Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 31 sierpnia 2019

1014. Praskie Jezulatko - post inspirowany innym postem

Bardzo powoli uzupełniam zaległości w czytaniu Waszych blogów. Tradycyjnie na pierwszy ogień poszły starsze posty przeczytanych już w całości blogów i z czasem dochodzę do tych nowszych. Trochę się tego nazbierało, więc wybaczcie, że wszystko idzie tak wolno. Mam nadzieję, że prędzej niż później wyjdę na tzw. prośbą. Tym bardziej, iż w kolejce czekają też blogi, które dopiero mają zostać przeczytane. Problem w tym, że przecież jest tyle do zrobienia oprócz sfery blogowej, a czas nieubłaganie biegnie do przodu. Ważą się pewne sprawy, niepewność sięga najwyższej półki. Chcę z jedną sprawą wyrobić się do końca miesiąca, z dwoma innymi do końca przyszłego tygodnia. Dlatego trochę mniej piszę, chociaż tak jak wspominałam, w każdej wolnej chwili wpadam poczytać co u Was słychać.
Wędrując po Waszych blogach trafiłam na wpis Tereni, w którym wspominała o zakupie na giełdzie figurki Praskiego Jezulatka. Od razu przypomniała mi się wycieczka do Pragi sprzed dwóch lat, w czasie której miałam okazję, a za razem przyjemność, zobaczyć Dzieciątko na własne oczy. Wcześniej wiele razy o nim słyszałam, chociażby na uczelnianych wykładach, dlatego moja radość z wycieczki była jeszcze większa - w końcu miałam okazję zobaczyć cudowną figurkę na własne oczy. I chociaż Terenia napisała o niej co nieco, to pozwoliłam sobie też co nieco napisać na ten temat. 
Tekst został zaczerpnięty z książki "Miejsca cudownych zdarzeń", którą dostałam w zeszłorocznym konkursie wiedzy o kardynale Stefanie Wyszyńskim.

"Jezulatko" - Praga
Niemal w tym samym czasie, gdy Lwów walczył z naporem oddziałów tatarskich i kozackich, położona na południe od Rzeczpospolitej Praga po raz kolejny broniła się przed siłami szwedzkimi.
Od ponad trzydziestu lat toczyła się wówczas w niemal całej Europie wyniszczająca wojna na tle religijnym. Po jednej stronie stanęły państwa rządzone przez katolicką dynastię Habsburgów a po drugiej, protestanckie państwa wspierane między innymi przez Francję i Danię. W Czechach sytuacja zmieniała się dynamicznie i w różnych okresach wojny ich terytorium znajdowało się pod wpływem jednej lub drugiej strony konfliktu.
Szpital polowy
W drugiej połowie 1648 roku Czechy poddane były habsburskiemu cesarzowi Ferdynandowi III. Wojna miała się już ku końcowi, ale walki wciąż trwały. W czerwcu 1648 roku protestanckie wojska szwedzkie rozpoczęły kolejne już w czasie tej wojny oblężenie Pragi. Dowodził nimi Hans Christoff von Konigsmarck. Dość szybko udało im się zająć przedmieścia, ale w samym mieście napotkali na zwarty i skuteczny opór mieszkańców. Zajmowanie kolejnych przyczółków stolicy przebiegało bardzo powoli.
Jednym ze zdobytych budynków był praski klasztor karmelitów, w którym od dwudziestu lat otaczano czcią niewielką(45 cm wysokości) figurkę dzieciątka Jezus. Konigsmarck wydawał się nieporuszony tym kultem i zaordynował, że klasztor ma pełnić rolę szpitala polowego. Troska, jaką prażanie otoczyli swoje "Jezulatko", zrobiła na nim jednak ogromne wrażenie. W pewnym momencie miał paść na kolana i powiedzieć: "O, Dzieciątko Jezus! Jestem pod wrażeniem wiary Twoich wyznawców i cudów, które dla nich czynisz. Obiecuję Ci, że jak tylko to będzie możliwe, każę wojsku opuścić klasztor".
Szwedzi nie tylko opuścili szpital, ale wobec braku postępów oblężenia, wycofali się z Pragi. 
Dar księżnej
Nie był to pierwszy raz, gdy praskie Dzieciątko uratowało miasto przed najazdem. Odkąd tylko figurka dotarła pod dach tamtejszych karmelitów, dokonywały się niezwykłe rzeczy. Klasztor karmelitów wzniesiono w Pradze w 1624 roku, jako wyraz wdzięczności cesarza Ferdynanda II dla towarzyszącemu mu w czasie wojny kapłana - karmelity ojca Dominika. Przeorem został ojciec Jan Ludwik. W czasie modlitwy usłyszał on głos, że wraz z braćmi powinni - zgodnie z ewangelicznym wezwaniem - stać się "jako dzieci". To podsunęło mu myśl, by oddać cały dom zakonny pod opiekę Dzieciątka Jezus.
Być może czeska księżna Polyxene Lubkowitz usłyszała o tej decyzji przeora, bo nowo powstałemu klasztorowi ofiarowała rodzinną pamiątkę - figurkę Dzieciątka Jezus. Otrzymała ją od swojej matki w prezencie ślubnym. Gdy w 1628 roku księżna Polyxene owdowiała, postanowiła przekazać figurkę karmelitom. Oddając ją w ręce przeora, powiedziała: "Mój Ojcze, przynoszę Ci, co mam najdroższego, czcijcie to cudowne Dzieciątko Jezus, a od tej chwili nic Waszemu zgromadzeniu nie zabraknie".
Ojciec Cyryl
Przeor przyjął dar i umieścił figurę w ołtarzu kaplicy nowicjuszy. Niedługo potem, w 1629 roku w praskim klasztorze pojawił się karmelita, ojciec Cyryl, który przeniósł się tutaj z innego zgromadzenia karmelitańskiej rodziny. W związku ze swoją decyzją przeżywał ciągłe wątpliwości, czy słusznie postąpił, czy rzeczywiście to jest jego miejsce. Cierpiał prawdziwe udręki wewnętrzne, swoje żale wylewał w kaplicy przed "Jezulatkiem". Któregoś dnia usłyszał: "Miej litość nade Mną, a ja ulituję się nad tobą". W jednej chwili wszelkie cierpienia duchowe ustąpiły. Od tej pory ojciec Cyryl czuł się zobowiązany troszczyć o figurę.
W 1631 roku atakujący Pragę protestanci przepędzili karmelitów z klasztoru, budynek splądrowano, a figurę zniszczono. Nowicjat przeniesiono do Bawarii. Ojciec Cyryl nie mógł się pogodzić z tym, że porzucił "Jezulatko". Uprosił przełożonego, by pozwolił mu pojechać do Pragi i odszukać figurkę. Znalazł ją i przywiózł do domu zakonnego, tam bracia zaczęli się przed nią modlić o ocalenie swojego miasta. W tym samym czasie nacierające wojska szwedzkie odstąpiły od oblężenia Pragi.
Dbajcie o Mnie
Karmelici powrócili do swego domu wraz z cudowną figurką, która jednak mocno ucierpiała podczas wojennej zawieruchy. Bracia musieli odbudować swój dom i nie mieli środków na to, by odnowić figurkę. Ojciec Cyryl bardzo to przeżywał, bo zobowiązał się przecież do troski o nią.
Dawnym zwyczajem wylewał swoje żale przed Dzieciątkiem. Po kilku dniach został wezwany do umierającego. Człowiek ten był zamożny i chciał ofiarować pewną kwotę karmelitom. Ojciec Cyryl odczytywał to jako odpowiedź na swoje strapienie. Przeor był jednak innego zdania - zamiast odnowić dar księżnej, postanowił kupić nową, większą, która będzie się lepiej prezentowała w głównym ołtarzu. Jeszcze tego samego dnia, gdy ustawiono nową figurę, ciężki świecznik spadł na nią i roztrzaskał ją na drobne kawałki.
Pieniędzy na renowację cudownej figury nadal jednak nie było - ojciec Cyryl umieścił ją więc okaleczoną w zakrystii. Tam zobaczył ją pewien zamożny człowiek i zaoferował się za darmo ją zrekonstruować.
Od tej pory była ona często nawiedzana przez ludzi błagających "Jezulatko" o pomoc w cierpieniu. Wielu z nich odchodziło wysłuchanych. Dokonywały się uzdrowienia, doświadczyła go między innymi kuzynka księżnej Lubowitz.
A Dzieciątko - zgodnie ze swą obietnicą - odwdzięczyło się prażanom za ich opiekę i strzegło ich miasta w kolejnych wojennych zawieruchach.

wtorek, 27 sierpnia 2019

1013. A żeby Częstochowskiej Madonnie nie było przykro

też się do niej wybrałam. Każdego roku z Będzina-Syberki wyrusza Sosnowiecka Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę, która dociera na miejsce w wigilię wspomnienia Matki Boskiej Częstochowskiej - 25 sierpnia. W tym roku odbyła się już po raz 28 pod hasłem "W mocy Ducha Świętego", co było nawiązaniem do programu duszpasterskiego dla Kościoła w Polsce, opracowanego na lata 2017-2019.
Jak wiecie, to nie pierwsza moja pielgrzymka do tego narodowego sanktuarium. Jak zwykle wyruszyłam z grupą z dekanatu, do którego należy moja parafia. W tym roku utworzyliśmy jedną z najliczniejszych grup - liczyliśmy ok. 120 uczestników w różnym wieku, co zostało utrwalone na zdjęciu z biskupem podczas pierwszym postoju, który miał tradycyjnie miejsce przy kościele w Będzinie-Łagiszy(niecałe 5 km. od kościoła, z którego wyruszyła pielgrzymka).
Zanim jednak wyruszyliśmy na szlak, odbyła się uroczysta Msza święta, która jak co roku miała miejsce w kościele w Będzinie-Syberce. Przewodniczył jej biskup naszej diecezji, a koncelebrowali wszyscy księża biorący udział w pielgrzymce. Niestety, nie wiem o czym było kazanie, ponieważ uciekł mi autobus, którym miałam dojechać na miejsce na czas. Na pewno nie było długie, bo kiedy dojechałam kolejnym autobusem(ok. 7:30), było już po Przeistoczeniu. Następnie poszczególne grupy wraz z księżmi-przewodnikami wyruszali w 2,5 dniowy marsz. 
Tak jak wspominałam pierwszy postój, tzw. śniadaniowy, był już niecałe 5 kilometrów dalej. Po drodze mijaliśmy m.in. średniowieczny będziński zamek, który majestatycznie wznosi się w centrum miasta. Teraz wschodzące słońce odbijało się od jego grubych murów. Niestety, piesza pielgrzymka ma to do siebie, że trzeba iść zwartą grupą na przód, a nie zatrzymywać się w celu utrwalania mijanych krajobrazów na fotografiach... 
Po pierwszym postoju, który trwał ok. 1,5 godziny, ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny postój był dopiero po jakiś 2,5 godzinie drogi, przed kościołem w Targoszycach. On też trwał dosyć długo, bo ok. 1 godziny. Na upadłego można się nawet wyspać. A już na pewno najeść. Tym bardziej, że ludzie z okolicznych domostw przygotowali, jak co roku, posiłek dla przybyłych pielgrzymów. Pożywieni i trochę zregenerowani przeszliśmy kolejny odcinek do Mierzęcic, gdzie miało miejsce godzinne nabożeństwo pokutne, połączone z możliwością przystąpienia do sakramentu pokuty i pojednania. Po nabożeństwie nastąpił ostatni przemarsz w tym dniu, tym razem już na nocleg, przemarsz do położonej ok. 9 kilometrów dalej, wioski Zendek. Teoretycznie powinnam spać w szkole, jednak ksiądz, a prywatnie mój stary znajomy jeszcze z czasów przed założeniem sutanny, załatwił mi nocleg u rodziny. Wszystko super, cud, miód i orzeszki. No, prawie. Jedyne co mi nie pasowało to współlokatorka, która się chciała zbytnio ze mną spoufalić, ale na to już nie miałam wpływu...
Nazajutrz wyszliśmy z Zendka ok. godziny 7:00 rano. Ponownie po jakiś 1,5 godziny marszu mieliśmy przerwę na śniadanie, tym razem na polance w środku lasu. Ale żeby nie było tak bezprzygodowo, to jedna z grup idących przed nami zgubiła się po drodze. Wszystko przez to, że dotychczasowa trasa musiała zostać zmodyfikowana przez wybudowanie obwodnicy. A że nikt wcześniej nie sprawdził nowej trasy, to takie były tego efekty. Na szczęście wszyscy szczęśliwie się odnaleźli, chociaż musieli zrobić kilka ponadprogramowych kilometrów. Po śniadaniu oraz krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem do położonych ok. 13 kilometrów dalej Woźnik. Na miejsce, gdzie czekał na nas ksiądz biskup, dotarliśmy na godzinę 12:00. Teraz mieliśmy trochę czasu na odpoczynek, tym bardziej, że w tym roku zrezygnowano ze Mszy świętej w położonej kilka kilometrów dalej Ligoty Woźnickiej, na rzecz Mszy w kościele w Starczy. Szczerze powiedziawszy, brakowało mi tego jednego postoju i do Starczy dotarłam ostatkiem sił. Po drodze mijaliśmy piękne krajobrazy. Tak jak wcześniej pisałam - dla mnie fotografowanie podczas wędrówki jest bardzo trudne. Jest za to czas na przemyślenia. I np. na ułożenie swojej własnej modlitwy:

