Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 30 września 2024

2036. Chatka "na start"

Jedną z tradycji Duszpasterstwa Akademickiego, do którego należę od roku, jest weekendowy wyjazd do tzw. "Chatki" w Brennej tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego. Chatka to niewielki domek, zaadoptowany przed laty na potrzeby duszpasterstwa, usytuowany na niewielkim wzgórzu. Cisza, spokój, odcięcie od cywilizacji, to coś, co sprzyja wypoczynkowi i refleksji nad Słowem Bożym, w zależności od charakteru wyjazdu. Pierwszy w roku akademickim jest raczej rekreacyjny, co pozwala na ostatni odpoczynek przed czekającymi każdego z nas miesiącami nauki.
Ku mojej radości wyjazd idealnie wpasował się w mój nieco napięty grafik na przełomie września i października. Pozwoliło mi to wziąć w nim udział. Szybko wypełniłam formularz zgłoszeniowy i z niecierpliwością czekałam na wyjazd. Tym bardziej, że miałam jeszcze żywo w pamięci czerwcowy wyjazd, który bardzo mi się podobał.
Mój zapał trochę ostygł, kiedy w dzień wyjazdu z nieba zaczął siąpić deszcz, który z czasem przybierał na sile. Jadąc ze znajomymi zaczęliśmy się zastanawiać, jakie będą następne dni i czy ksiądz Kristofer ma jakiś plan B na załamanie pogody. Bo raczej mało prawdopodobne było, abyśmy w takich warunkach poszli w góry. Chociaż... kto to wie.
Na miejsce dojechaliśmy po zmroku. Uzbrojeni w latarki, z plecakami podróżnymi na plecach, zaczęliśmy się wspinać pod górę. Po niedługim marszu dotarliśmy do celu, gdzie czekali już na nas ci, którzy przyjechali wcześniej. Miło było zobaczyć po wakacjach znajome twarze, jak i te, które były całkiem nowe. Pozostało nam poczekać na księdza Kristofera, który tego dnia przybył jako ostatni. Odprawił nam Mszę, po czym udaliśmy się na wyczekiwaną kolację, na którą składały się racuchy. Przy okazji Ksiądz przeczytał nam wywiad z jednym z członków Duszpasterstwa, który ukazał się w "Gościu niedzielnym", a dotyczył tego, jak działamy. Trochę byłam zaskoczona tym, że nie odmówiliśmy wieczornej komplety, ale widać ksiądz uznał, że każdy z nas jest zmęczony. Nie przeszkodziło nam to jednak w graniu w planszówki i wesołych rozmowach.
Nasza wesoła ekipa
Na drugi dzień mieliśmy pobudkę w postaci księdza śpiewającego o czarnej owieczce. Ciekawa jestem kogo tutaj miał na myśli. Dobra, nie wnikam w to. Poranek rozpoczęliśmy odmówieniem jutrzni, po której udaliśmy się na śniadanie. Podczas posiłku ksiądz Kris zastanawiał się, jak zagospodarować przedpołudnie. Pierwotnie w planach było wyjście w góry, ale lało niemiłosiernie. Zamiast tego zdecydowano, że zostajemy w domu. Najpierw mieliśmy czas na kawę, rozmowy i gry planszowe, a potem udaliśmy się do kaplicy na godzinne rozważanie Słowa Bożego. Następnie była Msza święta, a po niej obiad, na który dostaliśmy leczo. Teraz wiedziałam, po co było Zosi tyle papryki. Po zjedzeniu papryki mieliśmy chwilę sjesty. No tak, każdy musiał trochę odpocząć i zregenerować siły. Po południu udaliśmy się akurat do miasteczka na lody. Tak się złożyło, że rozpogodziło się na tyle, że mogliśmy susi iść do lodziarni i wrócić z powrotem. W lodziarni czas nam mijał na rozmowach i śmiechach. Myślę, że mało kto by pomyślał, patrząc z boku, że jesteśmy z duszpasterstwa. Zmierzchało, kiedy postanowiliśmy wrócić do domu. Trochę nam to zajęło, bo jednak od centrum miejscowości dzieli chatkę spory odcinek drogi. Na szczęście każdy z nas dał radę. Po powrocie zasiedliśmy do wieczerzy, na której każdy z nas otrzymał po oscypku. Na godzinę 22:00 zaplanowana była godzinna adoracja wraz z kompletą, po której właściwie wszyscy poszli na strych spać.
W niedzielny poranek ponownie obudził nas ksiądz. Dzień rozpoczęliśmy od jutrzni połączonej z Mszą świętą. Szczerze powiedziawszy pierwszy raz spotkałam się z tak ciekawym połączeniem jednego z drugim.
Po nabożeństwie poszliśmy na śniadanie, po którym był czas na pogaduchy przy kawie i ciastku. Ale nie za długie, gdyż musieliśmy posprzątać Chatkę przed wyjazdem. Mnie przypadło w udziale wycieranie umytych sztućców i poukładanie ich w pudełku. Wiecie, ja tam się cieszyłam, że mogłam pomóc chociaż w ten sposób. Niby nic, a zawsze coś. Po ogarnięciu domku każdy z nas wziął swoje rzeczy i zaczęliśmy schodzić w dół, gdzie stały nasze samochody. Nie pojechaliśmy jednak od razu do domu, gdyż ksiądz zaprosił nas na pizzę w ramach obiadu. A więc mogliśmy ze sobą jeszcze pobyć około godziny, po czym już każdy z nas pojechał w swoją stronę.
Był to zupełnie inny wyjazd od tego czerwcowego. Mniej napięty, bardziej na luzie. Wydaje mi się, że doskonale obrazuje on naszą wspólnotę - jest w niej czas i na modlitwę, i na rozrywkę, i na integracje. Już nie mogę doczekać się listopadowego wyjazdu. A wcześniej jest planowany jednodniowy wyjazd w góry. Chyba się na niego wybiorę...

piątek, 27 września 2024

2035. "Tak się nie mówi >>do widzenia<<"

