Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 31 grudnia 2018

850. Życzenia i rozglądajmy się czasami wokół siebie, by uniknąć tragedii

Za kilka godzin skończy się 2018 rok i wejdziemy w nowy 2019. Jaki był ten mijający rok? Ani specjalnie dobry, ani zły. Był zwyczajny, toczący się normalnym rytmem. Były w nim i wzloty i upadki. Powody do łez, i do śmiechu. Sukcesy i porażki. Bo chociaż staram się tutaj pisać głównie o dobrych rzeczach, to nie można zapominać, że mimo wszystko złe rzeczy też mnie nie omijały. 365 dni temu miałam przed sobą pustą, niezapisaną kartę. Dzisiaj wiem, że zapisałam ją w dobry sposób, a na pewno najlepszy, jaki mogłam. Cieszy mnie też poszerzenie znajomości internetowych, przybycie mi stałych czytelników. Może nie piszę tutaj jakoś specjalnie wyśmienicie, ale mam wrażenie, że lubicie tutaj wpadać. Wiem, że niektórych z Was może niepokoić to, że nagle przestałam komentować Wasz blog, ale to może oznaczać chociażby to, że zaczęłam czytać go od początku. W tym roku przeczytałam wiele Waszych blogów, dzięki czemu miałam okazję poznać Was jeszcze lepiej.

Kochani, na ten wyjątkowy wieczór życzę Wam udanej zabawy w gronie przyjaciół, czy też rodziny. Niech Nowy 2019 rok przyniesie Wam wszystkiego co najlepsze. Zdrowie - by było, szczęście - by się mnożyło. Podejmujcie odważne decyzje, aby potem niczego nie żałować. Pamiętajcie - życie jest tylko szybko przemykającą chwilą, drugiej okazji na pewne rzeczy już nie będzie. A bawiąc się dzisiaj zwracajcie też uwagę na to co się dzieje dookoła. Już nie mówię o urwanych rękach i poparzeniach, bo o tym media trąbią co rok. Bardziej mi chodzi o takie sytuacje jak opisana poniżej. Czasami, jak czytam takie sytuacje, to zastanawiam się, gdzie my, ludzie, mamy rozum. I sama nie wiem jaka jest na nie odpowiedź.

Ktoś włożył biednemu psu w pysk odpaloną petardę. Nie sposób sobie wyobrazić co musiało przejść to biedne zwierzę.
Takie przypadki jak ten tylko udowadniają, że niektóre osoby są potworami w ludzkiej skórze. Dla przyjemności, bądź zwykłego żartu, potrafią zgotować bezbronnej istocie prawdziwe piekło. Do końca nawet nie wiadomo, co nimi kieruje. Może chcą wyładować swoją agresję, a może robią to z nudów lub po to, aby komuś zaimponować.
Bonita był ślicznym psem. Pewnego dnia został znaleziony na ulicach Houston w Teksasie. Miał częściowo rozdarty pyszczek, a jego oczy niemal wyszły na wierzch.
Kobieta, która znalazła zwierzę, zaalarmowała praktycznie wszystkie możliwe ekipy ratunkowe. Widząc ogrom jego cierpienia, chciała mu jak najszybciej pomóc. Niestety, w lecznicy do której pies został zabrany okazało się, że jego rany są zbyt rozległe. Weterynarz nie widział możliwości uratowania Bonity i zrobił mu zastrzyk usypiający, w celu przerwania jego cierpień.
Zwłoki Bonity zostały przetransportowane do Houston Humane Socjety, w którym wykonano zdjęcie rentgenowskie jego zmasakrowanego pyszczka. Odkryto na nim, że rozdarcie powstało w wyniku wybuchu petardy. A ponieważ mało prawdopodobne jest to, żeby psiak sam wziął ją do pyska uznano, że ktoś celowo ją mu tam wsadził, albo rzucił już zapaloną i zachęcił Bonitę do aportowania.

niedziela, 30 grudnia 2018

849. Te trzy książki historyczne zrobiły na mnie największe wrażenie w 2018 roku

W minionym roku przeczytałam 74 pozycje książkowe. Dużo to, a za razem mało. Dla kogoś, kto nie pała się czytaniem, będzie to dużo, dla moli książkowych - wręcz przeciwnie. Nie wszystkie pozycje udaje mi się zrecenzować na blogu, zawsze jednak staram się zwrócić moją uwagę na co ciekawsze pozycje.
Książki które przeczytałam były różne i tematycznie i językowo. Jedne przeczytałam jednym tchem w jeden wieczór, inne męczyłam kilka miesięcy. Dobrze, że nie były to pozycje wypożyczone z biblioteki, bo chyba bym splajtowała płacąc kary za ich przetrzymanie. W sumie tylko raz mi się to zdarzyło i to bardziej przez jakiś błąd w systemie, bo same książki oddałam na czas. Ale chyba każdy z nas tak ma, że coś mu w książce nie pasuje i bardziej ją męczy niż czyta. Szczęśliwy, który potrafi z czystym sercem odłożyć taką książkę na półkę. Ja niestety jeszcze się tego nie nauczyłam.
W tym roku przeczytałam zdumiewająco dużo książek historycznych. Do moich sukcesów należy przerobienie całej historii Polski zgromadzonej czterech segregatorach. To też przerabiałam w cały rok, ale tylu stron nie da się przerobić w jeden wieczór. I tak jestem dumna, że stosunkowo szybko zdołałam się z nią uporać.
W dzisiejszej notatce chciałabym się skupić na trzech pozycjach(a właściwie czterech, bo jedna z nich jest dwutomowa) historycznych, które zrobiły na mnie największe wrażenie w tym roku, a których z różnych przyczyn losowych nie zdążyłam tutaj zrecenzować.
Idąc chronologicznie według tego co się działo w przeszłości, jako pierwszą chcę Wam zaprezentować książkę "Noc kryształowa. Preludium do zagłady" autorstwa Martina Gilberta. O tzw. "kryształowej nocy", która była pogromem ludności narodowości żydowskiej w Niemczech, usłyszałam, czy też przeczytałam(bo szczerze powiedziawszy nie pamiętam już jak to było) zupełnie przypadkiem. Oczywiście nie na lekcjach historii, która miała być rozszerzona, ale długo po zakończeniu edukacji szkolnej. Jakoś tak mnie to wszystko zainteresowało, że zaczęłam szperać w celu wzbogacenia swojej wiedzy na ten temat. Udało mi się znaleźć i przeczytać dosyć ciekawą książkę opowiadającą o wydarzeniach tamtych dni.

Tytuł: "Noc kryształowa. Preludium do zagłady"
Autor: Martin Gilbert
Wydawnictwo: Replika
Zakrzewo 2010
Ilość stron: 372

Herschel Grynszpan mógł być anonimowym Niemcem żydowskiego pochodzenia przechadzającym się po paryskich ulicach. A jednak dowiedziawszy się o przymusowej deportacji najbliższych do Polski, skąd pochodzili, postanowił zaprotestować przeciwko takiemu obrotowi sprawy. 7 listopada 1938 roku podjechał metrem do ambasady niemieckiej znajdującej się w Hotel Beauharnais z zamiarem przeprowadzenia zamachu na ambasadorze Rzeszy we Francji, hr. Joannesa von Welczka. Na miejscu wskazano mu trzeciego sekretarza ambasady, którego chłopak pomylił z rzeczywistym ambasadorem, do którego Herschel oddał pięć strzałów. Dwie z nich ciężko raniły vom Ratha w brzuch. Pomimo fachowej pomocy medycznej mężczyzna zmarł. W odwecie przeprowadzono antyżydowskie wystąpienia ludności. Spalono lub zdewastowano tysiące synagog, żydowskich domów i sklepów. Żydzi ginęli broniąc dorobku całego życia. Wydarzenie to przez wielu historyków uważane jest za początek holokaustu.
Czytając "Noc kryształową" nie sposób przejść obok tego wszystkiego obojętnie, bez zadania sobie pytania: "Co by było, gdyby nie występek Herschela Grynszpana?", "Co by było, gdyby nie noc kryształowa?". Tym bardziej, że czytając opisy wydarzeń z nocy 9/10 listopada 1938 roku włos się jeży na głowie. Ile dziedzictwa kultury judaistycznej poszło bezpowrotnie z dymem? Ile ofiar w ludziach pochłonęła ta jedna noc? Ile huku tłuczonego szkła musieli słyszeć uczestnicy tych wydarzeń? A przecież to dopiero była zapowiedź tego, co miało się stać lada moment. Zresztą autor w swojej książce nie ogranicza się jedynie do wydarzeń nocy kryształowej, ale sięga w głąb holokaustu, jego okrucieństwa podczas II wolny światowej, a także ofiar. Naprawdę, dobrze napisana książka.

Drugą książką, która zwróciła moją uwagę, jest "Mała zagłada" napisana przez Annę Janko. Skończyłam ją czytać dopiero dzisiaj, więc jestem "na świeżo". Muszę przyznać, że o wydarzeniach, które ona opisała, dowiedziałam się dopiero niedawno, właśnie dzięki wspomnianej już wcześniej "Historii Polski", a że informacje zawarte na czterech kartkach nie do końca mnie uszczęśliwiły, postanowiłam poszukać czegoś na ten temat w formie opracowania. I tak właśnie trafiłam na "Małą zagładę".

Tytuł: "Mała zagłada"
Autor: Anna Janko
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2015
Ilość stron: 264

Ile może zapamiętać z jednego dnia zaledwie dziesięcioletnie dziecko? Okazuje się, że bardzo dużo. Dziesięcioletnia Renia, matka autorki książki, w ciągu jednego dnia musiała dojrzeć, aby stać się mamą i tatą dla dwójki swojego młodszego rodzeństwa. Musiała też uciekać z rodzinnej wsi, z miejsca, które znała i kochała. Wreszcie musiała widzieć śmierć swoich najbliższych, krewnych, znajomych. Czy to nie za dużo jak na jedno dziecko?
Akcja książki sięga do dnia 1 czerwca 1943 roku. Do Soch, wsi znajdującej się na Zamojszczyźnie, docierają Niemcy. Drewniane domu, obory i stodoły stają w ogniu, we wsi rozlegają się strzały, od kul giną kolejni ludzie. Strach i groza zagląda w oczy tym, którzy przeżyli. Wśród ocalałych jest właśnie Renia z bratem i siostrą. Skazani na wygnanie i tułaczkę czekają końca wojny, który zdaje się nie chcieć nadejść.
Po latach córka pani Renaty, Anna, przeprowadza z nią szereg rozmów mających na celu opowiedzieć i wyjaśnić to, co stało się wtedy w skromnej wsi. Z wywiadów powstał materiał na przejmującą, pełną emocji książkę. Dzięki wnikliwym pytaniom zadawanym przez Annę poznajemy kolejne wstrząsające szczegóły z tych wydarzeń. Ożywają umarli, domy powstają z zgliszczy... A przecież jest to kolejna zbrodnia z okresu II wojny światowej, która miała być zapomniana. Mam nadzieję, że jeszcze się o niej upomną, tak jak upomniano się chociażby o Katyń czy Wołyń. I to, co miało być zapomniane przetrwa na wieki.

Ostatnia pozycja, o której chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć to dwutomowy zbiór wspomnień zatytułowany "Wołyń. Wspomnienia ocalonych". Pierwszą część kupiłam sobie przez przypadek, jednak po jej przeczytaniu stwierdziłam, że druga część też musi do mnie należeć. Tym bardziej, że dużymi krokami zbliżała się 75-rocznica rzezi na Wołyniu.

