Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 29 kwietnia 2024

1925. Zależy mu?

Sprawy moich treningów lekkoatletycznych nabrały dosyć nieoczekiwanego zwrotu i rozwoju. Przez ostatnie miesiące nie chodziłam na nie, z różnych przyczyn. Co prawda sama sobie gdzieś biegałam, nie chcąc stracić formy, wiadomo jednak, że to nie to samo, co z kimś, kto się zna i potrafi skorygować błędy. Przedostatni trener to była jakaś kompletna pomyłka (nawet na nas często nie patrzył, nie, nie na tym polega trening), ostatni - niby spoko, ale też widać było, że bieganie, to nie jego bajka. A więc i moja motywacja spadła do niszowych pozycji.
Jednak dzisiejszego poranka zadzwoniła do mnie mama Młodszej, że jeden z poprzednich trenerów chce się ze mną skontaktować, ale nie ma jak, bo nie ma numeru telefonu. Ja też nie miałam. To znaczy kiedyś miałam, ale z czasem jakoś go usunęłam. Skąd miałam wiedzieć, że wróci po kilku latach. Chociaż telefon do mojej pierwszej trenerki (a zarazem wychowawczyni mojej klasy przez sześć lat) mam do dzisiaj. Ale ona była jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna. I wiecie, że ta nasza znajomość trwa po dzień dzisiejszy? A nawet, zgodnie z obietnicą*, pozwoliła mi mówić do siebie po imieniu. W zasadzie to do tego trenera też mówiłam na ty, ale on ma taką osobowość, że "Pan" po prostu do niego nie pasuje w tym przypadku. Podczas naszej rozmowy powiedziałam cioci, że chyba najprościej będzie, jak to ona poda trenerowi kontakt do mnie, skoro ma do niego numer telefonu.
Na efekt nie musiałam długo czekać - nie minęła godzina, jak otrzymałam od niego SMSa z zaproszeniem na treningi, w poniedziałki i w środy. Trochę mnie też wzruszył stwierdzeniem, że po prostu chce, abym z nimi była. No cóż, w przyszły poniedziałek kończę udział w pewnym szkoleniu, które odbywa się w godzinach wieczornych, więc w późniejszym czasie będę miała wolne po pracy. Na upadłego mogłabym zdążyć na ten trening. Nawet nie na upadłego, tylko na spokojnie. Bo coś mi się wydaje, że mu na tym najzwyczajniej w świecie zależy. I to nie koniecznie ze względów finansowych, bo to nie jest ten typ człowieka. 
Nie pytajcie, jak ja chcę to wszystko pogodzić, bo sama nie mam pojęcia. Tak samo, jak nie wiem, czy w którymś momencie po prostu nie wykoleję się z torów, po których jadę. Chociaż podobno, jak ktoś ma w miarę usystematyzowane życiowe wartości, to na wiele rzeczy znajdzie czas - i na obowiązki, i na przyjemności. A te drugie są też bardzo ważne w życiu każdego z nas.

* Kiedyś nam powiedziała, że jeżeli ktoś kiedyś zostanie magistrem, to będzie mógł zejść z "pani" na ty, wszak dorówna jej tytułem zawodowym

niedziela, 28 kwietnia 2024

1924. Jakim człowiekiem jest prorok?

Jakiś czas temu pisałam Wam, że czytam książkę zatytułowaną "Prorocy" autorstwa Abrahama Heschela - filozofa i teologa żydowskiego pochodzenia. Pozycja nie należy do najcieńszych, liczy ponad 800 stron. Mimo to, i dosyć poważnej tematyki, czyta ją się dosyć dobrze i sprawnie. Myślę nawet, że gdyby nie pewne perturbacje po drodze, to ukończyłabym jej lekturę w dużo szybszym tempie. A tak, miałam małe spowolnienie w tej kwestii. Chyba nic wielkiego się nie stało - w końcu czytanie to nie wyścig, który z założenia trzeba ukończyć w jak najkrótszym czasie, a wręcz przyjemność, którą powinno się delektować w jak najpełniejszym wymiarze*. Sama książka mnie zafascynowała i pozwoliła w inny sposób spojrzeć na to, co jest mi na pozór znane.
Tytuł: Prorocy
Autor: Abraham Joshua Heschel
Wydawnictwo: Esprit
Kraków 2021
Liczba stron: 816

