Z tym tysiącem piątek na tysięczny post to chyba trochę przesadziłam. A z drugiej strony cieszę się, że ten tysięczny post wypadł w okolicy piątej rocznicy istnienia bloga. Jeszcze w marcu z moich obliczeń wynikało, że tak się powinno stać, jeżeli narzucę sobie pewną dyscyplinę w pisaniu postów. Co prawda mam opóźnienie o dwa dni(bo rocznica wypadła jednak 29 lipca), według mnie to jednak nic się nie stało. Zresztą nie zawsze miałam możliwość napisania notatki. Sami widzieliście to ostatnimi czasy podczas zdawania Wam relacji z obozu. Pewnie i z tym dałabym sobie spokój, gdyby nie ta perspektywa tysięcznego posta. Na szczęście nie zabrali mi na nim telefonu, dzięki czemu mogłam być z Wami na bieżąco nie tylko w kwestii pisania postów, ale i czytania Waszych blogów (chociaż jak już pisałam w ostatniej notce, z bólem serca podarowałam sobie ich komentowanie).
To nie jest mój pierwszy blog - od 2005 roku prowadziłam na onecie bloga poświęconego mojemu ulubionemu wtedy zespołowi(chociaż jak na koloniach usłyszałam ich największy przebój, to serducho mocniej zabiło), a od 2012 roku do 2014, najpierw też na onecie, a następnie już na bloggerze, blog opowiadający o mojej codzienności. Tamten został jednak usunięty, a powstał ten. I działa praktycznie do dzisiaj.
Ale tamte dwa blogi wiele mnie nauczyły. Po pierwsze - nie można być "znajomym" wszystkich. Wiem, że to jest bardzo kuszące, bo wraz ze wzrostem liczby komentujących i obserwatorów rośnie nasze ego, ale w pewnym momencie możemy wpaść w pewną pułapką. I z tą pułapką wiąże się po drugie - niekiedy jest tak, że ktoś kto nas ciągle komentuje, w pewnym momencie zaczyna nami manipulować. A nam głupio jest zwracać mu uwagę, czy też przeciwstawić się mu, bo przecież przestanie nas komentować. Ja też w pewnym momencie miałam ten sam problem. Aż wreszcie po przeanalizowaniu plusów i minusów postanowiłam rozwiązać ten problem. I chociaż te osoby tak się obraziły za to, co im powiedziałam, to poczułam ulgę, że przestały u mnie bywać. A przynajmniej komentować. Bo wiecie, też się z wieloma rzeczami i opiniami nie zgadzam, ale piszę z reguły tak, żeby jak najmniej osób obrazić. Czy mi się to udaje? Nie wiem.
Jedni czytelnicy bloga odchodzą, a inni przychodzą. Zawsze mnie ciekawi, co Was do mnie przyciąga. Bo przecież na moim blogu raczej nie ma skandalicznych postów, przepięknych zdjęć, cudownych opisów ogródków, czy też zapierających dech w piersiach kartek i rękodzieła. Jest za to życie. Czasami brutalne do bólu, a czasami sprawiające radość. Bo życie osoby niepełnosprawnej też może być szczęśliwe. Są też różne artykuły na temat tego, co otacza nas dookoła, bo myślę, że czasami warto podzielić się z innymi tym, co nas zaciekawiło, czy też zaintrygowało. Czasami podrzucę Wam recenzję jakiejś książki, a innym razem filmu. Staram się też pokazać mój świat od tej aktywnej strony, dlatego nie brakuje na blogu relacji z wyjazdów, biegów i zawodów w których biorę udział, czy też aktywności w wolontariacie. Wiem, że to może z zewnątrz jako brak pokory i skromności, ale chcę pokazać różne aspekty mojego życia. Z drugiej strony jednak nie o wszystkim piszę. Unikam np. opisów spotkań rodzinnych i ogólnie życia rodzinnego, czy też wszystkich moich problemów zdrowotnych. Chcę mieć trochę intymności, a o przekroczenie cienkiej granicy jest bardzo łatwo. Dlatego zawsze zastanawiam się, na ile mogę sobie w tym względzie pozwolić.
Przez te 5 lat wiele się wydarzyło - studia, szkoła policealna, trochę wycieczek, zaangażowanie w parafialną scholę oraz Oratorium, dwa Światowe Dni Młodzieży, zaginięcie kota i jeszcze wiele innych spraw. Dziękuję, że mnie wspieracie, motywujecie, podnosicie na duchu, a jak trzeba, to przywołujecie do porządku. Dziękuję, że wytrzymujecie moje marudzenie i przechwałki, chociaż staram się, aby było ich jak najmniej. Dziękuję, że jesteście i zaglądacie pomimo natłoku spraw i szerokiej gamy dużo ciekawszych blogów.
W ciągu tych 5 lat 1000 notatek zaowocowało ponad 183 tysięcy odnotowanych wejść oraz blisko 8925 komentarzy. Post z największą jak dotychczas liczbą wejść dotyczy spotkania osób zaangażowanych w przygotowanie pierwszego tygodnia Światowych Dni Młodzieży 2016 w naszym dekanacie. Za wszystko to serdecznie dziękuję. Tak samo jak dziękuję tym 60 osobom, które zdecydowały się być "obserwatorami" mojego bloga. Tym bardziej, że jak już pisałam, staram się jakoś specjalnie nie zabiegać o czytelników. Wiem, że wiele blogów ma fanpage na facebooku, ale mnie to jakoś nie kręci. I raczej jeszcze długo nie będzie. Już chyba z tego wyrosłam. Po prostu komentuję przeczytane już blogi - jeżeli ktoś chce, sam do mnie zajrzy i zostawi po sobie ślad. Ja nikogo nie chcę do niczego zmuszać. Przez te 5 lat przeczytałam od deski do deski 123 blogi(i je głównie komentuję na bieżąco), a w kolejce czekają następne. Z przyjemnością wchodzę na Wasze blogi poczytać co u Was słychać, czy też pozachwycać się zdjęciami wykonanych przez Was kartek i innych manualnych cudeniek, pięknych, wypielęgnowanych ogrodów, szczęśliwych zwierząt, czy też bajkowych zdjęć i opisów z podróży. Poznałam też wiele wspaniałych bloggerów, a z niektórymi z nich nasza znajomość wyszła poza bloga. Tyle radości sprawia wysłanie komuś kartki, a potem wiadomość, że doszła ona do adresata...
A ja mam nadzieję jak najdłużej prowadzić bloga o życiu pewnej niepełnosprawnej kobiety, która za wszelką cenę chce żyć jak najbardziej normalnie i pełnią życia, chce realizować swoje pasje, plany i marzenia. Chce pokazać, że się da, chociaż czasami trzeba coś zmodyfikować, na coś poczekać. Ale dzięki temu każdy prywatny sukces jeszcze bardziej cieszy. Nie wiem w jakim kierunku pójdzie ten blog, nie wiem, czy dam radę pisać z taką intensywnością jak dotychczas. Mam jednak nadzieję, że za kolejnych 5 lat znowu się "spotkamy", tym razem przy 2000 notatce. I że będzie Was jeszcze więcej.
A teraz każdy kto chętny, przybija piątkę 👋








