Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 30 czerwca 2019

969. No to chyba czas na scholowe wakacje

Nadeszły wakacje nie tylko od nauki, ale jak się dzisiaj okazało, również od śpiewania w parafialnej scholi. Ogłosiła nam to dzisiaj prowadząca zespół tuż po Mszy świętej o godzinie 10:00, na której śpiewaliśmy. No i tak jakoś mam mieszane uczucia co do tego. Bo niby od kilku lat już tak jest, ja jednak pamiętam czasy, kiedy śpiewaliśmy także w wakacje. I nikomu to zbytnio nie przeszkadzało. Kto miał wyjechać na wypoczynek, ten wyjeżdżał, a kto mógł śpiewać, ten śpiewał. Wyjątkiem były dwa ostatnie tygodnie sierpnia, kiedy wyjeżdżaliśmy na wakacje. Nikomu to nie przeszkadzało, ale to też było za "innych rządów". Teraz... teraz jest inaczej, bardziej oficjalnie. Czasami nie wiadomo jak się odezwać, a nawet popatrzeć, aby nie podpaść "górze". Zwłaszcza kiedy ma się problem z wyrażaniem werbalnym swoich myśli, zresztą z nie swojej winy. Przeraża mnie fakt, że te utarczki będą trwały jeszcze przynajmniej rok. Moja psychika i poczucie własnej wartości cierpi na tym najbardziej. A przecież tak nie powinno być, skoro przed Bogiem wszyscy jesteśmy równi.
W scholi śpiewam 11 lat. To naprawdę szmat czasu. Praktycznie wszystkie piosenki znam na pamięć. Czasami mam wrażenie, że ta moja pamięć i problemy z kontaktami międzyludzkimi to symptomy zespołu Aspergera. A z drugiej strony badało mnie tylu psychologów, że chyba coś by zauważyli w tej kwestii? A ja po prostu muszę nauczyć się walczyć o swoje. Mimo wszystko. Mimo nieprzychylności ludzi, mimo tego, że obracają się w stereotypach. Po prostu muszę opanować tą umiejętność. Mam nadzieję, że nie jest na to jeszcze za późno.
Dzisiaj pożegnaliśmy też księdza T., teoretycznego opiekuna naszej scholi. Piszę teoretycznego, ponieważ mam wrażenie, że ta funkcja została mu z góry narzucona. Tym samym robił to z przymusu i męczył się tą rolą. Wiadomo, nic nie mówił, ale to po prostu było po nim widać. Aż w końcu przestał przychodzić na próby. Może to i lepiej? Po co miał robić to, co nie sprawiało mu przyjemności? A z drugiej strony był jedną z niewielu przychylnych mi osób w moim otoczeniu. Chyba jako jedyny z całej trójcy akceptował mnie taką, jaka jestem. Ale "Nic nie może przecież wiecznie trwać".
Scholowy urlop do września... Jakoś to przeżyję.

sobota, 29 czerwca 2019

968. O lecie pachnącym miętą i poziomkami

Zapach wakacji kojarzy mi się z poziomkami. Poziomki zawsze rosły na skraju ścieżki prowadzącej od mojej babci na Leskowiec, szczyt na który w dzieciństwie chodził sam Karol Wojtyła. Nie wiem, czy ta trasa ujęta jest w oficjalnych przewodnikach. Prawdopodobnie nie, bo turyści nieraz pytali się nas, wtedy jeszcze dzieci, jak tam dojść. A my z przejęciem tłumaczyliśmy, że muszą iść "za słupami energetycznymi" do szlaku. Te słupy są stosunkowo "młode" - elektryczność została podprowadzona do przysiółka, gdzie mieszkali nasi dziadkowie, dopiero w połowie lat 80 XX wieku. Kiedy wszędzie indziej izby mieszkalne oświetlane było żarówkami, mój tata pisał pracę dyplomową z technika przy blasku lampy naftowej. Wody też nie było, ani nawet studni. A mieszkańcy nosili ją sobie z odległego potoku. I tak wychowała się szóstka dzieci moich dziadków. Tylko ostatnie, siódme, chowane było w "luksusach".
Wokoło przysiółka, który dopiero na początku lat 90 otrzymał oficjalny adres i zaczął podlegać pod znajdującej się 3 kilometry dalej wsi, jest wiele pól. Teraz stoją one ugorem, ale jeszcze dekadę temu wypasaliśmy tam wraz z kuzynostwem krowy naszej babci i wujka. Za każde wygnanie krów wujostwa dostawaliśmy 1 złotych, a krowy wyganiało się dwa razy dziennie. Dla naszych rodziców bardzo często była to jedyna rozrywka, chociaż nieraz te krowy(a także kozy i owce) uciekły im z pola. Mój tata wspomina taką sytuację, kiedy zapatrzył się na zbyt nisko lecący samolot, albo zaczytał w jakiejś książce, a bydło uciekło mu aż pod Leskowiec. Myśmy nie mieli takich przygód. Za to delektowaliśmy się zapachem świeżo skoszonej trawy, które teraz schło na siano. Właściwie to były już ostatnie momenty takiego zapachu - teraz już nikt tam nie kosi siana. I oczywiście delektowaliśmy się smakiem poziomek. I mięty rosnącej w zagajnikach. A potem to siano znosiło się w worach ze wzniesień. Jego charakterystyczny zapach roznosił się po okolicy. A my śmialiśmy się w głos, patrząc na małego K., który bardziej przypominał beczkę niż człowieka, i który tak śmiesznie sapał, taszcząc ciężki wór. Albo w czytance przemienił wyraz "łąki" na "łęki".
Pod koniec sierpnia zaczynały się wykopki. Kiedy wszędzie indziej jeżdżono sprzętem zaprzęgniętym w traktory, u mojej babci robiło się to jeszcze ręcznie. Razem z kuzynami nosiliśmy wiklinowe kosze pełne świeżych, dojrzałych ziemniaków. Ostatniego dnia wakacji moich kuzynów(ja dopiero za miesiąc miałam poznać uroki studiowania) rozpaliliśmy ognisko i piekliśmy w nim nowe ziemniaki. Pychota. Wcześniej jednak udaliśmy się całą ekipą na trzydniowy odpust w Kalwarii Zebrzydowskiej. Pierwszy raz byłam tam w 1995 roku, tuż przed tym, jak miałam zacząć swoją edukację. Znałam więc już to miejsce dosyć dobrze. Nasi ojcowie i dziadkowie chodzili tam na nogach, a ich wędrówka trwała cały dzień. My mamy ten komfort, że mogliśmy podjechać do miasta busem, a stamtąd już podeszliśmy na nogach pod klasztor. Oczarowani tym wszystkim pragnęliśmy z kuzynami stworzyć coś takiego u nas. W cieniu rzucanym przez drzewa w ogrodzie, wśród odgłosów wydawanych przez żaby i pasikoniki, powstawały szkice kolejnych stacji. Ot, takie młodzieńcze marzenia.
We wrześniu surgało się gałązki brzozy - tzn. obrywało z liści. Z powstałych w ten sposób gołych gałązek miały zimą powstać przepiękne koszyki, dzwonki i inne rękodzieła. Poziomek i mięty było coraz mniej. Za to można było pomóc chłopcom w lekcjach, np. rysując Baryłce żołnierza walczącego w okopach. Tymi krzywymi palcami, które z trudem trzymały kredki. Ale rysunek został oceniony na sześć. A ja miałam na odjezdne otrzymać paczkę kredek "Bambino", którymi tak łatwo mi się rysowało. Była też telewizyjna transmisja obchodów 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej z pobudką o 4:00. Gdyby ktoś wtedy znał przyszłość, gdyby wiedział, że za kilka miesięcy prezydencki samolot rozbije się pod Smoleńskiem... Ale nikt tego nie mógł przewidzieć. Kilka dni później wypadł pierwszy piątek miesiąca. Ogólnie przysiółek należy do oddalonej o 10 kilometry parafii i tam też się kiedyś piechotą chodziło. Przez las. Piechotą, bo ani autobusy tam nie jeździły, a i rowerem było dość niebezpiecznie. Wyobrażacie sobie przejść 10 kilometry w garniturku w dzień pierwszej komunii świętej? Albo zanieść niemowlę do chrztu w środku zimy? 50 lat temu jednak nikt na to nie zwracał największej uwagi. Jak też na to, że idąca do szkoły(do szkoły podstawowej było z 6 kilometrów) dziatwa może pogubić się po drodze, albo coś sobie zrobić. Teraz jednak jest we wsi kaplica, coś w rodzaju filiowego kościoła. I to do niej się chodzi na niedzielne i świąteczne Msze święte oraz pierwsze piątki miesiące. Co prawda na nogach też będzie jakieś 6 kilometrów, ale droga jest o wiele bardziej przyjazna - w lesie uregulowana droga, a potem już pobocze drogi. Pamiętam, jak do kaplicy jechaliśmy busem, a z powrotem, wśród śmiechów, chichów oraz pluskania przydrożnego strumyka, wracaliśmy do domu. Byliśmy beztroscy i na swój sposób, wolni.
Aż wreszcie przyszła chwila odjazdu, przyspieszona z powodu zawodów. Żal było odjeżdżać, chociaż było wiadomo, że jeszcze tam wrócę. Wrócę do smaku i zapachu poziomek i mięty, wrócę do krzaków pełnych malin. I wrócę do domu, gdzie jest mi dobrze. I wtedy lato znowu zapachnie miętą. Tak zwyczajnie, po prostu. 

piątek, 28 czerwca 2019

967. Mafia handlarzy narządami ludzkimi

Ostatnio miałam okazję przeczytać książkę opowiadającą o przekrętach w dziedzinie transplantologii, a konkretnie o handlarzach ludzkimi organami potrzebnymi do przeprowadzenia przeszczepu, który niejednokrotnie ratuje ludzkie życie. Książka już dawno znajdowała się na mojej półce i tylko czekała na to, aż po nią sięgnę i ją przeczytam. A poradziłam sobie z nią stosunkowo szybko - w dwa wieczory byłam już po jej lekturze. Czy zrobiła na mnie wrażenie? Oczywiście, i to bardzo duże.

