Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 31 stycznia 2024

1845. To był dobry dzień na zrobienie uprawnień kierownika odpoczynku

Półkolonie organizowane przez naszą parafię były sztandarowym punktem w jej funkcjonowaniu. Przez lata wypracowaliśmy sobie w tym względzie niezłą renomą. Pierwsze pilotażowe półkolonie letnie odbyły się w 2008 roku. Cieszyły się one dużym zainteresowaniem, toteż już pół roku później zorganizowano kolejną edycję, tym razem zimową. Zmieniali się wikarzy, ale półkolonie w dalszym ciągu były organizowane. Czasami nawet były dwa turnusy - w jednym tygodniu przygotowywało je Oratorium, a w drugim - młodzieżowa wspólnota "Świadectwo". Z reguły też jednoczyliśmy nasze siły - młodzież ze "Świadectwa" pomagała przy organizacji półkolonii w Oratorium, a my z Oratorium przy organizacji półkolonii przez "Świadectwo".
Sama zostałam po raz pierwszy włączona do pomocy przy półkoloniach latem 2011 roku przez księdza Wojtka, ówczesnego opiekuna Oratorium. Marzyłam o tym od jakiegoś czasu, tym bardziej, że moja młodsza siostra już pomagała przy tego typu akcjach. Ale ona była bardziej rozgadana i przebojowa niż ja, a przede wszystkim - była pełnosprawna. Jednak jak się okazało, i na mnie dosyć niespodziewanie przyszła pora. Jakież to było dla mnie wyróżnienie! Do dzisiaj z łezką w oku spoglądam na wiszące w salce bilardowej w pomieszczeniach Oratorium grupowe zdjęcie wykonane podczas odbywającej się wówczas wycieczki do Krakowa.
Potem jakoś się to potoczyło. Raz pokazałam, że potrafię, na następne sami mnie brali. Nawet jeżeli była zmiana księży, to zawsze ktoś się za mną wstawiał. Bo nie kojarzę, aby później jakiś ksiądz zaufał mi jak gdyby nigdy nic w ciemno. Czasami nawet było tak, że w niedzielny wieczór wracałam z zawodów sportowych na drugim końcu Polski, a już w poniedziałek pomagałam przy półkoloniach. Albo tak kombinowałam z zaliczeniem sesji, z reguły zimowej, na studiach, aby móc być na nich. I w większości przypadków mi się to udawało. Zaczynałam jako animatorka, ale kiedy zrobiłam kurs na wychowawcę kolonijnego, zdarzało mi się i tą funkcję pełnić. Oczywiście znowu straciłam kilka lat na udowadnianie nowym księżom, że mogę, ale jaka potem była satysfakcja.
Wszystko uległo zmianie wraz z przybyciem ostatniego proboszcza. Jeszcze w pierwsze ferie zimowe pod jego "rządami" były jakieś warsztaty organizowane przez Oratorium. A potem już nic. No, może poza propozycją wakacyjnego wyjazdu nad Adriatyk dla dzieci. Ale na taki wyjazd nie każdego stać. A nasze półkolonie były na każdą kieszeń. Zwłaszcza, że przed nimi organizowaliśmy na nie zbiórki w parafii. Nie wiem dlaczego to ksiądz Boski Oski nie mógł zorganizować wypoczynku na miejscu, podejrzewam, że nie miał ku temu odpowiednich papierów. Ja zaś wraz ze zbliżającymi się feriami zimowymi lub letnimi słyszę pytania o półkolonie. Coraz rzadziej, a jednak.
Dlatego jak tylko pojawiła się okazja zrobienia kursu kierownika wypoczynku postanowiłam ją wykorzystać. Tym bardziej, że spełniałam wymagania. Co prawda nie poszłam do proboszcza po zaświadczenie o 3 letniej praktyce pracy z dziećmi (w pracy brakuje mi do niej kilku miesięcy), ale w sąsiednim mieście też są salezjanie, a wśród nich jeden z byłych opiekunów naszego Oratorium. Myślicie, że robił mi problemy? Wypisał wszystko z uśmiechem na twarzy. I jeszcze zaprosił do nich do Oratorium. 
Sam kurs odbywał się w formie hybrydowej. Dostaliśmy materiały w formie on-line, stacjonarnie był tylko egzamin końcowy. Już na początku zostało ustalone z organizatorami, że zaliczę im to w formie ustnej. Pierwszy jego termin był 24 stycznia, jednak tego dnia miałam i tak już przełożone zaliczenie z Wprowadzenia do asystentury rodzin (uroki studiowania na dwóch kierunkach). Na szczęście został wyznaczony dodatkowy termin egzaminu, tak jakby ktoś nie mógł być na pierwszym - na 31 stycznia. Dzień wspomnienia św. Jana Bosko, założyciela Oratoriów, lepszego terminu nie mogłam sobie wybrać.
Dzień wcześniej umówiłam się z Archaniołem, który z kolei robił kurs wychowawcy kolonijnego, że pojedziemy tam razem. Raz, będzie nam raźniej, dwa, Archanioł ma problemy ze wzrokiem i w obcym terenie czuje się jeszcze bardziej niepewnie. Po dotarciu do ośrodka, w którym odbywał się egzamin zostaliśmy pokierowani do odpowiedniej sali i niemal od razu przeszliśmy do egzaminu, który był raczej rozmową. A teraz najlepsze - pani pomyliła się w tym na co mam zdawać i najpierw wraz z Archaniołem zaliczałam egzamin na kurs wychowawcy (za co Archanioł był mi wdzięczny, bo pomogłam mu w tym, czego nie wiedział, bo egzamin tak jakby zdawaliśmy razem), a kiedy zorientowaliśmy się w pomyłce, zdawałam już właściwą część. Trochę się stresowałam, bo z niewiadomych powodów nie mogłam wejść na platformę szkoleniową i przejrzeć zamieszczonych tam materiałów. Przeczytałam jednak jakieś ogólne wiadomości zamieszczone na internecie. Myślę, że dzięki temu i pomocy z góry św. Jana Bosko, udało mi się w niezłym stylu zdać ten egzamin. Teraz już tylko trzeba zaczekać, aż przyślą mi zaświadczenie do domu i będzie można działać.
A więc już w wakacje będziemy mogli próbować zorganizować półkolonie w naszej parafii, z pominięciem księży, jako kierowników. Oczywiście, proboszcz zawsze może się nie zgodzić, ale tym będę się martwiła za kilka miesięcy i kombinowała jak go obejść. W ostateczności można próbować samemu zgłosić wypoczynek jako osoba fizyczna. Nie doszłam do tego, czy organizator wypoczynku może być równocześnie kierownikiem (wiem za to, że kierownik nie może być jednocześnie wychowawcą). Ale będę szukała odpowiedzi na to pytanie. A może ktoś z Was się w tym orientuje.

wtorek, 30 stycznia 2024

1844. Z wizytą w Sankt Petersburgu wyłaniającym się z kart książki "Petersburg. Miasto snu"

No dobra, z tym nadrabianiem blogowych zaległości to porwałam się trochę tak jak z motyką na słońce. Przeczytałam kilka i stwierdziłam, że na razie mam dosyć. Myślałam, że więcej nadrobię, a tutaj niestety zmęczenie wzięło górę i trzeba było przerwać. No nic, mam nadzieję, że prędzej czy później wyjdę z nimi na zero. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe, tak samo jak zmniejszoną liczbę komentarzy na Waszych blogach. 
Tymczasem postanowiłam zamienić czytanie blogów również na czytanie, ale książki. Tym razem w moje ręce trafił "Petersburg. Miasto snu", również wypożyczony z biblioteki. Zrażona ostatnią lekturą, czyli "Więcej gazu, Kameraden!", która była zbiorem kilkunastu opowiadań całkowicie odbiegających od moich oczekiwań i wyobrażeń, z pewną dozą nieufności sięgnęłam po następną. Tym razem, że była ona w podobnym formacie, tzn. był to zbiór reportaży. Jak się okazało - zupełnie niepotrzebnie, bo z każdą kolejną stroną coraz bardziej pogrążała mnie jej lektura. Nawet nie wiem, kiedy doszłam do końca, ale powiem Wam jedno - stało się to zdecydowanie za szybko.
Tytuł: "Petersburg. Miasto snu"
Autor: Joanna Czeczott
Wydawnictwo: Czarne
Wołowiec 2017
Ilość stron: 376

Jednym z moich najbardziej szalonych marzeń jest zwiedzenie Sankt Petersburga, dawnej stolicy Rosji. Nie Moskwy, która jest dla mnie po prostu brzydka, ale Sankt Petersburga zachwycającego mnie swoim pięknem. Raz nawet byłam o krok od spełnienia tego marzenia, niestety, nic z tego nie wyszło. Na razie "poznaję" to miasto w nieco inny sposób, np. czytając książki na jego temat. 
"Petersburg. Miasto snu" Joanny Czeczott to ostatnio przeczytana przeze mnie książką o tej tematyce. Jest to właściwie zbiór opowiadań czy też esejów, których akcja dzieje się w dawnej stolicy Rosji. Trochę zrażona do tej formy przekazu informacji, podeszłam do pozycji dosyć sceptycznie. Jednak z każdym kolejnym zdaniem coraz bardziej się do niej przekonywałam. Z zapartym tchem czytałam opowieści o codziennym życiu w tym tajemniczym jak dla mnie mieście, w niektórych esejach dziejących się w odległej przeszłości (autorka ośmiela się nawet sięgać do historycznych początków miasta założonego w XVIII wieku przez cara Piotra Wielkiego), a w innych przedstawiających współczesne miasto. Niektóre z nich budziły we mnie strach i niepokój poprzez opisy okrucieństwa, jakie się tam działy. Kto chociaż trochę zna historię miasta, nawet ze szkolnych lekcji historii, ten może się domyślać, o jakie chwile może chodzić. Ale były też takie opowiadania, które wywoływały uczucie błogości. No bo jak mieć negatywne emocje czytając o sztukach teatralnych (chociażby tytułowym "Mieście snu"), czy też występach baletowych.
Jak możecie wywnioskować - książka tym razem przypadła mi do gustu pomimo początkowych wątpliwości co do jej formy. W ostateczności nie przeszkadzało mi to w jej odbiorze, może też dzięki w miarę zrozumiałemu językowi i niezbyt skomplikowanej treści. Nawet te negatywne w treści rozdziały w ostateczności nie były tak bardzo straszne, jakby się mogło wydawać. Co ciekawe, chwilami czułam się tak, jakbym sama przebywała w tym mieście, co w przypadku XVIII-wiecznego miasta wymagało nie lada wyobraźni. I naprawdę zrobiło mi się smutno, kiedy dobrnęłam do końca książki.

Czy pojadę kiedyś do Sankt Petersburga tego nie wiem. Jednak muszę przyznać, że podróże odbywające się za pośrednictwem książek są równie ekscytujące. 

poniedziałek, 29 stycznia 2024

1843. A jednak - zwolnienie

Nie, nie zostałam zwolniona z pracy, ale dostałam zwolnienie lekarskie na najbliższy tydzień.
Plan był bardzo ambitny - zdać jak najwięcej egzaminów w pierwszym terminie i mieć święty spokój. Nie wszystkie, bo w razie niepowodzenia miałabym żal i czułabym złość sama na siebie, że nie dałam rady. A tam mam ten bufor bezpieczeństwa. Nie muszę zdawać wszystkiego na raz (a w jednym tygodniu wypadło mi aż 9 różnych egzaminów i zaliczeń), ale chcę przynajmniej część z nich.
Jednak przedłużająca się infekcja której towarzyszą napady kaszlu sprawiła, że zamiast na pierwsze z zaliczeń, udałam się do lekarza. Tym bardziej, że obecny stan powoduje u mnie zmęczenie, a to znowu nie sprzyja przyswajaniu nowej wiedzy. Ale nie tylko, bo np. poprzez to że przespałam pół soboty i połowę niedzieli, nie byłam w stanie odwiedzić większości blogów. Aż dziw mnie bierze, że wytrzymałam na Mszy świętej odpustowej, która była jednocześnie podziękowaniem za przyjęcie księdza po kolędzie w ostatnim tygodniu. Dotychczas leczyłam się w tradycyjny sposób, jednak teraz uznałam, że mój organizm po prostu potrzebuje typowo medycznego wspomagania.
Lekarka po osłuchaniu mnie stwierdziła, że to jakaś infekcja płuc. Wysłała mnie na test, aby dobrać odpowiednie leczenie. Test combo wyszedł negatywnie, a więc to infekcja o podłożu bakteryjnym, a nie wirusowym. W ostateczności dostałam antybiotyk i zwolnienie lekarskie na ten tydzień, bo jednak tak trochę ciężko się uczyć, kiedy człowiek jest niewyspany i zmęczony. L4 zostało już wysłane do odpowiednich wykładowców, mam nadzieję, że nie będzie problemów z przeniesieniem zaliczeń i egzaminów na późniejszy termin.
Wiem jednak, że przynajmniej dwa razy będę musiała wyjść na egzaminy. Raz na kuratoryjny egzamin na kierownika kolonii, który został z góry ustalony. Właściwie to jest drugi i ostatni termin, bo kiedy był pierwszy to miałam na uczelni zaliczenie i nie mogłam się na nim pojawić. I drugi raz na zaliczenie dydaktyki wychowania do życia w rodzinie na poziomie szkoły podstawowej. W zasadzie na podstawie l4 mogę starać się o przeniesienie terminu zaliczenia na inny, ale już nie chcę kombinować u tej wykładowczyni. Zwłaszcza, że jest w ciąży. No więc sami widzicie.
Ale może dzięki temu pobytowi w domu uda mi się nadrobić zaległości czytelnicze na blogach i w książkach. Bo niestety przez nawał nauki zostałam trochę z tym w tyle, za co serdecznie Was przepraszam.

Przy okazji zaczęłam się zastanawiać jak tam Ksiądz Niosący Światło, czy udało mu się pokonać infekcje, czy jeszcze nie. I w ogóle jak to się dla niego wszystko skończyło. Mam nadzieję, że udało mu się wybronić przed szpitalem.

niedziela, 28 stycznia 2024

1842. Opowiem Wam coś o św. Pawle Apostole

Tuż przed rozpoczęciem się sesji egzaminacyjnych na większości uczelniach w K-ch ksiądz Krzysztof ogłosił, że Msza święta poprzedzająca, a może otwierająca, spotkanie czwartkowej grupy piekarnik odbędzie się w intencji udanej sesji dla każdego studenta. Oczywiście Msza święta to nie jest żadne czary - mary, czy też hokus - pokus, i na nic się ona zda, jeżeli nie włoży się choć minimum wysiłku w powtórzenie materiału i naukę do egzaminów, aczkolwiek pomoc z Nieba nigdy nikomu nie zaszkodziła, a może tylko pomóc, choćby w uzyskaniu wewnętrznego pokoju. Właściwie każdy zainteresowany mógł na nie przyjść, nie tylko członkowie grupy. To znowu budziło nadzieję, że będzie nas więcej niż zazwyczaj.
W ostatnim czasie opuściłam kilka spotkań, głównie z powodu napadowego kaszlu. Ale tym razem postanowiłam zostać (oj, nie spodobało by się to mojemu promotorowi, który tego dnia wysłał mnie wcześniej do domu, nie wiedział, że jeszcze muszę jechać na drugi wydział). Może i było to lekkomyślne z mojej strony, ale w życiu musi znaleźć się miejsce na popełnianie błędów, abyśmy się mieli na czym uczyć i z czego czerpać doświadczenie życiowe. 
Na Wydział Teologiczny, w którego kaplicy tymczasowo odbywają się Msze święte duszpasterskie, wróciłam po 18:00. W przerwie pomiędzy zajęciami, a spotkaniem jeszcze byłam w pracy. Czasami złoszczę się, że pracę mam spory kawałek od domu, zwłaszcza kiedy wracam po niej, a po prostu mi się spieszy, np. na trening albo na wieczorną Mszę świętą, ale w takich dniach jak ten jest mi to nawet na rękę. Po drodze jeszcze zjadłam obiad w barze mlecznym, żeby nie być na głodniaka. W przeciwnym razie byłabym na wydziale dużo szybciej. Usiadłam na jednej z ławek i wykorzystałam czas jaki pozostał do Mszy na przejrzenie notatek na kolokwia, które miały się odbyć nazajutrz. 
Nie trwało to jednak długo, bo wkrótce na korytarzu pojawił się ksiądz Krzysiu (z niedowierzaniem patrzałam na zegarek, że tak wcześnie przyszedł) i widząc, że siedzę na ławce po prostu się do mnie dosiadł. Na początku tylko milczał, chociaż i tak na jego widok schowałam notatki, potem zaczął pytać o sesję, aż w końcu wystrzelił z pytaniem, czy nie chciałabym przeczytać Pierwszego Czytania. Spojrzałam na niego z nutką powątpiewania zastanawiając się, co się stało. Ale z drugiej strony tego dnia wypadało wspomnienie Nawrócenia św. Pawła Apostoła, patrona parafii, do której należę. Czyż mogłam sobie wymarzyć piękniejszą chwilę ku temu? Trochę nieśmiało pokiwałam głową zastanawiając się co zrobię, kiedy podczas czytania złapie mnie atak kaszlu. Wkrótce pojawiła się Madziałka, z którą zawsze znajdę temat do rozmowy. A i inni zaczęli powoli się schodzić, wszak nieubłaganie zbliżała się godzina 18:30.
Powoli zajmowaliśmy miejsca w kaplicy. Poszłam do ambony rzucić oko na czytanie. Dzieje Apostolskie, św. Paweł Apostoł opowiada ludowi o tym, co wydarzyło się w drodze do Damaszku. Tekst trochę długi, ale kto powiedział, że będzie łatwo. Chyba się udało, ale trwało to trochę dłużej, niż gdyby czytała to osoba bez wady wymowy. Z drugiej strony reklamacji do dzisiaj nie dostałam, więc uznaję, że nie było tak źle. Jednak tak naprawdę rozkręciłam się dopiero na kazaniu. Zazwyczaj polega ono na wygłoszeniu nauki przez kapłana. Tymczasem na duszpasterstwie w większości przypadków jest to dialog kapłan - wierni. 
Opowiedziałam mu więc, że święty Paweł otrzymał "znak Jonasza" w drodze do Damaszku. Że głosił Prawdę* o Chrystusie zawsze i wszędzie, w porę i nie w porę, czy się to komuś podobało, czy nie, wobec królów, pogan i Żydów. Że takie przesłanie zostawił w Liście do Tymoteusza będącym niejako jego testamentem. Że dla tej Prawdy cierpiał wielokrotne odrzucanie, a zarazem chciał ją głosić całym sobą, ryzykując przy tym swoje życie. Szczególnie kiedy odrzucali go mądrzy tego świata, kiedy znalazł się na ateńskim areopagu. Co prawda słuchali go z zaciekawieniem, bo tacy to byli ci filozofowie zamieszkujący intelektualną stolicę cesarstwa - żądni nowych wieści i kolejnych teorii. Jednak kiedy usłyszeli o zmartwychwstałym Chrystusie ich reakcja była jednoznaczna, różniąca się tylko stopniem grzeczności. A więc z jednej strony był to szyderczy śmiech, a z drugiej grzeczne ale stanowcze: "nie, posłuchamy cię innym razem". Że był świadomy swojej misji przedstawiając się w Pierwszym Liście do Rzymian, jako "Paweł, sługa Jezusa Chrystusa z powołania apostoł, przeznaczony do głoszenia Ewangelii Bożej". Czasami nachodził mnie atak kaszlu, ale to nic, widziałam, że ksiądz mnie słucha, a wraz z nim słuchają mnie inni, że potakuje z aprobatą, że się uśmiecha.
Potem, już po Mszy świętej poszłyśmy z Madziałkiem się z nim pożegnać, bo ani ja ani ona nie mogłyśmy zostać na spotkaniu formacyjnym. Ksiądz Krzysztof kazał mi wracać do zdrowia, a przy okazji pogratulował wiedzy. Trochę mi się śmiać chciało, bo po prostu mówiłam to co zapamiętałam z jednego z kazań arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, ale było ono na tyle "mocne", że pomimo upływu lat (7 albo 8) w dalszym ciągu nie tylko we mnie siedzi, ale i "pracuje"**. 
Na Mszy świętej było nas właśnie tyle
A słuchając homilii (nawiązującej nota bene do nawrócenia każdego człowieka w oparciu o nawrócenie Szawła) z okazji odpustu parafialnego zastanawiałam się, co by powiedział proboszcz, czy też inspektor naszej inspektorii wrocławskiej, gdyby usłyszeli co "wygłaszam" na temat patrona naszego kościoła.  O czytaniu już nie wspomnę, bo od roku jakby o mnie zapomniano pod tym względem. Pewnie nic, bo nawet by ich nie usłyszeli. A nawet gdyby je usłyszeli, to by "nie zrozumieli". Dlatego tym bardziej cieszę się, że są księża, którzy i słuchają, i rozumieją, i nawet dają się wykazać, chociaż jak widać na zdjęciu, ksiądz Kristofer miał masę innych ludzi do wyboru pod względem odczytania Pierwszego Czytania.

* całkowicie świadomie napisałam to słowo przez duże "P"
** ciekawe czy tak samo będzie z noworocznym kazaniem Księdza Niosącego Światło

sobota, 27 stycznia 2024

1841. Zmęczyła mnie ta książka

Aby całkowicie nie pogrążyć się w stosie notatek piętrzących się na moim stole, przy którym się uczę, w chwilach przerw w nauce sięgam po różne książki, czy to wypożyczone z bibliotek, czy to moje własne, najczęściej takie, których jeszcze nie czytałam. Chociaż nie ukrywam, że lubię też wracać do tego, co jest mi znane i sprawdzone. Co prawda większość wypożyczonych przeze mnie książek można wcisnąć do worka z napisem "nauka", zawsze jednak staram się wypożyczyć jedną czy dwie pozycje, które są powieściami, albo wpisują się w krąg moich zainteresowań.
Jedną ze książek przeczytanych przeze mnie w ostatnim czasie była pozycja o nieco intrygująco brzmiącym, jak dla mnie, tytule - "Więcej gazu, Kameraden" autorstwa Krystiana Piwowarskiego. Nie będę ukrywała, że już dawno przymierzałam się do jej wypożyczenia z Biblioteki Śląskiej, aż w końcu to zrobiłam, trochę pod wpływem zbliżającej się rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Nie wiedziałam czego się po niej spodziewać, jedno jednak mogę powiedzieć - dawno książka nie zmęczyła mnie do tego stopnia co teraz, chociaż przeczytałam ją w jeden dzień.
Tytuł: "Więcej gazu, Kameraden!"
Autor: Krystian Piwowarski 
Wydawnictwo: WAB
Warszawa 2012
Ilość stron: 273

"Więcej gazu, Kameraden!" to zbiór kilkunastu opowiadań przedstawiających zagładę Żydów widzianą przez ludzi będących poza ogrodzeniem obozu. Co ciekawe, w żadnym z nich wprost nie jest to napisane, nie ma nawet wzmianki o tym, że chodzi w nich o holokaust. Tego czytelnik sam musi się domyśleć. Opowiadania są raczej lekko napisane, co nie oznacza, że są proste w odbiorze.
Nie będę ukrywać, że czytanie tej książki było dla mnie niezwykle męczące, nie tyle przez samą tematykę, bo ta interesuje mnie od dawna, ile przez formę książki. Liczyłam na opowieści tego co się działo za drutami najbardziej chyba znanego obozu koncentracyjnego, tymczasem znalazłam w zbiorze opowiadania o tym, jak to wszystko postrzegane było z zewnątrz. W dodatku autor bardzo dużo rzeczy napisał między wierszami i czytelnik sam musiał się domyśleć o co chodzi. Nigdy nie byłam w tym dobra, więc i tym razem był to dla mnie nie lada wysiłek. Rozpraszały mnie też nawiązania do erotyki, czasami dosyć brutalne i szczegółowe. Ale to może też dlatego, że nie specjalnie gustuję w tego typu opisach.
W każdym razie, cieszę się, że książkę mam już za sobą. Trochę żałuję poświęconego na jej przeczytanie czasu, no ale trudno. 

