Wiecie co, Puśka miała różne przygody w swoim kocim życiu (np. zniknięcie bez śladu na trzy tygodnie), ale ta ostatnia przebiła wszystko.
W ciepłe noce śpię przy otwartym oknie. A raczej próbuję spać, bo ostatnie wydarzenia w moim życiu zaburzyły mój wewnętrzny spokój i harmonię. Odbija się to między innymi na moim śnie i odpoczynku. W nocy długo nie mogę zasnąć, a rano budzę się już o 4, 5 nad ranem i na tym się kończy. Nie ważne. W każdym razie przed pielgrzymką chciałam się po prostu wyspać, żeby potem nie wyglądać jak zombii, a tym samym uniknąć dziwnych pytań.
Tego wieczoru jakoś mi się udało zasnąć o normalnej porze, chociaż fizycznie to było trochę trudne. W pewnym momencie słyszę jakiś jazgot i dziwny pisk. Obudziłam się, ale że było ciemno (1-2 w nocy), to nie za wiele byłam w stanie dostrzec. No, ale słyszę, że Puśka się dziwnie chraboszcze, więc zaciekawiona tym, co też tam ona robi wstałam i zapaliłam światło.
I wtedy zobaczyłam, jak w mojej kotce odezwał się zew zwierzęcia łownego. Okazało się bowiem, że polowała ona na... nietoperza. A raczej już go upolowała i dumna z siebie jak paw trzymała przerażone zwierzątko przyciśnięte łapkami do podłogi. Ten maluch z kolei piszczał ile miał sił w płucach. Po trochu rozbawiona, a po trochu przerażona tą sceną, postanowiłam interweniować. Wystarczyło, że mocniej tupnęłam na Pusię nogą, a bez sprzeciwu wypuściła zakładnika ze swoich szponków. Nietoperzyk był lekko zdezorientowany tym wszystkim, wydaje mi się też, że go oślepiłam jeszcze bardziej światłem, ale szybko doszedł do siebie. Odsunęłam firankę w oknie, żeby mógł sobie spokojnie wyfrunąć. I tak też zrobił.
A Pusia znowu się na mnie boczyła za to, że pozbawiłam jej rewelacyjnej rozrywki. No cóż, takie życie.
Hm... ale skąd w ogóle nietoperz wziął się w tym mieszkaniu?
Moje motto
Jaki był ten dzień
środa, 23 sierpnia 2023
1684. Nieproszony gość
poniedziałek, 17 lipca 2023
1647. Naruszona kocia nietykalność
Podpadłam Pusi. Chyba. W każdym razie jej urażona kocia duma pozwala jej ledwo mnie tolerować i udawać, że mnie nie widzi. Do miseczki z kocim jedzonkiem podejdzie, ale już do mnie - nie. Puszy się, sarka, syczy, byle tylko jej nie dotykać. A wszystko dlatego, że odważyłam się zabrać ją do weterynarza. Ale to była najwyższa pora na to, aby poddać ją odrobaczeniu. Chciałam to też zrobić przed moim wyjazdem, co by nie odkładać tego w nieskończoność. I tak miała ciut za długą przerwą pod tym względem.
Ona chyba już wiedziała co się święci wtedy, kiedy zobaczyła, że wyciągam jej transporter, bo zwiała do łazienki. Mało humanitarnie, ale wytargałam ją za futerko zza pralki (wbrew pozorom to nie jest taka dobra kryjówka, jak mogłoby jej się wydawać). Oczywiście, w Puśce obudził się lwi duch, bo na prawo i lewo zaczęła ze mną walczyć, a w ruch poszły nawet jej ząbki i pazurki. Lamentowała przy tym co nie miara, bo przecież wizyta u weterynarza jest równoznaczna z końcem kociego świata. W końcu poskromiłam małą złośnicę, zamykając ją na cztery zamki w torbie. W dalszym ciągu protestowała, pchając pyszczek w kierunku otwarcia oraz drapiąc pazurkami w siatkowane boku transportera. Na niewiele się to zdało, bo zamek był dobrze zabezpieczony, a i dziurki w siatce za małe, aby móc wcisnąć w nie swoje pazurki, które w dodatku zostały skrócone. Zarzuciłam torbę na ramię i ruszyłyśmy w świat.