Tytuł: "Dawca"
Autor: Tess Gerritsen
Wydawnictwo: Albatros
Warszawa 2008
Ilość stron: 400

Jednym z podstawowych problemów współczesnej transplantologii jest zbyt duża kolejka osób czekających na przeszczep w stosunku do organów nadających się do niego, które są pobierane od dawców. A kolejka oczekujących z każdym dniem staje się coraz większa. W efekcie wielu potrzebujących nie doczekuje otrzymania nowego organu i po prostu umiera. Dlatego nie powinno nikogo dziwić to, że czasami organy mogą docierać do swoich nowych właścicieli okrężnymi drogami, np. poprzez próbę ich kupna. I właśnie ten problem poruszyła w swojej powieści "Dawca" Tess Gerritsen.
Akcja książki rozpoczyna się w Rosji. Opuszczony przez rodziców Jakow, który dotychczas przebywał pod opieką swojego wujka, zostaje sprzedany wraz z innymi przebywającymi w domu dziećmi parze tajemniczych ludzi. Trafiają one na duży statek wycieczkowy, którym mają udać się do Stanów Zjednoczonych, gdzie jest perspektywa znalezienia dla nich nowych nowych rodzin. Statek jednak jakby krążył w kółko, a z jego pokładu w tajemniczych okolicznościach od czasu do czasu znika jakiś młody pasażer. Jakow staje się coraz bardziej ciekawy statku, co nie podoba się jego załodze.
W tym samym czasie w jednej z amerykańskich klinik pracuje młoda i ambitna lekarka - Abby. Kiedy u jednej z przywiezionych w środku nocy pacjentek po kilku dniach stwierdza się śmierć mózgu, pojawia się szansa na przeszczepienie serca siedemnastoletniemu Joshowi. Jednocześnie na oddział zostaje przyjęta czterdziestopięcioletnia żona wpływowego milionera - Nina. Wkrótce Abby dowiaduje się, że serce jej byłej pacjentki ma być wszczepione właśnie tej kobiecie, i to poza kolejnością. Wściekła postanawia przeciwstawić się tej niezrozumiałej dla niej decyzji i uratować chłopca. Ku jej zdumieniu niebawem pojawia się też serce dla potrzebującej Niny, dzięki czemu jej życie zostaje ocalone. Tymczasem ktoś wyraźnie chce zaszkodzić Abby i pozbyć się jej z pracy. Kobieta przeprowadza prywatne śledztwo, zarówno w sprawie dawcy dla Niny(którego kartoteka została spreparowana), jak i tego, kto rzuca na nią wszelkie oskarżenia. Odkrywając kolejne karty tej mrocznej zagadki poznaje coraz bardziej zaskakujące jej fakty.
"Dawcę" przeczytałam z zapartym tchem, chociaż thriller nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim. Naprawdę ciekawiło mnie, kto tak naprawdę rzuca Abbie kłody pod nogi i chce się jej pozbyć z pracy oraz czy znajdzie się nowe serce dla Niny. Zaciekawił mnie też sam aspekt kupowania narządów ludzkich i tych, którzy są w to zamieszani. Oczywiście nie winię tutaj Victora Vossa, męża Niny, który dopuścił się do tego, bo ludzie w desperacji i dla ratowania życia najbliższych chwytają się każdej możliwości, nawet nie do końca etycznej. Dla mnie niemoralne jest postępowanie całego zespołu zaangażowanego w proces przeszczepu i wtajemniczonego w to, skąd ten organ pochodzi. Czy naprawdę w dzisiejszym świecie wszystko można kupić? Do czego zdolni są ludzie, żeby nie wyszło na zewnątrz to, w czym biorą udział? Kto jest naszym przyjacielem, a kto wrogiem? Z takimi pytaniami skończyłam kolejną lekturę. 

czwartek, 27 czerwca 2019

966. A mówili - nie trzaskać drzwiami

Dzisiaj, z racji zakończenia oktawy Bożego Ciała, udałam się na Mszę świętą z poświęceniem młodych ziół. Ziół tym razem nie udało mi się zdobyć, niestety, ale z tego co widziałam, to nie byłam jedyna. W ogóle mało było wiernych na tej Mszy i szczerze powiedziawszy, trochę dziwnie się czułam w towarzystwie 50+. Rozumiem, wiara powoli staje się niemodna, ale czy naprawdę nie ma w miastach ludzi w moim wieku(o młodszych już nie wspominając), którzy kultywowaliby tą tradycję? Piszę o miastach ponieważ na wsi, nie ukrywajmy, tradycja jest jakoś głębiej zakorzeniona i z reguły przechodzi z pokolenia na pokolenie. W miastach jest inaczej, niestety.
Z powodu poobijanych od roweru nóg(wyglądam jak jakieś "dziecko wojny", albo przynajmniej maltretowane) postanowiłam siedzieć sobie na samym końcu świątyni, tak aby widziało mnie jak najmniej osób. To nie są pojedyncze siniaki na nogach, tylko ogromne siniary na łydkach - połączenie obniżonej krzepliwości krwi ze zlatywaniem stóp z pedał w pierwszych dniach jazdy na rowerze. A uwierzcie mi - starszym paniom z naszej parafii nic nie umknie uwadze. Czasami mam głupie wrażenie, że skupiają się na wszystkim, tylko nie na Mszy. 
Zawsze też zastanawiałam się co ci ludzie mają z trzaskaniem drzwiami. Wchodzą do ubikacji w centrach handlowych i trzaskają. Na uczelni - trzaskają. W kościele - trzaskają. O trzaskaniu drzwiami od mieszkania już nie wspomnę. Jakby nie można było delikatnie ich przytrzymać. Pół biedy, jeżeli akurat nie ma Mszy świętej, ale potrafią trzaskać w jej trakcie. Ogólnie zastanawiam się, czy moje denerwowanie się na takie zachowanie wynika z tego co wyniosłam z domu, czy może po prostu mam coś uszkodzonego w mózgu i dlatego nie toleruję pewnych rzeczy.
Tak było też dzisiaj. Ksiądz czyta Ewangelię, do kościoła wchodzi kobieta tak gdzieś w wieku 60+. Wchodzi i oczywiście słyszę "łup!". Noszszsz, skupić się nie można. Ale po chwili słyszę inny dziwny odgłos. Automatycznie odwracam głowę, jak zresztą większość wiernych, i co widzę? 
Otóż o drzwi wejściowe oparty był baldachim pod którym niesiona jest monstrancja podczas procesji. Spowodowane trzaśnięciem drzwi drgania spowodowały, że z hukiem osunął się na posadzkę. Kobieta zdębiała, nie wiedziała co robić, na szczęście kilku mężczyzn wyszło z ławek i podniosło oraz ustawiło go. Dobrze, że nie zwaliły się sztandary - byłby jeszcze większy huk. Były co prawda oparte o stolik z prasą, ale baldachim mógł je przecież za sobą pociągnąć...

środa, 26 czerwca 2019

965. Rzeczywistość i marzenia

Mózgowe porażenie dziecięce nie jest jedyną przypadłością, z jaką przyszło mi się zmagać. Tak naprawdę gdyby tak było, to moje życie byłoby nawet znośne(i tak jest znośne, co nie oznacza, że po wyeliminowaniu wszystkiego innego nie byłoby cudowne). Jest jednak tak, a nie inaczej i nic na to nie poradzimy. Pocieszam się tylko tym, że w sumie mogło być jeszcze gorzej. Mogłabym być np. upośledzona umysłowo... Oj, to by była tragedia i dla mnie i dla rodziny. No bo co z tego, że ruchowo byłabym idealna, skoro mentalnie pozostawałabym na etapie dziecka. Albo nawet i nie. Dlatego zawsze powtarzam, że cieszę się z tego, że jestem niepełnosprawna ruchowo, a nie umysłowo, że rozumiem nie tylko to, co się wokół mnie dzieje, ale przede wszystkim moje schorzenia i choroby.
Pamiętam jak kiedyś jakiś lekarz powiedział, że tym z czym się zmagam z powodzeniem można by obdarować kilka osób. Nie o wszystkich moich chorobach chcę jednak pisać na blogu, bo w końcu gdzieś jest granica intymności i prywatności. Rozumiecie to, prawda? Mimo wszystko chcę jednak żyć najpełniej jak się da, realizować się, spełniać marzenia, osiągać swoje cele. Jak na razie mi się to udaje, chociaż czasami moje ciało zdaje się żyć jakby własnym życiem. Bardzo żałuję, że nie mam na to wpływu. Że muszę przeczekiwać najgorsze okresy w nadziei, że jutro będzie lepiej. Chociaż to jutro też jest niepewne. 
Dzisiaj dowiedziałam się, że lista specjalistów, pod których jestem opieką, ulega wydłużeniu. Trochę mnie to podłamało, ale tylko na chwilę. Bo może teraz będzie coś lepiej? Może komfort mojego życia się poprawi? Nie oczekuję cudów, ale... A może to po prostu moje marzenia, które nie będą miały swojego spełnienia w rzeczywistości. Chociaż moje marzenia są chyba niewygórowane - być jak najdłużej niezależna i samodzielna oraz móc uprawiać sport. Czy to tak dużo?

wtorek, 25 czerwca 2019

964. Niepełnosprawność wymówką na wszystko?

Czytam różne blogi, fanpage. Wśród nich są także te, które prowadzą osoby niepełnosprawne. Nie ich opiekunowie, tylko one same. Często opisują w nich swoje codzienne życie, przemyślenia, mniej więcej tak jak ja. Czasami też dotyczą naszych zainteresowań. Wspomniany już raz przeze mnie Celt prowadzi fantastycznego bloga o kulturze celtyckiej. Kochani, jak on mi imponuje swoją wiedzą na ten temat...
Zdecydowanie przeważają jednak blogi typowo o naszym życiu. Staram się każdego z nich zrozumieć tak samo, jak staram się zrozumieć każde dziecko przychodzące do naszego Oratorium. Bez oceniania, bo oceniać mogę tylko w przypadku, kiedy poznam jakąś historię w pełni. Mogę sobie co najwyżej wyrobić opinię na temat danej osoby. I tak jak wyrabiam sobie opinię o poszczególnych dzieciach, co jest nieuniknione, sami przyznacie, zwłaszcza ci z Was, którzy pracują w branży pedagogicznej. Chyba już tacy zostaliśmy stworzeni i nic na to nie poradzimy. A może się mylę? Zresztą mylić się jest rzeczą ludzką, czyż nie?
Nie wszystko jednak jestem w stanie zrozumieć. Chyba nigdy nie zrozumiem tych, którzy każde swoje niepowodzenie zganiają na niepełnosprawność, którzy wszystko chcą wytłumaczyć schodzeniem, z którym się zmagają. Jak to prosto powiedzieć: "Coś mi się nie udało, bo jestem niepełnosprawny", "nie mam znajomych, którzy by mnie odwiedzali, bo jestem niepełnosprawny", "nie radzę sobie w szkole/na studiach, bo jestem niepełnosprawny", "nie zdałem egzaminu/itp. bo jestem niepełnosprawny", "nie radzę sobie w życiu, bo jestem niepełnosprawny"...
Tak, mam wrażenie, że dla niektórych niepełnosprawność jest wymówką na wszystko. Gdyby te same problemy dotyczyły kogoś, kto nie zmaga się z niepełnosprawnością, to w oczach innych, a może nawet samych niepełnosprawnych, byłby osobą niezaradną, nieukiem, izolującą się od innych. Ale o niepełnosprawnych tak nie powiemy. 
Przez lata utarł się mit, że niepełnosprawni to ci, którzy są zdani na pomoc innych, bez względu na stopień upośledzenia, psychicznego lub fizycznego, które posiada. W tym micie wychowani byli rodzice, w większości dorastający w realiach PRLu. Przez cały czas wmawiano im, że tak ma być. I albo w to uwierzyli, albo i nie. Szczęśliwi ci, których rodzice nie uwierzyli i wychowywali się w domach, gdzie życie nie toczyło się wokół ich schorzenia. Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby zaprzestawać wszelkich terapii zmierzających do jak największej sprawności dziecka. Nie popadajmy w skrajność. Ale jeżeli dziecko wyleje coś na stół, a rodzice za każdym razem tłumaczą to tym, że ono takie biedne i niepełnosprawne i tak będzie zawsze, to to dziecko automatycznie nabiera przekonania, że tak ma być i niepełnosprawnością można wszystko wytłumaczyć.
Pamiętam takie dwie sytuacje z dzieciństwa. W pierwszej z nich byliśmy na obiedzie u znajomych i akurat jedząc zupę łyżką, porozlewałam ją naokoło. Widziałam, że rodzice byli trochę zdezorientowani. Gospodarz oczywiście kazał się tym nie przejmować, że zdarza się, zwłaszcza niepełnosprawnym. Jak zareagowała moja mama? Zamiast przyznać mu rację, spojrzała na mnie i rzekła:
 - Niepełnosprawność nie zwalnia jej z tego, aby starać się jeść tak, żeby nie rozlewać wszystkiego dookoła.
To była dla mnie pierwsza lekcja tego, że moje schorzenie nie sprawia, że mam jakąś taryfę ulgową. Drugą sytuacją była matematyka w liceum. A ściślej mówiąc - geometria. Miałam kolegę w klasie, też z mpd, którego matka zwolniła z pisania sprawdzianu z tego przedmiotu. Moja jednak tego nie zrobiła i dostałam dostateczny(najgorsza moja ocena z matematyki w całej mojej szkolnej karierze) z klasówki. Rozgoryczona wróciłam do domu, bo może gdyby zainterweniowała, to też nie musiałabym jej pisać. A przynajmniej byłaby szansa na zwolnienie z części dotyczącej rysowania. Wyżaliłam się rodzicom, ale zamiast "pogłaskania po główce" z komentarzem jaka ja biedna i niepełnosprawna, usłyszałam:
- Ale o co ci chodzi. Pomyśl, realizujesz taki sam program nauczania jak twoi koledzy z klasy, masz tylko zmienioną formę zaliczenia z pisemnej na ustną lub komputerową. Czy według ciebie fair byłaby to, gdybyś dostała inną klasówkę, albo nie dostała jej wcale? Chcesz zdawać matematykę na maturze, tam nie będzie taryfy ulgowej, dostaniesz taki sam arkusz jak inni. A studia? Myślisz że tam ktoś będzie się z tobą patyczkować tylko dlatego, że masz orzeczenie o niepełnosprawności?
Dwie sytuacje, w których niepowodzenie można by wytłumaczyć moim mózgowym porażeniem mózgowym. Ale nie w przypadku moich rodziców, dla których niepełnosprawność nie była wymówką. Rodzice nie stawiali mnie w centrum swojego świata, zresztą mam jeszcze młodszą siostrę. Dzisiaj pewnie byłoby to patologią, ale już w wieku sześciu, siedmiu lat zostawałam sama z K. w domu, a w wieku dziesięciu lat odprowadzałam ją i przyprowadzałam z przedszkola. Pomimo niepełnosprawności. Oczywiście miałam też inne obowiązki, adekwatne do mojego wieku i możliwości. Rodzice znali moje granice i nie wymagali ode mnie "rzeczy niemożliwych". Ktoś by mógł tutaj powiedzieć, że to przez niepełnosprawność, ale ja nazwałabym to inaczej - zdrowy rozsądek.
I wiecie co, takie wychowanie chyba mnie zahartowało, pozwoliło spojrzeć na niepełnosprawność z innej perspektywy. Nie jako wymówkę na wszystkie niepowodzenia, ale jako dodatek do życia. Dodatek, który w nim nie pomaga, rzuca kłody pod nogi, ale z którym można żyć, spełniać siebie i swoje marzenia, osiągać kolejne szczyty. A jeżeli do tego dołożymy jeszcze zdrowy rozsądek wraz z świadomością swoich możliwości i ograniczeń, to wyjdzie nam układ niemal idealny.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

