Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duszpasterstwo Akademickie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duszpasterstwo Akademickie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 czerwca 2026

2391. Zmiany, roszady, zakończenia...

Przyszło nam żyć niejako w dwóch cyklach rocznych. Pierwszy to dobrze nam znany kalendarz, w którym stary rok kończy się 31 grudnia, a kolejny, nowy rozpoczyna 1 stycznia, a potem biegnie swoim rytmem przez kolejnych 12 miesięcy. Znamy to, prawda?
Ale jest też drugi cykl, ciut krótszy, z którego teoretycznie wypadają dwa-trzy miesiące przeznaczone na wakacyjny odpoczynek. To cykl szkolno-formacyjny rozpoczynający się zazwyczaj we wrześniu lub październiku, a kończący w czerwcu. Co prawda różne organizacje i wspólnoty organizują różne wyjazdy wakacyjne i stacjonarne zajęcia na czas wypoczynku, nie mniej ten główny okres formacyjny przypada na miesiące nauki w szkole i na studiach. Maj i czerwiec to również czas, kiedy w wielu parafiach następują zmiany personalne księży. Niejednokrotnie wiąże się to ze zmianami w opiece duchowej różnych wspólnot. Jedni opiekunowie duchowni odchodzą, po to aby ustąpić miejsca innym. Wśród zmian nastąpiła także i ta najbardziej wyczekiwana przez wielu wiernych z mojej parafii. Pewnie domyślacie się jaka...
Miniony weekend był dla mnie nieco intensywny. W sobotę na jeden dzień wyskoczyłam do Wadowic na spotkanie moich "Rafałków", ostatnich przed wakacjami. Była Msza święta wraz z grupą dzieci komunijnych z Jasła (obiecali pozdrowić tamtejsze "Antosie"), były 50-te urodziny jednego ze członków wspólnoty, ciasto, kawa, gry i zabawy, tańce... Spotkanie to miało więc charakter bardziej zabawowy niż formacyjny, ale i takich nie może zabraknąć we wspólnocie. Trochę porozmawialiśmy na temat zbliżającego się  obozu, bo już zaczyna formować się jego program. Trochę tylko brakowało księdza kapelana, ale on akurat pojechał do Krakowa na spotkanie synodalne.
Na niedzielę zostaliśmy zaproszeni przez jednego z poprzednich kapelanów "Dominków bis" na festyn parafialny do Jerzmanowic. Jerzmanowice to taka miejscowość pomiędzy Olkuszem, a Krakowem. Dziesięć lat temu była tam baza uczestników ŚDM w Krakowie, którzy pojechali na wydarzenia centralne z grupami parafialnymi. Podczas wspomnianego pikniku wystawiliśmy dwa mini-przedstawienia - jedno podczas kazania, a drugie - samego festynu. Poza tym trochę pobawiliśmy się, potańczyli, było miło i przyjemnie. Takie nieformalne zakończenie roku formacyjnego. Jeszcze czeka nas obóz, ale to dopiero w sierpniu. A propos obozu, bardzo nieśmiało przypominam o naszej zbiórce na ten cel -> https://zrzutka.pl/c6mtdf.
Z festynu jak najszybciej próbowałam dostać się do Katowic na pożegnanie księdza Krisa, który opuszcza Duszpasterstwo Akademickie i rusza na podbój Italii. Traf chciał, że akurat wtedy, gdy dotarliśmy do Jaworzna, to z drugiego przystanku odjeżdżał Autobus, na który zależało mi, aby zdążyć. Na szczęście jedna z mam wzięła sprawy w swoje ręce i odbyłyśmy szalony rajd po ulicach J-na, goniąc ten nieszczęsny autobus, co finalnie nam się udało. Zdążyłam więc chociaż na końcówkę imprezy. W Duszpasterstwie byłam dwa lata, dużo mi dało, pewnie głupio bym się czuła, gdybym nie pojechała, nie uścisnęła mu dłoni i nie powiedziała zwykłego, szczerego "dziękuję".
W zasadzie czeka mnie jeszcze jedna zmiana - odchodzi ksiądz Jack z Oratorium w S-cu. Tak sobie myślę, że chyba bym wyśmiała mojego obecnego proboszcza w twarz, gdyby się okazało, że to właśnie ksiądz Jack zostanie jego następcą. Tak go uciskał, tak go gnębił z powodu wady wymowy. Skutkiem tego ksiądz Jack po roku u nas napisał prośbę o przeniesienie. A tu proszę - kamień wzgardzony stałby się fundamentem. Nie wiem jakie plany ma inspektor względem księdza Jacka. Ale szczerze życzę mu jak najlepiej. Oby trafił nan takich przełożonych, którzy pozwolą mu się wykazać mimo wady wymowy. Bo ma potencjał, i to niemały.

środa, 4 marca 2026

2331. Jak z "bestJi" stać się "Ja best"?

Ostatnie trzy dni spędziłam na rekolekcjach prowadzonych w Duszpasterstwie Akademickim w Katowicach. Ogólnie bardzo ucieszyłam się, kiedy ksiądz Kris napisał do mnie wiadomość, że jak bardzo chcę, to mogę na nie wpaść. No jasne, że chciałam. Tylko wiecie, trochę nieśmiały za mnie człek, zwłaszcza kiedy wypadam z pewnego stałego rytmu. To jego zaproszenie dodało mi swoistej odwagi, aby iść na nie.
Już na samym wejściu natknęłam się na jednego z moich przyjaciół i wspaniałego kompana do wędrówek po górach, Arcia. Po serdecznym przywitaniu zasiadłam w jednej z tylnych ławek w kościele akademickich. Schemat spotkań był bardzo prosty - o godzinie 20:00 Msza z krótkim kazaniem, a po niej konferencja. Zgodnie z zapowiedziami, tematem przewodnim były siedzące w nas "bestJe", czyli tak zwane grzechy główne, których jest siedem. Z tych siedmiu rekolekcjonista, którym w tym roku był duszpasterz akademicki z K-wa, wybrał dwa, pychę oraz lenistwo, które dokładniej nam omówił. Jednocześnie zabawił się grą słów, i ze słowa "bestJa" zrobił słowo "Ja best". Innymi słowy pokazał nam, jak okiełznać nasze bestie, aby stać się lepszym człowiekiem.
W skrócie:
  • W niedzielę ksiądz rekolekcjonista zrobił nam wstęp do swoich dwóch następnych wykładów przedstawiając genezę siedmiu grzechów głównych. Ciekawą jak dla mnie tezą jest to, że są one nazywane głównymi, nie dlatego, że są najważniejszymi i najcięższymi, ale dlatego, że rodzą się w naszych głowach.
  • W poniedziałek pochyliliśmy się nad pychą i próżnością. Pycha to nic innego jak nieznajomość siebie, swoich słabości, ale i silnych stron. Bardzo często powoduje, że stajemy się wyniośli, najważniejsi w swoich oczach, a równocześnie nie zwracamy uwagi na innych. Pycha sprawia, że uważamy, że do wszystkiego dojdziemy sami, bez potrzeby nie tylko Boga, ale i innych osób. Ale jest też drugi rodzaj pychy - ten, kiedy zaniżamy swoje możliwości i umiejętności, niejednokrotnie po to, aby dostać pochwałę od innych. Bo nie ma nic złego w tym, że jesteśmy w czymś dobrzy i możemy to wykorzystać. Po to właśnie mamy talenty, aby służyć nimi innym. Musimy tylko właściwie nimi dysponować, na chwałę innych, na chwałę Bożą, a nie tylko i wyłącznie dla własnego uznania. Takie zachowanie prowadzi bowiem do "próżnej chwały", co w połączeniu z gardzeniem drugim człowiekiem skutkuje zamknięciem się w bańce własnych wygórowanych wyobrażeń, niemających związku z stanem faktycznym. To także nieustanne zastanawianie się, co ludzie powiedzą, co ludzie o nas myślą. Prawda jest jednak taka, że ludzie najczęściej mają tyle na głowie, że nie mają czasu myśleć zbyt wiele na temat innych. Lekarstwem na tą bestię jest, poza modlitwą, świadomość nie tylko tego, że my mamy konkretne talenty, ale też, że mają je inni. I te inne talenty też trzeba dostrzegać, co więcej, czasami nawet im ustępować. Czasami warto też się zastanowić po co robimy niektóre rzeczy: dla uznania? poklasku? chwały? Czy może dla innych, żeby poprawić ich życie i samopoczucie, również pod względem rozrywkowym? Czy nie mam pogardy przy tym dla innych? Czy potrafię ich wesprzeć? Czy moje znajomości są szczere, czy tylko "po coś".
  • Lenistwo, a ściślej mówiąc, acedia. W starożytności i średniowiecza nazywana była "demonem południa", ponieważ dotykała mnichów pomiędzy godziną dziesiątą, a piętnastą. Jest to ogólne zniechęcenie, brak sił i wrażenie, że czas biegnie jakby wolniej. Sprawia, że nie znajdujemy sensu w tym, co robimy, nie sprawia nam to ani przyjemności, ani radości. Można powiedzieć, że to taka depresja duszy. Ma też bardzo dużo wspólnego z wypaleniem zawodowym. Najczęściej dotyka ludzi ambitnych, przeceniających swoje możliwości, niepotrafiących ani trochę odpuścić i chcących być we wszystkim najlepszym. Człowiek dotknięty acedią jest nieproduktywny, często popada w znużenie tym, co robi. Ten stan nie trwa przez kilka dni, ale tygodniami, czy wręcz miesiącami. Acedia prowadzi do rozczarowania sobą, Bogiem i innymi. Lekarstwem na nią jest realne ocenienie swoich możliwości i umiejętności, a czasami wręcz zmiana środowiska, w którym się znajdujemy.
To oczywiście skrót tego, co mogliśmy usłyszeć przez całe trzy dni. W najbliższym czasie będę chciała znaleźć chwilę czasu, aby zrobić z tych trzech konferencji dokładniejsze notatki. No wiecie, obracam się w takim środowisku (bierzmowani, Oratorium, LSO, "Wiara i Światło", a teraz i DM w mojej diecezji), że myślę, że tego typu informacje przydadzą się i mnie samej i innym. Jeszcze będę musiała poczytać o pozostałych sześciu "bestiach", które mogą zawładnąć nami. I myślę, że niejednokrotnie tak jest.
Bardzo miłym akcentem było pojawienie się w ostatnim dniu rekolekcji arcybiskupa Andrzeja w gmachu krypty akademickiej. Nie przyszedł tylko na chwilę, ale był obecny na prawie całej konferencji. Na koniec natomiast udzielił nam swojego pasterskiego błogosławieństwa.

