„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
Przełom czerwca i lipca to moment obron prac licencjackich i magisterskich. W tym roku spora ilość moich znajomych czeka ten etap ich edukacji. Jedni są bardziej tym przejęci, inni przyjmują to na zupełnym luzie. Ale zapewne w głowie wielu z nich pojawia się pytanie: i co dalej? Szczerze powiedziawszy to nie byłam pod tym względem inna, zwłaszcza w momencie, gdy kończyłam licencjat z zarządzania. Wiecie, pytania czy iść dalej w edukacji, czy może dać sobie z nią spokój. Życie napisało dla mnie dosyć nieoczekiwany scenariusz, który zaskoczył głównie mnie samą.
Nie każdy jednak może mieć takie zawirowanie życiowe, jak ja. Po obronieniu pracy dyplomowej bardzo dużo ludzi zastanawia się nad swoim dalszym życiem. Mogą odczuwać też pustkę, po zakończeniu tego etapu w swoim życiu. A jednak to może być rewolucyjny moment w ich życiu. Często też zapominamy, że ukończenie studiów (szkoły) to tylko jeden z wielu typowych momentów w życiu. To tak jak zdanie matury, egzaminu, zakończenie jednej pracy, a nawet koniec narzeczeństwa i początek małżeństwa - to taka naturalna kolej rzeczy.
Możemy skupić się, albo na tym, że coś się kończy, albo na tym, że zaczyna się coś nowego, innego. To trochę jak taka niewiadoma rewolucja, którą warto dobrze wykorzystać. Wbrew pozorom to też dobry moment, aby na chwilę się zatrzymać. Nie pędzić czym prędzej do następnych obowiązków, nie zaczynać od razu pracy, ani nie jechać już na drugi dzień na spontaniczne wakacje.
Kiedy nie wiadomo co tak właściwie robić po ukończenie studiów albo nawet samej szkoły, to warto odpowiedzieć sobie na trzy bardzo ważne pytania.
Kim jestem? - kim jestem po 12, 13 latach nauki w szkole? Albo po pięciu latach studiów? Warto z dystansem na ten czas i zastanowić się nad tym, co mi dały moje studia, jakich ludzi poznałem, czego się nauczyłem? Co było przyjemne, a co trudne? Co będziemy wspominać, a o czym wolelibyśmy zapomnieć i dlaczego? Takie podsumowanie jest też potrzebne po to, żeby docenić czas, w który włożyliśmy wiele pracy, trudu i serca, po prostu samych siebie. Kiedy dowiemy się, kim jesteśmy i co nas ukształtowało, będziemy mogli zastanowić się nad tym, kim chcielibyśmy być.
Kim chciałbym być? - kolejnym krokiem jest zastanowienie się nad tym, kim chciałoby się być. Tak właściwie to często słyszymy już od dzieciństwa. Wtedy podajemy jeszcze odpowiedzi pełne marzeń: strażak, aktorka, tancerka, polot. Potem okazuje się, że wiele się zmienia, a życie przynosi nam zupełnie inne pragnienia. Studia mogły pomóc odkryć nam swoją drogę, ale mogły też... utwierdzić nas w przekonaniu, że to nie do końca nasza droga. Czy jednak te pięć lat to był zmarnowany czas? Niekoniecznie, bo może dzięki temu dowiedzieliśmy się, co chcielibyśmy robić. Często bywa też tak, że zamiast iść do pracy zgodnej ze studiami, idziemy w kierunku swojej pasji i to tutaj odkrywamy najwięcej możliwości.
Co chciałbym teraz zrobić? - tak naprawdę jest to najważniejsze pytanie, jakie możemy sobie zadać. Istotne jest to, żeby zrobić to w całkowitej wolności. Nie kierujmy się tym, czego oczekują od nas rodzice, przyjaciele i ogólnie społeczeństwo. Każdy z nich ma jakiś plan dla nas, jednak najważniejsze jest to, jaki my mamy na siebie plan. Może nie chcemy od razu zaczynać pracy, ale marzymy o kilkumiesięcznej wędrówce, która będzie dla nas zamknięciem pewnego etapu i przemyśleniem kolejnego? Spróbujmy dać sobie w planach taką wolność na posłuchanie przede wszystkim siebie. Jasne, że porady innych są ważne, można je brać pod uwagę, ale nie kierujmy się przede wszystkim nimi.
Życie po studiach jest trochę jak przejście mostem na drugi brzeg. Istnieje, ale wygląda zupełnie inaczej niż wcześniej. Może wydawać się jakieś takie obce, nowe, często aż nużąco dorosłe. Trochę nie wiadomo, co z nim zrobić, jak sobie z nim poradzić, gdzie i jak zacząć. Jednak każdy, prędzej czy później, w końcu znajdzie swoją życiową drogę. Niektórzy robią to jeszcze na etapie studiów, inni nawet o tym nie myślą. Najważniejsze wydaje się to, żeby nigdy nie poddawać się w swoich poszukiwaniach. A jeżeli coś poszło nie tak, to próbujmy dalej, choćby w inną stronę, aby zobaczyć co jest za rogiem.
Ci, którzy czytają mnie przynajmniej od roku zapewne wiedzą, że w czerwcu ubiegłego roku, dokładnie w dzień zakończenia roku szkolnego, ja też zakończyłam pewien etap mojej edukacji. Rano jeszcze pomagałam w przeprowadzeniu akademii, kilka godzin później broniłam na Wydziale Teologicznym pracy magisterskiej z Nauk o Rodzinie. Jej tytuł brzmiał "Zmiany w ocenie przez nauczycieli procesu adaptacji dzieci ukraińskich we wczesnym wieku szkolnym do warunków polskiego systemu edukacji na podstawie badań własnych z lat 2022 i 2024". Była to kontynuacja badań przeprowadzonych na potrzeby pracy licencjackiej, a także zestawienie wniosków z obydwóch badań i zaproponowanie rozwiązania niektórych problemów. Jak to powiedział mój promotor: "krecia robota".
Owszem, pracy przy tym było trochę. Oprócz części teoretycznej, gdzie na podstawie dostępnych źródeł trzeba było wyjaśnić wiele kwestii pojawiających się w pracy, to jeszcze musiałam przeprowadzić kilka wywiadów z wychowawcami klas, w których uczyli się uczniowie z Ukrainy posiadający status uchodźcy. A jak wiecie, na zbyt dużą ilość wolnego czasu nie mogę narzekać, w dodatku te dwa lata były dla mnie nieco stresujące. Ale udało się, tytuł magistra z Nauk o Rodzinie mam, chociaż na studia drugiego stopnia poszłam głównie dla wiedzy, a nie "dla papierka".
Już podczas bronienia licencjatu usłyszałam, że stałam się specjalistką w tematyce edukacji dzieci z okupowanej Ukrainy w naszym kraju. Oczywiście jest to opinia na wyrost, choć zdaję sobie sprawę z tego, że na tamte lata (2023 rok) nie było tak dużo prac badawczych poświęconych tej tematyce. Ale ja i specjalista? Nie, to mi nie pasuje. Chociaż w przypadku i jednej i drugiej pracy dowiedziałam się tylu ciekawych rzeczy, na które pewnie w przeciwnym razie nie zwróciłabym większej, a tym samym należytej uwagi. Temat, choć trudny, automatycznie stał się mi bliski. Może dlatego niemal od razu wpadł mi w oko artykuł napisany przez panią Tetianę Bakocką, asystentkę międzynarodową, który niedawno pojawił się na onecie?
Zasadniczo jej spostrzeżenia pokrywają się z moimi, popartymi wywiadami z nauczycielami. U mnie też pojawiły się takie problemy jak utrudniona komunikacja werbalna z uczniami z Ukrainy, ujawniające się traumy wojenne, czy też negatywna motywacja do nauki. A to przecież jedne z wielu. Mnie jednak o wiele bardziej zaciekawił fakt, że istnieje taka funkcja, jak wspomniana asystentka międzynarodowa, którą szkoły mogą u siebie zatrudnić w celu łatwiejszego wejścia ucznia obcokulturowego do polskiego systemu oświaty. Dotąd nie spotkałam się z takim rozwiązaniem, chociaż przepisy dotyczące tej funkcji zostały opracowane już kilka lat temu. Niemożliwe jest jednak przepatrzenia wszystkich dostępnych aktów prawnych, aby przez przypadek znaleźć taką perełką. Trochę szkoda, bo na pewno byłaby to wartość dodana do pracy, gdybym we wnioskach "zaproponowała" zatrudnienie kogoś takiego w badanej szkole. No, ale czasu nie cofnę...
A jakie zadania ma wspomniany asystent międzykulturowy? Zapraszam do lektury.
Dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. "Nie potrafię ufać, często płaczę"
Trudności w polskiej szkole, z jakimi mierzy się większość dzieci - uchodźców wojennych - wynikają nie tylko z bariery językowej, lecz także z problemów natury psychologicznej: traum wojennych, negatywnej motywacji do nauki oraz niskiej samooceny. Uczniowie mówią na przykład, że szkoła jest obowiązkiem, ale nie ma sensu przykładać się do nauki, bo i tak nie wiadomo, jak długo przyjdzie im mieszkać w Polsce.
Asystent międzykulturowy to nie tłumacz, lecz często jedyna osoba w szkole, która rozumie co to znaczy pisać dyktando z wojną w głowie. Fot. Shutterstock
Tetiana Bakocka przez dwa miesiące (listopad - grudzień 2025 r.) pracowała jako asystentka międzykulturowa w jednej z olsztyńskich szkół. Była to placówka, która po raz pierwszy otrzymała dofinansowanie na zatrudnienie asystentów międzykulturowych w ramach rządowego programu wyrównywania szans edukacyjnych dzieci i młodzieży "Przyjazna szkoła" na lata 2025 - 2027. Do obowiązków takiego asystenta należy wspieranie dzieci, które nie są obywatelami Polski, w procesie adaptacji do funkcjonowania w polskim systemie oświaty.
Tetiana Bakocka z ukraińskimi dziećmi, z którymi prowadziła zajęcia z ukrainoznawstwa. Olsztyn, 2025
Być obok
W głowach przeciętnego Kowalskiego może pojawić się pytanie: po co tak właściwie asystent międzykulturowy dzieciom z Ukrainy, które uczą się w polskich szkołach już prawie 4 lata?
W szkole, w której pracowała Tatiana, uczy się około 50 dzieci posiadających status uchodźcy wojennego. Wiele z nich początkowo "uczęszczało do szkół ukraińskich, ale w formie zdalnej. Do polskiej szkoły zaczęły uczęszczać dopiero od roku szkolnego 2024/2025, aby móc otrzymać świadczenie "Rodzina 800+". Są też takie dzieci, które przyjechały do Polski w 2025 r. i do tego czasu nie znały języka polskiego. W końcu są też takie dzieci, które nie mają zdolności językowych, a więc nauka języków obcych w ogóle będzie przychodziła im z trudem. Te dzieci często w ogóle nie są w stanie wykonać zadania, bo nie rozumieją, co dokładnie mają zrobić, do tego wstydzą się zapytać czy doprecyzować polecenie.
W listopadzie 2025 roku do wspomnianej szkoły zostały zapisane dzieci, które przyjechały z terenów deokupowanych, po raz pierwszy zaczęły uczyć się w polskiej szkole. Kiedy Tetiana je poznały powiedziały jej, że nie potrzebują żadnej pomocy. Kobieta zaproponowała im jednak, żeby przez jakiś czas pobyli razem na lekcjach, żeby mogli lepiej zrozumieć ich potrzeby.
