„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
W ostatnią sobotę maja wiele wspólnot Prowincji Południowej "Wiary i Światło" wyruszyło w podróż do Dębowca, aby uczestniczyć w dorocznej pielgrzymce. Każdego roku wybierane jest inne miejsce. Rok temu był to położony w Beskidach Rychwałd. W tym roku Rada Prowincji zdecydowała, że będzie to położony na jej drugim końcu Dębowiec, tak aby tym razem wspólnoty z podkarpacia miały bliżej.
Dębowiec to niewielka miejscowość usytuowana na podkarpaciu. Dawniej było to miasto, ale w 1896 roku zostało ono zdegradowane do wsi. Na początku XX wieku Saletyni zakupili tamtejszy park wraz ze znajdującym się na nim dworem. Z czasem wybudowali na jego terenie swój klasztor oraz Sanktuarium Matki Bożej Saletyńskiej.
Budowa sanktuarium rozpoczęła się w 1936 roku. Blisko 90 lat wcześniej, 19 września 1846 roku, w niewielkiej wiosce położonej we francuskich Alpach, dwoje pastuszków: 15-letnia Melania Calvat oraz 11-letni Maksimin Giraud mieli doznać objawienia Matki Bożej. Według ich relacji była to niezwykłej piękności, siedząca jakby wewnątrz jasnej kuli. Z początku miała zakrytą dłońmi twarz, a jej łokcie oparte były o kolana. Na piersiach niewiasty widniał krzyż z Jezusem Chrystusem i zawieszonymi na nim narzędziami męki: młotkiem oraz obcęgami. Z krzyża promieniowała niezwykła jasność otaczająca Piękną Panią. Na miejscu objawienia wytrysnęło cudowne źródełko, które płynie do dzisiaj.
Podkarpackie ukształtowanie terenu przypomina to alpejskie. Podobnie jak przed laty Mikołaj Zebrzydowski wybudował Kalwarię na zboczach Beskidu, aby jak najwierniej odzwierciedlała naturalny krajobraz Jerozolimy, tak w XX wieku Saletyni wybrali Dębowiec, który do złudzenia przypominał im środowisko francuskich Alp. Budowa świątyni została ukończona w 1939 roku, a dwa lata później uroczyście poświęcona przez księdza Franciszka Kasaka. Działania wojenne nie oszczędziły budowli - ponieważ w klasztorze stacjonowali żołnierze Wehrmachtu, został on zniszczony przez lotnictwo sowieckie 17 września 1944 roku. Kościół został odbudowany po II wojnie. Aktualna budowla została konsekrowana przez biskupa przemyskiego Ignacego Tokarczuka w 1966 roku. Z kolei 20 maja 2012 roku decyzją wydaną przez papieża Franciszka świątynia została ustanowiona bazyliką mniejszą.
Początek spotkania przewidziano na godzinę 12:00. Może i późno, ale dzięki temu wszystkie grupy mogły spokojnie dojechać na miejsce. A nawet nieco odpocząć. Wiecie, przynależność do dwóch wspólnot nie jest łatwa i trzeba jakoś dzielić pomiędzy nie swojej życie. Salomonowym wyrokiem przyjechałam z Wadowicami, a wróciłam z Jaworznem.
To, co rzuca się w oczy po przybyciu na miejsce to majestatyczny portal świątynny. Stojąc przed nim człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo jest mały. Przynajmniej ja miałam takie wrażenie, kiedy wraz z "Rafałkami" zbliżyliśmy się do wejścia. A ponieważ byliśmy przed czasem, usiedliśmy na ławkach stojących przed kościołem.
Inne wspólnoty też zaczęły już się schodzić, co zwiastowało, że już za chwilę rozpocznie się Eucharystia. Można było spokojnie wejść do wnętrza kościoła i zająć dogodne miejjsce. W środku było już sporo osób. Moją uwagę przykuła figura Matki Bożej Płaczącej, znajdującej się w bocznej kaplicy sanktuarium. Jest to rzeźba będącą kopią figury z La Salette o wysokości 130 cm. Przedstawia ona Matkę Bożą Saletyńską siedzącą na kamiennym głazie. Twarz ma ukrytą w dłoniach i jest pochylona ku przodowi. Wykonano ją z drewna lipowego i pokryto polichromią. W roku koronacji (1996) przeszła ona gruntowną konsekrację. 15 września 1996 odbyła się jej koronacja, dokonana przez nuncjusza apostolskiego, ks. abp. Józefa Kowalczyka.
Z tego co wyczytałam, to w sanktuarium znajduje się też posrebrzany relikwiarz z relikwiami ponad 50 świętych. Ma kształt ściętego pnia, z którego wyrastają gałęzie i młode pędy symbolizujące odradzający się Kościół. W podstawę relikwiarza wmontowano relikwie Apostołów, fundamentu Kościoła. Relikwie św. Piotra i św. Pawła znajdują się w górnej części zamykającej relikwiarz.
O godzinie 12:00 zadzwoniła kościelna sygnaturka, a do prezbiterium weszli kapłani wraz z asystującą im służbą liturgiczną. Na początek jednak zostaliśmy powitani przez jednego z saletynów posługujących na miejscu. W Mszę zaangażowani byli wszystkie wspólnoty: utworzył się zespół muzyczny, czytali czytania, śpiewali psalmy i aklamację przed Ewangelią, czytali Modlitwę Wiernych, komentarze do darów, jak i nieśli same dary do ołtarza. Byłam też świadkiem chyba najkrótszej homilii w życiu, liczącej niewiele ponad 3 minuty. Sprowadzała się ona do tego, że mamy żyć tak, aby nikt przez nas nie płakał.
"Rafałki" niosą w darze swój sztandar
"Ojcze nasz" powinno jednoczyć wszystkich wiernych
I już sam ołtarz.
Po Mszy zostaliśmy jeszcze na chwilę w kościele, aby zobaczyć scenkę przedstawiającą objawienie Matki Bożej w La Salette, o którym pisałam na początku. Nie wiem czy wiecie, ale osoby upośledzone umysłowe lepiej przyswajają to co widzą, niż słyszą. Dlatego tak dużo na spotkaniach scenek i pantomimy.
Przy okazji zostało nam przedstawione orędzie Matki Bożej z La Salette. Objawienie Maryi miało obudzić wiernych, zburzyć obojętność, pewność siebie i doprowadzić do oparcia życia na Jezusie Chrystusie. Słowa Orędzia obnażają nieposłuszeństwo wobec Boga, lekceważenie Kościoła i sakramentów, zapraszają do odnowy modlitwy i świadectwa wobec innych ludzi.
Po obejrzeniu przedstawienia wszystkie grupy udały się do pięknego ogrodu, aby tam w ciszy i skupieniu przeżyć Drogę Krzyżową. Przy każdej jej Stacji zatrzymywaliśmy się i z przejęciem wypowiadaliśmy wcześniej poznaną formułkę: "Kłaniamy Ci się Jezu Kochany i całujemy Twe święte rany". Łatwa, prostat, rymowana, wpadająca w ucho. Myślę, że każdy bez większych problemów ją opanował. Po drodze moją uwagę przykuła figura przedstawiająca Matkę Bożą Płaczącą, tą, którą można zobaczyć w murach sanktuarium. Z tą jednak różnicą, że tamta była kolorowa i jakby bardziej "radosna" (sama nie wiem, jak to nazwać, bo nie chodzi mi tutaj o radość ducha, ale taką wizualną), z kolei ta była kamienna, co wywołało we mnie jeszcze większą trwogę. Może tak samo czuły się tamte dzieci, kiedy objawiła im się Matka Boża?
W czytanie rozważań poszczególnych Stacji również były zaangażowane różne wspólnoty, co sprawiało, że ponownie staliśmy się jednością. Silniejsi i sprawniejsi pomagali tym słabszym, aby łatwiej im było iść. Jedyne co mogło nam przeszkodzić, to deszcz, który wróżyły wiszące nad terenem sanktuarium chmury. Spadło nawet kilka kropel, tworząc na chodniku wyróżniające się różne wzory. Nawet szepnęłam stojącej obok koordynatorce "Dominków-bis", że zaraz lunie jak z cebra. Usłyszałam w odpowiedzi, że może nie będzie tak źle, jak myślę. No bo w sumie taka ulewa mogłaby zakończyć całą Drogę Krzyżową. Ale nie, jakoś wytrzymało do końca.