Maryjo z Częstochowy,
Czarną Madonną nazwana.
Matko całego narodu,
Matko samego Pana.
Do Ciebie naród zmierza,
bez względu na żadną pogodę.
Do Ciebie wędruje z daleka,
w deszcz, upał oraz słotę.
Wysłuchaj Pani najdroższa,
próśb przed Twe oblicze kierowanych.
Daj siłę tym wszystkim pątnikom,
przez drogę niepokonanych.
Uczyń cud, chociażby mały,
tym, co o to Cię proszą.
Przyjm Śliczna Panienko wota,
co wdzięczni Ci z wiarą przynoszą.
A jeśli brak im jest podarków,
przyjm trud dalekiej wędrówki.
Wsłuchał się w ciche modlitwy,
dziecięce pogłaszcz główki
Spojrzeniem im dodaj otuchy,
gdy do powrotu będą gotowi.
Swą podniesioną dłonią,
błogosław wiernemu ludowi.

Trochę obawiałam się, w jaki sposób wszyscy pielgrzymi zmieszczą się na placu należącym do kościoła i w samym kościele. Wszak nie są one zbyt duże. Na szczęście, chociaż plac z każdą chwilą coraz bardziej się zapełniał, dla nikogo nie zabrakło miejsca, a nawet cienia(co przy marszu w pełnym słońcu było bardzo ważne). Mszę świętej tradycyjnie przewodniczył ksiądz biskup naszej diecezji, jednak kazanie oddał księdzu misjonarzowi, który przybył aż z Sri Lanki. Nie powinno nikogo dziwić to, że dotyczyło ono realiów bycia chrześcijaninem w tym muzułmańskim kraju. Również taca zebrana tego dnia przeznaczona była na tamtejszy kościół. Po zakończeniu Mszy świętej były ogłoszenia, podczas których dowiedzieliśmy się, że Ci z naszej grupy, którzy nie mają zapewnionego noclegu u rodzin w Nieradzie, śpią w szkole w Starczy(niektóre grupy ulokowano w nieradzkim budynku OSP). Normalnie nocleg byłby w szkole w Nieradzie, ale w te wakacje remontowali ją i teraz trwały ostatnie prace wykończeniowe. Z drugiej strony nie wiem czy tego dnia przeszłabym jeszcze te 6 kilometrów. A tak przynajmniej już po 17. koczowaliśmy w sali gimnastycznej w oczekiwaniu na samochód z naszymi bagażami. Potem wystarczyło już odstać swoje w kolejce do prysznica i można było wyciągnąć się na karimacie. Akurat tak się złożyło, że leżałam obok osób z mojej parafii, więc rozmowom nie było końca. A z drugiej strony sama nie wiem kiedy zasnęłam.
Sen trwał stosunkowo krótko, ponieważ pierwsi pielgrzymi zaczęli budzić się już po 4 rano. Z drugiej jednak strony już o 6 musieliśmy wyjść ze Starczy, aby ok. 7:30 połączyć się z grupami i pojedynczymi rodzinami nocującymi w Nierady. Może to dziwnie zabrzmi, ale zdecydowanie wolałam tą trasę pokonać z samego rana, niż poprzedniego dnia wieczorem. Zresztą w Nieradzie trochę nabraliśmy oddechu, czekając aż reszta grupy dojdzie spod kościoła na krzyżowanie, więc nie było tak źle. Ostatniego dnia czekał nas ok. 12-kilometrowy marsz z godzinną przerwą śniadaniową na jednej z leśnych polan. Wiele osób mówi, że ten odcinek jest najgorszy, jednak dla mnie najlepiej się go przemierza. Chociaż jak niosący emblemat i krzyż narzucili tempo, tak przez jakieś 4 kilometry biegłam. Biegłam z bolącym kolanem i gorączką. Biegłam, aby zarezerwować sobie niesienie flagi na ostatniej prostej - Alei Matki Bożej Częstochowskiej. I doszłam do końca o własnych siłach. W tym roku diecezjalny fotograf niezbyt mnie utrwalił na zdjęciach. Wyjątek stanowi grupowe i to z wejścia na szczyt tuż po godzinie 13:00.
Jak widzicie, weszliśmy przy dźwiękach wygrywanych przez (księdza) P. na saksofonie. Po uklęknięciu pod klasztorem udaliśmy się przed oblicze Czarnej Madonny, chociaż czasu starczyło nam jedynie na spojrzenie na cudowny obraz. Potem mieliśmy czas wolny aż do 19:00, kiedy odprawiona została uroczysta Msza święta na Wałach przed klasztorem. Wzięli w niej udział nie tylko wierni z naszej diecezji, ale też wielu innych. Zresztą księża też byli z różnych diecezji. Jednak to do naszego biskupa należało wygłoszenie kazania. Nawiązał w niej do orędzia fatimskiego wyjawionego dzieciom 13 lipca, w którym Maryja wspominała o prześladowaniach kościoła w kontekście ostatnich ataków pewnych środowisk na Matkę Boską Częstochowską i apelował, aby zaprzestali tych praktyk, bo ściągną one na cały naród gniew samego Boga. Mocne słowa padły też na zakończenie Mszy świętej, w których biskup częstochowskich skarał słownie władze miejskie, że pomimo próśb o uszanowanie niedzieli i poniedziałku oraz trudu pielgrzymowania i ściszyli trochę muzykę towarzyszącą dniom miasta, organizatorzy nie wykazali zrozumienia dla szacunku wobec uczuć religijnych.
Było po 21., kiedy zakończyła się Msza święta i zwartą grupą ruszyliśmy do autokaru. Wiele ludzi mówiło mi, że jestem taka dzielna, bo dałam radę dojść i że mnie podziwiają. Ja jednak nie zrobiłam nic wielkiego. Dla mnie godną podziwu jest 95-letnia Włoszka Emma Morosini, która przeszła blisko 1000 km z Włoch, aby pokłonić się jasnogórskiej Pani. Nawet na początku kazania została zaproszona przed ołtarz i przedstawiona wszystkim pielgrzymom. Moje wędrowanie jest naprawdę niczym wobec jej wędrowania, chociaż włożyłam w nie niemało wysiłku. Godzinna podróż powrotna do domu minęła stosunkowo szybko i tuż po 22 godzinie byłam już we własnym domu. Dałam radę i z tego bardzo się cieszę.

wtorek, 20 sierpnia 2019

1012. "Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat"

Słowa Janusza Korczaka od jakiegoś czasu towarzyszą mojemu życiu. Kocham patrzeć na uśmiechnięte dziecięce twarzyczki, kocham wsłuchiwać się w ich szczery śmiech. W ogóle kocham pracować z dziećmi, nawet w ramach wolontariatu, o czym chyba zdążyli się przekonać stali czytelnicy mojego bloga. 
Jednak nie wszystkie dzieci mają szczęśliwe i radosne dzieciństwo. Wiele zmaga się z chorobami, nierzadko śmiertelnymi, które odbierają im radość życia. Są jednak takie dni w kalendarzu, które powinny sprawiać uśmiech na ich twarzy. Do jednych z nich zdecydowanie należą urodziny. Urodziny, których niejednokrotnie według statystyk powinno nie być. A jednak są. Są dzięki determinacji i poświęceniu rodziców, dlatego świętuje się je ze szczególną nabożnością.
W najbliższym czasie urodziny będzie obchodziła trójka dzieciaczków, którym z całych sił kibicuję w walce z nierównym przeciwnikiem. Pierwszy z nich to Franio, który już 28 sierpnia skończy 10 lat. O Franiu jeszcze nie miałam okazji tutaj napisać, toteż pokrótce przedstawię Wam tego słodziaka. Franek urodził się jako zupełnie zdrowe dziecko. Zachwycał wszystkich swoją bystrością, był nawet członkiem dziecięcej ochotniczej drużyny strażackiej. Jednak w okolicy 6 roku życia rodzice zauważyli, że synek gorzej słyszy. Pierwotna diagnoza laryngologa brzmiała przerost migdałka. Jednak po wycięciu go niewiele się zmieniło. Dalsza diagnostyka przyniosła tragiczną diagnozę - Franio cierpi na rzadką genetyczną chorobę zwaną w skrócie ALD, która w uproszczeniu polega na obkładaniu się kwasów tłuszczowych w mózgu, a to z kolei uszkadza znajdującą się tam mielinę(kto oglądał film "Olej Lorenza" ten pokrótce wie o co chodzi). Choroba, na którą właściwie nie ma lekarstwa(jedyna szansa to zatrzymanie postępu choroby za pomocą komórek macierzystych, ale i tutaj jest loteria czy się uda, czy też nie), w pół roku ograniczyła chłopcu widzenie i słyszenie, następnie sprawiła z niego dziecko leżące, odżywiane dzięki gastrostomii i oddychające za pomocą rurki tracheotomijnej. Jeżeli chcecie wysłać Frankowi kartkę urodzinową, to możecie to zrobić na adres: Franio Fernezy, ul. Klasztorna 4, 24-120 Kazimierz Dolny.
2 września swoje 13 urodziny będzie obchodził mieszkający miasto dalej, a uczęszczający do tej samej szkoły podstawowej co ja, Oliwer. Starsi czytelnicy mojego bloga zapewne pamiętają akcję "Świeżak dla Olinka". Teraz ruszamy z nową akcją skierowaną w stronę Oliwera, a nazwaną "KOCIAKI dla SUPER CHŁOPAKA". Jak czytamy na fanpage poświęconemu chłopcu "Super chłopak to mój osobisty bohater - Oliwer Wieczorek, dzielnie zmagający się z paskudną genetyczną chorobą NBIA-PKAN2. Choroba jest nieuleczalna, śmiertelna i niesie za sobą ogrom bólu. Mimo bardzo złych rokowań(max 10 lat życia) Olinek jest nadal z nami, a 2 września skończy 13 lat. Mimo bólu i cierpienia, jakie niesie choroba, jest ostoją ciepła, spokoju i pokory...". Dlaczego wybrano KOCIAKI? "A to bardzo proste. Wystarczy zajrzeć na fanpega. Oli uwielbia koty od zawsze i od zawsze z nim są. Począwszy od gadaniu z nimi, a skończywszy na dotyku i słuchaniu miałczenia. Choć Olinek już nie może się poruszać, nie może też już zobaczyć swoich puchatych przyjaciół nadal może ich poczuć i usłyszeć. Od lat puchatymi łapkami niosą Olinkowi radość do dnia, kiedy tak samo cichutko jak na puchatych łapkach, przyjdzie ona - śmierć. Bardzo chcemy, aby Oli był wtedy w domu z nami i swoimi kotami...". Prace, nie tylko rysowane, ale też wykonane innymi technikami plastycznymi, można wysyłać na adres: Oliwer Wieczorek, ul. Krasickiego 12f/4, 42-500 Będzin do końca września. Następnie trafią one na licytację na bazarku. Wszystkie zebrane w ten sposób pieniądze trafią na subkonto chłopca w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą", a następnie zostaną przeznaczone na zakup leków i środków zaopatrzenia medycznego. Dzięki temu Oliwer może być w domu ze swoimi bliskimi. 
Trzecią osobą obchodzącą urodziny we wrześniu jest Weronika. O dziewczynce wspominałam przy okazji apelu o zbieraniu funduszy na leczenie jej i jej brata, rodzeństwa, które zmaga się z SMA(rdzeniowym zanikiem mięśni). Według podręczników dzieci dotknięte tą genetyczną chorobą powinny żyć maksymalnie dwa lata. Tymczasem 9 września Weronika będzie obchodziła 11 urodziny. To o 9 lat więcej niż przewiduje nauka. Jeżeli ktoś z Was chce jej zrobić przyjemność z tego powodu, to może wysyłać życzenia na adres: Weronika Dul, Biała Nyska, ul. Nyska 6a/3, 48-303 Nysa.

