila na przysiadnięcie na jednej z alejkowych ławeczek i uzupełnienie płynów (było bardzo, ale to bardzo gorąco). A także na przeczytanie kilku stron z nowego książkowego nabytku.
Kilka razy wspominałam Wam gdzieś na blogu o naszych miejskich zbiornikach wodnych. Tak się złożyło, że znajdują się one w sąsiedztwie łąki, na którą się wybrałam. Szkoda byłoby o nie nie zahaczyć, chociaż na chwile. Jak widać są one ostoją dla miejscowych i turystów, a i mało przemysłowe widoki skłaniają do wypoczynku. Plaża, woda, ścieżki rowerowe - raj dla miłośników rekreacji.
Jednak dzisiaj, jak można się domyśleć, nie było czasu na leżing, plażing, nic nie robing, a zamiast tego musiałam poszukać jakichś roślin na jutrzejszy bukiet. Na szczęście dosyć okazała łąka znajdowała się tuż przy zbiorniku wodnym.
A tutaj chyba mamy namacalny skutek czwartkowej nawałnicy - drzewo przełamane na pół.
Po zebraniu skromnego, ale dosyć okazałego bukietu postanowiłam wracać. A teraz najlepsze - tak się zaaferowałam tym zbieraniem roślin, że straciłam rachubę czasu. Zdawałam sobie sprawę z tego, że może być późno, ale kiedy zobaczyłam na przystanku, że jest 16:30, przyspieszyłam tempa. Wszak o 18:00 była Msza odpustowa w parafii św. Maksymiliana Kolbego, którego wspomnienie dzisiaj przypada. 
Po powrocie do domu wzięłam szybki prysznic, zjadłam jeszcze szybszy obiad, założyłam granatowe spodnie i koszulę w kratę i niemal biegiem ruszyłam do kościoła.
Może głupio to zabrzmi, ale lubię takie eskapady jak dzisiaj, kiedy mam możliwość, niczym odkrywca z przełomu średniowiecza i renesansu, odkrywać nowe obszary mojego miasta, albo na nowo odkrywać już kiedyś poznane. Nie oznacza to, że uważam się za szczęściarza, który żyje w najlepszym i najpiękniejszym miejscu na świecie. Bo żyję w  najzwyklejszym mieście, w którym na pierwszy rzut oka mało jest takiej "wiejskiej" zieleni, czy też zacisznych miejsc. Ale jeżeli tylko chce się takie znaleźć, to przy odrobinie szczęścia i wytrwałości może się to udać. Trzeba tylko umieć docenić swoje miejsce zamieszkania biorąc pod uwagę to, że inni żyją inaczej. Nie lepiej, ani nie gorzej, ale inaczej. To bywa trudne, wymaga pokory, bo przecież nie zawsze potrafimy docenić to, co mamy, ani tym bardziej dostrzec, że innym żyje się dobrze tam, gdzie mieszkają na co dzień. Ale kiedy już nam się to uda to dostrzeżemy i zrozumiemy, że nie tylko my żyjemy w tym "najlepszym" miejscu na Ziemi, ale inni też, gdziekolwiek by ono nie było.