Kiedy doszliśmy do ostatniej stacji jeden z zakonników posługujących w sanktuarium sam stwierdził, że jest zaskoczony, że byliśmy tak cicho, że słychać było brzęczenie much. A to podobno nierzadko się zdarza w tamtym miejscu.
Ostatnim punktem spotkania była Agape, czyli coś dla ciała i coś dla ducha. Do jedzenia był bigos, nie zabrakło także ciast i innych słodkości. A potem rozpoczęła się zabawa. Tańcom i innym wygibańcom nie było końca, a śmiechu przy tym co niemiara.
Zbliżało się późne popołudnie, czas było wracać do domu. Przybyłe na spotkanie wspólnoty powoli zaczęły kierować swoje kroki w stronę parkingu, na którym już czekały na nich autokary. Wracając z obydwoma wspólnotami wstąpiliśmy jeszcze na chwilę modlitwy do pięknej kaplicy znajdującej się w podziemiach kościoła.
Te gołąbki pijące wodę z poidełka są urocze. Po dniu pełnym wrażeń wyruszyliśmy w czterogodzinny powrót do domu. Właśnie wtedy dowiedziałam się, że wyjazd był zorganizowany z grupą z Libiąża. W sumie, nie było nas dużo, więc mogliśmy się śmiało połączyć.
Z pielgrzymki wróciłam z pozytywnymi wrażeniami. Raczej nie było większego zaskoczenia, zwłaszcza, że rok temu uczestniczyłam w podobnym spotkaniu. A gdyby jeszcze kazanie każdy z nas wziął sobie do serca, to o ileż świat byłby piękniejszy i lepszy.
Półtora tygodnia do wakacji. Normalni nauczyciele dopinają na ostatni guzik rzeczy związane z zakończeniem roku szkolnego. Co robi Lolek? Rzuca wszystko i rusza... Nie, nie w Bieszczady, ale do niewielkiej Wał-Rudy, gdzie każdego 18-dnia miesiąca odbywa się Droga Krzyżowa śladami męczeńskiej śmierci bł. Karoliny Kózkówny.
Od razu jednak pragnę Was uspokoić. Z tym rzucaniem wszystkiego to taka mała przesada - wystarczyło wypisać sobie wolne na dany dzień. W środowy wczesny ranek (bo jak inaczej nazwać godzinę 5:12 rano) zdążyłam jeszcze skoczyć na Mszę świętą wraz z poprzedzającymi ją Godzinkami, śpiewanymi przez stałą, pięcioosobową ekipę. Jeszcze trochę i nauczę się ich w całości na pamięć. A przy okazji zastanawiam się, czy ludzie w moim wieku śpiewają jeszcze tą piękną, poranną modlitwę. Po Mszy popędziłam na kolejne środki transportu, które w końcu dowiozły mnie do celu. Ostatni środek transportu był dosyć niespodziewany i nieoczekiwany, ale sprawił mi najwięcej radości.
Na miejsce dotarłam tuż przed rozpoczęciem się Drogi Krzyżowej, czyli zdążyłam. Nawet nie wiecie jak bardzo radowało się moje serce i w ogóle wnętrze. No bo teoretycznie powinnam się spóźnić i gonić całą procesję, jak już było z dwa razy. Oczywiście, gdyby tak się stało to pobiegłabym za całym tłumem. Bóg jednak miał wobec mnie inne plany i postanowił zaoszczędzić mi tej przygody. Dzięki temu wyruszyłam śladem ostatniej drogi błogosławionej Karoliny wraz z innymi, splatając się z nimi w jeden głos śpiewem, modlitwą, a nawet zwykłym milczeniem. Czasami to ostatnie jest najbardziej wymowne. Ale i pozwala się skupić na tym, co mówią innym, na tym, co najważniejsze.
Tym razem rozważania opierały się na życiu św. Maksymiliana Marii Kolbego i prowadzone były przez Rycerzy Kolumba. Cisza panująca w lesie od czasu do czasu przeszywana ptasim świergotem sprzyjała osobistej refleksji. Droga Krzyżowa trwała wyjątkowo długo, chyba najdłużej ze wszystkich, na których dotychczas udało mi się być. Sama jej długość mi nie przeszkadzała, problemem było to, czy zdążę na powrotnego busa jadącego przez centrum miejscowości. Gdybym na niego nie zdążyła, to miałabym jeszcze opcję jechania kolejnym, ale po godzinie 19:00. To z kolei opóźniłoby mój i tak nocny powrót do domu, bo przecież nie zdążyłabym na pociąg, który odjeżdża kilka minut po 19. A do przystanku też trzeba dojść jakieś 2 kilometry. Jednak i tutaj problem sam się rozwiązał. Muszę przyznać, że w 95% mam szczęście do otaczających mnie ludzi.
Postać świętego brata Alberta, jednego z głównych patronów mojej diecezji, w dość dziwny sposób wkradła się do mojego życia i w nim zamieszkała. Jeszcze będąc w gimnazjum na jednej z lekcji języka polskiego zapoznawaliśmy się z fragmentem sztuki teatralnej autorstwa Karola Wojtyły zatytułowanej "Brat naszego Boga". Nie mówię, że wcześniej nie słyszałam o postaci Adama Chmielowskiego, który jako zakonnik przyjął sobie imię Albert, bo pewnie w kościele raz czy dwa obiło mi się o uszy, jednak nie przywiązywałam do tego większej wagi. Zresztą byłam jeszcze dzieckiem, mogło mi coś umknąć pomimo dosyć dobrej koncentracji i pamięci (pamiętacie o czym mówił ksiądz na Waszej Pierwszej Komunii albo bierzmowaniu? Ja pamiętam...). Ale wtedy, w tej drugiej czy też trzeciej klasie gimnazjum, w świadomy sposób poznałam tą postać. Z jednej strony był to język polski i wspomniany tekst, z drugiej miliony pytań na temat brata Alberta do Księdza z gitarą. Skończyło się tym, że otrzymałam od niego książkę franciszkanina Władysława Kluza "Adam Chmielowski. Brat Albert".
Potem temat ten na kilka lat został stłumiony, aby powrócić ze zdwojoną siłą. I to dosłownie. Pierwszy taki powrót nastąpił na wiosnę 2015 roku, kiedy byłam na pierwszym roku studiów z turystyki religijnej. W ramach ćwiczeń z nowożytnej i najnowszej historii kościoła każdy z nas miał za zadanie przygotowanie i przeprowadzenie wycieczki po Krakowie śladem jakiegoś świętego bądź błogosławionego. Ja wylosowałam św. brata Alberta. Trochę się skrzywiłam, ale w końcu powiedziałam: "Dobra, coś się wymyśli". Wypożyczyłam kilka książek i zdecydowałam, że pójdziemy do klasztoru i bazyliki Franciszkanów na Placu Wszystkich Świętych, gdzie przyjął habit i rozpoczął drogę zakonną, a następnie do budynku, w którym mieściła się pierwsza ogrzewalnia dla bezdomnych mężczyzn, w którym opowiedziałam im o życiu świętego z przełomu XIX i XX wieku. Oczywiście takich miejsc związanych z życiem i działalnością św. Brata Alberta, no ale miałam ograniczony czas.
I teraz, niewielki kościółek w centrum B-na, noszący wezwanie właśnie Brata Alberta, do którego rzucił mnie uparty los. Za każdym razem stojąc w prezbiterium wpatruję się w majestatyczną figurę przedstawiającą Brata Alberta i myślę sobie: kurczę, to dopiero był gość. Bez nogi, tłamszony przez innych, szykanowany przez innych, a jednak dużo osiągnął. I jeszcze został ogłoszony świętym! Bardzo mi się podoba jego maksyma życiowa - być dobrym jak chleb. Bo każdy z nas ma chyba swój ulubiony rodzaj chleba. Ale tak sobie myślę, że chodzi tutaj nie tylko o ten chleb spożywany przez nas podczas posiłków, ale o Chleb Życia, którym wierzący powinni się karmić, aby dostąpić życia wiecznego. W zasadzie każdy z nas może być takim dobrym chlebem - wystarczy żyć i postępować tak, aby nikt przez nas nie cierpiał, nie płakał, nie czuł się źle. Tylko tyle i aż tyle...
