Tuż przed rozpoczęciem się sesji egzaminacyjnych na większości uczelniach w K-ch ksiądz Krzysztof ogłosił, że Msza święta poprzedzająca, a może otwierająca, spotkanie czwartkowej grupy piekarnik odbędzie się w intencji udanej sesji dla każdego studenta. Oczywiście Msza święta to nie jest żadne czary - mary, czy też hokus - pokus, i na nic się ona zda, jeżeli nie włoży się choć minimum wysiłku w powtórzenie materiału i naukę do egzaminów, aczkolwiek pomoc z Nieba nigdy nikomu nie zaszkodziła, a może tylko pomóc, choćby w uzyskaniu wewnętrznego pokoju. Właściwie każdy zainteresowany mógł na nie przyjść, nie tylko członkowie grupy. To znowu budziło nadzieję, że będzie nas więcej niż zazwyczaj.
W ostatnim czasie opuściłam kilka spotkań, głównie z powodu napadowego kaszlu. Ale tym razem postanowiłam zostać (oj, nie spodobało by się to mojemu promotorowi, który tego dnia wysłał mnie wcześniej do domu, nie wiedział, że jeszcze muszę jechać na drugi wydział). Może i było to lekkomyślne z mojej strony, ale w życiu musi znaleźć się miejsce na popełnianie błędów, abyśmy się mieli na czym uczyć i z czego czerpać doświadczenie życiowe.
Na Wydział Teologiczny, w którego kaplicy tymczasowo odbywają się Msze święte duszpasterskie, wróciłam po 18:00. W przerwie pomiędzy zajęciami, a spotkaniem jeszcze byłam w pracy. Czasami złoszczę się, że pracę mam spory kawałek od domu, zwłaszcza kiedy wracam po niej, a po prostu mi się spieszy, np. na trening albo na wieczorną Mszę świętą, ale w takich dniach jak ten jest mi to nawet na rękę. Po drodze jeszcze zjadłam obiad w barze mlecznym, żeby nie być na głodniaka. W przeciwnym razie byłabym na wydziale dużo szybciej. Usiadłam na jednej z ławek i wykorzystałam czas jaki pozostał do Mszy na przejrzenie notatek na kolokwia, które miały się odbyć nazajutrz.
Nie trwało to jednak długo, bo wkrótce na korytarzu pojawił się ksiądz Krzysiu (z niedowierzaniem patrzałam na zegarek, że tak wcześnie przyszedł) i widząc, że siedzę na ławce po prostu się do mnie dosiadł. Na początku tylko milczał, chociaż i tak na jego widok schowałam notatki, potem zaczął pytać o sesję, aż w końcu wystrzelił z pytaniem, czy nie chciałabym przeczytać Pierwszego Czytania. Spojrzałam na niego z nutką powątpiewania zastanawiając się, co się stało. Ale z drugiej strony tego dnia wypadało wspomnienie Nawrócenia św. Pawła Apostoła, patrona parafii, do której należę. Czyż mogłam sobie wymarzyć piękniejszą chwilę ku temu? Trochę nieśmiało pokiwałam głową zastanawiając się co zrobię, kiedy podczas czytania złapie mnie atak kaszlu. Wkrótce pojawiła się Madziałka, z którą zawsze znajdę temat do rozmowy. A i inni zaczęli powoli się schodzić, wszak nieubłaganie zbliżała się godzina 18:30.
Powoli zajmowaliśmy miejsca w kaplicy. Poszłam do ambony rzucić oko na czytanie. Dzieje Apostolskie, św. Paweł Apostoł opowiada ludowi o tym, co wydarzyło się w drodze do Damaszku. Tekst trochę długi, ale kto powiedział, że będzie łatwo. Chyba się udało, ale trwało to trochę dłużej, niż gdyby czytała to osoba bez wady wymowy. Z drugiej strony reklamacji do dzisiaj nie dostałam, więc uznaję, że nie było tak źle. Jednak tak naprawdę rozkręciłam się dopiero na kazaniu. Zazwyczaj polega ono na wygłoszeniu nauki przez kapłana. Tymczasem na duszpasterstwie w większości przypadków jest to dialog kapłan - wierni.
Opowiedziałam mu więc, że święty Paweł otrzymał "znak Jonasza" w drodze do Damaszku. Że głosił Prawdę* o Chrystusie zawsze i wszędzie, w porę i nie w porę, czy się to komuś podobało, czy nie, wobec królów, pogan i Żydów. Że takie przesłanie zostawił w Liście do Tymoteusza będącym niejako jego testamentem. Że dla tej Prawdy cierpiał wielokrotne odrzucanie, a zarazem chciał ją głosić całym sobą, ryzykując przy tym swoje życie. Szczególnie kiedy odrzucali go mądrzy tego świata, kiedy znalazł się na ateńskim areopagu. Co prawda słuchali go z zaciekawieniem, bo tacy to byli ci filozofowie zamieszkujący intelektualną stolicę cesarstwa - żądni nowych wieści i kolejnych teorii. Jednak kiedy usłyszeli o zmartwychwstałym Chrystusie ich reakcja była jednoznaczna, różniąca się tylko stopniem grzeczności. A więc z jednej strony był to szyderczy śmiech, a z drugiej grzeczne ale stanowcze: "nie, posłuchamy cię innym razem". Że był świadomy swojej misji przedstawiając się w Pierwszym Liście do Rzymian, jako "Paweł, sługa Jezusa Chrystusa z powołania apostoł, przeznaczony do głoszenia Ewangelii Bożej". Czasami nachodził mnie atak kaszlu, ale to nic, widziałam, że ksiądz mnie słucha, a wraz z nim słuchają mnie inni, że potakuje z aprobatą, że się uśmiecha.
Potem, już po Mszy świętej poszłyśmy z Madziałkiem się z nim pożegnać, bo ani ja ani ona nie mogłyśmy zostać na spotkaniu formacyjnym. Ksiądz Krzysztof kazał mi wracać do zdrowia, a przy okazji pogratulował wiedzy. Trochę mi się śmiać chciało, bo po prostu mówiłam to co zapamiętałam z jednego z kazań arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, ale było ono na tyle "mocne", że pomimo upływu lat (7 albo 8) w dalszym ciągu nie tylko we mnie siedzi, ale i "pracuje"**.
 |
| Na Mszy świętej było nas właśnie tyle |
A słuchając homilii (nawiązującej nota bene do nawrócenia każdego człowieka w oparciu o nawrócenie Szawła) z okazji odpustu parafialnego zastanawiałam się, co by powiedział proboszcz, czy też inspektor naszej inspektorii wrocławskiej, gdyby usłyszeli co "wygłaszam" na temat patrona naszego kościoła. O czytaniu już nie wspomnę, bo od roku jakby o mnie zapomniano pod tym względem. Pewnie nic, bo nawet by ich nie usłyszeli. A nawet gdyby je usłyszeli, to by "nie zrozumieli". Dlatego tym bardziej cieszę się, że są księża, którzy i słuchają, i rozumieją, i nawet dają się wykazać, chociaż jak widać na zdjęciu, ksiądz Kristofer miał masę innych ludzi do wyboru pod względem odczytania Pierwszego Czytania.
* całkowicie świadomie napisałam to słowo przez duże "P"