O książce Abrahama Heschela zatytułowanej "Prorocy" pierwszy raz usłyszałam podczas rorat akademickich w 2022 roku. To na jej podstawie prowadzące je ksiądz opracowywał kazania, podczas którym przybliżał ich uczestnikom sylwetki niektórych starotestamentalnych proroków. Chociaż była godzina 6:30 rano, to słuchałam ich z zaciekawieniem. Jednak sam tytuł książki gdzieś mi uciekł w bieganinie codzienności. Powrócił jednak do mnie w dość ciekawy sposób - podczas rekolekcji wielkopostnych. Uznałam to za znak, że powinnam po nią w końcu sięgnąć i ją przeczytać. Kiedy zobaczyłam objętość książki, trochę się przestraszyłam, że nie dam rady jej przeczytać. Moje obawy okazały się jednak bezpodstawne, ponieważ poszczególne strony czytało mi się bardzo sprawnie, a co za tym idzie - w miarę szybko.
Pozycja, będąca pracą doktorską autora, została podzielona na dwie części, które zostały wyraźnie od siebie oddzielone. Pierwsza z nich wychodzi od odpowiedzenia sobie na pytanie jakim w ogóle człowiekiem jest prorok i czym tak właściwie różni się od przeciętnego człowieka. Następnie opisano w niej wybranych proroków pojawiających się na kartach Starego Testamentu, takich jak Amos, Ozeasz, Izajasz, Micheasz, Jeremiasz, Habakuk oraz drugi Izajasz. W poszczególnych podrozdziałach przedstawioni nie tylko ich sylwetki, ale i sposób, w jaki przybliżono, w jaki sposób objawiali oni im współczesnym prawdę o Bogu, wraz z jej teologiczną interpretacją. W tej części przedstawiono też genezę bożej kary i sprawiedliwości.
Druga część książki skupia się na porównaniu Boga pojmowanego przez Naród Wybrany, a tym samym przedstawianym przez proroków i bogów w rozumieniu starożytnych Greków oraz Rzymian. Bez problemu można wyłapać nie tyle marginalne podobieństwa (bo takie są, wbrew pozorom), ale przede wszystkim - zasadnicze różnice. Poruszono w nim zagadnienie m.in. boskiego gniewu, religii współodczuwania, ekstazy, a nawet poetyckiego natchnienia czy też psychozy.
Chociaż na pierwszy rzut oka "Prorocy" mogłyby odstraszać swoją objętością oraz tematyką, to tak naprawdę są to tylko pozory. Książka została napisana niesamowicie przejrzystym i zrozumiałym językiem, co oznacza, że czytelnik nie potrzebuje teologicznej wiedzy, aby zrozumieć jej treść. Co ważne, trudniejsze zagadnienia zostały wytłumaczone w równie logiczny sposób w przypisach. Nie wiem, czy to oryginalny pomysł Abrahama Heschela, czy też inicjatywa tłumacza, ale dzięki temu lepiej można zrozumieć treść książki. Książka pokazuje też spojrzenie na kwestię starotestamentalnych proroków od strony żydowskiej, która wbrew pozorom tak bardzo nie różni się od pojmowania ich przez katolików. Pozycję polecam całym sercem - chociaż nie jest cienka, to jednak zawiera niezwykle wartościowe treści.

W bibliotece zamówiłam już sobie dwie książki o Pier Giorgio Frassatim, na allegro po niskiej cenie znalazłam jeszcze jedną. Za dwa tygodnie w Duszpasterstwie Akademickim przeżywać będziemy 100 lecie "Towarzystwa Ciemnych Typów", którego był on założycielem. Co prawda nie należę (jeszcze) do tej komórki, ale pewne okoliczności sprawiły, że powinnam na nim być. I chociaż posiadam już pewną wiedzę na temat Piera, to jakoś tak poczułam chęć jeszcze większego jej poszerzenia. Ja wiem, że w Internecie znajdę wszystko, ale jednak co książka, to książka.

* Choć nie ukrywam, że są książki, które przeczytałam w jeden dzień i czerpałam z tego wiele przyjemności