Jedna z uczennic dostała zadanie przygotowania tabeli opisującej bohaterów książki C.S. Lewisa "Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa". Dziewczynka, która nie czytała tej książki ani po polsku, ani po ukraińsku, powiedziała, że nigdy nie robiła podobnych tabel i spojrzała na asystentkę przestraszonymi oczami. To na jej prośbę nauczycielka pozwoliła jej korzystać z podręcznika. Tetiana wyjaśniła też małej, jak wyszukiwać w tekście informacje o postaciach w utworze. Uczennica zadawała wiele pytań, z których jasno pokazały, że potrzebuje dodatkowych zajęć, głównie z języka polskiego. Jej przykładowe pytania
dotyczyły tego, jak wyglądają wielkie litery, dlaczego są słowa, które trzeba pisać wielką literą, czy też jak rozpoznać, gdzie trzeba postawić przecinek.
"I podczas, gdy dziewczynka - z moją pomocą- wykonała jedno zadanie, reszta klasy zdążyła w tym czasie zrobić jeszcze cztery" - wspomina asystentka.
Podczas lekcji geografii jedna z uczennic miała odpowiedzieć na pytanie: "W jaki sposób ukształtowała się rzeźba wybrzeży Morza Bałtyckiego?". Dziewczynka powiedziała, że trudno jej zrozumieć zarówno tekst w podręczniku, jak i wyjaśnienia nauczyciela. Sama uważa, że rzeźbę wybrzeży stworzył Bóg. Poza tym interesuje się wyłącznie literaturą, więc nie będzie tracić czasu na informacje o rzeźbie terenu, ani na to, czym różnią się stare góry od młodych. W tej chwili najważniejsze było dla niej zrozumienie, dlaczego w książce Władysława Reymonta "Wampir" nie ma wampira.
Na lekcji historii, podczas samodzielnej pracy, uczennica nie wiedziała, jak odpowiedzieć na pytanie: "Wiara w wielu bogów to monoteizm czy politeizm?". Asystentka kulturowa zadała jej pytanie, czy rozumie, co oznaczają słowa "monolog" i "polilog". W odpowiedzi usłyszała, że bardziej od znaczenia słów interesuje są to, dlaczego Aleksander Macedoński chciał podbić świat, skoro jego nauczycielem był wybitny filozof Arystoteles.
Z drugiej strony, te dzieci bywają bardzo kreatywne. Jak wspomina Tetiana:
"Jeden z uczniów robił notatki znakami, które nie przypominały ani alfabetu łacińskiego, ani cyrylicy. Zapytałam, co to oznacza. Odpowiedział, że zapisuje lekcję alfabetem, który sam wymyślił - bo tak jest mu wygodniej".
Kobieta zaproponowała mu, żeby jednak na lekcjach pisał po polsku, a ona podaruje mu zeszyt, w którym będą wspólnie pisać w tym wymyślonym języku, bo ona też chciała się go nauczyć. Chłopiec zgodził się. To jednak pokazuje, że większość uczniów naprawdę potrzebuje indywidualnego podejścia - tak samo w nauce, jak i w wychowaniu.
Dzieci-uchodźcy często nie rozumieją języka polskiego na tyle dobrze, by bez trudu wykonywać szkolne zadania w szkole. Jednocześnie po ukraińsku czytają i piszą na poziomie pierwszej klasy
Problemy psychologiczne
Praktycznie wszyscy ukraińscy uczniowie szkoły, w której pracowała Tatiana, przyjechali z regionów, w których działania wojenne trwały lub nadal trwają, tj. z okupowanych i przyfrontowych miejscowości. Jeden z uczniów opowiadał, że jego tata zginął na wojnie. Są też takie dzieci, których rodzice przebywają na froncie. Oznacza to, że większość z nich ma za sobą traumatyczne doświadczenia wojenne - a przecież wojna jeszcze się nie skończyła.
Dzieci przyznają, że niemal bez przerwy odczuwają lęk, dyskomfort, samotność oraz smutek. że nie potrafią nikomu zaufać, często płaczą i śnią im się koszmary. Dzieci, które straciły swoich bliskich, dom i swoje dotychczasowe relacje społeczne, nieustannie - często nieświadomie - szukają sposobów, by poradzić sobie ze stratą. Jedna z uczennic powiedziała na przykład, że jej polscy koledzy z klasy są podobni nie tylko z wyglądu, lecz także z charakteru do dzieci, z którymi uczyła się w ukraińskiej szkole. Zaś sama Tetiana przypominała jej ulubioną nauczycielkę. Takie wyszukiwanie podobieństw może być jednym z mechanizmów obrony psychologicznej, dając poczucie bezpieczeństwa, bo "tu jest tak samo jak w domu".
Nie jest tajemnicą, że dzieci obarczone traumą wojenną bardziej niż inne potrzebują, by obok była choć jedna zasobna, stabilna osoba - ktoś, kto potrafi pomóc, podpowiedzieć, jak najlepiej radzić sobie z emocjami i codziennymi trudnościami. Tymczasem mama, która musi przez cały czas pracować, nie raz na dwóch etatach, i żyje w chronicznym stresie, nie zawsze ma wystarczająco dużo siły, wiedzy i zasobów, by wesprzeć swoje dziecko.
Dlatego asystent międzykulturowy zatrudniony w szkole może stać się właśnie taką osobą: kimś, kto pomoże ochronić psychikę dziecka przed kolejnymi obciążającymi doświadczeniami, odbudować kontakty społeczne, wzmocnić poczucie bycia potrzebnym oraz wiarę, że w trudnej sytuacji wsparcie może przyjść także z nieoczekiwanej strony. Wsparcie asystenta to również możliwość, by po prostu wygadać się.
"Dziecko może opowiedzieć, jak rozpłakało się, gdy przypadkiem stłukło talerz w szkolnej stołówce; jak w nocy bolał je ząb; o lęku, że babcia zginie w swoim mieszkaniu podczas ostrzałów; o poczuciu winy, bo kot został w domu, w okupowanej wsi; o wróbelku, który wleciał do pokoju tego dnia, kiedy na wojnie zginął tata" - tłumaczy kobieta.
Dzieci opowiadają o swoim życiu poprzez rysunek. Życie to radość, mama, telefon, dom i złość
Nie można zapominać, że wśród dzieci przybyłych z okupowanej Ukrainy są także dzieci ze spektrum autyzmu. Jedne unikają kontaktu wzrokowego, inne nie rozmawiają ani z nauczycielami, ani z rówieśnikami, a jeszcze inne są nadpobudliwe - nie reagują na polecenia nauczyciela i nie potrafią się skupić. Do jednego z takich uczniów Tetiana przychodziła, żeby pomagać mu na lekcjach języka angielskiego. Koledzy z klasy prosili, aby kobieta siedziała z nim na zajęciach. Bo kiedy jej nie ma, to albo przeszkadza wszystkim, albo kładzie głowę na ławce i przez całą lekcję patrzy w okno.
W szkole jest psycholog, do którego można zwrócić się po profesjonalną pomoc. Jednak zdecydowana większość rodziców ukraińskich uczniów nie chce, aby ich dzieci rozmawiały z lokalnymi psychologami. Ich najczęstsze obawy dotyczą tego, że może to przynieść jeszcze więcej problemów. W innej szkole w tym samym mieście zdarzył się przypadek, o którym wszyscy wiedzą. Ojciec poprosił szkolnego psychologa, żeby ten pomógł zmotywować jego dziecko do chodzenia do szkoły. W odwecie syn obraził się na ojca, gdyż ten nie pozwalał mu grać w gry na telefonie i poskarżył się psychologowi, że ojciec nie kupuje mu jedzenia. Psycholog zgłosił sprawę na policję, a ojca wezwano do sądu w sprawie odebrania mu praw rodzicielskich. Asystentka międzykulturowa musiała potem wyjaśniać zdenerwowanym rodzicom, że poza tą historią istnieje wiele pozytywnych przykładów, kiedy psychologowie realnie pomagali dzieciom. I że kluczowe jest udzielenie wsparcia na czas, tak, aby na przykład niska samoocena i podwyższony poziom lęku nie doprowadziły do ukształtowania się kompleksu niższości.
Asymilacja czy integracja
Z zewnątrz ukraińskie dzieci najczęściej trudno odróżnić od polskich. U młodszych uczniów, którzy chodzili do polskich przedszkoli, nie słychać nawet ukraińskiego akcentu. Kilkoro uczniów prosiło Tetianę, żeby nie rozmawiała z nimi po ukraińsku, ponieważ wstydzili się, że usłyszą to ich koledzy z klasy, a w konsekwencji przestaną się z nimi przyjaźnić i będą uważać ich za "innych".
"U dzieci z tych rodzin, które zdecydowały, że zostaną w Polsce na stałe, widać najlepsze wyniki w nauce - we wszystkich przedmiotach" - twierdzi Tetiana.
W polskim systemie oświaty nie istnieje jednak coś takiego, jak "ukraiński komponent", czyli nauka języka ukraińskiego, historii, czy kultury. Większość uczniów czyta cyrylicą na poziomie pierwszej klasy ukraińskiej szkoły. Są też dzieci, które w ogóle nie znają ukraińskiego alfabetu. Sporo uczniów twierdzi, że nie pamięta już nazwy miasta czy też wsi, z których przyjechali; niektórzy nie potrafią wskazać stolicy Ukrainy, nie wiedzą, kim był Taras Szewczenko. Tetiana przynosiła ze sobą "Bukwar" i na przerwach proponowała tym, którzy byli chętni, naukę czytania. To były dla niej najbardziej wzruszające chwile - patrzeć, jak dzieci cieszą się, gdy po raz pierwszy udaje im się napisać po ukraińsku swoje imię. Albo jak interpretują treść bajki "Rękawiczka" z perspektywy uchodźcy.
"Rękawiczka, którą dziadek zgubił w lesie, staje się symbolem schronienia dla uchodźców. Zwierzątka, podobnie jak uchodźcy, liczyły, że wspólnie przetrwają zimę w jednym, obcym domu. Ale kiedy dziadek niespodziewanie wrócił po rękawiczkę (skończyło się dofinansowanie z funduszy Unii Europejskiej), zwierzątka zostały zmuszone, by szybko szukać nowego, własnego miejsca do życia".
Większość rodziców pozytywnie zareagowała na możliwość nauki języka ukraińskiego, bo w Olsztynie nie ma żadnej alternatywy. Jednak jedna z mam złożyła na asystentkę międzykulturową skargę. Ich rodzina jest rosyjskojęzyczna i mama uważa, że nauka czytania po ukraińsku to dodatkowe obciążenie dla jej dziesięcioletniego dziecka, choć samo dziecko chciało uczyć się cyrylicy. Mama jednak była nieugiętą i nie pozwoliła na to.
Dzieci uchodźcy mogą wiedzieć, kim był Arystoteles, a jednocześnie nie wiedzieć, kim tak właściwie są
Tetiana próbowała przekonać rodziców, aby spojrzeli na całą tę sytuację - nie jak na obciążenie, lecz jak na szansę, która może wesprzeć dziecko w nauce polskiego. Języki ukraiński i polski mają podobną składnię i zbliżone kategorie gramatyczne, takie jak rodzaj, liczba, czy przypadki. Gdyby więc dzieci rozumiały w swoim języku ojczystym, na jakie pytania odpowiadają poszczególne przypadki, łatwiej by im było na lekcjach języka polskiego.
Tetiana w czasie przerw albo już po lekcjach prowadziła też krótkie mini-wykłady z ukrainoznawstwa. Jeśli na zajęciach uczniowie poznawały polskich noblistów, to opowiadała im, dlaczego wśród laureatów Nagrody Nobla nie ma osób z obywatelstwem ukraińskim - nie dlatego, że są gorsi, ale dlatego, że przez długi czas Ukraina była kolonią różnych państw, w którym hamowano rozwój jej kultury, nauki i literatury. Z drugiej strony wśród noblistów są uczeni, pisarze oraz ludzie kultury, którzy urodzili się, dorastali bądź żyli i pracowali na terytorium dzisiejszej Ukrainy czy też mieli ukraińskie pochodzenie (m.in. Ilja Miecznikow, Piotr Kapica). Jeżeli w szkole omawiano artystów świata lub polskie Parki Narodowe, to kobieta opowiadała uczniom o wybitnych ukraińskich twórcach i o ukraińskich Parkach Narodowych.
