Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 28 czerwca 2021

1314. Ukryte identyfikatory naszej tożsamości(tekst nie tylko dla osób wierzących)

Czy zastawialiście się kiedyś co zrobilibyście w sytuacji, gdyby jakaś nieznajoma osoba zadała Wam proste pytanie: "Kim ty tak właściwie jesteś?". Zapewne nie wiedzielibyśmy co odpowiedzieć, a przynajmniej większość z nas by tego nie wiedziała. Tymczasem są pewne symbole, które mogą pomóc w identyfikacji naszej tożsamości. Jakie?

1. Krzyżyk lub medalik. Może nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale to co mamy na szyi lub nadgarstku od razu rzuca się w oczy. Przy pierwszym spotkaniu z nieznaną nam osobą zauważamy, że jej biżuteria niesie za sobą jakieś przesłanie. Tak samo jest z krzyżykiem lub medalikiem - to co mamy na sobie mówi bardzo dużo o naszej osobowości, zainteresowaniach, a także wyznaniu.

2. Pismo Święte. W kawałach o kobietach bardzo często pojawia się temat ich torebki, w której można znaleźć praktycznie wszystko. Więc może znajdzie się w nich miejsce również na małe wydanie Pisma Świętego, albo samej Ewangelii? Taka mała książeczka bez problemu mieści się w dłoni, a w dodatku nie waży zbyt wiele. Jeśli jednak nie mamy takiej możliwości, możemy pobrać taką aplikację na telefon (oczywiście znowu w miarę naszych możliwości). Dzięki temu będziemy mieć stały dostęp do czytań z danego dnia oraz modlitw, których nie znamy na pamięć.

3. Różaniec. Jedziemy do pracy lub szkoły, ale nie chcemy słuchać ani wiadomości, ani muzyki, a nikt znajomy nie siedzi obok nas. Co wtedy robić? Można na przykład wyciągnąć różaniec i zacząć się na nim modlić. To jest nasze świadectwo, a może zdarzyć się tak, że ktoś to zauważy i sam zacznie tak robić.

4. Uśmiech. Nie ma nic gorszego od wiecznie niezadowolonych z czegoś osób. A tych niestety w naszym świecie jest coraz więcej. Nauczmy się szczerze uśmiechać do innych. Przechodząc obok nieznajomego, możemy podarować mu uśmiech. We współczesnym świecie pełnym perfekcjonizmu i zapracowania nieustannie brakuje prostoty. 

5. Coś do jedzenia. Nie możemy zaniedbywać własnego ciała, co jest nawiązaniem do piątego przykazania Bożego. Dlatego dbajmy o nie. Jak? Nie odchudzajmy się na siłę i nie obżerajmy. Widząc bezdomnego możemy dać mu coś do zjedzenia - nieważne, czy bułkę, czy nas ulubiony baton. Ten mały gest może mieć wielką moc.

6. Leki. Podobnie jak w punkcie piątym, jest to odniesienie do piątego przykazania. Jeżeli wiemy, że na coś chorujemy, powinniśmy mieć odpowiednie leki zawsze przy sobie. Nie tylko ze względu na nas samych, ale też z miłości dla naszych bliskich i znajomych. Bo chyba nikt z nich nie chce, abyśmy przez czyjeś zaniedbanie trafili do szpitala.

7. Kartka i długopis. Chyba każdy z nas zna to uczucie, kiedy przychodzi nam do głowy jakiś pomysł. Jesteśmy przeszczęśliwi, że w końcu wpadliśmy na rozwiązanie problemu... I pyk! Już go nie ma. Doznajemy rozczarowania, a przez to poświęcamy jeszcze więcej czasu na przypomnienie sobie tej kwestii. Dlatego dobrym sposobem na zapominanie jest zapisanie sobie od razu naszego pomysłu. Nie muszą to być składne zdania, ważne, abyśmy sami znali ich sens.

8. Pieniądze. Zawsze warto mieć przy sobie kilka groszy, ponieważ nigdy nie wiadomo, czy czasami nam się one nie przydadzą. Nie wiemy przecież, czy nie spotkamy na swojej drodze kogoś, kto nie będzie potrzebował naszej pomocy. Kupienie komuś głodnemu bułki kosztuje niewiele, ale jest to prawdziwy gest miłosierdzia. 

9. Numer do bliskiej osoby. Nie da się ukryć, że utrzymanie stosunków przyjacielskich to coś bardzo ważnego. Przyjaciel to przecież ten ktoś, kto zawsze jest przy nas, na dobre i na złe. Ponieważ zazwyczaj jest pierwszą osobą, która dowiaduje się o nowinkach z naszego życia, dlatego warto w wolnej chwili zadzwonić do niego i umówić się na spotkanie.

10. Zegarek. Nikt z nas nie lubi spóźnialskich. Szanujmy czas innych tak samo jak swój. Bądźmy więc punktualni - to jeden z najlepszych wyrazów szacunku do innych. Miejmy też czas na realizację powierzonych nam talentów, poprzez umiejętne zarządzanie czasem. Dzięki temu znajdziemy w naszym życiu czas na odpoczynek, pracę oraz realizację swoich celów.

Na podstawie: https://deon.pl/wiara/duchowosc/10-rzeczy-ktore-katolik-powinien-miec-zawsze-przy-sobie,458801

Powyższy tekst oparłam na artykule "10 rzeczy, które katolik powinien mieć zawsze przy sobie", który jakiś czas temu pojawił się na portalu deon.pl. Jednak tak sobie myślę, że o ile 3 pierwsze punkty faktycznie mogą tyczyć się osób wierzących, o tyle pozostałe są tak uniwersalne, że może się z nimi identyfikować praktycznie każdy. A Wy, czy myślicie, że któreś z powyższych przedmiotów/symboli w jakiś sposób Was identyfikuje w społeczeństwie? Bo myślę, że do mnie bez wątpienia pasuje 1(noszę szkaplerz karmelitański), 3, 4, 9 oraz 10. W czasach kiedy studiowałam w Krakowie starałam się też robić więcej kanapek, aby potem podzielić się nimi np. z żebrzącymi pod tunelem prowadzącym z krakowskich Plantów na dworzec autobusowy. 

Trzymajcie się ciepło i uważajcie na siebie podczas wakacji

piątek, 25 czerwca 2021

1313. "Mam przed oczami dzień pożegnania, spojrzenia mówią bez słów. A w myślach smutek i ból rozstania, lęk, że nie ujrzę Cię znów."

Na naszej życiowej drodze spotykamy różne osoby. Jedne są w naszym życiu obecne krócej, inne dłużej. Jednak niekiedy są to takie osoby, które co prawda pojawiają się tylko na momencik, ale poprzez swoją nietuzinkową osobowość i sposób bycia zapadają w nasze serca oraz w pamięć na długi czas, jeżeli nie na zawsze. Dla mnie taką osobą była jedna z moich nauczycielek, pani Basia. Chociaż gościła w moim życiu jedynie przez 10 miesięcy, wypaliła w nim ślad, który po dzień dzisiejszy nie chce się zabliźnić.
Zakończenie roku szkolnego 2000/2001 wywołało we mnie, jedenastoletnim dziecku, mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłam się z końca nauki, nadchodzących dwumiesięcznych wakacji, jednego z trzech na całą szkołę(a była to podstawówka i gimnazjum) świadectwa z wyróżnieniem. A z drugiej strony wiedziałam, że po powrocie z zasłużonego wypoczynku już nie zobaczę jednej z moich ukochanych nauczycielek. Zresztą to dla niej napisałam mój wiersz o św. Barbarze.
Wiadomość o jej odejściu z naszej szkoły pani Basi nie spadła na nas jak przysłowiowy grom z jasnego nieba - wiedzieliśmy o tym od dawna. A jednak był to za krótki czas na przygotowanie się na to. Bo jak nie lubić osoby, która ucznia faktycznie stawia na pierwszym miejscu? Która dwoi się i troi, aby każdemu wytłumaczyć zawiłe meandry działań matematycznych(a były to łączone klasy, gdzie każdy z nas był na różnym poziomie inteligencji)? Która w tym celu pochyla się nad każdym uczniem i robi to z anielską cierpliwością? Która co rusz wymyśla jakąś nową zabawę dydaktyczną? Która sama robi mniej sprawnym uczniom notatki w zeszytach? Która dostrzega potencjał uczniów i wykorzystuje go w niebanalny sposób(np. prosząc czwartoklasistów o wykonanie zadania przeznaczonego dla gimnazjalistów)? Która w końcu poświęca swój czas i dzwoni po kuratoriach załatwiając uczniom warunki pisania olimpiad dostosowane do ich manualnych możliwości? No jak?
Czasami na matematyce pojawiało się coś z innych przedmiotów(tutaj z angielskiego)

Moje wewnętrzne JA buntowało się na taki stan rzeczy, ale przecież te dwadzieścia lat temu nic nie mogłam na to poradzić. Tego ostatniego dnia roku szkolnego było mi naprawdę przykro, że to wszystko już się kończy. Oczywiście poszliśmy się całym zespołem klasowym pożegnać, ostatnie wymiany słów i gestów wbiły mi się w pamięć. Ostatnie zdjęcie, którego odbitkę bezskutecznie próbuję zdobyć... No właśnie, nie mam żadnego z nią zdjęcia, ale uchował się jeszcze zeszyt, jedyny z czwartej klasy, moja jedyna po niej pamiątka.
Któremu nauczycielowi by się chciało zanotować coś uczniowi w zeszycie

Dodatkowo pojawiła się nutka niepewności - jaka będzie ta nowa nauczycielka? I chociaż ostatecznie okazała się bardzo sympatyczną osobą(i nie piszę tego tylko dlatego, że zawsze miałam u niej dobre oceny), ale to jednak pani Basia skradła moje serce. Po latach, w ostatniej klasie gimnazjum, napisałam nawet wiersz poświęcony jej pamięci, po trochu inspirowany też moimi ówczesnymi fascynacjami muzycznymi.