Siewierskie Dni Dzielenia i Głoszenia wspólnoty "Wiara i Światło" zbiegły się w czasie z diecezjalnym pożegnaniem kopii jasnogórskiej ikony, która przez 10,5 miesiąca peregrynowała po całej diecezji, odwiedzając wszystkie jej parafie i ważniejsze instytucje. Chociaż nawiedziła ona wiele parafii już podczas poprzedniej peregrynacji na przełomie lat 70 i 80 ubiegłego wieku, tak naprawdę mieściły się one jeszcze w obrębie archidiecezji częstochowskiej. Teraz, w trzeciej dekadzie XXI wieku, kolejna peregrynacja rozpoczęła się od naszej, sosnowieckiej diecezji, liczącej sobie w tym roku 34 lata. Była to wielka radość, że kolejne ogólnopolskie pielgrzymowanie rozpoczyna się właśnie od nas. Ale i zaszczyt, że tak się stało mimo tych wszystkich afer z ostatnich lat. A jednocześnie niezwykła odpowiedzialność.
W zasadzie ten czas, jaki przeznaczono na peregrynację obrazu w naszej diecezji minął niesamowicie szybko. Mam jeszcze żywo w pamięci ostatnią sobotę sierpnia 2025 roku, kiedy witaliśmy kopię ikony w sosnowieckiej katedrze (pisałam o tym >>tutaj<<). Potem rozpoczął się piękny czas podążania za ikoną śladem "Nabożeństw Jubileuszowych" trwających do końca adwentu. Udało mi się być na paru, z czego bardzo się cieszę. Szczególnie, że do dzisiaj pracują we mnie niektóre myśli, które wówczas usłyszałam. Następnie nastał drugi etap, postjubileuszowy, w którym w dalszym ciągu Maryja odwiedzała nasze parafie. Na przełomie kwietnia i maja wzięłam udział w kilku takich spotkaniach. W sumie wszystkich było dziewięć. Dziewięć niezwykłych spotkań, z czego każde z nich zostawiło we mnie jakiś ślad, niczym dwie rysy na jasnogórskim obliczu.
Czy wobec tego mogłabym sama z siebie nie pojechać na pożegnanie kopii ikony, które zaplanowane było na godzinę 16:00? Sprawdziłam niedzielne połączenia z jednego miasta do drugiego i szybko stwierdziłam, że jest to możliwe. Musiałam tylko zaraz po ostatniej przedpołudniowej Mszy udać się na przystanek i wsiąść do linii jadącej do Sosnowca, co zresztą zrobiłam. Po jakiś 40 minutach przesiadłam się na autobus jadący do centrum, a stamtąd już na nogach podeszłam do katedry. W drodze oczywiście musiała być książka, bo jak to tak jechać autobusem i nie czytać książki? W ogóle ostatnio miałam dziwną rozmowę z pewnym panem, z którym czasami siedzimy razem. Otóż raz wsiadł przystanek wcześniej, a że go nie zauważyłam, usiadłam na pojedynczym siedzeniu i wyciągnęłam książkę, jak to ja. To teraz usłyszałam, że on wyraźnie widział, że ja cały czas wgapiam się w telefon. Po pierwsze, co go to obchodzi, po drugie, ja to nie on (bo zawsze kiedy obok niego siedzę, to bawi się możliwościami AI), a po trzecie - jam jeszcze komórkowa, a nie smartfonowa, więc nawet nie mam się w co wgapiać. Niby jakieś tam prymitywne gierki mam, no ale... Wolę książkę :). Albo wyglądanie przez okno.
Kiedy dotarłam na miejsce wierni odmawiali już Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Podejrzewając, że niewiele zobaczę w samej świątyni, jak i to, że będzie w niej zaduch, usiadłam sobie spokojnie w jej przedsionku i dołączyłam do reszty, odmawiając na paciorkach kolejne "Dla Jego bolesnej męki - miej miłosierdzie dla nas i świata całego".
Była godzina 16:00, kiedy księża w uroczystej procesji weszli do kościoła i z czcią ucałowali ołtarz. Towarzyszył temu śpiew pieśni będącej hymnem peregrynacji - "Z Tobą Maryjo pielgrzymujemy".
Głównym celebransem Mszy świętej na pożegnanie ikony był nuncjusz apostolski w Polsce, Antonio Filipazzi. On to też wygłosił do nas homilię, w której przypomniał, że autentyczna pobożność maryjna nie może kończyć się tylko na zewnętrznych gestach. Owszem, one są piękne i potrzebne, ale tak naprawdę powinny one prowadzić dużo dalej - do Ewangelii, Chrystusa oraz przemiany serca. Maryja, tak samo jak w Kanie Galilejskiej, wciąż nam powtarza - "Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie". A w ciągu ostatniego roku wielu diecezjan zrobiło coś prostego, a zarazem bardzo ewangelicznego - otworzyło drzwi, przyszło na modlitwę, czuwało nocą, niosło obraz spojrzeniem, śpiewem, obecnością, przygotowało kościoły, place, procesje oraz liturgie, a czasami po prostu ugotowało zupę. Bo wielkie wydarzenia w Kościele nie dzieją się tylko przy ołtarzu i mikrofonach, ale też tam, gdzie ktoś kroi chleb, podaje gorącą herbatę lub kawę, niesie talerz komuś zmęczonemu, kto przyjechał z daleka i od wielu godzin jest na nogach.
Pięknym momentem było podziękowanie za nawiedzenie oraz zawierzenie diecezji opiece Matki Bożej Częstochowskiej:
"Wielbi dusza moja Pana…
Maryjo, Nasza Jasnogórska Mamo i Królowo!
Jesteśmy dziś przed Tobą – jako Kościół sosnowiecki – poruszeni do głębi serca. Kończy się czas Twoich odwiedzin w naszych parafiach, ale nie kończy się Twoja obecność. Przez te miesiące uczyłaś nas, że Bóg nie patrzy na nas z daleka, ale wchodzi w naszą codzienność. Podnosimy dziś głos, nieco drżący, ale pełen miłości, by wraz z Tobą wyśpiewać Magnificat naszej wdzięczności i nadziei.
W obecności Arcybiskupa Nuncjusza, moich braci w biskupstwie, kapłanów, osób konsekrowanych i Was wszystkich, najmilsi – Ludu Boży Sosnowieckiej Ziemi – mówię: dziękuję.
…i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim. Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy.
Matko, Ty znasz nasz Kościół. Znasz nasze rany, nasze ciche łzy, zmęczenie, ale i tę niezwykłą, ukrytą w sercach tęsknotę za pięknem Ewangelii. Dziś dziękujemy Bogu za to, że wejrzał na nasze uniżenie. Że w Twoich oczach, Maryjo, nie widzieliśmy surowej Nauczycielki, ale czułość Matki, która nie gorszy się naszymi słabościami, ale przytula nas delikatnie, gdy najbardziej boli. Przyniosłaś nam Chrystusa, który leczy połamane relacje i podnosi to, co w nas upadło.
Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, a Jego imię jest święte.
Wielkie rzeczy uczynił nam Wszechmocny! Przez te dni peregrynacji doświadczyliśmy cudu otwartych serc. Widzieliśmy mężów i żony płaczących przy Twoim wizerunku, odnajdujących na nowo utraconą bliskość. Widzieliśmy młodych, którzy w Twoich oczach szukali sensu życia, i chorych, którzy w ciszy szeptali swoje „fiat”. To są te wielkie rzeczy – niewidoczne dla świata, a bezcenne w niebie. Święte jest Imię Boga, który na ruinach naszych ludzkich planów potrafi odbudować ludzkie serca i żywy Kościół.
Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie nad tymi, którzy się Go boją. Okazał moc swojego ramienia, rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.
Maryjo, pragniemy być Kościołem miłosierdzia. Chcemy porzucić wszelką pychę, zabezpieczenia i fasady. Przepraszamy za chwile, gdy jako wspólnota zapominaliśmy o tym, co najważniejsze – o miłości i prostocie. Prosimy Cię, rozprosz w nas wszystko, co buduje mury, a nie mosty. Naucz nas żyć w prawdzie, która wyzwala, i w pokorze, która pozwala usłyszeć drugiego człowieka.
Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił.
