
Wraz z końcem Światowego Forum Miejskiego uświadomiłam sobie, że właściwie każdy weekend czerwca miałam okraszony jakimś wolontariatem. Jak nie Memoriał Kusocińskiego, to Górski Bieg Frassatiego. Jak nie Górski Bieg, to Bieg Bohaterów(w którym w dodatku brałam udział). Aż w końcu WUF11. A wszystko to przeplatane było zaliczeniami na uczelni, sesją, pracą oraz uczęszczaniem w miarę możliwości na nabożeństwa czerwcowe. Można się zmęczyć, nawet gdy się robi to co lubi. Dlatego kiedy książki naukowe i notatki chwilowo odeszły na boczny tor, a i w wolontariackim grafiku pojawiła się mała luka, postanowiłam pojechać w pierwszy lipcowy weekend do niewielkiej kieleckiej wsi położonej w powiecie pińczowskim, z której pochodzi moja mama. Tam, tuż przy wjeździe do wsi od strony miasta gminnego mamy niewielką działkę wraz z domkiem kempingowym, która niegdyś należała do moich dziadków, a po ich śmierci odziedziczyła ją moja mama. To tam spędzałam prawie każde wakacje za czasów szkoły na współkę z wakacjami u drugiej babci. I chociaż trudno tu mówić o jakiś wygodach, jakoś nie miałam problemów z tym, aby tam wracać.
 |
Prawdopodobnie 1993 rok, dziadek odwozi nas do miasta na autobus, w tle domek zbudowany przez jego ojca, Michała |
Na początku był mały biały domek przy drodze wybudowany za cara przez pradziadka Michała od strony dziadka. Wzniósł go tuż po powrocie z... Ameryki(kiedy opowiedziałam to na lekcji historii pierwsze pytanie jakie padło to... czy płynął TYM "Titanikiem". Ech, gdyby tak było to pewnie nie pisałabym dzisiaj do Was, bo by mnie w ogóle nie było na świecie). Tuż obok znajdowała się stajnia, stodoła i studnia, a trochę dalej sad. Potem zamieszkał w nim z żoną Wiktorią. Domek składał się z kuchni z piecem chlebowym oraz pokoju. To w kuchni przyszła kolejno na świat 9 ich dzieci. Wśród nich, w 1916 roku, mój dziadek, Józek*. Z czasem dzieci dorastały i opuszczały rodzinne, bardzo ciasne gniazdo. Kilkoro z nich przybyło na Śląsk. Znali to miejsce - w okresie dwudziestolecia międzywojennego pradziadek zaprzągał wóz w konie i przyjeżdżali tu po czarne złoto - czyli węgiel. A ponieważ nie byli w stanie obrócić się za jeden dzień, spali po drodze na wozie, otuleni kocami. W domu został dziadek Józek i to on go odziedziczył wraz z częścią ziemi. W 1954 roku dziadek poślubił pochodzącą z oddalonej o ok. 11 km. Kolonii-Sielec Wiktorię. Z tego związku narodziło się 5 dzieci, w tym moja mama. Gdy mama miała jakieś 2-3 latka zburzono dotychczasową stajnię i stodołę i wybudowano nowe, oddalone o ok. 200 metrów od domu(tak jakby na drugim końcu działki). Również i to pokolenie powoli dorastało. I chociaż dzieci tak jak dziadek musiały chodzić do oddalonej o 5 km. szkoły(oraz do kościoła, bo ten był w innej wsi), to i tak żyło im się lepiej - w połowie lat 50 zelektryzowano całą wieś.
 |
1997 rok - przy kapliczce znajdującej się na granicy wsi |
Kilka lat po osiągnięciu pełnoletności mama przeprowadziła się na Górny Śląsk. Zawsze jednak wracała do miejsca, w którym się wychowała i do ludzi, którzy wpłynęli na to jej wychowanie. Dbała też o to, abym regularnie widywała się z dziadkami, chociażby wysyłając mnie do nich na wakacje.