Pani Basi od matematyki...

Otwieram zeszyt do geometrii.
Nastawiam radio na pewną piosenkę.
Próbuję się uczyć trygonometrii.
Na kartce widzę znajomą rękę.

„Jej czarne oczy” mi chodzą po głowie.
Ja tego nie chcę wcale, o nie!
Lecz co ja zrobię, kto mi to powie?
Że ciągle o nich marzę i śnię.

Pan Ivan napisał mądre słowa.
„Miłość, tęsknota ścigają się”.
A w mojej głowie jest bomba myślowa.
Czy to tak można, kto to wie?

Wspomnienia wracają, nie mogę zapomnieć,
tych pięknych chwil, co tak dawno były.
I teraz, żyjąc w tym morzu wspomnień,
Marzenia moje się odrodziły.

Lolek, marzec 2006

Bo  co innego mogła wymyślić piętnastoletnia gimnazjalistka, która od kilku lat zamiast skupiać się na lekcjach, wyglądała ciągle przez okno w klasie. Zamajaczy znajoma sylwetka ukochanej matematyczki, czy nie zamajaczy? Przecież obiecała, że będzie nas odwiedzać...
Moja ulubiona lekcja - cyfry w systemie rzymskim(ps. to IC jest przekreślone tylko dlatego, aby pokazać, że tak się nie zapisuje 99)

Od tamtego pożegnania widziałam jednak panią Basię tylko raz. Było to podczas miejskiego rozdania nagród dla uczniów odnoszących szczególne sukcesy w nauce. Wielokrotnie otrzymywałam to wyróżnienie, jednak ten jeden raz miałam okazje odebrać je osobiście. Zamieniłyśmy wtedy kilka ciepłych słów. Słów, które kolejny raz zapadły mi w umysł i w serce.
Dzisiaj wiem, że tych 10 miesięcy w niejaki sposób ukształtowało mój sposób myślenia oraz pozwoliło uwierzyć w siebie. O tym wszystkim napisałam jej w liście, który wysłałam jej z dalekiej Panamy. Mam cichą nadzieję, że doszedł, i nawet w przypadku, kiedy nie skojarzyła sobie kim ja jestem, czy też nie pamiętała mnie(co jest zupełnie zrozumiałe), to poczuła jakąś wewnętrzną satysfakcję... Bo przecież efekty naszych działań mogą przyjść dopiero z czasem. Za to ich skala może być nieporównywalna z ogólnie przyjętym standardem. A nawet po cichu marzę, że jeszcze kiedyś dane nam będzie się jeszcze raz spotkać i wszystko jej opowiedzieć.
Rada na całe życie, nie tylko na lekcje, podczas których ma się chwilę zwątpienia we własne możliwości

środa, 23 czerwca 2021

1312. Gdybyśmy tylko potrafili wyciągać wnioski...

W ostatni weekend utonęło aż 21 osób. Fala upałów, jaka nawiedziła Polskę, sprzyjała wypoczynkowi i beztroskiemu wypoczynkowi nad zbiornikami wodnymi. W moim mieście są aż 4 jeziora, wszystkie powstałe z zalania niecek powykopaliskowych. Wszystkie nazywają się tak samo, odróżniają je jedynie cyfry wskazujące na to, którym z kolei zalanym zbiornikiem jest ten, nad którym aktualnie się znajdujemy(1 powstała najwcześniej, natomiast 4 na samym końcu). Zalewy te odgrywają ważną rolę w naszym społeczeństwie - liczne ścieżki piesze i rowerowe, lasy okalające każdy z nich, kluby jachtowe, plaże... Idealne miejsce na wypoczynek po ciężkim dniu/tygodniu pracy.

Ale jest też miejscem wielu tragedii. 11 lat temu na jednym ze zbiorniku utonął mój znajomy. Był po egzaminach maturalnych, planował przyszłość. Podobno podczas pływania złapał go skurcz. Nie zdołał dopłynąć do bezpiecznego brzegu. W miniony weekend wyłowiono z wody topiącego się mężczyznę. Na szczęście udało się przywrócić mu czynności życiowe.

Alkohol, brawura, nieuwaga, przecenienie własnych możliwości - przyczyn tragedii nad wodą jest wiele. Do długiej listy dochodzi jeszcze jedna, jak dla mnie najbardziej tragiczna - niedopilnowanie dzieci. Bo o ile w przypadku wspomnianych tutaj raczej jesteśmy odpowiedzialni za siebie i swoje zachowanie, o tyle w przypadku niedopilnowania dzieci, albo osób upośledzonych, czy też nie będących w stanie ocenić sytuacji, już nie. 

Kilka lat temu głośno było o utonięciu w hotelowym basenie przebywającego na zimowisku Rafała. Zresztą co rusz pojawia się w mediach informacja o niedopilnowaniu dzieci nad wodą i opłakanych tego skutkach. Gdybyśmy tylko potrafili wyciągać z nich chociaż małą lekcję, być może uniknęlibyśmy wielu tragedii. 

Jednym z najtragiczniejszych tego typu zdarzeń w naszym kraju było utonięcie grupy 13 dzieci, uczniów jednej z lublińskich szkół podstawowych. Właśnie mija 60 od tej tragedii.
Dzielnica Za Cukrownią w Lublinie to mieszanka niewielkich domów i przemysłu. Znajduje się tu stara gorzelnia oraz stara krochmalnia, która dała nazwę głównej ulicy. Chociaż dzisiaj zmieniła swoje oblicze, na początku lat 60 było tu bardzo biednie. Przemysł lokował się tu od XIX w., a obok wspomnianych zakładów powstała słynna Lubelska Fabryka Wag, prężnie działała nieistniejąca już cukiernia. Ludzie ściągali tu do pracy. Budowali małe domki, zajmując kolejne kawałki gruntu. Wszystkim powodziło się podobnie, nikt się niczym nie wyróżniał.  Chlubą dzielnicy była jednak szkoła im. Zwycięstwa Grunwaldzkiego, podobno pierwsza tysiąclatka w Polsce. Powstała na miejscu drewnianego baraku. Dzisiaj nie ma już pierwotnego budynku, a na jego miejscu powstał ośrodek specjalny. Wtedy była to jednak nowiutka szkoła, nosząca numer 17. Czerwiec 1961 roku był niesamowicie upalny. Wręcz idealny na różne wyprawy. Tego samego zdania byli nauczyciele ze Szkoły Podstawowej nr 17 w Lublinie, którzy postanowili nagrodzić najlepszych uczniów wycieczką do malowniczego, położonego nad Wisłą, Kazimierza Dolnego. Nie wszystkie wytypowane dzieci jednak na nią wyjechały, podobnie jak dzisiaj nie wszystkich rodziców stać było, aby za nią zapłacić. Szczęściarze mieli jednak spędzić wspaniały dzień na wspinaczce na basztę, Górę Trzech Krzyży, zwiedzaniu spichlerza oraz zakończyć go kąpielą w Wiśle. 23 czerwca przypada wigilia św. Jana. W Kazimierzu miały się odbywać tradycyjne Sobótki, podczas  których puszczano na rzece wianki, tańczono i śpiewano, rozpalono ogromne ogniska, które płonęły po obu stronach rzeki. Nikt nie przypuszczał, że święto organizowane w najkrótszą noc w roku poprzedzi prawdziwy dramat. Tego dnia ponad 50 uczniów klas piątych wyjechało doń autokarem wraz z trzema opiekunkami. Jedną z nich była Jadwiga H., nauczycielka wychowania fizycznego, która zaprowadziła część dzieci nad rzekę. Uradowane weszły do wody z łachy pomiędzy kamieniołomami a schroniskiem PTTK. Najprawdopodobniej weszły wtedy na lotni piasek, który zaczął usuwać im się spod nóg. Ponieważ trzymały się za ręce, jedno pociągnęło za sobą drugie, po kolei wpadając do wody.

