Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 30 listopada 2017

626. Zima stanęła u drzwi

Czy i w Wasze progi zawitała już zima? Bo u mnie jak wczoraj sypnęło śniegiem, tak trzyma i trzyma. Szkoda tylko, że na chodnikach ten piękny, biały puch cieszący oczy zmienia się w paskudną breję wlewającą się wszystkimi możliwymi szczelinami do butów. Czasami myślę sobie, że ten mój kłotecek to ma dobrze - może się zwinąć na mięciutkiej poduszce i smacznie sobie spać, nie zważając na to, co się dzieje dookoła...
Żyć nie umierać! Tylko czasami można się zainteresować dopiero co kupioną myszką(a może szczurem?), wiecie, na zasadzie "potrącam łapką, ale na zabawę nie ma co liczyć"...
Niestety, nie każdy jest kotem, który może całe dnie przebywać w błogim ciepełku. Czasami trzeba wyjść na zewnątrz, np. po zakupy(w tym puszki z kocim jedzonkiem), albo po prostu po to, aby się przejść. Chociaż dzisiaj po powrocie do domu miałam tak mokro w butach, że musiałam przebrać nawet skarpetki. Przez to wszystko nie poszłam dzisiaj na zebranie w sprawie sobotniego Oratorium. W sumie to moje pierwsze "wagary" od dwóch lat. Bo sytuacji gdzie spotkania nakładały się na zajęcia na uczelniach nie liczę. Pewnie oprócz układania zajęć na najbliższą sobotę omawiali także wyjazd na najbliższą Oratoriadę, która odbędzie się już w przyszłym tygodniu w Środzie Śląskiem. Tematyką spotkania jest budowanie wspólnoty, zaś plan spotkania wygląda następująco:

Żeby tylko przestał padać śnieg, a to co już spadło nie zamieniło się w paskudną breję...
A zważając na rok Wyspiańskiego oraz kolejną rocznicę wybuchu powstania listopadowego z ciekawością czytam dramat "Noc listopadowa" poświęcony tej tematyce. Dobrze, że mam już pewne rozeznanie zarówno w tematyce, jak i w samej historii, bo inaczej chyba bym się poddała. Do pewnych książek też trzeba dojrzeć.

wtorek, 28 listopada 2017

625. Małżonkowie, którzy zachowali w trudnych chwilach człowieczeństwo

Wczoraj tak się wciągnęłam w czytanie "Azylu...", że ani się obejrzałam, a była już 12:00 w nocy. Jednak jeszcze bardziej szkoda mi było tego, że książka JUŻ się skończyła. 
Już? Jak to? Tak szybko? Już nie uronię ukradkiem ani jednej łzy wzruszając się ludzkimi odruchami w stosunku do "okropnych Żydów"? Nie będzie już niespodziewanych zwrotów akcji oraz zapierających dech w piersiach opisów przeszukań mieszkań i wybuchów niemieckich bomb?

Tytuł: "Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo"
Autor: Diane Ackerman
Wydawnictwo: Świat Książki
Warszawa 2017

To nie jest pierwsza książka z wykorzystaniem warszawskiego ogrodu zoologicznego w ukrywaniiu zbiegłych z warszawskiego getta Żydów. W kwietniu pisałam o "Arce czasu" Marcina Szczygielskiego, opowiadającej o ukrywanym tam kilkuletnim Rafale. Tamta pozycja była przeznaczona jednak dla dzieci. Ja potrzebowałam czegoś bardziej dorosłego. "Azyl..." wydawał się być idealną odpowiedzią na moje zapotrzebowanie.
Już sama okładka książki wzbudza pozytywne emocje. Bo kogóż nie wzruszyłby obraz przedstawiający młodą kobietę przytulającą równie młode lwiątko(?). Jest to kadr z filmu nakręconego na podstawie tej historii.
Bohaterami książki jest rodzina Żabińskich - Jana i Antoniny oraz ich dzieci Rysia i Tereski. Przed II wojną światową prowadzili warszawskie zoo. Ach, czego tam nie było? Majestatyczne pingwiny przechadzały się obok egzotycznych małp, lwów i żyraf. Kolorowe papugi skrzeczały na swój sposób, zaś szybkie gepardy biegały po przestronnych wybiegach. Ogród cieszył się niebywałą popularnością, odwiedzały go szkolne wycieczki, prywatni ludzie, jak również przybyli z zagranicy goście.
żródło: http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo
Żabińscy planowali stale powiększać kolekcje zwierząt posiadanych w zoo. Ich plany przerwał wybuch II wojny światowej. W obawie przed zniszczeniem ogrodu, a w związku z tym przedostaniem się znajdujących się w nim zwierząt na teren miasta, postanowiono wiele z nich wywieźć do innych miast, w tym Berlina. Inne z ciężkim sercem zabijano. Zoo opustoszało, pozostały w nim puste wybiegi, klatki i jaskinie. I willa, w której w dalszym ciągu mieszkała rodzina. Sami Żabińscy w dalszym ciągu zajmowali się zwierzętami, z tym że teraz przyszło im hodować przeznaczone pod ubój świnie.
Rysiu z ulubionym borsukiem Borsuniem na spacerze
żródło: http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo/
http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo
Te puste miejsca z czasem wykorzystano w zupełnie inny sposób. Chociaż zoo izolowało Żabińskich w niejaki sposób od zewnętrznego świata, doskonale wiedzieli co się dzieje w mieście. Zwłaszcza w getcie, do którego spędzono również wielu ich przyjaciół. Jan wiele razy ich odwiedzał, kiedy pod pretekstem szukania odpadków do wykarmienia trzody, wchodził na zamknięty teren. Często przemycał dla nich jedzenie oraz lekarstwa. Aż w końcu pojawiła się myśl. Szalona myśl, która dawała jednak nadzieję na uratowanie chociaż części z przebywających w izolacji osób. Z czasem nie tylko ogród zoologiczny, ale też sama willa Żabińskich stała się tymczasowym domem dla wielu wyprowadzonych z getta i w ten sposób uratowanych istnień ludzkich.
Wiele już napisano na temat tego, jak podczas II wojny światowej traktowano ludzi pochodzenia żydowskiego. Jak z nich szydzono, poniewierano, izolowano, w końcu zabijano w celu wyeliminowania "nieczystej rasy". Jednak wśród tego całego wszechobecnego zła pojawiali się też ludzie, którzy ratowali innych niejednokrotnie narażając swoje życie. Opisywani w "Azylu..." Żabińscy z całą pewnością do nich należeli. Nic więc dziwnego, że za swoje uczynki zostali odznaczeni wyróżnieniem Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata.
źródło: http://wystawy.sprawiedliwi.org.pl/wystawa-pl/zydzi-ukrywani-w-zoo

poniedziałek, 27 listopada 2017

624. Jak Cię widzą, tak Cię piszą?

Czasami zastanawiam się, co sobie myślą ludzie, kiedy mnie widzą, np. w sytuacji stresowej. Kiedy się zdenerwuję, moje ciało zaczyna "żyć własnym życiem". Skurczone mięśnie powodują drżenie całego ciała, albo którejś jego części, pojawiają się odruchy mimowolne, także wymowa jest nie do końca zrozumiała. Częściej tak się jednak dzieje wtedy, kiedy staram się być nieruchomo. Np. dzisiaj u fryzjera, który mi się kłaniał od dłuższego czasu, zaś moje włosy bardziej przypominały grzywę lwa niż ludzką fryzurę. Zawszę jednak było coś. Aż w końcu powiedziałam "dość" i udałam się do koleżanki z klasy, aby się obciąć. I tam mnie dopadło... Myślicie, że komentarz typu "nie trząś tą głową" coś pomógł? Skąd. Jeszcze gdybym się naprawdę czegoś bała to byłoby zrozumiałe, ale tym razem po prostu chciałam się nie ruszać. A że efekt był zupełnie odwrotny. Cóż... zdarza się. Najlepszy numer jest wtedy, kiedy idę na Mszy świętej do komunii i zaczynam się trząść. Pamiętam to przerażenie w oczach Boskiego Oskiego, kiedy przyszło mu się pierwszy raz zmierzyć z taką sytuacją w moim wykonaniu. Zresztą podejrzewam, że wcześniej nie miał takiego przypadku. Toż to dopiero jest na początku swojej kapłańskiej kariery. Ale dał radę, nie poddał się.
Pamiętam jak kilkanaście lat temu miałam robioną tomografię komputerową w celu stwierdzenia, które obszary mojego mózgu uległy uszkodzeniu podczas porodu. Efekt? No, bardzo się starałam wyleżeć spokojnie w tej tubie, ale ciało znowu tego nie chciało... W konsekwencji obraz był niemiarodajny, aczkolwiek coś tam dało się z niego odczytać. A tego typu odruchy są najlepszym dowodem na uszkodzenie ośrodkowego układu nerwowego, fachowo nazywanym postacią pozapiramidową. Te wszystkie niekontrolowane ruchy rąk, głowy, czy też nóg - to wszystko jest tym spowodowane.
A mimo to nie poddaję się i pnę do przodu. Ludzie niech sobie myślą co chcą, bo to raz usłyszałam komentarz, że pewnie jestem pod wpływem narkotyków. Kiedyś mnie to denerwowało, dzisiaj jestem jakoś poza tym. Wiem, że tego typu odruchów nie pokonam, nie przezwyciężę, że będą mi towarzyszyć po kres moich dni. Ale czy to jest we mnie najważniejsze? Chyba nie. Bo tak naprawdę powinno się liczyć wnętrze człowieka, co on sobą reprezentuje. Wiem że trzęsący się człowiek nie wygląda atrakcyjnie, ani ciekawie, ale przecież to w dalszym ciągu człowiek z takim samym prawem do szacunku, jak każdy inny.  
Ostatnio czytam sobie piękną książkę pt.: "Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim ZOO". Opowiada ona o niezwykłych ludziach - Janie i Antoninie Żabińskich, którzy z narażeniem życia ukrywali w prowadzonym przez siebie ogrodzie zoologicznym zbiegłych z getta warszawskiego Żydów. Piękna, pouczająca historia, która pokazuje. że nawet w obliczu niebezpieczeństwa ludzie potrafili zachować ludzkie odruchy. 

