Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą intymnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą intymnie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 października 2025

2267. Nie zapomnijmy położyć kwiatów Algernonowi

Diagnozowanie pewnych dolegliwości nie jest łatwą sprawą, zwłaszcza w momencie, kiedy przeciąga się to w nieskończoność. Jeden specjalista odsyła człowieka do drugiego, jeden ma inny pomysł na to, co mi dolega, niż inny. Siłą rzeczy w ostatnich tygodniach więcej czasu spędzam w gabinetach lekarskich oraz szpitalach, niż np. w pracy. Mam jednak nadzieję, że wkrótce lekarze dojdą do tego, co mi jest i pomogą mi to zwalczyć. I wrócić do wielu aktywności, z których siłą rzeczy musiałam zrezygnować z powodu dolegliwości bólowych lub podwyższonej temperatury.
Siedzenie w poczekalni bywa nudne. Większość ludzi spędza ten czas przeglądając rzeczy na swoich smartfonach. Ja jednak staram się wtedy coś czytać. Kiedy pobierałam edukację, były to notatki i szeroko rozumiane podręczniki. Teraz mam więcej czasu na czytanie dla przyjemności, a w bibliotece spędzam wiele chwil, najczęściej w momentach, pomiędzy pracą na świetlicy szkolnej, a pracą w świetlicy środowiskowej. Żałuję, że nie można w niej "pobuszować" pomiędzy półkami, szukając ciekawych pozycji. Dlatego najczęściej zamawiam książki z "półek" na portalu "lubimyczytać". Jedną z ostatnich takich książek była "Kwiaty dla Algernona" autorstwa Keyesa Daniela.

Tytuł: "Kwiaty dla Algernona"
Autor: Keyes Daniel
Wydawnictwo: Rebis
Poznań 2022
Ilość stron: 298

Poznajcie Algernona. Algernon w niewyobrażalnym tempie pokonuje przygotowany dla niego labirynt, bezbłędnie pokonując każdą z czyhających na niego pułapek. Za każdym razem robi to coraz szybciej i sprawniej. To szczur, szczury są inteligentne. Jednak Algernon został poddany specjalnej operacji, po której jego iloraz inteligencji gwałtownie zaczął rosnąć.
Poznajcie teraz trzydziestodwuletniego mężczyznę o imieniu Charlie. Mimo wieku jego iloraz inteligencji odpowiada ilorazowi małego dziecka. Wciąż chodzi do szkoły, gdzie uczy się czytać i pisać, pracuje w piekarni, gdzie wykonuje schematyczne czynności. Pojawia się jednak dla niego szansa - dwaj naukowcy opracowali metodę operacji, dzięki której istnieje szansa zwiększenia IQ. Skoro na Algernona zadziałało, dlaczego z Charliem miałoby być inaczej? I rzeczywiście, po operacji mężczyzna w błyskawiczny sposób przyswaja nowe informacje. Nikt jednak nie wie, ile to potrwa, ani jaki będzie finał tego eksperymentu.
"Kwiaty dla Algernona" to książka na miarę "Forresta Gumpa" (nota bene świetnego i w formie książki i filmu). Tutaj też mamy do czynienia z osobą początkowo upośledzoną umysłowo, która wzbudza w czytelniku i współczucie i sympatię. Jednak o ile Forrest Gump przez cały czas "pozostaje głupi", o tyle Charlie przez pewien czas jest prawdziwym geniuszem, co widać chociażby po stylu jego pisania (książka jest w formie dziennika). Akcja książki budzi jednak pytanie - na ile etyczne są takie operacje na ludziach. I do czego mogą tak naprawdę doprowadzić. Tytułowy Algernon był szczurzym geniuszem, ale jego mózg zaczął się też szybciej starzeć, przez co i szybciej odszedł z tego świata. Czy z ludźmi będzie podobnie? I czy Charlie nie zapomni położyć kwiatka na grobie swojego szczurzego przyjaciela? Dowiemy się z książki.

Tak sobie czytałam tą książkę i myślałam nad tymi wszystkimi moimi znajomymi, którzy są upośledzeni umysłowo. Nad kolegami i koleżankami z przedszkola i szkoły, nad znajomymi z klubu sportowego oraz wspólnot "Wiara i Światło". W końcu nad starcami z DSS, z którymi staram się od czasu do czasu spotykać. Czasami są, czy też byli, tak irytujący w swoim zachowaniu, że wewnętrznie mam ich dosyć. Ale chyba nie zdecydowałabym się poddać ich takiej operacji. Za żadną cenę. Może oni stanęli na mojej drodze po to, abym inaczej patrzała na świat ciesząc się z tego, co mam. Zresztą oni chyba na swój sposób są szczęśliwi w tym swoim życiu i zadowoleni. Jasne, że byłaby to znaczna ulga dla ich rodziców i opiekunów, ale czy warto by było zmieniać całe ich życie dla kilku miesięcy "mądrości"? Nie sądzę...

środa, 27 sierpnia 2025

2255. A może Pan Bóg chce mieć taki dobry chleb przy sobie?

W ostatnich dniach coraz częściej w mojej głowie pojawia się z automatu pytanie: "Dlaczego Panie Boże tak ustawiłeś to ludzkie życie?". Szczególnie, kiedy przychodzę do Księdza Niosącego Światło, aby, tak jak mu obiecałam, przeczytać mu "Wyznania" św. Augustyna oraz "Spotkania Jasnogórskie" Jana Dobraczyńskiego. Dziennie wychodzi ok. 25 - 30 stron pierwszej pozycji oraz jeden rozdział drugiej. Nie wiem, ile rozumie z tego, co czytam, nie wiem, czy w ogóle słyszy coś. Ale skoro obiecałam, to czuła bym się nie fair wobec niego. Może kiedyś tam gdzieś wyrzuci mi z tym swoim uroczym, łobuzerskim uśmiechem, że nie dotrzymałam tej obietnicy. Patrzę na jego sylwetkę - zawsze był drobny i szczupły, na szczęście to jedyny efekt wcześniactwa (zawsze mogło być gorzej, czego jestem przykładem), teraz jest go jeszcze mniej. Za każdym razem też na chwilę dotykam jego dłonie. Święte dłonie, które starały się czynić tylko dobro. Te, które przez lata podawały chleb eucharystyczny innym. Jak sam mówił, gdyby dopuścił się czegoś niewłaściwego, to ani nie potrafiłby stanąć przy ołtarzu, ani podać Komunii świętej wiernym. Czułby, ze oszukuje ludzi, ale nade wszystko Boga. I wiem, że nie były to słowa rzucane na wiatr. Bardzo ważna była dla niego częsta spowiedź oraz czyste relacje z innymi.
Kiedyś poprosił mnie, abym w razie czego nie miała pretensji  do Boga o to, co się stanie. Nie podczas spowiedzi świętej, nie podczas kazania, ale w czasie prywatnej rozmowy. Że mogę mieć żal do całego świata, ale nie do Niego. Ale myślę, że wypowiedziane tak po prostu pytanie "Dlaczego" nie urasta do rangi pretensji. Zadaję te pytania tak samo, jak ciekawe świata dziecko dorosłemu. W końcu posiadam podmiotowość bycia dzieckiem Bożym, a więc myślę, że mam prawo zadawać pytania, nawet jeżeli nie otrzymam na nie odpowiedzi. Bo czy człowiek może w pełni poznać i zrozumieć Bożą Wolę? Myślę, że nie, o czym zresztą doskonale opowiada poniższe opowiadanie:
Boża wola
Pewien człowiek bardzo chciał poznać Bożą drogę, dlaczego świat wygląda jak wygląda. Kiedy położył się pod drzewem i rozmyślając nad tym prosił Boga o odpowiedź, stanął przy nim anioł i powiedział:
- Chodź ze mną, a pokażę ci drogi Pana. 
Nie namyślając się długo poszedł za aniołem. Spotkali na swojej drodze dwóch ludzi. Jeden człowiek zły wręczył złoty kielich drugiemu dobremu. Anioł zaczekał, aż zasną, zabrał kielich dobremu i zaniósł do złego. Człowiek idący z aniołem spytał:
 - Co robisz przecież to złodziejstwo.
 - Nie zadawaj pytań tylko chodź i patrz, a poznasz drogi Boże - odpowiedział anioł.
Poszli więc dalej do chaty pewnego biednego człowieka. Gdy wyszedł z domu, anioł podpalił jego dom. Zirytowany człowiek idący z aniołem oburzył się na niego i zaczął gasić płomień, jednak anioł mu nie pozwolił:
- Jak możesz podpalać dom tego biednego człowieka. Powinieneś pomagać ludziom, a nie ich dręczyć - krzyczał człowiek
- Powiedziałeś, że chcesz poznać zamysł Boga nie wtrącaj się więc tylko chodź dalej!
Idąc dalej dotarli do strumienia i zatrzymali się przed kładką. Gdy zbliżył się ojciec ze swoim synkiem i weszli na kładkę, anioł przewrócił kładkę tak, że ojciec z synkiem wpadli do wody. Prąd wody porwał dziecko i utopiło się. Ojciec wyszedł z wody i zasmucony wrócił do domu.
- Nie tego już za wiele. Zniosłem jak okradłeś sprawiedliwego, podpalałeś dom biednego człowieka, ale to że zabiłeś niewinne dziecko to za dużo. Nie jesteś żadnym aniołem tylko demonem - krzyczał człowiek zdzierając kaptur z głowy anioła.
- Jestem aniołem wysłanym na ziemię przez Boga aby wypełnić Jego wolę na ziemi, a tobie wyjaśnić jaka jest Jego droga - odpowiedział
- Nieprawda Bóg taki nie jest. Na pewno nie kazał Ci robić tego co robisz - krzyczał dalej człowiek.
- Dobrze! opowiem ci dlaczego zachowałem się właśnie tak w każdej sytuacji. Otóż w kielichu, który zabrałem sprawiedliwemu człowiekowi była trucizna. Gdybym zostawił ten kielich człowiek ten otrułby się. Człowiek podstępny, który chciał otruć sprawiedliwego poniesie karę za swoje czyny. Biedny człowiek, któremu podpaliłem dom, znajdzie w zgliszczach wielki skarb, który pozwoli mu żyć dostatnio do końca dni. Człowiek, którego spotkaliśmy tu nad strumieniem, był złym człowiekiem. Nie chce znać Boga i prowadzi życie bardzo rozwiązłe. Po stracie swego małego synka, który i tak znajdzie się w Niebie, nawróci się do Boga i zmieni swe życie. Tak obaj będą w Niebie, Gdybym tego nie uczynił obaj zostaliby potępieni. Czy te wyjaśnienia pomogły ci zrozumieć wolę Bożą?
Człowiek słuchając z zainteresowaniem opowieści anioła zrozumiał, że Bóg widzi wszystko inaczej i bardziej doskonale niż on sam. Zrozumiał też, że na wszystko ma najlepsze rozwiązanie, choć zewnętrznie wydaje się ono bardzo bolesne. 