Ten świat, to znowu nie był taki szeroki. Dotychczas chodziłyśmy do weterynarza znajdującego się dosłownie trzy ulice dalej. Na miejscu okazało się, że w tamtym miejscu jest tylko okulista dla zwierząt. W recepcji pokierowano mnie jednak do innych weterynarzy. Po przeanalizowaniu wszystkich propozycji wybrałam się tam, dokąd miałam po prostu najbliżej. Chociaż nie ukrywam, że wyrażenie "Klinika dla zwierząt" podziałało w znaczący sposób na moją wyobraźnię.
Owa klinika znajduje się niedaleko bloku, w którym mieszka jedna z moich gimnazjalnych koleżanek, toteż mniej więcej wiedziałam, gdzie powinnam się kierować. Wbrew swojej szumnej nazwie jest to niewielki i niepozorny budynek znajdujący się tuż przy ulicy. Ja zaszłam tam na nogach, ale można do niej podjechać odpowiednią komunikacją miejską, przystanki znajdują się w odległości niecałych 200 metrów od niej. Puśka chyba zwątpiła, że swoimi protestami coś zdziała, bo zamilkła i grzecznie siedziała na dnie transportera.
Na miejscu zarejestrowałam Pusię, w końcu to nasza pierwsza wizyta w tym miejscu. Poszło to dosyć sprawnie, również dlatego, że miałam ze sobą dotychczasową kartę zdrowia kotki, co znacznie ułatwiło sprawę. No i okazało się, że bez problemu mogła ona zostać przeniesiona z jednej lecznicy do drugiej. Trochę trudno mi było precyzyjnie określić barwę sierści Pusi, na szczęście pani z rejestracji była w tym bardziej zorientowana. A że przyniosłam ze sobą zwierzaka, to zostałyśmy przyjęte od razu.
Miła i sympatyczna lekarka weterynarii zbadała mi futrzaka. Właściwie to nic strasznego jej nie zrobiła, ale że i miejsce zupełnie nowe, i osoba obco pachnąca, to Pusia musiała pokazać pazurki. I to dosłownie. Ogólnie z wagą Pusia stoi w miejscu, co wcale nie jest taką złą nowiną. W każdym razie pannicy nadwaga na razie nie grozi panience. Kotka dostała połowę tabletki na odrobaczenie. Tutaj dopiero działy się cuda-wianki i w ogóle dramat w kociej odsłonie. Wszystko dlatego, że pani odważyła się wsadzić jej tabletkę wprost do gardła i jeszcze przytrzymywała jej zamknięty pyszczek. Prawdziwa tragedia! Puśka wyraziła swój sprzeciw syczeniem i sarkaniem na nieznajomą osobę. A potem obrażona na cały świat poszła w kąt swojego transportera. I przesiedziała tam do czasu powrotu do domu bez ani jednego słowa.
Teraz w dalszym ciągu siedzi nadąsana na swoim legowisku. Mam nadzieję, że jej przejdzie. Tym bardziej, że za dwa tygodnie czeka ją powtórka z rozrywki, ale to już w domowym zaciszu bez zbędnej widowni. Co prawda to nie mój problem, bo kotka na ponad dwa tygodnie zmienia właściciela, ale przecież nie będę się wstydzić za własne zwierze.
piątek, 17 lutego 2023
1528. W Dniu Kota Pusia się na mnie skarży...
Wreszcie udało mi się dorwać do komputera. Co próbuję do niego usiąść, to "Matka" Karolina bezczelnie mnie zestawia na podłogę. Tak nie może być! Ja stanowczo protestuję przeciwko takiemu traktowaniu. A to nie jedyna moja życiowa tragedia z jaką przyszło mi się zmierzyć. Chyba mam prawo raz do roku zaprotestować przeciwko traktowaniu mnie jak jakiegoś zwierzęcia. Ja jestem kotem, Panie i Panowie i dopominam się o to, co mi się z tego tytułu należy!