 Jak opisywał "Kurier Lubelski", "Grupa brnąc po kolana w wodzie dotarła do małej piaszczystej wysepki, oddalonej od brzegu o jakieś 120 m. (...) W pewnym momencie jedna z dziewczynek zaczęła się topić". Po latach, jedna z uczestniczek tamtych zdarzeń, pani Marianna, wciąż miała żywo w pamięci to, co się stało tamtego dnia: - Ja z koleżanką rozłożyliśmy sobie koc przy brzegu. Nagle usłyszałam krzyk. W wodzie było widać tylko podniesione w górę ręce. Jeden pisk był na brzegu, a drugi pisk był w rzece. Przestraszone dzieci rzuciły się wprost w głębinę. Tylko części z nich udało się dotrzeć do brzegu. To, które pierwsze zaczęło się topić, zostało wyciągnięte przez nauczycielkę. Jak wspomina inny uczestnik pechowej wycieczki, pan Stanisław: - Później jeszcze skoczyła do rzeki po chłopaka, który dłużej niż inni utrzymywał się na wodzie. Uratowała go. W tej panice inne dzieci szły za nauczycielką. Autokar z ocalonymi uczniami pojechał na Rynek w Kazimierzu. Dzieci dostały zakaz wychodzenia. Siedziały więc w milczeniu, czekając, aż przyjadą po nich zawiadomieni rodzice.   - Początkowo moi rodzice dostali informację, że nie ma mnie na liście dzieci, które przeżyli. Tata wsiadł do taksówki, był jednym z pierwszych, którzy przyjechali z Lublina. Jak mnie zobaczył, poczuł ulgę, to była ogromna radość - wspominał jeden z uczestników zdarzeń. Dlaczego doszło do pomyłki? Chłopak po wyjściu z wody wraz z kolegą wspiął się na zbocze kamieniołomu, aby zobaczyć z góry jak wygląda cała sytuacja. W tym samym czasie w autokarze sprawdzano, które dzieci ocalały. Nie wszyscy rodzice mieli tyle szczęścia. Jedna z matek weszła do autokaru i wywoływała swoje dziecko. Niestety, bez rezultatu. 23 czerwca 1961 roku w Wiśle utonęło 13 dzieci: Małgosia, Mirka, dwie Basie, dwie Ele, Marysia, Ewa, Leszek, Waldek, Zbyszek, Czesiu i Adaś. Miały tylko 12 lat - Dzieci miały pozwiedzać, odprężyć się. To byli najlepsi uczniowie. Do Kazimierza pojechały w nagrodę - tłumaczy wieloletnia nauczycielka w lublińskiej podstawówce, Ewa Bis. Wspomina też, jak miała około dwóch lat, kiedy mama przyprowadziła ją na groby dzieci i opowiadała o żukach, jadących przez miasto z trumnami. Wtedy ludzie żyli tymi wydarzeniami. - Poznałam ludzi, których dzieci tu leżą. Rozmawiałam z rodzicami, ich rodzeństwem. Niektórzy zwierzali się ze swoich wspomnień, ale większość nie chciała mówić. To było dla nich zbyt bolesne.
Tego dnia w szkole, w której uczyły się dzieci, było zakończenie roku szkolnego. Na boisku trwały uroczystości, kiedy nadeszła wiadomość o tragedii.  Inny świadek zdarzeń, pan Jacek Brzeziński, wraca pamięcią do tamtego dnia: - Miałem wtedy siedem lat. Przybiegł starszy kolega z sąsiedztwa i powiedział, że pod szkołą dzieje się jakiś cyrk. Do szkoły ode mnie z domu jest jakieś 100 metrów. Pobiegliśmy zobaczyć, co się stało. Na ulicy był może jeszcze wtedy piach, a może bruk? Ja pewnie byłem boso, bo tak się wtedy po dworze latało. Chłopcy pobiegli pod szkołę, przed którą kłębili się rodzice. Było zamieszanie, płacz, nie wiadomo było, o co chodzi. - Szybko jednak dotarło do mnie, że to nie jest wesoły "cyrk", że stało się coś złego. Na schodach prowadzących do szkoły stanął funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej i oznajmił, że utonęło trzynaścioro dzieci. Nie do końca było wiadomo które, dlatego rodzice wpadli w panikę. - Matki mdlały, był jeden wielki płacz, do dziś go słyszę w uszach. Kierowniczka szkoły osiwiała w jedną noc - wspomina pan Jacek. Odnalezione zwłoki dzieci przywożone były do Lublina. Rodziny ubierali je w odświętne stroje, a następnie wystawiały w trumienkach w domach. Dzięki temu można było się z nimi pożegnać. W jednej z kamienic stały aż dwie trumny. Jak wspomina pan Jacek Brzeziński: - Wszyscy ludzie z dzielnicy chodzili żegnać się z dziećmi. Byłem i ja z rodzicami. Wtedy to było normalne, czuwanie przy zwłokach, dom w żałobie, zapalone świece, zasłonięte lustra. Mam te trumny nadal w oczach. Nie znałem większości tych dzieci, dopiero za dwa miesiące miałem iść do pierwszej klasy. Ale rozumiałem już wtedy, że stała się wielka tragedia i tak naprawdę ta historia jest ciągle gdzieś tam ze mną. Pogrzeby dzieci odbyły się cztery dni później. Mszę żałobną odprawiono w parafii pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus, znajdującego się przy tej samej ulicy, co tysiąclatka. Identyczne trumny ustawione na posadzce w kościele. Uroczystość opóźniła się, ponieważ szukano jeszcze dwóch ciał, chłopca i dziewczynki. Zdecydowano więc, że wszyscy zaczekają, aż wszystkie dzieci będą mogły zostać razem pochowane. Znaleziono je na wysokości klasztoru betanek, kilka kilometrów od miejsca wypadku. Żałobników nie powstrzymał nawet deszcz, który tego dnia padał w Lublinie. Trzynaście białych trumien zostało przewiezione przez wypożyczone z FSC żukach na cmentarz przy ul Lipowej. Za wszystko zapłaciło miasto.  - Nie byłem na pogrzebie, ale staliśmy z mamą tu pod szkołą. Trumny mokły na samochodach, pamiętam, że leciała z nich zabarwiona na fioletowo woda. Pamiętam tę wodę i te tłumy ludzi, które przyszły towarzyszyć dzieciom w ich ostatniej drodze - przypomina sobie pan Jacek. Ksiądz Stanisław Chomicz był wtedy wikarym we wspomnianej parafii. Do dzisiaj ma łzy w oczach, kiedy mówi o tamtej tragedii. Brał udział w ostatniej drodze dzieci, szedł z nimi na cmentarz. A wraz z nim morze lublinian. Kondukt pogrzebowy był tak długi, że kiedy pierwsza trumna wjeżdżała na cmentarz, ostatni ludzie byli jeszcze na ulicy Młyńskiej, czyli kilometr dalej. To była jedna wielka manifestacja bólu. 
Pogrzeb ofiar(źródło: https://lublin.wyborcza.pl/lublin/7,48724,23535374,rodzice-wyli-z-rozpaczy-najwieksza-tragedia-w-powojennej-historii.html)
Kurier Lubelski tak opisał ten dzień: "W uroczystościach żałobnych wzięli udział rodzice, rodziny, przedstawiciele Kuratorium, nauczyciele, młodzież szkolna oraz licznie zebrani wzdłuż trasy przemarszu konduktu pogrzebowego mieszkańcy Lublina. Na 13 samochodach wieziono 13 jednakowych trumien okrytych wieńcami i licznymi wiązankami kwiatów". Dziennikarz jednak pomylił się co do liczby trumien. Dwie dziewczynki w chwili śmierci tak mocno trzymały się za ręce, że po wydobyciu z wody zdecydowano się ich nie rozdzielać. Spoczywają więc w jednej trumnie. "Społeczeństwo Lublina w głębokim żalu żegnało ofiary tak tragicznego wypadku" - napisano w krótkiej notatce na pierwszej stronie gazety.   
Jednak już po wakacjach w szkole nie mówiło się o tragedii. - Gdy szedłem do pierwszej klasy, na miejsce odwołanej kierowniczki przyszedł już nowy kierownik. Dzieci cieszyły się z nowej, pięknej szkoły, utonięcia w Wiśle staje się tematem tabu - mówi pan Jacek. Władze odpowiednio zadbały o wyciszenie tego wydarzenia - w socjalistycznej konwencji państwa nie było bowiem miejsca na tego typu historie. Nawet do szkolnych kronik wkradła się cenzura i data wypadku została wpisana inna niż w rzeczywistości. Dzieci pochowane są przy głównej alei cmentarza - kilkadziesiąt metrów za wejściową bramą jest równy rząd mogił. Na ich nagrobkach wyryto inskrypcję: "Zginęły śmiercią tragiczną w nurtach Wisły". Na początku wszystkie groby były jednakowe, jednak z czasem większość rodzin wyremontowała nagrobki. Jednak trzy pozostały do dzisiaj w niezmienionej formie. Chociaż nikt z najbliższych się nimi nie opiekuje, to pamiętają o nich nauczyciele oraz uczniowie lublińskiej 17. To oni przychodzą na nie we Wszystkich Świętych i w rocznicę tragedii - sprzątają nagrobki, przynoszą kwiaty, zapalają znicze.
Groby dzieci na cmentarzu(źródło: https://lublin.wyborcza.pl/lublin/7,48724,23535374,rodzice-wyli-z-rozpaczy-najwieksza-tragedia-w-powojennej-historii.html)

