Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znani. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2026

2339. Po prostu być jak Chuck Norris

Nie będę ukrywać, że był taki okres w moim życiu, kiedy byłam oczarowana amerykańskim serialem "Strażnik Teksasu" opowiadającym o grupie strażników, strzegących pokoju w tytułowym mieście. Na ich czele stał nieustraszony Cordell Walker, grany przez Chucka Norrisa. Niezwykle prawego i sprawiedliwego człowieka, a poza tym - praktycznie niezniszczalnego, z powodu indiańskiej krwi, płynącej w jego żyłach. Miałam te osiem, dziewięć lat, kiedy siadało się w niedzielne wieczory przed telewizorem, a po niewielkim mieszkaniu niosły się dźwięki charakterystycznej piosenki:
Może i to nie był odpowiedni serial dla osoby w moim wieku, ale kto by się tam wtedy tym przejmował. Mnie to ciekawiło. Najbardziej chyba osobowość Cordella Walkera. Nic dziwnego, że nawet po zakończeniu produkcji darzyłam tego aktora podświadomą sympatią, przez wiele lat chcąc być taką jak on. No oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że w sprawności mu nie dorównam, ale nic nie stawało na przeszkodzie, abym chociaż w byciu przewodniczącą najpierw klasy, a potem szkoły, była tak sprawiedliwa, jak on.
Zadziwiało mnie też to, jak dobrze się trzyma, mimo upływu lat i problemów ze zdrowiem (np. w 2017 roku przeszedł rozległy zawał serca). Całkiem niedawno, po śmierci Edwarda Linde-Lubaszenki i Bożeny Dykiel, z ciekawości zerknęłam, co słychać u Chucka Norrisa, który był w wieku tego pierwszego (no dobrze, Norris był o kilka miesięcy młodszy). Z internetowych informacji wynikało, że całkiem nieźle sobie żyje.
Aż to informacja, która powaliła na ziemię, niczym jeden z ciosów Chucka (nota bene "Chuck" to jego ksywka nadana mu w wojsku, bo tak naprawdę nazywał się Carlos) - wiekowy aktor zmarł w wieku 86-lat w szpitalu w Kaua, gdzie przebywał na wakacjach. Myślę, że nie będzie przesadą, kiedy napiszę, że odeszła wręcz legenda. Bo oprócz wielu ról filmowych i serialowych Norris był też mistrzem wschodnich sztuk walki, a także ewangelizatorem kościoła baptystów. 
Carlos "Chuck" Norris (10 marzec 1940 - 19 marzec 2026 rok)
Myślę, że wielu z Was wie, że na temat aktora krążyły różne kawały. Jeden z nich brzmiał, że "Chucka Norrisa boi się nawet śmierć". Jak widać, niekoniecznie, a to, czy po niego przyjdzie było tylko kwestią czasu...

sobota, 28 lutego 2026

2329. Czas wracać do pracy i wielkopostny dzień skupienia LSO

Tegoroczne ferie, w moim przypadku trochę przedłużone, powoli dobiegają do końca. Od poniedziałku dzieciaki wracają do szkoły, a ja - do pracy. Dość już tego dobrego, skończyła się laba, zaczynają obowiązki. Ludzie wielokrotnie pytają mnie, czy lubię moją pracę, czy nie mam jej dosyć. Hm..., jeżeli miałabym dosyć po kilku miesiącach od zaczęcia pracy w szkole, dla mnie byłoby to oznaką, że nie jest to moja droga, że źle wybrałam, że po kilku latach spędzonych w Oratorium źle rozeznałam moje "powołanie". Nie będę ukrywała że jest zawsze łatwo i przyjemnie, bo nie jest. Jednak jeszcze żadne dziecko nie zaszło mi tak bardzo za skórę, czy to w szkole, czy na świetlicy, żebym miała ochotę rzucić pracę i iść inną drogą. Czyżby wcześniejsze doświadczenie mnie zahartowało? Mam taką nadzieję.
Chociaż nie było mnie blisko miesiąc ani w szkole, ani na świetlicy środowiskowej, starałam się być na bieżąco z tym, co się działo w jednej i w drugiej placówce. Katecheci w szkole już proszą mnie o pomoc w przeprowadzeniu szkolnego etapu Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy Religijnej oraz akademii z okazji świąt wielkanocnych. Napisałam też kilka programów, z czego jestem zadowolona. Nie, nie dumna, ale zadowolona. Jeden dotyczy strachu i opiera się na autobiograficznej książce Joanny Porazińskiej, "Asiunia", a drugi straty i oparty został na książce Barbary Kosmowskiej zatytułowanej "Dziewczynka z parku". Będę chciała pilotażowo wypróbować je podczas sobotnich zajęć w Oratorium w S-cu, ale to chyba najwcześniej za dwa tygodnie. Ogólnie polecam obydwie książki, bo chociaż są napisane z myślą o dzieciach, to przekazują wiele mądrych myśli, z których mogą skorzystać również dorośli.
Za tydzień jadę do Wadowic na spotkanie "Rafałków". Rozważania Drogi Krzyżowej z Aniołem Stróżem w tle już się pisze. To nie jest pierwsza Droga Krzyżowa mojego autorstwa, ale tym razem czuję szczególną odpowiedzialność za to, co wyjdzie spod mojej klawiatury. A i sama tematyka, chociaż wydaje się pozornie prosta, tak naprawdę taka nie jest. Zdecydowałam się jednak nią podjąć, w trudnych chwilach licząc na wsparcie mojego osobistego Anioła Stróża. Nie tracę więc nadziei, bo nawet jeżeli nie podołam temu to zawsze będzie to kolejne doświadczenie w moim życiu.
Jeżeli mówimy o doświadczeniach, to dzisiaj w diecezji mieliśmy wielkopostny dzień skupienia dla członków Liturgicznej Służby Ołtarza. Dla mnie był to debiut na zasadzie "Chcesz Lolku, czujesz się wystarczająco na siłach, to jedź. W końcu dzwonisz dzwoneczkami i przygotowujesz ołtarz przed Mszą świętą. Ja Cię nie będę zatrzymywać". No to pojechałam. Trema była, jednak serdeczne powitanie przez diecezjalnego duszpasterza Liturgicznej Służby Liturgicznej, z którym nota bene byłam na Światowych Dniach Młodzieży w Panamie, nieco mnie ośmieliła. Po chwili, już w komeżce, siedziałam w ławce w bazylice katedralnej Najświętszej Maryi Panny w Sosnowcu.
Na spotkaniu było niewielu członków Liturgicznej Służby Ołtarza. Podejrzewam, że bez problemu można by ich policzyć na palcach, i nie byłoby to przesadą. Podejrzewam, że na taki stan rzeczy złożyło się to, że bądź co bądź mamy jeszcze ferie w naszym województwie, a dodatkowo w tym samym czasie wiele księży było na swoim dniu skupienia. Jednak, jak to stwierdził ksiądz Łukasz, przybyła prawdziwa śmietanka naszej diecezji. Śmietanka, nie śmietanka, ja tam się cieszyłam, że mogłam być częścią tej śmietanki...
W tym roku prelegentem był ojciec Tobiasz, znany też jako Jakub Strzelecki. Zanim poszedł do seminarium był aktorem po szkole aktorskiej. Można go było zobaczyć w takich produkcjach, jak: "M jak miłość", "Samo życie", czy też "Miasto z morza". Niestety, z żadnego z nich go nie kojarzę. Pochodzi z Żywca, z religijnej rodziny. Około 2011 roku poczuł, że aktorstwo nie jest jego życiowym powołaniem, a życie poświęcone Bogu. Postanowił "przekwalifikować się" na zakonnika. Wstąpił do zakonu bernardynów (franciszkanów), dziś posługuje w Leżajsku, na wschodzie Polski.
Podczas swojej konferencji brat Tobiasz nie tylko podzielił się z nami historią swojego powołania i drogi do Boga, jaką przyszło mu przejść, ale też uświadomił, że nie trzeba być kimś nieskazitelnym, aby być ważnym w oczach Boga, a przede wszystkim, aby była mu powierzona jakaś misja. Powołał się tutaj na takie postacie ze Starego Testamentu, jak Adam (który wykazał nieposłuszeństwo wobec prośby Boga), Kain (który zabił z zazdrości Abla), Noe (który się upił winem), Abraham (który chociażby dwa razy sprzedał swoją żonę), Jakub (który o mało nie pozabijał się z Ezawem), czy też Mojżesz (który nie dość, że zabił Egipcjanina, to jeszcze miał wadę wymowy). Nikt z nich nie był idealny, mieli swoje wady, takie jak my, ale przez to nie stali się wyklęci w oczach Boga. Bo każdy z nich jednak kochał Boga i ufał mu.
Centralnym punktem Dnia Skupienia była Msza święta koncelebrowana przez przybyłych księży. Pomimo niewielkiej ilości uczestników miała ona uroczysty charakter. W krótkim kazaniu kaznodzieja przypomniał nam, że Bóg nie jest egzekutorem nakazów i zakazów, za jakie często bierzemy chociażby dekalog, ale chce być bardziej drogowskazem w naszym życiu.
Myślę, że taki dzień skupienia na początku Wielkiego Postu, a nawet w trakcie jego trwania, jest doskonałą okazją do tego, aby jeszcze raz na chwilę zatrzymać się i przemyśleć wiele spraw w swoim życiu. A takie konferencje są jak najbardziej ku temu pomocne i przydatne.
Jutro zaczynają się trzydniowe rekolekcje w DA w Katowicach. Planuję na nie wbić, bo może być ciekawie.