Mój tata pamięta jeszcze dużą izbę w domu. Ja już nie - w pewnym momencie się ona zawaliła ze starości, a dziadkowie przenieśli się do kuchni. Na niewielkim obszarze stało łóżko, przy oknie stół i stołek, naprzeciwko łóżka kredens, a naprzeciwko okna piec chlebowy. Pod łóżkiem stała miednica. Nie podprowadzono wody, nawet studnia wybudowana przez pradziadka się zawaliła. Co rano przynosiło się wodę w wiadrach od sąsiada. Nie było też lodówki, ani pralki. Dziadek do pewnego okresu hodował konie, a kiedy zabrakło już mu sił, z żalem je sprzedał. Pamiętam jak spałam z mamą w tym rozpadającym się łóżku, a dziadkowie w stodole. Potem jak byłam w drugiej i w trzeciej klasie chodziłyśmy z mamą(która przyjeżdżała na weekendy, albo kiedy przyjeżdżałyśmy na jesienne wykopki) spać do jej kuzynki. Co prawda u cioci też dużych luksusów nie było, ale mnie wystarczało towarzystwo kuzyna i wieczorynka w telewizji. Bo u cioci był telewizor. Dziadkowie nie mieli tego luksusu. Co nie znaczy, że się u nich nudziłam. Wystarczyło dać mi książkę, zabawkę z kinder niespodzianki(kochałam je, można było się nimi ciekawie bawić), kartkę i kredki i już miałam zajęcie na całe godziny.
Przełom nastąpił na początku maja 2000 roku. W długi majówkowy weekend w połowie drogi pomiędzy białym domkiem, a stodołą stanął piętrowy, drewniany domek kempingowy. Ponieważ stary dom groził zawaleniem, rodzice wraz z dziadkami postanowili zatroszczyć się o nowe lokum. Zbudowanie domu jest czasochłonne i wymaga masę zezwoleń. A taki kemping postawiony został dosłownie w 24 godziny. Pamiętam, że mama zostawiła mnie wtedy u znajomej, która potem przywiozła mnie na wieś. Jej mąż, już nie żyjący niestety, był elektrykiem, i założył nam całą instalację elektryczną. Tamte wakacje były naprawdę niezwykłe - z jednej strony zmieniałam szkołę, z drugiej strony emocje sięgały zenitu ze względu na ten domek. Niby nie było wody, telewizji, ba, nie było nawet wychodka(i to na przełomie XX i XXI wieku), ale była pewność, że nic nie zawali nam się na głowę. Zresztą mnie nie przeszkadzały niewygody, bo wraz ze znajomymi penetrowałam otoczenie tak, jak tylko potrafią to dzieci. Byliśmy wolni, jedynie mieliśmy zakaz szwendania się po zaroślach w okolicy starej chatki, aby nie wpaść do niezabezpieczonej studni. W domku było radio, pamiętam, że rano szłam do cioci, aby mnie uczesała, tam oglądałam poranny blok programów dla dzieci, po czym wracałam do dziadków, aby w radiu wysłuchać gry w skojarzenia.
W listopadzie 2002 tata wraz z wujostwem rozebrał stary dom. Było to jakiś tydzień po wspomnieniu Wszystkich Świętych. Pamiętam, że trochę im pomogłam, ale większość czasu spędziłam na przygotowaniach do (chyba?) "Kangura matematycznego". Poprzeczka była wysoko zawieszona, bo nauczycielka zgłosiła mnie o poziom wyżej niż powinnam być. Wieczorem tata rozpalił ognisko, aby spalić różne rzeczy. Przyszedł wtedy młodszy o cztery lata kuzyn i z radością wrzucaliśmy do ognia patyki z fascynacją patrząc, jak pożerają je pomarańczowe języki ognia.
Do śmierci dziadków spędzałam u nich każde wakacje. Ostatnie, w 2008 roku, naznaczone już były przygotowaniami do matury. Siedziałam wtedy w stodole na wozie i przeglądałam zadania. To wtedy nauczyłam się skrobać ziemniaki, gotować rosół oraz... rozpalać ogień pod blachą pieca. A ileż to osób podwoziło mnie do wsi po niedzielnej Mszy świętej, aby "Karolka od Ziutka nie musiała drałować taki kawał do wsi...". A dla mnie to była przyjemność, bo i ptaków można było posłuchać, i poprzyglądać się rosnącemu zbożu.
Po śmierci dziadka jakoś tak rzadziej tam zaglądałam, bo i nic ciekawego się nie działo, a i przez pandemię dojazd był utrudniony. A jak jeszcze w 2018 roku spłonęła podpalona przez strażaków stodoła(chcieli sobie nabić licznik akcji) to już kompletnie nie miałam ochoty tam jeździć. Ale ostatnimi czasy moi rodzice postanowili wprowadzić pewne zmiany. I to takie, że człowiek nie poznałby miejsca, w którym się spędziło tak dużo czasu.