Bardzo ważna okazała się też komunikacja z polskimi dziećmi. One również często pytały Tetianę o życie w Ukrainie, o historię tego kraju, a nade wszystko, o wojnę. Trudno im zrozumieć, dlaczego skoro Rosja jest agresorem, tak wielu ukraińskich uczniów mówi "językiem wroga". Kobieta opowiadała im, że sama pochodzi z miasta, które było silnie zrusyfikowane. Dwadzieścia pięć lat temu została studentką państwowego uniwersytetu pedagogicznego i przeprowadziła się do Mikołajowa. Miała wrażenie, jakby trafiła do Rosji. W 2000 r. w ukraińskim mieście liczącym niemal pół miliona mieszkańców, wszędzie mówiło się po rosyjsku. Bo rusyfikacja trwała przez ponad 300 lat - była "specjalną operacją przeciwko językowi ukraińskiemu, językobójstwem. Milionom Ukraińców wpojono przekonanie, że to właśnie rosyjski język jest ich językiem ojczystym. Dlatego nawet w czasie wojny bardzo trudno jest przekonać ludzi, że powrót do języka ukraińskiego jest kwestią bezpieczeństwa narodowego.
W styczniu Tetianie nie przedłużono umowy o pracę. Tłumaczono to tym, że "nie ma finansowania na zatrudnienie asystenta międzykulturowego w 2026 r.". Kobieta chciałaby wierzyć, że osoby podejmujące decyzję o finansowanie projektów edukacyjnych dla dzieci-uchodźców rozumieją, iż intensywna asymilacja - w warunkach narastającego w Polsce negatywnego nastawienia do Ukraińców - może rodzić nowe konflikty społeczne.
Pierwszy raz usłyszałam o tym filmie na początku mojej studenckiej kariery. Profesor prowadzący historię gospodarczą włączył go naszemu rocznikowi najpierw w ramach wykładów, a potem ćwiczeń. Jaki był tego powód nie mam pojęcia, ponieważ byłam wtedy na zimowym obozie sportowym. Faktem natomiast jest to, że potem stawiał z jego treści pytania podczas zaliczenia przedmiotu. Z jednej strony cieszyłam się wtedy, że ocena została mi wystawiona na podstawie aktywności na zajęciach, z drugiej jednak obiecałam sobie, że kiedyś zmobilizuję się na tyle, aby obejrzeć jeden z filmów reżysera Andrzeja Wajdy, "Danton".
Myślę, że każdy z nas kojarzy postać głównego bohatera filmu - Georgesa Dantona. Historia zapamiętała go jako jednego z organizatorów i głównych przywódców rewolucji francuskiej w 1789 roku. Bezwzględny, stanowczy, chociaż pojawiają się też głosy broniące jego stanowczej postawy. Chyba jednak najbardziej zapamiętany został z tego, że go zgilotynowano w czasie terroru jakobińskiego.
Film "Danton" opowiada właściwie o ostatnich tygodniach życia jej głównego bohatera. Jego akcja rozpoczyna się w 1794 roku, kiedy Francję ogarnia rewolucyjny terror wprowadzony przez Dantona. Podczas burzliwego posiedzenia Komitetu Ocalenia Publicznego, jakobin Jacques Nicolas Billaud-Varenne jawnie oskarża go o działalność kontrrewolucyjną wymierzoną przeciw komitetom. Obecny na zebraniu Maximilien de Robespierre przeciwstawia się co prawda aresztowaniu i osądzeniu Dantona, ale z trudem narzuca swoje zdanie innym członkom Komitetu, którzy są zaniepokojeni wpływami Dantona oraz jego popularnością. Takim sygnałem ostrzegawczym dla niego jest likwidacji redagowanej przez Camille'a Desmoulinsa gazety "Vieux Cordelier".
Danton otrzymuje ostrzeżenie, że rząd chce go aresztować wraz z najbliższymi współpracownikami. Niestety, lekceważy je, licząc naiwnie na swoją popularność wśród paryżan oraz nietykalność z uwagi na zasługi dla rewolucji. Z inicjatywy Robespierre'a, nadal pragnącego oszczędzić Dantona, dochodzi do poufnego spotkania obydwóch przywódców, które jednak nie skutkuje dojściem do zamierzonego porozumienia. Zdecydowany już Robespierre, w obawie przed radykalnymi działaniami ze strony Dantona, postuluje w Komitecie Ocalenia szybkie osądzenie go. Raport rewolucjonisty Lauis de Saint-Juste'a stanowi podstawę do przygotowania listy osób przeznaczonych do uwięzienia. W nocy z 30 na 31 marca 1794 roku dochodzi do aresztowania tzw. dantonistów wraz z samym Dantonem. Zostają oni internowani w Pałacu Luksemburskim. Następnie zostaje im wytoczony publiczny proces, podczas którego zostaje wydany na Dantona wyrok śmierci.
Film Andrzeja Wajdy pt. "Danton" jest doskonałym obrazem tego, jak ktoś może w jednej chwili z osoby bardzo popularnej w społeczeństwie stać się taką, z którą nikt nie będzie się liczył, która spadła na sam dół i została pozbawiona praw publicznych. Chociaż z historii wiedziałam, jaki będzie jej finał, to i tak żal mi się zrobiło, kiedy oglądałam finałowe sceny, w których Danton został zgilotynowany. Chociaż nie przepadam za aktorem Gerardem Depardieu, to nie będzie przesadą, jeżeli powiem, że w tej roli akurat bardzo przypadł mi do gustu. Zagrał niezwykle realistycznie rolę Dantona, widz widział, że wkłada w nią wiele emocji. Poza tym w filmie zobaczymy całą plejadę dobrze znanych nam polskich aktorów i aktorek, co sprawia, że film odbiera się jako jeszcze bardziej swojski.
Wraz z końcem roku kalendarzowego, dosłownie rzutem na taśmę, wypadła obrona mojej pracy dyplomowej z magisterium z pedagogiki. Tak naprawdę nie wiedziałam, czy wyrobię się jeszcze w 2025 roku, czy też zostanie ona przeniesiona na początek roku 2026. Byłam jednak spokojna, ponieważ mnie udało się wyrobić z wszystkim w umówionym terminie. Jasne, miałam go wydłużony z powodu problemów zdrowotnych, i nie wyrobiłam się do września, na szczęście uczelnia poszła mi na rękę i wydłużyła maksymalnie czas na oddanie pracy. Potem czekałam na ruch wydziału. Trochę się bałam, bo jak już pisałam, poniosło mnie z ilością stron, na szczęście wszystko poszło nawet lepiej niż dobrze i ostatecznie z pokoju wykładowców, gdzie odbywał się egzamin, wyszłam jako magister. Tematyka tzw. uczniów "podwójnie wyjątkowych" zdobyła uznanie w oczach komisji i zdobyła całkiem ciekawe recenzję, zarówno od strony promotora, jak i recenzenta. A mnie przyniosła ogrom satysfakcji.
Tego dnia dostałam wolne i w szkole i na świetlicy. Patrząc na moją czerwcową obronę z Nauk o Rodzinie, gdzie z zakończenia roku szkolnego biegłam na egzamin, to teraz miałam wymarzoną sytuację. Nie musiałam tego dnia niczym się przejmować, nigdzie biec, co najwyżej rano na roraty na Wydział Teologiczny. Teoretycznie po egzaminie mogłam iść jeszcze na świetlicę, ale skoro szefostwo dało mi wolne, postanowiłam je wykorzystać. Przy okazji moja wychowawczyni z drugiego etapu podstawówki i gimnazjum, jak i długoletnia trenerka, próbowała mnie przekonać, że powinnam być z siebie dumna - w końcu nie każdy kończy studia, a już na pewno, nie każdy może się pochwalić potrójnym magistrem. Jakby nie patrzeć - z naszej klasy gimnazjalnej tylko ja poszłam na studia (i to nie na jedne) i tylko ja je ukończyłam. Podobne zdanie miał Ksiądz z gitarą, u którego byłam wieczorem na roratach, a potem czekałam u niego na plebani na autobus do domu, pijąc ciepłą herbatę. Ale ja nie umiem być z siebie dumna. Jestem zadowolona, jestem szczęśliwa, wiem, że dużo osiągnęłam, ale nie powiedziałabym, że rośnie we mnie duma. Zresztą, nie ja jedna ukończyłam studia, więc co w tym takiego niezwykłego? Normalna rzecz.
Ku mojemu zaskoczeniu, w szkole dostałam dodatkowy dzień wolny na drugi dzień. Ponieważ stało się to równocześnie z dniem wolnym z okazji obrony, postanowiłam tak poukładać sobie dyżury na świetlicy, żeby mieć jeszcze jeden cały dzień wolny. Na szczęście nie było z tym najmniejszego kłopotu. Dzięki temu mogłam pojechać sobie na nabożeństwo Drogi Krzyżowej mające miejsce w Wał-Rudzie. Cały dzień trzeba na to poświęcić, ale do tego akurat jestem przyzwyczajona. Do takich wielogodzinnych podróży w jedną i w drugą stronę. Przynajmniej mam kiedy czytać książki.
Tym razem była to autobiograficzna powieść "Mój piękny syn" Davida Scheffa opowiadająca o walce rodzica z uzależnieniem dziecka. Z tego co wiem, to jest jeszcze jakby druga część zatytułowana "Na głodzie" będąca opisem tej samej historii, tym razem z perspektywy uzależnionego dziecka. Dodatkowo nakręcono też film oparty na tych dwóch książkach, więc gdyby udało mi się przeczytać obydwie książki i skonfrontować je z filmem, to byłabym zadowolona.
Czwartkowe wolne w szkole było dla mnie zaskoczeniem również z tego powodu, że dzisiaj mieliśmy szkolny koncert kolęd i pastorałek. Już w styczniu po trochu pomagałam przy organizacji podobnego przedsięwzięcia, finalnie stojąc przy konsoli i obsługując całe nagłośnienie. Dodatkowo, kiedy przez wiele lat śpiewałam w parafialnej scholii, niemal co roku odbywały się parafialne koncerty kolęd i pastorałek, gdzie niemal zawsze prezentowaliśmy jakiś repertuar. Może nie jestem mistrzem w organizacji tego typu przedsięwzięć, ale nie można też powiedzieć, że nie mam żadnego pojęcia o co w nich chodzi. Co prawda byłam trochę zaskoczona tym, kiedy na jednej z rad pedagogicznych poproszono mnie o pomoc w przygotowaniu koncertu, szybko jednak odnalazłam się w powierzonej mi roli. Dziewięć kolęd i pastorałek śpiewanych przez klasy, czas dla solistów oraz na życzenia dla dyrekcji - nie chciałam, aby był jakiś tego przesyt. Co za dużo, to niezdrowo. Potem przez cały grudzień mieliśmy próby. Na szczęście w sytuacji, gdy musiałam zwolnić się z przyczyn zdrowotnych z pracy, mogłam liczyć na zastępstwo. W pewnej chwili nastąpiła taka kumulacja wszystkiego - tu roraty, tu Oratorium, tu praca, tu obrona magisterki, że miałam wszystkiego dosyć i psychicznie i fizycznie. Dlatego ten dodatkowy wolny dzień był dla mnie prawdziwym zbawieniem.