Ówczesna kierowniczka szkoły została skazana na 3 miesiące więzienia w zawieszeniu za wysłanie tak dużej liczby uczniów pod opieką zbyt małej liczby opiekunów. Również Jadwiga H., wuefistka która wtedy była z dziećmi usłyszała wyrok: 3,5 roku więzienia. Według zeznań świadków, nauczycielka widząc co się stało, próbowała się utopić. Została zatrzymana przez milicjanta. Na wolność wyszła jednak wcześniej, już po 8 miesiącach. Długo nie mogła znaleźć pracy. Kiedy jej się to udało, do emerytury pracowała przy organizacji zajęć sportowych dla młodzieży. Krążyła o niej nawet legenda, że oszalała i chodziła z lalką w objęciach po ulicach miasta. Jest to tylko jedna z miejskich opowieści.
Uważajcie więc na siebie będąc nad wodą! 

sobota, 19 czerwca 2021

1311. Szczęście w codzienności

Znalazłam dzisiaj chwilę i wybrałam się na krótki spacer w ramach odpoczynku po pobliskim parku. Chociaż po krótce połączyłam go z udaniem się do zegarmistrza po odbiór naprawionego zegarka. Mogłam co prawda w jedną i w drugą stronę podjechać autobusem, ale to nie to samo. Zresztą zawsze jak idę parkiem przypominam sobie, ile razy biegłam jego alejkami, aby zdążyć albo na godzinę 6:30 na poranny trening sportowy, albo z powrotem do domu. Tak się działo zawsze wtedy, kiedy za późno skądś wyszłam.
O ile w zimowe dni przemierzałam trasę w zaspach, o tyle jesienią i wiosną towarzyszyła mi prawdziwa gama barw. Wtedy nie za bardzo miałam czas, aby przystanąć i zachwycić się tym wszystkim, co mnie otacza. Dzisiaj nie miałam już takiego problemu. I wiecie co - delektując się niezwykłą grą kolorów, jakie zaserwowała mi przyroda, poczułam się naprawdę szczęśliwa. Tak niewiele, właściwie na wyciągnięcie ręki, a tak wiele może dać.


Czym dla mnie jest szczęście? Chyba w wyszukiwaniu niepozornych perełek w zabieganej rzeczywistości. To one pozwalają mi brać siły do dążenia do osiągnięcia zamierzonych celów. Szczęście to też życie, tak często na nie narzekam i go nie do końca doceniam, a przecież mogło go nie być. To też to wszystko co się na nie składa. A w ostatnim czasie to też pielęgnacja przyblokowego ogródka, który stał "bezpański" i zapuszczony. Pewnie daleko mu będzie do pięknych ogrodów niektórych z Was, bo na tak małym poletku trudno "zaszaleć"... Grunt, żeby cieszył oczy i dawał ciut szczęścia też innym.

Szczęście

Szukane gdzieś daleko,
tak naprawdę jest blisko.
Szczęście, tak bardzo ulotne,
szczęście ponad wszystko.
Każdy chce być szczęśliwy,
najbardziej jak można na świecie.
Wszyscy go chcemy zaznać,
w każdego życia momencie.
Dla jednych szczęściem jest sława,
dla innych bogactwo ogromne.
Czym dla mnie jest owe szczęście,
co sprawia, że dni są pogodne?
Już Wam to wszystko tłumaczę,
już spieszę z wyjaśnieniami.
Szczęście to termin jest względny,
różnie przez nas rozumiany.
I nie będzie to może
żadnym nowym odkryciem,
że dla mnie prawdziwym szczęściem
jest po prostu życie.

A czym dla Was jest szczęście? Podzielcie się w komentarzu.

A mnie się marzy wakacyjny konkurs z okazji roku świętego Józefa. Tak, aby nie przeszedł on bezowocnie. W zamyśle mam dwie jego części. Ale wszystko wyjaśnię w najbliższym czasie. Tylko czy ktoś będzie miał ochotę w "rzemieślniczym"(a pod tym pojęciem może się bardzo dużo kryć) konkursie udział?

P.S. Pomyślmy w najbliższych dniach o osobach, które chwilowo mają mniej szczęścia w życiu, np. poszkodowanych w dzisiejszym pożarze w Nowej Białej. To straszne w jednej chwili stracić cały majątek życia. Dobrze, że obyło się bez ofiar - prawdziwe szczęście w nieszczęściu.

piątek, 18 czerwca 2021

1310. Życiowe Pendolino...

 - Pani Karolino, z pani to takie umysłowe Pendolino jest. Ciało nie nadąża za pani tokiem myślenia - tymi słowami skwitowano moją wypowiedź podczas jednego z uczelnianych egzaminów. I coś w tym chyba jest, bo bardzo często wiem, co chcę powiedzieć, jednak muszę poczekać(i zresztą nie tylko ja, ale i mój rozmówca), aż przekażę to w wersji werbalnej. Jeżeli rozmówca jest cierpliwy - poczeka, dając mi możliwość swobodnego wypowiedzenia się w danej kwestii. Jeżeli nie - jawnie będzie dawał mi do zrozumienia, że mam mu odpowiedzieć już w tym momencie, a mój "paraliż" będzie odbierał jako próbę wymigania się od tego. Na szczęście takich osób spotykam coraz mniej, a już na studiach dosłownie kilka procent ogólnej puli wykładowców, nie mogło zrozumieć, że np. kilkusekundowa przerwa w środku mojej wypowiedzi spowodowana jest potrzebą przełknięcia śliny, a nie luką w pamięci.

Jednak Pendolino dotyczy nie tylko mojej zaburzonej korelacji mózg - ciało, ale ogólnie i życia. Stąd moja mniejsza aktywność w sieci. Moje życie jest wymagające, a niepełnosprawność spowodowała, że po prostu wiele rzeczy wykonuję wolniej. Jak wiecie, w ostatni weekend walczyłam na zawodach sportowych w Krakowie w ramach III Rundy Paralekkoatletycznego Grand Prix Polski 2021(jotko, z daleka, ale smok został od Ciebie pozdrowiony). Ponieważ mój start zaplanowany był na sobotę ok. godziny 16:30, zaś w piątek miałam kilka spraw do załatwienia, postanowiłam, że spokojnie mogę jechać dzień później. Po drobnych perypetiach związanych z dotarciem do hotelu, w którym zostaliśmy zakwaterowani, trafiłam na miejsce. Szybko wypakowałam z plecaka niepotrzebne podczas startu rzeczy(postanowiłam zostać do niedzieli) i udałam się na dobrze znany mi stadion AWF Kraków. Już na dzień dobry natknęłam się na Młodszą, która... szła szukać zgubionej dzień wcześniej komórki. Znalazła ją, według oficjalnej wersji, głównie dla mamy Gaciocha, leżała na leżaku pod Tauron Areną. Nieoficjalną, przekazaną mi przez jej znajomych wersję, zachowam dla siebie...
Na samym stadionie szybko odnalazłam resztę ekipy oraz podpisałam stos papierów. A potem już tylko pozostawało nam czekać na nasze starty.

Misiek, Gacioch i ja. A Młodsza gdzieś biega...