sobota, 27 kwietnia 2024

1923. Tym razem to nawet ksiądz się załamał

Remont duszpasterskiego oratorium, czyli miejsca modlitwy, po kilku tygodniach dobiegł w końcu końca. W porównaniu z remontem kościoła akademickiego znajdującego się pod katowicką archikatedrą Chrystusa Króla, który ciągnie się i ciągnie, to tutaj wszystko poszło wręcz ekspresowo. Po niedzieli pojawiła się informacja, że na czwartek zaplanowane zostało sprzątanie bałaganu pozostawionego przez robotników oraz ponowne meblowanie pomieszczenia. Nie deklarowałam swojej obecności, bo na świetlicy różnie bywa, czasami jakiś rodzic spóźni się z odbiorem dziecka, albo wręcz o tym zapomni, i wtedy trzeba ciut dłużej zostać w pracy. Sprzątanie zostało zaś zaplanowane na godziny przed wieczornym spotkaniem formacyjnym, czyli wtedy, kiedy teoretycznie mogłam być w niej. Tym razem jednak dzieci zostały odebrane na czas, a ja poszłam pomóc innym w sprzątaniu. Założyłam bowiem, że lepiej nic nie obiecywać i być, niż obiecać i nie być.
Trochę mnie zdziwiła ilość osób, która przyszła, bo spodziewałam się większej ich ilości. Tym bardziej każda para rąk była tutaj przydatna, nawet tak koślawych jak moje. Wiele może nie zrobię, ale powycierać kurze mogę bez problemu. I tak też zrobiłam. Inni znosili czyste już półki do oratorium. Przy okazji znaleźli kilka pustych puszek po piwie, ukrytych w wiadrze. Jak to skomentował z niesmakiem ksiądz Krzysztof - aż strach pomyśleć, co pozostanie po robotnikach po remoncie krypty. Cała akcja ze sprzątaniem poszła nam całkiem sprawnie i tuż po 18:00 było już po wszystkim. 
Nasza niezawodna ekipa od zadań specjalnych w geście zapożyczonym od bł. Pier Giorgia Frassatiego
Po akcji ze sprzątaniem udaliśmy się do wydziałowej kaplicy na Mszę Świętą, od której rozpoczyna się każde niemal spotkanie formacyjne. Tego dnia było wspomnienie św. Marka Ewangelisty i nasza rozmowa w ramach kazania po wysłuchanej Ewangelii dotyczyła właśnie jego postaci i życiorysowi. Nawet kilka razy udało mi się przełamać nieśmiałość i wypowiedzieć się na ten temat. Ale też grono osób było w miarę kameralne.
Następnie ponownie przeszliśmy do ośrodka duszpasterskiego, gdzie mieliśmy spotkanie z zaproszonym gościem. Tym razem był to ksiądz Grzegorz Strzelczyk. Podobno wykłada on na Wydziale Teologicznym, niestety, ja go nie kojarzę.
Głównym tematem wygłoszonej przez duchownego była kwestia grzechu, w tym grzechu pierworodnego. Było dużo śmiechu, zwłaszcza gdy porównał on człowieka do roweru wspomaganego elektrycznie. Tym, że pierwsi ludzie dostali taki akumulator w prezencie, ale przez ich nieposłuszeństwo każdy kolejny człowiek otrzymuje go dopiero za pośrednictwem sakramentu chrztu świętego. Bardzo ciekawe wydaje mi się też odniesienie przysłowiowego Adama i Ewy do teorii ewolucji w którym jedno drugiego nie wyklucza. Po prostu pierwszy homo sapiens, który popełnił coś niezgodnego ze swoim sumieniem, utożsamiany jest z Adamem i Ewą. Dlaczego homo sapiens? Ponieważ naukowcy dowodzą, że dopiero on miał na tyle ukształtowaną osobowość i procesy myślowe, aby w pełni zrozumieć co jest dobre, a co złe. To tak a propos zarzutów, że Pismo Święte jest w sprzecznością z teorią ewolucji.
Następnie nadeszła pora na pytania. Jedna z dziewczyn zapytała wprost, czy to możliwe, że po Sądzie Ostatecznym nikt nie trafi do piekła, tylko wszyscy pójdą do Nieba. Ksiądz Krzysiu załamał ręce i zapytał Zosię, czy obawia się tego, że na uczcie niebiańskiej będzie siedzieć z Hitlerem po jednej i Stalinem po drugiej stronie. Po sali rozniósł się odgłos śmiechu, a zaproszony ksiądz odpowiedział, że istotnie, może zdarzyć się tak, że miłosierdzie Boże będzie tak duże, że nawet najwięksi zbrodniarze zostaną zbawieni. Padło też kilka pytań odnośnie chrztu świętego i jego konsekwencji. Najwięcej pytań zadawała Zosia, co po którymś kolejnym razie skutkowało piorunującym wzrokiem naszego duchowego opiekuna w jej stronę. Chyba znowu się bał, że zapyta o coś dziwnego. Chociaż z drugiej strony to on wyjątkowo nie był w formie, co zawdzięczał szczepieniu. Na koniec spotkania zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie z zaproszonym księdzem, a nasze uśmiechnięte twarze mówią same za siebie, że to było bardzo udane spotkanie.