Dzisiaj wróciłam do pracy z nowym pokładem sił. Na dzień dobry oczywiście poszłam do dyrekcji zakomunikować jej, że zdałam egzamin magisterski i mogę się przedstawiać "magister pedagogiki". Oczywiście to taki żart, bo nawet trudno mi tak o sobie myślę. Nie mniej gratulację przyjęłam. A potem udałam się na salę gimnastyczną zobaczyć jak tam dekoracje. Benek z klasami ósmymi spisał się na medal. Jeszcze tylko sprawdziłam, czy sprzęt muzyczny działa i z niecierpliwością oczekiwałam na wybicie godziny 10:00, kiedy miały rozpocząć się występy.
Kwadrans przed planowanym rozpoczęciem uczniowie, nauczyciele i zaproszeni goście zaczęli zajmować miejsca na widowni. Ja zaś zajęłam miejsce za konsolą ustawioną z boku miejsca służącego za scenę. Kilka dni wcześniej nagrałam sobie wszystkie podkłady na płytę w takiej kolejności, w jakiej miały być wykorzystane. Po powitaniu wszystkich przez panią dyrektor, włączyłam pierwszy pokład do "Kolędy Dąbrowskiej". Wśród ciszy chór złożony z uczniów z różnych klas oznajmił wszystkim zebranym, że oto: "Przyszła do Dąbrowy, wesoła nowina, że w Betlejem mieście, panna rodzi syna... Zdaje się, że wszystko, dziś po niebie chodzi, jakby tu, w Dąbrowie, Chrystus się narodził...". Po wyciszeniu podkładu na środek wyszła klasa 1 "b" z kolędą "Dzisiaj w Betlejem". Następnie uczennica klasy V zaśpiewała "Jezus malusieńki". Ponownie chór zaprezentował się z kolędą "Wesołą nowinę bracia słuchajcie". Klasa III "a" zachwyciła wszystkich wykonaniem "Wśród nocnej ciszy", a chodząca do tej samej klasy Zosia wraz ze starszą siostrą Gosią ośmieliły się zaśpiewać "Ach ubogi żłobie". Z kolei klasa V "b" dość energicznie zaśpiewała "W dzień Bożego Narodzenia". Następnie młodsze klasy w piosence "Świeć gwiazdeczko" prosiły gwiazdkę, aby zaprowadziły ich do Betlejem. Chodząca do szóstej klasy Julia postanowiła zaprezentować się w kolędzie "Była noc ciemna noc". Ponownie można było wysłuchać chóru, który wykonał dla wszystkich kolędę "Mizerna cicha". Czwartoklasista Szymon ośmielił się wykonać kolędę "Do szopy, hej pasterze". Po nim siódmoklasista Paweł wzruszył wszystkich zgromadzonych pastorałką "Cicho, cicho, pastuszkowie", a jego starsza o rok koleżanka Marta zaśpiewała w trzech językach międzynarodową kolędę "Cicha noc". Zaraz po niej starsze klasy wykonały "Kolędę o ludzkim zrozumieniu": "To właśnie do Ciebie człowieku woła, w tę noc, gdy najbardziej samotność boli. Każde puste miejsce przy wigilijnych stołach, gdzie modlitwa rany w pamięci zagoi". Chyba każdy miał łzy w oczach, kiedy pomyślał sobie o tych wszystkich bliskich, którzy nie zasiądą już z nami do świątecznego stołu. W tym miejscu na środek ponownie wyszła Pani dyrektor oraz ksiądz proboszcz pobliskiej parafii, którzy w serdecznych słowach życzyli wszystkim wszystkiego co najlepsze z okazji świąt oraz nowego roku. Cały koncert zwieńczyliśmy wykonaniem wraz z chórem piosenki "Znak pokoju", którego refren również może być pięknymi życzeniami na nadchodzący czas.
I jeszcze wyjątkowa propozycja wykonania kolędy "Mizerna cicha". Właśnie ją zaśpiewały nasze dzieciaki.
Chyba sama wzruszyłam się podczas wykonywania przez dzieciaki niektórych kolęd, pastorałek i piosenek, a już najbardziej podczas dwóch ostatnich. Przeleciałam pamięcią przez te wszystkie parafialne koncerty kolęd i pastorałek i przyznam, że chyba żaden z nich nie wywołał we mnie tylu emocji, jak ten. Fakt, że mógł na mój stan nałożyć się stres związany i z obroną, i z przygotowaniem występu (jak chociażby przygotowanie repertuaru, czy też omówienie, kto co śpiewa), i z samym występem, jednak chyba nigdy nie ryczałam aż tak po wszystkim. Mam nadzieję, że odpowiednio wykorzystałam to, czego nauczyłam się podczas styczniowej organizacji koncertu pod okiem Księdza Niosącego Światło. I że byłby zadowolony również z tego aspektu efektu swojej pracy. Że wtedy te wszystkie godziny prób nie poszły na marne, że coś z nich wyniosłam. Że potrafię wykorzystać to doświadczenie w dalszej pracy nawet wtedy, gdy nie jest łatwo. Ale może właśnie wtedy czuje się największą satysfakcję?
A w ogóle popatrzcie jakie mam zdolne dzieciaki na szkolnej świetlicy. Zaproponowaliśmy im po koncercie wykonanie kartek świątecznych dla seniorów będących podopiecznymi pobliskiego Domu Seniora Wigor. Dwa razy nie trzeba było im powtarzać. Raz dwa i powstały takie cudeńka.
Plan jest prosty - iść z dzieciakami w ramach lekcji do "Wigora", powtórzyć szkolny koncert, wręczyć kartki świąteczne z wypisanymi życzeniami oraz zachęcić obydwa pokolenia do wzajemnej rozmowy, jak dziadkowie z wnukami. A to wszystko w okolicach 21 stycznia (a najlepiej 20, albo 22, bo 21 to ja sama chciałabym odwiedzić swoją babcię, zaś udanie się do niej to wyprawa na cały dzień), z okazji dnia babci i dziadka. Będę musiała porozmawiać o tym z dyrekcją i szkoły i placówki, bo to jest do ogarnięcia. A jak nie, to myślę, że zaniesienie samych kartek z życzeniami, np. przez samorząd szkolny, też będzie dobrze.
W ostatnim wpisie opowiadałam Wam o Antku, który pomimo przeciwności losu obronił tytuł licencjata na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jak dla mnie dokonał czegoś niebywałego. Ale i ja się mogę pochwalić malutkim sukcesem - po wielu perypetiach i przeciwnościach losu (m.in. pobytowi w szpitalu) udało mi się złożyć pracę magisterską z pedagogiki. Planowo miałam to zrobić we wrześniu, ale tak mi się życie potoczyło, że nie wyrobiłam się w czasie. Zdarza się. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że kiedy inni mieli dwa lata na napisanie pracy, ja z powodu robienia całych studiów magisterskich w jeden rok, miałam tylko kilka miesięcy. Nawet nie wiem, jakim cudem wyszło mi 239 stron przy standardowych 80. A więc prawie dwa razy wymaganej objętości. A chciałam też, aby to wszystko miało ręce i nogi, żeby nie było napisane po macoszemu i byle jak. Żeby mnie satysfakcjonowało tak, jak praca magisterska z pracy socjalnej w 2020 roku i nauk o rodzinie sprzed kilku miesięcy. To z kolei wymagało ode mnie zaangażowania w to, co robię i dogłębnej analizy wyników badań. Temat sobie wybrałam niejako z mojej półki - o niepełnosprawnych, co sprawiło, że nie męczyłam się z nim od strony psychicznej, a jedynie fizycznej (uwierzcie mi, przy mpd pisanie na klawiaturze bywa męczące).
Z mojej strony to wszystko w sferze przygotowawczej. Teraz ruch należy do mojego promotora (z którym współpracę będę mile wspominać, i mam nadzieję, że ze wzajemnością). Musi znaleźć osobę chętną do zrecenzowania moich wypocin. A to może być trudne, przy takiej ilości stron. Jestem jednak dobrej myśli i mam nadzieję, że w przeciągu miesiąca obrona będzie za mną, a ja będę mogła w obydwóch zakładach pracy zamienić dyplomy z magistra Pracy Socjalnej na magistra Pedagogiki. W zasadzie ten pierwszy może być, bo łączy się pośrednio z pracą z dziećmi, ale magister pedagogiki jednak lepiej brzmi.
Tak się tylko obawiam, czy na tej ostatniej prostej nie podwinie mi się noga, czy recenzent nie doczepi się do jakiejś głupoty, czy antyplagiat nie wychwyci za dużo powtórzeń. Czy w ostatniej chwili nic nie przeszkodzi mi w zdobyciu tego przyspieszonego dyplomu. Wszystko się może zdarzyć. Ale, tak sobie myślę, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Może to opóźnienie było mi po coś potrzebne? Wiedziałam, że nie wyrobię się do lipca, celowałam we wrzesień, a tutaj wszystko się obsunęło. Na szczęście dostałam czas na nadrobienie wszystkiego i jeszcze późniejsze oddanie pracy bez większych konsekwencji. A więc mogę nazywać siebie szczęściarzem.
Grupa magistrów z pedagogiki opiekuńczo - wychowawczej
To może, rzutem na taśmę, dokończyć jeszcze jedne studia, o których tutaj nie pisałam? Tam też została mi tylko obrona pracy...
Śnieg się zesypał. Biały, puchaty, choć nie klei się jak kiedyś, gdy było się dzieckiem. Ciekawa jestem, ile poleży na powierzchni ziemi. I czy do jutra już stopnieje...
Można by powiedzieć, że jedną z takich blogowych tradycji jest podsumowanie i przypomnienie tych osób ze świata mediów, polityki, kultury, sportu, czy też historii, którzy odeszli do wieczności w okresie od 2 listopada ubiegłego roku do 1 listopada bieżącego roku. Nie inaczej mogło być w tym roku.
Szczerze powiedziawszy to czas zaczął tak bardzo pędzić, że w przypadku niektórych osób nie zdawałam sobie sprawy z tego, że odeszli w ciągu ostatnich 12 miesięcy. O jednych odejściach było głośno, o innych w mediach pojawiły się tylko zdawkowe informacje. Jednak każde z nich spowodowało jakąś tam stratę w naszym społeczeństwie, a przynajmniej część z tych nazwisk jest jakoś rozpoznawalna wśród nas. Kto zatem odszedł we wspomnianym okresie? Tradycyjnie zapraszam na filmowe podsumowanie.
Dodatkowo mogę wspomnieć o odejściu znakomitego historyka, który na pierwszym semestrze studiów z zarządzania otwierał przed nami tajemnice związane z historią gospodarki. Niezwykle wymagający, sama nie wiem, jakim cudem wyszłam od niego z gabinetu z piątką w terminie zerowym, kiedy część grupy z jego powodu musiała przedłużać sesję. Czyżby pomógł mi Fryderyk Chopin? Albo regularne przygotowywanie się do zajęć, dzięki czemu od czasu do czasu coś przebąknęłam na omawiany temat...
W każdym razie nie miałam z nim problemów, wszystko szło mi na jego przedmiocie dobrze, a wysoka (może nawet za wysoka) ocena tylko dodała mi skrzydeł i udowodniła, że nauka i studia mają sens. Profesor Henryk Kocój był autorem wielu cenionych publikacji historycznych, po które wielokrotnie sięgali jego następcy, a jego uwagi względem niesfornych studentów pierwszego roku ("Co się spaźniasz*?!", "Cisza, bando głupia") mówione z charakterystycznym galicyjskim akcentem przeszły do potocznej mowy naszego rocznika.
Nie mogę tutaj nie wspomnieć o innym wykładowcy z katowickiego AWFu, który odszedł do wieczności, poczciwym panu Rysiu, o którym pisałam >>tutaj<<. W przeciwieństwie do profesora Kocója, pana Rysia chyba każdy lubił i przychodził do niego z każdą sprawą - zarówno nadziejną, jak i beznadziejną. A on starał się w miarę możliwości je rozwiązywać. Taki dobry duch uczelni jakich mało. I może dlatego tak pięknie zapisał się w moim sercu?
* tak, zawszę mówił "spaźniasz", zamiast "spóźniasz"
dziękuję Wam za słowa uznania skierowane w stronę wykonanej przeze mnie kartki z okazji instalacji mojego byłego katechety na urząd proboszcza. Szczerze powiedziawszy - z niektórych moich prac jestem bardziej zadowolona. Tutaj posypały się proporcje w stosunku do oryginału i wyszło jak wyszło. Z drugiej strony - wieczór wcześniej tak się źle czułam, że robiłam ją na kolanie, mając kawałek deski za blat stołu. Tak więc mogło być lepiej, ale równocześnie - i gorzej. Wyszło jak wyszło, może nie idealnie, ale najlepiej w tamtym momencie jak mogło być. Obdarowanemu się spodobało, co też bardzo mnie cieszy. Powiedział mi to po porannej Mszy, a potem zaprosił na śniadanie na plebanię, bo uznał, że padnę mu wracając do domu kolejną godzinę autobusem, a potem pewnie idąc od razu do pracy. Co prawda miał mi wysłać SMS-a z podziękowaniem, ale jakoś w ostateczności wyleciało mi to z głowy.
Niedawno mieliśmy spotkanie formacyjne w Oratorium w S-cu, na którym ksiądz Jack nakreślił plan naszego działania. Padła propozycja utworzenia oratoryjnej biblioteki z książkami dla dzieci korzystających z zajęć w placówce. Z jednej strony dobrze, bo stan czytelnictwa w naszym kraju leci na łeb, na szyję, ale z drugiej strony - zastanawia mnie, kto z niej będzie korzystał oprócz nas, animatorów, w ramach zajęć sobotnich i w tygodniu. Mimo to zgłosiłam się na ochotnika do pomocy w jej uporządkowaniu, a nade wszystko, w wypożyczaniu pozycji, kiedy już się znajdą. Nawet przeleciał mi po łbie pomysł, czy nie pójść by na studia, ale już podyplomowe, z bibliotekarstwa. Są na UŚiu, tylko 1,5 roku. Fakt, że płatne, ale chyba już mi się nie chce iść na kolejne 3 lata licencjatu. Tym bardziej, że od tego roku zaczęłam pracę na szkolnej świetlicy, co przy połączeniu z popołudniami na świetlicy środowiskowej może nieźle dać mi w kość. Nie wiem, to na razie początek mojej przygody z tym wszystkim, ale już wiem, że gdybym nie wyrabiała, albo coś, to rezygnuję z świetlicy środowiskowej, ponieważ szkołę mam na miejscu, a do świetlicy muszę dojeżdżać.
Ale w głębi duszy, zastanawia mnie, czy taka podyplomówka ma sens. Już dosyć zainwestowałam w nasze parafialne Oratorium czasu, energii, pieniędzy tylko po to, aby usłyszeć od mojego obecnego proboszcza, że nie udzielam się wystarczająco w parafii... Noszszsz... udzielałam się na tyle, na ile mogłam. Ale zrobiło mi się wtedy przykro, nie powiem, że nie. Kto mi da gwarancję, że teraz tak nie będzie. Nie, wiem, że ksiądz Jack mi tego na pewno nie powie. Ale on nie będzie wiecznie na tej parafii (na naszej był zaledwie rok). A nikt mi nie da gwarancji, że na jego miejsce nie przyjdzie ktoś o mentalności mojego proboszcza. No i po co się starać, edukować, poszerzać wiedzę? Takie postępowanie skutecznie do tego zniechęca.
Padła też propozycja 45-minutowych kościelnych katechez. No bo, jak pewnie wiecie, ministerstwo obcięło od tego roku jedną godzinę religii w szkołach. Ta jedna ucięta godzina miałaby się odbywać w pomieszczeniach Oratorium dla klas 7 i 8, czyli młodzieży przygotowującej się do sakramentu bierzmowania. Nie wiadomo co z tego wyjdzie, bo jest to projekt pilotażowy, ale będą próbować. I tutaj znowu ksiądz poprosił o pomoc starszych animatorów. Ech, przygotowanie pedagogiczne mam, wiadomości z religii jakieś też, od roku pomagam w przygotowaniach kandydatów do bierzmowania na podstawie autorskiego scenariusza w parafii Księdza Niosącego Światło. Może więc jakoś dałabym radę wspomóc tą inicjatywę. Tylko z czasem tak trochę kiepsko. Tym bardziej, że środowe wieczory to jedyny termin, kiedy mogę iść na trening. Dlatego nie powiedziałam ani tak, ani nie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Być może nic, i też nic się nie stanie. Ale myślę, że może to też być bardzo piękną i wspaniałą przygodą. I do tego bezcennym doświadczeniem pedagogicznym...
Coś mnie tchnęło i po powrocie z Rzymu zajrzałam na stronę Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach, mojej pierwszej szkoły wyższej, w której zdobywałam wykształcenie. Nawet nie potrafię wytłumaczyć co to było, jakieś niedające się ująć w słowa uczucie. Przeglądałam aktualności i znalazłam tą, która spowodowała, że serce na moment mi stanęło, a za chwilę zaczęło na nowo bić ze zdwojoną siłą. Mój wzrok padł bowiem na wiadomość o śmierci jednego z moich ulubionych wykładowców, którego niezwykle ceniłam i szanowałam nie ze względu na posiadany przezeń tytuł (nota bene był zaledwie magistrem), ale wiedzę praktyczną, empatię, zrozumienie. Był takim dobrym duchem w trudnych chwilach. A jeżeli trzeba było, to o nas, niepełnosprawnych, walczył niczym lew.
Na moim kierunku nauczał przedmiotów związanych z funkcjonowaniem instytucji nakierowanych na osoby niepełnosprawne. Ileż było na nich dyskusji przeplatanych szczerym śmiechem. Sam przez lata pracował w ośrodkach i stowarzyszeniach nastawionych na pomoc i naukę osób dotkniętych niepełnosprawnością, zwłaszcza tych z ubytkiem słuchu. Dlatego też na uczelni pełnił funkcję tłumacza języka migowego, wspomagając tym samym głuchych studentów. Taki dobry duch, którego nie dało się nie lubić.
Witajcie moi Kochani. Na początku chciałabym Wam szczerze i gorąco podziękować za wszystkie słowa gratulacji i otuchy pod poprzednią notatką. Powoli, powoli zaczyna do mnie docierać, że pomimo wszelkich trudów i licznych przeciwności rzucanych pod nogi, udało mi się już drugi raz zostać magistrem, tym razem nauk o rodzinie. Te dwa lata były dla mnie niezwykle ciężkie, zwłaszcza emocjonalnie, trochę też zdrowotnie, dlatego tym bardziej czuję małą satysfakcję, że przynajmniej te studia dopięłam przed wakacjami. Czuję przy tym niezmierzoną wdzięczność tym, którzy byli ze mną na tej drodze, którzy mi kibicowali, motywowali, wspierali, po prostu trwali na dobre i na złe. Tym, którzy są mi znani z realnego świata, ale też i z wirtualnego. Tym, którzy nie pozwolili mi się poddać w tym wszystkim, że pomogli chociażby dobrym słowem, kiedy było bardzo źle, kiedy chciałam rzucić to wszystko wniwecz.
Czy czuję, że odniosłam sukces? I tak, i nie. Z jednej strony cieszę się, że udało mi się sprostać wymaganiom, jakie postawiły przede mną studia w takim samym stopniu, jak inni członkowie grupy z Nauk o Rodzinie. Ale z drugiej - nie uważam, abym zrobiła coś spektakularnego. Zakończyłam jakiś etap mojego życia, tak jak inni. Normalna kolej rzeczy, także dla ludzi z MPD. Bo czyż tak bardzo różnię się od innych? Nie sądzę.
Jednak ostatnie dni przyniosły mi jeszcze jeden sukces, chociaż nie mój osobisty, to jednak cieszący nie mniej, a może nawet jeszcze bardziej, niż mój własny.
Myślę, że okres wakacji to w wielu diecezjach czas na różne szarady wśród księży posługujących w parafiach. Co prawda ja też z niecierpliwością czekam na zmianę proboszcza w mojej rodzinnej parafii, ale u mnie są księża zakonni, którzy rządzą się zupełnie innymi regułami przy przenoszeniu. Ja nawet nie wiem, czy biskup diecezjalny ma coś do powiedzenia w tej materii.
Jak co roku z ciekawości sprawdziłam, czy znajomi księża mają zmianę. Jakże bardzo ucieszyłam się, kiedy dotarłam do nazwiska mojego katechety z podstawówki i gimnazjum. A raczej z tego, że został mianowany proboszczem. Nie, wróć, najpierw administratorem parafii. No, ale to tak jedną nogą jest proboszczem. I to w jednej z parafii w moim mieście. Niemal od razu podzieliłam się tą wiadomością z kilkorgiem ludzi z byłej klasy. Ucieszyli się. I tak z automatu wyszła propozycja, aby pojechać do Księdza z Gitarą* z gratulacjami.
Jako termin wybraliśmy pierwszą sobotę wakacji. Nie, nie dlatego, że byłam już wtedy po pierwszej obronie i można by było mianować mnie podwójnym magistrem. Co to, to nie. Zresztą chyba źle bym się z tym czuła. Po prostu tak wyszło. Każdemu tak pasowało. Co prawda mnie w ostatniej chwili wypadła kolejna, ostatnia przed przerwą wakacyjną poprawka z Historii Filozofii, ale ona była w godzinach przedpołudniowych, a my umówiliśmy się z Księdzem z Gitarą w godzinach popołudniowych. Wszystko więc idealnie się zgrało.
Rano, jeszcze przed tym, zanim pojechałam do Kato po raz kolejny próbować zdawać tą nieszczęsną filozofię (po nocach mi się już ona śni), podskoczyłam do kościoła upewnić się, czy Ksiądz Niosący Światło na pewno nic nie potrzebuje z apteki. Wedle księdza proboszcza wszystko miał. Co prawda w dalszym ciągu bolało go gardło, ale poza tym raczej wszystko było z nim bez zmian. Proboszcz kazał mi się nim nie martwić i cieszyć wakacjami.
Ale na te wakacje najpierw trzeba było zasłużyć. I to nie obroną, ale zaliczeniem filozofii, które okazało się dla mnie o wiele trudniejsze. Jednak na ostatek coś się we mnie odblokowało, bo jakimś cudem zdałam za jednym zamachem i ćwiczenia, i egzamin. Co prawda ćwiczenia na przysłowiowe "Boże miłosierdzie", ale za to na egzaminie zaszalałam i wyszłam z niego z 4,5. Sama nie mogłam w to uwierzyć. A z drugiej strony, podeszły mi pytania. Te teoria poznania Locka, egzystencjalizm Kierkegaarda oraz hermeneutyka Gadamera wyjątkowo mi podeszły. A więc wakacje czas zacząć. Bo obrona magistra z pedagogiki we wrześniu to już tylko formalność. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Z wolną głową i czystym sumieniem wróciłam do domu. Szybko coś zjadłam, zmieniłam ubrania na mniej odświętne (aczkolwiek w dalszym ciągu eleganckie), nakarmiłam kota i ruszyłam na powrót do Kato, skąd najłatwiej jest dotrzeć do Jawo, gdzie aktualnie na jednej z parafii jest jeszcze Ksiądz z Gitarą. Trochę zachodu to kosztuje, w takich chwilach żałuję, że nie mam prawa jazdy, ani nawet nie potrafię jeździć na rowerze... Może byłoby łatwiej.
W Jawo spotkałam się z resztą na centrum miasta i ruszyliśmy w stronę odpowiedniego kościoła. Ksiądz już czekał na, jak to sam określił, swoich sportowców. W dalszym ciągu pamięta nasze imiona, kojarzy naszych bliskich i to, co kto z nas trenował. Ze mną nie ma problemu, bo kontakt mam z nim raczej stały, głównie poprzez internet, ale co kilka miesięcy starałam się go odwiedzić. Podobnie chciałabym zacząć postępować z księdzem Wojtkiem, odwiedzić go chociaż te 2 razy w roku. Nie wiem, czy dojdzie to do skutku, bo to jednak trzeba dotrzeć za Wrocław, ale spróbować można. Jednak z innymi kontakt Księdza z Gitarą się urwał gdzieś po drodze. Co nie zmienia faktu, że nie otaczał nas swoimi modlitwami.
Radość jego z naszego przybycia była niezmierna. Ksiądz zaprosił nas do siebie na kawę, herbatę i ciasto. Trochę onieśmieleni weszliśmy do jadalni i zajęliśmy miejsca. Jednak z każdą chwilą nabieraliśmy coraz bardziej pewności siebie, a dyskusja nabierała tempa. Oczywiście wszyscy szczerze gratulowaliśmy Księdzu awansu, cieszyliśmy się z nim, podpytywaliśmy o plany, których jeszcze nie miał. Z drugiej strony on też pytał co u nas, co robimy, jak nam się wiedzie. Tak jak pisałam, jestem z nim w stałym kontakcie, więc wolałam, aby bardziej porozmawiał z innymi, niż ze mną. Ale i tak ktoś w pewnym momencie powiedział o mojej obronie z poprzedniego dnia. Ogólnie Ksiądz wiedział o moich studiach, nie wiedział jednak, że już się bronię. Tak trochę stanęłam w centrum uwagi, czego wcale nie chciałam. To nie był mój dzień, awans Księdza z Gitarą był dużo ważniejszą rzeczą. Podziękowałam więc za gratulacje, ale szybko też skierowałam uwagę wszystkich na osobę Księdza.
Tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy do popołudnia. Przypomniały mi się czasy, kiedy Ksiądz prowadził w swojej parafii na terenie mojej szkoły podstawowej i gimnazjum Oazę, na którą nas wciągnął. Spotkania dla nas, niepełnosprawnych, były w soboty, więc dla mnie był to idealny czas. Jeżeli dobrze pamiętam, to te spotkania były raz, dwa razy w miesiącu. O ile nie miałam w tym czasie zawodów sportowych albo innych wyjazdów, to starałam się być. Zawsze to było jakieś wyjście z domu i zawsze coś się działo. I było to dla mnie też wprowadzenie do mojej późniejszej posługi w salezjańskim Oratorium. Bezcenne chwile i wspomnienia. Takie, które chce się pamiętać do końca życia.
Będzie dobrym proboszczem. Czuję to. Zawsze się śmieję, że to, jak się traktuje "innych" dużo mówi o człowieku. Jeżeli widzi w nas pełnoprawnych ludzi, jeżeli potrafi wydobyć z każdego jego potencjał i wykorzystać jego talenty, jeżeli jest dla niego, a nie obok - to znaczy, że dobrze jest przygotowany do pełnienia swojej roli. Zresztą Ksiądz powiedział, że tych siedem lat w naszej szkole (uczył jeszcze przez rok po moim wyjściu) nauczyło go prawdziwego życia i autentycznej pokory. Pamiętacie wpis o pastuchach, pasterzach i pastuszkach? To właśnie przykład takiego pastuszka. I mam nadzieję, że ten "awans" go nie zmieni. Niech tylko nie zapomina, że nie on jest najważniejszy w parafii i że nie miałby żadnej władzy, gdyby nie dana by była mu ona z góry. A wtedy wszystko będzie dobrze.
Ksiądz zaprosił nas na swoje wprowadzenie do nowej parafii. Pech chciał, że akurat wtedy jestem w Rzymie. Ale duchowo i myślowo będę z księdzem. I z moimi kolegami i koleżankami z klasy, bo oni obiecali, że będą. Kurcze, korci mnie, aby napisać od nas, tych jego niesfornych sportowców, jakieś życzenia "na nową drogę życia". Bo na spotkanie jesteśmy umówieni, już na jego nowych włościach, po moim powrocie.
Ech, nawet nie wiecie jak się cieszę z tego jego awansu. Nawet bardziej niż z mojej obrony. Wiem, że Artur podjął słuszną i dobrą decyzję. I nie będzie jej ani trochę żałować. A ja już wypatrzyłam niezły upominek na dobry początek jego posługi w nowym miejscu.
Obczaiłam też, jak najlepiej dostać się na nową parafię księdza. Tragedii nie ma, komunikacja jeździ do niego niemal regularnie. Nie no, będzie dobrze.
* Nie pamiętam katechezy czy też spotkania oazowego, aby nie miał ze sobą gitary
W ramach szkolnych praktyk studenckich dostałam za zadanie przygotowanie akademii na zakończenie roku szkolnego dla uczniów ze starszych klas szkoły podstawowej (4-8). Zgodnie z tradycją szkoły na takiej akademii następuje pożegnanie nauczycieli, którzy albo odchodzą ze szkoły ze względu na przejście na emeryturę, albo odchodzą z jakiegoś innego powodu. Od początku wiedziałam, że w tym roku na emeryturę odchodzą trzy nauczycielki, w tym dwie pracujące na świetlicy, ale całkiem nieoczekiwanie, dosłownie w środę przed zakończeniem roku szkolnego, okazało się, że w tym gronie jest też... Ksiądz Niosący Światło.
Kiedy w środowy poranek poinformowała mnie o tym polonistka współorganizująca akademię, uznałam to za kiepski żart. Co prawda ksiądz kilka razy wspominał, że chce zrezygnować z katechezy szkolnej, ale on czasami tak tylko się przekomarza. Niestety, ksiądz miał się pojawić w szkole dopiero na zakończeniu, nie mogłam więc po prostu do niego iść i zapytać, czy to prawda. Ale, ku mojemu zaskoczeniu, pojawił się na wieczornej Mszy. Postanowiłam wykorzystać okazję i po nabożeństwie czerwcowym poszłam na zakrystię. Ksiądz nawet ucieszył się na mój widok, bo miał recepty do wykupienia. Okazało się, że wypuścili go ze szpitala z infekcją gardła i z jeszcze jedną mało przyjemną rzeczą. Polska służba zdrowia... A ja mam znajomą, która po znajomości sprowadza i sprzedaje te leki po cenach fabrycznych. Obiecałam mu zdobyć wszystko na drugi dzień. A przy okazji zapytałam go, o co chodzi z tym jego odejściem ze szkoły. Złapał mnie za ramiona, aż mnie przeszły ciarki po plecach ze strachu. "Lolek, musiałem tak zrobić. Wiem, że dalej nie dam rady" wyznał wbijając mi chude palce w bark.
Dobrze, że wracam na nogach z kościoła, miałam trzy kilometry na to, aby coś wymyśleć na piątek i w ogóle wszystko przemyśleć. W ogóle piątek to był taki sądny dzień, bo i koniec praktyk, i zakończenie roku szkolnego, i obrona tytułu magistra z Nauk o Rodzinie, i zakończenie roku katechetycznego w parafii. I jeszcze trzeba było na szybko wymyśleć coś na pożegnanie księdza przez uczniów. Wiem, że wcale by nie okazał tego, że jest mu przykro, w końcu wszystko wyszło na ostatnią chwilę. Ale chciałam, aby i on miał piękne pożegnanie. Postanowiłam wykorzystać jeden wiersz napisany jakiś czas temu. Drugi ułożył mi się po drodze.
W czwartkowy poranek dałam jeden wiersz szósto-, a drugi siódmoklasiście, kilka słów podziękowania ósmoklasistce. Bo w tych klasach ostatnio uczył ksiądz. Od razu im powiedziałam, że nie muszą tego umieć na pamięć, grunt aby w miarę dobrze to przeczytali. Potem poszłam pomóc plastykowi w malowaniu dekoracji i ustawieniu ich w sali gimnastycznej na sztalugach. Na ostatnich lekcjach robiliśmy jeszcze ostatnie próby. Po skończonej dniówce zostałam jeszcze w szkole. I tak byłam umówiona z panią Barbórką, że przywiezie mi te jego lekarstwa do DG, a księdzu obiecałam, że poogarniam mu rzeczy w szkole. Na szczęście nie było tego dużo. Ale tutaj pierwszy raz dałam upust emocjom. Potem podskczyłam do centrum po lekarstwa i wróciłam się, tym razem do kościoła, bo przecież to zakończenie oktawy Bożego Ciała. Tym razem bez wianka, ale tyle było rzeczy na głowie, że to jedno mi z niej wyleciało. Tak trochę martwiłam się, aby mi nazajutrz nie powylatywały tak samo inne rzeczy na obronie. Lekarstwa dałam księdzu po procesji wokół kościoła. Liczyłam na to, że jeszcze powie, że z tą szkołą to żart, że od września wraca na tyle, na ile mu siły pozwolą. Nie ma to jak naiwność. Zamiast tego poprawił mi szelkę u plecaka i podziękował.
A ja czułam coraz większą bezradność i pustkę. I to chyba byli najwięksi winowajcy tego, że przez 3/4 nocy nie spałam tylko przerzucałam się z boku na bok, a co zasnęłam to zaraz się budziłam. Nie pomagało nawet głaskanie Pusi i jej kojące mruczenie. Bo zdałam sobie sprawę z tego, że musi być źle. Samodzielne mieszkanie ma tą wadę, że nie można w nikim szukać wsparcia w trudnych chwilach w każdym momencie. Trzeba jakoś sobie samemu z tym radzić. Wstałam rano po nieprzespanej nocy, spojrzałam na galowy strój, bo przecież ze szkoły miałam jechać na uczelnię, i znowu chciało mi się płakać. Zmusiłam się do zjedzenia połowy bułki, wzięłam plecak i wyszłam na pół dnia.
Do szkoły dotarłam przed 8. Najpierw poszłam na świetlicę, a potem w drodze na salę gimnastyczną zajrzałam jeszcze do księdza. Akurat była u niego 7b z kwiatami i podziękowaniami. Uśmiechnęłam się, pierwszy raz od dwóch dni, i zbiegłam na dół na salę gimnastyczną zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Było.
Na dziesięć minut przed godziną 9.00 nauczyciele, uczniowie i rodzice powoli zaczęli się schodzić do sali. Trzeba było dopilnować, aby ci nauczyciele, którzy odchodzą usiedli z przodu, nieopodal dyrekcji. Punktualnie o 9:00 rozpoczęło się zakończenie roku szkolnego klas starszych. Najpierw przemówienie pani dyrektor, następnie prezentacje multimedialne dotyczące odchodzących klas ósmych, potem ciekawostki na temat uczących się w nich uczniów, a później pożegnanie nauczycieli. Najpierw panie ze świetlicy, a potem Księdza Niosącego Światło. Zaczęło się od krótszego wiersza:
Podziękowanie
Sześć lat jak w pacierzu "Amen"
nie wiemy kiedy zleciało.
Dziś Ciebie, Księże ... *
pożegnać nam wypadało.
Za każdą lekcję religii
stokrotnie Ci dziękujemy.
To dzięki niej dosyć dużo
o naszym Bogu dziś wiemy.
Za każdą wyrządzoną przykrość,
ze skruchą Cię przepraszamy.
Za Twoje tak dobre serce.
serdeczne dzięki składamy.
W trudzie codziennych lekcji,
jaśniały nam wszystkim twarze.
Gdy śmiech twój głośny, radosny,
niósł się przez korytarze.
I jeszcze przyznamy szczerze,
tak już na samiutki koniec.
Że byłeś nam tu tak trochę,
jakby niebiańskim aniołem.