Tytuł: "Wołyń. Wspomnienia ocalonych." Tom I i II
Autor: Marek A. Koprowski
Wydawnictwo: Replika
Zakrzewo 2016/2016
Ilość stron: 448/448

Rzeź przeprowadzona na Wołyniu latem 1943 roku miała być zapomniana podobnie jak zbrodnia na polskich jeńcach w Katyniu trzy lata wcześniej. Tymczasem Polska zaczęła powoli mówić o zbrodniach wojennych. Nie jest to łatwe, kiedy niemymi świadkami tamtych tragedii są pola i pozostałości po dawnych zabudowaniach. Prawdziwych świadków, na których oczach rozgrywały się dantejskie sceny, jest coraz mniej. Aby ocalić od zapomnienia świadectwo tamtych dni Marek Koprowski zebrał wspomnienia ocalonych z wołyńskich wiosek. W ten sposób powstało dwutomowe wydanie, które czytało się z zapartym tchem.
Kiedy do wiosek położonych w województwie wołyńskim wkroczyły oddziały UPA, w większości byli małymi dziećmi. Mimo to pamiętali krzyki sąsiadów palonych żywcem we własnych domach, płacz gwałconych kobiet, łunę bijącą od zabudowań. Ząb czasu nie zamazał w nich tych scen. Najbardziej wstrząsające, jak dla mnie, były opisy tzw. krwawej niedzieli, kiedy to oddziały ukraińskie wdzierali się do katolickich kościołów i zabijały całe rodziny, które zebrały się na nabożeństwie. Coś strasznego.
A mimo to cieszę się, że taka książka została wydana. Bo przecież im dłużej będzie się mówić o tej zbrodni tym dłużej będzie się o niej pamiętać. I może to będzie jakiś hamulec dla następnych pokoleń, aby podobna tragedia nie miała już miejsca.

sobota, 29 grudnia 2018

848. Goście, goście i po gościach

Przyjechała do mnie dzisiaj rodzina od strony taty. Chciała po prostu mnie odwiedzić. Kiedy ostatni raz tutaj byli? Chyba jeszcze w czasach, kiedy mieszkałam z rodzicami. Czyli minimum 5 lat temu. Co prawda widzieliśmy się jeszcze w 2015 roku, a z ciotką D. jeszcze częściej, wszak nie raz nocowałam u niej podczas studiów w Krakowie, ale to i tak szmat czasu.
Szczerze powiedziawszy nawet nie spodziewałam się ich wizyty, a na pewno nie teraz. Mieszkają w górach, bądź w Wadowicach, to nie jest takie hop siup wyrwać się chociażby na jeden dzień tutaj do Zagłębia. Co prawda teraz i tak mają lepiej niż kilka lat temu - ciocia A. i jej synowie porobili sobie prawa jazdy i szaleją po drogach powiatu mucharskiego, ale wiadomo - jest gospodarka, jest obowiązek. Poza tym zawsze jak przyjeżdżali, to przeważnie na wiosnę. Dlatego szczerze zaskoczył mnie telefon cioci A. z zapowiedzią, że przyjadą do mnie w tą sobotę w odwiedziny. Powiedziałam o tym w rodzinnym domu i od razu zaczęły się gorączkowe przygotowania. Chwilami miałam nawet wrażenie, że to sam papież ma do nas przyjechać, a nie rodzina.
Ku mojemu zaskoczeniu pojawili się u nas ok. godziny 10:00. Spodziewałam się ich raczej koło południa. Szybko jednak wyjaśniło się, że przyjechali tylko na jeden dzień, ponieważ w domu zostawili najmłodsze dziecko z dwójką starszych i babcią. Starsi pewnie rozeszli się do swoich dziewczyn, a zostawienie seniorki rodu z K. grozi wybuchem wojny domowej. Jak mus to mus, chociaż myślałam, że zostaną do jutra. Tym bardziej, że przywiózł ich najstarszy syn cioci A. - T. Ależ on wyrósł. Ale co się dziwić, w końcu ma te swoje 23 lata na karku. A ja pamiętam go jeszcze jako ciągle psocącego 2-4 latka. Jak te lata szybko lecą...
Zresztą nie tylko lata lecą, ale też godziny. Ani się obejrzałam, a nasi goście musieli się już zbierać. Trochę szkoda, ale nic nie może wiecznie trwać. Grunt, że posłuchałam kilka nowych i starych historii rodzinnych, przy niektórych zrywając wręcz boki. No i pogadałam sobie z T. jak za dawnych lat. Nawet nie wiecie jak kiedyś lubiliśmy ze sobą gadać. A może to ja lubiłam, bo on zawsze mnie słuchał? W każdym razie w przyszłym roku musimy wybrać się do nich z rewizytą. Podobno wujostwo tyle naopowiadali K. o mnie, że aż ona sama chciała do nas przyjechać. Niestety, przeważyły tutaj względy logistyczne - sześć osób nie weszłoby do samochodu, niestety...

piątek, 28 grudnia 2018

847. Magia...

Kiedy kilka lat temu przeglądałam Wasze blogi, najwięcej uśmiechu wzbudzały we mnie te posty, w których pokazywaliście upominki otrzymane od innych blogerów. Cieszyłam się razem z Wami, nie zazdrościłam Wam też, bo każdy sam pracuje na sympatię swoich czytelników. A takie przesyłki są tego najlepszym dowodem. Jednak ani przez myśl mi nie przeszło, że i ja będę się cieszyć z takich przesyłek i zawartości kopert. A jednak. Przez tydzień poprzedzający święta Bożego Narodzenia listonosze nie raz i nie dwa pukali do drzwi mojego mieszkania. Ja zaś z wypiekami na twarzy otwierając kolejne koperty i paczki cieszyłam oczy ich zawartością. A było co oglądać i czym się cieszyć. Zresztą sami zobaczcie:
Kartki od Basi z 5 pór roku
Kartka od Gosi
Kartka od Ewuni
Kartka od Basi S.
Przesyłka - niespodzianka od Ani(Pawanny)


Przesyłka od Basi Pawlak
Przesyłka od Dusi
Przesyłka od Marzenki 
Za wszystkie przesyłki dziękuję z całego serca. Wprowadziły one wiele radości w moje życie. Jesteście kochani. Wiem, że dostałam je z głębi serca, jako wyraz Waszej sympatii i pamięci, bo przecież nikogo nie prosiłam o nie. I to jest w Was najpiękniejsze i najwspanialsze.

I tak na koniec... Dla siebie raczej staram się o nic nie prosić, ale dla innych i owszem. Wiele razy przedstawiałam Wam jakieś akcje na siepomaga. Teraz jest trochę inna sprawa. Zmagający się z rdzeniowym zanikiem mięśni Antek 5 stycznia wkracza w dorosłość. Jest to fenomen, ponieważ według wiedzy książkowej powinien żyć 2 lata. "Poznałam" go na początku 2011 roku, kiedy trafiłam na bloga na onecie, który prowadziła jego mama. Teraz śledzę jego losy za pośrednictwem fanpage. I z niego dowiedziałam się o akcji prowadzonej przez jego byłą szkołę podstawową, która polega na wysłaniu mu kartki z życzeniami. Szczerze powiedziawszy sama chciałam zrobić taką akcję, a nie znałam jego adresu. Teraz sprawa sama się rozwiązała. Dlaczego macie wysłać kartkę właśnie do Antka? Bo to ambitny, ciekawy świata i pozytywnie nastawiony do życia młody człowiek. Szerzej o Antku możecie przeczytać w >>TYM<< wywiadzie. Kartki możecie wysłać na adres byłej szkoły chłopca - SP 15, ul Turkusowa 1a, 62-504 Konin, koniecznie z dopiskiem Antek Ochapski.
Banner

czwartek, 27 grudnia 2018

846. Powstańcom wielkopolskim - dziękujemy!

Za zryw, który podjęli 100 lat temu,
Za bohaterską walkę,
Za to, że chcieli być przyłączeni do wolnej Polski
Za to, że walczyli do końca!
Dziękujemy!

A jutro post typowo prezentowy i przesyłkowy. Bo dostałam od Was tyle pięknych kartek i prezentów, że aż żal się nimi nie pochwalić...

środa, 26 grudnia 2018

845. Świąteczne zaskoczenie

W zasadzie miałam nie iść na Mszę świętą w Pierwszy Dzień Świąt. Byłam na Pasterce, więc z czystym sercem mogłam sobie odpuścić tą Mszę o 10:00. Chciałam się wyspać, zwłaszcza, że z Pasterki wróciłam na chwilę przed 2 w nocy. A jednak wstałam rano przed 9:00, ubrałam się i poszłam do kościoła. W nocy spadł śnieg, który teraz przyjemnie trzeszczał pod nogami. Wsunęłam ręce do kieszeni i szłam przed siebie. 
Po chwili weszłam do dobrze znanej mi świątyni i we
udałam się schodami na chór. Usiadłam w stałej ławce dla scholi i czekałam na rozwój wydarzeń. Wiedziałam, że schola śpiewa na tej Mszy świętej i że ma przydzielone różne czytania. Nie wiedziałam, czy będę, dlatego nie deklarowałam swojej obecności. A tymczasem nie dość, że pojawiłam się, to jeszcze dostałam do przeczytania w zastępstwie komentarz wstępny do nabożeństwa. W sumie sama byłam zaskoczona, kiedy podeszła do mnie pani B. z kartką i pytaniem, czy dam radę to przeczytać. Rzuciłam okiem na tekst, w a że nie było tego ażtak dużo stwierdziłam, że poradzę sobie.
Organista zaczął coś grać, a ja przez całą przygrywkę zastanawiałam się, co to za kolęda. Dopiero przy pierwszych słowach zorientowałam się, że jest to "Wśród nocnej ciszy". W życiu bym nie powiedziała, że to jest to. Na drugiej zwrotce spełzłam na dół, aby poczekać na odpowiednią chwilę wejścia na ambonę i przeczytania tego, co się dostało. Jednak organista jak na złość nie chciał zbyt szybko skończyć swojego występu. Ok., tylko że ja z każdym jego uderzeniem palca o klawisz denerwowałam się coraz bardziej. Choinka, kilkanaście razy już czytałam coś, ale chyba nigdy aż przed taką publicznością.
Wreszcie zabrzmiał ostatni akord i ksiądz zaintonował "W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Łaska Pana Jezusa...". Mogłam już wejść na ambonę i dać popis swoich możliwości. Ze stresu pomyliłam się w dwóch miejscach, ale poza tym - dałam radę. Jeszcze bałam się, że strącę bombkę z rachitycznych gałązek, na szczęście nie udało mi się tego dokonać. A uwierzcie mi, mam różne talenty. 
Potem spokojnie wróciłam na górę, bo przecież sprawiłam swoją powinność. Odłożyłam podkładkę z tekstem na bok i stanęłam z innymi przy mikrofonach. W sumie uważam się za normalną osobę i robię wszystko, aby mnie tak traktowano. I nawet mi się to udaje. A tym czytaniem zaskoczyli mnie niesamowicie.

poniedziałek, 24 grudnia 2018

844. "Dziś wszystkim z nas Bóg narodzi się"


Kochani,
zanim jeszcze zasiądziemy do wigilijnej wieczerzy
i przełamiemy się wzorem naszych przodków białym chlebem, życząc sobie wszystkiego co najlepsze,
chciałabym życzyć wszystkim wierzącym tego, 
aby w tą szczególną noc Wasze serca przepełniała Boża Miłość,
aby były one dla innych bardziej ciepłe, niż stajenka, w której Maryja powiła Dzieciątko
i bardziej gościnne od gospodarzy, którzy ponad 2000 lat temu nie chcieli przyjąć do siebie na tą szczególną noc ciężarnej Maryi.
Niewierzącym zaś życzę, aby spędzili ten czas w rodzinnej, pogodnej atmosferze, bez kłótni i waśni.
Wesołych Świąt!

