Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina i znajomi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina i znajomi. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 marca 2026

2341. Sposób na dobry dzień

Nie ukrywam, że przez blisko sześć lat chodziłam do szkoły specjalnej. Być może jest to powód do wstydu. Dla mnie jednak okazało się to, dość przewrotnie, szansą. Bo rodzice, kiedy miałam iść do czwartej klasy, mieli wybór, albo zostawić mnie w szkole masowej, ale z nauczaniem indywidualnym, albo znaleźć dla mnie jakąś alternatywę. Od znajomych dowiedzieli się, że miejska szkoła specjalna daje możliwość realizacji materiału normalnej szkoły, w dodatku od czwartej klasy uruchamiana była eksperymentalna klasa sportowa. I to chyba ta ostatnia perspektywa przekonała mnie do zmiany placówki. Bo jednak nikt nie chciał ograniczać mojej edukacji do kilku godzin dziennie sam na sam z nauczycielem.
Sama szkoła była dosyć mała - nie wiem czy za mojej kadencji liczba przedszkolaków i uczniów przekraczała 100 osób. Bo na dole, oprócz pomieszczeń biurowych i kilku gabinetów terapeutycznych, z których korzystały również dzieciaki z zewnątrz, znajdowały się cztery sale, z czego dwie były dla przedszkolaków, a dwie dla tzw. zespołów rewalidacyjnych. Zespoły klasowe posiadały klasy na pierwszym i drugim piętrze budynku oraz niewielką salę gimnastyczną w piwnicy. W piwnicy mieliśmy także stołówkę oraz szatnię. Piszę zespoły klasowe, bo zazwyczaj 2-3 klasy z jednego poziomu edukacyjnego łączono w jedną klasę. Tym sposobem najpierw uczęszczałam do zespołu 4-5, potem do 4-6, aż w końcu 1-3 gimnazjalnego. Minusem była rotacja niemal co rok uczniów, plusem to, że z materiałem szkolnym wykraczałam poza poziom klasy, do której aktualnie uczęszczałam.
Tak niewielka ilość osób sprawiała, że w szkole panowała kameralna atmosfera i praktycznie każdy, każdego znał z imienia, nazwiska i klasy, do której uczęszczał. Starsi dbali o młodszych, dla których byli w jakimś sensie autorytetami. Pamiętam jak na przerwach zachodziło się do młodszych klas i zabawiało uczęszczających do nich uczniów, np. odgrywając teatr jednego aktora, czytając im bajki, albo po prostu rozmawiając. I pamiętam jeszcze bardzo dużą część z nich, chociażby z imienia, chociaż ze szkoły wyszłam prawie dwadzieścia lat temu.
Wczoraj, kiedy jechałam do pracy autobusem, w pewnym momencie usiadła obok mnie dziewczyna, która wydawała mi się znajoma. Te oczy, ta charakterystyczna grzywka i pucołowate policzki. Niemal od razu przypomniał mi się Kręciołek, jak wszyscy nazywali pewną dziewczynkę, której wszędzie było pełno. Ona sama też odwróciła głowę w moją stronę i bacznie mi się przyglądała. Odważyłam się (a nóż to jednak nie ona) i zapytałam, czy mnie pamięta. Pokiwała głową i powiedziała z pewnością w głosie: "Ty jesteś Lolek". Już wtedy dla większości osób byłam Lolkiem, bo jednak to było łatwiej wymówić od Karolina. Dawno się tak nie ucieszyłam i nie bacząc na innych pasażerów serdecznie uściskałam Kręciołka. A potem już przez całą drogę rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym.
Widziałam po niej, że cieszy się z tego, że może komuś opowiedzieć o swoim życiu. Co prawda była to dosyć infantylna opowieść, ale i tak starałam się okazać jej ciągłe zainteresowanie, zadając kolejne pytania. W końcu mnie jest łatwiej dopasować się do jej toku myślenia, niż na odwrót. Z drugiej strony nie chcę, by to tytuły naukowe mnie definiowały, bo jeszcze zacznę traktować tych, którzy ich nie mają z wyższością, a może i pogardą. A przecież każdy ma taką samą godność. Kątem oka rzucałam w kierunku jej mamy, która była wyraźnie poruszona naszym spotkaniem. Ja zaś nawet nie zauważyłam, kiedy zleciała mi cała podróż. I wiecie co, kiedy wysiadłam z autobusu wiedziałam jedno - to będzie dobry dzień, mimo wszystko.

środa, 18 marca 2026

2337. Zmęczenie dające szczęście

Podczas ostatniego spotkania "Dominków-bis" padła informacja, że główna koordynatorka prowincji zaprasza chętnych do siebie, aby pomóc w przygotowaniu drobnych gadżetów na tegoroczny "Dzień głoszenia i dzielenia". Myślę, że bliżej przybliżę Wam tą ideę, kiedy ten dzień już nastąpi. Zresztą sama na razie niewiele o niej wiem. Mamy umówione dwie parafie, do których pojedziemy zbierać fundusze na dofinansowanie do tegorocznego obozu letniego. A żeby nie było, że bierzemy nic nie dając, to mamy w planach przygotowanie scenki do Ewangelii z dnia (to akurat jest standard pracy we wspólnotach zrzeszonych w ruchu "Wiara i Światło") oraz sprzedawanie woreczków z lawendą w środku i cytatem - "Jesteśmy piękni Twoim pięknem Panie". 
Te woreczki jednak trzeba było zrobić. Jestem świadoma swoich ograniczeń i wiem, co mogę zrobić, a co muszę odmówić, ale co zrobię, to zrobię. Nawet jeżeli byłyby to dwa woreczki na godzinę, to zawsze są te dwa woreczki mniej do zawiązania. Napisałam więc do koordynatorki prośbę o wysłanie mi adresu do I., bo jedyne co wiedziałam to, to że mieszka w Chrzanowie. Po krótkiej wymianie wiadomości i przekonaniu M., że dam radę dojechać autobusem z Katowic, dostałam to, o co prosiłam. Po powrocie z poniedziałkowego Kręgu Biblijnego sprawdziłam jak dojechać na miejsce nie posiadając prywatnego samochodu. Wbrew pozorom nie było to takie skomplikowane, jeden autobus do Chrzanowa i jeden już w samym mieście. A potem góra 300 metrów na nogach (obstawiam, że była to mniejsza odległość).
Po pokonaniu późnopopołudniowych korków, bo na spotkanie jechałam po pracy na świetlicy, oraz nieznajomości okolicy dotarłam do domu I. Tu bardzo mi zaplusowała, ponieważ na bramie przed posesją miała tabliczkę z nazwą ulicy oraz numerem domu. Bardzo mi to ułatwiło poszukiwania. Wyściskana przez I. weszłam do niewielkiego, ale przytulnego salonu, w którym siedziało już kilka osób i albo wycinało karteczki z mottem, albo tworzyło woreczki. Mnie ze Zbysiem przypadło w udziale zaciskanie ich, czyli coś na miarę naszych możliwości. No bo nie wytniemy nic prosto (chyba że przypadkiem), nie zszyjemy odpowiednio woreczka ani nie napełnimy go lawendą bez rozsypywania dookoła. Nie oznacza to jednak, że byliśmy bezużyteczni, a we dwójkę to nawet raźniej nam szło. Przy okazji było dużo rozmów, śmiechów i chichów. A przy okazji - wzajemnego poznawania się. Chociaż przez tych kilka spotkań już chyba zdążyliśmy się w miarę dobrze zapoznać. No i jeszcze po dwóch godzinach było dużo kaszlu i kichania, bo lawenda weszła nam w nozdrza oraz gardła.
Po jakiś trzech godzinach wszystkie woreczki były już gotowe. Wyszły tego dwa pokaźne worki. A my jedliśmy najsmaczniejsze zapiekanki na świecie, zrobione przez gospodynię domową. Przy okazji trochę też porozmawialiśmy o tegorocznym obozie, na który jedziemy na początku sierpnia. Padło pytanie do mnie i do Zbysia, czy jedziemy. No oczywiście, że się zapisałam, nawet zaliczkę wpłaciłam. Co prawda to będzie dla mnie maraton, bo z jednego obozu jadę na drugi, ale jakoś to przeżyję. Muszę. Wszyscy też dziwili się, że dałam radę dotrzeć na spotkanie. Podobno już wcześniej Ksiądz Niosący Światło mówił im o takiej znajomej, co potrafi robić rzeczy niemożliwe, ale mu nie wierzyli, dopóki mnie nie poznali. Ciekawe ile mitów jeszcze im naopowiadał.
Do domu podwieźli mnie koordynatorzy naszej grupy. W zasadzie było już późno, a ostatni bezpośredni autobus do Katowic już odjechał. Pewnie musiałabym jechać przez Jaworzno, a potem kombinować. A tak zawieźli mnie na samo osiedle. Lepszego rozwiązania nie mogłam sobie wymarzyć. Tym bardziej, że byłam już zmęczona. Ale za to - szczęśliwa.

sobota, 14 marca 2026

2335. Matematyka do polubienia

Matematycznie się zrobiło wśród moich młodych znajomych, a to za sprawą matury, do której podejdą już za półtora miesiąca. Kubulec (mój najstarszy chrześniak), Maksym, Benek i Kropka. Cała czwórka to uczniowie technikum. Tak się jakoś złożyło. U jednych jest stresik, inni podchodzą do tego na luzie, w myśl zasady, że i tak mają już zawód technika, więc to jest plus nad uczęszczaniem do liceum, które oprócz wiedzy nie daje żadnego zawodowego doświadczenia. Proporcje są równe 50:50. 
Nie zmienia to faktu, że zarówno jedna, jak i druga strona może liczyć na moją pomoc w przygotowaniu do matury z tego przedmiotu. Teoretycznie niezdana przez pięć lat matura z matematyki Młodszej trochę podcięła mi skrzydła, ale w końcu uznałam, że nic bym nie wskórała z jej nastawieniem do życia i nauki. Z pustego i Salomon nie naleje, a swoją awersją i niechęcią przebiła chyba samego Maksyma. Nie to, żeby chłopak pokochał matmę, czy został jej mistrzem, leci na trójkach, ale wywalczonych, znalazł jednak sens jej istnienia. Zajęło mu to dziesięć lat, ale można uznać to za malutki sukcesik. Z Kropką i Beniem nie ma problemów, Kubulec powiedział, że podchodzi, a jak mu się nie uda, to świat się nie zawali. Nie każdy musi mieć maturę. Jest dobry w informatyce i sporcie, poradzi sobie w razie "porażki".
Podczas spotkań staram się im tłumaczyć, że matematyka to nie tylko duża ilość przykładów, które trzeba przerobić, aby ją zrozumieć. To znaczy, to też jest ważne, ale wydaje mi się, że w przypadku sporej ilości uczniów dużo przydatniejsze jest pokazanie im zastosowania ich w codziennym życiu. Kiedy Maksym i Benio byli młodsi, korzystałam z pomocy książki wydanej przez mBank pod tytułem "Matematyka jest wszędzie" (o której pisałam >>tutaj<<). Aktualnie głównie przerabiam ją po raz enty ze Słowiczkiem. I chyba tutaj nie wzniesiemy się o level wyżej, chociaż za kilka lat skończy on swoją edukację. Przykłady z książki wykorzystuję też będąc na zastępstwie w młodszych klasach podstawówki. Bo kto powiedział, że muszę się ściśle trzymać podręczników? 
Za to szukając inspiracji do pracy ze wspomnianą czwórką, a zwłaszcza z Maksymem, sięgnęłam po książkę, która oczarowała mnie swoją niebanalnością, a zarazem nie infantylnym podejściem do tematu od pierwszego zdania - "Pi razy drzwi, czyli dziwne przypadki matematyki". Wypożyczyłam ją z biblioteki, ale zastanawiam się, czy nie kupić sobie jej na własność.
Tytuł: "PI razy drzwi, czyli dziwne przypadki matematyki"
Autor: Mickael Luanay
Wydawnictwo: Feeria Science
Łódź 2017
Ilość stron: 304