piątek, 26 kwietnia 2024

1922. Przyjemnie było poznać przygody Sary Crewe w wersji filmowej

A tą kupili mi z czasem
rodzice
Tą wersję dostałam na koniec
IV klasy
Tyle razy czytałam "Małą księżniczkę" autorstwa Frances Hodgson Burnet, ale nigdy jeszcze nie widziałam jej filmowej wersji. Książkę, którą otrzymałam na zakończenie czwartej klasy, pokochałam od pierwszego przeczytania. Być może wstyd się do tego przyznać, ale jej główna bohaterka, Sara, była mi bliższa niż uwielbiana przez moje rówieśniczki Ania Shirley z Zielonego Wzgórza. Doszło nawet do tego, że rodzice kupili mi dodatkowy egzemplarz tej powieści, który zabrałam sobie na wieś, aby nie zniszczyć mojej szkolnej nagrody. Bo w domu siadałam przy biurku albo na łóżku i czytałam. A na wsi książkę brałam ze sobą wszędzie - do ogrodu, przed dom, nawet kiedy szłam wypasać krowy w pole. I chociaż zakupiona potem wersja trochę różniła się od tej otrzymanej w szkole w tłumaczeniu (było ono starsze), a ja z każdym rokiem stawałam się coraz starsza i dojrzalsza, to w każde wakacje z wielką radością powracałam do tej pozycji. Zresztą z powodu braku innych rozrywek w deszczowe dni (bo w pogodne biegało się z innymi dzieciakami tu i tam), pozostawały mi książki. Najczęściej więc już w wakacje miałam przeczytane wszystkie lektury szkolne przewidziane w danej klasie, ale nie tylko. 
Wiedziałam, że książka została zekranizowana, a pierwszy raz to nastąpiło jeszcze w 1939 roku. Potem była wersja z 1995 roku i w końcu ta ostatnia z 1997 roku. Poza tym powstało kilka seriali, także animowanych, opartych na podstawie książki. Z ciekawości postanowiłam sprawdzić, czy któryś z nich jest dostępny w internetowych czeluściach. I ku mojemu zaskoczeniu, mieszającego się z radością, odkryłam, że można obejrzeć wersję z 1939 roku, w dodatku z polskim lektorem. Już wiedziałam, jak zagospodaruję sobie przedwczorajszy wieczór, zwłaszcza że film trwa 1,5 godziny.
Akcja filmu rozpoczyna się w 1899 roku, kiedy kapitan Ralf Crewe przyjeżdża wraz ze swoją siedmioletnią córką, Sarą, do Londynu. Wojskowy samotnie wychowuje dziecko, a ponieważ został powołany do wojska, postanowił powierzyć ją opiece ekskluzywnej szkoły dla dziewcząt w stolicy kraju. Jej właścicielka, panna Maria Minchin, początkowo była niechętna przyjęciu nowej uczennicy, dowiedziawszy się jednak o bogactwie, jakie posiada kapitan Ralf, zgadza się na to. Dziewczynka dostaje osobny pokój, pokojówkę, ma także zapewnione przejażdżki na prywatnym kucyku. Pomimo bogactwa pozostaje jednak miła dla innych i szybko zjednuje sobie sympatię innych dziewcząt uczących się na pensji. Wszystko zmienia się w dniu 11 urodzin dziewczynki, kiedy okazuje się, że jej tata zginął w dalekim kraju, a ona sama została bez grosza przy duszy. W rezultacie zmuszona była zamienić apartament na skromny pokoik na strychu, sama zaś staje się służącą innych dziewcząt, w ten sposób spłacając swój pobyt na pensji. Wiele dawnych przyjaciółek odwróciło się wtedy od niej, ale znalazły się też takie, na których wsparcie zawsze i wszędzie można liczyć. W dodatku gdzieś w głębi serca czuła, że ukochany tata jednak żyje, musi go tylko odnaleźć. W tym celu wypytuje wojskowych wracających z wojny, czy nie widziała jej taty, a także odwiedza miejscowy szpital, do którego są przywożeni ranni z frontu. Pomagają jej w tym jej dawni przyjaciele, a także... sama królowa Wiktoria, która w tamtym okresie rządziła krajem.
Na początku myślałam, że film bardziej mnie rozczaruje, ale nie, oglądało mi się go bardzo dobrze. Pomimo ograniczonej przestrzeni czasowej bardzo treściwie przedstawia historię małej Sary, chociaż jest w niej wiele rozbieżności. Mam tu na myśli początek, gdzie wskazany jest rok rozpoczęcia akcji (w książce nie ma nic na ten temat, ale jak dla mnie tutaj reżyser podziałał na korzyść) oraz koniec, który jest dużo bardziej optymistyczny. Mimo tego można bez problemu odnaleźć ważniejsze wątki zaczerpnięte z książki.
Postać Sary tradycyjnie mnie zachwyciła. Duża w tym zasługa Shirley Temple, wcielającą się w tą osobę. Jej urok i wdzięk sprawiają, że nie sposób jej nie lubić. Dziewczynka przez lata uczyła się w szkole tańca, co można było wykorzystać w filmie chociażby w taki sposób:
Ekranizacja jak najbardziej mi się podobała i nie żałuję czasu poświęconego na jej obejrzenie. Myślę, że w miarę ciekawie i przejrzyście przedstawia problematykę książki. Kilka scen wywołało u mnie szerszy uśmiech, co nie zawsze jest u mnie oczywiste. Chciałabym jeszcze obejrzeć, w wolnej chwili, inne adaptacje, aby zobaczyć, jak inni reżyserzy poradzili sobie z tym tematem w późniejszych latach.

