Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 29 lipca 2022

1454. To już osiem lat blogowej przygody

Osiem lat... Dokładnie osiem lat temu po raz trzeci podjęłam próbę dzielenia się swoim życiem ze światem za pomocą bloga. Wiązało się z tym wiele pytań, obaw i niewiadomych. Po dziwnych sytuacjach na poprzednich blogach postanowiłam nieco wyjść poza wąskie grono odbiorców. Dotychczas większą ich część stanowiły osoby związane z niepełnosprawnością, a wcześniej fani jednego z polskich zespołów pop. Mi jednak chodziło o bardziej uniwersalne grono odbiorców. I chyba mi się to udało. Bo chociaż na mój blog zaglądają też osoby z niepełnosprawnością, to nie stanowią one wyjątku. 
Prowadzenie bloga w dzisiejszych czasach nie jest łatwe. Trudno jest się wybić spoza wielkiej masy innych blogów. Jest to jeszcze trudniejsze wtedy, gdy nigdy nie goniło się za sławą, czy też kiedy nie ma się specjalnego parcia na komentarze. Dlatego cieszę się, kiedy kolejne osoby tutaj zaglądają, czytają, dają rady, jak trzeba to "opieprzają". Najbardziej wzruszające dla mnie było to, że tak dużo ludzi cieszyło się ze mną, starą babą, która młodość ma już za sobą, z dostania się na upragnioną pedagogikę, o której z jednej strony marzyła od zawsze, a z drugiej strony obawiała się, że taka droga nie jest dla niej oraz wtedy, kiedy poinformowałam Was o odebraniu dyplomów ukończenia studiów. A to przecież tylko dwa przykłady w ciągu całego roku, który właśnie minął. Staram się pisać na różne tematy - czasami notatka jest z okazji jakiejś rocznicy, czasami jest to opis jakiejś wycieczki lub wolontariatu, czasami recenzja jakiejś książki lub filmu, czasami to jakieś bieżące wydarzenie albo przemyślenia na jakiś temat. Nie chcę, aby moje ograniczenia wychodziły na pierwszy plan, nie chcę też biadolić nad swoim losem, bo przecież w moim życiu nie wszystko jest ładne i gładkie. Chcę za to pokazać, że niepełnosprawność nie musi przekreślać naszych marzeń, że można z nią żyć "pełnią życia".
Z jednej strony miałam łzy w oczach czytając Wasze komentarze, a z drugiej było mi ciut przykro, że dla niektórych, na których liczyłam, obojętne są moje sukcesy, przechodzą obojętnie obok moich wierszy, malunków... Ja wiem, że moje malunki są beznadziejne w porównaniu z innymi, tak samo jak wiersze, ale... Ale znowu rzeczywistość zweryfikowała moje wyobrażenia i marzenia. To nie jest tak, że na siłę szukam akceptacji u wszystkich, bo wystarczy mi akceptacja u znajomych w rzeczywistym świecie. A jednak zapominamy, że "zawsze jesteśmy odpowiedzialni za to, co oswoimy", również w blogosferze.
Ostatnio tak jakby mniej jest mnie w tym naszym wirtualnym świecie. Dwa kierunki studiów, pierwsza praca zawodowa, wolontariaty, treningi... Prawda jest taka, że nie zawsze mam siłę po dniu zasiąść do laptopa po coś innego, niż spisanie notatek z dyktafonu czy też uzupełnienie dokumentacji z pracy. A przecież zdaję sobie sprawę z tego, że komentarze są takim motorem napędzającym i motywującym do pisania bloga. Jednak jak już wyrwę kilka chwil, staram się nadrobić zaległości na Waszych blogach, czytam zaległe wpisy, komentuję. Źle mi z tym, że tak się stało, tym bardziej, że nie zawsze nadążam za Wami, mam jednak nadzieję, że nadejdą jeszcze lepsze chwile w moim wirtualnym życiu.
Dlatego dziękuję Wam za Waszą obecność, wyrozumiałość, za to że jesteście, kiedy mnie nie ma. Dziękuję w szczególności Gosi, Lence, Iwannie, Uli97 oraz jotce, że są ze mną niemal w każdym poście, że znajdują czas i ochotę aby komentować moje wypociny. Dla takich osób jak Wy aż chce się pisać! 

Dziękuję za tych osiem lat każdemu z Was, moi kochani czytelnicy. Dziękuję i przepraszam, jeżeli kogoś z Was kiedyś obraziłam lub uraziłam. Wybaczcie mi to, proszę...

wtorek, 26 lipca 2022

1453. Od kajaków do wadowickich biegów górskich

W tym roku miałam nie jechać na obóz sportowy organizowany przez klub, w którym teoretycznie trenuję bieganie. Piszę teoretycznie, bo o stosunku naszego nowego trenera do swoich obowiązków już tutaj pisałam przy okazji notatki opisującej tegoroczne Mistrzostwa Polski w Paralekkoatletyce. No, ale sam Prezes dzwonił i prosił, abym jechałam. Co prawda, kiedy usłyszałam, że trener z nami jedzie, to chciałam kategorycznie odmówić, odpuściłam sobie jednak. Za rok odbędą się kolejne Światowe Dni Młodzieży, tym razem w Lizbonie. Być może przyszłoroczny obóz pokryje się z nimi terminem, więc będzie wiarygodna wymówka, aby nie jechać.

Ubiegły weekend był dla mnie nie mniej intensywny, niż ten sprzed dwóch tygodni. We wtorek zadzwonił do mnie Baca(ten od butów) z pytaniem, czy nie chciałabym wpaść w piątek wieczorem do Międzybrodzia Bialskiego na... wieczorny spływ kajakowy. Szczerze mnie tym zaskoczył, bo nie spodziewałam się z nim spotkania szybciej niż podczas letniej edycji Biegu Zbója. Z drugiej strony propozycja była dosyć kusząca. I chociaż sam dojazd wymagał ode mnie nie lada umiejętności logistycznych, zdecydowałam się na skorzystanie z propozycji. Tym bardziej, że na kłębiące się na moim stoliku do nauki książki wchodzące w skład bibliografii mojej pracy dyplomowej z Nauk o Rodzinie wcale nie świadczą o studenckich wakacjach i wiążącym się z nimi wypoczynkiem.
Zaraz po zakończeniu dniówki w świetlicy środowiskowej udałam się na katowicki dworzec PKP, skąd pociąg zawiózł mnie do Bielska-Białej, a następnie podjechałam komunikacją podmiejską do Międzybrodzia, gdzie chociażby odbywa się Górski Bieg Frassatiego. Zresztą zbiórka uczestników spływu miała miejsce w miejscu, gdzie znajduje się start i meta owego biegu. Na plażę przy akwenie wodnym przyszłam idealnie - ani za późno, ani za wcześnie. Chwilkę popatrzyłam w wodną toń, w której w czerwcu 2004 roku utonął mój zeszyt do matematyki. Pod koniec pierwszej klasy gimnazjum byliśmy bowiem w Międzybrodziu Bialskim na dwutygodniowym obozie sportowym połączonym z kolonią dla klas niesportowych. A dlaczego utonął tam mój zeszyt? Ech, gdyby głupota trzynasto-, i czternastolatków miała skrzydła, to pewnie potrafilibyśmy fruwać. Na szczęście koniec roku szkolnego był za pasem, toteż strata zeszytu nie była tak dotkliwa. Pozostali uczestnicy spływu powoli zaczęli się schodzić.
W końcu pojawił się i sam Baca, który porozdzielał nas parami na kajaki. Można powiedzieć, że cała eskapada była podzielona na dwie części. W pierwszej popłynęliśmy w stronę Porąbki, gdzie przy okazji podziwialiśmy zachód słońca za okoliczne wzgórza. Około godziny 21 wróciliśmy na brzeg, aby trochę odpocząć, po czym, już po zmroku, popłynęliśmy w drugim kierunku pod most. Wszystkie kajaki oświetlały lampki ala choinkowe, na końcu kajaków były też balony z lampką w środku, co dawało niesamowity efekty. Cała eskapada zakończyła się o dosyć drakońskiej godzinie - 22:10. O 22:55 miałam ostatni pociąg w stronę Kato. Na szczęście Pan Fotograf podwiózł mnie na bielski dworzec PKP. A przy okazji wypytał, czy nie było mnie w zeszły weekend w Lądku-Zdroju na biegach. Zrobiło mi się miło, że mnie rozpoznał. A Baca to nawet żartował, że idę z wolontariatem na jakiś rekord.