Ty wiesz, jak bardzo jesteśmy dziś głodni. Głodni autentycznych relacji, głodni świętości, głodni Boga. Przynosimy Ci, Mamo, nasze rodziny, parafie, nasze wspólnoty i domy zakonne, a także inne miejsca, gdzie się gromadzimy. Wywyższ w nich to, co pokorne i ciche. Niech nasze plebanie, kościoły i mieszkania staną się domami bezpiecznymi, o otwartych drzwiach, gdzie nikt nie czuje się samotny, odrzucony czy oceniany. Nasyć nas chlebem miłości, byśmy potrafili dzielić się sobą z tymi, którzy stracili nadzieję.
Ujął się za swoim sługą, Izraelem, pomny na swoje miłosierdzie. Jak obiecał naszym ojcom, Abrahamowi i jego potomstwu na wieki.
Bóg pamięta o swoim przymierzu. On nie opuścił diecezji sosnowieckiej!
Dlatego dzisiaj, na zakończenie tej świętej drogi, z absolutną ufnością i dziecięcym oddaniem, zawierzam Tobie, Matko Jasnogórska, całą naszą diecezję:
– Zawierzam Ci każde małżeństwo i rodzinę, a także każde poczęte i nienarodzone dziecko – niech nasze domy będą sanktuariami życia, przebaczenia i czułości;
– Zawierzam Ci naszych kapłanów i osoby konsekrowane – odnów w nich pierwotną miłość, daj im serca ojców i matek, bliskich każdemu człowiekowi;
– Zawierzam Ci młodych i dzieci – rozpal w nich ogień wiary, który rozgoni mroki zwątpienia i pozwoli im zaufać natchnieniom Ducha Świętego;
– Zawierzam Ci powołania do życia małżeńskiego i rodzinnego, do kapłaństwa i życia konsekrowanego – niech młodzi nie boją się wybierać miłości na zawsze;
– Zawierzam Ci cierpiących, samotnych, nie idących razem z nami, pogubionych na drogach życia – niech w naszym Kościele znajdą swój bezpieczny port;
– Zawierzam Ci przyszłe pokolenia naszej diecezji – tych, których imion jeszcze nie znamy, a których Bóg już zna i kocha. Strzeż ich wiary, rodzin i powołań;
Maryjo, Gwiazdo Ewangelizacji!
Wychodzimy na drogi synodalne, chcemy iść razem, słuchając siebie nawzajem i Ducha Świętego. Prosimy, towarzysz nam. Bądź z nami w tej drodze duchowej, moralnej i relacyjnej odnowy. Nie pozwól nam iść samym. Naucz nas patrzeć na siebie nawzajem tak, jak Ty patrzysz na nas – z niezawodną nadzieją.
Weź nas za rękę. Przeprowadź przez noc ku porankowi Zmartwychwstania. Jesteśmy Twoi, z Tobą chcemy budować Kościół żywy, święty i pełen miłości.
Królowo Polski!
Tobie się oddajemy, Tobie ufamy i z Tobą idziemy w przyszłość. Amen."
Tuż przed opuszczeniem murów sosnowieckiej katedry wybrzmiało uroczyste "Te Deum", jako znak wdzięczności za to, że mogliśmy u siebie gościć tak wyjątkowego gościa. Tego dnia było pochmurnie, jednak w chwili, gdy asysta wynosiła obraz, na niebie rozbłysło słońce, jakby sama Maryja otaczała naszą diecezję swoim blaskiem. Wkrótce ikona została załadowana do samochodu-kaplicy i odjechała do diecezji rzeszowskiej, gdzie czekali na nią kolejni wierni.
Peregrynacja pozostawiła po sobie jasny blask oraz piękne wspomnienia. Niektóre z nich zostały uwiecznione na zdjęciach, inne na kartach kronik. A jeszcze inne w głębi serca, gdzie są dostępne tylko dla świadków tych zdarzeń. Pokazała też piękno wspólnot, piękno wiary, piękno ludzkich serc. Pokazała też, że diecezja i kościoły to nie pojedyncze, grzeszne osoby, ale wspólnoty, które są piękne jak kwiaty stojące w wazonach ustawionymi przed tronami maryjnymi, a ich serca powiewają niczym proporczyki na wietrze. Bo takim znakiem charakterystycznym obecności ikony w danej parafii były proporczyki z chorągiewkami rozciągnięte wzdłuż drogi. Za każdym razem, kiedy je widziałam, czułam autentyczne wzruszenie, że teraz oto w tej parafii Matka jest wraz ze swoimi dziećmi.
Może trudno w to uwierzyć, ale spotkania młodych na Lednicy mają już... 30 lat. Oznacza to, że uczestnicy pierwszych edycji swoim wiekiem dobiegają... 50. Wedle pomysłu ojca Jana Góry tamto pierwsze spotkanie miało pomóc przygotować się ówczesnej młodzieży do Wielkiego Jubileuszu 2000 Roku. Zakładano, że będą jego 2, 3 edycje i na tym się skończy. Tymczasem kolejne pokolenie uczestniczyło w dorocznym spotkaniu odbywającym się w pobliżu jednego z domniemanych miejsc, w których Mieszko I mógł przyjąć chrzest.
Każdemu spotkaniu towarzyszy jakieś hasło przewodnie. W tym roku było nim "Genesis". Jak wiadomo, "Genesis" to inna nazwa "Księgi Rodzaju". "Księga Rodzaju" opowiada z kolei o początkach istnienia, jeżeli nie świata, to chociaż ludzkości rozumnej. Można się było więc domyślić, że będzie coś z powrotu do początków. Ale czego? Początków spotkań lednickich czy może historii biblijnej? Tego dopiero miano się dowiedzieć.
Szczerze powiedziawszy to pierwszy raz nie miałam ochoty jechać na spotkanie. Może już z nich wyrosłam, a może podświadomie czułam, że Lednica bez Księdza Niosącego Światło to już nie to samo. I im bardziej jedna z moich znajomych na mnie naciskała ("Ty przecież lubisz takie spotkania" itp.) tym bardziej czułam frustrację i wewnętrzny sprzeciw. No wkurza mnie takie pitu-pitu i tyle.
A jednak pojechałam, zapisując się niemal w ostatniej chwili. I to nie tylko na spotkanie, ale też na wolontariat. Nie do końca wierzyłam w to, że uda mi się na niego dostać, dopiero jak dostałam odpowiedni identyfikator zrozumiałam, że to prawda. Dlaczego? Sama nie wiem, bo raczej już nie z ciekawości. Raczej po to, by nie żałować, że się nie było. I po to, aby spotkać się z przesympatycznymi bliźniaczkami z Poznania, z którymi poznałam się podczas sierpniowej Pieszej Pielgrzymki do Częstochowy.
Do Lednicy pojechałam pociągiem. Nie pierwszy raz, a drugi. Więc zbytniego stresu nie było. No chyba, że z tego powodu, iż prześpię stację zważając na porę podróży, czyli noc i wczesne godziny poranne. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło, a ja tuż przed piątą rano wysiadłam na peronie w Lednogórze. Przede mną było jeszcze jakieś 10 km. marszu na Pola Lednickie. Na szczęście czasu miałam aż nadto, a i pogoda zachęcała do marszu. W porównaniu z zeszłym rokiem dzień zapowiadał się naprawdę piękny.
Na miejscu była już jedna diecezja - moja diecezja. Bo ogólnie był organizowany z niej wyjazd, jednak ciut spóźniłam się z zapisaniem na niego. No cóż, zdarza się. Za to na miejscu okazało się, że jednak w autokarze są jeszcze wolne miejsca, toteż pojawiła się szansa powrotu bez potrzeby jazdy pociągami, z czego skorzystałam. Do otwarcia bramek prowadzących na Pola Lednickie pozostało jeszcze trochę czasu, usiadłam więc obok moich znajomych, Dorci i Robcia, z którymi zawsze znajduję tematy do rozmów. Przy okazji rozejrzałam się dookoła, aby poszukać wzrokiem znajomych twarzy. Ech, sporo osób, które znałam tylko z wyjazdów na Lednicę wykruszyło się. Trochę szkoda, ale cóż zrobić...
W końcu, po godzinie ósmej, urzędujący na polu harcerze otwarli bramki, a nasza grupa, z racji tego, że stała zaraz przy nich, weszła jako pierwsza na ich teren. Najpierw odebraliśmy pamiątki spotkania (śpiewnik + doniczkę z napisem "Genesis" + świecę na czuwanie), a następnie poszliśmy na sektory, w których czekaliśmy na poszczególne punkty programu.