czwartek, 25 kwietnia 2024

1921. Pierwsze razy nie muszą być trudne

W tym roku formacyjnym w Duszpasterstwie Akademickim zorganizowano po raz pierwszy "Dzień rodziny". Jego podstawowym założeniem było pokazanie naszym bliskim w jaki sposób formujemy się w ramach duszpasterstwa, co w nim robimy oraz wzajemne poznanie się. To znaczy bardziej poznawali się nasi rodzice, dziadkowie, czy też rodzeństwo, niż my sami. Jako termin wybrano trzecią niedzielę po Wielkanocy, znaną też jako Niedziela Dobrego Pasterza.
Dzień rozpoczął się od uroczystej Mszy Świętej sprawowanej w ciasnej, bądź co bądź, kaplicy mieszczącej się na Wydziale Teologicznym UŚ-iu. Tym razem jednak mieliśmy cały dolny hol dla siebie i część z nas, zwłaszcza studentów, pozostała na zewnątrz, gdzie też były wystawione krzesła. Głównym celebransem liturgii był nasz duszpasterz, ksiądz Krzysztof, i to on skierował do nas słowa kazania, w którym nawiązał do obchodzonej Niedzieli Dobrego Pasterza i do tego, że określenie to może być stosowane nie tylko w stosunku do księży, ale i rodziców. Bo przecież: "Ilu jest takich rodziców, którzy nigdzie w swoim życiu nie byli, aby ich dzieci mogły być wszędzie? Ilu jest rodziców, także w tym duszpasterstwie, którzy nie skończyli studiów, bo całe życie pracowali, żeby ich dzieci mogły studiować? Ilu wreszcie jest takich, którzy nic swojego nie mają, po to, aby ich dzieci mogły mieć wszystko? To jest obraz Dobrego Pasterza, który w dzisiejszej Ewangelii pokazuje nam Pan Jezus."*.
Po Mszy przyszła pora na tradycyjne już zdjęcie wszystkich jej uczestników, które pokazywało jak wielu z nas tego dnia przybyło na spotkanie.
Nie wszyscy jednak mogli zostać na jego dalszej części. Po Mszy ci, którzy zostali udali się do wydziałowej stołówki, która właściwie działa na nowo dopiero od grudnia ubiegłego roku, gdzie czekał na nas ciepły bogracz. Był to też znakomity moment do tego, abyśmy mogli bliżej się poznać rodzinami, bo nie od dzisiaj wiadomo, że najlepiej rozmawia się przy stole. Bardzo szybko się okazało, że jestem "tą Karoliną", o której ksiądz Krzysztof bardzo często opowiada swojej mamie. Ona sama zaś chciała mnie poznać osobiście, co jeszcze bardziej mnie ucieszyło, chociaż nie uważam, abym zbytnio odstawała od innych, nawet w górę. Zawsze uważałam się za taką samą osobą jak inni. Sam ksiądz Krzysztof też z chęcią poznał moich rodziców, podkreślając moje zaangażowanie w życie duszpasterstwa. No i zachwalał mój wielkanocny mazurek nie do końca wierząc w to, że właściwie był to mój debiut w tej dziedzinie.
A tak owy słynny mazurek a'la Lolek prezentował się na stole podczas spotkania wielkanocnego
I znowu pomyślałam sobie, że w zasadzie daję z siebie tyle, ile mogę. Nie mnie jednak oceniać, czy to jest dużo, czy też mało. Ale z tego, że mazurek cieszył się tak dużym powodzeniem i uznaniem to raduję się do dzisiaj. Chyba to nie jest zbyt dużym grzechem.
Po posileniu się wszyscy przeszliśmy do sali im. Franciszka Blachnickiego znajdującej się w siedzibie redakcji "Gościa Niedzielnego", tej samej, w której mieliśmy śniadanie wielkanocne. Tam była część spotkania poświęcona przedstawieniu naszym rodzinom działalności duszpasterstwa oraz dalszym rozmowom, tym razem przy wypiekach i ciepłych oraz zimnych napojach. Główni moderatorzy poszczególnych grup przybliżali nam ich działalność i założenia. Przedstawiono też ogólne akcje realizowane przez duszpasterstwo, takie jak np. rekolekcje (także wyjazdowe), poranne roraty w adwencie, Ekstremalna Droga Krzyżowa, spotkania z ciekawymi ludźmi, bal karnawałowy, czy też "Magnifikat", czyli podziękowanie za cały rok formacyjny. O wielu z nich mogliście przeczytać na łamach tego bloga.
Czas szybko mijał, jak to zazwyczaj bywa w dobrej, rodzinnej atmosferze. I pewnie siedzielibyśmy z rodzicami jeszcze dłużej, gdybym nie zamierzała wziąć udziału w mojej - nie-mojej parafii, w której po raz pierwszy (kolejna pierwsza rzecz w tym samym dniu) organizowane było nabożeństwo Drogi Światła (Via Lucis). Jest ono znane od kilka wieków, chociaż mało rozpowszechnione. Umożliwia ono wiernym głębsze przeżycie radości płynącej ze zmartwychwstania Pańskiego.
Rozważanie poszczególnych stacji, których zazwyczaj jest czternaście, pozwala na zastanowienie się nad kluczowymi momentami, które nastąpiły po zmartwychwstaniu Jezusa, zaczynając od spotkania zmartwychwstałego z Marią Magdaleną, poprzez spotkanie z uczniami idącymi do Emaus, aż po moment zesłania Ducha Świętego na Apostołów.
Nabożeństwo to szczególnie obfituje w symbolikę. Jego główny element, światło, jest odniesieniem do Zmartwychwstałego Jezusa, czyli "światłości świata". Poprzez przejście od ciemności do światła wierni są zaproszeni do refleksji nad własnym życiem w świetle zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią. To przesłanie niesie za sobą nadzieję i zachętę do przemiany życia w zgodzie z wartościami zawartymi w Ewangelii. "Droga Światła" pomaga też wiernym dostrzec obecność Zmartwychwstałego w życiu codziennym, uczy zaufania do Boga oraz otwiera na działanie Ducha Świętego. Jest też przypomnieniem, że każdy chrześcijanin został powołany do bycia świadkiem zmartwychwstałego Chrystusa w świecie.