piątek, 26 stycznia 2024

1840. Prawie a na finiszu semestru

Można powiedzieć, że pomimo problemów ze zdrowiem*, dałam radę i zaliczyłam wszystkie ćwiczenia w pierwszym terminie. Teraz tylko zaliczyć egzaminy i kolejne dwa semestry będą za mną. Oceny chyba dobre, poniżej czwórek w tym semestrze na razie nie spadłam, co chyba jest dobrym wynikiem. Trochę jestem zawiedziona dzisiejszym wynikiem z Uzależnień i współuzależnień, zaledwie 3,5 z kolokwium, ale z poprzedniego miałam 5, słówka angielskie też mi dobrze poszły, finalnie mam więc 4,5. Niby dobrze, jednak nie do końca satysfakcjonujące, bo z tego przedmiotu spokojnie można było mieć bardzo dobry (zastanawiam się, czy nie poprawiać tego).
Po skończonym zaliczeniu z Uzależnień pognałam na drugi wydział, na zaliczenia z pedagogiki. Tutaj oceny jak najbardziej mnie satysfakcjonują. Trochę trudno jest mi się przyzwyczaić do braku indeksów, bo jednak była ta radość z tego, że człowiek dostał do niej oceny, no ale zostały one całkowicie wyparty przez system USOS. Wszystko idzie z duchem czasu.
Teraz trzeba tylko przeżyć następny tydzień, gdzie w niektóre dni mam nawet i dwa zaliczenia, ale to nic, nie takie rzeczy były przede mną i dałam sobie radę. Teraz też dam. A przynajmniej mam taką cichą nadzieję. Ta zaś umiera ostatnia i tego się trzymam dla własnego komfortu. Po drodze jeszcze mam państwowy egzamin kuratoryjny na kierownika wypoczynku, dzięki czemu już w wakacje będziemy mogli próbować zorganizować półkolonie "bez łaski"** proboszcza. Nie wiem co z tego wyjdzie, pewnie na początku będę popełniać mnóstwo błędów, ale przecież z czasem jakoś wszystko opanuję. Najpierw muszę jednak w ogóle zaliczyć ten egzamin. Pozytywną wiadomością dla mnie jest to, że zamieniono mi formę z pisemnej na ustną, bo jak sobie przypomnę mój egzamin na wychowawcę kolonijnego to było ciekawie z tą pisemną wersją. Szkoda tylko, że tak mało okazji miałam, aby wykorzystać moje kwalifikacje. Oby teraz było inaczej.
W pracy to był ostatni dzień przed przerwą międzysemestralną. Poszliśmy więc z dzieciakami do kina. Nie za bardzo wiem na czym były młodsze grupy, czy też starsze, ale nasza grupa (5 i 6 klasa szkoły podstawowej) oraz o poziom niższa (analogicznie 3 i 4 klasa szkoły podstawowej) obejrzała nową wersję Akademii Pana Kleksa. W głowie mam jeszcze wersję z lat 80 z kultowym wręcz Piotrem Fronczewskim w roli głównej, więc automatycznie czuję sentyment do tamtej wersji. Z drugiej strony dzieciakom się podobało, a to jest chyba jest najważniejsze. Przyjemnie jest patrzeć na ich uśmiechnięte twarze. Może nie wszyscy zasłużyli na taką nagrodę ze względu na oceny czy też zachowanie, ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. A może wyjście na film będzie dla nich motywatorem czy też okazją do zmiany. Oby na dobre. Przez następne dwa tygodnie czekają ich dwie tury półkolonii, po jednej na każdy tydzień. Niektórzy będą na jednym turnusie, inni na dwóch, a jeszcze inni na żadnym. Trochę żałuję, że przez pierwszy tydzień mnie nie będzie, ale nie potrafię pogodzić egzaminów, które w większości przypadków mam do południa z zajęciami półkolonijnymi, które są w tym samym czasie. Muszę opanować bilokacje, koniecznie.

* Ostatnio z powodu kaszlu nie dość, że promotor szybciej mnie wypuścił z seminarium magisterskiego, to jeszcze załatwił mi szybsze zaliczenie z wprowadzenia do mediacji u prowadzącego, do którego bez kija lepiej nie podchodzić
** Wybaczcie, ale kolokwialnie pisząc - "ulewa mi się" jak pomyślę ile pod tym względem straciliśmy przez ostatnie 7 lat przez to, że proboszcz nawet nie chciał negocjacji w sprawie organizacji półkolonii, z których słynęliśmy jako parafia. Dla równowagi - organizował wypoczynek we Włoszech...

czwartek, 25 stycznia 2024

1839. Znaleźć klucz do sukcesu

Jak pewnie wielu z Was zdążyło się zorientować, jestem miłośniczką różnych ciekawostek. I to w sumie od najmłodszych lat. Najpierw ich źródłem były programy telewizyjne, kiedy opanowałam czytanie ze zrozumieniem - książki. Następnie, gdy w domu pojawił się komputer - liczne programy multimedialne*. W końcu, Internet. I myślę, że nie ma w tym nic dziwnego. Tym bardziej, że bardzo często zdobyte w ten sposób informacje wykorzystywałam na lekcjach w szkole, a nawet na wykładach, czy też ćwiczeniach na studiach. Nawet teraz, pracując z dziećmi, niejednokrotnie zaskakuję ich informacjami z różnych dziedzin, nawet nie do końca oczywistymi. A że interesuje mnie wiele dziedzin (o niektórych z nich pisałam >>TUTAJ<<, ale to tak naprawdę garstka, niewielki wycinek całości), to zawsze w mniejszym lub większym stopniu znajdę coś dla siebie.
Swego czasu z zapartym tchem zaczytywałam się czasopismem popularnonaukowym pt. "Świat wiedzy". Teraz niestety zrezygnowałam ze względów finansowych i, niestety, spadkiem jakości artykułów, ale kiedyś było to naprawdę ciekawe czasopismo, przynajmniej dla mnie. Wiele artykułów było naprawdę dobrych. Jeden z nich dotyczył tego, jak za pomocą samej postawy ciała poprawić swoją pozycję np. podczas rozmowy o pracę. Dodatkowo, co jeszcze bardziej mnie zafascynowało, zamieszczono w nim tekst o "matematycznych wzorcach sukcesu". Niestety nie wiem w którym numerze ukazał się ten artykuł, ponieważ nie zapisałam sobie tego, ale już od jakiegoś czasu miałam go w szkicach. Mam nadzieję, że i Was on zaciekawi, a może i weźmiecie z niego coś dla siebie? 

Odchylenie się do tyłu, uśmiech, skinięcie głową - sygnały wysyłane przez nasze ciało interpretowane są nie tylko przez innych, ale co ciekawe, także przez nasz własny mózg. Naukowcy udowodnili, że każda nasza postawa ciała wywołuje jakąś reakcję neuronów. Oznacza to, że przy pomocy tzw. bodyfeedbacku możemy celowo zmieniać nasze JA w celu odnoszenia większej ilości sukcesów. Bodyfeedback to nic innego jak sygnały ciała wysyłane do mózgu. Nieprawidłowe powodują, że przyjmujemy negatywne nastawienie. Jak to działa? Sami przeczytajcie:

A. Jaka postawa doda mi pewności siebie?
+ Ciało lekko odchylone do tyłu, ręce luźne, klatka piersiowa wysunięta do przodu - taka postawa ciała wywołuje w mózgu ważny sygnał - pewność siebie. W ten sposób możemy zaszczepić u siebie opanowanie i wiarę we własne siły.
- Pochylona głowa jest sygnałem zainteresowania albo zamyślenia. Jeśli dochodzą do tego skrzyżowane na klatce piersiowej ramiona, jest to już mechanizm obronny. Mózg zostaje przełączony w tryb niepewności i gotowości do ucieczki.
B. Czy można palcami zaprogramować własny mózg?
+ Jestem panem sytuacji, czuję się odprężony i pewny siebie - taką postawę sygnalizuje wzrok skierowany do góry lub do przodu. Z mózgu jest wtedy wysyłana informacja - "Wszystko pod kontrolą"
+ Czubki palców złączone, przy czym obydwa kciuki skierowane są ku górze - ten gest zaszczepia w mózgu wiarę, cierpliwość i optymizm.
- Spojrzenie w dół dystansuje nas od sytuacji. Nasz umysł zostaje wtedy skierowany w inną stronę. Jest to sposób przełączenia się na brak zainteresowania i zwyczajnej wiary w siebie. Mózg jest skoncentrowany na naszych wewnętrznych problemach.
- Bawienie się palcami, pocieranie ich o siebie - w ten sposób uspakajamy się w niezbyt przyjemnych sytuacjach. Odpowiedzią na nie naszego mózgu jest zwątpienie. Ten sygnał wzmacniany jest jeszcze bardziej poprzez unoszenie ramion.
C. Dlaczego tylko uśmiechnięta twarz jest gwarancją sukcesu?
+ Kąciki ust skierowane są do góry pokazując tym samym nasze odprężenie oraz to, że jesteśmy panami danej sytuacji. Nasz mózg reaguje też pozytywnie na mimikę twarzy. Jest to doskonały sposób na wprowadzenie się w dobry nastrój. Co ciekawe - uśmiech wcale nie musi być szczery.
- Zmarszczone czoło, dłoń zasłaniająca usta sugerująca obgryzanie paznokci, przedramię chroni klatkę piersiową - jest to jasny komunikat ciała, na który mózg natychmiast reaguje - pojawia się poczucie spięcia, słabości i brak wiary.
D. Jak moje ręce decydują o tym, co myślę?
+ Ręce unoszą się do góry - ruchem "chodź tu" dajemy sygnał: moje nastawienie jest pozytywne i jestem otwarty na przyjęcie czegoś nowego. Mózg jest stymulowany do szybszych i odważniejszych decyzji.
+ Dłonie otwarte, skierowane wnętrzem ku górze, palce są przy tym zupełnie rozluźnione - to znak zapału i odwagi. Tym samym nasz mózg w stan oczekiwania, że wydarzy się coś pozytywnego. 
- Ruch rąk skierowany w dół od ciała jest typowym gestem "odejdź stąd". Wyrażamy tym samym odmowę i wywołujemy w mózgu negatywny nastrój. Efekt tego może być tylko jeden - niepewność i kłopoty z podejmowaniem decyzji.
- Dłoń skierowana wnętrzem do dołu symbolizuje przykrycie sprawy. Gest symbolizuje zamknięcie się i zwątpienie. Do mózgu dociera informacja: ta rzecz nie jest dla mnie.

WZORY MATEMATYCZNE NA SUKCES
1 kod sukcesu - Czy istnieje idealny wzór na perfekcyjny uścisk dłoni?: Sposób podawania dłoni jest ważnym czynnikiem, który może być sprzyjającym czynnikiem odnoszenia sukcesu. Ma on duży wpływ na to, w jaki sposób odbierany jest człowiek. Dlatego naukowcy opracowali wzór na perfekcyjny uścisk dłoni: uściśnijmy dłoń mocno, ale nie za mocno. Powierzchnia dłoni powinna być chłodna i sucha. Należy trzykrotnie potrząsnąć dłonią, ale nie dłużej, niż przez trzy sekundy. Ważne jest przy tym, aby patrzeć w oczy osobie stojącej naprzeciwko i uśmiechać się do niej.
2 kod sukcesu - Jak mogę zarazić się sukcesem?: Szczęście, a wraz z nim sukces, mogą rozprzestrzeniać się niczym epidemia. Nawet osoby, które ledwo się znają, zarażają się od siebie. Gdy mamy w pobliżu przyjaciela, który odniósł sukces, rosła ich własna motywacja. Przez to stajemy się aktywniejsi, a produkcja hormonów szczęścia zwiększa się nawet o 25%.
3 kod sukcesu - Ile alkoholu może znieść kariera?: Osoby, które regularnie wypijają z kolegami z pracy od jednego do trzech piw, zarabiają średnio 17% więcej niż koledzy, którzy z piwa rezygnują. Jest to jednak dość ryzykowne posunięcie. Wielu pracowników ma problemy w pracy z powodu nietrzeźwości lub niewłaściwego zachowania się podczas imprezy firmowej. Poza tym osoby pijące dużo alkoholu otrzymują wynagrodzenie mniejsze średnio o 6%.
4 kod sukcesu - Czy istnieje prosty sposób na sukces zawodowy?: Założyciele firmy Google od początku zastosowali matematyczny wzór na sukces: zasadę Pareto(znaną też pod nazwą zasada 80/20). Mówi ona m.in. o tym, że 80% sukcesu odpowiada 20% nakładowi pracy. Dlatego każdy pracownik firmy musi zainwestować 20% swojego czasu pracy na rozwój innowacyjnych pomysłów, np. Google+. Dlatego Google uchodzi za lidera w dziedzinie nowych technologii.
5 kod sukcesu - Czy da się przewidzieć zyski z hollywoodzkich hitów?: Ekonomista Thorsten Hennig-Thurau jest twórcą systemu z dziesiątkami parametrów, przy pomocy których możliwe jest stworzenie formuły niemal każdego filmu. Dzięki niemu możliwe jest też określenie ile pieniędzy powinien przynieść dany film. Producent może wyczytać z takiej formuł, co musiałby zmienić, w celu osiągnięcia większych dochodów. Wzór ten jest zadziwiająco precyzyjny: ekonomista wyliczył dzięki niemu zysk dla filmu "Spiderman 2" na 374 mln, gdy w rzeczywistości dochód ten wyniósł 370 mln dolarów.
6 kod sukcesu - Jakie wzory matematyczne określają listę przebojów?: Matematycy szukający wzoru na muzyczny hit, zgodni są co do jednego - piosenki odnoszące sukces mają w swoim rytmie tzw. różowy szum(formuła 1/f). Tworzą tym samym naturalny rytm impulsów naszych połączeń nerwowych. Rytm ten prawie we wszystkich częstotliwościach ma taką samą głośność. Sprawia to wrażenie szczególnie melodyjne i harmonijne. Ale to jeszcze nie wszystko - sam różowy szum nie wystarczy, aby stworzyć stuprocentowy hit. Poza nim muszą zostać zastosowane jeszcze inne wzory.
7 kod sukcesu - Czy da się obliczyć geometrycznie perfekcyjną formę?: W jaki sposób zbudować perfekcyjny dom, zrobić znakomite zdjęcie, albo namalować obraz, o który będą bić się największe galerie świata? Wystarczy znać liczbę 1,618, która wyraża idealny stosunek dwóch długości względem siebie. Nauczyciel Leonarda da Vinci odkrył tą tajemną wiedzę ponad 500 lat temu i przekazał ją swojemu uczniowi. Ten wykorzystał przepis na sukces tworząc swoje najsłynniejsze dzieło: Mona Lisę. 

* Z niektórych z nich udało mi się nawet zrobić prawdziwe książki encyklopedyczne, które potem drukowałam, wywoziłam na wieś, tam składałam i w końcu przeglądałam ze znajomymi, albo w samotności, ciesząc się z nich jak dziecko. Ciekawe, komu by się dzisiaj chciało tak bawić

środa, 24 stycznia 2024

1838. Alkoholizm - problem całej rodziny

Nie było łatwo obejrzeć film "Zranione dusze", na podstawie którego mieliśmy odpowiedzieć na pytania związane z chorobą alkoholową w rodzinie. To z kolei jest jedną ze składowych oceny końcowej z Uzależnień i współuzależnienia. A więc raczej trzeba było go zobaczyć. Wykładowca nawet udostępnił nam go na grupowym dysku, ponieważ sam film jest raczej niszowy i trudno jest go znaleźć w internetowych czeluściach. Problem polegał jednak na tym, że mój system operacyjny za nic na świecie nie chciał przepuścić linku, raz za razem powodując jego blokadę. Zgłosiłam to wykładowcy, który udostępnił mi to na nośniku zewnętrznym.
Tematyka jak się domyślacie niełatwa, co w połączeniu z trudnościami w znalezieniu odpowiedniej ilości czasu spowodowało, że produkcję trwającą ok. 90 minut podzieliłam na mniejsze fragmenty. W przypadku książek sprawa jest prostsza, bo można je czytać chociażby w autobusie, czy też w przerwach między wykładami. Z filmami jest trudniej, ale jak widać, i z tym można dać sobie radę.
Akcja "Zranionych dusz" rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych w latach 80 ubiegłego roku. Przedstawia historię pięcioosobowej rodziny - ojca Lyle, matki Joyce oraz trójki ich dzieci: Kena, Allison oraz najmłodszego, 9-cio letniego Briana. Lyle od lat zmaga się z alkoholizmem, a swoją złość wyładowuje na żonie i dzieciach. Powoduje to liczne problemy wychowawcze, zwłaszcza z najstarszym synem, Kenem. Chłopiec nie uczy się, wagaruje. Joyce po kolejnej awanturze wzywa policję. Podczas interwencji Ken, Allison i Brian zostają zabrani do pogotowia opiekuńczego. Załamana Joyce postanawia złożyć w sądzie pozew o odebranie Lylemu praw rodzicielskich oraz eksmisję mężczyzny. Ten postanawia zmienić swoje postępowania i zgłasza się na terapię alkoholową. Wspiera go w tym rodzina. Całość doskonale ukazuje to, że rodzina jest jednym organizmem i problemy jednego jej członka bardzo szybko mogą stać się problemami reszty.
Może w filmie nie było zbyt wiele przemocy, ale nie był to łatwy w odbiorze film. Może dlatego, że w moim domu nie było tego rodzaju problemów? Rodzice pili okazjonalnie, ale nie pamiętam, aby kiedykolwiek się upili. Nie mniej zdaję sobie sprawę z tego, że jest to nie mały problem w naszym społeczeństwie, skoro nawet na studiach mamy specjalnie poświęcony temu przedmiot. 
Nie da się ukryć, że w rodzinach wielu podopiecznych świetlicy środowiskowej istnieje problem alkoholowy. Nawet dostrzegam u nich wiele zachowań zbieżnych z zachowaniami Kena, Allison oraz Briana. Na szczęście u nas mają do dyspozycji psychologa i pedagoga, z którymi mogą w każdej chwili porozmawiać. Dzieci Lule i Joyce nie miały tej możliwości i najczęściej tłumiły w sobie negatywne emocje, które potem znajdowały ujścia w nie zawsze właściwy sposób. Doskonale zostały też zarysowane role w rodzinie - Allison to bohaterka, próbująca trzymać rękę na pulsie. Ken to typowy kozioł ofiarny, który bardzo często obrywa za nic. Z kolei Brian to maskotka. Tak naprawdę po trochu było mi ich szkoda. Wtedy, kiedy ojciec wyżywał się na nich fizycznie i psychicznie. I tak bardzo bym chciała, aby podobny problem dotykał jak najmniejszej liczby rodzin.

wtorek, 23 stycznia 2024

1837. Dylemat z pracami domowymi

Kiedy kilka dni temu usłyszałam o pomyśle, aby wycofać z pierwszych klas szkoły podstawowej prace domowe, a w starszych klasach aby były one dla chętnych (już widzę ten dobrowolny zryw do nauki wśród większości nastolatków), uznałam to za kiepski żart. A jednocześnie pomyślałam sobie - "biedne dzieci". Bo nie wiem, kiedy utrwalą sobie one zdobyte podczas lekcji wiadomości? Bo nie wierzę, po prostu nie wierzę, że tylko i wyłącznie na 45 minutowych lekcjach, podczas których nauczyciel musi być do dyspozycji każdego ucznia. Tymczasem odwieczną ideą zadawania do domu wszelkich partii materiału było przyswojenie go sobie i wypracowanie pewnych wiadomości. Oczywiście, nie jestem też zwolennikiem zarzucania uczniów setkami zadań do wykonania w domu, najlepiej na następny dzień. Wszystko powinno być wyważone i dopasowane ilościowo i jakościowo do poziomu i możliwości dziecka. A narysowanie ślaczka, napisania rządku liter, rozwiązanie do dziesięciu zadań arytmetycznych, nauczenie się wierszyka, czy też kilku słówek w języku obcym, jeżeli tylko mądrze rozłoży to się w ciągu tych pięciu dni, to znowu nie jest nie wiadomo jaki wyczyn.
W związku z tą rewelacją na świetlicy mamy typowy młyn i bunt. No bo po co mają przynosić lekcje, skoro obiecali im brak prac domowych (tu się kłania mój sarkazm odnośnie prac domowych dla chętnych). No dobrze, ale to ma wejść z początkiem kwietnia, do tego czasu prace domowe jak były, tak będą. Zresztą, większość z nich nie jest specjalnie chętna do nauki i zazwyczaj "nie ma nic zadane". Prawda oczywiście jest inna, ale w sumie w dzisiejszych czasach to nie dziwota, że nastolatkowie, zwłaszcza ci z tzw. "trudnych domów", raczej wolą spędzać czas z nosem w telefonie niż w książkach. O poziomie czytelnictwa już kiedyś wspominałam, o poziomie wiedzy matematycznej nie będę się wypowiadać. Po co się uczyć np. tabliczki mnożenia na pamięć, skoro w jednej chwili wszystko można obliczyć za pomocą kalkulatora. Ale co ja się dziwię uczniom piątej i szóstej klasy, skoro większość moich kolegów i koleżanek ze studiów podawała tematy prac dyplomowych zaproponowanych przez... sztuczną inteligencję. I tylko ja*, jak ten osioł, dochodziłam do niego samodzielnie.
Jestem dzieckiem prac domowych. Zresztą jak pewnie większość z Was. Czasami było ich zdecydowanie za dużo zważając na zajęcia dodatkowe po lekcjach (np. treningi sportowe, zbiórki harcerskie, kółka przedmiotowe, scholę parafialną) i siedziało się nad nimi do późnych godzin nocnych denerwując rodziców i młodszą siostrę. Pół biedy, jeżeli dało się odrobić zadanie za pomocą komputera i potem po prostu wkleić to do zeszytu (przez niepełnosprawność piszę bardzo wolno). Jednak nie zawsze było to możliwe. A przecież jeszcze człowiek musiał znaleźć czas na przepisanie zeszytów w przypadku nieobecności, która zdarzała się chociażby ze względu na wyjazd na zawody. Ale jakoś to przeżyłam. I chyba nie wyszło mi to zbytnio na złe. A niektóre wierszyki poznane w pierwszych klasach edukacji jestem w stanie przywołać jeszcze dzisiaj. Wiele osób dziwi się, że mam tak dobrą pamięć. Ja zaś sobie myślę, że gdyby nie prace domowe, to może nie byłaby ona taka dobra. Poza tym odrabianie prac domowych uczyło odpowiedzialności, systematyczności, hierarchizacji zadań, ale i odpowiedniego gospodarowania swoim czasem, czyli umiejętności przydatnych również w codziennym, dorosłym już życiu.
Nie jestem przeciwnikiem prac domowych, ale nie jestem też zwolennikiem ich zbyt dużej ilości w jednym dniu. Trzeba w nich też umieć zachować umiar.
Tak jak pisałam - w pracy sajgon. A ja pocieszam się jedną myślą - byle do ferii. A te tuż, tuż (myślałby kto, akurat tegoroczne ferie idealnie pokrywają się z sesją na studiach).

* No dobra, nie tylko ja, znalazłoby się jeszcze kilka innych osób

poniedziałek, 22 stycznia 2024

1836. "Good bye Lenin!" w realnym życiu

Nie wiem, czy kiedykolwiek oglądaliście film "Good bye Lenin!". Osobiście miałam okazję widzieć go raz, dosyć dawno, bo w ramach lekcji języka niemieckiego w liceum. I pewnie to było głównym powodem tego, że podeszłam do niego dosyć sceptycznie. W skrócie - po kilku latach wybudza się ze śpiączki matka głównego bohatera filmu Alexa Kernera - Christine. Kiedy na nią zapadła, w Niemczech, gdzie mieszkają, trwa głęboki komunizm, a kraj podzielony jest na dwie części. Christine budzi się w nowym świecie, jednak nie jest tego świadoma. Co więcej, ukochany syn nie wyprowadza jej z tego błędu i tak aranżuje otaczającą ich rzeczywistość, aby kobieta była przekonana, że w dalszym ciągu żyje w takim świecie, jaki zapamiętała sprzed zapadnięciem w śpiączkę. Zdobywa archiwalne nagrania telewizyjne i gazety, opowiada jej historie z tamtych lat. Jak można się domyśleć - prawda w końcu wyszła na jaw, zwłaszcza kiedy Cristine w końcu wyszła z domu i zobaczyła zmiany, jakie zaszły przez te wszystkie lata, powodując u niej szok. A wszystko dlatego, że Alex opisywał jej wszystko to na tyle przekonująco, iż kobieta była przekonana, że tak jest faktycznie. 
Czytając niektóre blogi mam wrażenie, że jestem cząstką takiego świata przedstawionego w filmie "Good bye Lenin". Ich autorzy wyjechali z Polski w latach 80., zrzekli się polskiego obywatelstwa na rzecz obywatelstwa kraju, w którym postanowili spełnić resztę swojego życia. Ok., mieli do tego pełne prawo. Zza granicy piszą bloga. Ok., do tego też mają prawo. Tak samo jak mają teoretyczne prawo do krytykowana Polski, Polaków, polityki, kościoła etc., etc., nawet z podaniem danych osób, które "ośmieliły się" negować jej poglądy (czyli jej i tylko jej wolno szczuć i obrażać innych, a jak ktoś próbuje się bronić, to już jest "przeklętą, katolicką mendą"*). Ok., niech im będzie.
Tylko nie rozumiem w tym wszystkim, dlaczego tak często w swoich wywodach i gorzkich żalach odnośnie czy to naszego kraju, czy to nas, Polaków, czy to kościoła powoduje się na to, co się działo tutaj te 40 lat temu. To znaczy rozumiem, że taką Polskę opuściła i taką zapamiętała, ale jakby nie zauważyła, to Polska wyszła już z głębokiego komunizmu, Polacy nie są bezmózgowcami (bo tak najczęściej ich przedstawia), studia są stratą czasu, a ksiądz na ambonie mało kiedy krzyczy i straszy piekłem. Tym czasem tego typu smaczki można wyczytać z jej wpisów. A wszystko poparte jej "osobistym doświadczeniem" sprzed lat... Ręce opadają. Tak, jakby wszędzie indziej czas biegł na przód, a u nas się zatrzymał.
Zawsze trafiając na takie wpisy zastanawiam się ile w człowieku musi być nienawiści i... pychy? Tak, bardzo dużo pychy zionie wręcz z tych rewelacji. Z takimi osobami nawet nie da się dyskutować, bo zawsze jest się wspomnianą już "przeklętą, katolicką mendą". A może po prostu takie osoby za wszelką cenę chcą, aby tak myślano o Polsce? Może w ten sposób chcą podnieść swój nastrój, samoocenę? A tak naprawdę są bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwe w swoim życiu. Ja to diagnozuję wprost - nowotwór trawiący ludzką duszę. Jest to uleczalne, ale nie w przypadku tego tylu osób. Musiałyby zmienić swoje nastawienie do życia, do ludzi, do otoczenia. Zamiast szukać wszędzie problemów i przeszkód, to poszukiwać rozwiązań. Przejść na własne podwórko, jeżeli otwarcie przyznaje się, że "z tym chorym krajem nie chce się mieć nic wspólnego" i "nie ma już po co tutaj wracać". Może u nich jest mniej afer, niż u nas. 
Może dzięki temu przestaną tworzyć rzeczywistość a'la "Good bye Lenin!", albo jak kto woli z naszego lokalnego podwórka - "Dzień świra".

* A co jeżeli taka osoba jest tak jak oni ateistą, tylko ma inne poglądy?

niedziela, 21 stycznia 2024

1835. Bajkoterapia

Na studiach z pedagogiki mamy taki przedmiot, który nazywa się "Bajkoterapia". Poznajemy na nim znaczenie bajek terapeutycznych, ich istotę, zastosowanie. Na zaliczenie mieliśmy opracować scenariusz zajęć z wykorzystaniem tej metody (ach, te scenariusze zajęć to już mi wychodzą bokiem). 
Wiecie, długo myślałam na jaki temat mogłyby być moje zajęcia, aż w końcu przyszło mi na myśl, że mogłaby to być strata. I to nie koniecznie spowodowana śmiercią kogoś bliskiego czy też znajomego, ale i wyjazdem, przeprowadzką, a nawet rozstaniem rodziców. Było to dla mnie o tyle ciekawe, bo mogłam wykorzystać wiedzę zdobytą na zajęciach z tanatoedukacji. 
W celu sporządzenia scenariusza zajęć napisałam nawet autorską bajkę podejmującą ten niełatwy temat. Zatytułowałam ją "Babciu, gdzie jesteś!". I to właśnie nią chciałam się dziś z Wami podzielić.

"Babciu, gdzie jesteś!"

Działo się to dawno temu w krainie, gdzie ludziom nie znane było pojęcie nieba, piekła ani śmierci. Żyła sobie wtedy rodzina – mama, tata, babcia i synek. Rodzina bardzo się kochała i spędzała razem każdą wolną chwilę. Babcia bardzo często przechadzała się z wnuczkiem po okolicy, snując przy tym opowieści i legendy wyjaśniające funkcjonowanie otaczającego ich świata. I chociaż była już bardzo wiekowa, ani razu nie zdradziła mu, że pewnego razu może jej najzwyczajniej w świecie zabraknąć.
Pewnego razu chłopiec obudził się i spostrzegł, że w jaskini, w której mieszkali, nie ma babci. Wstał z posłania, założył skórzane spodenki i wyszedł na zewnątrz. Babcia była jego najlepszą przyjaciółką, toteż chciał ją jak najszybciej znaleźć i opowiedzieć, co też śniło mu się tej nocy, co czynił każdego ranka. Niestety, nigdzie jej jednak nie było. Chciał zapytać rodziców, gdzie poszła i udać się tam, jednak oni jakby go nie zauważali, pogrążeni w smutku z niewiadomego powodu.
 - Babciu, gdzie jesteś! – wołał od czasu do czasu, nie uzyskując jednak żadnej odpowiedzi.
Zrozpaczony chłopiec usiadł na kamieniu i głośno zapłakał. Czuł się lekceważony przez rodziców, a przede wszystkim chciał się dowiedzieć, gdzie jest jego ukochana babcia. Usłyszeli to krasnoludek i dobra wróżka, którzy mieszkali pod spodem. Wyszli ze swojego schronienia i zobaczyli zapłakaną dziecięcą buzię. Chłopiec na początku zdziwił się ich widokiem, jednak zaraz potem przypomniał sobie o tajemniczych istotach zamieszkujących magiczną krainę pod powierzchnią ziemi, o których tak często opowiadała mu babcia. Tak, to na pewno są oni.
 - Czemu płaczesz, malutki? – zapytała wróżka przysiadając tuż obok niego. Miała śliczną różową sukieneczkę, żółte pantofelki i delikatne skrzydełka. Chłopiec otarł łzę, która właśnie staczała się po jego pulchnym, czerwonym policzku.
 - Nie mogę znaleźć babci – wyszlochał mały. – Szukałem wszędzie, ale jej nigdzie nie ma. Może wy wiecie, gdzie może się ona znajdować.
Zafrasowali się krasnoludek z wróżką, ponieważ wiedzieli, że szukania babci nie przyniosę skutku. Nie wiedzieli jednak jak powiedzieć to malcowi. W końcu krasnal, odziany w czerwony komplecik składający się ze spodni, koszuli i spiczastego kapelusza, wyszedł na nóżkę dziecka i przemówił basowym głosem.
 - Twojej babci co prawda nie ma na tym świecie, ale przecież ciągle żyje w twoim sercu i pamięci. I dopóki ty będziesz o niej pamiętać i ją wspominać, dopóty będzie ona żyła, chociażby w twojej pamięci. Będzie się dalej tobą opiekować, tyle że w niewidoczny sposób. A kiedy w nocy poczujesz się samotny popatrz na rozgwieżdżone niebo. Jeżeli zobaczysz mrugającą gwiazdę będzie oznaczało, że babcia do ciebie macha.
- Pamiętaj chłopcze – dodała wróżka – że nigdy nie będziesz samotny na tym świecie. Spójrz na słońce, tak ślicznie dzisiaj grzeje. To babcia uśmiecha się do ciebie.
- A kiedy będzie padał deszcz oznaczać to będzie, że twoja babcia chce cię ochłodzić – przerwał jej krasnoludek. – I, co najważniejsze – dodał po chwili – wiedz, że nadejdzie taki dzień, kiedy spotkasz się z babcią. Nie stanie się to dzisiaj, ani jutro. Musi minąć kilka lat. Ale uwierz mi mały, to czekanie będzie się opłacać. Bo kiedy znowu się spotkacie nie będzie już żadnej siły, która Was rozdzieli.
 - Przypomnij sobie te wszystkie dobre chwile, które dane było spędzić tobie i twojej babci. Noś je w sercu. A kiedy będzie ci szczególnie źle, albo będziesz bardzo, bardzo tęsknić za babcią, to po prostu je sobie przypomnij. Zobaczysz, poczujesz się wtedy lepiej – poradziła mu wróżka.
Chłopiec przestał płakać, wstał i poszedł przed siebie. Od teraz wiedział, że babcia będzie się nim dalej zajmować choćby zza światów. I że kiedyś przyjdzie taki dzień, kiedy znowu będą razem.

Podoba Wam się? Może nie jest idealna, ale jestem z niej zadowolona. I mam nadzieję, że prowadząca przedmiot ją zaakceptuje. Do tekstu ułożyłam kilka pytań, a jako zadanie wymyśliłam stworzenie "Zeszytu pozytywnych wspomnień", w którym dzieci będą mogły narysować lub napisać dobre wspomnienia związane z osobą, którą utracili. Ot, taki pozytywny przerywnik pomiędzy przyswajaniem kolejnych partii materiału. Mam nadzieję, że niebawem pozostaną one równie pozytywnym wspomnieniem, chociaż zdobyta wiedza pozostanie pewnie ze mną na długi czas.

sobota, 20 stycznia 2024

1834. Wyprawa w góry - na razie tylko w sferze marzeń

Kolejną inicjatywą, w której chciałam wziąć udział w aktualnym czasie, była dzisiejsza wyprawa na Klimczok organizatorów Górskiego Biegu Frassatiego oraz Maratonu Trzech Jezior. Jak wiecie, współtworzę na tyle na ile mogę obydwa wydarzenia, na tyle na ile mogę udzielając się wolontariacko zarówno podczas jednego, jak i drugiego. Poznałam na nich wiele ciekawych osób, a nasze znajomości szybko przeniosły się na bardziej prywatny grunt. Nawet kilka osób do mnie pisało, czy będę. Bardzo bym chciała, ale zdrowie jest ważniejsze. A kaszel i ogólne osłabienie w dalszym ciągu mi nie odpuszcza. Kiedy już jest bardzo źle i dusi mnie tak, że nie mogę złapać tchu, to jakoś moje myśli kieruję w stronę innych. Tych, którzy mają dużo gorzej. I jakoś jest mi lepiej.
Jasne, poszło by się w góry, zwłaszcza zimą, popodziwiało widoki, jakie przygotowała dla nas natura, być może porobiło fotografie, aby potem pokazać je innym. Ale po co mam ryzykować? Może dzięki temu ta infekcja nie przerodzi się w nic gorszego. Tym bardziej, że tyle się dzieje, iż naprawdę nie mam czasu chorować. 
Na góry też przyjdzie pora. W duszpasterstwie, do którego aktualnie należę jest grupa turystyczna, która raz w miesiącu wybiera się na zdobycie kolejnego górskiego szczytu. Szczerze się zastanawiam czy do nich nie dołączyć. Pozostaje pytanie czy dam radę kondycyjnie. To znaczy powinnam ogólnie dać radę, ale czy w tempie pozostałych członków grupy to nie wiem. Ale jak nie spróbuję, to się nie przekonam. Najbliższy wyjazd jest do Bielska - Białej. Na dzień dobry można więc spróbować poprosić Bacę o towarzyszenie. Do lutego przecież powinno mi przejść. 
A nawet gdyby nie udało się wyjechać z duszpasterstwa, to i tak zawsze można próbować samemu jechać. To znaczy z Bacą. W ramach prezentu urodzinowego. Może, może da się przekonać. Wszak jako pierwszy rzucił, czy przyjadę na dzisiejszy rajd. I jeszcze zainteresował się zdrowiem księdza Niosącego Światło. Prawdę powiedziawszy, to sama chciałabym wiedzieć, co z nim. Ale przecież z kaszlem nie pójdę go odwiedzić, bo jeszcze na nowo go zarażę i będę go mieć na sumieniu. Chyba, że dalej zdrowieje w swoim pokoju na plebani. Bo nawet nie chcę dopuszczać do siebie myśli, że może być inaczej.
Może nawet dzięki takiemu oczekiwaniu wyprawa będzie bardziej cieszyła. A teraz muszę po prostu zadowolić się oglądaniem zdjęć wykonanych właśnie w górach.

piątek, 19 stycznia 2024

1833. Jestem w stanie uwierzyć, że naprawdę potrafię

Z racji mojej niepełnosprawności fizycznej i ograniczeń z tego wynikających mam możliwość dopasowania formy zdawania materiału do możliwości, jakie posiadam. Od razu zaznaczam, nie jest to pójście na łatwiznę, a realna szansa na zaliczenie poszczególnych przedmiotów w przypadku, kiedy nie mogę tego zrobić w tradycyjny, pisemny sposób. Jak możecie się domyśleć, najbardziej preferowaną przeze mnie formą jest ustna. Daje mi to jeszcze jeden komfort psychiczny - w takim wypadku trudno jest posądzić studenta o ściąganie, chociaż podobno jak się chce, to wszystko się potrafi. Widocznie za mało tego chcę.
Na studiach magisterskich z Nauk o Rodzinie nie mamy języka obcego jako przedmiotu samego w sobie. Za to w ramach jednego z przedmiotów mamy poznać słówka w języku angielskim związane z terminologią w nim używaną. Dlaczego to są akurat Uzależnienia i współuzależnienie to nie mam pojęcia. Czyżby pomysłodawcy coś sugerowali? Dobrze, wracam do powagi, bo się zrobi za wesoło, a tematy podejmowane na zajęciach są bardzo poważne, wbrew pozorom. 
Tak gdzieś w połowie grudnia wykładowca wysłał nam zagadnienia i słówka obowiązujące do kolokwium. Może i z zewnątrz wyda się to dziwne, ale nie każdy z naszej grupy zna język na tym samym poziomie. Ba, niektórzy nawet nie uczyli się tego języka wcześniej. Dlatego też nie wymagają od nas nie wiadomo czego, bo mogłoby się to różnie skończyć, niekoniecznie dla nas pozytywnie. 
Znając moje antytalencie w sprawach językowych postanowiłam opracować sobie te zagadnienia i zacząć uczyć się ich od razu. Ale i tak w zeszłym tygodniu, kiedy przypadał termin kolokwium, miałam wrażenie, że nic nie potrafię. Tak, wiem, dużo w tym przesady, ale ja tak dużo razy w życiu nasłuchałam się, że "ty P. z twoją wymową w życiu nie będziesz mistrzem w języku angielskim", że po prostu w to zaczęłam wierzyć, co przełożyło się na moje oceny z zajęć prowadzonych przez ludzi o tego typu poglądach. Dzisiaj już wiem, że nikt nie miał prawa oceniać mnie po wymowie, a kolejne etapy edukacji z lektorami, którzy najzwyczajniej w świecie chcieli mnie zrozumieć i udowadniali, że jednak coś potrafię, czy też chociażby Światowe Dni Młodzieży, gdzie język angielski jest podstawowym w komunikacji sprawiły, że ciut się przekonałam do tego języka. A jednak za każdym razem mam wrażenie, że trafię na kogoś, komu nie będzie się chciało chcieć. I koło się zamyka.
Ponieważ ze względów logistycznych nie mogłam podejść do zaliczenia tydzień temu, za porozumieniem z wykładowcą podeszłam do niego dzisiaj. Byłam tak zestresowana tym wszystkim, chociaż wiedziałam, że wiele potrafię, że posiadam wiedzę na poziomie wymaganego zaliczenia, że dziewczyna z rocznika wyżej musiała mnie uspokajać. W końcu przyszła godzina zero, kiedy musiałam iść do prowadzącego na konsultacje. Myślicie, że się nie bałam, że najzwyczajniej w świecie się zatnę? Bałam się. Na szczęście nic takiego się nie stało, a wszystkie słówka o które zapytał mnie wykładowca przeprowadziłam w sposób bezbłędny, czym zaskoczyłam sama siebie. No bo okazuje się, że znowu umiem. 
A z kolejnego zaliczonego materiału cieszę się jak najbardziej. I już mam ciut mniej na głowie, a czas mogę poświęcić na naukę kolejnych rzeczy. Maraton zaliczeń jeszcze się nie skończył, on się dopiero rozkręca.

czwartek, 18 stycznia 2024

1832. Kocham słuchać kolęd i pastorałek

Jedną z najbardziej niezrozumiałych zasad panujących w mojej parafii jest zakończenie śpiewania kolęd wraz z zakończeniem liturgicznego okresu Bożego Narodzenia przypadającego na Niedzielę Chrztu Pańskiego (pierwsza niedziela po Trzech Królach). Zaczęło się dosyć niewinnie od zakazu śpiewania przez scholę sztandarowej "Kolędy Dąbrowskiej" bez podawania konkretnej przyczyny. A skończyło po kolejnych trzech tygodniach na zarządzeniu śpiewania kolęd zaraz po święcie Trzech Króli. I na nic się zdaje to, że tradycja zezwala na śpiewanie ich do święta Matki Bożej Gromnicznej, przypadającego 2 lutego. Przecież to prawie miesiąc więcej śpiewania! Galacie! No, ale słowo proboszcza "jest święte" i nie można się niemu sprzeciwić. I żadne argumenty do niego nie przemawiają. Swoją drogą ciekawa jestem jak tam sprawa się ma na duszpasterstwie, czy też dla nich śpiewanie kolęd w aktualnym okresie jest pase. Chociaż przypuszczam, że największy pasjonat kolędowania, jakim jest ksiądz Krzysiu, będzie je śpiewał na Mszach do ostatniego możliwego dnia. Widziałam ten charakterystyczny błysk w oku podczas wspólnotowego kolędowania. Szczerze powiedziawszy to miałam nadzieję, że już w tym tygodniu wrócę do spotkań "piekarnika", ale chyba jeszcze nie jestem w odpowiednim stanie ku tego. Pocieszające jest to, że Archanioł na podstawie dźwięku mojego kaszlu stwierdził, że kaszel z suchego przeszedł w mokry i odrywający. Hmm... dobry jest. Ale to najlepszy przykład na to, że dysfunkcja jednego ze zmysłów wpływa na wyostrzenie się innych.
Można mi zabronić śpiewania kolęd w kościele, ale nikt nie może mi tego zrobić w przypadku słuchania kolęd i pastorałek w domowym zaciszu, przynajmniej do 2 lutego. Każdego wieczoru lubię sobie włączyć kilka z nich, czy to z płyt CD, czy też z youtube. Do pełni szczęścia wystarczą mi 4-5 dziennie, czyli mniej więcej tyle, ile śpiewanych by było na Mszy. Słuchanie na youtube ma ten plus, że jeżeli nie wskoczy jako następne w kolejce nic dziwnego i zupełnie niezwiązane z tym co aktualnie się słucha, to można trafić na prawdziwą perełkę. Ostatnio, zupełnie przypadkowo, trafiłam na pastorałkę "Cicho, cicho pastuszkowie", która zupełnie skradła moje serce swoim pięknem i prostotą. Zresztą sami posłuchajcie:
A przecież to nie jedyna kolęda, która skradła moje serce. Nie wiem, jak to jest u Was, ale jak mnie coś wpadnie w ucho, to mogłabym słuchać tego na okrągło. Dlatego tak bardzo lubię wszelkie koncerty, ponieważ niemal zawsze znajduję w nich coś dla siebie. Z ostatniego spotkania opłatkowego w duszpasterstwie zapożyczyłam aż trzy kolędy, w tym niezwykle energiczne wykonanie "Mizernej, cichej, stajenki lichej". Już nawet znalazłam podkład akurat tej wersji. Z aktualnym proboszczem raczej nie dojdzie się do porozumienia w sprawie koncertu kolęd i pastorałek w wykonaniu scholi (i pomyśleć, że przed jego rządami była to parafialna tradycja), ale przecież nie będzie on urzędował na wieki wieków. Może jego następca będzie bardziej przystępny. A może uda mi się namówić na to księdza Andrzeja z parafii, w której posługuje ksiądz Niosący Światło? Przecież znalazł by się w ich parafii ktoś, kto wziąłby udział w takim koncercie. 
A może mam za bardzo daleko idące marzenia? Może lepiej skupić się na tym co tu i teraz? Nacieszyć kolędami na kolejny rok, póki jeszcze można legalnie je słuchać? Poznajdować perełki kradnące serce i wzbudzające mój zachwyt? Po czym poznać, że jakaś piosenka mnie na zabój zachwyciła? Nie zgadniecie - po tym, że po kilku jej wysłuchaniach płaczę. Co ja mówię "płaczę" - ja wyję jak bóbr i żadna siła nie jest w stanie mnie uspokoić. To znaczy uspokajam się, po dłuższej chwili. Ot, takie ze mnie dziwne stworzenie. Chodzić na Msze do kościołów, gdzie kolędy i pastorałki śpiewane są do końca (i jeszcze ksiądz Niosący Światło dziwi się, że wolę chodzić do ich kościoła niż do mojego - u nich dalej śpiewa się kolędy). Ten piękny okres jest tak krótki, że nie rozumiem po co jeszcze go skracać.

środa, 17 stycznia 2024

1831. Katowickie sympozjum międzyreligijne

W ubiegłym roku na Wydziale Teologicznym zostały zorganizowane dwa spotkania ekumeniczne - jedne poświęcone judaizmowi, a drugie - islamowi. Chociaż był to niezwykle intensywny dla mnie czas (połączenie nauki, pracy, praktyk w sądzie rejonowym oraz wolontariatu podczas Mistrzostw Świata w Piłce Ręcznej 2023 okazało się prawdziwym wyzwaniem), to przy odrobinie szczęścia i odpowiednim rozplanowaniu obowiązków udało mi się uczestniczyć i w jednym, i w drugim spotkaniu.
W tym roku, w ramach trwającego roku Katowic jako mieście nauki, zorganizowano jedno większe spotkanie z przedstawicielami chrześcijaństwa, judaizmu i islamu. Moje uczestnictwo w nim stanęło pod znakiem zapytania, tym razem nie z powodu nadmiaru obowiązków, ale infekcji, z którą walczę od blisko tygodnia. Jednak po przeanalizowaniu wszelkich za i przeciw postanowiłam wybrać się na nie. Tym bardziej, że tyle razy się powtarza, że studia to najlepszy okres do rozwijanie swoich pasji i zainteresowań na różne sposoby. Ale do tego też trzeba dojrzeć. Przynajmniej w moim przypadku. A może po prostu wcześniej nie miałam takich możliwości jak teraz?
Ogólnie na sympozjum składały się trzy wykłady, po jednym wygłoszonym przez przedstawicieli chrześcijaństwa, judaizmu i islamu. Dr hab. Marek Rembierz, prof. UŚ, reprezentujący chrześcijaństwo, a jednocześnie wykładowca na Wydziale Sztuki i Nauk o Edukacji przybliżał ideę dialogu, przyjaźni i pokoju między wyznawcami różnych religii. Zastanawiał się w niej, czy różnice jakie są widoczne w każdej z tych religii powinny je dzielić, czy może jednak jednoczyć wzajemnie się uzupełniając. Rabin Joseph Levi w interesujący sposób mówił o pokoju, jako darze Boga, posiłkując się tym, co aktualnie dzieje się w Ziemi Świętej. Ostatni wypowiadał się muzułmanin prof. Amer Al Hafy wyjaśniając, że zarówno chrześcijanie jak i muzułmanie to promotorzy przyjaźni i miłości. Na koniec odbyła się dyskusja panelowa, podczas której można było zadać pytania zaproszonym gościom.
To było bardzo interesujące spotkanie pozwalające jeszcze bardziej poznać trzy wielkie religie. I powiem Wam szczerze, że już nie mogę doczekać się przyszłorocznego spotkania. Bo mam nadzieję, że takież się odbędzie.

wtorek, 16 stycznia 2024

1830. Kurzawa

Czekałam na taką zimę z niecierpliwością. I nawet cieszyłam się, kiedy w poprzednią niedzielę spadł ponownie biały śnieg. Bo co to za przyjemność i frajda, kiedy w kalendarzu zima, a za oknem chlapa. Tym bardziej, kiedy uwielbia się dźwięk skrzypiącego śniegu pod butami, chociaż niekoniecznie przepada się za lodem na drodze. Może gdyby upadki na nim nie były takie bolesne, to "zaprzyjaźniłabym się" i z nim. A tak za wszelką cenę nie możemy się przez te wszystkie lata dogadać.
Wszystko jednak się zmieniło wraz z moją aktualną infekcją. Mróz tylko wzmaga kaszel, sprawiając że staje się on jeszcze bardziej uciążliwy. A to co dzisiaj wyrabiało się na zewnątrz to już przechodziło wszelkie ludzkie pojęcie.
Po pierwsze - zaspałam. Dotychczasowa komórka powoli zaczęła odmawiać mi posłuszeństwa (po 13 latach działania bez zarzutu ma takie prawo), zamówiłam na internecie nową, a na razie przerzuciłam się na jakąś starą mojego taty. Na tych kilka dni powinna mi wystarczyć. Wczoraj byłam przekonana, że włączyłam w niej budzik. Jednak kiedy rano obudziłam się o 7:30 stwierdziłam, że jednak nie. Wiedziałam, że nie zdążę na 8:00 na zajęcia, na szczęście to był wykład, a wykłady są nieobowiązkowe.
Kolejne zajęcia to już ćwiczenia, na których wypadało być. I nawet wyszłam z domu tak, że powinnam dotrzeć na uczelnię jakieś 40 minut przed czasem. Jednak na dworze rozszalała się taka zamieć śnieżna, że przynajmniej przez kolejną godzinę nic nie jechało w stronę Kato. A ja sobie stałam jak wariat na przystanku, na którym nawet nie ma wiaty (bo przecież jeszcze trwa remont ulicy), marzłam i pokrywałam się coraz większą warstwą śniegu. I psioczyłam, na czym ten świat stoi. A potem kolejna godzina upłynęła mi na dostaniu się do Kato, już w autobusie (na szczęście) doprowadzając mnie tym samym do czarnej rozpaczy. Niby miałam jeszcze nieobecności do wykorzystania, więc pod tym względem nie było tak źle. Bardziej chodziło tutaj o ambicje. Nie miałam jednak większego wpływu ani na warunki atmosferyczne, ani na tempo pokonywania trasy przez autobusy.
Do Kato dotarłam mocno spóźniona, co wpłynęło negatywnie na mój nastrój. Mogłam iść na ostatnie 10 minut ćwiczeń, ale już sobie je podarowałam. I tak nic szczególnego się na nich nie działo, z tego co mi mówili. A przy okazji zostałam uświadomiona, że jednak z tej części przedmiotu nie ma kolokwium zaliczeniowego. Nie będę ukrywać, że się cieszę - wszak odpadła mi niezła partia materiału do nauczenia się. Dobrze, że przynajmniej na seminarium dyplomowe zdążyłam - trzeci i ostatni rozdział mojego licencjatu oddany. Teraz tylko nanieść zasugerowane przez promotora poprawy, napisać wstęp i zakończenie, dodać stronę techniczną i można się bronić. Ale wcześniej jeszcze trzeba pozaliczać wszystkie przedmioty.
Zastanawia mnie, jakie warunki atmosferyczne będą jutro. Bo mamy ostatnią wizytę studyjną, tym razem w szkole specjalnej w Tarnowskich Górach i dobrze by było dojechać tam na czas, czyli godzinę 9:00 (uwzględniając przesiadkę w Kato). To ostatni termin, więc nie można nie być. A potem kolokwium z ćwiczeń ze współczesnej antropologii. Trochę się go obawiam ze względu na złożoność i poziom trudności treści, które trzeba opanować (ciągle mam wrażenie, że nic nie umiem), ale warto chociaż spróbować do niego podejść. No i najważniejsze - na jutro nastawiam tradycyjny budzik. Żeby na pewno nie zaspać.

poniedziałek, 15 stycznia 2024

1829. Praktyka - dobry sposób sprawdzenia samego siebie

Odwołanie treningu w dzisiejszym dniu niejako spadło mi z nieba. Raczej i tak bym na niego nie poszła z aktualnym kaszlem, ale przynajmniej nie musiałam się z tego tłumaczyć. Hasło Młodszej, że ona przychodzi nawet chora wcale mnie nie przekonuje - może gdybym miała blok dosłownie 150 metrów od szkoły sportowej, w której mamy treningi, może gdybym nie miała tyle obowiązków (chociażby studia i praca, a do tego dochodzi też wiele pomniejszych spraw) to też mogłabym sobie na to pozwolić. Ale tak nie jest. I aktualnie jestem na tym etapie życia, w którym muszę wybierać pomiędzy rzeczami ważnymi i ważniejszymi. Tylko, że nie każdy to uznaje. Nie wiem, może jak skończę studia i pójdę do pracy przedpołudniowej, to jakoś łatwiej mi będzie to wszystko pogodzić.
Z drugiej strony, w tej samej porze, w której powinnam być na treningu, mieliśmy spotkanie on-line (na szczęście) z opiekunem naszych praktyk na Naukach o rodzinie. Trochę się denerwowałam, że tak późno, bo wedle programu studiów w tym semestrze, jako przyszli pedagogowie, a nade wszystko nauczyciele, powinniśmy wyrobić 15 godzin lekcyjnych praktyk pedagogiczno-psychologicznych w szkole podstawowej. Semestr się kończy, a tu nikt nic o tym nie mówi, przynajmniej na głos. Na szczęście okazało się jednak, że możemy je spokojnie wykonać w letnim semestrze razem z 60 godzinami praktyk nauczycielskich z przedmiotu wychowanie do życia w rodzinie (też w szkole podstawowej). Trochę mi się dziwna wydaje ta rozbieżność, ale skoro opiekun praktyk przekazuje takie informacje, to wierzę w to, że są one pewne. Trochę mnie przeraża prowadzenie lekcji z klasą szkolną. Lubię przekazywać wiedzę konkretnemu uczniowi, wydaje mi się, że umiem też to robić, niejako przeraża mnie jednak praca z grupą. Oczywiście na świetlicy środowiskowej pracuję głównie z grupą uczniów, ale nie czuję jednak tej takiej presji, jaka może mi towarzyszyć podczas zajęć szkolnych. Ale z drugiej strony praktyki szkolne są prawdopodobnie jedyną szansą, aby móc się w tym sprawdzić bez większych konsekwencji.
W przyszłym semestrze czeka mnie też praktyka w zakresie pedagogiki opiekuńczo - wychowawczej z terapią pedagogiczną. Interesuje mnie odbycie jej w internacie szkolnym, albo na świetlicy szkolnej.  Rozważałam jeszcze poradnie psychologiczno - pedagogiczną, ale tam planuję iść na wolontariat obejmujący jedną godzinę w tygodniu, o ile oczywiście plan zajęć na obydwóch kierunkach mi na to pozwoli. Kiedy ja to wszystko ogarnę to nie mam pojęcia. Mogłabym ponownie napisać podanie o zaliczenie pracy zawodowej na poczet praktyki, ale czy to by już nie było pójście na łatwiznę? Też chcę zobaczyć, spróbować czegoś nowego. Być może to jedyna na to szansa?

Ksiądz Niosący Światło wysłał mi SMS z pytaniem, czy wszystko u mnie w porządku, bo coś ostatnio mnie nie widują w jego kościele. Nie chciałam mu pisać o moim przeziębieniu, więc odpisałam mu nieco wymijająco, że sesja się zbliża i mam trochę nauki. W zasadzie tak bardzo nie minęłam się z prawdą, a antropologia filozoficzna (kto wymyślił taki przedmiot się pytam!), prawo i pedagogika ograniczeń ludzkiej egzystencji, z których mam w tym tygodniu zaliczenia, wychodzą mi już bokiem! Przy tym wszystkim test z pierwszej pomocy i metodyki pracy opiekuńczo - wychowawczej wydaje się niczym. Ale wiadomo, że i tutaj muszę być przygotowana. Oczywiście głównym powodem mojej nieobecności jest kaszel, no ale to pominęłam, jak wcześniej napisałam. A swoją drogą, ciekawe czy wydobrzał na tyle, że już wrócił do odprawiania Mszy świętych, czy dalej leży w łóżku i po prostu ktoś mu o tym doniósł. 

niedziela, 14 stycznia 2024

1828. I w czymś z zamiaru dobrym może pojawić się pierwiastek zła

To pewnie w moim blogu nie wybrzmiało aż tak bardzo, ale wydarzenia które miały miejsce pięć lat temu w Gdańsku, nie były dla mnie obojętne. I pewnie gdyby nie wylot na Światowe Dni Młodzieży do Panamy, który zbiegł się w czasie z informacją o śmierci prezydenta Pawła Adamowicza, to pewnie i ten temat pojawiłby się na blogu. Tym bardziej, że nawet będąc na drugiej półkuli naszej Ziemi starałam się w miarę na bieżąco śledzić tą sprawę.
Pomimo upływu lat jeszcze jak żywe mam obrazy, które 13 stycznia 2019 roku w wieczornych godzinach obiegły jeżeli nie telewizję, to na pewno sieć. Miała być radość z kolejnego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy organizowanego w Gdańsku, tymczasem na oczach zgromadzonego tłumu wydarzyła się prawdziwa tragedia.
Powiedzmy sobie szczerze, porzucając wszelkie nasze sympatie i antypatie do tej czy tamtej partii politycznej - to co miało wtedy miejsce nie powinno się nigdy ani nigdzie wydarzyć. W jednej chwili okazało się jak kruche i nieprzewidywalne bywa życie, jak bardzo jesteśmy zależni od reakcji innych, ale też odpowiedzialni za czyjeś życie. Przecież to co się stało nad morzem równie dobrze mogło mieć miejsce w każdej innej miejscowości, w której odbywały się podobne imprezy. W każdym innym miejscu, ale też czasie.
Potem była niecała doba niepewności. Szczerze powiedziawszy, to w poniedziałkowy poranek z drżeniem serca włączyłam telewizję, żeby zobaczyć jak wygląda cała sytuacja. Tym bardziej, że kiedy poprzedniego dnia kładłam się spać, to krążyła informacja, że stan Pawła Adamowicza jest krytyczny i nie wiadomo, czy przeżyje noc. Żył, stan był w dalszym ciągu krytyczny, ale żył. Praktycznie cały czas szedł program informacyjny, na który rzucało się oko co jakiś czas. 
Aż nadszedł ten ostatni briefing na temat zdrowia prezydenta Gdańska przed szpitalem. Odbył się on wcześniej niż zapowiadano. Akurat pakowaliśmy z tatą ostatnie rzeczy do plecaka, z którym leciałam na ŚDM w Panamie. Przez myśl mi przeleciało, że pewnie Adamowicz zmarł. Jak się okazało chwilę później - nie myliłam się. Pewnie domyślacie się, że do Panamy leciałam z mieszanymi uczuciami - radością (kto by się nie cieszył?), ale i pewnym smutkiem, a może nawet strachem z powodu tego, co się wydarzyło kilka godzin wcześniej.
Ktoś by powiedział - zginął prezydent miasta, ktoś inny - zginął członek Platformy Obywatelskiej. A ja powiem co innego - zginął przede wszystkim człowiek, czyjś syn, mąż, ojciec, brat, znajomy czy też przyjaciel. Prawdopodobnie wiele można mu zarzucić, chociaż nie mnie to oceniać, bo po prostu nie interesuję się polityką, zwłaszcza "uprawianą" na drugim końcu Polski. Mogło mu to odebrać szacunek w oczach innych. Ale nic nie mogło odebrać mu jednego - ludzkiej godności, taką jaką posiada każdy z nas.
Po tym zdarzeniu w mediach rozgorzała dyskusja na temat bezpieczeństwa podczas tego typu imprez, sensowności istnienia i funkcjonowania WOŚP, czy można było uniknąć tej sytuacji. Już na początku oskarżano Owsiaka za zaistniałą sytuację, a nawet... PiS (chociaż Stefan W. w swojej "mowie" wyraźnie wskazał PO jako główny powód zaistniałej sytuacji). Nie jestem zwolennikiem żadnej partii politycznej, ale naprawdę, dziwnie się czytało tekst, którego autor zarzucał partii rządzącej nagonkę, która właśnie w taki sposób się zakończyła. Można być przeciwnikiem jakiejś partii, ale gdzieś są granicę! Ludzie poczuli się niczym sędziowie i wydawali wyroki na tych, którzy im nie pasowali. Zwietrzyli okazję i postanowili ją bezceremonialnie wykorzystać. Z jednej strony wychodzili na ulice w białych marszach, przychodzili na Msze święte, być może uczestniczyli w ceremonii pogrzebowej, albo śledzili ją w mediach, ale z drugiej wykorzystali tą bądź co bądź tragedię do własnych celów, gierek i wyładowania frustracji.
Wyrok na zabójcy Pawła Adamowicza zapadł w sądzie, jedynym miejscu, które posiadało ku temu odpowiednie kompetencje. Wyrok surowy, ale sprawiedliwy. Chociaż żaden wyrok nie wynagrodzi utraty ludzkiego życia.

Ale, że to już minęło 5 lat od mojego udziału w Światowych Dniach Młodzieży w Panamie? Przecież mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Kiedy to zleciało?

sobota, 13 stycznia 2024

1827. Rzecz o Polsce, kiedy jeszcze w ogóle nie istniała

Miał być wyjazd do Bielska - Białej na wolontariat podczas kolejnej edycji "Zimowego Biegu Zbója", a zarazem spotkanie z najwspanialszą ekipą ludzi pod słońcem (jak choćby z Bacą). Po nieprzewidzianej nieobecności podczas Górskiego Biegu Niepodległości chciałam jakoś się zrehabilitować. Niestety, nie udało mi się wyzdrowieć na czas, a więc musiałam w ostatniej chwili zmienić plany. Nie mówię, że bez żalu, bo żal był, ale nie jestem wariatem, co to, to nie. Bo jednak gdzieś w głębi czułam rozpaczliwy krzyk - dlaczego tak musi być. Jednak kiedy spojrzałam na przyjmowane z tym przeziębieniem medykamenenty to jakoś mi przeszło.
Mogę się upierać, że nie będę piła syropu, bo nie jestem w stanie wziąć do ręki miarki, na którą trzeba go nalać. Ale mogę też starać się znaleźć sposób, jak nalać syrop na miarkę, nie trzymając jej w rękach
A jak sobie pomyślałam, że Kropka, Adam i ksiądz Niosący Światło zostali uziemieni z powodu choroby w łóżku, to zły humor z powodu zmiany planów momentalnie mi minął. Oczywiście napisałam do organizatorów, że mnie nie będzie, aby nie nastawiali się na jeszcze jednego wolontariusza. Każdemu zdarza się zachorować w najmniej oczekiwanym momencie. 
I tak przyjemny dzień spędzony w górach zmuszona byłam zamienić na równie przyjemnie spędzony dzień, ale w domowym zaciszu i przy książce. Teoretycznie powinnam sięgnąć po któryś z podręczników albo do notatek, aby przygotować się na kolejny tydzień zapełniony kolokwiami, ale musiałam sobie zrobić jednodniowy reset od nauki. A że jedną z książek, które ostatnimi czasy wypożyczyłam była "Opowieść o Królu Pól" autorstwa Isaaca Bashevisa Singera (kilka lat temu w jednej z notatek podjęłam temat w oparciu o jego opowiadanie "Miłość trzyma się mocno"), to postanowiłam, że to właśnie jej poświęcę ten nadliczbowy wolny dzień*. Dawno nie było nic o książkach? No to czas nadrobić zaległości.
Tytuł: "Opowieść o Królu Pól"
Autor: Isaac Bashevis Singer
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Kraków 1993
Ilość stron: 207

Isaac Bashevis Singer był Żydem polskiego pochodzenia, który w połowie lat 30 XX wieku wyemigrował do Ameryki. Być może dzięki temu uniknął piekła holokaustu, które trwało na ziemiach polskich w czasie II wojny światowej. A to znowu sprawiło, że świat mógł go poznać jako wybitnego pisarza. Jego talent został dostrzeżony na tyle, że w 1978 roku został uhonorowany Literacką Nagrodą Nobla.
"Opowieść o Królu Pól" została napisana u schyłku życia Singera w 1989 roku. Jest powrotem do opuszczonej przed laty Polski, w której przyszło mu spędzić pierwsze lata swojego życia. Isaac przenosi w niej czytelników w czasy, kiedy Polska jeszcze nie istniała, a na jej terenie żyli ludzie uprawiający pola. Stąd wzięła się ich nazwa - Polanie, którą zapewne kojarzymy już z historii. Polanie, chociaż jeszcze nie przyjęli struktury państwowości, to jednak mają już swoją tradycję przekazywaną z pokolenia na pokolenie, swojego władcę, system pogańskich wierzeń oparty na kulcie przyrody, a także język, którym porozumiewają się z innymi. Jednym z Polan jest Cybula, główny bohater opowieści. Przemierza on swoją krainę, zaatakowaną przez wrogie plemię, w nadziei, że pomści wszystkich, którzy zostali zabici podczas natarcia. Przy okazji poznaje różne zasady rządzące światem i ludźmi.
Opowieść nosi znamiona mitu o tym, jak rodziła się Polska. Dużo w niej zła i brutalnych scen, np. gwałtów na dziewczynkach, czy też aktów kazirodczych. Z jednej strony może to oburzać czytelnika, ale z drugiej pokazuje, że przemoc istniała od zawsze i wpisana była w ludzką egzystencję tak samo jak miłość. A może nawet szła z nią w parze? I chociaż cała treść książki może szokować, to myślę że tak naprawdę jest ona odzwierciedleniem wnętrza każdego z nas, naszej prywatnej walki dobra ze złem, tego, że raz wybieramy jedno, a innym razem drugie. Bo jesteśmy tylko ludźmi kierującymi się naszym prywatnym dobrem.

* Bo nawet odwołałam wszystkie korepetycje na ten dzień, a już nie chciało mi się tego wszystkiego odkręcać.

piątek, 12 stycznia 2024

1826. Symulacja lekcji nie taka straszna, jak by się wydawało

Pierwszy intensywniejszy tydzień zaliczeń za mną. Chociaż nie tak bardzo straszny, jak mogłoby się wydawać. Bywało gorzej. I pewnie tak będzie, bo jeszcze czekają dwa następne, gdzie kolejne dni zapełnione są kolejnymi kolokwiami oraz terminami zaliczeń. Tak naprawdę to po każdym pozytywnym zaliczeniu zadań czy też sprawdzianów oddycham z nieskrywaną ulgą, że to już za mną i nie muszę ponownie już na to się uczyć i podchodzić. Co nie oznacza, że zdobyta wiedza od razu ulatuje z mojej głowy. Jaki byłby wtedy sens uczenia się tego wszystkiego? To, czego się nauczyłam staram się wykorzystywać na zajęciach, co zresztą przynosi czasami dosyć nieoczekiwane efekty. Na przykład ostatnio jedna z wykładowczyń stwierdziła, że tworzone przez nas prezentacje multimedialne na te przed moją i te po moją. Te przed moją nie miały zarysowanych planów wystąpienia na początku, te po mnie - już tak. A wszystko dlatego, że nauczycielka zwróciła na to uwagę podczas mojego przedświątecznego przedstawienia zadanego zagadnienia. Ja zaś opracowałam prezentacje na podstawie sposobu, w jaki przygotowywała je jedna z wykładowczyń na pedagogice.
To, co było dla mnie najbardziej stresujące w minionym tygodniu to przygotowanie konspektu zajęć z przedmiotu przygotowanie do życia w rodzinie w szkole podstawowej (do którego nauczania uprawnia nas ukończenie studiów na poziomie magisterskim z Nauk o Rodzinie), a następnie przeprowadzenie symulacji takiej lekcji w ramach ćwiczeń z Wychowania do życia w rodzinie - dydaktyka przedmiotu w zakresie szkoły podstawowej. Nawet kolokwium ze słówek z języka angielskiego wyjątkowo mnie nie stresowało tak samo, jak przeprowadzenie zajęć. Samo napisanie konspektu nie było dla mnie nie wiadomo jakim wyzwaniem, wszak od pięciu semestrów robię to na studiach z pedagogiki i tyleż samo czasu piszę je w świetlicy socjoterapeutycznej. W pracy też zazwyczaj je przeprowadzam, więc i tutaj nie zostałam rzucona znowu na nie wiadomo jak głęboką wodę. Najbardziej się bałam oceny prowadzącej, że będzie się przyczepiana o coś, na co nie mam zbyt dużego wpływu. Np. do mojej niewyraźnej wymowy, że za szybko skończę zajęcia (docelowo powinny one trwać 45 minut, czyli tyle, ile godzina lekcyjna) albo do tego, że złapie mnie atak kaszlu. Tym bardziej, że uchodzi ona za niezwykle drobiazgową. 
Ale nie, nic takiego nie miało miejsca, chociaż wyrobiłam się w 35 minut (chociaż podejrzewam, że w 30 osobowej klasie rozciągnęłoby się to na całą lekcję). A nawet była zaskoczona tym, że w przeciwieństwie do reszty ludzi, którzy tego dnia mieli stymulację lekcji, większość rzeczy mówiłam z głowy. Myślę jednak, że dużą rolę tutaj odegrał sam temat, Świętowanie w rodzinie, który okazał się bardzo wdzięczny i różnorodny, że bardzo wiele można o nim powiedzieć, niekoniecznie czytając wszystko z kartki. Chociaż nie ukrywam, że podpierałam się i konspektem zajęć, i schematem mini-wykładu. W końcu pierwszy raz realizowałam ten temat. Ale chyba wyszedł. I nawet jestem z niego zadowolona. Może nie wyszło idealnie, a jednak najlepiej, jak tylko mogło wyjść.

czwartek, 11 stycznia 2024

1825. "W tej wspólnocie jesteśmy Kościołem"

Zadanie z metodyki pracy wychowawczo - opiekuńczej polegające na sporządzeniu i opracowaniu socjogramu wzajemnych sympatii w grupie osób oraz nauka słówek z języka angielskiego na jutrzejsze kolokwium z uzależnień i współuzależnień (przy moim antytaleciu w dziedzinie uzdolnień lingwistycznych), a także infekcja z którą zmagam się od paru dni sprawiły, że moje plany na wieczór uległy całkowitemu przeorganizowaniu. W normalnych warunkach czas od 18:30 do 22:00 spędziłabym na formowaniu mojej osobowości oraz wiary w ramach spotkania w Duszpasterstwie Akademickim. Czasami jednak sytuacja nas zmusza do zmiany planów i czy tego chcemy, czy też nie, to musimy (powinniśmy) się temu podporządkować. Tak też się stało, a ja zamiast spędzić wieczór na dyskusji na temat tego w co i jak wierzę, poświęciłam go na ostatnie dopracowania prac zaliczeniowych, powtórzenie słówek oraz próbie reperowania mojego zdrowia.
Ach ta socjometria
Ogólnie socjometria sama w sobie jest bardzo prosta i przyjemna (jak dla mnie). Jak myślicie co mnie chciało "pokonać"? Socjogram, a raczej same te koła. Niezwykle pracochłonna czynność. W normalnych warunkach pewnie narysowałabym je za pomocą cyrkla, ale nigdy nie udało mi się opanować tej umiejętności w zadowalającym mnie stopniu. Na szczęście dało się wykonać taki wykres bezpośrednio w edytorze tekstu, chociaż trwało to kilka dni. Pewnie są programy komputerowe, za pomocą których można coś takiego stworzyć, ale za pewne też płatne. Nie marudzę, bo zadanie wykonałam i mam nadzieję, że zostanie mi zaliczone.
Na ten sam przedmiot mieliśmy przygotować scenariusz zajęć świetlicowych. Szczerze powiedziawszy to przerobiłam jeden z moich autorskich konspektów zajęć z miejsca pracy. Nie mogłam się też powstrzymać i nie zamieścić jednej z moich ulubionych kolęd, która tym razem przybrała postać "Kolędy Katowickiej" (była już Złoczowska, Dąbrowska i Wadowicka)
A tak mniej więcej wyglądała sprawa słówek i zdań w języku angielskim.
To tylko 1/5 materiału, który musiałam opanować
Trzeba sobie radzić na różne sposoby (karteczki wykonane przez znajomą)
Mam nadzieję, że zadania zostaną pozytywnie ocenione, a kolokwium zaliczone (na szczęście nie jest ono na ocenę, a jedynie na wspomniane zaliczenie). Kolejne rzeczy miałabym z głowy, a czas mogłabym poświęcić na naukę następnych partii materiału.
Chociaż nie byłam na spotkaniu Duszpasterstwa Akademickiego, to od czasu do czasu mimowolnie moje myśli krążyły wokół wigilijnemu spotkaniu wspólnotowym, które miało miejsce w minioną niedzielę. Na początku nie za bardzo chciałam na nie iść, bo jednak w duszpasterstwie jestem stosunkowo krótko, ale po rozmowie z księdzem Krzysztofem odpowiedzialnym za DA, jedną z animatorek "piekarnika" oraz "szantażowana" przez znajomą z WTL-u skapitulowałam i zapisałam się na nie. Nawet zadeklarowałam, że zrobię sałatkę, o której wspominałam >>tutaj<<. Zwarta i gotowa pojechałam w niedzielne popołudnie drugi już raz do Kato (najpierw byłam na przedstawieniu "Pewnego razu w Greccio").
W tym roku jako miejsce spotkani wigilijnego wybrano znajdujący się w podziemiach Archikatedry Chrystusa Króla Panteon Górnośląski. Miejsce samo w sobie dosyć nietypowe i naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać (zwłaszcza, że jeszcze w nim nie byłam). Tym czasem okazało się ono dosyć przytulne, a stuosobowa grupa osób skupiona we wspólnocie czuła się raczej w nim dobrze. Tak, tak, dobrze czytacie, była nas setka, a to i tak 2/3 całego duszpasterstwa. Był czas na życzenia, jedzenie, rozmowy, jasełka, na kolędowanie (ach, aż zatęskniłam za naszymi parafialnymi koncertami kolęd i pastorałek, za rok trzeba za wszelką cenę spróbować to zmienić, nawet kosztem konfliktu z Panią Dyrygent i to koniecznie z kolędą "Mizerna, cicha" w bardzo żywiołowy wykonaniu), a także na grupowe zdjęcie. Na nim najlepiej widać ile nas było:
Po spotkaniu, w kaplicy WTL-u, odbyła się uroczysta Msza święta prymicyjna zaprzyjaźnionego z Duszpasterstwem ojca Antoniego, który swoje święcenia w Kalwarii Zebrzydowskiej. Śmiałam się nawet, że gdybyśmy przełożyli wycieczkę do Wadowic i właśnie do Kalwarii Zebrzydowskiej o tydzień, to moglibyśmy wziąć w niej udział. Ojciec Antoni był głównym koncelebrantem sprawowanej Eucharystii i to on wygłosił okolicznościowe kazanie. Nawiązywało ono do przeżywanej tego dnia Niedzieli Chrztu Świętego. Myślę, że można je śmiało je streścić w tych oto dwóch punktach:
1. przez chrzest święty jesteśmy Dziećmi Bożymi - Synostwo Boże jest tym, co stanowi fundament naszej tożsamości, bo wszyscy ochrzczeni są "kimś jednym w Chrystusie". Obmycie z grzechów mówi o naszej jedności. Chrzest jest więc czymś, co czyni nas wspólnotą. 
2. Podczas chrztu świętego każdy otrzymał zadatek Ducha Świętego. Jest to niesłychanie ważne dla każdego chrześcijanina, ponieważ stanowi to treść jego życia. Można to porównać do zapalonego płomienia, który został nam powierzony, abyśmy go podtrzymywali. Ten ogień może oczywiście przygasnąć, ale ta jedność z Bogiem jest czymś tak silnym, że nikt nie może nam tego odebrać, nawet my sami. Chrzest jest niepowtarzalny, nie da się go cofnąć ani zmazać. Co jednak zrobić, aby ten płomień się palił (żeby nie zgasł)?
a) każdy płomień potrzebuje trochę tlenu - owym tlenem tutaj jest modlitwa. Chrześcijanin nie jest tylko osobą, która tylko w jakiś sposób uczestniczy w życiu charytatywnym, czy też nie jest tylko dobrym człowiekiem. To jest osoba, która się modli, która ma więź z Bogiem. I nawet gdy jest trudno, gdy mamy momenty oschłości, to taka cicha wierność w modlitwie podtrzymuje nasz płomień. 
b) aby ogień się palił potrzebny jest opał, który mogą symbolizować sakramenty święte: Eucharystia, spowiedź, a także to, co z nich wypływa, czyli nasze życie, dobre czyny, które z pomocą łaski Bożej są przez nas wypełniane (np. dzielimy się z innymi ludźmi złożonym w nas dobrem). 
c) płomień należy chronić - jesteśmy wezwani do tego, aby chronić powierzone nam w chrzcie świętym dobro. Można to robić na wiele sposobów. W sobie, ale też w drugim człowieku. Mamy chronić nawet to niepozorne dobro, które przydarza się w codziennym życiu, aby nie zostało ono zapomniane. Aby dobro wszystkich tych, którzy patrzą na nas, i nasze dobro były bezpieczne. 
Na Mszy pojawiło się o wiele więcej osób niż jest w stanie pomieścić kaplica, co widać na poniższym zdjęciu wykonanej po skończonej Eucharystii (kilkorga osób z poprzedniego nie ma, kilkoro osób doszło na Mszę): 
Śmiałyśmy się z Madziałkiem, że takie z nas gorliwe studentki, że jesteśmy na wydziale nawet wtedy, gdy jest on teoretycznie zamknięty 😁
Niektórzy z nas siedzieli na krzesłach ustawionych przed wejściem do kaplicy, inni wprost na podłodze. Nikt chyba jednak nie narzekał na warunki, a śliczne śpiewy kolęd intonowane przez scholę wynagradzały wszelkie niewygody.
Po wykonaniu zdjęcia można było otrzymać prymicyjne błogosławieństwo, z czego oczywiście skorzystałam. A nawet dostałam je jako pierwsza. Dopiero po tym zdecydowałam się wracać do domu.
A ponieważ tego dnia na nowo spadł śnieg, postanowiłam utrwalić to na schowanym w plecaku aparacie cyfrowym. 
Czekając na autobus jadący w stronę DG
Tak sobie myślę, że może wtedy przemarzłam i skończyło się to kolejnym przeziębieniem. Sama nie wiem. W każdym razie - podobało mi się, a w mojej pamięci przywołane zostały obrazy wszystkich tych wspólnotowych wigilii, w których brałam udział. No i co one komu przeszkadzały, że nie możemy do nich wrócić po pandemii? Ech, chyba sprawdza się teza mamy jednej z naszych scholistek, że we wspólnotach poza naszą parafią szukamy po prostu tego, czego nie możemy dostać w tych funkcjonujących u nas.