źródło: internet

Bóg najlepiej wie, co dla każdego z nas jest dobre, nawet jeżeli my pierwotnie nie widzimy sensu w danym działaniu. Pytanie "Dlaczego?", zadane w naturalny i neutralny sposób, nie jest wyrazem niezgody czy też żalu wobec tego, co się dzieje w naszym życiu. To raczej prośba o pomoc, chociażby częściową w zrozumieniu otaczającego nas świata. Zresztą założę się, że Ksiądz Niosący Światło też nieraz je zadawał. Tych pytań musiało być multum, zważając na jego wrażliwą duszę i buntujące się na wszelkie zło serce. Może szukał odpowiedzi na te pytania w cichej modlitwie swojego wnętrza. Być może w tym celu wieczorami wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo, a wtedy:
Nocą gdy wszystkie światła pogasły,
w jednym oknie lampka pali się. 
Chłopiec mały patrzy na gwiazdy,
w oku łza zakręciła się. 
Jedną gwiazdkę zobaczył na szarej drodze, 
a ta droga do Ciebie prowadzi, o Boże. 
Na niej tyle radości, płomieni słońca, 
na niej chciałby pozostać i wytrwać do końca. 
Potem modlił się w milczeniu, 
chciałby taką gwiazdką być. 
Chciałby w swoją powołaniu, 
taką drogą iść. 
Dokonał swego powołania - 
sługą Bożym pozostał. 
Teraz kroczy drogą szarą, 
na której Boga spotkał.
("Gwiazdka", autor nieznany)
Kto pyta, poszukuje prawdy. O świecie i samym sobie. Wierzę, że z takich pytań o sens życia zrodziło się jego autentyczne powołanie.
Z drugiej strony mam wrażenie, że Bóg daje nam odpowiedź, choćby cząstkową, w subtelny i nieoczywisty sposób. Rano pojechałam do jednego z kościołów w sąsiednim mieście. Nosi on wezwanie świętego brata Alberta Chmielowskiego. To jeden z tych świętych, który jest mi szczególnie bliski oraz jeden z patronów mojej diecezji. Z księdzem łączy go to, że brat Albert założył w Krakowie przytułek dla bezdomnych. Dla tych nieraz niesamowicie cuchnących osób niepotrzebnych społeczeństwu. Traf chciał, że ksiądz jako diakon trafił na praktykę do takiej noclegowni dla bezdomnej, w której była też kaplica. I tam przez cały czas przebywał w ich obecności, ucząc się namacalnie, że życie może mieć też taki wydźwięk. Że można być śmierdzącym i odrzuconym, ale to w dalszym ciągu jest dziecko Boże, w dalszym ciągu posiada tą godność. Taką lekcję z tego miejsca wyniósł na całe swoje kapłańskie życie - że każdy zasługuje na szacunek, a on, jako duchowny, powinien być sługą wszystkich, a nie tylko wybranych, tych, którzy najbardziej mu pasują. Tak samo bogatych, jak i biednych.
Święty Brat Albert Chmielowski na figurze znajdującej się w prezbiterium trzyma dłoniach chleb. Ogólnie obraz ten już dawno tak wbił mi się w umysł, że czułam, że muszę go narysować w podobny sposób, w jakim narysowałam świętego Maksymiliana Kolbego dla księdza Marcina. Efekt moich poczynań widzicie na obrazku obok. Osobiście myślę, że Maksymilian bardziej mi się udał, ale brat Albert chyba też nie jest taki tragiczny, zważając na moje możliwości.
Chleb... W uszach brzmi mi fragment jednej z piosenek  Starego Dobrego Małżeństwa będącej interpretacją wiersza Edwarda Stachury "Sanctus" - "Święty chleb - chleba łamanie". Ileż to razy w ciągu ostatnich dwóch lat Ksiądz Niosący Światło robił mi kanapki po całym dniu spędzonym poza domem? Ileż razy dzielił się zwyczajnym chlebem? Tak po prostu. Zresztą, jak jeszcze miał siły, brał dzieciaki z ostatnich klas podstawówki, na plebani robili kanapki i szli na miasto, rozdać je potrzebującym, a przy okazji porozmawiać z nimi. Jednak najbardziej zaskoczył mnie, a także wzruszył, kiedy na jednym ze swoich kazań przywołał mój wiersz o kr.zyżu. I wtedy naprawdę pomyślałam sobie: "O kurcze, chyba ta moja twórczość nie jest taka zła". A potem pytał o inne wiersze  mojego autorstwa twierdząc, że lubi taki prosty przekaz, bez patetyzmu i niepotrzebnych słów. Chyba jako jedyny czekał na kolejne moje utwory. Jeszcze dwa i pół miesiąca temu w kazaniu wygłoszonym dla księży tłumaczył im na podstawie mojej definicji,  co to znaczy być pasterzem i pastuchem. Mam głupie wrażenie, że w innych starał się widzieć dobro, talenty, zwłaszcza w tych niechcianych za bardzo w społeczeństwie, niedostrzeganych, pomijanych, i tym dobrem dzielić się z innymi.
Jedną z myśli pozostawionych przez świętego brata Alberta było to, aby być dobrym jak chleb. I myślę, że ksiądz taki był. Dobry jak świeżo wypieczony chleb. A dobrym chlebem warto się dzielić z innymi, aby też poznali jego dobro. I jeszcze taka jedna myśl mnie naszła - może po prostu Pan Bóg chce mieć już takiego Księdza Niosącego Światło u siebie? Tą myślą podzieliłam się nawet z księdzem biskupem, który już poza protokołem przyjechał odprawić Mszę, zaopatrzyć Księdza Niosącego Światło w sakramenty święte i przywiózł mu obrazek Matki Bożej Częstochowskiej. Więc chyba naprawdę jest źle. 
Bóg chce Księdza dużo za wcześnie, bo przecież jeszcze powinno go czekać jeszcze raz tyle życia, oddanemu autentycznej służbie Bogu i drugiemu człowiekowi. Może to wszystko, co złego go spotkało w życiu, a zwłaszcza ostatnie dwa lata, to była tylko taka próba jak u biblijnego Hioba, aby sprawdzić, czy ksiądz do końca pozostanie mu ufny i posłuszny? Pozostał i wytrwał do końca. Tak długo, jak tylko się dało sprawował Eucharystię, głosił kazania, spowiadał. Kiedy go pytałam, czy nie lepiej zwolnić, odpowiadał, że taka jest rola i misja kapłana. Że kiedy stanie przed Bogiem, to On rozliczy go z niej. I właściwie to ksiądz tak bardzo nie boi się śmierci, bo ma nadzieję spotkać się po niej z rodzicami - mamą, która odeszła jak był zaledwie czteroletnim chłopcem (nie umiem sobie wyobrazić, co czuł ten drobny, blondwłosy malec o pięknych, błękitnych oczach, kiedy mama nie przyszła po niego do przedszkola, a on czekał cały dzień, aż zrobił to za nią tata) i tatą, który zmarł dwa lata temu, jak właśnie tego sądu. A ja myślę, że nie ma się czego obawiać, że zrobił co było w jego mocy, aby przybliżyć ludzi do Boga - i na szkolnej katechezie, i na kazaniach. A że nie udało mu się ze wszystkimi, cóż, efekt uboczny wolnej woli, którą zostaliśmy obdarowani. 
A może w Niebie też będą góry, na które wspinał się z sercem pełnym pasji? Kto to wie?