* Fragment kazania wygłoszonego przez księdza Krzysztofa

środa, 24 kwietnia 2024

1920. Habemus episcopum

Przyszło mi żyć w niezwykle młodej diecezji (liczy sobie zaledwie 20 lat), ale też chyba jednej z "trudniejszych" w naszym kraju. Chyba jesteśmy jedną z nielicznych, którym Stolica Apostolska rozwiązała seminarium duchowne. I to nie ze względu na brak chętnych. Tak naprawdę nie zdarza się często, aby coś takiego miało miejsce, więc sprawa była grubszego rzędu. A ostatni rok był szczególnie ciężki pod różnymi względami. Myślę, że chyba wszyscy słyszeli o księdzu, który zabił kleryka, a potem sam rzucił się pod pociąg, albo o księdzu, który urządził sobie dosyć oryginalną imprezę. Co do tego drugiego, to wielu osobom muszę się tłumaczyć, że to nie w mojej parafii miało miejsce, mimo że bazylikę mam za oknem. Ale granica granic parafii przebiega przez główną ulicę tej części miasta, a ja mieszkam po jej drugiej stronie.
Ludzie twierdzą, że kiedyś takich skandali nie było. Ja jednak nie oceniałabym tego w ten sposób. Owszem, nie słyszało się o tego typu rzeczach (dobrze, nie wypowiadam się odnośnie całego okresu urzędowania księdza bp. Adama Śmigielskiego, którego bardzo lubiłam, a na ostatnie 3-4 lata, kiedy człowiek był już w miarę świadomym pewnych sytuacji), ale nie ukrywajmy, w pierwszej dekadzie lat 2000 świat mediów, zwłaszcza internetowych, nie był jeszcze tak rozbudowany. Informacje nie trafiały tak szybko jak teraz na strony internetowe, o facebooku nikt nawet nie słyszał. Oczywiście newsy pojawiały się stosunkowo szybko (na myśli mam tutaj katastrofę w kopalni "Halemba" w 2006 roku, gdzie informacja o tym pojawiła się dosłownie na minutach na stronie onetu), ale też nie były pisanie w "sensacyjny" sposób, ale raczej zrównoważonym tonem. Wiele spraw mogło więc nie wyjść na światło dzienne. Inna sprawa, że biskup Śmigielski był bardziej nastawiony na pracę z ludźmi, i być może "zwalczał" wszystko już w zarodku. Co zrobiłby w wymienionych na początku sytuacjach, z którymi nie miał raczej do czynienia, nie wiem i nigdy się nie dowiem. Przy okazji chciałabym się podzielić z Wami wypowiedzią arcybiskupa katowickiego Adriana Galbasa, w którym podkreślił to, co i mnie głęboko leży na sercu - że wszelkich grzechów należy przede wszystkim upatrywać w ludziach, a nie w instytucjach.
Wraz z ostatnim skandalem, dotyczącym owej imprezy z udziałem księdza, ówczesny biskup diecezji sosnowieckiej, Grzegorz Kaszak, złożył rezygnację ze sprawowanego przez siebie urzędu. Właściwie to nie wiem, czy to była jego własna decyzja, czy go do tego "przymuszono". Jakiekolwiek nie byłyby to powody - postąpił w oczach wiernych raczej uczciwie. Skoro nie radził sobie z opanowaniem tego wszystkiego, to najlepszą opcją było złożenie rezygnacji z pełnionej funkcji. Wszystko to działo się w wielkiej tajemnicy, prawdopodobnie wszystko już było w biurach watykańskich, kiedy u nas wierni (i nie tylko) komentowali, że znowu rozejdzie się to po kościach. A tymczasem i biskup zrezygnował ze swojej funkcji, i ksiądz, który zorganizował tą dziwą imprezę, został skazany na karę więzienia (a jeszcze czeka go proces w sądzie diecezjalnym).