Całkiem niedawno pisałam o pozytywnym wymiarze blogowania. O tym, że dziewczyny zaskoczyły mnie swoimi przesyłkami. Ale takich miłych upominków w historii istnienia tego bloga było dużo, dużo więcej. Jedne z nich były mi przesyłane przez niepozorną kobietę o wielkim sercu - Basię P. Nasza blogowa znajomość zaczęła się w wakacje 2017 roku i trwała do teraz.
Basia mnie intrygowała, zachwycała, ale też zawstydzała intensywnością swojego życia. Tak, jakby wiedziała, że ta nić zostanie zbyt szybko przerwana. Pomimo tego, że była osobą głuchoniedowidzącą, potrafiła czerpać z życia pełnymi garściami, czym dzieliła się z innymi na swoim blogu. Dużo czytała (nieraz wyrzucałam sobie, że sama czytam za mało), pokazywała piękno Olsztyna, w którym na co dzień mieszkała, tworzyła niezwykłe w swojej prostocie i pięknie kartki. Nawet jeżeli miała jakieś problemy, bo któż ich nie ma, to nie obciążała nimi innych, a raczej podchodziła z pokorą połączoną z humorem. Nieraz podziwiałam ją za ten subtelny dystans do samej siebie i otaczającego ją świata.
Wiadomość o jej śmierci była dla mnie szokiem. Owszem, od kilku dni nie pojawiały się u niej wpisy, ale powodów mogło być mnóstwo. Tymczasem na jej blogu, w dzień moich urodzin, pojawił się nekrolog. Zrobiło mi się smutno i żal. Wiecie jaki był ostatni komentarz Basi na moim blogu? Abym wreszcie odpoczęła. Teraz ona odpoczywa. Już na zawsze...
Jednocześnie jeszcze raz zajrzałam do Liturgii Słowa z dnia, w którym Basia przeszła do lepszego życia (25 września). W Pierwszym Czytaniu z Księgi Przysłów znalazłam następujące słowa: "Proszę Cię o dwie rzeczy, nie odmawiaj mi, nim umrę: Fałsz i kłamstwo oddal ode mnie, nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty, nie stał się niewierny" (Prz 30, 7-9). Myślę, że doskonale nawiązują one do życia Basi, w którym nie było ani fałszu, ani kłamstwa, a szczerość i prostota na wzór dziecka. A skoro Pan Jezus sam mówił, że tylko ci, którzy staną się jak dzieci, wejdą do Królestwa Niebieskiego, to wierzę, że Basia już cieszy się chwałą Nieba i obcowaniem z Bogiem, w którego wierzyła i którego kochała, twarzą w twarz. Że dostała nowe, piękne ciało, dużo lepsze niż to tutaj na ziemi. I że zachowała w dalszym ciągu tą swoją piękną duszę.
Teraz przesłane przez Basię podarunki stały się dla mnie najpiękniejszą i najcenniejszą po niej pamiątką. Taką, na którą patrzy się z sentymentem i żalem, że nie ma jej już wśród nas.
Właśnie taka pozostaniesz Basiu w mojej pamięci - uśmiechnięta od ucha do ucha
No właśnie, Baśka, jak tak mogłaś. Przecież, jak śpiewał Felicjan Andrzejczak w "Czasie ołowiu", do którego niedawno nawiązałam - "Tak się nie mówi >>do widzenia<<".
Będzie Ciebie brakowało. I to chyba nie tylko mnie...

wtorek, 24 września 2024

2034. Chwila, na którą czekałam 24 lata i 2 dni

"Czekasz na tą jedną chwilę,
serce jak szalone bije,
zrozumiałem po co żyję,
wiem, że czujesz to co ja.
Ej, za krótko trwa godzina,
niech się chwila ta zatrzyma,
swoim szczęściem chcę nakarmić,
calutki świat, zdziwiony tak"
Marzyłam o tym spotkaniu od dawna. Czasami mocniej, czasami słabiej. Ale temu pragnieniu pozostawałam w miarę wierna. Odżyło ono we mnie ostatnio z niezwykłą siłą. Wraz z każdym przeczytanym na jego temat artykułem, z każdym obejrzanym wywiadem, reportażem, czy też relacją z zawodów sportowych w których brał udział, z każdą audycją radiową coraz bardziej go podziwiałam jako człowieka, ale też i sportowca. I chociaż można powiedzieć, że trochę pogubił się w swoim prywatnym życiu, to w dalszym ciągu nie stracił nic w moim życiu. W ostatnim czasie przeczytałam jedną z jego autobiografii. Przeczytałam wiele negatywnych opinii na jej temat, ale jak dla mnie nie była ona taka zła. 
Tytuł: "... i o to chodzi"
Autor: Robert Korzeniowski, Krzysztof Wyrzykowski
Wydawnictwo: Studio Emka
Warszawa 2005
Liczba stron: 230

Robert Korzeniowski jest niewątpliwie jednym z najbardziej utytułowanych polskich sportowców. Ma na swoim koncie wiele zwycięstw, w tym cztery tytuły mistrza olimpijskiego. Jak dotąd nikt nie powtórzył takiego wyniku. Co prawda Irena Szewińska zdobyła aż 7 olimpijskich medali, ale tylko 3 z nich było złotych. Wraz ze zdobyciem czwartego olimpijskiego złotego medalu zakończył swoją karierę, co nie oznaczało końca przygody ze sportem.
Książka "... i o to chodzi" została napisana w rok po Igrzyskach Olimpijskich w Atenach w 2004 roku. To właśnie ta impreza rozgrywana w kolebce idei Igrzysk spina niczym klamra wszystkie wydarzenia opisane w książce. Pan Robert opisuje w niej swoją dosyć barwną karierę sportową, nie wstydząc się porażek, ale też i zbytnio nie chełpiąc sukcesami. Widać, że do jednego i do drugiego podchodzi z dystansem tak, aby "nie zwariować". W rozdziałach nie brakuje opisów dzieciństwa i młodości, z jednej strony beztroskiego, a z drugiej polegających na walkach z kolejnymi chorobami i samym sobą. Dużo życia poświęcono też życiu prywatnemu, ale i przygotowaniu do poszczególnych startów oraz wspomnień z nimi związanych.
Widać, że pisanie tej książki przysporzyło panu Robertowi dużo emocji. Czuć je niemal w każdym z tworzących ją zdań. Autor nie zawsze zachowuje chronologię zdarzeń w swojej opowieści. Wiem, że wielu ludziom może to przeszkadzać, ale ja po prostu wyobrażałam sobie, że on to opowiada, jak wywiad narracyjny. A zapewne wielu z nas podczas wspomnień mówi o przeszłości, po czym wraca do teraźniejszości. Mimo to trzeba przyznać, że nasz mistrz olimpijski ma lekkie pióro i wyjątkową umiejętność przenoszenia myśli na papier. W sumie jak każdy humanista. W opisach startów jest dynamika, w rozdziałach poświęconych życiu rodzinnemu - nutka romantyzmu. Ech, aż nie chce się wierzyć, że ten związek nie przetrwał, ale może dobrze, skoro jedno i drugie miałoby się męczyć.

