Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 28 czerwca 2022

1445. Albo zaliczyłam, albo jestem kompletnym głąbem w dziedzinie języków obcych

Ostatni egzamin w tej sesji za mną. Kiedy o godzinie 20:00 wysłałam germanistce wypełniony test i zamknęłam laptopa, odetchnęłam z ulgą. Co prawda istnieje szansa, że nie zaliczyłam go, wszak języki obce nigdy nie były moją mocną stroną, jednak musiałabym mieć już pecha, żeby nie zdobyć tych wymaganych 75% na zaliczenie. A ponadto całe Centrum Wolontariatu WUF11 (Światowego Forum Miejskiego w Katowicach) obiecało trzymać za mnie podczas tych dwóch godzin mocno kciuki. Ba, chociaż pierwotnie byłam wpisana dzisiaj na cały dzień na wolontariat, to po wyjaśnieniu sytuacji zwolnili mnie po pierwszej zmianie.
Z tym egzaminem z niemieckiego też były "przeboje". Pierwotnie miałam go pisać w ubiegły piątek stacjonarnie wraz z innymi. Po usłyszeniu jaką będzie miał on formułę uprosiłam opiekuna osób niepełnosprawnych na Wydziale Teologicznym (na pedagogice jestem rok niżej i mam przepisane oceny z niemieckiego), żeby pomógł mi załatwić, abym wypracowanie mogła napisać na komputerze. Znam swoje możliwości i wiem, że choćbym nie wiem jak chciała, to nie napiszę wszystkiego w odpowiednim czasie. A jednocześnie ze względu na moje ograniczenia mogę poprzez wydziałowego opiekuna ON starać się o dostosowanie zaliczenia do indywidualnych potrzeb. To nie jest pójście na łatwiznę, jak wielu sądzi, ale wyrównanie szans.
Na szczęście to poszło w miarę łatwo. Schody zaczęły się później. Na danym poziomie językowym jest zbieranina studentów z różnych wydziałów. A więc każdy z nas miał swoje egzaminy w różnych terminach. W końcu uzgodniliśmy końcowy egzamin z języka na 24 czerwca na 15:00. Co prawda miałam zaplanowany o godzinie 13:00 ustny egzamin z chrześcijańskiej wizji moralności, jednak wymyśliłam sobie, że poproszę abym weszła na niego jako pierwsza, a potem na spokojnie dotarła do lektoratu (nie mylić z rektoratem!) USiu. Nawet zgłosiłam to starościnie, która ustala takie rzeczy.
Ona zaczęła się rzucać, że przecież wykładowca będzie pytał po kolei według nazwisk i że wszystko będzie trwało 5 minut na każdego i jak ja w ogóle mogę prosić o bycia pierwszą... No ok., skoro będzie po kolei i w miarę szybko, to jest szansa, że zdążę (mimo, że moje nazwisko jest bliżej końca tej listy niż początku). Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że jednak jest lista, na której nie jesteśmy według nazwisk. Myślicie, że starościna ustosunkowała się do mojej prośby? A gdzie tam - wyrzuciła mnie na sam koniec. W dodatku sam egzamin szedł na tyle mozolnie, że mimo tego, iż przede mną (i przed koleżanką, z którą zdawałam w parze) było zaledwie 6 osób, do sali egzaminacyjnej weszłyśmy dopiero o 14:10.
Po dziesięciu minutach wyszłyśmy z pomieszczenia ze zdanym egzaminem. Jednak zanim dotarłam na miejsce egzaminu z niemieckiego, była już 15. Normalnie może i bym zdążyła, ale germanistka prosiła, abyśmy byli 15 minut wcześniej. A ja nie dość, że musiałam dojechać, a potem dojść na miejsce, to jeszcze nie mogłam znaleźć ani budynku, ani sali. Tak to jest, kiedy całe zajęcia ma się on-line. Na szczęście z pomocą pospieszył mi chłopak z Centrum Pomocy Studentom. Już szykowałam się na wrześniowy termin w sesji poprawkowej (wszak nie wstawiłam się na czas), była jednak szansa, że obędzie się dzięki temu bez awantury (taki uraz z katowickiego AWFu).
Jakież było moje zdziwienie i zaskoczenie, kiedy germanistka z rzadko spotykaną w takim stopniu empatią stwierdziła, że właściwie to nic się nie stało, i żebym umówiła się z nią meilowo na termin egzaminu, który to w ogólnie mam napisać... w formie zdalnej. Myślałam, że się przesłyszałam. Gdyby to był stan epidemii, to bym jakoś to przyjęła, ale teraz. Zresztą mi by już wystarczyło samo to, gdybym tylko wypracowanie mogła napisać na komputerze. Nie chciałam jednak się z nią sprzeczać i tylko przytaknęłam głową.
Po powrocie do domu napisałam do niej meila. Od wiadomości do wiadomości ustaliłyśmy jako termin mojego egzaminu dzień dzisiejszy od godziny 18:00 do 20:00. Czyli miałam na wszystko 30 minut dłużej niż pozostali. Co prawda teoretycznie miałam być dzisiaj do godziny 19:00 na wolontariacie, jednak udało mi się zwolnić.
O godzinie 18:00 na Teamsie pojawił się test. Serce biło mi jak oszalałe, szybko jednak doszłam do siebie. Egzamin składał się z 5 części - słuchania ze zrozumieniem, czytania ze zrozumieniem (coś takiego jak matura), części gramatycznej (tutaj było najwięcej zadań), ułożenia logicznego opowiadania z podanych zdań oraz napisania 5 wypowiedzi (zdań) na wskazany temat. Co prawda to tylko poziom A2 (na Papieskim jakimś cudem zaliczyłam B2+), obawa i niepewność jednak jest. Tym bardziej, że aby zdać trzeba uzyskać aż 75% poprawnych odpowiedzi (i pomyśleć, że maturę ma się zdaną od 30%), więc mimo wszystko poziom jest bardzo wysoki. I nie myślcie sobie, że dało się ściągać (przynajmniej ja nie potrafiłam) - nie dość, że wszystko było nagrywane, to jeszcze była jakaś blokada (mogłam 3 razy przełączyć okno - potem już się test blokował, na szczęście tylko raz palec zjechał mi z klawisza "Z" na wywoływanie "Startu").

środa, 22 czerwca 2022

1444. 50 Paralekkoatletyczne Mistrzostwa Polski w Szczecinie

W długi weekend miałam okazję po raz kolejny odwiedzić Szczecin. Trudno jednak mówić o turystycznym aspekcie wyjazdu, którego głównym celem był udział w jubileuszowych, 50 Paralekkoatletycznych Mistrzostwach Polski, których gospodarzem był szczeciński oddział ogólnopolskiej sieci klubów zrzeszających niepełnosprawnych sportowców - "Start". 
50 lat. Tak niewiele w historii całego sportu, a zarazem tak dużo, z perspektywy rozłamu w stronę wyłonienia sportu niepełnosprawnych ruchowo, niewidomych i niedowidzących(ponieważ w 98% osoby z tego typu niepełnosprawnością stanowią zawodników "Startu"). Sam "Start" został powołany zaledwie 20 lar wcześniej. Łatwo się domyśleć, że na początku jego istnienia, sport miał charakter bardziej rekreacyjno - rehabilitacyjny. Dopiero z czasem przybrał formę rywalizacji. I taką ma do dzisiaj.
Katowicki oddział "Startu" w tym roku reprezentowało 5 zawodników. Jednym z nich byłam ja. Na tą okazję prezes udostępnił nam nawet busa. Miało to swoje plusy, miało też minusy. Osobiście na tak dalekie trasy wolę jednak pociąg. Ale nie wszyscy mogą jechać pociągiem.
Prawie cała nasza ekipa(bez Ślązaka)
Z DG wyjechaliśmy po godzinie 9:30. Co prawda nie wzięłam udziału w Mszy świętej z procesją, ale za to poszłam na poranną Eucharystię. Dzięki temu i wilk był syty, i owca cała. Następnie zatrzymaliśmy się pod dworcem PKP w Kato, skąd odbieraliśmy Miśka, który musiał dojechać z Kędzierzyna - Koźla, oraz pod Piekarami Śląskimi, gdzie wsiadał Ślązak. A potem jechaliśmy już prosto na północ naszego kraju(no, prawie, bo po drodze mieliśmy z 3 postoje).
Droga ze Śląska do Szczecina trwała ok. 9 godzin. Większość czasu upłynęła mi na czytaniu ostatniej części sagi "Spacer Aleją Róż" Edyty Świątek zatytułowanej "Powiew ciepłego wiatru", część na gadaniu z Młodszą, Miśkiem i Gaciochem, a część po prostu na podziwianiu widoków za oknem.
W tym roku wylądowaliśmy w hotelu w mieście oddalonym o jakieś 15 km od samego Szczecina. W zasadzie nie było najgorzej, pomijając dojazdy i nieogarniającego rzeczywistości Trenera(za to bez przerwy klikającego w swojego smartfon'a - nie czepiam się, ale po coś z nami przyjechał). Do mieszkania z Młodszą i jej wybryków już się przyzwyczaiłam. Jedynym minusem tego wszystkiego był brak możliwości swobodnego pozwiedzania Szczecina, ale przecież nie można mieć w życiu wszystkiego.
Teoretycznie cały piątek miałam wolny, bo mój start na 100 m. przewidziany był dopiero na sobotnie popołudnie i mogłabym wyrwać się na miasto(i tak musiałam przyjechać na szczeciński stadion, bo na nim przewidziany był obiad). Jednak jak już pisałam - Trener dosłownie nie ogarnia realistycznej rzeczywistości i to ja musiałam wspierać tych, którzy tego dnia mieli starty. W piątek Młodsza zdobyła pierwszy dla naszego klubu brązowy medal w pchnięciu kulą. Po jej ceremonii koronacji wróciliśmy na kolację do hotelu. Potem chcieliśmy iść na bilarda z nowo poznanym kolegą, jednak na miejscu okazało się, że jest on już zarezerwowany. Udaliśmy się więc na miasto, a następnie do naszego pokoju. I tutaj Młodsza znowu podniosła mi ciśnienie - zaprosiła do nas swojego nowego kolegę, po czym poszła nie wiadomo gdzie. Mija 10, 15, 30 minut - jej nie ma, a chłopak siedzi. Dzwonię do niej, o dziwo zostawiła telefon w pokoju. Mnie coraz bardziej chce się spać, a głupio jest mi wyprosić człowieka. W końcu poprosiłam o pomoc mamę Gaciocha, która taktownie to zrobiła. O której wróciła Młodsza? Nie wiem. Grunt, że rano spała już w łóżku. Swoim łóżku.
Przed startem
W sobotnie popołudnie miałam swój start. Od rana byłam w dosyć bojowym nastroju, chociaż to u mnie jest normą. Z nerwów obudziłam się dosyć wcześnie, ale akurat miałam czas, aby jeszcze przed śniadaniem spakować swoje rzeczy w plecak. Wszak po starcie miałam zbierać sią w kierunku dworca PKP. Na drugi dzień biegłam w Kato w "Biegu Bohaterów"(a wcześniej siedziałam na depozycie), a to był jedyny sposób, aby dotrzeć na Śląsk o w miarę rozsądnej porze(o ile godzinę 4:40 rano, o której pociąg wjeżdżał na peron w Kato, można uznać za rozsądną). Oczywiście musiałam robić to w miarę cicho, aby nie obudzić współlokatorki. Na szczęście nie miałam zbyt dużo rzeczy, toteż poszło mi to w miarę szybko i sprawnie. Potem szybkie śniadanie i można było jechać na stadion.
Start biegu kategorii T35-36(te liczby to sportowe symbole stopnia upośledzenia ruchu) przewidziany był na godzinę 15:06, 20 minut wcześniej trzeba było udać się do tzw. call roomu, aby potwierdzić swój udział w nim. Jak to bywa w takich sytuacjach, czas dłużył się niesamowicie. Tym bardziej, że na stadion przyjechaliśmy przed 12. Do obiadu siedziałam na stadionie i obserwowałam poczynania Młodszej. Po obiedzie zostałam już w środku stadionu. Chwilę odpoczęłam i zaczęłam się na spokojnie rozgrzewać. Właśnie tego mi brakowało podczas mitingu w Tarnowie - takiego czasu na solidną rozgrzewkę(nie ukrywajmy, nie da się rozgrzać w niecałe 5 minut!). Następnie odhaczyłam się na liście i wraz z pozostałymi zawodniczkami weszłam do strefy, gdzie czekałyśmy na wyprowadzenie. To nieco się przedłużyło, ponieważ nikt nie chciał nas niepotrzebnie wyprowadzać w największy skwar. A wiecie, im dłużej się na coś czeka, tym bardziej Lolek się denerwuje. W dodatku bliźniaczki z którymi już nie raz biegłam były tak pewne swojego zwycięstwa nade mną, że nie omieszkały tego wyrazić na głos. Tak, biegam od nich wolniej, ale mam też większy stopień uszkodzenia ruchu i niższą grupę sportową. Zresztą, być może ostatni raz biegam w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Niech no tylko ruszy ta sekcja RR...
Przed startem
W końcu nadeszła pora naszego startu. Zostaliśmy wyprowadzeni na płytę, gdzie zajęliśmy odpowiednie tory. Akurat nasze grupy startowe mają ten przywilej, że mogą startować albo ze startu niskiego(z bloków), albo z wysokiego. Ja zawsze startuję z wysokiego. Komentarz startera, wystrzał z pistoletu i ruszyliśmy przed siebie. 24,76 sekund to może nie jest mój najlepszy czas, ale poprawiłam go o sekundę od startu w Tarnowie. Zresztą, jakbym miała porządne treningi, podczas których bym biegała, a nie robiła jakieś dziwne rzeczy, to może i czasy miałabym lepsze. Nawet Młodsza przyznała, że sama by była sfrustrowana na moim miejscu. Ale tak jak wspominałam - po wakacjach ma ruszyć u nas RaceRunning, może tutaj nie będę wiecznie ostatnia...
Po starcie chwilę odpoczęłam, po czym, korzystając z okazji, że chłop nie klika w telefon, oznajmiłam szanownemu panu Trenerowi, że wracam do Kato. Mówiłam mu to już dzień wcześniej, ale nie skumał o co chodzi(dlatego tak piętnuję jego ciągłe siedzenie z nosem w smartfonie, bo wtedy nic do niego nie dociera, a nie ukrywajmy, mnie jednak trzeba słuchać, żeby zrozumieć). Popatrzył na mnie jak na idiotę, ale nic nie skomentował. Powiedziałam mu tylko, że to siła wyższa, nie wchodząc w szczegóły.
Na dworzec PKP podjechałam najpierw tramwajem, a następnie autobusem. Gdybym nie miała podręcznego worka i lepiej znała miasto, z tramwaju na dworzec poszłabym pieszo, co nieco przy tym zwiedzając. Strach przed zagubieniem się był jednak zbyt duży, no i ciążył mi bagaż. Trochę nie pomyślałam, bo po zakupie biletu miałam jeszcze ok. 2 godzin do odjazdu. Mogłam zostawić rzeczy w schowku i przejść się po najbliższej okolicy. Mądry Polak po szkodzie. Z drugiej strony nie wzięłam ze sobą aparatu fotograficznego, a mój telefon po prostu go nie posiada. Może następnym razem. Nie oznacza to jednak, że się nudziłam - w bagażu miałam notatki na egzaminy, które wypadają w tym tygodniu. Powtarzałam więc sobie materiał. 
Wreszcie nadjechał pociąg. Co prawda kupowałam bilet w ostatniej chwili i nie miałam gwarancji miejsca, jednak to się jakoś znalazło. I chociaż mogłabym przeżyć tych kilka godzin siedząc na podłodze w wagonie, jak wielu innych pasażerów, to jednak miejsce w przedziale było bardziej komfortowe. Na początku przysłuchiwałam się rozmowie sympatycznej starszej pani z moim rówieśnikiem, a kiedy ona wysiadła, po prostu poszłam spać. Za Wrocławiem obudzili mnie jacyś ludzie, którzy chyba też nie mieli miejscówek ani... taktu. Ja wiem, że wyglądam niezbyt atrakcyjnie, ale to nie oznacza, że ktoś ma mnie wyśmiewać. W dodatku miałam wrażenie, że ich "uwieram" moją obecnością, bo nie mogą się wygodnie w nim rozłożyć. Ale ja akurat zajmowałam pojedyncze siedzenie w kącie przedziału, więc nie rozumiem o co im chodziło. Niech się cieszą, że znaleźli miejscówkę. Zresztą mam wrażenie, że gdyby nie ja to przedział zostałby zamknięty na klucz wraz z opuszczeniem go przez staruszkę i wtedy byliby skazani na korytarz, więc trochę kultury. Dobra, są ludzie i ludziska, na szczęście tych drugich spotykam na mojej życiowej drodze coraz mniej.
Do Kato przyjechaliśmy z opóźnieniem. Wysiadłam z pociągu i skierowałam swoje kroki w kierunku ul. Piotra Skargi. Akurat stał autobus jadący w moją stronę. Wsiadłam do niego i walcząc z sennością zmierzałam w kierunku miasta, w którym mieszkam. Traf chciał, że jego trasa wiodła przez pół S-ca, więc jechał długo, jednak nic innego o tej godzinie(przed 5 rano) nie było. Po opuszczeniu pojazdu na odpowiednim przystanku musiałam jeszcze zmusić się, aby dotrzeć do mieszkania, w którym mieszkam. Tam powitała mnie Pusia(sowicie odkarmiona przez sąsiadkę) oraz upragnione łóżko. Prawdę powiedziawszy dałam tylko Puśce jeść, nastawiłam budzik na 9 i tak jak byłam poszłam spać. W końcu szykowała mi się równie intensywna niedziela, przed którą chciałam choć trochę odpocząć.

poniedziałek, 20 czerwca 2022

1443. "Bieg Bohaterów" w 100-lecie przyłączenia Śląska do Polski

Dzisiaj rano pisałam kolejny egzamin - tym razem z historii wychowania. Łatwo nie było, tym bardziej że materiał sięgał jeszcze w czasy istnienia starożytnej Mezopotamii. No i nie ukrywajmy, pytania były bardzo szczegółowe. Może piątki z tego nie będzie, ale i nie przewiduję poprawki. Jeszcze tylko dotrwać do przyszłego poniedziałku, kiedy mam część ustną egzaminu z języka niemieckiego i... witajcie wakacje! No bo nawet jeżeli podwinie mi się na czymś noga, to raczej nie będzie koniec świata. Nauczę się na termin poprawkowy i mam nadzieję, że wtedy zdam.
I pomyśleć, że jeszcze wczoraj biegłam w "Biegu Bohaterów" zorganizowany z okazji 100-lecia przyłączenia Górnego Śląska do Polski. Dzisiaj po raz pierwszy obchodzone jest to nowo ustanowione święto. Jednak na dzień biegu wybrano niedzielę, co jest w zasadzie logiczne, zważając na to, że w tygodniu ludzie mogliby aż tak licznie nie przybyć. Tymczasem na starcie zameldowało się ponad 1750 biegaczy, z czego sporą część stanowili Ukraińcy. Co prawda dystans nie był specjalnie długi, raptem 4,2 kilometra, jednak taka ilość osób i tak robi wrażenie.
Udział w biegu, a wcześniej siedzenie w depozycie, gdzie udało mi się załapać w ramach wolontariatu, okazał się dla mnie nie lada wyzwaniem. Bo oprócz tego, że musiałam się na niego zapisać, wysłać zgłoszenie na wolontariat, opłacić swój udział, to jeszcze musiałam z soboty na niedzielę dotrzeć do stolicy Górnego Śląska z drugiego końca Polski. Tak się bowiem złożyło, że w miniony długi weekend w Szczecinie odbywały się 50 Paralekkoatletyczne Mistrzostwa Polski, w których też brałam udział. Cała ekipa wracała busem w niedzielę, ale w takim wypadku nie mogłabym wziąć udziału w biegu. Na szczęście udało mi się jeszcze kupić bilet na nocny pociąg, dzięki czemu mogłam połączyć jedno z drugim. 
Ponieważ wcześniej nie miałam jak, swój pakiet startowy odebrałam w niedzielne przedpołudnie. Rok temu całe przedsięwzięcie miało miejsce w katowickim Spodku, teraz jednak z powodu przygotowania obiektu pod Światowe Forum Miejskie(gdzie też mi się udało dostać na wolontariat), biuro zawodów zostało przeniesione do gmachu Muzeum Miejskiego. Tak właściwie to jeszcze mnie tam nie zawiało, na szczęście wszystko było bardzo dobrze oznaczone. Po dotarciu do biura zawodów odebrałam mój pakiet startowy oraz życzenia powodzenia w biegu. Na pakiet zawodnika składał się numerek startowy, koszulka techniczna, zakładka do książki, frotowa opaska na rękę oraz worek.

Tegoroczne koszulki(źródło grafiki)
Wolontariusze depozytu mieli swoje spotkanie dopiero o 16:15, zaś sam depozyt działał od 17:00 do 18:00. Tutaj znowu otrzymałam koszulkę techniczną(ale z zeszłego roku), którą narzuciłam na tą, w której biegłam oraz identyfikator. A ponadto mazaki, naklejki oraz worki na rzeczy, które startujący nam zostawiali. Miałam bojowe zadanie - wypisywanie ich numerów startowych. A potem drugi wolontariusz naklejał je na worki i podawał kolejnemu, stojącemu w autobusie, a ten już kładł go zgodnie z kolejnością. Jednym z ostatnich bagaży był mój plecak, do którego wrzuciłam wierzchnią koszulkę i identyfikator. Autokar z pozostałymi wolontariuszami i depozytem odjechał w kierunku Parku Śląskiego, gdzie była meta biegu, a ja poszłam pod słynny Pomnik Powstań Śląskich, skąd którego startowaliśmy.
W zeszłym roku start biegu był o godzinie 16:00, ale z powodu pandemii, startowaliśmy w grupach co 5 minut. To nie było mądre rozwiązanie - nie dość że żar się lał z nieba, to jeszcze z powodu tego, że większość trasy biegliśmy po asfalcie, wszystko to odbijało się od powierzchni. Większość z nas dobiegła na metę podwójnie zmęczona: trasą i upałem. W tym roku start odbył się ponad dwie godziny później, co uważam za dobry pomysł - nie dość, że nie było już takiego gorąca, to jeszcze, po przebiegnięciu mniej niż połowy dystansu, można się było osłonić w cieniu dawanym przez zmierzające ku zachodowi słońce.
Do tego momentu trzeba było jednak dobiec. Po wystartowaniu o godzinie 18:15 spod wspomnianego Pomnika Powstań Śląskich obiegliśmy 3/4 charakterystycznego ronda w centrum miasta i pobiegliśmy trasą w kierunku Chorzowa. Ruch na ulicy oczywiście był na czas wydarzenia wstrzymany, więc kierowcy musieli albo jechać jakimiś bocznymi ulicami, wiaduktami i tunelami albo czekać, aż przebiegnie ostatni zawodnik. Tak samo wstrzymany był ruch na przejściach dla pieszych. Wydawać by się mogło, że takie rozwiązanie wyprowadzi ich z równowagi. Tymczasem nawet kierowcy powychodzili ze swoich samochodów i pozytywnymi okrzykami dopingowali mijające ich osoby. 
Po przebiegnięciu pierwszego 1,5 kilometra drogą szybkiego ruchu skręcaliśmy w prawo, pomiędzy biurowcem Tauronu, a Centrum Handlowym "Silesia City Center"(wiem, że osobom nieznającym Katowic niewiele to mówi, ale po sesji i WUF planuję przejść się tą trasą i ją obfocić), w ulicę Ściegiennego. Tutaj to już w ogóle wstrzymano ruch tramwajowy, abyśmy mogli bezkolizyjnie przedostać się na drugą stronę torów. Oczywiście znowu do ostatniego biegacza. Ulicą Ściegiennego biegliśmy ok. kilometra. W przeciwieństwie do drogi szybkiego ruchu, tutaj budynki i drzewa przyjemnie osłaniały nas przed gorącymi promieniami słonecznymi. W dodatku od pewnego momentu było ciut z górki i nogi automatycznie niosły w dół. Od razu wstąpiły we mnie nowe siły, zresztą do mety pozostało już mniej niż połowa dystansu.
Na końcu ulicy Ściegiennego skręcaliśmy tym razem w lewo, w ulicę Krzyżową, która przechodziła w ulicę Bukową. Na skrzyżowaniu wspomnianych ulic oraz prawie prostopadle do nich leżącej ulicy Dębowej (zresztą ta dzielnica Katowic nosi nazwę Dąb) i ulicy Agnieszki został ustawiony wąż a'la strażacki, z którego tryskała kurtyna wody. Zmęczeni biegacze mogli się nieco ochłodzić przebiegając przez nią. Sama tak zrobiłam, co znowu nieco dodało mi sił. Przede mną było jeszcze ok. 1,2 km trasy.
Z Bukowej wbiegało się w małą boczną drogę, która prowadzi do Parku Śląskiego, a następnie ponownie skręcało w lewo, w ulicę Złotą. Teraz mieliśmy coraz więcej kibiców, którymi byli ludzie albo idący do Parku Śląskiego, albo z niego wracający. A ponieważ byłam raczej na końcu niż na początku peletonu, to dodatkowo dopingowali mnie(i oczywiście innych biegaczy) ci, którym udało już się ukończyć bieg.
W pewnym momencie trasa skręcała w aleję dojazdową. Ostatnie kilkaset metrów pokonałam w cieniu drzew. Na metę wpadłam 40 minut i ileś tam sekund po starcie, co oznacza, że poprawiłam swój wynik sprzed roku o 4 minuty. Miłe zaskoczenie, tym bardziej że specjalnie się nie przygotowywałam do tego biegu. Na mecie czekał na mnie medal i butelka wody. Tylko chyba stała ona w słońcu, bo była dosyć "ciepła". Nie marudźmy jednak - ważne, że była.
Medale tegorocznego biegu(źródło zdjęcia)
Po chwili odpoczynku poszłam szukać autobusu, w którym był depozyt. W końcu byłam w nim wolontariuszem i zawsze mogli potrzebować mojej pomocy. Na miejscu okazało się jednak, że największy boom już za nami, a teraz przychodziły tylko pojedyncze osoby. Szybko zamieniłam medal na identyfikator i założyłam tą drugą koszulkę - nawet jeżeli nie potrzebowali tak bardzo już mojej pomocy, to warto podkreślić swoją identyfikację z nimi.
Po wydaniu ostatniego bagażu kierowca autokaru odwiózł chętnych do Katowic. Wysiedliśmy pod głównym oddziałem ING w mieście. Tam każdy z nas otrzymał certyfikat wolontariusza i mogliśmy się rozejść, każdy w swoją stronę. Udałam się więc na ul. Skargi, z której odjeżdżają autobusy w moim kierunku. Akurat na stanowisku stał jeden z nich, w dodatku tzw. przyspieszony(mija Sosnowiec, a dzięki temu zaoszczędza ok. 20 minut jazdy, w każdym razie przejazd do mnie trwa ok. 30 minut). Co prawda zamknął mi drzwi przed nosem, jednak po tym, jak ktoś dobiegł i kilka razy łupnął w nie pięścią, na nowo je otworzył.
To był intensywny, ale piękny dzień! Znowu tysiące biegaczy wystartowało po to, aby uczcić kolejną ważną rocznicę dla naszego regionu. Ja też jestem zadowolona, może nie dobiegłam jako jedna z pierwszych, ale dobiegłam. W końcu "jeśli łatwo rezygnujesz - nie zwyciężysz. Wygrywasz wtedy, kiedy nie rezygnujesz nigdy"(Alex Schodman). Dla mnie zwycięstwem nie jest jakieś najwyższe miejsce na podium. W końcu miejsca są trzy, a biegaczy ponad tysiąc. Dla mnie zwycięstwem jest danie z siebie wszystkiego, co mogę dać w danej chwili. Mogę dobiec jako ostatnia, daleko za peletonem. Ale wewnętrznie będę wygrana - wszak miałam nigdy nie stanąć na nogi, a tym czasem biegam kilometrami. To się nazywa życiowe zwycięstwo. 

wtorek, 14 czerwca 2022

1442. Czy w getcie było miejsce na wróble?

Jedną z książek, jakie przeczytałam w ostatnim czasie jest "Wróbel w getcie" autorstwa Kristy Cambron. "Wróbel w getcie" jest drugim tomem cyklu "Ukryte arcydzieło". Jego pierwszy tom, "Motyl i skrzypce", przeczytałam dwa tygodnie temu. Książka wywarła na mnie pozytywne wrażenie i zmusiła do przemyśleń na temat wszelkich przejawów życia kulturalnego w obozach koncentracyjnych i gettach. Wiedziałam, że sięgnięcie po "Wróbla w getcie" jest kwestią czasu. A skoro pozycja była dostępna w zasobach Biblioteki Śląskiej, nie mogłam skorzystać z okazji i jej nie wypożyczyć. A potem szukać tych nielicznych chwil, podczas których mogłam tak po prostu zatopić się w lekturze książki.
Tytuł: "Wróbel w getcie"
Autor: Kristy Cambron
Wydawnictwo: Znak
Kraków 2021
Liczba stron: 384

Kiedy słyszymy słowo "getto" czy też "obóz koncentracyjny/obóz zagłady" najczęściej mamy przed oczami obraz nędzy i rozpaczy, współczesną apokalipsę będącą cmentarzem wielu niewinnych istnień ludzkich. Nikomu z nas nie nasunie się obraz dzieci, malujących kolorowe obrazki, robiących wycinanki czy też piszących zabawne wierszyki. Wszak dla nich dzieciństwo skończyło się wraz z dniem 1 września 1939 roku, jeżeli nie wcześniej. Tymczasem książka Kristy Cambron prezentuje zupełnie inny obraz dzieciństwa - takie, w którym jest miejsce na barwy pomimo szarości otaczającego świata.
Na kartach książki ponownie spotykamy Serę James oraz Williama Hanovera. Para bierze ze sobą ślub, w trakcie którego mężczyzna zostaje aresztowany pod zarzutem sprzedaży rzeczy, które do niego nie należały. To jednak nie jest prawdą i świeżo poślubiona kobieta zamierza to udowodnić. W ten sposób trafia na trop Sophie, dziewczynki, która została uratowana pierwszy raz przez skrzypaczkę Adele oraz po raz drugi - przez Czeszkę Kaję Makowską. 
Kaję poznajemy jeszcze przed wybuchem II wojny, kiedy zaczynają się prześladowanie ludności pochodzenia żydowskiego. Wraz z siostrą i jej mężem udaje jej się wyjechać z Pragi. Chociaż mają jechać do Palestyny, kobieta finalnie trafia do Londynu. Tam zastaje ją wybuch II wojny światowej. Wkrótce Kaja dostaje pracę w gazecie oraz poznaje Liama, w którym się zakochuje. Kiedy docierają do niej informacje o coraz większych prześladowaniach Żydów, postanawia wrócić do Pragi, aby uratować pozostałych w niej rodzice. Nie udaje jej się ich wywieść w bezpieczne miejsce, za to trafia do transportu wiozącego praskich Żydów do getta w Terezinie. Tam dostaje za zadanie zająć się dziećmi, które nie nadają się jeszcze do pracy oraz zaopiekowanie się małą Sophią, która jest dziewczynką ocaloną przez bohaterkę "Motyla i skrzypiec" - Adele. Chociaż warunki w getcie są skromne, Kaja tworzy coś na wzór przedszkola. Podczas zajęć dzieci malują, rysują, robią wycinanki. Dzięki temu chociaż na chwilę zapominają o otaczającej ich rzeczywistości. Z czasem Kaja nawiązuje znajomość z Danem, nazistą, który jednak zachowuje się bardziej ludzko w stosunku do Żydów niż jego współtowarzysze. Czy jednak Kaja będzie potrafiła mu zaufać?
Po raz kolejny kończę książkę autorstwa Kristy Cambron z masą przemyśleń. Wiem, że getto w Terezinie było jednym z "lepszych" gett utworzonych przez nazistów. To tam przebywał i tworzył Petr Ginz, o którym już wspominałam na blogu. Z drugiej strony wszystkie dążyły do jednego - pozbycia się problemu, za jaki uważany był naród żydowski, co zresztą zostało pokazane wiele razy na łamach książki. Zadziwiająca więc dla mnie była postawa wszystkich tych, którzy za wszelką cenę chcieli ułatwić dzieciom pobyt w tym przedsionku piekła. "Wróbel w getcie" ma też swoją metaforyczną wymowę - co prawda nawiązuje do opowieści, którą Kaja usłyszała w dzieciństwie, ale czyż te wszystkie dzieci, które trafiły pod jej skrzydła nie były takimi wróbelkami? Małymi i bezbronnymi, a jednak dającymi wiele radości? Dlatego odnalazłam w niej wiele nadziei, mimo wszystko. 
I na koniec pozwólcie że podzielę się z Wami cytatem, obok którego nie można przejść obojętnie: "Kaja mocniej przycisnęła do piersi teczkę pełną dziecięcych rysunków. I pomyślała o przyszłości, która będzie wyglądać inaczej, niż teraźniejszość. Takiej, w jakiej Niemcy i Żydzi nie będą już wrogami, a wróbelki Boga będą troszczyć się o siebie nawzajem. W której nie będzie miejsca na nienawiść, bo ludzie będą kochać i pielęgnować w sobie dobroć. I w której to ludzie, a nie rysunki, i czerwone kwiaty zamiast karabinów będą świadkami tego, jak świat zmienia się na lepsze". 

poniedziałek, 13 czerwca 2022

1441. Górski Bieg Frassatiego - po raz czwarty(chociaż dla mnie to po raz trzeci)

W zasadzie miało mnie nie być na tym biegu nie być. W końcu wyjazd studyjny pokrywał mi się z nim terminowo. Dlatego kiedy organizator sam do mnie napisał, czy w tym roku będę i im pomogę, z ciężkim sercem odmówiłam. Potem jeszcze Baca pisał do mnie czy będę, ale też odpisałam mu, że niestety nie.
Jednak, jak wiecie z poprzedniego postu, wyjazd nie doszedł do skutku, w związku z czym miałam wolny weekend. Na zapisywanie się na zawody do Słubic(a konkretniej na III Rundę Paralekkoatletycznego Grand Prix) było już za późno. Dlatego nie oczekując niczego wielkiego w ubiegłą sobotę postanowiłam napisać do organizatora Górskiego Biegu Frassatiego wiadomość z zapytaniem, czy nie znalazłoby się jakieś zajęcie na imprezie dla jednej zabłąkanej owieczki(w sumie, zważając na to, że wszystko działo się w Beskidzie Żywieckim, to określenie to nie było takie całkiem głupie). Niemal od razu dostałam jasną i konkretną odpowiedź - "Przyjeżdżaj".
Śliczne te medale
Nie wiem jak to się stało, że nie załapałam się na poprzednią edycję, wiem jednak jedno - brakowało mi tego wyjazdu. Co prawda jesienią byłam na Maratonie Trzech Jezior, jednak bieg, któremu patronuje bł. Pier Giorgio Frassati ma swój wyjątkowy charakter. I chociaż na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że pełno w nim będzie świętoszkowatości(choćby dlatego, że przy okazji rozgrywały się ogólnopolskie mistrzostwa duchowieństwa w biegach górskich), to zapewniam Was, że tak nie jest. A błogosławieństwo księdza redaktora radia eM(ewentualnie "Gościa Niedzielnego") przed startem mogą przeżyć nawet niewierzący... Na bieżąco śledziłam informacje pojawiające się na biegowym fanpage i szczerze żałowałam, że w tym roku znowu nie będzie mi dane wręczać kolejnym biegaczom przekraczającym linię mety cudownych, ceramicznych medali. Na szczęście stało się inaczej.
To był kolejny dzień, kiedy pora wstania z łóżka mijała się z ludzkim rozsądkiem. Ale z drugiej strony, pociąg odchodzący z dworca głównego w K-cach o 5:55 był jedyną szansą na dotarcie do Bielska-Białej, a stamtąd do Międzybrodzia Bialskiego w miarę na czas. Co prawda mogłam jeszcze jechać autobusem o 5:05, jednak mój organizm skutecznie zbuntował się przeciwko pobudce o godzinie 3:00 rano. Został więc pociąg, który teoretycznie odjeżdżał przed 6:00. Piszę "teoretycznie", ponieważ w praktyce odjechał on jakieś 20 minut później bez słowa wyjaśnienia*. Później jeszcze stał chwilę przed Czechowicami-Dziedzicami, aż w końcu, spóźniony ok. półgodziny, wjechał na bielski peron. Szybko przedostałam się na Dworzec Autobusowy, z którego miałam dojechać do Międzybrodzia Bialskiego. Oczywiście, upatrzony przeze mnie autobus już dawno odjechał. Nie pozostawało mi nic innego, niż poczekać na kolejny. Na szczęście następny jechał przed 9. Aby nie marnować czasu wyciągnęłam z plecaka książkę i usiadłam na ławce, aby pogrążyć się w jej lekturze.
Kiedy autobus podjechał na stanowisko, wsiadłam do niego. Po chwili za oknami przesuwały się malownicze obrazy, najpierw Bielska-Białej, a następnie otaczających ją miejscowości i tego, co Lolki lubią najbardziej, czyli gór. Trochę mnie zaskoczył wielki remont drogi, zwłaszcza że, jak to określił kierowca - "To wszystko na razie jest na >>W imię Ojca<<"(czyli na początku prac).
Na miejsce dotarłam ciut spóźniona. Kiedy wychodziłam z autobusu biegacze akurat skręcali w trasę prowadzącą w góry. Nawet wyszukiwałam wśród nich czupryny bacy - bezskutecznie. Najszybciej jak tylko mogłam udałam się w miejsce, z którego od czterech lat startują i gdzie finiszują biegacze. Niemal od razu natrafiłam na organizatora, który skierował mnie do strefy medalowej. Na początku trochę się obawiałam, że zostanę stamtąd przegoniona, na szczęście dla mnie okazało się, że w pobliżu są praktycznie sami starzy znajomi.
Na początku trochę sobie pogadałam z panią ochroniarz, którą również znam z poprzednich edycji biegów. Tak naprawdę nie spodziewaliśmy się nikogo z biegaczy szybciej niż po 2 godzinach. Dlatego jakież było nasze zdziwienie, kiedy po zaledwie 1,5 godziny dotarła do nas informacja, że pierwszy zawodnik już się zbliża do mety. Trzeba było w błyskawicznym tempie rozłożyć wszystkie medale, bo za pierwszym biegaczem, zazwyczaj jest drugi, potem kolejny i kolejny. I tak naprawdę to oni szybciej wbiegają na metę, niż my nadążamy z medalami...
(źródło zdjęcia)
Rozkładałam medale, ale uważałam też na to, czy spiker nie oznajmia, że oto Baca przekracza linię mety. Jednak nie było o nim ani widu, ani słychu. W końcu wszystkie medale zostały rozłożone na stole dzielonym z redakcją Gościa Niedzielnego, a ja mogłam założyć czapkę z daszkiem(jednak tego dnia było nieco słonecznie) i iść pomagać przy rozdawaniu medali.
Szczerze powiedziawszy, to coraz bardziej się niepokoiłam tym, że Baca jeszcze nie dobiegł na metę... I nagle słyszę za sobą:
 - Lolek? A co ty tutaj robisz? Przecież miało cię nie być.
Odwróciłam się i zobaczyłam zmierzającego w moją stronę Bacę. Spryciarz, zapisał się dla medalu, a jak przyszło co do czego to zdezerterował robić zdjęcia zawodnikom...
 - Taka mała zmiana planów - wyjaśniłam, czując jego dłonie na moich barkach.
 - Ale jak pytałem jeszcze w wtorek Wojtka to mi powiedział, że cię nie będzie...
Chyba sama bym zapomniała o jednym wolontariuszu, gdybym była organizatorem takiego biegu. A swoją drugą, to boję się nawet pomyśleć, o czym oni jeszcze ze sobą rozmawiają przy okazji.
(źródło zdjęcia)
Kolejne minuty mijały, na mecie pojawiali się kolejni biegacze, a medali stopniowo ubywało. W zasadzie na mecie każdy dostawał nie tylko upragniony medal, ale i gratulacje za ukończenie biegu. Należą im się, w końcu to 21,8 km w górskim terenie, a i temperatura tego dnia była nie najniższa. Jak sobie przypomnę edycję biegu z 2020 roku, kiedy lało i tak wiało, że aż wszystko fruwało, to myślę, że ta sobota była całkiem względna.
(źródło zdjęcia)
(źródło zdjęcia)
Chwilę po przekroczeniu przez ostatniego zawodnika linii mety nastąpiło to, na co wszyscy, a w szczególności najszybsi tak bardzo czekali - dekoracja najszybszych zawodników w poszczególnych kategoriach. Co prawda razem z Bacą i jeszcze jednym redaktorem z Gościa Niedzielnego zbieraliśmy banery(a przy tym tłumiłam ataki kaszlu, co by nie wzbudzać w nich złości), ale kątem oka spoglądałam co się dzieje na podium. A działo się sporo - zwłaszcza, że zwycięzca biegu ustanowił nowy rekord biegu: 21,8 km pokonał w zaledwie 1 godzinę i 34 minuty. Jak tego dokonał? Nie mam pojęcia. Na podium pojawili się również duchowni, którzy mieli osobną kategorię biegową.
(źródło zdjęcia)
 - Szkoda, że nie dałaś mi znać, że będziesz - usłyszałam w pewnym momencie Bacę. - Przyjechałbym samochodem, a teraz podrzuciłbym cię do Bielska. Zaraz się podpytam, czy ktoś nie jedzie w tamtym kierunku...
No, ręce mi opadły. Naprawdę, dałabym sobie radę. Są jeszcze autobusy podmiejskie. Co prawda przez ten cały remont dróg bardziej się wleką niż jadą, uznajmy to jednak za siłę wyższą. Ale Baca tak długo molestował innych, że załatwił mi podwózkę nie tyle do Bielska - Białej, ile do samych K-wic. Szaleństwo!
Zmęczona, ale szczęśliwa wróciłam do domu. Na pamiątkę dostałam jeszcze ten sam medal, co biegacze, czapkę z daszkiem oraz opaskę do biegania. I komentarz Bacy, że widzimy się najpóźniej na sierpniowym "Biegu Zbója"😀 i żebym doleczyła ten kaszel(a jednak go usłyszał). Dobrze, że nie przebrałam spodni na krótkie, bo jeszcze skomentowałby moje siniaki na kolanach we wszystkich kolorach tęczy.

zdjęcia pochodzą z fanpage biegu, chyba że podano inaczej
* Co prawda pociąg, którym wracałam w czwartek z pogrzebu miał ok 70 minut opóźnienia, ale maszynista i wyjaśnił okoliczności i przeprosił za sytuację.

piątek, 10 czerwca 2022

1440. Nie tylko z powodu ślubu - podróżnicza przygoda

Wiadomość o śmierci księdza Henryka, który przez 10 lat był proboszczem parafii do której należę, teoretycznie nie powinna być żadnym zaskoczeniem. Był już w takim wieku, że można było się tego spodziewać, zdrowie też opuściło go już jakiś czas temu. No i przede wszystkim - nikt nie żyje wiecznie, na każdego kiedyś przyjdzie pora. A jednak w głębi serca poczułam takie jakieś uczucie żalu i niesprawiedliwości.
Wielokrotnie żartował, że chce być pochowany w naszej świątyni, którą postawił od zera, zresztą tak samo jak dom parafialny. Kiedy przyszedł na parafię w 1995 roku, zastał barak pełniący rolę kościoła i kawalerkę w sąsiadującym z placem kościelnym bloku. Nota bene w tym baraku zostałam ochrzczona i przyjęłam sakrament Pierwszej Komunii Świętej. Kiedy w 2005 roku przenieśli go na inną parafię, zostawił po sobie nowy budynek kościoła oraz Oratorium. Potem wielokrotnie do nas zaglądał - był obecny podczas konsekracji świątyni, 25-cio i 35-ciolecia istnienia parafii. To u nas świętował swój jubileusz 50-lecia święceń kapłańskich, podczas którego w imieniu scholi niosłam w procesji z darami kwiaty...
Te zdjęcia dzieli 14 lat różnicy... Pierwsze w baraku, drugie w kościele.
Jego żarty o miejscu pochówku się nie spełniły - został pochowany w Środzie Śląskiej, gdzie spędził ostatnie lata swojego życia. Dla mnie było zaś oczywiste, że wezmę w nim udział. Wiedziałam, że prawdopodobnie z parafii pojedzie bus, jednak stwierdziłam, że załatwianie wszystkiego z aktualnym proboszczem jest ponad moje siły psychiczne.
Pojechałam więc sama. Jak wyszłam z domu przed 6:00, tak wróciłam po 21:00. Najpierw musiałam dojechać do Kato. W Kato musiałam przejść z przystanku autobusowego na oddalony o jakiś kilometr dworzec PKS. Po drodze na jezdni był wypadek, więc trochę się obawiałam, że nie zdążę, jednak byłam nawet trochę przed czasem. Poszłam więc do kasy kupić sobie bilet, jednak jakiś mężczyzna przez cały czas reklamował bilet autobusowy. W końcu stwierdziłam, że prędzej mi autobus odjedzie niż kupię ten cały bilet. Zaryzykowałam i poszłam na stanowisko, na którym już stał pojazd. Na szczęście za przejazd można było zapłacić i u przewoźnika. Po chwili zadowolona siedziałam już w autokarze, który ruszał w drogę do Wrocławia.
Po trzech godzinach wysiadłam na wrocławskim dworcu. Miałam nadzieję, że do Środy Śląskiej dojadę kolejnym środkiem komunikacji miejskiej. Niestety, okazało się, że żaden autobus(ani nawet prywatny bus) tam nie jedzie, czym byłam nieco zaskoczona. Już byłam tak blisko... Postanowiłam jeszcze spróbować koleją - udało się(w perspektywie miałam też jechać taksówką - zdesperowany człowiek zrobi wszystko). O 10:34 siedziałam w pociągu, którego jedna ze stacji była w Środzie Śląskiej. Podróż umilała mi rozmowa z sympatycznym panem, siedzącym naprzeciwko mnie. Po ok. 40 minutach wyszłam na peron. Przede mną było teoretycznie 3,5 kilometra drogi. Teoretycznie mogłam tam dojść na nogach, czas mnie jednak gonił. Tzn. gdybym pobiegła to bym zdążyła, ale... Na szczęście tuż obok był przystanek autobusowy, na który wkrótce podjechał lokalny autobusik, dzięki któremu po 10 minutach byłam na średnickim rynku. Stamtąd do salezjańskiego kościoła, w którym odbywał się pogrzeb, było już naprawdę blisko. A przy okazji odkryłam tajemnicę braku przejazdu autobusami z Wrocławia - remont dworca autobusowego. Za to zwiększyli ilość pociągów.
W parafii w Środzie Śląskiej byłam już raz - w grudniu 2017 roku. To wtedy stało się coś, czego nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć: nie wiedziałam za bardzo gdzie mam iść, więc powiedziałam odruchowo: "Boże, pomóż". I wtedy na mojej drodze pojawił się pies, duży, brązowy pies, który doprowadził mnie do celu. Dosłownie. Nie było to złudzenie, ponieważ kilka osób pytało mnie już na terenie kościoła, czy to mój pies. A potem zwierzę rozpłynęło się w powietrzu... 
Teraz nie potrzebowałam pomocy w dotarciu do świątyni. Kiedy weszłam w jej przedsionki, trwał już różaniec. Potem Msza święta i kazanie z przypomnieniem biografii księdza Henryka. I kilka przemówień, w tym naszego obecnego proboszcza. Po mniej więcej godzinie procesja wyprowadziła trumnę z ciałem kapłana. Akurat nasz obecny proboszcz szedł w kolumnie od mojej strony. Zauważył mnie i zmierzył wzrokiem. Jakoś jednak mam gdzieś, czy skomentuje to w swoim typie, nigdzie nie wyczytałam, że ktoś nie może brać udział w uroczystości pogrzebowej(uwierzcie mi, wcale nie przesadzam). 
Udaliśmy się na cmentarz komunalny. Większość osób pojechała swoimi autami. Ja poszłam na nogach, chociaż nawet nie wiedziałam, gdzie iść. Ale koniec języka za przewodnika. A po drodze spotkałam miejscowych, również zmierzających na miejsce wiecznego spoczynku. Nawet jedna pani do mnie zagadała. Kiedy dowiedziała się jak dojechałam do Środy, z niedowierzaniem pokręciła głową. No, ale na takie poświęcenie trzeba sobie zasłużyć.
Na cmentarzu dostrzegłam kilka osób z mojej parafii. Wracając dowiedziałam się, że są busem, ale mają komplet. Nic nie szkodzi, przyjechałam do Środy sama, to i wrócę do domu sama. Zresztą zaraz po złożenia ciała do grobu i modlitwach końcowych poszłam na nogach do centrum miasta(ok. 1 km.). Tam poczekałam chwilę na komunikację miejską, która dowiozła mnie na stację kolejową. Tyle co weszłam na peron - podjechał pociąg do Wrocławia. Nie było czasu na zakup biletu, na szczęście można było kupić bilet, i to bez dopłaty, u konduktora. W stolicy Dolnego Śląska pomiędzy jednym pociągiem a drugim miałam półgodziny przerwy. Wystarczająco dużo czasu i na zakup kolejnego biletu, i na zjedzenie bułki(od śniadania o 5:30 do 16:00 jednak już trochę czasu minęło).
O 16:34 wsiadłam do pociągu mającego mnie dowieść do Kato. Planowo miał być na miejscu o 18:43. Jak jednak większość z Was wie, nad naszym krajem przeszła nawałnica, która powaliła też gałęzie na tory, którymi miał jechać kurs. Musiano go puścić okrężną drogą, a co za tym idzie, nie mógł jechać szybciej niż 40 km/godzinę. Spowodowało to opóźnienie do planowanego przyjazdu o, bagatela, 110 minut. Trochę ironicznie brzmiały ich serdeczne przeprosiny, zwłaszcza w stosunku do tych, którzy mieli w Kato przesiadkę. Na szczęście przyjaciółka książka była w plecaku, a więc nie tylko nie zanudziłam się jak mops, ale i ciekawie spożytkowałam czas.
A jutro IV Górski Bieg Frassatiego, na którego wolontariat załapałam się w ostatniej chwili, głównie dzięki znajomości z głównym organizatorem. Chyba będę znowu na strefie medalowej, co jest dla mnie zawsze niesamowitym przeżyciem. Lubię patrzeć na radość ludzi przekraczających linię mety, lubię wręczać im medale z krótkim "gratuluję", lubię przybijać im piątki i żółwiki. I w ogóle lubię tą całą atmosferę biegowego świętowania. Baca też biegnie...

wtorek, 7 czerwca 2022

1439. Czy to dobrze, czy to źle - to się jeszcze okaże...

 - A co wy tutaj robicie?  - wykładowca od "Chrześcijańskiej wizji moralności" nie krył zdziwienia, kiedy zobaczył 3/4 części grupy, która już dzisiaj miała jechać na zagraniczną wizytę studyjną.
 - WizzAir nie miał miejsc na zaplanowany termin - odparł lakonicznie nasz grupowy rodzynek. - Ale lecimy na przełomie sierpnia i września...
 - Chyba - dodała jedna z dziewczyn. - Ale spokojnie, dowiedzieliśmy się o tym dopiero w piątek.
Wykładowca wzruszył ramionami.
 - W każdym razie sprawdziłem wasze eseje. Jest nieźle, zrobiliście postęp od pierwszej pracy...
W to nie wątpię - z osoby, która o pisaniu tej formy wypowiedzi nie miała bladego pojęcia, stałam się osobą, która zaczęła za nie dostawać maksymalną liczbę punktów. Jeszcze jak mi tak samo dobrze pójdzie egzamin, to będę szczęśliwa. Tym bardziej, że zyskaliśmy czas na przygotowanie się do niego.
Można by przypuszczać, że niespodziewane odwołanie wyprawy studyjnej powinno pociągnąć za sobą tylko rozczarowanie i rozgoryczenie. Mieliśmy zwiedzać i odpoczywać, a tymczasem przyszło nam zostać w kraju i przygotowywać się do sesji. Na szczęście sprężyłam się w sobie i zaliczyłam już wszystkie przedmioty na obydwóch kierunkach, które musiałam, aby zostać dopuszczoną do egzaminów. Jeszcze mi zostało kilka, ale to już na spokojnie będę zaliczać, prawdopodobnie razem z innymi(w przypadku wyjazdu miałam je zaliczyć na konsultacjach podczas sesji). Co prawda nie pojadę na III Rundę Paralekkoatletyczne Grand Prix Polski do Słubic, ale udało mi się załapać, niemal w ostatniej chwili, na wolontariat podczas IV Górskiego Biegu Frassatiego. No i w dalszym ciągu jestem przeziębiona, tak więc spokojnie mogę się kurować. 
Jak widzicie, oprócz oczywistego minusa zaistniałej sytuacji, można doszukać się też kilka plusów. Zresztą pozytywne z pozoru wydarzenie może mieć swoje minusy, i na odwrót - w negatywnej sytuacji można wyłapać jakieś plusy. Bardzo mi się podoba pewne mówiące o tym opowiadanie o farmerze, które usłyszałam na Forum Młodych w 2018 roku. Zresztą sami je przeczytajcie:
Kiedyś żył sobie pewien farmer, który uprawiał ziemię. Pewnego dnia przyszedł do niego sąsiad i powiedział:
- Zobacz! Twoje pole zostało stratowane, mnóstwo plonów jest zniszczonych. Źle się dzieje sąsiedzie.
Farmer odpowiedział na to ze spokojem:
- Może to i źle, może to i dobrze.
Następnej nocy farmer wysłał na pole swojego syna, aby ten zbadał sprawę i dowiedział się co lub kto powoduje takie straty. Syn zaczaił się w krzakach i zobaczył, że powodem strat jest piękna klacz! Pochwycił ją więc i przyprowadził do stodoły. Wszyscy we wsi mu zazdrościli:
- Jakże pięknego konia Pana syn złapał! Pan to ma szczęście!
Farmer skwitował to mówiąc:
- Może to i dobrze, może to i źle.
Po kilku tygodniach koń uciekł i zniknął gdzieś w lesie. Sąsiedzi znów to skomentowali:
- Pan to ma pecha, teraz ani porządnych plonów, ani konia. Trzeba było go lepiej pilnować!
Farmer spokojnie odpowiedział:
- Może to źle, a może to dobrze?
Nazajutrz klacz powróciła do właściciela, tym razem jednak za nią przybył też zwabiony jej urokiem potężny ogier!
- Pan to ma szczęście! Teraz masz Pan dwa konie, jesteś bogaty!
- Może to i dobrze, a może to i źle.
Syn farmera postanowił ujeździć ogiera, ten jednak nieprzywykły do siodła stanął dęba i zrzucił chłopca na ziemię. Pech chciał, że chłopak złamał nogę i nie mógł pracować. Sąsiedzi zbiegli się przerażeni:
- Tyle cierpienia w tym domu! Taki pech! Co wam po koniu, jak chłopak ma teraz nogi połamane?
Farmer wzruszył ramionami:
- Nie wiem czy to dobrze, czy to źle.
Wkrótce potem wybuchła wojna i król zażądał, aby wszystkich młodych mężczyzn wcielić do wojska. Gdy przybyła komisja poborowa zabrali wszystkich chłopców, oprócz syna farmera, który miał złamaną nogę. Sąsiad na to:
- Wy to macie szczęście. Moich synów zabrali i nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek ich zobaczę, a Pana dzieci w spokoju w domu siedzą.
- Może to i dobrze, może to i źle.

Jutro mam wolne od studiów, a więc całe przedpołudnie mogę się kurować. Trzymajcie się ciepło i zdrowo.

poniedziałek, 6 czerwca 2022

1438. 68 Memoriał Janusza Kusocińskiego

źródło zdjęcia
Przełom wiosny i lata obfituje we sportowe wydarzenia. Zawody sportowe w których sama biorę udział wpisane są w mój kalendarz od dawien dawna. Od jakiś 3 lat uzupełnione zostały przez wolontariat w różnych eventach i wydarzeniach sportowych. A skoro jest czerwiec, to na Stadionie w Chorzowie, zazwyczaj odbywa się Memoriał Janusza Kusocińskiego. 
Pierwszy raz pomagałam przy jego organizacji w 2020 roku, kiedy to z powodu pandemii został przeniesiony na sierpień. Zostałam wtedy przydzielona do Strefy Widza, a o szczegółach możecie przeczytać >>tutaj<<. Rok temu aplikowałam, bezskutecznie. Jednak specjalnie się tym nie przejęłam - to przecież nie koniec świata. W tym roku spróbowałam kolejny raz. No i się udało. Myślę, że to trochę za sprawą pani Barbórki, która poznała mnie i moje możliwości najpierw na "Biegu Bohaterów", a potem 13 już edycji "Silesia Marathonu" i wie, że Lolek zrobi wszystko, jeżeli tylko da się jej odpowiednie warunki. Jednak nawet nie wyobrażacie sobie, jaką poczułam radość, kiedy tydzień temu po powrocie do domu zobaczyłam meil informujący mnie, że zostałam przydzielona do działu akredytacji. No, tam mnie jeszcze nie widzieli. A moja radość wzrosła jeszcze bardziej, kiedy usłyszałam, że musieli wybrać 50 osób spośród ponad 150 zgłoszeń. Nie żebym się cieszyła, że kogoś odrzucili, bardziej właśnie z tego, że mnie dostrzegli, chociaż raczej staram się nie rzucać za bardzo w oczy.
Pierwotny plan na ten weekend obejmował wystartowanie w sobotę na 100 m. w II Rundzie Grand Prix, wieczorny powrót do domu i całą niedzielę spędzoną na Stadionie(chociaż rano mogłabym jeszcze udać się po drodze na Mszę świętą). Przeziębienie zmodyfikowało jednak moje plany. Na Grand Prix nie pojechałam, za to w Chorzowie spędziłam całe dwa dni. 
Praca w akredykacjach to nic innego niż wydawanie odpowiednich wejściówek przychodzącym osobom, ewentualnie kierowanie ich w sto innych miejsc, gdzie mogą dostać potrzebne rzeczy. W praktyce wyglądało to tak, że na akredytacjach były 2-3 osoby, posegregowane identyfikatory(no bo wiecie, osoba A może wejść w jedne strefy, natomiast osoba B już nie) oraz kartkę z zaznaczeniem kto jaką ma dostać wejściówkę. Nasze nastroje były nieco bojowe - akurat w tygodniu poprzedzającym wydarzenie mieliśmy pogrzeb jednego z wolontariusza. Rozmowy średnio się kleiły, ale też nie mieliśmy typowo grobowej atmosfery. Bądź co bądź, nie dajmy się zwariować. Pierwszego dnia praca na dziale kończyła się ok. 18. Jeszcze przed wyjściem do domu pani Barbórka poprosiła mnie, abym nazajutrz przyszła trochę wcześniej(wg grafiku miałam być o 10). A przy okazji zapytała o to moje przeziębienie. Ech, bywało gorzej...
50% osób na tym zdjęciu to dział akredytacyjny
W niedzielę wstałam po 5. Trochę wcześnie, ale przed wolontariatem chciałam jeszcze wstąpić na Mszę świętą do naszej miejskiej bazyliki. W końcu przypadało zstąpienie Ducha Świętego, jedno z moich ulubionych wspomnień i nieoficjalna rocznica Pierwszej Komunii Świętej. Wyszłam z domu odpowiednio wcześniej, nie uszłam nawet 100 metrów, kiedy poczułam, że zbliżam się niebezpiecznie do ziemi. Po chwili leżałam na chodniku zastanawiając się, co bardziej mnie boli - drugi raz w ciągu kilku dni obite kolana, czy też dłonie. Na szczęście byłam cała. Co prawda chwilę zeszło zanim sie zebrałam, ale... W ostateczności do kościoła się dowlekłam, przed "Chwała na wysokości". Siadłam na końcu, żeby nie drażnić innych moim kaszlem. Do Komunii nie uklęknęłam - nie byłam w stanie. Potem już tylko musiałam przejść do centrum miasta i wsiąść w odpowiedni autobus, a w Katowicach przesiąść się na tramwaj.
Do Centrum Wolontariatu dokuśtykałam kilkanaście minut po 9. Wbrew pozorom to dobry czas. Musiałam chyba przypominać kupkę nieszczęścia, kulejąc i pokasłując. Nawet jak rozpinałam guziki u koszuli, pod którą miałam roboczą koszulkę, kilka osób zaczęło się dopytywać, co mi się stało. Na szczęście udało się znaleźć woreczki z lodem, którymi obłożyłam obolałe miejsce(spokojnie, przez szmatkę, co by sobie nie odmrozić miejsca). Kiedy nieco mi przeszło zarzuciłam plecak na plecy i powlekłam się do budki akredytacyjnej. Tym razem były nas 2 osoby, ale co chwilę ktoś do nas przychodził z innych wolontariuszy. Raz nawet przyniesiono mi mega schłodzony napój, gdybym potrzebowała sobie schłodzić nogę, albo nadgarstki.
Rozpiska konkurencji(źródło zdjęcia)
Niedzielny dyżur trwał do godziny 15:30 - o 15:00 rozpoczęła się cała impreza, jednak zawsze zdarzają się osoby, które odbierają coś w ostatniej chwili. Np. zawodnicy startujący w konkurencjach. I to nie żadne gwiazdy, a raczej rozpoczynające swoją przygodę na wielkich arenach(przynajmniej ja nikogo z nich nie znałam). Na szczęście Stadion Śląski ma dosyć dobre nagłośnienie i ceremonię rozpoczęcia mogliśmy wysłuchać będąc jeszcze na stanowisku.
Potem poszliśmy na trybuny. Ale tam było za gorąco i za duszno. Kiedy jakieś 2 godziny wcześniej byłam w CW coś zjeść(wolontariusze mieli zapewniony "ciepły" posiłek) widziałam, że telewizor był włączony na TVP Sport(jeden z głównych sponsorów memoriału) istniała więc nadzieja, że taki stan rzeczy uległ zachowaniu. Nie myliłam się - telewizor nadawał relację ze zmagań sportowych. Tym razem wyjątkowo wybrałam taką formę kibicowania. Było tam ciut chłodniej i nieco spokojniej. No i można było jeszcze coś zjeść ("Jedz, jedz, raczej ci to nie zaszkodzi... A jak noga?"). Co prawda po Centrum kręcili się inni wolontariusze, no ale nie bądźmy zbyt wymagający. Po 18 wolontariusze mogli odebrać zaświadczenia o swoim udziale w wydarzenia, a godzinę później, ci najbardziej wytrzymali, udali się na pamiątkowe zdjęcie na płytę główną Stadionu ("Tylko proszę cię Lolku, uważaj aby znowu się nie wywrócić..."). Piszę "najbardziej wytrzymali" ponieważ przez to, że kilka osób było na antydopingu, zdjęcie ciągle się przeciągało, aż część osób po prostu zrezygnowała z niego. Pozostało tylko kilkoro niedobitków...
A to zdjęcie zrobiliśmy kilkanaście minut wcześniej.
Jeszcze tylko pożegnałam się z ekipą ("Lolek, na następnej imprezie też masz być, nie ma, że przeziębienie, czy coś..." - oj, żeby to było tylko ode mnie zależne), nasłuchałam szybkiego powrotu do zdrowia i powoli zmierzałam w kierunku domu, kończąc kolejny wolontariat z radością i uśmiechem na twarzy.
I na koniec najlepsze - wiecie jaką sobie wpisałam datę urodzenia? 26.09.2022 😄. Aż pani Barbórka do mnie dzwoniła(da się? da się!) z zapytaniem jaka ona faktycznie jest. Sama się teraz z tego śmieję.

czwartek, 2 czerwca 2022

1437. Taka mała zmiana planów

Z zawodów w Tarnowie wróciłam nie tylko oczarowana jego pięknem, ale i infekcją, prawdopodobnie przejętą od Młodszej. Ja rozumiem, że perspektywa 3 dni bez rodziców jest kusząca, ale z drugiej strony - co to za przyjemność gdzieś jechać chorym? Młodsza ma jednak inny światopogląd, a że miałyśmy jeden pokój, to finał tego jest jaki jest. Od poniedziałku kaszlę, mam stan podgorączkowy, drapie mnie w gardle. Na chorowanie jednak nie mam czasu, bo przecież wkroczyliśmy w życiu studenckim w okres zaliczeń. Tak więc spędzanie dni na wypoczynku zostaje w sferze moich marzeń. To znaczy po powrocie do domu kładę się spać na 2-3 godziny, potem wstaję, uczę się, coś jem, daję jeść kotu i na nowo idę spać. Bywało gorzej. Zwłaszcza, że kolokwia zaliczam na 4,5 - 5, co też mnie satysfakcjonuje.
W zasadzie powinnam jechać w weekend na kolejną rundę Grand Prix do Krakowa, jednak w takim stanie to bez sensu. Wiem, że nie pobiegnę tak, jakbym mogła, gdybym była zdrowa. To po pierwsze, a po drugie - wczoraj wracając do domu znowu zaliczyłam tzw. glebę. Chyba wolałabym uderzyć o jakiś chodnik tak, abym rozwaliła kolano(jakkolwiek to nie brzmi). Tymczasem ja uderzyłam kolanami o bruk składających się w mniejszej kostki(mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi). Nie rozwaliłam kolan, za to cała krew(a mam problem z jej krzepnięciem) rozlała mi się pod skórą. Co ciekawe, mam wrażenie, że jakby promieniuje mi to wszystko do łydki... Pierwszy raz mam coś takiego. Trochę mi to utrudnia chodzenia, ale też nie jest najgorzej. No i trzecia rzecz - wycieczka studyjna w przyszłym tygodniu. Było z tym zamieszania(nawet do końca nie wiemy, czy lecimy we wtorek czy w środę), ale wszyscy, a przede wszystkim organizator, jest dobrej myśli. I teraz najlepsze - nikt nie wymaga ode mnie(ani od mojego słabowidzącego kolegi z roku) opiekuna. Mając w pamięci przeboje z UPJPII, to było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Takim samym, jak podczas szykowania się do wylotu na ŚDM do Panamy :). Tym bardziej, że to jest i dużo dalsza podróż niż do Lwowa(ale nie tak daleka jak do Panamy), i dużo bardziej skomplikowana logistycznie. Da się? Da się! Ten weekend nie będzie jednak tak całkowicie stracony - udało mi się dostać na wolontariat podczas Memoriału Janusza Kusocińskiego na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Pierwotnie miałam wracać z zawodów w sobotę po starcie(w końcu Kraków to nie koniec świata), ale że nie jadę, to problem się sam rozwiązał. Baca dał mi kilka patentów na bolące gardło, więc powinno być dobrze.
W ostatniej notatce wspominałam o książce "Motyl i skrzypce" autorstwa Kristy Cambron. Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami, jakie na mnie ona wywarła. 
Tytuł: "
Motyl i skrzypce"
Autor: Kristy Cambron
Wydawnictwo: Znak
Kraków 2020
Liczba stron: 384

Czy muzyka mogła pomóc przetrwać w tak potwornym miejscu, jakim był obóz koncentracyjny w Auschwitz? I czy w ogóle mogła się w nim rozwijać jakakolwiek forma sztuki. Wiemy, że np. Victorowi Franklowi udało się napisać jedną ze książek, w jednym z baraków znaleziono "książkę" z bajkami dla dzieci, napisaną już w obozie. Wiadomo, że działała orkiestra. Można więc powiedzieć, że w Auschwitz istniała jakaś prowizorka kultury. I w takich właśnie okolicznościach Kristy Cambron umieściła akcję jednej ze swoich powieści - "Motyla i skrzypiec".
Akcja powieści rozgrywa się w dwóch płaszczyznach. Pierwsza rozgrywa się w czasach współczesnych - Sera Jemes, pracownica jednej z galerii na Manhattanie od pewnego czasu poszukuje obrazu przedstawiającego kobietę z obozu koncentracyjnego. Poznaje przy tym Williama Hanovera, mężczyznę który wpada mu w oko, zresztą ze wzajemnością. Sera po nieudanym związku z mężczyzną, który w ostatnim momencie rezygnuje ze ślubu, powoli odzyskuje równowagę. Czy mężczyzna ma jakiś związek z poszukiwanym obrazem?
I druga płaszczyzna, rozgrywająca się w czasie II wojny światowej - Adele jest znaną na całą Austrię skrzypaczką mającą wysoko postawionego ojca. Od jakiegoś czasu spotyka się z Vladymirem, również muzykiem. Adele zaangażowana jest w pomoc ukrywającym się w Wiedniu Żydom. Pewnego dnia widzi, jak jedna z takich rodzin jest ładowana na ciężarówkę. Dziewczyna wie, co to oznacza. W dodatku podczas zamieszania rani swoje dłonie o kawałki szkła. Nazajutrz bierze udział w koncercie, po którym, w wyniku donosu ojca, zostaje deportowana do Auschwitz. Na odchodne matka wręcza jej futerał ze skrzypcami, nie wiedząc, że córka ukryła w nim także zdjęcie Vladymira i spinkę z motylem. W obozie trafia do orkiestry, która gra nie tylko dla dostojnych oficerów, ale też więźniów idących co rano do pracy czy też zmierzających do komór gazowych. I chociaż jej dusza przez to cierpi, wie, że to jedyny sposób na jeszcze jeden dzień przeżycia w tym piekle na ziemi.
"Motyl i skrzypce" ukazują, jak trudne, a zarazem ważne dla więźniów, będących wcześniej artystami, było kontynuowanie za drutami swojego dzieła. Elena wiele razy buntowała się wbrew samej sobie. Nigdy jednak nie odważyła się nie iść na koncert - dzięki temu była "niewidzialna". Tak, niewidzialna - gdyby nie przyszła na występ ktoś od razu by to zauważył. W książce widzimy też wielką potrzebę tworzenia - Omara, kierowniczka orkiestry ryzykowała wiele, aby namalować portret skrzypaczki, chociaż wiedziała co ją czeka, kiedy jakiś SSman przyłapie ją na tym, co robi. Aż wreszcie czytelnik jeszcze raz może się przekonać, jak wiele może dać i jaką rolę w przezwyciężeniu wszelkich przeciwności losu może mieć miłość - zarówno do drugiego człowieka(Elena nie przestała kochać Vladymira nawet w obozie), jak i do swojej pasji. Być może jedno i drugie było tym, co ocaliło życie bohaterce...