sobota, 17 stycznia 2026

2308. Blaski i cienie bycia "gwiazdą"

Kilka dni temu, całkowicie przypadkowo, odkryłam kanał na youtube, na którym opowiadane są historie związane z gwiazdami telewizji, głównie z epoki PRLu. To niby już nie moje czasy, aczkolwiek same postacie w większości są mi znane. Z ciekawości wysłuchałam filmiku, który włączył mi się całkowicie przypadkowo. Opowiadał o aktorach i aktorkach, którzy traktowali innych z wyższością. Trochę mnie to wstrząsnęło. Owszem, wiem że sława i popularność potrafi sprawić, że czujemy się lepsi od innych i gardzimy nimi. Wiecie o co zawsze modliłam się po olimpiadach przedmiotowych? Abym w razie czego nie uważała innych za gorszych ode mnie i poświęcała im choć trochę czasu podczas przerw. Nie wiem na ile mi się to udało, ale chyba nie było tak źle.
Mimo kontrowersyjnego tematu postanowiłam wysłuchać jeszcze jakiegoś tego typu filmiku. Tym razem trafiłam na taki, który opowiadał o aktorach, którzy zostali zniszczeni przez reżim ówczesnych czasów. O ile pierwszy film stawiał bohaterów w roli tych, którzy przejawiali niepokojące zachowania, o tyle tutaj miałam już do czynienia z bohaterami - ofiarami. I znowu szok, jak bardzo władza może wpływać na życie tych, którzy nie potrafią im się podporządkować, a zarazem poczucie wewnętrznego szczęścia i ulgi, że żyjemy już w zupełnie innych czasach. Jak współczesne gwiazdy i gwiazdeczki zniosłyby takie traktowanie i mobbing? Strach pomyśleć. Tak samo, jak nie mogłam sobie wyobrazić co by było, gdybym to ja doświadczyła takiego traktowania, zarówno ze strony sław, jak i aktualnej władzy.
Tych filmików jest jeszcze trochę, i to nie na jednym kanale, ale na kilku. Mam nadzieję, że uda mi się chociaż część z nich odsłuchać, np. robiąc porządki. Chociaż w najbliższym czasie czeka mnie też przymusowe kilkudniowe wolne. Mam nadzieję, że odkryte niedawno filmiki, na zmianę z podcastami i wypożyczonymi książkami umilą mi jakoś ten czas. Ja tymczasem wracam do przerwanej w połowie lektury "Odwróconych", którzy zostali napisani na podstawie scenariusza serialu pod tym samym tytułem, nadawanego niegdyś na TVNie. Słyszałam o nim, ale nie wiem, czy obejrzałam chociaż jeden jego odcinek. Nawet próbowałam znaleźć te odcinki na internecie, ale inaczej niż na płatnym pleyerze nie było. Szkoda. Dobrze jednak, że została napisana ta książka, przynajmniej w ten sposób chociaż trochę zapoznam się z fabułą. Na razie dzieje się niewiele, mam jednak nadzieję, że z akcją książki będzie podobnie jak z akcją niektórych filmów - na początku nudne jak flaki z olejem, ale jak już się rozkręci, to nie będzie się chciało, aby się skończyła.
Poza tym sfrustrowana ciągłymi problemami z wycinaniem kółek postanowiłam kupić sobie dziurkacze - wycinacze z kołami o średnicy 3,8 cm oraz 5 cm. Podejrzewam, że wycinanie tego typu kształtów jest zmorą niejednego człowieka, który bez problemów operuje nożyczkami, a co tutaj mówić o takim, który zmaga się na co dzień z atetozą. Mam nadzieję, że teraz problem rozwiąże się, choćby tymczasowo, a przez to chociażby stworzę kilka kartek urodzinowo-imieninowych na najbliższy czas. Z wiadomości zwrotnych wiem, że moje życzenia na Boże Narodzenie i Nowy Rok doszły do części z tych osób, do których je wysłałam. Co do reszty - nie tracę jeszcze nadziei. Podobno niepozorne aniołki się podobały, więc może nie jestem takim antytalenciem w tej materii.

poniedziałek, 29 grudnia 2025

2296. Lucjan Czerny i Erwin Sówka - nowe sławy w katowickiej Galerii Artystów

O katowickiej "Galerii Ślązaków" znajdującej się na terenie Placu Grunwaldzkiego pisałam na tym blogu wielokrotnie. Ogólnym założeniem projektu jest zgromadzenie pomników tych, którzy związani byli w jakiś sposób z regionem Górnego Śląska i wnieśli coś w jego rozwój w różnych dziedzinach. Corocznie, na drodze głosowania, wybierana jest jedna postać, która dołącza do tego prestiżowego grona. Jest ono naprawdę różnorakie, od aktorów takich jak Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela, Franciszek Pieczka, czy Aleksandra Śląska, poprzez reżysera Kazimierza Kutza, malarza Jerzego Dudę - Gracza, kabareciarza Krzysztofa Respondka, muzyka Wojciecha Kilara, pisarza Alfreda Szklarskiego, malarza Teofila Ociepkę, aż po dziennikarkę Krystynę Bochenek. 
W 2025 roku do tego zacnego grona dołączyło aż dwoje postaci: Lucjan Czerny oraz Edwin Sówka. "Pokonali" oni w głosowaniu takich znanych Ślązaków, jak:
  • Zygmunt Brachmański (1936 - 2024) - wybitny śląski rzeźbiarz;
  • Zofia Książek - Bergułowa (1920 - 2014) - aktorka i poetka;
  • Urszula Broll - Urbanowicz (1930 - 2020) - malarka, animatorka kultury niezależnej;
  • Grzegorz Fitelberg (1879 - 1953) - dyrygent, kompozytor, skrzypek;
  • Gustaw Holoubek (1923 - 2008) - aktor teatralny i filmowy, reżyser, pedagog;
  • Jurand Jarecki (1931 - 2024) - architekt, przedstawiciel modernista, twórca i współautor wielu budynków i zespołów budowlanych;
  • Tomasz Jura (1943 - 2024) - wybitny artysta grafik;
  • Leon Markiewicz (1928 - 2024) - muzykolog, pedagog, nauczyciel akademicki;
  • Ludwik Musioł (1892 - 1970) - nauczyciel, wizytator, archiwista, historyk górnośląski, prekursor krajoznawstwa, historyk kultury oraz Kościoła katolickiego, lingwista, etnograf;
  • Tadeusz Michejda (1895 - 1955) - wybitny architekt i malarz, współtwórca katowickiego modernizmu;
  • Jerzy Stanisław Milian (1935 - 2018) - muzyk jazzowy, wibrafonista, kompozytor;
  • Andrzej Szewczyk (1950 - 2001) - artysta współczesny, malarz, rzeźbiarz i rysownik;
  • Bolesław Szabelski (1896 - 1979) - kompozytor, organista i pedagog.
Lucjan Czerny
 - urodził się 5 czerwca 1945 roku. Był aktorem, piosenkarzem, dziennikarzem radiowym oraz artystą estradowym. Pochodził z Katowic. To tutaj przez lata uczęszczał do szkoły muzycznej, jednocześnie uczył się w Ogólnokształcącej Szkole Baletowej im Ludomira Różyckiego w Bytomiu. Występował w Zespole Pieśni i Tańca "Śląsk", jednocześnie uczył się i pracował - najpierw na kopalni, a potem w Telewizji Katowice, gdzie m.in. budował scenografię. Następnie przez wiele lat pracował jako dziennikarz radiowy. Zaczynał w nieistniejącym obecnie Radiu Top, a następnie przeniósł się do Radia Piekary, w którym prowadził audycję o charakterze muzyczno - regionalnym. Współpracował też z Estradą Śląską. W latach 70. XX wieku założył zespół "Kapela z Katowic". W jego skład wchodzili głównie muzycy wywodzący się ze Śląska. Miał okazję występować z takimi artystami, jak Ireneusz Dudek, Krzysztof Krawczyk, Zenon Laskowik, Mariusz Kalaga oraz zespół "Gang Marcela". W swoim solowym repertuarze miał m.in. śląskie piosenki ludowe. Był członkiem Bractwa Gwarków, jak i jednym z założycieli Bractwa Artystycznego Związku Górnośląskiego. W uznaniu swojej działalności otrzymał honorową odznakę "Za zasługi dla oświaty". Był także laureatem takich tytułów jak "Hanys" (przyznanego mu przez miasto Ruda Śląska) oraz "Mikołowianina Roku 2005". Lucjana Czernego można było zobaczyć w takich filmach i serialach, jak "Grzeszny żywot Franciszka Buły", "6 milionów sekund", "Komedianci z wczorajszej ulicy", "Angelus", "Szklane usta", "Młyn i krzyż", "Ewa" oraz "Onirica". Zmarł 28 marca 2021 roku.
Erwin Sówka - urodził się 18 czerwca 1936 roku w górniczej rodzinie na Giszowcu. W wieku 16 lat zaczął pracować w elektrowni Jerzy znajdującej się przy kopalni Giesche. Już wtedy namalował swój pierwszy obraz. Niebawem zaczął pracę w charakterze górnika w kopalni Giesche. Na emeryturę przeszedł w 1986 roku. W swojej twórczości nawiązywał do mitów górniczych oraz kultury starożytnego wschodu. Przede wszystkim skupił się na przedstawianiu aktów kobiecych na tle Nikiszowca, domów w wielkiej płyty, ogródków działkowych, górników oraz ich mieszkań. Do jego najbardziej znanych dzieł można zaliczyć takie obrazy, jak np. "Barbara na Karmerze", "Dwie żony", "Echo", "Eros", "Inana", "Kali", "Nikisz", "Nikisz (2)", "Pokolenia", "Trzy róże Nikiszu", "Tryptyk śląski", "W ogrodzie", "Narodziny uczuć" oraz "Życie wewnętrzne". Wkrótce osiągnął światowy rozgłos, a jego prace prezentowane były w Polsce i za granicą. Można je odnaleźć w zbiorach Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Muzeum Śląskiego w Katowicach, Galerii "Barwy Śląska" oraz w wielu polskich i zagranicznych kolekcjach prywatnych. O jego twórczości powstało parę filmów dokumentalnych, a Lech Majewski w 2001 roku nakręcił pełnometrażową opowieść o malarzu i Grupie Janowskiej pt. "Angelus". W 2012 roku został laureatem "Cegły Janoscha" - nagrody przyznawanej przez katowicką redakcję Gazety Wyborczej za zasługi w zachowaniu kulturowej tożsamości Górnego Śląska i rozsławienie regionu. Rok później odznaczono go Złotą Odznaką Honorową za Zasługi dla Województwa Śląskiego. W 2017 roku otrzymał srebrny Medal "Zasłużony Kulturze Gloria Artis". Erwin Sówka zmarł 21 stycznia 2021 roku.