Tragedia nr 1: "Matka" NIE wstaje o 5 rano! - Szok, niedowierzanie, rozpacz. Już od 4 rano robię wszystko, by zwlec z łóżka tę leniwą istotę! Tymczasem ona nadal śpi... Wrzaski, gryzienie w stopy, powolne deptanie po Karolinie - niestety nic nie przynosi rezultatów. A ja domagam się jej uwagi! Przecież głośno krzyczę! Tak bardzo czuję się ignorowana! Domagam się wezwania ludzi, którzy zainterweniują - tutaj rozgrywają się prawdziwe kocie tragedie!
Tragedia nr 2: "Matka" zabiera mnie do weterynarza - To tak traumatyczna sytuacja, że mówienie o niej przychodzi mi z prawdziwym trudem! Karolina zabiera mnie w miejsce, którego szczerze nie cierpię. Uważa, że to niby dla mojego dobra. Stanowczo się z tym nie zgadzam! Oni mnie tam kłują, oglądają zęby, wyginają we wszystkie strony, a co najgorsze - twierdzą, że tego potrzebuję. Czy coś w tym dziwnego, że krzyczę wtedy ile mam sił w płucach? Dlaczego nikt mnie wtedy nie słucha? Chyba tylko ci z organizacji pro zwierzęcych by mnie zrozumieli... Na koniec, po powrocie do domu, dostaję coś dobrego do jedzenia. Słyszę, że jest to nagroda. Szkoda tylko, że zupełnie nieadekwatna do tego co musiałam przejść!
Tragedia nr 3: "Matka" chce zająć miejsce, które należy do mnie! - To moje miejsce! Moje i tylko moje! Co z tego, że to fotel, który jest jej niezbędny do pracy przy komputerze? Obiera się mi moją przestrzeń! Nie szanuje się mnie! Czy naprawdę nikt nie rozumie, że zawsze leżę tu tylko ja? Nie interesuje mnie kilka posłań, które Karolina dla mnie przygotowała! Nawet ten karton, który zazwyczaj bardzo lubię, obecnie mało mnie interesuje... Spotkała mnie dziś prawdziwa tragedia. Co na to stowarzyszenia ratujące biedne koty? Na pewno jestem jednym z nich! Niech mi tylko ktoś poda do nich numer telefonu.
Tragedia nr 4: "Matka" odmawia mi kolejnej kolacji - Proszę i proszę... Nie jadłam nic od godziny! Tymczasem Karolina mruczy coś pod nosem o nadwadze i jakiś problemach zdrowotnych. Słyszę, że trzeba ograniczyć mi jedzenie. Nic z tego nie rozumiem. Znowu cierpię i stanowczo domagam się właściwego traktowania.
Tragedia nr 5: "Matka" wygania osę z domu - A tak dobrze się bawiłam! Do mieszkania wpadła osa, która bzyczała i miała paski. Tymczasem nie tylko zostałam ewakuowana do drugiego pokoju, ale kiedy wróciłam - nie było ani śladu po mojej ofierze. Uważam to za skandal! Została mi odebrana --możliwość zabawy! Czuję się oszukana! Obrońcy praw zwierząt na pewno przyznają mi rację!
Tragedia nr 6: "Matka" szczotkuje mi brzuch - Tortury! Jestem torturowana. Błagam, pomóżcie mi! Kłaki? A co to są te kłaki? Co chwilę słyszę to słowo, kiedy przez całą minutę jestem zmuszana do szczotkowania mojego biednego brzucha. Dlatego ogłaszam strajk, o! I krzyczę. Może ktoś mnie usłyszy?