niedziela, 23 grudnia 2018

843. Jutra może nie być

Trwa żałoba narodowa po śmierci 12 polskich górników w czeskiej kopalni w Karwinie. Jest to największa tego typu katastrofa w Czechach od 1990 roku. U nas podobna tragedia miała miejsce chociażby w 2006 roku w chorzowskiej kopalni "Halemba", gdzie w wyniku wybuchu metalu śmierć na miejscu poniosło 23 górników. Nie wiem jak to jest w innych częściach kraju, ale u nas, na Śląsku, tego typu katastrofy są szczególnie nagłośnione i przeżywane. Zresztą w mojej rodzinie było kilku górników, którzy przyjechali w rejony Zagłębia Dąbrowskiego za chlebem w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, tutaj osiedli, założyli rodziny, zdobyli fach górniczy. Co prawda żaden z nich nie ucierpiał podczas jakiś kopalnianych wypadków, ale przeżywali, kiedy coś się działo z ich kolegami po fachu.
Tyle się mówi przy okazji wszelkich katastrof kopalnianych związanych z wybuchem metanu o różnych nieprawidłowościach związanych z bezpieczeństwem górników, czy też z działaniem czujników. Na chwilę wszystko jest wzorowo zabezpieczone, bo przecież kontrolerzy bhp sprawdzają wszelkie normy bezpieczeństwa panujące pod ziemią. A potem? Potem wszelkie pomiary bezpieczeństwa są zdejmowane lub zafałszowywane, bo przecież są drogie w użytkowaniu, a i węgiel trzeba w miarę szybko wydobyć na powierzchnię ziemi. Tymczasem wybuch metanu nie nastąpi po kilku godzinach jego ulatniania się, tutaj potrzeba kilka dni. Naprawdę dla kilku tysięcy złotych(w przeliczeniu na naszą walutę) warto poświęcać życie bezbronnych w chwili wybuchu ludzi? Przecież ci górnicy pojechali do Czech nie tylko wydobywać tamtejszy węgiel, ale przede wszystkim, zarobić. Idąc w czwartek na wachtę nie myśleli o tym, że nie będzie wrócą już żywi na powierzchnię. Pewnie cieszyli się z nadchodzących świąt, z tego, że wrócą do ukochanych rodzin na Gwiazdkę. Wrócą, aby spocząć w ojczystej ziemi. Bo dla tych 13 górników, prawie a wszystkich Polaków, jutra już nigdy nie będzie. Znowu zaczną się kontrole w kopalniach, które niczego nie wykażą. Aż do podobnej tego typu tragedii.
Kilkaset tysięcy kilometrów na wschód, w dalekiej Indonezji, ponownie zatrzęsła się ziemia. Po czternastu latach względnego spokoju sytuacja znowu się powtórzyła. Podobna tragedia miała miejsce w tym samym rejonie, a nawet w podobnym czasie, w 2004 r. Nie sądzę, aby liczba ofiar osiągnęła podobną skalę(ich ilość szacuje się na ponad 200 tysięcy), ale wiadomo - znowu zginęli ludzie. Wielu z nich, podobnie jak wtedy, przyjechali w tamte tereny na upragniony urlop. Nikt im nie mógł tego zabronić. Inni byli mieszkańcami wyspy. Nie wiem, czy znowu zawiodły czujniki bezpieczeństwa, czy może zostały one wyłączone, bo okazały się nieopłacalne w użytkowaniu, w myśl zasady - tyle czasu nic się nie działo, więc nie mamy się czego obawiać. Tymczasem żywioł natury jest nieobliczalny, nie da się go przewidzieć bez odpowiednich urządzeń, a często i z ich pomocą. Wymarzone, wyczekiwane wakacje stały się dla wielu osób przedsionkiem piekła, nieznana jest liczba tych, którzy wrócą do swoich krajów w trumnach, bądź, ze względów epidemiologicznych, zostaną pochowani w obcej ziemi. Dla nich jutra też nie będzie.
Ale tragedie często toczą się nie na drugim końcu świata, tylko tuż obok, w domowym zaciszu. Niewinne dzieci umierają na różne choroby, rodzice giną w wypadkach samochodowych, staruszek daje swojej żonie za dużą ilość tabletek, po których ona już się nie budzi. Niedawno moja znajoma dostała zapaści z przepracowania, a dwójka jej dzieci(ach, jak oni się cieszyli z skromnych paczek świątecznych, które im podrzuciliśmy w piątek) trafiła do pogotowia opiekuńczego, bo nikt nie ma się nimi zająć. Jakie jutro przyniesie im kolejny dzień? Czy ich ukochana mama wyjdzie ze swojego beznadziejnego stanu, czy może nie, a oni sami trafią do domu dziecka? I znowu ich jutro będzie bardzo niepewne.

Kochani, w ten przedświąteczny czas zatrzymajmy się na chwilę w wirze swojego życia. Nic się nie stanie, jeżeli nie umyjemy podłogi, czy też na stole nie będzie 12 potraw. Wyciągnijmy telefon. Może w kontaktach mamy kogoś, z kim dawno nie rozmawialiśmy, może wręcz jesteśmy skłóceni? Może ten czas jest idealnym momentem na rozmowę, pojednanie się, przypomnienie o swojej pamięci. Może to już ostatni moment na taki gest? Wszak jutra może już nie być... 

sobota, 22 grudnia 2018

842. Oliwa sprawiedliwa...

Wreszcie udało mi się zamknąć wszystkie sprawy związane z projektem Szlachetna Paczka, co wcale nie było takie proste. Najciekawsza, a może najdziwniejsza, dla mnie była postawa liderki. Z jednej strony poganiała wszystkich, aby jak najszybciej napisali tzw. Prezent dla Darczyńcy. Ale jak ja ją poprosiłam w poniedziałek o sprawdzenie mi liczby paczek w papierach dla jednej rodziny, tak otrzymałam ją dopiero wczoraj wieczorem z beztroskim "Zapomniało mi się...". Ciekawe, że jej się nie zapomniało ponaglić mnie w tej sprawie dwa razy na grupie na facebooku. Przy okazji zapytałam jej co mam zrobić z opisem drugiej rodziny, której jeszcze nie wręczyliśmy paczek. Nota bene to jest ta rodzina, z której darczyńcą liderka kontaktowała się za moimi plecami, co według mnie nie było fair według mnie. Bo w końcu termin do wprowadzenia arkusza mam za dwa dni i coś by wypadało z tym fantem zrobić. Pominęłam już fakt, że wczoraj byliśmy umówieni z rodziną, aby zawieźć jej pozostałe paczki - podobno nie było samochodu(na upadłego liderka sama mogła je wozić, bo samochód ma spory). Usłyszałam w odpowiedzi, że mam wpisać, że rodzina dostała oprócz remontu 40 paczek z jedzeniem i że się cieszyła. 
Dzisiaj z samego rana dzwoni do mnie, że o 11 mam być u pani XYZ, bo jej brat(znaczy się pani XYZ, nie liderki) zgodził się zawieźć jej te paczki. Ona zaś sama nie może być, bo musi się wnukiem zająć. Ok., wyszykowałam się, udałam na wyznaczone miejsce. Weszłam do mieszkania i oniemiałam, bo mieszkanie wyremontowali wspaniale. Kątem oka spostrzegłam dryblasa, na oko w wieku 14-15 lat, niecierpliwie stojącego przy drzwiach. W pierwszym momencie myślałam, że to jakiś kolega najstarszego syna pani XYZ, który przyszedł pomóc w noszeniu paczek. Tymczasem okazało się, że jest to wnuczek liderki(co chwilę jęczał: "Babciu, chodźmy już..."). Dobra, ja też w tym wieku jeździłam do babci na wieś, ale najczęściej musiałam sobie sama zajmować czas, nie koniecznie spędzając go przed telewizorem i komputerem. Myślałam, że chociaż pomoże coś w przeładowywaniu. Nic z tych rzeczy. Zresztą sama liderka pojechała tylko do magazynu po wydanie paczek, bo miała masę rzeczy w domu do zrobienia przed świętami. Mam nadzieję, że wnuczek chociaż trochę pomoże babci w tychże porządkach... Bo na pierwszy rzut oka nie wyglądał na takiego, ale pozory mogą mylić, czyż nie?
W każdym razie poczekałam tą godzinę, aż przywiozą paczki do domu, delektując się efektem jego kapitalnego remontu. Jeszcze tylko trzeba okna powymieniać na nowe i będzie idealne do zamieszkania. Przy okazji zamieniłam kilka słów z córeczką pani XYZ, bardzo mądre i rezolutne dziecko. Wkrótce transport z paczkami przyjechał z powrotem i zaczęli wnosić je do mieszkania. Zgadnijcie ile ich było finalnie? 21! O 19 mniej niż mi kazała napisać liderka. Co się z nimi stało? Nie wiem, chyba wyparowały. Żałowałam, że nie przyjechała z nami, bo bym się jej otwarcie zapytała co z resztą, o której tak trąbiła na prawo i lewo na poniedziałkowym spotkaniu. Na szczęście darczyńca okazał się naprawdę w porządku i przygotował prezenty na bogato. Przynajmniej w tej kwestii nie musiałam kłamać.
Jestem zła na nią, a jednocześnie cieszę się, że nie uległam jej sugestii. Bo jak myślicie, kto by był pociągnięty do odpowiedzialności za różnicę w ilości paczek w liczbie prawie 20? Nie sądzę, aby liderka wzięła mnie w obronę, prędzej sama zrzuciłaby na mnie odpowiedzialność za powstałe manto. W myśl zasada, że mogłam sprawdzić, zanim napisałam. W każdym razie w opisie rodziny zawarłam, że to nie ja kontaktowałam się z darczyńcą, tylko ona oraz, że robiła to za moimi plecami, co nie powinno mieć miejsca. Zastanawiałam się też, czy nie wspomnieć o tych paczkach, ale już dałam sobie z tym spokój. Naprawdę, nie warto sobie psuć przedświątecznego humoru.