Planowo mój start przewidziany był na 16:35, jednak tuż przed tym nad Krakowem przeszła prawdziwa nawałnica i organizatorzy postanowili poczekać, aż wszystko się uspokoi. W efekcie w biegu na 100 pobiegłam na 24.73 sekund, czyli ciut wolniej niż w Bydgoszczy. Ale też warunki pogodowe były zgoła inne. Jest jednak jeden plus - wreszcie nie zrobiłam mojego sztandarowego błędu podczas startu. Nawet później oglądałam retransmisję wszystkiego na youtube(bo zawody były transmitowane na platformie na żywo, ale wiadomo, potem te nagrania są dostępne) i jak dla mnie wszystko było ok. Zastanawia mnie tylko dlaczego internetowy konferansjer jako "życiówkę" podawał mój czas ze Szczecina, skoro tak jak pisałam, na razie w Bydgoszczy pobiegłam najlepiej w sezonie. No ale dobra, nie czepiam się.
Wieczorem planowałam spacer po krakowskim Rynku, jednak rozpętała się taka burza, że zrezygnowałam. Ech, a tak chciałam dla naszej jotki obfocić smoczusia :). Może następnym razem. W sumie wieczór z książką też może być ciekawy. 
Nazajutrz wróciłam z Miśkiem i jego żoną. Młodsza też dostała taką propozycję, ale z niej nie skorzystała. Ogólnie to znowu wywinęła taki numer, że ręce opadają. Ale podobno jest dorosła, więc niech ponosi(albo jej rodzice) konsekwencję swoich wybryków.
Po powrocie do domu chwilę odpoczęłam, a więc moje życiowe pendolino na chwilę stanęło na jednej ze stacji, po czym znowu ruszyło w dalszą drogę. I w dalszym ciągu jedzie, chociaż podczas weekendu tak trochę zwolni. Z drugiej strony to już ostatnia prosta, ostatnie zaliczenia na uczelniach i będzie można spokojnie przesiąść się na zwykłą osobówkę :).

piątek, 11 czerwca 2021

1309. Wracamy na dawne tory

Dźwięk przychodzącego SMS-a na chwilę oderwał mnie od notatek. Zgodnie z heraklitowym zawołaniem panta rhei, płynęłam gdzieś pomiędzy poglądami Tomasza z Akwinu na duszę ludzką, a kolejną partią słówek z języka niemieckiego. Mechanicznie spojrzałam na ekran mojej komórki, której światełko pulsowało równym rytmem. Czyżby to Trener czegoś chciał? - przemknęło mi przez myśl. Ale nie, tym razem jako nadawca widniała Pani Dyrygent. Wzruszyłam ramionami i na chwilę oderwałam się od zadrukowanych kartek. Uwierzcie mi - poglądy filozofów na gatunek ludzki potrafią naprawdę zmęczyć człowieka.  
Wiadomość dotyczyła powrotu scholi do śpiewania na najbliższej Mszy święte. Hmm... jakby się tak zastanowić to ostatni nasz występ, z moim słynnym już przeczytaniem słowa "ekshibicjonizm" było w piątek przed Niedzielą Palmową podczas Drogi Krzyżowej. Czyli jakieś 3 miesiące temu. To i tak jest nieźle w porównaniu z poprzednim rokiem, kiedy mieliśmy 9 miesięczną przerwę. Ale wydaje mi się, że za długo sobie nie pośpiewamy. Wszak lada chwila przyjdą wakacje. A po wakacjach być może powrót do szkoły. Chyba wszyscy mają już powoli dosyć zajęć w trybie on-line.

Osobiście jednak w tą niedzielę nie będę mogła wraz z resztą zaśpiewać, ponieważ mam zawody sportowe. Co prawda to tylko oddalony o jakieś 80 km. Kraków, ale wczorajsza wyprawa do krakowskiego grodu dała mi w kość. Chociaż trwały one 1,5 godziny, poza domem spędziłam ich ok. 9. Wiecie, najpierw dojazd do K-c, potem do Krakowa, potem do hospicjum na Nową Hutę, w hospicjum napisałam zaliczenie, posłuchałam sobie o towarzyszeniu umierającym w ich ostatnich dniach życia i zaraz potem wracałam tą samą trasą, tylko na odwrót. W sumie jak wyszłam z domu o 11, tak wróciłam do niego o 20. Byłam taka padnięta, że pół godziny później już spałam. A przecież to tylko jedne zajęcia były. Wiem, że jeszcze raz muszę jechać do hospicjum odrobić 4 godziny praktyk, ale to już w okolicach lipca. Będzie dobrze, musi być. Trzymajcie się ciepło i jakby ktoś jutro mógł za mnie trzymać kciuki ok. godz. 16, to będzie mi bardzo miło.

wtorek, 8 czerwca 2021

1308. Wybiórcza tolerancja

Ostrzegam, będzie długo, i czasami nudno

Dożyliśmy dziwnych czasów - czasów w których dozwolone są różne manifestacje, podczas których aktywiści blokują ulicę i wykrzykują niejednokrotnie dziwne i obrażające innych hasła. Różne, z wyjątkiem jednej - procesji Bożego Ciała. Bo ludzie śpiewają pieśni religijne. Bo na ulicach i chodnikach rozrzucone są kwiaty. Bo przez jakiś czas nie można przejechać tą czy tamtą ulicą... Serio tak to przeszkadza? Już wolę słuchać śpiewów(co do wszelkiego fałszowania melodii to już inna sprawa) niż wyzwisk i ubliżania innym podczas manifestacji, kwiatki na chodniku zamiast np. butelek po piwie, a samo przejście procesji z reguły można przewidzieć czasowo. Co prawda są wtedy zablokowane przez policję ulice i trudno jest przejechać, ale można przecież wyjechać gdzieś zarówno przed, jak i po procesji. Pochody manifestacyjne nieraz trwają dłużej. W dodatku przeciwników procesji tak bardzo boli to, że podczas pochodów niejednokrotnie musi interweniować policja, zaś podczas przejścia Najświętszego Sakramentu przez ulice naszych miast, nic takiego nie ma miejsca, w dodatku wszystko odbywa się pod ich obstawą. No tak, przecież obkładanie się pięściami jest w porządku, a śpiewy katolickie to największa zbrodnia współczesnego świata.
Kiedy ktoś skrytykuje jakąś manifestację, oj jak bardzo on jest zły i pozbawiony tolerancji. Jak bardzo aktywiści walczą wtedy o swoje prawa, jak bardzo czują się dyskryminowani przez społeczeństwo. Jednak kiedy katolik np. na portalu społecznościowym zaneguje czyjąś odpowiedź odnośnie jakiegoś zwyczaju religijnego reakcja jest wprost odwrotna - wiele komentarzy zarzuca nam, głupotę, praktyki rodem ze średniowiecza oraz usilnie próbuje nam wytłumaczyć, że o nim nic nie ma na kartach Pisma Świętego i co najwyżej jest to wymysł mafii zwanej Watykanem. No i oczywiście od razu pojawiają się głosy, że procesje to my sobie możemy urządzać, ale w obrębie murów kościoła. Ech, ale taka pani Marta L. mogła wychodzić na ulicę i krzyczeć swoje hasła - to już nie była "obraza uczuć". 
Jeszcze jakby się z takimi antyklerykałami dało dyskutować. Tymczasem każda próba racjonalnego wytłumaczenia takiego czy innego zwyczaju kończy się wyśmianiem, a nawet obrażaniem przez takie osoby. Niektórzy potrafią posunąć się nawet krok dalej, jawnie i kwieciście opisując na swoich stronach jak to zostało się na dobę pozbawionym korzystania z facebooka za napisanie kilku, według mnie obraźliwych, rzeczy. Jawnie, czyli ze screenami rozmowy pod jednym z postów, wraz z imieniem i nazwiskiem oraz awatarem osoby, która sprawiła, że dostała owego bana(chyba tylko po to, aby inni użytkownicy fb mogli ją znaleźć i skrytykować, jak mogła tak postąpić). Oczywiście osoba, która opisała daną sytuację bez skrupułów nazwała ją od najgorszych, jakby jej nie wiadomo co zrobiła. W sumie już od dawna w jej oczach "katolik = największa menda chodząca po świecie", każdy ksiądz to pedofil, a Polak to najgorszy naród pod słońcem. Co ciekawe, w swoich wpisach porusza kwestię tolerancji i bycia dla siebie dobrym. Tylko czemu jej samej brakuje tego względem innych, zwłaszcza tych, którzy są katolikami oraz myślą inaczej niż ona?
Jeszcze wcześniej ta sama osoba oskarżała PiS o to, że przez ich nagonkę został zabity prezydent miasta Gdańska, Paweł Adamowicz. A ja myślę, że dużo bardziej szkodliwe są właśnie takie posty, czy to ośmieszające i stawiające w niekorzystnym świetle innych ludzi, a zwłaszcza ukazujące ich z imienia i nazwiska. Być może właśnie ktoś kiedyś umieścił jakiś niepochlebny wpis o PO, może o samym Pawle Adamowiczu i tym samym lont został podpalony. Ktoś może sobie myśleć, że jeden ukazujący kogoś konkretnego w złym świetle wpis nic nie znaczy. Zwłaszcza, kiedy piszemy o nim w nerwach. Znaczy, nawet bardzo dużo. Pamiętajmy też, że to co raz napiszemy na stronach internetowych, zostanie w sieci na zawsze. Nawet wtedy, gdy usuniemy nasz wpis. 
Kochani, jeżeli wymagamy od kogoś, aby był względem nas tolerancyjny i dobry, sami tacy bądźmy wobec niego. Tolerancja nie oznacza jednak bezwarunkowego zgadzania się na wszystko, zwłaszcza na przemoc wobec innych i ośmieszanie ich. Tolerujmy zwyczaje i przekonania innych w tym zakresie, w którym nie zagrażają oni drugiej osobie. Ja osobiście nie jestem za aborcją, a mimo to nie potrafię potępić tych, którzy biorą udział w marszach jej poświęconych. Młodsza na zawodach też nieraz napsuje mi nerwów swoim zachowaniem(jej roztrzepanie to tylko wierzchołek góry lodowej), jednak zachowuję to bardziej dla siebie. A jeżeli już o tym piszę, to robię to(a przynajmniej się staram) w miarę spokojny sposób, bez wyśmiewania i poniżania. Można? Myślę, że jeżeli się chce, to tak. Ostatnio np. nasza Jotka niezbyt zgadzała się z moim zdaniem, ale napisała wszystko w taki sposób, że jej post może uchodzić wręcz za wzór posiadania i wyjawiania własnego zdania co do danego tematu. Rzeczowo, sensownie i bez zbędnych epitetów. Jednak nie toleruję ubliżania innym i poniżania ich. Tym bardziej, że zaczyna się najczęściej na ogóle jakiejś grupy, a potem przychodzi pora na jednostki. Myślimy, że prowadząc z pozoru anonimowego bloga albo mając skąpe informacje na profilu facebookowym jesteśmy bezkarni? W dzisiejszych czasach to tylko pozory.
Wczoraj podczas różańca św. x. Teodor poruszył temat toksycznych relacji międzyludzkich. I chociaż skupił się głównie na rzeczywistych kontaktach, to wydaje mi się, że takie relacje są też niejednokrotnie w Internecie. Zagrożeni są na nie szczególnie Ci, którzy zgadzają się na wszystko i boją się zaprotestować. Też się kilka razy uwikłałam w takie znajomości, przez dłuższy czas tolerowałam negowanie moich wartości, jednocześnie nie komentując przekonań innych. Aż w końcu powiedziałam "DOSYĆ!" czego odzwierciedleniem był jeden z tutejszych postów, w którym delikatnie napisałam, z czym się nie zgadzam. Efekt? Osoba, która jeszcze kilka dni wcześniej u siebie naśmiewała się, że "polski katolik obraża się, kiedy powie się prawdę o nim", sama strzeliła focha, kiedy przeczytała kilka niepochlebnych(ale napisanych z kulturą) słów o tym, z czym się nie zgadzam. Też mnie denerwuje problem pedofilii w Kościele, ale czy to powód, aby mieszać wszelki kler z błotem, a papieża Jana Pawła II obrzucać co najmniej obrzydliwymi epitetami? Jak można pisać o braku tolerancji i zrozumienia oraz obrażaniu uczuć ofiar pedofilii, samemu obrażając uczucia wielu, wielu nie tylko katolików, ale i osób innej wiary, czy też niewierzących, dla których papież Polak był kimś ważnym i znaczącym. Jak można pisać o szacunku dla zwierząt, tak bardzo gardząc ludźmi?
Gdybyśmy nie marnowali czasu i energii na niepotrzebne ubliżanie innym i wyśmiewanie ich zwyczajów i tradycji, a starali się je zrozumieć ich motywację i obrzędy, och, jak piękny i spokojny byłby wtedy świat. Wszyscy jesteśmy ludźmi żyjącymi na jednej Ziemi, wszystkim należy się tolerancja. Nawet muzułmaninowi(chociaż jak pisałam, już same akty terroru należy piętnować).  A jeżeli ktoś zalezie nam za skórę to uwierzcie mi, dużo przyjemniejsze od nadawania na niego na blogu i ubliżanie mu, jest długi spacer np. po lesie połączony ze sprzątaniem pozostawionych przez innych śmieci. Albo sprzątanie domu, mizianie pupilka, praca w ogródku. Nie dość, że przyjemniejsze to jeszcze pożyteczniejsze. I jeszcze nikomu nie zaszkodzi. No, chyba że zagłaszczemy kota na śmierć...