sobota, 25 listopada 2017

623. "Mydło wszystko umyje, nawet uszy i szyję"

Na początek dziękuję wszystkim, którzy wypowiedzieli się pod ostatnim wpisem dotyczącym komentowania i hejtu. Szczerze powiedziawszy, to po trochu bałam się Waszych reakcji, że odbierzecie to za bardzo do siebie. Na szczęście nic takiego nie miało miejsce. A z hejtem należy walczyć, chociażby poprzez uświadamianie innych. Czy miałam już kiedyś do czynienia z hejtem? Raczej nie, prędzej z manipulowaniem moimi poglądami i przekonaniami. Ale to już temat na osobną notkę.
Sobota to dla mnie dzień spędzony w Oratorium. Chyba już z wolna tradycją staje się umieszczanie tutaj sprawozdań z tego, co się u nas dzieje, ale jak tu Wam nie opowiadać o czymś, czym właściwie się żyje. Ale jeżeli już będziecie mieli dosyć opowieści o niesfornych dzieciach, to piszcie śmiało, zrozumiem.
Dzisiaj udało mi się nie zaspać i byłam na miejscu już o 9:30. Znowu pomogłam księdzu T.(tym razem Boski Oski pojechał do rodziny gdzieś koło Kalisza) rozwiesić program dzisiejszego dnia, trochę pogadałam z M. na "dorosłe" tematy, a przede wszystkim czekałam na całe towarzystwo, które pomału zaczęło się schodzić. Z tego wszystkiego najbardziej spóźnił się ksiądz, który przez dobre 15 minut szukał gitary w swoim pokoju. 
Na rozpoczęcie zajęć pomodliliśmy się oraz zaśpiewaliśmy pieśni "Oto jest dzień" i "Tyś jak skała", a przy okazji troszeczkę rozruszaliśmy nasze zastane kości. Potem czmychnęliśmy do góry na salkę konferencyjną, aby obejrzeć krótki film animowany o księdzu Janie Bosko, a następnie dokończyliśmy oglądać komedię "Dziennik cwaniaczka"(z czystym sercem dałam jej 8/10 na filmwebie). Dzisiaj podłączanie poszło nam o wiele, wiele lepiej niż tydzień temu - trening czyni mistrza. Po obejrzeniu filmu zajęliśmy się odrabianiem lekcji, tym razem obliczenia kalendarzowe na poziomie 4 klasy. Chociaż logika treści niektórych z nich mnie przeraziła(ja ich nie rozumiałam do końca, a co tu mówić o 9, 10 letnich dzieciach), to jednak wspólnymi siłami dałyśmy z K. radę. A nawet skończyliśmy przed czasem, dzięki czemu młoda mogła jeszcze zagrać z innymi w grę planszową. 
A inni z fascynacją układali puzzle...
Potem trochę potańczyliśmy, co zresztą zostało utrwalone na krótkim filmiku(przy czym z góry przepraszam za jego jakość):
Powyższy taniec to nasz salezjański "Skrzypek". Oprócz tego tańczyliśmy do "Zumba he, zumba ha" oraz "Tańca kowbojskiego". Trochę żałuję, że nie zdążyliśmy jeszcze raz zatańczyć do "Happy day", bo dzieciaki uwielbiają ten układ, zresztą my, animatorzy, też. Ale przyznajcie sami, że to szybko wpada w ucho i w mięśnie:) :
No, mówi się trudno, żyje się dalej. A dalej musieliśmy wyciszyć rozbrykaną dzieciarnię. Znacie może zabawę w minutkę? Chodzi w niej o to, aby w myślach odliczać do 60. Kazaliśmy więc młodzieżówce położyć się na dywanie i liczyć do 60. Kto będzie najbliżej - wygrywa.
Następnie był czas posiłku, po którym wyszliśmy z dziećmi na podwórku, gdzie graliśmy w berka oraz w "osiołka"...
W tym czasie kilka animatorek rozgrzewało na górze masę glicerynową, z której miało potem powstać mydełko. W końcu na ich znak wróciliśmy do budynku i udaliśmy się na salkę konferencyjną, gdzie były już przygotowane materiały do pracy. Każde dziecko mogło sobie wybrać formę do mydła oraz dodatki do niego.
 
Po stężeniu masy każde dziecko mogło sobie wziąć swoje mydełko do domu. Aby umilić im czas oczekiwania, ksiądz puścił film "Dziennik cwaniaczka 2". Szczerze powiedziawszy to jak dla mnie było za dużo filmów, ale dobra. Przynajmniej nikt nie rozniósł domu. 
Z tymi mydełkami to był w sumie niezły pomysł. Nawet jedno zostawiliśmy Boskiemu Oskiemu. Z brokatem, na połysk brody(bo tam jest bardziej owłosiony niż na głowie). Może się ucieszy. A mnie podczas warsztató+w automatycznie przypomniała się znana piosenka z repertuaru "Fasolek" i nawet zaczęłam ją sobie nucić pod nosem.

czwartek, 23 listopada 2017

622. Komentuj, ale nie hejtuj

To nie będzie łatwy post. Ale kto powiedział, że życie jest łatwe? Już dawno kołatał mi się po głowie pomysł aby coś takiego napisać. Musiałam jednak do tego dojrzeć, przemyśleć kilka rzeczy, poukładać sobie to wszystko w mojej skołatanej 158 różnymi myślami głowie. Nie wiem, czy będę umiała napisać wszystko tak jakbym tego chciała i tak, abyście zrozumieli wszystko bez problemów. 
Jestem dzieckiem przełomu XX i XXI wieku. Moje dzieciństwo przeplatało się z tradycją i nowoczesnością. Bardzo dużo miejsca w moim rodzinnym domu zajmowała rozmowa. Rozmawialiśmy codziennie praktycznie o wszystkim. O tym co się działo w szkole i w pracy, o naszych problemach i radościach, o marzeniach i wspomnieniach. W sumie tak samo było w szkole i na podwórku, a potem w budynku Oratorium, bo przecież w tamtych czasach dzieciaki nie spotykały się przed ekranami komputera, ale najczęściej poza domem. Każdy mógł wyrazić swoje zdanie, nawet zgoła odmienne od reszty. I wtedy wywiązywała się dyskusja. Może nie kłótnia, ale wymiana zdań. Uczyło to argumentacji swojego zdania, a w razie potrzeby wyszukiwania kolejnych punktów poparcia swojego zdania. Nawet kiedy ktoś inaczej myślał niż my, to mógł swobodnie, w twórczy sposób je przedstawić. Wszyscy zdawali się być równi, z takim samym prawem wypowiedzi i do obrony swoich poglądów. Z całą pewnością uczyło to sztuki pójścia na kompromis w pewnych kwestiach jak też samego słuchania innych.
Wraz z rozwojem technologii życie towarzyskie przeniosło się do świata wirtualnego. Coraz więcej ludzi zakłada blogi, przez co mają możliwość dotarcia do większej liczby odbiorców niż podwórkowa czy też szkolna paczka. Na blogach dzielimy się naszymi przemyśleniami, codziennością, pasjami. Mamy stałych czytelników, ale zdarza się, że trafiają do nas zupełnie przypadkowi ludzie. Wpadają, czytają i niekiedy zostają w naszym zaciszu na dłużej.
Większość blogów posiada opcję zamieszczania komentarzy, z której często korzystają czytelnicy, chcący wyrazić swoje zdanie na temat przeczytanej treści. Trochę przypomina to stare, podwórkowe dyskusje, w których istniała wymiana poglądów. Ale tylko trochę. Z czasem, szczególnie na portalach społecznościowych, pojawiły się też słynne "łapki w górę" i "łapki w dół" pozwalające na szybki sposób ocenienia, czy dana myśl podoba nam się, czy też po cichu ją krytykujemy.
Czasami zastanawiam się, dlaczego tak wielu komentatorów chce być ekspertami we wszystkich dziedzinach? Tylko dlatego, że czują się anonimowi? Czy może sprawił to fakt, że powszechny dostęp do zasobów internetowych sprawia, że wierzymy w swoją wszechwiedzę. Ciekawe, czy gdyby w realnym życiu mieli toczyć podobne dyskusje, to też byli by tak "mocni w gębie"? Rozumiem, że można mieć inne zdanie na ten czy inny temat, ale czy to oznacza, że można sobie do oczów skakać? Co gorsza, autorzy blogów najczęściej przytakują takim praktykom, bojąc się im przeciwstawić, a w ten sposób być może stracić czytelników. Dotyczy to w szczególności nas, osób niepełnosprawnych, niejednokrotnie nie mogących znaleźć zrozumienia i akceptacji we współczesnym, dążącym do idealności świecie, ale nie jest to regułą. Chcemy być "cool", super, dlatego godzimy się na wszystko, nawet jeżeli na początku myśleliśmy inaczej. W realnym świecie pewnie dyskutowalibyśmy broniąc swojego zdania, choćby kosztem wyśmiania. Teraz to wszystko jakoś się zatarło. Zanika przez to pokora, która jest tak istotna nie tylko w dialogu międzyludzkim, ale przede wszystkim - spotkaniach z drugim człowiekiem. Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego dawniej ludzie o wiele chętniej spotykali się ze sobą? Ponieważ miał w sobie pokorę pozwalającą na szczery dialog. Nawet kiedy nie został wysłuchany, ta pokora pozwalała mu na uznanie, że są ludzie, którzy wiedzą więcej niż on. Pamiętajmy, że kiedyś zgłębianie wiedzy wiązało się z niebywałą pracą umysłową oraz własnym doświadczeniem, zaś ten, który do czegoś w ten sposób doszedł, był niebywale pewny swojej wiedzy. Dzisiaj wystarczy wyszukiwarka "Google" i pierwszy lepszy tekst, nawet przeczytany bez zrozumienia i już jesteśmy najmądrzejsi ze wszystkich na danym blogu, zdobywając tym samym poklask innych userów, przez co czujemy się dowartościowani. Trudno nam natomiast przyjąć taką postawę w bezpośrednich kontaktach międzyludzkich(nie każdy jest alfą i omegą), dlatego najczęściej ich unikamy, wszak nikt nie lubi "być głupszym".
Wraz z różnicą zdań pojawiła się zupełnie nieznana dotąd rzecz - hejt, czyli zewnętrzny wyraz strachu przed spotkaniem, a w konsekwencji - dialogiem. Pojawia się w człowieku, który widząc, czy też słysząc odmienne od siebie zdanie, traci pewność siebie. Taka osoba często czuje, że brakuje jej odpowiednich argumentów, ziemia usuwa mu się spod nóg, a zbudowany przez niego system rozwala się w drobny mak, albo zgoła przeciwnie - jest na tyle zarozumiała i zadufana w sobie, że złudna anonimowość dodaje mu odwagi do wypowiedzenia jego "świętej" racji. Dzisiejsze komentowanie wszystkiego i wszystkich ma niewiele wspólnego z niegdysiejszymi sporami światopoglądowymi, natomiast zarozumiałość w niektórych opiniach obnaża słabości prezentowanych teorii. Można powiedzieć, że krytyka jest potrzebna każdemu z nas. Jasne, ale bardzo często przybiera ona charakter krytykanctwa. Prawdziwa krytyka podejmowana jest na Prawdzie, do której chce się daną osobę doprowadzić i z szacunkiem do niej ma za zadanie budować. Krytykanctwo jest natomiast działaniem niszczycielskim drugiego człowieka, często podejmuje się je po to, aby kogoś wyśmiać, "zdeptać" bądź zniszczyć. 
Problemem jest też to, że jesteśmy coraz bardziej leniwi i bardzo często nie chce nam się przeczytać dokładnie jakiegoś tekstu. Skoro w szkole można było odpuścić sobie większą część lektur, czy wręcz korzystać tylko z ich opracowań, to czemu tutaj mamy zmierzyć się z całym tekstem? Czytamy więc go po łepkach, a czasami nawet przeczytamy pierwsze jego zdania i... już wszystko wiemy! A przynajmniej jesteśmy o tym przekonani. Tymczasem tylko przeczytanie całego tekstu ze zrozumieniem daje nam prawo na wypowiedzenie się na jego temat.
Co smutniejsze, hejt pojawia się coraz częściej w realnym świecie. Ileż to razy słyszałam u kogoś zwrot "ty Downie"? Albo inne, wyszydzające drugiego człowieka, czy też chcące mu udowodnić swoją wyższość, komentarze. Ludzie myślą, że skoro w wirtualnej rzeczywistości uchodzi im to na sucho, to i w prawdziwym życiu będzie tak samo. A ja tylko czekam na chwilę, aż ktoś takiemu komuś strzeli w twarz, jak by to się stało kilka lat temu.
Ja też nie jestem święta. Może napiszę tak, kilka razy nie zgodziłam się z czyimś zdaniem, ale starałam się to skomentować bez emocji(może nie zawsze używając właściwych słów), jednak nie nazywając go np. super hero, czy też używając tego typu sformułowań, ponieważ wszystko ma swoje granice. Wbrew pozorom takie sformułowania też można podpiąć pod hejt.
Szacunek wobec siebie powinny mieć dwie strony. Jednak pamiętajmy, że odwiedzając czyjeś blogi nie jesteśmy u siebie i czasami zastanówmy się, czy nasz bezsensowny komentarz pod czyjąś notatką, czy też artykułem na pewno jest potrzebny. Pamiętajmy, że słowo pisane dociera do dużo większej liczby odbiorców, niż mówione. Ja wciąż się tego uczę...