Tragedia nr 7: "Matka" nie chce iść na spacer - Czy zrobiłam coś złego? Dlaczego zasłużyłam na taki los? Już od godziny proszę ją o trzeci spacer tego dnia. Czy to tak wiele? Czego tu Karolina nie rozumie? Krzyczę pod drzwiami długo, bo bardzo kocham spacery po trawie, nowe zapachy, obserwowanie na żywo ptaszków... No przecież nie proszę o wiele. Karolina mówi coś o prezentacji, którą musi dzisiaj skończyć. I dodaje, że jutro na pewno znowu wyjdziemy na zewnątrz. Nie rozumiem. Czuję się bardzo opuszczona i nie interesują mnie nawet moje ukochane chrupki. Dlatego żądam wezwania odpowiednich władz, które nie tylko są w stanie zrozumieć moją straszną sytuację, ale też przeprowadzą odpowiednią interwencję.
Tragedia nr 8: "Matka" wie, że widzę ptaka na drzewie i nie mogę go złapać! - Przecież go widzę! Siedzi tak niedaleko, na drzewie. Dostrzegam go przez szybę. Czasem nawet słyszę jego trele, kiedy okno jest otwarte. Tymczasem oddziela mnie od niego jakaś dziwna siatka! Błagam! Zdejmijcie ją! Albo powiedzcie w jaki sposób mam go dosięgnąć? Niech ktoś mi pomoże. Proszę, zadzwońcie po pomoc. Karolina uważa, że kilka gonitw za piórkiem i dobre jedzenie na koniec takiego polowania sprawi, że poczuję się dobrze. Zgadzam się, ma rację. Jednak dalej uważam, że kiedy sobie czegoś życzę... Dlatego należy wezwać tych, którzy staną w mojej obronie. Takie tragedie przeżywam codziennie. Powiedzcie sami, czy to jest sprawiedliwe?
Tragedia nr 9: "Matka" zamyka drzwi do łazienki - Czy to jest jakiś żart? Przecież wiadomo, że zawsze chcę siedzieć po drugiej stronie drzwi. Co mnie interesuje ulubione hasło Karoliny: "odrobina świętego spokoju"? Raczej kolejny raz czuję się ignorowana. Dlatego krzyczę, aby wezwać pomoc, niech ktoś interweniuje!
Tragedia nr 10: "Matka" nie zgadza się na skakanie po zasłonach - To kolejny kłopot w mojej relacji z Karoliną. Umówmy się - przecież mieszkam u siebie. Skaczę, próbuję się wspinać, a regularnie jestem z tych zasłon zdejmowana. To też moje zasłony! Czym zasłużyłam sobie na ten los? Niczym! Dlatego wszczynam bunt. Niech wszyscy wiedzą, że w tym mieszkaniu ogranicza się moje podstawowe kocie prawo - do robienia tego co chcę i kiedy chcę! Czym są kocie tragedie jak właśnie nie tym? Wezwie ktoś odpowiednie służby? Poratuje ktoś biednego mruczka? Bądźcie ludźmi...
Na podstawie: https://www.onet.pl/styl-zycia/kotypl/kocie-tragedie-zyciowe-czyli-jak-mozesz-mi-to-robic/5bs9d4g,30bc1058
piątek, 1 maja 2020
1150. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 11/Majówka?
![]() |
| Jerzy Kluger z Janem Pawłem II(źródło zdjęcia) |
![]() |
| Kardynał Karol Wojtyła i prymas Stefan Wyszyński (źródło zdjęcia) |
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak się dzisiaj czujecie? Bo mi trudno uwierzyć w to, że nadszedł już maj. A skoro jest maj, to powinny być i nabożeństwa majowe. I w sumie są - tylko w zupełnie innej formie niż bym się tego spodziewała. Zamiast w kościele, to przed monitorem komputera. No, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Pogoda za oknem też w kratkę. Czasami świeci słońce, innym razem pada deszcz.
Nastrój mi trochę poprawiło poranne obejrzenie filmu "Madeline". Pamiętam z dzieciństwa taką wieczorynkę. Przezabawna historia dziewczynki wychowującej się we francuskiej szkole dla dziewcząt. I wiecie co, znowu zaczęłam się zastanawiać dlaczego dziewczęta mówiły do zakonnicy prowadzącej pensję "Panno Clawer", a nie np. "Siostro Clawer). Pamiętam, że w dzieciństwie miałam ten sam dylemat.