sobota, 5 czerwca 2021

1307. Uczył nas wszystkich, jak znosić swoje cierpienie

Można powiedzieć, że był moim młodszym szkolnym kolegą. Co prawda nie mieliśmy szans się spotkać w szkole jako uczniowie - kiedy on przychodził na świat, ja zaczynałam swoją przygodę ze szkołą średnią, czyli wyszłam już z Ośrodka. Jednak kiedy wracałam z wizytami na "stare śmieci", zdarzało się, że widziałam go na korytarzu. Jednak najpełniej poznałam go za pośrednictwem fanpage prowadzonego przez jego mamę. Olinka i straszną, nieuleczalną chorobę, która zabierała go rodzicom i braciszkowi dzień po dniu. NBIA powoduje powolne odkładanie się żelaza w ludzkim mózgu. Z czasem zanikają kolejne czynności organizmu, aż w końcu człowiek umiera. Medycyna jeszcze nie zna lekarstwa na to schorzenie, dotykające dzieci. Chorzy dożywają do 10 lat od pojawienia się pierwszych objawów.
O Olinku pisałam tutaj wiele razy, m.in. nagłaśniając akcję "Świeżak dla Olinka" czy też "Kociaki dla Super Chłopaka"(nawet sama napaćkałam dla niego kotka), pamiętam też, że na panelu umieszczałam odnośniki do różnych zbiórek prowadzonych na jego rzecz.
I chociaż wiedziałam, że pewnego dnia przeczytam informacje o jego odejściu, to jakoś podświadomie gdzieś tam tliła się nadzieja, że uda mu się oszukać wszystkich i żyć o wiele dłużej, niż zakładają wszelkie statystyki.
Od kilku dni było już naprawdę źle, a rodzice pisali o "najgroźniejszym przeciwniku". Nowotwór? Covid? Coś jeszcze innego? Nie mam pojęcia. Czułam jednak, że wszyscy szykują się na najgorsze. Z drugiej strony, Oliś tyle razy "zagrał śmierci na nosie", wierzyłam więc, naprawdę bardzo mocno wierzyłam w to, że i tym razem zobaczę na jego profilu wpis, że kryzys znowu został zażegnany.
Niestety, stało się zupełnie inaczej - dzisiaj, w wieku niespełna 15 lat, ten dzielny chłopczyk postanowił opuścić swoje schorowane ciałko i udać się tam, gdzie nie ma już bólu i cierpienia, a jest radość i szczęście. I znowu wierzę, że gdzieś tam, u Niebios Bram, Jezus wziął go w swoje ramiona i przyprawił mu największe skrzydła za przykład, jak pięknie można znosić swoje cierpienie. Ja zaś będę go miała w pamięci takiego, jakim został uwieczniony na poniższym zdjęciu - uśmiechniętego, jeszcze nie naznaczonego nierówną walką z chorobą, jaką mu przyszło w późniejszym okresie stoczyć.

Oliwier: 2 września 2006 - 5 czerwca 2021

Na szczególną uwagę zasługują tutaj rodzice Olinka. Z pisanych przez nich postów nawet w najmniejszym stopniu nie wybrzmiała chęć skrócenia mu życia i cierpienia poprzez przeprowadzeniu na nim zabiegu eutanazji(chociaż przez ostatnich kilka lat chłopiec był roślinką, przy której trzeba wszystko, dosłownie, zrobić). Nie szukali też sposobu na przedłużenia mu życia na siłę. Raczej szukali sposobu, aby zapewnić mu jak największy komfort w jego ziemskim życiu - przystosowali pokój do potrzeb syna, tak aby mógł być w domu, środowisku, które zna, a nie w szpitalu czy też stacjonarnym hospicjum, szukali środków uśmierzających ból, odkochywali na zapas, dbali aby młodszy synek spędzał czas z starszym. Nie wiedzieli, kiedy przyjdzie "ten dzień". Chcieli być przygotowani i oni i Anton i niejako też Oli. 
Nie wiem jaka była u Was pogoda, ale u nas po południu była ładna pogoda. Tak, jakby niebo radowało się z kolejnego Anioła.

czwartek, 3 czerwca 2021

1306. Ten, Który dzisiaj powinien być najważniejszy...

Boże Ciało. Chyba jeden z nielicznych momentów, kiedy Bóg wychodzi z murów Kościoła na ulice naszych parafii. I chociaż wierzymy, że Bóg jest z nami w każdym momencie naszego życia, to jednak dzień ten nabrał pewnej symboliki. Jednak czy skupiamy się w nim na tym, co naprawdę jest jego istotą, czy może jesteśmy gdzieś obok tego. Zapraszam do przeczytania opowiadania o procesji Bożego Ciała w jednej parafii, które napisałam na tą okazję. 

Cud wśród zwykłych ludzi

W pewnej parafii, podobnie jak w wielu innych, miała się odbyć procesja Bożego Ciała. W poprzedzającą je niedzielę proboszcz poprosił parafian o przygotowanie czterech ołtarzy, po jednym na każdą część parafii. Po Mszy świętej zgłosili się do niego:

  1. lekarz zamieszkujący na wschodzie parafii,
  2. adwokat zamieszkujący na północy parafii,
  3. nauczyciel zamieszkujący na zachodzie parafii oraz
  4. robotnik pobliskiej fabryki zamieszkujący na południu parafii.