sobota, 28 czerwca 2025

2220. Cieszę się jak nie wiem co

Witajcie moi Kochani. Na początku chciałabym Wam szczerze i gorąco podziękować za wszystkie słowa gratulacji i otuchy pod poprzednią notatką. Powoli, powoli zaczyna do mnie docierać, że pomimo wszelkich trudów i licznych przeciwności rzucanych pod nogi, udało mi się już drugi raz zostać magistrem, tym razem nauk o rodzinie. Te dwa lata były dla mnie niezwykle ciężkie, zwłaszcza emocjonalnie, trochę też zdrowotnie, dlatego tym bardziej czuję małą satysfakcję, że przynajmniej te studia dopięłam przed wakacjami. Czuję przy tym niezmierzoną wdzięczność tym, którzy byli ze mną na tej drodze, którzy mi kibicowali, motywowali, wspierali, po prostu trwali na dobre i na złe. Tym, którzy są mi znani z realnego świata, ale też i z wirtualnego. Tym, którzy nie pozwolili mi się poddać w tym wszystkim, że pomogli chociażby dobrym słowem, kiedy było bardzo źle, kiedy chciałam rzucić to wszystko wniwecz. 
Czy czuję, że odniosłam sukces? I tak, i nie. Z jednej strony cieszę się, że udało mi się sprostać wymaganiom, jakie postawiły przede mną studia w takim samym stopniu, jak inni członkowie grupy z Nauk o Rodzinie. Ale z drugiej - nie uważam, abym zrobiła coś spektakularnego. Zakończyłam jakiś etap mojego życia, tak jak inni. Normalna kolej rzeczy, także dla ludzi z MPD. Bo czyż tak bardzo różnię się od innych? Nie sądzę.
Jednak ostatnie dni przyniosły mi jeszcze jeden sukces, chociaż nie mój osobisty, to jednak cieszący nie mniej, a może nawet jeszcze bardziej, niż mój własny.
Myślę, że okres wakacji to w wielu diecezjach czas na różne szarady wśród księży posługujących w parafiach. Co prawda ja też z niecierpliwością czekam na zmianę proboszcza w mojej rodzinnej parafii, ale u mnie są księża zakonni, którzy rządzą się zupełnie innymi regułami przy przenoszeniu. Ja nawet nie wiem, czy biskup diecezjalny ma coś do powiedzenia w tej materii. 
Jak co roku z ciekawości sprawdziłam, czy znajomi księża mają zmianę. Jakże bardzo ucieszyłam się, kiedy dotarłam do nazwiska mojego katechety z podstawówki i gimnazjum. A raczej z tego, że został mianowany proboszczem. Nie, wróć, najpierw administratorem parafii. No, ale to tak jedną nogą jest proboszczem. I to w jednej z parafii w moim mieście. Niemal od razu podzieliłam się tą wiadomością z kilkorgiem ludzi z byłej klasy. Ucieszyli się. I tak z automatu wyszła propozycja, aby pojechać do Księdza z Gitarą* z gratulacjami. 
Jako termin wybraliśmy pierwszą sobotę wakacji. Nie, nie dlatego, że byłam już wtedy po pierwszej obronie i można by było mianować mnie podwójnym magistrem. Co to, to nie. Zresztą chyba źle bym się z tym czuła. Po prostu tak wyszło. Każdemu tak pasowało. Co prawda mnie w ostatniej chwili wypadła kolejna, ostatnia przed przerwą wakacyjną poprawka z Historii Filozofii, ale ona była w godzinach przedpołudniowych, a my umówiliśmy się z Księdzem z Gitarą w godzinach popołudniowych. Wszystko więc idealnie się zgrało.
Rano, jeszcze przed tym, zanim pojechałam do Kato po raz kolejny próbować zdawać tą nieszczęsną filozofię (po nocach mi się już ona śni), podskoczyłam do kościoła upewnić się, czy Ksiądz Niosący Światło na pewno nic nie potrzebuje z apteki. Wedle księdza proboszcza wszystko miał. Co prawda w dalszym ciągu bolało go gardło, ale poza tym raczej wszystko było z nim bez zmian. Proboszcz kazał mi się nim nie martwić i cieszyć wakacjami. 
Ale na te wakacje najpierw trzeba było zasłużyć. I to nie obroną, ale zaliczeniem filozofii, które okazało się dla mnie o wiele trudniejsze. Jednak na ostatek coś się we mnie odblokowało, bo jakimś cudem zdałam za jednym zamachem i ćwiczenia, i egzamin. Co prawda ćwiczenia na przysłowiowe "Boże miłosierdzie", ale za to na egzaminie zaszalałam i wyszłam z niego z 4,5. Sama nie mogłam w to uwierzyć. A z drugiej strony, podeszły mi pytania. Te teoria poznania Locka, egzystencjalizm Kierkegaarda oraz hermeneutyka Gadamera wyjątkowo mi podeszły. A więc wakacje czas zacząć. Bo obrona magistra z pedagogiki we wrześniu to już tylko formalność. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Z wolną głową i czystym sumieniem wróciłam do domu. Szybko coś zjadłam, zmieniłam ubrania na mniej odświętne (aczkolwiek w dalszym ciągu eleganckie), nakarmiłam kota i ruszyłam na powrót do Kato, skąd najłatwiej jest dotrzeć do Jawo, gdzie aktualnie na jednej z parafii jest jeszcze Ksiądz z Gitarą. Trochę zachodu to kosztuje, w takich chwilach żałuję, że nie mam prawa jazdy, ani nawet nie potrafię jeździć na rowerze... Może byłoby łatwiej.
W Jawo spotkałam się z resztą na centrum miasta i ruszyliśmy w stronę odpowiedniego kościoła. Ksiądz już czekał na, jak to sam określił, swoich sportowców. W dalszym ciągu pamięta nasze imiona, kojarzy naszych bliskich i to, co kto z nas trenował. Ze mną nie ma problemu, bo kontakt mam z nim raczej stały, głównie poprzez internet, ale co kilka miesięcy starałam się go odwiedzić. Podobnie chciałabym zacząć postępować z księdzem Wojtkiem, odwiedzić go chociaż te 2 razy w roku. Nie wiem, czy dojdzie to do skutku, bo to jednak trzeba dotrzeć za Wrocław, ale spróbować można. Jednak z innymi kontakt Księdza z Gitarą się urwał gdzieś po drodze. Co nie zmienia faktu, że nie otaczał nas swoimi modlitwami. 
Radość jego z naszego przybycia była niezmierna. Ksiądz zaprosił nas do siebie na kawę, herbatę i ciasto. Trochę onieśmieleni weszliśmy do jadalni i zajęliśmy miejsca. Jednak z każdą chwilą nabieraliśmy coraz bardziej pewności siebie, a dyskusja nabierała tempa. Oczywiście wszyscy szczerze gratulowaliśmy Księdzu awansu, cieszyliśmy się z nim, podpytywaliśmy o plany, których jeszcze nie miał. Z drugiej strony on też pytał co u nas, co robimy, jak nam się wiedzie. Tak jak pisałam, jestem z nim w stałym kontakcie, więc wolałam, aby bardziej porozmawiał z innymi, niż ze mną. Ale i tak ktoś w pewnym momencie powiedział o mojej obronie z poprzedniego dnia. Ogólnie Ksiądz wiedział o moich studiach, nie wiedział jednak, że już się bronię. Tak trochę stanęłam w centrum uwagi, czego wcale nie chciałam. To nie był mój dzień, awans Księdza z Gitarą był dużo ważniejszą rzeczą. Podziękowałam więc za gratulacje, ale szybko też skierowałam uwagę wszystkich na osobę Księdza.
Tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy do popołudnia. Przypomniały mi się czasy, kiedy Ksiądz prowadził w swojej parafii na terenie mojej szkoły podstawowej i gimnazjum Oazę, na którą nas wciągnął. Spotkania dla nas, niepełnosprawnych, były w soboty, więc dla mnie był to idealny czas. Jeżeli dobrze pamiętam, to te spotkania były raz, dwa razy w miesiącu. O ile nie miałam w tym czasie zawodów sportowych albo innych wyjazdów, to starałam się być. Zawsze to było jakieś wyjście z domu i zawsze coś się działo. I było to dla mnie też wprowadzenie do mojej późniejszej posługi w salezjańskim Oratorium. Bezcenne chwile i wspomnienia. Takie, które chce się pamiętać do końca życia.
Będzie dobrym proboszczem. Czuję to. Zawsze się śmieję, że to, jak się traktuje "innych" dużo mówi o człowieku. Jeżeli widzi w nas pełnoprawnych ludzi, jeżeli potrafi wydobyć z każdego jego potencjał i wykorzystać jego talenty, jeżeli jest dla niego, a nie obok - to znaczy, że dobrze jest przygotowany do pełnienia swojej roli. Zresztą Ksiądz powiedział, że tych siedem lat w naszej szkole (uczył jeszcze przez rok po moim wyjściu) nauczyło go prawdziwego życia i autentycznej pokory. Pamiętacie wpis o pastuchach, pasterzach i pastuszkach? To właśnie przykład takiego pastuszka. I mam nadzieję, że ten "awans" go nie zmieni. Niech tylko nie zapomina, że nie on jest najważniejszy w parafii i że nie miałby żadnej władzy, gdyby nie dana by była mu ona z góry. A wtedy wszystko będzie dobrze.
Ksiądz zaprosił nas na swoje wprowadzenie do nowej parafii. Pech chciał, że akurat wtedy jestem w Rzymie. Ale duchowo i myślowo będę z księdzem. I z moimi kolegami i koleżankami z klasy, bo oni obiecali, że będą. Kurcze, korci mnie, aby napisać od nas, tych jego niesfornych sportowców, jakieś życzenia "na nową drogę życia". Bo na spotkanie jesteśmy umówieni, już na jego nowych włościach, po moim powrocie. 
Ech, nawet nie wiecie jak się cieszę z tego jego awansu. Nawet bardziej niż z mojej obrony. Wiem, że Artur podjął słuszną i dobrą decyzję. I nie będzie jej ani trochę żałować. A ja już wypatrzyłam niezły upominek na dobry początek jego posługi w nowym miejscu.
Obczaiłam też, jak najlepiej dostać się na nową parafię księdza. Tragedii nie ma, komunikacja jeździ do niego niemal regularnie. Nie no, będzie dobrze.

* Nie pamiętam katechezy czy też spotkania oazowego, aby nie miał ze sobą gitary

piątek, 23 maja 2025

2191. Uczmy się nawiązywać znajomości na ziemi. Inaczej będzie nam ciężko robić to w wieczności

Ekstremalna Droga Krzyżowa, kwiecień 2025
Nie wiem czy to już kiedyś pisałam, ale wydaje mi się, że nie mogę narzekać na brak znajomych. Zwłaszcza w ostatnim czasie. Daleko mi co prawda do jakichś ogromnych imprez. Liczba moich znajomych też nie jest powalająca w porównaniu do innych. Ale są. W porównaniu z innymi to garstka. Ale taka garstka, na którą zawsze mogę liczyć. Garstka, która nie wstydzi się powiedzieć mi "cześć" na ulicy. Garstka, która niespodziewanie zadzwoni na moją komórkę z zapytaniem, czy nie potrzeba mi niczego kupić. Garstka, która pomyślała o mnie podczas diecezjalnej jubileuszowej pielgrzymki do Rzymu i chciała wysłać mi zdjęcia z Wiecznego Miasta. Finalnie tego nie zrobiła ta osoba, bo i tak by nie doszło to zdjęcie na moją komórkę. Teoretycznie mogła to zrobić na messengera, odebrałabym na komputerze, emocje jednak zrobiły swoje i o tym nie pomyślał w tamtym momencie. Ale i tak zrobiło mi się niezwykle miło, że tam, daleko, pomyślał o kimś takim, jak ja. 
Z Wisią, Watykan, maj 2023 r
Jestem wdzięczna. Niesamowicie wdzięczna za ludzi, którzy w ostatnim czasie stanęli na mojej drodze. Za ich obecność w trudnych chwilach. Że nie wstydzą się znajomości z kimś takim, jak ja. Wdzięczność odczuwam też względem tych, którzy w jakiś sposób spowodowali te spotkania, które z czasem przerodziły się w znajomości. Że nie hamowali ich, ale wręcz sprawiali, że rozwinęły się one do obecnego stopnia. Czasem świadomie, czasem nie. Dla mnie istotne jest, że nie niszczyli ich. I że pozwolili mi być takim zwyczajnym, jakim jestem. Bez presji, bez robienia czegoś na siłę.
Warszawa, maj 2025
Z Edmundem promujemy ideę ŚDMu
Wiem, że jestem niegodna tych wszystkich znajomości, a nawet w niektórych przypadkach i przyjaźni. No bo dlaczego miałoby być inaczej? Nie jestem ideałem. Wiele we mnie wad i niedoskonałości, takich, które przy pierwszej lepszej okazji, powinny przekreślać to, co czasem budowane było przez lata, a innym razem tylko przez niewielką chwilę. Czasami powiem coś bezsensownego bez zastanowienia i pod wpływem niepotrzebnych emocji, wiem też, że nie zawsze muszą chcieć uważnie wysłuchać, co mam im do powiedzenia, co chcę im przekazać. A przecież zawsze mogliby machnąć ręką i powiedzieć, że nie chce im się tego robić. Nie robią tego. I to bez względu na wiek. Może naprawdę mnie "lubią"?
A czasem znajomości wykraczają
poza wirtualny świat
Nie ze wszystkimi znajomymi utrzymuję taki sam poziom zażyłości. To chyba naturalne i leżące w naturze człowieka. Niemożliwe jest, aby każdy, każdego lubił. Ja też nie wszystkich lubię. Dlaczego więc cały świat musi lubić mnie? Nie, to nie byłoby ciekawe. Niektóre znajomości ustały wraz np. z zakończeniem przeze mnie kolejnego etapu studiów, liceum, gimnazjum, podstawówki. Niektórych z nich jest mi faktycznie szkoda, ale dany etap edukacyjny się skończył, każdy poszedł w swoją stronę i tyle. Oczywiście są różne komunikatory internetowe przez które można podtrzymywać kontakt. Ale nie każdy ma konto na takim facebooku.
Po latach i licznych doświadczeniach muszę przyznać, że zawiązywanie znajomości wiele mnie nauczyło. Kompromisu, pokory, empatii, ale też odwagi. Bo z natury to raczej jestem nieśmiałą i wycofaną osobą. A jednak każdorazowe zawarcie nowej znajomości każe wyjść z własnej strefy komfortu i dostosowania się do tej drugiej osoby. Z każdego takiego spotkania z drugim ja staram się też wyciągnąć wnioski. Zastanawiam się z czego jestem zadowolona, a co jeszcze poprawiłabym w naszych relacjach, aby były one jeszcze lepsze, pełniejsze i bardziej satysfakcjonujące. A czasami po prostu warto zakończyć daną relację, dla komfortu swojego i innych. I to wbrew wszystkiemu, też bywa dobrą decyzją dla obu stron. Nic bowiem na siłę.
Warszawa, grudzień 2024, ze znajomymi z Wydziału Teologicznego podczas wyjazdu na ingres abpa Adriana Galbasa
Mam nadzieję, że w moim życiu przeżyję jeszcze niejedną ciekawą znajomość. Ksiądz Kris wielokrotnie powtarza na spotkaniach formacyjnych, żebyśmy się nauczyli na ziemi nawiązywać znajomości nawet z tymi, z którymi nie do końca nam po drodze. Bo jeżeli nie nauczymy się tego robić tutaj, to tym bardziej nie będziemy tego potrafili robić w wieczności. A poza tym miło jest, kiedy wybiegający z zakrystii ministrant rzuca w naszą stronę: "Cześć Karolina"!