piątek, 21 grudnia 2018

841. Choinki ubrane, niestety nie moje

Zgodnie z obietnicą daną ostatnio księdzu, zostałam dzisiaj po Mszy świętej roratniej, aby pomóc w przystrojeniu kościoła. Swoją drogą to zabawne - jak tak to w Oratorium jest pełno animatorów zbijających przysłowiowe bąki. Ale jak już trzeba coś pomóc zrobić w kościele, to zgłasza się garstka. Dzisiaj była nas piątka. Pięciu, na jakieś trzydzieści osób. Ja rozumiem, że ksiądz proboszcz jest dosyć irytującym człowiekiem, większość z animatorów jest w ogóle z innych parafii, a każdy z nas ma masę roboty przed świętami, ale albo się angażuję w działalność danej parafii w 100%, albo nie narzekam, że coś jest nie tak. Ogólnie rozwaliła mnie koleżanka z Oratorium, która wyskoczyła do Boskiego Oskiego z pytaniem, czy może przyjść do niej po kolędzie, mimo że jest z innej parafii. X Oskar powiedział jej, że w sumie nie bardzo, na co ona zaczęła się tłumaczyć, że kilka lat temu ówczesny proboszcz naszej parafii przyszedł do nich na życzenie ich mamy. Ręce opadają. Abstrahując już od tego, jak w dzisiejszych czasach wygląda kolęda, to jest to czas, w którym kapłani poznają SWOICH parafian. A z drugiej strony, jak tak bardzo zależy jej na tym, aby odwiedził ich ksiądz z naszej parafii, to dlaczego nie zaprosi takiego księdza proboszcza? Ale to już jest chyba pytanie retoryczne...
Byłam trochę zdruzgotana frekwencją i już wyobrażałam sobie sytuację sprzed roku, kiedy taką samą ilość choinek + szopkę przygotowywaliśmy do 23:00. A przecież było nas trochę więcej niż dzisiaj. Tymczasem wszystko poszło nam tak gładko i sprytnie, że już o 21:30 byłam w domu. 
W tym roku obyło się też bez krwawych incydentów, chociaż w pewnym momencie jeden z chłopaków o mało nie zleciał z drabiny. Tzn. drabina poleciała na drugiego chłopca, ale ten który na niej stał, zdążył uskoczyć. Inaczej mogłoby być "ciekawie". Parafia jest też uboższa o jedną bombkę, na szczęście nie z mojego powodu(a uwierzcie mi, bombki potrafią "wybuchać" w moich rękach). Boskiemu Oskiemu wymsknęła się z dłoni. Każdemu się może zdarzyć.
I tak od lampek do lampek, od bombki do bombki, od Jezuska do Maryi, uporaliśmy się ze wszystkim. Efekt jak dla mnie wow, chociaż chyba nie mnie to oceniać. Nie było też za dużo do sprzątania, więc mogliśmy się w miarę szybko zwinąć. I w sumie dobrze, bo już marzły mi palce od stóp. Szkoda, że proboszcz nie zaproponował nam ciepłej herbaty(ma czajnik na zakrystii), ani tym bardziej podwózki do domu... No, ale chociaż nam podziękował.
A teraz czekają mnie porządki w mieszkaniu. Chociaż jutro jeszcze koło południa mam odwiedzić jedną rodzinę z projektu Sz.P. Znowu mam wkurzającą sytuację z liderką, ale widać ten typ człowieka będzie mi zawsze działać na nerwy. Nie będę już szczegółowo opisywać sprawy, ale wyszła już ona poza nasze miasto, do wyższego szczebla. A że trudno mi kłamać w pewnej sprawie to najbardziej na tym cierpię i obrywam. Mam nadzieję, że jutro pójdzie szybko i gładko, bo też chcę mieć czas dla siebie, tak jak piszę - ogarnąć mieszkanie, zacząć szykować się na wigilię. Niestety, przez natłok obowiązków nie zdążyłam(i chyba już nie zdążę) wysłać do Was(tzn. tych, których mam adresy) kartek, ale zrobię to po świętach. A przynajmniej mam taką nadzieję :).

czwartek, 20 grudnia 2018

840. A mówili mi - "Idź na matematykę"

We wrześniu pisałam Wam o tym, że oprócz M. mam jeszcze na korepetycjach z matematyki dziesięcioletniego H. Nie powiem, żebym się tym nie zdziwiła, bo H. to wyjątkowo inteligentne i bystre dziecko. Ale z drugiej strony postanowiłam najpierw wybadać sprawę, a potem zastanowić się co dalej.
I tak minęły blisko cztery miesiące. H. doskonale daje sobie radę z matematyki mimo wzrostu trudności materiału. Jak dla mnie korepetycje nie są mu tak bardzo potrzebne. Postanowiłam go więc dzisiaj zapytać go, o co w tym wszystkim chodzi. I co usłyszałam?
 - No bo ja sobie pomyślałem, że skoro M. ma tak fajnie, jak chodzi do ciebie na korepetycje z matmy, to i ja tak chcę mieć. No i tłumaczysz o wiele bardziej zrozumiale od pani P. Nie gniewasz się, prawda?
No, nie gniewam się, bo i po co? Umówiłam się jednak z H., że ma przychodzić do mnie tylko wtedy, kiedy faktycznie nie będzie czegoś rozumieć i to niekoniecznie z matematyki. 
A swoją drogą dziewięć lat temu mówili mi, abym szła na matematykę, po której uczyłabym dzieci w szkole. Mogłam wtedy posłuchać, ale podejrzewam, że mimo wszystko męczyłabym się na tych studiach. No i nie wyobrażam sobie tłumaczyć materiał 30 rozwrzeszczanym dzieciom. 
P.S. Nie ma ktoś z Was trochę wolnego, aby wpaść do mnie i zrobić porządek?

wtorek, 18 grudnia 2018

839. Serce dla Szymona

Wielokrotnie pisałam na blogu o różnych zbiórkach. Wspólnymi siłami zebraliśmy ponad 4 miliony złotych na zakup podwójnej dawki Nusinersenu dla Bartka i Weroniki Dul, którzy zmagają się z rdzeniowym zanikiem mięśni. Co prawda ostatnio NFZ podpisał całkowitą refundację tego leku, jednak przez długi czas rodzice nie wiedzieli czy to się stanie i wielu z nich na własną rękę zaczęło zbierać środki. I tak kiedy NFZ podpisywało stosowny papierek, rodzeństwo dostało pierwszą dawkę tego leku. Medykament może nie odwróci skutków SMA, ale jest szansa, że zahamuje jego postęp, a tym samym wydłuży życie dzieciaków i zwiększy jego komfort. Mam nadzieję, że wielu z Was przyczyniło się do tego zwyczajnym SMSem.
Dzisiaj przychodzę do Was z kolejną zbiórką, tym razem dotyczącą zaledwie 8 letniego Szymona, u którego stwierdzono bardzo ciężką wadę serca. Dowiedziałam się o niej u naszej Dusi, ale tak mnie chwyciła za serce, że nie mogłam o niej nie napisać.
W czterech literach HRHS ukryty jest ogrom cierpienia i niebezpieczeństwa, z którymi musi mierzyć się rodzina Szymona, od chwili jego urodzenia. To, że chłopiec urodzi się z połową serca, odkryto jeszcze podczas trwania ciąży. Po dokładnych badaniach wykonanych po urodzeniu okazało się, że stan Szymka jest na tyle dobry, że można na jakiś czas poczekać z operacją. Chłopiec rozwijał się i rósł. Kiedy miał niecały roczek, przeprowadzona została operacja Glenna, podczas której pojawiły się spore komplikacje. W rezultacie Szymek trafił na OIOM, gdzie leżał sam z wielkim opatrunkiem na środku klatki piersiowej wśród plątaniny kabli, ogromu rurek i aparatury podtrzymującej życie. W dodatku jego stan ulegał stałemu pogorszeniu. Wykonano jeszcze dwie operacje, po których zaczęło mu się poprawiać.
Szymek Kalinowski
Rok później potrzebna była kolejna operacja, ponieważ korekta tego rodzaju wady serca składa się z 3 etapów. Odbyła się ona 14 marca 2012 roku. Do tego czasu chłopiec z wyjątkiem wady, nie miał innych chorób. Prowadzono z nim dziecięce rozmowy, a także spacerowano, ponieważ jego nogi były sprawne. Nikt się nie spodziewał tragedii, jaka wydarzyła się na stole operacyjnym. Po cewnikowaniu podczas ekstubacji serce chłopca zatrzymało się. Szymona reanimowano przez ok. 30 minut. Lekarzom udało się przywrócić go do życia, jednak skutki tak dużego niedotlenienia mózgu są zatrważające. Już po powrocie Szymka na oddział jego rodzice zauważyli nasilające się drgawki, które okazały się wynikiem urazu mózgu. Malec był ciągle pogrążony we śnie, rozbudzał się tylko podczas ataków objawiających się krzykiem i napięciem wszystkich mięśni. Wkrótce zdiagnozowano u niego padaczkę oraz niedowład spastyczny czterokończynowy. Rodzice nagle dowiedzieli się, że oprócz wady serca będą musieli jeszcze sprostać niepełnosprawności ukochanego syna. U Szymona cofnęły się wszystkie nabyte umiejętności, takie jak mówienie, chodzenie, czy nawet siedzenie. Jego twarz przypominała nieruchomą maskę, a smutek w oczach dopełniał obraz rozpaczy. Rodzice chłopca wielokrotnie słyszeli, że dziecko będzie "warzywem", że po takich uszkodzeniach mózgu nic się nie da osiągnąć. Jednak sześć lat po tych zdarzeniach przyznają, że warto było walczyć, że zawsze warto się starać, nawet gdy wszyscy dookoła mówią, że będzie źle. Dzięki ich determinacji twarz malca nabrała rumieńców, a krzywe grymasy zaczęły przekształcać się w uśmiechy. Wierzą, że będą mogli znowu cieszyć się jego roześmianą buzią.
Szymek Kalinowski
Niestety, przez zatrzymanie krążenia i powikłania po nim Szymek nie przeszedł jeszcze ostatniego etapu korekty wady serca. Niedawno udało się przeprowadzić cewnikowanie serca, po którym chłopiec został zakwalifikowany do trzeciego etapu  korekty wady serca. Rodzice chcą, aby leczeniem serca Szymonka zajął się słynny prof. Edward Malec, ponieważ najlepiej zna jego serce. Niestety, operacja jest kosztowna, a oszczędności rodziców chłopca wydawane są na jego codzienną rehabilitację.
Szczegóły pomocy Szymonowi znajdziecie >>tutaj<<.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

838. Bodźcowanie w hipermarketach

Niezbyt lubię chodzenie po supermarketach i najczęściej idę do nich z czystej konieczności. Np. kiedy jest duży proszek w całkiem przyzwoitej cenie, albo potrzebuję jakiegoś specyficznego produktu. W większości przypadków omijam je jednak z daleka. Za dużo w nich ludzi i hałasu, a za mało swobody. Dużo bardziej wolę osiedlowy bazarek, gdzie właściwie kupuję wszystkie potrzebne mi produkty żywnościowe. Ostatnio wykalkulowałam sobie, że kupno 10 kopert w jednej z sieci jest bardziej opłacalne niż na poczcie. A skoro jest opłacalnie to czemu nie wykorzystać okazji? 
Weszłam do sklepu i od razu przygniotło mnie "Last Christmas" wydobywające się z zawieszonych u sufitu głośników. Przeklęłam w duchu, bo jakoś tuż po Bożym Narodzeniu cała ta sklepowa otoczka świąt gdzieś znika. Ale rozumiem, trzeba przypomnieć klientom o świątecznych prezentach. Stoiska przytłaczają wyborem prezentów. Idę pomiędzy nimi jak zahipnotyzowana i automatycznie uśmiecham się do pluszowych misiów, bo wydają mi się najbardziej przyjazne. Same zdają się zachęcać do pogłaskania ich delikatnych tkanin. Po chwili do moich nozdrzy dociera przyjemny zapach piernika, a w ustach czuję jego specyficzny smak. Ludzie dookoła mnie gdzieś się spieszą, a ja na chwilkę przystaję, aby się nim delektować. Automatycznie przypominam sobie, że na szafie w pudełku mam schowane pierniczki, które dostałam od jednej z rodzin obdarowanych podczas finału "Szlachetnej Paczki". Na szczęście kolejnymi półkami były już te z artykułami papierniczymi. Bez problemu odnalazłam koperty, a przy okazji kupiłam mały zeszyt w kratkę, aby zapisać w nim zgromadzone adresy do Was. 
Potem już tylko musiałam odstać swoje w kasie, a 1,58 zł, które wydałam na zakupy musiało trochę żałośnie wyglądać przy setkach zostawianych przez innych klientów. Ale z drugiej strony każdy kupuje to co potrzebuje, prawda?
A swoją drogą taka wyprawa do hipermarketu przed świętami bardzo dobrze odzwierciedliła to, co kilka lat temu wyczytałam w jednym z czasopism popularnonaukowych*. Zresztą podzielę się z Wami uzyskaną wtedy wiedzą na temat tego, jakie bodźce i zmysły są uruchamiane w tego typu sklepie w celu zwiększenia ilości zakupionych rzeczy i produktów.
  1. Węch - Zapachy budzą w nas wspomnienia. Wszystko zależy od tego, czy są one pozytywne, czy też nie. Jeżeli dobrze się nam kojarzą, to jest wysoce prawdopodobne, że kupimy daną rzecz. Odpowiada za to układ limbiczny. Reguluje on zachowania emocjonalne i wspomnienia. To w nim lądują bodźce zapachowe, które są automatycznie przypisane określonym emocjom.
  2. Dotyk - W naszych dłoniach znajduje się ponad 10 tysięcy maleńkich receptorów. Czekają one na sygnały, które w zaledwie kilka mikrosekund są przetwarzane w mózgu na informacje o produkcie. Badania wykazały, że im mniejsza wydaje się skóra sofy, tym wyższa jest ocena jakości mebla, pilot obsługujący sprzęt RTV musi zaś mieć odpowiedni ciężar, aby sprawić wrażenie porządnie wykonanego. Dla przedsiębiorstw zmysł dotyku jest niesłychanie ważnym kanałem komunikacyjnym. Dlatego koncerny motoryzacyjne testują w laboratoriach jaka w dotyku jest tapicerka dla potencjalnych klientów. Także producenci kosmetyków i ubrań coraz częściej stawiają na związany z dotykiem neuromarketing haptyczny. 
  3. Słuch - Prowadzone testy dowiodły, że muzyka, w której słychać 72 basowe uderzenia na minutę, podnosi sprzedaż produktów nawet o 20%. Dlaczego się tak dzieje? 72 uderzenia na minutę odpowiada liczbie uderzeń serca człowieka, który jest zrelaksowany. Rejestrowana muzyka podświadomie skłania nas do zwolnienia kroku i dłuższego zatrzymania się przy danym regale. Nawet odgłos łamania chipsów może sprawić wybór tych, a nie innych. Wykazano bowiem, że im wyższa częstotliwość dźwięku podczas ich przełamywania, tym większą popularnością cieszą się podczas konsumenckich testów.
  4. Wzrok - Słodkie, kwaśne, słone, gorzkie, umami - naukowcy przez całe dziesięciolecia zakładali, że smaki rozpoznawalne są wyłącznie poprzez receptory smakowe. Dzisiaj już wiadomo, że na smak bezpośrednio wpływa to co widzimy. Jaskrawa pomarańcza przed oczyma mówi mózgowi: "Uwaga, jestem kwaśna!" bez względu na to, jak smakuje na prawdę.
Strach się bać. Myślę, że powinniśmy być świadomi powyższych czterech punktów, kiedy będziemy szli robić zakupy w hipermarkecie, aby nie wpaść w pułapkę zakupów.