Niemal jak każdego roku, także i teraz znaleźliśmy się dosłownie w pierwszym sektorze, z którego idealnie widać było chociażby słynną Bramę-Rybę i drogę na nią prowadzącą.
Rozłożyliśmy nasze rzeczy i z mniejszą lub większą cierpliwością oczekiwaliśmy pierwszego punktu programu, czyli jutrzni prowadzonej z katedry gnieźnieńskiej. Podobnie jak w zeszłym roku, także i w tym jej formuła została zaczerpnięta z uroczystości św. Wojciecha Męczennika, patrona katedry. Jutrznia była transmitowana z katedry za pośrednictwem telebimów porozstawianych na terenie pola. Po zakończeniu jutrzni poszłam porozglądać się po okolicy. Wiecie, zobaczyć jakie warsztaty przygotowali i w ogóle. Bo co roku w zasadzie jest coś nowego, co mogłoby zainteresować współczesną, wymagającą młodzież. Przy okazji przywitałam się z moimi znajomymi z Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży, którzy opowiadali chętnym o wyjeździe do Seulu. Obiecałam im, że po południu wpadnę do nich na dłużej. Nie mogło zabraknąć odwiedzin grobu ojca Jana Góry, inicjatora Spotkań Lednickich, czy też namiotu, gdzie miała miejsce adoracja Najświętszego Sakramentu.
O godzinie 12:00 miał miejsce "Anioł Pański", a wraz z nim rozesłanie misjonarzy nie tylko w różne miejsca świata, i bardziej, i mniej egzotyczne, ale też do... Polski. Ot, taka ciekawostka. A swoją drogą, jeżeli posyłają do Polski, to może ja też się zgłoszę na taki wolontariat. No wiecie, mnie tam dużo nie potrzeba. Chyba też po raz pierwszy słyszałam "Anioła Pańskiego" w wersji góralskiej. Coś pięknego.
A po "Aniele Pańskim" coś, co tygryski lubią najbardziej, czyli tańce lednickie. Z okazji okrągłego jubileuszu tancerze nie wybiegli na Drogę Trzeciego Tysiąclecia przy piosence "Tańcem chwalmy Go", jak to miało dotychczas miejsce, ale tańcząc... poloneza z "Pana Tadeusza".
Mega, prawda? Wspomniane "Tańcem chwalmy Go" było w zasadzie drugą taneczną piosenką. A po niej poznaliśmy hymn tegorocznego spotkania, a raczej układ chereograficzny do niego (bo sama piosenka od kilkunastu dni krążyła po yt).
W tym roku postanowiłam bardziej przyłożyć się do nauki nowego tańca, bo tak sobie umyślałam, że skoro mam jechać na obóz "Rafałków" i pomóc organizatorom w jego organizacji, to może bym przeprowadziła z jego uczestnikami warsztaty z tańców lednickich. Jak nie do tegorocznego "Wzrastam" to do innych. Kiedyś, kiedy jeszcze działało u nas Oratorium, to nauczyłam dzieciaki kroków i do "Ojca", i do "Jestem Twój", i do "Tak, tak Panie" i jakoś to poszło. Teraz powinno być jeszcze lepiej, bo już kilka Lednic za mną, a te tańce są niemal sztandarowe i powtarzają się co roku. W ogóle wspomniane na początku bliźniaczki zachęciły mnie, abym za rok dołączyła do tancerzy lednickich, więc... Ale to najszybciej za rok...
Po kilku tańcach odbyła się medytacja wprowadzająca do "Koronki do Bożego Miłosierdzia". Wybrana siostra zakonna czytała fragmenty "Dzienniczka siostry Faustyny", schola lednicka dopełniała je śpiewem, a grupa baletowa dopełniała wszystko dopasowanym tańcem. Powiem krótko - wyglądało to mega i na pewno na długi czas pozostanie w mojej pamięci. Na koniec siostry rozeszły się po sektorach i rozdały niektórym uczestnikom spotkania obrazki z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego.
Ja w tym czasie udałam się do namiotu, w którym działali wolontariusze KBO ŚDM. Słońce grzało niemiłosiernie, my byliśmy na środku pola, a mnie już powoli robiło się słabo, pomimo ciągłego picia wody. W namiocie było sporo moich znajomych, wiedziałam, że raczej mnie nie wygonią stamtąd. A żeby nie być pasożytem, to trochę im pomogłam w rozprowadzaniu losów i gadżetów. Tam też zastała mnie "Koronka", którą odmówiłam w doborowym towarzystwie.
Plusem namiotu było to, że chronił przed słońcem, minusem, że niewiele było widać tego, co się działo pod Rybą i na scenie. To znaczy ogólnie było wiadomo, że akurat są tańce lednickie albo jakaś konferencja, jednak bez szczegółów. Dlatego wiedziałam, że będę musiała obejrzeć sobie brakującą część na internecie.
Na pole wróciłam tuż przed "Procesją orłów", czyli najmłodszych uczestników Lednicy, którzy szli dzielnie Drogą Trzeciego Tysiąclecia trzymani przez rodziców za rączki albo na rękach. To jeden z moich ulubionych momentów ukazujących, jak dzieciństwo przechodzi w młodość, a młodość w dorosłość.
Kolejnym punktem spotkania była "Konferencja Ojców" prowadzona przez mojego biskupa Artura Ważnego oraz świeckiego ojca, Andrzeja Dobiela. Zaproszono na nią młodych ludzi, aby mogli zadać pytania, na które usłyszą odpowiedź z dwóch perspektyw. Pierwsze z nich dotyczyło samotności młodych i roli, jaką odgrywa wspólnota we wzrastaniu w wierze. Biskup nawiązał do Ewangelii św. Łukasza, gdzie ludzie przynieśli sparaliżowanego do Jezusa, ale inni im w tym przeszkadzają. Zauważył, że podobnie jest i z nami. Że możemy chcieć poznać Jezusa, ale inni też nam to zakłócają. Trochę żartobliwie stwierdził, że ci, którzy przyszli z paralitykiem nie napisali do Jezusa na messengerze: "Spotkajmy się Jezu na Zoomie", ale zdjęli dachówki i spuścili go na sznurach. Ewangelia mówi coś genialnego: Jezus widząc ich wiarę, odpuścił mu jego grzechy. Jezus nie zobaczył wiary sparaliżowanego człowieka, ale trzymających sznury. Nie da się więc wzrastać w wierze w pojedynkę. Wiara potrzebuje ludzi i wspólnoty. Przestrzegał też przed tym, że chociaż internet jest fajny, to algorytmy są bezduszne. Biskup zauważył, że w sieci spotykamy najczęściej odbicie samych siebie, co jednak nie daje wzrostu. A prawdziwa wspólnota to taka, w której można twarzą w twarz spotkać drugiego, który zmusza, abyśmy "wyszli z siebie". To boli, ale bez tego nie ma wzrostu. Hierarcha dał uczestnikom do przemyślenia dwa pytania: 1) Czy mam w swoim życiu takich ludzi, którym mogę powiedzieć wszystko o mojej biedzie, a oni nie będą mnie oceniać, tylko wezmą moje nosze i przeniosą mnie do Jezusa? 2) Czy ja jestem kimś takim, kto trzyma sznury, by dźwigać nosze kogoś innego? Kogoś, kto jest samotny, ale boi się poprosić o pomoc. Duchowny podkreślił, że chciałby, abyśmy byli tymi, którzy "wejdą na dachy" i będą szukać nowych rozwiązań po to, żeby dojść do naszych rówieśników, którzy potrzebują spotkania z Jezusem, ale sami tego nie zrobią. Zachęcał do szukania i budowania wspólnot, bo nie da się być chrześcijaninem - singlem.
Andrzej Dubiel podkreślił, że nie byłoby go na Lednicy, gdyby nie dwa fundamenty: rodzina i ruch Światło - Życie. Wspominał, że całkiem niedawno w Jaworznie wspólnota Światło Życie świętowała 50 lecie istnienia i miło było spotkać animatorów, którzy pomagali mu w formacji duchowej i tych, dla których on sam był animatorem. Aktualnie wraz z rodziną są w Domowym Kościele i raz w miesiącu mają spotkania, co jest dla nich mega ważne. Nawiązał do słów biskupa, że powinniśmy znaleźć kilka osób, które pomogą nam w "noszeniu naszych noszy". Dla pana Dubiela takim fundamentem jest właśnie rodzina i wspólnota, tam, gdzie najtrudniej jest "trzymać sznury" i tam, gdzie uczy się pokory. Zgodził się ze swoim przedmówcą, że wspólnota jest bardzo potrzebna w kościele. Przyznał też, że przywołany fragment Ewangelii jest jego ulubionym, ponieważ pokazuje, że chcieć to móc. Zachęcał do szukania wspólnot, bo mając wokół ludzi jest dużo łatwiej.