Kochani, od razu mówię, a raczej piszę: nie wymagam od każdego z Was, aby wysłał trzy kartki z życzeniami, bo to oczywiście są koszty. Ale jakby ktoś zechciał wysłać chociaż jedną kartkę z życzeniami jednemu z zaproponowanych przeze mnie dziecku to będę się cieszyła nie mniej niż ono... To tak niewiele, a zarazem tak wiele, aby sprawić radość drugiej osobie.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

1011. W odwiedzinach u Kalwaryjskiej Pani

Matce Boskiej Kalwaryjskiej
Matko Boska Kalwaryjska,
coś dla małego Karola Wojtyły była matką,
kiedy ta rodzona opuściła już ziemski padół.
Bądź matką dla każdego dziecięcia,
kiedy ludzka matka opuści je, porzuci.
Wysłuchaj je, przytul do serca,
spójrz z obrazu wiszącego w klasztornej kaplicy
i przytul do serca
tak jak przytulałaś swojego syna,
kiedy mu było smutno i kiedy płakał.
O nic innego Cię dzisiaj nie proszę,
stojąc przed Twym świętym obrazem,
w klasztorze, który sama sobie obrałaś.


Ostatnie trzy dni spędziłam w niezwykłym jak dla mnie miejscu, jakim jest sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tradycją jest bowiem, że w okolicach 15 sierpnia odbywa się w nim odpust ku czci Matki Boskiej Wniebowziętej. Chociaż uroczystości odpustowe trwają właściwie cały tydzień, to kulminacyjnym jak dla mnie momentem są ostatnie trzy dni - od piątku do niedzieli, czyli od procesji pogrzebu Matki Boskiej idącej w piątkowe popołudnie(ok. godziny 15:00) od Wieczernika do Grobku Matki Boskiej do niedzielnej Mszy, która przejęła liturgię z 15 sierpnia(nawet jeżeli wychodzi wtedy inna data).
Pierwotny plan działania był bajecznie prosty - najpierw miałam jechać na bieg w Oświęcimiu, a stamtąd prosto do Kalwarii Zebrzydowskiej. Ale jak już wiecie, na bieg nie dotarłam, a co za tym idzie, na Kalwarię pojechałam dopiero w piątek. Klops polegał jednak na tym, że nie zabrałam się do Krakowa tym busem co planowałam. Następny był dopiero za półtorej godziny i dojeżdżał do Grodu Kraka dopiero na 14:30(co i tak jest łutem szczęścia, bo na drodze różnie bywa). Tak więc istniała obawa, że spóźnię się na pogrzeb. Obawa ta wzrosła, kiedy okazało się, że bus do Wadowic z 14:45 jest odwołany. Z drugiej strony przewoźnik zwiększył liczbę busów i mimo wszystko już po chwili siedziałam w jednym z nich.
Za oknem przewijały mi się znajome widoki. Wszak przez kilka lat jeździłam z Krakowa do Wadowic na nocleg. To zawsze lepsza opcja niż zjeżdżanie na noc na Śląsk. Zawsze sentymentem darzyłam kościół w Izdebniku, chociaż nigdy nie dane mi było do niego zajrzeć. A z Izdebnika do Kalwarii już niedaleko. Wkrótce moim oczom ukazały się pierwsze sklepy meblowe. Bo trzeba wiedzieć, że Kalwaria słynie z mebli. Nawet moi rodzice dostali w prezencie ślubnym takie typowe, charakterystyczne meble kalwaryjskie.
Chwilę potem bus skręcił w kalwaryjski dworzec autobusowy, gdzie wysiadłam i pomaszerowałam przed siebie. Dobrze znam tą drogę, pierwszy raz przemierzyłam ją jako pięcioletni bąk mający zacząć naukę w "zerówce". Tylko wtedy nie było tylu samochodów. I barci pszczelej na jednym z przydrożnych drzew założoną w 2017 roku. Dziwne, że zmierzając na Misterium Wielkopostne nie zwróciłam na nią uwagi.
Wchodząc na teren sanktuarium jeszcze bardziej wytężyłam swój słuch. Jednocześnie wiedziałam, że zwalniając, nie dojdę na procesję, nawet spóźniona. A przecież do Wieczernika był jeszcze kawałek. Na szczęście mniej więcej wiedziałam w którą stronę mam się kierować. A i z tego, co dobiegało do mnie przez głośniki wiedziałam, że procesja z figurką jeszcze nie wyruszyła. Udało mi się więc zdążyć na czas. Bo oto kiedy dotarłam na miejsce poszczególne asysty dopiero się ustawiały.
Chwilę po moim dotarciu na miejsce rozpoczęła się uroczysta procesja na której czele szły przepiękne asysty. Niektóre miały ze sobą ochotnicze orkiestry dęte, które swoim graniem nadawały uroczystości podniosły charakter.
Na końcu procesji niesiono figurkę Matki Boskiej, która wedle tradycji po prostu zasnęła. Tuż przy figurce szli dostojnicy duchowni z księdzem arcybiskupem Markiem Jędnaszewskim na czele.
źródło zdjęcia
Procesja zatrzymywała się przy każdej z siedmiu stacji Dróżek Matki Bożej składających się na część Zaśnięcia MB. Podczas każdego z przystanku wysłuchaliśmy nauk opartych na uczestnictwie katolików w życiu społecznym i politycznym. Według mnie jest to temat bardzo na czasie, zwłaszcza że świat coraz bardziej krzyczy, żeby katolicy, a tym bardziej księża, nie mieszali się do polityki. Tymczasem krótkie rozważania podkreślały, że polityka jest dobrem całego narodu, bez względu na wyznanie obywateli. Dlatego tak ważne jest, aby każdy kto może brał w niej udział. Nie nawoływano do głosowania na tą, czy też inną partię, nie. Podkreślano tylko, że Społeczna Nauka KK zachęca do brania chociażby udziału w wyborach. Po dotarciu do stacji nazywającej się Grobek Matki Boskiej odbyła się uroczysta Msza Święta, pod przewodnictwem księdza arcybiskupa Andrzeja Dzięgi, metropolity szczecińsko-kamieńskiego, który wygłosił też okolicznościową homilię. Wyraził w niej nadzieję na nawrócenie wszystkich tych, którzy walczą z Bogiem będącym źródłem miłosierdzia. Powołał się przy tym do postaci Karola Wojtyły, największego pielgrzyma tego miejsca, który przemierzał kalwaryjskie dróżki jako mały chłopiec, nastolatek, ksiądz, biskup, a wreszcie papież. Arcybiskup zwrócił uwagę na piękno nieszporów, na to, że ich tekst ma w sobie moc Bożej prawdy. Zachęcał zebranych do sięgania po pieśni liturgiczne oraz psalmy. Podkreślił również, że patrząc na Maryję możemy przypomnieć sobie dzieje nieba. Odwołał się przy tym do fatimskiego orędzia, w którym Matka Boża prosiła o modlitwę różańcową oraz pokutę. Przypomniał, że właśnie we wspomnienie Maryi Wniebowziętej miał miejsce Cud nad Wisłą, a bolszewiccy żołnierze mieli widzieć Maryję, która zatrzymała ich zwycięski pochód. Kończąc homilię metropolita podkreślił, że każde ludzkie życie jest święte, o obowiązkiem ludzi wierzących jest otoczenie każdej matki czułością i miłością. Zaznaczył, że Ojczyzna jest domem o który każdy powinien się troszczyć.
źródło zdjęcia
Nazajutrz wraz z grupą z parafii z Harbutowic wyruszyłam na Dróżki Matki Boskiej. Dlaczego akurat z tą grupą? Tak jakoś wyszło. Po prostu dołączyłam do pierwszej, która obok mnie przechodziła. Była godzina 7 rano, świat budził się do życia, a pierwsze promyki słońca zwiastowały piękną pogodę. Nie napisałam tego jeszcze, ale poprzedniego dnia nad Kalwarią(a może Bugajem, bo tam jest ulokowana większość stacji) zebrały się ciemne chmury, w oddali widać było błyskawice, jednak ulewa, która szalała w okolicznych miejscowościach, ominęła kalwaryjskie dróżki. W sobotę pogoda była wymarzona. A my przemierzaliśmy kolejne stacje pogrążeni w modlitwie za zmarłych. Po południu miał miejsce Kalwaryjski Dzień Młodych, którego hasło brzmiało: "Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem"(Łk 1,39). Była to za razem pierwsza stacja w przygotowaniach młodych do Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie w 2022 roku. O godzinie 15:00 rozpoczęła się Droga Krzyżowa przygotowana przez Franciszkańską Młodzież Oazową skupioną przy klasztorach bernardyńskich. Prowadził ją o. Stefan Rymarczyk, moderator duszpasterstwa młodzieży OO. Bernardynów, a czytania rozważań przy poszczególnych stacjach przygotowała młodzież z Alwerni.
Wieczorne nabożeństwo połączone z procesją świec zostało przygotowane przez młodzież zrzeszoną w Grupie Apostolskiej przy Parafii Trójcy Przenajświętszej w Bieńkówce, która uczestniczyła w ŚDM w Panamie. Nabożeństwo prowadzone było przez kustosza sanktuarium, o. Konrada Cholewę, a uzupełnione było o świadectwa uczestników ŚDM w Panamie. Po nabożeństwie odbyła się uroczysta Msza święta, której przewodniczył biskup pomocniczy Archidiecezji Krakowskiej, Jan Szkodoń, a towarzyszyło mu m.in. dwóch nowo wyświęconych bernardynów - o. Maksymin oraz o. Cyriak. Na jej początku wszyscy zostaliśmy przywitani przez o. Cholewę, który dziękował nam za obecność na kalwaryjskim wzgórzu, a także prosił o modlitwę za młodych, aby rozeznali swoją życiową drogę. Następnie wysłuchaliśmy homilii, w której biskup odwołał się do hasła tegorocznego roku duszpasterskiego - "W mocy Ducha Świętego". Odnosił się w niej do prawdy o powołaniu człowieka do życia w Duchu Świętym i przywołując przykłady z życia Matki Bożej mówił o otwarciu się Maryi na działanie Ducha Świętego. Prosił też zgromadzoną młodzież, aby była otwarta na działanie Ducha Świętego. Wskazał, że prawda o życiu i miłości zakorzeniona jest w Bogu i odwoływał się do trudnych sytuacji życiowych rodzin oraz innych kłopotów podkreślając potrzebę życia zgodnego z natchnieniami Ducha Świętego. Duchowny zachęcał również do dawania świadectwa ludziom napotykanym w naszej codzienności. Wieczór zakończył się koncertem zespołu "niemaGOtu", na którym wszyscy wspaniale się bawili, a "Biada" była nawet śpiewana na bis.