Nie wszyscy lubią matematykę. A jednak umiejętność liczenia okazuje się bardzo przydatna w codziennym życiu. I jedno, i drugie nie ulega wątpliwości. Czy można przekonać się do matematyki będąc humanistą albo nie mając do niej głowy? Myślę, że tak. A pomocna w tym może okazać się lektura książki "PI razy drzwi, czyli dziwne przypadki matematyki" autorstwa Mickaela Luanay'a.
Wiem, że wiele osób może się skrzywić na sam jej tytuł. Bo niejednemu z nas matematyka kojarzy się z czymś nudnym i niemożliwym do ogarnięcia. I jeszcze te tytuły zawartych w niej rozdziałów, takie jak np.: "Nieuświadomiona matematyka", "Wstęp tylko dla geometrów", "Potęga trójkątów", czy też "Zmierzyć przyszłość". Sami przyznajcie, nie zachęca do wgłębiania się w ich treść. A jednak każdy z rozdziałów jest niesamowitą wycieczką w przeszłość, gdzie zapoznaje się z rozwojem matematyki nie za pomocą liczb, ale ciekawostek i "spotkań" z wybitnymi matematykami z różnych epok, a także w przyszłość, podczas której prognozowany jest dalszy rozwój tej dziedziny nauki. W rozdziałach znajdziemy też liczne graficzne przykłady przedstawianych treści, co jeszcze bardziej ułatwia jej odbiór.
Długo zastanawiałam się, czy jest coś, co mogłabym zarzucić tej pozycji. I przyznam, że chyba nie ma nic. Wszystko zostało opisane łatwym, przejrzystym językiem i opatrzone prostymi, ale trafnymi ilustracjami. Logiczny układ rozdziałów, zastosowany według chronologii ustanowienia różnych matematycznych reguł, ułatwia w niej nawigację. W książce znalazłam też wiele powiązań z innymi dziedzinami nauki i wiedzy, w tym tak nieoczywiste, jak z teologią. Pytacie jak to możliwe? O Szymonie z Cyreny myślę, że każdy słyszał. A o Eratostenesie z Cyreny (tej samej, sprawdzałam w różnych źródłach), który jako pierwszy dokładne zmierzył obwód Ziemi? Nie sądzę. Zresztą w książce znajduje się wiele takich ciekawostek, które z dużym prawdopodobieństwem zaciekawią "typowego humanistę" pokazując, że matematyka, podobnie jak lingwistyka (albo filologia) są wszędzie. Może nie od razu sprawią, że pokocha się matematykę, ale pokażą w jak wielu codziennych sytuacjach mamy z nią styczność, to zaś może sprawić, że chociaż trochę ją polubimy i zaakceptujemy. Zresztą nawet podczas jej lektury tak sobie pomyślałam, że nie zaszkodziłoby, gdyby w podręcznikach obok masy ćwiczeń pojawiły się i tego typu przykłady. Może "oczarowałyby" one złe zdanie o Królowej Nauk?

W "PI razy drzwi" znalazłam też ciekawy wiersz autorstwa Andrzeja Cwojdzińskiego pomagający zapamiętać kilkanaście kolejnych cyfr z liczby PI:

Kuć (3) i (1) orać (4) w (1) dzień (5) zawzięcie (9),
Bo (2) plonów (6) niema* (5) bez (3) trudu (5)!
Złocisty (8) szczęścia (9) okręcie (7),
Kołyszesz (9)...
Kuć(3)!
My (2) nie (3) czekajmy(8) cudu (4),
Robota (6) to (2) potęga (6) ludu (4) !

I jeszcze jedna ciekawostka - jak wiemy, liczba PI jest nieskończona. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że wśród sekwencji kolejnych liczb znajdziemy... naszą datę urodzenia. W książce przeczytałam, że robiono już takie testy za pomocą komputerów i za każdym razem maszyna znajdowała szukaną sekwencję liczb (w moim przypadku byłoby to 26091990). Wpadlibyście na to? Tego raczej nie uczą w szkołach.

A w ogóle liczbę PI nazywa się też "ludolfiną". Nazwa ta pochodzi od niemiecko-holenderskiego matematyka - Ludolpha van Ceulena, który na przełomie XVI i XVII wieku obliczył jej wartość z dokładnością do 35 miejsc po przecinku.

* według zasad gramatycznych z 1930 roku, kiedy powstał ten wiersz, "nie ma" pisało się razem

środa, 21 stycznia 2026

2310. "A cóż piękniejszego nad niebo, które przecież ogarnia wszystko, co piękne?" (M. Kopernik, "O obrotach ciał niebieskich")

Wstęp do słynnego na cały świat dzieła naszego czołowego astronoma Mikołaja Kopernika "De revolutionibus orbium coelestium", czyli po prostu "O obrotach sfer niebieskich" rewelacyjnie zinterpretowany w piosence Lecha Makowskiego (szerzej pisałam o niej w >>tym<< wpisie) towarzyszy mi zawsze w tych momentach, kiedy mam okazję wznosić swoje oczy i patrzeć nimi w górę, w niebo. A spoglądam często, zarówno w tych momentach, kiedy jest ono bezchmurne, pochmurne, jak i okryte mrokiem nocy. Coraz częściej i coraz głębiej zachwycam się jego pięknem oraz harmonią zjawisk, jakie nam ono oferuje. Coraz bardziej świadomie podziwiam też piękno świata, stworzonego ręką niewidzialnego. Zwłaszcza kiedy jestem na wsi, bądź w górach, gdzie przyrodę można chłonąć wszystkimi swoimi zmysłami.
Zorza polarna to w południowej części naszego kraju zjawisko rzadko spotykane. Chciałoby się powiedzieć - nie ten klimat. Może coś w tym jest. Ale jeżeli pojawia się okazja zobaczenia tak niesamowitego spektaklu, to czemuby z tego nie skorzystać? Umówiliśmy się z najlepszym szkolnym kolegą i koleżanką, że wspólnie będziemy świadkami tego, co zafunduje nam niebo. Nawet dobrze się stało, bo Rafael miał na tyle dobry aparat, że to on robił fotografie, które wykorzystałam w tym wpisie.
Można powiedzieć, że z Katią i Rafaelem tworzę zgraną paczkę, chociaż Katię znam od czwartej klasy szkoły podstawowej, a Rafaela od ostatniego semestru nauki w gimnazjum. Z Katią siedziałam w ławce przez sześć lat, do końca gimnazjum, z Rafaelem przez cały okres nauki w liceum. Razem trenowaliśmy lekką atletykę, razem startowaliśmy w zawodach sportowych, razem jeździliśmy na obozy sportowe. Przez te wszystkie lata naprawdę zżyliśmy się ze sobą i zawiązaliśmy silne więzi.
Biorąc udział w zeszłorocznej Ekstremalnej Drodze Krzyżowej po moim mieście (w dużej mierze) w pewnym momencie trafiłam na niezbyt wysokie wzniesienie. Było ono dużo mniej wymagające od znajdującego się w samym mieście stromego Wzgórza Gołonowskiego i dużo przyjemniejsze do wdrapania się na nie. Kiedy kilka dni wcześniej zastanawialiśmy się, skąd moglibyśmy podziwiać ową zbliżającą się zorzę, na myśl przyszło mi właśnie ono. Tym bardziej, że Rafael jest szczęśliwym posiadaczem samochodu, a w związku z tym nie mieliśmy problemu z powrotem do domu.
Oglądając przepiękną grę świateł na ciemnym nocnym niebie, w głowie miałam kolejne wersy wspomnianego na początku "De revolutionibus" (bo taki tytuł nosi ta piosenka):
A cóż piękniejszego od nieba, które przecież ogarnia wszystko co piękne?
Cóż ważniejszego od prawdy, której tak jesteś ciekaw, że się jej nie zlękniesz?
Cóż może być ponad miłość, której wciąż pragniemy, bo jej wciąż za mało?
I cóż większego od Stwórcy, jednym słowem którego wszystko się stało?
Im bardziej się zagłębiam w ten Kosmos nad nami, im mocniej pragnę pojąć rozumem, zmysłami
Im więcej w nim harmonii i ładu się splata, tym niżej chylę czoło, przed Panem Wszechświata
Bóg planety w ruch wprawił! I tak się zaczęło, zaprawdę przeogromne jest boskie to dzieło!
Więc klękam przed Istotą Najlepszą, Największą, o Panie daj mi poznać Tajemnicę Pierwszą...
Przed dobre trzy godziny, do 24.00 siedzieliśmy na naszym punkcie obserwacyjnym i podziwialiśmy barwne niebo, niczym dzieciaki z podstawówki. Trochę szkoda, że moja lornetka, którą dostałam na ostatnie urodziny została na wsi, bo może i tutaj znalazłaby swoje zastosowanie. Ale też tak wozić ją busem w te i we w te... Próbowałam też zrobić zdjęcia moim aparatem fotograficznym, za nic na świecie nie mogłam go jednak wyostrzyć. Na szczęście lustrzanka Rafaela spisała się bez zarzutów, a i on sam podzielił się powyższymi zdjęciami z nami. Osobiście bardzo mnie to ucieszyło - mam nie tylko materiał na bloga, ale też będę miała co pokazywać dzieciakom ze świetlicy.
Siedzielibyśmy tak pewnie dłużej, gdyby nie to, że zaczęło nam się robić już zimno, ja i Rafael na drugi dzień musieliśmy iść do pracy, a poza tym ja byłam przed zabiegiem i wolałam się nie przeziębić, żeby nie musieć już go przenosić na nowy termin. W drodze powrotnej rozmawialiśmy o tym, co widziały nasze oczy i zastanawialiśmy się, czy długo nam przyjdzie czekać na następny tego typu spektakl.
A jeszcze nazajutrz rano po włączeniu na szybko laptopa i messengera zobaczyłam zdjęcie zorzy nad jednym z naszych miejskich jezior, które zrobiła znajoma w czasie wyprowadzania psa na spacer.
Cóż jest ponad odwagę, by dać odpór głupocie, i o prawdę walczyć...
I cóż godniejszego nad wolność, która wszystko objaśni i będzie nam tarczą?
We wpisie pozwoliłam sobie wykorzystać tekst piosenki "De revolutionibus" Lecha Makowskiego, którego piękno i prawda niesamowicie współgrały mi z tymi wykonanymi przez mojego kolegę fotografiami. Ale ja też postanowiłam napisać moje "De revolutionibus". Nie jest może tak podniosłe jak to napisane przez pana Makowskiego, ale może też nie jest takie najgorsze.

"De revolutionibus"
Gdy kroczę po Ziemi, stworzonej z niczego,
to patrzę do góry, tam gdzie jest Niebo.
Gdy chcę policzyć gwiazdy na tym Niebie,
w każdej z nich widzę Boże obraz Ciebie.
Swym jednym gestem planety stworzyłeś,
swym jednym słowem w ruch je wprawiłeś.
Stałeś się Istotą po wszech czas Największą,
święty Anzelm Cię nazwał "Tajemnicą Pierwszą".
Klękam z pokorą i chwalę Twe dzieło,
wiem, że od Ciebie wszystko się wzięło.
Zachwycam się ciągle harmonią w przyrodzie,
dziękuję za ten ład nikomu, lecz Tobie.

niedziela, 11 stycznia 2026

2304. Wigilijnych spotkań wspólnotowych czas

Już tak się jakoś utarło, że styczeń w dużej mierze upływa na różnych wigiliach wspólnotowych. W tym roku teoretycznie mogłabym wziąć udział w czterech (duszpasterstwo + 2 x we wspólnocie "Wiara i Światło" + wigilia grupy pielgrzymkowej "Zielono - czarnej", z którą w zeszłym roku przez 6 dni zmierzałam na Jasną Górę Szlakiem Orlich Gniazd). Finalnie wyszło połowę mniej. O nie, dwóch Wigilii w jednym dniu nie byłam w stanie ogarnąć. Przynajmniej na razie. Ale z czasem, kto wie... No i w przypadku dwóch Wigilii w jednym dniu musiałabym upiec podwójną porcję pierniczków, bo tak jakoś głupio jechać z pustymi rękami. Już jedna porcja dała mi nieźle w kość, jednak po wszystkich pozytywnych recenzjach śmiem twierdzić, że był to dobry pomysł.
Jak myślicie, kto praktycznie nie spróbował nawet tych wypieków? Lukier cytrynowy, z którym debiutowałam, okazał się strzałem nawet nie w dziesiątkę, ale w dwudziestkę
Pierwszą Wigilię miałam 6 stycznia, w święto Trzech Króli. Tego dnia rywalizowały ze sobą spotkania wigilijne w wadowickich "Rafałkach" oraz Duszpasterstwie Akademickim z Katowic. Wygrało miasto papieskie, chociaż dużo dalej położone i o wiele bardziej problematyczne pod względem dojazdu. A jednak to miejsce mojego dzieciństwa zawsze i wszędzie będzie miało pierwszeństwo. Tym bardziej, że tego dnia z samego rana jechał pociąg z Częstochowy do Zakopanego, przez moje obecne miasto i przez Wadowice. Czegoż więcej trzeba chcieć od życia?
Do Wadowic dojechałam godzinę przed czasem. Podczas grudniowego spotkania umówiliśmy się, że zaczynamy od Mszy świętej o godzinie 10:30, następnie żegnamy Orszak Trzech Króli i idziemy do Domu Katolickiego na spotkanie opłatkowe. Te 45 minut (15 pozostawiłam sobie na dojście do rynku) poświęciłam na tworzenie kolejnych anielskich kartek świątecznych. Nie wyszło ich dużo, ale zawsze byłam te 2 do przodu.
Po Mszy świętej uważnie rozglądałam się za pozostałymi członkami wspólnoty, na której spotkaniu byłam zaledwie drugi raz. Jednak to nie ja ich wypatrzyłam, ale oni mnie, i przywołali do swojej grupki. Pożegnawszy orszak udaliśmy się do budynku tuż obok, pamiętającego czasy młodego Karola Wojtyły. To podczas katechezy w tym budynku 16 października 1978 roku mój tata usłyszał, że papieżem został Polak, i to wywodzący się z tego miasta. A teraz ja, właściwie przypadkowo, przemierzam szlaki tej dwójki. 
Spotkanie rozpoczęliśmy od przełamania się opłatkiem i złożenia sobie życzeń. Starałam się podejść do każdego i skierować do niego chociaż kilka słów. Nigdy przecież nie wiadomo, w którym z nich może do mnie przyjść Bóg. Może w tym najbardziej irytującym? A może w cichym i niepozornym? Po złożeniu sobie życzeń zasiedliśmy do prześlicznie zastawionego stołu, o co zadbali wolontariusze z jednej z wadowickich podstawówek. Z kolei mamy roznosiły wszystkim krokiety i barszcz czerwony. Było dużo śmiechu i rozmów, ja zaś czułam się tak, jakbym była z nimi od zawsze, a nie od zaledwie dwóch miesięcy.
Po "wieczerzy" zasiedliśmy w kręgu, aby obejrzeć scenkę przedstawiającą Boże Narodzenie. Bardzo wielu z nas wcielało się w rolę świętej rodziny, aniołów, pasterzy i króli. Nawet najmłodszy uczestnik spotkania otrzymał rolę małego Jezuska.
Na koniec odmówiliśmy wspólną modlitwę i życzyliśmy sobie dużo szczęścia do następnego spotkania, albo i wcześniej - do prowincjalnego "Święta Światła", które odbędzie się 31 stycznia w Libiążu.
Z kolei drugie spotkanie odbyło się kilka dni później, w sobotę, 10 stycznia w położonym niedaleko mnie Jaworznie. W zasadzie jest to gałąź tego samego ruchu, w której uczestniczyłam we wtorek. Ten sam założyciel, te same cele, ten sam program roczny. Tylko oczywiście osoby uczęszczające na spotkania są inne, różnią się też nazwą oraz miejscem spotkań. Ciekawie tak uczęszczać na spotkania do dwóch różnych grup tej samej inicjatywy. Widzi się podobieństwa w ich funkcjonowaniu, ale i różnice.
Spotkanie w Jaworznie odbyło się w późniejszych godzinach niż to w Wadowicach, bo o 15:00. Kiedy weszłam do salki katechetycznej, stoły już były poustawiane, a wokół nich krzątali się członkowie wspólnoty. Po przywitaniu się z główną koordynatorką udałam się z moimi pierniczkami do kuchni, po drodze witając się z każdym, którego napotkałam. W tle już odbywała się próba jasełek, w których właściwie wszyscy brali udział. Mnie przypadła rola pastuszka. Trochę szkoda, że nie osła, bo to wbrew pozorom bardzo mądre zwierzę. Wcześniej jednak zaniosłam pudełko z wypiekami paniom urzędującym w aneksie kuchennym. Z radością oraz pokojem wróciłam na salę główną, gdzie namierzyłam grupę pastuszków i pobiegłam do nich. Już z daleka słyszałam, jak Kubiszon tłumaczył, w jaki sposób i jak mamy zagrać. Obecne na spotkaniu mamy znalazły mi odpowiedni strój, dzięki czemu byłam pastuszkiem jak się patrzy.
Jasełka były w dużej mierze improwizowane, ale chyba wszystkim sprawiły nieukrywaną radość. Na koniec stanęliśmy wokół symbolicznego żłóbka i przy akompaniamencie gitary odśpiewaliśmy kilka kolęd. 
Atmosfera była przednia, a zrobiło się jeszcze bardziej rodzinnie, kiedy przyszedł czas składania sobie życzeń. Wszyscy staliśmy w kręgu z białymi opłatkami w dłoniach i każdy z nas mówił po jednym życzeniu. Bardzo sympatycznie to wyszło. 
Po życzeniach zasiedliśmy do wspólnego stołu. O ile w Wadowicach był barszcz z krokietami, o tyle tutaj mieliśmy kluski z makiem. Do tego ciasta, sałatki, moje pierniki i przepyszną herbatkę zimową z limonką, pomarańczą oraz imbirem. Pyszotka! Podobnie jak w Wadowicach, tak i w Jaworznie nie zabrakło miejsca na wspólne rozmowy, śmiechy i chichy. Jak to w rodzinie, nawet takiej nieformalnej.
Spotkanie zakończyliśmy rundką kolęd - podzielono nas na podzespoły i każdy taki podzespół losował jeden przedmiot, z którym musiał skojarzyć i zaśpiewać jakąś kolędę. Nam przypadła gwiazda betlejemska. Od razu przyszła mi na myśl pastorałka "Prowadź gwiazdo betlejemska, co świecisz na Wschodzie", wiedziałam jednak, że raczej nikt jej nie będzie znał. Finalnie zdecydowaliśmy się na "O gwiazdo betlejemska zaświeć na niebie mym". I też jakoś poszło. Była gitara, był akordeon. Mam ciche marzenie nauczyć się grać na najprostszym flecie chociażby w podstawowym zakresie. Pamiętam, że w szkole na muzyce grałam na cymbałkach, bo były proste. Ale taki flet, może też dałabym radę. Chociaż z moimi dłońmi może być ciężko. Na razie to jednak dalekosiężne plany, zobaczymy co z nich wyjdzie. Bo może nic nie wyjść.
Po spotkaniu pomogłam w sprzątaniu ze stołów, żeby było szybciej. Wiele to nie porobiłam, ale zawsze mogłam chociaż dekorację zdjąć. Do domu podwieźli mnie kierownicy naszej ekipy. I tak jechali w moim kierunku, a ja nie musiałam jechać z przesiadkami. Ale i tak już nie miałam siły jechać na spotkanie opłatkowe grupy pielgrzymkowej do Będzina. No trudno, coś za coś. Może za rok bardziej zgrają mi się terminy.
Wiecie co, to były naprawdę wspaniałe dwa spotkania, które jeszcze bardziej uświadomiły mi, że nie można nikogo marginesować ze względu na jego niepełnosprawność, zwłaszcza intelektualną. Bo takie osoby w większości tworzą wspólnotę. Wiecie, oni nie kalkulują, nie analizują, nie patrzą rozumem, ale sercem. Są prości i bezpośredni w swoim życiu, a przez to - piękni, nieraz pomimo zewnętrznej brzydoty. Bo każdy jest piękny pięknem Boga. Tylko nie każdy dostrzega to piękno. Wierzę, że z nimi będę kroczyć po najpiękniejszej, chociaż trudnej drodze, jaką mogłam sobie wymarzyć.