Z kolei drugie pytanie dotyczyło tego, czy w świecie naznaczonym wojnami i konfliktami możliwe jest wzrastanie w pokoju i od czego powinien zaczynać się pokój w życiu młodego człowieka?
Tutaj jako pierwszy głos zabrał Andrzej Dubiel. Przypomniał, że jest wychowankiem Ruchu Światło - Życie. Jego założyciel, ks. Franciszek Blachnicki, mówił bardzo dużo o wolności i w jej duchu wychowywał też ludzi. Nie bez znaczenia były czasy, w jakich przyszło mu żyć. Ksiądz Blachnicki często mówił, że zewnętrznie można być zniewolonym, a wewnętrznie prawdziwie wolnym, ale i na odwrót. Zaznaczył, że fundamentem prawdziwego pokoju jest wolność, wtedy, kiedy mamy odwagę być prawdziwie wolni. Ale trzeba też dobrze rozumieć, czym jest wolność. Przestrzegał, że dzisiejszy świat wmawia nam, że wolność to niezależność. A tak naprawdę wolność to zależność od Prawdy, którą jest Chrystus. Zwrócił też uwagę na to, jak dużo negatywnych emocji i napięć jest w naszym najbliższym otoczeniu - naszych szkołach, na studiach, miejscach pracy, wspólnotach i rodzinach. Zaproponował szukania spokoju najbliżej nas, w naszych sercach. Przyznał, że najtrudniej jest w rodzinie, ponieważ każdy z nas ma przesunięte granice emocji. Dla niego samego ciężko jest być świadkiem pokoju wśród najbliższych, ale ma też takie doświadczenie, że kiedy przytuli swoje córki albo żonę, to ma poczucie, że nie jest w tym wszystkim sam.
Biskup Ważny odwołał się z kolei do Pisma Świętego, które jest fundamentem, na którym zawsze można się oprzeć. Przyznał, że pytanie o nowy początek, kiedy za wschodnią granicą, w Strefie Gazy i na Bliskim Wschodzie jest wojna, można uznać za prowokację. Jest jednak fragment Ewangelii, do którego możemy się odnieść, gdzie jest mowa o tym, jak Jezus wchodzi wieczorem do Wieczernika, w którym uczniowie byli zamknięci z obawy przed nieprzyjaciółmi i mówi im po prostu "Pokój Wam". Wie, że gdyby tego nie zrobił, to oni by tam siedzieli cały czas. A potem dodaje: "Jak mnie Ojciec posłał, tak i ja Was posyłam". To doświadczenie może nas zaskakiwać - na zewnątrz nic się nie zmienia, ale zmieniło się serce tych ludzi. Zostali oni posłany do świata otoczonego wojną. Możemy zastanawiać się co zrobić, aby zacząć ten pokój. Po pierwsze powinniśmy uświadomić sobie, że ta zewnętrzna niewola, wojna, nie może być argumentem za tym, aby nie być człowiekiem pokoju. Czasami mamy przeświadczenie, że gdyby jakiś człowiek zniknął z naszego życia, to przyszedłby pokój. Tym czasem tak nie jest. Prawdziwy konflikt nie toczy się na mapach świata, ale w głębi naszego serca. Jak więc dokonać "Genesis"? Najpierw powinna dokonać się demilitaryzacja naszych myśli i zaprzestanie ranienia samego siebie. Często mamy o sobie złe zdanie, tymczasem Jezus nas zaprasza do tego, aby usłyszeć "Pokój Tobie. Ja na ten świat Cię posyłam takiego, jakim jesteś, po to, aby go czynić światem pokoju". Następnie należy wylogować się z "wojny domowej". Często pokój zaczyna się od języka w domu, w szkole, czy na studiach. Naszym językiem potrafimy ranić i niszczyć, wprowadzać niesamowity niepokój i agresję. Drugą rzeczą jest więc zacząć panować nad językiem. I na końcu powinniśmy zaryzykować przebaczenie. To jest najtrudniejsze, bo jak nie przebaczamy, to podłączamy nasze serce pod nienawiść i to co mamy w sercu następnie przenosimy na zewnątrz tworząc tym samym atmosferę niepokoju. Świat potrzebuje partyzantów pokoju.
Trzecie i ostatnie pytanie dotyczyło Encykliki "Magnifica Humanitas", w której papież Leon XIV przypomina, że rozwój sztucznej inteligencji nie może odbywać się kosztem człowieczeństwa. Jak więc młodzi ludzie mogą korzystać z AI, tak, aby technologia pomagała im wzrastać, a nie zastępowała ich myślenie, relacje i planowanie przyszłości?
Biskup Ważny stwierdził, że aby odpowiedzieć na to pytanie to trzeba się cofnąć o 2000 lat i zobaczyć obraz z Ewangelii, w którym jest Jezioro Galilejskie, wielka burza w środku nocy, uczniowie siedzą w łodzi, walczą z falami o życie, i nagle widzą chodzącego po jeziorze Jezusa. Ale zamiast się cieszyć to wpadają w panikę myśląc, że to zjawa. Przeraża ich to, co wymyka się ich logice. I wtedy Piotr robi coś bardzo dziwnego, ale genialnego i szalonego - mówi do Jezusa: "Panie, jeżeli to możliwe, każ mi przyjść do siebie po wodzie". A Jezus mówi "Przyjdź", czym szokuje wszystkich. Piotr wysiada z łodzi i dopóki patrzy na Jezusa, robi rzeczy niemożliwe - idzie po wodzie. Jednak potem Ewangelia pokazuje bardzo dramatyczny moment, że na widok silnego wiatru Piotr się lęka i zaczyna tonąć, krzycząc: "Panie, ratuj mnie". Wtedy Jezus łapie go za rękę i mówi: "Czemu zwątpiłeś?". Biskup zwrócił naszą uwagę na słowo "Zwątpiłeś", które można też tłumaczyć, jako "Dlaczego rozdwoiłeś się?", "Dlaczego stanąłeś pomiędzy dwoma drogami?". Piotr zaczął tonąć nie dlatego, że woda była mokra, a wiatr był silny. Tonął, bo podzielił swoją uwagę, przestał patrzeć na Jezusa, a zaczął analizować algorytmy wiatru i jeziora. Hierarcha podkreślił, że to jest naszym zadaniem: AI jest tą wodą, cyfrowym jeziorem Galilejskim, a my mamy nauczyć się po nim chodzić, żeby nie utonąć. Bo technologia nie jest problemem. Ważne jest, by mieć świadomość, że Jezus nie powiedział Piotrowi, aby ten nie wychodził z łodzi. Bóg nie jest przerażony sztuczną inteligencją, On ją wymyślił, a my ją odkrywamy. Biskup podsumował wszystko w trzech rzeczach: 1) AI powinno się używać do rzemiosła, a zachować serce dla twórczości. Niech AI robi to co potrafi (segreguje dane, poprawia błędy, tłumaczy teksty), a człowiek ma robić to, co jest niepowtarzalne, twórcze i niesamowite, do czego żaden komputer nie zna odpowiedzi. Sztuczna inteligencja da nam bowiem syntezę faktów, ale nie da nam mądrości i sumienia. 2) Nie powinniśmy pozwolić, aby algorytmy planowały nasze powołanie. ChatGPT może pokazać nam propozycje mnóstwa zawodów, które możemy wykonywać, jednak nie powie, do czego stworzył nas Bóg. Algorytmy operują na przeszłości, na tym co już znają i co było, a Bóg zaprasza nas do przyszłości, do czegoś niesamowitego i wyjątkowego, czego żaden serwer jeszcze nie widział. 3) Warto wylogowywać się ze sztucznej inteligencji do relacji międzyludzkich. Komputer nigdy nas nie przytuli, ani z nami nie zapłacze. Algorytmy tylko "karmią samotność", a żywy człowiek obok nas karmi miłością. I na koniec poradził, aby używać technologii, by się skrzyknąć na spotkanie, a potem odłożyć telefon ekranem do dołu i korzystać z relcji z drugim człowiekiem. Nie tracąc relacji z Bogiem i człowiekiem można spokojnie "chodzić" po jeziorze zwanym AI.
Andrzej Dubiel z kolei poradził, aby korzystać z AI z umiarem. Zauważył, że każdy uczestnik spotkania ma internet w telefonie (o nie, ja nie mam), a mimo to wybraliśmy spotkanie i relacje z drugim człowiekiem. A nowe technologie można wykorzystywać chociażby po to, aby głosić Ewangelię w internecie.
Tutaj przyszedł czas na tegoroczny "gest lednicki" - wyciągliśmy doniczki, a obecni w sektorach księża przekazali nam nasiona drzewa czarnej sosny, takiej, z jakiego wykonano krzyż dla Pana Jezusa. Czarna sosna rośnie w Polsce, toteż bez większych problemów można ją wyhodować na zwykłej ziemi. Po geście spotkania na środku pojawili się tancerze i wodzireje, którzy zachęcali wszystkich do wspólnego uwielbienia Boga w rytm muzyki.
O godzinie 18:00 oficjalnie otwarto 30. jubileuszowe spotkanie Młodych Lednica 2000. Przy dźwiękach "Hymnu III Tysiąclecia" Drogą III Tysiąclecia przeszła uroczysta procesja, w której wniesiono Krzyż lednicki, relikwie patronów spotkania, siostry zakonne, wyżsi hierarchowie kościelny, a na końcu ułani jadący na koniach. Poznańskie Bractwo Kurkowe wystrzeliło z armaty zwiastując rozpoczęcie spotkania. Słowo powitalne wygłosił prymas Wojciech Polak. Przekazał też przesłanie, które telegramem przesłał sam papież Leon XIV. Kilka słów skierował do nas też arcybiskup Stanisław Gądecki, który wspominał te pierwsze spotkania nad Jeziorem Lednickim.
Po oficjalnym rozpoczęciu na Drodze III Tysiąclecia pojawili się uczestnicy Maratonu Lednickiego, a po ich przebiegnięciu po raz kolejny tancerze ledniccy, którzy zainicjowali kilka tańców tuż przed Mszą świętą. Ja jednak już byłam na początku wspomnianej Drogi, gdzie razem z innymi ministrantami czekałam na rozpoczęcie procesji księży. Byłam jedyną osobą z mojej diecezji, która szła w tej procesji, co potraktowałam jako ciche wyróżnienie.
Pierwszy raz miałam okazję być prawie pod samą Bramą Rybą, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Tak samo jak kazanie wygłoszone przez mojego "kumpla", biskupa Grzegorza Suchodolskiego.
Zaskoczeniem było dla mnie to, że pozwolono mi służyć bez żadnych problemów i "ale". Czy czułam się dumna. Chyba nie. Cieszyłam się, ale wcale nie czułam się wyjątkowo, jak mogłoby się wydawać. Nie chciałam też na początku mojej słóżby za bardzo się narzucać. Wolałam siedzieć spokojnie na trawie, obserwować to, co się dzieje naokoło, wsłuchiwać się w głosy modlitw splatające się z dźwiękami przyrody. Po jednej stronie miałam ministrantów, po drugiej kapłanów. A w środku czułam po prostu spokój.
Z Ciebie wyrastam, ku Tobie wzrastam, Tobą oddycham bez Ciebie usycham
Tegoroczna Msza święta rozpoczęła się już o godzinie 19:00, a więc całą godzinę wcześniej, niż w poprzednich latach. Trwała ona około 1,5 godziny. W zasadzie tuż po niej nasza grupa miała zbierać się powoli do domu. Byliśmy jednak niemal pewni, że przyjdzie do nas nasz biskup, jak to miał w zwyczaju od dwóch lat. Co prawda rok temu nie wpuścili go do sektoru, ale Artur raczej nie zraża się takimi przeciwnościami losu. A ponieważ nie przyszedł do nas przed Mszą świętą, to było bardzo prawdopodobne, że przyjdzie po niej. Tak też się stało i nawet nasz pasterz został wpuszczony w nasz sektor.
Biskup przywitał się chyba z każdym i zamienił z nami 2-3 słowa. Potem zaczęliśmy powoli zbierać nasze rzeczy i flagi i szykować się do opuszczenia pola. Trochę było mi żal, że nie zostaliśmy na III części spotkania, ale zmiana organizatora wyjazdu poskutkowała też zmianą w jego przebiegu. Na szczęście jest yt, gdzie można zobaczyć to, co się opuściło.
Raz na jakiś czas dzieją się wydarzenia, które wpisują się w szczególny sposób w historię konkretnej społeczności. Dla polskiego zakonu Towarzystwa Salezjańskiego (czyli salezjanów) bez wątpienia będzie to dzień 6 czerwca 2026 roku, kiedy do chwały ołtarzy zostało wyniesionych aż 9 księży-męczenników II wojny światowych wywodzących się z tego zakonu. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce 8 czerwca 1999 roku, kiedy w gronie 108 błogosławionych męczenników II wojny światowej znalazła się tzw. Piątka Poznańska (wychowankowie poznańskiego Oratorium salezjańskiego), ale też ksiądz Józef Kowalski wywodzący się ze zgromadzenia. Teraz beatyfikowani zostaną tylko i wyłącznie salezjanie. Są to Słudzy Boży ks. Jan Świerc SDB, ks. Ignacy Antonowicz SDB, ks. Karol Golda SDB, ks. Włodzimierz Szembek SDB, ks. Franciszek Harazim SDB, ks. Ludwik Mroczek SDB, ks. Ignacy Dobiasz SDB, ks. Kazimierz Wojciechowski SDB oraz ks. Franciszek Miśka SDB.
ks. Jan Świerc SDB - urodził się 29 kwietnia 1877 roku w Królewskiej Hucie na Śląsku. Naukę pobierał w salezjańskiej szkole na Valsalice we Włoszech. Po jej ukończeniu poprosił o przyjęcie do Zgromadzenia Salezjańskiego. Nowicjat rozpoczął w Ivrea, a studia filozoficzne i teologiczne odbywał w Turynie. 6 czerwca 1903 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Po powrocie do Polski pracował jako nauczyciel. Był też pierwszym Dyrektorem placówki w Oświęcimiu. Następnie działał w różnych wspólnotach salezjańaskich na terenie Polski. Był członkiem Rady Inspektorialnej w Polsce od pierwszego posiedzenia do końca życia. Pod koniec życia był też Dyrektorem i Proboszczem parafii na krakowskich Dębnikach. Tam też został aresztowany wraz ze swoimi współbraćmi 23 maja 1941 roku. Uwięziono go w krakowskim więzieniu, a następnie przewieziono do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Zamordowany po torturach 27 czerwca 1941 roku. Głównym stawianym mu zarzutem było to, że był księdzem i nieustannie wymawiał imię Jezus. Jeszcze przed swoją męczeńską śmiercią miał w obozie opinię świętego.
ks. Ignacy Antonowicz SDB - urodził się w 1890 r w Wiosławicach. W latach 1901-1904 uczył się w Salezjańskiej Szkole w Oświęcimiu. W 1905 roku wstąpił do Zgromadzenia Salezjańskiego mieszczącego się w Daszewie, a rok później złożył pierwsze śluby zakonne w Oświęcimiu. Święcenia prezbiteratu przyjął w 1916 r. w Rzymie. Początkowo pracował we Włoszech. Z czasem przeniósł się do Polski, gdzie m.in. był Rektorem krakowskiego Seminarium. Aresztowano go 23 maja 1941 roku. Był więziony w Krakowie, a następnie przetransportowano go do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Tam zmarł w obozowym szpitalu 21 lipca 1941 roku po uprzednim bestialskim pobiciem przez Gestapowców.