Paradoksalnie zaczyna brakować mi ostatnio czasu, czego dowodzi ostatnia notatka. Sama w to nie wierzę. To nie tak, że nie umiem się zorganizować, po prostu trochę na mnie spadło. Ale mam nadzieję, że za kilka dni odrobię się ze wszystkim i wszystko wróci przynajmniej do częściowej normy. Muszę się tylko zmobilizować.
A poza tym mieliśmy dzisiaj małe święto - szóste urodziny Pusiastej. Sama nie wiem kiedy to minęło...
piątek, 22 listopada 2019
1062. Na poprawienie humoru - "Marley i ja" Johna Grogan
Tytuł: "Marley i ja. Życie, miłość i najgorszy pies świata"
piątek, 21 czerwca 2019
960. Pierwsze koty za płoty
środa, 1 maja 2019
914. Jesteśmy w Unii Europejskiej już 15 lat!
sobota, 9 marca 2019
878. Te niedoceniane pszczoły...
Tytuł: "Historia pszczół. Powieść"
Autor: Maja Lunde
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2015
Ilość stron: 518
Akcja powieści rozpoczyna się w nie tak odległej przyszłości, bo w 2098 roku. Na świecie nie ma już pszczół, a niejaka Tao, kobieta chińskiego pochodzenia, pracuje na plantacji, gdzie wraz z innymi pracownikami ręcznie zapyla drzewa owocowe. Jest to żmudna, a za razem niebezpieczna robota. Tao ma męża Kuana oraz trzyletniego synka, Wei-Wena. Kobieta wie, że za pięć lat Wei-Wen podzieli jej los, dlatego marzy, aby wysłać go do jakiejś dobrej szkoły. Niestety, są one zarezerwowane tylko dla wybitnie zdolnych jednostek. Na razie jednak, korzystając z wolnego dnia, rodzina wybiera się na wycieczkę za miasto. W pewnym momencie trzylatek znika, a kiedy w końcu zostaje odnaleziony, dzieją się z nim dziwne rzeczy. Zostaje zabrany do szpitala, z którego wkrótce znika. Zdesperowana kobieta rusza do Pekinu w poszukiwaniu ukochanego dziecka.
91 lat wcześniej Amerykanin o imieniu George, podobnie jak jego przodkowie, prowadzi dobrze prosperującą hodowlę pszczół. Po cichu marzy o tym, że jego jedyny syn Tom za kilka lat przejmie cały interes. Tymczasem 25 latek ma zupełnie inny plan na swoje życie. W dodatku w całym kraju padają pszczoły. George jest tym wszystkim załamany i popada w coraz większą apatię...
Jest rok 1852. Mieszkający w Anglii William ma swój sklep, kochającą żonę i gromadkę dzieci. W przeszłości chciał zajmować się pszczołami, jednak pod wpływem kpin znajomego popadł w depresję i miesiącami nie wychodził z łóżka. Jednak dzięki rozmowie z jedną ze swoich córek, Charlotte, wpada na genialny pomysł unowocześnienia konstrukcji dotychczasowych uli w taki sposób, aby produkcja miodu była jak najbardziej ekonomiczna. Nie wie jednak, że podobną konstrukcję wymyślono już w innej części świata. Zmartwień dostarcza mu też dorastający syn, który sprawia coraz więcej problemów wychowawczych.
Wszystkie trzy historie, chociaż toczą się w różnych ramach czasowych, sprowadzają się do jednego mianownika - pszczół. Ale nie tylko. Uważny czytelnik po wnikliwej analizie tekstu dostrzeże, że jedna historia, poprzez niesamowity zbieg okoliczności, łączy się z drugą, niczym elementy sieci pokarmowej. Równoległym tematem obok pszczół są relacje rodziców z dziećmi na przestrzeni wieków. Doskonale widać w książce tą zależność, że rodzice zawsze chcą jak najlepszego życia dla swoich dzieci, choćby nie wiadomo jak bardzo byli biedni. Niestety, nie zawsze im się to udaje, a skutki nieposłuszeństwa dzieci wobec nich mogą być opłakane i nieprzewidywalne.