środa, 22 listopada 2017

621. Niektóre pieśni religijne powinny być prawnie zakazane :)

Zmiana opiekuna parafialnego Oratorium zaskutkowała zmianą pomysłu na jego prowadzenie. Jest... bardziej muzycznie. Nagle okazało się, że ksiądz Oski potrafi całkiem nieźle obsługiwać struny w gitarze(a tak się zarzekał, że nie jest muzyczny). I to on teraz akompaniuje podczas śpiewu. Śpiewamy oklepany już repertuar, ale dzieciaki(i przy okazji my, animatorzy) poznają też nowe kawałki. Z dwa tygodnie temu zaśpiewał nam tą właśnie pieśń:
Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, zarówno pod względem treści, jak i samego przekazu. Prosta, ale jakże piękna. Od tego czasu codziennie wsłuchuję się w jej słowa i na nowo odkrywam ich sens. I tak naprawdę nawet będąc "odciętym" od internetu, tych kilka słów kołacze mi się po głowie. Często sobie ją nucę(mam nadzieję, że patronka dzisiejszego dnia, św. Cecylia, wybaczy mi te wszystkie fałsze i nieczystości w nucie melodyjnej). Ale tak już mam, kiedy coś "wleci" mi w ucho i nie może wypaść. A z drugiej strony aby było więcej tak pięknych pieśni. Mam nadzieję, że Boski Oski jeszcze nie raz i nie dwa zaskoczy mnie w tym względzie...

poniedziałek, 20 listopada 2017

620. Oprószyło...

Ostatnimi czasy mam dosyć nietypową pobudkę w postaci własnego, osobistego kota, który skacze po mnie rano jak młoda kózka po łące. I oczywiście nie daje spać, bo po co. A ja ją ciuciałam, kołysałam, wykarmiłam niemalże własną piersią, kiedy śpi, to ją otulam, coby dziecku zimno nie było. I czego się doczekałam? Darmowej pobudki o godzinie 5 rano. I nic nie pomagają prośby i groźby skierowane w kierunku kociego terrorysty, Puśka jak oszalała po mnie skacze.
Siłą rzeczy muszę wstać, chociaż nie zawsze jest to łatwe, a tym bardziej, przyjemne. Ale inaczej kotka nie da mi spokoju. Dzisiaj jeszcze musiałam podjechać do Krakowa. Wiecie, praca dyplomowa się finalizuje. Musiałam jednak dotrzeć do dziekanatu przed dziekanem, aby podrzucić mu odpowiednie podanie. Normalnie bus, którym jeżdżę przemierza trasę w 1:30, ale dzisiaj... No właśnie dzisiaj sypnęło niespodziewanie śniegiem. Chociaż czy ja wiem, czy tak niespodziewanie. W drugiej połowie listopada można już się tego spodziewać. 
Za oknami przesuwały się ośnieżone krajobrazy. I nagle wszystko stanęło w miejscu, my zaś posuwaliśmy się do przodu w żółwim tempie. Po pewnym czasie byłam zrozpaczona - wiedziałam, że nie zdążę dojechać na czas na miejsce. Dlaczego? Nietrudno było odgadnąć, że z powodu zimowej aury coś się ze sobą stuknęło. Powstały w ten sposób korek ciągnął się przez kolejne wsie. W końcu po ok. 30 minutach bezsensownego stania w nim kierowca zdecydował o pojechaniu inną drogą(lepiej późno niż za późno😉), jakoś wyjechał z sznura stojących samochodów i skierował się w stronę Skały. Do Krakowa dotarł godzinę później. A ja byłam spóźniona w najlepszym momencie 15 minut. Jak z procy wystrzeliłam w kierunku Kanoniczej. Już byłam przekonana. że mnie nie wpuszczą do środka, kiedy okazało się, że i on jeszcze nie dotarł(chociaż od blisko 45 minut trwał jego dyżur). A dopóki go nie było, dopóty można było złożyć podanie. Bo potem, to już wiecie - pozamiatane. 
Więc można powiedzieć, że wszystko poszło po mojej myśli, chociaż kosztowało mnie to trochę nerwów. Mam nadzieję, że teraz już wszystko będzie dobrze. I że kierowcy będą bardziej uważać na zamarzniętych drogach.
Po powrocie do domu padłam do łóżka i obudziłam się dopiero po kilku godzinach. To chyba nałożenie się emocji na ostatnią bezsenną noc. Jaka będzie dzisiejsza? Zobaczymy :)

niedziela, 19 listopada 2017

619. Ubóstwo, czyli...

Któż z nas nie widział przygnębiającego widoku osoby żebrzącej przy jakimś popularnym trakcie? Ja do dzisiaj przed oczami mam widok ubranych w łachmany ludzi klęczących pod naszą osiedlową "Biedronką". Jedni prosili o pieniądze na jedzenie, inni na leki. Ale czy na pewno pisali prawdę? Kiedy nieraz dzieliliśmy się z takim "głodnym" bułkami, ten odmawiał z kpiącym uśmieszkiem. Nie pochodzę z bogatej rodziny, był okres, gdzie na rodzinę zarabiała tylko mama. Wiele razy szłam z pustym żołądkiem i pudełkiem na drugie śniadanie do szkoły i uwierzcie mi, naprawdę głodny człowiek jest w stanie zjeść wszystko, zwłaszcza taką bułkę. Tymczasem tutaj przykre rozczarowanie - czyli tak naprawdę ten żebrzący nie do końca był głodny... Dlatego wolę wpłacić pieniądze na jakiś konkretny cel, niż dać je przypadkowo żebrzącej osobie, która nie wiadomo na co je przeznaczy. Może to dziwnie zabrzmi, ale jest masa instytucji, które pomagają takim osobom. Chociażby takie jadłodajnie dla ubogich i bezdomnych, gdzie takie osoby mogą bezpłatnie otrzymać ciepły posiłek. Zresztą, jak to już ktoś kiedyś powiedział - prawdziwa bieda jest ukryta. I do tej prawdziwej biedy, schowanej w domowym zaciszu trzeba dotrzeć. Dlatego bardzo mi się podoba inicjatywa "Szlachetnej paczki", gdzie wolontariusze wyszukują potrzebujących rodzin w środowiskach, w których żyją. Podobnie z Caritasem. Dlatego pomaganie ubogim popieram, ale to mądre i świadome pomaganie. Bo chociaż Pismo Święte wspomina o jałmużnie, to pamiętajmy, że jej formy mogą przybierać wszelaki wymiar...