ks. Karol Golda SDB - urodził się w 1914 roku w Tychach. W latach 1927 - 1931 uczył się w Salezjańskiej Szkole w Oświęcimiu. Po jej ukończeniu wstąpił do Zgromadzenia Salezjańskiego. W 1932 roku w Czerwińsku złożył pierwsze śluby zakonne. Trzy lata później rozpoczął studia w Rzymie. Tam też w 1938 roku przyjął święcenia kapłańskie. Po powrocie do Polski posługiwał w Poznaniu oraz w Oświęcimiu. Aresztowano go 31 grudnia 1941 roku, a następnie zesłano do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Skazany został na śmierć za spowiadanie niemieckiego żołnierza. Wyrok wykonano 14 maja 1942 roku,
ks. Włodzimierz Szembek SDB - urodził się w Porębie Żegocie w 1883 roku. Do Zgromadzenia Salezjańskiego w Czerwińsku wstąpił w 1929 roku. Tam też w 1930 roku złożył pierwsze śluby zakonne. Następnie studiował w Krakowie. Tam też w 1934 roku przyjął święcenia kapłańskie. Pracował w Domu Inspektorialnym w Krakowie, potem w Seminarium, aż w końcu w Skawie. Tam go aresztowano w dniu 9 lipca 1942 roku. Przewieziono go do Zakopanego, potem do Tarnowa i do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie zmarł w wyniku pobicia w czasie przesłuchań w dniu 7 września 1942 roku,
ks. Franciszek Harazim SDB - urodził się w 1885 roku w Osinach (wieś na Śląsku). Do Zgromadzenia Salezjańskiego wstąpił w 1906 roku. Rok później, w Daszawie, złożył pierwsze śluby zakonne. Studiował we Włoszech. Tam w 1915 roku przyjął święcenia kapłańskie. Po powrocie do Polski pracował m. in. w Oświęcimiu i w Krakowie. Aresztowano go 23 maja 1941 roku. Po miesięcznym pobycie w areszcie skierowano go do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie został brutalnie zamordowany w wykopie żwirowym 27 czerwca 1941 roku.
ks. Ludwik Mroczek SDB - urodził się w Kętach w 1905 roku. W latach 1917 - 1921 kształcił się w Salezjańskiej Szkole w Oświęcimiu. Nowicjat odbył w Kleczy Dolnej, gdzie w 1922 roku złożył pierwsze śluby zakonne. Studiował w Krakowie i w Przemyślu. Święcenia kapłańskie przyjął w Przemyślu w 1933 roku. Pracował m.in. we Lwowie, Częstochowie i Krakowie. Aresztowano go 22 maja 1941 roku. Po miesięcznym areszcie skierowany do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Po brutalnym pobiciu w czasie przesłuchań trafił do obozowego szpitala, w którym zmarł 5 stycznia 1942 roku.
ks. Ignacy Dobiasz SDB - urodził się w 1880 roku w Ciechowicach (wieś w województwie Śląskim). Od 1894 roku uczęszczał do Szkoły Salezjańskiej w Turynie. Do Zgromadzenia Salezjańskiego wstąpił w 1898 roku. Dwa lata później złożył pierwsze śluby zakonne i w 1908 roku przyjął w Foglizzo święcenia kapłańskie. Po powrocie do Polski pracował w Oświęcimiu, Przemyślu, Warszawie i Krakowie. Aresztowano go 23 maja 1941 roku. Po miesięcznym areszcie skierowano go do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Tam został brutalnie zamordowany w wykopie żwirowym w dniu 27 czerwca 1941 roku.
ks. Kazimierz Wojciechowski SDB - urodził się w 1904 roku. W latach 1912 - 1920 pobierał nauki w Salezjańskiej szkole w Krakowie oraz w Oświęcimiu. Nowicjat odbywał w Kleczy Dolnej i tam też złożył pierwsze śluby zakonne w 1921 roku. Święcenia kapłańskie przyjął w 1935 roku w Krakowie. Swoją posługę salezjańską pełnił w Oświęcimiu, a następnie w Krakowie. Na ostatniej placówce został aresztowany 23 maja 1941 roku. Przewieziono go do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie został brutalnie zamordowany podczas pracy w wykopie żwirowym w dniu 27 czerwca 1941 roku.
ks. Franciszek Miśka SDB - urodził się w Świerczyńcu na Śląsku 5 grudnia 1898 roku. Po ukończeniu Salezjańskiej Szkoły w Oświęcimiu wstąpił do nowicjatu salezjańskiego w Pleszowie. Pierwsze śluby zakonne złożył w 1923 roku w Oświęcimiu. Na studia teologiczne wyjechał do Turynu, gdzie w dniu 10 lipca 1927 roku przyjął święcenia kapłańskie. Po powrocie do kraju pracował w przemyskim sierocińcu, a następnie w wileńskiej szkole handlowej. W 1931 roku mianowano go Dyrektorem Zgromadzenia w Jaciążku, a następnie w Lądzie. W Lądzie został też aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau. Tam został brutalnie zamordowany w dniu 30 maja 1942 roku.
Ciekawostką jest, że sześciu spośród dziewięciu powyższych salezjanów zostało wywiezionych z parafii św. Stanisława Kostki na krakowskich Dębnikach na oczach młodego Karola Wojtyły. Z kolei ks. Ignacy Dobiasz, ks. Karol Golda, ks. Franciszek Harazim, ks. Jan Świerc i ks. Franciszek Miśka wywodzili się ze Śląska.
Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa to jeden z niewielu momentów, podczas których to Jezus Chrystus ukryty w Hostii przechowywanej w monstrancji wychodzi na ulice parafii. Tradycja ta wywodzi się ze średniowiecza, pierwszy raz procesja Eucharystyczna na ziemiach polskich miała miejsce w diecezji krakowskiej w 1320 roku, a pod koniec XIV wieku obchodzona już była w całym kraju.
W tym roku miałam okazję wziąć udział w uroczystościach w jednej z parafii w B-nie. Niewielka parafia licząca niewiele ponad 2500 wiernych, w której tydzień wcześniej odbyła się peregrynacja obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Już wtedy umówiłam się z tamtejszym księdzem administratorem, że przyjdę. Co prawda dzień przed uroczystością otrzymałam propozycję niesienia obrazu wraz z innymi osobami śpiewającymi poranne "Godzinki" w parafii w S-rzu, ale skoro już Brat Albert mnie zaklepał, to nie chciałam robić zamieszania.
Uroczysta Suma odbyła się o godzinie 11:00. Ksiądz Darek na co dzień jest na parafii sam, ale tego dnia wspomagał go ksiądz na co dzień rezydujący w Domu Księży Emerytów. To on celebrował Mszę świętą oraz wygłosił kazanie, w którym poruszył temat niepozornych współczesnych prześladowań katolików. A potem wyszliśmy na ulice parafii i przy wspólnym śpiewie ruszyliśmy do czterech ołtarzy symbolizujących czterech Ewangelistów.
Wiernych biorących udział w procesji nie było dużo, ale z drugiej strony ja sama nie spodziewałam się specjalnych tłumów. Już dawno wyszłam z założenia, że kto ma potrzebę to idzie, a kto nie ma - niech nie przeszkadza i nie utrudnia.
Procesja eskortowana była przez radiowóz policyjny. Trochę mi to przypominało niedawny przyjazd samochodu - kaplicy z kopią jasnogórskiej ikony, który też dokonał się w asyście policji. Wtedy tłumaczono to godzinami szczytu, teraz bezpieczeństwem. Dla mnie, osoby niosącej krzyż na czele procesji, był to też wyznacznik tego, gdzie mam iść. Tak samo jak proporczyki wzdłuż ulicy, pozostałe jeszcze po peregrynacji obrazu. Niestety, nikt mi wcześniej nie przedstawił trasy, a i to mój debiut w tego typu roli. Nawet trochę się czułam jak Mojżesz wyprowadzający Naród Wybrany z niewoli egipskiej. Co prawda kilka razy mnie hamowano, kiedy za bardzo wybiegłam do przodu, ale wydaje mi się, że dobrze wypełniłam powierzone mi zadanie.
Co do ołtarzy to było one skromne i proste. Szczerze powiedziawszy to wolę takie rozwiązania niż niepotrzebny przepych, jaki widzę czasami na fotografiach zamieszczonych w Internecie. Nie wiem, może komuś podobają się takie ołtarze "z pompą", ale nie mnie. Myślę, że takie wystawne ołtarze bardziej potrzebne są ludziom, niż Bogu. Zauważmy, że Bóg nie przyszedł na świat ani w znaczącej rodzinie, ani w bogatym pałacu. Jemu naprawdę najbardziej zależy na kochających i szczerych sercach niż na przepychu.