piątek, 31 stycznia 2025

2118. Niezrozumienie?

Tak niedawno pisałam Wam o posegregowaniu rzeczy do wykonania w najbliższej czynności na ważne - pilne, ważne - niepilne, pilne - nieważne i nieważne - niepilne (>>KLIK<<). To chyba jedyna przydatna rzecz, jaką wyciągnęłam z podstaw coachingu i którą wprowadziłam do życia. Myślicie, że łatwo jest mi wyznaczyć priorytety, kiedy wokół tyle ciekawych rzeczy się dzieje? Skądże znowu, jestem tylko człowiekiem, który jest podatny na wszelkie pokusy tego świata i uciechy rządzące bytem ludzkim. Ja też niejednokrotnie rezygnuję z obowiązków na rzecz epikurejskiego stylu życia. A potem sama mam do siebie pretensję, że nie odwróciłam najzwyczajniej w świecie kolejności wykonywania zadań. Myślicie, że wyciągam z tego jakieś wnioski na przyszłość?
Wszystko zmienia się jednak wraz z nieubłagalnie zbliżającą się sesją, kiedy trzeba przysiąść do nauki i zrobić jak najwięcej, aby do niej podejść. Studiowanie na kilku kierunkach jest wymagające i nie ułatwia tego zadania. Zwłaszcza w momencie, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że w jednym dniu musi zaliczyć aż pięć niezbyt powiązanych ze sobą przedmiotów. Tak miałam ostatnio. Dlatego zamiast iść na spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego wróciłam do domu i grzecznie zasiadłam do notatek, aby coś sobie powtórzyć. Jasne, że żal mi było kolędowania wspólnoty u samego biskupa (właściwie to administratora) archidiecezji katowickie. Ale są rzeczy ważne i pilne oraz ważne i niepilne. 
Na wydziale Teologicznym rozmawiałam chwilę z Madziałkiem, jednocześnie informując ją, że nie będzie mnie na spotkaniu, bo się nie wyrobię z nauką, a materiału mam trochę. 
 - Nie będzie cię na dzisiejszym kolędowaniu z biskupem - odparła pełnym oburzenia głosem.
Zdziwiła mnie jej reakcja, gdzie uznała, że nie rozumie jak można się tyle uczyć i uczyć, skoro mam dobre oceny. No tak, ale te oceny nie przychodzą same z siebie. I że ona by sobie odpuściła. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie chcę być geniuszem, czy też najlepsza we wszystkim. Zresztą gorsze oceny też mi się zdarzają i to akceptuję. Ja chcę po prostu zostać dopuszczona do sesji. A że mam więcej do ogarnięcia - mój świadomy wybór. Z drugiej strony, od tego roku Madziałek też jest na dwóch kierunkach, ale już słyszę, że chyba weźmie urlop dziekański, bo na Naukach o Rodzinie nie wyrabia. Rozumiem ją, wspieram. Szkoda, że to nie działa w drugą stronę. Nie potrzebuję litości i biadolenia nad moim losem, bo sama jestem daleka od takich postaw. Ale zwyczajnego zaakceptowania moich wyborów bez zbędnych komentarzy.
Czasami podobne niezrozumienie odczuwam, czytając niektóre komentarze na moim blogu. Być może wynikają one po prostu z czyjejś troski o mnie. Nigdy tego jednak nie mogę być pewna i czasami mam wrażenie, że ktoś coś pisze po prostu w odniesieniu do swojej osoby. Że angażuję się w wiele rzeczy? No tak, ale skoro daję radę i jedynie na tym cierpi mój budżet czasu wolnego, to dlaczego nie? Tym bardziej, że sprawia mi to przyjemność. Może czasami jestem zmęczona, ale to takie pozytywne zmęczenie połączone z przeświadczeniem, że mądrze wykorzystało się ten czas. Może też dziwnie to zabrzmi z mojej strony, ale staram się rozsądnie angażować w różne aktywności i nie brać więcej, niż jestem w stanie udźwignąć. I nie przekładać przyjemności nad obowiązki, jeżeli mam jakieś kryzysowe sytuacje jak ta, którą opisałam.

A kolokwia pozaliczałam. Więc poświęcenie "Piekarnika" nie poszło na marne.

czwartek, 14 listopada 2024

2064. Pomału też dotrze się do celu

Coraz zimniejsze dni zwiastują to, że zima zbliża się do nas wielkimi krokami. Chociaż staram się całkowicie nie rezygnować z codziennych spacerów, to jednak nie są one tak długie, jak na przełomie wiosny i lata. Inna sprawa, to nie lubię bez potrzeby spacerować po ciemku, chociaż deszcz jest dla mnie do zaakceptowania. Ale ciemność już nie. Z kolei długie wieczory zachęcają do spowolnienia tempa życia i pogrążenia się w wyciszających nas zajęciach. Głaskanie wylegującego się na moich kolanach kota, mruczącego w rytm kolejnych wyuczonych słówek na łacinę to skutecznie odstresowującego po całodziennej gonitwie. Do tego kubek z ciepłą herbatą i nic więcej mi do szczęścia nie trzeba.
To takie chwile, kiedy człowiek mimo wszystko nabiera dystansu do siebie i otaczającego go świata, kiedy może sobie przemyśleć to i owo, czy nawet coś zaplanować. Moje plany nie wybiegają zbyt daleko, ale myślę, że warto je mieć, chociażby po to, aby wiedzieć, do czego dążyć. Więc planuję chociażby to, czego muszę się nauczyć na najbliższy czas, co ugotować na obiad, co zrobić z dzieciakami na zajęciach.
Czuję, że powoli zmierzam do przodu. Może to nie są jakieś spektakularne rzeczy. Nie szkodzi. Przecież nigdzie nie muszę być pierwsza. A idąc własnym rytmem też prędzej czy później dotrę do wyznaczonego celu.

piątek, 27 września 2024

2035. "Tak się nie mówi >>do widzenia<<"

Całkiem niedawno pisałam o pozytywnym wymiarze blogowania. O tym, że dziewczyny zaskoczyły mnie swoimi przesyłkami. Ale takich miłych upominków w historii istnienia tego bloga było dużo, dużo więcej. Jedne z nich były mi przesyłane przez niepozorną kobietę o wielkim sercu - Basię P. Nasza blogowa znajomość zaczęła się w wakacje 2017 roku i trwała do teraz.
Basia mnie intrygowała, zachwycała, ale też zawstydzała intensywnością swojego życia. Tak, jakby wiedziała, że ta nić zostanie zbyt szybko przerwana. Pomimo tego, że była osobą głuchoniedowidzącą, potrafiła czerpać z życia pełnymi garściami, czym dzieliła się z innymi na swoim blogu. Dużo czytała (nieraz wyrzucałam sobie, że sama czytam za mało), pokazywała piękno Olsztyna, w którym na co dzień mieszkała, tworzyła niezwykłe w swojej prostocie i pięknie kartki. Nawet jeżeli miała jakieś problemy, bo któż ich nie ma, to nie obciążała nimi innych, a raczej podchodziła z pokorą połączoną z humorem. Nieraz podziwiałam ją za ten subtelny dystans do samej siebie i otaczającego ją świata.
Wiadomość o jej śmierci była dla mnie szokiem. Owszem, od kilku dni nie pojawiały się u niej wpisy, ale powodów mogło być mnóstwo. Tymczasem na jej blogu, w dzień moich urodzin, pojawił się nekrolog. Zrobiło mi się smutno i żal. Wiecie jaki był ostatni komentarz Basi na moim blogu? Abym wreszcie odpoczęła. Teraz ona odpoczywa. Już na zawsze...
Jednocześnie jeszcze raz zajrzałam do Liturgii Słowa z dnia, w którym Basia przeszła do lepszego życia (25 września). W Pierwszym Czytaniu z Księgi Przysłów znalazłam następujące słowa: "Proszę Cię o dwie rzeczy, nie odmawiaj mi, nim umrę: Fałsz i kłamstwo oddal ode mnie, nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty, nie stał się niewierny" (Prz 30, 7-9). Myślę, że doskonale nawiązują one do życia Basi, w którym nie było ani fałszu, ani kłamstwa, a szczerość i prostota na wzór dziecka. A skoro Pan Jezus sam mówił, że tylko ci, którzy staną się jak dzieci, wejdą do Królestwa Niebieskiego, to wierzę, że Basia już cieszy się chwałą Nieba i obcowaniem z Bogiem, w którego wierzyła i którego kochała, twarzą w twarz. Że dostała nowe, piękne ciało, dużo lepsze niż to tutaj na ziemi. I że zachowała w dalszym ciągu tą swoją piękną duszę.
Teraz przesłane przez Basię podarunki stały się dla mnie najpiękniejszą i najcenniejszą po niej pamiątką. Taką, na którą patrzy się z sentymentem i żalem, że nie ma jej już wśród nas.
Właśnie taka pozostaniesz Basiu w mojej pamięci - uśmiechnięta od ucha do ucha
No właśnie, Baśka, jak tak mogłaś. Przecież, jak śpiewał Felicjan Andrzejczak w "Czasie ołowiu", do którego niedawno nawiązałam - "Tak się nie mówi >>do widzenia<<".
Będzie Ciebie brakowało. I to chyba nie tylko mnie...

niedziela, 4 sierpnia 2024

2003. Czy potrafimy się przeciwstawić temu co złe?

Tak mi jakoś ostatnio nieswojo. Obserwuję to, co się dzieje na świecie i jakoś tak mi dziwnie. Otóż doszłam do wniosku, że żyjemy w dosyć dziwnym świecie. Świecie ludzi, którzy potrafią podczas dużych imprez kpić w żywe oczy z symboli religijnych. Dziwimy się temu. A jednocześnie tolerujemy inne zachowania, już nie całej masy, a jednostek w myśl zasady, że nic się nie stało. 
Boli mnie, kiedy z jednej strony czytam, że ktoś jest całym sercem za kobietami domagającymi się aborcji, a z drugiej strony oburza się, jak można źle traktować zwierzęta i mówić o nich, że "zdechły", zamiast "zmarły". Aż strach pomyśleć, jakim terminem określiliby usunięty płód? Czy też twierdziliby, że dziecko "zmarło", czy może używaliby bardziej nieludzkich określeń? Halo, halo, czyżby życie zwierząt było bardziej wartościowe od życia ludzi? A w ramach śmierci zwierząt jestem za wprowadzeniem terminu "odszedł", który wydaje mi się dużo bardziej neutralny. Niech "umierają" ludzie, jak to było przez wieki, zwierzęta niech "odchodzą". Też kocham moją kotkę i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Wiem, że kiedyś zabraknie jej w nim. Ale dla mnie ona odejdzie, a nie umrze. Jestem niehumanitarna? Być może, zauważmy jednak, że przymiotnik "niehumanitarny" odnosi się do ludzi, a nie zwierząt.
Wiem, że teraz dużo się robi, aby przypodobać się innym, chociażby mielibyśmy sprzedać własne przekonania i poglądy. To proceder znany od zarania dziejów. Kain zabił Abla dla zyskania poklasku w oczach Boga. Judasz sprzedał Jezusa za 30 srebrników. A jaka jest nasza cena "pogrzebania" pewnych wartości? Co jesteśmy w stanie zrobić, aby przypodobać się innym. Czy potrafimy być wierni zasadom, czy może łatwo jest nam je zdradzić? Czy potrafimy sprzeciwić się tylko temu, co oburza i jest niezrozumiałe na dużą skalę, czy też temu, co się dzieje na lokalnym podwórku? 
Ostatnio coraz częściej i intensywniej o tym myślę. I coraz bardziej przeraża mnie nasza ludzka pobłażliwość wobec niektórych procederów, także tych dziejących się w sieci.