Coś w tym jest, bo ledwie odpoczęłam w sobotę do południa (do domu wróciłam kilkanaście minut po pierwszej w nocy) i już nogi mnie poniosły w stronę Wadowic(a ściślej pisząc - znajdujących się niedaleko Jaroszowic), gdzie miała miejsce czwarta edycja Wadowickich Biegów Górskich. Właściwie to do końca nie miałam pewności, czy załapałam się na tamtejszy wolontariat, ponieważ organizatorzy długo nie dawali mi odpowiedzi. Ta nadeszła w piątkowy poranek i była pozytywna. W Wadowicach i okolicach mam bardzo bliską rodzinę więc nie mam większych kłopotów z ewentualnym noclegiem.
W niedzielny poranek skoro świt wyruszyłam w kierunku Jaroszowic. Akurat wybrałam drogę "za drogą" prowadzącą w stronę Suchej Beskidzkiej. Co prawda do Młyna Jacka(który jeszcze 50 lat temu był zwyczajnym młynem na mąkę) można dojść bulwarami nad Skawą, tego dnia jakoś nie wpadło mi to do łba. Jednak nie wyszłam jeszcze dobrze z Wadowic, a tu nagle jakieś auto się zatrzymuje, a do moich uszów dobiega znajomy głos: "Karola, hej, wsiadaj, podwiozę cię". 
Normalnie nie wsiadam do obcych samochodów. No, ale ten nie do końca był obcy, bo jechała nim dziewczyna odpowiedzialna za wolontariuszy, którą miałam okazję poznać podczas edycji w 2019 roku. I chociaż do Młyna Jacka były jakieś 2 kilometry, to odetchnęłam z ulgą, że udało mi się z tą podwózką.
Na początku trafiłam do biura zawodów, gdzie podawałam chipy z odpowiednimi numerami przypisanymi do poszczególnych zawodników. Jednak biuro działało do godziny 10:00 (wtedy ruszył ostatni bieg na 11 km). Dlatego potem przeniosłam się na strefę medalową. Niestety, jakieś półgodziny później poczułam się trochę gorzej i musiałam na chwilę zejść ze stanowiska i udać się do budynku hotelowego(biura zawodów), gdzie było nieco chłodniej. Po dojściu do siebie wróciłam do zadania i zostałam już na nim do końca. Co prawda koordynatorka dopytywała, czy wszystko w porządku, na szczęście mogłam powiedzieć, że tak. Limit biegu dla najdłuższego dystansu - maratońskiego(po górach!) wynosił 8 godzin, a więc do 15:00 trzeba było stać na mecie. W teorii, bo w praktyce wszyscy biegacze przybyli na nią już wcześniej. Po skończonym dniu wszyscy spotkaliśmy się jeszcze na pizzy, po czym zabrałam się z jedną z innych wolontariuszek do Krakowa. Dzięki temu odpadło mi czekanie na busa do tego miasta z wadowickiego dworca PKS. 
W Krakowie niestety uciekł mi autokar do Katowic dosłownie sprzed nosa. No nic, zdarza się. Na następny poczekałam sobie 30 minut. Na szczęście w plecaku miałam "Ostatniego" Mai Lunde, więc nie mogę powiedzieć, aby ten czas był całkowicie stracony. Dzięki temu nawet nie wiem kiedy upłynęło te pół godziny. Kiedy autokar podjechał na stanowisko, wsiadłam do niego. Chociaż w rękach w dalszym ciągu trzymałam książkę, to zmęczenie wzięło górę i po prostu przespałam całą drogę.
Oczywiście nie zregenerowałam w ten sposób swoich sił i zaraz po powrocie do domu padłam do łóżka i jak zasnęłam ok. 21, tak obudziłam się o 8 rano. To był intensywny weekend, ale ja po prostu lubię, jak coś się wokół mnie dzieje.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie.

P.s.: Przez następnych 10 dni (do 5 sierpnia) jestem na obozie sportowym. Prawdopodobnie nie będę miała zbytniego dostępu do blogosfery, więc ani nie odpiszę na Wasze komentarze, ani nie skomentuję Waszych blogów, za co już dzisiaj Was przepraszam. Nie będę mogła też wydobyć ze spamu komentarzy, które wg bloggera powinny tam trafić, więc spokojnie, jeżeli nie zobaczycie od razu swoich komentarzy. Wydobędę je z niego po powrocie. Podczas mojej nieobecności pojawią się 2 posty, które zostały zaprogramowane na odpowiednie dni, więc się nie denerwujcie, że piszę tylko u siebie, a nie komentuję innych. Trzymajcie się ciepło.

sobota, 23 lipca 2022

1452. Uzdrowisko w Lądku Zdroju na niedoskonałych zdjęciach

Dziś zapraszam Was na mały spacer po kurorcie w Lądku Zdroju. Niestety, byłam tak pochłonięta swoimi zadaniami, że po prostu zabrakło czasu na dogłębne zwiedzenie tej pięknej miejscowości oraz, bądź co bądź, samego uzdrowiska. A i nie zawsze miałam ze sobą mój wysłużony już aparat fotograficzny. Mam nadzieję, że następnym razem nadrobię zaległości. Na razie dzielę się z Wami tym, co udało mi się uchwycić w kadrze.
Na poniższym zdjęciu widzimy neobarokowy budynek uzdrowiska noszący nazwę Wojciech. To przed nim znajdowały się start i meta prawie wszystkich biegów. Został on wybudowany w 1860 roku pod bijącym do dzisiaj źródłem wody leczniczej. Obecny styl na planie okręgu osiągnął w 1880 r. Jego centralnym miejscem jest marmurowy basen wzorowany na łaźniach tureckich. Na łaźniach tureckich wzorowana jest także oryginalna bryła budynku. Basen otoczony jest pierścieniem kabin wyposażonych w marmurowe, zabytkowe marmurowe wanny. Górująca nad budynkiem bryła zachęca do skierowania tam kroków.
Przed uzdrowiskiem "Wojciech" znajduje się fontanna, będąca atrakcją, zwłaszcza dla najmłodszych.
Dużo ciekawsza fontanna, jak dla mnie, znajduje się w innej części parku, tuż za muszlą koncertową (która pojawiła się np. w jednym z odcinków "Świata według Kiepskich"). Dojdziemy tam, idąc np. wzdłuż Pomnika Przyrody Aleja Drzew.
Tabliczka informująca, że znajdujemy się na terenie "Pomnika Przyrody Alei Drzew"
Muszla koncertowa
Magia
Wychodząc z tej strony parku zdrojowego możemy dojść do krytego mostu. Ciekawostką jest, że to jedyny tego typu obiekt w naszym kraju i jeden z kilku na całym świecie. Most powstał na początku XX wieku i łączył dwie części sanatorium leżące po obu stronach rzeki(willę przy ulicy Spacerowej i budynek zabiegowy przy ul. Kościuszki). Willa przy Spacerowej powstała dla rodziny Weberbauerów. W 1868 roku Otto Weberbauer został pobity przez dwóch włóczęgów. Na leczenie przyjechał do Lądka, w którym poznał Antoninę. Para wzięła ze sobą ślub w 1869 r. Otto był malarzem, mykologiem, entomologiem, zbierał motyle i hodował żmije. Zmarł w 1881 roku. Ok. 1905 r. willa została kupiona przez Paula Herrmanna, lekarza zdrojowego. To on założył w niej Instytut Medyczno-Mechaniczny, znany też jako zakład gimnastyki leczniczej, masaży, termo- i elektroterapii oraz kąpieli, który był często reklamowany w niemieckiej prasie. Pod koniec pierwszej dekady XX wieku do Instytutu przyłączono dwa budynki przy ulicy Kościuszki 32 i 34. Zabudowania połączono krytym przejściem prowadzącym nad rzekę, a całość przejęła nazwę "Sanatorium Lądek". Owy most żelbetowy został zaprojektowany przez niemieckiego architekta Felixa Herny'ego, wybudowała go natomiast niemiecka firma Lolat-Eisenbeton. Po śmierci Paula Herrmanna w kwietniu 1930 roku, nowym właścicielem sanatorium został dr Hans Schoen. Po 1949 roku budynek stał się częścią domu "Wrzos", a na początku lat 90. XX wieku znalazł się w prywatnych rękach. Willa często nazywana była Viktorią, od nazwy mieszczącej się w niej kawiarni. Dzisiaj mieści się w niej rezydencja Victoria, stary most jest jej częścią. Nie można jednak po nim spacerować. Mimo próby ożywienia tego miejsca - wymiany dachu i okien, jest on zamurowany od strony dawnego budynku zabiegowego.
Jeden z mijanych po drodze budynków
Obelisk upamiętniający 100-lecie Przewodnictwa Górskiego w Polsce
Mapa okolicy
Wspomniany most
Wracając jeszcze do parku zdrojowego, to aż roi się w nim od kolorowych, cieszących oko klombów z kwiatami oraz wystających z ziemi głazów i skałek.    
Naszą wirtualną wyprawę kończę fotografią kościółka znajdującego się na terenie parku, który wyłania się z pomiędzy zielonych drzew.
Kończę już, bo zaraz muszę pędzić na autobus/pociąg do Krakowa, a z Krakowa, skoro świt, do Wadowic na kolejny wolontariat. Biorę więc książkę, plecak zarzucam na plecy i macham Wam czule na pożegnanie. Trzymajcie się ciepło.