W związku z tym Stolica Apostolska wyznaczyła tymczasowego administratora naszej diecezji, która z dnia na dzień została bez duszpasterza. Co prawda jest w niej dwóch biskupów-emerytów (w tym wspomniany biskup Grzegorz Kaszak), ale widać ich uprawnienia nie są wystarczające, aby rządzić diecezją. Biskupem tymczasowym został aktualny arcybiskup archidiecezji katowickiej - ksiądz Adrian Galbas.
Trochę zaskoczyło mnie pytanie dziewczyny z teologii, dlaczego nie wyznaczono na niego arcybiskupa archidiecezji częstochowskiej, pod którą podlega diecezja sosnowiecka. W zasadzie byłoby to logiczne, ale podejrzewam, że zdecydowały tutaj względy praktyczne - Sosnowiec sąsiaduje z Katowicami, a więc arcybiskup Galbas mógł w miarę szybko przemieścić się z jednego miejsca w drugie. Arcybiskupowi Depo zajęłoby to dużo więcej czasu (mniej więcej godzinę).
Jednak logiczne było, że arcybiskup Adrian Galbas nie będzie mógł administrować naszą diecezją bez końca i wielu z nas wyczekiwało wiadomości odnośnie wyboru nowego jej Pasterza. Szczerze powiedziawszy, to myślałam, że pójdzie to szybciej. Pamiętam, że po śmierci biskupa Śmigielskiego na początku października 2008 roku, dane nowego biskupa poznaliśmy na początku lutego 2009 roku, a więc po jakichś 4 miesiącach. Tymczasem teraz dochodził już 6 miesiąc tej specyficznej sytuacji i nic. To prawda, że biskup musi spełniać pewne formalne wymagania zapisane w Kodeksie Prawa Kanonicznego i znalezienie odpowiedniej osoby nie jest taką oczywistą rzeczą. Inna sprawa, że chodziły pogłoski, że nikt z duchownych, którym dotychczas to proponowano, nie chciał się zgodzić nad objęcie diecezji we władanie. Nawet rozmawiałam tak o tym mimochodem z Księdzem niosącym światło, który zwrócił uwagę na to, że może warto by wydrukować jakieś w miarę ładne obrazki z modlitwą o wybór dobrego Pasterza (w zasadzie to wyszło od tego, że w kościele jest zbyt dużo kiczu, a już obrazki kolędowe biją tu wszystko na głowę).
I nagle wczoraj pojawiła się w mediach informacja, że papież wskazał jako nowego biskupa naszej diecezji dotychczasowego biskupa diecezji tarnowskiej - dra Artura Ważnego. Nazwisko dosyć ciekawe, mam nadzieję, że z jednej strony będzie zawierał głos w ważnych dla diecezji sprawach, ale też nie będzie sam uważał się za najważniejszą w niej osobę (chociaż niejako taką będzie). Samego biskupa nie znam, nawet nie wiedziałam, że ktoś taki jest. Ale może to i dobrze, przychodzi do mnie z czystą, niezapisaną kartą, swoistą "tabula rasą". Dzięki temu nie mam do niego żadnych uprzedzeń, i tylko od niego zależy, w jaki sposób ta karta zostanie zapisana.