poniedziałek, 29 lipca 2024

2000. Dekada istnienia bloga

Hmm... Co by tu dzisiaj Wam napisać
Z roku na rok czas zdaje się pędzić coraz szybciej i szybciej. Ani się człowiek obejrzał, a minęło dziesięć lat, jak owy blog działa w webprzestrzeni. Kiedy to minęło? Sama nie wiem. Wydaje mi się, jakby to było wczoraj. Jakbym wczoraj złożyła papiery na studia z turystyki religijnej na UPJPII w Krakowie, a także na technika administracji i technika rachunkowości (z którego w ostateczności zrezygnowałam) i w przypływie entuzjazmu spróbowała założyć kolejnego bloga (wcześniejsze były na onecie, a więc poszły w eter). Myślę, że wtedy sama nie wiedziałam, czy uda się to wszystko pogodzić: codzienne dojazdy do Krakowa i z powrotem (ok. 80 km w jedną stronę), wieczorem treningi i schola, w weekendy szkoła policealna. A przecież po drodze jeszcze tyle się działo.
Druga rzecz, to nawet nie wiedziałam, czy blog się przyjmie, czy ktoś będzie zainteresowany życiem takiej osoby jak ja. Czy nie będzie nudny? Czy nie będę na nim zbytnio smęcić, albo marudzić, albo zbyt bardzo narzekać na życie i otaczający mnie świat? Albo wręcz przeciwnie - czy nie będę zbytnio się przechwalać, wywyższać, unosić pychą? Tak łatwo przesadzić w jedną, albo w drugą stronę. A granica pomiędzy jedną skrajnością, a drugą jest bardzo płynna. I owszem, może czasami pomarudzę na otaczający mnie świat, innym razem pochwalę się jakimś moim drobnym osiągnięciem. Ale myślę, że znajduję w tym jakiś balast. Staram się mieć też gdzieś z tyłu głowy zakodowane, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ma gorzej, albo jest w danej rzeczy lepszy, niż ja. Smucę się więc czymś, lecz nie rozpaczam. Cieszę się, ale daleko mi do odczuwania dumy. Jak jest źle, a ostatnio jest źle, to zbytnio nie biadolę. Bo może ktoś jest w jeszcze gorszej sytuacji, jak ja i radzi sobie z tym sam, bez wsparcia innych. Dzisiaj są czarne chmury, ale może jutro przebije się z nich chociaż jeden promyk słońca. A to znów daje mi nadzieję na lepsze. Oto dla mnie recepta na szczęście. 
Zaraz coś powstanie :)
Bardzo się cieszę z tego, że ludzie odwiedzają i komentują mojego bloga. Cieszy mnie to tym bardziej, że blog nie jest rozleklamowany na facebooku. Co najwyżej czasami zaproszę kogoś do siebie, a i przed tym często mam opory. Czy zbytnio się tej osobie nie narzucam? Czy za dużo nie wymagam? Czy nie trafi na zbyt "toporny" wpis? Ale kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. Dziesięć lat blogowania zaowocowała 2000 wpisami oraz blisko 23 tysiącami komentarzy. Jeżeli nawet odjąć od tego wszystkie moje odpowiedzi na komentarze, to i tak wychodzi całkiem niezły wynik. Trochę żałuję, że nie odpowiadam na wszystkie komentarze, ale raz - nie zawsze mam czas, a pisanie w moim wykonaniu jednak trochę trwa, a dwa, zauważyłam, że potem częściej znikają mi komentarze na innych blogach. A podejrzewam, że nie każdy sprawdza spam, zaś widząc na głównej stronie z komentarzami, że dany czyjś wpis jest, nie zastanawiamy się, czy na pewno jest on widoczny na blogu. Sama wielokrotnie się na tym złapałam. Być może ilość obserwatorów, jakich zgromadziłam przez ten czas, nie powala, ale wychodzę z założenia, że lepiej mieć kilku, a naprawdę wpadających tutaj, niż masę tzw. "martwych dusz". Aczkolwiek każdy taki nowy obserwator cieszy, tak samo, jak każdy komentarz, nawet ten nieprzychylny (ale który nie jest hejtem). Tak sobie myślę, że prowadząc bloga trzeba się liczyć także z negatywnym jego odbiorem. Nie wiem jak u innych, ale u mnie wywołuje to autorefleksję. Z drugiej strony, nie zgadzam się z obrażaniem mojej osoby (a przy okazji i innych osób), i tym komentarzom mówię stanowcze NIE!

Przez te 10 lat zebrało się 2000 wpisów, które w jakimś stopniu definiują moją osobą, pokazują moją osobowość, przedstawiają moje zainteresowania. Ostatnio prym wiodła historia Igrzysk Olimpijskich. Pod jednym z wpisów przeczytałam, że są one za długie i owa osoba rezygnuje z odwiedzania tego bloga. Ok, nikt nikogo tutaj nie trzyma na siłę. Nikt nie musi też czytać moich długich wpisów. Ale ja wtedy, podczas przygotowania tego cyklu naprawdę się wkręciłam w temat, a nawet, po latach, na nowo zaczęłam interesować się sylwetką Roberta Korzeniowskiego. Z drugiej strony, przypomniało mi się jak przed ŚDM w Krakowie przygotowywałam podobny cykl, właśnie na temat Światowych Dni Młodzieży. Ale tematyka bloga jest różnoraka - od codzienności, poprzez rocznice interesujących mnie zdarzeń, po wolontariaty, w których biorę udział. Czasami wrzucę recenzję ostatnio przeczytanej książki albo obejrzanego filmu, innym razem przepis na to, co udało mi się upichcić, jeszcze kiedy indziej zabiorę Was na jakąś wycieczkę, albo zamieszczę wiersz lub rysunek / malunek. I chociaż do tego ostatniego nie mam zbyt wielkiego talentu, to jednak lubię poświęcać temu mój wolny czas. 
Kiedy tak sobie przejrzałam wpisy z tych dziesięciu lat, sama się sobie dziwiłam, że tyle udało mi się dokonać, pomimo przeciwności losu. Ukończyłam trzy kierunki studiów, w tym dwa w Krakowie, byłam na trzech Światowych Dniach Młodzieży, w tym dwa razy jako wolontariusz, zaczęłam pracować i sama na siebie zarabiać. Uczestniczyłam w wielu wyjazdach, zarówno tych zorganizowanych, jak i nie. Współorganizowałam wiele wydarzeń, w tym sportowych, jako wolontariusz. Najpierw zaangażowana byłam w scholę i Oratorium, teraz w Duszpasterstwo Akademickie. Przebiegłam niezliczoną ilość kilometrów. Poznałam wiele wartościowych ludzi, zarówno w realnym świecie, jak i w wirtualnym. Pozostałam sobą - wydaje mi się, że szczerą osobą, pozostająca wierną swoim zasadą, która ani nie chce być na siłę lubiana przez wszystkich, ani nie podlizuje się innym, ale też sama nie znosi wszelkich "cieplutkich", "milutkich", "słodziudkich" komentarzy (zamiast tego wolę "ciepło" i "miło"). No i chyba w jakimś stopniu pokazałam, że osoba niepełnosprawna nie musi siedzieć w domu i się nudzić, ale może prowadzić ciekawe życie. Ktoś mi kiedyś zarzucił, że mam dobrze, bo mieszkam w dużym mieście. Jednak ile jest ludzi takich jak ja, którzy mimo to siedzą w domu? To chyba bardziej zależy od naszej osobowości, niż od tego, gdzie mieszkamy. Zresztą na wsi też potrafię się odnaleźć, więc chyba to nie o to chodzi.
I na koniec wpisu, tak zupełnie po ludzku, dziękuję każdemu z Was za obecność. Za to, że Wam się chce mnie odwiedzać, czytać moje wypociny, komentować, wspierać. Tym bardziej, że w dzisiejszych czasach trudno jest utrzymać czytelnika, kiedy blog nie ma swojej dramaturgii. A mój raczej jest zwyczajny. Mam nadzieję, że przeżyjemy razem jeszcze wiele wspaniałych lat i przygód. Może nie będzie tutaj przepięknych zdjęć, bo do tych nie mam ręki (i to dosłownie, bo przy robieniu trzęsą mi się ręce)*. Ale zawsze znajdziecie tutaj coś dla siebie. I będziecie na nim miło widziani. Zresztą w miarę możliwości staram się i u Was na blogach bywać, chociaż nadmiar obowiązków nie zawsze temu sprzyja. Jednak zawsze nadrabiam zaległości, czytając zaległe wpisy - nawet czasami je komentuję. Pozwala mi to po prostu być z Wami na bieżąco.
Do każdego z Was dziś przychodzę ze skromnym bukietem kwiatów w ramach podziękowań za minioną dekadę
Przepraszam, jeżeli kogoś z Was przez ten czas czymś uraziłam albo obraziłam. Nie miałam tego w planie, zrobiłam to nieświadomie. Ale też proszę Was, abyście zbytnio nie naciskali na mnie co do tego, jak ma wyglądać mój blog - "mój jest ten kawałek podłogi". Mam pewny pomysł na jego prowadzenie, czasami coś pominę w swoich informacjach. Nie raz uznam to za nieistotne, innym razem nie zwrócę na to uwagi, a czasami po prostu nie chcę już przedłużać wpisu, który i tak jest długi. Weźmy też pod uwagę to, że każdy z nas ma inne upodobania, na co innego zwraca uwagę. Ale to jest w nas piękne, że mimo tej różnorodności tworzymy jedną piękną blogową rodzinę.
Żegnam Was tym sympatycznym szopem-praczem, który tak ciekawie porusza się w rytm piosenki:

* Zresztą fotografie mojego autorstwa pojawiły się na blogu dopiero od lipca 2016 roku, kiedy kupiłam sobie pierwszy w życiu aparat cyfrowy, co było moim cichym marzeniem, ŚDM był ku temu idealnym pretekstem

