Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 czerwca 2026

2384. I stare programy multimedialne doczekały się drugiego życia

Szukając inspiracji na zajęcia dla dzieciaków, coraz częściej wracam do starych wypróbowanych przeze mnie wiele, wiele lat temu programów multimedialnych. Wiecie, kiedyś były takie czasy, kiedy komputer nie był standardowym wyposażeniem gospodarstwa domowego, do Internetu byli podłączeni tylko szczęściarze, a o smartfonach to się nawet ludziom nie śniło. Na przełomie lat 90 i 2000 zamiast Internetu królowały programy multimedialne. Swoją pierwszą edukacyjną płytkę zatytułowaną "Władcy Polski. Legenda" dostałam pod choinkę w 1998 roku, a więc jako zaledwie ośmioletni szkrab uczęszczający do drugiej klasy szkoły podstawowej. Jednakże była to dla mnie taka nowość, że potrafiłam spędzić całe godziny nad zgłębianiem tajemnic panowania czterech pierwszych władców naszego kraju (bo tyle liczyła płyta).
Z czasem w moim posiadaniu pojawiały się kolejne programy na płytach. Największa radość była dla mnie wtedy, kiedy obok "dorosłych" programów, takich jak encyklopedie, pojawiały się też te dedykowane głównie dla młodszych użytkowników PC-ta. Dość szybko stałyśmy się z młodszą siostrą posiadaczkami całej chyba serii "Klik uczy...". Od razu zaznaczam, że starej serii, bo z tego co zdążyłam się zorientować, to z czasem wyszły kolejne części, które jednak trochę się różnią wizualnie od pierwowzoru. W pierwotnym zamyśle chłopiec imieniem "Klik" odkrywał przed młodocianym użytkownikami tajniki matematyki, ortografii, czytania oraz języka angielskiego. Prosta grafika, intuicyjna obsługa, dwa poziomy trudności, zmieniające się ćwiczenia nawet w obrębie tego samego zadania. No znowu zabawa na całe godziny spędzane w domu.  Podobnie było z takimi programami, jak "Między nami literkami", "Matematyczne przygody", i "Ułamki" wydane przez firmę "Albion", czy też "Matma jest super", "Encyklopedia małego człowieka", "Dookoła Polski" i "Dookoła świata" Optimusa Pascala.
Minęło kilka lat. Ze wspomnianych gier oczywiście już wyrosłam. Ale nie pozbyłam się ich. Siedziały schowane w pudełku i czekały na swoje drugie życie. I chyba je otrzymały wraz z podjęciem przeze mnie pracy z dziećmi. Wiele z nich ma poważne problemy w szkole i zaległości w nauce. Samych programów im nie polecam, bo aby je uruchomić potrzeba komputera z odpowiednim, "starym" oprogramowaniem, a znając życie i realia, to współczesne dzieciaki raczej takich nie posiadają. Za to ja jeszcze mam takiego starego dużego PC-ta, na którym takie płytki da się jeszcze odpalić. Większość z nich ma możliwość wydrukowania danego ekranu i zadań znajdujących się na nim. A nawet jeżeli takiego nie ma, to zawsze można przepisać zadania do tradycyjnego Worda.
Może i trochę idę z tym na łatwiznę, ale tłumaczę to sobie, że jestem bardziej pedagogiem ogólnym (bo jak inaczej nazwać kogoś po specjalizacji opiekuńczo-wychowawczej) niż takim polonistą czy matematykiem. Może po bardziej specjalistycznych studiach byłabym bardziej kreatywna w wymyślaniu różnych zadań? A tak radzę sobie na inne sposoby. 

środa, 25 marca 2026

2341. Sposób na dobry dzień

Nie ukrywam, że przez blisko sześć lat chodziłam do szkoły specjalnej. Być może jest to powód do wstydu. Dla mnie jednak okazało się to, dość przewrotnie, szansą. Bo rodzice, kiedy miałam iść do czwartej klasy, mieli wybór, albo zostawić mnie w szkole masowej, ale z nauczaniem indywidualnym, albo znaleźć dla mnie jakąś alternatywę. Od znajomych dowiedzieli się, że miejska szkoła specjalna daje możliwość realizacji materiału normalnej szkoły, w dodatku od czwartej klasy uruchamiana była eksperymentalna klasa sportowa. I to chyba ta ostatnia perspektywa przekonała mnie do zmiany placówki. Bo jednak nikt nie chciał ograniczać mojej edukacji do kilku godzin dziennie sam na sam z nauczycielem.
Sama szkoła była dosyć mała - nie wiem czy za mojej kadencji liczba przedszkolaków i uczniów przekraczała 100 osób. Bo na dole, oprócz pomieszczeń biurowych i kilku gabinetów terapeutycznych, z których korzystały również dzieciaki z zewnątrz, znajdowały się cztery sale, z czego dwie były dla przedszkolaków, a dwie dla tzw. zespołów rewalidacyjnych. Zespoły klasowe posiadały klasy na pierwszym i drugim piętrze budynku oraz niewielką salę gimnastyczną w piwnicy. W piwnicy mieliśmy także stołówkę oraz szatnię. Piszę zespoły klasowe, bo zazwyczaj 2-3 klasy z jednego poziomu edukacyjnego łączono w jedną klasę. Tym sposobem najpierw uczęszczałam do zespołu 4-5, potem do 4-6, aż w końcu 1-3 gimnazjalnego. Minusem była rotacja niemal co rok uczniów, plusem to, że z materiałem szkolnym wykraczałam poza poziom klasy, do której aktualnie uczęszczałam.
Tak niewielka ilość osób sprawiała, że w szkole panowała kameralna atmosfera i praktycznie każdy, każdego znał z imienia, nazwiska i klasy, do której uczęszczał. Starsi dbali o młodszych, dla których byli w jakimś sensie autorytetami. Pamiętam jak na przerwach zachodziło się do młodszych klas i zabawiało uczęszczających do nich uczniów, np. odgrywając teatr jednego aktora, czytając im bajki, albo po prostu rozmawiając. I pamiętam jeszcze bardzo dużą część z nich, chociażby z imienia, chociaż ze szkoły wyszłam prawie dwadzieścia lat temu.
Wczoraj, kiedy jechałam do pracy autobusem, w pewnym momencie usiadła obok mnie dziewczyna, która wydawała mi się znajoma. Te oczy, ta charakterystyczna grzywka i pucołowate policzki. Niemal od razu przypomniał mi się Kręciołek, jak wszyscy nazywali pewną dziewczynkę, której wszędzie było pełno. Ona sama też odwróciła głowę w moją stronę i bacznie mi się przyglądała. Odważyłam się (a nóż to jednak nie ona) i zapytałam, czy mnie pamięta. Pokiwała głową i powiedziała z pewnością w głosie: "Ty jesteś Lolek". Już wtedy dla większości osób byłam Lolkiem, bo jednak to było łatwiej wymówić od Karolina. Dawno się tak nie ucieszyłam i nie bacząc na innych pasażerów serdecznie uściskałam Kręciołka. A potem już przez całą drogę rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym.
Widziałam po niej, że cieszy się z tego, że może komuś opowiedzieć o swoim życiu. Co prawda była to dosyć infantylna opowieść, ale i tak starałam się okazać jej ciągłe zainteresowanie, zadając kolejne pytania. W końcu mnie jest łatwiej dopasować się do jej toku myślenia, niż na odwrót. Z drugiej strony nie chcę, by to tytuły naukowe mnie definiowały, bo jeszcze zacznę traktować tych, którzy ich nie mają z wyższością, a może i pogardą. A przecież każdy ma taką samą godność. Kątem oka rzucałam w kierunku jej mamy, która była wyraźnie poruszona naszym spotkaniem. Ja zaś nawet nie zauważyłam, kiedy zleciała mi cała podróż. I wiecie co, kiedy wysiadłam z autobusu wiedziałam jedno - to będzie dobry dzień, mimo wszystko.

sobota, 14 marca 2026

2335. Matematyka do polubienia

Matematycznie się zrobiło wśród moich młodych znajomych, a to za sprawą matury, do której podejdą już za półtora miesiąca. Kubulec (mój najstarszy chrześniak), Maksym, Benek i Kropka. Cała czwórka to uczniowie technikum. Tak się jakoś złożyło. U jednych jest stresik, inni podchodzą do tego na luzie, w myśl zasady, że i tak mają już zawód technika, więc to jest plus nad uczęszczaniem do liceum, które oprócz wiedzy nie daje żadnego zawodowego doświadczenia. Proporcje są równe 50:50. 
Nie zmienia to faktu, że zarówno jedna, jak i druga strona może liczyć na moją pomoc w przygotowaniu do matury z tego przedmiotu. Teoretycznie niezdana przez pięć lat matura z matematyki Młodszej trochę podcięła mi skrzydła, ale w końcu uznałam, że nic bym nie wskórała z jej nastawieniem do życia i nauki. Z pustego i Salomon nie naleje, a swoją awersją i niechęcią przebiła chyba samego Maksyma. Nie to, żeby chłopak pokochał matmę, czy został jej mistrzem, leci na trójkach, ale wywalczonych, znalazł jednak sens jej istnienia. Zajęło mu to dziesięć lat, ale można uznać to za malutki sukcesik. Z Kropką i Beniem nie ma problemów, Kubulec powiedział, że podchodzi, a jak mu się nie uda, to świat się nie zawali. Nie każdy musi mieć maturę. Jest dobry w informatyce i sporcie, poradzi sobie w razie "porażki".
Podczas spotkań staram się im tłumaczyć, że matematyka to nie tylko duża ilość przykładów, które trzeba przerobić, aby ją zrozumieć. To znaczy, to też jest ważne, ale wydaje mi się, że w przypadku sporej ilości uczniów dużo przydatniejsze jest pokazanie im zastosowania ich w codziennym życiu. Kiedy Maksym i Benio byli młodsi, korzystałam z pomocy książki wydanej przez mBank pod tytułem "Matematyka jest wszędzie" (o której pisałam >>tutaj<<). Aktualnie głównie przerabiam ją po raz enty ze Słowiczkiem. I chyba tutaj nie wzniesiemy się o level wyżej, chociaż za kilka lat skończy on swoją edukację. Przykłady z książki wykorzystuję też będąc na zastępstwie w młodszych klasach podstawówki. Bo kto powiedział, że muszę się ściśle trzymać podręczników? 
Za to szukając inspiracji do pracy ze wspomnianą czwórką, a zwłaszcza z Maksymem, sięgnęłam po książkę, która oczarowała mnie swoją niebanalnością, a zarazem nie infantylnym podejściem do tematu od pierwszego zdania - "Pi razy drzwi, czyli dziwne przypadki matematyki". Wypożyczyłam ją z biblioteki, ale zastanawiam się, czy nie kupić sobie jej na własność.
Tytuł: "PI razy drzwi, czyli dziwne przypadki matematyki"
Autor: Mickael Luanay
Wydawnictwo: Feeria Science
Łódź 2017
Ilość stron: 304