Dopisane o 21:50
Modlitwa za ubogich
Panie, naucz nas nie kochać już jedynie samych siebie i nie zadowalać się tylko tym, że kochamy naszych bliskich. Panie, naucz nas myśleć wyłącznie o bliźnich i kochać przede wszystkim tych, którzy nie są kochani.
Panie, spraw, aby bolało nas cierpienie innych. Daj nam łaskę zrozumienia, że w każdej minucie naszego życia, naszego szczęśliwego życia, nad którym Ty sam czuwasz, tysiące istot ludzkich, Twoich dzieci, umiera z głodu i zimna, chociaż na to nie zasłużyły…
Panie, ulituj się nad wszystkimi ubogimi świata. Ulituj się nad trędowatymi, do których tak często uśmiechałeś się, gdy chodziłeś po ziemi, nad milionami trędowatych, którzy wyciągają ku Twojemu Miłosierdziu dłonie bez palców, ręce bez dłoni… I wybacz nam, że na zbyt długi czas zostawiliśmy ich samym sobie, powodowani haniebnym strachem…
Panie, nie pozwól, abyśmy potrafili być szczęśliwi sami. Spraw, aby dotykała nas nędza panująca na świecie i uwolnij nas od nas samych… jeśli taka jest Twoja wola.

sobota, 18 listopada 2017

618. Znów kolejny dzień wspomnieniem się stał...

Zaspałam dzisiaj na Oratorium. Brawo ja! A jeszcze w czwartek umówiłam się z księdzem T.(Boski Oski akurat miał szkolenie w Krakowie, więc nie mógł być z nami dzisiaj), że będę już o 9:30, żeby zapisywać dzieci, które się pojawią. Tymczasem budzę się i co widzę - 9:20. Zerwałam się na równe nogi zapominając o bolącym kolanie, które od razu dało o sobie znać. Ubrałam się w pierwsze lepsze, chociaż czyste, ubrania i dokuśtykałam do Oratorium. Ciągnę za klamkę - ups, zamknięte. Dzwonię domofonem do kolejnych księży, zastanawiając się, czy ksiądz T. to wikary, czy katecheta, ewentualnie jeszcze była możliwość zadzwonienia na piętro, które znajduje się pod hasłem "Pokój gościnny". O, w pewnym momencie ksiądz zbiegł z góry z karteczkami z planem dnia.
 - Nie wiesz może gdzie jest taśma klejąca? Nie mogę jej znaleźć.
Oczywiście że wiem. Jeszcze w kurtce biegnę na salkę konferencyjną i znajduję taśmę + nożyczki w jednej z szafek. Zbiegam na dół i podaję je księdzu, który odcina fragmenty taśmy i przykleja je w rogach kartek.
 - Może iść i je zawiesić? - proponuję nieśmiało. Po chwili jedna z kartek wisi na drzwiach wyjściowych(a może wejściowych?), druga na tych prowadzących w dół do salek oratoryjnych, a trzecia na drzwiach salki oratoryjnej. Teraz już tylko trzeba czekać na dzieci, które powoli schodzą się na zajęcia. W salce uruchomiony jest elektryczny kaloryfer, który wypełnia przyjemnym ciepłem piwniczne pomieszczenie. Dzisiaj jesteśmy po trochu na nie skazani. 
Dzieci powoli się schodzą i kolejno wpisują na listę obecności, a potem siadają na kanapie i fotelach. Zagaduję je, żeby nam sali nie rozniosły. Marzy mi się, aby jakoś urządzić starą salkę Akcji Katolickiej. Jest tam kilka ławek szkolnych, z konferencyjnej można by wziąć kilka krzeseł, położyć dywan. Są tam meble, na których są zabawki i pomoce edukacyjne po świetlicy środowiskowej, na ścianie wiszą tablice korkowe. Jeszcze kilka lat temu to tam odbywały się zajęcia oratoryjne...
Dziwi mnie, że tuż przed 10 nie ma jeszcze animatorów. Ale i oni stopniowo się pojawiają. W sumie było nas 4 z zapisanych 12. A dzieci przyszło 19. Czyli prawie po 5 na każdego z nas. Po chwili przychodzi ksiądz T. z gitarą. Kilkoro zdziwionych dzieciaków pyta się, gdzie jest ksiądz Oskar.
 - A ja nie mogę być? - pyta żartobliwie ksiądz T. W ostateczności przyjęli taką zamianę.
Na początek modlitwa i śpiew. Ponieważ tematem przewodnim dzisiejszego Oratorium była osoba św. Jana Bosko i jego mamy Małgorzaty, nie mogło zabraknąć salezjańskiego szlagieru "Gdy Janek Bosko jeszcze małym chłopcem był".
Następnie przenieśliśmy się do salki konferencyjnej, aby obejrzeć odcinek "Ziarna" poświęcony św. Jana Bosko. Trochę pomogłam księdzu podłączyć się do sprzętu. W pewnym momencie zwątpiłam, bo do projektora był tylko kabel HDMI, ksiądz ma zaś to drugie wejście, wiedziałam jednak, że i do niego gdzieś jest kabel. I był - w pokrowcu na projektor. Wzmacniacz też udało nam się jakoś opanować. W końcu dzieciaki i my mogliśmy obejrzeć program. 
A potem przeszliśmy do pracy w grupach. Dostałam piątkę niesfornych trzecioklasistów, z czego tylko jeden przyniósł zeszyt z pracą domową. Matma - okey, chociaż po środowych ekscesach z M., gdzie wszystkie mury w Oratorium trzęsą się od jego krzyku sprzeciwu(aż księża mieszkający trzy poziomy wyżej nas słyszą) zaczynam wątpić sama w siebie. Ale tutaj jest mnożenie wraz z udowodnieniem dlaczego tak, a nie inaczej więc w sumie dramatu nie ma. Gorzej z resztą rozbrykanego towarzystwa. Uczyć się nie chcieli, rysować też nie. W końcu zajęli się produkcją samolotów z papieru. To było najgorsze 30 minut dnia. Zwłaszcza, że pogoda była taka sobie i nie mogliśmy wyjść na dwór, żeby się wybiegały i wyszalały. O 12:00 mieliśmy skromny posiłek, a po nim projekcję kolejnego filmu, tym razem był to "Dziennik cwaniaczka", czyli nieco humorystyczne podejście do problemu popularności w nowej szkole. Można się pośmiać. Jednak dla dzieci ta godzina trzydzieści to jednak za długo i pod koniec te młodsze zaczynały się nudzić i roznosić salę. 
Na szczęście dzień w Oratorium już dobiegał końca. Tak samo jak na początku, również i na koniec pomodliliśmy się, także za księdza Oskara, żeby bezpiecznie wrócił do nas(wtajemniczeni animatorzy wiedzieli o co chodzi).
I wiecie, że wrócił. Cały i zdrowy. I nawet wyspany. Chyba musi częściej mieć szkolenia. Chwilkę pogadaliśmy, a potem poszliśmy w czwórkę do galerii handlowej. Ksiądz chciał sobie kupić rysik do telefonu, dziewczyny chciały coś zjeść w Macku. A ja i tak siedzę sama w domu, więc postanowiłam iść z nimi(pomimo tego, że przez ból w kolanie niemalże kulałam), chociaż za galeriami nie przepadam. Chociaż taką Krakowską lubię się przejść w mroźne, zimowe dni, kiedy idę na busa - przynajmniej jest ciepło. W końcu ksiądz Boski kupił to co miał kupić(chociaż mu nie działa), a potem zaprosił wszystkich do Macka, który okazał się KFC(bo tam była mniejsza kolejka) i kupił każdemu po zestawie. Trochę mi się głupio zrobiło, bo co prawda dziewczynom wisiał wypad za coś tam, ale nie mi, a płacił za całą naszą czwórkę. Nawet chciałam mu oddać pieniądze, ale kazał mi się nie wygłupiać twierdząc, że nasza praca jest o wiele więcej warta. Zasiedliśmy do stolika, który przyszło mi pilnować, bo reszta poszła najpierw po jedzenie, a potem po napoje(mi przyniósł Boski Oski - no bo jednak przenoszenie kubków z napojami nie jest moją mocną stroną). Przez dobrą godzinę rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Ksiądz był na cywilu, nie miał nawet koloratki, więc zero skrępowania(w sumie to mogło dziwnie wyglądać 1 ksiądz + 3 dziewczyny). Co prawda ksiądz widział kilku swoich uczniów, ale oni go nie widzieli.
No i w sumie tak ciężko było się nam zebrać do domów. Jeszcze chwilę rozmawialiśmy idąc przez park(myślałam że padnę, kiedy dzwony w bazylice miejskiej bijące na Mszę świętą o 18 ksiądz wziął za dzwony zwiastujące śmierć papieża - ciekawe tylko którego), a potem rozeszliśmy się do swoich domów. Cały dzień byłam poza domem, ale nie uważam, żeby był to czas stracony, a wręcz przeciwnie. Trochę rozrywki jeszcze nikomu nie zaszkodziło. 