A taki sympatyczny bałwanek także znalazł swoje miejsce w Śląskiej Galerii Artystów. Jak myślicie, jaką gałąź reprezentuje?

środa, 10 grudnia 2025

2283. "Gdzieś tu jest! Gdzie się przed nami chowasz, Maryla?"

Myślę, że nie ma w Polsce osoby, która nie znałaby Maryli Rodowicz. Można jej nie lubić, można nie cenić jej twórczości, ale chyba każdy słyszał chociaż jeden z jej (nie ukrywajmy) ponadczasowych przebojów albo widział jej odważne kreacje sceniczne. Znamienne jest to, że już nie od lat, ale od dekad, bawi kolejne pokolenia swoimi występami, które zapadają w pamięć widza.
źródło zdjęcia
Maryla Rodowicz przyszła na świat 8 grudnia 1945 roku w Zielonej Górze. Tak naprawdę nazywała się Maria Antonina Rodowicz, a imię Maryla przyjęła jako sceniczny pseudonim.
Nic nie zapowiadało, że mała Marysia zostanie jedną z największych gwiazd polskiej sceny. Owszem, nuciła pod nosem różne piosenki, jednak niewiele brakowało, by jej kariera przybrała charakter sportowy. W młodości Maryla Rodowicz była bowiem lekkoatletką. Kiedy zdecydowała się na udział do eliminacji do Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie, nie tylko była już studentką Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie, ale też posiadała na swoim koncie m.in. brązowy medal w biegu na 80 m przez płotki na Mistrzostwach Polski Młodzików w 1959 roku oraz złoty medal w sztafecie 4 x 100 m na Mistrzostwach Polski Młodzików w 1962 roku. 
Mimo tak znaczących sukcesów postawiła jednak na muzykę i już w 1970 roku odnosiła w niej pierwsze sukcesy. To wtedy ukazał się jej pierwszy album zatytułowany "Żyj mój świecie". Od tego czasu wydała ponad 20 płyt, a także uczestniczyła w najważniejszych wydarzeniach muzycznych. Dawała koncerty nie tylko w Polsce, ale też w Europie, Ameryce, Azji, czy też w Australii. Rodowicz wylansowała ponad 2 tysiące piosenek, dlatego też wiele osób nadaje jej tytuł "królowej polskiej piosenki". Do jej najsłynniejszych hitów można zaliczyć m.in.: "Małgośkę", "Damą być", "Sing-Sing", "Kolorowe jarmarki", "Niech żyje bal", "Łatwopalni" czy też "Wszyscy chcą kochać". 
Maryla Rodowicz zagrała też w serialu "Rodzina zastępcza", wcielając się w niej w rolę próbującej twardo stąpać po ziemi cioci Uli. W wielu produkcjach, takich jak np. "Klan", czy też "Niania" wcieliła się w rolę samej siebie. Wykonywała też piosenkę tytułową serialu "Tak czy nie".
Na planie "Rodziny zastępczej" (źródło zdjęcia)
Maryla była w nieformalnym, chociaż głośnym związku, z Danielem Olbrychskim. Z drugiego związku, z aktorem Krzysztofem Jasińskim ma dwoje dzieci - Jana oraz Katarzynę. W 1989 roku wyszła za mąż za Andrzeja Dużyńskiego, z którym ma syna Jędrzeja. Para rozstała się w 2021 roku.

wtorek, 2 grudnia 2025

2277. Tragedia Nikodema przypomniała mi o innej równie bezsensownej śmierci

Zauważyłam, że od kilku dni internet "żyje" śmiercią 11-letniego Nikodema Mareckiego. Szczerze powiedziawszy ostatnio dość rzadko oglądam coś w telewizji, z nowymi serialami raczej jestem na bakier, toteż nie orientuję się w tych wszystkich młodych aktorach. A jednak nie mogłam przejść obojętnie obok patrzącego na mnie z ekranu laptopa chłopca o wyglądzie aniołka.
Z tego co wyczytałam w różnych portalach internetowych, 27 listopada Nikodem jak każdego dnia wracał autobusem ze szkoły do domu. Przystanek, na którym wysiadał z pojazdu, znajduje się naprzeciwko podwórka, na którym mieszkał. Chłopiec musiał tylko przejść, jak zwykle, przez ulicę. Dotychczas odbywało się to bez problemu. Tym razem jednak znad przeciwka jechał samochód, którego kierowca nie dostrzegł nastolatka przebiegającego przez jezdnię. Z impetem uderzył w jego drobne ciało, które wylądowało w rowie. Nikodem jeszcze żył, kiedy został przetransportowany do szpitala w Krakowie. Mimo wysiłków lekarzy, nastolatka nie udało się uratować i młody aktor zmarł z powodu pęknięcia wątroby. Jak mówią świadkowie, jego ostatnie słowa brzmiały: "Jestem Nikodem i nic mnie nie boli".
Nikodem dał się poznać szerszej publiczności, jako aktor młodego pokolenia grający w takich produkcjach jak m.in. serial "Szpital św. Anny" nadawany na TVNie, serial "Krakowskie potwory" oraz takich filmach jak "Zołza" i "Biała odwaga". Bardzo wielu aktorów, którzy mieli okazję grać z Nikodemem, po jego śmierci podkreślało nie tylko jego profesjonalizm, mimo młodego wieku, ale też w ogóle to, że granie z nim było prawdziwym zaszczytem.
Śmierć Nikodema, bądź co bądź medialna, przywołała mi w pamięci śmierć innego chłopca, która wydarzyła się w podobnych okolicznościach przeszło 21 lat temu. Mikołaj urodził się 6 grudnia 1994 roku. Od urodzenia mieszkał z dziadkami i rodzicami, a z czasem i z młodszym bratem, Michałem, w maleńkiej wsi w województwie kieleckim. Wszędzie stamtąd było daleko - nie tylko do najbliższych miast, ale też do wioski, w której znajdowała się parafia, w której był ministrantem i szkoła podstawowa, do której z czasem uczęszczał chłopiec. W sąsiedniej wiosce mieszkał jego rówieśnik, a zarazem nasz wspólny kuzyn, Rafał, młodszy od niego o niecały tydzień. Razem zostali ochrzczeni, razem przystąpili do sakramentu Pierwszej Komunii Świętej, razem chodzili do klasy i siedzieli w jednej ławce, razem służyli do Mszy, razem pomagali rodzicom w polu i w obejściu, razem broili i bawili się, w końcu razem chodzili do i ze szkoły, w deszcz, śnieżyce, czy też piękną pogodę.
Tego dnia też razem wracali do domu. Był 4 listopad. Chłopcy rano jeszcze służyli do Mszy, a po lekcjach zostali dłużej w szkole. Dlaczego? Tego chyba już nikt nie pamięta. Na dworze padało, a oni już szli po ciemku, bo na tamtej trasie nie ma po drodze żadnych latarń ulicznych. Oni jednak znali drogę do domu na pamięć, tyle razy szli tych 5 kilometrów... 
Z reguły było tam bezpiecznie, mało kiedy ktoś jeździł tamtą wiejską drogą. Tym razem stało się jednak inaczej - rozpędzone auto wjechało w dwóch małych chłopców. Mikołaj szedł od wewnętrznej strony jezdni i to on przyjął siłę uderzenia, która była tak duża, że mój kuzyn, podobnie jak Nikodem, wylądował w rowie. Kierowca uderzył też w Rafała, któremu pogruchotał miednicę. Sam odjechał dalej, pozostawiając chłopców samych sobie niemalże w szczerym polu. Był rok 2004, telefony komórkowe były jeszcze luksusem, zwłaszcza wśród dzieci na wsiach. Niespełna dziesięcioletniemu Rafałowi udało się, prawdopodobnie pod wpływem szoku i adrenaliny, udało się dotrzeć na plebanię i zawiadomić księdza, który wezwał karetkę pogotowia. Niestety, Mikuś zginął na miejscu, nie dożywszy swych 10 urodzin, Rafał przez długie tygodnie leżał sam w krakowskim szpitalu. A sprawca wypadku? Do dzisiaj nie wiadomo kim był. 
Chociaż tamten wypadek wcale nie był medialny, to cała wieś do dzisiaj pamięta o uroczym blondasku, jakim był Mikuś. Ja też nie mogłam uwierzyć w jego bezsensowną śmierć. Zwłaszcza, że jeszcze jak żywe stały przede mną obrazy sprzed kilku miesięcy, kiedy beztrosko bawiliśmy się podczas wakacji przemierzając kolejne labirynty powstałe wśród łanów dojrzałych zbóż, albo zrywając polne kwiaty i zanosząc je do kościoła pod obraz przedstawiający Matkę Bożą, albo po prostu kopiąc piłkę na podwórku. I w zasadzie w dalszym ciągu mam przed oczami taki jego obraz.
Mikołajowi, Nikodemowi, i wszystkim tym dzieciom, które przedwcześnie odeszły do wieczności, dedykuję jeden z moich wierszy.