wtorek, 19 lipca 2022

1451. O zimnym prysznicu, ludziach nieumiejących czytać regulaminów oraz dniu zaczynającym się o 1 rano, a kończącym ok. 23

Na wolontariat podczas dziesiątej już edycji Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich trafiłam przez przypadek - pewnego razu na fb mignął mi post, że poszukiwani są wolontariusze do organizacji tego wydarzenia. Postanowiłam zaryzykować i wysłać swoje zgłoszenie. W zasadzie nic nie ryzykowałam, a mogłam zyskać nie tylko okazję do pomocy w kolejnym ciekawym wydarzeniu, ale i pewien pretekst, aby jechać w tą stronę naszej pięknej Polski, w której jeszcze nie byłam. Kiedy więc po powrocie z pobytu na wsi otworzyłam pocztę elektroniczną i zobaczyłam, że się zakwalifikowałam wiedziałam, że trzeci weekend lipca spędzę w jednym z polskich kurortów położonym niemalże przy granicy polsko-czeskiej - Lądku Zdroju.
Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich organizowany jest przez Fundację Maratonów Górskich. Oprócz wspomnianej imprezy fundacja organizuje również Zimowy Półmaraton Gór Stołowych, Supermaraton Gór Stołowych czy też Kudowski Festiwal Biegowy. Oczywiście, jak łatwo się domyśleć, każda z tych imprez ma miejsce w innym czasie. Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich z reguły odbywa się w lipcu i obejmuje biegi na dystansach 240 km(tak, tak, są tacy, co tyle potrafią przebiec prawie nom stop), 130 km, 110 km, 68 km, 45 km, 33 km, 21 km, 10 km oraz biegi dla dzieci. Trasy wiodą po malowniczych szczytach Gór Stołowych, zacisznych kotlinkach oraz uroczych miastach i wioskach. Prawie wszystkie starty rozpoczynają się i kończą w przepięknym kurorcie w Lądku Zdroju. Głównym patronatem imprezy jest międzynarodowa firma Salomon oferująca obuwie sportowe do biegania po górach.