Kulminacyjna część odpustu miała miejsce w niedzielę, kiedy przy ołtarzu polowym odbyła się uroczysta Msza święta pontyfikalna, której przewodniczył kard. Zenon Grocholewski, emerytowany prefekt Kongregacji ds. Edukacji Katolickiej. Towarzyszył mu arcybiskup Marek Jędraszewski oraz przybyli na tą uroczystość księża. Sumę poprzedziła uroczysta procesja, w której w towarzystwie różnych asyst i orkiestr, figurka Matki Boskiej Wniebowziętej została przyniesiona i umieszczona przy ołtarzu.
Przybyli pielgrzymi zostali przywitani przez kustosza sanktuarium, o. Cholewę, który podziękował wszystkim za obecność i modlitwę. Specjalne słowo zostało skierowane do uczestniczącego w uroczystościach arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, w którym został zapewniony o nieustannej modlitwie w jego intencji. W wygłoszonej przez siebie homilii kardynał Grocholewski wskazywał na silny związek Jana Pawła II z tym miejscem, przywołując przy tym słowa papieża wypowiedziane podczas wizyty w Kalwarii Zebrzydowskiej w czerwcu 1979 roku. Następnie przywołał zdarzenia z dnia 21 listopada 1964 roku, kiedy podczas dobiegającej do końca trzeciej sesji Soboru Watykańskiego II dyskutowano nad tajemnicą Kościoła. We wspomnianym dniu papież Paweł VI ogłosił Maryję "Matką Kościoła". To wtedy do Litanii Loretańskiej zostało dodane wezwanie "Matko Kościoła, módl się za nami!". Zostało podkreślone też to, że Maryja w szczególny sposób stała się Matką Kościoła pod krzyżem, o czym mają świadczyć słowa Chrystusa wypowiedziane do Maryi: "Niewiasto oto syn Twój" i do św. Jana: "Oto Matka twoja". Potem kardynał przypomniał, że rola Maryi jako Matki Kościoła nie kończy się pod krzyżem, ale trwa po dzień dzisiejszy. Matka Boża była przecież obecna w Wieczerniku podczas Zesłania Ducha Świętego, umacniając zgromadzonych w nim apostołów i budząc nadzieję. Chrześcijanie od samego początku wyczuwali w niej Matkę, a tym samym uciekali się do niej. Nie bez znaczenia jest fakt, że wielu wiernych zwraca się do Niej o pomoc w uporaniu się z prostymi, ludzkimi sprawami, jednak kardynał zachęcał też, aby prosić Ją również o dobra duchowe. Hierarcha przypomniał też o konieczności modlitwy za bliźnich prosząc tym samym o wybaczenie dla tych, którzy obrażają Maryję i profanują Jej wizerunek. Na zakończenie homilii zachęcał pielgrzymów do modlitwy o zwycięstwo dobra i prawdy,jak też w intencji wszystkich pasterzy Kościoła Krakowskiego, którzy z odwagą bronią prawdy i prawa Bożego przed niszczycielskimi ideologiami. Przed błogosławieństwem głos zabrał arcybiskup Marek Jędraszewski, który zaznaczył, że Polska stoi obecnie przed trudnymi do rozwiązania i bardzo odpowiedzialnymi sprawami: "Błędne i nieprawdziwe ideologie chcą zatruć nasze serca i umysły w odniesieniu do najbardziej świętych rzeczy: w odniesieniu do samego Boga i Jego Przenajświętszej Matki Maryi Dziewicy. Przeżywamy to z największym bólem. Nie możemy na to pozwolić, bo to także nas obraża". Następnie podziękował kardynałowi Grocholewskiemu, że jako pierwszy stanął po stronie prawdy, wyrażając tym samym solidarność wobec wszystkich, co bronią świętych rzeczy. Słowa podziękowania wyraził też prowincjał bernardynów, o. Teofil Czarniak, który poprosił kardynała Grocholewskiego, aby przekazał Ojcu Świętemu, że zarówno w Kalwarii jak i w Polsce żyje naród, który w sercach przechowuje depozyt wiary. Podziękował też metropolicie krakowskiemu za jego obecność i niezłomne świadectwo.
I na tym właściwie kończy się moja przygoda z tegorocznym odpustem w Kalwarii Zebrzydowskiej. Odpustem, który był zarazem pierwszym odcinkiem w przygotowaniach do ŚDM w Lizbonie oraz pierwszą stacją w przygotowaniach do Wielkiego Jubileuszu 2000 lat Męczeńskiej Śmierci Jezusa Chrystusa na Krzyżów oraz ustanowienia sakramentów Eucharystii, kapłaństwa i bierzmowania, który wypadnie w 2033 r. Oprócz dobrych chwil, były też te złe, ale staram się nimi nie przejmować. Chociaż co do tych złych mam do Was jedną prośbę - nie dopisujcie komuś wymyślonej przez siebie historii, zwłaszcza wtedy, kiedy go nie znacie. Bo plotki lubią się szybko roznosić, a potem nigdy nie da się do końca ich odkręcić...

sobota, 17 sierpnia 2019

1010. Jak to było z tym Pierwszym Powstaniem Śląskim? - najważniejsze walki w poszczególnych powiatach

Pozostając jeszcze w duchu 100-lecia I Powstania Śląskiego, postanowiłam podzielić się z Wami jeszcze jednym artykułem dotyczącym tego zrywu, tym razem zamieszczonym w dodatku do "Dziennika Zachodniego". Opowiada on pokrótce jak przebiegały walki w poszczególnych powiatach województwa śląskiego. I wiecie co, im bardziej wgłębiam się w historię regionu w którym przyszło mi żyć i dorastać, tym bardziej jestem dumna z tego, że jest to właśnie Górny Śląsk. Bo kiedyś nie widziałam w nim nic szczególnego, ot kopalnie, huty, ciężki przemysł. A jednak gdy poznałam jego historię, w dużo szerszym zakresie niż ten, który podają nam szkolne podręczniki, to pomyślałam sobie, że z powodzeniem mógłby nią oddzielić kilka innych miejscowości. Zresztą sami poznajcie jedną z nich:


Przebieg I Powstania Śląskiego.
Bez broni i bez planu
Już pierwsze dni walk pokazały, że nie było żadnych perspektyw na powodzenie insurekcji
Autor: Mirosław Węcki