Nie wszyscy lubią matematykę. A jednak umiejętność liczenia okazuje się bardzo przydatna w codziennym życiu. I jedno, i drugie nie ulega wątpliwości. Czy można przekonać się do matematyki będąc humanistą albo nie mając do niej głowy? Myślę, że tak. A pomocna w tym może okazać się lektura książki "PI razy drzwi, czyli dziwne przypadki matematyki" autorstwa Mickaela Luanay'a.
Wiem, że wiele osób może się skrzywić na sam jej tytuł. Bo niejednemu z nas matematyka kojarzy się z czymś nudnym i niemożliwym do ogarnięcia. I jeszcze te tytuły zawartych w niej rozdziałów, takie jak np.: "Nieuświadomiona matematyka", "Wstęp tylko dla geometrów", "Potęga trójkątów", czy też "Zmierzyć przyszłość". Sami przyznajcie, nie zachęca do wgłębiania się w ich treść. A jednak każdy z rozdziałów jest niesamowitą wycieczką w przeszłość, gdzie zapoznaje się z rozwojem matematyki nie za pomocą liczb, ale ciekawostek i "spotkań" z wybitnymi matematykami z różnych epok, a także w przyszłość, podczas której prognozowany jest dalszy rozwój tej dziedziny nauki. W rozdziałach znajdziemy też liczne graficzne przykłady przedstawianych treści, co jeszcze bardziej ułatwia jej odbiór.
Długo zastanawiałam się, czy jest coś, co mogłabym zarzucić tej pozycji. I przyznam, że chyba nie ma nic. Wszystko zostało opisane łatwym, przejrzystym językiem i opatrzone prostymi, ale trafnymi ilustracjami. Logiczny układ rozdziałów, zastosowany według chronologii ustanowienia różnych matematycznych reguł, ułatwia w niej nawigację. W książce znalazłam też wiele powiązań z innymi dziedzinami nauki i wiedzy, w tym tak nieoczywiste, jak z teologią. Pytacie jak to możliwe? O Szymonie z Cyreny myślę, że każdy słyszał. A o Eratostenesie z Cyreny (tej samej, sprawdzałam w różnych źródłach), który jako pierwszy dokładne zmierzył obwód Ziemi? Nie sądzę. Zresztą w książce znajduje się wiele takich ciekawostek, które z dużym prawdopodobieństwem zaciekawią "typowego humanistę" pokazując, że matematyka, podobnie jak lingwistyka (albo filologia) są wszędzie. Może nie od razu sprawią, że pokocha się matematykę, ale pokażą w jak wielu codziennych sytuacjach mamy z nią styczność, to zaś może sprawić, że chociaż trochę ją polubimy i zaakceptujemy. Zresztą nawet podczas jej lektury tak sobie pomyślałam, że nie zaszkodziłoby, gdyby w podręcznikach obok masy ćwiczeń pojawiły się i tego typu przykłady. Może "oczarowałyby" one złe zdanie o Królowej Nauk?

W "PI razy drzwi" znalazłam też ciekawy wiersz autorstwa Andrzeja Cwojdzińskiego pomagający zapamiętać kilkanaście kolejnych cyfr z liczby PI:

Kuć (3) i (1) orać (4) w (1) dzień (5) zawzięcie (9),
Bo (2) plonów (6) niema* (5) bez (3) trudu (5)!
Złocisty (8) szczęścia (9) okręcie (7),
Kołyszesz (9)...
Kuć(3)!
My (2) nie (3) czekajmy(8) cudu (4),
Robota (6) to (2) potęga (6) ludu (4) !

I jeszcze jedna ciekawostka - jak wiemy, liczba PI jest nieskończona. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że wśród sekwencji kolejnych liczb znajdziemy... naszą datę urodzenia. W książce przeczytałam, że robiono już takie testy za pomocą komputerów i za każdym razem maszyna znajdowała szukaną sekwencję liczb (w moim przypadku byłoby to 26091990). Wpadlibyście na to? Tego raczej nie uczą w szkołach.

A w ogóle liczbę PI nazywa się też "ludolfiną". Nazwa ta pochodzi od niemiecko-holenderskiego matematyka - Ludolpha van Ceulena, który na przełomie XVI i XVII wieku obliczył jej wartość z dokładnością do 35 miejsc po przecinku.

* według zasad gramatycznych z 1930 roku, kiedy powstał ten wiersz, "nie ma" pisało się razem

niedziela, 1 lutego 2026

2317. Z mojej beczki

Ci, którzy czytają mnie przynajmniej od roku zapewne wiedzą, że w czerwcu ubiegłego roku, dokładnie w dzień zakończenia roku szkolnego, ja też zakończyłam pewien etap mojej edukacji. Rano jeszcze pomagałam w przeprowadzeniu akademii, kilka godzin później broniłam na Wydziale Teologicznym pracy magisterskiej z Nauk o Rodzinie. Jej tytuł brzmiał "Zmiany w ocenie przez nauczycieli procesu adaptacji dzieci ukraińskich we wczesnym wieku szkolnym do warunków polskiego systemu edukacji na podstawie badań własnych z lat 2022 i 2024". Była to kontynuacja badań przeprowadzonych na potrzeby pracy licencjackiej, a także zestawienie wniosków z obydwóch badań i zaproponowanie rozwiązania niektórych problemów. Jak to powiedział mój promotor: "krecia robota".
Owszem, pracy przy tym było trochę. Oprócz części teoretycznej, gdzie na podstawie dostępnych źródeł trzeba było wyjaśnić wiele kwestii pojawiających się w pracy, to jeszcze musiałam przeprowadzić kilka wywiadów z wychowawcami klas, w których uczyli się uczniowie z Ukrainy posiadający status uchodźcy. A jak wiecie, na zbyt dużą ilość wolnego czasu nie mogę narzekać, w dodatku te dwa lata były dla mnie nieco stresujące. Ale udało się, tytuł magistra z Nauk o Rodzinie mam, chociaż na studia drugiego stopnia poszłam głównie dla wiedzy, a nie "dla papierka".
Już podczas bronienia licencjatu usłyszałam, że stałam się specjalistką w tematyce edukacji dzieci z okupowanej Ukrainy w naszym kraju. Oczywiście jest to opinia na wyrost, choć zdaję sobie sprawę z tego, że na tamte lata (2023 rok) nie było tak dużo prac badawczych poświęconych tej tematyce. Ale ja i specjalista? Nie, to mi nie pasuje. Chociaż w przypadku i jednej i drugiej pracy dowiedziałam się tylu ciekawych rzeczy, na które pewnie w przeciwnym razie nie zwróciłabym większej, a tym samym należytej uwagi. Temat, choć trudny, automatycznie stał się mi bliski. Może dlatego niemal od razu wpadł mi w oko artykuł napisany przez panią Tetianę Bakocką, asystentkę międzynarodową, który niedawno pojawił się na onecie?
Zasadniczo jej spostrzeżenia pokrywają się z moimi, popartymi wywiadami z nauczycielami. U mnie też pojawiły się takie problemy jak utrudniona komunikacja werbalna z uczniami z Ukrainy, ujawniające się traumy wojenne, czy też negatywna motywacja do nauki. A to przecież jedne z wielu. Mnie jednak o wiele bardziej zaciekawił fakt, że istnieje taka funkcja, jak wspomniana asystentka międzynarodowa, którą szkoły mogą u siebie zatrudnić w celu łatwiejszego wejścia ucznia obcokulturowego do polskiego systemu oświaty. Dotąd nie spotkałam się z takim rozwiązaniem, chociaż przepisy dotyczące tej funkcji zostały opracowane już kilka lat temu. Niemożliwe jest jednak przepatrzenia wszystkich dostępnych aktów prawnych, aby przez przypadek znaleźć taką perełką. Trochę szkoda, bo na pewno byłaby to wartość dodana do pracy, gdybym we wnioskach "zaproponowała" zatrudnienie kogoś takiego w badanej szkole. No, ale czasu nie cofnę...
A jakie zadania ma wspomniany asystent międzykulturowy? Zapraszam do lektury.

Dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. "Nie potrafię ufać, często płaczę"
Trudności w polskiej szkole, z jakimi mierzy się większość dzieci - uchodźców wojennych - wynikają nie tylko z bariery językowej, lecz także z problemów natury psychologicznej: traum wojennych, negatywnej motywacji do nauki oraz niskiej samooceny. Uczniowie mówią na przykład, że szkoła jest obowiązkiem, ale nie ma sensu przykładać się do nauki, bo i tak nie wiadomo, jak długo przyjdzie im mieszkać w Polsce.
Asystent międzykulturowy to nie tłumacz, lecz często jedyna osoba w szkole, która rozumie co to znaczy pisać dyktando z wojną w głowie. Fot. Shutterstock
Tetiana Bakocka przez dwa miesiące (listopad - grudzień 2025 r.) pracowała jako asystentka międzykulturowa w jednej z olsztyńskich szkół. Była to placówka, która po raz pierwszy otrzymała dofinansowanie na zatrudnienie asystentów międzykulturowych w ramach rządowego programu wyrównywania szans edukacyjnych dzieci i młodzieży "Przyjazna szkoła" na lata 2025 - 2027. Do obowiązków takiego asystenta należy wspieranie dzieci, które nie są obywatelami Polski, w procesie adaptacji do funkcjonowania w polskim systemie oświaty.
Tetiana Bakocka z ukraińskimi dziećmi, z 
którymi prowadziła zajęcia z ukrainoznawstwa.
Olsztyn, 2025
Być obok
W głowach przeciętnego Kowalskiego może pojawić się pytanie: po co tak właściwie asystent międzykulturowy dzieciom z Ukrainy, które uczą się w polskich szkołach już prawie 4 lata?
W szkole, w której pracowała Tatiana, uczy się około 50 dzieci posiadających status uchodźcy wojennego. Wiele z nich początkowo "uczęszczało do szkół ukraińskich, ale w formie zdalnej. Do polskiej szkoły zaczęły uczęszczać dopiero od roku szkolnego 2024/2025, aby móc otrzymać świadczenie "Rodzina 800+". Są też takie dzieci, które przyjechały do Polski w 2025 r. i do tego czasu nie znały języka polskiego. W końcu są też takie dzieci, które nie mają zdolności językowych, a więc nauka języków obcych w ogóle będzie przychodziła im z trudem. Te dzieci często w ogóle nie są w stanie wykonać zadania, bo nie rozumieją, co dokładnie mają zrobić, do tego wstydzą się zapytać czy doprecyzować polecenie.
W listopadzie 2025 roku do wspomnianej szkoły zostały zapisane dzieci, które przyjechały z terenów deokupowanych, po raz pierwszy zaczęły uczyć się w polskiej szkole. Kiedy Tetiana je poznały powiedziały jej, że nie potrzebują żadnej pomocy. Kobieta zaproponowała im jednak, żeby przez jakiś czas pobyli razem na lekcjach, żeby mogli lepiej zrozumieć ich potrzeby.
Jedna z uczennic dostała zadanie przygotowania tabeli opisującej bohaterów książki C.S. Lewisa "Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa". Dziewczynka, która nie czytała tej książki ani po polsku, ani po ukraińsku, powiedziała, że nigdy nie robiła podobnych tabel i spojrzała na asystentkę przestraszonymi oczami. To na jej prośbę nauczycielka pozwoliła jej korzystać z podręcznika. Tetiana wyjaśniła też małej, jak wyszukiwać w tekście informacje o postaciach w utworze. Uczennica zadawała wiele pytań, z których jasno pokazały, że potrzebuje dodatkowych zajęć, głównie z języka polskiego. Jej przykładowe pytania
dotyczyły tego, jak wyglądają wielkie litery, dlaczego są słowa, które trzeba pisać wielką literą, czy też jak rozpoznać, gdzie trzeba postawić przecinek.
"I podczas, gdy dziewczynka - z moją pomocą - wykonała jedno zadanie, reszta klasy zdążyła w tym czasie zrobić jeszcze cztery" - wspomina asystentka.
Podczas lekcji geografii jedna z uczennic miała odpowiedzieć na pytanie: "W jaki sposób ukształtowała się rzeźba wybrzeży Morza Bałtyckiego?". Dziewczynka powiedziała, że trudno jej zrozumieć zarówno tekst w podręczniku, jak i wyjaśnienia nauczyciela. Sama uważa, że rzeźbę wybrzeży stworzył Bóg. Poza tym interesuje się wyłącznie literaturą, więc nie będzie tracić czasu na informacje o rzeźbie terenu, ani na to, czym różnią się stare góry od młodych. W tej chwili najważniejsze było dla niej zrozumienie, dlaczego w książce Władysława Reymonta "Wampir" nie ma wampira.
Na lekcji historii, podczas samodzielnej pracy, uczennica nie wiedziała, jak odpowiedzieć na pytanie: "Wiara w wielu bogów to monoteizm czy politeizm?". Asystentka kulturowa zadała jej pytanie, czy rozumie, co oznaczają słowa "monolog" i "polilog". W odpowiedzi usłyszała, że bardziej od znaczenia słów interesuje są to, dlaczego Aleksander Macedoński chciał podbić świat, skoro jego nauczycielem był wybitny filozof Arystoteles.
Z drugiej strony, te dzieci bywają bardzo kreatywne. Jak wspomina Tetiana:
"Jeden z uczniów robił notatki znakami, które nie przypominały ani alfabetu łacińskiego, ani cyrylicy. Zapytałam, co to oznacza. Odpowiedział, że zapisuje lekcję alfabetem, który sam wymyślił - bo tak jest mu wygodniej".
Kobieta zaproponowała mu, żeby jednak na lekcjach pisał po polsku, a ona podaruje mu zeszyt, w którym będą wspólnie pisać w tym wymyślonym języku, bo ona też chciała się go nauczyć. Chłopiec zgodził się. To jednak pokazuje, że większość uczniów naprawdę potrzebuje indywidualnego podejścia - tak samo w nauce, jak i w wychowaniu.
Dzieci-uchodźcy często nie rozumieją języka polskiego na tyle dobrze, by bez trudu wykonywać szkolne zadania w szkole. Jednocześnie po ukraińsku czytają i piszą na poziomie pierwszej klasy

Problemy psychologiczne
Praktycznie wszyscy ukraińscy uczniowie szkoły, w której pracowała Tatiana, przyjechali z regionów, w których działania wojenne trwały lub nadal trwają, tj. z okupowanych i przyfrontowych miejscowości. Jeden z uczniów opowiadał, że jego tata zginął na wojnie. Są też takie dzieci, których rodzice przebywają na froncie. Oznacza to, że większość z nich ma za sobą traumatyczne doświadczenia wojenne - a przecież wojna jeszcze się nie skończyła.
Dzieci przyznają, że niemal bez przerwy odczuwają lęk, dyskomfort, samotność oraz smutek. że nie potrafią nikomu zaufać, często płaczą i śnią im się koszmary. Dzieci, które straciły swoich bliskich, dom i swoje dotychczasowe relacje społeczne, nieustannie - często nieświadomie - szukają sposobów, by poradzić sobie ze stratą. Jedna z uczennic powiedziała na przykład, że jej polscy koledzy z klasy są podobni nie tylko z wyglądu, lecz także z charakteru do dzieci, z którymi uczyła się w ukraińskiej szkole. Zaś sama Tetiana przypominała jej ulubioną nauczycielkę. Takie wyszukiwanie podobieństw może być jednym z mechanizmów obrony psychologicznej, dając poczucie bezpieczeństwa, bo "tu jest tak samo jak w domu".
Nie jest tajemnicą, że dzieci obarczone traumą wojenną bardziej niż inne potrzebują, by obok była choć jedna zasobna, stabilna osoba - ktoś, kto potrafi pomóc, podpowiedzieć, jak najlepiej radzić sobie z emocjami i codziennymi trudnościami. Tymczasem mama, która musi przez cały czas pracować, nie raz na dwóch etatach, i żyje w chronicznym stresie, nie zawsze ma wystarczająco dużo siły, wiedzy i zasobów, by wesprzeć swoje dziecko.
Dlatego asystent międzykulturowy zatrudniony w szkole może stać się właśnie taką osobą: kimś, kto pomoże ochronić psychikę dziecka przed kolejnymi obciążającymi doświadczeniami, odbudować kontakty społeczne, wzmocnić poczucie bycia potrzebnym oraz wiarę, że w trudnej sytuacji wsparcie może przyjść także z nieoczekiwanej strony. Wsparcie asystenta to również możliwość, by po prostu wygadać się.
"Dziecko może opowiedzieć, jak rozpłakało się, gdy przypadkiem stłukło talerz w szkolnej stołówce; jak w nocy bolał je ząb; o lęku, że babcia zginie w swoim mieszkaniu podczas ostrzałów; o poczuciu winy, bo kot został w domu, w okupowanej wsi; o wróbelku, który wleciał do pokoju tego dnia, kiedy na wojnie zginął tata" - tłumaczy kobieta.
Dzieci opowiadają o swoim życiu
poprzez rysunek. Życie to radość,
mama, telefon, dom i złość
Nie można zapominać, że wśród dzieci przybyłych z okupowanej Ukrainy są także dzieci ze spektrum autyzmu. Jedne unikają kontaktu wzrokowego, inne nie rozmawiają ani z nauczycielami, ani z rówieśnikami, a jeszcze inne są nadpobudliwe - nie reagują na polecenia nauczyciela i nie potrafią się skupić. Do jednego z takich uczniów Tetiana przychodziła, żeby pomagać mu na lekcjach języka angielskiego. Koledzy z klasy prosili, aby kobieta siedziała z nim na zajęciach. Bo kiedy jej nie ma, to albo przeszkadza wszystkim, albo kładzie głowę na ławce i przez całą lekcję patrzy w okno.
W szkole jest psycholog, do którego można zwrócić się po profesjonalną pomoc. Jednak zdecydowana większość rodziców ukraińskich uczniów nie chce, aby ich dzieci rozmawiały z lokalnymi psychologami. Ich najczęstsze obawy dotyczą tego, że może to przynieść jeszcze więcej problemów. W innej szkole w tym samym mieście zdarzył się przypadek, o którym wszyscy wiedzą. Ojciec poprosił szkolnego psychologa, żeby ten pomógł zmotywować jego dziecko do chodzenia do szkoły. W odwecie syn obraził się na ojca, gdyż ten nie pozwalał mu grać w gry na telefonie i poskarżył się psychologowi, że ojciec nie kupuje mu jedzenia. Psycholog zgłosił sprawę na policję, a ojca wezwano do sądu w sprawie odebrania mu praw rodzicielskich. Asystentka międzykulturowa musiała potem wyjaśniać zdenerwowanym rodzicom, że poza tą historią istnieje wiele pozytywnych przykładów, kiedy psychologowie realnie pomagali dzieciom. I że kluczowe jest udzielenie wsparcia na czas, tak, aby na przykład niska samoocena i podwyższony poziom lęku nie doprowadziły do ukształtowania się kompleksu niższości.