Moja podróż do tego cudownego miejsca, w którym zakochałam się od pierwszego wrażenia, rozpoczęła się w środowe popołudnie. O godzinie 12 z minutami wyruszyłam pociągiem w kierunku Wrocławia. Ponad dwugodzinną podróż umilała mi lektura książki "Dokąd odchodzą parasolki" Alfonso Cruza. Lekka, przyjemna. Co prawda w planach miałam jakąś książkę związaną z moją pracą dyplomową z nauk o rodzinie, ale stwierdziłam, że one to co najwyżej mogą mnie uśpić. Nie, żeby były wyjątkowo nudne, bardziej usypiało mnie monotonne kołysanie pociągu. We Wrocławiu musiałam przemieścić się na ulicę Dawida, skąd odjeżdżał autobus do Lądka Zdroju. Nie bardzo wiedziałam z której strony dworca PKP mam wyjść, ale koniec języka za przewodnika. Dzięki miłemu chłopcowi udało mi się dotrzeć na miejsce na czas. Było to o tyle istotne, że do miejscowości jeżdżą dwa autobusy na dzień, a ten do którego zmierzałam był ostatnim.
Po dwóch godzinach dojechałam do celu mojej podróży. Ponieważ kurort położony jest w górach, za oknem przesuwały się cudowne widoki. Można powiedzieć, że po trochu(z ojcowskiej krwi) jestem góralką, więc to był miód na moje serce i raj dla oczów. Z autobusu wysiadłam w rynku miasta. Z jednej strony o jeden przystanek za wcześnie, ale dzięki temu mogłam przejść się po jego pięknym centrum. Aż żałowałam, że aparat fotograficzny mam w plecaku podręcznym, a ten zaś miałam przymocowany do plecaka turystycznego, który zaś niosłam na plecach, bo chętnie uwieczniłabym go na zdjęciach. No, ale wiedziałam, że jak zdejmę tą konstrukcję, to już jej tak łatwo nie założę na plecy. Znowu nie wiedziałam którędy iść, na szczęście w centrum była mapa miasteczka. Szybko odnalazłam interesującą mnie ulicę, przy której była nasza baza noclegowa, czyli miejscowa szkoła, a także sprawdziłam ulice, którymi powinnam dojść.
Już przy pierwszym spotkaniu z główną koordynatorką wolontariatu przeżyłam szok - niemal od razu wiedziała, że ja to ja. Skąd? Może znalazła mnie na fb? Albo skontaktowała się z Wojtaszkiem, organizatorem Górskiego Biegu Frassatiego oraz Festiwalu Maratonów Górskich? Nie mam bladego pojęcia. W każdym razie przywitała mnie jak starego przyjaciela, chociaż widziałyśmy się pierwszy raz w życiu. Przy okazji wyjaśniła mi kilka rzeczy, m.in. co mam robić w piątek i w niedzielę(bo czwartek i sobota była jasno opisana w grafiku). Okazało się, że jestem wtedy na mecie(w piątek w Kudowie-Zdroju, a w niedzielę w Lądku Zdroju) i rozdaję medale. Następnie zaniosłam swoje rzeczy do sali gimnastycznej, w której mieliśmy noclegi. Była ona co prawda koedukacyjna, no ale lepsze to niż nic. Na piętrze było miejsce na przygotowanie sobie posiłku, toaleta też, za to prysznic był typowo turystyczny na zewnątrz budynku. Plusem była sama jego obecność, minusem - woda, której bliżej było do 0 niż do jakiejś sensownej temperatury. Ale dwa razy udało mi się wykąpać wraz z umyciem łepetyny, więc tragedii nie było.
W parku zdrojowym, gdzie była meta i start większości biegów
A taki sympatyczny gość wleciał do naszej sali gimnastycznej
Tak jak wspominałam, w czwartek i w sobotę przydzielona byłam do biura zawodów. Jednak do biura poszłam też w środowy wieczór tuż po przyjeździe, aby wspomóc je w pakowaniu pakietów startowych dla zawodników. Co prawda niewiele mogłam pomóc, ale zawsze. W czwartek i w sobotę moje zadanie polegało głównie na wyszukiwaniu i podawaniu odpowiednich kopert, które skrywały w sobie chipy i numerki startowe danego zawodnika osobie siedzącej przy stanowisku. Owa osoba czytnikiem sczytywała wygenerowane kody QR poszczególnych zawodników. Niby też mogłabym to robić, ale jednak wolałam pozostawić tą czynność komuś sprawniejszemu. Jak dla mnie bieganie pomiędzy stanowiskiem a stołem z kopertami w koszyczkach było doskonale dopasowanym do moich możliwości zajęciem. Co nie oznacza, że nie miałam okazji zeskanować kilka kodów. Jednak jakbym miała się tym zajmować na stałe, to tempo posuwania się kolejki oczekujących byłoby wolniejsze od tempa poruszania się żółwia czy też ślimaka. Na koniec podawałam koperty wraz z torbą z pakietem startowym zawodnikowi życząc mu udanego biegu i satysfakcjonujących wyników. Co prawda znalazło się kilkoro biegaczy, co to przyszli(w czwartek) dużo po zamknięciu biura zawodów i mieli pretensje, że działało ono do godziny 18:00, a nie od tej godziny, czy też było niezadowolonych z faktu, że nie może odebrać pakietu za swoich bliskich, ale tak to już jest, kiedy podpisuje się regulamin bez czytania jego treści. Zresztą tego typu zdarzenia są chyba wpisane w tzw. ryzyko wolontariackie. W czwartek byłam nawet za wcześnie, jednak w sobotę przyszłam trochę później. Miałam to jednak w pełni wybaczone - odsypiałam piątek :).
Z kolei w piątek i w niedzielę przydzielona zostałam do strefy medalowej - w piątek w Kudowa Zdroju, w niedzielę zaś w Lądku Zdroju. W czwartek zostałam jeszcze na chwilę w biurze zawodów, aby pomóc przy pakowaniu kolejnych pakietów startowych. Jednak jak reszta dowiedziała się, że nazajutrz mam odprawę o godzinie 1:30 w nocy, a potem jadę do Kudowy Zdroju, kazało mi wracać na bazę. Niemal od razu położyłam się spać, ubrana już w to, w czym miałam jechać nazajutrz. Co prawda na sali było nieco głośno, jednak jakoś udało mi się zdrzemnąć na te 2-3 godziny. Odprawę mieliśmy o godzinie 2:00. Okazało się na niej, że nasz Lider zapomniał wziąć z biura zawodów medali dla tych, co kończyli bieg na 130 km. Toteż jeszcze musieliśmy chwilę poczekać, aż po nie pojedzie. W tym czasie pakowaliśmy do busa różne produkty, ponieważ w Kudowie była nie tylko meta, ale i punkt żywnościowo-odpoczynkowy dla tych, którzy biegli na 230 km. W końcu na horyzoncie pojawił się Lider, co oznaczało, że mogliśmy jechać na punkt. Po godzinie byliśmy na miejscu. Dzień dopiero budził się do życia, a my rozkładaliśmy przepaki dla zawodników z dłuższego biegu według ich numerów startowych. Gdy już to zrobiliśmy, trzeba było przygotować punkt żywieniowy. Do krajania owoców, czy też robienia kanapek średnio się nadaję, ale do krojenia kabanosów już tak. A potem wystarczyło już tylko czekać z medalami na kolejnych biegaczy.
Nasza ekipa na punkcie
Chociaż na powyższym zdjęciu wszyscy trzymamy medale, to tak właściwie to ja zostałam głównym jego rozdawaczem. Lider sam mi to zaproponował. Na początku byłam trochę sceptycznie nastawiona - sama, z tyloma medalami i biegaczami... Jednak ultramaratony po górach mają to do siebie, że moment przybycia na metę poszczególnych zawodników jest bardzo rozbity. Każdy z nich na pokonanie owych 130 km miał 28 godzin(od 18:00 w czwartek do 20:00 w piątek). W czwartkową noc padał silny deszcz, co opóźniło bieg niektórych. Po drodze mieli też kilka punktów żywieniowo-odpoczynkowych, w tym jeden z ciepłym posiłkiem. Bywały momenty, kiedy na metę wpadało kilkoro biegaczy, ale i czasami przez kilkadziesiąt minut meta była pusta, a ja dosłownie usypiałam siedząc oparta o barierki. Na szczęście Lider czuwał i w chwilach kryzysu przywoływał mnie do porządku. Na mecie pojawiła się lokalna telewizja, która robiła reportaż z biegu. Na kilku ujęciach nawet mnie widać...
Dyżur medalowy na punkcie w Kudowa Zdroju trwał od 8 z minutami, kiedy pierwszy uczestnik biegu na 130 km przekroczył linię mety, do 20:00, kiedy nie tylko minął limit czasowy, ale i wystartował kolejny bieg, tym razem na 110 km w kierunku Lądka Zdroju. Każdemu zawodnikami starałam się z uśmiechem wręczyć medal, na który z pewnością zasłużyć oraz gratulując mu ukończenia biegu. Nie ważne, czy dobiegł pierwszy, czy ostatni, dla mnie wszyscy byli zwycięzcami. Medale otrzymywali też wszyscy ci biegacze z dystansu 240 km, którzy zdecydowali się ukończyć bieg na naszym punkcie. Trochę było z tym zamieszania, bo musieli zgłosić to w kilku miejscach, jednak istniała taka możliwość. Co do samych finiszujących biegaczy, to spotkałam się raczej z samymi pozytywnymi emocjami. Przybijali piątki, ściskali się "na misia", cierpliwie czekali na medal, po który czasami musiałam iść, niektórzy nawet pamiętali, że poprzedniego dnia wydawałam im pakiet startowy. Taka atmosfera pobudza lepiej niż niejedna kawa :). To ważne, zwłaszcza w sytuacji, kiedy punkt kończył swoją pracę o godzinie 22:00. Do Lądka wróciliśmy po 23. Jak łatwo obliczyć - tego dnia na nogach byłam jakieś 22 godziny :). Ależ jakie to były piękne godziny...
Drugim dniem, kiedy przydzielono mnie na strefę medalową, była niedziela. Ostatniego dnia zawodów odbywał się chyba najbardziej przyjazny bieg na 10 km po okolicy. Co prawda i tam pojawiały się górki i wzniesienia na trasie, czymże jednak one były przy podbiegach na trasie 240 km? Dlatego wiele osób biorących udział w biegach na dłuższych dystansach, wzięła również i w nim udział. Odprawa odbyła się o godzinie 9, godzinę przed startem biegu. Po wystartowaniu zawodników mieliśmy przynajmniej 40 minut(dotychczasowy, niepobity rekord trasy wynosi jakieś 42 minuty), aby rozwiesić medale na stojaku. Tutaj było jasne, że biegacze będą docierać na miejsce nawet w grupkach, dlatego do strefy medalowej przydzielonych zostało więcej wolontariuszy. Współdziałaliśmy i wymienialiśmy się podczas wykonywania naszego zadania.
Limit czasu na przebiegnięcie całej trasy wynosił 3 godziny, więc o 13:00 było już po wszystkim. 519 zawodników zameldowały się na mecie. A nie, ostatnie osoby ukończyły ten dystans kilkanaście minut po czasie. Już zaczęliśmy się martwić, że coś im się po drodze stało. Z drugiej strony na każdej tego typu imprezie na końcu biegu są osoby z obsługi, które zamykają go. I gdyby coś się komuś stało, to one informują wszystkich(medyków, metę itp.) o wszelkich wypadkach. Oczywiście zawodnicy sami też mogli zejść z trasy na jednym z trzech punktów regeneracyjnych. Na szczęście okazało się, że ta dwójka po prostu ukończyła ten dystans maszerując. Tak też można... Teoretycznie nie powinni otrzymać medalu, no ale na mecie pozostałam już tylko ja. A skoro wiem, jak to jest nie wyrobić się w limicie czasu, to dałam im te dwie blaszki.
Tuż po zamknięciu biegu na 10 km poszłam pomóc w zwijaniu i pakowaniu strefy mety. Znowu dużo nie pomogłam, ale zawsze coś tam im ulżyłam. Przynajmniej mam taką nadzieję. Zaś o 16:00 wszyscy obecni jeszcze wolontariusze udali się pod muszlę koncertową na wspólne zdjęcie. Wieczorem natomiast zostaliśmy zaproszeni do miejsca służącego za depozyt, gdzie mieliśmy pizzę, sałatki, a przede wszystkim tort na 10 lecie imprezy. Nie siedziałam tam jednak za długo - w poniedziałek miałam o 5:16 przewóz do Wrocławia, nie chciałam na niego zaspać. Tym bardziej, że nie wzięłam na ten dzień wolnego w pracy. Pożegnałam się więc z główną koordynatorką wolontariatu, dziękując jednocześnie za okazane mi zaufanie. Ona zaś podziękowała mi za obecność, zaangażowanie i oczywiście zaprosiła na kolejne organizowane przez nich imprezy. Jeszcze tylko podeszłam pożegnać się z Liderem z Kudowy Zdroju(całkiem sympatyczny chłopak) i udałam się na bazę noclegową do szkoły.
Rano pobudka przed 4 rano, szybkie pakowanko i można było iść na przystanek autobusowy. Zresztą nie tylko ja wybrałam tą godzinę powrotu, więc szliśmy większą grupą. Po drodze mijaliśmy ludzi, którzy dopiero wracali z imprezy. Podczas tego marszu okazało się, że wysiadłam ciut(przystanek) za wcześnie. No cóż, zdarza się. 
Mini-autobus punktualnie przyjechał na zatoczkę. Zapakowałam plecaki do bagażnika, zapłaciłam kierowcy za przejazd i zajęłam wolne miejsce. I chociaż za oknem przesuwały się piękne widoki, zmęczenie wzięło górę. Obudziłam się dopiero we Wrocławiu. Tam przesiadłam się do zapełnionego po brzegi pociągu, który znów dowiózł mnie do Katowic. Zdążyłam jeszcze podskoczyć do domu, aby zostawić plecaki i nastawić pranie w pralce. A potem musiałam wrócić się do Katowic do pracy. Takie życie...