Po lekturze postać Roberta Korzeniowskiego stała mi się jeszcze bliższa. Wiem, że napisał jeszcze jedną książkę, a więc mam postanowienie, aby ją przeczytać.
Ale to jeszcze nie teraz. Teraz przyszedł czas na spełnienie marzenia o spotkaniu z czterokrotnym mistrzem olimpijskim w chodzie. Jak można się domyśleć, okazji ku temu było sporo, ale zawsze jakoś umykały mi one sprzed nosa. Dowiadywałam się o nich po fakcie. Z jednej strony czułam smutek, ale z drugiej wierzyłam, że w końcu mi się uda spełnić to pragnienie.
O obecności pana Roberta podczas Centralnego Klubu Pacjenta odbywającego się w MCK w Kato dowiedziałam się przypadkiem. To było to. Pomyślałam sobie, że teraz albo nigdy. Wiem, że z tym "nigdy" to gruba przesada, ale popchnęło mnie to do tego, aby zarejestrować się na wydarzenie. Tym bardziej, że nic nie traciłam, a mogłam tylko zyskać. Zobaczyć swój autorytet jeszcze z czasów dzieciństwa to nie byle co. Zresztą sam program dnia był bardzo bogaty i zapowiadał się niezwykle interesująco, a więc każdy mógł znaleźć w nim coś dla siebie.
Trochę obawiałam się tego, że praktyki nałożą mi się na wydarzenie, na szczęście miałam je z rana, co tylko odrobinkę kolidowało z planem spotkania. Ewentualnie nasilenie objawów kolejnej, ostatnio wykrytej u mnie choroby. Na szczęście żadnych niespodziewanych wypadków nie miałam. W ostateczności na miejscu pojawiłam się tuż po godzinie 10. Ubrana w nową niebieską koszulę niepewnie poruszałam się po obiekcie. Trochę pochodziłam po stoiskach i wystawcach, trochę posłuchałam prelekcji. W jakiś sposób musiałam zabić czas, żeby nie zwariować. A przy okazji dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy na temat działania ludzkiego organizmu. Swego czasu, w gimnazjum, uwielbiałam biologię, a w szczególności pasjonowało mnie wszystko, co dotyczy funkcjonowania naszego ciała. Aż mi głupio, że na pedagogice z biomedyki miałam tylko 3,5, ale jak już ustaliliśmy - materiał był zbyt obszerny dla kogoś niezwiązanego z medycyną. Za to Wybrane zagadnienia z anatomii i fizjologii człowieka zaliczyłam na 4,5, więc chyba nie jest z moją wiedzą aż tak źle. A samo zainteresowanie ludzkim ciałem pozostało mi do dzisiaj.
(na tym ostatnim zdjęciu w środku jest siedzi Apoloniusz Tajner)
Wreszcie konferansjerzy zapowiedzieli, że już za chwilę na scenie pojawi się on - Robert Korzeniowski. Serce zaczęło mi mocniej bić, bo oto po 24 latach i dwóch dniach (czyli od dnia, kiedy po dyskwalifikacji Meksykanina Segury zdobył złoty medal w chodzie na 20 km) miało spełnić się jedno z moich marzeń. Miałam na własne oczy zobaczyć tego, który wielokrotnie dodawał mi sił podczas biegów, chociaż nawet o tym nie wiedział. Bo zawsze kiedy brakuje mi sił do dotarcia do mety, powtarzałam sobie, że Kusociński dawał radę, Szewińska dawała radę, Korzeniowski dawał radę, to i ja muszę dać radę. I jakoś mi to pomagało.
Pan Robert na scenę wbiegł, jak przystało na sportowca. W kilku słowach powitał zgromadzonych gości, a następnie zaprosił na hol, gdzie miał przygotowanych parę prostych ćwiczeń na rozruszanie naszych mięśni, kości i stawów. Czyż może być coś przyjemniejszego od gimnastyki z mistrzem olimpijskim? I to czterokrotnym?
W ćwiczeniach towarzyszyła mu jego aktualna żona, Justyna. Przemiła i przesympatyczna kobieta. Już na pierwszy rzut oka wyraźnie widać, że doskonale się rozumieją i uzupełniają. Wydarzenie trwające ok. godziny zgromadziło dość sporą ilość odbiorców. Trochę obawiałam się, czy poradzę sobie z niektórymi ćwiczeniami, zwłaszcza tymi wymagającymi równowagi, ale okazało się, że zupełnie bezpodstawnie. Z jednymi radziłam sobie lepiej, z innymi gorzej, udało mi się jednak wykonać praktycznie wszystkie. A musiałam się starać, bo w pewnym momencie wylądowałam tuż przed sceną. Głupio by było zbłaźnić się przed swoim mistrzem. Tym bardziej, że oboje ukończyliśmy katowicki AWF, a więc uczelnię typowo ruchową.
Już podczas ćwiczeń pan Robert zapowiedział, że po nich będzie możliwość zrobienia sobie z nim zdjęcia. Po raz kolejny szybciej zabiło mi serce. Zdjęcie z Mistrzem! W dodatku mistrzem do potęgi czwartej. Od razu schowany w kieszeni spodni aparat fotograficzny przestał mi ciążyć. Jednak kiedy zobaczyłam ogromną kolejkę tak samo chętnych ludzi, pomyślałam, że chyba się to nie uda. Że za dużo chcę i oczekuję, że może samo zobaczenie pana Roberta, wykonanie z nim kilkunastu ćwiczeń oraz przybicie z nim "piątki" po wszystkim powinno mi wystarczyć. Stałam na końcu kolejki z uśmiechem patrząc na tych szczęśliwców, którym już to się udało. Z reguły były to całe grupy, które przybyły na wydarzenie, ale wśród nich byli i tacy, którzy chcieli mieć indywidualne zdjęcie. Wiele osób prosiło też o autograf na książce lub w zeszycie. Nie zazdrościłam im, bo i tak dostałam więcej, niż się spodziewałam. Zresztą w międzyczasie zrobiłam sobie zdjęcie z panią Justyną (które niestety nie wyszło), więc w ostateczności wystarczyłoby mi ono. Postanowiłam jednak jeszcze nie odchodzić od sceny. Mój entuzjazm zaczął coraz bardziej spadać, kiedy konferansjerka zapytała, czy już wszyscy mają zdjęcie. Niestety, nie potrafię tak po prostu wbić się gdzieś, zresztą obudziła się we mnie moja nieśmiałość. Zresztą gdzież komuś takiemu jak ja, szaraczkowi, pchać się do mistrza? I wtedy wydarzyło się coś zupełnie dla mnie niezrozumiałego.
Już wcześniej obserwowałam pana Roberta i jego stosunek do fanów. Cały czas był uśmiechnięty, cierpliwie pozował do zdjęć, dopytywał, dla kogo jest dedykacja i czy coś szczególnego ma się na niej znaleźć. Rzec by można - zwyczajny, prosty człowiek. Nawet jeżeli był zmęczony, to nie dał tego po sobie w żaden sposób poznać. Widać było, że chciał być dla każdego, chociażby na chwilę. Kilkakrotnie czytałam opinię innych, że jest zadufany w sobie i myśli, że wszystko wie. Ja jednak odbieram tą jego wszechwiedzę tak, że on po prostu dzieli się swoim doświadczeniem w kwestii chodu sportowego. Przecież każdy z nas chce przekazać innym wiedzę, w której czuje się dobrze. Dlaczego w przypadku mistrza olimpijskiego miałoby być inaczej? A jednak zaskoczyło mnie to, że sam mnie zauważył i zamachał, abym do niego podeszła. Nogi miałam jak z waty, jakby je wmurowało. Zauważył kogoś takiego jak ja - nieważnego, niedostrzegalnego, niewychodzącego zbytnio przed szereg. I chyba tylko siła pragnienia spełnienia marzenia sprawiła, że wykonałam jego ostatnie polecenie.
Zdjęcie z mistrzem, z kimś, kogo podziwiałam, od kogo czerpałam inspirację i siły, kto mnie wzruszał mieszanką tak pięknych cech sportowca, jak wytrwałość, pracowitość, samozaparcie z jednej strony oraz pogoda ducha, pokora i uczciwość wobec innych i samego siebie z drugiej. Kto wielokrotnie upadał, ale zawsze się podnosił i wszedł na sam szczyt sportowej kariery. Chłopak z małej miejscowości na podkarpaciu podbił cały świat. Z wrażenia połączonego ze wzruszeniem odjęło mi mowę. Aż sama się sobie dziwię, że zdobyłam się na mój krzywy uśmiech. I że jedyne co wydukałam, to krótkie "dziękuję". W normalnych okolicznościach pewnie nie powiedziałabym nic. I kolejna niespodzianka - uścisk mojej dłoni przez pana Roberta i krótkie "trzymaj się". Nawet jeżeli mówi tak każdemu, to i tak czuję się zaszczycona, że w tym gronie znalazłam się też i ja.
Zdjęcie może i nieidealne i nieostre, ale jest i cieszy. Czekałam na nie 24 długich lat. Czy kiedyś zwątpiłam, że uda mi się spotkać z panem Robertem? Chyba nie, zawsze gdzieś na dnie była we mnie ta nadzieja, iż to się uda. Tylko po prostu dotąd jakoś nie było ku temu okazji. Aż do dzisiaj. Jak już to sobie na spokojnie analizuję to myślę, że warto było czekać taki szmat czasu. Być może, gdybym spełniła to pragnienie od razu, moje uczucia byłyby całkowicie inne. Nie wiem jakie. Ale często mi powtarzali, że im dłużej się na coś czeka, tym bardziej to coś cieszy. A może to była próba sprawdzająca mój charakter - czy będę cierpliwie czekać, czy może odpuszczę gdzieś po drodze. Zresztą mam wrażenie, że całe moje życie składa się z takich prób. Mam nadzieję, że ją akurat zdałam.
Lada chwila mam kolejne urodziny. Piękniejszego prezentu nie mogłam sobie zrobić. Nawet nie chodzi o zdjęcie, ale o samo spotkanie, o to, co z niego wyniosłam. Trochę żałuję, że nie wzięłam książki, o której pisałam na początku, albo mojego notesu na autografy. Ale może i na to przyjdzie czas. Może jeszcze kiedyś go spotkam. Może będzie szansa na jeszcze jedno zdjęcie, tym razem dużo ostrzejsze. Może uda mi się sfotografować z jego żoną. Może warto dalej marzyć, bo nigdy nie wiadomo, kiedy los okaże się dla nas łaskawy.
Na koniec zostawiam Was z piosenką, która doskonale odzwierciedla mój dzisiejszy stan uczuciowy. Nie, nie zakochałam się w panu Robercie, refren możecie więc spokojnie wyciąć. Za to obydwie zwrotki, i owszem.

