Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 31 lipca 2019

1000. No to przybijamy sobie "piątki". A może będzie ich tysiąc na tysięczny post?

Z tym tysiącem piątek na tysięczny post to chyba trochę przesadziłam. A z drugiej strony cieszę się, że ten tysięczny post wypadł w okolicy piątej rocznicy istnienia bloga. Jeszcze w marcu z moich obliczeń wynikało, że tak się powinno stać, jeżeli narzucę sobie pewną dyscyplinę w pisaniu postów. Co prawda mam opóźnienie o dwa dni(bo rocznica wypadła jednak 29 lipca), według mnie to jednak nic się nie stało. Zresztą nie zawsze miałam możliwość napisania notatki. Sami widzieliście to ostatnimi czasy podczas zdawania Wam relacji z obozu. Pewnie i z tym dałabym sobie spokój, gdyby nie ta perspektywa tysięcznego posta. Na szczęście nie zabrali mi na nim telefonu, dzięki czemu mogłam być z Wami na bieżąco nie tylko w kwestii pisania postów, ale i czytania Waszych blogów (chociaż jak już pisałam w ostatniej notce, z bólem serca podarowałam sobie ich komentowanie).
To nie jest mój pierwszy blog - od 2005 roku prowadziłam na onecie bloga poświęconego mojemu ulubionemu wtedy zespołowi(chociaż jak na koloniach usłyszałam ich największy przebój, to serducho mocniej zabiło), a od 2012 roku do 2014, najpierw też na onecie, a następnie już na bloggerze, blog opowiadający o mojej codzienności. Tamten został jednak usunięty, a powstał ten. I działa praktycznie do dzisiaj.
Ale tamte dwa blogi wiele mnie nauczyły. Po pierwsze - nie można być "znajomym" wszystkich. Wiem, że to jest bardzo kuszące, bo wraz ze wzrostem liczby komentujących i obserwatorów rośnie nasze ego, ale w pewnym momencie możemy wpaść w pewną pułapką. I z tą pułapką wiąże się po drugie - niekiedy jest tak, że ktoś kto nas ciągle komentuje, w pewnym momencie zaczyna nami manipulować. A nam głupio jest zwracać mu uwagę, czy też przeciwstawić się mu, bo przecież przestanie nas komentować. Ja też w pewnym momencie miałam ten sam problem. Aż wreszcie po przeanalizowaniu plusów i minusów postanowiłam rozwiązać ten problem. I chociaż te osoby tak się obraziły za to, co im powiedziałam, to poczułam ulgę, że przestały u mnie bywać. A przynajmniej komentować. Bo wiecie, też się z wieloma rzeczami i opiniami nie zgadzam, ale piszę z reguły tak, żeby jak najmniej osób obrazić. Czy mi się to udaje? Nie wiem.
Jedni czytelnicy bloga odchodzą, a inni przychodzą. Zawsze mnie ciekawi, co Was do mnie przyciąga. Bo przecież na moim blogu raczej nie ma skandalicznych postów, przepięknych zdjęć, cudownych opisów ogródków, czy też zapierających dech w piersiach kartek i rękodzieła. Jest za to życie. Czasami brutalne do bólu, a czasami sprawiające radość. Bo życie osoby niepełnosprawnej też może być szczęśliwe. Są też różne artykuły na temat tego, co otacza nas dookoła, bo myślę, że czasami warto podzielić się z innymi tym, co nas zaciekawiło, czy też zaintrygowało. Czasami podrzucę Wam recenzję jakiejś książki, a innym razem filmu. Staram się też pokazać mój świat od tej aktywnej strony, dlatego nie brakuje na blogu relacji z wyjazdów, biegów i zawodów w których biorę udział, czy też aktywności w wolontariacie. Wiem, że to może z zewnątrz jako brak pokory i skromności, ale chcę pokazać różne aspekty mojego życia. Z drugiej strony jednak nie o wszystkim piszę. Unikam np. opisów spotkań rodzinnych i ogólnie życia rodzinnego, czy też wszystkich moich problemów zdrowotnych. Chcę mieć trochę intymności, a o przekroczenie cienkiej granicy jest bardzo łatwo. Dlatego zawsze zastanawiam się, na ile mogę sobie w tym względzie pozwolić.
Przez te 5 lat wiele się wydarzyło - studia, szkoła policealna, trochę wycieczek, zaangażowanie w parafialną scholę oraz Oratorium, dwa Światowe Dni Młodzieży, zaginięcie kota i jeszcze wiele innych spraw. Dziękuję, że mnie wspieracie, motywujecie, podnosicie na duchu, a jak trzeba, to przywołujecie do porządku. Dziękuję, że wytrzymujecie moje marudzenie i przechwałki, chociaż staram się, aby było ich jak najmniej. Dziękuję, że jesteście i zaglądacie pomimo natłoku spraw i szerokiej gamy dużo ciekawszych blogów.
W ciągu tych 5 lat 1000 notatek zaowocowało ponad 183 tysięcy odnotowanych wejść oraz blisko 8925 komentarzy. Post z największą jak dotychczas liczbą wejść dotyczy spotkania osób zaangażowanych w przygotowanie pierwszego tygodnia Światowych Dni Młodzieży 2016 w naszym dekanacie. Za wszystko to serdecznie dziękuję. Tak samo jak dziękuję tym 60 osobom, które zdecydowały się być "obserwatorami" mojego bloga. Tym bardziej, że jak już pisałam, staram się jakoś specjalnie nie zabiegać o czytelników. Wiem, że wiele blogów ma fanpage na facebooku, ale mnie to jakoś nie kręci. I raczej jeszcze długo nie będzie. Już chyba z tego wyrosłam. Po prostu komentuję przeczytane już blogi - jeżeli ktoś chce, sam do mnie zajrzy i zostawi po sobie ślad. Ja nikogo nie chcę do niczego zmuszać. Przez te 5 lat przeczytałam od deski do deski 123 blogi(i je głównie komentuję na bieżąco), a w kolejce czekają następne. Z przyjemnością wchodzę na Wasze blogi poczytać co u Was słychać, czy też pozachwycać się zdjęciami wykonanych przez Was kartek i innych manualnych cudeniek, pięknych, wypielęgnowanych ogrodów, szczęśliwych zwierząt, czy też bajkowych zdjęć i opisów z podróży. Poznałam też wiele wspaniałych bloggerów, a z niektórymi z nich nasza znajomość wyszła poza bloga. Tyle radości sprawia wysłanie komuś kartki, a potem wiadomość, że doszła ona do adresata...
A ja mam nadzieję jak najdłużej prowadzić bloga o życiu pewnej niepełnosprawnej kobiety, która za wszelką cenę chce żyć jak najbardziej normalnie i pełnią życia, chce realizować swoje pasje, plany i marzenia. Chce pokazać, że się da, chociaż czasami trzeba coś zmodyfikować, na coś poczekać. Ale dzięki temu każdy prywatny sukces jeszcze bardziej cieszy. Nie wiem w jakim kierunku pójdzie ten blog, nie wiem, czy dam radę pisać z taką intensywnością jak dotychczas. Mam jednak nadzieję, że za kolejnych 5 lat znowu się "spotkamy", tym razem przy 2000 notatce. I że będzie Was jeszcze więcej.
A teraz każdy kto chętny, przybija piątkę 👋

wtorek, 30 lipca 2019

999. Do zobaczenia za rok

Obóz sportowy Hucisko 2019 już za nami. Wiele się działo, czasami były to dobre rzeczy, innym razem nie za bardzo. Dobre chcę zapamiętać na długo, o złych szybko zapomnieć. Nawiązało się kilka nowych znajomości, a stare się odnowiło. Właściwie chyba ze wszystkimi rozmawiałam, chociaż niektórzy musieli się pewnie oswoić z moją wymową. Bo dla stałych bywalców obozów sportowych nie stanowiła ona większego problemu. No i nasze rozmowy z Młodą i Młodszą do późnych godzin nocnych, aż nas trenerzy musieli upominać. Trochę się pobiegało, a jeszcze więcej popływało. I to nie tylko na basenie, ale też rowerkiem wodnym po pobliskim akwenie. Pośmiało się, powygłupiało, pograło w różne gry, sprawdziło stan swojej wiedzy(już spieszę z odpowiedzią - z teleturnieju "1 z 10" wyszłam z 302 punktami). Tyle się działo, że z trudem znajdowałam chwilę, aby do Was coś napisać. A i to było niemałym wyzwaniem - wszak zamiast wygodnego komputera z tradycyjną klawiaturą miałam mało jak dla mnie poręczny smartphone. Ale coś tam napisałam, więc nie jest najgorzej.
Pogoda dopisała, tylko jeden dzień był taki typowo deszczowy. Nie licząc oczywiście dzisiejszej ulewy, którą przywitała mnie moja rodzinna Dąbrowa Górnicza. Pod tym względem nie mogłam więc narzekać. Jak dla mnie za mało było biegania, a raczej nie miałam już na nie siły. Ale spokojnie, chociaż treningi są dopiero od września, ja przecież mogę biegać już teraz. Bo wiecie, już 15 sierpnia biegnę na 5. Trzeba się jakoś przygotować. Poza tym wczoraj na ognisku podano wstępną datę przyszłorocznego obozu. Czy pojadę? To się dopiero okaże. Aż tak bardzo nie chcę wybiegać w przyszłość.
A na razie pranko, prasowanko i wracanie do codzienności. Mam jeden dzień(jutro) na odpoczynek, a potem... Na razie nie będę pisać co będzie potem, ale wiem jedno - będzie ciekawie. I intensywnie.
Jak tylko dostanę fotki z obozu to postaram się je powrzucać do odpowiednich postów. Mnie niestety przerosło fotografowanie telefonem komórkowym. W dalszym ciągu nie znalazłam kabelka od aparatu cyfrowego i z własnych zdjęć nic nie wychodzi. Poszukam jeszcze trochę, a potem najwyżej kupię nowy.
A teraz mykam na Wasze blogi, bo chociaż starałam się je regularnie czytać, to jednak na komentowanie zabrakło już sił i cierpliwości.