wtorek, 12 lipca 2022

1450. Każdy ma swoje własne sakrum

Wraz z końcem Światowego Forum Miejskiego uświadomiłam sobie, że właściwie każdy weekend czerwca miałam okraszony jakimś wolontariatem. Jak nie Memoriał Kusocińskiego, to Górski Bieg Frassatiego. Jak nie Górski Bieg, to Bieg Bohaterów(w którym w dodatku brałam udział). Aż w końcu WUF11. A wszystko to przeplatane było zaliczeniami na uczelni, sesją, pracą oraz uczęszczaniem w miarę możliwości na nabożeństwa czerwcowe. Można się zmęczyć, nawet gdy się robi to co lubi. Dlatego kiedy książki naukowe i notatki chwilowo odeszły na boczny tor, a i w wolontariackim grafiku pojawiła się mała luka, postanowiłam pojechać w pierwszy lipcowy weekend do niewielkiej kieleckiej wsi położonej w powiecie pińczowskim, z której pochodzi moja mama. Tam, tuż przy wjeździe do wsi od strony miasta gminnego mamy niewielką działkę wraz z domkiem kempingowym, która niegdyś należała do moich dziadków, a po ich śmierci odziedziczyła ją moja mama. To tam spędzałam prawie każde wakacje za czasów szkoły na współkę z wakacjami u drugiej babci. I chociaż trudno tu mówić o jakiś wygodach, jakoś nie miałam problemów z tym, aby tam wracać.
Prawdopodobnie 1993 rok, dziadek odwozi nas
do miasta na autobus, w tle domek zbudowany 
przez jego ojca, Michała
Na początku był mały biały domek przy drodze wybudowany za cara przez pradziadka Michała od strony dziadka. Wzniósł go tuż po powrocie z... Ameryki(kiedy opowiedziałam to na lekcji historii pierwsze pytanie jakie padło to... czy płynął TYM "Titanikiem". Ech, gdyby tak było to pewnie nie pisałabym dzisiaj do Was, bo by mnie w ogóle nie było na świecie). Tuż obok znajdowała się stajnia, stodoła i studnia, a trochę dalej sad. Potem zamieszkał w nim z żoną Wiktorią. Domek składał się z kuchni z piecem chlebowym oraz pokoju. To w kuchni przyszła kolejno na świat 9 ich dzieci. Wśród nich, w 1916 roku, mój dziadek, Józek*. Z czasem dzieci dorastały i opuszczały rodzinne, bardzo ciasne gniazdo. Kilkoro z nich przybyło na Śląsk. Znali to miejsce - w okresie dwudziestolecia międzywojennego pradziadek zaprzągał wóz w konie i przyjeżdżali tu po czarne złoto - czyli węgiel. A ponieważ nie byli w stanie obrócić się za jeden dzień, spali po drodze na wozie, otuleni kocami. W domu został dziadek Józek i to on go odziedziczył wraz z częścią ziemi. W 1954 roku dziadek poślubił pochodzącą z oddalonej o ok. 11 km. Kolonii-Sielec Wiktorię. Z tego związku narodziło się 5 dzieci, w tym moja mama. Gdy mama miała jakieś 2-3 latka zburzono dotychczasową stajnię i stodołę i wybudowano nowe, oddalone o ok. 200 metrów od domu(tak jakby na drugim końcu działki). Również i to pokolenie powoli dorastało. I chociaż dzieci tak jak dziadek musiały chodzić do oddalonej o 5 km. szkoły(oraz do kościoła, bo ten był w innej wsi), to i tak żyło im się lepiej - w połowie lat 50 zelektryzowano całą wieś.
1997 rok - przy kapliczce znajdującej 
się na granicy wsi
Kilka lat po osiągnięciu pełnoletności mama przeprowadziła się na Górny Śląsk. Zawsze jednak wracała do miejsca, w którym się wychowała i do ludzi, którzy wpłynęli na to jej wychowanie. Dbała też o to, abym regularnie widywała się z dziadkami, chociażby wysyłając mnie do nich na wakacje. 
Mój tata pamięta jeszcze dużą izbę w domu. Ja już nie - w pewnym momencie się ona zawaliła ze starości, a dziadkowie przenieśli się do kuchni. Na niewielkim obszarze stało łóżko, przy oknie stół i stołek, naprzeciwko łóżka kredens, a naprzeciwko okna piec chlebowy. Pod łóżkiem stała miednica. Nie podprowadzono wody, nawet studnia wybudowana przez pradziadka się zawaliła. Co rano przynosiło się wodę w wiadrach od sąsiada. Nie było też lodówki, ani pralki. Dziadek do pewnego okresu hodował konie, a kiedy zabrakło już mu sił, z żalem je sprzedał. Pamiętam jak spałam z mamą w tym rozpadającym się łóżku, a dziadkowie w stodole. Potem jak byłam w drugiej i w trzeciej klasie chodziłyśmy z mamą(która przyjeżdżała na weekendy, albo kiedy przyjeżdżałyśmy na jesienne wykopki) spać do jej kuzynki. Co prawda u cioci też dużych luksusów nie było, ale mnie wystarczało towarzystwo kuzyna i wieczorynka w telewizji. Bo u cioci był telewizor. Dziadkowie nie mieli tego luksusu. Co nie znaczy, że się u nich nudziłam. Wystarczyło dać mi książkę, zabawkę z kinder niespodzianki(kochałam je, można było się nimi ciekawie bawić), kartkę i kredki i już miałam zajęcie na całe godziny.
Przełom nastąpił na początku maja 2000 roku. W długi majówkowy weekend w połowie drogi pomiędzy białym domkiem, a stodołą stanął piętrowy, drewniany domek kempingowy. Ponieważ stary dom groził zawaleniem, rodzice wraz z dziadkami postanowili zatroszczyć się o nowe lokum. Zbudowanie domu jest czasochłonne i wymaga masę zezwoleń. A taki kemping postawiony został dosłownie w 24 godziny. Pamiętam, że mama zostawiła mnie wtedy u znajomej, która potem przywiozła mnie na wieś. Jej mąż, już nie żyjący niestety, był elektrykiem, i założył nam całą instalację elektryczną. Tamte wakacje były naprawdę niezwykłe - z jednej strony zmieniałam szkołę, z drugiej strony emocje sięgały zenitu ze względu na ten domek. Niby nie było wody, telewizji, ba, nie było nawet wychodka(i to na przełomie XX i XXI wieku), ale była pewność, że nic nie zawali nam się na głowę. Zresztą mnie nie przeszkadzały niewygody, bo wraz ze znajomymi penetrowałam otoczenie tak, jak tylko potrafią to dzieci. Byliśmy wolni, jedynie mieliśmy zakaz szwendania się po zaroślach w okolicy starej chatki, aby nie wpaść do niezabezpieczonej studni. W domku było radio, pamiętam, że rano szłam do cioci, aby mnie uczesała, tam oglądałam poranny blok programów dla dzieci, po czym wracałam do dziadków, aby w radiu wysłuchać gry w skojarzenia. 
W listopadzie 2002 tata wraz z wujostwem rozebrał stary dom. Było to jakiś tydzień po wspomnieniu Wszystkich Świętych. Pamiętam, że trochę im pomogłam, ale większość czasu spędziłam na przygotowaniach do (chyba?) "Kangura matematycznego". Poprzeczka była wysoko zawieszona, bo nauczycielka zgłosiła mnie o poziom wyżej niż powinnam być. Wieczorem tata rozpalił ognisko, aby spalić różne rzeczy. Przyszedł wtedy młodszy o cztery lata kuzyn i z radością wrzucaliśmy do ognia patyki z fascynacją patrząc, jak pożerają je pomarańczowe języki ognia.
Do śmierci dziadków spędzałam u nich każde wakacje. Ostatnie, w 2008 roku, naznaczone już były przygotowaniami do matury. Siedziałam wtedy w stodole na wozie i przeglądałam zadania. To wtedy nauczyłam się skrobać ziemniaki, gotować rosół oraz... rozpalać ogień pod blachą pieca. A ileż to osób podwoziło mnie do wsi po niedzielnej Mszy świętej, aby "Karolka od Ziutka nie musiała drałować taki kawał do wsi...". A dla mnie to była przyjemność, bo i ptaków można było posłuchać, i poprzyglądać się rosnącemu zbożu.
Po śmierci dziadka jakoś tak rzadziej tam zaglądałam, bo i nic ciekawego się nie działo, a i przez pandemię dojazd był utrudniony. A jak jeszcze w 2018 roku spłonęła podpalona przez strażaków stodoła(chcieli sobie nabić licznik akcji) to już kompletnie nie miałam ochoty tam jeździć. Ale ostatnimi czasy moi rodzice postanowili wprowadzić pewne zmiany. I to takie, że człowiek nie poznałby miejsca, w którym się spędziło tak dużo czasu.
Zaczęło się od szopy. Kilka dni przed pożarem stodoły tata kosił na wsi trawę. Coś go tchnęło i zamiast do niej zaniósł kosiarkę do wujka. Tam też miał piłę motorową(dlatego też był na "liście podejrzanych", chociaż jego wtedy nie było już na wsi). Niby wujek nie robił problemu z przechowaniem wszystkiego, no ale tata stwierdził, że tak nie może mu na głowie siedzieć. Wymyślili z mamą, że za pieniądze z odszkodowania wystawią szopę. Tak też zrobili - szopa stoi tuż obok domu i mieści w sobie nie tylko drzewo na opał, ale i wiele rzeczy gospodarczych. Przy okazji zmienili komin na mniejszy i z drzwiczkami do wymiatania ewentualnych liści.
Potem mama poszła do gminy i od słowa do słowa wyszło, że domek kempingowy nie jest ubezpieczony, za to ten zburzony - i owszem. Szybko to załatwili i teraz posiadłość jest ubezpieczona na wypadek gdyby... 
Potem podłączyli telewizor. Ogólnie kupiliśmy go dziadkom już zimą 2003 roku, jednak tata przywiązał antenę do prowizorycznego kija, a ten znów uwiązał przy ogrodzeniu ogródka, więc wystarczył mocniejszy powiew wiosennego wiaterku i antena przestała odbierać. Jakoś nie było czasu później się z tym męczyć, więc antenę zaniesiono do stodoły, telewizor zaś dano na górę(dzięki czemu nie podzielił losu anteny, która poszła z dymem). Podczas pandemii tata pojechał na dłużej na wieś. Tam sobie przypomniał o telewizorze. Co prawda anteny nie było, ale kiedyś mama przywiozła tam jakieś DVD. Tata to wszystko podłączył, a od sąsiada pożyczył film, aby sprawdzić, czy działa - wszystko chodziło. Teraz przed wyjazdem taty do Danii byli tam na dłużej. Tata wraz z wujkiem i kuzynem jeździli po sklepach ze sprzętem elektronicznym - a to antenę kupić(najzwyklejszą, taką siatkowatą), a to dekoder, a to podłączyć. Zadziałało... ale tylko na parę dni, bo telewizor wysiadł od nieużywania. Oddałam im mój stary płaski - lepiej go zmieścić na niewielkiej przestrzeni, a mnie tak bardzo nie jest potrzebny. Jak byłam to razem z kuzynką go uruchomiliśmy - wszystko działa. A nawet jest więcej kanałów niż ja mam na analogowej kablówce.
Następnie zaszaleli i... wykopali studnię. Już dawno męczyłam o nią mamę, ale jej odpowiedź była jedna: "No, dopiero ludzie będą gadali, że Bożenie Ziutkowej przewraca się w dupie i zachciewa luksusów"(moja mama jest bardzo szczera i bezpośrednia). Ja jej nie przegadałam, ale tata już tak. Wierzcie lub nie, ale miał on na wsi jakieś robocze ubranie z budowy, w którym wlazł do tej starej studni i przez cały dzień wybierał z niej szlam. Następnie wraz z wujkiem kupili betonowe kręgi i wpuścili w ziemię. Woda jest, próbka została zawieziona do Kazimierzy Wielkiej aby zbadali, czy nadaje się do picia. Kupili też elektryczną pompę, którą chcą zamontować przy domu. Na przyszłość będzie łatwiej, nawet jeżeli nie będzie można wykorzystać wody do picia. Z dalszymi pracami przy studni czekają do powrotu taty do kraju.
Mama załatwiła w gminie deklaracje palenia w piecu(który też zmienili na mniejszy), kosz na śmieci, a także dowiedziała się wreszcie, jaki numer ma nasz dom.
Ganko-taras w trakcie budowy
Jednak najważniejszą inwestycją jest dobudowanie do domu ganku przez jednego z mieszkańców wsi. Nie wiem który z rodziców wpadł na ten pomysł, ale jak przyszłam wieczorem i zobaczyłam wszystko z daleka, to aż mi zaparło dech w piersiach(pomijam to, że szłam dość szybko, aby zdążyć przed nadciągającą burzą). Nagle zyskaliśmy kilka metrów dodatkowej przestrzeni! To raz. A dwa - wszystko jest tak zrobione, że będziemy mieli trochę prywatności. Dotychczas wszyscy widzieli co się u nas dzieje. A teraz uniemożliwia to kratka. Wszyscy mówią, że ganek wyszedł cudownie i już pytają, czy będą mogli przyjść na herbatę. A znając zamiłowanie taty do wszelkich prac w drewnie, to mogę powiedzieć, że pewnie jakoś to ciekawie wykończy. Zresztą jak zobaczyłam jak porobił niektóre szafki wewnątrz domu, to aż kręciłam głową z podziwu. Że mu się chce...
To jednak nie koniec udoskonalania naszego małego sakrum, bo już się umówili z panem Robkiem, że wybuduje nam coś, czego nigdy jeszcze tam nie było, czyli... ustęp. Już na pogrzebie babci pojawił się problem, że niektórzy goście musieli do toalety, a nie mieli gdzie iść. My sobie jakoś radzimy, ale przecież nie da się komuś wiaderka. Na szczęście z odsieczą przyszli sąsiedzi i udostępnili nam swoją łazienkę. Ale ostatnio rodzice sami doszli do wniosku, że nie może być tak, że w XXI wieku nie ma się dostępu do wody, czy też ubikacji. Będzie ubikacja! I to do końca wakacji. Śmieję się, że mama z "dziadówki" stanie się kimś. A że ludzie będą gadać? Pogadają i przestaną.
Chociaż tak długo mnie tam nie było to wiedziałam, że wracam do mojego małego sakrum z dziecięcych lat. Wracam do pól szumiących dojrzewającym zbożem, które przy powiewie wiatru jakby zamieniały się w malujące po niebie pędzle.
Ta gra świateł na niebie wywołała mój niepohamowany zachwyt
Wracam do cichego plusku niewielkiej rzeczki, płynącej przez wioskę. Jedna z naszych ulubionych zabaw w dzieciństwie polegała na puszczaniu po niej łódeczek z łupin orzechów i sprawdzania, która pierwsza wypłynie po drugiej stronie.
Wracam do tego, co było bardziej i mniej ważne. Do kapliczek. Ta poniżej to jest ta sama, co na drugim zdjęciu. Tylko właściciel, jak jeszcze żył, nieco ją zmienił. 
Wracam do naszych bocianów. Jesteśmy szczęściarzami - na całą wioskę tylko u nas zdecydowały się one osiedlić na stałe. Po pożarze stodoły tata się bał, że nie trafią one do swojego gniazda. Wszak widać ją było z daleka. Ale nie, one muszą mieć jakiś wewnętrzny zmysł nawigacyjny. Co roku cieszą nas młodymi - w tym roku wykluły się aż trzy. Kocham ich klekot rozpoczynający się wraz ze wschodem słońca, a kończący wraz z jego ostatnimi promieniami. Patrząc na nie mimowolnie w mojej głowie powstał kolejny wiersz.
Bocian na wsi
Z czym kojarzy się Polska?
Zapewne z biało-czerwoną flagą,
z orłem w koronie,
z "Mazurkiem Dąbrowskiego"...
Mnie zaś kojarzy się z bocianami,
co siedzą w gniazdach na słupach.
Wieś obrały za dom swój,
by dzielić troski i szczęścia z chłopami.
Pilnować ich plonów i zbiorów,
przed myszami oraz szczurami.
Odliczać czas do żniw,
klekotać na chwałę Panu.
Polskie bociany latają nad polami,
niczym samoloty podczas patrolu.
Czy umiesz sobie wyobrazić wieś bez bociana?
Bo ja - nie bardzo.