963. Uroki pierwszego wakacyjnego poniedziałku

Siedziałam sobie dzisiaj u szczytu górki w parku miejskim, z której zimą dzieci zjeżdżają na sankach i innych rzeczy. Teraz, latem, szaleją w ogródku jordanowskim znajdującym się tuż u jej stóp. Miałam ze sobą "Dawcę" Tess'y Gerritsen, książkę, którą aktualnie czytam. Mogłabym poświęcić się jej w domu, ale jest taka pogoda, że aż żal jest siedzieć w czterech ścianach. A tak bierze się książkę, rower i jedzie przed siebie. Przed siebie, tzn. do parku miejskiego. Chociaż dzisiaj zdołałam podjechać pod szkołę sportową, zrobić trening i wrócić. Nie wróciłam jednak od razu do domu, tylko zatrzymałam się we wspomnianym parku.
Niezbyt udane selfie na tle stadionu
Otworzyłam książkę, ale niespecjalnie mogłam się skupić na jej treści. Dzieciaki krzyczały, biegały wokół urządzeń, dokazywały. W sumie w ich wieku niewiele się od nich różniłam. Może nie dorównywałam im sprawnością, ale energią na pewno. W wieku dziesięciu, trzynastu lat potrafiłam całe dnie spędzać na dworze. Bazy, podchody, podbój "obcych światów" - tym żyły dzieciaki z mojego pokolenia. Wszyscy czekaliśmy na wakacje, bo wtedy nic nam nie przeszkadzało w zabawie. Innym też nie przeszkadzała moja niepełnosprawność i wynikające z niej ograniczenia. A może to dlatego, że sama starałam się nie robić z tego problemu? To były jeszcze przedkomórkowe czasy, rodzice zazwyczaj nie za bardzo wiedzieli gdzie się podziewają ich dzieci, co np. w moim przypadku było nieco ryzykowne. Moi rodzice mieli jednak do mnie pełne zaufanie, a i ja starałam się go nie zawieść - miałam być w domu o 19:00, to byłam. Może dlatego wszyscy zazdrościli mi moich relacji z rodzicami. 
Siedziałam tak sobie na skarpie, patrzyłam na szalejące na dole dzieciaki i automatycznie uśmiechałam się sama do siebie. Tak, dzieciństwo i wynikające z tego przywileje to wspaniały i bezcenny czas. Dobrze jest je mądrze wykorzystać, bo ten okres nigdy już nie wróci. I dobrze jest się nim cieszyć, smakować życia, odkrywać... A potem dobrze je wspominać.

niedziela, 23 czerwca 2019

962. Pojeżdżone

Dzisiejsze popołudnie uważam za jak najbardziej udane. Wreszcie miałam okazję pojeździć na wypożyczonym rowerze. I mimo moich obaw było całkiem znośnie. 
Pogoda była bardzo ładna, słońce od rana radośnie świeciło, zachęcając wszystkich do aktywnego wypoczynku. Żal było nie skorzystać.
Ogólnie to bałam się jak sobie poradzę, nie tylko z samym jeżdżeniem na rowerze, ale też chociażby z wyniesieniem go na zewnątrz. Rower waży ok. 23 kilogramów, ja zaledwie 41 kilo. On nawet nie jest o połowę lżejszy ode mnie. A na razie awaryjnie był trzymany na trzecim piętrze w klatce bez windy. Na szczęście sąsiad zgodził się mi go znieść. 
Potem musiałam oswoić się z rowerem. Wiem, że to może się wydawać dziwne, bo to przecież tylko trójkołowy rower, ale do takiego też się trzeba przyzwyczaić. Zwłaszcza w kwestii pedałowania, bo z utrzymaniem równowagi zbytnio nie miałam problemu. Ale też o to chodziło. Jak wiele osób(ale nie wszystkie) dotkniętych mózgowym porażeniem dziecięcym mam uszkodzony móżdżek, a co za tym idzie, zmysł równowagi. Chociaż podejrzewam, że gdybym tak bardzo, bardzo się uparła, to i na jednośladzie opanowałabym jazdę, tak samo jak np. na nartach.
Tuż obok mojego osiedla jest jeden z parków miejskich, a w nich wiele ścieżek rowerowych. Żyć nie umierać. Przez blisko dwie godziny szalałam w te i z powrotem. A nawet trochę pojeździłam po osiedlu. Trochę muszę jeszcze poćwiczyć ustawienie stóp na pedałach, bo teraz miałam za bardzo na piętach oparte i nogi często spadały mi z pedałów. Trochę przy tym zdarłam sobie skórę z dolnej części łydek, ale to nic, da się wytrzymać.
A po powrocie zostawiłam go na parterze przywiązany do barierki. Mam nadzieję, że nikt się na niego nie połasi, bo byłoby nieciekawie.

sobota, 22 czerwca 2019

961. Żyć najlepiej jak się da

Czasami zastanawiam się, jak to by było, gdyby można było cofnąć czas i wrócić do pewnych momentów w naszym życiu. Czy podjęlibyśmy te same decyzje? Czy wypowiedzielibyśmy tyle słów, których już się nie cofnie? Czy zrobilibyśmy tak, a nie inaczej? Na te i wiele innych pytań nie znajdziemy odpowiedzi, bo to jest po prostu niemożliwe. Możemy tylko z naszego dotychczasowego życia wnioskować błędy i starać się ich już nie popełniać. To bardzo trudne. Zresztą całe nasze życie to trudne zadanie. Zadanie, które musimy wykonać najlepiej jak tylko możemy. 
Dlatego staram się cieszyć drobnostkami, każdym dniem mojego życia. Przecież jutro może już nas nie być. Nikt nie wie, co jest nam pisane. Pamiętam jak w dzieciństwie ubolewałam nad choinką z baśni Andersena. Ale to właśnie ta prosta baśń nauczyła mnie jak kruche jest życie i jak doceniać to, co się od niego dostało, nawet gdy widzimy, że inni mają lepiej i więcej. Ale może my mamy coś, czego oni nie mają, a zamroczeni bezsensownym porównywaniem się z innymi po prostu tego nie zauważamy? Może to chore, ale tak właśnie postrzegam mój świat, moją codzienność, moje ograniczenia - nie mam tego co inni, choćby w sferze sprawności, ale na pewno mam coś w zamian, coś czego nie jestem w stanie sama zauważyć.
I w sumie dobrze mi z tym, bo czuję radość i błogość umysłu. A czy w dzisiejszym świecie jest coś piękniejszego niż żyć w zgodzie z samym sobą i własnym sumieniem? Przecież to od naszego światopoglądu w dużym stopniu zależy nasze samopoczucie, a od samopoczucia - relacje z innymi. Mamy oczywiście prawo do negatywnych uczuć, bo takimi stworzyła nas natura. Jednak czy z powodu naszego złego samopoczucia powinniśmy zatruwać życie innym z naszego otoczenia? Czy w przypadku prowadzenia bloga powinniśmy o wszystkim wszystkich informować? To takie błędne koło, w którym jedna nieprawidłowość pociąga za sobą kolejne. I z koła robi się kwadrat. A tego raczej nikt nie chce, prawda?

piątek, 21 czerwca 2019

960. Pierwsze koty za płoty

Ostatni egzamin, z mikroekonomii, za Młodą. A tym samym praktycznie zaliczyła pierwszy rok na AWFie. Jestem z niej bardzo, bardzo dumna, chociaż jest tylko moją kuzynką. A może aż. W każdym razie pomimo biedy, niepełnosprawności i związanych z tym stereotypów wyrwała się z ubogiej wsi i odnalazła w realiach ogromnego miasta. Wiadomo, że mieszkając ze mną ma łatwiej, bo nie musi za akademik płacić. 
Średnią za pierwszy rok ma bardzo ładną - 4,32. Na początku zastanawiałam się, jak się w tym wszystkim odnajdzie. Ale dała radę. A nawet zapisała się do tutejszego klubu pływackiego dla niepełnosprawnych, żeby nie zaprzepaścić tego, co przez lata wypracowała - bo Młoda od małego jeździła kilkadziesiąt kilometrów na lekcje pływania. Dzisiaj w wodzie czuje się jak rybka, albo jakaś syrenka. Po trochu zmotywowała mnie też, abym się wzięła za pływanie. Ale to już po wakacjach.
Jutro wraca do siebie, na Kielecczyznę. A ja zostanę sama. No dobrze, z Pusią. Ale z Pusią raczej sobie nie pogadam, prawda?

czwartek, 20 czerwca 2019

959. I dotarł nawet na obrzeża parafii

Mieszkam na osiedlu znajdującym się na obrzeżu parafii. Nie mam pojęcia na jakiej zasadzie poszczególne ulice są przydzielane do nowo utworzonych parafii, w każdym razie nasza ulica należała kiedyś administracyjnie do miejskiej bazyliki, o której kilkakrotnie Wam tutaj wspominałam. Potem(w 1983 roku) utworzono moją parafię, która wchłonęła niewielkie osiedle znajdujące się tuż przy głównej drodze. Ja z moją siostrą zostałyśmy ochrzczone już w naszej parafii i tam uczęszczamy na nabożeństwa, jednak większość ludzi z naszej ulicy chodzi do bazyliki. Bo bliżej, bo tam byli nauczeni, bo z racji tego, że jesteśmy na obrzeżach parafii, to zawsze nas pomijają i gdyby nie doroczna wizyta duszpasterska i comiesięczne odwiedziny u najbardziej chorych parafian, to prawdopodobnie księża nawet by nie wiedzieli, że osiedle istnieje.
Coś w tym jest, bo nawet patrząc na skład scholi czy też wolontariuszy w Oratorium to wychodzi na to, że z mojego osiedla jestem jedna jedyna. I sama jak palec wracam po swojej służbie do domu. Ma to swoje plusy, bo czasami człowiek może przemyśleć kilka spraw, a nawet pogrążyć się w rozmowie z Najwyższym. Na dłuższą metę to jest jednak średnio fajnie. Bo tak wracać bez przerwy samemu... W dodatku kiedy osiedle ma spory potencjał młodości i energii. To u nas jest podstawówka podlegająca pod parafię, to u nas jest rejonowe przedszkole.
Dlatego byłam szczerze zaskoczona, kiedy usłyszałam, że w tym roku procesja Bożego Ciała ma się zatrzymać "na Merkurym"(tak w miejskim żargonie nazywa się moje osiedle) i to aż dwa razy. Pamiętam jak z cztery razy trasa procesji przebiegała przez kawałek mojego osiedla, a ołtarz znajdował się na tzw. łączce między przedszkolem, a szkołą. Dobrze, że był stawiany z samego rana, bo okoliczne pijaczki mogłyby go nieźle pokiereszować. Teraz jednak obydwa ołtarze miały stanąć w przestrzeni między blokami. 
Jeszcze wczoraj próbowałam sobie wyobrazić trasę całej procesji, dokładając do dwóch naszych ołtarzy pozostałe dwa. I w sumie nijak nie mogłam tego sobie zwizualizować. Czyżby proboszcz zamierzał iść główną ulicą pod prąd? W sumie z jego dziwnymi pomysłami wszystko jest możliwe. Wracając z treningu próbowałam wypatrzeć jeden z ołtarzy. Nic z tego - całą czwórkę postawili dopiero dzisiaj rano. Dzwoniłam też do prowadzącej parafialną scholę z pytaniem, czy śpiewamy podczas Mszy świętej. Dowiedziałam się, że nie, ponieważ proboszcz zamówił na nią orkiestrę dętą z samych Katowic. Ok. jeden obowiązek mniej.
Msza święta z procesją odbyła się o godzinie 10:00. Sam pomysł na orkiestrę w kościele był dla mnie średnio udany, bo nasza świątynia jak dla mnie nie jest przystosowana do takich rewelacji. Na procesji też średnio to wszystko wyszło. Ale dobra, nie czepiam się tego. Tak samo jak nie czepiam się jej trasy, która była skróconą wersją skróconej wersji. Ja rozumiem stygnący obiad, ale przecież można było na każdej ulicy ustawić jeden ołtarz i procesja obeszłaby całą parafię po Bożemu. Przynajmniej ja tak rozumiem procesję Bożego Ciała, bo przecież, jak głosi bardzo piękna pieśń - "Zagrody nasze widzieć przychodzi, i jak się jego dzieciom powodzi". Ale przynajmniej zobaczył, jak się jego dzieciom z obrzeży parafii powodzi.
A ja już zaczynam się zastanawiać jaka będzie trasa w przyszłym roku...

I na koniec kolejny mój wiersz, zrodzony w cichości serca.

Przeszedłeś Panie w monstrancji schowany,
przez ulice parafii pięknie przystrojone.
Widziałeś w oknach ludzi starych, schorowanych,
co nie mogli z innymi iść razem w procesji.
Błogosławiłeś dobrodusznie swojemu ludowi,
z którym zazwyczaj spotykasz się w cichym kościele.
A dzisiaj to Ty poszedłeś ich odwiedzić,
zapraszając niezbyt gorliwych do siebie w niedziele.
Szedłeś niesiony przez księdza, wśród bijących dzwonów,
a dzieci rzucały Ci pod nogi kwiaty.
Wiejskimi ścieżynami, pokrytymi kurzem,
miejskimi drogami, pośród autobusów.
Czas jakby stanął w miejscu, a przynajmniej zwolnił,
przy czterech ołtarzach schowanych wśród domów.
Cztery Ewangelie popłynęły w niebo,
niczym cztery gołębie puszczone na wolność.

wtorek, 18 czerwca 2019

958. Kiedy nie warto być geniuszem w danej dziedzinie

Cały wczorajszy wieczór oraz dzisiejsze popołudnie spędziłam na wypisywanie dyplomów dla dzieciaków, które regularnie chodziły na Oratorium. Rzecz jasna - nie podpisywałam ich tylko ja, więc trochę to zeszło. Podczas wieczornej Mszy świętej na zakończenie roku szkolnego i oratoryjnego zostały one rozdane obecnym na niej dzieciakom. Jeszcze kilka lat temu napisałabym, że teraz jeszcze czekają nas półkolonie. Ale nie czekają. I jeszcze przez przynajmniej rok na to się nie zanosi. Trochę przykro, że to co było naszą wizytówką w społeczeństwie przepadło w najgłupszy z możliwych sposobów. Gdyby jeszcze nie było osoby, która miałaby papierki na kierownika kolonii - zrozumiałabym, gdyby nie było wychowawców - zrozumiałabym. Jedno i drugie jednak jest. Z odpowiednim miejscem na przeprowadzenie zajęć też nie byłoby problemów. Zabrakło jednak chęci tego pierwszego... Bez komentarza.
M. po wakacjach idzie do siódmej klasy. Wszyscy w Oratorium są przekonani, że będę mu znowu tłumaczyć matematykę. Ja jednak mam pewne wątpliwości co do tego. Wiem, że tłumaczenie iż nie przerobiłam klasy siódmej w dziedzinie matematyki jest w moim przypadku żałosne, ale klasy pierwszej gimnazjum też nie mam przerobionej. Tak, tak, dobrze czytacie, moja matematyczna edukacja w gimnazjum zaczęła się od materiału z drugiej klasy. Nie wiem jak to formalnie przeszło, w wieku trzynastu lat średnio mnie to interesowało. Z tego co pamiętam, że wmówiono moim rodzicom, że kiedyś przerobią ze mną tą pierwszą klasę, a teraz po prostu będą mi wszystko na bieżąco tłumaczyć. Trochę się tylko wkurzałam, kiedy widziałam jak moi koledzy z pierwszej klasy idą normalnym tokiem, a ze mnie po trochu zrobiono sobie królika doświadczalnego. Oczywiście nie pytając mnie o zdanie, w myśl zasady, że dzieci i ryby głosu nie mają. Poza tym naprawdę łudziłam się tym, że przerobię jeszcze tą  pierwszą klasę. Prawda jest taka, że mimo przeskoku i tak miałam ocenę celującą na świadectwie, a do materiału z pierwszej klasy i tak nie wrócono, bo uznano to za zbyteczne. 
Czy mam dzisiaj żal? Może troszeczkę, zwłaszcza z perspektywy tej siódmej klasy M. Ale staram się z tego nie robić tragedii narodowej. Było, minęło, i już się czasu nie zawróci. Trzeba iść naprzód. Najwyżej wypożyczę sobie na wakacje jakieś podręczniki do matematyki do siódmej klasy. Chociaż wolałabym, aby ktoś go przejął, bo jestem już po trochu zmęczona tłumaczeniem mu tego wszystkiego. Chyba mam do tego prawo, prawda?

poniedziałek, 17 czerwca 2019

957. Bieg Górski Frassatiego

W sobotę miałam przyjemność brać udział w Górskim Biegu Frassatiego odbywającym się w położonym w górach Międzybrodziu Bialskim. Tym razem jednak nie byłam jako uczestnik zmagań(kilkanaście kilometrów po górach i w słońcu jednak jeszcze wykracza poza moje skromne możliwości), ale jako wolontariusz.
Pier Giorgio Frassati, a może po polsku Piotr Jerzy, to taki włoski odpowiednik naszego Stanisława Kostki. Urodził się na początku XX wieku(1901 r.) w Turynie. Był synem ambasadora Królestwa Włoch w Berlinie oraz malarki. Nie był jedynym dzieckiem Frassatich, miał jeszcze młodszą siostrę Lucjanę. Należał do wielu stowarzyszeń, m.in. Apostolstwa Modlitwy, Konfederacji św. Wincentego a Paulo, Uniwersyteckiej Federacji Katolików Włoskich i Włoskiej Młodzieży Katolickiej, a także ruchu skautowego. Studiował inżynierię górniczą na Politechnice Królewskiej w Turynie. Pasjonował się górami. W 1922 roku wstąpił do Trzeciego Zakonu Dominikańskiego, gdzie przyjął imię Hieronim. Dwa lata później założył z przyjaciółmi nieformalne "Stowarzyszenie Ciemnych Typów", którego celem był apostolat wiary i modlitwy, np. przez wspólne górskie wycieczki. Pomagał biednym i ubogim. I to od jednego z nich zaraził się chorobą Heinego-Medina, na którą zmarł w wieku zaledwie 24 lat. Piotr został beatyfikowany w 1990 roku przez papieża Jana Pawła II, a jego wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 4 lipca. Patronuje młodzieży, studentom, ludziom gór, Akcji Katolickiej, Ruchu Apostolstwa Młodzieży Archidiecezji Przemyskiej, Duszpasterstwa Akademickiego Morasko w Archidiecezji Poznańskiej oraz "Soli Deo Omnia".
Międzybrodzie Bialskie to malowniczo położona górska miejscowość u podnóża słynnej Góry Żar, na której prawa fizyki zdają się nie istnieć. Aby zdążyć na czas(na 9:00) musiałam wstać o 4:10, o 5:17 miałam najszybszy autobus do Katowic(który i tak był opóźniony), później musiałam przesiąść się na pociąg do Bielska - Białej, a następnie na lokalnego busa, który dowiózł mnie na miejsce. Pomimo tego, że byłam tam na koloniach szkolnych w 2004 roku, trochę się bałam, jak się tam odnajdę. Na szczęście kierowca wyrzucił mnie w centrum miasteczka, z którego okazało się być już rzut beretem na kompleks boisk, gdzie był start i meta zawodów. Tam się odmeldowałam, dostałam służbową koszulkę i zaczęłam czekać na polecania co do tego, co mam robić. Na początek kazali mi pozbierać potłuczone szkło ze schodów prowadzących na górne boiska, gdzie miały się odbyć biegi dla dzieci. Jednak zanim do nich doszło wystartował bieg główny na 22 kilometrów. Wcześniej jednak była wspólna rozgrzewka:
 I wystartowali:
Tuż po starcie dorosłych na nieco młodszych czekał pokaz iluzjonistyczny, po którym odbyły się biegi dla dzieci. Były one o tyle wyjątkowe, że każdy milusiński otrzymał nagrody ufundowane przez redakcję "Małego Gościa Niedzielnego".
Kiedy ostatni malcy zakończyli swoje sportowe zmagania, na mecie pojawił się pierwszy zawodnik. To Marcin Kubica, który pokonał całą niełatwą trasę w czasie 1 godziny i 40 minut.
Wśród pań najlepsza była Anna Arseniuk z Poznania, która w dodatku była ambasadorką biegu. Po nich na mecie pojawiali się kolejni biegacze.
Ostatni przekroczyli jej linię po ponad 4 godzinach zmagań w słońcu i upale. Akurat miałam za zadanie rozpakowywanie medali, więc w pewnym momencie miałam ręce pełne roboty. No, ale wyobraźcie sobie, że na metę wpada naraz nawet 30 zawodników. Czasami nie nadąża się wręcz z rozdawaniem medali. Dlatego po rozpakowaniu trofeów poszło się do wolontariuszy zaangażowanych w dekorację, aby im pomóc.
O 15:00 odbyła się dekoracja najlepszych biegaczy w poszczególnych kategoriach wiekowych, w kategorii open, najstarszego uczestnika biegu oraz trójkę biegaczy, którzy jako ostatni przekroczyli linię mety.
To był bardzo udany, chociaż gorący dzień. Kilkoro uczestników biegu zostało odtransportowanych do szpitala ponieważ nie dało rady. Sama wiem, że też bym nie podołała tym 22 kilometrom w górach. Dlatego cieszę się, że mi zaufano i mogłam wziąć udział w imprezie chociażby jako wolontariusz. 

niedziela, 16 czerwca 2019

956. A potem świat miał się dowiedzieć o słynnych kremówkach

I tam też się miało okazję wtedy być... Chyba mogę nazwać siebie szczęściarą - w wieku niespełna 9 lat miałam okazję słuchać na żywo(a ile przy tym usłyszałam i zobaczyłam w TV) słów Ojca Świętego aż dwa razy. I to w ciągu przeszło trzech dni(14 czerwca u nas w Sosnowcu i 16 czerwca w Wadowicach). 
Co ciekawe, moje pierwsze "spotkanie" z Janem Pawłem II odbyło się też w Wadowicach, z tym że 14 sierpnia 1991 roku podczas konsekracji tamtejszego kościoła p.w. św. Piotra, będącego wotum wdzięczności wadowiczan i okolicznych miejscowości za wybranie Karola Wojtyły na papieża oraz jego cudowne ocalenie z zamachu. Kościół powstał na nowym osiedlu "Pod Skarpą". Mój tata pamięta jeszcze czasy, kiedy tam nic nie było(tzn. nie było bloków, bo domki jednorodzinne już stały) i można było szaleć na sankach i nartach. Ja, rzecz jasna, tego pierwszego spotkania nie pamiętam, nie miałam wtedy nawet roczku skończonego, znam je jednak z opowiadań. Trochę żałuję, że nie byłam świadoma tego co się dzieje wokół mnie, ale takie jest prawo człowieczeństwa. Na szczęście spotkania z 1999 roku(i późniejsze - z 2002) pamiętam w miarę dobrze. I tak samo dobrze je wspominam.

sobota, 15 czerwca 2019

955. Trylogia sosnowiecka

Niedawno miałam okazję przeczytać trylogie kryminalnych książek napisanych przez Zbigniewa Białasa, których akcja rozgrywa się w Sosnowcu w okresie przed pierwszą wojną światową oraz międzywojennym. Dwie pierwsze z nich, "Korzeniec" oraz "Puder i pył" są ze sobą bezpośrednio powiązane i dotyczą sprawy brutalnego zabójstwa niejakiego Alojzego Korzeńca. Trzecia książka, zatytułowana "Tal" opowiada zaś o głośnej w latach 30 sprawie rzekomego zabójstwa żony i dwójki dzieci przez niejakiego Pawła Grzeszolskiego.
Tytuł: "Korzeniec"
Autor: Zbigniew Białas
Wydawnictwo: MG
Kraków 2013
Liczba stron: 416

Wieczorem 29 czerwca 1913 roku tuż przy sosnowieckim nasypie kolejowym dokonano makabrycznego odkrycia - znaleziono elegancko ubranego mężczyznę bez głowy. Ze znajdujących się przy nim dokumentów wynikało, że jest to drobny sosnowiecki przedsiębiorca trudniący się wykładaniem kafelków na podłogach - Alojzy Korzeniec. Zaintrygowany tym tajemniczym zdarzeniem redaktor czasopisma "Iskry", Walerian Monsiorski, po otrzymaniu odpowiednich zezwoleń oraz na prośbę wdowy po Korzeńcu, Jadwigi, postanawia rozwiązać tą zagadkę na własną rękę. 
W powieści poznajemy topografię Sosnowca przed wybuchem pierwszej wojny światowej, kiedy to miasto należało formalnie do tzw. "Trójkąta Trzech Cesarzy", a dzięki rozwojowi kolei Warszawsko - Wiedeńskiej (którą do Sosnowca miał przyjechać znany z "Ludzi bezdomnych" Żeromskiego doktor Judym) połączone było z wieloma znaczącymi miastami. Co ciekawe, bardzo wiele obiektów sprzed 100 lat przetrwało w tym mieście po dzień dzisiejszy i można zobaczyć je na własne oczy. Chociaż książka przedstawia fikcyjne przedstawienia, to na jej kartach można znaleźć wiele autentycznych postaci mieszkających wtedy w Sosnowcu, takich jak młodziutki Jan Kiepura, któremu cyganka miała pewnego dnia wywróżyć wielką, światową karierę, czy też przyszły pianista, malutki Władysław Szpilman. 

Tytuł: "Puder i pył"
Autor: Zbigniew Białas
Wydawnictwo: MG
Kraków 2013
Liczba stron: 288

Druga część sosnowieckiej trylogii zaczyna się w dniu odzyskania przez Polskę niepodległości. Zabójca Alojzego Korzeńca nie został jeszcze odnaleziony, a sam Walerian Monsiorski został na jakiś czas osadzony w więzieniu, gdzie zachorował na gruźlicę. W tym czasie zaprzyjaźnił się z jednym z lekarzy, który interesował się psychiką zabójców. Po wyjściu z więzienia Monsiorski w dalszym ciągu kontynuuje swoje śledztwo odnośnie zabójstwa Korzeńca, jednocześnie wdaje się w romans z jego żoną, Jadwigą. I to z nią Walerian wyjeżdża do niemieckiego sanatorium na podratowanie zdrowia. Tymczasem w Sosnowcu zjawia się początkująca gwiazda filmowa, Apolonia Chaupiec, która zakochuje się w komendancie sosnowieckiej policji - Eugeniuszu Dąmbskim.
Tym razem poznajemy Sosnowiec w pierwszym roku odzyskania przez Polskę niepodległości. Ale nie tylko. Autor zabiera nas także do Petersburga, gdzie za ukochanym pojechała jedyna córka sosnowieckiego aptekarza, pana Hieronima, doprowadzając tym rodziców do rozpaczy. Zwiedzamy z nim też Warszawę oraz górski kurort uzdrowiskowy, poznajemy też realia życia w tamtych czasach. Chociaż, podobnie jak "Korzeniec", "Puder i pył" jest powieścią fikcyjną, to wplecenie w fabułę autentycznych wydarzeń, takich jak wybuch Pierwszego Powstania Śląskiego, czy też ślub znanej aktorki w sosnowieckim kościele, jest bardzo ciekawym zabiegiem. W "Pudrze i pyle" znajdzie się też miejsce dla młodego Janka Kiepury, który pracując w ojcowskiej piekarni, oczarowuje wszystkich swoim śpiewem.

Tytuł: "Tal"
Autor: Zbigniew Białas
Wydawnictwo: MG
Kraków 2015
Liczba stron: 304

Sosnowiec w ostatniej dekadzie zasłynął dzięki Katarzynie W., która nie dość, że pozbawiła życia swoją półroczną córeczkę Madzię, to jeszcze oszukiwała wszystkich twierdząc, że dziecko zostało jej porwane. Mało kto jednak wie, że w latach 30 ubiegłego stulecia miasto to było na ustach całej Polski za sprawą jednego z tutejszych przedsiębiorców, Pawła Grzeszolskiego, który z premedytacją miał pozbawić życia żonę i dwójkę swoich dzieci. Rekonstrukcję tych wydarzeń przedstawia powieść "Tal", która w przeciwieństwie do swoich dwóch poprzedniczek, została oparta na autentycznych wydarzeniach.
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Grzeszolscy tworzą szczęśliwą rodzinę. On prowadzi fabrykę guzików niedaleko kamienicy, w której mieszkają, ona wraz z służącą zajmują się domem. Są jeszcze bliźniaki, Jerzyk i Lucynka, którzy pewnie nie raz przysparzali zmartwień swoim rodzicom, ale i tak ich kochali. Wszyscy jednak wiedzieli, że Paweł podkochuje się w młodziutkiej Pelagii, słuchaczki szkoły nauczycielskiej. Dlatego kiedy najpierw umiera jego żona, a następnie dzieci, łączą te dwie sprawy i wysnuwają wniosek, że cała trójka została pozbawiona życia z premedytacją. W chwili wykrycia w organizmach dzieci śmiertelnej substancji - talu, przeciwko Grzeszolskiemu zostaje wytoczony proces o ich zabójstwo. W całym kraju nie mówi się o niczym innym niż o ojcu-zbrodniarzu i bezprecedensowej sprawie. Tymczasem adwokat Hofmokl-Ostrowski intensywnie poszukuje przesłanek ku niewinności swojego klienta...

Wiecie co, czytałam sobie te książki i myślałam - a jakby tak napisać coś własnego, a akcję umieścić w swoim mieście, które też ma ciekawą historię? Pamiętam, jak na poprzednim blogu pochwaliłam się, że napisałam książkę o czwartym królu, to jeden komentator zaczął mi pisać, że co ja sobie wyobrażam, że taką książkę trudno wydać itp. itd. Chwileczkę, kto tu mówi od razu o wydawaniu papierowym książki? Co prawda sama taką formę najbardziej preferuję, zawsze można przecież pisać chociażby na własnym blogu, prawda? To nic nie kosztuje, a może dać wiele przyjemności. A papierowe wersje, wydrukowane na domowej drukarce, podobnie jak w przypadku "Opowieści o czwartym królu" oraz niedawno powstałych "Opowieści spod wadowickiego nieba" mogą być dla kilku.

piątek, 14 czerwca 2019

954. To była historyczna chwila dla Zagłębia...

14 czerwca 1999 roku stolicę Zagłębia Dąbrowskiego odwiedził papież Jan Paweł II. I ja tam wtedy byłam i wszystko to widziałam i słyszałam...

A w dwudziestą rocznicę tego wydarzenia powstał ten skromny wiersz...

W Zagłębiu czerwonym
od gorącej miłości
polski papież się pojawił.
Wśród wiwatów i okrzyków
zgromadzonych wiernych
prawdę Bożą objawił.
A tłum słuchał tych słów,
niczym szczury flecisty
ze słynnej niemieckiej baśni.
I chociaż wieczór już się zbliżał
na niebie widniało słonko
świeciło coraz to jaśniej.
Zdziwił się tłum na te słowa
co z ust papieskich płynęły
płynąc wprost do ludzkiego serca.
Niejedna łza wypłynęła z oczów
wzruszonych świadków
słuchających go niczym mędrca.
I gdy pojechał w swą dalszą pielgrzymkę
tłum ludzi na placu wśród wysokich bloków
wydał głębokie westchnienie
A ziemia zagłębiowska,
na której stanęła jego święta noga
świętą na zawsze zostanie.

czwartek, 13 czerwca 2019

953. Jak gorąco...

Gorąco, gorąco i jeszcze raz gorąco. Zbyt gorąco, jak dla mnie. Owszem, lubię jak jest ciepło, ale dla mnie jest zbyt gorąco. Ktoś by powiedział, że przecież w Panamie było cieplej. Owszem, ale wydaje mi się, że wilgotność powietrza ma też znaczenie w naszym subiektywnym odczuwaniu temperatury. Zresztą nie tylko mnie doskwierają te upały - mój kot też ma tego wszystkiego dosyć: chodzi, miauczy, pokłada się na płytkach, nawet "przeprosił się" z wodą i zaczęła ją chłeptać sobie. My ludzie mamy więcej możliwości. Chociaż przyznam szczerze, że perspektywa spędzenia 1,5 godziny w nagrzanym do granic możliwości busie w najgorszych godzinach, wcale mi się nie uśmiecha. A przecież i zgodziłam się na zastępstwo za panią D., i trzeba było kilka rzeczy załatwić i do domu wrócić, bo nikt mi stancji w K-wie nie zapewni, niestety. Na szczęście jeszcze tylko jutro, dwie rzeczy do zaliczenia i finito. Przynajmniej na razie. A wracając z przystanku do domu przechodzę przez park i ochładzam się w tamtejszych fontannach. Co za ulga!
Wiadomość dnia - zaliczyłam angielski. I to dużo lepiej niż się spodziewałam. Całe 74%, to o 14 punktów więcej niż trzeba było. Tak, wiem, dla niektórych to mało ambitne, ale dla mnie całkiem niezły wynik. Wpatrywałam się w zadrukowaną kartkę i nie mogłam uwierzyć we własne szczęście. Bo są osoby, które nie zdały, mimo tego, że uczą się tego języka dużo dłużej i na pewno intensywniej niż ja. Więc nie mogę z mojej perspektywy narzekać, o nie.
Dzisiaj też na biurku miałam herbatę i owocowe galaretki. Aż się uśmiechnęłam. Chociaż rozmowa nam się niezbyt kleiła. Zwalam to na karb gorąca... I zaliczenia projektu socjalnego. Denerwowałam się jak nie wiem, bo to mój pierwszy od tej drugiej strony, ale wszystko poszło dobrze.
A na koniec dnia podjechałam do Tychów po rower. I tym razem udało mi się go odebrać. Na dwa tygodnie jest mój. Tylko dlaczego jest taki ciężki?

środa, 12 czerwca 2019

952. 77 rocznica brutalnego mordu na terenie "Huty Bankowej"

Mieszkając w jakimś miejscu przez jakiś czas, warto jest chociaż trochę znać jej historię. Ja historii mojego miasta uczę się nieustannie i nieustannie mnie ona zadziwia. Dzisiaj na przykład dowiedziałam się, że 77 lat temu na terenie tutejszej "Huty Bankowej"(tej samej, która jest tłem nowelki Marii Konopnickiej "Dym", na szczęście opisany w niej wybuch jest fikcją literacką) odbyła się egzekucja 9 pracowników. Szczerze powiedziawszy pierwszy raz o niej słyszę, a raczej czytam. A że wydaje mi się ona godna uwagi, to postanowiłam ją tutaj przytoczyć:


ROCZNICA TRAGEDII W HUCIE BANKOWEJ

Dokładnie 77 lat temu doszło do brutalnego mordu na robotniczej społeczności Dąbrowy Górniczej. Z rąk niemieckiego okupanta zginęło w sumie 9 mężczyzn związanych z pracą w Hucie Bankowej. Tragedia ta miała miejsce 12 czerwca 1942 roku.
Czasy II wojny światowej do tej pory skrywają wiele nieodkrytych i mrocznych tajemnic. Poniekąd jest tak i ze zdarzeniem, mającym miejsce na terenach Dąbrowy Górniczej 77 lat temu. Z rąk niemieckich żołnierzy zamordowano poprzez powieszenie robotników Huty Bankowej, w tym syna jednego z pracowników.
Dąbrowa Górnicza była okupowana od 4 września 1939 roku przez wojsko niemieckie nie bez przyczyny - posiadała wiele przemysłowych zakładów pracy oraz kopalnie. Rekwirowano znajdujące się tam maszyny bądź przestawiono ich doczesny użytek na produkcję zbrojeniową. Dąbrowianie jak i reszta naszych rodaków, próbowała walczyć z wrogiem poprzez sabotowanie produkcji wojskowej bądź włącznie się do walk partyzanckiego oddziału Jana Henryka Miltona, ps. "Ordon". Należy dodać, że niemiecki terror miał nie tylko zastraszyć pracowników ośrodków przemysłowych, a zastraszyć całą ludność zamieszkującą Dąbrowę Górniczą. Jego celem było zlikwidowanie rozbudowującej się konspiracji oraz zapobieganie działaniom sabotażowym.
W pierwszych dniach czerwca Niemcy oskarżyli o sabotaż, a kilkanaście dni później dokonali egzekucji poprzez powieszenie 9 pracowników huty oraz syna jednego z jej pracowników. Tragedii tej musieli się przypatrywać przymusowo sprowadzeni robotnicy i część dąbrowskiej ludności. Nigdy nie odnaleziono miejsca pochówku ciał zabitych. Życie za wolność wtedy oddali:
  1. Bolesław Kucharski - pracownik wydziału walcowni,
  2. Wacław Bochenek - pracownik wydziału remontowo - mechanicznego,
  3. Bolesław Król - maszynista kranu elektrycznego,
  4. Marceli Baltyn - pracownik wydziału stalowni,
  5. Edward Gruchała - preser, pracownik wydziału akcesoria kolejowe.
  6. Walenty Siwek - pracownik wydziału walcowni,
  7. Roman Teper - ślusarz, pracownik wydziału remontowo - mechanicznego,
  8. Franciszek Wójcik - preser, pracownik wydziału akcesoria kolejowe,
  9. Józef Maro - pracownik wydziału akcesoria kolejowe,
  10. Eugeniusz Puz - syn robotnika huty Bankowej, a zarazem zasłużony harcerz.

Z tej okazji, 77 lat później, a więc w dniu dzisiejszym złożono wieniec pamiątkowy na placu miejskim w miejscu zbrodni.

wtorek, 11 czerwca 2019

951. Kawa i czekolada

Każdego dnia, kiedy wchodzę do sekretariatu i zasiadam na za wysokim krześle(dobrze, że ma regulowaną wysokość, bo nogi autentycznie dyndałyby mi w powietrzu) widzę pod wyższym blatem dla respondentów puszkę z kawą oraz talerzyk z czekoladowymi ciasteczkami(przykrytymi przeźroczystą pokrywką) zostawionymi dzień wcześniej przez wychodzącą do domu panią D. Do dzisiaj mogłam podejrzewać, że to dla mnie. Od dzisiaj jestem tego pewna.
Generalnie nie muszę nikomu robić kawy ani herbaty. Zapewne bez problemu poradziłabym sobie do momentu zalania esencji wodą, jednak potem, znając moją wrodzoną zgrabność, spora część napoju wylądowałaby na podłodze, tworząc nową mapę świata. Osobiście robię sobie herbatę na sposób - czyli:
  1. włączam czajnik;
  2. wrzucam torebkę herbaty do kubka(nie cukrzę, bo nie lubię);
  3. zanoszę kubek do pokoju(jeżeli chcę się napić w pokoju, bo jeżeli nie, to ten punkt pomijam);
  4. słyszę charakterystyczne pyknięcie oznaczające zagotowanie się wody;
  5. przynoszę czajnik do pokoju;
  6. zalewam torebkę z wodą; 
  7. odnoszę czajnik.
To moja autorska instrukcja parzenia herbaty, która się sprawdza w domu. W sekretariacie chyba by nie przeszła, chociaż pani Doody chyba mnie lubi do tego stopnia, że przymknęłaby na to oko. Wolę tego jednak nie sprawdzać. W rezultacie pani Doody z uśmiechem na ustach robi sobie sama kawę i sama sobie ją zanosi do gabinetu. Ciekawe, czy jak jest pani D. to też jest samowystarczalna, czy też wysługuje się swoją sekretarką. A raczej sekretarzem. Czym się różni jedno od drugiego, ktoś wie?
Od ósmej rano do 9:45, czyli w czasie, kiedy pani D. ma zabiegi w szpitalu, w sekretariacie nic się nie dzieje. Przyjdzie kilkoro roztargnionych wyrostków wypożyczyć laptopa(który nie zawsze wraca w całości na miejsce), zadzwonią dwa razy z Kanoniczej i tyle. Poczty meilowej wolę nie ruszać, bo nie moja, nawet jeżeli jestem na zastępstwie. Co innego, gdybym była te bite dwa tygodnie, to wtedy raczej musiałabym wchodzić, a tak przez te 1,5 godziny meile spokojnie poczekają.
Dzisiaj tradycyjnie kawa i słodycze leżały pod ladą. Nawet specjalnie nie zwracałam na nie uwagi. Czas wyjątkowo szybko minął i wkrótce w drzwiach pojawiła się pani D.
 - Dlaczego pani nie włączyła wentylatora? - rzuciła od progu podchodząc do wiatraka i naciskając przycisk "ON". W powietrzu zapanował przyjemny chłód. - Przecież jest gorąco, a ma być jeszcze cieplej.
Wzruszyłam ramionami obserwując jak zdejmuje sweter i wiesza go w szafie.
 - O, widzę że już pożyczyli sobie laptopy... - nic nie umknie jej uwadze, dosłownie nic. 
 - Yhm - mruknęłam pod nosem wstając od biurka.
 - Mam nadzieję, że pochowają zasilacze do toreb, bo ostatnio chodziłam po całym budynku i szukałam ich.
 - Wiem, mówiła mi to pani. 
 - Tak? - rzuciła zbliżając się do biurka. - Może.
 - A pani Maryna nie zostawiła czasem mojego zaliczenia translatorium? - zmieniłam temat.
 - Nie, ale dzisiaj ma być. Zapytam ją i w razie czego zostawię je pani na biurku. A tak w ogóle to czemu się pani nie częstuje kawą czy też ciastkami - rzuciła niespodziewanie patrząc pod ladę - Specjalnie je zostawiam, żeby pani miała... Przecież nawet jeżeli nie ma pani kubka to wystarczy iść do bufetu, na pewno by pani coś pożyczyli. Jeszcze mi pani zasłabnie - dodała z tym swoim milutkim uśmiechem nie do podrobienia.
I ja się uśmiechnęłam i wytłumaczyłam, że ciastek nie mogę jeść ze względu na alergię na kakao, a kawy pić(no, chyba że zbożową), bo mi się refluks żołądkowy odzywa. Ale jednocześnie podziękowałam jej, że o mnie pomyślała. Jeszcze raz się uśmiechnęła i powiedziała, że jutro załatwi mi herbatę. Chociaż wolałabym, żeby zamiast herbaty załatwiła mi to zaliczenie translatorium... Przynajmniej wiedziałabym na czym stoję, a może leżę. No nic, jutro będę mądrzejsza o tą jedną rzecz.

poniedziałek, 10 czerwca 2019

950. Tak jeszcze odnośnie postu o lunatykach

Szłam sobie dzisiaj zupełnie nieznaną ulicą w jednym z ościennych miast. Nigdy jeszcze tam nie byłam, przynajmniej nie przypominam sobie, abym była, a byłam umówiona po odbiór roweru. Normalnie człowiek powinien włączyć sobie google.maps w smartfonie, bądź jakąś inną podobnie działającą aplikację. Ja jednak z powodu niesprawności dłoni nie radzę sobie z obsługą wszelkich dotykowych dobrodziejstw techniki(tak, tak, jeszcze używam klawiszowej komórki przez co czasami czuję się jak przybysz z innej planety) i muszę sobie radzić w tradycyjny sposób. Zazwyczaj drukuję sobie z internetu odpowiedni fragment mapy i idę według niej. Dzisiaj jednak po prostu zaspałam(a mówili, że popołudniowa drzemka jest taka dobra) i nie zdążyłam tego zrobić. Na miejscu postanowiłam więc przełamać swój lęk związany z niezrozumieniem mojej wymowy(chociaż coraz częściej mam wrażenie, że to przeświadczenie powstało w mojej głowie przez nadgorliwych logopedów, którzy ciągle wtłukiwali mi je do głowy). Tylko jak to zrobić, kiedy mijają cię młode osoby na rowerach ze słuchawkami w uszach, całkowicie ignorujące twoje machanie koślawymi rękami. A kiedy w końcu znajdujesz kogoś, kto nie ma słuchawek w uszach, to i tak się nic nie dowiesz, bo jest tak zaaferowany tym co pojawia się na ekranie telefonu, że zupełnie nie słucha, co do niego mówię. Bo mnie naprawdę wystarczy posłuchać, żeby zrozumieć o co mi chodzi. Automatycznie przypomniała mi się sytuacja z wiosny ubiegłego roku, kiedy poszłam do fryzjera i fryzjerka, przez to, że bardziej była zainteresowana tym co się dzieje na ekranie telefonu niż moją sprawą, zupełnie mnie zignorowała. Teraz było podobnie, a ja nie zdążyłam do wypożyczalni na czas... I pomyśleć, że jeszcze tak niedawno nie było tego typu kłopotów.
W dodatku ostatnio młody chłopak, zapatrzony w telefon wszedł na jezdnię tuż pod nadjeżdżający samochód. Nie przeżył... Na koloniach niekiedy trzeba zabierać dzieciakom telefony na noc, bo potrafią grać w ogłupiające gry do późnych godzin, a potem chodzą niewyspani. Na korepetycjach też wymagam wyłączenie telefonów komórkowych - zauważyłam, że uczniowie są wtedy bardziej skupieni. A w komentarzach czytam, że na siłę poprawiam innych. Ja jednak tego tak nie odczuwam. A może nie rozumiem, bo internet mam tylko wtedy, kiedy włączę komputer. Jest jeszcze inna opcja - nie pasuję do tego świata. Ale ma to też swoje plusy. Na przykład czas, który spędziłabym na smartfonie(oprócz tego na komputerze) mogę poświęcić na dużo przyjemniejsze rzeczy. Sport, czytanie, kontakt z drugą osobą - coraz częściej widzę jak dużo tracimy żyjąc z nosem w telefonie komórkowym. Ale ja nie chcę tak żyć. I chociaż elektronika ułatwia mi codzienne funkcjonowanie, nie chcę być od niej uzależniona. 

niedziela, 9 czerwca 2019

949. Nie muszę być męczennikiem za wiarę, dlatego niektórym rzeczom mówię stanowcze "NIE!"

Moja klasa w drugim etapie edukacyjnym szkoły podstawowej oraz gimnazjum była dosyć "dziwna" pod względem religijnym. W ławkach obok katolików, stanowiących przewagę, siedzieli prawosławni, protestanci, Świadkowie Jehowy oraz ateiści. Jeden z moich kolegów otwarcie przyznał, że jest homoseksualny. Do tego dochodziły jeszcze różne rodzaje niepełnosprawności oraz potencjał intelektualny. Ktoś by nazwał to wszystko mieszanką wybuchową, myśmy jednak nie zwracali na ten nasz światopogląd największej uwagi. Byliśmy dziećmi, traktowaliśmy się więc na równi, nie zważając na dzielące nas różnice. Dla nas ważne było to, że razem startujemy w zawodach sportowych, czy też głowimy się nad zadaniami na klasówce z matematyki, a nie to, kto z nas chodzi na lekcje religii. Była to dla nas pierwsza lekcja tolerancji na odmienność drugiego człowieka, a za razem szansa na przekonanie się, że najważniejsze są czyny drugiego człowieka, a nie to, co wyznaje.
Dzisiaj już automatycznie nie zwracam uwagi na to, kto w co i jak wierzy, nie staram się nikogo na siłę nawracać czy też umoralniać(przecież nikt tak naprawdę nie musi czytać moich wpisów na temat religii, piszę też o bardziej przyziemnych rzeczach), zwracam w pierwszej kolejności uwagę na to, kto co sobą prezentuje. Na co dzień spotykam się(zarówno w życiu realnym, jak i w sieci) z różnymi osobami. Wiem, że wielu z Was deklaruje się jako ateiści i ja to rozumiem. Rozumiem też wszelkie parady równości, kiedy mniejszości domagają się swoich praw. W końcu mają do tego prawo.
Moja wyrozumiałość kończy się jednak wszędzie tam, gdzie zaczyna się szydzenie i wyśmiewanie się z katolicyzmu. I to nie ma znaczenia, czy to się dzieje w internecie, czy też w realnym świecie. Wiele razy miałam łzy w oczach czytając w blogowych wpisach, jacy to katolicy są straszni. Zwłaszcza po ostatniej fali, gdzie na wierzch wypłynął problem pedofilii wśród księży. Ale i wcześniej pojawiały się posty z nagonką na katolicyzm(i nie tylko, bo też na inne religie). Czasami są to informacje wyssane z palca, bądź zmanipulowane na własny użytek. Przecież to tak, jakby pisało się o każdym katoliku(bądź wyznawcy innej religii), obrażając jego uczucia, kulturę, wyszydzając jego zachowania. Dziwnie się też patrzy na obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w kolorach tęczy bądź profanacje Mszy świętej. Czego to ma dowodzić? Że Kościół nie jest bez skazy? Kościół ma skazę i wielu z nas doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Nie trzeba nam tego powtarzać na każdym kroku. A już na pewno nie w taki sposób.
Mam wrażenie, że wielu niedeklarujących się jako katolicy ludzie są przekonani, że jako katolicy będziemy przyjmować rolę współczesnych męczenników, a tym samym zaniechamy bronienia własnej wiary. Bo przecież katolik-męczennik powinien za nią umrzeć, bez względu na to, czy cierpienia są zadawane w sposób fizyczny, czy jak to ma miejsce współcześnie - psychyczny. Ale to nie jest prawdą, katolik nie musi równać się męczennikowi. Dlatego wielu takim zachowaniem mówię stanowcze "NIE!". Toleruję wiarę i przekonania innych i tego samego mogę od nich wymagać. O nic więcej nie proszę...

sobota, 8 czerwca 2019

948. A palec boli i już

Czasami nie wiem czy się śmiać czy płakać z powodu własnej nieudolności.
Dzisiaj mieliśmy ostatnią w tym roku próbę parafialnej scholi. Ogólnie rzecz mówiąc to ten rok zaliczam raczej na plus. Dawali mi się stosunkowo często wykazać jako lektor, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia. I stosunek do mnie był nieco bardziej przychylny. I nawet dostałam na wyłączność jedną zwrotkę piosenki do zaśpiewania(o czym pisałam >>tutaj<<). Jedyne do czego mogę się przyczepić to do zachowania niektórych mamusiek śpiewających w scholi, które za wszelką cenę chciały rządzić wszystkimi. Potrafiły się nawet wtrybić w to kto co śpiewa, a raczej czego nie śpiewa, w "Zaufaj Panu już dziś"(na szczęście inni wstawili się za mną). A że mamy jedną głównodowodzącą, która wszystkim dowodzi, to robił się mały chaos. Nie wiem, czy to ma związek z moimi problemami neurologicznymi, czy może taka jest moja osobowość, ale nie znoszę takiego chaosu i zawsze, naprawdę zawsze gubię się w tym co słyszę... Dlatego tak bardzo irytuje mnie takie coś. Ale poza tym wszystko było na plus.
Poszłam do kościoła na ustaloną godzinę, trochę pobyłam na zewnątrz z innymi i weszliśmy do środka. Zaraz po tym zostałam poproszona przez panią B. o to, abym poczekała na dole na resztę, która miała się spóźnić i w razie czego otworzyła im zamknięte na klucz drzwi. W sumie nic nowego, z reguły zostaję na zakrystii i czekam na spóźnialskich. Akurat na stoliku leżał "Lekcjonarz" otwarty na jutrzejszym czytaniu, które jest moim ulubionym - o zesłaniu Ducha Świętego. Nie wiem jak to się stało, ale nauczyłam się go prawie na pamięć, a za księdza F. to nawet miałam okazje przeczytać je na jednej ze Mszy świętych(więcej o tym pisałam >>tutaj<<), również moja praca zaliczeniowa z przedmiotu zowiącego się Nowy Testament dotyczyła krain geograficznych i narodowości, z których przybyli ludzie znajdujący się tamtego dnia w Jerozolimie. 
Teraz też zatopiłam się we fragmencie tego niewielkiego urywku z Dziejów Apostolskich na nowo delektując się jego przesłaniem. W pewnym momencie usłyszałam kroki pani B., która po chwili weszła na zakrystię z informacją, że już nikt więcej nie dotrze i poprosiła mnie, abym wyjęła klucz z drzwi. Odłożyłam wolumin na miejsce i poszłam wyciągnąć klucz z zamka. I zupełnie nie mam pojęcia jak to się stało, ale wyjmując go rozcięłam sobie o jego brzeg mały palec u prawej dłoni. 
Niby nic, ale jak się ma słabą krzepliwość krwi to jest jej momentalnie bardzo dużo. W dodatku, nie wiem jak to się stało, ale nie miałam przy sobie nawet chusteczki higienicznej. A krew leciała ciurkiem. Z zaciśniętą dłonią oraz kluczem w drugiej ręce poszłam na chór. Nieśmiało zapytałam się pani B. czy nie ma czasem chusteczki. Wiecie, raczej bym się nie wykrwawiła, ale jeszcze chwila, a krew zaczęłaby kapać na posadzkę. A jak kiedyś nie daj Boże w naszym kościele zostanie popełniona zbrodnia, to jeszcze dzięki DNA znajdę się na liście o nią podejrzanych... Ech, za dużo się naczytałam książek i wyobraźnia mi szaleje.
Wreszcie krew przestała mi cieknąć, teraz w okolicy paznokcia mam takie dwie szramy. Piecze jak nie wiem, ale zagryzam wargi i działam dalej. Spokojnie, po powrocie do domu sobie to zdezyfekowałam, więc nic mi nie będzie. Zresztą to nie pierwsza moja rana i na pewno nie ostatnia...

piątek, 7 czerwca 2019

947. "U Pana dziś zostawiam troski swe..."

Niczego tak bardzo nie cenię sobie, jak możliwości comiesięcznego przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej. Zwyczaj ten wyniosłam z rodzinnego domu, w którym rodzice, pomimo swoich obowiązków i natłoku naszych, dbali o to, abyśmy razem z siostrą wyniosły tradycje chrześcijańską. Co ciekawe, nigdy niczego specjalnie nam nie narzucali, a raczej dawali nam swój przykład. Dla nich dzień nie mógł się rozpocząć i zakończyć bez modlitwy, w miarę możliwości modlili się na Anioł Pański oraz w Godzinę Miłosierdzia Bożego(chociaż wiadomo, że w pracy było to praktycznie nie możliwe, ale w dni wolne raczej tego przestrzegali), chodzili na Msze w niedzielę i święta, przestrzegali postów... I oczywiście przystępowali do sakramentu pokuty i pojednania w każdy pierwszy piątek miesiąca, niezależnie od tego, czy byli w domu, czy na wyjeździe.
Dorastając w takiej atmosferze człowiek automatycznie chłonie pewne wzorce zachowań, które po latach nie zanikają. A może zanikają, tylko dużo wolniej niż u innych? Dlatego w dalszym ciągu staram się rozpoczynać i kończyć dzień modlitwą, chodzić w niedzielę i święta do kościoła, przestrzegać postów, uczestniczyć w nabożeństwach czy też przystępować do sakramentów świętych. Pomimo tego, że już od siedmiu lat mieszkam na swoim i w sumie mogłabym to sobie odpuścić i żyć po swojemu. I chociaż czasami faktycznie nie wyrabiam na jakieś nabożeństwo, bo np. mam trening, czy też bieg, to na pierwszy piątek miesiąca zawsze staram się znaleźć czas(no chyba że powali mnie do łóżka choroba, albo mam jakiś wyjazd na zawody).
Do konfesjonału przyklękam ze świadomością, że klękam nie przed człowiekiem, ale przed samym Bogiem, a kapłan tu ma być tylko pośrednikiem. Może jest mi łatwiej, tzn. nie mam większych przed tym oporów, ponieważ mam świadomość, że kapłan jest tylko grzesznym człowiekiem, który też musi, a przynajmniej powinien, się w końcu wyspowiadać ze swoich grzechów. Zresztą nawet dzisiaj widziałam jak jeden kapłan klęka przy konfesjonale i wyznaje grzechy swojemu bratu w wierze.
Nigdy też nie miałam oporów, że jakiś kapłan mnie nie zrozumie, a przecież nie zawsze spowiadam się przed kapłanami z mojej parafii, którzy jako tako rozumieją moją niewyraźną wymowę. Ogólnie przyjęłam zasadę, że Bóg zawsze zrozumie to co mówią, a ksiądz... Ja też nie zawsze rozumiem co mówią osoby z którymi jestem obyta, więc nie mam prawa wymagać od całego świata, żeby zawsze rozumiał moją mowę. Zresztą, jak już wcześniej pisałam, ksiądz jest tylko pośrednikiem w tym wszystkim. I jak każdy z nas, nie jest doskonały. Z drugiej strony nigdy jeszcze nie miałam sytuacji, żeby jakiś ksiądz mi powiedział, że mnie nie rozumie, chociaż naprawdę musieli się skupić, żeby tego dokonać. A kraty oddzielające spowiednika od grzesznika na pewno tego nie ułatwiają.
W dzisiejszych czasach spowiedź, zwłaszcza w dużych miastach, nie jest modna. Co prawda nie widać tego po wielkich polach spowiedzi, takich jak podczas pielgrzymek, Światowych Dni Młodzieży, czy opisywanych ostatnio przeze mnie spotkaniach na Lednicy, ale w kościołach już tak. Często słyszę opinie, że po co się spowiadać, skoro Bóg jest tak miłosierny, że wszystko nam wybaczy i bez tego, a wścibski ksiądz jeszcze zrobi nam kazanie w konfesjonale... Żal mi się wtedy robi, bo przychodzą mi na myśl ci wszyscy ludzie, którzy umierając w obozach zagłady, rosyjskich łagrach oraz na Syberii nie marzyli o niczym innym niż o wyspowiadaniu się i uzyskaniu rozgrzeszenia na ostatnią drogę. A tak wielu katolików ma kościół tuż pod nosem... Może w tym wszystkim jestem niemodna, nie przeczę, ale wolę być niemodna, lecz żyjąca w zgodzie z własnym sumieniem i wyniesionymi z rodzinnego domu wartościami.
A kiedy jestem już wolna od ciążących na mnie grzechów, po głowie chodzi mi tylko jedna pieśń:

czwartek, 6 czerwca 2019

946. Jednym paluszkiem

Mózgowe porażenie dziecięce jest nie tyle chorobą, ile zespołem schorzeń neurologicznych i z moich obserwacji wynika, że u każdego, którego ono dotyka, ma ono inny "przebieg"(chociaż wydaje mi się, że słowo "przebieg" nie jest tutaj adekwatne).
Jednym z moich problemów, które otrzymałam w "spadku" po MPD jest spastyka dłoni. Spastykę najprościej można wytłumaczyć nadmiernym napięciem mięśni, które powoduje nie tylko ograniczenie jej ruchów, ale też pewną ich deformacje. Do tego dochodzi coś takiego jak atetoza, czyli, w moim przypadku, drżenie dłoni przy próbie wykonania drobnych, sprecyzowanych ruchów. Co prawda udało mi się, dzięki rodzicom, wyćwiczyć to wszystko do tego stopnia, że jestem w stanie pisać długopisem, jednak na dłuższą metę nie daję rady. Z pomocą przychodzi mi wtedy współczesna technika. Przyznam szczerze, że gdyby nie dyktafon, ksero, komputer/laptop czy też drukarka, to ciężko by było. Oczywiście dochodzi tu jeszcze wyrozumiałość wykładowców do mojego problemu (bo wcześniej nauczyciele musieli się dopasować do kilku stron opinii z poradni psychologiczno - pedagogicznej, wiecie coś w sensie "zdolna bestia, trzeba tylko dać jej się wykazać"), bo bez tego daleko byśmy nie zaszli. Na klawiaturze piszę zazwyczaj dwoma palcami - wskazującym u lewej ręki i środkowym/ewentualnie wskazującym, u prawej. Na tyle pozwala mi moje schorzenie. 
Problem zaczyna się wtedy, kiedy się zmęczę pisaniem, zdenerwuję lub po prostu mam gorszy dzień. Wtedy wyłącza mi się prawa ręka i do dyspozycji mam właściwie tylko jeden palec. Ciężko się wtedy pisze, zwłaszcza kiedy trzeba wywołać jakiś polski znak(np. "ń"), alby znak specjalny(np "?"). Dlatego niekiedy musicie czekać kilka dni, aż odpowiem na Wasz komentarz, bądź napiszę coś u Was. Bo czasami męczy nawet napisanie notatki u siebie na blogu. Wiem, że niektórym z Was trudno to zrozumieć, już kiedyś przeczytałam pretensje skierowane w moją stronę, że jak to jest, że mogę napisać dłuższy tekst na blogu(a przecież mogłam je napisać wcześniej, prawda?), a nie jestem w stanie odpisać na zwykły komentarz. I że w ten sposób nie szanuję swoich czytelników. Wyjaśniłam pokrótce moją sytuację, ale ta osoba dalej drążyła ten sam argument. Przykre, tak łatwo jest oceniać z własnej perspektywy. Ale gdyby ktoś wszedł w buty innej osoby, wiedziałby o czym piszę... Mam tylko nadzieję, że po tym poście będziecie bardziej wyrozumiali co do mojej opieszałości w odpisywaniu na Wasze posty oraz komentowaniu Waszych postów. Wiedzcie jednak, że czytam wszystko i czekam na "lepszy czas" w odpowiedziach.
Dzisiaj miałam zaliczać translatorium z języka angielskiego. Kilka dni temu napisałam do prowadzącej meila opisującą moją sytuację, a zwłaszcza to, że ja jej tego nie zaliczę w pisemny sposób. W odpowiedzi przeczytałam, że ona musi mieć moje zaliczenie na piśmie, ale załatwi u pani D. abym u niej w sekretariacie mogła wszystko napisać na komputerze, który w dodatku jest podłączony do drukarki. Żyć nie umierać.
Pozostało mi tylko wyuczyć się bardziej lub mniej dziwnych słówek i po 11:30 wstawić w sekretariacie. Co ciekawe, zaledwie dwie godziny wcześniej wyszłam z niego z zastępstwa za panią D., której akurat udało się załatwić jakieś zabiegi rehabilitacyjne(agatek, wykrakałaś z tym etatowym zastępstwem (: ). Niby większość umiałam, ale ok. 11:00 pojawił się stres, że nic nie potrafię. A jak już wyżej napisałam - stres u mnie nasila wzmożone napięcie mięśni. 
Nadeszła godzina X, prowadząca zajęcia przyszła do sali i rozdała kartki, a mnie wysłała do pani D. z informacją, że w sekretariacie wszystko już na mnie czeka. Schodzę na dół, wchodzę do sekretariatu, patrzę na arkusz z słówkami do przeprowadzenia i jeszcze bardziej poczułam, że nic nie umiem... Tymczasem pani D. wyjęła jeden z laptopów i kazała mi usiąść nieopodal siebie. Wiecie, najchętniej to bym powiedziała, że nic nie umiem, i że się poddaję, ale lata uprawiania sportu nauczyły mnie walczyć do samego końca. Usiadłam więc za biurkiem, zaczęłam się zastanawiać nad kolejnymi słówkami i, eureka, coś zaczęło mi świtać w tej mojej głowie. Przy okazji zaczęłam pozytywnie myśleć, co też chyba nieco mi pomogło w tym wszystkim. A że w dalszym ciągu stres miał nade mną przewagę, to nie pozostawało mi nic innego, jak pisanie tym jednym, "słuchającym się" mnie, lewym palcem wskazującym(aż boję się pomyśleć jak wyglądała wtedy moja twarz, bo z jej mimowolną mimiką też bywa różnie...).
Piszę jedno słówko, piszę drugie. I nagle widzę, że pani D. jakoś mi się dziwnie przygląda. No tak, dotąd widziała mnie tylko z długopisem w ręce i jeszcze jej oczy nie widziały tego, jak piszę dwoma, tudzież jednym palcem. To co dla mnie jest normą, innych ludzi, zwłaszcza na co dzień pracujących przy komputerze, może dziwić. Spokojnie, przyzwyczaiłam się do tego i jakoś mnie to już nie drażni, a nawet mówię co, jak i dlaczego, jeżeli ktoś pyta.
 - Przepraszam, że pytam - bąknęła niepewnie pani D. - ale pani tak zawsze... No tym lewym palcem...
Pokiwałam twierdząco głową i nawet dodałam, że blisko 80% mojej pracy dyplomowej powstało właśnie w ten sposób. Na jej twarzy pojawiło się zmieszanie, na które odpowiedziałam krzywym uśmiechem. Przecież nie zrobiła nic niezdrożnego, co najwyżej przełamała pewne tabu... 
Wracając do translatorium, to jakaś część słówek uleciała z mojej pamięci, ale na 60%  spokojnie napisałam. Tak naprawdę nie trzeba było mieć więcej, bo to tylko na zaliczenie. Wszystko zostało wydrukowane i zostawione w sekretariacie. Maryna(to taka ksywka) sobie miała je stamtąd odebrać. 
Na szczęście napięcie w prawej dłoni ustąpiło już do tego stopnia, że mogę nią pisać na klawiaturze. Jest moc!
A korzystając z chwili wytchnienia zatapiam się w trylogii książek opowiadających o życiu w Sosnowcu na początku XX wieku. I chociaż całość zaczyna się od brutalnego morderstwa, to fabuła wciąga coraz bardziej z każdym kolejnym zdaniem. Jak dobrze pójdzie, to do końca tygodnia skończę całość...