Następnie zostały odczytane słowa podziękowania i został wyrecytowany drugi wiersz, który ułożyłam w 2012 roku, kiedy ksiądz Wojtek odchodził na inną parafię. Dobrze, że jeszcze go pamiętałam. A co nie pamiętałam, to ułożyłam na poczekaniu.
Księża katecheci
Różne są Boga poznania techniki,
w czyśćcu historii, matematyki.
W piekle symboli, wzorów chemicznych,
w ogromie błędów ortograficznych.
A Niebo tak dalekie się zdaje,
niczym na mapie w atlasie kraje.
Schody do niego grzechem znaczone,
po drodze pleciemy cierniową koronę.
Jak się tam dostać, którędy droga?
ciągle błądzimy szukając Boga.
Ciągle ranimy Go swymi czynami
- Brama Niebieska zamknięta przed nami.
A święty Piotr przekręca kłódkę
i tak też mówi do nas ze smutkiem:
"Za dużo złego się w życiu działo
za mało z tego się spowiadało".
By się nie spełnił ten scenariusz czarny
i aby nasz los nie był zbyt marny.
Bóg nam posyła swych wysłanników,
co pracy mają tutaj bez liku.
Cisi to bardzo bohaterowie,
co nieraz stają na swojej głowie.
Drogę do Boga nam pokazują.
moralność, pobożność w ludziach kształtują.
Rano nas w szkole o ciszę proszą,
Wieczorem ciekawe kazania głoszą.
Służą z oddaniem w konfesjonale,
by dusza nie była grzeszna wcale.
Uczą, jak dobrym być w naszym życiu,
jak nieść innym dobro, także w ukryciu.
Gdzie miłość, dobro, prawda w nas leży,
my to już wiemy. Skąd? Z katechezy.
Odruchowo spojrzałam na księdza - siedział skulony, z głową ukrytą w dłoniach. Wzruszył się, i to jak. Potem, już w sali, kiedy dowiedział się już jaka była geneza tego wszystkiego (połowicznie) przyznał, że to były najpiękniejsze wiersze, z jakimi się spotkał. Zrobiło mi się głupio, bo sama nie uważam ich za rewelacyjne. Po prostu pisałam to, co mi serce podpowiadało. Gdybym miała więcej czasu powstałoby coś lepszego. Zapytałam się go skąd wie, że te wiersze to ja napisałam. Odpowiedział mi coś takiego, co chcę zachować dla siebie, ale wiem, pragnę aby ta jego odpowiedź została ze mną po wszystkie dni mojego życia.
Po skończonej akademii zostałam jeszcze na sali gimnastycznej na zakończeniu roku szkolnego klas młodszych, a potem na demontażu dekoracji i krzeseł. W tym czasie nauczyciele poszli do klas i pokoju nauczycielskiego. Podeszłam do Księdza Niosącego Światło i powiedziałam mu, że przyjdę do jego salki, jak tylko uporam się z tym wszystkim. Nie będę ukrywała - prace porządkowe trochę mi zajęły, w drodze na trzecie piętro jeszcze zahaczyłam o świetlicę zobaczyć, czy nie ma w niej dzieciaków - nie było. Z czystym sercem poszłam na górę. Ksiądz stał przy oknie wyraźnie wzruszony. Po chwili spojrzał w moją stronę i stwierdził, że czas się zbierać. Dopił coś z kubka i powiódł wzrokiem po klasie. "Czas na zmianę warty, Lolku" - stwierdził ledwie słyszalnym głosem, po czym zapytał, czy nie spóźnię się na obronę magisterki, bo tego by nie chciał. Odpowiedziałam, że nie i pomogłam mu w pakowaniu ze szkoły ostatnich rzeczy oraz otrzymanych upominków, a ponieważ do obrony miałam jeszcze trochę czasu (wyznaczona była na godzinę 14:00) postanowiłam go odprowadzić na plebanię. Część rzeczy wylądowała w kartonie, część w moim plecaku.
W zasadzie te kilkaset metrów pokonaliśmy w ciszy. Nie chciałam forsować jego gardła, w ogóle nie chciałam go zbytnio męczyć. A jednak cieszyłam się widząc wzruszenie na jego twarzy. Tylko już przy drzwiach na plebanię zaczęłam mówić. Widziałam też, że zaczyna go boleć głowa (ewentualnie ból się nasilił) dlatego poprosiłam go, aby się położył, przespał i odpoczął, bo źle wyglądał. A przy okazji zapytałam go, czy nie potrzebuje jeszcze niczego z apteki, bo jakby co to mogę podejść po obronie do pani Barbórki i mu załatwić. Jak nie na dzisiaj, to na jutro. Stwierdził, że wszystko ma. Na odchodne jeszcze nakreślił mi znak krzyża na czole. Przypomniało mi się, jak ksiądz Wojtek czynił taki sam gest przed moimi egzaminami. I znowu siłą woli musiałam się pilnować, aby nie wybuchnąć przy nim płaczem. Jeszcze raz życzył mi na czas obrony opieki Ducha Świętego. I jakoś tak się wzruszyłam.
Na uczelnię dotarłam trochę przed czasem. Po drodze jadłam kajzerkę, chociaż z emocji miałam ściśnięty żołądek. Ale musiałam coś zjeść, aby nie zemdleć. Jeszcze zdążyłam przejrzeć notatki z dwóch ostatnich lat i na drżących nogach weszłam, po wywołaniu mnie, do sali egzaminacyjnej. Jedno pytanie miałam z treści pracy (opisywałam sytuację ukraińskich uczniów mających status uchodźcy wojennego i porównywałam wyniki z wynikami sprzed 2 lat), jedno z podstaw dydaktyki i jedno z mediacji (to z dydaktyki i z mediacji nawiązywało do mojej pracy dyplomowej). Ostatecznie na wszystkie pytania odpowiedziałam na tyle wyczerpująco, że otrzymałam całkiem ładną ocenę, co w parze ze średnią ze studiów daje satysfakcjonujący mnie wynik. Z jednej strony cieszyłam się, bo jednak nie były to łatwe dwa lata, zwłaszcza pod względem emocjonalnym, ale też zdrowotnym. Ale z drugiej strony gdzieś z tyłu głowy przypomniał mi się jeden komentarz i od razu pojawiła się myśl: a co, jeżeli tamta osoba miała rację? Jeżeli naprawdę jestem słaba w nauce, a wszystkie oceny, a co za tym idzie i dyplomy, faktycznie otrzymuję z litości? Chciało mi się płakać, a chwilowa radość gdzieś uleciała. Zadzwoniłam do domu z informacją, że zdałam i wyszłam z uczelni. Ku mojemu zaskoczeniu przed budynkiem czekali na mnie Kropka z Adamem. Raz, chcieli pochwalić się świadectwami szkolnymi (dwa razy świadectwo z wyróżnieniem), dwa, chcieli mi pogratulować ukończenia drugich studiów magisterskich. Żałowałam, że nie mogłam iść z nimi na lody z powodu zakończenia roku katechetycznego, ale umówiliśmy się z tym na wakacje.
Po powrocie do domu zmieniłam odświętną koszulę na zwyczajną, kolorową, spódnicę na dżinsy i włączyłam komputer oraz zupę na kuchence. Szybko napisałam księdzu Wojtkowi, że drugi magister obroniony (sam mnie o to prosił), po czym zjadłam obiad, wrzuciłam do plecaka keczupy i musztardy i pobiegłam do Kościoła na Mszę na zakończenie roku szkolnego i katechetycznego. Ale wcześniej na różaniec. Jak zwykle siedziałam w ostatniej ławce. Tym sposobem Ksiądz Niosący Światło mógł tradycyjnie do mnie podejść zmierzając do konfesjonału. Od razu mi pogratulował uzyskania dyplomu magistra, bo stwierdził, że ani trochę w to nie zwątpił. Tylko ciekawe co by było, gdyby tak się nie stało, gdybym z tego wszystkiego oblała na samym końcu... Wyglądał już lepiej, tylko głos miał nieswój. Tymczasem zaczęły schodzić się dzieci i zasiadać w ławkach. Spowiadający księża też już udali się na zakrystię, a chwilę później rozpoczęła się Msza. Podobało mi się, że dzieci były zaangażowane w czytania, śpiewy i niesienie darów. Kazanie, nieco chrypiącym głosem, wygłosił Ksiądz Niosący Światło, który przypominał, że Bóg chce być z nami obecny także w naszych wakacyjnych podróżach i planach. I to od nas zależy, czy tą prośbę spełnimy, czy też nie. Dziękował też za te wszystkie lata, w szkole i w parafii, jak także za pożegnanie jakie mu urządzono w szkole. Biednemu aż głos się zaczął łamać, a ludzie zaczęli szlochać.
A po Mszy cała młodzież (i nie tylko) poszła na tył kościoła, gdzie było ognisko. Od razu dałam keczupy i musztardy, aby o nich nie zapomnieć. Rozejrzałam się dookoła - było tyle znajomych twarzy ze szkoły i z kościoła, że nawet gdybym chciała, to nie czułam się tam obco. Co rusz ktoś podchodził do Księdza Niosącego Światło, aby podziękować mu za wszystko. Zarówno dzieci, jak i rodzice. Aż ciepło się człowiekowi robiło na sercu na ten widok. Lubią go - to widać. Ksiądz kilkakrotnie namawiał mnie na kiełbaskę z ogniska, Organista nawet chciał mi ją upiec, tak samo jak Dusia. Ze mnie jednak zaczęły schodzić emocje i stres związane z przeżyciami z całego dnia, co objawiało się niezbyt przyjemnym bólem brzucha. Wiedziałam czym to się mogło skończyć, a jeszcze chciałam się pouczyć po powrocie filozofii. Dlatego grzecznie i z uśmiechem kręciłam przecząco głową, mówiąc, że lepiej aby zostało dla dzieci. Do moich uszów co chwilę dobiegał głos Księdza Niosącego Światło, który opowiadał o dzisiejszej akademii i o tym, że świat nauki powiększył się o dodatkowego magistra familologii. Miałam mieszane uczucia - z jednej strony chciałam zapaść się ze wstydu, ale z drugiej, gdzieś tam w sercu na dnie czułam radość, że ktoś szczerze cieszył się z mojego mini-sukcesu. Tym bardziej, że do mnie on jeszcze nie dotarł.
Ognisko dogasało, dzieci z rodzicami i opiekunami powoli zaczęli zbierać się do domów. Wraz z Natanem jeszcze przez chwilę próbowaliśmy zachować żywy płomień, dorzucając drobny chrust do ognia. To znaczy bardziej Natan wrzucał, ja go tylko asekurowałam, aby nie wleciał do żaru. "Natan, Lolek, nie bawcie się ogniem, bo będziecie sikać w nocy" - usłyszałam śmiejący się głos Księdza Niosącego Światło. Kiedy niemal już wszyscy poszli i została nas może dziesięcioro, usiedliśmy wokół ogniska, z którego bił jeszcze żar. Słońce chyliło się ku zachodowi, a ten długi i emocjonujący dzień dobiegał końca. Chciałabym, aby trwał on w nieskończoność, jednak prawa Boże są nieubłagane. Trzymałam w drżących dłoniach kubek z wodą, patrzyłam na mieniące się między blokami zachodzące słońce, a po mojej głowie kołatała się jedna jedyna, najbardziej tutaj pasująca piosenka z filmu "W pustyni i w puszczy" - "Rzeka marzeń".
A ponieważ zegar wskazał godzinę 21:00, wstaliśmy, aby odśpiewać młodzieżową wersję "Apelu jasnogórskiego". Wszyscy złapaliśmy się za ręce, tworząc tym samym jedność. Potem jeszcze na chwilę usiedliśmy na ziemi słuchając śmiesznych kawałów opowiadanych przez Organistę. A ma ku temu dar. Jednak i żar stawał się coraz mniejszy. Ksiądz zadecydował, że koniec tej imprezy i idziemy spać. Ale kazał mi jeszcze na moment poczekać, dając mi na chwilę swoją bluzę do ubrania, a sam poszedł do mieszkania. Wrócił po chwili, ze słoikiem miodu w rękach. Dostał go na pożegnanie od dzieci w szkole, ale i tak nie jest w stanie już jeść takich rzeczy, a w jego ocenie dzisiaj jak najbardziej zasłużyłam na jakąś nagrodę. Tylko, że ja nie zrobiłam nic nadzwyczajnego. Przygotowanie akademii na koniec roku szkolnego to dla mnie była przyjemność, a obrona magisterki - też nic wielkiego. Nie ja pierwsza, nie ostatnia. Wiecie, robiłam wszystko, aby się nie popłakać, lecz tak mało mi to wyszło. Zwłaszcza kiedy sobie uświadomiłam, że już naprawdę nigdy nie wróci do szkoły jako katecheta. Siedziałam więc na schodach trzymając na kolanach ten cały miód i dobry kwadrans, mimowolnie, wyłam w niebogłosy. A Ksiądz Niosący Światło po prostu siedział obok i obejmował mnie swoim ramieniem zapewniając, że wszystko będzie dobrze. Tylko, że ja wiem, że nie będzie. Nawet nie wiem, czy to dla niego było dobre, aby tak siedział na zimnym bruku. W końcu zaczęłam się zbierać do kupy. Kazałam mu iść do domu, bo już było słychać, że chrypie i częściej pokasływał. Ale na pożegnanie uścisnęliśmy sobie dłonie, a ksiądz jeszcze schował mi miód do plecaka i tradycyjnie poczochrał po czuprynie jeszcze raz gratulując obrony.
"Czas na zmianę warty, Lolku" - hmmm, jakaś sugestia? Co prawda mogłabym spróbować aplikować z dyplomem z licencjatu z pedagogiki, bo obronę tego tytułu magisterskiego przełożyłam na wrzesień. Tylko czy w ogóle mam szansę? Ale skoro ksiądz tak mówi, to czemu chociaż nie spróbować. Żeby tylko on doczekał tej mojej wrześniowej obrony...
* jednak jego imię zachowam dla siebie, niech na blogu będzie Księdzem Niosącym Światło
Nie zdałam filozofii. A raczej zdałam ją połowicznie. Co nie zmienia faktu, że dalej mam niezaliczone ćwiczenia, a bez tego nie mogę podejść do egzaminu. Pocieszające dla mnie jest to, że zostaje mi do zdania jedno kolokwium. Ostatnie. Z filozofii najnowszej. I chyba dlatego najbardziej zagmatwane, jak dla mnie. Filozofia starożytności i średniowiecza nie sprawiała mi większych problemów, ale filozofia nowożytna i najnowsza, i owszem. Może dlatego, że zmienił się wykładowca, a przez to i sama forma wykładów? Może dlatego, że z filozofami działającymi w starożytności i średniowieczu ma się więcej styczności? O takich Platonach, Sofoklesach, świętym Bernardzie czy też Tomaszu z Akwinu słyszało się już wcześniej, chociażby na lekcjach języka polskiego czy historii, o Pascalu, Heglu czy Gadamerze - niekoniecznie. Sytuacja wygląda tak - przed wakacjami wykładowca ma jeszcze raz konsultacje. Planuję na nie iść i jeszcze raz spróbować przynajmniej z tym ostatnim kolokwium, chociaż, nie ukrywam, chciałabym też podejść do egzaminu. Uda się, to będę szczęśliwa, nie, to będzie trzeba ogarnąć się do września i sesji poprawkowej.
Trochę podłamało mnie to niezaliczenie, bo liczyłam na to, że wreszcie się uda i będę mogła na spokojnie przygotowywać się do egzaminu. A tu jeszcze z tyłu głowy będę miała to, że najpierw mam do zaliczenia ćwiczenia. Na szczęście część materiału z kolokwium i z egzaminu pokrywa się ze sobą, a więc tej nauki nie ma znowu tak dużo. Po drodze jeszcze obrona magisterki, ale to pikuś.
Po powrocie do domu włączyłam na chwilę komputer i facebooka. Chciałam tylko napisać na grupowej konwersacji, że zdałam tylko trzecie kolokwium, kolejne chciałabym za kilka dni. I wtedy mój wzrok padł na zupełnie nową wiadomość. Kiedy zobaczyłam jego adresata aż uśmiechnęłam się sama do siebie. Ksiądz Wojtek! Większej niespodzianki nie mogłam sobie wymarzyć na ten dzień, trudny dzień. Wiedziałam, że ma konto na portalu, ale nigdy nie miałam odwagi do niego "zagadać", nie czułam się tego godna. A przecież on zawsze traktował mnie normalnie. Jako pierwszy kapłan w parafii widział we mnie materiał na animatora salezjańskiego. Powierzał zadania na miarę moich możliwości, rozliczał z nich, chwalił, ale też ochrzaniał. W konfesjonale zawsze powiedział coś krzepiącego, nawet jeżeli najpierw zrugał. Traktował mnie na równi z innymi animatorami z Oratorium, chociaż musiał modyfikować wymagania względem mnie. Pokazał też, że księża mogą utrzymywać relacje z kobietami, i że mimo wszystko można w nich zachować nieskazitelną czystość. Był w naszej parafii tylko dwa lata, ale jakie to były piękne i owocne lata.
I teraz ta wiadomość od niego, jakby ponownie podświadomie wyczuł, że potrzebuję tego. Odpisałam mu, po jakimś czasie i on mi odpisał. I znowu ja jemu. Nawet przeszła mi przez głowę myśl, jak pięknie by było, gdyby był u nas proboszczem. Może zgodziłby się na niektóre moje pomysły. A może i nie, ale powiedziałby mi to normalnie, ze zrozumieniem, wytłumaczył dlaczego. Bo chyba bycie proboszczem nie zmieniło go tak bardzo. Że nadal bije od niego skromność, pokora i wyrozumiałość. Że nie zapomniał, że dostał władzę od kogoś postawionego wyżej, że ktoś mu kiedyś w tym zaufał. Że tylko kieruje parafią, zarządza, a nie ma ją na własność. Że zarówno to co zbuduje, jak i to co zniszczy będzie procentowało w przyszłości. Że jest takim promyczkiem dla swoich parafian w trudnych momentach, jakim był, i jak się okazało w dalszym ciągu jest, dla kogoś takiego jak ja... Do dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci, sercu i modlitwie.
Wraz z końcem roku szkolnego coraz częściej w rozmowach z wychowankami pojawia się temat ich przyszłej ścieżki zawodowej. Co prawda mam w tym roku grupę składającą się z piąto oraz szóstoklasistów, więc temat z jednej strony nie do końca ich dotyczy, ale z drugiej warto zorientować się, czy w ogóle jakoś widzą tą swoją przyszłość. Nie jest tajemnicą, że rodziny wielu z nich z dziada pradziada korzystają z różnych form pomocy społecznej. Myślicie, że takie dzieciaki mają jakąś motywację do zdobycia wykształcenia, chociażby w formie zawodowej? Dlatego to głównie na nauczycielach szkolnych i nas, wychowawcach świetlicy spoczęło zadanie przekonania jednego i drugiego dzieciaka, że jednak warto iść chociażby do tej zawodówki, zakończyć ją i zdobyć jakieś wykształcenie, niż... Nie każdy musi mieć doktorat i habilitację w języku angielskim, ale jakiś zawód warto mieć. Czasami to nasze wieczne "ględzenie" idzie w próżnię. Właściwie to często tak się dzieje. Ale czasami bywa i tak, że dzieciak sam przychodzi, sam inicjuje rozmowę, sam zastanawia się, jaką drogą ma iść. No i właściwie to takie sytuacje sprawiają, że wiem, że moja praca ma jednak sens.
Na drugim końcu mam dzieciaki ze świetlicy szkolnej, na której jestem, o ile mnie nie ma w sali gimnastycznej na próbie przed końcem roku szkolnego, albo w pracowni plastycznej nie maluję dekoracji, albo nie zmieniam jej na korytarzu, albo nie jestem w salce katechetycznej i nie próbuję przeprowadzić katechezy w najstarszych klasach w zamian za księdza. A tak właściwie to nie wiem o co chodzi księdzu z tym, że młodzież ma go i religię gdzieś. Czasami bywają nieznośni, ale ogólnie, w porównaniu np. z moją klasą na tym samym poziomie, to chyba nie jest najgorzej. Tym bardziej, że po ostatnim jego zasłabnięciu szczerze pytają, czy ksiądz wróci. Sama chciałabym to wiedzieć, ale nawet bałam się go o to zapytać, kiedy na chwile po treningu podskoczyłam do niego zobaczyć jak się czuje. Czas pokaże.
No dobra, co do świetlicy to 80% uczniów to dzieciaki z klas 1-3, które albo rano czekają na zajęcia lekcyjne, albo po lekcjach, aż przyjdą po nie rodzice lub inni opiekunowie. 15% to ci, którzy nie chodzą na religię. A 5% to te dzieciaki, które przychodzą na świetlicę, aby po prostu pogadać. No to czasami rozmawiamy także o ich przyszłości, tego co chcieliby robić, do jakich szkół idą dalej, a do jakich chcieliby iść. I wiecie, kiedy jest mi najbardziej przykro? Kiedy słyszę, że rodzice mają dla nich zaplanowaną ścieżkę edukacyjną i zawodową na kilka lat do przodu bez uwzględnienia preferencji swojej pociechy. A tymczasem ona ze łzami w oczach mówi, że nie chce być psychologiem, a kosmetyczką, fryzjerem, mechatronikiem lub logistykiem. I co tu powiedzieć takiemu nastolatkowi?
Jak dla mnie to rodzic może sugerować swojemu dziecku do jakiej szkoły ma iść czy też wyrazić opinię na temat decyzji wyboru szkoły ponadpodstawowej, ale nie powinien całkowicie wybierać jej za nie. Niech to będzie pierwsza w pełni świadoma decyzja młodego człowieka. A przecież jeżeli tylko uzna, że to nie jest ta szkoła, o której marzył, to zawsze będzie mógł ją zmienić i nic takiego strasznego się nie stanie. Zdarza się.
I tym sposobem zderzają się ze sobą dwa światy - ten, w którym rodzice zbytnio nie interesują się tym, jak potoczy się dalsza edukacja ich dzieci i ten zupełnie odmienny, gdzie rodzice zbyt bardzo w to interweniują. Tak źle i tak niedobrze. Trudno tutaj znaleźć złoty środek, aby zadowolić w wystarczający sposób zadowolić i jedną i drugą stronę. Ale tak sobie myślę, że warto dążyć do porozumienia i konsensusu, warto chociaż próbować to robić. Bo bez tego naprawdę mogą ucierpieć nasze rodzinne relacje.
Jak tak sobie przypominam, to rodzice dali mi wolna rękę w wyborze liceum. I najbardziej irytowały mnie sytuacje, kiedy mama rzucała przy innych, że marzę o tym, aby iść tu i tu. A inni to odradzali. Tylko co inni mogli wiedzieć o moim potencjale? Moje plany zmieniały się przez cały okres gimnazjum, kiedy to co rusz dowiadywałam się o sobie czegoś nowego. Ostatecznie złożyłam papiery do zupełnie innego liceum niż planowałam w pierwszej klasie. Czy żałuję? Może trochę. Ale wiem, że to była najlepsza z ówczesnych decyzji. I wiem też, że cokolwiek bym nie postanowiła, nawet gdybym aplikowała do zawodówki, to miałabym wsparcie ze strony rodziców. I to jest chyba w tym wszystkim najpiękniejsze.