wtorek, 9 września 2025

2260. Bóg zawsze ma w zanadrzu piękne prezenty

Jak wielu z Was wie, w pierwszą niedzielę września do godności świętych zostali podniesieni dwaj młodzi chłopcy, którzy pokazali, że ani wiek, ani rozwijanie swoich zainteresowań, ani pozycja materialna nie muszą stać na przeszkodzie do praktykowania wiary, uczynków miłosierdzia a w ostateczności - do zostania świętymi. Pier Giorgio Frassati żył 24 lata, zmarł 100 lat temu nie zdążywszy obronić końcowego egzaminu nadającego mu tytuł inżyniera górnictwa. Chciał zostać misjonarzem, wiedział jednak, że rodzice mają wobec niego zupełnie inne plany. Dlatego zdecydował się na kierunek studiów, który zupełnie mu nie odpowiadał, ale za to pozwoliłby na ewangelizowanie wśród pracujących pod ziemią górników. Zapalony miłośnik wypraw górskich, zabaw z przyjaciółmi i... palenia fajki. Założyciel Towarzystwa Ciemnych Typów, które po dziś dzień działa na całym świecie. A jednocześnie gorliwy katolik co dzień starający się odmawiać różaniec oraz być obecnym na Mszy świętej. Do końca pełnił posługę wśród biednych, opuszczonych i samotnych mieszkańców Turynu. I właśnie wśród nich zaraził się Chorobą Heinego - Medina, która doprowadziła go do śmierci. 66 lat później w rodzinie włoskich emigrantów przyszedł na świat inny chłopiec, Carlo Acutis. Od dziecka przejawiał trzy cechy: talent do informatyki, pobożność oraz miłosierdzie względem ubogich i bezdomnych mieszkańców Mediolanu. Podobnie jak Pier Giorgio nie wyobrażał sobie dnia bez Eucharystii i różańca. On też chciał ewangelizować ludzi i robił to za pośrednictwem Internetu. W wieku 15 lat zachorował na białaczkę i zmarł kilka dni po diagnozie.
Oboje byli Włochami. Oboje zmarli w bardzo młodym wieku. Oboje pochodzili z bogatych domów, ale nie obnosili się z tym wśród innych, bo wiedzieli czym jest prawdziwe bogactwo. Oboje ewangelizowali na miarę czasów, w których przyszło im żyć. Oboje na pierwszym miejscu postawili miłość do Boga i do bliźniego pokazując, że nie wyklucza ona samorealizacji. Kiedy rok temu zaproponowano mi, żebym poprowadziła dwa roczniki przygotowujące się do bierzmowania, od razu wiedziałam, że moje katechezy oprę na tych dwóch postaciach - po jednej dla każdego cyklu. I wydaje mi się, że ten patent załapał w 100%.
Nigdy jednak bym nie przypuszczała, że będę uczestniczyć w kanonizacji tej dwójki. I to nie byle gdzie, bo na samym Placu św. Piotra. Pierwotnie, kiedy dowiedziałam się o zmianie przez papieża Leona XIV terminu kanonizacji Frassatiego byłam zła. Od roku żyłam myślą, że dane mi będzie na niej być, ponieważ papież Franciszek wyznaczył go na zakończenie Jubileuszu Młodych w sierpniu (Carla Acutisa miał kanonizować w kwietniu). Cieszyłam się, że będę obecna na ogłoszeniu świętym założyciela Towarzystwa Ciemnych Typów, do których sama należę. Zresztą cieszyliśmy się wszyscy i z niecierpliwością czekaliśmy na Jubileusz. Ale Franciszek umarł, kanonizacja Acutisa została zawieszona. Była nadzieja, że z Jurkiem Frassatim wszystko się uda. Jednak na początku czerwca papież ogłosił, że kanonizuje ich razem 7 września. Czyli plan uczestnictwa w wydarzeniu się posypał. Po krótkotrwałej złości pomyślałam, że trudno, że widocznie nie było mi to pisane, że obejrzenie transmisji na komputerze też jest w porządku. Tak obejrzałam beatyfikację Carla (jak Jan Paweł II beatyfikował Pier Giorgia nie było mnie na świecie) i kilka innych i świat się nie zawalił. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?
Tym bardziej zaskoczył mnie telefon w połowie sierpnia od księdza Krisa z propozycją, czy nie chciałabym z nimi jechać w pierwszy weekend września do Rzymu. Serce zabiło mi mocniej. Co prawda nie do końca zgodzę się z tym, że jestem gorliwa w tym co robię (naprawdę, są gorliwsi), ale zrobiło mi się miło, że o mnie pomyślał. Kilka rozmów, szczególnie z Arcim, moim kompanem wypraw górskich z TCT i również Ciemnym Typem i decyzja zapadła. Tym bardziej, że cenowo wyszło naprawdę korzystnie.
Ostatecznie na kanonizację poleciałam z mieszanymi uczuciami. No bo z jednej strony czułam radość, że oto będę uczestniczyła w ogłoszeniu świętymi dwóch przewodników moich kandydatów do bierzmowania. Ale ta radość jednak przeplatała się z pewnym smutkiem...
Do Rzymu polecieliśmy dosłownie na kilkanaście godzin - wieczorem wylądowaliśmy na lotnisku, udaliśmy się do hostelu na nocleg, a potem skoro świt udaliśmy się na przedmieścia Wiecznego Miasta, aby o ludzkiej porze zdążyć wejść na Plac św. Piotra. Bramy Watykanu zostały otwarte punktualnie o godzinie 7:00. Powoli, ale stopniowo, posuwaliśmy się do przodu, aż wreszcie minęliśmy bramki i weszliśmy na teren najmniejszego państwa świata. Nasza radość nie miała końca.
Rzym, 7 września 2025 roku, ok. 6:00 rano
Koszulki z cytatem Pier Giorgia były naszym znakiem rozpoznawczym. 
Teraz już tylko musieliśmy cierpliwie czekać na Mszę świętą, która rozpoczynała się o godzinie 10:00. Było gorrrąco, ale nam to zbytnio nie przeszkadzało. Adrenalina robiła swoje. Plac, który dotąd wydawał mi się taki duży, nagle się skurczył. W oddali było widać biały ołtarz oraz powiewające na wietrze podobizny Pier Giorgio Frassatiego i Carola Acutisa. 
Właśnie kanonizacja pozbawiona jest tego "magicznego" momentu, w którym odsłaniany jest portret wznoszonego na ołtarza. O ile w przypadku Carla Acutisa wykorzystano jego wizerunek z beatyfikacji (nie było więc momentu "wow"), o tyle Pier Giorgio Frassati miał już zupełnie nowy obraz. Widać fajka dalej niektórym nie pasowała.
Tuż przed godziną 10:00 na ołtarzu pojawił się papież Leon i powitał wszystkich zgromadzonych na uroczystości. Dzięki uprzejmości innych członków naszej grupy stałam prawie na samym jej przodzie, toteż wiele widziałam. Po chwili papież i inni księża koncelebrujący Mszę wyszli w uroczystej procesji z Bazyliki św. Piotra.
Jeżeli chociaż trochę orientujecie się w przebiegu Mszy kanonizacyjnej, to z pewnością wiecie, że procedura ta pojawia się na jej początku. Tak też było w tym przypadku - na początku przedstawione zostały ich sylwetki, biografie jakich wiele, a jednak niezwykłe, bo pełne miłości względem Bogiem i bliźnich. Następnie została odśpiewana Litania do Wszystkich Świętych. Co prawda w języku łacińskim, ale bardzo wielu świętych udało mi się "rozszyfrować". Aż w końcu nastąpiło wypowiedzenie formuły, która włączała Karola i Jerzego w poczet świętych Kościoła Katolickiego. "Przypieczętowało" ją trzykrotne "Amen" oraz oklaski wiernych. Brawa biłam i ja, a wzruszenie wywołało łzy w moich oczach. Oglądanie wszystkiego w mediach, a branie udziału w czymś takim osobiście to nie to samo. Na Placu św. Piotra wszystko wyglądało inaczej i inne uczucia się we mnie budziły. Spojrzałam w kierunku Arciego, Wojtka, Tomka, Zosi, Marcychy - też byli wzruszeni.