Chociaż książka liczy ponad 500 stron, czyta się ją bardzo szybko. Jednak niejednokrotnie podczas czytania zastanawiałam się, jak naprawdę wyglądałby świat, gdyby wyginęły wszystkie pszczoły. Bo chociaż są one nie do końca doceniane, to jednak tworzą ważną część ekosystemu naszej planety.
A co tak naprawdę oznaczałoby zniknięcie wszystkich pszczół z naszej planety? Sami przeczytajcie:
Winogrona, awokado, ogórki - lista owoców i warzyw, których nie będziemy mogli jeść, jeśli wymrą pszczoły, jest długa. Znajdzie się na niej nawet kilka produktów mlecznych. Pszczoły bowiem(oprócz miodnych mowa też o pszczołach samotnicach i trzmielach) zapylają też wiele roślin pastewnych dla krów. Jeżeli zabraknie tej swoistej maszynerii zapylającej, biorącej udział w rozmnażaniu 70% roślin użytkowych, nasze talerze zaświecą pustkami. Już Albert Einstein powiedział: - Kiedy wyginą pszczoły, człowiekowi pozostaną cztery lata istnienia. I ten scenariusz wcale nie jest taki nieprawdopodobny: w Polsce liczebność pszczół miodnych spadła 1/3! Odpowiedzialne za to są głównie roztocza i wirusy, ale o zdziesiątkowanie pszczelej społeczności podejrzewa się także pestycydy, niszczenie siedlisk owadów, zanieczyszczenie środowiska oraz zmiany klimatyczne. Na szczęście los nie wszystkich warzyw i owoców zależy od pszczół - "bezpieczne" są rośliny wiatropylne oraz te zapylane przez inne owady. Dla pozostałych naukowcy i rolnicy gorączkowo szukają nowych metod zapylania. Ale rolnictwo to tylko jedna strona medalu - zagrożona jest też dzika flora. Większość dzikich roślin jest zapylana przez owady. Część tego zadania przypada na pszczoły. Ich brak może więc wstrząsnąć całym ekosystemami, a to odbije się na stworzonej przez człowieka cywilizacji. A jak zmieni się nasze menu w świecie bez pszczół?:
- Mniej mięsa - ponieważ krowy są karmione głównie roślinami, które muszą być zapylone przez pszczoły, spadnie produkcja mięsa i mleka;
- Czas na lemoniadę! - Owoce cytrusowe są samopylne. Pszczoły właściwie nie mają wpływu na wyniki zbiorów cytryn, pomarańczy i grejpfrutów;
- Koniec z arbuzami - żadne inne owoce nie są tak uzależnione od pszczół jak arbuzy i melony - musiałyby być zapylane ręcznie, co znacznie podniosłoby ich cenę;
- Bez cukinii i ogórków - wszystkie rośliny dyniowate trzeba by było zapylać ręcznie;
- Sałatki owocowe - zabraknie w nich kiwi, jagód, jabłek i winogron;
- Ubogie ciasto - trzeba się będzie obejść bez masła. A jeśli idzie o nadzienie? Truskawki mogą być wiatropylne, ale ich krzaczki są wtedy bardziej podatne na choroby, a owoce - małe i bez smaku;
- Mnóstwo chleba - pszenica jest wiatropylna - chleb będziemy więc mieli również bez pszczół;
- Niedobory bawełny - zapylane przez pszczoły krzewy bawełny są bardziej wydajne i odporniejsze na choroby. Bez pszczół bawełna będzie wprawdzie dalej dostępna, ale gorszej jakości - i znacznie droższa;
- Koniec z guacamole - bez pszczół nie ma awokado - ale za to całe góry nachos, ponieważ kukurydza nie potrzebuje zapylających jej owadów;
- Sos pomidorowy - na stół trafiłyby wyłącznie pomidory sztucznie zapylane;
- Makaron z warzywami - niestety bez brokułów, papryki i cebuli
niedziela, 17 lutego 2019
868. Dlaczego koty spadają na cztery łapy?
| Puśka jak widać doszła już do siebie po sierpniowych przeżyciach |
A ja zaś zastanawiam się co by było, gdyby Pusia wiedziała, że dzisiaj przypada dzień kota. Hmm... strach nawet wyobrażać to sobie...
poniedziałek, 31 grudnia 2018
850. Życzenia i rozglądajmy się czasami wokół siebie, by uniknąć tragedii
poniedziałek, 10 września 2018
780. Z pamiętnika zaginionego kota
środa, 22 sierpnia 2018
771. Magia facebooka, lub jak kto woli - fejsbuka
Jeszcze jak na ironię losu jutro idę na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę, z której wracam dopiero w niedzielę. Do tego czasu Puśka może już zwiedzić pół miasta, jeśli nie całe. Ech, nie potrafię się cieszyć, nie potrafię...
poniedziałek, 20 sierpnia 2018
770. Pusiu, gdzie jesteś?
sobota, 18 sierpnia 2018
769. Chce mi się wyć!
poniedziałek, 13 sierpnia 2018
765. Mam nadzieję, że nie przeczyta tego żaden obrońca praw zwierząt
środa, 28 lutego 2018
681. "Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba" - A. Fredro, "Zemsta"
Jeszcze poskarżę się na Puśkę, bo wczorajszego wieczoru przeszła samą siebie. A to było tak: leżałam już sobie w łóżku, światła miałam pogaszone. Kotkę miałam w nogach. Nagle czuję - hyb! Puśka doskoczyła mi do głowy sama z siebie. No, chyba że unosząca się w rytm mojego oddechu kołdra podziałała na nią jak płachta na byka. Kolejną zaś rzeczą jaką zrobiła było przejechaniem pazurem po mojej twarzy. Nie wiem, czy chciała odchylić kołdrę i popatrzeć na mnie, czy co, w każdym razie zadarłam się na zwierzaka, a ono czmychnęło sobie gdzieś. Dzisiaj natomiast obudziłam się z krwawą pręgą przez pół twarzy. Mam nadzieję, że szybko w miarę mi ona zniknie, bo jak nie, to śmieję się, że na kilka minut wyrzucę kota za okno(czytaj na parapet), aby ochłonął trochę. Jest zimno, to i jest ku temu szansa...
sobota, 17 lutego 2018
675. W poszukiwaniu zaginionego kota
Teraz pobuszuję sobie po Waszych blogach, a potem wracam do czytaniu "Dziedzictwa templariuszy" Steva Berry'ego. Opasłe tomisko, ale czyta się dosyć przyjemnie.
piątek, 19 stycznia 2018
659. No koza, no
czwartek, 30 listopada 2017
626. Zima stanęła u drzwi
wtorek, 28 listopada 2017
625. Małżonkowie, którzy zachowali w trudnych chwilach człowieczeństwo
Bohaterami książki jest rodzina Żabińskich - Jana i Antoniny oraz ich dzieci Rysia i Tereski. Przed II wojną światową prowadzili warszawskie zoo. Ach, czego tam nie było? Majestatyczne pingwiny przechadzały się obok egzotycznych małp, lwów i żyraf. Kolorowe papugi skrzeczały na swój sposób, zaś szybkie gepardy biegały po przestronnych wybiegach. Ogród cieszył się niebywałą popularnością, odwiedzały go szkolne wycieczki, prywatni ludzie, jak również przybyli z zagranicy goście.
![]() |
| żródło: http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo |
![]() |
| Rysiu z ulubionym borsukiem Borsuniem na spacerze żródło: http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo/ |
![]() |
| http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo |
![]() |
| źródło: http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo |







