Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 sierpnia 2023

1684. Nieproszony gość

Wiecie co, Puśka miała różne przygody w swoim kocim życiu (np. zniknięcie bez śladu na trzy tygodnie), ale ta ostatnia przebiła wszystko.
W ciepłe noce śpię przy otwartym oknie. A raczej próbuję spać, bo ostatnie wydarzenia w moim życiu zaburzyły mój wewnętrzny spokój i harmonię. Odbija się to między innymi na moim śnie i odpoczynku. W nocy długo nie mogę zasnąć, a rano budzę się już o 4, 5 nad ranem i na tym się kończy. Nie ważne. W każdym razie przed pielgrzymką chciałam się po prostu wyspać, żeby potem nie wyglądać jak zombii, a tym samym uniknąć dziwnych pytań.
Tego wieczoru jakoś mi się udało zasnąć o normalnej porze, chociaż fizycznie to było trochę trudne. W pewnym momencie słyszę jakiś jazgot i dziwny pisk. Obudziłam się, ale że było ciemno (1-2 w nocy), to nie za wiele byłam w stanie dostrzec. No, ale słyszę, że Puśka się dziwnie chraboszcze, więc zaciekawiona tym, co też tam ona robi wstałam i zapaliłam światło. 
I wtedy zobaczyłam, jak w mojej kotce odezwał się zew zwierzęcia łownego. Okazało się bowiem, że polowała ona na... nietoperza. A raczej już go upolowała i dumna z siebie jak paw trzymała przerażone zwierzątko przyciśnięte łapkami do podłogi. Ten maluch z kolei piszczał ile miał sił w płucach. Po trochu rozbawiona, a po trochu przerażona tą sceną, postanowiłam interweniować. Wystarczyło, że mocniej tupnęłam na Pusię nogą, a bez sprzeciwu wypuściła zakładnika ze swoich szponków. Nietoperzyk był lekko zdezorientowany tym wszystkim, wydaje mi się też, że go oślepiłam jeszcze bardziej światłem, ale szybko doszedł do siebie. Odsunęłam firankę w oknie, żeby mógł sobie spokojnie wyfrunąć. I tak też zrobił.
A Pusia znowu się na mnie boczyła za to, że pozbawiłam jej rewelacyjnej rozrywki. No cóż, takie życie.
Hm... ale skąd w ogóle nietoperz wziął się w tym mieszkaniu?

poniedziałek, 17 lipca 2023

1647. Naruszona kocia nietykalność

Podpadłam Pusi. Chyba. W każdym razie jej urażona kocia duma pozwala jej ledwo mnie tolerować i udawać, że mnie nie widzi. Do miseczki z kocim jedzonkiem podejdzie, ale już do mnie - nie. Puszy się, sarka, syczy, byle tylko jej nie dotykać. A wszystko dlatego, że odważyłam się zabrać ją do weterynarza. Ale to była najwyższa pora na to, aby poddać ją odrobaczeniu. Chciałam to też zrobić przed moim wyjazdem, co by nie odkładać tego w nieskończoność. I tak miała ciut za długą przerwą pod tym względem.

Ona chyba już wiedziała co się święci wtedy, kiedy zobaczyła, że wyciągam jej transporter, bo zwiała do łazienki. Mało humanitarnie, ale wytargałam ją za futerko zza pralki (wbrew pozorom to nie jest taka dobra kryjówka, jak mogłoby jej się wydawać). Oczywiście, w Puśce obudził się lwi duch, bo na prawo i lewo zaczęła ze mną walczyć, a w ruch poszły nawet jej ząbki i pazurki. Lamentowała przy tym co nie miara, bo przecież wizyta u weterynarza jest równoznaczna z końcem kociego świata. W końcu poskromiłam małą złośnicę, zamykając ją na cztery zamki w torbie. W dalszym ciągu protestowała, pchając pyszczek w kierunku otwarcia oraz drapiąc pazurkami w siatkowane boku transportera. Na niewiele się to zdało, bo zamek był dobrze zabezpieczony, a i dziurki w siatce za małe, aby móc wcisnąć w nie swoje pazurki, które w dodatku zostały skrócone. Zarzuciłam torbę na ramię i ruszyłyśmy w świat.

Ten świat, to znowu nie był taki szeroki. Dotychczas chodziłyśmy do weterynarza znajdującego się dosłownie trzy ulice dalej. Na miejscu okazało się, że w tamtym miejscu jest tylko okulista dla zwierząt. W recepcji pokierowano mnie jednak do innych weterynarzy. Po przeanalizowaniu wszystkich propozycji wybrałam się tam, dokąd miałam po prostu najbliżej. Chociaż nie ukrywam, że wyrażenie "Klinika dla zwierząt" podziałało w znaczący sposób na moją wyobraźnię.

Owa klinika znajduje się niedaleko bloku, w którym mieszka jedna z moich gimnazjalnych koleżanek, toteż mniej więcej wiedziałam, gdzie powinnam się kierować. Wbrew swojej szumnej nazwie jest to niewielki i niepozorny budynek znajdujący się tuż przy ulicy. Ja zaszłam tam na nogach, ale można do niej podjechać odpowiednią komunikacją miejską, przystanki znajdują się w odległości niecałych 200 metrów od niej. Puśka chyba zwątpiła, że swoimi protestami coś zdziała, bo zamilkła i grzecznie siedziała na dnie transportera.

Na miejscu zarejestrowałam Pusię, w końcu to nasza pierwsza wizyta w tym miejscu. Poszło to dosyć sprawnie, również dlatego, że miałam ze sobą dotychczasową kartę zdrowia kotki, co znacznie ułatwiło sprawę. No i okazało się, że bez problemu mogła ona zostać przeniesiona z jednej lecznicy do drugiej. Trochę trudno mi było precyzyjnie określić barwę sierści Pusi, na szczęście pani z rejestracji była w tym bardziej zorientowana. A że przyniosłam ze sobą zwierzaka, to zostałyśmy przyjęte od razu.

Miła i sympatyczna lekarka weterynarii zbadała mi futrzaka. Właściwie to nic strasznego jej nie zrobiła, ale że i miejsce zupełnie nowe, i osoba obco pachnąca, to Pusia musiała pokazać pazurki. I to dosłownie. Ogólnie z wagą Pusia stoi w miejscu, co wcale nie jest taką złą nowiną. W każdym razie pannicy nadwaga na razie nie grozi panience. Kotka dostała połowę tabletki na odrobaczenie. Tutaj dopiero działy się cuda-wianki i w ogóle dramat w kociej odsłonie. Wszystko dlatego, że pani odważyła się wsadzić jej tabletkę wprost do gardła i jeszcze przytrzymywała jej zamknięty pyszczek. Prawdziwa tragedia! Puśka wyraziła swój sprzeciw syczeniem i sarkaniem na nieznajomą osobę. A potem obrażona na cały świat poszła w kąt swojego transportera. I przesiedziała tam do czasu powrotu do domu bez ani jednego słowa.

Teraz w dalszym ciągu siedzi nadąsana na swoim legowisku. Mam nadzieję, że jej przejdzie. Tym bardziej, że za dwa tygodnie czeka ją powtórka z rozrywki, ale to już w domowym zaciszu bez zbędnej widowni. Co prawda to nie mój problem, bo kotka na ponad dwa tygodnie zmienia właściciela, ale przecież nie będę się wstydzić za własne zwierze.

piątek, 17 lutego 2023

1528. W Dniu Kota Pusia się na mnie skarży...

Wreszcie udało mi się dorwać do komputera. Co próbuję do niego usiąść, to "Matka" Karolina bezczelnie mnie zestawia na podłogę. Tak nie może być! Ja stanowczo protestuję przeciwko takiemu traktowaniu. A to nie jedyna moja życiowa tragedia z jaką przyszło mi się zmierzyć. Chyba mam prawo raz do roku zaprotestować przeciwko traktowaniu mnie jak jakiegoś zwierzęcia. Ja jestem kotem, Panie i Panowie i dopominam się o to, co mi się z tego tytułu należy!

Tragedia nr 1: "Matka" NIE wstaje o 5 rano! - Szok, niedowierzanie, rozpacz. Już od 4 rano robię wszystko, by zwlec z łóżka tę leniwą istotę! Tymczasem ona nadal śpi... Wrzaski, gryzienie w stopy, powolne deptanie po Karolinie - niestety nic nie przynosi rezultatów. A ja domagam się jej uwagi! Przecież głośno krzyczę! Tak bardzo czuję się ignorowana! Domagam się wezwania ludzi, którzy zainterweniują - tutaj rozgrywają się prawdziwe kocie tragedie!

Tragedia nr 2: "Matka" zabiera mnie do weterynarza - To tak traumatyczna sytuacja, że mówienie o niej przychodzi mi z prawdziwym trudem! Karolina zabiera mnie w miejsce, którego szczerze nie cierpię. Uważa, że to niby dla mojego dobra. Stanowczo się z tym nie zgadzam! Oni mnie tam kłują, oglądają zęby, wyginają we wszystkie strony, a co najgorsze - twierdzą, że tego potrzebuję. Czy coś w tym dziwnego, że krzyczę wtedy ile mam sił w płucach? Dlaczego nikt mnie wtedy nie słucha? Chyba tylko ci z organizacji pro zwierzęcych by mnie zrozumieli... Na koniec, po powrocie do domu, dostaję coś dobrego do jedzenia. Słyszę, że jest to nagroda. Szkoda tylko, że zupełnie nieadekwatna do tego co musiałam przejść!

Tragedia nr 3: "Matka" chce zająć miejsce, które należy do mnie! - To moje miejsce! Moje i tylko moje! Co z tego, że to fotel, który jest jej niezbędny do pracy przy komputerze? Obiera się mi moją przestrzeń! Nie szanuje się mnie! Czy naprawdę nikt nie rozumie, że zawsze leżę tu tylko ja? Nie interesuje mnie kilka posłań, które Karolina dla mnie przygotowała! Nawet ten karton, który zazwyczaj bardzo lubię, obecnie mało mnie interesuje... Spotkała mnie dziś prawdziwa tragedia. Co na to stowarzyszenia ratujące biedne koty? Na pewno jestem jednym z nich! Niech mi tylko ktoś poda do nich numer telefonu.

Tragedia nr 4: "Matka" odmawia mi kolejnej kolacji - Proszę i proszę... Nie jadłam nic od godziny! Tymczasem Karolina mruczy coś pod nosem o nadwadze i jakiś problemach zdrowotnych. Słyszę, że trzeba ograniczyć mi jedzenie. Nic z tego nie rozumiem. Znowu cierpię i stanowczo domagam się właściwego traktowania.

Tragedia nr 5: "Matka" wygania osę z domu - A tak dobrze się bawiłam! Do mieszkania wpadła osa, która bzyczała i miała paski. Tymczasem nie tylko zostałam ewakuowana do drugiego pokoju, ale kiedy wróciłam - nie było ani śladu po mojej ofierze. Uważam to za skandal! Została mi odebrana --możliwość zabawy! Czuję się oszukana! Obrońcy praw zwierząt na pewno przyznają mi rację!

Tragedia nr 6: "Matka" szczotkuje mi brzuch - Tortury! Jestem torturowana. Błagam, pomóżcie mi! Kłaki? A co to są te kłaki? Co chwilę słyszę to słowo, kiedy przez całą minutę jestem zmuszana do szczotkowania mojego biednego brzucha. Dlatego ogłaszam strajk, o! I krzyczę. Może ktoś mnie usłyszy?

Tragedia nr 7: "Matka" nie chce iść na spacer - Czy zrobiłam coś złego? Dlaczego zasłużyłam na taki los? Już od godziny proszę ją o trzeci spacer tego dnia. Czy to tak wiele? Czego tu Karolina nie rozumie? Krzyczę pod drzwiami długo, bo bardzo kocham spacery po trawie, nowe zapachy, obserwowanie na żywo ptaszków... No przecież nie proszę o wiele. Karolina mówi coś o prezentacji, którą musi dzisiaj skończyć. I dodaje, że jutro na pewno znowu wyjdziemy na zewnątrz. Nie rozumiem. Czuję się bardzo opuszczona i nie interesują mnie nawet moje ukochane chrupki. Dlatego żądam wezwania odpowiednich władz, które nie tylko są w stanie zrozumieć moją straszną sytuację, ale też przeprowadzą odpowiednią interwencję.

Tragedia nr 8: "Matka" wie, że widzę ptaka na drzewie i nie mogę go złapać! - Przecież go widzę! Siedzi tak niedaleko, na drzewie. Dostrzegam go przez szybę. Czasem nawet słyszę jego trele, kiedy okno jest otwarte. Tymczasem oddziela mnie od niego jakaś dziwna siatka! Błagam! Zdejmijcie ją! Albo powiedzcie w jaki sposób mam go dosięgnąć? Niech ktoś mi pomoże. Proszę, zadzwońcie po pomoc. Karolina uważa, że kilka gonitw za piórkiem i dobre jedzenie na koniec takiego polowania sprawi, że poczuję się dobrze. Zgadzam się, ma rację. Jednak dalej uważam, że kiedy sobie czegoś życzę... Dlatego należy wezwać tych, którzy staną w mojej obronie. Takie tragedie przeżywam codziennie. Powiedzcie sami, czy to jest sprawiedliwe?

Tragedia nr 9: "Matka" zamyka drzwi do łazienki - Czy to jest jakiś żart? Przecież wiadomo, że zawsze chcę siedzieć po drugiej stronie drzwi. Co mnie interesuje ulubione hasło Karoliny: "odrobina świętego spokoju"? Raczej kolejny raz czuję się ignorowana. Dlatego krzyczę, aby wezwać pomoc, niech ktoś interweniuje!

Tragedia nr 10: "Matka" nie zgadza się na skakanie po zasłonach - To kolejny kłopot w mojej relacji z Karoliną. Umówmy się - przecież mieszkam u siebie. Skaczę, próbuję się wspinać, a regularnie jestem z tych zasłon zdejmowana. To też moje zasłony! Czym zasłużyłam sobie na ten los? Niczym! Dlatego wszczynam bunt. Niech wszyscy wiedzą, że w tym mieszkaniu ogranicza się moje podstawowe kocie prawo - do robienia tego co chcę i kiedy chcę! Czym są kocie tragedie jak właśnie nie tym? Wezwie ktoś odpowiednie służby? Poratuje ktoś biednego mruczka? Bądźcie ludźmi...

Na podstawie: https://www.onet.pl/styl-zycia/kotypl/kocie-tragedie-zyciowe-czyli-jak-mozesz-mi-to-robic/5bs9d4g,30bc1058

piątek, 1 maja 2020

1150. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 11/Majówka?

JUREK I LOLEK


 - "Niemożliwe, to nie może być on" - pomyślał Jerzy Kluger. Wśród nazwisk uczestników Soboru Watykańskiego II wymienianych przez radiowego spikera wyraźnie usłyszał "Wojtyla". Oczywiście dla Włochów nie istniała polska litera "ł", ale zbieżność brzmienia i tak była uderzająca. Jurek siedział na fotelu dentystycznym, lekarz akurat przerwał borowanie, bo w przeciwnym razie pewnie nic by nie usłyszał. 
Ostatni raz widział Lolka ćwierć wieku temu. Przez ten czas zdążył się ożenić, przeprowadzić do Rzymu i pochować ojca. Z Polską żadnej więzi nie utrzymywał. Wspomnienie zamordowanych matki, babci, siostry było zbyt bolesne i nie chciał do tego wracać. 
Jerzy Kluger z Janem Pawłem II(źródło zdjęcia)
Prosto od dentysty pojechał do domu i sięgnął po książkę telefoniczną. Po krótkich poszukiwaniach dowiedział się, gdzie mieszka arcybiskup Wojtyła. Zadzwonił tam, lecz go nie zastał. Zostawił swój numer telefonu. Czyżby to naprawdę był jego przyjaciel? Jak żywe stanęły mu przed oczami sceny z dzieciństwa i młodości. Oto biegnie do kościoła, by służącemu do Mszy Lolkowi powiedzieć, że zostali obaj przyjęci do gimnazjum. Wszedł do katolickiej świątyni, mimo że był Żydem. Jakaś kobieta zwróciła mu nawet z tego powodu uwagę. Gdy potem powiedział o tym Lolkowi, ten zapytał po prostu: "Co w tym złego? Przecież wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga.". Oto Lolek ze swoim tatą przychodzą do wadowickiej synagogi, aby posłuchać wspaniałego popisu pieśni żydowskich, słynnego kantora, Mosze Kusawickiego. I wreszcie matura. Siedział za Lolkiem i chyba tylko dzięki temu udało mu się zdać łacinę. Karol nigdy nie dawał ściągać, lecz gdy przechylił się w pewnym momencie w bok, Jurek zobaczył prawidłową odpowiedź na jego kartce.
Zadzwonił telefon.
 - Pronto(słucham) - powiedział Jerzy podnosząc słuchawkę.
 - Jurek, to ty? - usłyszał pytanie po drugiej stronie.
 - Tak, to ja. Gdzie jesteś?
 - W domu. Mieszkam w Rzymie.
 - Przyjdź do mnie jak najszybciej!

Od Anioła Stróża: Po latach przyjaciele padli sobie w objęcia. Być może nigdy by się nie odnaleźli, gdyby nie to, że Karol stał się w ciągu kilku lat bardzo ważną osobą. Po śmierci arcybiskupa Baziaka zarządzał archidiecezją krakowską, a następnie papież Paweł VI mianował go arcybiskupem. W tym czasie rozpoczął się również Sobór Watykański II - spotkanie biskupów całego świata w Watykanie. 
Sobór został zwołany przez poprzednika Pawła VI, papieża Jana XXIII, aby przygotować Kościół do nadchodzących czasów. Karol brał w nim udział od początku, to znaczy od 1962 roku. Szybko doceniono jego wkład, także podczas ostatniej sesji w 1965 roku. Jego nazwisko było już bardzo znane. Dlatego Jerzy usłyszał je w radiu i dlatego się spotkali. Odnowioną w ten sposób przyjaźń podtrzymywali przez następne lata. 

DZIEL I RZĄDŹ
 - Doskonały pomysł, towarzyszu! - Władysław Gomułka pochwalił swojego najbliższego współpracownika, Zenona Kliszkę. - Twórczo zastosowaliście zasadę starożytnych Rzymian: "Dziel i rządź". 
Rządzącym w Polsce komunistom zależało na skłóceniu dwóch najważniejszych ludzi w polskim Kościele: prymasa Stefana Wyszyńskiego i arcybiskupa Karola Wojtyły. Obaj mieli jechać do Rzymu na specjalne zgromadzenie biskupów. Komuniści umyślili, że pozwolą na wyjazd Wojtyle, a Wyszyńskiego zatrzymają w Polsce.
 - Prymas się wścieknie! - Kliszka zacierał ręce z zadowolenia. - I dobrze to zapamięta. A Wojtyła
Kardynał Karol Wojtyła i prymas Stefan Wyszyński
(źródło zdjęcia)
będzie tańczył tak, jak mu zagramy! Najpierw dostanie paszport, potem skusimy go pozwoleniem na budowę paru kościołów i będzie nasz!
Kilka miesięcy wcześniej papież Paweł VI mianował krakowskiego arcybiskupa kardynałem i w ten sposób wszedł on do wąskiego grona najbliższych współpracowników Ojca Świętego. Do tej pory jedynym polskim kardynałem był prymas.
 - A jeśli Wojtyła nie pojedzie? - zaniepokoił się Gomułka. 
 - Przecież został zaproszony przez papieża. A on jest ważniejszy od prymasa.

Od Anioła Stróża: Była to przemyślana pułapka. Komuniści liczyli na to, że niedoświadczony ich zdaniem Karol złapie się na ten haczyk. Jego wyjazd oznaczał by, że milcząco zgadza się z niesprawiedliwością, która dotyka kardynała Wyszyńskiego. To musiałoby nadszarpnąć zaufania, jakim do tej pory się darzyli. A przeszli już razem bardzo wiele. Stali się wypróbowanymi przyjaciółmi. Wspierali się nad wzajem, gdy komuniści na różne sposoby atakowali Kościół. 
Tak było po opublikowaniu słynnego listu biskupów Polskich do niemieckich: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Tak było również podczas obchodów tysiąclecia Chrztu Polski. W ważnych sytuacjach i w ważnych miejscach pokazywali się zawsze razem, aby ludzie widzieli ich solidarność. Było to bardzo ważne, bo najłatwiej pokonać tych, którzy się ze sobą kłócą. 
Karol poznał się na podstępie. Nie skorzystał z pozwolenia na wyjazd i został w Polsce, jeszcze bardziej okazując swoje oddanie Prymasowi Wyszyńskiemu. 
Kiedyś pewien obcokrajowiec, będący pod wrażeniem narciarskich umiejętności mojego podopiecznego zapytał ilu kardynałów jeździ w Polsce na nartach. 
 - 40% - odparł Karol.
 - Jak to, przecież jest tylko dwóch - zapytał rozmówca.
 - Tak, ale Wyszyński liczy się za 60%
Prymas chciał, aby Karol został jego następcą. Komuniści byli przerażeni tym pomysłem. Nie spodziewali się, że stanie się coś jeszcze dla nich gorszego... 
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak się dzisiaj czujecie? Bo mi trudno uwierzyć w to, że nadszedł już maj. A skoro jest maj, to powinny być i nabożeństwa majowe. I w sumie są - tylko w zupełnie innej formie niż bym się tego spodziewała. Zamiast w kościele, to przed monitorem komputera. No, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Pogoda za oknem też w kratkę. Czasami świeci słońce, innym razem pada deszcz.
Nastrój mi trochę poprawiło poranne obejrzenie filmu "Madeline". Pamiętam z dzieciństwa taką wieczorynkę. Przezabawna historia dziewczynki wychowującej się we francuskiej szkole dla dziewcząt. I wiecie co, znowu zaczęłam się zastanawiać dlaczego dziewczęta mówiły do zakonnicy prowadzącej pensję "Panno Clawer", a nie np. "Siostro Clawer). Pamiętam, że w dzieciństwie miałam ten sam dylemat.
Paradoksalnie zaczyna brakować mi ostatnio czasu, czego dowodzi ostatnia notatka. Sama w to nie wierzę. To nie tak, że nie umiem się zorganizować, po prostu trochę na mnie spadło. Ale mam nadzieję, że za kilka dni odrobię się ze wszystkim i wszystko wróci przynajmniej do częściowej normy. Muszę się tylko zmobilizować.
A poza tym mieliśmy dzisiaj małe święto - szóste urodziny Pusiastej. Sama nie wiem kiedy to minęło...

piątek, 22 listopada 2019

1062. Na poprawienie humoru - "Marley i ja" Johna Grogan

Nie to, żebym miała zły humor, co to to nie(chociaż chyba znowu złapałam jakąś infekcję).

Rozmowa w sekretariacie z panią D.(a może powinnam nazwać ją po wczorajszym na blogu mianem Gazeli, ewentualnie Mary Poppins, jak zaproponowała w komentarzu Jotka?) poszła jak najbardziej po mojej myśli. Co prawda była trochę zaskoczona tym, że mnie widzi, z drugiej jednak strony wiedziała, a przynajmniej domyślała się, dlaczego. W żartach jej powiedziałam, że jeszcze nie opanowałam daru bilokacji, aby być w kilku miejscach na raz, z klonowaniem ludzi na razie ciężko idzie. A czasami przydałby się taki trik. W każdym razie wiem już co, jak i do kiedy z jedną sprawą załatwić, jestem więc mądrzejsza o jedną rzecz. Przy okazji stwierdziła, że z takim kaszlem to ja co najwyżej mogę iść do łóżka, a nie do ŚDS-u, ja jednak planuję podleczyć go w weekend i w poniedziałek być jak nowo narodzona. Chyba jakiś palec Boży był w tym, że nie zgłosiłam się na wolontariat podczas "Eurowizji Junior" w Gliwicach, chociaż pierwotnie miałam taki zamiar. W ostatniej chwili jednak przestraszyłam się rozmowy kwalifikacyjnej w języku angielskim. Gdyby była ona jeszcze w języku niemieckim, to może by przeszło, jednak angielski nie jest moją mocną stroną. W sumie niemiecki też nie, ale umiem go w większym stopniu niż angielski. Mam nadzieję, że za bardzo nie zagmatwałam tego wszystkiego. Jeżeli tak to przepraszam. Ale o tym niemieckim trochę pożartowałyśmy z panią D. Jeju, jak ja kocham wsłuchiwać się w jej śmiech, a raczej w jego barwę. Z tego wszystkiego nie mogę sobie za nic wyobrazić, jak brzmi jej głos, kiedy się złości... O jej wczorajszym biegu nawet nie wspomniałam, nie musi wiedzieć, że ją widziałam.
Właśnie skończyłam czytać książkę felietonisty jednego z największych amerykańskich dzienników Johna Grogana, "Marley i ja". Już dawno chciałam po nią sięgnąć, ale jakoś nie było ku temu okazji. Aż wreszcie zamówiłam ją w Śląskiej Bibliotece i zatopiłam się w lekturze. Co prawda po trochu wiedziałam o co w niej chodzi, bo na jakimś obozie sportowym oglądaliśmy film(to znaczy część z nas oglądała, bo ja np. poświęciłam ten czas na wypisywanie kartek pocztowych do znajomych i rodziny i widziałam piąte przez dziesiąte), jednak i tak chciałam przeczytać książkową wersję filmu. Zresztą już sam pyszczek na okładce powieści zachęcał mnie do przeczytania.

Tytuł: "Marley i ja. Życie, miłość i najgorszy pies świata"
Autor: John Gordon
Wydawnictwo Pierwsze
Warszawa 2006
Ilość stron: 344

Tytułowy Marley to pies rasy labrador retriever, którego świeżo upieczone małżeństwo, John i Jenny Gordon, kupili prosto z hodowli. Obydwoje wychowali się w domu, w którym były zwierzęta, dlatego wiedzieli, że pies to nie tylko przyjemność, ale przede wszystkim obowiązek. Imię odziedziczył po słynnym piosenkarzu, Bobie Marley'u, którego piosenka leciała w radiu właśnie w tym momencie, kiedy małżonkowie kłócili się o to, jak będzie się wabił ich pupil. Po odkarmieniu przez matkę, mały, dwumiesięczny Marley trafił pod dach rodziny Gordonów, gdzie spędził całe swoje życie. Jak (prawie) każdy labrador okazał się niezłym psotnikiem, który jednak podbijał serca wszystkich dookoła i nikt nie miał serce się na niego złościć dłużej niż to było potrzeba. Był też wiernym przyjacielem rodziny, takim co to wyznaje zasadę, gdzie moi państwo, tam i ja, a także oddanym towarzyszem dziecięcych zabaw. 
Czytanie książki tak mnie wciągnęło, że poświęcałam mu każdą wolną chwilę. Śmieszne sytuacje wywoływały u mnie takie salwy śmiechu, że np. podróżujący ze mną autobusem pasażerowie aż odwracali głowy w moją stronę. Trzeba przyznać, że John Gordon w rewelacyjny i prosty sposób opisuje swoją codzienność, w której pierwsze skrzypce starał się grać... Marley. Nawet kiedy był już stary i schorowany potrafił wywołać radość na twarzach swoich właścicieli. Z książki bije optymizm, wyraźnie widać, że te 13 lata spędzone z psem były raczej szczęśliwe. 
Pozycję poleciłabym przede wszystkim tym, którzy marzą o posiadaniu psa rasy labrador, żeby chociaż trochę zaznajomili się z problemami, jakie mogą ich spotkać. Wiadomo, że chociaż ta rasa jest wykorzystywana chociażby do pomocy osobom z niepełnosprawnościami, to jednak psy te nazywane są wiecznymi szczeniakami, którym trzeba zapewnić warunki do zabawy i aktywności. Jeżeli tak się nie stanie, urządzą sobie w domu prawdziwy plac zabaw. Książka pokazuje też, jak ważna jest odpowiednia tresura, właściwie każdego psa. John zapisał Marley'a do specjalnej szkoły, jednak z tego co widzę po sąsiedzie, który też ma tej rasy psa, przy odrobinie wolnego czasu oraz cierpliwości, można samemu spróbować się jej podjąć. Dzięki temu pies nabierze pewnej dyscypliny.
Teraz planuję jeszcze raz obejrzeć film "Marley i ja", tym razem z innej perspektywy. Wcześniej jednak, np. jutro, chcę wreszcie obejrzeć "Co gryzie Gilberta Grape'a?". Kilkakrotnie już szedł w telewizji, jednak z gazetowego opisu nie wydawał się on zbyt ciekawy. Ale teraz znowu wiem pod jakim kątem mogę go obejrzeć tak, aby był dla mnie bardziej klarowny. Może mi się spodoba. Wiem, wiem, że jest jeszcze książkowa wersja, której nie czytałam, ale obawiam się, że tej perspektywy odbioru o którą mi chodzi w niej nie znajdę. A na pewno nie będzie to pokazane tak wyraźnie jak w filmie, gdzie oprócz słowa działa również obraz, podczas czytania jesteśmy zaś zdani na naszą wyobraźnię. A moja chyba aż tak daleko nie sięga. Poza tym i tak planuję spędzić dwa dni w łóżku, więc będę miała co robić.

piątek, 21 czerwca 2019

960. Pierwsze koty za płoty

Ostatni egzamin, z mikroekonomii, za Młodą. A tym samym praktycznie zaliczyła pierwszy rok na AWFie. Jestem z niej bardzo, bardzo dumna, chociaż jest tylko moją kuzynką. A może aż. W każdym razie pomimo biedy, niepełnosprawności i związanych z tym stereotypów wyrwała się z ubogiej wsi i odnalazła w realiach ogromnego miasta. Wiadomo, że mieszkając ze mną ma łatwiej, bo nie musi za akademik płacić. 
Średnią za pierwszy rok ma bardzo ładną - 4,32. Na początku zastanawiałam się, jak się w tym wszystkim odnajdzie. Ale dała radę. A nawet zapisała się do tutejszego klubu pływackiego dla niepełnosprawnych, żeby nie zaprzepaścić tego, co przez lata wypracowała - bo Młoda od małego jeździła kilkadziesiąt kilometrów na lekcje pływania. Dzisiaj w wodzie czuje się jak rybka, albo jakaś syrenka. Po trochu zmotywowała mnie też, abym się wzięła za pływanie. Ale to już po wakacjach.
Jutro wraca do siebie, na Kielecczyznę. A ja zostanę sama. No dobrze, z Pusią. Ale z Pusią raczej sobie nie pogadam, prawda?