Artur i Wojtek próbowali znaleźć tłumaczenie Mszy na język polski, niestety, Internet bardzo "zrywał". Części stałe Mszy raczej każdy z nas zna. Z czytaniami poradziliśmy sobie tak, że znaleźliśmy je na Internecie w wersji tekstowej. Małym zaskoczeniem było odczytanie Ewangelii w języku starocerkiewnym, ale to taki ukłon w stronę kościołów greckokatolickich. A kazanie zawsze można było odsłuchać na spokojnie w domu. Chociaż tutaj można było się domyśleć, że nawiąże w nim do nowych świętych.
Msza trwała ponad dwie godziny. Słońce grzało niesamowicie, odbijając się od watykańskich murów i bruku. Człowiek chciałby wykąpać się w fontannie, ale wiedział, że jest to niemożliwe. Myśli z tego czasami odbiegały od tego, co działo się na ołtarzu. Ale tylko czasami, bo w takich przypadkach gubiłam wątek i nie do końca wiedziałam czasami, w którym momencie jest Msza święta. Na szczęście znajomość języka łacińskiego, nawet w minimalnym zakresie, pozwalała mi szybko wrócić na właściwe tory. Ale najlepszym rozwiązaniem było dla mnie pełne skupienie podczas sprawowania Najświętszej Ofiary. Jestem też wdzięczna chłopakom, którzy dyskretnie osłaniali mnie przed palącym słońcem tak, abym stała jak najwięcej w cieniu. Nie wiem czy było to ich świadome działanie, czy też nie, ale bardzo mi pomogło.
Na koniec Mszy papież podziękował jeszcze raz wszystkim za przybycie oraz przypomniał o tym, że dzień wcześniej w Tallinie oraz na Węgrzech beatyfikowano dwoje męczenników, na co odpowiedziały mu brawa. Papież apelował też o pokój na Ziemi, bo przecież Bóg nie chce wojny, a pokoju. A po tym wszyscy razem odmówiliśmy "Anioł Pański". Kolejny punkt prywatnego wzruszenia. Tyle razy odmawiałam indywidualnie tą krótką modlitwę, teraz miałam okazję odmówić ją z papieżem. I to drugi raz w ciągu roku. Z kolei po błogosławieństwie końcowym Leon wsiadł do papamobile i objeżdżał Plac błogosławiąc zebranym wiernym. Wojtek na chwilę podniósł mnie do góry, dzięki czemu lepiej wszystko widziałam.
Po przejechaniu papamobile między wiernymi była chwila na zdjęcie polskich Czarnych Typów przybyłych na kanonizację, po czym musieliśmy się zbierać w kierunku lotniska, aby wrócić do Polski. Mnie jeszcze udało się podskoczyć do watykańskiej poczty, gdzie kupiłam kilka "świeżych" znaczków (tego dnia weszły do obiegu) dla znajomych, ale też i dla siebie.
To był piękny dzień, nie tylko pod względem pogody, ale przede wszystkim przeżyć. Pier Giorgio Frassati, założyciel Towarzystwa Ciemnych Typów świętym! Carlo Acutis, piętnastoletni informatyk - świętym. Piękne przykłady, jak pięknie żyć! Stojąc na Placu św. Piotra tak się zastanawiałam, co może czuć matka, kiedy ogłaszają jej dziecko świętym. Albo siostrzenica... Bo i matka Carla Acutisa i siostrzenica Pier Giorgia Frassatiego, w połowie Polka, były obecne na tej uroczystości. Pani Wanda Gawronska, owa siostrzenica, prawie stuletnia staruszka... Bóg dał, że doczekała tej chwili. I rodzice Carla, wraz z bliźniętami. A brat Carla, Francesco, odczytywał Pierwsze Czytanie... Chyba pierwszy raz tak w pełni poczułam sens słów jednej ze zwrotek hymnu XV Światowych Dni Młodzieży "Emmanuel" - "I oto my jako dłużnicy historii stuleci - wielu istnień dla miłości, świętych co wierzyli. ludzi co za wszelką cenę >>uczyli nas latać<<, tych co wieki przemierzali jak Chrystus Pan". Kiedy padała formuła kanonizacyjna, to naprawdę poczułam się kimś maluteńkim, owym "dłużnikiem historii stuleci", który nigdy i w żaden sposób nie spłaci tego długu.
My zaś, piszę o Towarzystwie Ciemnych Typów, można powiedzieć zrobiliśmy furorę i mieliśmy swoje przysłowiowe pięć minut. Pisali o nas na różnych portalach, w tym na vatican.news, m.in. ksiądz i Zocha wypowiadali się dla "Między Ziemią a Niebem" nadawanego wprost z Watykanu. A więc podbijamy świat, a dzieło Pier Georga prężnie działa nawet po 100 latach..
I tak sobie teraz myślę, że może ta podwójna kanonizacja to taki "prezent" od samego Pana Boga na moje 35 urodziny? Może to nieco egoistyczne z mojej strony, bo dlaczego właśnie komuś takiemu jak ja Bóg miałby dawać jakiś inny prezent, który nie jest życiem. A jednak wiem, że gdyby tak nie pokierował papieżem Leonem, to raczej nie miałabym możliwości być na obydwóch kanonizacjach w różnym czasie. Wiecie, ja nawet nie śmiałam o tym marzyć, bo wydawało mi się to najzwyczajniej w świecie nierealne. A jak mówi mój biskup Artur - marzenia muszą być na poziomie dziecka, wtedy mają szansę się spełnić. To marzenie chyba dużo wykraczałoby poza standard. Ale jeżeli to był faktycznie taki Boży Prezent, to okazał się najpiękniejszym, jaki mogłam sobie wymarzyć. Z drugiej jednak strony czuję ciążącą na mnie odpowiedzialność, że powinnam jeszcze szerzej opowiadać moim kandydatom do bierzmowania o tych, którzy są patronami ich roczników. Mam też jeden pomysł odnośnie Pier Giorgia, ale nie do końca wiem, komu go "sprzedać". Na pewno nie mojemu proboszczowi, który go zaneguje w 1/4 mojej wypowiedzi. Szkoda słów, i to dosłownie. Ale ja już postaram się znaleźć takiego szaleńca, który przynajmniej mnie wysłucha. A potem co najwyżej powie nie.
Watykan wyemitował znaczki z podobizną nowych świętych, a ja takie oto dwa markerowe obrazki Pier Giorgia i Carla. Tylko, że w przypadku Carla rozpędziłam się i pominęłam "św." przed imieniem. A Jurek ma już w ogóle jedno oko mniejsze, a drugie większe. Mam nadzieję, że się "nie obrażą". I że mniej więcej wiadomo o co chodzi.
A tak na sam koniec dziękuję tym kilku osobom, które nie zraziły się brakiem możliwości komentowania ostatniego wpisu i napisały do mnie meile (ewentualnie pisząc komentarze pod innymi wpisami) nie tyle dopytując się o szczegóły całej sytuacji, ile tak po ludzku wysyłały słowa wsparcia. Zabrzmi to patetycznie, ale naprawdę mi one pomogły w ciężkich chwilach. Tym bardziej, że po wyłączeniu możliwości komentowania nie spodziewałam się, że ktoś się mną zainteresuje. Niejako dzięki nim nie rozsypałam się po tym wszystkim. Przepraszam, że nie odpisywałam, ani nie komentowałam Waszych blogów, ale potrzebowałam czasu, aby się pozbierać, a i zdrowie po tym wszystkim najzwyczajniej w świecie mi siadło. Organizm musiał odreagować, no i chyba zrobił to zbyt gwałtownie. Nawet lekarz za bardzo nie miał pomysłu, co ze mną zrobić (jak zwykle, zresztą). Teraz, teraz już jest dobrze. I mam nadzieję, że tak zostanie.

poniedziałek, 16 czerwca 2025

2210. Magnifikat wybrzmiał po raz kolejny

Wdzięczność
Za życie, którego nie powinno być.
Za każde tchnienie, wydane nieświadomie.
Za piękno tego świata, nieogarnięte rozumem.
Za słońce ogrzewające mroki mojej duszy.
Za deszcz niosący krople pełne łask bożych.
Za wicher grający w berka z zającem.
Za każdą chwilę, uczącą mnie nowych rzeczy.
Za znajomych i nieznajomych na ulicy.
Za pomocną dłoń wyciągniętą w potrzebie.
Za miłość Bożą, bezinteresowną i bezwarunkową.
Za bycie Dzieckiem Bożym, niepokornym.
Wdzięczności uczę się na każdym kroku,
aby być bardziej szczęśliwym niż chwilę temu.

Koniec roku formacyjnego w katowickim Duszpasterstwie Akademickim wiąże się z uroczystą Mszą świętą nazwaną "Magnifikatem". To już taka tradycja, podczas której cała nasza społeczność dziękowała Bogu za wspólnie spędzony czas. W tym roku w tym radosnym wydarzeniu towarzyszył nam jeden z naszych absolwentów, który w tym roku przyjął święcenia kapłańskie - ksiądz Adam. To on wygłosił także homilię, w której wytłumaczył nam tajemnicę Trójcy Świętej, której wspomnienie przypadało tego dnia. Po Mszy cała zebrana społeczność stanęła do wspólnego zdjęcia, już nie w wydziałowej kaplicy, jak w zeszłym roku, ale u nas, w akademickiej krypcie otwartej na początku tego roku. A tak właśnie prezentowaliśmy się na schodach, które do niej prowadzą.
Na koniec Mszy każdy z nas otrzymał prymicyjne błogosławieństwo księdza Adama. Chociaż dla większości z nas, głównie z wydziału, to będzie po prostu Adam, nasz kolega ze studiów oraz ze wspólnoty. 
Chociaż zakończyła się Msza, to nie skończyło się nasze świętowanie w radosnych nastrojach. Przed kurią tańczyliśmy i belgijkę, i taniec kowbojski, i Macarenę, i kilka tańców lednickich (a uczestnicy spotkania mieli jeszcze w pamięci ewakuację, jaka miała miejsce tydzień wcześniej). Na koniec, w rytmie Poloneza, przeszliśmy na Wydział Teologiczny, gdzie odbyła się agapa, a także obejrzeliśmy prezentacje multimedialną, prezentującą działalność Duszpasterstwa w ciągu ostatniego roku. Ciekawie było tak powspominać. I nawet ja zostałam ponownie wyróżniona za 100% frekwencję. Gdyby tylko ksiądz Kris wiedział, że w większość rorat byłam jeszcze na wieczornych Mszach roratnich w parafii u mnie... Ale tego mu nie powiedziałam. Aczkolwiek miło mi się zrobiło za to wyróżnienie.
Teraz trzymiesięczna przerwa w formacji i od października wracamy do starego rytmu. Przynajmniej mam taką nadzieję. I plany. 

piątek, 13 czerwca 2025

2208. Czy to się nazywa wyróżnienie?

Chyba nigdy nie wbiegałam po szkolnych schodach tak szybko, jak wtedy. Tego jednego jedynego dnia pierwszy raz szczerze żałowałam, że salka katechetyczna jest na ostatnim piętrze budynku szkolnego. Kiedy pokonałam ostatni stopień byłam zadowolona. Akurat była przerwa, ale wiedziałam, że Ksiądz jest w środku. On rzadko kiedy schodzi do pokoju nauczycielskiego. Zwłaszcza teraz. Spokojnie weszłam przez uchylone drzwi do salki i spojrzałam w stronę pochylonego nad zeszytem kapłana próbując sobie przypomnieć, z którą klasą mógł mieć zajęcia. Czyżby słynna 8a? Zdania napisane na zielonej tablicy nic mi nie mówiły. 
Ksiądz zakaszlał, wyprostował się i jego wzrok padł na mnie. Nieco zaskoczony rzucił pytanie, czy długo już tak stoję, a przy okazji stwierdził, że weszłam tak cichutko, że nawet nie zauważył kiedy. W zasadzie to tylko chciałam się go zapytać co tak właściwie wykorzystał z moich życzeń w swoim kazaniu do współksięży.
Kiedy kilka dni wcześniej szliśmy w stronę bazyliki i atmosfera była już gęsta z powodu jego prób przekonania mnie do wyjazdu na obóz, nagle zmienił temat pytając mnie, czy wiem jakie jest w czwartek wspomnienie. Nie miałam żadnego pojęcia. Poinformował mnie, że Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wieczystego Kapłana. I że poproszono go o powiedzenie kazania w jakiejś diecezjalnej Mszy dla księży. I że on by z miłą chęcią zacytował kilka moich przemyśleń, które napisałam mu w ramach życzeń z okazji ostatnich rocznicy święceń kapłańskich. No, to wymyślił... Tym bardziej, że nie napisałam mu nic takiego odkrywczego. Ot, zwykłe życzenia. Np. żeby w kazaniach nie zapominał o dwóch składowych: moratorium i oratorium, bo bez tego wyjdzie mu krematorium. I takie tam... Nawet nie przewidywałam, że mu się to może jakoś specjalnie spodobać. Bardziej chodziło mi o to, by chociaż na chwilę zrobiło mu się miło. Ale żeby od razu cytować mnie w swoim kazaniu, które zapewne było na wysokim poziomie. Takiego zwykłego człowieka... Przecież ja mu nawet do pięt nie się dorastam w wierze i w wiedzy.
Ksiądz trochę wtedy ubolewał, że jest to Msza tylko dla księży, bo akurat mnie by na nią zabrał. Może i byłoby mi szkoda, że nie mogę na niej być, gdyby nie to, że w tym czasie miałam ostatnie w tym roku spotkanie w ramach grupy w Duszpasterstwie Akademickim. Ostatnia Msza święta, na której ksiądz Kris dziękował nam za całoroczne zaangażowanie oraz uczestnictwo we spotkaniach formacyjnych. Ostatnie w tym roku zdjęcie na tle auli Wydziału Teologicznego.
A potem poszliśmy na pizzerii już na luzie podsumować cały rok funkcjonowania naszej grupy. Takie ogólne zakończenie roku formacyjnego dla całego duszpasterstwa czekał nas w niedzielę, ale tradycją jest, że każda z gałęzi duszpasterstwa ma swoje spotkanie w tygodniu poprzedzającym to wydarzenie.
Niby byłam ciałem na tym spotkaniu, ale myślami i ciałem z Księdzem Niosącym Światło, który już dawno wygłosił swoje kazanie. Nawet sobie pomyślałam, że chyba wolałabym nie wiedzieć o tym jego pomyśle. Przecież i tak bym się nie dowiedziała. Teoretycznie mogłam mu wysłać SMSa z pytaniem, jak mu poszło, ale nie chciałam też przeginać.
Ale w piątek i tak byłam na praktykach w szkole, to przy okazji mogłam do niego podskoczyć w przerwie między jedną a drugą lekcją. Podobno wykorzystał fragment o naszych ciałach jako żywym tabernakulum przechowującym Najświętszy Sakrament po przystąpieniu do Stołu Pańskiego, o tym, że kapłan powinien za każdym Przeistoczeniem coraz bardziej wzruszać się tym, że ma przywilej tego dokonać oraz, że jeżeli my sami jesteśmy poprzez życie sakramentalne Świątynią Boga, to tak naprawdę nikt nie walczy z drugim człowiekiem, ale z samym Bogiem, który w nas mieszka. I przyznał, że to jest naprawdę mocne i daje do myślenia. Słuchałam go zmazując tablicę, aby się nie rozpłakać. I wtedy z tyłu mojej głowy pojawiła mi się dosyć egoistyczna myśl: o kurcze, on mnie chyba lubi. Tak sobie przeanalizowałam ostatni miesiąc. Te nabożeństwa majowe, na które pozwolił mi przynosić wydrukowane z internetu teksty rozważań. Ta wizyta w szpitalu, gdzie wcale nie musiał do mnie przychodzić, bo przecież nic by się nie stało, gdyby tego nie zrobił. To bierzmowanie, gdzie wszystko poszło jeszcze lepiej, niż myśmy zakładali. To spotkanie w kuchni na plebanii z okazji jego 21-rocznicy święceń kapłańskich i zwyczajna rozmowa. Ta pielgrzymka Prowincji Południowej "Wiary i Światło" do Rychwałdu, gdzie zamiast zdenerwować się moją obecnością, to wręcz przedstawiał mnie jako "moja parafianka". To kombinowanie, abym jechała na obóz. A Lednica? Może nie do końca wyszła tak, jakbyśmy tego chcieli, ale chyba nigdy nie współpracowaliśmy z księdzem, tak jak podczas niej. O dopingowaniu mnie na studiach nie wspomnę. A teraz jeszcze zamiast cytować w swoim kazaniu jakiś wielkich świętych i Doktorów Kościoła, wolał powołać się na zwyczajnego człowieka... Może to być za dużo, jak na jednego zwyczajnego człowieka? Może. Zwłaszcza, kiedy pomyślałam sobie, jak wyglądały moje ostatnie lata w mojej parafii. Przepaść...
Pomyślałam o księdzu Wojtku. To bez wątpienia ten sam typ osobowości - wychodzącej na peryferia Kościoła, do tych, którzy są ubodzy, biedni, chorzy, bezdomni, opuszczeni, kalecy. Do tych, których raczej odrzuca społeczeństwo. Typ, który wysłucha, ale nie oceni (a na pewno nie jawnie). Który upomni, ale nie pamięta zbyt długo złego. Który powie w konfesjonale coś krótkiego, ale wywołującego efekt "wow". Który nie mówi długich kazań, ale takie, które zapadają w pamięć i w serce. Który zamiast się złościć - rozmawia. Który przyjmuje też inne racje i inny punkt widzenia niż jego. Który nie tylko sam buduje łączące mosty, zamiast dzielących murów, ale swoją postawą uczy tego innych. Który wie, że kiedyś Bóg zada mu pytanie: co zrobiłeś, aby przybliżyć ludzi do mnie? A co zrobiłeś dla tego i tego... Naprawdę, chciało mi się płakać na samą myśl.
Ale nie mogłam się rozpłakać. Nie przy księdzu, nie w klasie, nie w tym momencie. Powiedziałam mu tylko, że cieszę się z tego, że spotkanie i kazanie mu się udało. A że przerwa powoli dobiegała końca to zbiegłam na dół na świetlicę. Właściwie to tylko na chwilę, bo lada moment kończyłam dniówkę na praktykach. Do domu wracałam na nogach. I chyba tylko z tego powodu pozwoliłam sobie samej popłakać.