Podstawowym problemem powstańców był brak broni. Z tego względu ich działania w pierwszej fazie powstania miały przede wszystkim na celu zaskoczenie pomniejszych oddziałów niemieckich i przejęcie ich uzbrojenia, co niejednokrotnie udawało się, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Powstańcy zdawali przy tym sobie sprawę z ogromnej przewagi przeciwnika. Z tego względu szansy na powodzenie powstania upatrywali przede wszystkim w oczekiwanym przez nich wsparciu przez oddziały Wojska Polskiego, którego jednak nie otrzymali ze względów politycznych.
Nie zachował się żaden ogólny plan operacyjny POW GŚ, należy jednak założyć, że poszczególni dowódcy próbowali realizować ustalone wcześniej zadania i kierunki działań. Działań powstańczych początkowo nie koordynował też żaden centralny ośrodek dowódczy. Dopiero od 19 sierpnia próbował to robić Alfons Zgrzebniok wraz z utworzonym przez siebie ad hoc sztabem.
W powiecie pszczyńskim
17 sierpnia o godz. 1 w nocy oddziały powstańcze przystąpiły do walki w wielu miejscowościach powiatu pszczyńskiego. Dzięki zaskoczeniu udało się osiągnąć szereg lokalnych sukcesów. 17 sierpnia powstańcy, pod dowództwem Stanisława Krzyżowskiego, opanowali Tychy, Czułów i Urbanowice. Rozbrojono przy tym pewną liczbę niemieckich żołnierzy. Największy sukces powstańcy odnieśli w Paprocanach, gdzie zaatakowali baterię niemieckiej artylerii. W tej wsi zdobyto wiele broni: 2 karabiny maszynowe, 200 karabinów i 4 działa. Około stu jeńców niemieckich odesłano do leżącego po polskiej stronie granicy Oświęcimia.
Podobnego powodzenia nie osiągnięto w innych miejscowościach. Nie udało się opanować największych miast: Pszczyny i Mikołowa. Wyjątek stanowił Bieruń Nowy, gdzie walki trwały niemal do końca powstania. Działania powstańców napotkały na szybką kontrakcję wojsk niemieckich. Wobec ich przewagi, powstańcy zdecydowali się na odwrót do polskiej granicy, który rozpoczął się po południu 17 sierpnia. W trakcie odwrotu musiano porzucić zdobyte działa. Część karabinów udało się jednak ukryć - zostały one wykorzystane w następnym powstaniu.
W powiecie rybnickim
17 sierpnia rozpoczęły się też walki w powiecie rybnickim. Powstańcy z obozu w Piotrowicach koło Karwiny, pod dowództwem Maksymiliana Iskala zdobyli dwór w Gołkowicach. W ich ręce wpadło ośmiu niemieckich jeńców, karabin maszynowy i kilkanaście karabinów wraz z amunicją. Niepowodzeniem zakończył się atak na Godów. Atakiem tym dowodził Franciszek Marszolik. Iskal udał się w tym czasie do Krakowa, do gen. Józefa Hallera, z prośbą o pomoc. Generał odmówił, ze względu na stanowisko rządu w Warszawie.
W nocy z 17 na 18 sierpnia wznowiono działania bojowe. Z obozu w Piotrowicach wyruszył stuosobowy oddział powstańczy pod dowództwem Jana Wyględy i Michała Witczaka. Powstańcom udało się pokonać oddział Grenzschutzu w Godowie. 18 sierpnia miały miejsce dalsze starcia, które jednak nie przyniosły powstańcom powodzenia. Oddział Wincentego Motyki w Gotartowicach zdołał rozbroić stacjonujących tam żołnierzy niemieckich, po czym ruszył w kierunku Ligoty Rybnickiej. Po drodze powstańcy natknęli się jednak na jednostki niemieckie z Rybnika i Żor. Starcie zakończyło się porażką strony polskiej. Trzydziestu powstańców poddało się po wyczerpaniu amunicji, reszta wycofała się do Boguszowic. Tam zostali zaatakowani przez Niemców i pokonani.
Zupełnym niepowodzeniem zakończyła się próba zajęcia Wodzisławia Śląskiego. Dowodzący tam Alojzy Oślizlok dysponował oddziałem liczącym około ośmiuset powstańców, którzy otoczyli miasto. Niemcy zdołali jednak zdezorientować powstańców, przekazując im prawdziwy(skonfiskowany 16 sierpnia), aczkolwiek już nieaktualny rozkaz zabraniający rozpoczynania działań bojowych.
W powiecie katowickim
Do największych walk doszło w powiecie katowickim. Bliskość polskiej granicy dawała powstańcom nadzieję na interwencję oddziałów Wojska Polskiego. POW GŚ na terenie powiatu katowickiego liczyła ponad 7 tys. zaprzysiężonych członków. Także tutaj brakowało broni, a zwłaszcza amunicji. Wokół Katowic Niemcy skoncentrowali znaczne oddziały wojskowe, co czyniło nierealnymi jakiekolwiek próby zajęcia tego miasta przez powstańców. Z tego względu walki skoncentrowały się w miejscowościach wokół Katowic, i to w tych położonych najbliżej granicy z Polską.
W pierwszym dniu powstania po zaciekłej walce z posterunkiem żandarmerii, powstańcy opanowali Janów. Oddział Teodora Chrószcza, wsparty przez górników kopalni "Giesche", bez walki rozbroił placówkę Grenzschutzu w Nikiszowcu, gdzie zdobyto dużą ilość broni i amunicji. Dzięki temu udało się obsadzić drogi prowadzące z Nikiszowca w kierunku Katowic. Sukces przyniósł też atak oddziału Piotra Łyszcza na Szopienice. Po krótkiej walce Niemcy poddali się. Następnie opanowano także Bogucice i Dąbrówkę Małą.
W nocy 18 sierpnia wybuchły walki w innych miejscowościach powiatu katowickiego. Powstańcy zajęli Roździeń - stacjonująca tam policja Niemiecka wycofała się w kierunku Mysłowic. Z Bogucic ruszył w kierunku Katowic oddział Henryka Kotlarza, został jednak zmuszony do odwrotu przez oddziały niemieckie. W nocy 18 sierpnia do akcji przystąpiła też, pod dowództwem Jana Żychonia, grupa z Ochojca. Powstańcy opanowali dworzec w Ligocie, przez co przerwano w tym rejonie komunikację kolejową. 19 sierpnia oddziały niemieckie zaatakowały Bogucice, skąd wyparli powstańców. Mimo kilkukrotnych kontraktów stronie powstańczej nie udało się ponownie opanować tej miejscowości. Niepowodzeniem zakończył się też atak oddziału Franciszka Dei na Siemianowice Śląskie. Z kolei powstańcy z Murcek urządzili w lesie zasadzkę na oddział Grenzschutzu, podczas którego zdobyli niemiecką radiostację.
20 sierpnia strona niemiecka przystąpiła do kontruderzenia. Do ciężkich walk doszło w Szopienicach, które po zaciętej walce zostały opanowane przez Niemców. Tego dnia powstańcy zajęli za to Giszowiec, gdy stacjonujący tam oddział niemiecki ruszył w kierunku Mysłowic. 20 sierpnia Niemcy przystąpili też do uderzenia na pozycje polskie w Dąbrówce Małej. Przez cały dzień 20 sierpnia powstańcy, pod dowództwem Henryka Miękinia, odpierali ataki. 21 sierpnia Niemcy otrzymali dodatkowe wsparcie w postaci pociągu pancernego. Powstańcy zostali zmuszeni do odwrotu, zdołali jednak wysadzić most kolejowy.
W czasie powstania intensywne działania prowadzono wokół Mysłowic. Atak na samo miasto nie rokował jednak sukcesu ze względu na silny garnizon niemiecki i słabe uzbrojenie powstańców. Mimo to 18 sierpnia oddział 350 powstańców pod dowództwem Ryszarda Mańka podjął taką nieudaną próbę. W nocy z 19 na 20 sierpnia powstańcy otoczyli Mysłowice od strony Szopienic i Janowa. Udało im się zająć południową część miasta, m.in. dworzec kolejowy i cmentarz ewangelicki. Duże znaczenie miało opanowanie przez powstańców Brzezinki, Kosztów, Krasów i Dziećkowic - dawało to możliwość odwrotu do Polski innym oddziałom powstańczym. 20 sierpnia Niemcy zaatakowali. Powstańcy bronili się m.in. w mysłowickiej wieży Bismarcka - została ona poważnie uszkodzona. Atak niemiecki zmusił jednak powstańców do odwrotu. Przedostali się przez Przemszę na polską stronę granicy.
W powiecie tarnogórskim
Podobnie jak w innych powiatach, również w powiecie tarnogórskim na sygnał o rozpoczęciu powstania oddziały POW GŚ miały zaatakować z zaskoczenia niemieckie garnizony. W przededniu wybuchu walk tutejsze oddziały powstańcze liczyły około 1200 ludzi uzbrojonych w 273 karabiny, 143 rewolwery, 1 karabin maszynowy, 57 granatów i 150 bomb skonstruowanych przez członków organizacji. Dowódcą sił powstańczych w okolicy Tarnowskich Gór był Jan Zejer. Akcja powstańców była utrudniona także w tym powiecie - Niemcy spodziewali się insurekcji i zgromadzili znaczne siły wojskowe. Mimo to w momencie wybuchu powstania oddziały POW GŚ zdołały opanować Piekary Śląskie, Mikulczyce, Radzionków, Kozłową Górę i Wieszowę. 18 sierpnia powstańcy otoczyli niemieckie koszary w Tarnowskich Górach. Atak został jednak odparty, a insurgenci schronili się w okolicznych lasach. Sukcesów nie przyniosły też walki w rejonie Orzecha i Nowego Radzionkowa. 19 sierpnia powstańcy wycofali się w kierunku polskiej granicy, skąd wykonali kilka wypadów, m.in. 21 sierpnia i na krótko opanowali Miasteczko i Żyglin. Walki trwały do końca powstania, nie przyniosły one jednak powstańcom większych sukcesów.
Wokół Bytomia i w powiecie zabrskim
18 sierpnia powstańcy przystąpili do ataku na koszary bytomskie. Przewaga wojsk niemieckich udaremniła jednak ten zamiar. Opanowano jednak miejscowości wokół tego miasta. W Łagiewnikach oddział powstańczy rozbroił jednostkę Grenschutzu liczącą stu żołnierzy. Wkrótce jednak przybyły niemieckie samochody pancerne i zmusiły powstańców do odwrotu. Przejściowo opanowano także kopalnie w Orzegowie. Także stąd powstańcy zostali wyparci przez kontratakujących Niemców. Przejściowe powodzenie przyniosła akcja powstańcza w Bobrku, gdzie oddział Jana Trzęsioka zdobył 120 karabinów i amunicję. Zaatakowano także koszary i zajęto most. Ponownie kontrakcja wojsk niemieckich zmusiła jednak powstańców do wycofania się. Powstańcy przejściowo opanowali też Godulę, Chropaczów i Szombierki, gdzie dostał się na krótko do niemieckiej niewoli dowódca oddziału powstańczego - Adolf Piontek. Do zaciętych walk doszło w Lipinach w okolicy kolonii Piaśniki, gdzie powstańcy starli się z oddziałami Grenzschutzu wspieranymi przez pociąg pancerny. Całodniowe walki doprowadziły jednak do zużycia przez powstańców całej amunicji. Wymusiło to odwrót. W powiecie zabrskim powstańcy wkroczyli do Biskupic w Bielszowic. Wobec zdecydowanej przewagi wojsk niemieckich, 18 sierpnia oddziały powstańcze w powiecie bytomskim wycofały się w kierunku granicy polskiej.
Koniec powstania
Już pierwsze dni walk pokazały, że nie było żadnych perspektyw na powodzenie insurekcji. Rozumiał to komendant POW GŚ Alfons Zgrzebniok, który już wcześniej był przeciwnikiem rozpoczęcia powstania. 20-21 sierpnia oddziały niemieckie przystąpiły do silnego kontrataku. Położenie powstańców stało się bardzo ciężkie, jeżeli nie beznadziejne. 24 sierpnia Zgrzebniok wydał rozkaz zaprzestania wojny i wycofania się, o ile było to możliwe, do Polski. Dzień wcześniej, w Łaziskach w powiecie pszczyńskim, padły ostatnie już w powstaniu strzały. 26 sierpnia 1919 r. Podkomisariat Naczelnej Rady Ludowej w Sosnowcu, po uzgodnieniach z dowództwem POW GŚ oficjalnie uznał powstanie za zakończone. Niemiecką odpowiedzią na zryw był terror wymierzony w powstańców oraz polskich działaczy narodowych i ich rodziny. W wielu miejscowościach miało miejsce rozstrzeliwanie, aresztowanie schwytanych powstańców, co władze niemieckie tłumaczyły warunkami wprowadzonego przez nie stanu oblężenia. Terror skłonił tysiące powstańców do ucieczki do Polski, gdzie znaleźli schronienie w obozach ulokowanych w pobliżu granicy z rejencją opolską. Do domów wrócili dopiero pod koniec 1919 roku, po wejściu w życie wynegocjowanej przez władze w tym Wojciecha Korfantego) amnestii.

piątek, 16 sierpnia 2019

1009. "Chłopcy w tym wielkim powstaniu, w dziewiętnastym roczku..."

Kochani, Śląsk, zwłaszcza ten Górny, świętuje. Świętujemy 100 lecie Pierwszego Powstania Śląskiego. 100 lat temu, w ślad za mieszkańcami Wielkopolski nasi przodkowie chwycili pierwszy raz za broń i poszli walczyć o swoją, o naszą przynależność do Polski. O tym jak dużą wagę odegrało ono w społeczeństwie niech świadczy to, że śpiewają o nim nawet piosenki.
Chociaż to dzisiejszej nocy przypada 100-lecie jego wybuchu, to oficjalne jego obchody zostały przełożone na wczoraj i połączone ze świętem Wojska Polskiego. Z tego co wiem to była okazała parada pojazdów militarnych ulicami Katowic, pewnie jakieś przemówienia... Myślę, że ci, którzy oglądali to wszystko chociażby w telewizji czy też za pośrednictwem Internetu mogą powiedzieć coś więcej na ten temat. Ja akurat czekałam w tym czasie na pociąg do Oświęcimia, gdzie miałam pobiec na 5 kilometrów. Pociąg nie przyjechał, a ja nie pobiegłam. Było mi przykro, fakt, ale to nie pierwszy i nie ostatni bieg w moim życiu...  Z tego wszystkiego nie mam pojęcia czy dzisiaj coś się dzieje, czy świętowanie skończyło się poniekąd na wczorajszym dniu(chociaż np. we wrześniu ma być bieg uliczny upamiętniający to wydarzenie) i czekamy kolejny rok na 100 wybuchu II powstania śląskiego.
Ale jak to się stało, że powstanie w ogóle wybuchło? Podpisana 11 listopada 1918 roku w Compiègne kapitulacja Niemiec nie przyniosła wbrew uzasadnionym nadziejami Polaków żadnych postanowień co do przyszłości Górnego Śląska. Równocześnie Niemcy powoli podniosły się z powojennego szoku, dzięki któremu Wielkopolska uzyskała wolność, i coraz śmielej zaczęli sobie poczynać na Górnym Śląsku. M.in. wzrosła liczba niemieckich żołnierzy, coraz bezczelniej zaczęli zachowywać się niemieccy policjanci i bojówkarze. Niemcy starali się przywrócić przedwojenne porządki. Nawet właściciele fabryk zaczęli stosować tzw. lokauty(czyli zamykanie fabryk do czasu "zmięknięcia" pracowników) oraz zwolnienia z pracy, by złamać opór polskich robotników. Polacy odpowiedzieli strajkami i demonstracjami. W połowie sierpnia 1919 roku przebrała się miarka, kiedy w czasie strajku w kopalni "Mysłowice" doszło do tragedii - żołnierze niemieccy pod dowództwem jednorękiego generała Karla Hoefera otworzyli ogień do robotników. W efekcie zginęło 7 osób, w tym dwie kobiety i 13-letni chłopiec, który przyszedł po wypłatę ojca. Następnej nocy do walki przystąpił pierwszy oddział Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska(POW GŚ) pod dowództwem Maksymiliana Iksala. 40-osobowa grupa uderzyła na Grenzschutz stacjonujący na folwarku w Gołkowicach(powiat pszczyński). Podczas krótkiej Ale zaciekłej walki padło dwóch Polaków i sześciu Niemców. Reszta Niemców poddała się o została odprowadzona do Cieszyna. Akcja Iksala skłoniła do działania powiatowego dowódcę POW GŚ - Alojzego Fizi. Do akcji ruszały kolejne oddziały. Walki objęły wschodnią część Górnego Śląska. 
I powstanie śląskie wybuchło spontanicznie, podobnie jak miało to miejsce siedem miesięcy wcześniej w Wielkopolsce. Niestety, tym razem Niemcy byli dużo lepiej przygotowani. Wiedziało o tym dowództwo POW GŚ wraz z jej komendantem głównym, Alfonsem Zgrzebniokiem. Przeciwnik był silny i bezwzględny. Wprowadzono "stan doraźny" polegający na tym, że od tej pory karze śmierci bez sądu podlegał każdy, kto utrudniał działalność oddziałom niemieckim i każdy złapany powstaniec z bronią. Utorowana została w ten sposób droga do jeszcze większego terroru i samowoli niemieckiego żołdactwa. 
Przez kolejnych osiem dni powstańcy udowodnili, że należą do odważnych i sprawnych żołnierzy. Niestety, nie mogli liczyć na jawne wsparcie ze strony ojczyzny. Rzeczpospolita zajęta była bowiem walką z bolszewikami oraz Ukraińcami i nie mogła pozwolić sobie na dodatkowy konflikt z sąsiadem z Zachodu. Niemcy ponadto dysponowali nowoczesną jak na tamte czasy bronią(taką jak samoloty, artyleria, pociągami pancernymi oraz samochodami). Powstańcy walczyli jedynie tym, co udało im się zdobyć: karabiny, granaty i kilka cekaemów. Po ośmiu dniach heroicznych walk powstanie zostało zakończone, a znaczna część jego uczestników schroniła się na terenach Polski. Ostatnim toczącym boje oddziałem był walczący w Mysłowicach batalion Ryszarda Mańki, który wycofał się dopiero po wyczerpaniu amunicji.
I powstania śląskiego nie można postrzegać jako klęskę. Bojownicy z Górnego Śląska nie zostali przecież rozbici i nawet po jego zakończeniu stanowili niemałą siłę. Co więcej, sprawa Górnego Śląska wraz z powstaniem nabrała w kraju jeszcze większego rozgłosu, a nawet stała się znacząca na arenie międzynarodowej. Ślązacy udowodnili, że zasługują na powrót do macierzy i pomóc jej w dalszych walkach. 
W przeciwieństwie do biernie zachowującego się rządu Rzeczpospolitej, jednoznaczne poparcie zostało udzielone powstańcom przez samo polskie społeczeństwo. W Poznaniu powstał Komitet Pomocy dla Górnego Śląska, w Warszawie Komitet Zjednoczenia Górnego z Rzeczpospolitą. Podobnych organizacji w Polsce było coraz więcej - kto musiał opuścić Śląsk ten miał zapewniony w kraju wikt i opiekunek. Tym bardziej, że w powietrzu wisiało widmo wybuchu kolejnego powstania śląskiego. Ale o tym napiszę innym razem.
I na koniec wiersz napisany pod wpływem impulsu i chwili (kurczaczki, jakaś wena mnie naszła, wczoraj wiersz, dzisiaj wiersz, chociaż daleko im do takiego Mickiewicza, Słowackiego, mojego ulubionego Norwida, Herberta, Miłosza, czy też Szymborskiej).

Do boju Ślązacy 
Do boju Ślązacy w tą ciemną noc,
tam w między już wróg zły się czai.
Bez strachu, bez obaw idźcie mu na spotkanie,
nie dajcie się pojmać niemieckiej zgrai.
Idź śmiało żołnierzu, gdzie dźwięk karabinów,
od ścian się echem odbija.
Z matczynym błogosławieństwem na czole.
niech szczęście Cię nie omija.
Z całusem dziewczyny zabranym w pośpiechu,
żegnając się w bramie podwórka.
I chustką swej lubej ukrytej na szczęście,
W kieszeni wojennego mundurka.
Wojaku idź śmiało, z piosenką na ustach,
już w duszy truchleje Twój wróg.
Za Śląsk nasz, za Polskę walcz do krwi ostatniej,
niech broni Ciebie dobry nasz Bóg.
Wnet kula wroga dosięgła powstańca,
co o swój Śląsk walczył tak dzielnie 
Już serca bicie ucichło wśród bruku,
już wydał swe ostatnie tchnienie.
Ślązacy do boju, bo chociaż w żałobie, 
po poległym kompanie jesteście.
Raz jeszcze na wroga z bronią uderzycie,
zwycięstwo nad nim wnet odnieście.

czwartek, 15 sierpnia 2019

1008. W święto Wniebowzięcia Matki Bożej każdy kwiatek woła: "weź mnie do kościoła"

Przyniosę Pani bukiet z kwiatów polnych,
z ziół leczniczych rosnących na łące.
Cieszące oczy kolorem swych płatków,
ze wszystkich roślin najpiękniej pachnące.
Z bukietem kwiatów uklęknę przed obrazem,
schowanym w cieniu przydrożnej kapliczki.
Z ufnością w moim ludzkim, prostym sercu,
wpatrywać się będę w czerwone różyczki.
A lecz wcześniej zaniosę bukiet do kościoła,
jak wtedy, w oktawę Bożego Ciała.
Dojrzałe zioła pachnące całą łąką,
piękne, jak nasza Polska ciała.

Błogosławieństwo polnych ziół leczniczych w uroczystość Wniebowzięcia jest jednym ze starszych obrzędów w kościele katolickim - datuje się go na koniec X wieku. Zwyczaj ten jest nawiązaniem do starej tradycji wschodniej, łączącej święto 15 sierpnia z błogosławieństwem pól. Zygmunt Gloger, w nawiązaniu do tego pięknego zwyczaju, tak pisał o polskiej tradycji: „Z obchodem tym kościelnym, który rozmaite nosił nazwy, jak: Śmierci, Odpocznienia, Zaśnienia i wreszcie Wniebowzięcia, łączy się w kraju naszym starodawny zwyczaj święcenia ziół polnych, które dziewczęta wiejskie, nazbierawszy dnia poprzedniego, przynoszą do świątyń, aby je kapłan przed wielkim ołtarzem poświęcił”. 
Dawniej uroczystość 15 sierpnia obchodzona była jako dzień Matki Bożej Dożynkowej. Ludowe prawidło "na Wniebowzięcie pokończone żęcie" zawierało wiele treści teologicznych, kulturowych oraz obyczajowych. W tym dniu lud poprzez przynoszenie wiązanek zbóż, owoców i roślin wyrażał wdzięczność Matce Bożej Wniebowziętej za pomoc w ciężkiej pracy na roli, opiekę nad ludźmi oraz ich plonami.
Z świętem Matki Boskiej Zielnej wiąże się wiele legend. Jedna z nich mówiła, że Matka Boża uciekając z Dzieciątkiem do Egiptu pomogła napotkanemu rolnikowi w sianiu pszenicy. Siew był cudowny, wspaniały. Rzucone w rolę ziarno od razu kiełkowało, rosło i było gotowe do żniwa. Nadjechali ścigający Świętą Rodzinę żołnierze Heroda i zapytali rolnika, czy widział młodą niewiastę z dzieckiem. Odpowiedział, że tak, ale było to wtedy, gdy siał pszenicę. Rozgniewani pojechali dalej. Inna legenda mówi natomiast, że kiedy apostołowie trzy dni po śmierci Najświętszej Maryi Panny udali się do Jej grobu, nie odnaleźli ciała, tylko same zioła i kwiaty. Na pamiątkę tego zdarzenia święci się w tym dniu kwitnące zioła, kłosy zbóż, owoce oraz warzywa.
Ponieważ ludowe przysłowie mówi, że "Każdy kwiatek woła: weź mnie do kościoła" we wspomnienie Matki Bożej Zielnej święcimy niemal wszystko, co w tym czasie kwitnie i owocuje. Rośliny święci się najczęściej w postaci wiązanek, które w zależności od regionu, nosiły nazwę bukietu, równianek, ziela, ruchli, prozanków. Skład wiązanek zależy od regionu i tego, jakie rośliny tam występowały. A mogą się one różnić między sobą nawet w obrębie jednej wsi. 
Podstawę stanowią zawsze 4 części składowe: zboża, zioła, owoce oraz warzywa. Jedyną zasadą jest jedynie to, że w bukietach nie powinno święcić się roślin pastewnych - np. wyki, łubinu, koniczyny czy też lucerny. Być może ma to odzwierciedlenie w tym, że tych roślin nie jedzą ludzie, a zwierzęta.
I tak np. na Mazowszu i Podlasiu niesie się do kościoła hyzop, lawendę, dziewannę i rumian, a w Małopolsce rotycz, lubczyk, leszczynę, żyto, len i miętę. Gotowe bukiety powinny być wiązana lipowym łykiem. Lipę od zawsze łączono z Matką Boską, ponieważ w tym drzewie ukazywała się ona najczęściej.
Poświęcone wianki można przechowywać w domach(na parapetach, za obrazami świętych, nad drzwiami wejściowymi, na ścianach, na strychu, w oborach obok okna czy też w stodołach. Od dawna miejsca te są uważane za najbardziej narażone na ataki diabła, a poświęcone zioła miały chronić mieszkańców i całe obejście przed nieszczęściami. Czasami bukiety zanosi się też na pola, gdzie mają chronić przed piorunami i robakami. Zioła można też zapalić, okadzając ich dymem wnętrza domów, pomieszczenia dla bydła i domowników, żeby nie ulegli pokusom. Bukiety wykorzystuje się też w celach leczniczych, a nawet, jak pisze etnograf Zygmunt Gloger "wedle staropolskiego obyczaju, zmarłemu podkładają ich garstkę pod głowę".
Z bukietami można zrobić niemalże wszystko - wyobraźnia ludowa ma pole do popisu. Obowiązuje jednak jedna zasada: poświęconego ziela nie wolno wyrzucać. Poprzez pokropienie wodą święconą samo staje się przedmiotem świętym, z którym trzeba się należycie obchodzić. Stary lub zniszczony bukiet należy spalić, tak samo jak stare lub zniszczone święte obrazy.
Kiedyś kobiety same robiły bukiety, dzisiaj możemy je kupić przy wejściach do kościołów, a w niektórych parafiach proboszczowie sami troszczą się o to, żeby kwiaty i zioła były dla każdego, kto zechce je zabrać do domu. Zanika powoli też zwyczaj zabiegania o opiekę i błogosławieństwo Maryi dla rodzącej owoce ziemi. Może i jestem dziwna, ale mimo wszystko chcę kultywować tą piękną tradycję. Jeszcze wczoraj nazbierałam ziół i kwiatów, a dzisiaj zaniosę je Matce Bożej w podzięce za wszelkie łaski minionego roku i prosząc o jej opiekę na przyszłość. Może i Wy tak samo uczynicie, a przyniesiony do domu bukiet będzie nam wszystkim przypominał o tej prostej pobożności naszych przodków ufających Matce Bożej, że zachowa ich od złego.

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

1007. W dźwiękach świerszczowych melodii

Cudowny dźwięk cykania świerszczy dobiega do mnie przez uchylone okno. Siedząc nad kubkiem ciepłej herbaty z kotem na kolanach i włączonym monitorem zapadam w marzeniowy letarg. Mam jeszcze trochę do napisania. Ale jak tutaj pisać, skoro zza okna dobywa się prawdziwy koncert grany przez najlepszą orkiestrę na świecie, bo złożonej z dźwięków samej przyrody. Popijając kolejne łyki półciepłej substancji delektuję się tym dźwiękiem. Coś pięknego kochani, coś pięknego. To w takich chwilach najczęściej znajduję siły do dalszego działania. Szkoda, że już za chwilę przyjdzie zima, z brakiem tych rozkosznych melodii. Chociaż skrzypiący pod nogami śnieg też ma swój urok. A i długie, zimowe wieczory wcale nie muszą być czasem straconym.
Do tego łagodny wietrzyk wpada do mojego skromnego pokoju przynosząc orzeźwiający chłodek, a zabierając ze sobą nieznośną parność. Kot zeskakuje z moich kolan i z uporem maniaka ściga latającą nisko nad ziemią muchę. A ja sobie myślę, jaki ten nasz świat jest piękny bez względu na to, gdzie mieszkamy. Bo przecież wszędzie można dostrzec jego piękno - i w wiejskich polach, i w miejskich blokowiskach. Trzeba tylko popatrzeć trochę głębiej niż tylko po wierzchu. Lubię przebywać na wsi, która niewątpliwie ma swoje uroki, ale staram się też w moim przemysłowym mieście znaleźć piękno, chociażby w dymie wydobywającym się z kominów, który maluje na niebie swój własny pejzaż, niczym nadworny malarz. Bezsensowne porównanie? Być może, jednak zawsze miałam bujną wyobraźnię, przez co widziałam wszystko trochę inaczej niż inni.
Zmęczenie spowodowane bieganiem i poranną kłótnią z kotem sprawia, że w dalszym ciągu  trwam w tym swoim letargu delektując się chwilą. Tak ich mało w naszym życiu, które trwa dosłownie tylko moment. Czasami tak bardzo pędzimy w nim na przód, że nie zauważamy tego, co w nim istotne. Dlatego na jutro zaplanowałam spotkanie z kilkoma osobami. Tak po prostu, żeby posiedzieć, powspominać, pośmiać się. Żeby nie być tylko dla siebie, ale też dla innych. A potem po prostu cieszyć się z takich beztroskich wieczorów jak dzisiaj. 
Ech, chyba na starość zaczynam się robić sentymentalna.

sobota, 10 sierpnia 2019

1006. Wakacje w mieście nie muszą być nudne

Pochmurne niebo zniweczyło moje plany oglądania spektaklu przygotowanego przez spadające z niego gwiazdy. Co prawda w środku miasta nie jest to zbyt ciekawy widok, jednak kiedy uda się nad miejskie zbiorniki wodne(nad jednym z nich rok temu oglądałam zaćmienie księżyca), albo za miasto, widok potrafi naprawdę zachwycić. Kilka razy udało mi się obejrzeć je z tarasu domu mojego szkolnego kolegi(on był w sekcji pływackiej, ja w lekkoatletycznej, ale przedmioty szkolne mieliśmy razem), który właśnie dzisiaj obchodzi imieniny. Jak tylko mogę jadę tego dnia do niego. Teraz jednak gdzieś wyjechał. Ale dzwoniłam z życzeniami, żeby nie było. Kurcze, kiedy byłam dzieckiem jego imię wydawało mi się takie dostojne i niecodzienne. No bo przyznajcie, ile znacie Wawrzyńców? Bo ja tego jednego. A teraz jakoś do niego przywykłam. Znaczy się do imienia, a nie samego Wawrzka.
Poza tym jest środek sierpnia, a ja czytam... "Socjologię codzienności" Sztompki i Boguni-Borowskiej na zmianę z trzytomową "Filozofią cywilizacji" Józefa Bańki i "Ekonometrią" Maddala. Nie, nie zwariowałam. Po prostu te książki są dooosyyyć grube(sama socjologia ma ponad 950 stron, a filozofia w całości grubo ponad tysiąc), a normalny limit na wypożyczenie książek w BŚ wynosi 30 dni, z tym, że nie tyczy się to sierpnia, kiedy biblioteka jest zamknięta, a książki wypożyczone są automatycznie do września. Wniosek? Te najgrubsze najlepiej wtedy wypożyczyć. A tych pięć już dawno sobie upatrzyłam. No, taki ze mnie dziwny i specyficzny człowiek. Oprócz tego pod ręką mam jeszcze coś cieńszego i mojego, nie może być przecież tak, że moja domowa biblioteczka cierpi kosztem wojewódzkiej, prawda? W międzyczasie rozwiążę jakąś krzyżówkę, zagadkę, powtórzę angielski, idę pobiegać, albo na "siłownię pod chmurką"(wbrew pozorom podczas biegania pracują nie tylko nogi, ale też całe ciało), szukam w moim mieście i miastach ościennych śladów judaizmu(to kolejne z moich specyficznych zainteresowań), podleję kwiatka, pogłaszczę kota, który patrzy na mnie spod oka, obejrzę film prasując... Muszę jeszcze zmobilizować się do "głębszych" porządków - a nóż widelec znajdę kabelek od aparatu cyfrowego? W dodatku coś mi się dzieje z ładowaniem laptopa i na razie "działam" na baterii. Mam nadzieję, że szybko rozwiążę problem, bo będzie źle.
A propo filmu - jaki ostatnio oglądaliście? Bo ja dzisiaj skusiłam się wreszcie na "Skrzypka na dachu". I dokonałam pewnego odkrycia - jakieś 12 lat temu byłam ze szkoły na spektaklu pod tym samym tytułem. Dzisiaj podczas oglądania filmu odkryłam, że słyszę te same piosenki, co wtedy. Niesamowite uczucie, od razu cieplej się robi na sercu.
Mam otwarte okno, przez które dociera do mnie cykanie świerszczy. Chyba są w pobliskim parku? A może w przyblokowych ogródeczkach? Gdziekolwiek by nie były, pięknie grają. Brakuje tylko odgłosu żniw za oknem. Ech, chwilo trwaj...

czwartek, 8 sierpnia 2019

1005. Jak podejmować mądre decyzje

Życie składa się z podejmowania różnych decyzji. Już jako małe dzieci decydujemy o tym, czym i z kim w danej chwili chcemy się bawić, co chcemy, aby nam przeczytano, czy mamy ochotę na dany program telewizyjny, czy też chcemy zjeść kisiel, czy też baton czekoladowy. Z czasem decydujemy z którym z kolegów w przedszkolu rozmawiamy, z kim siedzimy w ławce podczas lekcji, co piszemy na klasówce z danego przedmiotu, na jakie dodatkowe zajęcia pozalekcyjne chcemy chodzić. Wreszcie musimy zdecydować, do której szkoły chcemy iść po podstawówce, a potem na jakie studia i czy w ogóle na nie iść, bo może chcemy od razu iść do pracy. W sklepie musimy decydować o tym, co chcemy kupić, w domu - co zrobić na obiad. Nawet prowadząc bloga musimy zdecydować co chcemy na nim umieścić, które zdjęcia, jaki komentarz dać danej osobie, aby jej nie urazić.
I tak każdego dnia, niejednokrotnie do końca swojego życia. Każda decyzja pociąga za sobą jakieś konsekwencje. Jedne mają pozytywny dla nas wydźwięk, inne wręcz przeciwnie. Wszyscy chcemy, aby nasze decyzje były jak najbardziej trafione i przynosiły jak najbardziej efektowne skutki. Prawda jest jednak przewrotna - to negatywne efekty naszych decyzji są dla nas najlepszymi nauczycielami. Dlatego są one nieuniknione w naszym życiu. Nikt jednak z nas raczej nie chce, aby to one w nim dominowały. 
Z drugiej strony bardzo często boimy się podjąć jakąś ważną dla nas decyzję. Kieruje nami nie tylko strach, który wywodzi się ze strachu i egoizmu. Bardzo często chcemy bowiem, aby było nam dobrze za wszelką cenę i aby było po naszemu. Tymczasem po podjęciu danej decyzji może nam nie być po prostu dobrze, ani nie będzie dobrze. Co ważniejsze, tych dwóch blokad nie można przezwyciężyć od tak sobie. Nie da się powiedzieć, że od dzisiaj nie będę egoistą lub nie będę człowiekiem pysznym. Te cechy są częścią naszej osobowości oraz codziennej egzystencji.
Zważając na powyższe dwa argumenty można powiedzieć, że podejmowanie dobrych wyborów jest niezwykle trudną i odpowiedzialną sprawą. Jak więc spowodować, aby tych z negatywnymi skutkami, albo ich brakiem było jak najmniej, a za razem podejmować jak najwięcej trafnych i efektownych? Zdradzę Wam dzisiaj trzy kroki*, które od co najmniej roku staram się stosować. Nie są moją autorską wersją, zostały podpatrzone w internecie. Ale pomagają mi w rozeznaniu tego, co jest dla mnie bardziej, a co mniej ważne, co jestem w stanie zrobić od razu, a z czym mogę poczekać. Pozwoliły mi one rozeznać się w swoim życiu, a także przewidzieć konsekwencje moich czynów.
  1. Krok 1: Postawa wolności - warto przyjrzeć się obszarom, w których pojawia się pycha wraz z egoizmem. Pierwszym z nich jest brak wolności, który powstrzymuje nas przed podejmowaniem dobra. Jak wiecie staram się pomagać innym, czy to poprzez wolontariat, czy też sama z siebie. Staram się to robić najlepiej jak umiem, jednak nigdy nie stawiam sobie zbyt wysoko postawionej poprzeczki. Dlaczego? Ponieważ wtedy podejmowane przeze mnie dobro wynikałoby nie w wyniku wolnego wyboru, a z przymusu. Podejmowanie zbyt wielu jak dla mnie zobowiązań(a u każdego ta granica jest inna, bo wynika z jego indywidualnych predyspozycji) może sprawić, iż na nic nie będę już miała siły, z połowy rzeczy nie będę w stanie się wywiązać, a w konsekwencji - z niczego nie byłabym w stanie się ucieszyć. Zresztą podobnie czyniłam w szkole i na studiach - jeżeli czułam, że materiału jest za dużo, bądź nie mam już siły na dalszą naukę, to po prostu sobie odpuszczałam. Naprawdę, nic się nie stało, jak dostałam gorszą ocenę. A ja przynajmniej nie czułam się przemęczona i wracałam do nauki z nową energią. Realizowanie szeroko rozumianego dobra(czy to w postaci pomocy, dobrych ocen, czy też zupełnie inaczej rozumianego, bo każdy z nas może mieć własną jego definicję) pod przymusem niejednokrotnie oddziela je od najważniejszego jego składnika - miłości, możliwej tylko w wolności. Dlatego pierwszym warunkiem podejmowania dobrych decyzji jest wewnętrzna wolność przejawiająca się w myśleniu, że nawet jeśli nie dokonamy żadnego wyboru, to świat się nie zawali. Obrazowo mówiąc - stojąc przed wyborem małżonka, wstąpienia do jakiejś grupy lub wspólnoty, podjęcia jakiejś aktywności lub powstrzymania się przed tym, to dobrego wyboru dokonamy dopiero wtedy, kiedy będziemy świadomi, że mamy prawo zarówno go przyjąć, jak też odmówić jego przyjęcia. Bo na tym właśnie polega wolność. Sama żyję w świadomości, że jeżeli czegoś nie wybiorę, to nie zostanę trafiona za to piorunem ani potępiona. A życie i tak każdego dnia ma dla mnie nowe wyzwania, więc w razie czego mam szansę szybko się zreflektować;
  2. Krok 2 - Odpowiednia analiza sytuacji obecnej i przyszłej - Bardzo dobrze jest sobie zrobić przed podjęciem decyzji wizualizację stanu, w którym aktualnie się znajdujemy i tego, w jakim będziemy się znajdować po podjęciu danej decyzji. Być może teraz jest nam dobrze w tym stanie, w jakim się znajdujemy. Być może chcielibyśmy, aby było tak zawsze. Tymczasem życie jest drogą prowadzącą nas przez różne koleiny, zakręty i wyboje. A skoro jest drogą, to znaczy, że ciągle powinniśmy zmierzać nią na przód. Możemy korzystać z wcześniejszych doświadczeń, ale nie powinny one sprawiać, że zatrzymujemy się na tej drodze. Weźmy np. taką sytuację: chcemy mieć psa, jednak już z góry widzimy problemy z tym związane, łącznie z takim, że w końcu on od nas odejdzie. I w konsekwencji nigdy nie kupujemy tego psa. Ale gdybyśmy założyli, że kupienie psa sprawi nam tyle radości, nie zważając na negatywne skutki, nasza decyzja byłaby pewnie inna. Tak samo jest ze studiami, czy też pracą. Wielu moich znajomych, o normalnym poziomie intelektualnym, nie podjęło żadnych studiów tylko dlatego, że z góry założyło, że nie da sobie rady. I na odwrót - inni je podjęli, ale okazały się dla nich zbyt wielkim obciążeniem. Tymczasem każdy z nas zna swoje możliwości, wie na co go stać, co może robić. Czasami warto więc założyć pozytywne rozwiązanie pewnych kwestii. Może być ciężko, to prawda, ale potem satysfakcja będzie niewymierna. A efekty wręcz mogą przerosnąć nasze oczekiwania. I na odwrót - jeżeli zbyt bardzo przecenimy nasze możliwości, to możemy ponieść tak dotkliwą porażkę, że długo będziemy się z niej zbierać. Podejmowanie decyzji możemy porównać z wzięciem krzyża na swoje plecy. Czym ono jest? Konkretną decyzją: w związku z tym, co wybieram, zgadzam się na wszelkie minusy z tym związane, zarówno te przewidywalne, jak i nieprzewidywalne. Jeżeli więc stoimy przed jakimś ważnym wyborem i zastanawiamy się nad minusami z nim związanymi, to wiedzmy, że one będą, chociaż może nie takie, jak je sobie wyobrażamy. Jeżeli jesteśmy osobami wierzącymi, to możemy rozważyć to wszystko w jeszcze jednym aspekcie: Kiedy stoi przed nami jakiś wybór, jakaś ważna życiowa decyzja, to warto zwrócić uwagę, że gdy Bóg przychodzi do nas z tą propozycją, to równocześnie przychodzi z obietnicą dobra. A co do zła, to mamy zapewnienie, że łaska przyjdzie do wydarzeń, a nie podczas myślenia o nich.
  3. Krok 3: Wierność obowiązkom stanu - żeby podjąć decyzję, w co możemy się zaangażować, musimy rozpoznać własne zasoby, czyli to, co posiadamy(czas, energię, dobra innego rodzaju, takie jak pieniądze czy jedzenie). Jednocześnie trzeba pamiętać o kolejności, pewnej hierarchii dobra. Nie uniknie się błędów, jeżeli w naszym angażowaniu sił i energii pojawi się nieporządek. Kiedy mamy już swoje obowiązki stanu lub zawodowe, naturalne jest, że najpierw musimy się w nie angażować, a potem w kolejne rzeczy. Po jakimś czasie doświadczymy prawdopodobnie rutyny i znudzenia, przez co atrakcyjne staną się wszystkie inne czynności, ale nie te, które związane są z naszymi obowiązkami i zobowiązaniami. Dlatego warto jest trenować się w wierności pierwszym obowiązkom.
Podsumowując powyższe trzy kroki to dwiema głównymi blokadami w podejmowaniu dobra to pycha i egoizm. Następnie mamy dążyć do tego, aby stawać w postawie wolności wobec dobra, co jest pierwszym warunkiem dobrych wyborów. Drugim ważnym czynnikiem jest prosta, rozumowa analiza: plusy i minusy obecnej oraz przyszłej sytuacji. Ja dodatkowo w odniesieniu do przyszłej mam świadomość, że jeżeli chodzi o minusy, to Bóg przyjdzie mi ze swoją łaską. I że w plusach kryje się o wiele więcej, niż może mi się wydawać. Trzecim warunkiem dobrych warunków jest dążenie do zachowania porządku, czyli najpierw obowiązki stanu, a potem reszta.

A skąd taki decyzyjny temat? Otóż ważą się moje losy, oj ważą. Mam teoretyczną szansę spełnić jedno z moich marzeń. Zanim jednak je zacznę spełniać muszę rozważyć wszelkie za i przeciw. A to nie jest takie proste. Tym bardziej, że spełnienie tego marzenia będzie sporym wyzwaniem. Tylko nie piszcie mi, że wyzwania to mój żywioł, bo tak nie jest. A z drugiej strony nie mam już czasu na podejmowaniu nieprzemyślanej decyzji... Tak więc trzymajcie kciuki, abym wybrała to, co dla mnie będzie najlepsze.

środa, 7 sierpnia 2019

1004. Jak bardzo kruche bywa życie...

Tour de Pologne powoli wraca na swoje tory po poniedziałkowym tragicznym wypadku, w którym śmierć poniósł młody, zaledwie 22 letni kolarz. Po wczorajszym etapie, skróconym i upamiętniającym Belga Bjorga Lambrechta, przejechanym w milczeniu i bez rywalizacji, prowadzonym przez zespół Lotto Soudal, którego był członkiem, dzisiaj kolarze wrócili do dalszych zmagań. Etap prowadzący z Wieliczki do Bielska - Białej, jak bardzo dla mnie sentymentalny... Bo przecież wiódł przez niewielki, położony u podnóża Babiej Góry Krzeszów, w której znajdowała się parafia mojej babci, i przez Tarnawę Górną, gdzie znajdowała się szkoła podstawowa, do której przez las chodził mój tata. A i do Kocierza, mecie wczorajszego przejazdu, moja babcia chodziła do kogoś pieszo przez górę. 
Dzisiaj jednak zapraszam Was na reportaż dotyczący mojego znajomego z oświęcimskiej sekcji pływania działającej przy naszym klubie sportowym, który był świetnie zapowiadającym się kolarzem. Jednak podczas jednego z wyścigów kolarskich zdarzył się wypadek, Maciek uderzył głową o kamień. Gdyby nie kask, prawdopodobnie by nie przeżył. Jednak przez to wydarzenie stał się niepełnosprawny. Poznajcie Maćka i zastanówcie się, czy czasami warto tak pędzić, skoro nasze życie jest takie kruche?

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

1003. Kolarstwo też jest ok. - czyli jak zostałam wolontariuszem drugiego etapu TdP i zupełnie o tym zapomniałam

Czasami jest tak, że coś sobie zaplanujemy w naszym życiu i zupełnie o tym zapominamy. Zastanawiam się, kiedy zgłosiłam się na bycie wolontariuszem drugiego etapu 76 wyścigu Tour de Pologne. Bo to, że się zgłosiłam jestem pewna, wszak od kilku dni przychodziły do mnie meile w tej sprawie. Tylko, że ja zupełnie zapomniałam o tym zapisie. Dlatego byłam szczerze zaskoczona, kiedy na obozie dostałam meila z zaproszeniem na spotkanie informacyjne w tej sprawie. Wiecie, mam już ukończone 18 lat, teoretycznie mogłam się zerwać na tych kilka godzin(obóz był jakieś 40 km od mojego domu), logistycznie to jednak nie miało sensu. Więc po prostu sobie odpuściłam tym razem. Aż przyszedł kolejny meil z wiadomością, że jeżeli nie było się na spotkaniu, to nic straconego, to można jeszcze dołączyć do ekipy wolontariuszy w niedzielę, trzeba tylko odpowiednio wcześniej przyjść do Centrum Kongresowego, aby podpisać umowę wolontariacką. Kurcze, kusili, kusili, aż skusili.
Doskonale znam organizację ruchu drogowego w mieście w dniu wyścigu, toteż postanowiłam pojechać tam odpowiednio wcześnie. Wydaje mi się, że zdążyłam dosłownie w ostatniej chwili dojechać autobusem na najbardziej odpowiadający mi przystanek(potem wszystkie ulice wokół centrum miasta zostały zamknięte, a ja musiałabym iść z jakiegoś położonego na uboczu punktu przystankowego). Na szczęście tak się nie stało, a ja dosyć szybko trafiłam na miejsce zbiórki. Wypełniłam dane w umowie oraz do ubezpieczenia(dobrze, że nic się nie stało, bo nie wiem czy by te drugie rozszyfrowali). Następnie dostałam pakiet wolontariusza - koszulkę, czapeczkę, płaszcz przeciwdeszczowy, podkładkę z materiałami informacyjnymi, worek, wodę oraz ciasteczka i dowiedziałam się, gdzie mam stać i pilnować ludzi, aby nie przełazili przez jezdnię. Ponieważ było jeszcze trochę czasu(na stanowiskach mieliśmy stać dopiero od godz. 16:00), zdążyłam jeszcze zjeść przewidzianą dla wolontariuszy zupę, której nawet nie potrafię nazwać. Grunt, że była smaczna. 
Pożywiona udałam się na moje stanowisko, które znajdowało się jakieś 400 m. przed metą, na ulicy Piotra Skargi, przy przejściu do pieszych pod Supersamem(który "powstawał" na moich oczach). Tutaj mam zastrzeżenia do organizatorów - z jednej strony postarali się o tzw. koszulki techniczne, ale kompletnie nie trafili kolorystycznie. Dali czarny napis "wolontariusz" na ciemnogranatową koszulkę, przez co nie był widoczny. A dodatkowo nie dali nam ani identyfikatora, ani kamizelki, argumentując to tym, że przecież mamy koszulki wolontariackie... I np. mnie policjanci traktowali jako zwykłego kibica i w efekcie skończyło się na tym, że zamiast pilnować ludzi, to na luzaka oglądałam sobie wyścig. Od razu mówię, że próbowałam tłumaczyć, że jestem wolontariuszem, ale władza jakoś nie chciała mnie słuchać. No nic, zdarza się. Nie będę przecież robiła z tego tragedii. Przynajmniej nie denerwowałam się, kiedy ludzie z słuchawkami na uszach przechodzili na drugą stronę. A tych nie brakowało, niestety.
Trasa po Katowicach liczyła trzy pętle, toteż koło mojego stanowiska kolarze przejechali trzy razy. Przez pierwsze dwa wyraźnie wyłoniło się dwóch uciekinierów, jednak podczas trzeciego okrążenia musieli oni zostać dogonieni przez peleton, bo na ostatnie okrążenie wjechali zwartą masą. Jeszcze ostatni wysiłek i znaleźli się pod słynnym katowickim Spodkiem, gdzie znajdowała się meta etapu. Zresztą po przejechaniu ostatniego samochodu z napisem "Koniec wyścigu" my też mogliśmy udać się w tamto miejsce. Jeżeli nie na dekorację zwycięzców(aż po powrocie do domu luknęłam na internet, kim jest ten cały Pascal Ackermann), to chociażby po nasze rzeczy, które zostały w Centrum Kongresowym. Przeciskając się przez taśmy oddzielające część dla widowni od reszty(co zresztą nie było takie trudne, a odzyskać plecak jakoś musiałam), słyszałam nazwiska najlepszych kolarzy. Po powrocie do domu dowiedziałam się, że sam premier Morawiecki wręczał nagrody. Ale tego nie byłam w stanie zobaczyć. Gdzieś przez okrzyki słyszałam przemówienie prezydenta miasta, w którym dziękował za piękną rywalizację do końca po historycznych katowickich osiedlach, a także wyraził radość, że ta relacja została pokazana za pośrednictwem telewizji w ponad 130 krajach świata. Podkreślił przy tym, że gdyby nie trzy powstania śląskie, to być może nie byłoby to możliwe, co oczywiście było nawiązaniem do 100 rocznicy I powstania śląskiego, którego 100 rocznica przypadnie już w przyszłym tygodniu.
Po dekoracji ludzie powoli zaczęli się rozchodzić, a infrastruktura zaczęła być demontowana. Powoli zaczęłam zmierzać w stronę przystanku autobusowego, który tymczasowo przeniesiono trochę dalej niż normalnie się znajduje(wszak przez "mój" przystanek przejeżdżał wyścig). Zmęczona, ale w sumie szczęśliwa wracałam do domu. A potem dosłownie poszłam do łóżka, bo emocje wzięły górę.
Wczoraj była wielka radość z wyścigu i życzenia prezydenta Marcina Krupy szczęśliwego dojechania do ostatniego etapu, a dzisiaj... Ta straszna wiadomość najpierw o wypadku, a potem o śmierci Bjorga Lambrechta. Wczoraj przecież aż trzy razy mnie minął dając z siebie wszystko podczas przejazdu przez Katowice. Dzisiaj pewnie też nikt nie przypuszczał, że ten etap skończy się tak tragicznie. Samego wypadku nie widziałam, akurat TVP 1 transmituje wszystko dopiero do 16:05, komputera też nie włączałam, jednak podczas relacjonowania wyścigu komentatorzy co chwilę mówili o tym wypadku. Aż wreszcie podali najtragiczniejszą wiadomość - Belg, który miał zaledwie 22 lata, umarł na stole operacyjnym. Wspaniale zapowiadająca się kariera kolarska nigdy nie dojdzie do skutku. Zamiast radości na mecie odpowiadającej tej wczorajszej w Katowicach - odwołanie dekoracji najlepszych kolarzy i ogólna zaduma. To nie tak to wszystko miało wyglądać, zdecydowanie nie tak. Nad wyścigiem wisiało widmo jego odwołania, jednak jego dyrektor, Czesław Lang, nie zdecydował się na to. Będzie więc kontynuowany. Jednak nic już nie będzie takie samo, a na pewno nie w tegorocznym wyścigu...