Wszyscy zdeklarowali się, że będą koordynowali przygotowanie ołtarzy na swoim terenie. Proboszcz był zadowolony z deklaracji lekarza, adwokata oraz nauczyciela, natomiast dużo mniej przychylnym okiem patrzył na prostego robotnika. W ogóle jakby mógł, to nie tylko nie zapuszczałby się z procesją w tamte rejony, ale w ogóle odłączyłby robotnicze osiedle od parafii. Tamtejsi ludzie rzadko przychodzili do kościoła, a i na tacę dawali niewiele. Wyglądali też dużo biedniej niż zamożni mieszkańcy wschodniej, północnej i zachodniej strony parafii. Wiedział, że niczego szczególnego nie przygotują. A jednak byli częścią parafii, do której też trzeba dotrzeć. 
Przyszedł dzień Bożego Ciała. Przed nabożeństwem na zakrystii wstawili się lekarz, adwokat, nauczyciel oraz robotnik. Trzej pierwsi zachwalali ołtarze postawione przez mieszkających na ich terenie parafian, robotnik, wysłuchawszy ich opowieści, powiedział tylko, że może nie mają pięknego ołtarza, ale zrobili go z sercem. Po Mszy świętej wszyscy wierni wyszli na ulice parafii. Ustalono też, że na drodze do kolejnych ołtarzy sypanie kwiatów oraz niesienie poduszek będzie zadaniem dzieci mieszkających na danym osiedlu.
Wkrótce doszli do pięknego pierwszego ołtarza, znajdującego się obok przychodni, w której przyjmował lekarz i nawiązującego do św. Łukasza Ewangelisty. Wszyscy się nim zachwycali, że został przystrojony w cudowne brzózki, że wokół posadzono piękne kwiaty. Wiele osób wyciągnęło swoje aparaty fotograficzne, aby uwiecznić tak śliczną rzecz. Nie bez uwagi wiernych przeszły pięknie ubrane dzieci, które sypały różnego rodzaju pachnące kwiaty. W 
tym wszystkim zapomnieli o tym, co w tym dniu najważniejsze - o Bogu, który w monstrancji wyszedł na ulice. I nagle stało się coś dziwnego, brzózki, którymi tak bardzo zachwycali się wierni, uschły i straciły liście. Zdziwił się ksiądz, zdziwili się wierni. Wzruszyli jednak ramionami i ruszyli do drugiego ołtarza.
Drugi ołtarz znajdował się tuż przy miejskim sądzie. I tutaj dzieci sypiące kwiaty oraz niosące poduszki ubrane były w prześliczne ubranka, a ich buciki wręcz błyszczały czystością. Jako patrona obrał sobie celnika Mateusza. Również i tym ołtarzem wszyscy się zachwycali, a jeden z mieszkańców wyrecytował przy nim nawet wiersz, na cześć procesji, proboszcza oraz pomysłowości mieszkańców dzielnicy. Posypały się brawa, okrzyki uznania, znowu rozbłysły blaski fleszy. Ukryty w monstrancji Pan Bóg znowu znalazł się na dalszym planie - nawet jeden werset deklarowanego wiersza nie nawiązywał do Jego Osoby. Radosną atmosferę ponownie przerwało uschnięcie postawionych przy ołtarzu brzózek. Znowu wszyscy okazali ton zdziwienia - przecież wszystko tak wspaniale przygotowali. Wzruszyli jednak ramionami i ruszyli do trzeciego ołtarza.
Trzeci ołtarz znajdował się koło szkoły i nawiązywał do postaci Marka Ewangelisty. Jego kanwę stanowił namalowany przez nauczyciela obraz przedstawiający św. Marka. Dzieci ubrane w czyściutkie mundurki oraz lakierowane buciki sypały kwiaty oraz dumnie niosły poduszki. Obok  ołtarza ustawiono scenę, na której królowały kolorowe kwiaty. Mówiono, że to najpiękniejszy ołtarz. Znowu wszyscy się nim zachwycali, a zamiast słuchać słów Ewangelii, uwieczniali go na swoich aparatach. Także i tym razem uschły brzozy i potraciły liście. W dodatki spadł siarczysty deszcz, który zmył ustawiony przy nim obraz. Ludzie wzruszyli jednak ramionami i ruszyli do czwartego ołtarza.
Tutaj kwiaty sypały dziewczynki ubrane w bure sukieneczki, a poduszki chłopcy ubrani w połatane spodnie i dziurawe tenisówki. Dochodząc do czwartego ołtarza, proboszcz był pełen czarnych myśli. Nie spodziewał się żadnych wspaniałych efektów, a z drugiej strony cieszył się, że po poprzednich plagach ten ołtarz jakoś przejdzie bez echa. Nie pomylił się, czwarty ołtarz nie wyglądał tak okazale jak poprzednie. Zawieszony na drzewie, udekorowały go infantylne dziecięce rysunki nawiązujące do postaci św. Jana Ewangelisty, sztuczne kwiaty w paskudnych wazonach oraz dwie rachityczne brzózki, postawione po obu jego stronach. Na ziemi ktoś położył stary chodnik. Wszystko to wyglądało okropnie w strugach deszczu. Robotnik aż skulił się w sobie, widząc na sobie kpiący wzrok księdza. Nie było co fotografować, nie było czego chwalić - czwarte osiedle po prostu się nie spisało. Ale był i pozytywny efekt tego wszystkiego - ludzie zaczęli słuchać czytanej przez księdza Ewangelii. I nagle stało się coś dziwnego - zza ciemnych chmur wyszło piękne słońce, oświetlając monstrancję, którą kapłan błogosławił wiernych. Natomiast marne brzózki wystrzeliły bujnymi liśćmi, tak że każdy mógł sobie zerwać dowolną ilość gałęzi.
Ksiądz proboszcz cały dzień głowił się nad rozwiązaniem zagadki tego cudu. Dopiero podczas snu Pan  Bóg wszystko mu wyjaśnił:
"Święto Bożego Ciała to moje święto. I to Ja powinienem być tego dnia najważniejszy. Pierwsze trzy ołtarze były przepięknie przyozdobione, to fakt, a dzieci idące w asyście wyglądały zjawiskowo. Ale zachwycające się nimi ludzie woleli je uwieczniać na fotografiach, zamiast wsłuchiwać się w Słowa, jakie do nich kierowałem poprzez Ewangelię. Poza tym nie są to ludzie bez grzechu - dużo w nich pychy i przeświadczenia, że są lepsi od tych, z czwartego osiedla. Lekarze nie chcą ich leczyć, a nawet powodują, że muszą za leczenie płacić krocie, adwokaci i prawnicy też każą sobie płacić za swoje usługi zawyżone sumy, nauczyciele w szkole traktują te dzieci jako gorsze, bo biedniejsze, nawet te cudowne dzieci idące w trzech pierwszych procesjach nierzadko wyśmiewali się ze swoich biedniejszych kolegów i koleżanek. A i ty, księże, nieraz oceniasz ich w najgorszym świetne. Tymczasem to właśnie dzięki tym pogardzanym przez wszystkich robotników wszyscy skupili się na Moich Słowach i na Mnie. Zrobiona przez nich "brzydota" ukazała innym Moje piękno. Oni też mają grzechy, prawda, ale zdają sobie z nich sprawę lepiej, niż inni. Dlatego postanowiłem ją im wynagrodzić".

Czasami tak bardzo zachwycamy się pięknem niektórych rzeczy, że zapominamy o tym, co naprawdę jest ważne. Czy utrwalając właśnie "najpiękniejszy ołtarz świata" słyszymy Słowa, które płyną do nas z Ewangelii? Zdjęcia są miłą pamiątką, ale co, jeśli rozpraszają nas w przeżywaniu tych niezwykłych chwil? Czy podziwiając jego wykonanie widzimy monstrancję, którą właśnie kapłan wznosi do góry? Czy myślimy, że jesteśmy najlepsi i najwspanialsi, nie starając się zobaczyć tych samych cech u innych? A przecież w Boże Ciało Bóg wychodzi na ulicę zarówno zamieszkujących w dostatku, jak i biedocie. Bez wyjątku. Nie zapominajmy więc co tego dnia tak naprawdę jest ważne :).

Pozdrawiam Was serdecznie machając gałązką brzozy, zerwaną z brzózki przy czwartym ołtarzu.