wtorek, 30 grudnia 2025

2297. Uzależnienie od narkotyków oczami uzależnionego i współuzależnionego

Rok 2025 kończę przeczytaniem dwóch trudnych, ale jakże ważnych i istotnych pozycji opowiadających o uzależnieniu młodych osób od narkotyków - "Mój piękny syn" Davida Sheffa oraz "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem" jego syna, Nicka Sheffa. Temat dla mnie o tyle ważny, że wiele dzieciaków uczęszczających do świetlicy, w której pracuję, zmaga się z tym problemem. Wiadomo, jak widać, że są pod wpływem narkotyków, to nie mają wstępu na teren placówki z dwóch powodów: żeby nie zrobili krzywdy innym osobom oraz żeby nie wnosili negatywnych wzorców zachowania w ich życie. To jeden powód sięgnięcia po tego typu lekturę.
Drugi jest dla mnie dużo trudniejszy i bardziej osobisty. Otóż, zdaniem trenera, Młodsza jest utopiona w tym bagnie. Kiedy powiedział mi podczas ostatniego w roku treningu, że ona jest "uzależniona od alkoholu, od narkotyków, od seksu, od wszystkiego" aż mnie zmroziło i nie mogłam w to uwierzyć. Ale jak potem na spokojnie przeanalizowałam niektóre jej zachowania i akcje to pomyślałam, że coś w tym może i jest. Ogólnie o jej problemach z alkoholem wiedziałam od dawna, zazwyczaj na zawodach miałyśmy razem pokój i byłam świadkiem tego, co się działo po jej startach, a czasem i przed nimi. Mama Gaciocha, która zawsze jeździ z nami jako opiekun, kiedy startuje jej syn, zawsze po tych "akcjach" tylko mi współczuła. Kurcze, tyle razy rozmawiałam o tym z Młodszą, niejako ją moralizując, ale to na nic. Jednak w życiu bym nie powiedziała, że ma kłopoty z narkotykami, czy też z seksem. Było to dla mnie szokiem i jakoś nie mogę sobie z tym dać rady.
Lektura oby dwóch książek zajęła mi kilka dni. Dosłownie. Opowiada o uzależnieniu od nałogu z perspektywy uzależnionego ("Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem") i rodziców uzależnionego ("Mój piękny syn"), a obydwie narracje wzajemnie się przeplatają i uzupełniają. Tak samo znajdziemy w nich te same wątki, jak i zupełnie różne, sięgające do dzieciństwa Nicka (w narracji Davida), jak i do wewnętrznych przeżyć chłopaka (w narracji Nicka). Lektura "Na głodzie" dodatkowo uświadomiła mi, że to co mówił trener może być prawdą, bo uzależnienie od narkotyków niejednokrotnie idzie w parze z alkoholizmem oraz prostytucją w celu zdobycia kolejnej działki.
Tytuł: "Mój piękny syn"
Autor: Dawid Sheff
Wydawnictwo: Poradnia K
Warszawa 2019
Ilość stron: 446

Uzależnienie od narkotyków, czy też innych używek, jest niewątpliwie tragedią uzależnionego, ale też jego najbliższych, którzy z automatu stają się osobami współuzależnionymi. W przypadku dzieci z reguły są to ich rodzice. To oni najbardziej przeżywają dramat swoich dzieci i pomagają w długiej drodze wyjścia z nałogu. Jednym z takich rodziców jest David Sheff, ojciec Nicka, który sięgnął po narkotyki pierwszy raz w wieku dwunastu lat. Kiedy David z żoną, a macochą Nicka, dowiedzieli się, że Nic zmaga się z tego typu problemem, zaczęli szukać dla niego ratunku. Po latach postanowił podzielić się swoim doświadczeniem z innymi.
Było jak w bajce - kochająca żona, trójka udanych dzieci, piękny dom, wymarzone wakacje. Kiedy najstarszy syn Davida, Nick, poszedł do prestiżowej szkoły średniej, wszyscy byli z niego tacy dumni. Aż pewnego dnia rodzice zostali wezwani do gabinetu dyrektora placówki i powiadomieni, że u nastoletniego Nicka znaleziono narkotyki. Rozpoczęła się walka z czasem i z uzależnieniem chłopaka. Jednak kolejne ośrodki odwykowe i miłość nie zawsze są w stanie pokonać największe zło.
"Mój piękny syn" opowiada o bezinteresownej miłości ojca do uzależnionego syna. Takiej, która mogłaby wszystko pokonać. Widać, że David jest gotowy zrobić wszystko, aby pomóc Nickowi wygrać z nałogiem oraz wyjść na prostą. Jednocześnie stawia konkretne granice - martwi się, kiedy chłopak okrada ich dom czy też wyciąga ze skarbonki młodszego brata jego oszczędności oraz robi wszystko aby zabezpieczyć swój dom na tyle, żeby podobna sytuacja nie miała miejsca w przyszłości.

Tytuł: "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem"
Autor: Nic Sheff
Wydawnictwo: Poradnia K
Warszawa 2019
Ilość stron: 383

Problem uzależnienia od narkotyków dotyka coraz większej liczby młodych ludzi. Dzieciaki sięgają po nie żeby szybciej czegoś się nauczyć, zapomnieć, zaimponować, nie być gorszym. Nie zdają sobie jednak sprawy z tego, że po przysłowiowym pierwszym razie może być następny i następny i ciężko im będzie przerwać ten raz rozpoczęty cykl.
Nie inaczej było z Nickiem, narratorem w autobiograficznej książce "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem". Pierwszy raz po narkotyki sięgnął w wieku zaledwie dwunastu lat. To miał być jeden jedyny raz, z ciekawości. Jak można się domyśleć, na tym jednym razie się nie skończyło, nałóg coraz bardziej przejmował władzę nad życiem chłopaka, a on sam coraz bardziej i bardziej staczał się na jego dno.
Książka jest autentycznym zapisem problemów, z jakimi borykają się osoby uzależnione od narkotyków oraz przeżyć, które targają ich wnętrze. Nick wielokrotnie podkreśla, że on wielokrotnie chce zerwać z nałogiem, który zawładnął jego młodym życiem, jednak on jest on od niego silniejszy. W powieści doskonale widać jego wzloty i upadki, co pokazuje, że jej główny bohater nie jest superbohaterem, nawet nie próbuje się na takiego kreować. Jest za to człowiekiem z krwi i kości, który ma prawo do swoich zwątpień, słabości i błądzenia. W pewnym sensie w pewnym momencie zaczęłam mu nawet podświadomie kibicować, chociaż wiedziałam, jak cała historia się skończy (dlatego warto najpierw przeczytać "Na głodzie", a następnie "Mój piękny syn"). 

Nie chcę pisać, że po przeczytaniu obydwóch pozycji jestem mądrzejsza, bo to nieprawda. Mogłam jednak odnaleźć w nich punkty wspólne z tym, czego nauczyłam się na zajęciach zowiących się "Uzależnienia i współuzależnienia" na drugim stopniu Nauk o Rodzinie. Niestety, prowadzący skupił się bardziej (może nawet za bardzo) na alkoholizmie niż na innych uzależnieniach. Jak dla mnie to błąd, bo każde z nich w jakimś stopniu prowadzi do degeneracji organizmu człowieka nimi dotkniętymi.

Jest jeszcze film oparty o obydwie książki, również zatytułowany "Mój piękny syn". Bardzo chciałabym go obejrzeć i porównać z fabułą powieści. A może i włączę go kiedyś moim dzieciakom ze świetlicy środowiskowej. Skoro czytanie książek jest dla nich passe to może filmowy obraz do nich przemówi?

sobota, 27 grudnia 2025

2294. Normalność w świątecznym czasie

Cudowna cisza
Bóg nie potrzebował fajerwerków i fanfar,
nie potrzebował też dźwięków żadnych głośnych gitar.
Zszedł z Niebios na ziemię wiedząc co go czeka,
po cichu niósł tym zbawienie każdego człowieka.
Nie miał on pałacu, lecz kamienną grotę.
zimny żłób ze świeżym sianem, miast kołyski złotej.
Wśród niepozornego, osiołka zrodzony,
i nieskazitelnego wołu, przebłagalnej odwiecznej ofiary.
O błogosławiona ciszo, co w biednej betlejemskiej grocie,
przyjęłaś największy skarb - małe Boskie Dziecię.

Tegoroczne święta minęły zdecydowanie w ciszy i spokoju. Jeszcze kilka dni wcześniej kupiłam "Remik liczbowy" z Alexandra, oparty na popularnej grze liczbowej "Rummikub", który rozpracowywaliśmy z tatą. To znaczy tata rozpracowywał, bo ja go znam jeszcze ze szkoły podstawowej. Kupiłam jeszcze w wakacje miniaturową grę na wieś, z myślą o zajęciu w deszczowe dni, tylko muszę zapoznać tatę z jego zasadami. A najlepiej mi było zrobić to teraz. Było trochę śmiechu, trochę liczenia, ale ogólnie chyba pojął o co chodzi. Poza tym w ruch poszedł nasz ulubiony "Super farmer" oraz, a jakże by inaczej, "Scriba" (odpowiednik "Scrabbli", tylko nieco tańszy). Myślę, że nadrobiliśmy gry za wszystkie czasy.
Ku mojemu zaskoczeniu to nie "Kevin sam w domu" skradł tegoroczne show, ale "Mikołaj na sygnale 2: zdążyć przed gwiazdką". Nawet nie przypuszczałam, że ekipa lekarzy z pogotowia w Leśnej Górze przysporzy mi tyle śmiechu i radości. Ogólnie to jeden z nielicznych seriali, które lubię oglądać i z chęcią to robię, najczęściej w sobotę wieczorem hurtem. Film też był strzałem w dziesiątkę, nawet doktor Dobromir Lisicki okazał ludzką twarz. Święta jednak zmieniają ludzi. Ogólnie wydaje mi się, że świąteczna ramówka telewizyjna z roku na rok jest coraz słabsza i ciężko znaleźć taką nowość, która by mnie satysfakcjonowała.
Kiedy zaczynałam źle się czuć sięgałam nie tylko po lekarstwa przeciwbólowe, ale też po książkę. Podczas lektury "Mój piękny syn" autorstwa ojca, którego syn jest uzależniony od różnych narkotyków natknęłam się na informację, że również owy syn, Nic, napisał książkę o swojej walce z nałogiem. Oddając do biblioteki książkę "Mój piękny syn" niemal automatycznie wypożyczyłam "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem" Nica Sheffa. I powiem krótko - wciągająca. Poruszająca. Może nawet miejscami za bardzo, ale z drugiej strony nie mogłam się od niej oderwać. Co prawda nie udało mi się przeczytać wszystkich 384 stron, jak zaplanowałam, ale niewiele ku temu zabrakło. W międzyczasie podczytywałam też "Ojców Kościoła. Od Klemensa Rzymskiego do Augustyna" będącego zapisem katechez wygłoszonych przez papieża Benedykta XIV w ramach środowych katechez podczas audiencji generalnych na zmianę z "Pierwszymi świadkami. Pismami Ojców Kościoła" Marka Starowieyskiego. Przy okazji naszła mnie chęć na przeczytanie "Didache, czyli nauki dwunastu apostołów", ale to raczej już w nowym roku. Poza tym gdzieś w tle leciały kolędy, które umilały mi ten czas. No i jeszcze zrobiłam kilka kartek świątecznych - tyle, na ile pozwoliły mi siły. Ja tam i tak się cieszę tym, że nie wylądowałam w szpitalu, jak to miało miejsce w niektórych dniach grudnia. Więc może ten świąteczny czas nie był dla mnie zbyt intensywny, ale na pewno niezbyt leniwy.

Jako bonus do wpisu załączam artykuł odnośnie pewnych sprzeczności co do dzieciństwa Jezusa. Myślę, że same sprzeczności są znane. Ale jak je tłumaczy biblista? Przeczytajcie sami:

Czy ewangeliczne opisy okoliczności narodzenia Jezusa można uznać za historyczne? W jaki sposób rozumieć sprzeczności między ewangelistami? Czy tradycje kolędy w swoich treściach odzwierciedlają prawdę o Bożym Narodzeniu? Kwestie te próbuje wyjaśnić teolog, biblista oraz wykładowca na dwóch krakowskich uczelniach, dr hab. Marcin Majewski.
Dawid Gospodarek (KAI): Dlaczego ewangeliści nie byli za bardzo zainteresowani okolicznościami narodzenia Jezusa i Jego dzieciństwem? Temat podejmuje tylko dwóch z nich. W dodatku w tych relacjach Mateusza i Łukasza można doszukać się pewnych rozbieżności.
Marcin Majewski: Warto zwrócić uwagę, że w ogóle pierwsze pisma chrześcijańskie nie są zainteresowane szczegółami o narodzinach Jezusa. Cztery ewangelie kanoniczne właściwy początek mają w wystąpieniu Jana Chrzciciela i rozpoczęciu misji przez dorosłego Jezusa. To samo widzimy w pierwszych przemowach (Dzieje Apostolskie), w listach św. Pawła czy najstarszych chrześcijańskich pismach niekanonicznych. Zainteresowanie okolicznościami narodzin Jezusa ma wyraźnie wtórny charakter. Tym niemniej musiało się pojawić prędzej czy później, gdyż w mentalności starożytnych każdej wielkiej i wybitnej postaci towarzyszyły cudowne okoliczności. Tak też zapewne zrodziło się pytanie o okoliczności narodzin Jezusa i dwaj ewangeliści dają na nie odpowiedź - każdy według własnego klucza teologicznego.
Dawid Gospodarek (KAI): Skąd różnice u Mateusza i Łukasza? Czy te sprzeczności nie podważają historyczności i wiarygodności samego wydarzenia?
Marcin Majewski: Rzeczywiście uważna lektura obu ewangelii dzieciństwa - Mt 1-2 oraz Łk 1-2 - ukazuje nie tylko różnice, ale i rozbieżności. W Ewangelii Mateusza rodzice Jezusa, Maryja i Józef, mieszkają w Betlejem, nie muszą do niego przybywać i szukać miejsca. Inaczej, jak wiemy, jest w Ewangelii Łukasza, gdzie rodzice wędrują z Nazaretu do Betlejem na spis ludności. Mateusz nie wspomina o żadnym spisie. Mateusz nie wspomina o żadnym spisie. Podobna rozbieżność dotyczy faktów po narodzeniu Jezusa. W Ewangelii Mateusza rodzice ostrzeżeni przez anioła uciekają do Egiptu. Łukasz stwierdza coś przeciwnego: "A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta - Nazaret" (Łk 2,39). Czyli według Łukasza po obrzezaniu i ofiarowaniu Jezusa w świątyni rodzice wrócili z Nim prosto do Nazaretu.
Rozbieżności te dobrze pokazują, że obaj ewangeliści nie rekonstruują historycznych szczegółów narodzin Jezusa, ale tworzą opowiadanie - bibliści nazywają je midraszem lub agadą - które ma ujawnić głębszy sens. Ma odpowiedzieć na podstawowe pytanie: Kim jest Jezus? Obaj ewangeliści wykorzystają tu zapowiedzi mesjańskie ze Starego Testamentu - jak ta o możnych, którzy przybędą ze wschodu, by w Izraelu rozpoznać Mesjasza Króla (Iz 80,3-6; Ps 72, 10-11) czy o gwieździe (Lb 24,17) - by ukazać, że oto rodzi się wyczekiwany przez narody Mesjasz i Wybawiciel, zapowiadany przez Boga Król świata. Oczywiście, co do podstawowych faktów - że Jezus narodził się z Maryi zaślubionej Józefowi, że narodził się w Betlejem za panowania Heroda Wielkiego i że począł się w sposób cudowny - obaj ewangeliści są zgodni. To mogło stanowić pierwotną katechezę chrześcijańską o narodzinach Jezusa, która potem została rozbudowana o kolejne opowiadania.
Dawid Gospodarek (KAI): Opowieści o narodzeniu Jezusa powstały kilka dziesięcioleci po tym, jak On przyszedł na świat. Spisali je ludzie Kościoła, widzący w Nim Mesjasza, Syna Bożego, może nawet Boga. Rzeczywiście widać w tych opisach dużo nawiązań do pism Pierwszego Testamentu, które mają się w życiu Jezusa wypełnić. Na ile te teksty Mateusza i Łukasza są historyczne, a na ile są raczej teologiczną, może jakoś apologetyczną opowieścią?
Marcin Majewski: Podstawowe fakty, co do których obie Ewangelie się zgadzają - narodziny Jezusa w Betlejem za panowania Heroda w rodzinie Jezusa i Maryi - należy uznać za najstarsze, wiarygodne przekazy pochodzące być może od świadków. Co do pozostałych opowiadań - o spisie ludności, o gwieździe, o Mędrcach, o rzezi niewiniątek i ucieczce do Egiptu - można przyjąć różne stanowiska. Można poszukiwać śladów ich historyczności (wyjaśniać pochodzenie gwiazdy czy szukać takiego spisu ludności), jednak bibliści już dawno zauważyli, że takie próby spełniają raczej nasze oczekiwania co do tekstu, niż próbują go rozumieć na jego własnych prawach. O spisie, gwieździe czy rzezi niewiniątek nie wspominają inni ewangeliści ani żaden ze starożytnych historyków czy to żydowskich, czy rzymskich. Tekst Ewangelii Dzieciństwa jest uroczystym prologiem chrystologicznym, który nie rekonstruuje faktów, ale formułuje - przez opowieść - zasadnicze przesłanie nt. osoby Jezusa Chrystusa. Oba teksty pisane są już z perspektywy popaschalnej i tworzone są dla zbudowania wiary w Jezusa jako Chrystusa i Pana.
Dawid Gospodarek (KAI): Gdy czytamy rodowody Jezusa, też widzimy pewne raczej teologiczne czy nawet symboliczne zamysły autorów. No i znowu są różnice i Łukasza i Mateusza. Czy ta genealogia jest wiarygodna i co nam mówi o Jezusie?
Marcin Majewski: Także rodowody Jezusa zamieszczone u Mateusza i Łukasza różnią się między sobą. W obu pojawia się nie tylko różna liczba pokoleń, ale i zupełnie inne imiona przodków Jezusa. U Mateusza ojcem Jezusa jest Jakub (Mt 1,16), zaś u Łukasza - Heli (Łk 3,23). To dwa zupełnie różne rodowody, zatem oba nie mogą być prawdziwe. Z drugiej strony w obu zauważamy wyraźne motywy teologiczne, jak chęć ukazania Jezusa jako potomka mesjańskiego króla Dawida (Mt) czy potomka Adama, pierwszego człowieka i Syna Bożego (Łk). Próby objaśnienia, że jeden rodowód jest rodowodem Józefa, a drugi Maryi niewiele dają i są niezgodne z tekstem obu ewangelii. Należy w nich widzieć raczej teologiczne przesłanie. Obaj ewangeliści pracują na źródłach - gł. Starotestamentowych genealogiach - ale owe źródła spożytkowują we właściwy im sposób. Znów kluczowa będzie odpowiedź na pytanie: Kim jest Jezus.
Dawid Gospodarek (KAI): Przejdźmy do konkretów. Czy możemy mieć pewność, że Jezus rzeczywiście urodził się w Betlejem?
Marcin Majewski: Upieranie się obu ewangelistów co do faktu, iż Jezus urodził się w Betlejem - mimo wyraźnie innych okoliczności wyjściowych u obu ewangelistów - każą widzieć tu opieranie się na starszej, znanej szerzej tradycji. Jest to zatem prawdopodobne. Gdyby mieli tu wolność tworzenia, wydaje się, że wskazaliby Jerozolimę jako miejsce narodzenia Mesjasza. W Pierwszym Testamencie znajdziemy znacznie więcej proroctw mesjańskich, które wiążą pojawienie się Mesjasza z Jerozolimą (prawdziwym miastem Dawidowym), niż takich, które mówią o Betlejem.
Dawid Gospodarek (KAI): Jak to było ze znanymi z kolęd ubóstwem, stajenką, wołem i osiołkiem?
Marcin Majewski: To jest wytwór tradycji ludowej, która nie ma żadnego pokrycia w tekstach ewangelii. U Mateusza Jezus rodzi się w domu Józefa i Maryi. U Łukasza zaś mowa jest o żłobie (termin może być różnie rozumiany) - i stąd tradycja dopowiedziała sobie stajenkę, sianko, osiołka i niegościnnych mieszkańców Betlejem.
Dawid Gospodarek (KAI): To jeszcze tajemnicza gwiazda. Co o niej wiemy?
Marcin Majewski: Poza tym, co jest u Mateusza - nic. O gwieździe nie wspominają ani inni ewangeliści, ani - jak wspominałem - historycy tamtego okresu i miejsca. Za to gwiazda występuje powszechnie jako symbol narodzin osoby wybitnej, zwłaszcza króla. Nowa gwiazda pojawia się np. w opowiadaniu o narodzinach Aleksandra Wielkiego czy cezara Oktawiana Augusta, jest też wybijana nad głowami królów na monetach starożytnych. Generalnie starożytnym towarzyszyła idea, iż wraz z narodzinami władcy pojawia się na niebie "jego gwiazda". Porównajmy to z tekstem ewangelii: "Ujrzeliśmy jego gwiazdę na wschodzie" (Mt 2,2). Mateusz zdaje się mówić nie tyle o zjawisku astronomicznym, ale poprzez ten czytelny symbol o narodzinach prawdziwego "króla żydowskiego" - w kontrze do nieprawdziwego króla Żydów, czyli Heroda Wielkiego.
Dawid Gospodarek (KAI): Teraz poważniejsza kwestia. Co to wszystko nam mówi o Bogu? Chrześcijanie chcą tu widzieć nieskończone miłosierdzie Tego, który tak umiłował świat, że dał swojego Syna by nas wszystkich zbawić. Ale co najmniej od Oświecenia powracają krytyczne głosy dostrzegające w tym okrucieństwo - przecież miłosierny Bóg nie zesłałby swojego niewinnego Syna jako ofiarę na ziemskie niewygody i w końcu pewną, straszliwą śmierć...
Marcin Majewski: Tu dotykamy paradoksu przesłania Ewangelii. To nie są sprawy, które da się prosto, logicznie i historycznie objaśnić tak, że każdy powie: "Aha!". Wcielenie Boga i Jego ofiara krzyżowa należą do istoty depozytu wiary chrześcijańskiej, nad którymi pochylają się kolejne pokolenia chrześcijan. I de facto każdy chrześcijanin jest wezwany, by pochylać się nad tymi tajemnicami wiary wciąż na nowo. Do tego mają nas zachęcać właśnie obchodzone corocznie święta...

I już zupełnie na deser kolęda, która w tym roku podbiła moje serce: "Mały maleńki Jezusek, tra lala lala la..."
https://deon.pl/kosciol/czy-jezus-urodzil-sie-w-betlejem-czy-istniala-tajemnicza-gwiazda-teolog-wyjasnia-sprzecznosci-w-ewangeliach,2703731?fbclid=IwAR2x1en50n3VOoO08SC9Fzi773DWTH0vFBUzsEoAUR8X_SO6KGrrKSIITSQ 

wtorek, 2 grudnia 2025

2277. Tragedia Nikodema przypomniała mi o innej równie bezsensownej śmierci

Zauważyłam, że od kilku dni internet "żyje" śmiercią 11-letniego Nikodema Mareckiego. Szczerze powiedziawszy ostatnio dość rzadko oglądam coś w telewizji, z nowymi serialami raczej jestem na bakier, toteż nie orientuję się w tych wszystkich młodych aktorach. A jednak nie mogłam przejść obojętnie obok patrzącego na mnie z ekranu laptopa chłopca o wyglądzie aniołka.
Z tego co wyczytałam w różnych portalach internetowych, 27 listopada Nikodem jak każdego dnia wracał autobusem ze szkoły do domu. Przystanek, na którym wysiadał z pojazdu, znajduje się naprzeciwko podwórka, na którym mieszkał. Chłopiec musiał tylko przejść, jak zwykle, przez ulicę. Dotychczas odbywało się to bez problemu. Tym razem jednak znad przeciwka jechał samochód, którego kierowca nie dostrzegł nastolatka przebiegającego przez jezdnię. Z impetem uderzył w jego drobne ciało, które wylądowało w rowie. Nikodem jeszcze żył, kiedy został przetransportowany do szpitala w Krakowie. Mimo wysiłków lekarzy, nastolatka nie udało się uratować i młody aktor zmarł z powodu pęknięcia wątroby. Jak mówią świadkowie, jego ostatnie słowa brzmiały: "Jestem Nikodem i nic mnie nie boli".
Nikodem dał się poznać szerszej publiczności, jako aktor młodego pokolenia grający w takich produkcjach jak m.in. serial "Szpital św. Anny" nadawany na TVNie, serial "Krakowskie potwory" oraz takich filmach jak "Zołza" i "Biała odwaga". Bardzo wielu aktorów, którzy mieli okazję grać z Nikodemem, po jego śmierci podkreślało nie tylko jego profesjonalizm, mimo młodego wieku, ale też w ogóle to, że granie z nim było prawdziwym zaszczytem.
Śmierć Nikodema, bądź co bądź medialna, przywołała mi w pamięci śmierć innego chłopca, która wydarzyła się w podobnych okolicznościach przeszło 21 lat temu. Mikołaj urodził się 6 grudnia 1994 roku. Od urodzenia mieszkał z dziadkami i rodzicami, a z czasem i z młodszym bratem, Michałem, w maleńkiej wsi w województwie kieleckim. Wszędzie stamtąd było daleko - nie tylko do najbliższych miast, ale też do wioski, w której znajdowała się parafia, w której był ministrantem i szkoła podstawowa, do której z czasem uczęszczał chłopiec. W sąsiedniej wiosce mieszkał jego rówieśnik, a zarazem nasz wspólny kuzyn, Rafał, młodszy od niego o niecały tydzień. Razem zostali ochrzczeni, razem przystąpili do sakramentu Pierwszej Komunii Świętej, razem chodzili do klasy i siedzieli w jednej ławce, razem służyli do Mszy, razem pomagali rodzicom w polu i w obejściu, razem broili i bawili się, w końcu razem chodzili do i ze szkoły, w deszcz, śnieżyce, czy też piękną pogodę.
Tego dnia też razem wracali do domu. Był 4 listopad. Chłopcy rano jeszcze służyli do Mszy, a po lekcjach zostali dłużej w szkole. Dlaczego? Tego chyba już nikt nie pamięta. Na dworze padało, a oni już szli po ciemku, bo na tamtej trasie nie ma po drodze żadnych latarń ulicznych. Oni jednak znali drogę do domu na pamięć, tyle razy szli tych 5 kilometrów... 
Z reguły było tam bezpiecznie, mało kiedy ktoś jeździł tamtą wiejską drogą. Tym razem stało się jednak inaczej - rozpędzone auto wjechało w dwóch małych chłopców. Mikołaj szedł od wewnętrznej strony jezdni i to on przyjął siłę uderzenia, która była tak duża, że mój kuzyn, podobnie jak Nikodem, wylądował w rowie. Kierowca uderzył też w Rafała, któremu pogruchotał miednicę. Sam odjechał dalej, pozostawiając chłopców samych sobie niemalże w szczerym polu. Był rok 2004, telefony komórkowe były jeszcze luksusem, zwłaszcza wśród dzieci na wsiach. Niespełna dziesięcioletniemu Rafałowi udało się, prawdopodobnie pod wpływem szoku i adrenaliny, udało się dotrzeć na plebanię i zawiadomić księdza, który wezwał karetkę pogotowia. Niestety, Mikuś zginął na miejscu, nie dożywszy swych 10 urodzin, Rafał przez długie tygodnie leżał sam w krakowskim szpitalu. A sprawca wypadku? Do dzisiaj nie wiadomo kim był. 
Chociaż tamten wypadek wcale nie był medialny, to cała wieś do dzisiaj pamięta o uroczym blondasku, jakim był Mikuś. Ja też nie mogłam uwierzyć w jego bezsensowną śmierć. Zwłaszcza, że jeszcze jak żywe stały przede mną obrazy sprzed kilku miesięcy, kiedy beztrosko bawiliśmy się podczas wakacji przemierzając kolejne labirynty powstałe wśród łanów dojrzałych zbóż, albo zrywając polne kwiaty i zanosząc je do kościoła pod obraz przedstawiający Matkę Bożą, albo po prostu kopiąc piłkę na podwórku. I w zasadzie w dalszym ciągu mam przed oczami taki jego obraz.
Mikołajowi, Nikodemowi, i wszystkim tym dzieciom, które przedwcześnie odeszły do wieczności, dedykuję jeden z moich wierszy.

Tren ku czci małego Anioła
Ktoś przerwał piękną drogę Twego życia,
zgasł ogień świecy w ciemnościach błyszczący.
Szczery żal w sercu taty się pojawił,
płacz z piersi mamy, do nieba biegnący.
Zaledwie wczoraj byłeś tutaj z nami,
siedziałeś przy stole, jedząc chleb święty,
Dziś leżysz tam gdzie nie ma już bólu,
dziś leżysz wzbudzając smutek niepojęty.
I przyszło ci zamiast sportowych trampków,
włożyć anielskie skrzydła niewinności.
Bóg Cię nie zawiódł na żadne boisko,
lecz do otchłani swojej wieczności.
Nie będzie już smutku, nie będzie też bólu,
czasu tam nie ma, jest jednak czekanie.
Gdy Twoi bliscy dojdą do kresu życia,
to Ty im tam wyjdziesz na spotkanie.

środa, 26 listopada 2025

2275. Gorsze i lepsze chwile

Kilka dni temu wyrwało mi się przy księdzu - administratorze, że nie mogę przyjść na Krąg Biblijny, bo mam wizytę u lekarza wraz z USG jamy brzusznej. Myślałam, że zapomniał, że nie będzie drążyć tematu, że go przemilczy. Dzisiaj podjechałam na poranną Mszę świętą, głównie po to, aby mu oddać pożyczoną kilka dni temu adhortację papieża Leona XIV: "Dilexi te. O miłości do ubogich". A przy okazji zahaczyłam o poranne godzinki, tym razem śpiewane już w naszym "pełnym" składzie: pan Gienek, pani Maryna, pani Dorota i ja*. Godzinki rozpoczynają się wraz z biciem zegara na wieży kościelnej o 6:30. Po nich jest odmawiana dziesiątka różańca, a następnie już odprawiana jest Msza. W międzyczasie któryś z księży idzie do konfesjonału spowiadać. Po Mszy pomogłam panu Gienkowi i panu Kościelnemu uporządkować ołtarz, po czym poszłam przywitać się z księdzem. Jak w 80 % przypadków, także i teraz wylądowałam u niego na śniadaniu. 
Całą noc padał śnieg, a nad rankiem chwycił mróz, toteż idąc po schodach na górę trochę się ślizgałam w adidasach. Na szczęście obyło się bez upadku. Na plebani było przyjemnie ciepło, aż miło się człowiekowi zrobiło. Ksiądz zaczął przygotowywać jajecznicę na śniadanie, a mnie poprosił o wyciągnięcie trzech sztuk talerzy i szklanek i zaniesienie ich do jadalni. Przy okazji próbował mnie podpytać o moją wizytę u lekarza. Czyli nie zapomniał... Ja jednak nie chciałam go obarczać kolejnymi diagnozami i przypuszczeniami, szkoda chłopa. Powiedziałam mu tylko, że "nieważne". Bo w sumie tak jest. Ma swoje problemy i swoje sprawy związane z nową parafią. Odniosłam talerze na stół w jadalni, potem szklanki, potem jeszcze wróciłam po sztućce, aż wreszcie włączyłam wodę w czajniku, powrzucałam torebki z herbatą do szklanek, a następnie zaniosłam czajnik do jadalni i zalałam herbatę wrzątkiem - w życiu bym nie przeniosła szklanek z gorącym płynem z jednego pomieszczenia do drugiego bez wylania go na siebie. Taki efekt uboczny MPD. 
W tym czasie na śniadanie zeszedł ksiądz-proboszcz-senior, który nawet ucieszył się na mój widok. A przy okazji trochę się ze mnie z księdzem-administratorem nabijali: "Karolina to chyba wyjdzie za mąż za naszego Gienka, ja nie wiem, siedzą razem w ławce, razem śpiewają Godzinki, razem ogarniają ołtarz... Chyba musimy szykować i ślub, i wesele... A ty wiesz Lolku, jaką Gienek robi smaczną jajecznicę...". No, nie wiem. Ale ciekawi mnie, skąd oni wiedzą o tej jajecznicy. 
Podczas śniadania Ksiądz-administrator dalej próbował dojść do tego, co powiedział mi lekarz i na jakie dalsze badania mnie wysłał. I dlaczego po nowym roku. No, tego pierwszego to mu nie powiem nawet na spowiedzi świętej. A na to ostatnie pytanie odpowiedź jest prozaiczna - limity na NFZet już się skończyły. Mogłabym iść prywatnie, jednak ceny trochę zwalają z nóg. Widać nie jest ze mną jeszcze aż tak źle. No i dzisiaj zjadłam coś bardziej treściwego niż kaszkę mannę na wodzie - jajecznicę. Ksiądz niech więc nie marudzi. Chociaż miło że dopytuje. I to nie tylko o zdrowie, ale chociażby o pracę na szkolnej świetlicy i kilka innych mniej lub bardziej ważnych spraw.
Z pozytywniejszych rzeczy - kilka lat temu pisałam, że chciałabym "przejść" z biegania tradycyjnego na tzw. racerunning. W pewnym momencie nawet zamówiłam sprzęt, który kosztuje bagatela 8000 zł. (to jakaś paranoja). Zleceniodawcy nie udało się jednak sprowadzić go z zagranicy, a pieniądze mi oddał po postraszeniu go policją. Klub sportowy zaś uznał, że dla jednej osoby nie opłaca się szukać trenera ani szkolić obecnych. Odpuściłam temat. W ostatnim czasie jednak do naszej sekcji dołączył jednak chłopak również z mpd, tylko że w cięższej postaci. Trener jakoś nie widzi go biegającego na dwóch nogach. Ale przypomniał sobie, jak na kilku zawodach widział, jak niepełnosprawni śmigają na tych rowerach. Już nawet rozmawiał z prezesem - który jest gotowy kupić dla sekcji takie coś. Jeden bo jeden, ale zawsze. Na treningu trener mi mówił, że moglibyśmy mieć z Miśkiem mobiler na spółkę, i tak trzymany by był w szkole, w której mamy treningi, a oboje jesteśmy podobnego wzrostu. Presja jest duża, bo on chce, abyśmy wystartowali na mobilerach już podczas przyszłego sezonu. Dobrze by było, gdyby się udało. Tym bardziej, że trener też się napalił na to, że przygotuje nas do tej konkurencji. 
A jakby ktoś był ciekawy jak to cudo wygląda, to poniżej macie ilustrację poglądową.
Cudo, prawda?

* Ostatnio jak byłam to 50% osób było na wycieczce w Fatimie

niedziela, 23 listopada 2025

2273. Mistrzunio...

Czy młodsza o 10 i pół roku osoba może imponować komuś dorosłemu swoją wiedzą, erudycją, stylem życia? I to w zasadzie nie poprzez opisywanie życia przez samą siebie ale przez mamę? Historię Antka śledzę od zimy 2011. Tak, dokładnie pamiętam dzień, kiedy właściwie przez przypadek trafiłam na bloga tego dziesięcioletniego wówczas chłopca zmagającego się ze SMA. Pamiętam też, że pierwszą przeczytaną przeze mnie tam notatką była ta dotycząca programu "Sprawa dla reportera" i występującemu w nim dziesięcioletniemu Rafałowi. Mama Antka pisała wtedy o "mądrości dziesięciolatka" w kontekście Antka. W ciągu najbliższych dni przeczytałam całego antkowego bloga i zakochałam się w nim.
Od tamtej pory z niecierpliwością wyczekiwałam na kolejny wpis o Antku i jego codzienności. Chłopak, za którego oddychał respirator, żywiony przez sondę, obsługujący komputer jednym paluszkiem skradł moje serce. Mimo licznych ograniczeń bez problemu kończył kolejne klasy w szkole podstawowej, gimnazjum oraz liceum, podróżował, rozwijał swoje pasje i zainteresowania a nawet uprawiał sport - grał w boccię. Oczywiście z czasem informacji o Antku było coraz mniej, bo i on chciał zachować nieco anonimowości. Ma do tego prawo, jak każdy inny. Na szczęście od czasu do czasu jego mama napisze co tam słychać u jej młodszego dziecka.
Jaka napisałam - Antek studiował politologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dzięki wyrozumiałości kadry mógł pobierać naukę w trybie on-line, zrobić praktyki studenckie w wydziałowej gazetce, zaliczać egzaminy w dogodnym dla siebie terminie i trybie. Nic nie zawalił, wszystko pozdawał w sesji, mając do dyspozycji jeden sprawny palec. Tym palcem napisał też całą pracę licencjacką, którą obronił. Na pięć. Nawet nie wiecie jak cieszę się z tego faktu, chociaż jest dla mnie właściwie obcym człowiekiem. Może nawet bardziej, niż z moich własnych obron? Bo jednak dokonał czegoś dużego i na pozór niewyobrażalnego. Pokazał, jak daleko można dojść dzięki pracy, pasji, samozaparciu, ale też i wsparciu najbliższych. Myślę, że piątka na dyplomie jest największą zapłatą za jego trud i poświęcenie.
Nie da się tego ukryć - Antek to Mistrz przez duże M.

sobota, 22 listopada 2025

2272. "Triumf serca"

W tym roku z okazji imienin wybrałam się z dobrymi znajomymi z Wydziału Teologicznego do kina. No dobra, to oni mnie do niego wyciągnęli, widząc mój wisielczy humor. Ale repertuar wybraliśmy wspólnie. Po przejrzeniu repertuaru i zestawieniu go z pasującymi nam terminami, nasz wybór padł na "Triumf serca", film opowiadający o świętym Maksymilianie Marii Kolbe. Nawet mi to pasowało, ponieważ od jakichś dwóch lat jestem związana z parafią mającą go za swojego patrona, a jego portret, podarowany "awansującemu" na urząd proboszcza jednemu z jego dotychczasowych księży uważam za najbardziej udany ze wszystkich tego typu przeze mnie stworzonych.
O umówionej godzinie spotkaliśmy się z Madziałkiem i Dorkiem przed wejściem do kina w S-cu. Po krótkim, ale serdecznym przywitaniu weszliśmy do środka, co było dobrym pomysłem, zważywszy na panującą na zewnątrz aurę. Po przejściu przez obrotowe drzwi owiało nas przyjemne, ciepłe powietrze, nawiewające z boku. Rozsunęliśmy nasze kurtki i udaliśmy się do kasy, po bilety, a następnie nasze kroki skierowały się do odpowiedniej sali. Tam znaleźliśmy przypisane nam miejsca, które zajęliśmy.
Dotąd widziałam dwa filmy opowiadające o życiu św. Maksymiliana Marii Kolbego: "Życie za życie: Maksymilian Maria Kolbe" z 1991 roku oraz "Dwie korony" z 2017 roku. Obydwa opowiadały o życiu świętego z Niepokalanowa raczej całościowo. W "Triumfie serca" reżyser i scenarzysta (Anthony D'Ambrosio) skupił się bardziej na ostatnich dniach i chwilach życia "Bożego Szaleńca", jak określali inni postać św. Maksymiliana. Jak zapewne większość z nas wie, św. Kolbe trafił do bunkra śmierci po tym, jak w zamian za ucieczkę jednego więźnia z Auschwitz, śmierć miało ponieść dziesięciu innych. Pierwotnie w tej grupie znalazł się Franciszek Gajowniczek, w pewnym momencie Maksymilian Maria Kolbe zaproponował, że pójdzie do bunkra za niego. Co najdziwniejsze, SS-man zgodził się na tą zamianę.
Jak już napisałam wcześniej - ten film znacznie różni się od swoich poprzedników. D'Ambrosio skupił się w nim bardziej na analizowaniu słów wypowiedzianych w celi śmierci przez św. Maksymiliana Marię Kolbego, jego stosunku do współwięźniów i, co wydaje się w tym wszystkim najbardziej niezrozumiałe z ludzkiego punktu widzenia, także wobec swoich oprawców. Z filmowego obrazu wyłania się postać Maksymiliana Marii Kolbego konsekwentna, odważna, a jednocześnie o łagodnym usposobieniu i miłej aparycji. Taka, którą po prostu chce się spotkać i z nią być. Taką, której można zaufać, która inspiruje i kieruje ku prawidłowym wartościom. Nawet nie wiecie, ile bym dała, żeby moje dzieci ze świetlicy szkolnej i środowiskowej oraz z Oratorium widziały choć w 5% we mnie podobną osobę. Ale cóż, do świętości to mi jeszcze bardzo, bardzo daleko.

środa, 19 listopada 2025

2270. "Bo nowy dzień wstaje, nowy dzień wstaje, nowy dzień" (Edward Stachura/Stare Dobre Małżeństwo, "Opadły mgły")