Asymilacja czy integracja
Z zewnątrz ukraińskie dzieci najczęściej trudno odróżnić od polskich. U młodszych uczniów, którzy chodzili do polskich przedszkoli, nie słychać nawet ukraińskiego akcentu. Kilkoro uczniów prosiło Tetianę, żeby nie rozmawiała z nimi po ukraińsku, ponieważ wstydzili się, że usłyszą to ich koledzy z klasy, a w konsekwencji przestaną się z nimi przyjaźnić i będą uważać ich za "innych".
"U dzieci z tych rodzin, które zdecydowały, że zostaną w Polsce na stałe, widać najlepsze wyniki w nauce - we wszystkich przedmiotach" - twierdzi Tetiana.
W polskim systemie oświaty nie istnieje jednak coś takiego, jak "ukraiński komponent", czyli nauka języka ukraińskiego, historii, czy kultury. Większość uczniów czyta cyrylicą na poziomie pierwszej klasy ukraińskiej szkoły. Są też dzieci, które w ogóle nie znają ukraińskiego alfabetu. Sporo uczniów twierdzi, że nie pamięta już nazwy miasta czy też wsi, z których przyjechali; niektórzy nie potrafią wskazać stolicy Ukrainy, nie wiedzą, kim był Taras Szewczenko. Tetiana przynosiła ze sobą "Bukwar" i na przerwach proponowała tym, którzy byli chętni, naukę czytania. To były dla niej najbardziej wzruszające chwile - patrzeć, jak dzieci cieszą się, gdy po raz pierwszy udaje im się napisać po ukraińsku swoje imię. Albo jak interpretują treść bajki "Rękawiczka" z perspektywy uchodźcy.
"Rękawiczka, którą dziadek zgubił w lesie, staje się symbolem schronienia dla uchodźców. Zwierzątka, podobnie jak uchodźcy, liczyły, że wspólnie przetrwają zimę w jednym, obcym domu. Ale kiedy dziadek niespodziewanie wrócił po rękawiczkę (skończyło się dofinansowanie z funduszy Unii Europejskiej), zwierzątka zostały zmuszone, by szybko szukać nowego, własnego miejsca do życia".
Większość rodziców pozytywnie zareagowała na możliwość nauki języka ukraińskiego, bo w Olsztynie nie ma żadnej alternatywy. Jednak jedna z mam złożyła na asystentkę międzykulturową skargę. Ich rodzina jest rosyjskojęzyczna i mama uważa, że nauka czytania po ukraińsku to dodatkowe obciążenie dla jej dziesięcioletniego dziecka, choć samo dziecko chciało uczyć się cyrylicy. Mama jednak była nieugiętą i nie pozwoliła na to.
Dzieci uchodźcy mogą wiedzieć, kim był Arystoteles, a jednocześnie nie wiedzieć, kim tak właściwie są
Tetiana próbowała przekonać rodziców, aby spojrzeli na całą tę sytuację - nie jak na obciążenie, lecz jak na szansę, która może wesprzeć dziecko w nauce polskiego. Języki ukraiński i polski mają podobną składnię i zbliżone kategorie gramatyczne, takie jak rodzaj, liczba, czy przypadki. Gdyby więc dzieci rozumiały w swoim języku ojczystym, na jakie pytania odpowiadają poszczególne przypadki, łatwiej by im było na lekcjach języka polskiego.
Tetiana w czasie przerw albo już po lekcjach prowadziła też krótkie mini-wykłady z ukrainoznawstwa. Jeśli na zajęciach uczniowie poznawały polskich noblistów, to opowiadała im, dlaczego wśród laureatów Nagrody Nobla nie ma osób z obywatelstwem ukraińskim - nie dlatego, że są gorsi, ale dlatego, że przez długi czas Ukraina była kolonią różnych państw, w którym hamowano rozwój jej kultury, nauki i literatury. Z drugiej strony wśród noblistów są uczeni, pisarze oraz ludzie kultury, którzy urodzili się, dorastali bądź żyli i pracowali na terytorium dzisiejszej Ukrainy czy też mieli ukraińskie pochodzenie (m.in. Ilja Miecznikow, Piotr Kapica). Jeżeli w szkole omawiano artystów świata lub polskie Parki Narodowe, to kobieta opowiadała uczniom o wybitnych ukraińskich twórcach i o ukraińskich Parkach Narodowych.
Bardzo ważna okazała się też komunikacja z polskimi dziećmi. One również często pytały Tetianę o życie w Ukrainie, o historię tego kraju, a nade wszystko, o wojnę. Trudno im zrozumieć, dlaczego skoro Rosja jest agresorem, tak wielu ukraińskich uczniów mówi "językiem wroga". Kobieta opowiadała im, że sama pochodzi z miasta, które było silnie zrusyfikowane. Dwadzieścia pięć lat temu została studentką państwowego uniwersytetu pedagogicznego i przeprowadziła się do Mikołajowa. Miała wrażenie, jakby trafiła do Rosji. W 2000 r. w ukraińskim mieście liczącym niemal pół miliona mieszkańców, wszędzie mówiło się po rosyjsku. Bo rusyfikacja trwała przez ponad 300 lat - była "specjalną operacją przeciwko językowi ukraińskiemu, językobójstwem. Milionom Ukraińców wpojono przekonanie, że to właśnie rosyjski język jest ich językiem ojczystym. Dlatego nawet w czasie wojny bardzo trudno jest przekonać ludzi, że powrót do języka ukraińskiego jest kwestią bezpieczeństwa narodowego.
W styczniu Tetianie nie przedłużono umowy o pracę. Tłumaczono to tym, że "nie ma finansowania na zatrudnienie asystenta międzykulturowego w 2026 r.". Kobieta chciałaby wierzyć, że osoby podejmujące decyzję o finansowanie projektów edukacyjnych dla dzieci-uchodźców rozumieją, iż intensywna asymilacja - w warunkach narastającego w Polsce negatywnego nastawienia do Ukraińców - może rodzić nowe konflikty społeczne.

źródło: https://www.onet.pl/informacje/sestry/dzieci-z-ukrainy-w-polskich-szkolach-nie-potrafie-ufac-czesto-placze/31fn31y,0666d3f1

wtorek, 27 stycznia 2026

2315. W lekturze siła

Zagłada narodu żydowskiego jest motywem podejmowanym nie tylko przez wielu scenarzystów i reżyserów, o czym pisałam ostatnio, ale też pisarzy i poetów. Wiele osób, które przeżyło holokaust w różnej formie, zdecydowało się po latach przelać swoje wspomnienia na papier, nawet jeżeli nie są zawodowymi pisarzami. Za moich czasów jedną z obowiązkowych lektur w szkole średniej była niewielkich rozmiarów książka Hanny Krall, "Zdążyć przed Panem Bogiem". Poruszono w niej chociażby problem codziennego życia w getcie żydowskim. Pamiętam, że zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, chociaż nie była pierwszą o tej tematyce, jaką przeczytałam w życiu.
Od jakiegoś czasu w okolicach przełomu stycznia i lutego staram się przeczytać jakąś książkę związaną z tą tematyką. A jest ich multum, począwszy od literatury faktu, a skończywszy na beletrystyce, z wymyśloną przez autora fabułą, która jest nieprawdopodobna, a jednak zadziwiająca (mam tu na myśli chociażby mojego ulubionego "Chłopca w pasiastej piżamie"). Nie zawsze mi się to udaje, ale staram się. W tym roku wypożyczyłam dwie książki związane z problemem holokaustu z którymi uporałam się bardzo szybko. Aż chciałoby się rzec - za szybko. Ale co innego można robić na przymusowym L4 żeby się nie nudzić? Jedna opowiadała o żydowskich dziewczynkach ukrywanych w czasie II wojny światowej i trochę przypominała mi "Dziewczyny sprawiedliwe. Polki które ratowały Żydów" autorstwa Anny Herbich-Zychowicz. Druga natomiast to oparta na faktach historia chłopca, który wiele lat spędził za murami obozu koncentracyjnego w Auschwitz.
Tytuł: "Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu"
Autor: Anna Bikont
Wydawnictwo: Czarne
Wołowiec 2023
Ilość stron: 244

Jak wiemy z historii, zgodnie z rozporządzeniem wydanym przez Adolfa Hitlera, naród żydowski miał zostać zgładzony. W związku z tym budowały najpierw getta żydowskie, a następnie obozy koncentracyjne i zagłady, które miały przyspieszyć ich zagładę. Każdy Polak miał obowiązek zgłosić miejsca, w których mogą przebywać Żydzi, a za pomoc w ich ukrywaniu groziły surowe kary. Jednak znajdowali się tacy ludzie, którzy decydowali się na pomoc prześladowanym, a nawet na ich ukrywanie w swoich posiadłościach. Popularne było na przykład ukrywanie dzieci, które na ten czas stawały się najczęściej dalekimi krewnymi rodziny. W ten sposób uratowano wiele żyć, w tym szóstki kobiet, które po latach niektóre z nich zdecydowały się na podzielenie się swoimi wspomnieniami z Anną Binkot.
Znamienne jest to, że wszystkie przedstawione przez autorkę ocalone kobiety już nie żyją. Z Elżunią, bohaterką pierwszego reportażu nie miała ona nawet okazji porozmawiać, ponieważ popełniła ona samobójstwo w latach 60 XX w Stanach Zjednoczonych. Jako materiał musiały jej wystarczyć wspomnienia tych, którzy ją znali. Z pozostałymi: Blimą, Janką, Dorką, Małką oraz Ireną udało jej się jednak porozmawiać. Każda z nich miała swoją historię i swój obraz holokaustu, jaki wyniosły z czasów swojego dzieciństwa. Nie brakuje w nich strachu, głodu i chłodu, ale też nadziei na to, że wszystko kiedyś się skończy i wreszcie ktoś zdejmie ciążące na nich jarzmo pochodzenia.
Książka Anny Bikont "Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu" jest potwierdzeniem, że w czasie wojny łatwiej było ukryć żydowskie dziewczynki niż chłopców, którzy z powodu obrzeżania byli łatwi do zidentyfikowania co do ich pochodzenia. Oczywiście wiązało to się z ryzykiem, także ze zmianą tożsamości tych dzieci. Ale w większości udawało się ocalić chociaż tą część żydowskiego społeczeństwa, które po wojnie najczęściej wracały do swoich korzeni, kontynuując tym samym trwanie całego narodu.

Tytuł: "Chłopiec, który przeżył Auschwitz. Historia prawdziwa"
Autor: Tomasz Wandzel
Wydawnictwo: Wydawnictwo MG
Kraków 2021
Ilość stron: 218

Książek takich jak ta jest wiele. Kilka lat temu przeczytałam "Chłopca, który poszedł za tatą do Auschwitz" Jeremy'ego Dronfielda, przy której kilka razy polały mi się łzy. Potem przyszła pora na "Chłopca, który narysował Auschwitz" z niesamowitymi obrazkami narysowanymi dłonią nastolatka i obrazującymi codzienne życie w obozie. Teraz przyszła pora na "Chłopca, który przeżył Auchwitz. Historia prawdziwa" autorstwa Tomasza Wandzla.
"Chłopiec, który przeżył Auschwitz. Historia prawdziwa" jest, jak mówi drugi człon tytułu, historią opartą na faktach. Przedstawia kilka lat z życia Griszy, który jako zaledwie pięcioletnie dziecko wraz z rodziną trafił do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. W ciągu zaledwie kilku miesięcy z kilkuosobowej rodziny został sam. Ale i życie malca kilkakrotnie wisi na włosku: zmaga się z zapaleniem płuc, a także trafia pod "opiekę" słynnego doktora Mengele. Jednak dzięki opiece i pomocy innych współwięźniu udaje mu się dotrwać chwili, kiedy armia radziecka wyzwoliła obóz.
Historia małego Griszy wzrusza, ale też powoduje oburzenie i niezgodę na to, co działo się za druciastym płotem obozu koncentracyjnego. Najbardziej uderzające, jak dla mnie, były te fragmenty, w których wspominał on eksperymenty, jakim został poddawany będąc pacjentem legendarnego doktora Josefa Mengele. Oczywiście wiem, że był to pseudolekarz, który nie leczył, a wykonywał na ludziach dziwne eksperymenty. Ale i tak żal mi było w tym wszystkim tego kilkuletniego Griszy, którym wtedy był autor wspomnień. A jednak książka niesie nadzieję, że nawet z najgorszego miejsca na Ziemi można zostać uwolnionym, jeżeli tylko znajdzie się ktoś, kto nam w tym pomoże i wesprze.