Tren ku czci małego Anioła
Ktoś przerwał piękną drogę Twego życia,
zgasł ogień świecy w ciemnościach błyszczący.
Szczery żal w sercu taty się pojawił,
płacz z piersi mamy, do nieba biegnący.
Zaledwie wczoraj byłeś tutaj z nami,
siedziałeś przy stole, jedząc chleb święty,
Dziś leżysz tam gdzie nie ma już bólu,
dziś leżysz wzbudzając smutek niepojęty.
I przyszło ci zamiast sportowych trampków,
włożyć anielskie skrzydła niewinności.
Bóg Cię nie zawiódł na żadne boisko,
lecz do otchłani swojej wieczności.
Nie będzie już smutku, nie będzie też bólu,
czasu tam nie ma, jest jednak czekanie.
Gdy Twoi bliscy dojdą do kresu życia,
to Ty im tam wyjdziesz na spotkanie.

niedziela, 2 listopada 2025

2269. Zabrakło ich w tym roku

Można by powiedzieć, że jedną z takich blogowych tradycji jest podsumowanie i przypomnienie tych osób ze świata mediów, polityki, kultury, sportu, czy też historii, którzy odeszli do wieczności w okresie od 2 listopada ubiegłego roku do 1 listopada bieżącego roku. Nie inaczej mogło być w tym roku. 
Szczerze powiedziawszy to czas zaczął tak bardzo pędzić, że w przypadku niektórych osób nie zdawałam sobie sprawy z tego, że odeszli w ciągu ostatnich 12 miesięcy. O jednych odejściach było głośno, o innych w mediach pojawiły się tylko zdawkowe informacje. Jednak każde z nich spowodowało jakąś tam stratę w naszym społeczeństwie, a przynajmniej część z tych nazwisk jest jakoś rozpoznawalna wśród nas. Kto zatem odszedł we wspomnianym okresie? Tradycyjnie zapraszam na filmowe podsumowanie.
Dodatkowo mogę wspomnieć o odejściu znakomitego historyka, który na pierwszym semestrze studiów z zarządzania otwierał przed nami tajemnice związane z historią gospodarki. Niezwykle wymagający, sama nie wiem, jakim cudem wyszłam od niego z gabinetu z piątką w terminie zerowym, kiedy część grupy z jego powodu musiała przedłużać sesję. Czyżby pomógł mi Fryderyk Chopin? Albo regularne przygotowywanie się do zajęć, dzięki czemu od czasu do czasu coś przebąknęłam na omawiany temat...
W każdym razie nie miałam z nim problemów, wszystko szło mi na jego przedmiocie dobrze, a wysoka (może nawet za wysoka) ocena tylko dodała mi skrzydeł i udowodniła, że nauka i studia mają sens. Profesor Henryk Kocój był autorem wielu cenionych publikacji historycznych, po które wielokrotnie sięgali jego następcy, a jego uwagi względem niesfornych studentów pierwszego roku ("Co się spaźniasz*?!", "Cisza, bando głupia") mówione z charakterystycznym galicyjskim akcentem przeszły do potocznej mowy naszego rocznika.
Nie mogę tutaj nie wspomnieć o innym wykładowcy z katowickiego AWFu, który odszedł do wieczności, poczciwym panu Rysiu, o którym pisałam >>tutaj<<. W przeciwieństwie do profesora Kocója, pana Rysia chyba każdy lubił i przychodził do niego z każdą sprawą - zarówno nadziejną, jak i beznadziejną. A on starał się w miarę możliwości je rozwiązywać. Taki dobry duch uczelni jakich mało. I może dlatego tak pięknie zapisał się w moim sercu?

* tak, zawszę mówił "spaźniasz", zamiast "spóźniasz"

wtorek, 15 kwietnia 2025

2172. A tu taka titanicowa historia...

Prababka Anny Marii Jopek zginęła na Titanicu. "Tragiczny rejs pokrzyżował plany"
Titanic to cud ówczesnej myśli technologicznej i miał pokazywać potęgę Wielkiej Brytanii na oceanie. Choć wodowanie transatlantyku miało miejsce 31 maja 1911 r., to na szerokie wody wypłynął niespełna rok później, 10 kwietnia 1912 roku. Po czterech dniach rejsu zderzył się z górą lodową i zatonął. Na jego pokładzie znajdowała się garstka Polaków, w tym prababcia znanej piosenkarki Anny Marii Jopek.
źródło zdjęcia
  • Prababcia Anny Marii Jopek należała do grona Polaków, którzy wybrali się w feralny rejs Titanikiem
  • Ustalenie pochodzenia pasażerów Titanica było bardzo trudne dla badaczy, gdyż na liście nie były wpisane ich narodowości. Na trop obywatelstwa poszczególnych osób naprowadzały głównie ich nazwiska;
  • Przez wiele tak dziadek piosenkarki uważał, że został porzucony przez swoją mamę, jednak po latach poznał prawdę o jej tragicznym losie.
Anna Maria Jopek kilka lat temu podczas rozmowy z Agencją WBF opowiedziała o losie swojej rodziny od strony ojca. Według tej opowieści, za wychowanie jej dziadka odpowiedzialni byli obcy mu ludzie, zaś historia pradziadków przez wiele lat owiana była tajemnicą. Jednak dzięki dociekliwości dziadka w dojrzałym życiu, udało mu się dowiedzieć, co tak właściwie stało się z jego mamą. Co ciekawe, historia ta związana jest z legendarnym transatlantykiem - Titanicem.
Podczas jednego z wywiadów piosenkarka ujawniła, że kiedy pradziadkowie chcieli dorobić się w Kanadzie dziadek został oddany pod opiekę mieszkających pod Lwowem Polaków. To oni go wychowali, a po pradziadkach słuch zaginął. Dopiero jako dorosły człowiek za pośrednictwem Czerwonego Krzyża dowiedział się o zaginięciu ojca i matki. Mama utonęła na Titanicu, o ojcu nic nie wiadomo.
Prababcia Anny Marii Jopek pragnęła znaleźć lepsze życie za oceanem. Prawdopodobnie dlatego znalazła się na pokładzie Titanica. Tak chciała przedostać się do USA, a stamtąd prawdopodobnie do Kanady. Jak się okazuje, nie była jedyną Polką, która popłynęła w rejs pechowym statkiem. Napisał o tym w "Dzienniku Łódzkim" Ryszard Paradowski. Poszedł on za tropem badań pisarza Stanisława Łempickiego, który kiedyś sporządził listę pasażerów Titanica.
Dzisiaj można powiedzieć, że na pokładzie statku znajdowało się przynajmniej kilkudziesięciu Polaków. Prawdopodobnie nikt z nich się nie uratował (chociaż ja znalazłam informacje o uratowanym Żydzie polskiego pochodzenia).
"Dopiero dzięki pomocy amerykańskich dyplomatów w Polsce dotarłem do Titanic Historial Society, które przekazało mi pełną listę pasażerów Titanica. Ustalenie obywatelstwa poszczególnych pasażerów nie jest dziś sprawą łatwą. Zresztą i wtedy, w 1912 r., nie dopisywano przy nazwiskach pasażerów wkraczających na pokład ich narodowości. Jedynie po pisowni można wnioskować, że nasi rodacy płynęli na pokładzie Titanica" - wyjaśnił w tekście Paradowski.
Pisząc o losach polskich pasażerów Titanica, badacz trafił również na trop prababci Anny Marii Jopek. Kobieta była lekarką i kiedy jej syn (dziadek piosenkarki) miał dwa lata, zawiozła go do Lwowa i oddała pod opiekę zaprzyjaźnionej rodziny. Słuch po niej zaginął, ale jak się okazuje, chłopiec nie został porzucony przez swoją matkę.
"Po latach dowiedział się, iż nie został porzucony, gdyż matka jego zginęła na Titanicu. Płynęła do Ameryki, by spotkać się tam ze swym ukochanym. Prawdopodobnie po urządzeniu się na Alasce planowała wrócić i zabrać syna. Tragiczny rejs pokrzyżował jej te plany" - pisał Ryszard Paradowski.

https://plejada.pl/newsy/prababcia-anny-marii-jopek-zginela-na-titanicu-zaskakujaca-historia-rodzinna/jc5913l

wtorek, 11 czerwca 2024

1952. Dla nich życiowa rola już się skończyła

Tuż przed moim wyjazdem do Brennej gruchnęła informacja o śmierci aktorki Barbary Sienkiewicz, którą okrzyknięto "najstarszą mamą w Polsce". Wszystko dlatego, że w 2015 roku, w wieku 59 lat urodziła parę bliźniąt - Annę i Piotra. Chwała jej za to, że nadała im takie zwyczajne, proste imiona. Co ciekawe, nie kojarzę ewentualnego szumu wokół tego wydarzenia, ale też jakoś specjalnie nie śledzę nowinek na temat życia gwiazd. No i w tamtym czasie studiowałam w Krakowie, a więc miałam mniej czasu na wszystko (myślałby kto, że teraz mam go znacznie więcej...), w tym na bycie na bieżąco ze światem celebrytów. Może nawet i było o tym głośno, ale mnie to jakoś ominęło.
Nie ominęła mnie za to informacja o jej odejściu, która niemal natychmiast pojawiła się na wielu portalach informacyjnych, w tym w radiu, którego słuchaliśmy jadąc na rekolekcje. Przyznam się, że w pierwszej chwili nie skojarzyłam, kto to w ogóle jest, bo nie była jakąś specjalnie znaną aktorką. Dopiero kiedy po powrocie do domu sprawdziłam jej nazwisko w Internecie, przypomniałam sobie, że grała jakąś epizodyczną rolę w "Klanie" w zamierzchłych czasach. Aktorka zmarła w wieku 69 lat w swoim domu w Warszawie. Osierociła dwójkę dzieci o których losie zdecyduje sąd. Podobno zostawiła testament, w którym wskazała osobę, która ma się zająć bliźniakami w razie jej śmierci.
Barbara Sienkiewicz (1955 - 7 czerwiec 2024)
Dużo więcej mogę napisać o zmarłej kilka dni później Marzenie Kipiel-Sztuce. Myślę, że niewiele jest osób, które nie słyszały o Halince Kiepskiej, w którą wcielała się przez 22 lata. Nawet jeżeli ktoś nie oglądał nadawanego na Polsacie "Świata według Kiepskich", to przynajmniej kojarzył ją z opowieści, bo wydaje mi się, że jej postać z powodzeniem wyszła poza ramy szklanego ekranu. Wygadana, stanowcza, piętnująca nieróbstwo i alkoholizm, ale też serdeczna - takie cechy charakteru dało się wyczuć w roli Halinki Kiepskiej. Można było ją kochać, albo nienawidzić. Ja jednak zapamiętałam Marzenę z jeszcze jednej roli - piosenkarki. Nie grała jej w żadnym filmie, czy też serialu, ale w życiu, kiedy występowała w pierwszej edycji polsatowskiego reality-show "Jak oni śpiewają". Zajęła w nim dosyć wysokie, 5 miejsce (na 13 uczestników). Całkiem nieźle śpiewała, zresztą sami posłuchajcie:
Wybór repertuaru nie jest przypadkowy. Jak mówią słowa piosenki Anny Jantar - "Nic nie może przecież wiecznie trwać", także i życie. Czy ktoś mógł jednak się spodziewać, że skończy się ono tak szybko i niespodziewanie? Gdzieś tam pojawiała się w mediach informacja, że po zakończeniu zdjęć do "Świata według Kiepskich" aktorka zmaga się z depresją i problemami finansowymi, chyba nawet była prowadzona w związku z tym jakaś zbiórka, ale ostatnio sprawa ta jakby ucichła, tak samo jak popularność jej samej. Człowiek myślał, że po prostu zakończyła swoją karierę, jak wiele innych osób. A tymczasem jej życie dobiegało końca w hospicjum w Wałbrzychu. To jednak spowiła mgła tajemnicy. I teraz ta wiadomość o jej odejściu w wieku zaledwie 58 lat. Przecież wydawać by się mogło, że jeszcze sporo lat życia i ról przed nią. Stało się jednak zupełnie inaczej.
Marzena Kipiel-Sztuka (19 październik 1965 - 9 czerwiec 2024)

wtorek, 9 kwietnia 2024

1907. Minęło tyle lat, a ja mam wrażenie, jakby to było wczoraj...

Nie wiem dlaczego, ale to była jedna z tych śmierci, która szczególnie mną wstrząsnęła. W kwietniu 2004 roku byłam w pierwszej klasie gimnazjum i już dosyć żywo interesowałam się tym, co dzieje się wokół mnie. Z drugiej strony bardzo lubiłam oglądać w tamtym czasie serial "Na dobre i na złe" opowiadający o perypetiach personelu z fikcyjnego szpitala w równie fikcyjnej miejscowości o nazwie Leśna Góra. Jedną z głównych postaci ówczesnego serialu była siostra oddziałowa grana przez aktorkę Darię Trafankowską.
Na początku, czyli w 2000 roku, wydawała mi się ona dosyć oschła i surowa. W tamtym okresie czasu dosyć dużo czasu spędzałam w szpitalach i może po prostu chciałam ją taką widzieć? A że przy okazji miałam bujną wyobraźnię, to bardzo często "widziałam" ją w sytuacji, kiedy pobiera mi krew albo podłącza kroplówkę. Jednak z czasem coraz bardziej zaczęłam się do niej przekonywać, aż wreszcie ją polubiłam. I tak jak jako dziesięciolatka za nic na świecie nie chciałam, aby wykonywała mi jakieś zabiegi, tak jako owa trzynastolatka wręcz przeciwnie, chciałam aby pielęgniarki które spotykam były takie jak ona - ciepłe i życzliwe.
To były jeszcze dla mnie bezinternetowe czasy, a głównym przekaźnikiem informacji była prasa. To pewnie z niej dowiedziałam się, że Daria Trafankowska jest bardzo chora. Czy zdawałam sobie wtedy sprawę z tego, jak ciężką chorobą jest nowotwór trzustki, z jakim się zmagała? Podejrzewam, że nie, chociaż co nieco o nim wiedziałam, także dzięki serialowi, w którym grała. Potem trafiłam na informację, że umarła. A może nie wyczytałam tego w prasie, tylko usłyszałam w telewizji? Po tych dwudziestu latach trudno jest mi to określić.
Wielokrotnie zastanawiałam się, jaka Daria Trafankowska była poza planem. Co ciekawe, w mojej pamięci jeszcze tkwi jakiś artykuł o niej, czy też z nią wywiad, w którym opowiadała, jak to najpierw dała swojemu synkowi Witowi buraczki do zjedzenia, a potem panikowała, że chłopiec ma krew w stolcu. Ale chyba nie znalazłam wtedy zbyt dużo artykułów na jej temat. Przynajmniej w tym, co czytało się w moim domu. 
Teraz, teraz jest internet, bardzo szybko i łatwo znaleźć interesujące nas rzeczy. Dziś, w dwudziestą rocznicę jej śmierci na głównej stronie Onetu pojawiły się dwa artykuły (a pewnie jest ich i więcej), które niejako przybliżają sylwetkę Darii Trafankowskiej. Pozwólcie, że się nimi z Wami podzielę.

Daria Trafankowska odeszła 20 lat temu. W szpitalu doszło do przykrej sytuacji

Daria Trafankowska odeszła 20 lat temu. Obawiała się, że nie wygra walki z chorobą nowotworową i "zawiedzie wszystkich", którzy trzymają za nią kciuki. Mówiła o tym w ostatnim wywiadzie dla "Vivy". "Ciągłe przypominanie choremu: >>Bądź dzielny, tak wiele zależy od ciebie<<, jest dla mnie stresujące. A jeśli się nie uda, choć tak bardzo się staram? Prócz samej choroby zadręczy mnie przekonanie, że zawiodę wszystkich, którzy we mnie wierzyli. Nie chcę tego" - opowiadała. Gdy trafiła do szpitala onkologicznego "zaprzyjaźniona" osoba doniosła prasie, że... ma raka.
Daria Trafankowska przed śmiercią udzieliła wywiadu "Vivie" (Viva / AKPA)
Daria Trafankowska cieszyła się ogromną popularnością, głównie za sprawą roli oddziałowej Danuty Tretter w serialu "Na dobre i na złe". O tym, że choruje na raka trzustki, dowiedziała się rok przed śmiercią. Mimo to nie zrezygnowała z grania i do końca wierzyła, że uda jej się wyzdrowieć.
Teatr Powszechny przeżył oblężenie, gdy koledzy zorganizowali dla niej koncert, z którego dochód został przeznaczony na eksperymentalną terapię w klinice w Salzburgu. Aktorkę leczono immunoterapią, podając szczepionkę wychodowaną w oparciu o badania krwi dr. Klehra.
W swoim ostatnim wywiadzie dla "Vivy" Trafankowska mówiła, że dawka dobroci i wsparcia, jaką otrzymuje od ludzi, jest dla niej paraliżująca.
 - Głupio mi, że wokół mnie jest tyle zamieszania. Nie lubię być w centrum uwagi - opowiadała Justynie Kobus.

Daria Trafankowska w marcu 2004 roku
udzieliła wywiadu "Vivie" (Onet)
"Trafankowska ma raka"
Nie używała słowa "rak", bo się go bała, wolała "nowotwór", który "brzmi znacznie lepiej". Ze swojej choroby nie chciała robić sensacji - bała się, że gdy będzie mówić publicznie o tym, co ją spotkało, ktoś pomyśli, że "chwyta się wszystkiego", by przypomnieć o swoim istnieniu.
Gdy trafiła na oddział onkologiczny, doszło do przykrej sytuacji - ktoś "życzliwy", podając się za pracownika szpitala, powiadomił media, że "Trafankowska ma raka". Rozdzwoniły się telefony. Aktorka prosiła dziennikarzy, by nie upubliczniali informacji, bo jest w trakcie badań i wciąż nie ma postawionej diagnozy. "I nikt nie napisał. Zachowano się bardzo fair" - przyznała.
Za to poczytny dziennik, dla którego regularnie pisywała felietony, wykorzystał jej chorobę do podniesienia nakładu. Aktorka udzieliła redaktorom gazety szczerego wywiadu, który został okrojony i sprowadzony do taniej sensacji.
"Po wydrukowaniu go byłam załamana. Przeczytałam wszystko to, czego chciałam uniknąć. Prosiłam, by skupić się na moich podziękowaniach dla ludzi, którzy mnie wspierają. Wszystko, co było dla mnie ważne, wypadło z rozmowy. Zostały banały. W dodatku wyglądało na to, że choroba jest jakimś pozytywnym wydarzeniem w moim życiu, bo nagle odkryłam, ilu mam przyjaciół i jakie życie jest fajne. A to bzdura, bo o tym zawsze wiedziałam" - wspominała z żalem Trafankowska.

"Nic się nie zmieniło"
Zdawała sobie sprawę z tego, że w przypadku raka trzustki z przerzutami na wątrobę rokowania są kiepskie. Sięgała po fachową literaturę, podręczniki dla lekarzy i studentów medycyny, które informowały, że "w większości przypadków choroba kończy się zgonem na przestrzeni od trzech do sześciu miesięcy". A ona miała bardzo rzadki rodzaj nowotworu, przyjmowała silną dotętniczą chemię, po której czuła się fatalnie. Nie traciła jednak nadziei.
 - Tak sobie myślę, że skoro jest napisane "w większości", a ja po pięciu miesiącach od diagnozy wciąż pracuję i radzę sobie, to może jestem w tej mniejszości? Bardzo bym tego chciała" - mówiła.
Swoje życie podzieliła na to przed chorobą i po chorobie. Wcześniej wypijała "morze kawy, wypalała mnóstwo papierosów, notorycznie się odchudzała", jednak nigdy nie miała problemów gastrycznych. Gdy zachorowała, dotarło do niej, że być może wahania wagi osłabiają trzustkę. Odstawiła używki, przeszła na ścisłą dietę. Choroba nie przewartościowała jej życia, nie sprawiła, że dowiedziała się czegoś nowego. Wciąż dużo pracowała, ale gdy padało hasło "chemia", nie dzwoniła do lekarza i nie przekładała terminu.
"Jak się głębiej zastanowię, dochodzę do wniosku, że nie odbywałam głupich spotkań. Jeśli coś już robię, jest to dla mnie ważne. Nie mogę powiedzieć: >>Boże, ile czasu zmarnowałam, a nie wiadomo, ile mi go zostało<<. To byłaby nieprawda, bo niczego nie żałuję. W moim postrzeganiu świata i ludzi nie dokonała się żadna rewolucja".
Daria Trafankowska w styczniu 2004 r. (Zawada / AKPA)

Grób Darii Trafankowskiej na warszawskich
Powązkach (wikipedia)
Rak to "uczciwa" choroba
Aktorka pracowała niemal do samego końca, nagrywając kolejne odcinki "Na dobre i na złe", pracując w radiu i przygotowując program medyczny "Nasze rytmy zdrowia", gdzie spotykała się z lekarzami i chorymi. Lubiła to i miała nadzieję, że tak już pozostanie. Jednak scenarzyści "Na dobre i na złe" byli przygotowani na każdą ewentualność i pisali "z dużą ostrożnością".
Przez pierwsze trzy miesiące od diagnozy aktorka czuła się bardzo dobrze i wciąż pytała swoją psychoterapeutkę "kiedy ją walnie". No i walnęło... "Wtedy się uspokoiłam. Kiedy boli, tak mocno skupiam się na walce z bólem, że przestaję kombinować. Na szczęście wciąż mogę pracować" - podkreślała.
"Coraz więcej we mnie spokoju. Choroba nowotworowa ma w sobie coś bardzo uczciwego, przy całym jej okrucieństwie. Daje czas na uporządkowanie swojego życia, jakiego nie da wylew czy zawał serca".
Daria Trafankowska zmarła 9 kwietnia 2004 roku. Spoczęła na cmentarzu Powązkowskim.

Na podstawie: https://plejada.pl/newsy/ostatni-wywiad-darii-trafankowskiej-coraz-wiecej-we-mnie-spokoju/0lmehxn 

I jeszcze jeden artykuł, tym razem zawierający wypowiedzi jej młodszej serialowej koleżanki - Katarzyny Bujakiewicz:

"Miała 49 lat, jak umarła. Jestem w szoku". Ostatnie chwile Darii Trafankowskiej

Daria Trafankowska zmarła 20 lat temu. W rozmowie z Plejadą Katarzyna Bujakiewicz wspomina aktorkę i wspólne dni na planie "Na dobre i na złe". - Mówili na nią Matka Boska Trafankowska. Była chodzącym spokojem, rozsądkiem, była moją powierniczką - wyjawia Katarzyna Bujakiewicz i dodaje, jak wyglądały ostatnie chwile życia jej koleżanki po fachu.
Daria Trafankowska na planie "Na dobre i na złe" w 2001 r. (Prończyk / AKPA)
Katarzyna Bujakiewicz i Daria Trafankowska spotkał się na planie serialu "Na dobre i na złe". Bardzo szybko połączyła je wspólna więź, gdy okazało się, że obydwie pochodzą z Poznania. Katarzyna Bujakiewicz wyjawiła, że na dobre słowo, wsparcie i radę Darii Trafankowskiej mogła liczyć zawsze, niezależnie od pory dnia czy powagi problemu.
- Pamiętam, że mogłam zadzwonić do niej nawet o czwartej rano zapłakana z jakimś problemem i ona była zawsze do dyspozycji - mówi Katarzyna Bujakiewicz 20 lat po śmierci aktorki , malując obraz prawdziwej Darii Trafankowskiej, czyli takiej, jakiej widzowie nie mieli okazji poznać.

Daria Trafankowska we wspomnieniach Katarzyny Bujakiewicz. "Siedziałyśmy i omawiałyśmy życie"
Katarzyna Bujakiewicz w "Na dobre i na złe" grała od samego początku. To na planie serialu TVP poznała śmietankę polskiego aktorstwa.
Katarzyna Bujakiewicz na planie "Na
dobre i na złe" w 2007 r.
(mwmedia / MW media)
- Zestaw aktorski, przy którym przyszło mi dojrzewać i uczyć się tego aktorstwa był naprawdę z najwyższej półki, więc jestem szczęśliwa, że akurat w tym momencie i w takim wieku trafiłam na tę ścieżkę. Tam przecież miałam i Artura Żmijewskiego i Małgorzatę Foremniak. Tam wszystko grało! Nikt ani się nie wywyższał, ani nie traktował nikogo z góry, tylko z taką empatią, wsparciem, wzięciem pod skrzydła i zaopiekowaniem się. No i od takiej strony emocjonalnej również, bo wiadomo - dla młodego aktora to duży stres wejść na plan do takiej ekipy i do takiej drużyny - wspomina Bujakiewicz.
To właśnie na planie hitowego serialu miała okazję poznać też Darię Trafankowską. W produkcji grały rodzinę, a postać Trafankowskiej - Danuta Dębska - słynęła z tego, że była ostra, chłodna i mocno trzymała się zasad. Prywatnie jednak Katarzyna Bujakiewicz znalazła w starszej koleżance mentorkę i powierniczkę.
 - Jechałyśmy do niej i w oparach papierosowych, bo obie wtedy paliłyśmy papierosy, siedziałyśmy i omawiałyśmy życie, a ona mi wiele rzeczy tłumaczyła. Różne moje wątpliwości sercowe zawsze pięknie rozwiązywała. No i pamiętam, że nawet mogłam do niej o czwartej rano zadzwonić zapłakana z jakimś problemem i ona zawsze była do dyspozycji - wyjawia Katarzyna Bujakiewicz,
Aktorka nie ukrywa również, że z Darią Trafankowską zawsze dobrze i wesoło spędzała czas.
 - Kiedy "Na dobre i na złe" zrobiło się bardzo popularne, razem szłyśmy do centrum handloweego czy gdzieś na zakupy, czy przed planem, czy po planie, albo tak po prostu, no to się wygłupiałyśmy. Udawałyśmy, że gramy tę naszą parę serialową, czyli ona mnie opierdzielała, a ja przepraszałam. Ludzie patrzyli na nas ze śmiechem i zastanawiali się, czy to prawda i my faktycznie jesteśmy w takiej relacji, czy się wygłupiamy. Miałyśmy z tego niezłą zabawę - przyznaje aktorka.

Ostatnie chwile Darii Trafankowskiej mocno wpłynęły na Katarzynę Bujakiewicz
Katarzyna Bujakiewicz zauważa również, że gdy Daria Trafankowska chorowała, dała jej radę, która pozostała z nią do dziś:
 - Pamiętam, jak ona zaczęła chorować, mówiła: widzisz, Kasia, całe życie się odchudzamy, robimy głupoty. Przestań to robić, bo ja jestem teraz chuda, a wcale tego nie chcę. To we mnie zostało i faktycznie do dziś mówię sobie: odczep się od siebie dziewczyno, i przestań kombinować. To mi dało dużo do myślenia - mówi Katarzyna Bujakiewicz.
Aktorka wyjawia również, że Daria Trafankowska zawsze była pełna ciepła, oddania i dobroci.
- Dzisiaj wszyscy wszystko oceniają. Ona nie robiła tego. Ona wszystkich broniła. Ja nigdy nie usłyszałam od niej złego słowa na żaden temat. Wiadomo, że w garderobie się różne osoby omawia, a ona zawsze stawała w obronie czy aktorki, czy reżysera, na którego psioczyłyśmy. Nawet jakby ktoś był naprawdę beznadziejny, to zawsze znajdowała w nim jakieś plusy. I to o tym staram się pamiętać po tych 20 latach - dodaje aktorka i zaznacza, że mądrość Darii Trafankowskiej bardzo pomogła i wiele dała ludziom, którzy mieli okazję ją poznać. 
Katarzyna Bujakiewicz dzieli się również jednym z jej ulubionych wspomnień, gdy Daria Trafankowska miała okazję poznać jej babcię.
 - Przyjechała do mnie do domu do Poznania, a moja babunia była wielką wielbicielką i fanką "Na dobre i na złe". Bardzo lubiła Darię. Pamiętam, jak sobie siedziałyśmy w salonie. Babunia była szczęśliwa, siedziałyśmy w trójkę i rozmawiałyśmy.
Teraz one szczęśliwe sobie siedzą i piją herbatkę, kawkę, ale nie ma ani jednej, ani drugiej. To takie moje wspomnienie, do dzisiaj widzę tę radość mojej babci i Darii - wyjawia Katarzyna Bujakiewicz.

Katarzyna Bujakiewicz o ostatnich chwilach Darii Trafankowskiej. "To mi dało do myślenia"
Katarzyna Bujakiewicz pamięta również, gdy Daria Trafankowska była już w szpitalu. Aktorka wspomina, że dobroć i ciepło Trafankowskiej wywierały ogromny wpływ na ludzi, którzy lgnęli do niej.
- Jak dzwoniłam do niej w święta, to ona zawsze mówiła: Jezus Maria. Siedzę przy telefonie i głównie dzwonię po przyjaciołach albo odbieram telefony. I tak samo było przed jej śmiercią. Pytałam ją: Dusia, przyjechać do ciebie do szpitala? Ona wtedy powiedziała mi: jakbyś mogła, to nie przyjeżdżaj, bo ja mam tutaj przemarsz wojsk i wszystkich muszę pocieszać, i chcę odpocząć po prostu. No i to też mi dało do myślenia. Później w różnych innych sytuacjach z przyjaciółmi chorymi na nowotwór wiedziałam już, że najważniejsza jest rodzina, najbliżsi, a przyjaciele, jeśli zostaną wezwani i poproszeni, żeby się pojawili, to niech przybędą, ale na pewno nie można obciążać tej osoby. Daria mówiła: wszyscy przychodzili do mnie i płakali. Teraz wiem, że to jest straszne. Nikt nie pomyślał o tej chorej osobie. Teraz trochę inaczej się podchodzi do chorujących, a wtedy wszyscy tak reagowali. Tak bardzo ją kochali, darzyli tak wielką sympatią - wspomina Katarzyna Bujakiewicz i dodaje - Jak to jest, że ona miała 49 lat, jak umarła. Jestem w szoku, jak o tym myślę. Ja mam 52 lata i nie wyobrażam sobie tego... Mam niedużą córkę. Jak? Zdecydowanie odeszła za wcześnie.

piątek, 3 listopada 2023

1756. Spacerując cmentarnymi alejkami...

Powoli wracam do swoich stałych aktywności. Co ja piszę "powoli", właściwie to nawet szybko. Zaczęłam od czegoś zupełnie banalnego i niepozornego, ale dla mnie bardzo ważnego - od kolejnego spotkania czwartkowej grupy DA Centrum "Piekarnika".
Na pierwszym spotkaniu podobało mi się. Poznałam nie tylko nowe osoby, ale też dowiedziałam się sporo ciekawostek o świętych i błogosławionych bliskich sercom innych uczestników spotkania. O wielu z nich słyszałam, ale nie o wszystkich. I na odwrót - właściwie nikt wcześniej nie słyszał o świętym Józefie Bilczewskim, o którym im opowiedziałam (dla zainteresowanych -> >>link<<). Korzyść spotkania była więc obopólna. W ogóle sama atmosfera była bardzo sympatyczna i rodzinna, w ogóle nie miało się wrażenia, że jest się nowicjuszem. Traktowali mnie jako pełnoprawnego członka grupy, zadawali pytania i wydaje mi się, że słuchali. Szybko nabrałam śmiałości i pewności siebie, co w przypadku osoby raczej nieśmiałej (wbrew pozorom) nie jest takie łatwe. Już wtedy postanowiłam, że to będzie droga mojej duchowej formacji i że będę uczęszczała na spotkania, które są już po godzinach mojej pracy, w miarę swoich możliwości i sił.
W tym tygodniu nie byłam jednak w pracy, toteż musiałam dojechać wieczorem do Kato. Na szczęście wieczorem nie ma już takich korków jak w ciągu dnia, co w połączeniu z niekończącymi się remontami dróg sprawia, że ta podróż trwa wieki. Czasami nawet dłużej niż dojazd do Krakowa w czasach, kiedy tam studiowałam. A przecież Gród Kraka jest dużo bardziej ode mnie oddalony, niż Kato. Jednak o 17:00 ta droga trwa przewidywane 30 minut (nie czepiam się tych kilka minut dłużej). Potem tylko zmieniłam środek transportu na tramwaj i już byłam pod budynkiem mojego Wydziału, gdzie w kaplicy odbywają się tymczasowe Msze święte dla członków duszpasterstwa. Ogólnie odbywają się one w krypcie archikatedry Chrystusa Króla, ale obecnie jest ona remontowana i trzeba było je gdzieś przenieść. A skoro roraty tradycyjnie odbywają się u na na Wydziale Teologicznym, to uzgodniono z jego władzami, że Msze wspólnotowe na czas remontu też.
Po Mszy zazwyczaj idzie się do oddalonego o kilkaset metrów budynku Duszpasterstwa Akademickiego. Jednak zważając na niedawne wspomnienie Wszystkich Świętych oraz Dzień Zaduszny, ksiądz Kris zabrał nas na znajdujący się niedaleko cmentarz. Nawet nie wiedziałam, że znajduje się on zaledwie ulicę dalej niż Wydział Teologiczny. Na miejscu ksiądz pokazał nam groby osób duchownych oraz znanych ludzi z różnych dziedzin życia. O każdym z nich usłyszeliśmy kilka słów, a także odmówiliśmy "Ojcze nasz" i "Wieczny odpoczynek" nad każdym z odwiedzonych grobów.
Próbowałam zrobić im zdjęcia wieczorem, bo oświetlone światłem palących się zniczy wyglądały bardzo zjawiskowo. Niestety, tamte fotografie niezbyt mi wyszły. Jednak nie mam ręki do robienia nocnych fotografii. Postanowiłam to nadrobić na drugi dzień i po zajęciach przebyłam tą samą trasę co dzień wcześniej. Tym razem wykonane zdjęcia mnie w miarę satysfakcjonowały, chociaż do idealności jest im bardzo daleko.
Niemal przy samym głównym wejściu na teren cmentarza znajduje się grobowiec, w którym spoczywają księża zmarli podczas sprawowania posługi duszpasterskiej w katowickiej archikatedrze. Wielu z nich było znanych księdzu Krzysztofowi, toteż opowiedział nam o nich w kilku słowach.
Niemal przy samym głównym wejściu na teren cmentarza znajduje się grobowiec, w którym spoczywają księża zmarli podczas sprawowania posługi duszpasterskiej w katowickiej archikatedrze. Wielu z nich było znanych księdzu Krzysztofowi, toteż opowiedział nam o nich w kilku słowach.
Tuż obok znajduje się grobowiec sióstr karmelitek.
Fotografia tego grobowca to była moja własna inicjatywa. Zastanowiły mnie dwa pierwsze imiona, które niezbyt pasują do nazwiska i brzmią tak bardzo zagranicznie.
Na cmentarzu spoczywa też kompozytor muzyki poważnej i religijnej, a także rektor Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach, Henryk Mikołaj Górecki.
Tak wygląda grób znanego pisarza literatury młodzieżowej, Alfreda Szklarskiego i jego żony.
W takim okazałym i charakterystycznym grobowcu spoczywa znany kompozytor muzyki filmowej, Wojciech Kilar, oraz jego żona.
A taki grób ma znakomity polski i śląski reżyser - Kazimierz Kutz. Co ciekawe, chociaż sam określał siebie jako ateistę, to w swoich filmach nie unikał tematu wiary.
A taki grób ma uwielbiany w swoich czasach, bożyszcze wielu kobiet, niezwykle utalentowany aktor Zbigniew Cybulski. Gdyby nie zginął w tak bezsensownych okolicznościach, to z pewnością wykreowałby jeszcze wiele znakomitych ról.
Ostatnim grobem, na jaki zabrał nas ksiądz Krzysztof był ten, w której spoczywa jedna z ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, Krystyna Bochenek. 
Z terenu cmentarza doskonale widać kopułę katowickiej świątyni...
To nie są jedyne groby znanych osób znajdujących się na cmentarzu przy ulicy Sienkiewicza w Kato. Z internetu wiem, że na cmentarzu spoczywają też np. Jerzy Duda - Gracz, Stanisław Ligoń, czy też Marek Plura, ale nie mam pojęcia, gdzie znajdują się ich groby.
Po tej krótkiej wyprawie udaliśmy się do ośrodka DA. Tam po rozebraniu się z kurtek udaliśmy się do salki wspólnotowej. Tam, podobnie jak tydzień wcześniej, każdy z nas się przedstawił i powiedział, co dobrego spotkało nas w ubiegłym tygodniu. Większość wspólnoty była w ubiegłą sobotę w Kalwarii Zebrzydowskiej na święceniach kapłańskich jakiegoś znajomego księdza Krzysztofa i to rozmowa na ten temat zdominowała spotkanie. Ech, gdyby te święcenia były tydzień wcześniej albo gdyby moja wycieczka do Wadowic i Kalwarii Zebrzydowskiej była tydzień później, to moglibyśmy się spotkać. Potem odmówiliśmy wspólnie kompletę i ksiądz Krzysztof udał się na jakąś rozmowę, a my usiedliśmy na chwilę przy grach planszowych.

czwartek, 2 listopada 2023

1755. Pożegnaliśmy ich w ciągu ostatniego roku

Jak łatwo zauważyć, niemal od początku istnienia bloga w listopadzie pojawia się krótkie zestawienie osób, które odeszły z tego świata w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Wśród nich pojawiają się ludzie związani z telewizją, teatrem, polityką, religią, lekarze, czy też dziennikarze. Ci, których może nie zawsze podziwialiśmy i wspieraliśmy, ale w jakimś stopniu byli powszechnie znani (dlatego pomijam prywatne osoby, które znałam, a których przecież nie brakuje). Nie inaczej mogło być w tym roku. Poniższa lista osób jest zupełnie subiektywna i nie znalazły się na niej może Wasze typy, ale coś trzeba było wybrać spośród tych, którzy odeszli. To wieczność, jak sama nazwa wskazuje, powinna trwać wieki, nie zwykła prezentacja.
W tym roku pożegnało się również sporo zwykłych ludzi, których próżno szukać na pierwszych, a nawet na ostatnich stronach gazet. Niektóre osoby znałam bardzo dobrze, niektóre z nich, jak małżonek mojej byłej matematyczki, pan Wiesiek - brat naszej Basi z 5 pór roku, czy też tata Księdza Niosącego Światło byli dla mnie całkowicie anonimowi. Nic jednak nie stało na przeszkodzie, abym udała się na ich pogrzeby i powspierała, nawet samą obecnością, ich osieroconych bliskich, nawet kosztem poświęcenia zajęć na uczelni czy wzięcia dodatkowego dnia wolnego w pracy. Przy okazji człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że tak naprawdę jest tutaj, na ziemi, tylko na chwilę. A ta chwila jest niczym tak naprawdę. To tylko mały wycinek czasu, który trzeba jak najlepiej zagospodarować, bo przecież:
Podczas pogrzebów, nawet tych świeckich, wielokrotnie w mojej głowie pojawiało się pytanie, jakie będą te moje ziarna, ile będzie w moich czynach dostrzeżonej miłości dla bliźnich? Przecież w naszych czasach tak bardzo trudno po prostu być dobrym i uczynnym względem drugiego człowieka nie robiąc mu krzywdy ani fizycznej, ani tym bardziej - psychicznej.

sobota, 31 grudnia 2022

1512. Benedykt XVI - skromny i pokorny papież - teolog

Kiedy w środę podczas audiencji generalnej papież Franciszek poprosił wiernych o modlitwę za papieża seniora Benedykta XVI, można było się domyśleć, że powoli zbliżał się kres życia jego poprzednika. Człowieka, który jako pierwszy papież od wieków sam zrzekł się swojego urzędu i na prawie dekadę usunął się w cień swojego następcy. Cichy, skromny i pokorny - tak określali go jego współpracownicy. Dzisiaj o godzinie 9:34 Benedykt XVI, który był równolatkiem mojego dziadka od strony taty w pełnym tego słowa znaczenia - obydwoje przyszli na świat 16 kwietnia 1927 roku, zakończył swoją ziemską wędrówkę i na zawsze już połączył się z Bogiem Ojcem. Chociaż nie jestem zwolenniczką żadnych teorii, to jednak widzę pewną zbieżność pomiędzy Jego śmiercią, a śmiercią Jana Pawła II - oboje odeszli w sobotę, w dodatku Jan Paweł II zmarł o 9:37 wieczorem, zaś Benedykt XVI o 9:34, z tym że rano.

Papież Benedykt XVI (16 kwiecień 1927 - 31 grudzień 2022)

Tą notkę miałam i tak miałam dzisiaj umieścić, jednak zmieniły się nieco same okoliczności jej publikacji. Bo szczerze powiedziawszy to liczyłam na to, że papież Benedykt XVI doczeka jednak tego 2023 roku. Stało sie jednak inaczej...

Wraz z informacjami o pogarszającym się stanie zdrowia papieża Benedykta XVI, zaczęto się zastanawiać co się stanie po jego śmierci. Co prawda Watykan ma swoje szczegółowe procedury w wypadku śmierci głowy Kościoła, jednak aktualna sytuacja w Państwie Kościelnym jest naprawdę wyjątkowa. Wszak dotąd po śmierci papieża dopiero trzeba było czekać na wybór jego następcy. Tymczasem świat ma już papieża, Franciszka, który został wybrany po abdykacji Josepha Ratzingera. I to on w dalszym ciągu pełni funkcję głowy Kościoła katolickiego.
Franciszek 28 grudnia pod koniec audiencji generalnej powiadomił wszystkich, że jego poprzednik jest bardzo chory. Dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, Matto Bruni doprecyzował, że pogorszenie stanu zdrowia emerytowanego papieża związane jest z jego podeszłym wiekiem. Sam Benedykt XVI przebywał pod opieką lekarzy.
W kolejnych godzinach napływały coraz nowsze informacje o stanie zdrowia Benedykta XVI. Kilka dni przed świętami miał zgłaszać "problemy z oddychaniem". Inne doniesienia mówiły, że była głowa Kościoła katolickiego zmaga się z niewydolnością nerek lub kłopotami z sercem. W czwartek Bruni powiadomił wszystkich, że stan zdrowia papieża Benedykta XVI jest ciężki i poważny, jednak "papieżowi-emerytowi udało się dobrze wypocząć ostatniej nocy i jest absolutnie przytomny oraz czujny".
Pogarszający się stan zdrowia 95-letniego papieża stawiał pytanie: co dalej. Kościół katolicki ma szczegółowe procedury i rytuały na wypadek śmierci papieża, nie do końca jednak one dotyczą byłej głowy Stolicy Apostolskiej. Nie było wiadome, czy w razie śmierci Benedykta XVI postępowanie to będzie takie samo, jak gdyby był urzędującym aktualnie Ojcem Świętym. Trzeba mieć na uwadze fakt, że Ratzinger jest pierwszym papieżem od 600 lat, który zrzekł się swojej funkcji
Tym samym, sytuacja, gdzie jeden żyjący papież może pochować swojego poprzednika jest zupełnie nowa. Zazwyczaj zagraniczne głowy państw powiadamia się o śmierci papieża, zanim oficjalnie ogłosi to Radio Watykańskie. Do czasu wyboru nowego Ojca Świętego to kamerling zarządza Stolicą Apostolską. Jednak aktualnie to papież Franciszek stoi na czele Watykanu, nie będzie więc obowiązywał najważniejszy rytuał, jakim jest konklawe.
Zadaniem kamerlinga zazwyczaj jest oficjalne potwierdzenie śmierci Ojca Świętego poprzez trzykrotne stuknięcie w jego głowę małym, srebrnym dzwoneczkiem oraz wywołanie jego imienia. Nadzorowałby on również zniszczenie papieskiego pierścienia rybaka, zorganizował pogrzeb oraz przygotował konklawe. Pogrzeb Benedykta XVI odbyłby się w Bazylice św. Piotra albo na placu przed nią, najprawdopodobniej pod przewodnictwem papieża Franciszka, a nie dziekana Kolegium Kardynalskiego.
Zdaniem Associated Press papież senior zostanie pochowany w grobowcu należącym wcześniej do papieża Jana Pawła II (zanim został kanonizowany i przeniesiony w inne miejsce), na jego trumnie zostanie też umieszczona Ewangelia. Natomiast raczej nie zastosuje się dziewięciodniowego okresu żałoby, obowiązującego do rozpoczęcia żałoby (tzw. Novemdiales).

Na podstawie: https://www.wprost.pl/swiat/11025142/co-sie-stanie-jesli-benedykt-xvi-umrze-watykan-ma-procedury-ale-sytuacja-jest-wyjatkowa.html 

A do mojego spotkania z Benedyktem XVI zapraszam pod >>TEN<< wpis.

poniedziałek, 19 grudnia 2022

1506. Przygody zaginionej przesyłki

W związku ze wznowieniem zajęć dla dzieci w Oratorium, postanowiłam zaopatrzyć się w dwie ciekawe książki opowiadające o dzieciństwie dwóch postaci, które odegrały kluczowe role w historii naszego kościoła, a także całego narodu. Mowa tutaj oczywiście o Karolu Wojtyle, późniejszym papieżu Janie Pawle II oraz Prymasie Tysiąclecia, Stefanie Wyszyńskim. A raczej o Lolku i Stefku, bo tak w dzieciństwie wołano na nich w rodzinnych domach.
O samych książkach napisanych przez Piotra Kordyasza słyszałam już nie raz. To w oparciu o jego "Stefka. Opowiadania o dzieciństwie Stefana Kardynała Wyszyńskiego Prymasa Polski" powstała gra "Non possumus", o której pisałam >>tutaj<<. Fragmenty książki "Lolek. Opowiadania o dzieciństwie Karola Wojtyły" z tego co się nie mylę są lekturą w 2 albo trzeciej klasie szkoły podstawowej. A więc warto je mieć, tak po prostu.
Zbierałam się i zbierałam do ich zamówienia, aż w końcu sytuacja z Oratorium mnie niejako do tego przymusiła. Spokojnie, nikt mi nie kazał koniecznie ich kupować. Ba, nikt mi nawet nie zwróci za nie pieniędzy. Ale może kiedyś będziemy z dziećmi rozmawiać na temat którejś z tych postaci i książki się mogą po prostu przydać. Co prawda o Karolu Wojtyle mam ich całą masę, także tych przeznaczonych dla najmłodszych, zawsze w kolejnej jest jednak coś, czego nie ma w poprzednich (i na odwrót). Gorzej z pozycjami o Kardynale Stefanie Wyszyńskim, ale jeszcze zdobędę "Będziesz miłował" i powinno być dobrze.
W poszukiwaniu interesujących mnie pozycji zaczęłam przeglądać kolejne strony internetowe. W końcu wybrałam tą, która miała nie tylko atrakcyjną ofertę ceny, ale i dostawy. Zamówiłam je z opcją dostarczenia na stację Orlen, na drugi dzień zapłaciłam i czekałam na paczkę. Było około 22 listopada. Kilka dni później zadzwonili do mnie z księgarni z informacją, że niestety tego punktu nie obsługują i że mogą mi to wysłać na paczkomat bez konieczności dopłaty różnicy w cenie. Jak nie obsługują to cóż zrobić - głową muru się nie przebije. Zgodziłam się na ten paczkomat. Tym bardziej, że akurat byłam w szpitalu i w razie czego można było przekazać kod do odbioru jakiejś innej animatorce.
Po weekendzie dostałam SMSa, że mogę odebrać przesyłkę. Tylko mi się miejsce nie zgadzało. Na początku myślałam nawet, że Adamów, gdzie trafiły książki leży gdzieś w województwie śląskim i można będzie po prostu po niego bezproblemowo podjechać. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że jest to jakaś mała wioska w województwie lubelskim. Jednak podróż przez pół Polski w środku tygodnia była poza moim zasięgiem. Zadzwoniłam do księgarni poinformować ich o sytuacji, bo przecież paczka miała do nich wrócić po trzech dniach. Odebrał całkiem sympatyczny mężczyzna, który obiecał jeszcze raz wysłać książki, tym razem na wspomnianą stację Orlenu, a jednocześnie przepraszał za zaistniałą sytuację. No nic, zdarza się, dlatego nie byłam zła za zaistniałą sytuację, a nawet wydawała się mi ona zabawna.
Faktycznie, na meila znowu przyszło powiadomienie o nadaniu paczki. I... trop się urwał. Wiecie, czekałam na sygnał, że przesyłka dotarła już do punktu odbioru. A tu cisza. Żadnego meila, żadnego SMS-a, jak to zwykle bywa. W końcu po tygodniu odkryłam, że można sprawdzić status przesyłki po jej numerze. Jak myślicie jaki on był? Zwrócono nadawcy...
Spróbowałam złożyć zamówienie jeszcze raz, tym razem z opcją dostawy InPost. Tylko nie doczytałam (mea culpa), że to jest kurier InPost, a nie paczkomat. No a kurier ma tylko trzy próby doręczenia, potem przesyłka wraca do sprzedawcy. A skoro ja całe dnie spędzam w Kato, to szansa "złapania" mnie w domu była nikła. Na szczęście jeszcze są sąsiedzi. Co prawda nie znali kodu odbioru paczki, jednak kurier i tak ją u nich zostawił. I jeszcze przysłał SMSa, że przesyłka jest pod tym i tym numerem.
Piątek, bo wtedy zamówienie wreszcie do mnie dotarło, dłużył mi się niesamowicie. Za to jak odebrałam paczkę to odetchnęłam z prawdziwą ulgą. Jakby nie było, szła do mnie jakieś 4 tygodnie. Ale już jest i to jest najważniejsze!

Zasadniczo jestem już po lekturze obydwóch (na każdą poświęciłam pół dnia w weekend) i muszę przyznać, że przeczytałam je z prawdziwą przyjemnością. Widać, że Piotr Kordyasz ma lekkie pióro i niesamowity styl pisarski. W prostych, aczkolwiek bogatych w treść zdaniach zawarł historie wraz z przygodami, jakie przydarzyły się, a także mogły się przydarzyć tym dwom Wielkim Polakom, którzy przecież też kiedyś byli dziećmi :).