poniedziałek, 23 września 2024

2033. Nadszedł "Czas ołowiu"...

Chyba żadna piosenka nie będzie mi się kojarzyła z tym wokalistą "Budki Suflera" jak ta. Niezapomniany głos i niezapomniane wykonanie. Pomimo upływu czasu zawsze mam ciary, kiedy ją słyszę (ale tylko w wykonaniu Felicjana Andrzejczaka). A że dociekliwy ze mnie człowiek, to któregoś pięknego dnia postanowiłam dowiedzieć się, kim jest większość postaci wymienionych w refrenie. By tylko niektórych z nich znałam. Są to kolejno:
  • Janis Joplin (amerykańska piosenkarka i autorka tekstów piosenek)
  • Brian Jones (brytyjski muzyk, wokalista i kompozytor)
  • Jimi Hendrix (amerykański muzyk, wokalista, kompozytor, autor tekstów, jeden z najważniejszych muzyków XX wieku)
  • Anna Jantar (polska piosenkarka)
  • Steve McQueen (amerykański aktor)
  • Romy Schneider (austriacka aktorka)
  • John Lennon (brytyjski muzyk, kompozytor, piosenkarz i autor tekstów)
  • Elvis Presley (amerykański piosenkarz i aktor).
Teraz, teraz poniekąd i dla Andrzejczaka nadszedł "Czas ołowiu", chociaż osoby wymienione w refrenie zmarły w latach 70 i 80 ub. wieku. Ale czy to tak bardzo ważne? Dużo ważniejsza jest pamięć jaką ich darzymy. Oby o Felicjanie Andrzejczaku była ona jak najdłuższa.

niedziela, 22 września 2024

2032. Klamra...

Są takie dni i zdarzenia w naszym życiu, które odciskają na nas jakieś szczególne piętno. Niezauważalne dla innych sytuacje i wydarzenia, dla nas samych stają się pięknymi pamiątkami. Nawet jeżeli nie mamy żadnych namacalnych ich upamiętnień, czynniki wokół nas potrafią wydobyć tamte chwile z najbardziej ukrytych zakamarków naszej pamięci. 
21 września dla wielu jest zwyczajną datą. Dla mnie zaś dniem, w którym równo 20 lat osiągnęłam pierwszy poważny sukces zwyciężając bieg na 100 m. Ale może nie wyryłoby się to tak mocno w mojej pamięci, gdyby nie towarzyszące temu okoliczności. Kiedy pokonywałam kolejne metry z głośników płynęła piosenka Ivana i delfina, nieznanego mi wtedy zespołu - "Jej czarne oczy". Myślę, że niejako nadała mi ona poweru i sił, a co za tym idzie, pozwoliła stanąć na najwyższym stopniu podium.
A przecież tamtego dnia, 21 września 2004 roku nic nie szło tak, jak powinno. Jakimś cudem spóźniłam się na pierwsze lekcje, które się odbyły. Z magazynu szkolnego wydano mi dużo za duże ubranie reprezentacyjne. Przypominam sobie, że koszulka wisiała na mnie jak na strachu na wróble. O spodenkach wolę nie myśleć. Dobre w tym wszystkim było to, że ktoś się nade mną zlitował i "zwęził" je przy pomocy agrafek. Skarpetki, również szkolne i za duże, nie do pary. Myślę, że wyglądałam jak przysłowiowych siedem nieszczęść. Dobrze, że buty miałam swoje, chociaż to i tak były zwykłe, szmaciane halówki. W dodatku w weekend poprzedzający spartakiadę wraz z mamą pojechaliśmy do niej na wieś pomagać w wykopkach. Zamiast trenować przed pierwszym startem w sezonie, ja bawiłam się w zbieranie ziemniaków i wrzucanie ich do wiaderek. W takich momentach żałowałam, że nie wybrałam np. pchnięcia kulą. Coś tam sobie pobiegałam, ale wiadomo jak to jest. No i przeciwnicy - nigdy nie wiadomo na jakich się trafi.
A więc na spartakiadę pojechałam nieprzygotowana pod każdym względem, nawet tym psychicznym. Wiadomo, że nie zawsze człowiek wygrywa, ale przegrywać warto w pięknym stylu - wtedy porażka mniej boli. Poza tym, czasami warto przegrać, żeby potem wygrana bardziej smakowała i cieszyła.
To wtedy zobaczyłam liceum, organizatora spartakiady, z którym potem związałam moją przyszłość. Wtedy, we wrześniu 2004 roku, jeszcze jednak o tym nie myślałam. Te dwa lata wydawały mi się odległe, niczym meta na końcu dystansu. To nie był mój pierwszy, ani ostatni start, a jeden z wielu. Różnica polegała jednak na tym, że na większości poprzednich była z nami nasza trenerka i wychowawczyni w jednym, a teraz byliśmy zdani tylko na siebie. Byli z nami inni nauczyciele w-fu, ale to nie to samo. Wielu z nas nie potrafiło odnaleźć stanowisk ze swoimi konkurencjami, a więc było "ciekawie".
Mnie ratowało to, że biegi były zazwyczaj przy boiskach szkolnych. A jednocześnie przerażała konkurencja. Ale cóż, trzeba było wystartować, nawet jeżeli miałoby się dobiec jako ostatnim. Gdzieś w tle leciała muzyka i ta jedna, jedyna piosenka, puszczona w odpowiedniej chwili. Nawet nie wiecie, jak ona mnie wtedy poniosła. Sama zastanawiałam się, kiedy upłynęło tych 100 metrów. A z głośników dalej leciało, że "Jej czarne oczy, widzę czarne oczy, to za mną kroczy, ze mną jest". Wtedy dość naiwnie przyszła mi na myśl moja była matematyczka, która też miała owe "czarne oczy" i cieszyła by się z tego mojego złotego medalu, zresztą jak z sukcesu każdego z nas. Bo z tamtych zawodów przywieźliśmy naprawdę piękny ich dorobek. 
Tak zaczęła się moja kilkuletnia przygoda z twórczością zespołu "Ivan i delfin". Nawet mój pierwszy w życiu blog był całkowicie jemu poświęcony. Ech, co to były za piękne czasy. Ostatnio wyczytałam, że Robert Korzeniowski przed swoim ostatnim startem olimpijskim w Atenach relaksował się, słuchając Anny Marii Jopek. U mnie podobną funkcję odgrywała muzyka zespołu. 
Teraz ta "miłość" trochę osłabła. A jednak, kiedy wczoraj na weselu kuzyna puścili tą piosenkę, cało wspomnienie tamtego dnia wróciło jak z automatu - jasne i klarowne, jakby wydarzyło się kilka dni wcześniej. A przecież minęło od nich równo 20 lat! Pomyślałam sobie, że ta piosenka, to taka piękna klamra, spinająca ten cały okres, który minął przez ten czas. Że tyle się wydarzyło, a wszystko to w jakiś sposób mnie zbudowało i ugruntowało. Zaś ta piosenka już chyba na zawsze będzie mi przypominać owy piękny wrześniowy dzień, w którym stanęłam mimo wszystko na najwyższym stopniu podium robiąc sobie tym samym pierwszy urodzinowy prezent.

piątek, 20 września 2024

2031. We wrześniu mimo wszystko dużo się dzieje

Wrześniowe dni od poniedziałku do piątku upływają mi w nieco stałym rytmie. Rano praktyki studenckie, po nich praca w świetlicy środowiskowej, po powrocie do domu i lekkim posiłku wyjście na trening, potem krótki odpoczynek i kilka akapitów pracy magisterskiej. Późnym wieczorem, jeżeli jest pogoda i siły, spacer po okolicy. Po powrocie prysznic, dobra książka albo teleturniej. Jak czas pozwala to po treningu idę jeszcze spotkać się ze znajomymi na mieście. Czy popadam w rutynę? Może, ale to taka przyjemna i przewidywalna rutyna.
Niebawem przyjdzie październik, a wraz z nim nieco urozmaicenia w moim życiu. O zbliżającym się kolejnym roku akademickim dyskretnie przypominają nie tylko coraz krótsze i chłodniejsze dni, ale też notatki zrobione "na zaś", które zawładnęły stolikiem, przy którym się uczę. Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie boję się tego, co będzie. Pracę magisterską mam już praktycznie ukończoną, teraz tylko trzeba nanieść do niej poprawki. Czegoż chcieć więcej?
Na razie jednak cieszę się ostatnimi dniami lata. Dzisiaj musiałam gdzieś przeczekać czas pomiędzy praktykami, a pracą. Akurat dotarły do mnie zamówione książki. Chociaż niezbyt przepadam za galeriami handlowymi, postanowiłam zaszyć się w jednej z nich. Udałam się na dolny poziom, gdzie znajdują się punkty gastronomiczne, a co za tym idzie, i stoliki przy których można coś zjeść. Zajęłam jeden z nich i zajęłam się czytaniem jednej z owych książek. Naraz kątem oka zobaczyłam, że coś się rusza po przeciwległej stronie. Podniosłam głowę, a tam taki sympatyczny i pocieszny wróbelek hasa sobie po stołach i krzesłach.
Nawet nie wiecie jak bardzo ucieszył mnie ten widok. Wszak w dużych miastach obecnie nie spotyka się zbyt dużo tych sympatycznych ptaszków. Hmmm..., nawet nie wiem, kiedy ostatnio widziałam je w mieście. Chyba wtedy, kiedy szłam przez jedno z wielkich osiedli. A kiedyś było ich pełno...
Ostatnio byłam świadkiem odsłonięcia kolejnego beboka w Kato. Jeżeli ktoś nie wie, bebok jest to nadprzyrodzona istota wywodząca się ze słowiańskich wierzeń. Na naszym terenie są one dosyć popularne. Sama idea została zaczerpnięta z Wrocławia, gdzie znajdują się słynne już krasnale, reprezentujące różne stany i profesje. U nas podobna sprawa ma się z bebokami. Może nie ma ich jeszcze aż tyle jak we Wrocławia, ale z każdym rokiem przybywają kolejne. Nawet powstał specjalny szlak z tymi fantastycznymi stworkami. Najnowsza figurka Ancuga, ucznia Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych, została umieszczona u wejścia do gmachu szkoły. Akurat w budynku naprzeciwko mam praktyki. W dniu odsłonięcia figurki zdziwił mnie tłum ludzi, a zwłaszcza uczniów, przed szkołą. Szczerze powiedziawszy myślałam, że to próbna ewakuacja. Próbowałam nawet wypatrzeć Kropkę w tym całym tłumie, wszak to jej technikum i podpytać, co się dzieje, ale bezskutecznie. Dopiero w poradni uświadomili mnie, że oto zostanie już za chwilę odsłonięty kolejny bebok, a uczniowie tego dnia nie mieli z tej okazji zajęć lekcyjnych, tylko jakieś warsztaty, a potem dyskotekę. Wydarzeniu temu przewodniczył jakiś poseł z naszych terenów, a także ogłuszająca muzyka. Ja szczerze współczułam dzieciakom korzystającym tego dnia z usług Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej tego dnia, bo mnie samej trudno było się skupić na czymkolwiek. A jak się domyślacie, teraz jest boom na wszelkie opinie i orzeczenia potrzebne do szkół. Na szczęście uroczystość ta trwała tylko jeden dzień, zaś sam bebok prezentuje się jak na ucznia szkoły technicznej przystało.
Jeżeli mówimy o odsłanianiu różnych rzeczy w przestrzeni miejskiej to warto wspomnieć o jeszcze jednym wydarzeniu, które miało miejsce u nas na Śląsku w ostatnich dniach. Każdego roku w Kato odsłaniany jest kolejny pomnik w "Galerii Ślązaków" usytuowanej na Placu Grunwaldzkim w centrum miasta. O dotychczasowych bohaterach uwiecznionych w ten sposób pisałam >>tutaj<<, >>tutaj<<, >>tutaj<<, >>tutaj<< i >>tutaj<<. W tym roku popiersiem postanowiono upamiętnić znakomitego kabareciarza, piosenkarza i aktora, zmarłego tuż przed Bożym Narodzeniem w ubiegłym roku Krzysztofa Respondka. Respondek urodził się w 1969 roku w Tarnowskich Górach.  Był absolwentem Wydziału Aktorskiego PWST. Od 1992 do 1999 roku grał w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Można go było zobaczyć w takich spektaklach, jak: "Ślady" (1993), "Skrzypek na dachu" (1993) oraz "Fame" (1997). Występował też w takich serialach, jak "Barwy szczęścia" (grał Michała Jelenia) i "Agentki", a także w filmie "Magneto". Można go było zobaczyć też w trzeciej edycji polsatowskiego show - "Jak oni śpiewają", którą zresztą bezapelacyjnie zwyciężył. Wraz z innym aktorem ze Śląska, Krzysztofem Hanke, tworzył kabaret Rak. Artysta zmarł 22 grudnia w wieku zaledwie 54 lat. Przyczyną zgonu był zawał serca. Krzysztof pracował właściwie do końca - trzy dni wcześniej występował jeszcze na scenie. 

czwartek, 19 września 2024

2030. To też był wyścig z czasem

Kilka lat temu Lolkowi umyślała się książka opowiadająca o życiu św. Józefa z Nazaretu. Jeżeli kojarzycie "Cień ojca" Jana Dobraczyńskiego to mogę Wam napisać, że chciałam napisać coś w tą deseń, chociaż wiadomo, że z mojej własnej perspektywy. W podstawówce i gimnazjum z pisaniem opowiadań radziłam sobie w miarę dobrze. Niektóre z nich trafiały do szkolnej gazetki, inne na konkursy, jeszcze inne były czytane na forum klasowym. Nie uważam, aby były rewelacyjne, ale chyba też nie były tak zupełnie beznadziejne. Najważniejsze, że ja byłam z nich zadowolona, chociaż z perspektywy lat wiele bym w nich zmieniłam. W 2012 roku napisałam "Opowieść o czwartym królu", będącą rozwinięciem legendy o czwartym królu, która była motywem przewodnim rorat w mojej parafii w 2005 roku. Co prawda niewiele już pamiętałam z jej treści, ale w internecie znalazłam wiele jej wersji, które potem rozbudowałam. Moją skromną książkę, wydrukowaną na domowej drukarce i zbindowaną w punkcie ksero, dałam kilkorgu znajomym. Po jakimś czasie zaczęły spływać od nich opinie, same pozytywne. Niby w oryginale zrobiłam jeden kardynalny błąd, ale chyba nikt go nie wyłapał. Ja zaś poprawiłam go w surowym tekście, aby w razie czego już nie wstydzić się z niego sama przed sobą.
Jakiś warsztat pisarski już miałam, chociaż do perfekcjonisty w tej dziedzinie jeszcze daleka droga. Jak jednak zdobyć owy perfekcjonizm, kiedy nie szlifuje się swoich umiejętności? Zaczęłam więc pisać swoją opowieść, najpierw jednak układając jej schemat - czyli rozdziały i krótki szkic tego, co chciałabym, aby znalazło się w każdym z nich. Nieco pomogło mi to nie tylko w organizacji pracy, ale i wyszukiwaniu materiałów, uzupełniających moją wiedzę odnośnie niektórych zwyczajów i kultury żydowskiej. Dużo skorzystałam ze studyjnej wycieczki do Izraela, gdzie na własne oczy zobaczyłam wiele miejsc związanych z życiem i działalnością Jezusa. Jednak co innego jest o nich czytać, a co innego doświadczyć całym ciałem i wszystkimi swoimi zmysłami. To było niesamowite przeżycie i dla duszy, i dla umysłu.
Trochę mnie złościło, że samo pisanie szło mi dosyć opornie. "Opowieść o czwartym królu" napisałam dosyć szybko, bo w dwa miesiące. Pamiętam, że niektóre z rozdziałów powstawały na korytarzu katowickiego AWFu. Ale te 12 lat temu miałam mimo wszystko więcej wolnego czasu, który mogłam poświęcić na pisanie. Teraz, wraz z podjęciem pracy i dwóch kierunków studiów, ten wolny czas jakby się skrócił. Pisałam kiedy mogłam, a czasami przerwy te trwały wręcz miesiącami. A kiedy rok temu musiałam zmienić komputer, to wszystko przepadło. Mogłabym odczytać to jako znak, że to nie był dobry pomysł, ale ja po prostu zaczęłam pisać od nowa. Motywację miałam niebanalną - Ksiądz Niosący Światło w tym roku obchodził prawie okrągłą rocznicę urodzin. A że zalicza się do typowych "moli książkowych" (nawet nie zliczę ile mi polecił książek do przeczytania i zawsze trafiał w punkt), to pomyślałam sobie, że może ucieszyłby się z tej mojej książki. Co prawda daleko mi do klasyków czy też Ojców Kościoła, ale wydaje mi się, że czasami coś lżejszego też jest dobre i potrzebne.
Najwięcej tekstu powstało zdecydowanie w ostatnich tygodniach. Nie zawsze mi się chciało, nie ukrywam tego, ale podobnie jak w przypadku czytania książek - codziennie starałam się napisać chociaż kilka akapitów, podobnie jak i starałam się przeczytać kilka stron. Tym razem wiele stron powstało w szpitalnym łóżku, kiedy wykrywali kolejne moje schorzenie. Bywa i tak. Chociaż myślę, że owo pisanie podziałało też na mnie terapeutycznie - zamiast zamartwiać się kolejną diagnozą, ja skupiałam się na kolejnych wydarzeniach, które mogły spotkać świętego Józefa. Pisanie "Józefa, syna Jakuba" nie mogło też zdominować całych moich wakacji, musiałam znaleźć też czas na moją magisterkę. Ale myślę, że i to się udało. 
W zeszłym tygodniu byłam już prawie na finiszu, kiedy dostałam wiadomość, żeby w związku z nadchodzącym zagrożeniem powodziowym w Wadowicach, przyjechać tam i im pomóc na tyle, na ile jestem w stanie. Czyli niewiele, ale zawsze coś. Cóż było robić? Mogłam odmówić, ale jak się domyślacie - pojechałam. A do mojego plecaka włożyłam m.in. laptop z zapisem opowieści. Potem, w sobotni późny wieczór, walcząc z niewyobrażalnym zmęczeniem, pisałam dosłownie ostatnie zdania. Pamiętam jak szukając odpowiednich słów wpatrywałam się to w oświetloną kopułę bazyliki stojącej w rynku, to w budynek klasztoru karmelitów "na Górce". Była już niedziela, kiedy kliknęłam "zapisz" i zamknęłam laptop. To był już koniec, chociaż wiedziałam, że po powrocie do domu muszę uzupełnić jeszcze kilka rzeczy. Do tego potrzebowałam jednak Internetu, a tego nie chciałam "ciągnąć" od cioci. Wszyscy domownicy jednak wiedzieli o moim planie, i nie tylko mi kibicowali (chociażby poprzez udostępnienie Pisma Świętego), ale już "zaklepali" sobie jeden egzemplarz "książki".
Powrót do domu to już definitywne dokończenie książki i ostatnie korekty. Podejrzewam, że mimo wszystko zawiera ona masę błędów różnego kalibru, ale to już trudno. Jeszcze tylko pozostał mi wydruk na domowej drukarce i mogłam zanieść ją do punktu ksero, gdzie nie tylko mi porozcinali kartki, ale i ją zbindowali. Może daleko jej do piękna, estetyki, a nawet trwałości, ale jest, z czego bardzo się cieszę. To chyba nic złego...
Dzisiaj jeszcze na szybko zrobiłam rysunek na okładkę, żeby nie była taka pusta i zapakowałam w papier pakowny, żeby była niespodzianka. Niestety, nie zdążyłam kupić prezentowego. Myślę, że to jednak nie przeszkadzało Księdzu Niosącemu Światło, ponieważ szczerze ucieszył się z tego prezentu zastanawiając, kiedy znalazłam czas na napisanie tego wszystkiego. Z powodu przeziębienia (jednak sobotnia pogoda zrobiła swoje, a w sobotę jeszcze mam ślub kuzyna) starałam się do niego zbytnio nie zbliżać, żeby sam się nie przeziębił. Ale na krótką rozmowę pozwoliliśmy sobie. Przy okazji żartobliwie pytał, jakimi to talentami jeszcze zostałam obdarzona, o których powinien widzieć. Bo jak na razie to dowiedział się, że mam dobrą pamięć, świetnie potrafię zorganizować swój czas, nieźle rysuję (mimo wszystko), jestem w miarę wytrzymała, układam też niebanalne życzenia*. Myślę, że w wielu kwestiach przesadził, ale miło mi się zrobiło, kiedy to usłyszałam. A ponieważ ostatnio nie miał okazji ze mną rozmawiać, to podziękował też za kartkę z Częstochowy (i wcale, a wcale się za nią nie złościł) i ogólnie wypytał o pielgrzymkę, bo słyszał, że było ciężko. Łatwo nie było, ale kto powiedział, że piesza pielgrzymka musi być prosta i przyjemna. Jakiś trud trzeba w niej ponieść. 
Wiecie, tak sobie porównałam ten jego dzisiejszy obraz, może i wychudzonego i osłabionego człowieka, ale szczerze ucieszonego z tym, co było jeszcze rok temu o tej samej porze i powiem szczerze i nieco przewrotnie - bez porównania. Wtedy słabiutki w szpitalnym łóżku, teraz już odprawiający Mszę przy ołtarzu, z tym swoim charakterystycznym "Moi drodzy" na początku. Mam nadzieję, że taki stan utrzyma się u niego jak najdłużej. I w zasadzie tego też życzyłam mu na to 45 lecie.

* Teraz na przykład życzyłam mu m.in., aby przez swoje życie budował takie relacje z innymi osobami, żeby mogły one być kontynuowane również po śmierci 

środa, 18 września 2024

2029. Ciężko się na to patrzy

Dwa miesiące. Dokładnie tyle czasu minęło od mojego pobytu w malowniczym Lądku-Zdroju, od lat słynącego z uzdrowiska usytuowanego na wzniesieniu. Poniżej znajdują się niewielkie brukowane uliczki, wzdłuż których stoją urocze kamieniczki. Rynek zaprasza na przepyszną kawę w jednej z tamtejszych kawiarenek. Rzeka przedziela miasto na dwie części leniwie toczyła swoje wody. Z jej jednej na drugą stronę przechodziło się przez jeden z trzech mostów. Moim faworytem był ten kamienny, wyraźnie wyróżniający się na tle innych, z figurą św. Jana Nepomucena na środku. Widać było, że figura ma swoje lata, ale może właśnie to nadawało jej swoistego uroku. Co godzinę dzwon zawieszony na dzwonnicy kościoła parafialnego odmierzał czas. Sam kościół o barokowym wystroju stawał się miejscem ochłody i wytchnienia w upalne dni. Niewielka ilość pojazdów sprzyjała odpoczynkowi po ciężkim dniu. I jeszcze te koty... pełno kotów na każdym kroku. Aż chciałoby się rzec, że jest to stolica tych sympatycznych stworzeń.

Od lat to urokliwe miasto jest gospodarzem Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. W dwóch edycjach brałam udział również i ja, w roli wolontariusza. Dzięki temu, że jest to wydarzenie kilkudniowe (oczywiście można pojechać na jeden, dwa dni), a organizatorzy oferują nocleg, co prawda w warunkach spartańskich warunkach, ale zawsze, w czasie wolnym od wolontariatu można było pospacerować po miasteczku (a można je obejść w 4 godziny) i pozwiedzać je. Kilka razy, przemierzając tamtejsze uliczki, pomyślałam sobie, że w takim miasteczku mogłabym żyć.

W ostatni weekend fala powodziowa przetoczyła się przez południowo-zachodnią Polskę. Jedną z miejscowości, które najbardziej ucierpiały jest właśnie Lądek-Zdrój. Oglądałam zdjęcia z kataklizmu, jaki nawiedził to niewielkie miasteczko, które pokochałam całym sercem, i właśnie owo serce krajało mi się na widok zniszczeń, jakie poczyniła wielka woda. Wiele z tych miejsc było mi doskonale znanych, wieloma chodnikami jeszcze tak niedawno zmierzałam do kurortu, aby na mecie rozdawać medale finiszującym. Teraz zamiast urokliwych uliczek jest tam kupa gruzu, rozniesionych płytek chodnikowych, gruzu i szlamu. Ta powódź była gorsza, niż ta z 1997 roku. Wtedy mieszkańcy przez kilka kolejnych lat podnosili się z poniesionych strat. Teraz może być podobnie, jeżeli nie dłużej. Przecież niektóre domy są uszkodzone, tak samo jak wspomniany most łączący dwie strony miasta, ludzie potracili dobytek całego życia, również sam kurort zostań poważnie naruszony. Odbudowa tego potrwa latami...

Kiedy żegnaliśmy się z innymi wolontariuszami na zakończenie Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich, wszyscy życzyliśmy sobie powrotu za rok na kolejną jego edycję. Dziś już chyba każdy z nas wie, że nawet jeżeli za rok tam wrócimy, to już nie będzie ten sam Lądek-Zdrój, który my znamy...

wtorek, 17 września 2024

2028. Piękno krakowskiego Kazimierza

Na wspinaczce na Kopiec Kraka minęła mi pierwsza część dnia. Musiałam jednak jakoś zagospodarować sobie popołudnie. Tym bardziej, że pogoda była wręcz wymarzona na zwiedzanie. Znacie już mojego fioła na punkcie holokaustu oraz kultury żydowskiej, postanowiłam więc iść tym tropem. Bez mapy, bez nawigacji udałam się na tramwaj, który dowiózł mnie na Plac Bohaterów Getta. Jak można się domyśleć, to właśnie tam znajdowało się krakowskie getto. Do dzisiaj nawet pozostał po nim mur (następnym razem spróbuję go odnaleźć, bo już wiem, gdzie go szukać). Ale można też tam zobaczyć pomnik składający się z 70 krzeseł upamiętniający ofiary getta, czy też legendarną fabrykę emalii Oscara Schindlera.
Zaskakujące dla mnie jest to, jak historyczna architektura przeplata się z tą nowoczesną.
W centrum placu znajduje się słynna Apteka pod Orłem. Była to jedyna apteka działająca na terenie dzielnicy żydowskiej prowadzona przez jedynego Polaka w niej żyjącego - Tadeusza Pankiewicza. Myślę, że nietrudno się domyśleć, że jej działalność polegała nie tylko na wydawaniu klientom medykamentów... 
Właściwie miałam już wracać w okolice hostelu, w którym nocowałam, kiedy moim oczom ukazał się drogowskaz ukazujący drogę do słynnej Synagogi Tempel. Jeżeli miałabym wskazać jeden obiekt, który bezsprzecznie kojarzy mi się z krakowską dzielnicą Kazimierz, to na pewno była by to ona. Moje plany uległy błyskawicznej modyfikacji - być tak blisko i nie skorzystać z okazji? Przecież to grzech.
Tym sposobem wkroczyłam w zupełnie oddzielny świat, który jeszcze 100 lat temu był światem kultury żydowskiej. W zasadzie dalej czuć w niej ducha minionej epoki. Może dlatego, że w dalszym ciągu można w niej zobaczyć wyznawcę judaizmu oraz sklepiki oferujące koszerne jedzenie.
Przez pewien czas błądziłam po tych uroczych uliczkach chłonąc dochodzący mnie zewsząd gwar. Dopiero po jakimś czasie trafiłam na pewien budynek. Tak jak przypuszczałam, była to synagoga, a konkretniej Synagoga Wysoka. Od tego momentu starałam się iść ich śladem. W ten sposób trafiłam na dwie synagogi - Kupa i oczywiście Templa. Co prawda nie miałam internetowej nawigacji, ale przy każdym ze wspomnianych obiektów była mapa. Wystarczyło zapamiętać tylko ulice, które trzeba minąć.
Synagoga Wysoka.
W sobotę wyznawcy judaizmu świętują szabat. Podczas mojego spaceru minęłam wielu wyznawców religii mojżeszowej, ale takich nakryć głowy jak poniżej nie widziałam nawet w samej Jerozolimie.
Żydowski cmentarz - kirkut.
Synagoga Kupa.
Synagoga Tempel.
Tak, jak znakiem rozpoznawczym katolickich świątyń są krzyże na szczycie, tak symbolem synagog jest sześcioramienna Gwiazda Dawida na górze oraz tablice z dziesięciorgiem przykazań nad wejściem do nich.
W ogóle to uwielbiam takie stare kamieniczki ciągnące się wzdłuż ulic. Czasami nawet chętnie bym w takich zamieszkała.
Kościół p.w. Bożego Ciała wyróżnia się na tle żydowskich świątyń.
To była spontaniczna i niezbyt zaplanowana trasa, ale takie też mają swój urok. Przy okazji przygotowywania tej notatki trafiłam na opis trasy zabytków żydowskich, obejmującą w dużej mierze głównie właśnie krakowski Kazimierz. Ogólnie widziałam mapy już podczas spaceru po dzielnicy, ale bałam się, że tak się w to wszystko wkręcę, że nie zauważę jak się ściemni i będę miała kłopot z wejściem do hostelu, w którym nocowałam. 
Ale z drugiej strony mam już zaplanowany kolejny pobyt w Krakowie - na pewno będę chciała jeszcze lepiej poznać teren byłego nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Płaszowie, krakowskiego getta oraz ową trasę zabytków żydowskich. Muszę koniecznie zrobić sobie mapę, wedle której chcę zwiedzać Gród Kraka. Może uda mi się ją zakupić, albo po prostu ją wydrukuję z internetu. Mam nadzieję, że moja wyprawa odbędzie się dużo szybciej niż za rok. Może na wiosnę uda się wygospodarować chociaż dwa dni na taką wycieczkę.
Nie daje mi spokoju ta druga trasa, którą pamiętam z zajęć terenowych, a nie mogę trafić na jej trop w internecie. Nie tracę jednak nadziei, ale z drugiej strony zastanawiam się, czy moja pamięć nie spłatała mi po prostu figla. Może tylko mi się wydawało, że wtedy podążaliśmy jakimś konkretnym szlakiem? A może był on zupełnie w innej części Krakowa? Może kiedyś trafię na jego ślad.

poniedziałek, 16 września 2024

2027. Na Kopiec Kraka marsz!

Wolontariat podczas Poland Business Run był dla mnie okazją nie tylko do niewielkiej pomocy przy organizacji całego wydarzenia, ale i mini-zwiedzania Krakowa, na co poświęciłam sobotę pomiędzy szkoleniem przygotowawczym w piątkowy wieczór, a samym biegiem, który odbywał się w niedzielny poranek. Wstyd się przyznać, ale przez 4,5 lat studiowania (ostatnie pół roku byłam na zdalnym z powodu pandemii) nie było okazji, aby po prostu pochodzić na spokojnie po mieście i go pozwiedzać na moich zasadach. Tak właściwie to zwiedziłam go w ramach różnych ćwiczeń i warsztatów na turystyce religijnej, ale chciałam też zrobić to sama. W czasie studiów nie było jednak na to czasu, bo po zajęciach człowiek biegł na busa, żeby o rozsądnej godzinie wrócić do domu. No i jakoś to tak się potoczyło.
Wrześniowe słońce, które prześwitywało przez szybę w oknie wręcz zachęcało do wędrowania. Może to zabrzmi mało profesjonalnie, ale nie miałam jakiegoś konkretnego planu na ten dzień. Po prostu po zjedzeniu śniadania wsiadłam w pierwszy lepszy tramwaj i pojechałam przed siebie. Z tyły głowy miałam zamysł pojechania w pewno miejsce, które zwiedzaliśmy w ramach zajęć z Krakowa - miasta turystyki religijnej w 2015 roku. Zawsze myślałam, że jest ono niedaleko dawnego getta krakowskiego, ale okazało się, że się myliłam. Martwi mnie jednak to, że po powrocie do domu też nie mogę go odnaleźć, jednak nie tracę nadziei, że w końcu trafię na jakiś tego ślad i być może za rok mi się to uda. Tym bardziej, że wydaje mi się, że w ogóle był to jakiś szlak tematyczny. No cóż, widać marny byłby ze mnie przewodnik po Grodzie Kraka.
Siłą rzeczy musiałam zmienić swoje pierwotne plany. Na szczęście w Krakowie jest sporo map w różnych częściach miasta. Studiując tą na Koronie odkryłam, że całkiem niedaleko znajduje się Kopiec Krakusa. Od prawie dekady wiem, że odbywa się tam tradycja obchodów Rękawki, sięgająca przełomu XVII i XVIII wieku. Wykładowczyni tak obrazowo opisała to, co się podczas uroczystości, że człowiek automatycznie wyobrażał sobie te wydarzenia. I tą radość krakowskiej biedoty z ciastek i pierników, które staczały się z wzgórza wprost pod ich nogi. Tradycja ta kultywowana jest po dzień dzisiejszy, zazwyczaj w pierwszy wtorek po Wielkanocy.
Wielkanoc już dawno za nami, jednak pomyślałam sobie, że i tak warto wybrać się i spróbować go zdobyć. A przy okazji poobserwować królewskie miasto z zupełnie innej perspektywy.
Na miejsce podjechałam tramwajem. Potem zmierzałam do obranego celu opierając się na drogowskazach. Dobrze, że ktoś o tym pomyślał, bo nie wszyscy mogą polegać na nowoczesnych metodach nawigacyjnych. Po przejściu kilkaset metrów trafiłam na podejście prowadzące w stronę Kopca.
Wbrew pozorom droga ta nie prowadziła na sam jego szczyt, ale coś, co można by nazwać przedszczyciem. Po przejściu obszaru z drzewami moim oczom ukazało się niewysokie wzniesienie. Piszę "niewysokie" ponieważ spodziewałam się dużo większego wzniesienia do pokonania. Nigdy jednak nie widziałam go na żywo, toteż moje wyobrażenie na jego temat opierało się głównie na przekazach ustnych i książkowych. Ot, taka niespodzianka.
Po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu płynów zdecydowałam się na zdobycie kolejnego wzniesienia w moim życiu. Może niezbyt dużego, ale do każdej góry i górki staram się podchodzić z pokorą, uznając tym samym jej wyższość w każdym aspekcie. Tym razem podejście było dosyć proste i przyjemne.
Po kilkunastu minutach spokojnego i miarowego marszu doszłam na sam jego szczyt, z którego rozciągał się piękny widok na całą okolicę.
Tu chyba widać w oddali wieżę widokową Sanktuarium Bożego Miłosierdzia
Widok na Nową Hutę
A tutaj na Stare Miasto
Nie za bardzo wiem, co to jest, ale ciekawie wygląda z góry
Ja na szczycie
Na szczycie Kopca Kraka spędziłam dobre 30 minut, zachwycając się roztaczającym się z niego widokiem, a przede wszystkim odpoczywając. Podejście niby nie było zbyt wymagające, ale musiałam mieć jakąś wymówkę, aby pozostać na nim na dłużej i popodziwiać niezwykły krajobraz. Tym bardziej, że z tej perspektywy nie znałam Krakowa. Ot, człowiek nigdy nie wie co go jeszcze w życiu zaskoczy.
Z Kopca schodziłam powoli, chcąc jak najbardziej odwlec chwilę, kiedy będę na dole. Ale i ta w końcu nastąpiła. Na zegarku dochodziła 13:00, a więc nie było źle. Nawet było bardzo dobrze, bo spędziłam na górze dłużej, niż zakładałam. W miarę łagodne podejście przyczyniło się do tego, że ani razu nie wywinęłam orła, a więc i moje kolana oraz ręce nie ucierpiały. Ja to nawet się śmieję, że ja kocham góry, ale moje dłonie i kolana już niekoniecznie podzielają moją pasję.
U początku podejścia jeszcze raz spojrzałam w stronę Kopca, który był zasłonięty przez drzewa. Trochę szkoda, ale kto ma na niego trafić, ten trafi. Mnie się udało, to i innym też. Zresztą chociaż zdobywanie wysokich gór jest przyjemne, to te niższe wzniesienia też mają swój urok.
Pełna wrażeń i pięknych widoków udałam się na obiad, a po nim na teren getta oraz Kazimierz. Ale to już temat na inną notatkę..