piątek, 17 listopada 2017

617. Szkoda marnowania życia na rozmyślanie - lepiej działać

Skończyłam dzisiaj czytać książkę "Nowa Joni" będącą jedną z autobiografii ten amerykańskiej kobiety. W skrócie: 17-letnia Joni po nieudanym skoku do wody zostaje sparaliżowana od szyi w dół. Po początkowym okresie buntu uświadamia sobie, że to tylko taka próba, że tak właściwie to wszystko stało się po to, aby mogła swoim świadectwem świadczyć ludziom prawdę o Bogu, który dopiero po wypadku stał się jej bliski. Od momentu tej przemiany jej spojrzenie na świat zmienia się o 360 stopni, zaczyna odnajdywać radość życia. Pomimo swojego paraliżu zdaje egzamin na prawo jazdy, jeździ specjalnie przystosowanym autem, a nawet zakłada rodzinę. 
Podczas czytania książki nasunęła mi się taka myśl: jak to jest, że nieraz w pełni zdrowi i sprawni ludzie marnują swoje życie, np. na używki, tymczasem ci niepełnosprawni potrafią żyć pełnią życia i nawet czerpać z niego jak najwięcej? Nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie z prostego powodu: ponieważ nigdy nie zaliczałam się do tej pierwszej grupy. I nie będę zaliczać. Defekty powstałe w moim mózgu podczas porodu będą mi towarzyszyć do końca moich dni. Ale czy to oznacza, że mam siedzieć bezczynnie w domu marnując dany mi na tej ziemi czas i zastanawiać się dlaczego? Wolę poczytać książkę, posłuchać muzyki, pospacerować po pobliskim parku, iść do Oratorium, porozmawiać z wartościowymi ludźmi, zastanowić się nad programem warsztatów "Młodość - projekt życia",  pouczyć się języka obcego, a nawet wesprzeć potrzebującego, chociażby dobrym słowem czy samą moją obecnością. Bardzo ciekawe zadania na okres Wielkiego Postu miała tegoroczna Zdrapka Wielkopostna, sprzyjały one wzbogaceniu swojego życia i zastanowieniu się nad nim. Ale przecież trzeba działać też poza tym okresem. I trzeba też znaleźć metodę, jak to zrobić. Ostatnio nawet znalazłam ciekawy projekt dla chrześcijan, który daje rady na dobre, spełnione życie. Życie, które mamy tylko jedno. Przeżyjmy je więc najlepiej jak umiemy w zgodzie z samym sobą.

P.S. Udało mi się dzisiaj rozbić kolano o płytki w łazience. Walnęłam centralnie w rzepkę(wolałabym w podkolanie). Już teraz mam ograniczony zakres bezbolesnego ruchu. Aż strach pomyśleć co będzie jutro, kiedy zrobi się krwiak. A jutro przecież trzeba iść do dzieci na Oratorium i lepiej być dyspozycyjnym. Ajajaj, się narobiło.

środa, 15 listopada 2017

616. Bo wszystko musi się od czegoś zaczynać

Lubię historię. Może nie znam jej w jakimś ogromnym zakresie, wszak nie jestem historykiem, wydaje mi się jednak, że z moją wiedzą w tej dziedzinie nie jest tak źle. Najpierw były legendy: ta o Lechu, Czechu i Rusie, i ta o królu Popielu, co go myszy zjadły, ta o Smoku Wawelskim i o Warszawskiej Syrence, ta o założeniu Augustowa i o rzece Wiśle, co wyszła zobaczyć kraj i na końcu połączyła się z Morzem. I jeszcze była taka o królu Kazimierzu Wielkim, co był królem chłopów, królowej Jadwidze, która zostawiła odcisk bucika na kamieniu i o bodących się koziołkach na poznańskim ratuszu. Następnie w drugiej klasie szkoły podstawowej dostałam pod choinkę album z pocztem władców Polski. Piszę "władców", ponieważ jak nam wiadomo, a przynajmniej mam taką nadzieję, Mieszko I był księciem, a nie królem. Zawzięcie wertowałam wtedy kolejne kartki, zaczytując się w kolejne informacje. Nie mogłam doczekać się lekcji historii, które przyszły dwa lata później. Ach, ileż się na nich działo, nauczycielka była prawdziwą pasjonatką tego tematu. Aż w końcu przyszła szkoła średnia i wielkie rozczarowanie, nie tyle programem nauczania ile podejściem nauczycielki do tematu. O ile dotąd nauka historii była dla mnie przyjemnością, o tyle potem istnym koszmarem, a przedmiotu uczyłam się głównie dla siebie, a nie dla ocen. W gruncie rzeczy turysta powinien mieć wiedzę nie tylko z szeroko pojętej geografii, ale też... historii. I chyba tylko dzięki temu przeświadczeniu w ogóle chciało mi się uczyć na więcej niż 3.
Już wielokrotnie tutaj pisałam, że z telewizorem raczej się nie przyjaźnię. Jest jednak kilka programów, dla których go włączam. Jednym z nich są "Wielkie testy" na wszelakie tematy organizowane przez TVP. To całkiem ciekawy sposób na sprawdzenie stanu swojej wiedzy, tym bardziej, że ich tematyka jest bardzo szeroka - od historii, poprzez życiorysy sławnych Polaków, a na zdrowiu i ekonomii kończąc. Tak więc z powodzeniem każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Testy ostatnio emitowane są w środowe wieczory. 
Dzisiaj również nadawany jest "Wielki test", tym razem jego tematyka będzie dotyczyć Polski Piastów. W sumie zawsze lubiłam czasy z początków naszego państwa. Bo to i Mieszko I przyjmował chrzest, umacniając w ten sposób naszą pozycję w Europie, i chrystianizacja całego kraju, i panowanie Bolesława Chrobrego ze Zjazdem Gnieźnieńskim oraz koronacją, i rozbicie dzielnicowe, i panowanie Władysława Łokietka oraz wspaniałe rządy Kazimierza Wielkiego, wraz z przeniesieniem stolicy do Krakowa. Tak wiele się wtedy działo, chociaż nie zawsze dobrego. 
Ale nie wszystko się pamięta. Dlatego staram się, zwłaszcza przed takimi testami uzupełniać swoją wiedzę. Zgromadzona w czterech segregatorach historia Polski skutecznie mi w tym pomaga. Zresztą jak jeszcze chodziłam do szkoły, nieraz ratowała mnie z opresji ciekawostkami, które w sobie zawierała. Pamiętam minę zaskoczonych historyków - powiem Wam, że bezcenna. Dzisiaj też ją sobie podczytywałam, uzupełniając w ten sposób swoją wiedzę.
Zresztą nie tylko ja... Myślicie, że naprawdę potrafi czytać?

wtorek, 14 listopada 2017

615. Zatracić poczucie czasu

Na początku zachęcam jeszcze do wzięcia udziału w zabawie ze świętymi, która jest >>TUTAJ<<. Może ktoś z Was jeszcze się skusi.
Pojechałam dzisiaj do Biblioteki Śląskiej, głównie po to, aby oddać jedne książki, a wypożyczyć dwie ostatnie pozycje z cyklu "Żaby i anioły" Katarzyny Grocholi, to jest "Ja wam pokażę" oraz "A nie mówiłam". Przy poprzednich dwóch zaśmiewałam się do łez, mam nadzieję, że teraz będzie tak samo. A przy okazji podskoczyłam do czytelni czasopism, gdzie zamówiłam archiwalne numery "Niedzieli", konkretniej z 2005 roku oraz numery czasopisma "W górach" z tego samego roku. Gapa ze mnie, bo robiąc przypisy do pracy licencjackiej zupełnie pominęłam numery stron czasopism, z których korzystałam. Z tym, że wtedy siedziałam w bibliotece uczelnianej, gdzie, zważając na profil uczelni, gazety typu katolickiego są. Z Biblioteką Śląską mogło być różnie. Na szczęście i ona archiwizuje numery tej specyficznej gazety. Wczoraj złożyłam więc zamówienie, a dzisiaj po południu podjechałam sobie na miejsce, aby spisać potrzebne strony. Na miejscu okazało się, że kwartalnik "W górach" nie dotarł do czytelni, chociaż system twierdził co innego. Za to czekały na mnie dwie pokaźne teki z "Niedzielą". Teraz musiałam tylko znaleźć potrzebny mi numer, a następnie stronę. Przy okazji przypomniałam sobie, co dzieło się te 12 lat temu. Bo rok 2005 to rok śmierci siostry Łucji z Fatimy i papieża Jana Pawła II, to rok wyboru na Stolicę Piotrową Benedykta XVI oraz Światowych Dni Młodzieży w Kolonii. W dodatku poświęconym naszej diecezji znalazłam wzmianki o Białym Marszu po śmierci Jana Pawła II, konkursach religijnych, w których z powodzeniem brałam udział(toteż i moje nazwisko wraz z nazwą szkoły tam widniały), a także pokaźny artykuł na temat konsekracji mojej parafii, ostatniej w diecezji w trwającym właśnie Roku Eucharystycznego - lepszego momentu nie można było wybrać. Z sentymentem przekładałam kolejne kartki, wspominając to co było. Nie zauważyłam nawet, kiedy za oknem zrobiło się ciemno. Spisałam potrzebne mi informacje i udałam się do wypożyczalni główne, aby wymienić książki. A potem udałam się w drogę powrotną do domu wdzięczna losowi, że zabrał mnie w tą sentymentalną podróż wstecz. Że mogłam jeszcze raz przeżyć te magiczne chwile. Dobrze, że są takie miejsca, które gromadzą zbiory dla potomności. A przecież jeszcze muszę podjechać zobaczyć ten kwartalnik. Mam nadzieję, że teraz już wszystko w mojej pracy będzie dobrze. Co ja mówię - musi być dobrze. Przecież tak wiele osób mi kibicuje...

poniedziałek, 13 listopada 2017

614. Małe tęsknoty...

Długie jesienne wieczory sprzyjają rozmyślaniom i wspomnieniom. Wspomnieniom tego co było i bezpowrotnie minęło, wspaniałych ludzi, którzy stanęli na mojej drodze. Za każdym takim wspomnieniem stoi osobna historia, osobna forma wpłynięcia na moje życie. Ostatnio wywołałam sporą część zdjęć, które miałam zapisane na różnych nośnikach danych. W ten sposób mogę wracać do nich w dowolnej chwili bez konieczności włączania komputera. W jesienne wieczory, przerzucając kolejne kartki w albumie ze zdjęciami, wspominam tych, których już z nami nie ma. W dużej mierze chodzi tutaj o moich kolegów, z którymi chodziłam do szkoły. Wielu z nich odeszło jeszcze w dzieciństwie, inni umierali już jako dorośli ludzie. Każdego z nich noszę w moim sercu i pamięci takiego, jakim go zapamiętałam. 
Tak samo nie mogę zapomnieć o wspaniałej matematyczce, która uczyła mnie tego przedmiotu w czwartej klasie szkoły podstawowej. Nie miała wykształcenia ani jakiegoś doświadczenia w kierunku pracy z uczniami niepełnosprawnymi, ale miała coś więcej - głowę pełną pomysłów jak przeprowadzić lekcję tak, aby uczniowie z różnymi dysfunkcjami jak najwięcej z niej wynieśli. To nie było nudne siedzenie w ławce nad zadaniami i słuchanie wykładu, a pełne dynamiki i fabuły zajęcia. Bez wszechobecnego wyścigu szczurów. Szczęśliwi uczniowie, którzy na nią trafili. Dzisiaj nie mam nawet żadnego jej zdjęcia, ale te mądre oczy zapisały się doskonale w mojej pamięci.
Lubię wracać do wspomnień związanych z pierwszym składem naszego Oratorium, do naszych rozmów z księdzem W., które w znaczący sposób kształtowały osobowość i postrzeganie otaczającego nas świata. A Światowe Dni Młodzieży w Krakowie? To najpiękniejsza przygoda, jaką mi było dane dotychczas przeżyć.
Wiem, że życie płynie dalej, wiem że jeszcze wiele przede mną. A jednak to przeszłość w dużej mierze kształtuje naszą przyszłość. Chciałabym być dobrym człowiekiem. Chciałabym wieść takie życie, aby na jego końcu powiedzieć, że było ono dobre i spełnione. Chciałabym, aby po mojej śmierci ktoś po mnie zapłakał. Czy mi się to uda - zobaczymy. 
Na razie zastanawiam się, gdzie mam spać, bo ktoś zajął moje miejsce...

sobota, 11 listopada 2017

613. "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

Powyższa myśl kanclerza Jana Zamoyskiego przez trzy lata witała mnie podczas przekraczania progu liceum, do którego uczęszczałam, a któremu on właśnie patronował. Chociaż idea ta powstała w końcu XVII wieku to aktualna jest po dzień dzisiejszy. 
Wychowanie patriotyczne wpisane jest w program nauczania szkolnego. Zapewne pamiętacie jeszcze akademie szkolne, na których świętowaliśmy kolejną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości bądź uchwalenia Konstytucji 3 maja. Oczywiście nauczyciele w dalszym ciągu mają z tym styczność. 
Dzisiejsze zajęcia w Oratorium dotyczyły patriotyzmu. Związane to było z założeniem księdza Bosko mówiącym, że dobry obywatel powinien od małego być wychowywany w patriotycznym duchu. Zatem była konferencja dotycząca historii naszego kraju, w dużej mierze oparta na filmiku, który Wam pokazałam w tym poście, jak także na poniższym filmie:
oraz rapowance:
Do tego oczywiście był quiz, bo jakoś trzeba zmotywować dzieciaki do słuchania. Pomijając fakt, że Mieszko I nie był królem, a księciem Polski oraz, że to nie zastrzelenie Józefa Stalina, a arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie było jedną z przyczyn wybuchu I wojny światowej, to w sumie był całkiem spoko. Po części historycznej trochę potańczyliśmy i obejrzeliśmy fragment filmu "Riko, prawie bocian". W sumie to też można podpiąć pod patriotyzm, wszak boćki mogą kojarzyć się z naszym krajem. 
Zaś w części plastyczno-technicznej zajęć robiliśmy... kotyliony. To był mój osobisty pomysł, który co prawda spotkał się z aprobatą księdza, ale reszta animatorów zaczęła wczoraj buczeć, gdy to usłyszeli. Nie mieli jednak nikt ciekawego i kreatywnego w zamiar, także kotyliony się przyjęły. I chyba tak źle to wszystko nie poszło...
 
A w tle leciały żołnierskie piosenki, które dzieciaki raz po raz podchwytywały i nuciły pod noskami. Szkoda, że nie zorganizowaliśmy patriotycznego karaoke. Ale wszystko przed nami. Na koniec zrobiliśmy sobie patriotyczne zdjęcie, które z pewnością będzie nam przypominało spędzony wspólnie czas.

czwartek, 9 listopada 2017

612. Jest taka sprawa...

Pamiętacie może Dominika? Tego samego, o którym pisałam rok temu prosząc chętne osoby o wysłanie mu życzeń z okazji 18 urodzin -> >>TUTAJ<<. Dla przypomnienia - Dominik od najmłodszych lat zmaga się z chorobą Leśniowskiego - Crohna, która z czasem przekształciła się w nowotwór jelit, który wyniszcza organizm tego sympatycznego nastolatka. Dobrze wiem jak ten chłopak cierpi, ponieważ choroba ta występowała także w mojej najbliższej rodzinie. Tak naprawdę jest to powolne umieranie w bólach i wegetacji. Do tego dochodzi nawracający półpasiec i zapalenie stawów. Dużo tego, jak na dziewiętnastolatka, prawda?
Ale Dominik żyje i co więcej, wykazuje niebywałą wolę życia. Jego organizm jest wyniszczony, to fakt, jednak pojawiło się światełko w tunelu. To terapia w komorze hiperbarycznej(taka sama, jakiej są poddawani ludzie po zatruciem tlenkiem czadu). Bardzo skuteczna terapia, która pomogłaby odbudować zrujnowany organizm chłopaka, ale też bardzo kosztowna, zważając na to, że ze względu na jego zły stan zdrowia, wskazane jest przeprowadzenie terapii w domu. Koszt niebagatelny - ponad 127 tysięcy złotych. Tyle warte jest życie jednego chłopca. 
Czy można mu pomóc? Oczywiście, że tak. W serwisie "siepomaga" została uruchomiona zbiórka na ten cel. Trwa ona do 8 stycznia przyszłego roku. Może ktoś z Was zdecyduje się dołączyć? Informację o zbiórce można udostępniać na portalach społecznościowych, blogach, można też samemu zasilić skarbonkę poprzez przelew bądź wysłanie SMS-a za nieco ponad 2 złote.
Zajrzyjcie na profil Dominika, zobaczcie jaki to sympatyczny chłopiec. Za miesiąc kończy dziewiętnaście lat. Czy może być piękniejszy prezent od podarowaniu komuś szansy na dalsze życie? Pamiętajmy, że dobro powraca - tak więc działamy, udostępniamy, szturmujemy niebo i ziemię. Przecież musi się to udać. A jeżeli ktoś chciałby przesłać coś Dominikowi za sprawą tradycyjnej poczty, adres podany jest w pierwszym linku.

Przypominam, że jeszcze trwa zabawa z odgadywaniem świętych w TYM POŚCIE. Jeżeli jesteście chętni do zabawy to zapraszam. I w związku z powyższym dalej jest modernizacja komentarzy. Także nie denerwujcie się, że piszecie coś i to znika. 

środa, 8 listopada 2017

611. Projekt stworzony, by inspirować

Na początku chciałabym bardzo serdecznie podziękować za gratulacje pod poprzednim postem. Tak naprawdę to nie mnie się one należą, ale całemu sztabowi ludzi zaangażowanych w projekt "Młodość - projekt życia". Dopiero wczoraj, podczas prezentacji książki miałam okazję zobaczyć, jak wiele osób przy nim pracowało. Ja jako autorka jednego z przedstawionych wewnątrz świadectw, jestem tylko niewielkim fragmentem całej układanki. Szczególne słowa podziękowania należą się Najwyższemu, który pewnie już dawno, dawno temu miał zamysł postawienia papieża z "dalekiego kraju" na czele Kościoła Katolickiego, a przez to powołanie do istnienia idei Światowych Dni Młodzieży, którą kontynuują jego następcy. Dzięki Bożej Opaczności na ŚDMie było w miarę bezpiecznie, obyło się bez incydentów. Dziękuję Duchowi Świętemu nie tylko za to, że natchnął mnie podczas pisania tych kilkunastu zdań, ale też za to, że tak pokierował ludźmi, że spotkanie papieża z młodzieżą świata odbyło się właśnie w Krakowie, że komisja rekrutacyjna wybrała właśnie moją kandydaturę na wolontariusza, że wreszcie wybrano moje świadectwo z tego spotkania spośród wielu, wielu innych. Jak widzicie, ode mnie zależało bardzo niewiele...

Jestem już po lekturze książki, która zajęła mi niewiele ponad godzinę. Niejednokrotnie wzruszałam się podczas czytania zamieszczonych w niej historii. Wszystko to wydarzyło się w ciągu zaledwie kilku dni. A takie opowieści można przecież mnożyć w nieskończoność. Na spotkanie z papieżem przybyło w szczytowym momencie ok. 3 milionów osób nie tylko różnych narodowości, ale nawet wyznań. Obok rzymskich-katolików znaleźli się prawosławni, grekokatolicy, Ormianie, a nawet ateiści. Każda z tych osób miała swoje życie i swoją historię. Może dla jednych banalną, ale innym dającą wiarę i nadzieję na lepsze jutro. Zaskoczył mnie komentarz do mojego świadectwa wystawiony przez italianistkę i biblistkę, panią dr. Danutę Piekarz. Pozwólcie, że go zacytuję: "...Te Dni Młodzieży okazały się szansą do daru z siebie dla osób, które nieraz nie miały możliwości wykazania się swoimi zdolnościami, bo obawiano się, że nie sprostają zadaniom z racji niepełnosprawności. Tu było inaczej, o czym opowiada niepełnosprawna wolontariuszka, dodając, że było to "życie, w którym nie istnieje wyrażenie nie da się, zaś podstawą jest wzajemne zaufanie". Zaufano tym, których nieraz odsuwa się od odpowiedzialności, niekiedy w trosce o ich zdrowie, a w rzeczywistości nie wierząc, że będą oni w stanie spełnić określone funkcje.". Tak bym chciała, aby jak najwięcej pracodawców w pierwszej kolejności zwracało uwagę na nasze wykształcenie i umiejętności, a dopiero później na nasze schorzenia. Oczywiście nie mówię o skrajnych przypadkach, gdzie trzydziestolatek umysłowo zatrzymuje się na poziomie czterolatka, ale jest cała masa wykształconych niepełnosprawnych, których potencjał po prostu się marnuje.

Na koniec pozwolę sobie zamieścić tutaj artykuł promujący książkę, a za razem w ogóle wyjaśniający dlaczego i po co powstała. To taki mój dodatek, kwintesencja tego wszystkiego, co się aktualnie wokół mnie dzieje.

Z końcem października w księgarniach pojawiła się książka Młodość – projekt życia, która zbiera niepublikowane historie uczestników ŚDM w Krakowie i próbuje nazwać fenomen tego spotkania. Twórcą koncepcji książki jest agencja kreatywna TBC Project, którą tworzą pracownicy Komunikacji ŚDM.

Małgorzata Gadomska: Skąd pomysł na założenie agencji i wydanie tej książki?
Anna Chmura: Światowe Dni Młodzieży były dla wszystkich wyjątkowym przeżyciem pod względem rozwoju osobistego i emocjonalnego. Był to ambitny projekt, który spowodował, że każdy, kto w nim brał udział, rozwinął się zarówno pod względem zawodowym, jak i duchowo. Nie był to projekt standardowy, bo przekraczał wszystkie możliwe normy. Zaangażowanie liczone nadgodzinami, poświęceniem nie sposób już nazwać pracą. ŚDM był dla większości z nas misją. Marzyło nam się /pokazać Kościół w nieco innym świetle, jako markę i kreatywnego uczestnika kultury. Z profesjonalnego punktu widzenia wiele zadań, którymi zajmowaliśmy się w trakcie trzech lat przygotowań (logistyka, design, komunikacja, wydarzenia) udało się zrealizować na wysokim poziomie, nie odstającym od światowych standardów. W momencie gdy misja dobiegła końca, pozostał rodzaj pustki i pytanie: co dalej? Jak żyć po tym doświadczeniu? Bardzo chcieliśmy, by potencjał, który się wtedy wytworzył i pozytywne emocje udzielały się ludziom także po ŚDM i przynosiły dobry owoc również dla tych, którzy nie dotarli na ŚDM. I tak właśnie zrodził się pomysł utworzenia agencji kreatywnej, dla której myśl stojąca za Dniami Młodzieży jest bardzo bliska. Codziennie korzystamy z tego, czego nauczyliśmy się w czasie przygotowań do spotkania w Krakowie. Agencja pozwala nam realizować potrzebę kreatywnego udziału w życiu naszego miasta, diecezji, naszych lokalnych społeczności czy wspólnot.
Zofia Świerczyńska: Pomysł zrodził się w wielu głowach równocześnie jeszcze w czasie Światowych Dni Młodzieży. Każdy chyba zastanawiał się, czy kiedyś uda się popatrzeć na to doświadczenie z dystansu, i o ilu niesamowitych historiach z czasu przygotowań i spotkania z Papieżem nigdy się nie dowiemy. W pierwszej kolejności po ŚDM powstawały głównie książkowe wydania przemówień, albumy, CD i DVD z zapisem najważniejszych wydarzeń. Ale wielu z nas nosiło w sobie pytanie: co tak naprawdę wydarzyło się w Krakowie z osobistej perspektywy każdego człowieka. Już w trakcie przygotowań coraz mocniej docierało do nas to, że na ŚDM przyjedzie ponad 2 miliony osób, a z nimi tyle samo historii i że można by spokojnie napisać dwa miliony książek. A ponieważ to niewykonalne, trzeba przedstawić w pigułce to, co uczestnicy przeżyli w czasie Światowych Dni Młodzieży i pokazać, co się w nich zmieniło.

Jak wyglądały początki powstawania koncepcji książki?
Zofia Świerczyńska: Wiedzieliśmy, że chcemy wydać książkę z historiami o charakterze świadectw – wiedzieliśmy też, że nie chcemy albumu ze wspomnieniami, po których przeczytaniu stawiamy kropkę i zamykamy książkę. Żeby mieć szerokie spectrum opinii, zaprosiliśmy naszych kolegów z Sekcji Kontentu ŚDM, którzy przez trzy lata przygotowań mieli najbliższy kontakt z historiami ludzkimi z całego świata, publikując je na stronie Światowych Dni Młodzieży w formie reportaży, wywiadów i human stories. Te osoby śledziły feedback, jak ŚDM zadziałał w życiu ludzi, co się obecnie wydarza w diecezjach i parafiach w Polsce, każdy z nas miał jakieś wnioski. Usiedliśmy wspólnie, by wykonać mapę myśli wokół fenomenu ŚDM. W ciągu godziny wielka ściana zapełniła się skojarzeniami i słowami-kluczami.

Do jakich wniosków doszliście?
Zofia Świerczyńska: Przede wszystkim nazwaliśmy to, co nas zafascynowało w idei Jana Pawła II. Następnym krokiem była diagnoza, co wypadałoby zrobić po ŚDM, by nie wytracić tej pozytywnej energii zaangażowania, życzliwości czy dokonywania rzeczy niemożliwych. Stworzyliśmy robocze hasło: Zmieniamy swoje życie w kluczu ŚDM. Wiadomo, że podczas ŚDM wszystkim nam było łatwiej, mieliśmy konkretny cel. Zarówno pracownicy Komitetu w Krakowie, jak i liderzy w parafiach czy wolontariusze - wiedzieliśmy, co mamy robić i jaki efekt chcemy osiągnąć. Określaliśmy sobie konkretną potrzebę i proponowaliśmy rozwiązania, do których udawało nam się szybko przekonać innych. 
Po ŚDM jest trudniej bez wyraźnego konkretu czy deadline’u. Konkret leży teraz po stronie parafii i kreatywności młodych ludzi. Tak naprawdę każdy człowiek z osobna powinien samodzielnie zdiagnozować, czego potrzebuje jego środowisko, a to nie jest łatwe zadanie.

Które treści, zawarte w książce, będą pomocą dla tych, którzy chcieliby po ŚDM zrobić coś dobrego w swoim otoczeniu?
Zofia Świerczyńska: Na pewno szczególną inspiracją powinny stać się historie w formie świadectw. Kilka miesięcy po ŚDM ogłosiliśmy w sieci, że czekamy na nadsyłane human stories od każdego, kto chce się podzielić swoim doświadczeniem z Krakowa i z czasu przygotowań. Z ponad stu świadectw wybraliśmy dwadzieścia trzy. Czytając je, nasunęły się nam trzy ważne obszary: działanie, relacje i wspólnota, najczęściej pojawiające się we wszystkich opowieściach. Bardzo zależało mi na tym, żeby ktoś zanalizował właśnie te trzy grupy doświadczeń młodych ludzi. W ten sposób wpadliśmy na pomysł komentarzy teologów i biblistów, których sami lubimy czytać na co dzień. Ich analizy pokazują, że wszystkie nasze doświadczenia są częścią dziejów człowieka i jego relacji z Bogiem, i że naszym przewodnikiem w tym może być Pismo Święte, w którym wszystko co ważne, zapisane jest od wieków.

Treści książki podane są w nietypowej grafice, przypominającej kolejne etapy klasycznego projektu. Skąd pomysł na taki layout?
Monika Szybiak: Tytuł książki Młodość – projekt życia sugeruje, że mamy do czynienia z projektem i zadaniem na całe życie. Stąd projektowe wyróżniki graficzne, forma spisu treści, strony przypominające kartki z notatnika, z samoprzylepnymi karteczkami do prywatnych zapisków. Zależało nam też na tym, by to wydawnictwo – do którego mamy emocjonalny stosunek – miało klasę: stąd doskonały papier, uszlachetniona satynowa oprawa, elegancka i współczesna w grafice wyklejka. Aby zachować ergonomię czytania, użyłam odpowiednio dobranej typografii. By wzrok się nie męczył, stosowałam dużo światła, odpowiednią interlinię, kontrastujące kolory: czerń i niebieski. W koncepcji layoutu chodziło nam także o to, by zaproponować nowoczesny design dla książki o tematyce religijnej, czyli nieco powalczyć ze stereotypami.

Cała książka ma logiczną architekturę – każdy z trzech rozdziałów ma swój wewnętrzny rytm, powtarzasz w layoucie te same zabiegi graficzne. Co zyskałaś przez symetryczny layout?
Monika Szybiak: W przypadku tak gęstej treściowo książki, operującej: human stories, komentarzami do nich, słowami od redakcji oraz wieloma elementami graficznymi – nadanie rytmu było konieczne. Dzięki temu Czytelnik nie pogubi się w gąszczu treści. Wydzieliłyśmy w książce przestrzenie tematyczne i grałam w nich głównie kolorem oraz typografią. Chodziło o stworzenie książki, która będzie lekka w formie, ponieważ najważniejsze było dla nas podkreślenie treści, ludzkich historii, od których w tym projekcie wszystko się zaczęło i które rządzą pozostałymi elementami. W projekcie Czytelnik dostanie kilka nietypowych stron, które może zapisać swoimi własnymi notatkami, inspiracjami, swoją historią z czasu spotkania z Papieżem w Krakowie. Jak takie elementy wpływają na odbiór książki?
Monika Szybiak: Taka książka nie jest tylko martwym przedmiotem, do którego nie mam stosunku osobistego, rzeczą, którą bez emocji odłożę po przeczytaniu na półkę. Ona żyje życiem tego, kto po niej kreśli, bo coś ciekawego przeczytał i wzbudziło to w nim emocje. Każde świadectwo książki Młodość – projekt życia jest tak niepowtarzalne i mocne w przekazie, że na 99% przywoła osobie czytającej jakieś jej własne przeżycia z tego czasu. Nawet tym, którzy na ŚDM z różnych przyczyn nie dotarli. Kiedy pracowaliśmy nad koncepcją całości, zamarzyliśmy sobie, by ludzie mogli spontaniczne sięgnąć po coś do pisania i dopisać swoje własne doświadczenie z ŚDM, a następnie podarować ten niepowtarzalny egzemplarz komuś bliskiemu. Lubię takie przedmioty, które żyją własnym życiem i są oryginalne, tak jak indywidualne jest podejście każdego z człowieka do czytanego tekstu czy oglądanego obrazu.

Skąd pomysł na kompozycję otwartą książki?
Monika Szybiak: Młodość – projekt życia to matrioszka. Książka, wewnątrz której czeka na Czytelnika jego własny projekt. Na każdej stronie zachęcamy do działania, inspirujemy, ale resztę pozostawiamy własnej koncepcji i realizacji, dlatego i kompozycja książki nie mogła być zamknięta – musieliśmy ją na końcu otworzyć. Nasza książka wciąga w grę - dzięki działaniu Czytelnika zarówno ona zyskuje życie, jak i realne środowisko Czytelnika (rodzina, miejsce pracy, wspólnota) ma szansę na ożywienie.
Zofia Świerczyńska: Od samego początku pracowaliśmy nad książką tak, by przenieść ciężar zainteresowania ze wspomnień na konkret działania w rzeczywistym życiu. Tak powstał pomysł na książkę-projekt, która ma swoją kontynuację w sieci, w social mediach i w rzeczywistości. W ostatnim rozdziale umieszczamy hashtag: #TerazTy, podsuwamy Czytelnikom konkretne miejsca zaangażowania, cały czas przekonując, że to od nich zależy ciąg dalszy ŚDM. Zapraszamy do analizy, czego potrzeba naszym parafiom, środowiskom, rodzinom i do kreatywnej odpowiedzi na te potrzeby. Czytelników odsyłamy na stronę krakow2016.com i na Facebooka projektu - tam czekają na nich pomoce: konspekty do wykorzystania na spotkaniach czy warsztatach, materiały graficzne do pobrania, memy, które pomogą zainspirować znajomych.

Wyobraźcie sobie najbardziej pozytywny scenariusz drogi projektu „Młodość – projekt życia”. W jakim punkcie będzie on za rok?
Zofia Świerczyńska: Chcielibyśmy zaktywizować młodych ludzi, tak by na zasadzie łańcuszka zachęcali do relacji z Bogiem i zaangażowania swoich rówieśników. Kiedy otrzymuję coś dobrego, nie mogę nie podzielić się tym z innymi. Wiedząc, że mam wokół siebie bliskich ludzi, nie poddam się tak łatwo w zderzeniu z ewentualnymi przeciwnościami. Tak więc moje marzenie co do ciągu dalszego projektu nie ma końca. Dedykujemy go szczególnie tym, którzy z jakichś przyczyn nie wzięli udziału w Światowych Dniach Młodzieży – w książce znajdą wiele historii, w których powinni odnaleźć zarówno cząstkę swojej historii, jak i bardzo konkretną inspirację.
Anna Chmura: W projekcie „Młodość – projekt życia” piękne jest to, że nie ma on końca. Każdy, niezależnie od wieku oraz tego, czy dotarł na ŚDM, czy dopiero po spotkaniu zorientował się, że coś ważnego go ominęło, wykorzysta to ziarenko inspiracji przez nas zasiane poprzez wydanie książki. Tak jak nieograniczona jest ludzka wyobraźnia, tak nieskończone są możliwości podjęcia dobrych inicjatyw, w co mocno wierzymy.

źródło: http://krakow2016.com/pl/news-single/projekt-stworzony-by-inspirowac

P.S. Znowu miałam komentarz wstępny do Mszy świętej. I znowu jakoś z Bożą pomocą go przeczytałam. Chociaż nie do końca jestem z tego zadowolona. Mogło być lepiej. Ale pocieszam się tym, że mogło być też gorzej. A potem nawet dostałam mikrofon do łapy. Z wrażenia oczywiście przez większość czasu go tylko trzymałam, ale w końcu coś do niego zaśpiewałam. Średnia czytań wzrosła więc do 0,8 na 10 lat śpiewania w scholi. Mam tę moc! Mam tę moc!
P.S.2 - Przypominam i zachęcam jeszcze do wzięcia udziału w zabawie w rozpoznawanie świętych.

wtorek, 7 listopada 2017

610. I tak się skończyło przyjęcie mnie w szeregi wolontariuszy ŚDM w Krakowie

Był maj, kiedy ktoś na facebooku utworzył wydarzenie "Piszemy książkę o ŚDM". Przez przypadek na nie weszłam. Polegało na napisaniu świadectwa nawiązujących do zdarzeń, które miały miejsce w lipcu zeszłego roku. Nie licząc na wiele, głównie chcąc podziękować organizatorom za możliwość czynnego udziału w ŚDMie(tzn. jako wolontariusz), napisałam kilka słów od siebie. Wiedziałam, że będzie cała masa dużo lepszych niż moje świadectw, ale może dzięki temu co napiszę redakcja będzie miała motyw, że warto zaufać niepełnosprawnym. Może nie dzisiaj i nie jutro - ale w przyszłości, kto wie... Wysłałam moją wypowiedź na wskazany adres i o sprawie zupełnie zapomniałam. Do czasu.
Jak każdy szanujący się internauta od czasu do czasu wchodzę na swoją pocztę internetową. Gdzieś we wrześniu pojawiła się odpowiedź zwrotna z prośbą o napisanie krótkiej metryczki, którą mogliby umieścić przy moim świadectwie. Orzesz, ale przecież jeszcze nie potwierdzili na 100% tego, że wybrali moje świadectwo. To potwierdzenie przyszło jakiś czas później. Zresztą nie tylko potwierdzenie, ale i zaproszenie:
No, dobra, ale w dalszym ciągu nie byłam niczego pewna. Pojechałam więc na Targi Książki, aby na własne oczy zobaczyć książkę. Szybko odnalazłam pozycję i zaczęłam ją kartkować. I nagle... o Boże, moje imię i nazwisko, mój tekst! Serce zaczęło mi szybciej bić, ja zaś sama nie dowierzałam, że to prawda. Przecież na pewno było wiele o stokroć lepszych świadectw. A jednak komuś spodobało się to, co napisałam, ba, stwierdził że może być to inspiracją dla innych młodych... Bo każde z zakwalifikowanych świadectw ma za zadanie inspirowanie i motywowanie młodzieży.
Dzisiaj natomiast, trochę jeszcze niepewnie, udałam się na prezentację książki. No bo wiecie, gdzie mi tam na salony. Tymczasem od początku, jak tylko powiedziałam swoje imię i nazwisko, zaczęło do mnie dobiegać ze wszystkich stron:
 - Twoje świadectwo jest jednym z moich ulubionych...
 - Wspaniałe świadectwo, takie szczere, autentyczne...
 - Jesteś po polonistyce/filologii polskiej/dziennikarstwie? Fantastycznie napisany tekst, praktycznie bez błędów. Pracowanie na nim to istna przyjemność.
 - Zaimponowałaś mi tym, że tak jeździłaś pomiędzy swoim miejscem zamieszkania, a Krakowem. Nie każdy byłby tak zdeterminowany do takiego działania...
Wyobrażacie sobie moje wzruszenie? Ja, taki zwyczajny szaraczek(bo tak naprawdę daleko mi do bohatera, nie wyróżniam się niczym szczególnym), który nagle dostąpił takiego zaszczytu, którego tekst znalazł się w książce, która poszła w świat, któremu gratuluje sam emerytowany kardynał Stanisław Dziwisz, ściskając wiotką dłoń. Byłam w centrum tego wszystkiego, a jakby gdzieś obok, jakby to do mnie nie docierało. Z wypiekami na twarzy słuchałam opinii o książce, wszak w jakiś sposób przyczyniłam się do jej powstania. A potem, potem były gratulacje, wspólne zdjęcie, a także... wymiana autografów od obecnych na niej autorów świadectw.
To tylko niewielki procent autorów świadectw i komentarzy zawartych w książce, którzy pojawili się na jej prezentacji
Podpis pamiątkowego egzemplarza i plakatu
Teraz chyba będzie trzeba na serio zejść z tej przysłowiowej kanapy, założyć turystyczne buty i iść działać w środowiskach, w których przebywamy na co dzień. Przecież, jak głoszą słowa Światowych Dni Młodzieży w Rio de Janeiro: Oto młodzież, oto wiosna, ona nadzieją poranka jest, kto usłyszy to wezwanie, ten przyjmie wiary dar! Czyńmy więc tak, aby te słowa odnosiły się do każdego z nas!
Fragment moich gryzmołków - przepraszam za jakość, jeszcze nie do końca panuję nad moją cyfrówką
P.S. Zachęcam jeszcze do wzięcia udziału w zabawie związanej z rozpoznawaniem świętych.