poniedziałek, 7 lipca 2025

2227. Znajomość co przetrwała próbę czasu

Napisałam wczoraj wieczorem SMSa do mojej byłej wychowawczyni z klas 4 szkoły podstawowej - 3 gimnazjum, a potem jeszcze przez wiele lat była moją trenerką z lekkiej atletyki. Można powiedzieć, że nasza klasa to był jej potrójny debiut - jako trenerki (mieliśmy profil sportowy), jako wuefistki, no i jako wychowawczyni. A że była osobą dopiero co po studiach (a studiowała równocześnie wychowanie fizyczne na katowickim AWFie i pedagogikę specjalną na UŚiu) to właściwie praktyki uczyła się dopiero na nas. Trzeba jednak przyznać, że nasz zespół klasowy był prawdziwym miksem tego, co może zaoferować szkoła specjalna, więc chwilami było "ciekawie". A kiedy już sytuacja stawała się podbramkowa, najczęściej interweniowałam i załagodzałam ją jako przewodnicząca klasy. Jak patrzę na tamtych sześć lat to muszę przyznać, że moja współpraca na linii wychowawca - przewodniczący przebiegała w miarę dobry sposób, chociaż nie zawsze miałyśmy takie samo zdanie na dany temat. W końcu dzieliło nas wiele, chociażby 14 lat różnicy. Ale to chyba zbytnio nie przeszkadzało we wspólnym działaniu na rzecz klasy.
Potem, po zakończeniu nauki w gimnazjum, jeszcze przez wiele lat trenowałam bieganie i skok w dal pod jej okiem, ponieważ równocześnie była trenerem lekkiej atletyki w wojewódzkim klubie sportowym dla niepełnosprawnych, pod którego skrzydła przeszła większość ludzi z mojej klasy. W dalszym ciągu była wiedziała, co się u mnie dzieje, jak przebiega moja edukacja, cieszyła sukcesami, motywowała przy porażkach. Zawsze mnie korciło, aby zapytać ją, czy wie co słychać u pani B., ale... ale nigdy nie miałam aż tak wielkiej odwagi. To chyba zbyt intymny jak dla mnie temat. Za to zawsze pozwalałam jej siebie przytulać, głaskać, czochrać włosy. Zawsze robiła to tak naturalnie, że aż chciało mi się płakać z emocji.
Nawet teraz, kiedy zrezygnowała z trenowania nas, mam z nią w miarę regularny kontakt. Wiem, że mogę z nią porozmawiać w podbramkowej sytuacji. A w takiej się chyba aktualnie znalazłam. Tutaj jak najbardziej udana obrona magistratu, radość z sukcesów znajomych, z wyjazdu na Jubileusz Młodych do Rzymu jako wolontariusz. A z drugiej strony jedno zmartwienie goniące drugie.
Potrzebowałam pogadać z kimś neutralnym, ale i wyrozumiałym, co do którego miałam pewność, że mnie wysłucha, a może i coś mądrego powie. No i z automatu padło na nią. "Przychodź" - przeczytałam w odpowiedzi zwrotnej. To przyszłam. I chyba z dwie godziny trwało moje wyrzucanie z siebie tego, co mi leży na wątrobie. Pomogło do tego stopnia, że dopiero na koniec powiedziałam jej o obronie drugiej magisterki. Ucieszyła się tak jak wtedy, gdy mówiłam jej o moich ocenach na świadectwach z liceum, o wynikach matury, o wynikach na studiach, o zdobyciu pracy. Ucieszyła się tak, jak cieszy się rodzic z sukcesów dziecka. Bo chyba dzięki tym wszystkim latom każdy uczeń naszej klasy tak po trochu stał się już jej przybranym dzieckiem. Takim, którego trzeba upominać, ale też chwalić i wspierać. Takiej znajomości aż szkoda kończyć i mam nadzieję, że będzie trwała ona jak najdłużej. A jednocześnie sama chciałabym być takim pedagogiem. Do tego to mi chyba jeszcze daleko...

piątek, 24 stycznia 2025

2112. Mało logiczna ta logika

Kiedy wielu ludzi marudzi na długie zimowe wieczory, ja staram się je wykorzystać jak najlepiej. Mój ulubiony na to sposób to oczywiście czytanie książek (chyba głównie po to zostały one, te długie wieczory, wymyślone przez Boga). W ostatnim czasie jest jednak coś, co skutecznie sprawia, że ta przyjemność musi chwilowo odejść na bok - to zmora pierwszego roku studiów magisterskich, czyli logika. Dlatego też moje biurko raz, dwa razy w tygodniu wygląda dokładnie tak:
Ja widać na zdjęciu - komputer z otworzonym edytorem tekstu + zbiór zadań na drugiej karcie + dwie książki z logiki o bardzo wymownych tytułach. Żaden ja "bystrzak", już bardziej "oporny", ale przynajmniej mają sporo przykładów zadań wraz z omówieniem krok po kroku jak trzeba je rozwiązać. No i, jak dla mnie, w miarę przystępnie przybliżają podstawowe zagadnienia logiczne.
To z "Logiki dla bystrzaków"
A to z "Logiki dla opornych"
Podobno ćwiczenie czyni mistrza. Udało mi się znaleźć taki zbiór zadań, gdzie na końcu podane są rozwiązania, co bardzo ułatwia sprawę
Myślę, że i tak jestem w tej komfortowej sytuacji, bo miałam na początku na matematyce cały dział poświęcony elementom logiki. Co prawda były to podstawy, ale jak się okazało - na start wystarczyły. Jednak logika to nie tylko tabelkowe zabawy 0-1 (kto miał logikę, ten wie o czym piszę). To m.in. umiejętność odczytywania i przekształcania zdać z języka logicznego na polski (i na odwrót), umiejętność wykazania (np. wprost i nie wprost), czy dane zdanie jest tautologią, czy też kontrtautologią KRZ lub KRP, wskazywanie z języka naturalnego, jak powinny brzmieć zdania napisane w języku logiki, rozkładanie zdań na przesłanki i wniosek, czy też przedstawianie na diagramach Venna podanych zdań. To nie jest łatwe, ale nie jest też specjalnie trudne. Chociaż większość mojej grupy uważa inaczej.
Niestety, tak się złożyło, że zajęcia pokrywają mi się z innymi na drugim kierunku. Umówiłam się jednak z prowadzącymi, że będę na 50% zajęć, a resztę sama nadrobię. Jakoś. Mieliśmy pierwsze kolokwium z podstaw logiki (które zdawałam w części ustnie, w części pisemnie). Do końca nie wiem, jak mi poszło, ale wiem, że zdałam, bo to co mu mówiłam, miałam dobrze. Dwa tygodnie temu mieliśmy drugie, mnie jednak nie było, bo to był ten tydzień, co planowo byłam na drugim kierunku. A więc kazał mi przyjść dzisiaj, bo część osób miało poprawę. Wcześniej jednak miałam zrobić i wysłać mu przykładowe kolokwium z podanego zakresu materiału zamieszczone na grupowym meilu.
Prawie wszystkie zadania zrobiłam bez większych problemów. Z wyjątkiem jednego, szóstego, nad którym siedziałam dłuższą ilość czasu, bo żadne rozwiązanie mi nie pasowało. W końcu coś tam napisałam i odesłałam mu to przykładowe kolokwium. W odpowiedzi zwrotnej przeczytałam, że w zasadzie napisałam je dobrze, ale to jedno zadanie mam źle. Rozwiązałam je na inny sposób i odesłałam - znowu źle. A skoro się mówi, że do trzech razy sztuka, to wysłałam je rozwiązane po raz trzeci i znowu okazało się źle. Skapitulowałam, bo już zupełnie nie wiedziałam jak je zrobić. Ale odpisał mi, że wytłumaczy je na dzisiejszych konsultacjach.
Na szczęście dzisiaj na pedagogice kultury mieliśmy tylko kolokwium zaliczeniowe, skończyliśmy więc szybciej. Dzięki temu zdążyłam na czas na owe konsultacje. Usłyszałam na nich, że zadanie 6 wykonałam prawie dobrze, więc mogę być z siebie dumna. A teraz miał mi pokazać, jak prawidłowo je rozwiązać. Próbował jednym sposobem - nic, drugim - też nic. Myśli, myśli, aż w końcu go olśniło, że to zadanie w ogóle jest źle napisane i znak negacji w ostatnim fragmencie powinien być przed Q(x). Inaczej mówiąc, nie dało się go rozwiązać metodą nie wprost, chociażby człowiek nie wiadomo jak się przy tym upierał. Aczkolwiek sam mój tok rozumowania i dochodzenia do rozwiązania był prawidłowy.
Ostatnie kolokwium ma być ze sylogalistyki i diagramów Venna. Coś czuję, że też będzie "wesoło".