środa, 1 maja 2019

914. Jesteśmy w Unii Europejskiej już 15 lat!

Wejście Polski do Unii Europejskiej pamiętam o wiele lepiej niż wejście do NATO, które miało miejsce pięć lat wcześniej. Byłam wtedy starsza i dojrzalsza o te 5 lat(w końcu gimnazjum to nie podstawówka, prawda?), a i więcej się o tym mówiło na lekcjach szkolnych, chociażby przy okazji takiej geografii czy WOS-u(a z drugiej strony ciężko mówić w drugiej klasie szkoły podstawowej o tym, co to jest NATO). Pamiętam też, że chyba rok wcześniej było referendum dotyczące tego, czy Polacy chcą przystąpić do Unii Europejskiej. W naszej szkole też się ono odbyło, ale uprawnieni do udziału w nim byli tylko uczniowie gimnazjum. A ja dopiero kończyłam podstawówkę... W każdym razie kiedy zapytałam rodziców potem jak głosowali, odpowiedzieli mi, że na tak, ale tylko dlatego, żeby młodemu pokoleniu żyło się lepiej.
Człowiek nasłuchawszy w telewizji się szeregu obietnic wyobrażał sobie nie wiadomo co. Chyba najbardziej do wyobraźni przemawiały "otwarte granice", które miały przyjść dopiero za kilka lat, kiedy Polska wstępowała do strefy Schengen(pamiętacie jeszcze sprawdzanie paszportów na granicy? Bo ja tak). A tu po prostu obudził się 1 maja 2004 roku i już miał świadomość, że jest członkiem wspólnoty europejskiej. Bez większych fajerwerków i fanfar. No, chyba że się mieszkało w większym mieście. Ale to już zupełnie inna bajka... Pamiętam jeszcze, że w szkole przygotowywany był apel na ten temat połączony z konkursem wiedzy na temat krajów członkowskich. I że za pierwsze miejsce dostałam pustą kasetę magnetofonową przeznaczoną na nagrywanie. Czy dzisiaj jeszcze ktoś pamięta te czasy, kiedy nagrywało się piosenki lecące w radiu na kasety?
Jakby tego nie mówić - od 15 lat jesteśmy w Unii, czy nam się to podoba, czy też nie. Jak wszystko - ma to swoje dobre i złe strony, tyle samo zwolenników, jak i przeciwników. I nie ma w tym nic niezdrożnego, każdy z nas ma prawo mieć swoje zdanie. 

A poza tym zgadujcie kto dzisiaj obchodzi 5 urodziny...

sobota, 9 marca 2019

878. Te niedoceniane pszczoły...

W ciągu ostatnich dni czytałam niezwykle wciągającą książkę "Historia pszczół" norweskiej pisarki Mai Lunde. Szczerze powiedziawszy już dawno miałam na nią chrapkę, jednak obłożenie w bibliotece jest tak wielkie, że pewnie w dalszym ciągu bym czekała w długiej kolejce. A tymczasem brat młodej dwa lata skończył z wyróżnieniem technikum pszczelarskie prawie 200 kilometrów od ich biednej wsi(jedyne w Europie, taki zdolniacha) i w nagrodę oprócz uli dostał tą właśnie książkę. Młoda przywiozła ją ze sobą do przeczytania, a przy okazji i mnie udało się ją przeczytać. I wiecie co - oczarowała mnie.

Tytuł: "Historia pszczół. Powieść"
Autor: Maja Lunde
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2015
Ilość stron: 518

Akcja powieści rozpoczyna się w nie tak odległej przyszłości, bo w 2098 roku. Na świecie nie ma już pszczół, a niejaka Tao, kobieta chińskiego pochodzenia, pracuje na plantacji, gdzie wraz z innymi pracownikami ręcznie zapyla drzewa owocowe. Jest to żmudna, a za razem niebezpieczna robota. Tao ma męża Kuana oraz trzyletniego synka, Wei-Wena. Kobieta wie, że za pięć lat Wei-Wen podzieli jej los, dlatego marzy, aby wysłać go do jakiejś dobrej szkoły. Niestety, są one zarezerwowane tylko dla wybitnie zdolnych jednostek. Na razie jednak, korzystając z wolnego dnia, rodzina wybiera się na wycieczkę za miasto. W pewnym momencie trzylatek znika, a kiedy w końcu zostaje odnaleziony, dzieją się z nim dziwne rzeczy. Zostaje zabrany do szpitala, z którego wkrótce znika. Zdesperowana kobieta rusza do Pekinu w poszukiwaniu ukochanego dziecka.
91 lat wcześniej Amerykanin o imieniu George, podobnie jak jego przodkowie, prowadzi dobrze prosperującą hodowlę pszczół. Po cichu marzy o tym, że jego jedyny syn Tom za kilka lat przejmie cały interes. Tymczasem 25 latek ma zupełnie inny plan na swoje życie. W dodatku w całym kraju padają pszczoły. George jest tym wszystkim załamany i popada w coraz większą apatię...
Jest rok 1852. Mieszkający w Anglii William ma swój sklep, kochającą żonę i gromadkę dzieci. W przeszłości chciał zajmować się pszczołami, jednak pod wpływem kpin znajomego popadł w depresję i miesiącami nie wychodził z łóżka. Jednak dzięki rozmowie z jedną ze swoich córek, Charlotte, wpada na genialny pomysł unowocześnienia konstrukcji dotychczasowych uli w taki sposób, aby produkcja miodu była jak najbardziej ekonomiczna. Nie wie jednak, że podobną konstrukcję wymyślono już w innej części świata. Zmartwień dostarcza mu też dorastający syn, który sprawia coraz więcej problemów wychowawczych.
Wszystkie trzy historie, chociaż toczą się w różnych ramach czasowych, sprowadzają się do jednego mianownika - pszczół. Ale nie tylko. Uważny czytelnik po wnikliwej analizie tekstu dostrzeże, że jedna historia, poprzez niesamowity zbieg okoliczności, łączy się z drugą, niczym elementy sieci pokarmowej. Równoległym tematem obok pszczół są relacje rodziców z dziećmi na przestrzeni wieków. Doskonale widać w książce tą zależność, że rodzice zawsze chcą jak najlepszego życia dla swoich dzieci, choćby nie wiadomo jak bardzo byli biedni. Niestety, nie zawsze im się to udaje, a skutki nieposłuszeństwa dzieci wobec nich mogą być opłakane i nieprzewidywalne.
Chociaż książka liczy ponad 500 stron, czyta się ją bardzo szybko. Jednak niejednokrotnie podczas czytania zastanawiałam się, jak naprawdę wyglądałby świat, gdyby wyginęły wszystkie pszczoły. Bo chociaż są one nie do końca doceniane, to jednak tworzą ważną część ekosystemu naszej planety.

A co tak naprawdę oznaczałoby zniknięcie wszystkich pszczół z naszej planety? Sami przeczytajcie:

Winogrona, awokado, ogórki - lista owoców i warzyw, których nie będziemy mogli jeść, jeśli wymrą pszczoły, jest długa. Znajdzie się na niej nawet kilka produktów mlecznych. Pszczoły bowiem(oprócz miodnych mowa też o pszczołach samotnicach i trzmielach) zapylają też wiele roślin pastewnych dla krów. Jeżeli zabraknie tej swoistej maszynerii zapylającej, biorącej udział w rozmnażaniu 70% roślin użytkowych, nasze talerze zaświecą pustkami. Już Albert Einstein powiedział: - Kiedy wyginą pszczoły, człowiekowi pozostaną cztery lata istnienia. I ten scenariusz wcale nie jest taki nieprawdopodobny: w Polsce liczebność pszczół miodnych spadła 1/3! Odpowiedzialne za to są głównie roztocza i wirusy, ale o zdziesiątkowanie pszczelej społeczności podejrzewa się także pestycydy, niszczenie siedlisk owadów, zanieczyszczenie środowiska oraz zmiany klimatyczne. Na szczęście los nie wszystkich warzyw i owoców zależy od pszczół - "bezpieczne" są rośliny wiatropylne oraz te zapylane przez inne owady. Dla pozostałych naukowcy i rolnicy gorączkowo szukają nowych metod zapylania. Ale rolnictwo to tylko jedna strona medalu - zagrożona jest też dzika flora. Większość dzikich roślin jest zapylana przez owady. Część tego zadania przypada na pszczoły. Ich brak może więc wstrząsnąć całym ekosystemami, a to odbije się na stworzonej przez człowieka cywilizacji. A jak zmieni się nasze menu w świecie bez pszczół?:
  1. Mniej mięsa - ponieważ krowy są karmione głównie roślinami, które muszą być zapylone przez pszczoły, spadnie produkcja mięsa i mleka;
  2. Czas na lemoniadę! - Owoce cytrusowe są samopylne. Pszczoły właściwie nie mają wpływu na wyniki zbiorów cytryn, pomarańczy i grejpfrutów;
  3. Koniec z arbuzami - żadne inne owoce nie są tak uzależnione od pszczół jak arbuzy i melony - musiałyby być zapylane ręcznie, co znacznie podniosłoby ich cenę;
  4. Bez cukinii i ogórków - wszystkie rośliny dyniowate trzeba by było zapylać ręcznie;
  5. Sałatki owocowe - zabraknie w nich kiwi, jagód, jabłek i winogron;
  6. Ubogie ciasto - trzeba się będzie obejść bez masła. A jeśli idzie o nadzienie? Truskawki mogą być wiatropylne, ale ich krzaczki są wtedy bardziej podatne na choroby, a owoce - małe i bez smaku;
  7. Mnóstwo chleba - pszenica jest wiatropylna - chleb będziemy więc mieli również bez pszczół;
  8. Niedobory bawełny - zapylane przez pszczoły krzewy bawełny są bardziej wydajne i odporniejsze na choroby. Bez pszczół bawełna będzie wprawdzie dalej dostępna, ale gorszej jakości - i znacznie droższa;
  9. Koniec z guacamole - bez pszczół nie ma awokado - ale za to całe góry nachos, ponieważ kukurydza nie potrzebuje zapylających jej owadów;
  10. Sos pomidorowy - na stół trafiłyby wyłącznie pomidory sztucznie zapylane;
  11. Makaron z warzywami - niestety bez brokułów, papryki i cebuli

niedziela, 17 lutego 2019

868. Dlaczego koty spadają na cztery łapy?

Dzisiaj dzień kota, więc i post musi być koci 😀.
Puśka jak widać doszła już do siebie po sierpniowych przeżyciach
Już ponad 3500 lat temu w dalekim Egipcie oswojono kota. Od tego momentu człowiek zwraca szczególną uwagę na jego niezwykłe cechy. Nad Nilem zwierze to było czczone jako wcielenie Bastet, bogini miłości i płodności oraz cenione jako łowca uporczywych myszy. Jednak już w średniowieczu chodzący swoimi ścieżkami mruczek był przeklinany jako wspólnik diabła i pomocnik czarownic. Zauważono też szczególną cechę kota, która odróżniała go od innych zwierząt: zrzucony z wieży kościoła najczęściej przeżywał upadek na ziemię. Dla pobożnych, zwykłych ludzi był to najlepszy dowód na to, że kot ma iście szatańską naturę. Trzeba było rozwoju nowoczesnej nauki, aby odkryć na czym tak naprawdę polega ta kocia tajemnica.
Ciało kota umożliwia prawdziwe cuda w dziedzinie akrobatyki. Działanie jego doskonałego zmysłu równowagi, którego narządy znajdują się w uchu wewnętrznym, wspomagane jest przez balansowanie giętkim ogonem, który składa się z 23 kręgów. Dzięki niemu kot może przenieść swój środek ciężkości. Dlatego koty mogą siedzieć sobie spokojnie i pewnie nawet na wąskich poręczach i obserwować otoczenie(pole ich widzenia to aż 220 stopni). Wszystko to sprawia, że raczej z nich nie spadną pod warunkiem, że nikt ich nie wystraszy.
W wieku ok. miesiąca koty opanowują sztukę spadania na cztery łapy. Trwający mniej niż pół sekundy obrót wokół własnej osi pozwala mu niemal zawsze wylądować na łapkach. Kości i stawy zwierzęcia są bardzo elastyczne. Umożliwia to niezwykle sprawne balansowanie. Przód i tył ciała kota mogą się w znacznym stopniu przemieszczać w przeciwnych kierunkach wzdłuż osi ciała co ułatwia błyskawiczne ustawienie się łapami w dół podczas spadania. Krótko przed wylądowaniem kot wyprostowuje łapy i wygina grzbiet w łuk, co zapewnia dodatkową amortyzację przy zderzeniu z ziemią.
Z jakiej maksymalnie wysokości może spaść kot i przeżyć. Na to pytanie odpowiada fizyka. W czasie swobodnego spadania źródłem przyspieszenia ciała jest przyciąganie ziemskie. Tej sile przeciwdziała opór powietrza, którego wartość rośnie wraz z prędkością spadania, aż do momentu, kiedy ciało osiągnie stałą prędkość końcową. W przypadku kota wynosi ona około 80 km/h, a dochodzi do niej po ok. 30 metrach spadania. Obserwacje wykazały, że koty spadające z większych wysokości rzadko doznają urazów, ponieważ podczas dłuższego spadania już nie przyspieszają i mają więcej czasu na przygotowanie się do zderzenia z ziemią. Mimo tych wszystkich niezwykłych zdolności upadków kotów z dużych wysokości nie zawsze kończą się szczęśliwie. Niebezpieczeństwo doznania ciężkich obrażeń jest poważne i dlatego też ich właściciele powinni zabezpieczać swoje balkony siatką. 
A ja zaś zastanawiam się co by było, gdyby Pusia wiedziała, że dzisiaj przypada dzień kota. Hmm... strach nawet wyobrażać to sobie...
W roli głównej wystąpiła dzisiaj Pusia.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

850. Życzenia i rozglądajmy się czasami wokół siebie, by uniknąć tragedii

Za kilka godzin skończy się 2018 rok i wejdziemy w nowy 2019. Jaki był ten mijający rok? Ani specjalnie dobry, ani zły. Był zwyczajny, toczący się normalnym rytmem. Były w nim i wzloty i upadki. Powody do łez, i do śmiechu. Sukcesy i porażki. Bo chociaż staram się tutaj pisać głównie o dobrych rzeczach, to nie można zapominać, że mimo wszystko złe rzeczy też mnie nie omijały. 365 dni temu miałam przed sobą pustą, niezapisaną kartę. Dzisiaj wiem, że zapisałam ją w dobry sposób, a na pewno najlepszy, jaki mogłam. Cieszy mnie też poszerzenie znajomości internetowych, przybycie mi stałych czytelników. Może nie piszę tutaj jakoś specjalnie wyśmienicie, ale mam wrażenie, że lubicie tutaj wpadać. Wiem, że niektórych z Was może niepokoić to, że nagle przestałam komentować Wasz blog, ale to może oznaczać chociażby to, że zaczęłam czytać go od początku. W tym roku przeczytałam wiele Waszych blogów, dzięki czemu miałam okazję poznać Was jeszcze lepiej.

Kochani, na ten wyjątkowy wieczór życzę Wam udanej zabawy w gronie przyjaciół, czy też rodziny. Niech Nowy 2019 rok przyniesie Wam wszystkiego co najlepsze. Zdrowie - by było, szczęście - by się mnożyło. Podejmujcie odważne decyzje, aby potem niczego nie żałować. Pamiętajcie - życie jest tylko szybko przemykającą chwilą, drugiej okazji na pewne rzeczy już nie będzie. A bawiąc się dzisiaj zwracajcie też uwagę na to co się dzieje dookoła. Już nie mówię o urwanych rękach i poparzeniach, bo o tym media trąbią co rok. Bardziej mi chodzi o takie sytuacje jak opisana poniżej. Czasami, jak czytam takie sytuacje, to zastanawiam się, gdzie my, ludzie, mamy rozum. I sama nie wiem jaka jest na nie odpowiedź.

Ktoś włożył biednemu psu w pysk odpaloną petardę. Nie sposób sobie wyobrazić co musiało przejść to biedne zwierzę.
Takie przypadki jak ten tylko udowadniają, że niektóre osoby są potworami w ludzkiej skórze. Dla przyjemności, bądź zwykłego żartu, potrafią zgotować bezbronnej istocie prawdziwe piekło. Do końca nawet nie wiadomo, co nimi kieruje. Może chcą wyładować swoją agresję, a może robią to z nudów lub po to, aby komuś zaimponować.
Bonita był ślicznym psem. Pewnego dnia został znaleziony na ulicach Houston w Teksasie. Miał częściowo rozdarty pyszczek, a jego oczy niemal wyszły na wierzch.
Kobieta, która znalazła zwierzę, zaalarmowała praktycznie wszystkie możliwe ekipy ratunkowe. Widząc ogrom jego cierpienia, chciała mu jak najszybciej pomóc. Niestety, w lecznicy do której pies został zabrany okazało się, że jego rany są zbyt rozległe. Weterynarz nie widział możliwości uratowania Bonity i zrobił mu zastrzyk usypiający, w celu przerwania jego cierpień.
Zwłoki Bonity zostały przetransportowane do Houston Humane Socjety, w którym wykonano zdjęcie rentgenowskie jego zmasakrowanego pyszczka. Odkryto na nim, że rozdarcie powstało w wyniku wybuchu petardy. A ponieważ mało prawdopodobne jest to, żeby psiak sam wziął ją do pyska uznano, że ktoś celowo ją mu tam wsadził, albo rzucił już zapaloną i zachęcił Bonitę do aportowania.

poniedziałek, 10 września 2018

780. Z pamiętnika zaginionego kota

Tym razem nie pisze autorka tego bloga, Karolina, tylko jej kotka, Pusia.
Karolina dzisiaj zaczęła zabiegi reha..., reha..., w każdym razie reha coś tam i nawet nie wie, że dorwałam się jej do laptopa. Ale Wy też o tym nic nie wiecie, dobra? Kiedyś podpatrzyłam jak włącza to wszystko i uruchamia przeglądarkę internetową(kto wymyślił taką trudną nazwę) i postanowiłam spróbować samej coś napisać. Może mi się uda?
W ogóle nie rozumiem Was, ludzi, jak można być aż tak zabieganym. Ja tam spędzam większość dnia na spaniu, potem na myciu swojej białej sierści(chociaż teraz bliżej jej do burości, przynajmniej tak stwierdził tata Karoliny), na jedzeniu, na mruczeniu. A Karolina? Karolina ciągle gdzieś biega, ciągle coś załatwia. Aż dziw, że w tym swoim zabieganym życiu znalazła jeszcze czas na szukanie mnie. A wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Że szukała mnie daleko, a byłam całkiem blisko.
Podobno zaginęłam na trzy tygodnie. Ja tam nie wiem, nie znam się na tym Waszym ludzkim kalendarzu. Wiem tylko tyle, że nie było mnie w domu bardzo, bardzo długo, zresztą każdy dzień dłużył mi się w nieskończoność. Gdybym wiedziała, że to tak się skończy, to nigdy nie wychyliłabym nawet nosa zza drzwi naszego mieszkania.
Pewnego dnia, a raczej wieczoru, do Karoliny przyszedł jej tata z jakąś torbą. Korzystając z tego, że nie zamknął za sobą drzwi, postanowiłam czmychnąć na korytarz. W sumie często tak robiłam, bo ileż można siedzieć w domu. Miało być jak zawsze - wychodzę z domu, rozglądam się dookoła i wracam z powrotem. Tym razem jednak zza drzwi obok wyszedł jakiś inny człowiek z istną bestią. Potwora tego wielokrotnie słyszałam zza ściany jak szczeka(przynajmniej Karolina tak nazywała ten dźwięk) i zawsze wtedy truchlałam. Teraz stanęłam z nią twarzą w twarz. Uwierzcie mi - wszystkie włoski na moim grzbiecie stanęły mi dęba. To coś zaczęło na mnie warczeć. Co zrobilibyście na moim miejscu? Trzeba było brać nogi za pas. Drzwi do mojego domu jakimś cudem były zamknięte, wejścia na schody prowadzącego w górę pilnowało to coś, jedynym wyjściem było pobiegnięcie w dół. Więc pobiegłam. Akurat drzwi prowadzące na świat były otwarte, w przeciwieństwie do tych do piwnicy. Nie było innego wyjścia i musiałam wyskoczyć przez nie do ogródka przy bloku. Plan był prosty: człowiek z bestią sobie pójdzie, a ja wrócę bezpiecznie do domu. Proste, prawda? Kątem oka zauważyłam, że wychodzą oni z klatki wraz z tatą Karoliny. Ale zaraz potem usłyszałam niezapowiadający nic dobrego brzdęk. Z przerażeniem odkryłam, że drzwi się zatrzasnęły, a kiedy odwróciłam łebek, taty nie było już w pobliżu. Postanowiłam sama znaleźć jakieś wejście do bloku. Szłam przy ścianie, aż nagle zobaczyłam jakieś uchylone okienko. Postanowiłam spróbować tamtędy wejść. Przecisnęłam się przez szparę i wskoczyłam do środka. Niestety, lądując spowodowałam, że osunęły się zostawione przy oknie kartony. Jednocześnie usłyszałam znajome:
 - Pusia, Pusia, Pusia!
 - Mamo! Tutaj jestem! - krzyczałam. Nikt mnie jednak nie słyszał. To "Pusia, Pusia" powtarzało się co jakiś czas. A ja za każdym razem wołałam na pomoc. W końcu wołanie ucichło. Co prawda w kąciku komórki stał pojemnik z suchą kocią karmą, która na jakiś czas mogła mi wystarczyć, jednak nikt tutaj nie zaglądał. Ja zaś straciłam nadzieję, że ktoś mnie tutaj znajdzie. Raz nadzieja na nowo odżyła, kiedy usłyszałam znajome kroki na korytarzu. Chciałam zapiszczeć, że jestem tutaj, ale z mojego gardła wydobył się tylko żałosny, cichy jęk. Kilka razy inne bezdomne koty radziły mi co zrobić, aby się stąd wydostać, jednak nigdy nie udało mi się wystarczająco wysoko skoczyć, aby dosięgnąć okienka. W dodatku nie było się tam o co zaczepić pazurkami i podciągnął, więc musiałabym mieć naprawdę duży odskok. Coraz bardziej dokuczało mi pragnienie. Zabawne, zawsze gardziłam wodą pamiętając, że o mało nie skończyłam w niej życia jako maleńki kociak. To Karolina uratowała mnie wtedy przed strasznym końcem. Teraz oddałabym wszystko za jej łyk. Sucha karma paliła w gardło. Z żałością przypominałam sobie o pysznych karmach podawanych mi w zawsze czyściutkiej miseczce. Jednak najbardziej brakowało mi pieszczot i miziania, nie byłam już "najpiękniejszym i najukochańszym kotkiem na świecie". Czasami płakałam sobie z tego powodu.
Mijały dni. Pewnego razu ktoś przekręcił klucz w drzwiach. "Mama?" przemknęło mi przez myśl. Nie, to nie była mama. Ale, ale... wiedziałam że skądś znam tą kobietę. Tak, ona mieszka w tej samej klatce co Karolina, też ma bestię, ale dużo bardziej przyjazną od tej wtedy, ma mojego kolegę Dextera i czasami daje mi smaczne kąski. "Zabierz mnie do mamy..." mruknęłam cichutko. Jednak ku mojemu przerażeniu zamknęła na nowo mnie w tej komórce. Przeleciało mi przez głowę, że to już koniec i zapadłam w letarg. Jednak po chwili drzwi ponownie się otworzyły i stanęła w nich Karolina. Nie mogłam uwierzyć w to, że ją widzę.
 - Poznajesz mnie mama, poznajesz?
 - Tak, to ona. Po trzech tygodniach wreszcie ją znalazłam.
A potem wzięła mnie na ręce i poszłyśmy do domu. Po wejściu do klatki zaczęłam wierzyć w moje szczęście, a po przekroczeniu progu mieszkania w to, że nigdy nie należy przestać marzyć. Karolina szybko nalała mi wody do miseczki i dała pysznej karmy z tuńczykiem, zresztą mojej ulubionej.
 - Dlaczego mi dałaś tak mało jeść. Wiesz jaka jestem głodna? - zapytałam opróżniwszy całą miskę.
 - Nie dam ci Pusiu więcej, bo ci zaszkodzi - usłyszałam w odpowiedzi. Ech, człowiek chyba bardziej się na tym wszystkim zna od kota, prawda? Po posiłku umyłam sobie łapeczki i poszłam skontrolować mieszkanie. Nie uwierzycie, ale wszystko było na swoim miejscu. Nawet moja ubikacja i legowisko. Kochana mama, wiedziała, że wrócę. Oczywiście dostałam burę, którą pokornie przyjęłam. Ale też znowu usłyszałam, że jestem najpiękniejszym i najukochańszym kotem na świecie. Na dobranoc zostałam wymiziana po wszystkim co się dało. Och, jak mi tego brakowało. A jak mi się dobrze spało... Nie ma to jak wygodne ludzkie łóżko. Chociaż chyba już nie zdecyduję się na taki krok. Te trzy tygodnie zupełnie mi wystarczyły, a poza tym któregoś pięknego dnia Karolina jeszcze gotowa jest wystawić mi rachunek za farbę pokrywającą jej siwe z nerwów włosy, miau.

środa, 22 sierpnia 2018

771. Magia facebooka, lub jak kto woli - fejsbuka

Kolejny dzień bez Pusi. Nikt mi rano nie wskakuje do łóżka domagając się jedzenia, nikt nie mymla mi wieczorem ubrania rozkosznie przy tym mrucząc. Jest cicho. I pusto. Moje poszukiwania zataczają coraz dalsze kręgi. Przecież to ruchliwe zwierze, może się przemieszczać coraz dalej i dalej. Wczoraj ktoś powiedział sąsiadce, że widział białego kota w łaty koło takich pustostanów. Poszłam tam, szukałam, nawoływałam, piszczałam piszczałką. I nic, zero reakcji. Jedna jedyna rzecz jest w tym wszystkim pocieszająca - kot jest wykastrowany, więc jeden problem związany z niekontrolowanym rozmnażaniem się jest w razie czego z głowy. Oczywiście kotka została pozbawiona organów ze względów zdrowotnych, teraz jednak okazało się to jeszcze bardziej praktyczne.
Piszecie mi o zamieszczeniu ogłoszenia o zaginięciu kotki na facebooku. Zrobiłam to już w niedzielne południe. Na mojej tablicy, na tablicach związanych z zaginionymi zwierzętami z tych terenów. Wielu ludzi, w większości zupełnie nieznajomych, udostępniło je u siebie. Znajomych, którzy udostępnili mogę policzyć na palcach. Wiecie, nie wymagam, aby ludzie z drugiej strony Polski wrzucali ogłoszenie u siebie, ale niektórzy, którzy znajomych mają w tysiącach i wrzucają po raz enty jedno i to samo swoje zdjęcie mogliby... Najwięcej pomogła mi znajoma z uczelni, która co prawda nie mieszka w moim pobliżu, ale zajmuje się zaginionymi zwierzętami i poudostępniała ogłoszenia gdzie się da w facebookowym świecie. Dwa razy ktoś się zgłosił z kotem podobnym do Pusi, ale to nie była ona...
Przez facebook o zaginięciu zwierzęta dowiedział się też J., od którego dostałam cztery lata temu tą małą futrzaną kuleczkę. Miał to być przyjaciel na lata, ocalony od niechybnej śmierci w nurtach jednej z miejskich rzek... Dostałam ją w najgorszym jak dotąd okresie mojego życia. Miała być pocieszeniem w trudnych chwilach. I była... Miała też przeżyć w spokoju i dobrobycie długie życie, do końca swoich kocich dni. A teraz gdzieś się pląta, w upale. Nigdzie nie ma nawet strugi wody. Co prawda ludzie, w tym i ja, wystawiają na zewnątrz miski z wodą, ale czy wychuchany kot nie zostanie odpędzony przez swoich dzikich kuzynów? Pani E., mama J., uspokajała mnie, że jej młodszemu synowi kot też uciekł i wrócił po miesiącach. A jakby nawet się nie znalazł, to oddadzą mi jakiegoś ich. Ale to niestety nie będzie już Pusia...
Okolica została też oklejona ogłoszeniami. Wiszą one na słupach, w klatkach, w sklepach zoologicznych. W tych ostatnich zostawiliśmy też kilka ulotek. Ponadto dziewczyna z naszego osiedlowego zoologa jest wolontariuszką w schronisku dla zwierząt w S-cu, więc obiecała zwracać uwagę na kotki, które do nich trafiają.
Jeszcze jak na ironię losu jutro idę na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę, z której wracam dopiero w niedzielę. Do tego czasu Puśka może już zwiedzić pół miasta, jeśli nie całe. Ech, nie potrafię się cieszyć, nie potrafię...

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

770. Pusiu, gdzie jesteś?

Kiedy przychodzi ciemna noc, tylko to jedne pytanie kołacze mi się po głowie. Od dwóch dni jej nie ma - przepadła jak kamień w wodę. A ja chodzę po osiedlu z latarką, świecę po wszystkich zakamarkach, nawołuję. I nic, zero reakcji. Denerwuję się, bo to był typowo domowy kot, wychuchany, wypieszczony, z pełną miską. Wiecie, ja tam mogłam cały dzień o suchej bułce, ważne aby Pusia miała co jeść. Może na co dzień nie dostawała smakołyków, ale w niedzielę zajadała się karmą z tuńczykiem. Puszka przeznaczona na wczoraj stoi nietchnięta w lodówce... Jak sobie więc radzi z pożywieniem? Czy da radę złowić sobie przysłowiową myszkę? Czy nie jest jej zimno? Przecież w domu chowana była w cieplarnianych warunkach.
Po głowie kołacze mi się jeszcze myśl, że Pusię ktoś zabrał do siebie. Wiecie, to jest raczej ufny kot, łaszący się do ludzi. Zresztą dziwne mi się wydawało to, że tak szybko zniknęła. Zresztą zastanawia mnie, dlaczego tak szybko zniknęła, w ciągu zaledwie kilku minut. Przecież nie znała okolicy, nie wiedziała dokąd może pobiec... Może i jest to poczciwy dachowiec, ale urody mógłby jej pozazdrościć niejeden rasowiec z rodowodem. Jeżeli tak się stało, to mam nadzieję, że jest jej dobrze w nowym domu, że tak jak u mnie ma pełną miskę i pierzynkę, w której tak lubiła się wylegiwać...
No nic, czas wyjść i poszukać maleństwa. Może trafię na jej ślad...

sobota, 18 sierpnia 2018

769. Chce mi się wyć!

Tyle razy było mówione, że drzwi do mojego domu się zamyka, nawet kiedy wchodzi się tylko coś zostawić.
Bo kot ciekawy świata może wybiec.
I co? 
I wielkie g... z mojego gadania.
Ostatnio coś mi pralka nawala. Po niedzieli ma przyjść kolega naprawić dziadostwo, a tym czasem korzystając z tego, że rodziciel mieszka niedaleko zaniosłam mu najpilniejsze pranie(przez te upały nie jestem w formie aby prać w rękach), a przy okazji uzgodniłam z ojcem, że za tydzień będzie wpadał do mnie, aby oporządzić gadzinę.
Jakąś godzinę temu oddał mi pranie. Wszedł, oczywiście nie zamykając za sobą drzwi, bo po co, przecież wchodzi tylko na "chwilę". Ale ta chwila wystarczyła aby kot prysnął z domu. Tym bardziej, że nikt nie pilnował drzwi. Co prawda zorientowałam się, że Puśki mi brakuje zaraz po wyjściu taty z domu, ale poszukiwania nie przyniosły żadnego rezultatu. Kota nigdzie nie ma, a nie możliwe jest, aby czmychnął nie wiadomo gdzie, bo nawet nie zna terenu. Tata umywa od sprawy ręce twierdząc, że kot najwyraźniej wyskoczył przez okno, w dodatku nie wiadomo kiedy, bo on nie zauważył, aby Puśka wychodziła z domu. Kuźwa, że tak przeklnę, chwilę przed jego przyjściem jeszcze jadła z miski, przez tyle lat nie wyleciała przez okno, a ostatnio nawet nie siadała na parapecie, a drzwi wejściowych nikt nie pilnował. Ale po co być współwinnym wszystkiemu, przecież lepiej wszystko zwalić, jak zwykle zresztą, na mnie. Poza tym obstawiam, że jakby faktycznie jakimś cudem wyleciała z tego okna to albo by w ogródku było jej ciałko, albo by sama gdzieś w nim była. A może jest, tylko ja w tej ciemności jej nie widziałam? Z drugiej strony mogła czmychnąć głównymi drzwiami, które ktoś akurat otwierał...
A mi się wyć chce, bo obawiam się, że Puśka przepadła jak Kayron Gosianki Wrocławianki. Jutro wznawiam poszukiwania, nie ma co.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

765. Mam nadzieję, że nie przeczyta tego żaden obrońca praw zwierząt

Od razu mówię, że ten tekst nie jest dla obrońców praw zwierząt.

Od jakiegoś czasu moja mała Puśka jakoś tak mizernie wygląda. Je za dwóch, a chudziutka jest jak szkapa. Może gdyby nie była kastrowana(sterylizowana?) to jeszcze bym to jakoś umiała sobie wytłumaczyć. A tak bez tych swoich narządów rozrodczych i tak nie jest grubaskiem. Nie jest głodzona. Może z powodu upałów nie dostaje popołudniu papu, ale za to nadrabia wszystko z nawiązką wieczorem. Co prawda ktoś kiedyś powiedział, że zwierzęta upodabniają się do swoich właścicieli, no ale bez przesady. Jedyne co mi przychodziło do głowy to robaki. Co prawda ani w kuwecie, ani w wymiocinach nie znalazłam niczego niepokojącego, ale i tak postanowiłam wybrać się z kotką do weterynarza.
No tak, ale przecież trzeba tam zwierzę przetransportować. Najlepiej by było w takim specjalnym transporterze to zrobić, wiadomo, ale na jego zakup nigdy nie ma ani czasu, ani środków, ani miejsca na jego trzymanie. Zresztą już dawno temu wykalkulowałam, że używałabym go zaledwie dwa, trzy razy do roku, bo tyle średnio kot odwiedza lekarza(odrobaczenie + szczepienie + jakaś zupełnie niezaplanowana wizyta). Mogłabym kotkę przenieść w rękach, wszak to taka drobinka, ale po drodze mogłoby jej wszystko wyjść wszystkimi możliwymi otworami(nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze jak coś chcę delikatnie przenieść, to ściskam to niesamowicie mocno - ot taki paradoks wiążący się nie wiem czy bardziej z atetozą czy ze spastycznością), ewentualnie ze strachu przed nieznanym światem dała by nogę i tyle bym ją widziała. 
Dlatego zawsze nosiłam ją w starym, zużytym już plecaku. Wkładałam ją do największej przegrody, zasuwałam w niej i w drogą. No, ale teraz Puśka jest o cztery lata mądrzejsza i cwańsza i chyba podejrzewa już co się święci. Jak zobaczyła, że otwieram plecak to prysła w najciemniejszy kąt mieszkania(czyli pod rurę odprowadzającą wodę z muszli klozetowej) w nadziei, że jej nie znajdę. Aha, jej niedoczekanie. Najpierw zaczęłam kiciać i ciciać naiwnie myśląc, że Pusia podejdzie po dobroci. Nic z tego. W końcu złapałam ją za futro i wyciągnęłam z kryjówki wkładając do plecaka. Ledwie ją puściłam aby zapiąć go - znowu mi czmychnęła. Gdyby mogła otworzyłaby szafę i w niej się ukryła, albo chociaż wlazła za łóżko. Ale jedno i drugie było zabezpieczone tak, że nie dała radę. Po chwili znowu złapałam moje chuchro, aż kłaczki latały w powietrzu, i nie zważając na protesty(z nerwów aż na mnie syczała), znowu wpakowałam ją do plecaka zasuwając zamek przed jej ciekawskim pyszczkiem. Zarzuciłam plecak na plecy i wystartowałam niczym z bloku startowego do weterynarza.
Po drodze kot darł się wniebogłosy, wszak musiał zademonstrować swoje niezadowolenie, a za razem swoją obecność. W dodatku szalał tak bardzo, że obawiałam się, że otworzy przegrodę i naprawdę czmychnie sobie w nieznane. Świat jest przecież taki ciekawy... Nie muszę chyba mówić, że przechodnie oglądali się za nami, bo coś im miauczało wniebogłosy a tego czegoś nie było nigdzie widać...
Wreszcie dotarłam pod klinikę, w której Pusiasta jest zarejestrowana i spokojnie wytłumaczyłam pani w rejestracji z czym przychodzę. Kot oczywiście w dalszym ciągu się wściekał, bo jakżeby inaczej? Rejestratorka kazała mi usiąść na krześle i chwile poczekać, a sama poszła zapytać się wetki czy nas przyjmie. Postanowiłam nie męczyć niepotrzebnie futrzaka i otworzyłam plecak z którego wyłoniła się łepetynka. Wszyscy naokoło zaczęli się nim zachwycać... Tia, może i jest śliczna, ale zmierzła jak nie wiem co. 
Pani weterynarz przyjęła nas od ręki. Obejrzała, zważyła(2.700 kilo żywej wagi, nawet ja tyle nie ważyłam po porodzie), uspokoiła mnie, że kotka jest drobna i mała, i że nigdy nie będzie grubiutka i nie wiadomo jak ciężka. Dała jej połowę tabletki, wcześniej tocząc z kocim terrorystą niemalże krwawy bój na śmierć i życie. Drugą połowę ma dostać za 2 miesiące, chyba że robaki zaczną z niej wychodzić. Już widzę dantejskie sceny, jakie się będą wtedy działy... W każdym razie po tej połówce Puśka była w takim szoku, że bez słowa sprzeciwu dała się zapakować z powrotem do plecaka i grzecznie siedziała w nim aż do powrotu do domu. Gdyby nie ciężar plecaka to pomyślałabym, że nic w nim nie mam. 
Kot na razie wielce na mnie obrażony. No nic, kiedyś jej przejdzie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Bo ile można się dąsać, prawda?

środa, 28 lutego 2018

681. "Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba" - A. Fredro, "Zemsta"

Najpierw długo nad tym myślałam. Bardzo, bardzo długo. Analizowałam wszelkie za i przeciw. No bo wiecie, kwota 8 tysięcy złotych jest niebagatelna. Niby z comiesięcznej renty socjalnej odkładałam sobie każdego miesiąca co nieco, tak żeby potem było łatwiej, nawet odważyłam się pojechać z dzieciakami z uboższych rodzin na wakacje, aby sobie coś dorobić oraz zrezygnowałam z corocznego wyjazdu zagranicznego dla osób niepełnosprawnych organizowanego przez tatę mojego kolegi(jeszcze wczoraj dzwonił do mnie z pytaniem, czy na pewno w tym roku rezygnuję z wyjazdu, ale tym sposobem jestem ponad 2000 zł do przodu). A jednak wątpliwości przyszły. Bo drogo, bo daleko, bo to, bo tamto. Aż wreszcie tydzień temu przed nabożeństwem Drogi Krzyżowej podeszła do mnie pani ze scholi i zapytała jak gdyby nigdy nic:
 - Lolku, zapisałaś się już na wyjazd do Panamy? Bo z tego co wiem, to w naszej diecezji termin jest do końca lutego. A przecież ŚDM to Twój żywioł.
Znowu trochę niepewnie na nią popatrzyłam. A potem zaczęłam całą litanię moich wątpliwości co do udziału w tym spotkaniu.
 - A słyszałaś kiedyś zdanie Paulo'a Coelho'a, że "Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie"? Korzystaj, dopóki masz taką okazję...
Ech, słyszałam, słyszałam. I coś w tym jest, bo i za jedną rzecz zamiast początkowej kwoty 1400 złotych muszę zapłacić jedynie 300(ludzie, 1100 złotych jestem do przodu!), i od marca renta podnosi się o 18 złotych, 68 groszy miesięcznie(tak, niby nic, a jednak w ciągu całego roku wychodzi całe 224 złote 16 groszy więcej niż dotychczas), i więcej można też będzie dorobić, nawet dorywczo, do tej renty bez obawy o obniżenie jej, zawieszenie, czy wręcz utratę(a wiecie, prawo do renty łatwo jest utracić, lecz trudniej je na nowo uzyskać, zwłaszcza kiedy renta jest tak jak w moim przypadku czasowa, a nie stała). Ale dalej się zastanawiałam. A czas leciał. I coraz szybciej i szybciej zbliżał się termin ostatecznej decyzji. 
W końcu postawiłam wszystko na jedną kartę. Napisałam meila do koordynatora wylotu i nacisnęłam "wyślij". Choinka, z jednej strony pisało, że do dzisiaj zbierają chętnych(nawet na facebooku zamieścili informację, że do końca dnia), a z drugiej obawiam się, czy to nie za późno. Ale przynajmniej nie będę sobie w brodę pluć, że nic nie zrobiłam, aby tam być. 
To uczucie znałam z Światowych Dni Młodzieży z Rio de Janeiro w 2013 roku. Tak, tak i tak bym tam nie poleciała, cieszyłam się, że widziałam wszystko z perspektywy szklanego ekranu(który w cudowny sposób został uruchomiony na tych kilka dni). A jednak jakaś część serca rwała się do tej rzeszy młodych ludzi przebywających na plaży Copacabana. Teraz, kiedy już poznałam realia Światowych Dni Młodzieży wiem na czym to wszystko polega. Już na Brzegach powiedziałam sobie, że zrobię wszystko, aby być w Panamie.  
I tak dla równowagi, wysłałam też swoje zgłoszenie na wolontariat podczas imprezy. A może się uda, chociaż tutaj też nie liczę na wiele. Crazy is my life? A może kto nie ryzykuje ten nie wygrywa? W każdym razie jutro jadę do Katowic po odbiór zamówionych w bibliotece książek(udało mi się odblokować kartę, ale nie chciało mi się już bawić w logowania, zamawiania i czekania na realizację zamówień, więc całe 5 książek zamówiłam sobie z poziomu domowego), to wstąpię na pocztę i nadam. A potem, jak to mówił Rejent Milczek w "Zemście" - "Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba".