Zaczęło się od szopy. Kilka dni przed pożarem stodoły tata kosił na wsi trawę. Coś go tchnęło i zamiast do niej zaniósł kosiarkę do wujka. Tam też miał piłę motorową(dlatego też był na "liście podejrzanych", chociaż jego wtedy nie było już na wsi). Niby wujek nie robił problemu z przechowaniem wszystkiego, no ale tata stwierdził, że tak nie może mu na głowie siedzieć. Wymyślili z mamą, że za pieniądze z odszkodowania wystawią szopę. Tak też zrobili - szopa stoi tuż obok domu i mieści w sobie nie tylko drzewo na opał, ale i wiele rzeczy gospodarczych. Przy okazji zmienili komin na mniejszy i z drzwiczkami do wymiatania ewentualnych liści.
Potem mama poszła do gminy i od słowa do słowa wyszło, że domek kempingowy nie jest ubezpieczony, za to ten zburzony - i owszem. Szybko to załatwili i teraz posiadłość jest ubezpieczona na wypadek gdyby...
Potem podłączyli telewizor. Ogólnie kupiliśmy go dziadkom już zimą 2003 roku, jednak tata przywiązał antenę do prowizorycznego kija, a ten znów uwiązał przy ogrodzeniu ogródka, więc wystarczył mocniejszy powiew wiosennego wiaterku i antena przestała odbierać. Jakoś nie było czasu później się z tym męczyć, więc antenę zaniesiono do stodoły, telewizor zaś dano na górę(dzięki czemu nie podzielił losu anteny, która poszła z dymem). Podczas pandemii tata pojechał na dłużej na wieś. Tam sobie przypomniał o telewizorze. Co prawda anteny nie było, ale kiedyś mama przywiozła tam jakieś DVD. Tata to wszystko podłączył, a od sąsiada pożyczył film, aby sprawdzić, czy działa - wszystko chodziło. Teraz przed wyjazdem taty do Danii byli tam na dłużej. Tata wraz z wujkiem i kuzynem jeździli po sklepach ze sprzętem elektronicznym - a to antenę kupić(najzwyklejszą, taką siatkowatą), a to dekoder, a to podłączyć. Zadziałało... ale tylko na parę dni, bo telewizor wysiadł od nieużywania. Oddałam im mój stary płaski - lepiej go zmieścić na niewielkiej przestrzeni, a mnie tak bardzo nie jest potrzebny. Jak byłam to razem z kuzynką go uruchomiliśmy - wszystko działa. A nawet jest więcej kanałów niż ja mam na analogowej kablówce.
Następnie zaszaleli i... wykopali studnię. Już dawno męczyłam o nią mamę, ale jej odpowiedź była jedna: "No, dopiero ludzie będą gadali, że Bożenie Ziutkowej przewraca się w dupie i zachciewa luksusów"(moja mama jest bardzo szczera i bezpośrednia). Ja jej nie przegadałam, ale tata już tak. Wierzcie lub nie, ale miał on na wsi jakieś robocze ubranie z budowy, w którym wlazł do tej starej studni i przez cały dzień wybierał z niej szlam. Następnie wraz z wujkiem kupili betonowe kręgi i wpuścili w ziemię. Woda jest, próbka została zawieziona do Kazimierzy Wielkiej aby zbadali, czy nadaje się do picia. Kupili też elektryczną pompę, którą chcą zamontować przy domu. Na przyszłość będzie łatwiej, nawet jeżeli nie będzie można wykorzystać wody do picia. Z dalszymi pracami przy studni czekają do powrotu taty do kraju.
Mama załatwiła w gminie deklaracje palenia w piecu(który też zmienili na mniejszy), kosz na śmieci, a także dowiedziała się wreszcie, jaki numer ma nasz dom.
 |
| Ganko-taras w trakcie budowy |
Jednak najważniejszą inwestycją jest dobudowanie do domu ganku przez jednego z mieszkańców wsi. Nie wiem który z rodziców wpadł na ten pomysł, ale jak przyszłam wieczorem i zobaczyłam wszystko z daleka, to aż mi zaparło dech w piersiach(pomijam to, że szłam dość szybko, aby zdążyć przed nadciągającą burzą). Nagle zyskaliśmy kilka metrów dodatkowej przestrzeni! To raz. A dwa - wszystko jest tak zrobione, że będziemy mieli trochę prywatności. Dotychczas wszyscy widzieli co się u nas dzieje. A teraz uniemożliwia to kratka. Wszyscy mówią, że ganek wyszedł cudownie i już pytają, czy będą mogli przyjść na herbatę. A znając zamiłowanie taty do wszelkich prac w drewnie, to mogę powiedzieć, że pewnie jakoś to ciekawie wykończy. Zresztą jak zobaczyłam jak porobił niektóre szafki wewnątrz domu, to aż kręciłam głową z podziwu. Że mu się chce...