poniedziałek, 9 grudnia 2024

2080. 8 Festiwal Nauki w Katowicach

Ostatnio pisałam Wam jak nie należy organizować jakiejś imprezy, nawet jeżeli jest to w zasadzie niewielka konferencja wydziałowa. Na pewno nie należy traktować ją tylko i wyłącznie jako swoją, że to ja i tylko ja jestem odpowiedzialna za jej organizację, a reszta... W zasadzie to dobrze, że jest, ale gdyby ich nie było, to też jakoś dałabym sobie radę. Pół biedy, jeżeli ktoś ma chociaż mgliste pojęcie o organizacji czegoś takiego. Ale tutaj nawet tego zabrakło.
Jak na ironię, zaledwie dwa dni później, kolejny raz miałam przyjemność być wolontariuszem podczas kolejnej, 8 edycji Śląskiego Festiwalu Nauki. Impreza ogromna, rozłożona na trzy dni, przez którą przewinęła się liczba gości liczona w tysiąca. Jak można się domyśleć, jej organizacja wymagała niebywałej precyzji, zorganizowana i nie było tam miejsca na jakąkolwiek improwizację. Do pomocy przydzielono kilkaset wolontariuszy w różnym wieku. Co istotne, już 2 tygodnie wcześniej znałam mój grafik pracy, dzięki czemu mogłam chociażby ustalić w jakich godzinach mogłabym postać przy stoisku zorganizowanym przez Koło Naukowe Teologów, w którym też działam. Nie będę ukrywać, że było to dla mnie niesamowite ułatwienie. A zarazem pokazało profesjonalizm i długoletnią praktykę ludzi organizujących wydarzenie.
Jeszcze w piątkowe popołudnie, tuż po nieszczęsnej konferencji, udaliśmy się z kolegą z wydziału, który też był wolontariuszem podczas wydarzenia, udaliśmy się do katowickiego Międzynarodowego Centrum Kongresowego, gdzie odbyło się dla nas specjalne szkolenie m.in. z topografii obiektu. Dorian był pierwszy raz, więc była to dla niego zupełna nowość. Starałam się w miarę możliwości odpowiedzieć na jego liczne pytania, niestety, wszystkiego nie wiedziałam i musiałam odesłać go do bardziej kompetentnych osób. Podczas oprowadzania po obiekcie na hali głównej dostrzegliśmy ludzi z Koła Teologicznego, którzy rozkładali stanowisko. Dorian nawet napisał jego przewodniczącej, że ich widzimy, ale odpowiedź zwrotna przyszła dopiero wtedy, gdy już wyszliśmy z pomieszczenia.
W tym roku działałam tylko przez dwa dni - w niedzielę oraz w poniedziałek. W niedzielę przez pierwszą część dnia siedziałam na stoisku Koła Naukowego Teologów. Już wcześniej ułożyłam dwie krzyżówki związane z Górnym Śląskiem, chociaż już bardziej - z Katowicami.
Jak powiedziała przewodnicząca Koła Naukowego - "Na bogato". Oprócz tego mieliśmy jeszcze jedną krzyżówkę i dopasowywankę świątyń do ich nazw. Na naszym stoisku można było też zobaczyć m.in. ręcznie zrobioną makietę kościoła Mariackiego w Katowicach, zastawę arcybiskupa Augusta Hlonda i arcybiskupa Arkadiusza Lisieckiego podarowaną im przez lokalnych rzemieślników, czy też liczne książki poświęcone archidiecezji katowickiej, która przeżywa 100-lecie swojego istnienia.
Przez drugą część dnia chodziłam po hali i informowałam gości, gdzie co mogą znaleźć oraz gdzie mają iść, aby dojść w obrane sobie miejsce. Pod koniec dnia znałam na pamięć lokalizację większości stoisk i tego, co można na nich zobaczyć.

W poniedziałek całe dwie zmiany przesiedziałam na strefie dla dzieci, gdzie wraz z "Technicznym przedszkolem" grałam z dzieciakami w grę logiczną polegającą na odpowiednim poprzestawianiem kolorowych kubków tak, aby znalazły się one na odpowiednim miejscu. Tak naprawdę wystarczyło tutaj zastosować odpowiedni algorytm, co wbrew pozorom nie było takie proste. Zachowanie jednej nauczycielki mnie tutaj rozbroiło: stwierdziła, że ma siedmioletniego geniusza matematycznego, który na pewno bez problemu rozwiąże tą zagadkę. Pomijam już to, że zupełnie zmieniła zasady zabawy na swoje (bo ona takie stosuje przy podobnej zabawie), ale stała nad tym malcem, co chwilę go poganiając i komentując jego ruchy. Kurcze, też byłam dobra z matematyki, ale nauczycielki wiedziały, że to co kompletnie mnie rozprasza to właśnie tego typu zachowania. 
Na koniec wszyscy zostaliśmy zaproszeni przed Scenę Główną, gdzie rektor Uniwersytetu Śląskiego, profesor Ryszard Koziołek, podziękował wszystkim zaangażowanym w organizację festiwalu za pomoc i za to, że po raz kolejny wszystko jak najbardziej się udało. Wiecie, że ochrona była tak skuteczna, że któregoś dnia nie wszedł na obiekt jeden z kluczowych gości wydarzenia, ponieważ nie miał na ręce odpowiedniej opaski, bo zdjął ją poprzedniego dnia? Obejrzeliśmy też film, który podsumowywał roczny projekt Katowic-Miasta Nauki. Były też ujęcia z wydarzeń, w których osobiście brałam udział. 
To były wspaniałe dni poświęcone popularyzowanie nauki nie w szkolnych ławkach i uczelnianych salach, ale poprzez doświadczanie jej wszystkimi zmysłami. Świetna inicjatywa, która rozwija się już ósmy rok i nic nie wskazuje na to, aby miała się skończyć. Na te dni do Katowic przybywają ludzie praktycznie z całego kraju, można więc powiedzieć, że Śląski Festiwal Nauki stał się wręcz wizytówką stolicy Górnego Śląska.

czwartek, 22 sierpnia 2024

2015. Albo takim dziennikarzem...

W ostatnim wpisie opowiedziałam Wam nieco o jednym z moich nietypowych zainteresowań, jakim jest archeologia. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że wręcz sięgnęłam tym do archeologii mojego życia, tego, co mnie pociągało u schyłku pierwszej dekady życia, kiedy z zapałem poznawałam zamierzchłe dzieje różnych cywilizacji, a z klocków budowałam piramidy.
Ta dosyć egzotyczne i nietypowa pasja dosyć szybko ustąpiła innej - dziennikarstwu. Już w klasach 4-6 szkoły podstawowej polonistka zachwycała się moimi sprawozdaniami z wycieczek oraz szkolnych wydarzeń. O ile mnie pamięć nie myli, to pierwszy "poważny" artykuł (a może i sprawozdanie) do szkolnej gazetki z międzyszkolnych zawodów sportowych napisałam gdzieś w połowie 5 klasy. Tym samym stałam się jej najmłodszym redaktorem. Jakże byłam z tego zadowolona nawet, jeżeli moje artykuły liczyły na początku kilkanaście zdań. Z czasem stawały się jednak coraz bardziej dojrzałe i rozbudowane. 
A tematów do opisywania było dużo: zawody, akademie, przedstawienia teatru amatorskiego, przeczytane książki, obejrzane filmy, codzienność uczniów szkoły podstawowej i gimnazjalistów, układanie strony z rozrywką, szkolne harcerstwo i zuchowstwo. Czasami artykuły powstawały wręcz na długiej przerwie albo na kółku informatycznym w pracowni komputerowej. Informatyk miał do mnie takie zaufanie, że jako jednej z nielicznych pozwalał zostawać w niej samej. Inne powstawały w domu, a potem przynosiło się je jeszcze na dyskietkach 3,5 calowych. Ktoś pamięta taki relikt z przeszłości? Bo ja tak.
Już na początku gimnazjum wiedziałam, że w liceum pójdę na profil humanistyczny, a potem na studia dziennikarskie. Tym bardziej, że nie tylko mnie to wciągneło podobnie jak sport, ale też zaczęłam odnosić pierwsze sukcesy na różnych szczeblach. Ktoś zauważał moje niepozorne teksty i je doceniał. Moja matematyczka ubolewała nad tym wyborem, ale ja naprawdę większą szansę widziałam w literkach niż w cyferkach. Na osłodę startowałam w różnych konkursach matematycznych, czasami 2,3, a nawet 4 poziomy wyżej niż klasa, w której aktualnie byłam. To był mój mały kompromis i sposób na udobruchanie nauczycielki. Co ciekawe, z reguły szło mi w nich dobrze, mimo że musiałam sama opanować nadprogramowy materiał. Ale chyba w końcu pogodziła się z tym i odpuściła mi wszelkie przytyki. Ja tymczasem wyobrażałam sobie, jak w dorosłym życiu pracuję w redakcji z prawdziwego zdarzenia. Może takiej jak w serialu "Samo życie"? Dziecięce marzenia...
W liceum nie dostałam się na profil humanistyczny, ale socjo-historyczny. Średnio mnie to ucieszyło, bo WOS nie był tym, co mnie jakoś szczególnie interesowało, a o lekcjach historii pisałam w poprzednim wpisie. No, ale postanowiłam zacisnąć zęby i jakoś przeżyć te trzy lata. Próbowałam jakoś wkręcić się do gazetki szkolnej, nikt jednak nie chciał tam kogoś takiego jak ja, co powiedziano mi wprost. Szybko przełknęłam tą gorzką pigułkę, rozumiejąc, że całe moje życie może w tak wyglądać - na odtrąceniu przez społeczeństwo. 
Zaczęłam na dobre realizować moją pasję w inny sposób. Już w ostatniej klasie gimnazjum założyłam bloga poświęconego zespołowi "Ivan i delfin", ale tak naprawdę rozwinęłam go dopiero w czasach liceum. Wyszukiwanie kolejnych informacji na jego temat, oglądanie programów telewizyjnych i robienie z nich sprawozdań, czy też streszczanie artykułów z prasy to było to, co naprawdę mi się podobało i cieszyło w tamtym okresie tak samo, jak codzienne treningi, czy też zaangażowanie w parafialną scholę. Nie pytajcie mnie jak to wszystko godziłam, bo sama nie wiem. A przecież jeszcze człowiek musiał przygotować się do zajęć szkolnych. Ale dawałam radę, a prowadzenie tamtego bloga traktowałam jako szlifowanie swojego warsztatu. Nie miałam może dużej liczby czytelników, ale byli to tacy sami zapaleńcy i pasjonaci tematu jak ja. 
Na początku trzeciej klasy liceum szkolna pani pedagog zaczęła podpytywać nas o nasze dalsze plany. Powiedziałam jej szczerze, że chcę iść albo na coś związanego z geografią, albo na dziennikarstwo. Co ja się wysłuchałam, że to nie jest dla mnie idealna droga, że gdzie ja się pcham z moją wymową na dziennikarstwo, że w ogóle ona nie rozumie po co mi rozszerzona matematyka na maturze, skoro nie dość, że była ona nieobowiązkowa, to jeszcze nie chcę iść na coś stricte z nią związanego. I że ona obawia się, że ja w ogóle obleję tą maturę... Ja jedyne czego się bałam, to języka niemieckiego, którego rzekomo miałam nie zdać, zwłaszcza ustnej części. Zdałam, a z ustnego niemieckiego miałam drugi wynik w grupie. Reszta też całkiem nieźle mi poszła pomimo tego, że jeszcze kilka dni wcześniej byłam na zawodach. Teoretycznie najgorzej mi poszedł pisemny polski, ale tutaj była istna loteria czy to co się napisało jest zgodne z odgórnym kluczem, który był niekiedy dziwny.
Przyszła pora na wybór studiów. Będąc jeszcze pod presją szkolnego pedagoga nie zdecydowałam się na dziennikarstwo. Ostatecznie wylądowałam na zarządzaniu na katowickim AWFie. Nie był to szczyt moich marzeń, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. I wbrew powszechnie panującej opinii - wcale nie było tam tak łatwo i niekiedy trzeba było nieźle się natrudzić, aby zaliczyć niektóre przedmioty. Plusem była grupa, do której trafiłam. Wzajemnie wspieraliśmy się w wielu rzeczach, zwłaszcza w nauce. Z niektórymi jej członkami utrzymuję kontakt do dzisiaj.
Na dziennikarstwo nie poszłam, to została mi tzw. żyłka dziennikarska (a przynajmniej tak mi się wydaje). Lubię pisać sprawozdania z wydarzeń, w których biorę udział. Wiele z nich znajdziecie tutaj na blogu. Wiem, że nie są idealne, ale nikt tak naprawdę nie jest idealny. To dlaczego notatki miałyby takie być. Kilka razy pisałam artykuły do parafialnej gazetki, a przez jakiś czas nawet byłam parafialną kronikarką, co dawało mi nie tylko wiele radości, ale i poczucia bycia na coś przydatnym. Niestety, wraz z nowym proboszczem niemal z automatu i bez słowa zostałam odsunięta od tej funkcji. Co ciekawe, nikt się tym teraz nie zajmuje. Raz na jakiś czas piszę coś na portalu nasze.miasto. Trochę żałuję tylko, że nie potrafię robić pięknych zdjęć, ale nie da się być dobrym we wszystkim. Mam jednak wrażenie, że w jakiś sposób realizuję się w tej pasji sprzed lat.