Jeszcze poskarżę się na Puśkę, bo wczorajszego wieczoru przeszła samą siebie. A to było tak: leżałam już sobie w łóżku, światła miałam pogaszone. Kotkę miałam w nogach. Nagle czuję - hyb! Puśka doskoczyła mi do głowy sama z siebie. No, chyba że unosząca się w rytm mojego oddechu kołdra podziałała na nią jak płachta na byka. Kolejną zaś rzeczą jaką zrobiła było przejechaniem pazurem po mojej twarzy. Nie wiem, czy chciała odchylić kołdrę i popatrzeć na mnie, czy co, w każdym razie zadarłam się na zwierzaka, a ono czmychnęło sobie gdzieś. Dzisiaj natomiast obudziłam się z krwawą pręgą przez pół twarzy. Mam nadzieję, że szybko w miarę mi ona zniknie, bo jak nie, to śmieję się, że na kilka minut wyrzucę kota za okno(czytaj na parapet), aby ochłonął trochę. Jest zimno, to i jest ku temu szansa...

sobota, 17 lutego 2018

675. W poszukiwaniu zaginionego kota

Ależ się dyskusja wywiązała pod poprzednim postem. W sumie to było do przewidzenia, bo temat epilepsji jest po trochę tematem tabu w naszym społeczeństwie, dlatego każda okazja jest dobra, by go poruszyć. Tym bardziej, że podobno na żadnym portalu internetowym typu onet, interia, czy wp nie napisano nic na ten temat(zresztą o Środzie Popielcowej też przemilczano) - i to jest dowód na to, że choroba i wiara nie są modnymi tematami w naszym kraju. Dziękuję Wam za każdy pozostawiony pod nim komentarz. Każdy z nich dał mi sporo do myślenia...

Dziś Światowy Dzień Kota, więc z tej okazji anegdotka z życia wzięta z ostatnich dni...
Wracam sobie któregoś dnia do domu. Zawsze pod drzwiami czeka moja Puśka. Ale tym razem jej nie było. Trochę mnie to zaniepokoiło, więc chodzę po domu, nawołuję, ciciam, zaglądam w każdy zakamarek. I nic, zero reakcji. Noszszsz... chyba mi kot uciekł z domu, kiedy z niego wychodziłam. Co prawda nigdy jeszcze do tego nie doszło, aczkolwiek nigdy nic nie wiadomo. Trochę podłamana siadam na wersalce, opieram się o oparcie i co słyszę?
 - Miauuu...
Bestia mała leżała sobie pod kapą przykrywającą łóżko.
Co jak co, ale dawno się tak nie zdenerwowałam.

A tak w ogóle to nie udało mi się dotrzeć na diecezjalne spotkanie w sprawie wylotu/wyjazdu na ŚDM do Panamy. Tzn. nie dość, że się spóźniłam(spotkanie w sprawie funkcjonowania Oratorium w tym półroczu się przedłużyło), to nie umiałam trafić do salki, w której ono było. No, ale z drugiej strony nigdy jeszcze nie zapuściłam się w tamte tereny S. Na szczęście na stronce diecezjalnej pisze, że można ewentualnie zapisywać się przez wiadomość e-meil. Naprawdę się nad tym zastanawiam. Bo wiecie, cena niemała, ale przecież żyje się tylko raz... No nic, mam czas do końca lutego.
Teraz pobuszuję sobie po Waszych blogach, a potem wracam do czytaniu "Dziedzictwa templariuszy" Steva Berry'ego. Opasłe tomisko, ale czyta się dosyć przyjemnie.

piątek, 19 stycznia 2018

659. No koza, no

Wiecie co, zawsze chciałam mieć kózkę. W dzieciństwie miałam wręcz hopla na punkcie tego zwierzątka. Mieliśmy ciotkę, która mieszkała w tym samym mieście co my. Tylko w przeciwieństwie do nas miała dom z ogrodem. A w ogrodzie, a jakżeby inaczej, zawsze pasła się biała, przeraźliwie mecząca kózka. Po każdej wizycie u ciotki męczyłam rodziców, aby kupili mi taką samą(do bloku). Już widziałam jak pasie się w ogródku sąsiada, a zimą ma wybudowaną w nim małą szopkę z drewna. Bo cóż innego jest dla kózki potrzebne? Takie dziecięce, naiwne marzenia...
A teraz, po tych dwudziestu latach z hakiem poniekąd spełniło się moje marzenie. To nic, że moja prywatna "kózka" miauczy i zamiast stukających o podłogę kopytek ma łapki. Ale ma coś, co sprawia że mogę ją uznać za to zwierzątko - uwielbia chrupać wiszącą nad barkiem paprotkę(a w miseczce ma "kocią trawkę", której ani tchnie). Zresztą sami zobaczcie:
A oto mina kociej kozy po tym, jak przyłapana została na obgryzaniu paproci.

czwartek, 30 listopada 2017

626. Zima stanęła u drzwi

Czy i w Wasze progi zawitała już zima? Bo u mnie jak wczoraj sypnęło śniegiem, tak trzyma i trzyma. Szkoda tylko, że na chodnikach ten piękny, biały puch cieszący oczy zmienia się w paskudną breję wlewającą się wszystkimi możliwymi szczelinami do butów. Czasami myślę sobie, że ten mój kłotecek to ma dobrze - może się zwinąć na mięciutkiej poduszce i smacznie sobie spać, nie zważając na to, co się dzieje dookoła...
Żyć nie umierać! Tylko czasami można się zainteresować dopiero co kupioną myszką(a może szczurem?), wiecie, na zasadzie "potrącam łapką, ale na zabawę nie ma co liczyć"...
Niestety, nie każdy jest kotem, który może całe dnie przebywać w błogim ciepełku. Czasami trzeba wyjść na zewnątrz, np. po zakupy(w tym puszki z kocim jedzonkiem), albo po prostu po to, aby się przejść. Chociaż dzisiaj po powrocie do domu miałam tak mokro w butach, że musiałam przebrać nawet skarpetki. Przez to wszystko nie poszłam dzisiaj na zebranie w sprawie sobotniego Oratorium. W sumie to moje pierwsze "wagary" od dwóch lat. Bo sytuacji gdzie spotkania nakładały się na zajęcia na uczelniach nie liczę. Pewnie oprócz układania zajęć na najbliższą sobotę omawiali także wyjazd na najbliższą Oratoriadę, która odbędzie się już w przyszłym tygodniu w Środzie Śląskiem. Tematyką spotkania jest budowanie wspólnoty, zaś plan spotkania wygląda następująco:

Żeby tylko przestał padać śnieg, a to co już spadło nie zamieniło się w paskudną breję...
A zważając na rok Wyspiańskiego oraz kolejną rocznicę wybuchu powstania listopadowego z ciekawością czytam dramat "Noc listopadowa" poświęcony tej tematyce. Dobrze, że mam już pewne rozeznanie zarówno w tematyce, jak i w samej historii, bo inaczej chyba bym się poddała. Do pewnych książek też trzeba dojrzeć.

wtorek, 28 listopada 2017

625. Małżonkowie, którzy zachowali w trudnych chwilach człowieczeństwo

Wczoraj tak się wciągnęłam w czytanie "Azylu...", że ani się obejrzałam, a była już 12:00 w nocy. Jednak jeszcze bardziej szkoda mi było tego, że książka JUŻ się skończyła. 
Już? Jak to? Tak szybko? Już nie uronię ukradkiem ani jednej łzy wzruszając się ludzkimi odruchami w stosunku do "okropnych Żydów"? Nie będzie już niespodziewanych zwrotów akcji oraz zapierających dech w piersiach opisów przeszukań mieszkań i wybuchów niemieckich bomb?

Tytuł: "Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo"
Autor: Diane Ackerman
Wydawnictwo: Świat Książki
Warszawa 2017

To nie jest pierwsza książka z wykorzystaniem warszawskiego ogrodu zoologicznego w ukrywaniiu zbiegłych z warszawskiego getta Żydów. W kwietniu pisałam o "Arce czasu" Marcina Szczygielskiego, opowiadającej o ukrywanym tam kilkuletnim Rafale. Tamta pozycja była przeznaczona jednak dla dzieci. Ja potrzebowałam czegoś bardziej dorosłego. "Azyl..." wydawał się być idealną odpowiedzią na moje zapotrzebowanie.
Już sama okładka książki wzbudza pozytywne emocje. Bo kogóż nie wzruszyłby obraz przedstawiający młodą kobietę przytulającą równie młode lwiątko(?). Jest to kadr z filmu nakręconego na podstawie tej historii.
Bohaterami książki jest rodzina Żabińskich - Jana i Antoniny oraz ich dzieci Rysia i Tereski. Przed II wojną światową prowadzili warszawskie zoo. Ach, czego tam nie było? Majestatyczne pingwiny przechadzały się obok egzotycznych małp, lwów i żyraf. Kolorowe papugi skrzeczały na swój sposób, zaś szybkie gepardy biegały po przestronnych wybiegach. Ogród cieszył się niebywałą popularnością, odwiedzały go szkolne wycieczki, prywatni ludzie, jak również przybyli z zagranicy goście.
żródło: http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo
Żabińscy planowali stale powiększać kolekcje zwierząt posiadanych w zoo. Ich plany przerwał wybuch II wojny światowej. W obawie przed zniszczeniem ogrodu, a w związku z tym przedostaniem się znajdujących się w nim zwierząt na teren miasta, postanowiono wiele z nich wywieźć do innych miast, w tym Berlina. Inne z ciężkim sercem zabijano. Zoo opustoszało, pozostały w nim puste wybiegi, klatki i jaskinie. I willa, w której w dalszym ciągu mieszkała rodzina. Sami Żabińscy w dalszym ciągu zajmowali się zwierzętami, z tym że teraz przyszło im hodować przeznaczone pod ubój świnie.
Rysiu z ulubionym borsukiem Borsuniem na spacerze
żródło: http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo/
http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo
Te puste miejsca z czasem wykorzystano w zupełnie inny sposób. Chociaż zoo izolowało Żabińskich w niejaki sposób od zewnętrznego świata, doskonale wiedzieli co się dzieje w mieście. Zwłaszcza w getcie, do którego spędzono również wielu ich przyjaciół. Jan wiele razy ich odwiedzał, kiedy pod pretekstem szukania odpadków do wykarmienia trzody, wchodził na zamknięty teren. Często przemycał dla nich jedzenie oraz lekarstwa. Aż w końcu pojawiła się myśl. Szalona myśl, która dawała jednak nadzieję na uratowanie chociaż części z przebywających w izolacji osób. Z czasem nie tylko ogród zoologiczny, ale też sama willa Żabińskich stała się tymczasowym domem dla wielu wyprowadzonych z getta i w ten sposób uratowanych istnień ludzkich.
Wiele już napisano na temat tego, jak podczas II wojny światowej traktowano ludzi pochodzenia żydowskiego. Jak z nich szydzono, poniewierano, izolowano, w końcu zabijano w celu wyeliminowania "nieczystej rasy". Jednak wśród tego całego wszechobecnego zła pojawiali się też ludzie, którzy ratowali innych niejednokrotnie narażając swoje życie. Opisywani w "Azylu..." Żabińscy z całą pewnością do nich należeli. Nic więc dziwnego, że za swoje uczynki zostali odznaczeni wyróżnieniem Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata.
źródło: http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo