Mózgowe porażenie dziecięce jest nie tyle chorobą, ile zespołem schorzeń neurologicznych i z moich obserwacji wynika, że u każdego, którego ono dotyka, ma ono inny "przebieg"(chociaż wydaje mi się, że słowo "przebieg" nie jest tutaj adekwatne).
Jednym z moich problemów, które otrzymałam w "spadku" po MPD jest spastyka dłoni. Spastykę najprościej można wytłumaczyć nadmiernym napięciem mięśni, które powoduje nie tylko ograniczenie jej ruchów, ale też pewną ich deformacje. Do tego dochodzi coś takiego jak atetoza, czyli, w moim przypadku, drżenie dłoni przy próbie wykonania drobnych, sprecyzowanych ruchów. Co prawda udało mi się, dzięki rodzicom, wyćwiczyć to wszystko do tego stopnia, że jestem w stanie pisać długopisem, jednak na dłuższą metę nie daję rady. Z pomocą przychodzi mi wtedy współczesna technika. Przyznam szczerze, że gdyby nie dyktafon, ksero, komputer/laptop czy też drukarka, to ciężko by było. Oczywiście dochodzi tu jeszcze wyrozumiałość wykładowców do mojego problemu (bo wcześniej nauczyciele musieli się dopasować do kilku stron opinii z poradni psychologiczno - pedagogicznej, wiecie coś w sensie "zdolna bestia, trzeba tylko dać jej się wykazać"), bo bez tego daleko byśmy nie zaszli. Na klawiaturze piszę zazwyczaj dwoma palcami - wskazującym u lewej ręki i środkowym/ewentualnie wskazującym, u prawej. Na tyle pozwala mi moje schorzenie.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy się zmęczę pisaniem, zdenerwuję lub po prostu mam gorszy dzień. Wtedy wyłącza mi się prawa ręka i do dyspozycji mam właściwie tylko jeden palec. Ciężko się wtedy pisze, zwłaszcza kiedy trzeba wywołać jakiś polski znak(np. "ń"), alby znak specjalny(np "?"). Dlatego niekiedy musicie czekać kilka dni, aż odpowiem na Wasz komentarz, bądź napiszę coś u Was. Bo czasami męczy nawet napisanie notatki u siebie na blogu. Wiem, że niektórym z Was trudno to zrozumieć, już kiedyś przeczytałam pretensje skierowane w moją stronę, że jak to jest, że mogę napisać dłuższy tekst na blogu(a przecież mogłam je napisać wcześniej, prawda?), a nie jestem w stanie odpisać na zwykły komentarz. I że w ten sposób nie szanuję swoich czytelników. Wyjaśniłam pokrótce moją sytuację, ale ta osoba dalej drążyła ten sam argument. Przykre, tak łatwo jest oceniać z własnej perspektywy. Ale gdyby ktoś wszedł w buty innej osoby, wiedziałby o czym piszę... Mam tylko nadzieję, że po tym poście będziecie bardziej wyrozumiali co do mojej opieszałości w odpisywaniu na Wasze posty oraz komentowaniu Waszych postów. Wiedzcie jednak, że czytam wszystko i czekam na "lepszy czas" w odpowiedziach.
Dzisiaj miałam zaliczać translatorium z języka angielskiego. Kilka dni temu napisałam do prowadzącej meila opisującą moją sytuację, a zwłaszcza to, że ja jej tego nie zaliczę w pisemny sposób. W odpowiedzi przeczytałam, że ona musi mieć moje zaliczenie na piśmie, ale załatwi u pani D. abym u niej w sekretariacie mogła wszystko napisać na komputerze, który w dodatku jest podłączony do drukarki. Żyć nie umierać.
Pozostało mi tylko wyuczyć się bardziej lub mniej dziwnych słówek i po 11:30 wstawić w sekretariacie. Co ciekawe, zaledwie dwie godziny wcześniej wyszłam z niego z zastępstwa za panią D., której akurat udało się załatwić jakieś zabiegi rehabilitacyjne(agatek, wykrakałaś z tym etatowym zastępstwem (: ). Niby większość umiałam, ale ok. 11:00 pojawił się stres, że nic nie potrafię. A jak już wyżej napisałam - stres u mnie nasila wzmożone napięcie mięśni.
Nadeszła godzina X, prowadząca zajęcia przyszła do sali i rozdała kartki, a mnie wysłała do pani D. z informacją, że w sekretariacie wszystko już na mnie czeka. Schodzę na dół, wchodzę do sekretariatu, patrzę na arkusz z słówkami do przeprowadzenia i jeszcze bardziej poczułam, że nic nie umiem... Tymczasem pani D. wyjęła jeden z laptopów i kazała mi usiąść nieopodal siebie. Wiecie, najchętniej to bym powiedziała, że nic nie umiem, i że się poddaję, ale lata uprawiania sportu nauczyły mnie walczyć do samego końca. Usiadłam więc za biurkiem, zaczęłam się zastanawiać nad kolejnymi słówkami i, eureka, coś zaczęło mi świtać w tej mojej głowie. Przy okazji zaczęłam pozytywnie myśleć, co też chyba nieco mi pomogło w tym wszystkim. A że w dalszym ciągu stres miał nade mną przewagę, to nie pozostawało mi nic innego, jak pisanie tym jednym, "słuchającym się" mnie, lewym palcem wskazującym(aż boję się pomyśleć jak wyglądała wtedy moja twarz, bo z jej mimowolną mimiką też bywa różnie...).
Piszę jedno słówko, piszę drugie. I nagle widzę, że pani D. jakoś mi się dziwnie przygląda. No tak, dotąd widziała mnie tylko z długopisem w ręce i jeszcze jej oczy nie widziały tego, jak piszę dwoma, tudzież jednym palcem. To co dla mnie jest normą, innych ludzi, zwłaszcza na co dzień pracujących przy komputerze, może dziwić. Spokojnie, przyzwyczaiłam się do tego i jakoś mnie to już nie drażni, a nawet mówię co, jak i dlaczego, jeżeli ktoś pyta.
- Przepraszam, że pytam - bąknęła niepewnie pani D. - ale pani tak zawsze... No tym lewym palcem...
Pokiwałam twierdząco głową i nawet dodałam, że blisko 80% mojej pracy dyplomowej powstało właśnie w ten sposób. Na jej twarzy pojawiło się zmieszanie, na które odpowiedziałam krzywym uśmiechem. Przecież nie zrobiła nic niezdrożnego, co najwyżej przełamała pewne tabu...
Wracając do translatorium, to jakaś część słówek uleciała z mojej pamięci, ale na 60% spokojnie napisałam. Tak naprawdę nie trzeba było mieć więcej, bo to tylko na zaliczenie. Wszystko zostało wydrukowane i zostawione w sekretariacie. Maryna(to taka ksywka) sobie miała je stamtąd odebrać.
Na szczęście napięcie w prawej dłoni ustąpiło już do tego stopnia, że mogę nią pisać na klawiaturze. Jest moc!
A korzystając z chwili wytchnienia zatapiam się w trylogii książek opowiadających o życiu w Sosnowcu na początku XX wieku. I chociaż całość zaczyna się od brutalnego morderstwa, to fabuła wciąga coraz bardziej z każdym kolejnym zdaniem. Jak dobrze pójdzie, to do końca tygodnia skończę całość...