wtorek, 20 sierpnia 2024

2014. Dlaczego nie zostałam archeologiem?

Przeziębienie mnie trzyma i nie chce puścić. Do tego dochodzą jeszcze inne niedające się niczemu przypisać dolegliwości. Lekarze mają swoje podejrzenia co do przyczyny, ale muszą sprawdzić jeszcze kilka rzeczy. Na razie próbuję doprowadzić się do stanu względnej użyteczności tak, aby na weekend być w stanie jako takiej użyteczności. Pomaga mi w tym Pusia, która co chwilę przychodzi sprawdzić co się ze mną dzieje. Aby umilić sobie czas, czytam wypożyczone z biblioteki książki. Wśród nich "Odkrycie Machu Picchu" Jacka Walczaka.
Kiedy byłam dzieckiem był taki okres, kiedy bardzo interesowałam się archeologią. Pochodzę z rodziny, w której był telewizor, jeden, ale nie oglądało się wszystkiego jak leci. W zasadzie pamiętam, że był to na pewno poranny blok dla dzieci i wieczorna dobranocka. A to, co puszczano na czterech kanałach na krzyż przechodziło przez sito cenzury naszych rodziców, którzy uważali, że jeżeli mamy korzystać z telewizji, to w sposób mądry i z głową. Wybierali więc dla nas te programy, z których możemy coś wynieść o otaczającym nas świecie. 
Pamiętam, jak jeden z takich programów opowiadał o podróżnikach badających Machu Picchu w Peru. Skąd wiem, że to była właśnie ta miejscowość? Otóż tak mi się spodobała ta niezwykle brzmiąca nazwa, że potem przez jakiś okres czasu nieustannie ją powtarzałam. Nie mogłam być starsza, niż być wtedy w wieku 8 - 9 lat. Na pewno nie miałam jeszcze historii, która podobała mi się do momentu, w którym zaczęłam się jej uczyć, czyli przed 4 klasą podstawówki. 
Obejrzałam owy program i wiele rzeczy nie dawało mi spokoju. Dotychczas praca archeologa kojarzyła mi się ze słynnym archeologiem Indianą Jonesem i przeżywanymi przez jego przygodami. Filmy śmieszyły, ale już moja dziecięca logika podpowiadała mi, że ta praca nie do końca tak wygląda. Co nie zmieniło faktu, że do dzisiaj bardzo lubię tą serię, którą pokazał mi kiedyś tata, i nawet po latach kupiłam sobie jej książkową wersję, aby także na wyjazdach, czy też na wsi móc zachwycać się niezwykłymi przygodami Indiego.
Scena z filmu "Indiana Jones i poszukiwacze zaginionej Arki"
W tym samym czasie dostałam multimedialną encyklopedię starożytnych cywilizacji. No właśnie, rodzice raczej nie kupowali nam gier komputerowych, a programy multimedialne, które będą nas uczyć czegoś konkretnego. Spędzałam nad nią każdą wolną chwilę, których znowu nie miałam tak dużo, poznając życie, jakie toczyli mieszkańcy dawnych cywilizacji, np. nieznanej mi dotąd Babilonii, Egiptu, standardowo Grecji i Rzymu. To było dla mnie coś naprawdę wow, odkrywać coś, co dotąd było mi zupełnie nieznane. Najlepsze dla mnie było to, że wtedy przerzuciłam niemal wszystkie informacje z płyty CD do prymitywnego programu WordPad, a następnie wydrukowałam ciesząc się, że mam taką "książkę".
Książki to było dla mnie trzecie źródło czerpania w tamtych czasach wiedzy o starożytności. Jedna z pierwszych przeczytanych na ten temat to znajdujące się na półce w naszym domu "Ostatnie dni Pompei" oraz "Quo vadis". Dużą wartość miały dla mnie różne albumy, obrazujące starożytne zabytki zachowane na naszym globie. Jedną z nich jest "100 największych cudów cywilizacji", którą dostałam z jakiejś okazji. Potem, ale to już w liceum, przeczytałam kilka książek o starożytnej cywilizacji Majów, czy też Jordanii. Wiecie, ja naprawdę wierzyłam w wieku tych 8 lat w to, że kiedyś zostanę archeologiem i będę badać artefakty z przeszłości zatopione w ziemi. Że zobaczę piramidy na żywo, a nie na obrazkach w książce, czy też zbudowane z klocków.
Kiedy prysły moje marzenia? Pierwsze poważne rozczarowanie, paradoksalnie, przyszło wraz z pojawieniem się w planie lekcji historii. Ja naprawdę byłam zaciekawiona tym, co było kiedyś, już w wakacje przewertowałam cały podręcznik, a tu kompletna klapa. Powiem szczerze, że lekcje były tak prowadzone, że okazały się dla mnie męczarnią. Jeszcze dałam sobie szansę w liceum, ale rozszerzona historia tak naprawdę polegała na tym, że historyczka dyktowała nam słowo w słowo lekcję z podręcznika, a następnie egzekwowała od nas, abyśmy tak samo słowo w słowo umieli odpowiadać. Może dla kogoś takie średniowieczne metody są dobre, ale mnie kompletnie nie odpowiadały. Wiem, że historia w dużej części to pamięciówka, ale bez przesady. 
Podejrzewam, że z czasem przeszłaby mi ta archeologia i racjonalizm bezapelacyjnie wygrałby z marzeniami. Uznałabym, że to chyba nie dla mnie, poszukałabym innych rozwiązań na życie. Szkoda tylko, że archeologia oberwała walkowerem za historię. W zasadzie dalej pasjonuje mnie starożytność, z zainteresowaniem czytam poświęcone temu książki oraz oglądam programy telewizyjne poruszające tą tematykę. W dalszym ciągu marzę o zobaczeniu chociażby egipskich piramid. Z zapartym tchem podziwiałam rzymskie Koloseum, Forum Romanum, a także... stanowiska archeologiczne w Ziemi Świętej. Uwielbiam serię filmów z Indianą Jonesem nieprzyzwoicie się z nich śmiejąc. Oczywiście traktuję to wszystko jako rozwijanie moich zainteresowań, może trochę dziwnych, ale jakże wiele wnoszących w moje życie.

środa, 12 czerwca 2024

1953. Rozmyślanie o naszej młodzieży

Z racji ładnej pogody wychodzimy z dzieciakami ze świetlicy na boisko znajdujące się przy pobliskiej podstawówce. Niektóre z nich nawet do niej uczęszczają, i raczej kojarzy im się ona z przykrym obowiązkiem niż z czymś miłym i pożytecznym. I wydaje mi się, że wielu z nich naprawdę gotowych by było gotowych zakończyć swoją edukację po pierwszych kilku klasach, ze znajomością czytania, pisania i podstaw liczenia. Na pytania z czego zamierzają żyć pada odpowiedź, że z tego, co dostaną z opieki społecznej. Trochę mnie przeraża takie podejście, ale myślę, że doskonale odzwierciedla się tutaj powiedzenie, że wiele zwyczajów, zachowań i przekonań przechodzi z pokolenia na pokolenie. Niby staramy się zmienić takie nastawienie, ale tutaj naprawdę jest potrzebna wieloaspektowa praca z całą rodziną, a nie tylko z jej niektórymi członkami.
Na boisku chłopcy w większości kopią piłkę, a dziewczęta grają w siatkówkę. Młodsze dzieciaki szaleją na placu zabaw. Oczywiście są też tacy, którzy rozmawiają w podgrupkach, albo samotnie siedzą w cieniu drzew i np. grają na telefonie komórkowym. Chociaż ostatnio w pozytywny sposób zaskoczył mnie chłopiec z młodszej grupy, który grał z koleżanką w bierki. I z tego co widziałam - dobrze się bawili. A może to działa tak, że im młodsze dziecko, tym bardziej kreatywne i chętne do interakcji z innymi?
Pomysł z brakiem prac domowych uważam za chybiony. Przynajmniej w stosunku do naszych dzieciaków. Tak jak pisałam, większość z nich ma bardzo słabą motywację do nauki, a po wprowadzeniu tego dziwnego pomysłu w życie jakby nie miało jej już wcale. Skutek tego jest taki, że ich oceny poleciały na łeb, na szyję, a niektórzy z nich mają nawet egzaminy poprawkowe w sierpniu. Myślicie, że się tym przejmują? Nic z tych rzeczy. Za to zaskoczył mnie, pozytywnie rzecz jasna, Maksym tym, że z matematyki ma na koniec bez problemu ocenę dostateczną. Być może nie ma się czym chwalić, ale zważając na to, że przez ostatnie lata miał ledwie dopuszczający, to myślę, że jest to niemałe osiągnięcie. Kropka, ach to dopiero jest petarda i mózg - postarała się, dobrze napisała ogólnopolską olimpiadę z angielskiego, dzięki czemu już może być pewna maksymalnej ilości punktów z tego przedmiotu na maturze. Już drugiego - w pierwszej klasie wystartowała w olimpiadzie chemicznej i już ma pewny indeks na kilka uczelni. Na czym polega "problem"? Na tym, że ona nie chce studiować. Po zakończeniu technikum chce od razu poszukać pracy i przejąć opiekę prawną nad młodszym bratem. I weź człowieku przekonaj ją do zmiany zdania. 