poniedziałek, 29 lipca 2019

998. Ostatni, mało spokojny dzień

O dzisiejszym dniu chciałabym zapomnieć. A przynajmniej o popołudniu, tak gdzieś między godziną 16:00, a 16:30. Nie mnie co się stało. Na razie nie jestem w stanie o tym mówić. I nawet nie wiem, czy będę mogła kiedykolwiek się z niego "wyspowiadać" na blogu. Wiecie, nie o wszystkim chcę tutaj pisać. Jedno jednak mogę Wam powiedzieć - przewidujcie konsekwencję pewnych wydarzeń. Nie tylko tych, które dotyczą bezpośrednio Was, ale też innych dookoła, a dzięki temu być może uniknie się wielu nieprzyjemnych zdarzeń. Myślę, że nie proszę nikogo o zbyt wiele.
Co poza tym? Ostatni obozowy basen za mną... Niestety. Jednak w te kilka dni trochę podtrenowałam swoje umiejętności pływackie. Wiadomo, w kilka dni nie stanę się drugą Otylią Jędrzejczak. Ale też nie o to mi chodzi. W tym wszystkim ważniejsze jest zharmonizowanie ruchów, zapanowanie nad mięśniami, które nie zawsze są posłuszne, opanowanie oddechu z płucami o małej pojemności, pokonanie lęku przed skokiem do basenu... Szybkość schodzi na dalszy plan. To właśnie są moje priorytety. I wybaczcie, ale będę się cieszyć z każdego nowego osiągnięcia w tej dziedzinie. Bo uczciwie na nie pracuję. Bo cierpliwie znoszę wciąż niekończące się uwagi trenera. Sport uczy pokory, ale też samodyscypliny. Czy zazdroszczę innym niepełnosprawnym ich szybkości w pływaniu? Nie, bo nikt nie jest we wszystkim doskonały, nawet ja. A nawet cieszę się z osiągnięć Młodej w tej dziedzinie. Tak po ludzku. Co dalej z moim pływaniem? To się zobaczy.
Wieczorem zaś odbył się grill oraz pożegnalne ognisko. Były pieczone kiełbaski, a dla chętnych też ziemniaki z popiołu. Jak ja dawno ich nie jadłam. Ostatni raz chyba dziesięć lat temu. A przecież są takie pyszne... Na ognisku było podsumowanie ostatnich dziesięciu dni, podziękowania oraz życzenia jak najlepszych wyników w nadchodzącym roku. Było uroczyste "Sto lat", ponieważ jedna z wychowawczyń oraz jedna z uczestniczek obozu miały tego dnia urodziny. Wszyscy dostali też drobne upominki - dezodorant, magnes na lodówkę oraz coś słodkiego. 
Przy ognisku siedzieliśmy gdzieś do godziny 21:00, po czym powoli zostawała nas coraz mniejsza garstka. W końcu zostali przy nich same osobniki 18+. Akurat miałam okazję spokojnie porozmawiać z M., którego mieliście okazję poznać przy okazji zeszłorocznej edycji "Biegać jest Bosko" >>tutaj<<. W tym roku też biegniemy razem w tej imprezie. Biegniemy, by zwyciężyć z samymi sobą, z naszymi słabościami i ograniczeniami. I wiem jedno - na pewno będzie Bosko!
Pewnie gawędzilibyśmy jeszcze dłużej, gdyby nie zbliżająca się burza. Dosłownie w ostatniej chwili zdążyliśmy przed ulewą. Błyski rozjaśniały niebo raz po raz, a mocny deszcz dudnił o taras zajmujący całe piętro. Przed rozejściem się do pokoi umówiliśmy się jeszcze z M. na poranny, ostatni spacer. I życzyliśmy sobie spokojnej nocy. Bo tego spokoju dzisiejszej nocy tak bardzo potrzebuję...

niedziela, 28 lipca 2019

997. Wygrana w pięknym stylu :)

Nie wiem jak to się stało, że od zawsze czułam jakiś sentyment do wiedzy. Bardzo szybko nauczyłam się czytać, idąc rok wcześniej do zerówki czytałam już w miarę dobrze jak na moje możliwości, chociaż werbalnej odbiegałam od rówieśników. Jednak dzięki tej umiejętności mogłam sama sobie czytać książki. A nawet czytałam młodszej siostrze bajki przed snem. Po swojemu, ale czytałam.
To właśnie dzięki książkom, których rodzice mi nie żałował oraz programom telewizyjnym dostosowanym do mojego wieku czerpałam pierwszą wiedzę o otaczającym mnie świecie. A wiedza ta była z biegiem czasu poszerzona, uzupełniana i wykorzystywana w nieprzewidywalny sposób na lekcjach i nie tylko. Skoro nie mogłam dorównać rówieśników w sprawności to chociaż na polu wiedzy miałam pewne szanse.
Doszło do tego, że spytana w poradni psychologiczno - pedagogicznej co to jest węgiel bez namysłu odpowiedziałam, że fulerenowa odmiana węgla. Mina pani psycholog bezcenna, bo takiej odpowiedzi nie przewidywał jej klucz. A ja po prostu zapamiętałam z lekcji chemii. Do historii przejdzie już zecer, a także daty życia Fryderyka Chopina.
I tak mi zostało. Swoją wiedzę poszerzam, a zarazem sprawdzam dzięki teleturnieju, które należą do niewielu oglądanych przeze mnie programów telewizyjnych. Ale uwaga - wybieram te "mądre" teleturnieje, gdzie liczy się wiedza. Do takich zaliczam "1 z 10", który oglądam w miarę możliwości. Czasami uda mi się odpowiedzieć przed zawodnikiem, czasami spalę pytanie. Ale z każdego odcinka staram się coś wynieść.
Kiedy dowiedziałam się o obozowej wersji programu na początku nie za bardzo chciałam brać w nim udział. Ale jedna z trenerek, nota bene dawna wychowawczyni klasy, do której uczęszczałam, znając moją wiedzę, sama mnie do niego zgłosiła. A że z Panią Profesor się nie dyskutuje to nie mogłam już się wycofać.
Zabawa podzielona była na dwa dni. Wczoraj usłyszeliśmy pierwszą kolejkę pytań, a dzisiaj resztę. Były one raczej łatwe, stres jednak robił swoje. Kolejni przeciwnicy odpadali, a ja dalej byłam w grze. Nie obyło się bez wpadek, ale nie da się być nieomylnym.
Wreszcie doszliśmy do finału, a wśród finalistów znalazłam się też ja. Czasami biorę pytania na siebie, a innym razem, żeby nie wyjść na samoluba i egoistę, oddaję je innym. Kolejne pytania, kolejne pomyłki przeciwników przerplatające się z ich dobrymi odpowiedziami. W końcu jeden z przeciwników został wyeliminowany, a na placu boju zostałam ja i M. Szliśmy łeb w łeb, chociaż to on miał więcej szans. Wreszcie M. się pomylił i teraz oboje mieliśmy po ostatniej szansie. M. był dobry. A jednak nie podołał pytaniu dotyczącemu nauki zajmującej się badaniem ptaków (to oczywiście ornitologia). Wygrana była moja. Jeszcze tylko podliczenie punktów, gratulacje i niedowierzanie pani kierownik ze stanu mojej wiedzy i dobra zabawa dobiegła końca.
I na koniec pytanie - ile punktów zdobyłam w naszej obozowej wersji teleturnieju "1 z 10"? Dla ułatwienia podam, że przedział liczbowy waha się od 275 do 325.


sobota, 27 lipca 2019

996. W manufakturze słodyczy

Życie na obozie biegnie niczym Irena Szewińska po bieżni. Jeszcze człowiek nie ochłonął po jednym treningu, a już trzeba iść na kolejny. I tak w koło Macieju. Z drugiej jednak strony to wiedziałam na co się piszę więc narzekać nie będę ☺. Jedynie czego żałuję to tego, że nie wziąłem niczego do czytania czy też pisania. A przecież czas przejazdu na basen (ok. 20 minut) można poświęcić na lekturę książki, zaś godzinną ciszę poobiednią na rozwiązywanie krzyżówek i zagadek logicznych, co też bardzo lubię. A tak zostaje mi rozmowa z Młodą i Młodszą.
Wróćmy jednak do obozu. Wydawać by się mogło, że przy tak napiętym planie treningowym nie znajdzie się zbyt wiele czasu na coś innego, zwłaszcza w tygodniu(bo w niedzielę jest trochę luźniej - zamiast czterech treningów są dwa). A tymczasem po śniadaniu pojechaliśmy do manufaktury słodyczy w pobliskich Żarkach.
Wspaniała sprawa! Widziałam taki zakład w Krakowie, bodajże na ulicy Grodzkiej, a w tej w Żarkach były kiedyś dzieciaki w ramach parafialnych półkolonii. Ja jednak nigdy jeszcze nie miałam okazji być w takim miejscu.
Dla wyjaśnienia - manufaktura to miejsce, gdzie prowadzi się ręczny wyrób danych rzeczy. W tym przypadku były to słodycze. Dodatkowo każdy z nas mógł sobie zrobić lizaka w kształcie koła, kwiatuszka lub serca o smaku cytrynowym.
Lizaki robili wszyscy - od najmłodszych obozowiczów po kadrę trenerską, od super sprawnych po tych mniej (ci akurat korzystali z pomocy instruktora). W efekcie każdy wyszedł z pysznym lizakiem w dłoni. A przy okazji odkryłam tajemnice produkcji "odpustowych" cukierków😊. Akurat pokazali nam jak sie je robi - specjalnie wyrozciąganą masę cukrową łączy się z taką, do której dodawany jest wybrany aromat, a następnie takie dwa wałki jeszcze roluje, aż z dwóch powstanie jeden. Następnie trochę się ten wałek spłaszcza, aż w końcu nożykiem odcina po kawałku. I w ten sposób powstaje coś, co ja nazywam "poduszkami", a co można kupić na niemal każdym odpuście parafialnym i nie tylko😆. My też mogliśmy się w nie zaopatrzyć przed wyjściem.
Po opuszczeniu manufaktury przeszliśmy się na ryneķ, gdzie zasmakowaliśmy tamtejszych lodów, a następnie wróciliśmy do ośrodka na obiad.
Po obiedzie i krótkim odpoczynku pojechaliśmy na basen. Wymyśliłam całkiem ciekawe ćwiczenie do tego, z czym mam na razie największy problem, czyli do oddychania podczas pływania kraulem. Na razie ćwiczę samo odchylenie się z wdechem płynąc z piankową pałeczką przed sobą. Czasami jeszcze krztuszę się wodą, ale w większości prób osiągam zamierzony efekt. W poniedziałek trzeba spróbować dołożyć do tego ręce i zobaczymy co mi wyjdzie.
Wieczorem mieliśmy grać w "1 z 10", ale prezes załatwił przejazd bryczką. A teleturniej został przeniesiony na jutro. Przynajmniej w teorii.

piątek, 26 lipca 2019

995. Niczym sęp

Czasami ktoś mnie pyta co najbardziej mi przeszkadza w życiu codziennym to moja odpowiedź czasami szokuje. Bo to nie moje krzywe dłonie, chwiejny chód, czy też niewyraźną wymowę. Wbrew pozorom nie uważam tego za jakieś szczególne ograniczenie, co nie oznacza, że nie utrudniają mi one życia. Bo przecież od czasu do czasu wywinę orła na ulicy, nigdy nie będę mistrzem ręcznego pisania ani retoryki. Z tym jednak da się zaprzyjaźnić. To, czego najbardziej w sobie nie lubię i nie akceptuje, to... jedzenie.
Jeżeli czytaliście lub oglądaliście "Cudownego chłopca", to zapewne kojarzycie scenę ze stołówki szkolnej, kiedy August porównuje swoje jedzenie do jedzenia żółwia. Wiecie, długo myślałam nad tym fragmentem i całkowicie rozumiem sytuację tego fikcyjnego chłopca. Bo może nie jem jak żółw, ale jak sęp na pewno.
Myślę, że każdy z Was wie w jaki sposób jedzą sępy. One nie przeżuwają padliny, tylko ją połykają. I ja tak samo. Jasne, padliny nie jem, ale też, z powodu porażenia mięśni żuchwy, nie gryzę dokładnie pożywienia, tylko łykam je w całości... Przyznajmy to szczerze, nie dość, że nieciekawie to wygląda, to jeszcze jest mało bezpieczne. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy miałam "kryzysową" sytuację. I to bez względu na to czy jem płyny, czy stałe pokarmy. Żeby była jasność - napojami też się krztuszę. Na szczęście sytuacja zawsze jest opanowana. Wiem, że muszę uważać i uważam. Inaczej by mnie z Wami nie było. Chociaż patrząc na moich znajomych to mogę czuć się szczęściarą - niby mam ślinotok (efekt uboczny mpd.) to jednak opanowałam przełykanie tak, że ślina nie kapie mi po brodzie. Czasami oczywiście coś mi tam poleci, tragedii jednak nie ma.
Wydawać by się mogło, że z takim, powiedzmy, deficytem, moje życie towarzyskie jest ograniczone. A tymczasem chodzę ze znajomymi na pizzę, czasami jem u nich coś. Jeżdżę też na różne zawody, wycieczki i inne akcje, gdzie też muszę coś jeść. Na szczęście jem w towarzystwie osób, które znają mnie i moje problemy. I chociaż dla innych mogę jeść jak sęp, dla nich będę tylko znajomą z takimi a nie innymi problemami.

czwartek, 25 lipca 2019

994. Zmęczenie jednak bierze górę

Dzisiaj chyba zrobiłam swój własny rekord w pływaniu na basenie. Okazja ku temu była idealna - dwa treningi pływackie na zawierciańskim basenie. Ile przepłynęłam? Nie mam pojęcia, przestałam liczyć po 10 nawrotce. Ćwiczyłam kraula, a to wbrew pozorom wymaga skupienia i nawet głupie liczenie może wybić z rytmu. Co prawda mojemu kraulowi daleko jest do prawidłowości(dlatego podziwiam Młodą, że udało jej się zsynchronizować te wszystkie ruchy + wdechy oraz wydechy), ale szczerze mówiąc to wcale się tym nie przejmuje. Tak jak to już kiedyś napisałam - nie muszę być we wszystkim najlepsza, wolę być gdzieś pośrodku. A poza tym nie od razu Kraków zbudowano, czyż nie? Mnie już cieszy to, że potrafię utrzymać się na wodzie, kilka razy machnąć nogami i rękami. Mam kłopot z oddychaniem(wydech robię bez problemu, schody zaczynają się przy wdechu), to fakt, ale i to kiedyś opanuję. A przynajmniej na to liczę.
Poza tym w naszym pokoju trwają prawdziwe rozgrywki w "UNO" i "5 sekund". "UNO to zmodyfikowana gra w karciane makao. W sumie to to samo, tylko trochę prostsze. A "5 sekund" niektórzy z Was mogą kojarzyć z programu "Kocham Cię Polsko". Pytanie o trzy rzeczy i tylko tytułowe 5 sekund, aby na nie odpowiedzieć. Gram ostatkiem sił, zwłaszcza w rękach(ciekawe, czy jutro będę w stanie nimi ruszać), ale gram, chociaż organizm wyraźnie domaga się odpoczynku. Odpocznę w domu, a teraz jest idealny czas na działanie.

środa, 24 lipca 2019

993. W jaskini

Jakieś cztery lata temu pisałam, że nie lubię jaskiń. A dzisiaj to potwierdzam. Ponownie byliśmy w tej co wtedy. I ponownie się do niej nie przekonałam. Jak dla mnie jest za zimno. I za ślisko. W dodatku nie ma się chwilami czego złapać. Bo ścian teoretycznie się trzymać nie powinno. Ale wiadomo - jak nie ma poręczy to człowiek zadawala się chociażby tym kawałkiem śliskiej ściany. Zwłaszcza kiedy ma się problem z utrzymaniem równowagi. Dlatego jaskinie zostawiam wciąż malejącej populacji nietoperzy oraz badaczom ich wnętrz, a ja wracam do biegania i pływania, zaś jaskinie wolę podziwiać na zdjęciach.

wtorek, 23 lipca 2019

992. Obozowe życie

Obozowa rzeczywistość dopadła nas już dzisiaj. Poranny, przedpołudniowy, popołudniowy i wieczorny trening to chleb powszedni. Ale z drugiej strony kiedy ma się robić formę, jak nie teraz? Podoba mi się jednak to, że treningi są urozmaicone. Że wypad na basen też można pod nie podciągnąć. Dzisiaj był jeden basen, ale czasami są dwa. Na razie pływam na płytkim torze, przed głębokim mam jednak pewne obawy. Zwłaszcza że o ile pływanie na plecach jeszcze jako tako mi idzie, o tyle na brzuchu to jakaś porażka. Na szczęście są trenerzy, więc jest szansa na wyszlifowanie pewnych wzorców. Przynajmniej mam taką nadzieję. Oj, poprawi się wytrzymałość, poprawi. Bo nad szybkością trzeba jeszcze popracować... A oprócz basenu była jeszcze sala gimnastyczna, gdzie były gry i zabawy. Bo kto powiedział, że sport musi być poważny, prawda?

991. Czas podreperować formę

Witam Was wszystkich już z Huciska. Pogoda u nas taka, że ludki były dzisiaj aż dwa razy na basenie. A że my z Młodszą dojechałyśmy po południu, to nas to ominęło. Dobrze, że na obiekcie był prezes naszego oddziału "STARTU", przynajmniej nie siedziałyśmy na progu. Ogólnie to trochę boję się młodszej, że w związku z tym, że ma już 18 lat i jest bez rodziców, a w związku z tym może "szaleć", ale to już powinno być ponad mną. Wieczorem zamiast kolacji było ognisko, na którym wszyscy się zapoznali. Jest sporo nowych osób, ale są też starzy znajomi, którzy na obozy sportowe jeżdżą od lat. Przy okazji, dzięki cynkowi od znajomego, zapisałam się na kolejną edycję "Biegać jest Bosko". I już jest kolejna motywacja do trenowania.

niedziela, 21 lipca 2019

990. Na walizkach

Ledwo wróciłam z zawodów w Bydgoszczy, a już jutro przyjdzie mi jechać na dziewięciodniowy obóz sportowy do Huciska. Obóz co prawda trwa dziesięć dni, ale przez zawody w Bydgoszczy jeden dzień mamy w plecy. No cóż, jeszcze nie opanowałam sztuki bilokacji, czy też rozdwajania się. Ale może kiedyś... Ostatnie pranie nastawione na noc, jutro ostatnie dopakowanie rzeczy i pora będzie ruszać w dalszą drogę. Mruczanta-Pusianta tylko okiem łypie i kombinuje jak tu wskoczyć do mojej torby i pojechać razem ze mną. Pojedzie, ale do mojego rodzinnego domu.
Jeżeli pytacie mnie czy mi się chce to odpowiadam szczerze - tak, chce mi się. Wyjaśnijmy sobie jednak jedno - na obóz sportowy nie jedzie się po to, aby wypocząć, ale po to, aby nabrać formy poprzez treningi. A treningi są aż cztery razy dziennie - rano, przedpołudniem, popołudniu i wieczorem. Oczywiście o ile nie ma jakiejś dyskoteki, ogniska czy innej zaplanowanej atrakcji. Kiedyś obliczyliśmy z kolegą, że średnio wychodzi 7-8 godzin treningu na dzień. Dużo, ale taka jest obozowa rzeczywistość. I to bez względu na pogodę. Trenujemy i w upał, i w deszcz(a dawniej to nawet i w zamieć śnieżną). No, może w gradobicie dajemy sobie spokój oraz kiedy ktoś jest kontuzjowany, ale to są jedyne wyjątki. Odpoczywa się dopiero po powrocie do domu.
Ma to też swoje dobre strony - po zawodach wiem nad czym trzeba pracować, więc jest szansa, że zredukuję niektóre negatywne wzorce ruchowe. No i czas przygotować się do 5-kilometrowego biegu "Biegać jest Bosko".
Pozytywne jest w tym wszystkim to, że czasami zamiast treningu lekkoatletycznego jedzie się z pływakami na basen, gdzie można odpocząć pluskając się w wodzie. Oczywiście jak od września zdecyduję się na pływanie, to będzie mnie jeszcze obejmował w przyszłości trening pływacki. Za trening mogą służyć też gry i zabawy na boisku. Wszak tam też nieraz się biega. Szkoda tylko, że nie mogę wziąć ze sobą roweru. Ale po pierwsze - nie jest on mój, po drugie - muszę go jutro zwrócić, a po trzecie - nie za bardzo mam go jak przewieźć na miejsca obozu. Trudno.
Pomiędzy zajęciami sportami też się dużo dzieje. Kto wie, być może pozwolą przeprowadzić mi kilka zabaw znanych z Oratorium... Na obozie spotkam się też z Młodą i Młodszą i prawdopodobnie będę z nimi dzieliła pokój. Młoda jest od dzisiaj, my z Młodszą docieramy dopiero jutro. Jakby coś się działo w pokoju to wszystko zostanie w rodzinie.
Na obóz planuję wziąć smartphone, więc będę się odzywać co u mnie, będę też starała się być na bieżąco z Waszymi wpisami. Jednak z przyczyn technicznych mogę mieć problem z komentowaniem. Mam nadzieję na wyrozumienie w tej sprawie. Jeżeli uda mi się znaleźć ładowarkę do aparatu, to po powrocie do domu postaram się wrzucić jakieś fotki do postów. Niestety, nie jestem w stanie robić zdjęć aparatem fotograficznym wbudowanym w smartphone. A kabelka na złość jak nie było tak nie ma...

sobota, 20 lipca 2019

989. Te małe i te wielkie kroki

Pół wieku temu podczas lądowania na księżycu padły słowa "to mały krok dla człowieka ale wielki dla ludzkości". Różne są teorie co do tego, czy lądowanie było autentyczne, czy też sfingowane na pustyni bądź Islandii(kontrowersje wzbudza m.in. widok flagi trzepoczącej na wietrze na filmie nagranym podczas tego lotu, kiedy na księżycu nie ma wiatru). Chcę wierzyć, że było to autentyczne wydarzenie, że człowiek spełnił marzenie, które go męczyło od zarania dziejów. Zawsze chcieliśmy być blisko gwiazd, a tamtego dnia byliśmy bliżej, niż można było. Wszak księżyc to przecież też gwiazda. Wielki dzień, który był być może preludium do kolonizacji kosmosu. Nie wiem, czy to nastąpi za 10, 50, 100 lat, a może jeszcze później. Wiem, że to kiedyś się stanie.
Ten dzień na zawsze już zapisał się na kartach historii.
Ale i każdy z nas codziennie stawia kroki dla ludzkości. Jedne z nich są duże, a inne wręcz niepozorne. Jedne zostaną zapamiętane na długo, inne zapomniane już niebawem. Z jednych będziemy dumni, innych będziemy się wstydzić. Stawianie odpowiednich kroków jest trudne, wymaga przemyśleń i analizowania nie tylko naszych zachowań, ale i skutków. Czasami możemy być tym zmęczeni... Warto wtedy na chwilę odpocząć. Odpocząć po to, aby stawiać kolejne i kolejne kroki. Aż po kres swoich dni. Odpocząć, ale się nie poddawać. Bo tylko tak możemy dojść tam, gdzie chcemy. Czy gdyby człowiek zrezygnował z chęci podboju kosmosu to udałoby mu się polecieć w przestworza? Czy gdyby o tym nie marzył, to nie wybudowałby w końcu rakiety, która zawiozła go na srebrny glob? Małymi kroczkami jesteśmy w stanie spełnić nasze marzenia i pragnienia, a nawet uczynić coś dla ludzkości.

piątek, 19 lipca 2019

988. Potrzeba matką wynalazków

Ogólnie rzecz biorąc to powiedzmy, że było dobrze. Dobiegłam, więc plan został zrealizowany. Jedyne co mnie rozczarowało to uzyskany czas. Niby nie spodziewałam się cudów, ale takiego rezultatu też nie. Inaczej mówiąc liczyłam na życiówkę. Ale się nie udało i tyle. Płakać nie będę, bo nie ma o co. Mogę  co najwyżej wyciągnąć odpowiednie wnioski. Taka postawa jak najbardziej mi odpowiada i pozwala mi zachować złoty środek. Jest nad czym pracować.
Na stadionie przekonałam się, że biegać każdy może, a potrzeba jest matką wynalazków.
Ostatnio do sportu osób niepełnosprawnych weszła nowa dyscyplina - RaceRunning. W każdym razie wszystko polega na tym, że zawodnik jest sadzany na odpowiednio skonstruowany trójkołowy rower (który ma zmodyfikowany tył), opiera się o taką podporę w okolicy klatki piersiowej i odpychając nogami(rower nie ma pedałów, ani poprzecznej rury łączącej tylne koła) przesuwa do przodu, a dzięki kierownicy skręca. Takie rozwiązanie pozwala "biegać" nawet ludziom z dużym zachwianiem równowagi. Jak dla mnie rewelacyjne rozwiązanie. Coraz więcej dyscyplin sportowych jest dostępnych dla coraz większego grona niepełnosprawnych. Wystarczy tylko trochę je zmodyfikować.
Mam nadzieję że ta nowa dyscyplina sportu będzie zdobywać coraz większe grono zwolenników i zawodników, a może nawet wejdzie do programu igrzysk paraolimpijskjch. 

czwartek, 18 lipca 2019

987. Klasyfikacyjna niespodzianka

Całą podróż pociągiem do Bydgoszczy zastanawiam się, jaką dostanę klasyfikację sportową ze względu na moją sprawność - czy zostanę przy dotychczasowej 36, czy też "awansuję" na sprawniejszą 37.
Dla mnie osobiście 36 jest lepsza. Wiadomo, za dłuższy czas biegu otrzymam więcej punktów przy 36 niż przy 37. Więc każdy chce otrzymać jak najniższą klasę. Z drugiej strony orzecznictwo sportowe niczym się nie różni od innych orzecznictw i tak naprawdę wszystko zależy od interpretacji odgórnych przypisów przez orzekającego. Jest więc rosyjska ruletka. Jednego mogłam być jednak pewna - nie "zeskoczę" z 30 zarezerwowanej dla mpd, skoro mam stwierdzoną taką przyczynę niepełnosprawności przez lekarza.
Podróż z Katowic do Bydgoszczy trwała 7 godzin i przed 18 wysiadłam na Dworcu Głównym. Jeszcze tylko musiałam dostać się na Stadion Zawiszy, gdzie odbywała się owa klasyfikacja. 
Co prawda byłam tam już kilka razy, ale ostatnio 8 lat temu i zawsze samochodem trenerki. Teraz byłam zdana sama na siebie. Uzbrojona w adres stadionu, pytając się ludzi, jakoś dotarłam na miejsce.
Tam chwilę odczekałam i weszłam do odpowiedniej sali. Siedzący wewnątrz mężczyzna trochę się zdziwił, bo mnie kojarzył i od razu się pyta czy nie byłam już klasyfikowana. Odpowiedziałam mu, że tak, ale dawno temu i trener kazał jeszcze raz iść na komisję. Mężczyzna spojrzał na moje ręce (spastyka spowodowana nerwami wzięła górę), kazał przejść się normalnie, na palcach i na piętach, zapytał co trenuję i jaki mam czas i ku mojemu zaskoczeniu dał mi aż 35. 
Tydzień temu pisałam, że dobrze będzie jak dostanę 36. O 35 nawet nie marzyłam. W sumie nawet nie znam dokładnych kryteriów przyznawania poszczególnych klasyfikacji, tylko ogólne. Może przy 35 spastyka też jest brana pod uwagę? A może ta grupa jest tylko na chwilę?
Jakkolwiek by nie było, proszę, trzymajcie się za mnie kciuki jutro ok. 17.55. Żebym pobiegła zgodnie z zamiarem. Może nie po medal, ale po życiówkę...

wtorek, 16 lipca 2019

985. To może zostańmy przy czterokończynowym porażeniu mózgowym...

Byłam dzisiaj u lekarza sportowego w celu podbicia książeczki sportowej. Bez tej jednej pieczątki mogłabym tylko pomarzyć o starcie we wszelkich zawodach. To jeszcze jeden dowód na to, że sport osób niepełnosprawnych to nie zabawa, a prawdziwa rywalizacja z prawdziwym potem i prawdziwymi sukcesami i porażkami. I żeby dopuścić nas do startu w zawodach na poważniejszym stopniu, potrzebujemy zaświadczenia lekarskie, że wszystko z naszym zdrowiem jest jak najbardziej w porządku. Wiecie, może to i lepiej, bo w sumie jesteśmy bardziej narażeni na wszelkie kontuzje. 
Dotąd to szkoła albo klub sportowy załatwiali nam te badania w szpitalu w Katowicach, albo jakiejś prywatnej przychodni w Chorzowie. Pamiętam jak kilka razy zrywałam się z lekcji w liceum lub zajęć na uczelni(bo za czasów podstawówki i gimnazjum byliśmy oficjalnie zwalniani z lekcji), aby na nie dotrzeć. Ale jak już pisałam, nie ma badań, nie ma startu w zawodach. Na szczęście wystarczy jedna wizyta do roku, więc moja frekwencja bardziej cierpiała np. z powodu zawodów niż tych badań. 
Teraz jednak musieliśmy sobie sami załatwić te badania. Na szczęście ostatnio otwarto w moim mieście prywatne centrum medyczne, w którym przyjmuje także lekarz medycyny sportowej. Dla mnie to wspaniała wiadomość, bo nie muszę jeździć i szukać po całej aglomeracji. Dwa tygodnie temu poszłam dowiedzieć się o możliwość wizyty i od razu został mi wyznaczony termin na dzień dzisiejszy. Z jednej strony się cieszyłam, że udało się wszystko załatwić, a z drugiej trochę obawiałam. Wiecie, zawody lada dzień, a co ja zrobię, gdy lekarz zobaczy takiego krzywego człowieka jak ja i powie, że mnie nie widzi w zawodach. I na nic się zdadzą tłumaczenia, że trenuję od prawie 15 lat. Gdzie ja znajdę lekarza na już? Uwierzcie mi, przez prawie 29 lat dowiedziałam się jak wiele zależy od interpretacji mojego stanu przez lekarza. I różnie z tym bywało, chociaż przyznam, że w większości przypadków były to przychylne interpretacje.
Wiedziałam jednak, że nic nie wskóram siedząc w domu i zamartwiając się. Jak już się umówiło na wizytę to trzeba na nią iść. Ale wcześniej trzeba potwierdzić ją telefonicznie. Jak już pisałam wielokrotnie, wada wymowy niejednokrotnie blokuje mnie w tej kwestii. Ale przecież mieszkam samodzielnie i muszę sobie radzić w każdej sytuacji. Zadzwoniłam, spokojnie wyjaśniłam w czym rzecz, potwierdziłam wizytę. A potem na nią poszłam tą samą drogą, którą chodziłam do liceum. Analizowałam różne ścieżki, a ta wydaje mi się najkrótsza. 
W centrum medycznym poszło mi w miarę sprawnie. Odhaczyłam swoją obecność, dostałam jakąś kartkę i poszłam pod odpowiednie drzwi. Po chwili zostałam wywołana. Nieśmiało weszłam do gabinetu, w którym siedziała lekarka w średnim wieku. Pokrótce wyjaśniłam jej o co chodzi. Na szczęście i na takie przypadki jak ja została przeszkolona. Kazała mi wykonać kilka ćwiczeń, a każde "odstępstwo od normy" nazywała innym terminem medycznym. Wiecie, zawsze mówię, że mam dziecięce porażenie mózgowe bez dodatkowej terminologii, ani szczegółów(z wyjątkiem alergii pokarmowej, ale to też według mnie inna kategoria, która może dotyczyć każdego). No, może czasami dodaję, że czterokończynowe. Jakoś nie lubię chwalić się na lewo i prawo szczegółami. A tutaj słyszę: spastyka, atetoza, zespół piramidowo-pozapiramidowy, dys-cośtam i jeszcze kilka innych schorzeń. 
O matko... Jakbym miała tak zawsze się przedstawiać, to wyszłabym na jakiegoś biednego, pokrzywdzonego przez los człowieczka. A gdybym jeszcze miała do tego dodać te wszystkie poboczne schorzenia... Nic, tylko do grobu się kłaść. A jednak mam tylko umiarkowany stopień niepełnosprawności. Więc nie jest jeszcze tak ze mną źle, nie "spisano mnie jeszcze na straty"😄. I ja też nie zamierzam przejmować się moją niepełnosprawnością oraz schorzeniami. Bo dzięki nim jestem oryginalna. A zresztą już się przyzwyczaiłam do wszelkich ograniczeń. I cieszę się, naprawdę się cieszę, że te ograniczenia nie ograniczają mojego życia.
A w codzienności zostaną jednak przy czterokończynowym dziecięcym porażeniu mózgowym. Bo jakoś w dalszym ciągu nie chcę wtajemniczać wszystkich w inne sprawy.
Pomimo tego wszystkiego dostałam zezwolenie na start w zawodach. Mimo wszystko.

poniedziałek, 15 lipca 2019

984. Pisarska niemoc

Siedzę sobie wieczorową porą. Siedzę i myślę co tu mądrego napisać. I w sumie nic nie przychodzi mi do łebka. Niby spędziłam cały dzień ze Skowronkiem(rany, jaki się on wygadany po tej czwartej klasie zrobił), niby zbudowaliśmy z klocków lego całą Panamę, niby z cztery razy mi się oświadczył... A jednak nie wiem jak o tym napisać. Więc zamiast pisać wrzucę Wam piosenkę, którą słuchaliśmy niemal cały czas.
Poza tym wreszcie zrobiłam porządek w papierach.
I dowiedziałam się, że Archimedes dostał się do liceum. W jego przypadku dużego wyboru nie miał, bo podobnie jak ja, chciał się uczyć w szkole, a nie na nauczaniu indywidualnym w domu. Na szczęście obierana przez niego szkoła zwiększyła liczbę klas pierwszych z dwóch do czterech. Także cieszę się razem z nim.

niedziela, 14 lipca 2019

983. Takim to niestraszny ani deszcz, ani zimny wiatr, ani nawet wysokie wzniesienia

Dzisiaj miałam okazję ponownie być wolontariuszem podczas drugiego z cyklów biegów "Beskidzkiej Trójki". Jak wiecie z wcześniejszych wpisów na blogu, w maju udało mi się załapać na pierwszą część, która odbywała się w ramach "Dni Wadowic". Wtedy trasa biegu wiodła od rynku ulicą Mickiewicza(tą, na której znajduje się słynne liceum, a kiedyś gimnazjum, im. Marcina Wadowity), potem w stronę Choczni, gdzie trasa zakręcała i następnie biegło się do przepięknej Zawadki, z Zawadki trasa biegła ku kościoła św. Piotra, będącego wotum wadowiczan za uratowanie z zamachu Jana Pawła II, a stamtąd już prosto biegło się na rynek, gdzie ulokowana była również meta. Gdyby nie to, że trasa mierzyła 10 kilometrów, to z chęcią bym sobie nią pobiegła. Znam jednak swoje możliwości i ograniczenia i wiedziałam, że dystans nie dla mnie. Chciałam jednak jakoś zaangażować się w bieg, dlatego zgłosiłam się do wolontariatu. Dzięki temu mogłam chociaż w ten sposób coś zrobić.
Dzięki niesamowitej atmosferze "V Biegu Wadowickiego" oraz temu, że organizatorzy sami zaprosili mnie do udziału jako wolontariusz w następnych etapach cyklu, z utęsknieniem wypatrywałam zawiadomienia o naborze na wolontariuszy na dzisiejszy bieg górski. Tak wypatrywałam, że go przegapiłam... Sama nie wiem jak tego dokonałam. Mimo wszystko wysłałam swoje zgłoszenie, nie spodziewając się za dużo. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy po kilku dniach odezwała się do mnie koordynatorka wolontariuszy i potwierdziła moje uczestnictwo w wolontariacie. A więc kochani, nigdy, ale to nigdy, nie traćcie nadziei.
Do Wadowic pojechałam wczoraj wieczorem, a potem jeszcze 5 kilometrów szłam do położonego przy trasie wiodącej z Wadowic do Suchej Beskidzkiej "Młyna Jacka". Mój tata pamięta jeszcze czasy, kiedy tam był prawdziwy napędzany wodą młyn, do którego jeżdżono wozem po mąkę. Dzisiaj jest tam 4-gwiazdkowy hotel. To tam ulokowana była start i meta biegu, jak również biuro zawodów. Dzięki uprzejmości pań z recepcji mogłam przeczekać w środku do rana. Bowiem o 5:30 była odprawa wolontariuszy, a już od 6:00 siedziałam w depozycie, do którego zawodnicy składali swoje rzeczy. W sumie niezłe zajęcie - jedyne co trzeba zrobić, to nakleić karteczkę z numerkiem zawodnika na jego rzecz, a następnie siedzieć i pilnować. Miałam ze sobą książkę, to się nie nudziłam. Na początku trochę żałowałam, że nie zaproponowałam stania na punkcie na Leskowcu, skąd miałabym dosłownie trzy kroki od babci, ale jak zobaczyłam za oknem oberwanie chmury, to w duchu dziękowałam, że jestem dzisiaj wewnątrz budynku.
Zawodnicy mieli tym razem do wyboru trzy trasy biegowe - 42, 21 oraz 11 kilometrów. Wszystkie biegły przez malownicze lasy, które porastały zbocza wzniesień tamtejszych Beskidów. Sama od dziecka z nabożnością je przemierzałam, za każdym razem zachwycając się ich pięknem oraz przydrożnymi figurkami i kapliczkami. W ten sposób zrodziła się moja miłość do gór, do wędrówek po nich, która trwa po dzień dzisiejszy. I pewnie też pobiegłabym z nimi, gdybym nie była świadoma własnych ograniczeń. Bałabym się biec przy normalnej pogodzie, a co dopiero w środku ulewy, kiedy można jeszcze szybciej wywinąć orła na mokrych kamieniach i opadłych liściach. 
Ale zawodnicy biegli. Biegli nie zważając na uderzający w nich deszcz, ani chłodny wiatr. Biegli, bo to kochają. I dobiegli. Wszyscy! Najszybszy maratończyk potrzebował na to zaledwie 3 godziny i 21 minut, półmaratończyk - 1 godziny i 45 minut, a uczestnik biegu na 11 kilometrów - niecałych 50 minut. Każdy uczestnik biegu otrzymał pamiątkowy medal, owoce i kremówkę, zaś dla najlepszych biegaczy czekały statuetki.
Pomimo deszczu i przemoczenia wszyscy biegacze byli raczej zadowoleni. Na tych najbardziej zmęczonych i wykończonych czekali masażyści, którzy kilkoma wprawnymi ruchami przywracali do sprawności ich przemęczone mięśnie.
Jak już wcześniej pisałam, akurat ten dzień spędziłam w depozycie. Ma to swoje dobre strony, bo nie musiałam np. moknąć w deszczu, ale ma i złe, bo nie widziałam wszystkiego na żywo. Każde doświadczenie jednak może się przydać, dlatego nie marudzę.
Dzięki uprzejmości organizatorów odwieziono mnie na dworzec autobusowy w Wadowicach. Był to duży plus, ponieważ w niedzielę nie jeździ tamtędy właściwie żaden bus, którym można by było podjechać do miasta. Zawsze można iść na nogach te pięć kilometrów, ale skoro była okazja, to szkoda nie skorzystać. Po drodze minęliśmy m.in. szkołę zawodową, do której uczęszczał mój tata, a gdzie nauczycielem był dziadek koordynatorki wolontariatu. Kto wie, może nawet uczył mojego rodziciela? Z dostaniem się busem z Wadowic do Krakowa nie było problemu - busy jeżdżą co chwilę. Potem tylko odczekałam z godzinę na busa jadącego do Sosnowca. Do domu wróciłam po 19:00. W sumie jestem tak zmęczona, że chyba odpuszczę sobie dzisiejszy angielski, ale jutro za to zrobię dwie lekcje.
Trzeci z cyklów biegowych odbędzie się w listopadzie w Inwałdzie. Czy będę? Mam nadzieję, że tak. A przy okazji być może wreszcie spełnię moje marzenie i zwiedzę tamtejszy park miniatur. To może być idealna ku temu okazji...

sobota, 13 lipca 2019

982. Jeżeli ktoś myśli, że sport niepełnosprawnych to żaden sport...

Kilka lat temu jeden z polityków porównał paraolimpiadę do sportu dla debili. Zabolało, i to nie ze względu na to, że sama jestem osobą niepełnosprawną, ale dlatego, że sama uprawiam sport. To był jeszcze ten czas, gdzie godziłam lekką atletykę z pływaniem ze studiami, z oratorium i z tysiącem innych rzeczy. I jakoś nie czułam się ani gorsza, ani tym bardziej debilem. Bo sport osobom takim jak ja może dawać wiele satysfakcji, też możemy zdobywać złote medale i ustanawiać rekordy świata a historia Lauren Woolsteicroft doskonale tego dowodzi.

Jej historia pokazuje, że niemożliwe nie istnieje. A wideo o niej momentalnie podbiło serca internautów. Dziś nic lepszego nie zobaczycie.
Kiedy rodzi się niepełnosprawne dziecko, szanse na to, że któregoś dnia zdobędzie złoty medal wynoszą 1:997 500 000. Ale nie są zerowe. Poznajcie historię Lauren Woolsteicroft, zdobywczyni 8 złotych medali paraolimpijskich, która urodziła się bez nóg.

Urodziła się bez lewej ręki poniżej łokcia oraz bez obu nóg poniżej kolan, zaczęła jeździć na nartach w wieku 4 lat. Już dekadę później uprawiała ten sport wyczynowo. Niewiele brakowało jednak, by Kanada wcale nie miała najlepszej niepełnosprawnej olimpijki w historii. Woolstencroft pierwotnie przygotowywała się do startów w jeździectwie. Jazda konna znudziła jej się w 14 roku życia i - za namową przyjaciółki - Lauren zapisała się do Alberta Disabled Alpine Teamu.
Trafiło mnie to od razu i gdy tylko spróbowałam ścigania się na nartach, zakochałam się w tym sporcie - miała powiedzieć zawodniczka z Calgary.
Już pierwsze igrzyska paraolimpijskie, w których wzięła udział, pokazał niesamowity talent 20-letniej wtedy Kanadyjki. Z Salt Lake City przywiozła trzy krążki - brązowy za slalom gigant oraz złote za slalom i supergigant.
Nie oczekiwałam niczego. Nie miałam pojęcia co z tego wyjdzie, ale zdobyłam więcej niż mogłam sobie wymarzyć - powiedziała Woolstencroft po zawodach. - Wiedziałam, że nawet jeśli nie poradzę sobie najlepiej, to przynajmniej zyskam doświadczenie.
Rok przed kolejnymi igrzyskami Kanadyjka zdobyła dyplom z elektrotechniki i od tamtej pory łączyła sport z obowiązkami zawodowymi. Nie przeszkodziło jej to jednak w stanięciu na najwyższym stopniu podium w gigancie, do którego dołożyła srebro w supergigancie. Tu kariera młodej zawodniczki po raz kolejny stanęła pod znakiem zapytania, bo Woolstencroft rozważała zawieszenie butów na kołku. Przekonał ją fakt, że cztery lata później igrzyska miały odbyć się w jej rodzinnym kraju.
Udział w X Zimowych Igrzyskach Paraolimpijskich w Vancouver sprawił, że narciarka na stałe zapisała się w annałach nie tylko kanadyjskiego, ale i światowego sportu. Na stokach Whistler Creekside nie miała sobie równych. Zwyciężyła we wszystkich pięciu konkurencjach alpejskich - slalomie, gigancie, supergigancie, zjeździe i superkombinacji. Dało to Kanadzie siedem złotych krążków na jednych igrzyskach - najwięcej w historii. Sama Woolstencroft stała się pierwszą paraolimpijką zimową, która zdobyła pięć złotych medali na jednej imprezie i pierwszą olimpijką kanadyjską, która dokonała tej sztuki. Wyrównała też rekord Chantal Petitclerc i Stephanie Dixon, które mogą pochwalić się takim samym rezultatem na letnich paraigrzyskach. Ukoronowaniem występów w Vancouver było niesienie kanadyjskiej flagi na ceremonii zamknięcia igrzysk.

źródło: https://www.deon.pl/po-godzinach/dobra-reklama/art,149,urodzila-sie-ciezko-niepelnosprawna-jej-szanse-wynosily-1-do-997-500-000.html

piątek, 12 lipca 2019

981. Jeszcze jedna historia ocalonej z rzezi wołyńskiej

Wczoraj podzieliłam się z Wami recenzją książki Anny Herbich "Dziewczyny z Wołynia". Dzisiaj, skoro jesteśmy jeszcze w klimacie wczorajszej rocznicy, postanowiłam podzielić się z Wami znalezioną w Internecie jeszcze jedną historię kobiety, która przeżyła tamten pogrom. Sprawdziłam, nie została ona zamieszczona we wspomnianej przeze mnie książce. Niemniej jest ona godna według mnie uwagi. Zapraszam więc do lektury, chociaż uprzedzam, jest to dosyć mocny artykuł napisany przez Dominikę Cichą.

"Mąż szukał w pogorzelisku kości dzieci". Przeżyła ludobójstwo z rąk UPA
BYŁA NA LIŚCIE DO WYMORDOWANIA
Archiwum autorki

Stanisława przeżyła we wsi pierwszą wojnę i kawałek drugiej. Wesele siostry, co za Ukraińca poszła, pięć porodów i budowę domu, o którym z Janem marzyli, też we wsi przeżyła. Ale tamtej nocy miała nie przeżyć. Posłuchajcie jej opowieści.

Jak nadchodziło południe, już wiedzieliśmy, co będzie tej nocy. Naprzeciw nas palili niektóre wioski, napadali. Ludzie gadali, że kogoś porwali i zastrzelili, że paznokcie obrywali. Podobno w lasach pod Lwowem się uczyli, co z Polakami mają robić. Był taki Władek, zdolny chłopak, co z lepszymi się umawiał i radzili, co tu robić. Potem go z dziewczyną w lesie znaleźli zakopanych.
U nas by jeszcze więcej wymordowali, ale jeden miał żonę z sąsiedniej wioski. Poszła do rodziców i kiedy wracała, widziała, że w lesie jakieś ludzie są. Broń mają, drągi. Przyszła do domu i powiedziała. I tak jakoś jedni drugim dawali znać. Niby była lista Polaków do wymordowania, 36 nazwisk z naszej wsi na niej było. I Polacy dobrze wiedzieli, którzy są na tej liście, a którzy nie. Ale każdy myślał: na co im ja? Tych aktywnych wezmą, a ja im niepotrzebny.
Tamtego dnia mąż mówi: "ja dzisiaj będę w domu nocował". Całą zimę nie nocował - albo gdzie u dziadków, albo na strychu. Miał przy sobie widły i dwa granaty. I to było wszystko. "Ja taki zmęczony, że ja nigdzie nie pójdę. Ale pamiętaj, jakby ktoś przyszedł, choćby stryj, to żebyś w oknie nie stała, bo mogę wtedy rzucić granatem. A jak będą mnie wołać, to powiesz, że poszedłem tam, gdzie wódkę robią i nie przyszedłem jeszcze" - mówił.
Ludzie się już wtedy bali. Taki był strach, że ta noc... Kto wie, jaka będzie?

Zbrodnia w Derżowie
Dałam dzieciom łaszki, w których codziennie chodzą, żeby trzymały w nocy, zapięły, jak będą uciekać. I buty na nogi.
W nocy słyszę "dududududududu" po kładce. Mówię do córki: "Marysia, wstawaj, ktoś jest". A to brat męża i sąsiad. "Gdzie twój chłop jest?" - pytają. A oni nieraz tak robili - bagnet przystawiali i kazali wywoływać. Więc ja mówię, że nie wrócił. A oni na to: "To tyleś go widziała. Tam już wymordowali". Kto? - pytam, bo wcześniej niemieccy żołnierze - a to Ukraińcy byli przebrani - po wsi chodzili i mówili, że żołnierz z frontu zdezerterował i we wsi być musi. To taka pułapka była. Myślałam, że może to Niemcy mordują. Ale Mikołaj mówi: "Ukraińcy palą!". Sąsiady.
Powiedziałam mu w końcu, że mąż na górze jest. A ten mówi, że nie będzie uciekał, tylko idzie i Ukraińców zabije. Niby dwa granaty miał, ale nieraz kupili przecież karabin, a on nic. Chcieli takiego Władka Najborowskiego obronić, co go żywcem palili. Ale nie strzeliło to i nic z tego nie było.
Ten Najborowski przyjechał do domu, dzieci poszły konie rozbierać, krowy doić, a on poszedł kolację jeść. Żona właśnie chleb piekła. Jak zobaczył, że dzieci już mordują, a córkę Stasię razem z krową żywcem palą, to wiedział, że nic nie zrobi. Po drabinie wszedł na górę, ale drabiny nie zostawił. Jak żona zobaczyła, że drabiny nie ma, to deski wyrwała z drugiej strony i pobiegła za żywopłot. Jak uciekała, to jej udo przestrzelili. "Uciekajcie do lasu, dzieci swoje ratujcie, bo widzicie, że ze mnie krew leci, a moje dzieci i mąż już zamordowani" -  wołała. A jej mąż krzyczał w płomieniach "Pod Twoją Obronę". Coraz ciszej, ciszej...

Mąż zwłok dzieci w pogorzelisku szukał
My powynosiliśmy niektóre rzeczy, pierzyny, ubrania. Bydło wypuściliśmy z obory, konie. Wszystko okropnie wyło. A mąż poszedł Ukraińców mordować. Trzech było takich mądrych, co będą się bronić. Nie wiedział co ze mną, co z dziećmi. Tylko trzy razy widział, jak ogień bucha z mieszkania.
Powiedziałam swoim dzieciom i dwójce od sąsiadów, żeby na łąki, za krzak poszły i do rowu. I tam przesiedzieliśmy do rana. Jeszcze widzieliśmy ich sylwetki. Jak wyciągają wszystko, palą... Mieliśmy psa, co biegał od nas do ogniska i szczekał bez przerwy. Utrzymać go nie można było. Pokazywał do nas drogę. Cały czas się modliłam: Matko Boska, ratuj!
Zabili 100 ludzi ponad. Trzy zakonnice zamordowali, skórę im z głowy pozdzierali. Po tym je potem poznali, że włosy ostrzyżone miały. I kościół spalili. Tylko mury zostały.
Rano głucha cisza. Słońce wzeszło wysoko. Nie wiadomo, czy już poszli, czy jeszcze czekają.
Mąż wrócił i drągiem grzebał w popiołach. Szukał, czy kości dzieci w pogorzelisku nie ma.
Następnego dnia z wojskiem węgierskim poszliśmy do Stryja. Karabiny mieli, pilnowali nas. I już żeśmy do wsi nigdy nie wrócili.
***
Stanisława Kraszewska dożyła prawie do setki. Kiedy reumatyzm się do niej dobierał, zrywała świeżą pokrzywę i dla zdrowia rytmicznie uderzała nią nogi. Żeby zarobić na dzieci, szła sprzedawać sery i owoce na targ - 20 kilometrów w jedną stronę i 20 z powrotem. Zawsze lekko przygarbiona. Zawsze silna. Zawsze z różańcem. Najukochańsza prababcia. Gdyby tamtego dnia nie skryła się z dziećmi przed banderowcami, dziś by mnie nie było.
***
Nacjonaliści ukraińscy dokonali ludobójstwa nie tylko na terenie Wołynia – również Małopolski Wschodniej (woj. tarnopolskie, stanisławowskie i lwowskie II Rzeczypospolitej). Powyższa opowieść jest wspomnieniem ze zbrodni w Derżowie (gm. Rozdół, pow. żydaczowski), dokonanej w nocy z 9 na 10 maja 1944 r. na ponad 100 Polakach.
Stali czytelnicy(a przynajmniej ci, którzy są ze mną od roku) mojego bloga wiedzą już, że temat Wołynia niezwykle mnie interesuje. Nowych może to trochę dziwić, ale wierzę, że się do tego przyzwyczaicie...


źródło: https://pl.aleteia.org/2018/07/11/bylismy-na-liscie-polakow-do-wymordowania-wiedzielismy-co-bedzie-tej-nocy/?utm_source=FB_InstantArticles&utm_campaign=Evergreen&utm_term=PaidMedia&utm_content=ad_13

czwartek, 11 lipca 2019

980. "Dziewczyny z Wołynia. Prawdziwe historie" Anny Herbich - o piekle, którego nikt z nas nie chciałby przeżyć

"Czy pamiętasz Panie Boże,
nad Wołyniem łunę krwawą.
I ten krzyk z płonącej chaty,
mordowanych przez sąsiadów.
Chyba byłeś w tamtej porze
gdzieś po drugiej stronie świata.
Bo byś pewnie się zasmucił,
i przystanął, i zapłakał*"

Ta brutalna zbrodnia nie powinna nigdy się wydarzyć, nawet podczas wojny. Bo komu przyszłoby do głowy, aby wymordować cały naród w ciągu kilku miesięcy. Komu przyszłoby do głowy, że za chwilę rzuci się na niego sąsiad, który jeszcze przed chwilą prał z naszej studni wodę? Kto przypuszczałby, że zostanie napadnięty podczas niedzielnej Mszy świętej? Co prawda podobny los spotkał naród Żydowski, ich jednak nakazał zgładzić Adolf Hitler. Tutaj wyrok został wydany przez sąsiadów, z którymi znano się nieraz od dziecka. 

"Czy słyszałeś modły Panie? 
Oczy ojca czy pamiętasz. 
Gdy hańbili córkę jego 
banderowcy jak zwierzęta. 
On na drzwiach ukrzyżowany, 
błagał "Zmiłuj się nad nami". 
Zlitowali się oprawcy, 
skłuli oczy bagnetami..."

Anna Herbich jest młodą dziennikarką, która na swoim koncie ma już kilka książek-wspomnień, m.in. kobiet walczących w Powstaniu Warszawskim, wywiezionych na daleką Syberię, czy też związanych z ruchem Solidarności. Tym razem postanowiła przeprowadzić rozmowy z kobietami, które przeżyły rzeź wołyńską. W ten sposób powstał niezwykły zbiór wspomnień, które złożyły się na książkę "Dziewczyny z Wołynia".

Tytuł: "Dziewczyny z Wołynia. Prawdziwe historie"
Autor: Anna Herbich
Wydawnictwo Znak Horyzonty
Kraków 2018
Ilość stron: 278

Dziewięć historii. Dziewięć różnych obrazów ludobójstwa na Wołyniu, scen, których nikt z nas nie chciałby oglądać na własne oczy. Z tych historii wyłaniają się dwa obrazy Wołynia. Pierwszy to obraz beztroskiego dzieciństwa spędzonego u boku kochających krewnych. Obraz sielskich sadów pachnących kwitnącymi czereśniami i pól na których szumiało dojrzewające zboże. Obraz tradycyjnych zabaw oraz zwyczajów, jednoczących całą społeczność danej osady. Osady, gdzie przecież Ukraińcy i Polacy żyli ze sobą w pokoju i zgodzie.

"Czy widziałeś Ojcze Święty,
patrząc z góry przez firmament.
Dzieci śliczne jak aniołki,
na sztachety powbijane...
Kto je teraz poprowadzi
na spotkanie z Tobą, Boże.
One przecież takie małe,
zbłądzą same w tych przestworzach..."

I drugi obraz wydobywający się z opowieści kobiet. Obraz lat wojennych, niepewności jutra, strachu i leku. To obraz ojców i braci idących do wojska. Wreszcie pierwszych prześladował ludności Polskiej przez Ukraińców. Straszne wiadomości dochodzące z okolicznych wsi. W końcu człowiek sam nie wiedział, czego ma się spodziewać. Pomimo organizowania przez Polaków oddziałów samoobrony, oddziały UPA atakowały w najmniej spodziewanych momentach. Czasami była to wieczerza wigilijna, a innym razem niedzielna Msza święta. Wielu bliskich kobiet z opowieści zostało zastrzelonych wręcz na ich oczach, a im samym niejednokrotnie wręcz cudem udało się ocaleć z pogromu. Niejednokrotnie same musiały udawać martwych, dzięki temu żołnierze nie dobili ich bagnetami. Następnie uciekały jak najdalej od wioski, a drogę oświetlała im łuna płonących chat. Czasami udało im się znaleźć schronienie u swoich krewnych, czasami przygarniali ich obcy ludzie, a czasami zmuszone były dorastać w domach dziecka, na szczęście już po polskiej stronie granicy.

"Czy spamiętasz Panie Świata,
męczenników tych z Wołynia.
Umierali z myślą o Tej,
która nigdy nie zaginie.
Polska o nich zapomniała,
rozpłynęła się w oddali.
Czasem drżąca ręka starca
świeczkę jeszcze tu zapali.
Porastają chwastem zgliszcza,
groby toną w bujnej trawie.
Jutro już nie będzie komu,
świeczki za Nich tu postawić...".

O zbrodni na Wołyniu świat miał się nie dowiedzieć. Tak samo zresztą jak o Katyniu. Jak wspomina jedna z kobiet, Ukraińcy starannie zacierali ślady egzekucji. Nie wszystkich jednak udało im się pozbawić życia. Janina, Teodora, Alfreda, Janina, Józefa, Helena, Rozalia, Zofia i Helena w chwili wydarzeń na Wołyniu miały po kilka, kilkanaście lat. Jednak sceny z tamtych dni odcisnęły im się tak bardzo w pamięć, że nawet po latach są wstanie odtworzyć je ze szczegółami. Jak same przyznały, Wołyń odcisnął na ich życiu szczególny ślad. Za każdym razem, kiedy wracały na Wołyń, czuły, że wracają do cząstki siebie, która tam została. Chociaż są już właściwie u kresu swojego życia chcą głosić prawdę o Wołyniu tak długo, jak tylko będą w stanie. Tak, aby ta historia nie była już zafałszowana, tak jak to miało miejsce przez szereg długich lat...

* W recenzji wykorzystałam słowa piosenki "Wołyń 1943" z repertuaru Lecha Markowskiego

środa, 10 lipca 2019

979. Spróbować zatrzymać pędzący świat

Ostatnio pisałam o tym, że świat tak bardzo pędzi przed siebie, że czasem nie nadążam, że życie czasami przelatuje mi przez palce, że chciałabym chociaż na chwilę zatrzymać wciąż idące do przodu wskazówki zegara. Ale tego się nie da zrobić i jak śpiewa Beata Kozidrak w jednym ze swoich przebojów - "Nie odnajdzie więcej nas, ta sama chwila"*. W innej piosence, tym razem legendarnego zespołu "Dżem" słyszymy natomiast, że "w życiu ważne są tylko chwile...". To prawda, bo mimo wszystko żyjemy chwilami. Jak ich nie przegapić, jak się nimi cieszyć, w jaki sposób zamknąć je w swoich wspomnieniach i pielęgnować? Jak cieszyć się codziennością, kiedy wokół nas świat ciągle gna i gna?
Często korzystam z przejścia podziemnego w centrum mojego miasta. Właściwie jest to najszybszy i najprostszy sposób na przedostanie się z jednej strony na drugą w tej części miasta, bo najbliższe przejście dla pieszych jest dopiero kilkaset metrów dalej. W przejściu podziemnym często ktoś gra lub śpiewa, licząc na to, że ktoś wrzuci mu kilka groszy do kapelusza. Przyznam szczerze, że bardzo często to granie przyprawia o ból uszu, ale tym razem... Tym razem kobieta grała na akordeonie "Jej czarne oczy" z repertuaru "Ivana i delfina". Grała, a nie udaje, że gra. Automatycznie czas dla mnie zwolnił. A nawet zatrzymał się na chwilę. Wróciły wspomnienia lat nastoletnich, kiedy przy tej piosence zdobywało się "szczyty". Chciałoby się powiedzieć - Chwilo trwaj. Automatycznie poczułam zachwyt. Z reguły nie wrzucam pieniędzy ulicznym grajkom, ale tym razem zrobiłam wyjątek. Za to, że udało się tej akordeonistce zatrzymać mój pędzący świat.
Będąc już dorosłymi bardzo rzadko robimy szalone rzeczy, uważając, że w naszym wieku to już nie wypada. Tymczasem odrobina szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Ostatnio(czyli przed wczorajszym wypadkiem) umówiliśmy się ze znajomym na bieganie wokół zbiornika wodnego. 6 kilometrów, spokojnie dawaliśmy radę. Po treningu usiedliśmy na skarpie i rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim i o niczym. Aż jakoś tak zsunęliśmy się z tej skarpy i zaczęliśmy się staczać, w kontrolowany oczywiście sposób, w dół. Zatrzymaliśmy się tuż przy brzegu, śmiejąc się przy tym w głos, co wywołało oczywiście zdziwienie oraz zainteresowanie przechodniów. Nawet nie chcę myśleć co sobie myśleli, widząc nas tam na dole śmiejących się do rozpuku. A my po prostu cieszyliśmy się chwilą, która właśnie trwała.
Czy mam jeszcze jakieś patenty na zatrzymanie pędu świata oraz cieszenia się chwilą? Oczywiście. I to nie jeden. Spacer po parku, w którym ćwierkają ptaki, fotografowanie ciekawych zjawisk, odcięcie się na kilka godzin od internetu, obserwacja przyrody, podrygiwanie przy ulubionych kawałkach muzycznych, rozrzucanie jesiennych liści w parku, rzucanie się śnieżkami, chlapanie wodą, śmianie się w głos, fałszowanie podczas śpiewania, piszczenie podczas jazdy na rowerze, szalony taniec po kolejnym treningu i pewnie znalazło by się jeszcze miliard różnych sposobów.
Tak bardzo chcę zachować w pamięci różne chwile. Pamięć jest jednak ulotna i niedoskonała. Dlatego postanowiłam założyć bloga, w którym chcę się z Wami dzielić moją codziennością. Nie jest to jednak mój pamiętnik, ale raczej dziennik. Pamiętnik jednak też prowadzę, właściwie już od gimnazjum. Jednak piszę w nim też to, czym nie chciałabym się dzielić z całym światem. Bo dla mnie pamiętnik jest czymś tylko dla mnie, a nie dla innych. Mam nadzieję, że za kilka lat dzięki blogowi i pamiętnikowi wrócę do tych dzisiejszych dni i zobaczę, co robiłam, czym się interesowałam, jak inni na mnie reagowali. To w pisanych tu i w pamiętniku zdaniach zamykam wszystkie dobre i złe chwile. Ostatnio przejrzałam moje zapiski z ostatniej klasy gimnazjum i liceum i sama się do nich uśmiechałam. Czy tak będzie też za dekadę? Mam taką nadzieję...

* Zdradzę Wam pewną anegdotkę związaną z tą piosenką. Pierwszy raz usłyszałam ją po słynnym 11 września, kiedy głośno zrobiło się o Osamie bin Ladenie. I byłam święcie przekonana, że piosenka brzmi "Nie odnajdzie więcej nas, Osama bin La(taki skrót od jego pełnego nazwiska)". I nawet z rozbawieniem podzieliłam się z mamą odkryciem, że o terroryście powstają już nawet piosenki. Dopiero potem odkryłam jak te słowa brzmią naprawdę i sama się z siebie śmiałam

wtorek, 9 lipca 2019

978. Koń ma cztery nogi i też się potknie...

W przyszłym tygodniu, jak już pisałam wcześniej, wyjeżdżam do Bydgoszczy na Mistrzostwa Polski w Lekkiej Atletyce(oficjalnie nazywa się to "Bydgoszcz 2019 World Pana Athletics Grand Prix", ale proszę Was, zostańmy przy polskiej nazwie). Pierwszy raz od czterech lat(o moich ostatnich zmaganiach podczas mitingu lekkoatletycznego dla osób niepełnosprawnych możecie sobie poczytać >>tutaj<<). Mam wystartować w biegu na 100 metrów(trener jednak nie dał się namówić na skok w dal). Liczyłam na dobry wynik, nawet poniżej 20 sekund(nie śmiejcie się, proszę). Aż do godziny 19.
Późnym popołudniem wybrałam się na rower. Ostatnie dwa dni sobie odpuściłam, bo pogoda była nie za ciekawa. Dzisiaj jednak się rozpogodziło. Upału co prawda nie było, ale i nie padało. Czyli można podziałać, a raczej popedałować. Pojechałam do tej dzielnicy miasta, gdzie znajdował się ośrodek oraz w dalszym ciągu znajduje się liceum, do których uczęszczałam. Chciałam zobaczyć co tam jest ciekawego(np. pomnik upamiętniający żydowski cmentarz). No i znalazłoby się trochę rzeczy. Zadowolona zaplanowałam, że pojadę tam też jutro, porobię zdjęcia(o ile oczywiście znajdę ładowarkę do aparatu cyfrowego, bo chyba ją diabeł ogonem nakrył) i pokażę Wam w jakimś poście, jako przeciwwagę dla Piekła. Postanowiłam wrócić okrężną drogą dojeżdżając tym samym prawie pod Będzin i odbijając na krzyżówce w dół.
Dla bezpieczeństwa jechałam chodnikiem, bo jednak nie rozpędzam się tym rowerem na nie wiadomo jaką szybkość, to jeszcze nie ten czas. Ogólnie znam jednak przepisy ruchu drogowego, mam ukończone 18 lat, więc teoretycznie nie powinno obowiązywać mnie posiadanie karty rowerowej(z tego co zrozumiałam czytając internet), ale i tak się boję jeździć po głównej drodze. Licho nie śpi. Jadę więc sobie chodnikiem, ulice przejeżdżam na pasach patrząc, czy nic nie jedzie, wszystko idzie ładnie i pięknie. Aż nagle chodnik okazuje się za mało obniżony i podczas wjazdu na niego tracę równowagę(na trójkołowym rowerze) i padam jak długa. Na szczęście to była jakaś boczna uliczka, gdzie samochody jeżdżą od czasu do czasu. Oczywiście zamiast zająć się sobą to ja patrzę co z rowerem. Jakiś miły mężczyzna pomógł mi go postawić na ziemi, bo unieść 23 kilo to nie lada sztuka. Wiecie, wiele osób nie szanuje nieswoich rzeczy(o czym przekonałam się na własnej skórze), ale ja po prostu nie potrafiłabym oddać zniszczonego sprzętu. Na szczęście rower nawet nie ma obitych błotników(czego najbardziej się bałam), ani innych poważniejszych uszkodzeń, tylko kilka rysek, co w ostateczności można przeżyć. 
Dopiero wtedy poczułam jak bardzo bolą mnie kolana. Podwinęłam nogawki spodni i zobaczyłam stłuczone rzepki. Szczególnie prawa wygląda nieciekawie. Mam jeszcze obdarty lewy łokieć, bo poleciałam na lewą stronę, ale to da się przeżyć. Dużo bardziej martwię się tymi kolanami w kontekście przyszłotygodniowych zawodów. Wiecie, ze stłuczonymi, a co za tym idzie, obolałymi kolanami, "złamanie" 20 sekund będzie tylko marzeniem. Wiem, sama sobie jestem winna, mogłam bardziej uważać. Ale z drugiej strony rower trzykołowy jest bardzo stabilny i to musiał być prawdziwy pech, że się z nim przewróciłam. W końcu koń ma cztery nogi i też się potknie. Denerwuje mnie też to, że przez te kolana będę musiała na najbliższe dni zaprzestać treningi. A tak dobrze mi szło to poranne bieganie. Może zamienię je tymczasowo na siłownię "pod chmurką?". W końcu podczas biegania pracuje całe ciało, a nie tylko nogi. 
Ale jest i druga strona medalu - z powodu wyrobienia nowej karty zawodnika sportowego oraz długiej przerwy w sporcie muszę ponownie stanąć przed komisją lekarską, która ponownie sklasyfikuje mnie do klasy niepełnosprawności, według której będę miała przeliczane wyniki na punkty. Dotychczas miałam prawie najniższą grupę przypisaną osobom z mpd, czyli T36(najniższa to T35 i obejmuje osoby z przykurczami kończyn). Jak dla mnie jest to idealna kategoria. Teoretycznie powinnam dalej nią posiadać, jako osoba z czterokończynowym porażeniem mózgowym(kolega ma połowiczne i startuje w T37), ale wiadomo, lekarze widzą co chcą. I dotyczy to nie tylko komisji o przyznanie renty, czy też stopnia niepełnosprawności. A teraz może dzięki bolącym kolanom nie będę mogła czegoś zrobić tak jak oni by sobie tego życzyli i zostawią mnie przy tym T36? Mam nadzieję, że tak się stanie.

poniedziałek, 8 lipca 2019

977. "Anna Herbich o rzezi wołyńskiej: znam tylko jeden akt ludobójstwa, który to przypomina" - artykuł z onetu, a jednocześnie zapowiedź mojej recenzji

Jedną z aktualnie czytanych przeze mnie książek jest pozycja Anny Herbich "Dziewczyny z Wołynia. Prawdziwe historie"(recenzji spodziewajcie się w okolicach 11 lipca, czyli 76 rocznicy rzezi 
wołyńskiej). Szczerze powiedziawszy dowiedziałam się o tej książce przypadkiem, czytając poniższy wywiad, który zamieszczono na onecie rok temu(dlatego jest w nim mowa o 75, a nie 76 rocznicy zbrodni). To właśnie było moją inspiracją do sięgnięcia po tą pozycję. Na szczęście znajdowała się ona w naszej Śląskiej Bibliotece i była dostępna. A że zbliża się doskonała okazja ku temu, aby dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co się wtedy działo na Wołyniu, postanowiłam się w nią zaopatrzyć. Bo cóż może być bardziej interesujące od opowieści tych, którzy sami przeżyli piekło na ziemi? Przynajmniej dla mnie.
Wywiad też pozwalam sobie tutaj zamieścić. Niech będzie uzupełnieniem mojej recenzji, która niebawem się tu pojawi. A może i pozwoli spojrzeć na to wszystko z innego punktu widzenia?

Anna Herbich o rzezi wołyńskiej: znam tylko jeden akt ludobójstwa, który to przypomina

Anna Herbich, autorka książki "Dziewczyny z Wołynia", rozmawiała z kobietami, które przeżyły wołyńską rzeź. - Jedna z moich rozmówczyń wróciła po wojnie na Wołyń. Pytała ukraińskich sąsiadów: "jak mogliście robić coś takiego?". Zawsze odpowiadali jej głuchym milczeniem - mówi. Autorka w rozmowie z Onetem zaznacza, że "w historii zna tylko jeden akt ludobójstwa, który to przypomina"
  • Dziś mija 75 lat od "krwawej niedzieli". - Tego dnia ludobójstwo na Polakach z Wołynia osiągnęło apogeum - mówi Anna Herbich
  • Przypomina, że skala okrucieństwa była niebywała. - Cywilów - w tym kobiety i dzieci - zabijano przy pomocy siekier, motyk, noży, pił i cepów. Topiono w studniach i przeżynano piłami - mówi
  • - Łzy (w czasie rozmów z bohaterkami książki) same leciały po policzkach. Przyznaję, że spośród wszystkich moich książek, tę pisało mi się najtrudniej - zaznacza autorka
  • Zdradza także, jak kobiety, które przeżyły wołyńską rzeź, zareagowały na film Wojciecha Smarzowskiego. - To kamień milowy w walce o wprowadzenie cierpienia Wołyniaków do zbiorowej pamięci historycznej Polaków - tłumaczy.

Jakub Stolarczyk: Rozmawiamy w rocznicę "krwawej niedzieli"...

Anna Herbich: Tak. To był czarny dzień w historii Wołynia i Polski. Trudno objąć umysłem to, 
co się wówczas stało.

J. S.: 11 lipca 1943 dokonano ataku na 99 polskich miejscowości. To był najstraszniejszy z tych strasznych dni?

A. H.: Tego dnia ludobójstwo na Polakach z Wołynia osiągnęło apogeum. Polskie wsie na tym terenie stanęły w płomieniach. Jedna z bohaterek mojej książki przeżyła masakrę w kościele w Kisielinie. Była wtedy małą dziewczynką. Sotnia (pododdział UPA) wtargnęła do kościoła i z niebywałym okrucieństwem zaczęła mordować modlących się w świątyni Polaków. Jej ojciec został postrzelony, kiedy próbował uciekać z nią na rękach. Upadła razem z nim. Była w szoku. Jakiś dobry człowiek wziął ją za rękę i zaprowadził na zakrystię, gdzie garstka Polaków broniła się przed zaciekle szturmującymi upowcami. Cudem przeżyła.

J. S.: Alfreda Magdziak, jedna z pani rozmówczyń, mówi: "Nie, to nie byli ludzie. To były jakieś diabły". Skala okrucieństwa, jaka spotkała Polaków, wydaje się nieporównywalna z niczym innym.

A. H.: To, co się stało na Wołyniu, może służyć za symbol wszystkich ludobójstw i rzezi, będących skutkiem nacjonalistycznej nienawiści. Z drugiej strony rzeczywiście metody użyte przez oprawców były wyjątkowo bestialskie. Cywilów - w tym kobiety i dzieci - zabijano przy pomocy siekier, motyk, noży, pił i cepów. Topiono w studniach i przeżynano piłami. W historii znam tylko jeden akt ludobójstwa, który to przypomina. To oczywiście masakra Tutsi dokonana przez członków plemienia Hutu w Rwandzie. Tam ludzie ginęli od ciosów maczet.
Pani Alfreda, o której Pan wspomniał, ocalała w nieprawdopodobnych okolicznościach. Kiedy oprawcy prowadzili ją i jej rodzinę na miejsce egzekucji skorzystała z chwili nieuwagi jednego z upowców i schowała się za płotem. Przeleżała tam cały dzień, będąc świadkiem mordu na jej rodzinie. Jej opowieść mrozi krew w żyłach.

J. S.: Co panią zmroziło najbardziej w tych opowieściach? Ja przyznam, że przeraziła mnie lekkość, z jaką oprawcy zabijali dzieci. Pani bohaterki miały wówczas kilka, najwyżej kilkanaście, lat. Dla oprawców nie miało to żadnego znaczenia.

A. H.: W trakcie pogromów część polskich dzieci wymykała się oprawcom i ukrywała w łanach zboża. Wieczorem ukraińscy sąsiedzi metodycznie przeczesywali pola i zabijali te biedne dzieci. Jedna z bohaterek książki, pani Zofia Szwal, kiedy po wojnie wróciła na Wołyń, zapytała o to swoich ukraińskich sąsiadów. "Jak mogliście robić coś takiego?" - pytała. Zawsze odpowiadali jej głuchym milczeniem. Kolejna z bohaterek została przez upowca dwa razy postrzelona. Raz w płuco, raz w udo. Należy jednak podkreślić, że nie wszyscy Ukraińcy brali udział w tym obłędzie. Wielu z nich zachowało swoje człowieczeństwo. Starali się pomagać Polakom. Ratować ich. Jedną z bohaterek "Dziewczyn z Wołynia" Helenę Ciszak ukryła w domu ukraińska sąsiadka. Ta dobra kobieta ryzykowała wszystkim. Gdyby prawda wyszła na jaw, upowcy zamordowaliby ją i jej całą rodzinę. Inną bohaterkę w dniu pogromu do swojego domu przygarnął Ukrainiec i schował ją w piwnicy.

J. S.:Bohaterki książki podkreślają, że Wołyń nie skończył się dla nich w 1943 czy 1944 roku...

A. H.: W dzisiejszych czasach, kiedy dziecko jest świadkiem tragedii albo traci rodziców, zapewniany jest mu sztab psychologów. Sieroty z Wołynia nie miały takiego wsparcia. Wprawdzie w Galicji Wschodniej działały agendy Rady Głównej Opiekuńczej, ale nie były one w stanie udzielić pomocy wszystkim potrzebującym. W efekcie wołyńskie sieroty zostały pozostawione same sobie. Trafiały do sierocińców albo do przypadkowych rodzin, które często źle je traktowały. Sieroty same musiały poradzić sobie z traumą. Konsekwencje tego czują do dziś. Jedna z bohaterek opowiadała mi, że jeszcze wiele lat po wojnie obsesyjnie szorowała dłonie, bo czuła na nich zapach krwi swojej matki, która została zamordowana na jej oczach. Inna pani opowiadała, że bała się powrotów do pustego mieszkania. Bała się, że morderca z nożem czai się pod wanną.

J. S.: Czy pani płakała razem z tymi kobietami podczas rozmów?

A. H.: Łzy same leciały po policzkach. Przyznaję, że spośród wszystkich moich książek, tę pisało mi się najtrudniej.

J. S.: A czy któreś ze wspomnień pani bohaterek było na tyle przerażające, że zdecydowała się pani go nie umieszczać?

A. H.: Nie. Jestem przeciwniczką wszelkiej cenzury. Idea moich książek polega właśnie na tym, by przedstawiać całą, nagą prawdę. Bez retuszu, upiększeń. Bez taryfy ulgowej. Uspokajam jednak - "Dziewczyny z Wołynia" to nie jest jedno wielkie pasmo mordów i okrucieństw. To także wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. Magicznej kresowej krainy, jaką przed wojną był Wołyń. Wiśniowych sadów, uli dających pyszny miód, tajemniczego Bugu, nad którym bohaterki tańczyły i paliły ogniska w noc świętojańską. O tym wszystkim również opowiadają dziewczyny z Wołynia. To nie tylko książka o wielkiej tragedii. To również książka o szczęściu, miłości i nadziei. A także o wielkim zwycięstwie. Bo przecież banderowcy chcieli zamordować wszystkich Polaków z Wołynia. A te panie przecież żyją.

J. S.: Rozmówczynie często odnoszą się do filmu "Wołyń". Chyba można powiedzieć, że Wojciech Smarzowski zrobił w tej sprawie więcej niż niejeden historyk czy polityk.

A. H.: "Wołyń" Smarzowskiego to kamień milowy w walce o wprowadzenie cierpienia Wołyniaków do zbiorowej pamięci historycznej Polaków. W kinach - i ostatnio w telewizji - film obejrzały miliony widzów. Badania opinii publicznej pokazują, że o ile jeszcze dziesięć lat temu o ludobójstwie Polaków dokonanym przez UPA mało kto słyszał, to obecnie wiedzą o nim niemal wszyscy. "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego to naprawdę świetny, uczciwie zrobiony film. Proszę zwrócić uwagę, że jego główną bohaterką jest również kobieta. Młoda dziewczyna, która toczy heroiczny bój o uratowanie swojego dziecka.

J. S.: "Wołyń" to wciąż niezagojona rana na polskiej duszy. To widać w opowieści bohaterek książki. Można odnieść wrażenie, że ofiary tej rzezi są traktowane jak ofiary drugiej kategorii. Dlaczego tak się wciąż dzieje?

A. H.: Rzeczywiście, przez wiele lat elity polityczne III RP składały pamięć ofiarach Wołynia na ołtarzu dobrych relacji z Ukrainą. Sojusz z Ukrainą jest oczywiście bardzo ważny, ale Polska moim zdaniem ma jednak pewne obowiązki wobec ludzi, którzy zostali skazani na eksterminację tylko dlatego, że byli Polakami. To trudny dylemat, jak pogodzić ze sobą te dwie sprawy. Przez wiele lat Wołyniacy byli bardzo rozgoryczeni brakiem zainteresowania ze strony władz i opinii publicznej. Całe szczęście to się zmienia. Prezydent Andrzej Duda, kilka dni temu podczas wizyty na Wołyniu, jasno powiedział, że to, co się stało przed 75 laty, było ludobójstwem.

J. S.: Jak dziś możemy pomóc "Dziewczynom z Wołynia", ale i innym osobom, które przetrwały tę rzeź. Ze słów książki płynie komunikat: "walczymy przede wszystkim o pamięć".

A. H.: Wszystkie panie, z którymi rozmawiałam, mówią, że misją ich życia jest dawanie świadectwa. O cierpieniu własnym, bliskich, rodaków. To, co możemy zrobić, to słuchać ocalałych, spisywać, nagrywać ich wspomnienia. Tak, aby zachować tę wiedzę dla przyszłych pokoleń Polaków.

Rzeź wołyńska to ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich (często przy wsparciu miejscowej ludności z Ukrainy) wobec Polaków. Zbrodnie dokonane w okresie od lutego 1943 do lutego 1945 roku pochłonęły życie kilkudziesięciu tysięcy Polaków. Historycy najczęściej mówią o ok. 50-60 tys. polskich ofiar.
Krwawa niedziela na Wołyniu, która miała miejsce 11 lipca 1943 roku, była punktem kulminacyjnym rzezi wołyńskiej. Tego dnia, jak podaje Grzegorz Motyka, zaatakowano w 99 miejscowościach. W całym lipcu 1943 celem napadów stało się 520 wsi i osad, zamordowanych zostało około 10-11 tysięcy Polaków.
Anna Herbich jest dziennikarką i reportażystką. W swoich książkach pisze o kobiecych doświadczenia w najnowszej historii Polski. Wcześniej napisała m.in. "Dziewczyny z Powstania", "Dziewczyny z Syberii" i "Dziewczyny z Solidarności". Jak jednak przyznaje w rozmowie z Onetem, to o Wołyniu pisało się jej najtrudniej.