piątek, 24 maja 2024

1939. Nasza polska pobożność Maryjna

Chociaż ksiądz Krzysztof przebywa u swoich przyjaciół w Panamie, to spotkania naszego piekarnika trwają w najlepsze. To głównie za sprawą naszych animatorów, którzy dbają o to, aby tematyka spotkań była różnorodna i wszechstronna, i w razie potrzeby są w stanie poprowadzić je bez udziału duszpasterza. Myślę, że to jest dobre rozwiązanie dla wszystkich - ksiądz nie musi się martwić, że skoro go nie ma, to i nie będzie spotkania, my mamy ciągłość spotkań, a animatorzy zdobywają różne kompetencje miękkie, tak bardzo przydatne w dorosłym życiu. Coraz częściej zastanawiam się, dlaczego to tak nie działa w Oratorium w mojej parafii. Przecież proboszcz, który jest jego opiekunem (i właściwie nic nie robi), mógłby wyznaczyć 2 - 3 osoby (nie koniecznie mnie, bo raczej nie mam ku temu kompetencji), które by były odpowiedzialne za organizację zajęć dla dzieci. Tak samo jak mógłby rozeznać, kto z nas ma uprawnienia wychowawcy kolonijnego i zgodzić się na organizację półkolonii parafialnych (od biedy mogłabym być ich kierownikiem, bo mam zrobiony odpowiedni kurs, ale wychowawcą też bym nie pogardziła). Przez lata je organizowaliśmy i zawsze był komplet dzieci, a nawet lista rezerwowa. Ale nie, lepiej zorganizować dużo droższy wyjazd dla dzieci do Włoch. 
Na ostatnim spotkaniu naszej wspólnoty duszpasterskiej oglądaliśmy odcinek dosyć popularnego serialu "The Chosen" opowiadający o weselu w Kanie Galilejskiej. A następnie dyskutowaliśmy nie tylko o roli Maryi podczas tej historii, ale też o tym, jaką ona rolę odgrywa w naszym prywatnym życiu. Jak dla mnie jest to doskonałe przeniesienie teorii na praktykę tego, o czym uczyła nas jedna z wykładowczyń na zajęciach z Zagadnień kultury współczesnej. Dużo mówiliśmy na nich o tym, jak doskonałą bazą do rozmowy są obejrzane filmy bądź seriale. I to nie tylko na tematy religijne, ale właściwie na wszystkie.
Z rozmowy wynikło, że maryjna pobożność jest bliska sercu właściwie każdego z nas. Wiele osób skupionych w duszpasterstwie odmawia różaniec, w miarę możliwości uczęszcza na nabożeństwa majowe, "uczymy się" tej pobożności od świętych i błogosławionych, którzy nam imponują, a dla których kult maryjny jest bardzo ważny. Dla wielu jest to Pier Giorgio Frassati, dla innych św. Maksymilian Maria Kolbe - czciciel Maryi Niepokalanej, dla jeszcze innych jakieś szczególne miejsce związane z czczonym w nim wizerunku Maryi. Wymieniano tutaj chociażby Częstochowę, Ludźmierz, Leśniów, Piekary Śląskie, Licheń, moją ukochaną Kalwarię Zebrzydowską. Z tego wszystkiego zapomniałam powiedzieć, że w moim mieście też jest szczególny kult figury Matki Bożej Anielskiej Patronki Zagłębia znajdującej się w miejskiej bazylice. Kilkoro z nas należało w dzieciństwie do Dzieci Maryi, gdzie ten kult jest dosyć silny. Ja z kolei jestem związana z parafią, w  której posługują księża salezjanie, a tam szczególnie uroczyście obchodzone jest i wspomnienie Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia - rocznica założenia pierwszego Oratorium), i Maryi Wspomożenia Wiernych (24 maja), dodatkowo od 24 lat noszę szkaplerz karmelitański, co też w jakiś sposób łączy się z pobożnością maryjną. Każdy z nas też podkreślał, że traktuje Matkę Boską nie jako ktoś na równi z Bogiem, ale jako pośredniczkę w drodze do niego. To trochę tak jak w rodzinie - czasami łatwiej jest nam z czymś przyjść do mamy, niż do taty. Co nie oznacza, że potem tata się o tym nie dowiaduje. Myślę, że tak samo jest z osobami boskimi - mówimy o czymś Matce Bożej, a Bóg Ojciec i tak się o tym dowiaduje. A więc Maryja jest tylko pośrednikiem w tym kontakcie.
Zastanawiać może to, dlaczego w Kościele Katolickim jest tyle tytułów Maryi. Dlaczego nie zwracamy się do Maryi po prostu Maryja? I skąd to się w ogóle wzięło? Mnie też to nurtowało. Na portalu mateusz.pl. znalazłam dosyć ciekawe i wyczerpujące wytłumaczenie tej praktyki:
"W Katechizmie Kościoła Katolickiego (KKK 487) czytamy zdanie: >>Wiara katolicka w odniesieniu do Maryi opiera się na wierze w Chrystusa, a to, czego naucza ona o Maryi, wyjaśnia z kolei wiarę w Chrystusa<<. Dlatego też dogmaty maryjne (Boże Macierzyństwo, Niepokalane Poczęcie, Dziewictwo Maryi, Wniebowzięcie Maryi) naprowadzają nas na wielość >>Imion<<, którymi zwracamy się do Niej lub przez Nią do Boga. W encyklice papieża Jana Pawła II: >>Redemptoris Mater<< (Marka Odkupiciela), poświęconej Maryi, w punkcie 33 możemy przeczytać orzeczenie Soboru Ekumenicznego z Nicei (787 r.) na temat czci obrazów: >>...według nauczania Ojców i powszechnej Tradycji Kościoła wierni mogą czcić razem z krzyżem także wizerunki Matki Bożej, Aniołów i Świętych, w kościołach, w domach i przy drogach<<. Tę starożytną praktykę czci i pobożności maryjnej potwierdził ostatni sobór powszechny - Watykański II. Dlatego >>Maryja Częstochowska, Licheńska, Hodowicka, Piekarska...<< to tytuły poszczególnych wizerunków, wzięte od miejsca szczególnego ich kultu (sanktuaria). W tych wizerunkach ci, którzy kochają Maryję, daną im przez Jezusa Chrystusa za Matkę, po prostu czczą Ją i proszą, by Ona wstawiała się za nimi. Trzeba przy tym pamiętać, że wstawiennictwo Maryi jest całkowicie uzależnione od zbawienia dokonanego przez Chrystusa i czerpie z Jego mocy. Nasza ufność we wstawiennictwo Maryi daje w szczególny sposób wyraz tej tajemnicy, że Bóg posługuje się wybranymi ludźmi, aby obdarzyć zbawieniem innych ludzi.
W kulcie obrazów nigdy nie czcimy danego przedmiotu (obrazu, figury), ale osobę, którą one wyrażają. Ikona bowiem odsyła do osoby, którą przedstawia i uobecnia. Ikony i obrazy (analogicznie tytuły: Róża Duchowna...) wspomagają naszą wiarę, wspomagają naszą wyobraźnię, pomagają nam trwać w modlitewnym skupieniu. Spełniają więc tylko funkcję pomocniczą. Aczkolwiek ta rola jest dosyć znaczna. Wiele wizerunków uznaje się za cudami słynące, bowiem w tych konkretnych miejscach (np. Lourdes, Fatima, Częstochowa) dokonały się (medycznie udokumentowane) cuda. Dlatego też te miejsca są uprzywilejowanymi ośrodkami urzeczywistniania się zbawczego pośrednictwa Kościoła.".

A więc Maryja jest jedna, ma tylko wiele przydomków związanych z jej cechami lub miejscami jej szczególnego kultu. Czcimy Matkę Bożą jako osobę, a nie jako wizerunek przedstawiony na obrazie lub w postaci figury. I Maryja jest tylko pośredniczką w naszej rozmowie z Bogiem.

wtorek, 5 marca 2024

1878. W poszukiwaniu swoich mocnych stron

Pomyśl nad swoimi mocnymi stronami. Podziękuj za nie Bogu
Pomyśl nad swoimi nocnymi stronami. Podziękuj za nie Bogu.

Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja zawsze, jak jestem pytana o moje mocne strony, czy też zalety nie bardzo wiem co powiedzieć. Łatwo mi zobaczyć mocne strony u innych, docenić je, znacznie trudniej u samej siebie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że je mam, że być może są rzeczy, w jakich jestem naprawdę dobra, ale żeby je wskazać to już jest mi trudno. Poza tym zawsze mam wrażenie, że moje zalety są niczym z zaletami innych osób. Ale wiem, że je mam, jak każdy z nas. Nawet jeżeli nie potrafię ich wprost zdefiniować. I cieszę się, nawet jeżeli mam ich stosunkowo mniej od innych. Bo zawsze lepiej mieć te 3-4 mocne strony niż nie mieć ich wcale. Albo mieć ich ogrom, ale nie potrafić ich dostrzec, czy wręcz wykorzystać. 
Nasze mocne strony to nasze zasoby, talenty z którymi przyszliśmy na świat. Każdy z nas je ma, nawet nie zdając sobie z tego sprawę. Dlatego ważne jest, aby ktoś drugi umiał je wskazać. A potem poprowadził tak, aby móc je wykorzystać w życiu. To trochę tak jak z przypowieścią o talentach, które nie pomnożone po prostu zostały zabrane właścicielowi. Oczywiście nikt nam nie zabierze naszych mocnych stron, ale nie wykorzystywane mogą zwyczajnie zostać zapomniane.
Potrafilibyście wskazać swoje mocne strony? Nie musicie mi o nich pisać, ale warto się nad nimi zastanowić.

Zrobiłam sobie wieczorem spontaniczny spacer. Po powrocie do domu sprawdziłam ile przeszłam. Według GoogleMaps trasa wyniosła prawie 6,5 kilometra. Sama się sobie zdziwiłam. Wiecie, że tak dużo, bo obstawiałam znacznie krótszy dystans. Ciekawe czy jutro wstanę z łóżka i z jakim skutkiem.

niedziela, 3 grudnia 2023

1786. Bóg dla każdego z nas ma piękny plan

Boży, niezwykły Plan...

Bóg powołał mnie do życia nieidealną,
z wadami, które nie są przeszkodą,
aby Jego Plan wobec mnie mógł się wypełnić,

Dał mi nogi krzywe, które szybko się męczą,
abym niespiesznie szła zanieść innym ludziom,
radość, pogodę ducha, pomoc i uśmiech.

Dał mi ręce skostniałe, co zamiast rzeźbić piórem,
tylko jednym palcem stukają w klawiaturę,
pisząc innym o życiu, które nie jest drogą przez mękę,
a wdzięcznością za każdy przeżyty dzień.

Dał mi mowę, która nie zawsze jest zrozumiała,
dla tych, co zamyśleni patrzą gdzieś w dal,
abym ich nauczyła słuchać z uwagą innych.

Dał mi serce, co przyspiesza w mej piersi,
kiedy widzę biedę, niesprawiedliwość, pychę,
i każe współczuć tym, których uważa się za gorszych.

Dał mi wytrwałość oraz silną wolę,
abym potrafiła się podnieść po kolejnym upadku,
nawet wtedy, kiedy inni są temu przeciwni.

Dał mi oczy i uszy, nie zawsze widzące i słyszące,
to co powinny wychwycić z otoczenia,
abym umiała skupiać się na potrzebach innych.

Dał mi też umysł skryty we wnętrzach czaszki,
chociaż inni nie wierzyli w jego możliwości,
a jednak zdobyta wiedza pozostała w nim do dzisiaj.

Dał mi drugiego człowieka, co wyciągnie rękę,
kiedy potrzebuję pomocy,
gdy wstaję po upadku na chodnik,
lub nie mogę przenieś kubka z gorącą herbatą.

Dał mi siebie i swoją odwieczną miłość i przyjaźń,
którymi otacza mnie każdego dnia,
abym sama darzyła nimi innych ludzi.

Bo przecież Bóg ma wobec każdego z nas swój plan,
również wobec takich osób jak ja.

A ja? Cóż mogę?

Chyba tylko wypełniać jego wolę
pomimo swojej niedoskonałości
w zwykłym, codziennym życiu,
wyciągając skostniałą dłoń
do innych niedoskonałych osób,
i darząc ich krzywym uśmiechem
oraz życzliwym, choć bełkotliwym słowem...