piątek, 26 kwietnia 2024

1922. Przyjemnie było poznać przygody Sary Crewe w wersji filmowej

A tą kupili mi z czasem
rodzice
Tą wersję dostałam na koniec
IV klasy
Tyle razy czytałam "Małą księżniczkę" autorstwa Frances Hodgson Burnet, ale nigdy jeszcze nie widziałam jej filmowej wersji. Książkę, którą otrzymałam na zakończenie czwartej klasy, pokochałam od pierwszego przeczytania. Być może wstyd się do tego przyznać, ale jej główna bohaterka, Sara, była mi bliższa niż uwielbiana przez moje rówieśniczki Ania Shirley z Zielonego Wzgórza. Doszło nawet do tego, że rodzice kupili mi dodatkowy egzemplarz tej powieści, który zabrałam sobie na wieś, aby nie zniszczyć mojej szkolnej nagrody. Bo w domu siadałam przy biurku albo na łóżku i czytałam. A na wsi książkę brałam ze sobą wszędzie - do ogrodu, przed dom, nawet kiedy szłam wypasać krowy w pole. I chociaż zakupiona potem wersja trochę różniła się od tej otrzymanej w szkole w tłumaczeniu (było ono starsze), a ja z każdym rokiem stawałam się coraz starsza i dojrzalsza, to w każde wakacje z wielką radością powracałam do tej pozycji. Zresztą z powodu braku innych rozrywek w deszczowe dni (bo w pogodne biegało się z innymi dzieciakami tu i tam), pozostawały mi książki. Najczęściej więc już w wakacje miałam przeczytane wszystkie lektury szkolne przewidziane w danej klasie, ale nie tylko. 
Wiedziałam, że książka została zekranizowana, a pierwszy raz to nastąpiło jeszcze w 1939 roku. Potem była wersja z 1995 roku i w końcu ta ostatnia z 1997 roku. Poza tym powstało kilka seriali, także animowanych, opartych na podstawie książki. Z ciekawości postanowiłam sprawdzić, czy któryś z nich jest dostępny w internetowych czeluściach. I ku mojemu zaskoczeniu, mieszającego się z radością, odkryłam, że można obejrzeć wersję z 1939 roku, w dodatku z polskim lektorem. Już wiedziałam, jak zagospodaruję sobie przedwczorajszy wieczór, zwłaszcza że film trwa 1,5 godziny.
Akcja filmu rozpoczyna się w 1899 roku, kiedy kapitan Ralf Crewe przyjeżdża wraz ze swoją siedmioletnią córką, Sarą, do Londynu. Wojskowy samotnie wychowuje dziecko, a ponieważ został powołany do wojska, postanowił powierzyć ją opiece ekskluzywnej szkoły dla dziewcząt w stolicy kraju. Jej właścicielka, panna Maria Minchin, początkowo była niechętna przyjęciu nowej uczennicy, dowiedziawszy się jednak o bogactwie, jakie posiada kapitan Ralf, zgadza się na to. Dziewczynka dostaje osobny pokój, pokojówkę, ma także zapewnione przejażdżki na prywatnym kucyku. Pomimo bogactwa pozostaje jednak miła dla innych i szybko zjednuje sobie sympatię innych dziewcząt uczących się na pensji. Wszystko zmienia się w dniu 11 urodzin dziewczynki, kiedy okazuje się, że jej tata zginął w dalekim kraju, a ona sama została bez grosza przy duszy. W rezultacie zmuszona była zamienić apartament na skromny pokoik na strychu, sama zaś staje się służącą innych dziewcząt, w ten sposób spłacając swój pobyt na pensji. Wiele dawnych przyjaciółek odwróciło się wtedy od niej, ale znalazły się też takie, na których wsparcie zawsze i wszędzie można liczyć. W dodatku gdzieś w głębi serca czuła, że ukochany tata jednak żyje, musi go tylko odnaleźć. W tym celu wypytuje wojskowych wracających z wojny, czy nie widziała jej taty, a także odwiedza miejscowy szpital, do którego są przywożeni ranni z frontu. Pomagają jej w tym jej dawni przyjaciele, a także... sama królowa Wiktoria, która w tamtym okresie rządziła krajem.
Na początku myślałam, że film bardziej mnie rozczaruje, ale nie, oglądało mi się go bardzo dobrze. Pomimo ograniczonej przestrzeni czasowej bardzo treściwie przedstawia historię małej Sary, chociaż jest w niej wiele rozbieżności. Mam tu na myśli początek, gdzie wskazany jest rok rozpoczęcia akcji (w książce nie ma nic na ten temat, ale jak dla mnie tutaj reżyser podziałał na korzyść) oraz koniec, który jest dużo bardziej optymistyczny. Mimo tego można bez problemu odnaleźć ważniejsze wątki zaczerpnięte z książki.
Postać Sary tradycyjnie mnie zachwyciła. Duża w tym zasługa Shirley Temple, wcielającą się w tą osobę. Jej urok i wdzięk sprawiają, że nie sposób jej nie lubić. Dziewczynka przez lata uczyła się w szkole tańca, co można było wykorzystać w filmie chociażby w taki sposób:
Ekranizacja jak najbardziej mi się podobała i nie żałuję czasu poświęconego na jej obejrzenie. Myślę, że w miarę ciekawie i przejrzyście przedstawia problematykę książki. Kilka scen wywołało u mnie szerszy uśmiech, co nie zawsze jest u mnie oczywiste. Chciałabym jeszcze obejrzeć, w wolnej chwili, inne adaptacje, aby zobaczyć, jak inni reżyserzy poradzili sobie z tym tematem w późniejszych latach.

piątek, 26 stycznia 2024

1840. Prawie a na finiszu semestru

Można powiedzieć, że pomimo problemów ze zdrowiem*, dałam radę i zaliczyłam wszystkie ćwiczenia w pierwszym terminie. Teraz tylko zaliczyć egzaminy i kolejne dwa semestry będą za mną. Oceny chyba dobre, poniżej czwórek w tym semestrze na razie nie spadłam, co chyba jest dobrym wynikiem. Trochę jestem zawiedziona dzisiejszym wynikiem z Uzależnień i współuzależnień, zaledwie 3,5 z kolokwium, ale z poprzedniego miałam 5, słówka angielskie też mi dobrze poszły, finalnie mam więc 4,5. Niby dobrze, jednak nie do końca satysfakcjonujące, bo z tego przedmiotu spokojnie można było mieć bardzo dobry (zastanawiam się, czy nie poprawiać tego).
Po skończonym zaliczeniu z Uzależnień pognałam na drugi wydział, na zaliczenia z pedagogiki. Tutaj oceny jak najbardziej mnie satysfakcjonują. Trochę trudno jest mi się przyzwyczaić do braku indeksów, bo jednak była ta radość z tego, że człowiek dostał do niej oceny, no ale zostały one całkowicie wyparty przez system USOS. Wszystko idzie z duchem czasu.
Teraz trzeba tylko przeżyć następny tydzień, gdzie w niektóre dni mam nawet i dwa zaliczenia, ale to nic, nie takie rzeczy były przede mną i dałam sobie radę. Teraz też dam. A przynajmniej mam taką cichą nadzieję. Ta zaś umiera ostatnia i tego się trzymam dla własnego komfortu. Po drodze jeszcze mam państwowy egzamin kuratoryjny na kierownika wypoczynku, dzięki czemu już w wakacje będziemy mogli próbować zorganizować półkolonie "bez łaski"** proboszcza. Nie wiem co z tego wyjdzie, pewnie na początku będę popełniać mnóstwo błędów, ale przecież z czasem jakoś wszystko opanuję. Najpierw muszę jednak w ogóle zaliczyć ten egzamin. Pozytywną wiadomością dla mnie jest to, że zamieniono mi formę z pisemnej na ustną, bo jak sobie przypomnę mój egzamin na wychowawcę kolonijnego to było ciekawie z tą pisemną wersją. Szkoda tylko, że tak mało okazji miałam, aby wykorzystać moje kwalifikacje. Oby teraz było inaczej.
W pracy to był ostatni dzień przed przerwą międzysemestralną. Poszliśmy więc z dzieciakami do kina. Nie za bardzo wiem na czym były młodsze grupy, czy też starsze, ale nasza grupa (5 i 6 klasa szkoły podstawowej) oraz o poziom niższa (analogicznie 3 i 4 klasa szkoły podstawowej) obejrzała nową wersję Akademii Pana Kleksa. W głowie mam jeszcze wersję z lat 80 z kultowym wręcz Piotrem Fronczewskim w roli głównej, więc automatycznie czuję sentyment do tamtej wersji. Z drugiej strony dzieciakom się podobało, a to jest chyba jest najważniejsze. Przyjemnie jest patrzeć na ich uśmiechnięte twarze. Może nie wszyscy zasłużyli na taką nagrodę ze względu na oceny czy też zachowanie, ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. A może wyjście na film będzie dla nich motywatorem czy też okazją do zmiany. Oby na dobre. Przez następne dwa tygodnie czekają ich dwie tury półkolonii, po jednej na każdy tydzień. Niektórzy będą na jednym turnusie, inni na dwóch, a jeszcze inni na żadnym. Trochę żałuję, że przez pierwszy tydzień mnie nie będzie, ale nie potrafię pogodzić egzaminów, które w większości przypadków mam do południa z zajęciami półkolonijnymi, które są w tym samym czasie. Muszę opanować bilokacje, koniecznie.

* Ostatnio z powodu kaszlu nie dość, że promotor szybciej mnie wypuścił z seminarium magisterskiego, to jeszcze załatwił mi szybsze zaliczenie z wprowadzenia do mediacji u prowadzącego, do którego bez kija lepiej nie podchodzić
** Wybaczcie, ale kolokwialnie pisząc - "ulewa mi się" jak pomyślę ile pod tym względem straciliśmy przez ostatnie 7 lat przez to, że proboszcz nawet nie chciał negocjacji w sprawie organizacji półkolonii, z których słynęliśmy jako parafia. Dla równowagi - organizował wypoczynek we Włoszech...