* źródło: Świat Wiedzy 2/2011; str 62-64

sobota, 15 grudnia 2018

837. Szlachetna Paczka moim okiem

Minął tydzień od finału Szlachetnej Paczki - pierwszego w moim życiu. Po fali entuzjazmu czas na pewne podsumowanie okiem "świeżaka". Nie będę się wypowiadać o współpracy z liderką, bo już kilka razy pisałam o jej dziwnym postępowaniu(a dzisiaj znowu uraczyła mnie SMSem z serii dziwnych), będę się starała skupić na ogólnej idei.
  1. Tylko mądra pomoc ma sens - z zewnątrz wygląda to tak, że Ośrodki Pomocy Społecznej  i inne im podobne instytucje typują swoich najbiedniejszych respondentów, aby otrzymali paczkę na święta. To nie do końca tak. Owszem, zdarzają się zgłoszenia z MOPSów, GOPSów, PCPRów itp., ale też z Caritasu, parafii, szkół, od opiekunek środowiskowych oraz indywidualnych osób. Druga sprawa to taka, że nie wszystkim się pomaga. Bo ideą Szlachetnej Paczki jest taka pomoc, która ma za zadanie pomóc stanąć na nogach danej rodzinie. O ile oczywiście rodzina robi wszystko, aby tak się stało, np. szuka pracy, rozwiązań swoich kłopotów. Bo w przeciwnym razie jest automatycznie wykluczana z programu. Podobnie jak w przypadku, kiedy rodzina kręci. A to w dzisiejszych czasach bardzo łatwo sprawdzić, np. za pośrednictwem facebooka(no bo któż z nas nie zamieściłby na nim zdjęć z bajkowych wakacji w ciepłych krajach), czy też podpytując "wspólnych znajomych". I wtedy może się zdarzyć, że "biednych" ludzi stać na wiele. Oczywiście są skrajne przypadki, jak ciężka choroba w rodzinie wymagająca leczenia zagranicznego, niepełnosprawność, czy po prostu starość. Spokojnie, wolontariusze też są ludźmi. Dlatego nie ma jakiś sztywnych ram co do przydzielania pomocy poszczególnym ludziom, a każdy przypadek rozpatrywany jest indywidualnie. Tym bardziej, że SzP nie ma na celu pomóc w wegetacji, tylko powinna być impulsem do dalszego działania. Zdarza się też tak, że rzeczy w paczce są sprzedawane, dlatego po jakimś czasie rodzina ponownie jest odwiedzana i przeprowadzana jest z jej członkami rozmowa, w jakim stopniu poprawiło się ich życie po otrzymaniu paczki i czy ona coś w nim zmieniła. W razie jakichkolwiek wątpliwości wszelkie uwagi są wpisywane do profilu rodziny w bazie i kolejni wolontariusze wiedzą, co było nie tak.
  2. Darczyńcy to nie tylko "grube ryby" - zanim trafiłam do zespołu Szlachetnej Paczki wiele razy słyszałam opinie, że "grube ryby" dają "patologii", aby "pokazać się w mediach". Trochę jest to dla mnie krzywdząca opinia. Bo po pierwsze - o tym, że respondenci w większości nie pochodzą z patologii pisałam punkt wcześniej. Najczęściej są to zwyczajne rodziny, którym po prostu nie do końca powiodło się w życiu. Najważniejsze to nie oceniać nawet jeżeli widzi się, że są z dzielnic niecieszących się dobrą sławą. Podobnie z darczyńcami. Są wśród nich duże firmy, a nawet władze miasta, ale są też różne placówki takie jak szkoły i przedszkola, a także prywatne osoby. Co ciekawsze, wiele z nich nie chce się ujawniać, pragnąc tym samym pozostać anonimowymi darczyńcami. Jasne, w telewizji bardzo często pokazywane jest to wszystko z pompą, ale tak naprawdę większość paczek przekazywana jest przez nas, wolontariuszy do odpowiednich domów. A mnie naprawdę daleko jest do przysłowiowej "grubej ryby". 
  3. Darczyńca darczyńcy nierówny - większość darczyńców SzP to prawdziwi święci Mikołajowie, którzy kupią dużo więcej, niż oczekuje rodzina. Zdarzają się jednak też tacy, którzy kupią byle jakie produkty żywnościowe i higieniczne, zapakują w ogromny karton(coby ładnie wyglądało) i są wielce zadowoleni, że spełnili dobry uczynek. Tymczasem tak naprawdę rodziny te zawsze kupują najtańsze produkty, bo na inne ich nie stać. Tutaj nie chodzi o zrobienie paczki na odczepnego, ale o zapakowanie im dobrych jakościowo produktów. Poza tym jest coś takiego jak trzy najważniejsze potrzeby rodziny oraz prezenty dla poszczególnych jej członków i te dwa punkty darczyńca musi zapewnić. O ile na prezenty zbytnio nie mamy wpływu(o ile są to rzeczy do 150 zł), bo mają one być po prostu miłym upominkiem, o tyle trzy najważniejsze potrzeby są przez nas weryfikowane. Chodzi tutaj głównie o zasadę 1 droższa rzecz + 2 tańsze, ale też nie chcemy sytuacji, żeby darczyńca myślał, że rodzina jest roszczeniowa. Dlatego ważne jest, aby darczyńca dokładnie zapoznał się z potrzebami rodziny, zwłaszcza tymi najważniejszymi, i zastanowił się, czy jest w stanie sprostać ich zakupowi. A jeżeli nie, a dana osoba chce się włączyć w przygotowanie paczki, to z tego co wiem, większość szkół angażuje się w pomoc. Wystarczy iść do najbliższej placówki i zapytać się, czy można się w jakiś sposób dołączyć do zbiórki. Naprawdę, lepsze to od widoku łez dziecka, które nie znalazło w paczkach lalki, o którą tak bardzo prosiło.

piątek, 14 grudnia 2018

836. Dysharmonia do potęgi entej

Co jak co, ale komunikacja pomiędzy różnymi grupami parafialnymi aktualnie szwankuje. Jeżeli człowiek sam sobie czegoś nie załatwi, nie zapyta, nie wychodzi, to tego nie dostanie. A każdy będzie na każdego zganiał, że ten drugi mu nie powiedział.
Weźmy na przykład dzisiejsze roraty, gdzie nagle okazało się, że schola ma do przygotowania czytania. Ok, była nas trójka, więc jedna osoba wzięła czytanie, a dwie pozostałe, w tym ja, Modlitwę Wiernych. Tylko co by było, gdyby nikogo nie było tak jak wczoraj(no dobra, byłam ja i pani B. no ale wiadomo o co chodzi). W sumie nic by nie było - księża sami by sobie musieli wszystko ogarnąć, ale litości... Osobiście wróciłam od pewnych chłopców z pogotowia opiekuńczego(dalej wyciskam łzy), udało mi się zdążyć na czas, ale była też możliwość, że mi się to nie uda. A tak zaplanowałabym sobie tak czas, aby wcześniej do nich podjechać i wrócić tak, aby na spokojnie zdążyć. 
Podobna rzecz się ma z Pasterką. Wiadomo, że będzie jedna i że śpiewa na niej zespół, jednak już dawno było mówione, że schola może się dołączyć. A potem wszystko umilkło. I milczało do dzisiaj. Bo oto dzisiaj po roratach postanowiłam sama z siebie podejść do J. z pytaniem, czy można się dołączyć do śpiewania na Pasterce, tak samo jak podczas świąt Wielkanocnych i 35-lecia istnienia parafii. J. nie widziała problemu, a nawet była zaskoczona, że nikt nas nie powiadomił kiedy są próby. Powiedziałam jej, że nie ma sprawy, że mogę powiedzieć reszcie. Po powrocie do domu dzwonię do pani B.(co ona jest taką naszą głównodowodzącą) i co słyszę? Że ona się w to nie miesza, bo nikt jej nie powiadomił wcześniej, kiedy są próby... Choinka, nie musi się w to angażować, ale ma numery telefonu do nas wszystkich(w przeciwieństwie do mnie), mogłaby wysłać SMSa z informacją jak zwykle. Zresztą czasami warto samemu o coś dopytać.
Podobna rzecz ma się z niedzielnymi Mszami świętymi. Zlikwidowali jedną i od razu zaczęła się walka schola-zespół o oprawę tej o 10:00. Bo tak naprawdę tylko ta godzina jest najbardziej optymalna i dla nas i dla nich. Tak więc wzajemnie na siebie warczymy(a do warczenia dochodzi jeszcze młodzież z Oratorium), a pośrodku tego dziwnego i niezbyt dla mnie zrozumiałego konfliktu jestem ja, trzymająca sztamę i z jednymi i z drugimi i z trzecimi. Bo tutaj i tutaj mam znajomych. 
O wigilii już nie wspomnę. Zawsze każda wspólnota miała oddzielnie i wszystko było dobrze. Spotykaliśmy się w naszym kameralnym gronie na tą godzinkę, były życzenia, były kolędy, była swojska atmosfera. Teraz ma być jakaś jedna wspólna wigilia dla wszystkich wspólnot. No może i dobrze, ale ja z pewnych względów wolę kameralne spotkania. Termin dwa dni przed wylotem do Panamy. A że robiona jest w osiedlowym klubie, to jest wielce prawdopodobne, że trzeba będzie płacić... Nikt nie wie jak to wszystko będzie wyglądać, a strach się odezwać, bo jeszcze zostanie się ekskomunikowanym.
Denerwuje mnie taka dysharmonia i braku komunikacji między grupami. A główny sprawca zamieszania umywa ręce niczym Poncjusz Piłat. W jakimś wywiadzie z okazji 35-rocznicy istnienia parafii powiedział, że ma jeszcze kilka pomysłów, które chciałby wprowadzić. Ja zaś się zaczynam obawiać o ich skutki.

środa, 12 grudnia 2018

835. "Śnieg! Śnieg!"

Półtora godziny zajęć z M. jest dla mnie niemałym wyzwaniem. Nie wiem jak odbiera to sam M., nie potrafię wczuć się w jego skórę, ale ja nierzadko jestem naprawdę zmęczona tym wszystkim. Bo przecież ja też muszę się przygotować do zajęć, przejrzeć zadania w książkach, poszperać w internecie. I on, zmęczony szkołą, całym tym zgiełkiem i wymaganiami stawianymi uczniom przez nauczycieli. Szkoła jest potrzebna, jednak często nauczyciele traktują uczniów przedmiotowo, a nie indywidualnie. Dla większości dzieci nie ma to znaczenia, jednak uczniowie tacy jak M. czasami gubią się w tym wszystkim.
Siedzimy więc sobie w neutralnym miejscu, jakim jest salka oratoryjna, po raz enty przerabiając liczby ujemne, a że opornie nam to idzie to już swoją drogą. Ogólnie uważam, że M. powinien mieć orzeczenie o kształceniu specjalnym, tudzież dostosowanym do jego temperamentu. Nie jest głupi, ale nie potrafi się skupić. Tak więc młodzieniec walczył z zadaniami, a ja byłam bardziej pochłonięta własnymi myślami niż tym, co się dzieje dookoła. Kolejny raz życie udowodniło mi jak bardzo jest niesprawiedliwe wobec najsłabszych jednostek. Nie chcę tutaj pisać o co chodzi, bo sprawa nie dotyczy ani mnie, ani nawet serdecznych przyjaciół, a raczej neutralnej osoby. Osoby, która mimo tego że była zupełnie obca dla mnie, przez dwa lata wykazywała się niecodzienną empatią i wyrozumieniem, osoby, która jest zaprzeczeniem wszelkich stereotypów na temat wykonywanego przez nią zawodu. Tak bardzo, bardzo bym chciała aby to co się wydarzyło miało szczęśliwe zakończenie... Z tych nerwów musiałam pójść się wybiegać, czasami to pomaga.
Ogólnie dotychczas śnieg imał się naszego rejonu. Być może dlatego nie zauważyłam jak zaczął padać za oknami, pomimo tego, że twarz miałam raczej zwróconą w ich kierunku. Nie chciałam, aby M. widział łzy w moich oczach. To nie to, żebym się wstydziła moich uczuć. Po prostu nie chciałam aby się rozpraszał. Zmiana pogody nie umknęła jednak uwadze młodego i jak oparzony zaczął krzyczeć:
 - Śnieg! Śnieg! Będziemy się rzucać śnieżkami! Będą białe święta!
Dopiero wtedy zauważyłam burzę śnieżną za oknami. W sumie mogłam się tego spodziewać, ponieważ wczoraj zasypał wioski położone na trasie Kraków-Olkusz. Co prawda nie sądzę, aby bez dosypki do jutra ten śnieg wytrwał(w sumie już na treningu niewiele go było), ale nie chciałam odbierać mu tej radości.

wtorek, 11 grudnia 2018

834. Nasza osobowość

Jestem człowiekiem społecznym i bardzo często, przełamując własny lęk, spotykam się z różnymi ludźmi. I to nie tylko w świecie rzeczywistym, ale też w wirtualnym, za pośrednictwem internetu. I powiem Wam bardzo szczerze - każdy z nas ma inną osobowość, co sprawia, że jesteśmy wyjątkowi i  niepowtarzalni. Ale co tak naprawdę na nią wpływa?
Niezależnie od tego, jak buntujemy się w młodości, z czasem coraz bardziej upodabniamy się do naszych rodziców. Przyczyną tego są przekazane nam przez rodziców geny, tworzące fundament naszej osobowości zanim jeszcze nasze serce po raz pierwszy zabije. 
Młodzi ludzie postrzegają swoich rodziców jako nudnych, zacofanych, przesadnie ostrożnych - innym słowem widzą u nich te cechy, których nie chcieliby widzieć u siebie. Nie zdają sobie jednak sprawy z tego, że sami tacy są, chociaż jeszcze niewiele na to wskazuje. Naukowcy uważają, że geny rodziców w 50-70% decydują o charakterze ich potomków. Niektóre wrodzone cechy ujawniają się jednak nawet po kilkudziesięciu latach. Dzieje się tak, ponieważ część dziedziczonych cech jest tłumiona przez dziecięce instynkty, a w późniejszym okresie także przez przemiany hormonalne w mózgu nastolatka. 
Nasza osobowość stabilizuje się w wieku 25-30 lat. Uśpione geny aktywizują się, a przez to ujawniają prawdziwą osobowość człowieka. To, co wcześniej postrzegaliśmy jako "zacofanie", teraz staje się "doświadczeniem", "nudne" zmienia się na "wygodne", a "nadmierna ostrożność" - w "rozsądek". Wpływ na osobowość dziecka mają także doświadczenia rodziców. Kilka lat temu przeprowadzono badania dzieci, których matki na krótko przed zajściem w ciążę przeżyły ataki na wieże WTC w 2001 roku. Odkryto wtedy, że na skutek tych doznań prawdopodobnie zmieniła się regulacja niektórych genów - przekształcone cechy dziedziczne zostały przekazane dzieciom wykazującym dzisiaj ponadprzeciętnie intensywne reakcje lękowe. 
Nasze ja nie jest jednak całkowicie zaprogramowane z góry. Również po narodzinach wpływ bodźców zewnętrznych zewnętrznych może zmienić dynamikę genów, a więc i nasz charakter. Nasza osobowość w najwyżej 50% kształtowana jest przez wychowanie, odżywianie i warunki środowiskowe. Geny wyznaczają jedynie kierunek. Dopiero z biegiem lat okaże się jaką drogę obierze nasza osobowość. Co więc oprócz genów wpływa na naszą osobowość?
Bakterie - włamują się do naszego mózgu, manipulują neuronami. Jest to ich sposób na przebudowanie systemu operacyjnego naszej osobowości. Bakterie i pasożyty stanowią zagrożenie nie tylko dla naszego zdrowia fizycznego, ale też mogą zmienić naszą osobowość. Do niedawna uważano, że bakterie i pasożyty potrafią jedynie wpływać na takie funkcje życiowe jak oddychanie, trawienie, ciśnienie krwi i temperatura ciała oraz, że mogą unicestwiać komórki nerwowe. Dzisiaj wiadomo, że są w stanie wpływać też na ludzkie ja. Centrum sterowania naszym zachowaniem jest regulowane przez sieć komórek nerwowych oraz uwarunkowane genetyczne wydzielanie neuroprzekaźników w mózgu. Kiedy takie bakterie jelitowe przenikną do komórek nerwowych wpłyną w ten sposób na zachowanie tak ważnej dla nas transmisję sygnałów. Wirusy i pasożyty są nawet w stanie przestawić wydzielanie neuroprzekaźników i manipulować naszymi emocjami oraz percepcją. 
Jedna chwila, która może przeprogramować naszą osobowość - Jan niespodziewanie doznał udaru. Jego mózg zostaje znokautowany przez dwa zakrzepy. Przez cztery godziny trwa walka o jego życie. Jej skutki są zadziwiające - nie dość, że mężczyzna przeżywa, to jeszcze całkowicie zmienia się jego osobowość. Mężczyźnie bardzo odpowiada ta przemiana, ponieważ wcześniej był uzależnionym od heroiny człowiekiem, który wielokrotnie trafiał do więzienia za różne przestępstwa. Kiedy Jan obudził się po udarze, zaczął pisać wiersze i malować obrazy, chociaż szkołę porzucił w wieku 14 lat. Zanikła chęć wzięcia kolejnej działki, jak też skłonność do przemocy. Jak to się mogło stać? W całym naszym systemie nerwowym miliony neutronów jest połączonych ze sobą poprzez niezliczoną ilość synaps. Połączenia te działają na komórkę nerwową do której przekazuję informacje stymulująco lub hamująco. W ten sposób kształtują naszą osobowość. W przypadku Jana zakrzepy uszkodziły tak wiele z hamujących połączeń w mózgu, że mogła rozwinąć się w nim tłumiona dotąd kreatywność. Jednocześnie podczas udaru mogły zostać zniszczone obszary odpowiedzialne za zwiększenie poziomu agresji. Zastanawiające jest też to, dlaczego tak rzadko skutkiem udaru jest zmieniona osobowość. Tak naprawdę umiejscowienie zakrzepu, liczba synaps, które uległy zniszczeniu oraz funkcje zablokowanych neuronów odgrywają znaczącą rolę w kwestii tego, czy i w jaki sposób człowiek przeżyje udar. 
Ciemna strona naszej osobowości - każdy z nas ma swoją "ciemną stronę", na którą może składać się na przykład agresja, lęk, czy też zazdrość. Przez długi czas system operacyjny naszego ja uchodził za niezmienny. Badania dowodzą jednak, że można przejąć nad nim kontrolę, a tym samym zwiększyć szansę na odniesienie sukcesu. Fundament naszej osobowości jest niezmienny, ale tylko on. Jej system operacyjny składa się z niezliczonych programów, które da się zmienić. Pozytywne cechy można wzmocnić, zaś negatywne - zablokować. W dodatku takie cechy charakteru jak silna wola mogą zostać wprowadzone do naszej osobowości niczym aplikacje, co pozwoli na usunięcie zachowań uchodzących za niepożądane. Fachowo można to nazwać rozwijaniem osobowości. Jeśli ktoś używa swojej osobowości do usprawiedliwienia wszelkich porażek życiowych ma tylko częściową rację. Każdy z nas może częściowo zmienić swój model zachowania. Kluczową rolę odgrywa tutaj ciemna strona naszej osobowości. Wspomniane wcześniej cechy, takie jak agresja, lęk czy zazdrość występują u każdego z nas z różnym natężeniem. Potrafią nas one nakłonić do stosownych według nas czynów, które jednak mogą ranić innych. Tymczasem ważna do osiągnięcia sukcesu w życiu jest blokada negatywnych bodźców. Jeżeli więc ktoś z nas ponosi porażkę, to dzieje się tak w dużej mierze z powodu nieumiejętności kontrolowania owej "ciemnej strony mocy". Rada psychologów jest prosta - aby się zmienić trzeba przede wszystkim wzmocnić samokontrolę. Pomocne jest w tym postawienie sobie trzech następujących pytań:
1. Czy moje reakcje są usprawiedliwione?
2. Czy mógłbym zachowywać się inaczej?
3. Jakie byłyby tego zalety?
Zadając sobie regularnie te pytania z czasem zmienią się nasze odpowiedzi na nie. Z biegiem czasu pogarsza się nasza zdolność przystosowywania się, ale wtedy możemy modyfikować nasz system operacyjny. U ludzi odchodzących od przyzwyczajeń bądź konfrontujących się z swoimi negatywnymi emocjami, tworzą się z czasem nowe połączenia między neuronami. Zaleca się, by negatywne emocje oceniane były jako pomoc wysyłaną przez nasz mózg. Kiedy w autobusie widzimy hałaśliwą grupę nastolatków, najczęściej odczuwamy strach. Oznacza to, że psychika chce nas wesprzeć - każe nam więc zwiększyć czujność. Sztuka w tym wszystkim polega na tym, żeby wykorzystać tą pomoc, np. demonstrując pewność siebie. Im częściej zastosujemy ten wzorzec reakcji, tym bardziej staje się on dla nas rutyną skutecznie zmieniającą nasze zachowanie. Naukowcy udowodnili, że wystarczy jedna pozytywna zmiana, aby zmodyfikować naszą samoświadomość.

Narcyzm - kiedy ogarnia nas mania wielkości?: "Jestem inny. Mam inną budowę ciała, inny mózg, inne serce. Człowieku, w moich żyłach płynie krew tygrysa! Umieranie jest dobre dla głupców, to coś dla amatorów." - te słowa padają z ust Charliego Sheena podczas wywiadu telewizyjnego. Psychologowie są zgodni co do tego, że ten amerykański aktor cierpi na tzw. chorobliwy narcyzm. Można powiedzieć, że istnieją dwa rodzaje narcyzmu: zdrowa i patologiczna. W przypadku pierwszej z nich ludzie mają nieco zbyt wysoką samoocenę. Jeżeli dotyczy ona jedynie małej części osobowości, to może on mieć nawet pozytywny wpływ. Powoduje bowiem to, że lepiej znosimy krytykę i jesteśmy bardziej pewni siebie. Odmiana patologiczna(narcystyczne zaburzenie osobowości) jest niebezpieczne zarówno dla otoczenia jak i osób nią dotkniętych. Ponieważ nie znają one współczucia, nawiązanie trwałych relacji społecznych jest dla nich praktycznie niemożliwe. Narcyzm powstaje w wyniku oddziaływania na siebie cech dziedziczonych i doświadczeń z okresu wczesnego dzieciństwa. Zasadniczą rolę w pierwszym okresie życia patologicznych narcyzów odgrywa rozpieszczenie. Jeżeli dziecko jest przez rodziców wyłącznie chwalone i nagradzane, to z biegiem lat jego pewność siebie zmieni się w megalomanię. Narcyzm ma paskudny charakter: jest egocentryczny, wymagający wobec innych, lubi poniżać, jest roszczeniowy, usilnie dąży do perfekcji, jest nieufny, nie okazuje empatii ani skruchy, jest emocjonalnie zdystansowany, nieautentyczny oraz ma skłonność do nałogów. Obecność u kogoś 8 spośród tych cech świadczy o predyspozycji do narcyzmu.
Rezyliencja - czy potrafimy znosić porażki?: Siedemnaście lat czekania na wielki rzut, w tym czasie rozegranie ponad 1100 meczy. Mimo ogromnego talentu Dirk Nowitzki regularnie ponosił wraz ze swoją drużyną porażki. Jednak każde negatywne doznanie sprawiało, że stawał się coraz silniejszy. W końcu przyszedł czas na sukces - w 2007 roku został najbardziej wartościowym graczem sezonu zasadniczego, a cztery lata później zdobył upragnione mistrzostwo w NBA. Wielu innych poddałoby się po ciągłych niepowodzeniach. ale Dirk ciągle walczył. Dla psychologów było oczywiste, że cechy charakteru sprawiły, iż ten mający polskie korzenie koszykarz jest taki  mocny. Tzw. rezyliencja, na którą składa się odporność i wytrwałość, to zdolność do radzenia sobie z porażkami, wychodzenia silniejszymi z wszelkich kryzysów i obracanie klęsk w zachętę do dalszego działania. Długo zastanawiano się, jakie czynniki wpływają za odporność człowieka. Dzisiaj wiadomo, że rezyliencja jest bardzo dynamicznym procesem, na który wpływają uwarunkowania genetyczne i środowiskowe, dlatego nie da się jej przewidzieć, ani sztucznie wytworzyć. Dowiedziono też, że osoby dobrze znoszące porażki posiadają wiele wspólnych cech - często mają kogoś, komu mogą ufać, mają jasno określony system wartości, są inteligentne, skore do pomocy i bardzo tolerancyjne, osiągają bardzo wysokie oceny w testach pięciu filarów osobowości. Psychologowie twierdzą, że optymalną drogą do przezwyciężenia kryzysów jest szukanie wsparcia. Kontakt z innymi ludźmi korzystnie wpływa na ocenę sytuacji przez nasz mózg i często nie pozwala popaść w rozpacz. Osoby, którym ufamy są czymś w rodzaju koła ratunkowego, kiedy wali nam się świat. Wszystkie opisane wyżej czynniki i cechy charakteru doskonale pasują do Dirka. Wychował się w sportowej rodzinie - jego matka też grała w koszykówkę, a ojciec w piłkę ręczną. Ponadto przed pierwszym treningiem w USA wiedział, że poniesie niejedną porażkę, zanim przyjdzie sukces. Badania wykazały, że blisko 1/3 z nas ma genetyczne predyspozycje, dorastała w odpowiednim środowisku i charakteryzuje się tak silną wolą, że są w stanie poradzić sobie z największymi porażkami. Z biegiem czasu osoby te zamieniają swoją osobowość w twierdzę. Niepowodzenia mogą ją wstrząsnąć, ale nie zniszczyć.
Psychopatia - czy istnieją urodzeni mordercy?: Jeden z psychologów z kanadyjskiego uniwersytetu twierdzi, że psychopaci stanowią 1% populacji ludzkiej. Oznaczałoby to, że w Polsce jest ich ok. 385 tysięcy. Wobec tego statystycznie w każdej firmie na stu pracowników jeden z nich powinien być tykającą bombą zegarową. Na szczęście rzadko wybucha. Cechy takiej osoby pozostają najczęściej w ukryciu. Istnieją jednak wyjątki, takie jak Anders Breivik - Norweg, który latem 2011 roku zabił 77 osób. Swój przerażający zamach przygotował i przeprowadził z chłodną precyzją. Dzisiaj wiadomo, że Breivik jest prawicowym ekstremistą, fanatykiem, a przede wszystkim - psychopatą. Psychopaci w sensie klinicznym(osoby cierpiące na szczególnie ostrą formę aspołecznego zaburzenia osobowości) pochodzą właściwie ze wszystkich klas społecznych, chociaż z badań wynika, że jest ich cztery razy więcej wśród dyrektorów niż szeregowych pracowników. Są doskonałymi kłamcami, potrafią manipulować ludźmi, prowadzą pasożytniczy tryb życia, często zmieniają partnerów, są bardzo impulsywni i często mają wrażenie, że są śledzeni. Do innych zachowań, które powinny zwrócić naszą uwagę należą także nieliczenie się z uczuciami innych, lekceważenie i łamanie norm społecznych i prawnych, podatność na frustracje, częste wybuchy agresji oraz brak poczucia winy. Im więcej takich cech zaobserwujemy u jakiejś osoby, tym większe prawdopodobieństwo, że jest on psychopatą. Psychopaci nie znają miłości ani strachu. I to właśnie ich zdradza. Badania na takich osobach potwierdziły, że za ich emocjonalną oziębłość odpowiada drobny defekt chromosomu X. Umiejscowiony tam gen odpowiada za wydzielenie serotoniny, zaś jego uszkodzenie ma niekorzystny wpływ na nasze centrum kontroli agresji, czyli przedmózgowie. U psychopatów obszar ten wskazuje niewielką aktywność. W rezultacie powstaje wzmożona agresja, wyrachowanie bądź egoistyczne zachowanie w kontaktach społecznych. Ponieważ psychopaci bardzo często doświadczają w swoim życiu nudy, starają się dostarczać sobie ekstremalnych zdarzeń. Dlatego kiedy popełnią zbrodnie jej skutki są przerażające - tak jak w przypadku Breivika.
Charyzma - co może uczynić z nas przywódcę?: Fider Castro wraz z swoim bratem i 80 rebeliantami dotarł 2 grudnia 1956 roku na Kubę. Mieli zamiar uwolnić miejscową ludność od dyktatury Batisty. Wśród nich był zaledwie 28-letni Ernesto Guevara. Być może bez niego owa rewolucja by się nie powiodła. To właśnie on motywował rebeliantów swoimi płomiennymi mowami. W bardzo krótkim czasie udało mu się przekonać Kubańczyków do rewolucyjnych haseł i zwerbować tysiące ochotników do walki z oddziałami wroga. Rebeliantom udało się przejąć władzę na wyspie. Castro został głową państwa, a Guevara bohaterem. Niestety, kiedy próbował później doprowadzić do wybuchu rewolucji w Boliwii został zdradzony przez chłopów, schwytany przez armię, a następnie rozstrzelany. Władza w Boliwii prawdopodobnie obawiała się, że Guevara może być niebezpieczny jako więzień. Jego niesamowita charyzma i zdolności przywódcze doprowadziły go do śmierci, a z drugiej strony uczyniły z niego legendę. Liczne badania na osobach pokroju Guevara pozwoliły naukowcom zdefiniować 4 "i" charyzmatycznych osobowości: inspirację(porywającą tłumy), indywidualizm(imponuje innym), intelekt(przekonuje innych) oraz idealizm(bywa zaraźliwy). Podczas analizy charakteru Guevara psychologowie odkryli niezwykle wysokie wartości we wszystkich czterech obszarach. Dopełnieniem teorii jest stwierdzenie, że ludzie obdarzeni charyzmą posiadają cztery następujące cechy charakteru: działają w niezwykły sposób, myślą nieszablonowo, głoszą nowe prawa oraz nie przejmują się zdaniem innych. Niektórzy badacze twierdzą wręcz, że fundament takiej osobowości jest uwarunkowany genetycznie, a charyzma jest dziedziczna. Faktem jest, że testowane osoby posiadające odmianę genu COMT rzeczywiście miały zdecydowanie więcej cech osobowości charyzmatycznej niż te, u których nie stwierdzono jego występowania.
Agresja - co decyduje o tym, jak bardzo jesteśmy agresywni?: Wystarczyło kilka słów boksera Davida Haye'a podczas konferencji prasowej Derecka Chrisorę, by ten rzucił się na niego z pięściami. Pod koniec bijatyki Chrisora krzyczał "Zastrzelę cię!". Tego typu gróźb nie należy lekceważyć, ponieważ jest on uzależniony od przemocy. Psychologowie wyróżniają dwa typy agresywnych osób: "early starters" i "late starters". Pierwszy z nich ujawnia się poprzez zachowania w wieku dziecięcym. Istotną sprawę odgrywają tutaj geny odpowiedzialne za agresję i odziedziczone procesy biochemiczne. W trakcie bójek dochodzi do wzmożonej produkcji dopaminy i związanego z tym uczucia szczęścia. W ten sposób rodzi się uzależnienie od przemocy. Natomiast u drugiej grupy ludzi skłonności do agresji pojawiają się później, duży wpływ na ich zachowanie ma środowisko. Osoby te uczą się, że przemoc to najlepszy środek narzucenia komuś swojej woli. Ponadto wyróżnia się przemoc "gorącą"(bardzo emocjonalne reagowanie na prowokację) i "chłodną"(wyrachowaną i zaplanowaną). Co ciekawe, badania wykazały, że duże spożywanie kwasów tłuszczowych z grupy omega-6 wzmacnia zachowania agresywne!
Motywacja - czy dążymy konsekwentnie do celu?: Znany na całym świecie piłkarz Leo Messi w dzieciństwie niemal bez przerwy grał w piłkę nożną. Chociaż lekarze zdiagnozowali u niego hormonalne zaburzenie wzrostu, Leo codziennie poświęcał swój wolny czas na treningi. Potrafił nawet nocami ćwiczyć na szkolnych boiskach. Dzisiaj Leo Messi jest najlepszym piłkarzem na świecie, pomimo tego, że mierzy zaledwie 169 cm wzrostu. Psycholodzy sportowi wyjaśniają ten fenomen tym, że o naszym sukcesie w pierwszej kolejności decyduje to, czy uda nam się w odpowiednim stopniu zmotywować nasz mózg. Los, talent i mięśnie odgrywają jedynie drugoplanową rolę na drodze do sukcesu. Nasza wola przesądza o tym, jak daleko uda nam się zajść. Często również to, jaki cel sobie obierzemy decyduje o tym, czy konsekwentnie do niego dążymy. Im lepiej potrafimy coś robić, im więcej radości nam to daje i im więcej sensu w tym widzimy, tym silniejsza jest nasza motywacja.
Inteligencja - czy rzeczywiście tylko geny decydują o IQ: Geniusze tacy jak Albert Einstein lub Stephen Hawking musieli spędzić na ćwiczeniach swoich umiejętności nawet do 10 000 godzin! Dzięki takiemu poświęceniu stali się światowej sławy specjalistami w swojej dziedzinie wiedzy. Jak potwierdzają badania - jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby jakiś wybitny talent osiągnął wyjątkowy sukces bez większego nakładu pracy, zaś człowiek musi ćwiczyć swój mózg przez ponad 10 lat po 3 godziny dziennie po to, aby rozwinąć swój talent do wyjątkowego poziomu. Jest to najlepszy dowód na to, że inteligencja nie jest cechą wrodzoną. Po przeprowadzeniu wielu badań, m.in. z udziałem bliźniąt, naukowcy doszli do wniosku, że geny wpływają na iloraz inteligencji w maksymalnie 50-60%. Co prawda określają one jak inteligentni możemy się stać, ale czy to osiągniemy zależy od wielu czynników, takich jak na przykład wychowanie, środowisko, wykształcenie, stres, a nawet odżywianie, ruch, to czy nasza ciekawość została rozbudzona w czasach, kiedy byliśmy dziećmi, czy nauka nowych rzeczy sprawia nam przyjemność, czy też to, jak znosimy porażki. Nawet bardzo utalentowany człowiek ma niewielkie szanse stać się wybitnymi, kiedy nie otrzyma wsparcia i nie będzie wytrwale pracował nad posiadanym talentem. Mózgi geniuszy pracują inaczej niż ludzi przeciętnie uzdolnionych. Naukowcy zbadali mózgi mistrza szachowego i przeciętnego ucznia. Szachista rozgrywał pięć partii równolegle, a mimo to tylko jeden jego region był w najwyższym stopniu naładowany energią. Tymczasem w ucznia próbującego rozwiązać zadanie matematyczne wszystkie obszary mózgu były aktywne. Wniosek? Im bardziej inteligentny jest człowiek, tym częściej jego mózg może sobie pozwolić na funkcjonowanie w trybie energooszczędnym.
Tożsamość - co się stanie, kiedy u człowieka rozwinie się tożsamość równoległa?: Są otwarci i serdeczni, a po chwili mogą stać się zamknięci w sobie i bojaźliwi. Osoby, które cierpią na dysocjacyjne zaburzenia osobowości(rozdwojenie jaźni) mają co najmniej dwie osobowości. Skany ich mózgu pokazały, że korzystają one z różnych połączeń neuronowych w mózgu. Nawet cechy takie jak głos, gesty czy też ciśnienie krwi zmieniają się w zależności od aktualnej tożsamości. Zmiany te mogą wywołać kolejne zaburzenia, np. depresję, stany lękowe i problemy w życiu osobistym. W przypadku słynnej aktorki, Angeliny Jolie zauważono dziwne zmiany zachowania - raz występuje w roli skłonnej do poświęceń matki, innym razem jest egoistyczną kierowniczką. W jednym z wywiadów kobieta szczerze wyznała: "Rytuał samookaleczenia się i odczuwania bólu - czy może odczuwania tego, że żyję - działał na mnie w jakiś sposób terapeutycznie". Dlaczego ludzie kreują kilka tożsamości? Bodźcem, który niemal zawsze stymuluje rozwój równoległych tożsamości są traumatyczne przeżycia. Większość osób z dysocjacyjnym zaburzeniem tożsamości była wykorzystywana seksualnie w dzieciństwie lub padła ofiarą przemocy. Wiadomo, że Angelina miała trudne relacje z ojcem, była też szykanowana przez rówieśników. Równoległa tożsamość działa jak mur obronny przeciwko takim doświadczeniom.

Na podstawie artykułu "Tajne akta osobowości"; "Świat wiedzy" nr 5/2012, str 35 - 49

poniedziałek, 10 grudnia 2018

833. To była "Mistrzowska gra Józefa Piłsudskiego"

Rok 2018 jest szczególnym rokiem dla naszego kraju - wszak obchodziliśmy 100 lecie niepodległości naszego kraju. Niezaprzeczalnie ogromną rolę w tym wszystkim odebrał Józef Piłsudski, na którego barkach spoczęło odbudowanie zrujnowanego przez wojnę, a wcześniej osłabionego przez rozbiory państwa polskiego. O krokach, jakie wtedy podjął w dość dobry sposób opowiada książka autorstwa Wojciecha Roszkowskiego - "Mistrzowska gra Józefa Piłsudskiego", którą dostałam przy okazji majowego konkursu o kardynale Stefanie Wyszyńskim
Tytuł: "Mistrzowska gra Józefa Piłsudskiego"
Autor: Wojciech Roszkowski
Wydawnictwo: Biały Kruk
Kraków 2018
Ilość stron: 208

Przypadająca na 5 grudnia 150 rocznica urodzin wodza była doskonałą okazją do zapoznanie się z jej treścią. Szczerze powiedziawszy trochę się jej bałam, ponieważ na lekcjach historii nigdy specjalnie nie przepadałam za okresem formowania się II Rzeczpospolitej Polskiej. Tymczasem książka została napisana tak przystępnym językiem, że przeczytanie jej było czystą przyjemnością.
Cała jej treść została podzielona na wprowadzenie obejmujące skróconą historię naszego kraju, pięć tematycznych rozdziałów poruszających takie tematy jak dzieje I wojny światowej, dojście Piłsudskiego do władzy, politykę Rządu Jędrzeja Moraczewskiego, przełomowe decyzje i wybory parlamentarne oraz Sejm Ustawodawczy oraz epilog opowiadający o tym, jak strategiczne decyzje podejmowane przez Józefa Piłsudskiego okazały się sukcesem. Osobiście bardzo poruszyła mnie hipoteza, czy gdyby w 1939 roku Piłsudski jeszcze żył(przypominam, że umarł w maju 1935 r.) to doszłoby do wybuchu II wojny światowej. Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy.
Oprócz znakomicie napisanego tekstu w pozycji zachwyciły mnie też piękne, komputerowo odnowione fotografie. Dzięki nim możemy jeszcze raz spojrzeć w oczy tym, którzy budowali niepodległy kraj czy też np. zobaczyć zniszczenia spowodowane I wojną światową. Czytanie książki nie nudzi, nie przytłacza też nadmiar zawartych w niej faktów, ponieważ są one ciekawie wplecione w jej treść.
Pozycję tą mogę polecić nie tylko miłośnikom postaci i polityki Józefa Piłsudskiego, ale nawet uczniom pragnącym poszerzyć swoją wiedzę na temat II Rzeczpospolitej Polskiej.

niedziela, 9 grudnia 2018

832. Weekend cudów

Po ostatnich dwóch dniach mam ochotę zaśpiewać "Padam, padam, padam". Bo faktycznie - padam. Wczoraj padłam przed 22:00. Uwierzycie, że nawet nie miałam siły sięgnąć po książkę, co mi się z reguły nie zdarza. Dzisiaj jednak chcę jeszcze trochę poczytać Wasze blogi i oczywiście czytaną pozycję o Marszałku Józefie Piłsudskim. Coś więcej postaram się Wam jednak napisać po skończonej lekturze.
Jak wiecie w tym roku pierwszy raz byłam wolontariuszem SzP. O samym wolontariacie pisałam już tutaj kilka razy, dzisiaj chciałabym się skupić już na samym finale, który miał miejsce wczoraj i dzisiaj. O wczorajszym dniu już Wam co nieco wczoraj pisałam. Wiecie więc, że początek był dla mnie niezbyt dobry. Później było na szczęście już lepiej.
Najprzyjemniejszą chwilą było spotkanie wolontariusza prowadzącego daną rodzinę z darczyńcą, przekazanie mu dyplomu z podziękowaniami oraz drobnych upominków, a następnie zawiezienia otrzymanych paczek do rodzin. Wczoraj byłam u trzech, dzisiaj u pozostałych dwóch. I muszę przyznać, że emocje towarzyszące odpakowywaniu otrzymanych podarków udzieliły się nawet mnie. Ludzie ściskali mnie, płakali, dziękowali. W mediach przyjęło się, że Szlachetna Paczka to prezent dla rodziny, ale ja bym tego tak nie nazwała. Pomoc Szlachetnej Paczki ma za zadanie pomóc rodzinie wyjść z trudnej sytuacji, w jakiej się znajduje. Nie zawsze jest to możliwe, bo np. w rodzinie jest nieuleczalna choroba, ale np. zaoszczędzone na jedzeniu pieniądze można wydać na dodatkowe lekarstwa czy też badania. 
Niestety, chociaż darczyńcy w większości przypadków byli bardzo hojni, zdarzały się też przypadki, kiedy paczka była robiona na typowy "odwal się". Nigdy bym nie przypuszczała, że w paczce dla rodziny z małymi dziećmi może zabraknąć choćby czekolady, czy małej maskotki. Nawet, jeżeli nie jest to zaznaczone w arkuszu potrzeb. A tymczasem okazuje się, że można tego nie dołożyć do paczki. I uwierzcie mi, że tłumaczenie, że przecież kupiło się rodzinie kuchenkę gazową jest trochę nie na miejscu. Czekolada kosztuje +/- 3 złote, małego misia można kupić za dychę. Dobrze, że mieliśmy karton z maskotkami, jutro wolontariusz ma podjechać i przekazać kilka z nich rodzinie, a do tego dorzucić jakieś słodycze. Tak więc Kochani, jeżeli ktoś z Was będzie chciał kiedyś zostać darczyńcą to wybierajcie takie rodziny, gdzie oprócz trzech najważniejszych potrzeb będziecie w stanie kupić jeszcze wskazane przez nich upominki, a nawet w przypadku dzieci, jakieś zabawki i słodycze.
Jednym z punktów finału Szlachetnej Paczki jest spotkanie wolontariuszy z władzami naszego miasta. Niestety, nasz aktualny prezydent nie zaszczycił nas swoją obecnością. Ale za to przysłał swoją zastępczynię z drobnymi upominkami(a raczej gadżetami miejskimi) dla nas wszystkich zaangażowanych w akcję.
Ale rodziny zakwalifikowane do Szlachetnej Paczki też niejednokrotnie miały dla nas drobne upominki. Najczęściej były to laurki narysowane przez dzieci, jednak od ostatniej rodziny dostałam gwiazdę betlejemską(oszszsz... często zapominam podlewać kwiatki, ale o tego muszę dbać) oraz domowe pierniczki. Tego się nie spodziewałam i odjechałam od nich naprawdę wzruszona. Chociaż nie mniej niż sama rodzina, która otrzymała 29 paczek z naprawdę fantastycznymi rzeczami.
To był naprawdę wspaniale spędzony czas. Wiele rodzin uwierzyło w bezinteresowną pomoc ze strony drugiego człowieka. Mam nadzieję, że wykorzystają rozsądnie otrzymaną pomoc. Bo w całej akcji chodzi o to, aby nie obdarować byle jak, ale mądrze. Dlatego też rodziny przesiewane są przez rekrutacyjne sito, bo wiele z nich żeruje na tego typu akcjach, nie chcąc za nic zmienić swojego życia. Takim rodzinom mówimy stanowcze nie. Wiadomo, że są też sytuacje, kiedy pewnych sytuacji się nie przeskoczy. Toteż ważne jest, aby każdy przypadek rozpatrzyć indywidualnie.
Finał się skończył, zostało nam tylko zdać darczyńcy relację z wręczenia rodzinom paczek, uzupełnić stosy papierów i czekać rok na kolejną edycję Szlachetnej Paczki.