To jednak nie koniec udoskonalania naszego małego sakrum, bo już się umówili z panem Robkiem, że wybuduje nam coś, czego nigdy jeszcze tam nie było, czyli... ustęp. Już na pogrzebie babci pojawił się problem, że niektórzy goście musieli do toalety, a nie mieli gdzie iść. My sobie jakoś radzimy, ale przecież nie da się komuś wiaderka. Na szczęście z odsieczą przyszli sąsiedzi i udostępnili nam swoją łazienkę. Ale ostatnio rodzice sami doszli do wniosku, że nie może być tak, że w XXI wieku nie ma się dostępu do wody, czy też ubikacji. Będzie ubikacja! I to do końca wakacji. Śmieję się, że mama z "dziadówki" stanie się kimś. A że ludzie będą gadać? Pogadają i przestaną.
Chociaż tak długo mnie tam nie było to wiedziałam, że wracam do mojego małego sakrum z dziecięcych lat. Wracam do pól szumiących dojrzewającym zbożem, które przy powiewie wiatru jakby zamieniały się w malujące po niebie pędzle.
 |
| Ta gra świateł na niebie wywołała mój niepohamowany zachwyt |
Wracam do cichego plusku niewielkiej rzeczki, płynącej przez wioskę. Jedna z naszych ulubionych zabaw w dzieciństwie polegała na puszczaniu po niej łódeczek z łupin orzechów i sprawdzania, która pierwsza wypłynie po drugiej stronie.
Wracam do tego, co było bardziej i mniej ważne. Do kapliczek. Ta poniżej to jest ta sama, co na drugim zdjęciu. Tylko właściciel, jak jeszcze żył, nieco ją zmienił.
Wracam do naszych bocianów. Jesteśmy szczęściarzami - na całą wioskę tylko u nas zdecydowały się one osiedlić na stałe. Po pożarze stodoły tata się bał, że nie trafią one do swojego gniazda. Wszak widać ją było z daleka. Ale nie, one muszą mieć jakiś wewnętrzny zmysł nawigacyjny. Co roku cieszą nas młodymi - w tym roku wykluły się aż trzy. Kocham ich klekot rozpoczynający się wraz ze wschodem słońca, a kończący wraz z jego ostatnimi promieniami. Patrząc na nie mimowolnie w mojej głowie powstał kolejny wiersz.
Bocian na wsiZ czym kojarzy się Polska?
Zapewne z biało-czerwoną flagą,
z orłem w koronie,
z "Mazurkiem Dąbrowskiego"...
Mnie zaś kojarzy się z bocianami,
co siedzą w gniazdach na słupach.
Wieś obrały za dom swój,
by dzielić troski i szczęścia z chłopami.
Pilnować ich plonów i zbiorów,
przed myszami oraz szczurami.
Odliczać czas do żniw,
klekotać na chwałę Panu.
Polskie bociany latają nad polami,
niczym samoloty podczas patrolu.
Czy umiesz sobie wyobrazić wieś bez bociana?
Bo ja - nie bardzo.
Pewnie wrócę tam jeszcze nie raz. Jest przecież jeszcze wiele tam do zrobienia, chociażby w niewielkim ogródku. Mama znalazła gdzieś dwa wiatraczki i wbiła je w ziemię.
- Przyjedź 22 na odpust w Dzierążni, to kupisz jeszcze jeden wiatraczek - prosi.
Powrócę tam, bo to przecież może małe prywatne sakrum.
"Chcę do jedynego miejsca na ziemi,
gdzie problemy przestają mieć znaczenie,
do objęć, które akceptują me słabości,
do nich pragnę, tylko do mej miłości.
Jest na ziemi jedno moje małe miejsce,
gdzie poza biciem serca nie liczy się nic więcej,
uciekam tam z moją całą miłością,
wierzę w ciebie, wierzę w moje sacrum"
"Sakrum", zespół "MEZO"
* Tak na dobrą sprawę można powiedzieć, że dziadek był Rosjaninem - bo urodził się jeszcze pod zaborem rosyjskim.