Nawet teraz, w tych dziwnych czasach,
a może przede wszystkim teraz?
Bo przecież nikt nie jest samotną wyspą
na oceanie ludzkiego bytu.
Listopad 2021

Swoją dzisiejszą notatkę pragnę rozpocząć napisanym kilka lat temu na jakiś konkurs wierszem. Chociaż nie zdobył on żadnego miejsca, ani nagrody, to i tak jestem z niego zadowolona i jest on szczególnie bliski mojemu sercu. Tak, myślę, że słowo "zadowolona" dużo bardziej tutaj pasuje niż chociażby "dumna", które kojarzy mi się raczej w negatywny sposób (np. z poczuciem, że jest się lepszym od innych, a do tego to raczej jeszcze mi daleko).
Myślę, że dosyć obrazowo odzwierciedla on mnie, moją osobowość. To co z jednej strony powinno być moją wadą, chociaż nie tyle charakteru, co w aspekcie fizycznym, a jednak z drugiej strony można je postrzec, jako moje atuty. To dzięki nim odbieram otaczający mnie świat w taki, a nie inny sposób. Bo przecież każdą swoją słabość można przemienić w MOC, jeżeli spojrzy się na nią pod innym kątem. Niepełnosprawność sporo mi zabrała, to niezaprzeczalny fakt, ale to nie jest tak, że nie dała mi niczego w zamian. Kto wie, być może otrzymałam dużo więcej, niż utraciłam. Tylko jeszcze o tym nie wiem. I być może nigdy się o tym nie dowiem, bo to jest po prostu niemożliwe. Ale jednak tak jakoś podświadomie to czuję.
Wiem, że bardzo daleko mi do ideału. Czy ktoś w ogóle ma szansę nim zostać? Chyba jest to niemożliwe. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale mogę się mylić, jak każdy. I tak samo jak wszyscy miewam budujące wzloty, ale też bolesne upadki. Z jednej strony chwile radości, które przeplatają się z tymi, podczas których płaczę ze smutku i bezsilności. Jeden z moich ulubionych piosenkarzy, Janusz Laskowski śpiewał, że "świat nie wierzy łzom, szkoda naszych łez, świat nie wierzy łzom, bo za dużo jest, na tym świecie łez". Być może miał rację, ale zauważyłam, że jak raz na jakiś czas sobie popłaczę, to jakoś łatwiej mi iść dalej. Może tutaj, na blogu, to tak nie wygląda, może odbieracie mnie jako "superhero", ale w życiu realnym już tak jest. Poza tym ja na blogu opisuję tylko fragment swojego życia, to co robię, częściej co mnie cieszy, a rzadziej - to co martwi. A ostatnio jednak mam coraz więcej zmartwień. Np. problem z kolanem Kropki. Na szczęście prezes klubu w którym trenuję załatwił jej wizytę u jakiegoś klubowego ortopedy, a więc w trybie przyspieszonym. Pewnie będzie trzeba trochę zapłacić za wizytę, ale mam nadzieję, że problem w miarę szybko zostanie zdiagnozowany. A to tylko jedno ze zmartwień w ciągu kilku ostatnich dni. Ksiądz Niosący Światło też ma jakiś kolejny kryzys zdrowotny... Naprawdę żal mi na niego patrzeć. I wcale nie chcę myśleć, że ta operacja odbyła się za późno, że leczenie się nie udało, że... Poza tym na blogu nie da się pisać o wszystkim, warto zachować jakiś bufor prywatności. A granica go wyznaczający jest bardzo cienka.
Patrząc wstecz na moje życie sądzę, że mimo wszelkich przeszkód po drodze, i tych zdrowotnych, i tych społecznych, sporo osiągnęłam. Może nawet więcej, niż ktoś kiedyś mógłby się spodziewać. Starałam się, i w dalszym ciągu się staram, aby niepełnosprawność, która nigdy nie będzie atutem człowieka (któż chciałby być niepełnosprawny? Chętnych nie widzę), nie była też wymówką. Wszak to nie jest chorobą, którą wyleczy się za pomocą aspiryny - to stan, który będzie mi towarzyszyć do końca życia, czy tego chcę, czy też nie. Dlatego zamiast mówić, że czegoś przez nią się nie da, wolę pokombinować, aby się dało. I tego staram się też uczyć innych - aby nie skreślali nikogo na początku, nie tylko niepełnosprawnych, ale wszystkich, nie tyle z nieznajomości jego możliwości, ile z niechęci ich poznania, czy też własnej wygody. Że czasami warto uwierzyć w takie osoby jak ja i dać im szansę, aby działy się cuda. Chociaż są czynności, które prawdopodobnie już na zawsze pozostaną poza moim zasięgiem, jestem tego całkowicie świadoma. 
Wiem, że nigdy nie zbawię, ani nie zawojuję całego świata. Jestem tylko człowiekiem, słabym i niewiele znaczącym w całym mrowisku ludzi. Gdybym miała takie założenie, to z całą pewnością bardzo szybko bym się wypaliła i zniechęciła pierwszym lepszym niepowodzeniem. Ale jestem też świadoma tego, że swoją postawą i zaangażowaniem mogę wpłynąć na moje najbliższe otoczenie. Że dzięki temu mogę zmienić wyobrażenie niejednego człowieka dotyczące ludzi dotkniętych niepełnosprawnością. Że mogę dużo nawet wtedy, kiedy myślę, że właściwie nic nie mogę. A jeśli tylko jakaś kolejna osoba dzięki temu zmieni swój sposób myślenia o osobach takich jak ja, z negatywnego na pozytywny, to nie pozostanie mi nic innego, jak tylko się z tego cieszyć. Wierzę też, że Bóg ma dla każdego człowieka piękny plan, nawet kiedy po drodze do jego realizacji jedna po drugiej kłębią się różne przeszkody i problemy. Ale może właśnie dlatego, kiedy już pokonamy wszelkie przeciwności losu, czujemy ogromne szczęście połączone z satysfakcją, a liczba endorfin w naszym organizmie osiąga niewyobrażalną wartość. 
Dzisiejszą notatkę kończę dosyć nietypowo, bo pierwszą z adwentowych myśli, jakie podrzuca facebookowy profil Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży. Wymyśliło ono taką akcję, że przez cały adwent, w każdy dzień, na owym profilu będzie pojawiała się jakaś nowa myśl, niczym czekoladka w kalendarzu adwentowym. Z tą różnicą, że czekoladka zazwyczaj zostaje szybko zjedzona, a taka maksyma może zostać z nami o wiele dłużej, niż czekoladowy smak.

Na nadchodzący czas adwentu życzę sobie i Wam, aby był to prawdziwie Boży i święty czas oczekiwania na przyjście na świat Syna Bożego w świątecznej symbolice. I abyśmy nie przegapili podczas tych 22 dni ani jednej chwili, która będzie nam dana. Bo może już się ona nie powtórzyć.

wtorek, 21 listopada 2023

1774. Strach jest potrzebny, ale nie może zdominować naszego życia

- Lolek, nie wierzę, że czegoś się boisz. Jesteś ostatnią osobą, którą bym o to podejrzewał - jeżeli ksiądz Niosący Światło chciał mnie pocieszyć, czy też uspokoić przed wygłoszeniem prelekcji w ramach konferencji, to tym razem mu się to nie udało.
Boję się tego, jeszcze jak. A im bardziej zbliżam się do tej chwili, tym większy stres mnie zżera. A dzisiaj podczas tworzenia prezentacji na której oprę swoje przemówienie (wiem o czym chcę mówić, myślę, że kartka będzie zbędna, jednak wizualne przedstawienie wyników moich badań może być ciekawym uzupełnieniem całości, no i słuchacze mogą lepiej zrozumieć to, co mówię), to już kompletnie straciłam wiarę w powodzenie wszystkiego. No bo gdzie tam ja, kaleka, pcham się na takie wydarzenie. Przecież zrobię z siebie pośmiewisko. I jeszcze zawiodę tych, którzy pokładają we mnie pokładali zaufanie, a przede wszystkim sami namawiali mnie na to szaleństwo. Myślę tutaj o pani doktor, która była promotorką mojej pracy licencjackiej. 
Mam chwilowo taki mętlik w łepetynie, że kompletnie nie wiem na czym zawiesić swoje myśli. Wiem, że prezentację powinnam zrobić do minionej niedzieli, jednak kompletnie nie miałam do tego głowy. Nie wiem, może jestem zbyt mało zorganizowana, ale naprawdę, jakoś ten czas gdzieś mi uciekł i wcale nie chciał mi zwolnić. Teraz znowu wszystko robię na ostatnią chwilę, co jeszcze bardziej potęguje mój stres, że coś zawalę, coś pójdzie nie tak. A przecież powinnam się cieszyć, że mnie zauważono, że dano mi szansę wykazania się pomimo ograniczeń, jakie nadaje mi ciało. Sama nie wiem, co się ze mną dzieje i dlaczego tak nie jest. 
I chociaż starałam się zbytnio nie okazywać swoich emocji na zewnątrz, to jednak ksiądz Niosący Światło musiał wyczuć, że coś jest nie tak, kiedy nieco nietęgo odpowiadałam mu na pytania.
 - No to co się dzieje? - zapytał jak gdyby nigdy nic, siadając obok mnie w ostatniej kościelnej ławce przed wieczorną Mszą świętą. Trochę mnie to zmieszało, że poświęca czas komuś takiemu jak ja, zamiast iść do konfesjonału spowiadać, jak to miał w pierwotnym zamiarze. 
Nie wiem jak to się stało, ale po prostu otworzyłam się przed nim i opowiedziałam mu o wszystkim. Zasadniczo o samej konferencji już wiedział od jakiegoś czasu, bo powiedziałam mu o tym. Ale o tym, że jestem jej współorganizatorką, a tym bardziej, że wygłaszam na niej referat, już nie. Mówiłam mu o swoim strachu i o obawach. A on jak gdyby nigdy nic powiedział to, co przytoczyłam na początku, po czym próbował mnie przekonać, że będzie dobrze. Robił to tak przekonująco, że przez chwilę pomyślałam, że może nie ma sensu się zamartwiać i może faktycznie wszystko jakoś pójdzie. Że po prostu się uda, chociaż na logikę, to nie ma prawa się tak stać. Na pewno nie w moim wykonaniu. Zupełnie automatycznie zadałam mu najprostsze pytanie, czy myśli że strach jest czymś złym. Po krótkim namyśle odpowiedział, że nie, bo przecież on sam w ciągu ostatniego roku odczuwał go nieustannie i w zasadzie to dalej go odczuwa. A poza tym Pan Jezus też się bał, kiedy klęczał w Ogrodzie Getsemani, przed tym, co miało się wydarzyć w Wielki Piątek. A więc mamy zupełne prawo do strachu, który jest jak najbardziej naturalną emocją. Ale, jak zaznaczył, ten strach powinien być współmiernym do tego, co go wywołuje. No i nie może zawojować naszym życiem (czyżby coś sugerował?). 
Trochę mi było głupio, że poświęcił mi tyle czasu, zamiast iść spowiadać do konfesjonału. A jednocześnie zrobiło mi się miło, kiedy uświadomiłam sobie, że ten ksiądz wierzy we mnie, tak po prostu. To znów nie często się zdarza. No nic, teraz muszę skończyć tą całą prezentację i wysłać ją do organizatorów. Tak, aby mogli wgrać ją na ogólny komputer. Mam nadzieję, że jeszcze ją przyjmą.

sobota, 16 września 2023

1708. Nie-aktywne życie

Kiedy człowiek był młody, wyobrażał sobie, że jest w stanie podbić cały świat, a niepełnosprawność w niczym mu w tym nie przeszkodzi. Bo przecież w swoim mniemaniu był taki sam, jak inne osoby. Tak samo jak inni bawił się na placu zabaw, tak samo jak inni chodził do szkoły, w końcu oglądał te same programy telewizyjne. A że wiele czynności przychodziło mu o wiele wolniej, albo mówił tak, że trudno go było zrozumieć... Któż by się tym przejmował w wieku kilku lat? Zwłaszcza ktoś, kto żyje w miarę aktywnie. Byłam szczerze zdziwiona tym, co usłyszałam podczas memoriału w Wiśle od Ani: że w jej rodzinie praktycznie nikt nie wie, że ma zespół Aspergera, bo jej rodzice się bali, że rodzina tego nie zaakceptuje i się od nich odwróci, a poza tym nie będzie ona mogła w miarę aktywnie żyć.
Spojrzałyśmy po sobie z mamą Gaciocha ze zdumieniem w oczach, bo to co usłyszałyśmy było dalece odległe od mojego i Gaciocha życia. No tak, ZA łatwiej jest ukryć niż czterokończynowe MPD, ale nie o to chodzi. Chodzi bardziej o sam fakt takiego stereotypowego myślenia. I to nie u ludzi z zabitej dechami wsi, gdzie jeszcze można by było je jakoś wytłumaczyć, ale u wykształconych ludzi, pracujących na uczelniach. Przecież jako wykładowcy muszą stykać się ze studentami z różnego rodzaju niepełnosprawnościami. Jak już nieraz pisałam, aktualnie uczelnie są otwarte na każdego, kto tylko jest w stanie podołać ich programowi. Sama wielokrotnie byłam na roku z kolegami i koleżankami również borykającymi się z różnymi ograniczeniami. 
Wydaje mi się, że ani ja, ani Gacioch, ani wielu naszych koleżanek i kolegów zmagających się z niepełnosprawnością nie było zbytnio odrzuconych przez rodzinę. Może nie zawsze byliśmy akceptowani przez otoczenie, ale przecież i my mamy swoje sympatie i antypatie i też nie wszystkich dookoła lubimy, nawet wśród członków rodziny. Ja na przykład nie pałam miłością do niektórych ciotek, ale toleruję je w swoim towarzystwie. Normalna sprawa. Podobnie jest wśród znajomych. Są tacy, za którymi skoczyłabym w ogień, i tacy, w których towarzystwie nie czuję się zbyt komfortowo. I to będzie działało też w drugą stronę, są ludzie, którym z całą pewnością będę zawadzać na drodze. Nikt nigdy nie będzie przyjacielem wszystkich, tak po prostu.
Żyliśmy, i w dalszym ciągu żyjemy, też w miarę normalnie. Chodziliśmy do szkoły, do kina i teatru, jeździliśmy na karuzelach i szybowaliśmy do nieba na huśtawkach, spędzaliśmy czas z rówieśnikami, jak nie naszymi, to naszego rodzeństwa. I ja, i Gacioch od 10, 11 roku życia trenujemy lekką atletykę - najpierw w ramach SKSu, a następnie klubu sportowego "Start Katowice". W podstawówce i gimnazjum oboje należeliśmy też do harcerstwa szkolnego. Ja dodatkowo byłam członkiem Szkolnego Teatru Amatorskiego, występowaliśmy nie tylko w naszym mieście, ale też i w innych. Chodziłam na tzw. Oazę, a kiedy tylko zapaliło się dla mnie zielone światło, to na parafialne Oratorium. Do dzisiaj śpiewam w parafialnej scholi. Podróżujemy. Najpierw zwiedzaliśmy Polskę, potem - świat. Nawet wyjazd na turnus rehabilitacyjny dla wielu z nas był okazją do odwiedzenia dotąd nieznanych miejsc. Mnie udało się znaleźć zatrudnienie, które daje mi nie tylko wiele satysfakcji, ale i stabilność finansową.
Trudno więc powiedzieć, że prowadzę nieaktywne życie. Albo że nie mam znajomych. Wręcz przeciwnie, mam sporą liczbę znajomych, którzy akceptują taką, jaka jestem, że wszystkimi moimi niedoskonałościami i wadami (a tych nie brakuje). Gdyby tak przejrzeć całego mojego bloga można się dowiedzieć, że niepełnosprawność nie musi być powodem do ograniczeń w aktywności. Owszem, może być przeszkodą, owszem, może się okazać, że czemuś nie będziemy w stanie podołać, czy też zrobić. Nie warto bowiem przekładać sił nad zamiary, znam to z autopsji. Warto raczej wykorzystywać swoją wiedzę i umiejętności w codziennym życiu. Ktoś mi kiedyś powiedział, że mam łatwiej, ponieważ mieszkam w mieście. Być może, ale ileż to mieszkańców miast wegetuje twierdząc, że nie ma co robić. Nie wiem, może się mylę, może moje myślenie jest błędne bo nie mieszkam na co dzień na wsi, ale według mnie miejsce zamieszkania nie ma dużego znaczenia. Spędzając wakacje u babci, bez telewizora, telefonu, komputera, też potrafiłam zorganizować sobie czas. Chodząc wypasać krowy brałam książki, kredki, blok rysunkowy, karty do gry, nawet szachy. Jak byłam sama na łące - czytałam albo rysowałam, jak z kimś - graliśmy i rozmawialiśmy. Lubiłam podglądać przyrodę, a jednocześnie wymyślałam kolejne Pokemony. Biegałam, bo trening się sam nie zrobi, a kuzyni mierzyli mi czas stoperem. Chodziłam po okolicy, a potem robiłam mapki okolicy. Kto wtedy słyszał o aplikacji GoogleMaps? Chyba nawet nie istniała jeszcze.
Jak ktoś chce, to znajdzie sposób na aktywności w swoim życiu. Bez względu na to, czy jest pełnosprawny, czy nie, czy mieszka w mieście, czy na wsi.

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

1682. Granica prywatności

Wbrew pozorom nie piszę na tym blogu o wszystkim. Wiele spraw, zwłaszcza tych najtrudniejszych, zostawiam dla siebie, nie widząc potrzeby informowania o całym moim i moich krewnych i znajomych życiu. Ale też nie zawsze piszę o sukcesach. Utwierdziło mnie w tym takie dziwne myślenie, które zauważyłam u niektórych ludzi - jak zdrowy, to może pisać o wszystkim, jak niepełnosprawny, to brak mu pokory pisząc o swoich sukcesach, z kolei pisząc o problemach, czy negatywnych stronach swojego życia, to od razu użala się nad sobą. Tylko, że w ten sposób człowiek nie miałaby o niczym pisać.
Czasami pisząc notatkę zastanawiam się, czy nie przekraczam cienkiej granicy prywatności mojej i innych. Staram się nie używać imion, żeby trudniej było ich zlokalizować. Chociaż można do wielu rzeczy dojść, szperając w internecie. Kurcze, kiedyś myślałam, że pisząc w ten sposób w jaki piszę bloga, pokazując że niepełnosprawny, nawet ten z ograniczeniami ruchowymi też może do czegoś dojść, osiągnąć sukces. Że może studiować i pracować. Wiem, że wiele osób chętnie tu zagląda, mimo że blog odbiega od ich profilu. I może chcieliby przeczytać o bardziej "ciekawszych" rzeczach. Ale nie przeczyta. Co nie znaczy, że czasami nie jest mi źle, nie wyję w poduszkę, nie mam wszystkiego dosyć. To, że o czymś nie piszę nie oznacza, że nie mam słabszych dni...

czwartek, 3 grudnia 2020

1242. Niepełnosprawność z mojej perspektywy

Od wielu lat 3 grudnia obchodzony jest jako Światowy Dzień Osób Niepełnosprawnych. W Polsce osób, które mają prawne potwierdzenie swojej niepełnosprawności jest blisko 3 miliony. W rzeczywistości ta liczba jest zdecydowanie większa - waha się od 4 do 7 milionów. Nie każdy rodzi się z niepełnosprawnością, niekiedy nabywa się ją w wyniku wypadku, choroby, a także wieku. Dlatego praktycznie każdy człowiek może stać się na którymś etapie swojego życia niepełnosprawny. Pamiętam, jak w pierwszych latach podstawówki jeden z jej uczniów śmiał się z mojego chodu. Po latach okazało się, że ma złamany kręgosłup po wypadku komunikacyjnym. Takich przykładów można mnożyć i mnożyć.
Z jednej strony mam awersje do różnych dodatkowych dni w kalendarzu. Ale z drugiej - może to dobry moment, aby napisać na ten temat coś od siebie.
Można patrzeć na ludzi przez pryzmat niepełnosprawności. I ja bardzo często się spotykam z takim stereotypowaniem. Jednak jeszcze częściej, co mnie cieszy, ludzie patrzą na mnie przez pryzmat moich umiejętności i mocnych stron. Tak powinno być z każdym z nas. Bo każdy z nas, podobnie zresztą jak w przypadku innych osób, ma w sobie coś, co wyróżnia wszystkich spośród ludzi. Czasami jest to posiadana wiedza, doświadczenie, a w innym przypadku najprostsze rzeczy, takie jak spojrzenie, uśmiech, mrugnięcie oczu.
Wiele osób traktuje niepełnosprawność jako wymówkę od rzeczy, które spokojnie mogliby zrobić. Inni sądzą, że skoro są niepełnosprawni to wszystko im się należy ot tak. Ale życie nie polega na pójściu na tzw. łatwiznę. W życiu, także tym niepełnosprawnym, o wiele rzeczy trzeba zawalczyć. Tak wiele razy czytam o tym, że ktoś nie ma znajomych, nie poszedł do szkoły, nie ma komentarzy na blogu/profilu fb. Jednak na pytanie co zrobił w tym kierunku odpowiada, że nic, albo że dał jeden komentarz.  Tymczasem nic nikomu nie przychodzi bez pracy. Czasami trzeba pracy i cierpliwości, aby do czegoś dojść, coś osiągnąć. Dzięki tym dwom cechom charakteru można bardzo dużo osiągnąć w każdej dziedzinie i każdym rodzaju (nie)pełnosprawności.
Nie mam do świata pretensji, że urodziłam się z dziecięcym porażeniem mózgowym i kilkoma innymi schorzeniami. Może utrudniają mi one życie, ale nie sprawiają, że się nie realizuję. Zresztą niejednokrotnie opisuję swoje poczynania tutaj na blogu. Ktoś mi kiedyś napisał na prywatnej wiadomości, że mnie podziwia, bo niejednemu "pełnosprawnemu" by się nie chciało robić tego co mi. Tylko, że ja nie robię tego, abyście mnie podziwiali. Czy jestem z czegoś szczególnie dumna? Może z jednej malutkiej rzeczy ze środka czerwca tego roku - obronienia dyplomu z całkiem niezłym wynikiem(dziękuję tym, którzy trzymali za mnie wtedy kciuki). Ale przecież  tyle ludzi tego dokonało, że nie uważam tego za ogromny wyczyn. Nie oczekuję wiele od świata z okazji tego święta. Może jedynie tyle, aby nie skreślał mnie na początku, aby nie oceniał po wyglądzie, a brał pod uwagę moje umiejętności. Żeby nie "gapił się" na mnie przez 1/3 Mszy świętej(dzisiaj rano jedna kobieta bez przerwy odwracała głowę w moją stronę, chociaż siedziałam za nią). I żeby dawał mi wystarczającą ilość czasu na udzielenie odpowiedzi(studia pokazały, że oczywiste jest to tylko w teorii, a potem człowiek musiał gonić po uczelni w celu uzyskania zgody na tak prozaiczne "udogodnienie"). To tak niewiele, ale ma wielką moc!

A moją dzisiejszą notatkę zakończę rysunkowym savoir-vivre, który znalazłam już kiedyś na portalu "Integracja". Bo w sumie mogę sama o tym napisać, ale tak może będzie łatwiej zapamiętać.😁

Trzymajcie się ciepło. I pamiętajcie, każdy z nas może w pewnej chwili stać się niepełnosprawnym, dlatego traktujcie nas tak, jak sami chcielibyście być traktowani.