środa, 21 maja 2025

2190. Przedbierzmowaniowo i popielgrzymkowo

Pier Giorgio Frassati - patron rocznika bierzmowanych
W przyszłym tygodniu moi kandydaci do bierzmowania przystąpią do tego sakramentu. Wcześniej jednak ostatnie spotkanie, ostatnie próby i... egzamin. Ksiądz Niosący Światło, który też już wyszedł ze szpitala, tak to wszystko zgrał, aby i zdążyć przed uroczystością i zbytnio mnie nie obciążać. Ostatnie spotkanie przeprowadził sam, ja mam przyjść dopiero na piątkowy egzamin. O ile będę się dobrze czuła. A jakby co to mam zostać w domu. Takie mam zalecenie księdza.
Żeby mi się jednak nie nudziło to ksiądz poprosił mnie o ułożenie zestawu pytań na ten egzamin. Tylko, jak to sam zaznaczył, bez szaleństw. Bo podobno jak pyta ich w szkole o definicje pychy czy też pobożności to odpowiadają mu ogromnymi oczami. No cóż, za dużo od nich wymaga. A i oni go lekceważą. Na praktykach wystarczająco się nasłuchałam na ten temat. Ale spokojnie, postaram się o pytania łatwe, proste i konkretne, z treści, które z nimi przerobiłam. W ostateczności może prześlę je meilem księdzu. Jakbym faktycznie czuła się na tyle słabo. Tak jak na przykład dzisiaj. W planach miałam udanie się na spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego z S-ca. Jego opiekun akurat wrócił z diecezjalnej jubileuszowej pielgrzymki do Rzymu, miał podzielić się wrażeniami. To musiało być ciekawe przeżycie. I co z tego, że bardzo chciałam na nie pojechać, skoro nie byłam w stanie chodzić. Dobrze, że mam L4 do końca tygodnia - nie muszę się martwić co z pracą i uczelnią. Siła wyższa. Ale mam też nadzieję, że w piątek polepszy mi się na tyle, aby przeegzaminować chociaż część gagatków. Bo coś czuję, że jak zostaną z tym z Księdzem Niosącym Światło to może być różnie. I nikt ich nie uratuje z tarapatów.
Ogólnie to ksiądz namawiał mnie do wyjazdu do tego Rzymu, kiedy była pora zapisów. Ale już dwa lata temu pojechałam do Wiecznego Miasta pod koniec roku akademickiego i potem miałam kurcgalopek ze wszystkim. Zresztą i tak jadę do Rzymu, tyle że na Jubileusz Młodych na przełomie lipca i sierpnia. Gdybym pojechała na diecezjalną pielgrzymkę, to musiałabym z niego zrezygnować ze względów finansowych. Poza tym, gdyby tak nasilenie mojej choroby nastąpiło na pielgrzymce to byłoby nie za ciekawie. Tymczasem wycięli mi zajęty chorobowo obszar i w teorii powinno być dobrze na jakiś czas. Z drugiej strony, na pielgrzymce raczej bym się niczym aż tak nie zdenerwowała i nie skończyłoby się to dla mnie szpitalem. Ech, za dużo gdybania. Stało się, nie pojechałam i nic się nie stało. A na Jubileuszu Młodych znowu udało mi się załapać na wolontariat. Chociaż dużo bardziej cieszę się na kanonizację Frassatiego. Bo mam nadzieję, że ona odbędzie się zgodnie z planem Franciszka. 
Właśnie, muszę zagadać do księdza Krisa, czy by mi nie pożyczył relikwii Jurka Frassatiego. Wiecie, był patronem rocznika, w odniesieniu do jego osoby przekazywałam nastolatkom treści związane z przygotowaniem do bierzmowania. Dobrze by było, gdyby był z nimi obecny w tym ważnym dniu. Mam nadzieję, że ksiądz się na to zgodzi...
A tu już zdjęcie z zeszłego roku ze znajomymi z Duszpasterstwa Akademickiego z Frassatim na obrazie

piątek, 9 maja 2025

2183. W grupie raźniej jest przeżywać ważne i historyczne chwile

Biała koszulka i żółte poduchy nawiązują do kolorów flagi Watykanu
Wraz z rozpoczęciem się konklawe ludzie na Wydziale Teologicznym obstawiali ile będzie trwało tym razem konklawe. Duch Święty i jego natchnienie to jedno, ale patrząc na długość ostatnich dwóch wyborów papieży (Benedykta XIV oraz Franciszka) obstawiałam, że wszystko potrwa góra dwa dni. Wiadomo, nigdy człowiek nie zgadnie ile to potrwa, bo równie dobrze głosowania mogły trwać tygodniami, ale te czasy chyba już minęły. Jak się okazało, przeczucie mnie nie myliło.
W środę raczej nie spodziewałam się niczego konkretnego. Wieczorem obejrzałam retransmisję rozpoczęcia konklawe, potem czarny dym. Można się było tego domyśleć. Jeszcze przejrzałam faworytów do objęcia trony papieskiego. Gdzieś tam mignął mi kardynał Krajewski. Nie spodziewałam się, aby ponownie przyszedł czas na papieża-Polaka, chociaż znowu nie było wiadomo, jak powieje Duch Święty.
W czwartek rano zaczepiła mnie na osiedlu przyszywana ciocia z pytaniem, czy wybrali już papieża, bo ktoś już mówił, że tak. Odpowiedziałam jej, że jeszcze nie, ale może już tego wieczoru, może nazajutrz będzie już wszystko wiadomo. Chyba. 
Na uczelnię jechałam czytając dopiero co wydaną w Polsce autobiografię papieża Franciszka zatytułowaną po prostu "Nadzieja". Jak dla mnie jest to znakomite podsumowanie nie tylko pontyfikatu papieża, ale też całego jego życia. Piękna, poruszająca książka, taka od serca, co się czuje podczas lektury.
Podczas zajęć wszyscy byli poruszeni. Chociaż nie mam internetu ani w komórce, ani na laptopie, to mniej więcej wiedziałam co się dzieje w Watykanie z relacji innych. A w Watykanie nie działo się nic. szczególnego - czarny dym zwiastował, że kardynałowie jeszcze nie doszli do porozumienia. To też było do przewidzenia. Po zajęciach na uczelni poszłam do pracy, a po pracy - na "Piekarnik". Tego dnia jednak ksiądz Kris świętował rocznicę swoich święceń kapłańskich z kolegami z rocznika, więc my poszliśmy na wieczorną Mszę do archikatedry.
Msza już trwała, już było po Ewangelii, kiedy z zakrystii wyszedł (chyba) kościelny i żwawym krokiem podszedł do kapłana sprawującego Mszę świętą. "Wybrali" - przebiegło mi po głowie, a moje przypuszczenia zostały potwierdzone chwilę potem przez celebransa. Chwilę potem, po kilkunastodniowej przerwie, w modlitwie po przemienieniu, ponownie modliliśmy się za papieża, choć nawet nie wiedzieliśmy za jakiego. Po okolicy roznosił się przez dłuższy czas donośny dźwięk dzwonów, oznajmujący wybór głowy Kościoła, a na moją komórkę, oczywiście z wyłączonym dźwiękiem, próbował dodzwonić się tata z radosną nowiną. W 1978 roku, ten, który żył z dala od cywilizacji, o wyborze papieża Polaka dowiedział się bardzo szybko podczas zajęć katechetycznych w Domu Katolickim. Ów Dom znajduje się natomiast tuż przy bazylice, w której Wojtyła przyjmował pierwsze sakramenty i kilkadziesiąt kroków od domu, w którym się urodził. Nie wiem, jak to było w innych kościołach, ale w archikatedrze na zakończenie wybrzmiało donośne "Te Deum".
Po zakończonej Mszy udaliśmy się do seminarium, gdzie mieliśmy się modlić za diakonów, którzy dwa dni później mieli przyjąć święcenia kapłańskie. Zamiast tego zgromadziliśmy się w auli, gdzie na ekranie wyświetlano transmisję z Watykanu. Poczułam się niczym w kinie. Trochę to trwało, zanim 268 następca św. Piotra pokaże się wiernym, więc dałam tacie znać, że już wszystko wiem.
W końcu, po niecierpliwym oczekiwaniu, padły te znamienne słowa: "Habemus Papam":
Z niecierpliwością czekałam tych kilka chwil, aż padnie jego nazwisko i chociaż Prevost nic mi nie mówiło, to i tak cieszyłam się na ten wybór. Atmosfera była wyjątkowa - kiedy ogłoszono nazwisko kardynała, który został papieżem i jakie wybrał imię, wszyscy zgromadzeni na auli zaczęli bić brawo, a spora część odpaliła internet, aby zobaczyć kto to jest. Zaś kiedy udzielał swojego pierwszego błogosławieństwa "Urbi et orbi", wszyscy wstali z miejsc. Myślę, że gdybym była w domu, to zachowałabym się zupełnie inaczej. No, ale siła tłumu robi swoje.
Po skończonej transmisji udaliśmy się do kaplicy seminaryjnej na zaplanowaną modlitwę. Każdy z nas na swój sposób przeżywał to, co się przed chwilą stało. Dla większości z nas to trzeci wybór papieża w życiu, dla większości - pierwszy w miarę świadomy. I naprawdę cieszę się, że miałam okazję go przeżyć w takich okolicznościach. I czekam na spotkanie z nim na przełomie lipca i sierpnia.
W seminarium

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

2177. Wspólnotowe śniadanie wielkanocne

W pierwszą niedzielę po Wielkanocy, tzw. Niedzielę Bożego Miłosierdzia, Duszpasterstwo Akademickie "Centrum" spotkało się w siedzibie "Gościa Niedzielnego" na śniadaniu wielkanocnym. Dosłownie, bo spotkanie miało miejsce o 9 rano, tak aby wszyscy mogli na spokojnie na nie dojechać.
Na spotkanie każdy z nas miał coś przygotować. Ja zdeklarowałam się na ciasto. Rok temu zrobiłam mazurek, który zrobił furorę, w tym roku też postawiłam na ten wypiek, który już się sprawdził. A że było nas trochę (chociaż nie tak dużo, jak na Wigilii), toteż na stole pojawiły się same pyszności.
W Wigilię Paschalną w Archikatedrze Katowickiej chrzest, pierwszą Komunię i bierzmowanie przyjął przygotowujący się w naszej wspólnocie katechumen - Marcin. Śniadanie było zarazem zwieńczeniem jego "Białego Tygodnia". Na pamiątkę tego wydarzenia dostał akt specjalnego błogosławieństwa podpisanego przez, świętej pamięci już, papieża Franciszka. To takie coś w rodzaju naszych obrazków z dnia Pierwszej Komunii Świętej. A poza tym mieliśmy czas na rozmowy, na wspominanie, na podzielenie się z innymi swoimi uwagami i spostrzeżeniami.
A potem uczestniczyliśmy w Mszy świętej sprawowanej w naszej akademickiej krypcie przez 91-letniego biskupa-seniora archidiecezji katowickiej, Damiana Zimonia. Tradycyjnie już wzruszyła mnie sekwencja wielkanocna, tym razem razem w wersji łacińskiej, która bardzo trafia w moje serce (szczególnie tłumaczenie "Jagnie odkupiło owce", co odpowiada znanemu nam "Odkupił swe owce baranek bez zmazy"). Słowo kazania skierował do nas ksiądz Kris. Nawiązując do usłyszanej Ewangelii, prosił nas, abyśmy nie zamykali się w "wieczernikach" wspólnotowych, bo w byciu w jakiejś wspólnocie nie o to chodzi. Abyśmy to, co zyskamy poprzez obecność w nich wynieśli w świat. Do takich "niewiernych Tomaszów", czyli tym, którzy potrzebują namacalnych dowodów na to, aby w coś uwierzyć (oj, mam ja takich kilku w mojej rodzimej parafii). Marcinowi zaś zdjęto "białą szatę" na znak zakończenia jego białego tygodnia.
A po Mszy jeszcze na chwilę wróciliśmy do siedziby "Gościa Niedzielnego", aby posprzątać przyniesione przez nas rzeczy. Na szczęście w miarę szybko uwinęliśmy się z tym, toteż i mój powrót do domu był w miarę szybki. A dzięki temu mogłam jeszcze pójść na Koronkę do Bożego Miłosierdzia. 

sobota, 26 kwietnia 2025

2176. Mój papież

Pierwsze spotkanie "Piekarnika" po świętach poświęcone było dziedzictwu papieża Franciszka
Testament
Trzeba potrafić nie być dwudziestoletnim staruszkiem,
co nie widzi już sensu w swoim młodym życiu,
albo chce żyć jutrem,
zapominając, że jest "dziś"
Trzeba umieć zejść z wygodnej kanapy,
nawet gdy oglądamy ciekawy film,
poszukać wygodnych butów,
ukrytych pod stertą eleganckich pantofli.
I iść w nich na życiowe peryferia,
gdzie biedni, głodni, odrzuceni,
by zanieść im choć odrobinę nadziei,
niczym skibkę świeżego chleba.
Kiedy w niedzielę wielkanocną papież Franciszek wyszedł o zgromadzonych na placu św. Piotra wiernych, aby udzielić im specjalnego błogosławieństwa "Urbi et orbi" i powiedzieć do nich kilka słów, myślę że nikt się nie spodziewał, że to jego ostatnie publiczne wystąpienie, a nazajutrz wiele katolików zapłacze na wieść o śmierci 265 następcy św. Piotra. Wśród tych osób byłam i ja. To wszystko wydawało mi się tak nieprawdopodobne, tak nierealne... 
Papież Franciszek był bliski mojemu sercu. Nawet nie wiem, czy nie bardziej niż nasz Jan Paweł II. Może dlatego, że pontyfikat Franciszka przeżywałam bardziej świadomie? Tych 12 lat zapisało się w mojej pamięci w formie najpiękniejszych wspomnień, które we mnie odżywają za każdym razem jak spoglądam na zdjęcie ze środowej audiencji generalnej, na której nasze dłonie stykając się ze sobą.
Ogłoszenie wyboru nowego papieża po niespodziewanej abdykacji nastąpiło 13 marca 2013 roku późnym popołudniem. Pamiętam, że wracałam wtedy w treningu pływackiego, w autobusie było włączone radio, spiker podał tą wiadomość. I nagle ktoś krzyknął: "Jezus, Maria, murzyn!". Po powrocie do domu okazało się, że to nie "murzyn", a całkowicie biały kardynał. Już od pierwszego przemówienia ujął mnie tym swoim "dobry wieczór". I tym, że określił siebie "papieżem z końca świata". No cóż, mógł być papież z dalekiego kraju, to dlaczego miałoby nie być takiego z końca świata?
I tak to się zaczęło
Msza Inauguracyjna wypadła w tym samym dniu, w którym kierowcy komunikacji miejskiej ogłosili strajk i niewyjechanie na trasę, a w związku z tym rektor AWFu w Kato dał nam dzień wolny. Zupełny przypadek, ale dzięki temu mogłam obejrzeć na spokojnie transmisję tego wydarzenia prosto z Wiecznego Miasta. Uderzył mnie tłum ludzi. A także zdanie, że najpierw dorośli opiekują się dziećmi, a po latach to dzieci powinny opiekować się swoimi rodzicami. Jakoś mnie to wzruszyło.
W wakacje w Rio de Janeiro odbywały się Światowe Dni Młodzieży. Śledziłam je z zapartym tchem w telewizji. To, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie to Droga Krzyżowa w ubogiej dzielnicy miasta. Pamiętam, że dawno nic mnie tak nie poruszyła, jak ona. A kiedy ogłoszono, że kolejne Światowe Dni Młodzieży odbędą się w Polsce, wiedziałam, że raczej mnie na nich nie zabraknie.
Zaledwie trzy miesiące później, 16 października 2013 roku, wraz z innymi niepełnosprawnymi wzięłam udział w wycieczce do Włoch, a jednym z punktów była środowa audiencja u papieża. Mieliśmy zarezerwowane najlepsze miejsca, te dla niepełnosprawnych, i szansę, że każdy z nas dotknie papieża. Niestety, spóźniliśmy się i mimo posiadania wejściówek, przy papieżu były tylko osoby poruszające się na wózkach, a cała reszta została skierowana na Plac św. Piotra. No nic, nie można mieć wszystkiego. Dla mnie liczyło się, że byłam tam w tak ważnym dla nas Polaków dniu, że widziałam papieża przejeżdżającego w papamobile. A że mnie nie dotknął... nie można mieć wszystkiego.
Czekałam więc na 2016 rok i Światowe Dni Młodzieży, a w międzyczasie taką moją tradycją, właściwie do samego końca pontyfikatu papieża Franciszka, był niedzielny Anioł Pański. Czasami oglądany jako retransmisja, ale zawsze mnie ciekawiło, co też papież ciekawego powie. I znowu mnie zachwyca tym, że niemal za każdym razem witał się z wiernymi zwykłym "Dzień dobry", a żegnał życząc dobrego obiadu i prosząc, aby nie zapominać o nim w swoich modlitwach. I jeszcze po każdej kanonizacji i beatyfikacji prosił o brawa dla nowych świętych i błogosławionych. A trochę ich się nazbierało przez tych 12 lat. Czasami udawało mi się obejrzeć jakąś transmisję takiej kanonizacji i zawsze czułam wtedy wzruszenie, a w mojej głowie pojawiała się jedna ze zwrotek pieśni "Ciebie Boga wysławiamy" - "Ze Świętymi w blaskach mocy, Wiecznej chwały zlej nam zdroje, Zbaw o Panie lud sierocy, Błogosław dziedzictwo swoje". Pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły jego pielgrzymce do Fatimy i kanonizowaniu dwóch pastuszków - jego imiennika Franciszka i jego siostry Hiacynty. Albo kanonizacji Jana Pawła II oraz Jana XXIII. Oraz wielu innym. Inną tradycją było oglądanie pasterek i Dróg Krzyżowych pod jego przewodnictwem. No i starałam się czytać jego adhortacje i encykliki, które bardziej do mnie przemawiały niż teksty jego poprzedników. Tak samo jak orędzia na Wielki Post.
Wspomniane Światowe Dni Młodzieży w 2016 roku były dla mnie przełomem pod każdym względem. Pierwszy raz brałam udział w tak ważnym i ogromnym wydarzeniu, i to jeszcze jako wolontariusz. Tego ostatniego zupełnie się nie spodziewałam, ale postanowiłam wykorzystać tą szansę. I nawet zmieniło się podejście do mnie niektórych osób w mojej parafii. Co prawda tylko na rok, ale jednak. A więc z jednej strony działałam, czując się podwładnym samego papieża, a z drugiej z uwagą słuchałam o tym, żeby być odważnym oraz żeby zejść z wygodnej kanapy, założyć wędrowne buty i iść w świat.
Kraków 2016
Panama 2019
Potraktowałam to nieco dosłownie, bo następnym punktem mojej przygody były Światowe Dni Młodzieży w... Panamie. Pomysł kosmiczny, zważając i na koszty i na to, że wydarzenie odbywało się w okresie sesji studenckiej. Nie wiem, jak ja dałam radę to wszystko ogarnąć, ale kiedy moje koleżanki męczyły się z kolejnymi egzaminami, ja kolejny raz słuchałam na żywo słów papieża. Myślicie, że gdyby nie ŚDM to poleciałabym do Panamy" Wątpliwe.
No i wreszcie Lizbona w 2023 roku, ponownie jako wolontariusz. Ech, cóż
to był za wyjazd. Całkowicie samodzielny do obcego kraju bez znajomości lokalnego języka. Ale i tutaj, z Bożą pomocą, wszystko się udało. A radosny taniec wolontariuszy podczas naszego spotkania z papieżem na koniec wydarzenia zapamiętam chyba do końca życia. Tak samo jak to, że aż trzy razy papież przejechał tuż obok mnie.
Lizbona 2023
Ale zaledwie dwa miesiące przed Lizboną stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Prawie dziesięć lat po wizycie w Wiecznym Mieście ponownie je odwiedziłam, tym razem w ramach wyjazdu studyjnego. Nawet pomogłam organizatorowi w ułożeniu planu zwiedzania po opuszczeniu murów tamtejszego uniwersytetu. Nie mógł mi za to zapłacić, bo regulamin funduszy tego nie przewidywał, ale obiecał, że coś wymyśli, abym nie była "stratna". Ta zapłata przyszła podczas środowej audiencji generalnej. A raczej po niej, kiedy zaprowadził mnie pod barierki i kazał czekać na papieża. On wierzył, że uda mi się go dotknąć, ja nie. Trochę to trwało, zanim Franciszek do nas dojechał, ale przez moment nasze dłonie zetknęły się ze sobą. Jezu, co za paradoks - nieważny dla świata człowiek na kilka sekund staje się najważniejszy dla Głowy Kościoła Katolickiego. Tą myśl przywołuję, kiedy mam doła. I zawsze mi pomaga. To spotkanie bliżej opisałam >>tutaj<<.
To spotkanie w Portugalii było przesunięte o rok (pierwotnie miało się ono odbyć w 2022 roku) z powodu pandemii COVID-19. Paradoksalnie nawet z okresu pandemii przechowuję w pamięci obraz papieża, kiedy przemierzał  świecący pustkami Plac św. Piotra, aby w samotności modlić o jej ustanie. Pamiętam, że wtedy koleżanka z roku pisała, że teraz to już na pewno nastąpi koniec świata... Jak widać, Ziemia dalej kręci się swoim rytmem. Inny obraz, sprzed kilku miesięcy, to Franciszek otwierający Drzwi Święte w Bazylice św. Piotra z okazji rozpoczęcia Roku Jubileuszowego 2025. I ten ostatni, z dnia przed śmiercią, kiedy po raz ostatni udzielił błogosławieństwa Miastu i światu.
Nie da się ukryć, że był to niebanalny człowiek, a co za tym idzie - i pontyfikat był niezwykle barwny i pełen niecodziennych sytuacji. Papież powiedział wiele ważnych słów (proszę, pomińmy "głupoty", jakie zdarzyło mu się powiedzieć, któż z nas nie ma ich na swoim sumieniu? A może to właśnie one sprawiły, że dystans między nim, a zwyczajnymi ludźmi diametralnie się zmniejszył?), wychodził na peryferia, do ubogich, starych, niepełnosprawnych, więźniów, a nawet do homoseksualistów. Pokazywał tym, że w oczach Boga każdy jest ważny bez względu na wszystko. Ale też się nie narzucał. On nawet z umieraniem postanowił jakby poczekać - tak jakby chciał dać, czy też pozwolić chrześcijanom na całym świecie cieszyć się ze zmartwychwstania Pana.

Dekoracja w Archikatedrze
Początkowo miałam ochotę lecieć na jego pogrzeb. Jeszcze w środę bilety do Rzymu i z powrotem kosztowały niecałe 900 zł. Ale w końcu zrezygnowałam. W życiu nie można mieć wszystkiego. W telewizji też można było wszystko zobaczyć i nawet było tłumaczenie na żywo. Myślę, że Franciszek by się nie obraził, zwłaszcza że zaraz potem potrzebowałam pomocy medyka*. Pożegnałam go najlepiej, jak w tamtym momencie mogłam. A wcześniej, w czwartek, w ramach Mszy przed spotkaniem formacyjnym DA, uczestniczyliśmy w Mszy za duszę papieża Franciszka w Archikatedrze w Kato. Było nas tak wiele, że aż zostaliśmy potem pochwaleni przez księdza Krisa, że ludzie w końcu zobaczyli nas jako wspólnotę. A potem wspólnie podsumowaliśmy ten dwunastoletni pontyfikat. 
Dla mnie osobiście jego najważniejszym przesłaniem było wychodzenie na peryferie wiary - nie zamykanie się we własnej strefie komfortu, ale wychodzenie poza nią. Że każdy jest ważny - i ten pod cierpieniem zgięty, i ten do lasu wypchnięty, i ten bogaty, i ten biedny.
Mieliśmy się jeszcze spotkać podczas Jubileuszu Młodych w Rzymie na przełomie lipca i sierpnia. Byłoby to moje czwarte tego typu spotkanie, w tym trzecie (po Krakowie i Lizbonie) w charakterze wolontariusza. Tym razem przyjdzie nam się spotkać z innym, 267 z kolei, następcą św. Piotra. Nie chcę mówić, kto powinien nim zostać, chociaż na wielu blogach i profilach społecznościowych czytam, że papieżem powinien być ten czy tamten kardynał. Serio? Od czasów papieża Franciszka (bo kiedy wybierali papieża Benedykta wierzyłam, że to Franciszek Macharski będzie papieżem, ale byłam wtedy 15-letnią gimnazjalistką) trzymam się zdania, że kardynałowie dokonają właściwego wyboru. Jedynie ostatnio, kiedy robiliśmy dekoracje w kościele związaną z papieżem Franciszkiem, powiedziałam, że nowy papież mógłby się nazywać Łukasz.
 - Dlaczego Łukasz? - zapytał Ksiądz Niosący Światło przypominając, że jeszcze nie było papieża o tym imieniu. Odpowiedziałam mu, że skoro św. Łukasz Ewangelista był lekarzem, to oznaczałoby to, że nowy papież będzie chciał uzdrowić Kościół. To nie jest moja autorska myśl, taki motyw przeczytałam kiedyś w jakiejś powieści, nie pamiętam jednak jakiej. Ksiądz raczej też jej nie czytał, bo pewnie by ją skomentował na swój sposób.

Ale papież Łukasz? Czemu nie...

* Chociaż z drugiej strony gdybym poleciała do Watykanu nie musiałabym się denerwować kolejną akcją zafundowaną mi przez prowadzącą zajęcia z teatru...A wtedy pewnie nie wylądowałabym na SORze. Jak dobrnę do końca tych studiów to będzie dobrze.

czwartek, 10 kwietnia 2025

2168. Olimpiada Wiedzy Biblijnej od drugiej strony

Kiedy byłam uczniem drugiego etapu szkoły podstawowej i gimnazjum, nie było praktycznie roku, abym nie brała udziału w Olimpiadzie Wiedzy Biblijnej. Nawet nie w jednej, a w dwóch - dla uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi oraz pełnosprawnych. W pierwszej kategorii prawie zawsze byłam na podium. Jednak najbardziej cieszyło mnie to, że w Olimpiadzie dla uczniów pełnosprawnych tylko nieznacznie odstawałam od podium, co było dla mnie dowodem na to, że nie odbiegam umysłowo tak bardzo od moich rówieśników, i że może po przejściu do liceum jakoś sobie poradzę.
Bardzo lubiłam te wszystkie przygotowania do konkursu - czytanie zadanych Ksiąg, konsultacje z katechetą, który odpowiadał nawet na najbardziej zawiłe pytania nastoletniego Lolka, potem etapy szkolny i międzyszkolny, gdzie sprawdzało się poziom swojej wiedzy. Wiedziałam,, że jest dosyć duży, jednak nigdy starałam się nie iść na nie z nastawieniem, że muszę wygrać. Uda się, to będzie dobrze, nie uda się, widać są lepsi ode mnie. Zresztą do konkursów matematycznych podchodziłam tak samo i byłam jakby zdrowsza.
Dlatego z niebywałą radością przyjęłam propozycję sprawdzania prac konkursowych uczniów szkół ponadpodstawowych archidiecezji katowickiej biorących udział w tegorocznej edycji Ogólnopolskiej Olimpiady Wiedzy Biblijnej.  W tym roku opierał się on na Księdze Ezdrasza, Księdze Nehemiasza oraz Listach św. Pawła do Tytusa i Tymoteusza i składał się z 35 pytań - 33 zamkniętych oraz 2 otwartych.
Nie wiem czy bardziej stresowały mnie lata, gdy sama brałam udział w tego typu konkursach, czy też teraz, kiedy miałam za zadanie sprawdzanie prac. I wtedy i teraz spoczywała na mnie duża odpowiedzialność. Czy  wszystko dobrze sprawdzę? Czy się nie pomylę w punktacji? Myślę, że każdy z naszej komisyjnej piątki miał takie "czy". Oczywiście mieliśmy kartę z odpowiedziami, żeby było szybciej, ale i tak zawsze ten niepokój był. Dlaczego jednak poprosili o pomoc nieopierzonych studentów Wydziału Teologicznego? Otóż okazało się, że prac nie mogą sprawdzać katecheci i księża uczący młodzież. A poza tym finał dla archidiecezji katowickiej był w gmachu naszego wydziału oraz w Panteonie Górnośląskim, więc daleko nie mieliśmy.
Poziom odpowiedzi był zróżnicowany - najlepszy wynik to 87 na 90 możliwych, najniższy - 24 punktów. Same pytania też były i łatwe i trudne. Siódemka najlepszych wyników przechodziła dalej do etapu ustnego, a ten znów wyłaniał najlepszą trójkę reprezentującą archidiecezję w finale ogólnopolskim. Młodzież poszła zmagać się z częścią ustną odbywającą się w Panteonie Górnośląskim, a ja z kolokwium z łaciny. Zdałam je zaskakująco dobrze, chociaż było dosyć trudne (większość z nas niestety je oblała).
Po zajęciach na uczelni do pracy na te trzy godziny, a po pracy na Duszpasterstwo Akademickie. Ogólnie mieliśmy mieć próbę przed Misterium Męki Pańskiej, ale zbyt wiele osób napisało, że ich nie będzie i trzeba było je odwołać. Zamiast tego porozmawialiśmy sobie o zbliżającym się Triduum Paschalnym i też było ciekawie.

czwartek, 27 marca 2025

2160. Byle do świąt

Wbrew pozorom ostatnie wydarzenia nie spłynęły po mnie jak po przysłowiowej kaczce, ale utkwiły we mnie wraz z pytaniem, co można było zrobić, aby do tego nie dopuścić. Wiem, że niektórzy są ciekawi o co chodzi, ale są też pewne granice intymności, których nie chcę przekraczać. Tak samo, jak nie chcę pisać do końca co się wydarzyło na wydziale, bo według mnie to zbyt intymna sprawa. Wolę pisać ogólnikowo, bo to nikomu nie ujmuje. Mam nadzieję, że to rozumiecie.
Pierwszy raz od dłuższego czasu czuję jakiś taki wewnętrzny niepokój. Bo z jednej strony cieszę się, że wyraziłam własne zdanie na ten temat (a przez to nieco mi ulżyło), ale z drugiej odczuwam wyraźną niechęć Przewodniczącej względem mojej osoby. Ale z drugiej strony, gdybym wyraziła jakąkolwiek aprobatę względem jej postępowania, to byłoby znowu przeciwko mojemu sumieniu. Wydział Teologiczny Wydziałem Teologicznym, ale pewne zewnętrzne reguły nas obowiązują, jako część uczelni. I wykorzystywanie swojej pozycji aby dogryźć drugiemu też nie jest dobre, ani tym bardziej - potrzebne.
W mojej głowie jest więc kłótnia pomiędzy wyznawanymi zasadami a lojalnością względem Przewodniczącej. Kłótnia, gdzie ciężko jest o wynik wygrany, bo jakkolwiek by się nie postąpiło - zawsze będzie się przegranym - albo przed kimś innym, albo, co gorsza, przed samym sobą. Miało być dobrze, ale nie wyszło.
W trochę bojowym nastawieniu poszłam na spotkanie "Piekarnika". Animatorzy grupy wymyślili na nie godzinną adorację Najświętszego Sakramentu, więc można było się wyciszyć i ukoić swoje nerwy. Chociaż podejrzewam, że ta sytuacja będzie jeszcze długo we mnie siedzieć. Widać już taka moja natura - przejmująca się wieloma rzeczami i analizująca wiele sytuacji, z którymi musi się mierzyć. Wiem, że to nie jest dobre dla mnie samej, bo czuję skutki takiego stanu rzeczy w funkcjonowaniu mojego organizmu. No, ale nic już na to nie poraadzę.
Ech, byle do świąt. Byle do majówki. Byle do sesji. Byle do obrony...

czwartek, 6 marca 2025

2143. Czy Bóg może mieć kobiece cechy?

Nad takim pytaniem zastanawialiśmy się podczas dzisiejszego spotkania studenckiej grupy formacyjnej "Piekarnik". Temat spotkania z zaproszonym gościem, czyli pracującą w "Gościu Niedzielnym" Magdaleną Jóźwik, zbiegł się w czasie z wypadającym na dniach Dniem Kobiet.
Zanim jednak w ośrodku formacyjnym przy kawie i cieście wysłuchaliśmy tego, co pani Magda ma do powiedzenia, zgromadziliśmy się w kaplicy Wydziału Teologicznego na Mszy świętej, która otwiera praktycznie każde spotkanie. Cieszę się, że są one o godzinie 18:30, bo dzięki temu mogę spokojnie na nie dotrzeć po pracy. Tym razem swoją obecnością zaszczycił nas rektor Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego w K-cach, wykładowca naszego wydziały, rocznikowy i pokojowy kolega księdza Krisa, a nawet przez jakiś czas opiekun mojego rocznika. Podczas kazania opowiedział nam o trudnej i wymagającej chrystusowej drodze błogosławieństw, o współczesnej kulturze przesytu, a także o swoich dziecięcych dylematach, czy z okazji Pierwszej Komunii Świętej otrzymać od rodziców rower BMX czy też Commodore 64. 
Po Mszy oraz grupowym zdjęciu udaliśmy się do ośrodka duszpasterstwa akademickiego, gdzie przy rozmowach czekaliśmy na przybycie pani Magdaleny. Kiedy już to się stało, każdy z nas przedstawił się z imienia, miasta, z którego przybył, a także kierunku, który studiuje. Kiedy kolejka dotarła do mojej osoby i wymieniłam wymagane dane, ksiądz Kris z humorem dodał, że na koncie mam jeszcze kilka ukończonych kierunków. Po sali przeszedł pomruk śmiechu. No, jakoś tak wyszło.
Następnie odbył się wykład, który przybrał trochę niespodziewaną dla mnie formę i treść. Tutaj chciałabym zaznaczyć, że jest to już drugie podejście pani Magdy do jego wygłoszenia - pierwotnie miała się u nas zjawić jeszcze w czerwcu, ale choroba pokrzyżowała jej plany. Ale jak mówi pewna mądrość ludowa - co się odwlecze to nie uciecze, spotkanie to zostało po prostu przesunięte na inny termin. Pani Magda mówiła sporo o obrazie kobiet w Piśmie Świętym - że odzwierciedlały one większość ludzkich cech - od delikatnej i opiekuńczej Maryi po władcze i waleczne kobiety z kart Starego Testamentu, np. Rut i Estery. A skoro każdy z nas został stworzony na Boży obraz i podobieństwo, toteż i kobiety. A zatem Bóg, chociaż występuje w rodzaju męskim, posiada w swojej naturze i cechy żeńskie. W bardzo ciekawym kierunku poszła dyskusja odnośnie tego, jak wyglądałyby znane nam historie biblijne napisane kobiecą ręką (bo praktycznie 99% treści na pewno zostało spisanych z męskiej perspektywy). Na co zwróciłyby uwagę? Co opisałyby w dokładny sposób, a co pominęły. Mówiliśmy też o naszej różnorodności i jak ważne jest, abyśmy zwracali na nią uwagę, na zalety tego, że każdy z nas jest inny. Bo to, że kobiety posiadają inny zestaw cech, a mężczyźni inny, jest czymś pięknym. Wszak świat byłby wręcz nudny, gdybyśmy byli tacy sami (skojarzyło mi się to ze spektaklem "Inny", o którym pisałam Wam >>tutaj<<). I tak zupełnie na koniec rozmowa zeszła na temat księży, na co obecny wśród nas ksiądz Kris zareagował wymownym milczeniem (zwłaszcza na tezę, że również on ma w sobie choć minimalny pierwiastek cech kobiecych).
To było, przynajmniej dla mnie, ciekawe i ważne spotkanie, otwierające mi oczy na wiele spraw, z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy. Mam nadzieję, że ksiądz wrzuci nagranie wykładu na naszą wewnętrzną grupę, bo chciałabym sobie wynotować kilka rzeczy z niego. A jak nie, to też nic wielkiego i strasznego się nie stanie. Najważniejsze dla mnie rzeczy wynotowałam sobie po powrocie do domu. Nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie mogą się przydać.
A zainteresowanych odsyłam na kanał pani Magdy na youtubie, gdzie znajduje się wiele ciekawych treści religijnych - Teologia przy kawie.