Pewnie wrócę tam jeszcze nie raz. Jest przecież jeszcze wiele tam do zrobienia, chociażby w niewielkim ogródku. Mama znalazła gdzieś dwa wiatraczki i wbiła je w ziemię. 
 - Przyjedź 22 na odpust w Dzierążni, to kupisz jeszcze jeden wiatraczek - prosi.
Powrócę tam, bo to przecież może małe prywatne sakrum.

"Chcę do jedynego miejsca na ziemi,
gdzie problemy przestają mieć znaczenie,
do objęć, które akceptują me słabości,
do nich pragnę, tylko do mej miłości.
Jest na ziemi jedno moje małe miejsce,
gdzie poza biciem serca nie liczy się nic więcej,
uciekam tam z moją całą miłością,
wierzę w ciebie, wierzę w moje sacrum
"
"Sakrum", zespół "MEZO"

* Tak na dobrą sprawę można powiedzieć, że dziadek był Rosjaninem - bo urodził się jeszcze pod zaborem rosyjskim.

sobota, 9 lipca 2022

1449. WUF11 - stworzyliśmy piękną historię, cz. 4 oraz przeprosiny

Powoli będę już zmierzać do końca opisywania mojej przygody z wolontariatem podczas WUF11.
Jednak zanim to się stanie czuję, że winna Wam jestem przeprosiny, że w ostatnim czasie tak rzadko bywałam na Waszych blogach. Nie ukrywam, że lubię Was odwiedzać i komentować Wasze posty, jednak ostatnio jakoś mniej miałam na to czasu. Zwykle staram się być na bieżąco. Jednak ostatnio bardzo dużo się działo, zarówno dobrego, jak i złego. Przez ostatnie dwa, trzy tygodnie przychodziłam do domu tak zmęczona, że nie byłam w stanie buszować po Waszych stronach. Ja wiem, że niektórym może się to wydać dziwne, ale ja naprawdę nie chcę czytać Waszych wpisów po łebkach i zostawiać byle jakich komentarzy - stawiam też na ich jakość. Pisanie każdego komentarza też jest dla mnie czasochłonne. Z drugiej strony nie chcę, abyście się poczuli zlekceważeni, pominięci, czy też odczuli brak szacunku wobec swojej osoby. Wiem jak dużo radości i satysfakcji dają komentarze, chociaż sama jakoś specjalnie nie mam na nie parcia. Dlatego jeszcze raz wszystkich Was razem i każdego z osobna przepraszam za moje milczenie u Was. Teraz powoli nadrabiam swoje zaległości(łącznie z czytaniem wpisów, które pominęłam) i widzę, jak dużo mnie ominęło.

Poszczególne dni wolontariatu podczas Światowego Forum Miejskiego mijały w szaleńczym tempie. Długie, czerwcowe dni sprawiały, że człowiekowi chciało się wstać przed godziną 6 rano, a i po powrocie około godziny 20 miał jeszcze ochotę wyjść na spacer, czy też porobić coś w domu(nawet jeżeli to "coś" w większości przypadków ograniczało się do powtarzania materiału na egzamin z języka niemieckiego). 
W podróży do i z Katowic towarzyszyła mi lektura "Upadłego Anioła" Javiera Sierry. Co prawda na lubimyczytać.pl przeczytałam wiele krytycznych opinii na jej temat, jednak to moje pierwsze spotkanie z twórczością tego autora i trudno mi powiedzieć, czy to jego najgorsza książka. Nie chcę też go porównywać z innymi pisarzami, bo przecież każdy z nich ma swój oryginalny styl pisarski. Uczucia mam różne - z jednej strony fabuła nie najgorsza, ale i jakoś specjalnie mnie nie porwała. No nic, trzeba wypożyczyć inne książki autora i skonfrontować ich treść z "Upadłym Aniołem".

Z Ziutkiem, najstarszym wolontariuszem WUF11

Wolontariat był okazją do poznania wielu ciekawych i inspirujących osób, w szczególności wolontariuszy, bo to z nimi spędziłam najwięcej czasu. Oczywiście, to też ponowne spotkanie z tymi wolontariuszami, z którymi miałam okazję już działać podczas innych imprez. Takimi stałymi miejscami naszych spotkań (oczywiście poza stanowiskami naszej posługi) było Centrum Wolontariatu na ulicy Młyńskiej oraz strefa gastronomiczna(wraz z Strefą Wolontariusza) usytuowana w katowickim Spodku. W pierwszym przypadku jako cała pierwsza zmiana spotykaliśmy się na porannej kawie(no dobrze, w moim przypadku herbacie😀) i pierwszym/drugim śniadaniu. Po posileniu przeplatanym rozmowami w różnych językach wraz z koordynatorami udawaliśmy się do naszych zadań. W drugim przypadku(strefa gastronomiczna) spotykaliśmy się w godzinach wczesnego popołudnia. Tak jak pisałam, w większości dni byłam na dwóch zmianach, jednak przysługiwała mi godzinna przerwa obiadowa. Zazwyczaj jechałam więc z pierwszą zmianą na obiad ok. godziny 14. Po drodze musieliśmy jeszcze zahaczyć o Strefę Wolontariusza aby pobrać talony na posiłek. Na takich wydarzeniach serwują kuchnię międzynarodową, można więc spróbować potraw różnych kuchni. Ja jednego dnia skusiłam się na amerykańskie toffu, którego jeszcze nigdy nie jadłam. Całkiem niezłe, chociaż kolega z wolontariatu stwierdził, że tak naprawdę jego smak powinien przypominać kurczaka. No fakt, smakowo do drobiu to mu było daleko.
Mimo wszystko było bardzo smaczne

Podobno kto późno przychodzi sam 
sobie szkodzi - jednak nie tym razem
Kulminacyjnym punktem naszej działalności było spotkanie prezydenta ONZ z całym sztabem wolontariackim zaplanowane na czwartkowy wieczór w znajdującym się tuż przy Spodku Centrum Kongresowym(nomen omen budowanym przez mojego tatę). Ponownie na myśl przyszły mi Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, których zwieńczeniem było spotkanie papieża Franciszka z wolontariuszami, na które niestety nie udało mi się dotrzeć. Teoretycznie teraz powinno być podobnie, wszak zmiana kończyła się o 19:00, a spotkanie przewidziane było na godzinę 18:30(o 18:15 wolontariusze mieli spotkać się w Strefie Wolontariusza). A jeszcze trzeba było dojechać na miejsce. Niby można było też tam dotrzeć na nogach(Iwanna potwierdzi, że to stosunkowo blisko), jednak po co tracić cenny czas? Na szczęście nasz koordynator obiecał, że choćby się waliło i paliło, a na naszym punkcie był istny Armagedon, to on i tak nas zwolni na to spotkanie.
Jak obiecał, tak zrobił, chociaż faktycznie, przy punkcie zaczynało być gorąco. Jednak nasza piątka mogła spokojnie opuścić swoje stanowisko. Chociaż tak naprawdę to rzuciliśmy się pędem w stronę dolnej platformy dworca PKP, skąd odjeżdżały autobusy. Udało nam się zdążyć, chociaż z drugiej strony linia WUF2 miała dłuższą trasę niż WUF1. Z drżącymi sercami spoglądaliśmy na zegarki, na których czas bez litości posuwał się na przód, a przez co trasa wydawała się jeszcze dłuższa niż w rzeczywistości. 
W końcu znaleźliśmy się pod głównym pawilonem, z którego większość ludzi wychodziła niż wchodziła. Jeszcze tylko musieliśmy przejść przez bramki niczym na lotnisku(po fakcie zorientowałam się, że nie zdeklarowałam smartfonu, który miałam gdzieś na dnie plecaka, ale to tylko dlatego, że nie był mi potrzebny tego dnia) i mogliśmy iść w stronę Strefy. Wcześniej jednak udało nam się namówić sympatyczną panią z ochrony na wspólne zdjęcie(a podobno innym odmawiała, może na koniec zmieniła zdanie) oraz odebrać jeszcze jeden pakiet, tym razem identyczny jak ten, który mieli uczestnicy wykładów.

Bidon na wodę + notes + długopis + magnes(w lewym dolnym rogu magnesu), a to wszystko zapakowane w eko-torbę
Następnie przeszliśmy przez jeszcze jedną kontrolę(tym razem sprawdzali nas po identyfikatorach) i mogliśmy spokojnie zmierzać do naszej Strefy Wolontariatu, gdzie miano nam rozdać nasze certyfikaty. Na miejscu jednak tylko dwoje z nas je dostało, reszta, w tym ja, miała je dostać ciut później. Wzruszyliśmy tylko ramionami - widać jeszcze nas nie wypisali.
Po chwili wszyscy razem udaliśmy się do budynku Centrum Kongresowego, gdzie miało się odbyć spotkanie. Na miejscu przywitaliśmy się z innymi wolontariuszami i z niecierpliwością czekaliśmy na moment, kiedy nas wpuszczą do sali. Ale i to nastąpiło dosyć szybko. Wraz z ekipą zajęliśmy miejsca w ostatnim rzędzie, oczekując tego, co będzie dalej. Wkrótce na podest weszli: główny koordynator wolontariatu, prezydent ONZ-u, ktoś z działu promocji miasta oraz prezydent Katowic.
Przemówienie pani prezydent ONZ-u(nawet widać mój łebek)
Podkreślano nasz profesjonalizm, zaangażowanie, otwartość. To, że można było na nas liczyć w każdej sytuacji. Że ludzie byli witani i żegnani z serdecznością i uśmiechem. Siedziałam na krześle i myślałam z niedowierzaniem - "kurcze, przecież to też o mnie". Przy okazji była też mała niespodzianka tłumacząca, dlaczego 10 osób nie dostało od razu swojego certyfikatu, które już dawno były wypisane...
Miłym akcentem było też wspólne zdjęcie wolontariuszy z organizatorami na schodach wewnątrz centrum oraz wyjście wolontariuszy do pabu, gdzie każdy z nas otrzymał kawałek pysznego tortu.
Pamiątkowe zdjęcie wszystkich obecnych na zakończeniu wolontariuszy wraz z organizatorami
Tort będący dla nas niespodzianką :)
Trochę żałowałam, że musiałam się zbierać do domu przed 23, bo atmosfera tego dnia była magiczna. Ale musiałam jeszcze wrócić jakoś do domu. A przecież i na drugi dzień mieliśmy dyżur na dworcu. Ostatni, bo ostatni, ale nie mogłam dać plamy.
I taka końcowa konkluzja: jeszcze dziesięć lat temu płakałam po kątach, ponieważ kolejny raz pominięto mnie podczas rozdawania zadań przy organizowaniu parafialnego festiwalu piosenki maryjnej. Ja wiem, że nie grzeszę urodą, ani nie robię wszystkiego na hop-siup, ale było mi najzwyczajniej w świecie przykro, że inni, znacznie ode mnie młodsi, mogą, a ja nie. Bo nie wierzę, że przy odrobinie dobrej woli organizatorów nic by się dla mnie nie znalazło. Gdyby jednak wtedy ktoś mi powiedział, że w przeciągu najbliższej dekady będę wolontariuszem na tak dużych, międzynarodowych wydarzeniach, jak Światowe Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 roku, czy też tegoroczne Światowe Forum Miejskie w Katowicach, popukałabym się w głowę z niedowierzenia. Teraz też polały się łzy z moich oczów - o ile tamte były gorzkie, o tyle te miały już smak szczęścia i radości. Szczęścia, bo ktoś uwierzył, że się da. Radości - bo okazało się to prawdą. Tak łatwo bowiem założyć, że osoba z niezbyt skoordynowanymi ruchami i niewyraźną wymową nie nadaje się do pomocy i odsunąć ją na bok. A gdyby tak zaryzykować i pozwolić jej coś zrobić, korzyść może być obustronna. Owszem, są dziedziny, w których nie dam sobie rady, dlatego warto szukać aktywności, w których się sprawdzę. Zresztą przy współczesnym rozwoju techniki(np. translatorowi na smartfonie taty) coraz więcej rzeczy jest osiągalnych, nie tylko dla osób z niepełnosprawnością, ale dla wszystkich. Ja zaś jestem wdzięczna wszystkim tym, którzy we mnie i takich jak ja uwierzyli.

piątek, 8 lipca 2022

1448. WUF11 - stworzyliśmy piękną historię, cz. 3

Na stanowisku
Dotychczas tylko raz udzielałam się na wolontariacie na tak dużym wydarzeniu. Było to podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku w Krakowie, o czym niejednokrotnie pisałam na tym blogu. Z jednej strony wiedziałam czego mogę się spodziewać. Z drugiej jednak ŚDM to dosyć specyficzne wydarzenie skierowane do konkretnej grupy ludzi. Tutaj zaś miałam mieć do czynienia z ludźmi w różnym wieku, o różnych poglądach i przekonaniach. Nie można było na nikogo patrzeć podejrzliwie, bo był np. z krajów arabskich - każdemu trzeba było pomóc, jeżeli tylko było się w stanie.
Punkt informacyjny na katowickim dworcu PKP był dosyć newralgiczny - uczestnicy WUF11 mogli przyjechać do stolicy Górnego Śląska pociągiem z Warszawy lub z Krakowa(bo tam wylądowali samolotem), mogli też wyłonić się z podziemnego dworca komunikacji miejskiej, na który zostaliby dowiezieni autobusem z lotniska w Katowicach-Pyrzowicach. Został on ustawiony centralnie przy... dworcowym punkcie informacyjnym. Skutek tego był taki, że przychodzili do nas wszyscy, myśląc, że jesteśmy ogólną informacją. Co z tego, że na stoisku było logo wydarzenia? Kto by zwracał na to uwagę? Nawet pani pracująca w faktycznym punkcie informacyjnym podśmiewała się, że nudzi się przez nas jak mops. Jednak już na drugi, trzeci dzień odsyłaliśmy jej wszystkich tych, którzy coś chcieli, ale nie byli związani z wydarzeniem. Chociaż wiadomo, że jak np. staruszkowie poprosili o odczytanie godziny odjazdu/przyjazdu pociągu to im pomogliśmy, jednak jak już ktoś prosił o znalezienie mu jakiegoś pociągu, albo wskazanie powodu, dla jakiego pociąg X nie jest na czas, to już nie. Zwłaszcza, że z każdym dniem przybywało uczestników WUFu, których trzeba było kierować albo w stronę Spodka (organizatorzy zadbali o specjalne autobusy relacji Dworzec PKP - Spodek), albo zamówić im taksówkę do hotelu(względnie powiedzieć jak w inny sposób tam dojadą czy też dojdą), albo rozwiązać setki innych problemów.
Wszyscy wolontariusze podzieleni byli na dwie zmiany, wedle złożonej we wniosku rekrutacyjnym deklaracji. Nie inaczej było w punkcie informacyjnym na dworcu PKP. Pierwsza zmiana trwała od 7:30 do 14:00, druga od 14:00 do 19:30. Dzięki temu, że udało mi się wziąć w pracy wolne, mogłam być na obu. Jedynym odstępstwem było wtorkowe popołudnie, kiedy dość nieoczekiwanie(chociaż z drugiej strony to trochę na własne życzenie) wypadł mi egzamin z j. niemieckiego. Teoretycznie miałam być też wtedy na zmianie, na szczęście udało mi się zwolnić do domu. I dzięki temu mogę cieszyć się studenckimi wakacjami do października. Średnio na jedną zmianę wypadało 5-6 osób. Uważam, że jest to wystarczająca liczba - ktoś zawsze był na punkcie, ktoś mógł iść na dany peron, zobaczyć czy ktoś nie przyjechał pociągiem (mieliśmy charakterystyczne koszulki z logo wydarzenia), jeszcze ktoś inny chodził po dworcu w ramach "patrolu", albo odprowadzał gości na odpowiedni autobus, tramwaj, czy też pociąg.
Jak się domyślacie, wolontariusze powinni znać język angielski, który jest "urzędowym" na tego typu eventach. Teoretycznie coś tam rozumiem i umiem po angielsku(w końcu uczyłam się go od czwartej klasy szkoły podstawowej), jednak zawsze(a na pewno od czasów liceum) mam blokadę przed porozumiewaniem się w nim. Dlatego głównym moim zadaniem było sprawdzanie połączeń pociągowych lub autobusowych w internecie(ONZ zagwarantowało nam służbowy laptop wraz z własnym dostępem do internetu). Czasami też szłam się przejść zobaczyć czy ktoś nie przyjechał pociągiem, czy też odprowadzić kogoś na odpowiedni środek transportu zbiorowego. W końcu ileż można siedzieć na krześle?
Jak widzicie, przy odrobinie dobrej woli nawet takiej osobie jak ja da się przydzielić zadanie, w którym będzie jak najbardziej przydatna. Może nawet na tym laptopie wklikiwałam wytyczne wolniej od innych, jednak wszyscy wykazywali cierpliwość, a nawet cień serdeczności. Współwolontariusze też okazywali się w porządku. Przez tych 7 dni* nie mieliśmy większych zgrzytów. A nawet czekaliśmy na siebie z niecierpliwością, bo każdy z nas w jakiś sposób był uzupełnieniem całego teamu.

CDN...

* Chociaż sam WUF11 trwał od niedzieli(26 czerwca) do czwartku(30 czerwca), to nasz punkt informacyjny działał od piątku (24 czerwca) do piątku(1 lipca)

środa, 6 lipca 2022

1447. WUF11 - stworzyliśmy piękną historię, cz. 2

Podczas rozmowy rekrutacyjnej dowiedziałam się, że na 18 czerwca zaplanowane zostało stacjonarne szkolenie dla wolontariuszy pomagających przy organizacji wydarzenia. Traf chciał, że akurat wtedy w Szczecinie odbywały się Mistrzostwa Polski w Paralekkoatletyce, w dodatku w samą sobotę miałam swój start. Oczywiście od razu zgłosiłam to rekruterowi, który oznajmił, że nic się mam tym nie przejmować, i że potem wszystko dostaniemy w zsyntetyzowanej wersji na meila. Jeden problem miałam więc z głowy. Pozostało mi tylko czekać na czwartek, 23 czerwca, kiedy oficjalnie rozpoczynałam swoją posługę na WUFie.
Na początku tygodnia dostałam meila z grafikiem dyżurów. Zgodnie z moją deklaracją dyspozycyjności piątek 24 czerwca miałam wolny, ze względu na egzaminy z dwóch przedmiotów, pozostałe dni miałam na dwie zmiany - dopołudniową i popołudniową.
W czwartek pojawiłam się w Centrum Wolontariatu po godzinie 7 rano. Musiałam jeszcze nadrobić zaległości z sobotniego szkolenia, czyli podpisać umowę wolontariacką oraz odebrać pakiet wolontariusza. Na pakiet składały się dwie techniczne koszulki(dla mnie w rozmiarze "M"), bluza, butelka, notesik z długopisem, wielofunkcyjny buff oraz informator. Wszystko to było spakowane w firmowy bioworek.

W ogóle ciekawe uczucie, kiedy po przekroczeniu progu Centrum Wolontariatu człowiek odkrywa, że wszyscy koordynatorzy go znają, chociaż on nie koniecznie ich zna(nie no, kilkoro znam...). Po dopełnieniu wszelkich formalności poszliśmy do pawilonu głównego pod katowicki Spodek, gdzie wyrobiono nam identyfikatory. Trwało to dosłownie chwilę pomimo tego, że kiedy podeszłam do jednego ze stanowisk, padł system. Musiałam więc je zmienić. Na szczęście obyło się bez ponownych dodatkowych atrakcji tego typu.

Spodek (źródło zdjęcia)
Pawilon przed Spodkiem
Powitania po wejściu do pawilonu głównego
Ponieważ w czwartek jeszcze nie rozłożyli naszego stanowiska na katowickim dworcu PKP, zostaliśmy (tzn. wolontariusze przydzieleni tego dnia na to stanowisko) wcześniej zwolnieni do domu. I tak za bardzo nie było dla nas zajęcia, bardziej byśmy więc przeszkadzali, niż pomagali. W piątek mnie nie było ze względu na egzaminy. Teoretycznie mogłabym połączyć jedno i drugie, postanowiłam jednak tego dnia postawić na luz - na spokojnie podejść do moralności, nie denerwując się, że coś zawalę. Co prawda w ostateczności zawaliłam pierwszy termin z niemieckiego, ale jak wiecie - powód był zupełnie inny.
Wolontariat zaczął się więc dla mnie w sobotę, 25 czerwca.

CDN...