środa, 2 czerwca 2021

1305. Czy okażemy serce choremu na serduszko Michałkowi?

A. poznałam na studiach. Była na tym samym kierunku, tylko o rok niżej. Trochę starsza od wszystkich(nawet ode mnie), stonowana, wiedziałam, że działa w schronisku dla zwierząt. Zresztą to ona pomogła mi napisać apel, kiedy zaginęła Pusia i podpowiedziała, gdzie mam "bić" w celu jego rozpowszechnienia. Czasami rozmawiałyśmy na korytarzu, i muszę przyznać że była to wymiana zdań na dużo wyższym poziomie niż z moimi koleżankami z roku...
Po zakończeniu studiów nasze drogi się rozeszły, kontakt jednak pozostał, głównie za pośrednictwem facebooka. To z niego dowiedziałam się, że A. wyszła za mąż, z czego szczerze się ucieszyłam. Wiadomo, od razu pojawiły się najlepsze życzenia na nową drogę życia. Kto jak kto, ale ona zasługiwała na tą odrobinę szczęścia w życiu(a przy okazji pojawiła się dla mnie nadzieja, że miłość swojego życia znajduje się nie tylko w wieki nastu, dwudziestu kilku lat). Los jednak bywa przewrotny.
Dzisiaj dowiedziałam się, że dwa miesiące temu A. urodziła synka. Chyba bym o tym nie wiedziała, a na pewno dowiedziałabym się o wiele później, gdyby nie wysłała mi zaproszenia do polubienia strony na fb z licytacjami na rzecz jej synka. Bo mały Michałek urodził się bardzo chory i potrzebuje natychmiastowej operacji. Poniżej zamieszczam apel A. i D., rodziców chłopca, załączony na zbiórce na portalu siepomaga.pl:

"Właśnie dowiedzieliśmy się, że możemy stracić Michasia! Nasz synek urodził się 3 kwietnia i od pierwszego oddechu trwa walka o jego życie. Dopiero pojawił się na świecie, a okrutny los już chce nam go odebrać! Robimy wszystko, by go ocalić, ale błagamy - pomóż nam! Mamy kosztorys operacji w Munster, czekamy jeszcze na informację, ile będzie kosztował transport medyczny. To będzie gigantyczna suma, dlatego już teraz prosimy o pomoc Michasiowi! Bez tego jego serce przestanie bić...

Michaś urodził się jako wcześniak w 35 tygodniu ciąży, był taki kruchy i malutki. Badania prenatalne nie wykazały żadnych wad rozwoju dziecka, dlatego myśleliśmy, że kiedy tylko trochę przybierze na wadze, wyjdzie do domu. Niestety, po porodzie okazało się, że Michał cierpi na długoodcinkową atrezję przełyku oraz wadę serca(ubytki przegrody międzykomorowej)... To był szok.
Michaś JaworNasze dziecko zostało przetransportowane do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu w Krakowie. Zaczęliśmy szukać specjalisty, który podejmie się leczenia docelowego bez skazywania synka na inne, w pewnym sensie okaleczające go zabiegi. Tak trafiliśmy do szpitala we Wrocławiu. Na miejscu podjęto natychmiastową decyzję o wykonaniu torakoskopii i po dwuetapowym zabiegu nasz synek ma zespolony przełyk.
To jednak nie był jedyny problem zdrowotny Michałka. Wiedzieliśmy, że ma wadę serca, jednak badanie kardiograficzne wykazało, że jego wada to nie jak pierwotnie uważano wyłącznie ubytek przegrody międzykomorowej, ale jest jeszcze poważniejsza wada - dwuujściowa prawa komora(DORV)!

Michaś Jawor

Musieliśmy zdecydować się, gdzie chcemy leczyć wadę serca synka. Tak się złożyło, że nasze obydwie siostry mają dzieci z wadą serca. Jedno z dzieci leczone jest od początku w UKM Munster. To właśnie od rodziny dowiedzieliśmy się o Profesorze Edwardzie Malcu.
Od razu zdecydowaliśmy z żoną, że będzie to UK Munster i właśnie prof. Malec.
Umówiliśmy się natychmiast z Panem Profesorem w Krakowie i po rozmowie zgodził się na leczenie. Otrzymaliśmy kwalifikację do pierwszej operacji, która ma zapobiec dalszym niekorzystnym zmianom w sercu Michałka. Jej koszt to prawie 35 tysięcy euro. Do tego dojdzie transport medyczny do Niemiec...
W chwili obecnej Michałek leży w USK we Wrocławiu. Dowiedzieliśmy się, że operacja jego serca konieczna jest natychmiast, bo zagraża mu nadciśnienie płucne. Gdy do niego dojdzie, życia Michałka nie da się uratować.
Stoimy w obliczu kolejnego wyzwania, zgromadzenia środków finansowych na leczenie oraz transport medyczny - tej wyceny jeszcze nie znamy, gdyż będzie ona zależna od stanu Michałka w chwili, gdy będzie mógł jechać do Niemiec. Warunkiem jest zebranie pieniędzy niezbędnych na operację, dlatego bardzo prosimy o pomoc i ratunek dla naszego dziecka.

Rodzice Michasia".

Michaś ma szansę żyć, musi tylko przejść niewyobrażalnie drogą operację za granicę. Mówi się, że życie, a w szczególności życie dziecka jest bezcenne. Jednak życie Michasia zostało wycenione na kwotę kilkuset tysięcy złotych. Dla przeciętnej rodziny, a taką właśnie jest A. i D., jest to kwota nie do osiągnięcia bez pomocy drugiego człowieka. A pomóc może każdy, wysyłając chociażby symbolicznego SMS-a. Więcej szczegółów znajduje się na stronie zbiórki -> https://www.siepomaga.pl/michas-jawor. Natomiast na facebooku, na stronie https://www.facebook.com/groups/750536762216852/?hoisted_section_header_type=recently_seen&multi_permalinks=751398668797328, prowadzone są licytacje różnych rzeczy i usług, z których zysk zostanie przekazany na leczenie malca. Co ważne, można na niej nie tylko licytować, ale i samemu wystawić coś na licytację.

Trzymajcie się ciepło

wtorek, 1 czerwca 2021

1304. Wszyscy jesteśmy dziećmi. Zawsze...

Kochani,

w dzisiejszej notatce, z okazji Dnia Dziecka, chciałabym Wam życzyć wszystkiego najlepszego. Wszak każdy z nas, ten mały i ten duży, jest czyimś dzieckiem. Nawet, jeżeli nasi rodzice już nie żyją, nie przestajemy być ich dziećmi. Bo przecież ONI gdzieś tam są: w niebie, w innym świecie, za tęczowym mostem, a nade wszystko w naszych sercach. Są i nam kibicują w naszych dążeniach do spełniania wyznaczonych sobie celów. Ale, oczywiście, najlepiej, kiedy są jeszcze obok nas i nas przytulą, albo powiedzą dobre słowo... Bądźmy dziećmi wewnętrznie. I z dziecięcą ufnością patrzmy na świat.

Pomysł na dzisiejszy post zrodził się nieprzypadkowo. Około godziny 11:00 dostałam SMSa. Na wyświetlaczu mojego telefonu jako nadawca wyświetliła mi się Pani Dyrygent. W pierwszym momencie myślałam, że pisze do nas w sprawie Bożego Ciała. Wiecie, że może schola będzie śpiewała na Mszy o 10:00, po której procesja z Najświętszym Sakramentem przejdzie najbliższymi ulicami wokół świątyni, albo coś w tym rodzaju. Ale nie, to były życzenia z okazji dzisiejszego Dnia Dziecka. I to personalne. Nawet nie wiecie jak bardzo zrobiło mi się miło z tego powodu. Oczywiście odpisałam jej wiadomość z podziękowaniem. I tak sobie pomyślałam, że może Wam też zrobi się tak samo miło, kiedy złożę Wam życzenia z okazji dzisiejszego święta. Co prawda nie personalnie, ale chyba liczy się gest, czyż nie?

Czerwiec tradycyjnie zapowiada się trochę intensywnie, mam nadzieję jednak, że wybrnę z niego obronną ręką. I że w tym całym kurcgalopku znajdę czas na jeszcze inne rzeczy. Na treningi(a już za półtora tygodnia kolejne zawody, tym razem obieramy kierunek na Kraków), na nabożeństwa czerwcowe (nawet nie wiem kiedy minął maj, a wraz z nimi majówki), na zwyczajne życie. Chociaż, jak nie dam radę iść na nabożeństwo czerwcowe, to zawsze mogę odmówić je z x Teodorem na kanale Teobańkologia. Odkryłam go przypadkowo rok temu, kiedy szukałam majówek on-line, i przepadłam. Teraz np. co wieczór odmawiam z nimi różaniec, a kiedy nie mogłam iść na nabożeństwo majowe, to też z nimi odprawiałam je w wersji on-line. Przynajmniej się starałam, bo w przypadku wyjazdu na zawody też różnie to bywało. Nie jest to to samo jak na żywo, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Pocieszające jest to, że kiedy przebrnę przez ten miesiąc, to będę znowu krok do przodu w moich sprawach. I to mi daje niejaką motywację w działaniu.

Trzymajcie się ciepło.