Cisza trwającej jeszcze nocy świadczyła dobitnie o tym, że wszyscy w mieszkaniach dookoła jeszcze śpią. Zresztą czego innego można się spodziewać przed godziną piątą nad ranem. Pozwalało to nawałowi moich myśli krążyć wokół kubka z parującą, świeżo zaparzoną herbatą. Z uporem długodystansowca jedna prześcigała drugą, co było dosyć dziwne, zważając na jakieś cztery godziny snu. Człowiek powinien być zmęczony, niewyspany, nie do życia. Chociaż ja nie do życia byłam przez ostatnie tygodnie, włócząc się od lekarza do lekarza. Wystarczy. Tymczasem ja nie czułam zmęczenia, nawet nie jestem w stanie określić tego, co czułam. Zegar nieubłagalnie odmierzał kolejne sekundy, bezpowrotnie zabierając je z ludzkiego życia. Ostatni łyk ciepłego płynu, dopakowanie plecaka, który wkrótce wylądował na moich ramionach, nieporadne zawiązanie zimowych butów, pogłaskanie kota, niezawodnego przyjaciela, i w drogę. Jest wtorek - dzień, w którym od września staram się uczestniczyć w porannej Mszy świętej w parafii mojego byłego katechety.
Im bliżej ulicy, tym coraz więcej głosów dobiegało do moich uszów, a łagodne krople deszczu opadały na ziemię. W końcu to już listopad. Intuicyjnie przyspieszyłam kroku, nie chcąc spóźnić się na autobus do oddalonego o godzinę drogi S-rza, królewskiego miasta. Na przystanku autobusowym, pomimo wczesnej pory, było już trochę ludzi czekających na swój autobus. Odruchowo spojrzałam na elektroniczny rozkład jazdy - umieszczony na nim zegar wskazywał 5:10. Jeszcze dwie dłużące się w nieskończoność minuty i wsiadam do stającego na przystanku żółtego pojazdu. Za chwilę zamykają się drzwi, a ja ruszam do innego świata. Świata, który poznaję od zaledwie 2,5 miesiąca, a który przyjął mnie zupełnie naturalnie. Aby wykorzystać tych cennych 57 przepisowych minut jazdy, sięgam po skrywaną w plecaku książkę. To dosyć lekka "333 popkulturowych rzeczy... lata 90". Może dlatego, że to czasy mojego dzieciństwa, tak wiele opisanych tam rzeczy w dalszym ciągu mam zmagazynowanych w pamięci. Kiedy było jeszcze jasno, czas podróży mijał mi na oglądaniu krajobrazów przesuwających się za oknem. W większości wiejskich. Teraz, kiedy na przełomie godziny 5 i 6 jest jeszcze stosunkowo ciemno, właściwie to nie ma na czym zawiesić wzroku. Co najwyżej na oświetlonym zamku biskupim, oznajmiającym że dotarłam na miejsce. 
Czas schować lekturę i wstać z siedzenia. Odruchowo spoglądam na zegar na kasowniku biletów - wskazuje 6:10. To dobry czas. Biegnę uroczymi uliczkami rozchlapując wodę stojącą w kałużach. Tuż przy kościele spoglądam w stronę plebani - świeci się reflektor, a więc pan kościelny poszedł już po klucze. Wymacuję ukrytą w kieszeni latarkę, wychodząc z domu pomyślałam sobie, że choć trochę mu pomogę w otwarciu ciężkich drzwi świątyni, przyświecając jej światłem. Po chwili w bladym świetle ulicznych latarni dostrzegłam drobną sylwetkę pana Gienka przechodzącego przez ulicę oddzielającą plebanię od kościoła. Po grzecznościowym wymienieniu "Szczęść Boże" i moją niewielką pomocą drzwi zostały otwarte dla innych. Przy okazji pan Gienek znowu się dziwił, jak mi się chciało tak rano wstawać, kiedy jemu, mieszkającemu za rogiem, było tak trudno to zrobić. Ja tylko mam nadzieję, że po śmierci za te dojazdy dostanę kilka lat mniej czyśćca.
Dyskretne skrzypnięcie drzwi otworzyło świątynię dla wiernych. Do moich nozdrzy dobiegł specyficzny, aczkolwiek miły, zapach kościelnych świec. Potraktowałam to jako prezent od samego Boga na wypadające tego dnia imieniny. Po krótkiej modlitwie pooświecałam boczne ołtarze, a pan kościelny w tym czasie poszedł otworzyć główne drzwi do kościoła. A potem poszliśmy przygotować ołtarz do sprawowania Najświętszej Ofiary. Dużo nie zrobię, np. nie przyniosę kielicha przykrytego puryfikarzem, pateną, palką i korporałem, czy też ciężkiego Mszału, ale zdjąć aksamitne płótno z bielutkiego obrusu na ołtarza, czy też zapalić świece już tak. Zawsze pan Gienek ma mniej do roboty. I szybciej można zacząć śpiewać poranne "Godzinki", które pokochałam właśnie w tej parafii. Ogólnie jest 3-osobowa stała grupa do śpiewania, i ja z doskoku. Z doskoku, no bo też nie jestem codziennie. I tak punktualnie z dwoma gongami dzwonu na kościelnej wieży oznajmiających, że jest 6:30 mury liczącego 601 lat kościoła wypełniają się dźwiękami tej pięknej modlitwy ku czci Najświętszej Maryi Panny. Tym razem byliśmy z kościelnym sami, bo druga połowa godzinkowej ekipy pojechała na pielgrzymkę do Fatimy (o ile dobrze zrozumiałam). I tak jego donośny głos przeplatał się z moim dosyć słabym. Ot, kolejna piękna chwila, niepozorna wręcz, przybierająca rangę kolejnego prezentu.
Tymczasem do kościoła zaczęli schodzić się wierni na poranną Mszę. W pewnym momencie pojawił się też ksiądz-proboszcz-senior, który poszedł spowiadać. Zerwałam się z miejsca, poszłam do niego. Nie tyle, żeby się wyspowiadać, ile zapytać czy nie posłużyć mu do Mszy. Jego szeroki uśmiech mówił więcej niż tysiąc słów. Kolejny prezent? Czemu nie. Szybkim krokiem poszłam na zakrystię, gdzie po chwili poszukiwania znalazłam najmniejszą komżę. Chociaż i tak okazała się dla mnie dużo za duża. "Chyba musimy sprawić ci coś mniejszego" - skomentował mój wygląd kapłan.
Zgromadzeni wierni zaczęli śpiewać "Kiedy ranne stają zorze", pieśń napisaną wieki temu przez Franciszka Karpińskiego. Jej treść przeplatała się z naszą modlitwą przed rozpoczęciem Mszy: "Oto za chwilę przystąpię do Ołtarza Pańskiego... Do świętej przystępuję służby... Proszę Cię Panie Boże o łaskę skupienia...". Na trzeciej zwrotce wyszliśmy z zakrystii. Trzy dzwonki sygnaturką oznajmiły wiernym, że muszą wstać. Jeszcze tylko czwarta i piąta zwrotka, której dźwięki wdzierały się w każdy zakamarek mojej duszy ("A za nocki dziękujemy / o szczęśliwy dzień prosimy / Byś nam zawsze błogosławił / a po śmierci duszę zbawił") i rozpoczęliśmy sprawować kolejną pamiątkę ofiarowania przez Jezusa swojego Ciała i Krwi wiernym. Tutaj znowu za dużego pola do popisu nie mam, ale mnie całkowicie wystarcza podawanie kapłanowi ampułek z wodą i winem, polewanie mu dłoni wodą z dzbanuszka podczas obrzędu obmycia po ofiarowaniu oraz dzwonienie dzwonkami. Chociaż z tymi ampułkami to trzeba było iść na kompromis, bo za nic w świecie nie dam rady ich trzymać w obu dłoniach na raz. Szczególnie w prawej. Podobnie z obmywaniem dłoni - teoretycznie powinnam pod rękami kapłana trzymać taką miseczkę, do której spływa woda. Tutaj znowu mam tylko jedną rękę do dyspozycji. Ale jeszcze niczego nie rozbiłam, więc nie jest tak źle. Zdecydowanie najlepiej idą mi dzwonki - po trzy razy przed i po przemienieniu, trzy razy po "Baranku Boży", raz, kiedy kapłan przyklęka przed tabernakulum po schowaniu do niego puszki z komunikantami i po trzy razy gongiem podczas unoszenia Hostii i kielicha z Winem podczas przemienienia. 
Poranne Msze święte są raczej krótkie. Dwukrotne dzwonienie dzwonu na dzwonnicy na 7:30 zbiegło się w czasie z modlitwą, którą odmawialiśmy z księdzem-proboszczem-seniorem w zakrystii na zakończenie Mszy: "Boże, którego dobroć powołała mnie do Twej służby, spraw, bym uświęcony uczestnictwem w Twych tajemnicach, przez dzień dzisiejszy i całe me życie szedł tylko drogą zbawienia". Ksiądz nie zapomniał o moich imieninach i złożył mi tak szczere życzenia, że aż się wzruszyłam. A w ślad za nim poszli pan Gienek i jeszcze jeden kościelny, którzy usłyszeli wszystko porządkując ołtarz. I znowu zrobiło mi się cieplej na sercu. Zwłaszcza kiedy usłyszałam - "Tyś jest już nasza". Hmmm... 2,5 miesiąca, szybko poszło.
Wychodząc ksiądz-proboszcz-senior zaprosił mnie znowu na śniadanie, żebym nie zasłabła po drodze. I żeby proboszcz-administrator też miał okazję na złożenie mi życzeń. Te życzenia to tak przy okazji, bo wtorkowe śniadania z księżmi stały się przez ten czas taką naszą tradycją. Ksiądz proboszcz-administrator zawsze podczas nich żartuje, że chyba śpię na zamku, bo zazwyczaj dzień wcześniej jestem u nich wieczorem na Kręgu Biblijnym. Po wyjściu z kościoła uderzyło mnie rześkie powietrze. Aż miło było wciągnąć je do płuc, nawet zapadniętych. W towarzystwie księdza-proboszcza-seniora zmierzałam na plebanię, raz po raz wypytując go o rzeczy związane z wyglądem kościoła, a on mi w miarę obszernie odpowiadał. I chyba nawet się cieszył z tego. A patrząc na spektakl grany przez aktora pierwszego planu, czyli poranek, po głowie chodziła mi jedna piosenka, która doskonale oddawała w tamtej chwili moje uczucia: "Opadły mgły i miasto ze snu się budzi / Górą czmycha już noc / Ktoś tam cicho czeka by ktoś powrócił / Do gwiazd jest bliżej niż krok... Bo nowy dzień wstaje, nowy dzień wstaje, nowy dzień... Z dusznego snu już miasto się wynurza / Słońce wschodzi gdzieś tam" (Edward Stachura / Stare Dobre Małżeństwo, "Opadły mgły").
Po pokonaniu kilkunastu schodów znaleźliśmy się na ganku. Ksiądz senior otworzył drzwi i mogliśmy wejść do środka. Odruchowo zdjęłam buty i słysząc brzdęk talerzy pobiegłam do kuchni. Ksiądz proboszcz-administrator przygotowywał już śniadanie. Na chwilę przestał, składając mi życzenia, a nawet lekko obejmując. A potem przeszedł samego siebie wyjmując z szafki kaszkę mannę, żebym też mogła coś zjeść. Nie, żebym była jakimś gustatorem tego typu jedzenia, ale po ostatnim 1,5 miesiąca, gdzie zwijałam się z bólu brzucha po 98% zjedzonych rzeczy (a zważając na moją alergię ich lista nie była zawrotnie długa), na razie po takich lekkich rzeczach nic mi nie jest. Zaskoczył mnie, bo mógł mnie olać, w końcu przez ostatni czas nic z nimi nie jadłam i też jakoś to było, ale nie, on poszedł do sklepu po tą nieszczęsną mannę dla niemowląt. Nawet nie chcę myśleć, co sobie pomyśleli jego parafianie na ten widok. Ale żeby nie było tak łatwo, to poprosił mnie o pomoc w nakryciu do stołu. A przy okazji próbował podpytać o to, co powiedzieli mi lekarze na to wszystko. Bo według niego nie jest normalne to, że człowiek wszystko zwraca, zwija się z bólu, ciągle jest zmęczony i gorączkuje tygodniami (hasło "Jeszcze raz mi przyjedziesz z gorączką na różaniec / Krąg Biblijny / Mszę świętą, to cię nie rozgrzeszę, ani nie pochowam" padało nagminnie z jego ust). Nie chciałam go jednak zasypywać moimi problemami zdrowotnymi, i tym na co skierował mnie lekarz, odpowiedziałam mu tylko, że na razie jest w porządku. A że ostatnio był na Sycylii ze znajomymi, to zmieniłam temat w tym kierunku. Ogólnie stwierdził, że było dobrze, ale on jednak woli aktywniejszy wypoczynek.
Na śniadaniu byli też jego znajomi, więc to na nim opowiadał im o wyjeździe. W sumie, po co miał się powtarzać. Gdzieś między jedną a drugą łyżką bezsmakowej zupy wodno-mannowej (bo była ona na wodzie a nie na mleku) rzucałam okiem na jego smartfon, na którym pokazywał zdjęcia. I nagle, kiedy mój posiłek dobiegał do końca, nagle jakby sobie o czymś przypomniał. Na chwilę poszedł na górę, po czym wrócił z małym pakunkiem w dłoniach i wręczył mi go. Pakunkiem okazał się mały aniołek, którego zobaczył na Sycylii. Stwierdził, że gdy tylko go zobaczył, postanowił go dla mnie kupić. I jeszcze obiecał mi pokazać pewien unikatowy obiekt na skalę europejską należący do głównego kościoła, a którego nie udostępnia zwiedzającym ot tak. Tylko musimy poczekać na cieplejsze dni. Aż mu się rzuciłam na szyję. "Wreszcie się uśmiechasz" - rzucił mi do ucha. A potem dopiłam herbatę i odniosłam swoje naczynia do zlewu. Zmyła je jednak zmywarka rozprowadzając łagodny szum po pomieszczeniu.
Tego dnia wyszłam trochę szybciej, bo miałam zaplanowany wyjazd. Była godzina 8:10, kiedy opuściłam plebanię. Dzień powoli budził się do życia pod każdym aspektem. Dla mnie trwał od 4 godzin. 
O mafii sycylijskiej słyszałam, o aniele niekoniecznie 
A na koniec dziękuję tym wszystkim, którzy skomentowali mój ostatni post. Nie pisałam nic, bo z jednej strony nie widziałam sensu, z drugiej, zdrowie się posypało (nie ma to jak przewlekły stres), po trzecie - codzienność mi dokręciła śruby na tyle, że po powrocie do domu po prostu miałam wszystkiego dosyć. I w sumie chyba dalej mam. Ale myślę, że kiedyś będzie lepiej. I będzie jak dawniej.