A więc uroczyście oznajmiam - tym razem nie słynne "Habemus papam", a "Habemus episcopum" (mamy biskupa): Artura Ważnego

niedziela, 21 kwietnia 2024

1919. Pastuch, pasterz, pastuszek

W odległości ok. 2 kilometrów od Betlejem znajduje się tzw. Pole Pasterzy. To na nim pasterze mieli wypasać swoje stada owiec w momencie, kiedy ukazał im się Anioł i oznajmił, że w mieście dawidowym narodził się Mesjasz Pan. Można więc powiedzieć, że Jezus bezpośrednio miał z nimi styczność już od samego narodzenia. Sam o sobie mówił, że jest jak Dobry Pasterz - on zna swoje owce, a owce znają jego głos. I to określenie pozostało po dzień dzisiejszy. Ciekawostką jest też to, że jednym z najstarszych wizerunków Jezusa w rzymskich katakumbach jest ten, który przedstawia go z owieczką na ramionach.
Księża, którzy są niejako następcami Chrystusa na Ziemi powinni być takimi dobrymi pasterzami dla powierzonego im ludu. Ale co to tak właściwie oznacza "być Dobrym Pasterzem"? Odpowiadający temu fragment Ewangelii wg św. Jana jest dosyć zawiły. Nie ogranicza się on do przywołanego wcześniej stwierdzenia: "ja znam owce moje, a one znają mój głos". W dalszej bowiem części jest zaznaczone, co się dzieje, kiedy pasterz jest zły - przychodzi wtedy bez problemu wilk, który zabiera niedostatecznie strzeżone owce. Osobiście w owym wilku widzę analogię do wszelkich zagrożeń dla wiary, które co prawda zmieniały się na przestrzeni wieków, ale przecież zawsze były. Jeżeli wierni nie mieli odpowiedniego oparcia w duszpasterzach, bez problemu ulegali pokusom, oddalając się od wiary. Tak było 2000 lat temu, tak jest i dzisiaj. Dlatego tak ważne jest, aby księża byli nie tylko pasterzami, ale "Dobrymi Pasterzami".
Zastanawiając się nad tym, jaki powinien być współczesny Dobry Pasterz automatycznie moje myśli zostały skierowane w stronę pięknego kazania, jakie Ksiądz, który będzie błogosławionym wygłosił dwa lata temu podczas naszej wizyty studyjnej do Ziemi Świętej na wspomnianym na początku wpisu Polu Pasterzy. Wśród nas sporą grupę stanowili klerycy katowickiego seminarium, którzy studiują na naszym wydziale teologię. Dlatego tamto kazanie zostało skierowane w dużej mierze w ich stronę, a dotyczyło tego, w jaki sposób być dobrym pasterzem. Ksiądz, który będzie błogosławionym wskazał wtedy dwie kategorie księży: pastuchów i pasterzy. Dokładnie nie pamiętam całej treści kazania, wiem jednak mniej więcej wiem, jak opiekun naszej grupy podszedł do każdej z tych kategorii, oparłam się też w opisie o własne doświadczenia i spostrzeżenia. Dodatkowo wyłoniłam jeszcze jedną grupę, a może lepiej by było powiedzieć podgrupę księży - to pastuszkowie. I chociaż znam może z 3 tego typu księży, to pisało mi się o nich chyba najlepiej. Myślę, że te opisy w miarę dobrze obrazują, jacy księża są dobrymi pasterzami, a jacy niezbyt (chociaż mi to wyszło w odwrotnej kolejności).
Wspomniana Msza święta na Polu Pasterzy
Pierwszą grupą księży wyróżnioną przez księdza będącego błogosławionym są pastuchy. Brrr... nie wiem jak Wam, ale mnie już na sam dźwięk tego słowa cierpnie skóra. I sama postawa pastuchów jest odpychająca. Pastuchy stawiają dobro własne ponad dobro wspólnoty. Często wręcz ma ją gdzieś. Pastuchy myślą, że wszystko wiedzą najlepiej, że są nieomylni. Nie chcą przez to słuchać zdania, czy też tłumaczeń innych. Idą w zaparte, że nie potrzebują pomocy innych, albo że potrzebują ich w znikomym stopniu. Ten typ księży bardzo często tłumią albo ograniczają inicjatywy wychodzących od wiernych, nawet w przypadku, kiedy przez lata się one sprawdzały. Mają ciężkie uosobienie, rozmowa z nimi jest bardzo utrudniona, ponieważ bardziej są nastawieni na mówienie i moralizowanie, niż na słuchanie, zraża przez to wiernych nie tylko do siebie, ale i do całego Kościoła. To głównie przez takie osoby ludzie mają negatywne zdanie o religii i nastawienie do niej. Potrafią też osądzać innych wedle swoich własnych kryteriów. Często rozbijają swoim zachowaniem różne wspólnoty, które budowane były przez ich poprzedników.
Zupełnym ich przeciwieństwem są pasterze. Pasterze stawiają dobro wiernych ponad swoje własne. W miarę możliwości starają się poznać jak największą liczbę wiernych, wraz z ich mocnymi stronami i zasobami. Dotyczy to w szczególności kapłanów, którzy są odpowiedzialni za jakąś wspólnotę. Ich zmysł organizacyjny oraz samo pozytywne nastawienie z łatwością przyciągają do niej kolejnych członków. Księża tego rodzaju dbają o duchowy rozwój wiernych, chociażby poprzez ciekawe, pełne przykładów kazania (a nie żywcem ściągnięte z internetu). Pasterze starają się być w jak największym stopniu dla drugiego człowieka, także tego będącego w potrzebie. Nie dzielą ich na lepszych i gorszych, a w każdym widzą po prostu człowieka, któremu trzeba pomóc, czy duchowo, czy materialnie. W tym ostatnim niekoniecznie musi chodzić o dawanie "jałmużny", czasami wystarczy pokierować wiernego w odpowiednie miejsce, gdzie znajdzie się konkretną pomoc. To księża, którzy przybliżają do Boga, żyjąc Ewangelią i dając przykład jej wypełniania w życiu. Podczas spowiedzi bardziej radzą i tłumaczą niż osądzają. Można z nimi porozmawiać też na tematy związane z wiarą, które z chęcią podejmują. Nie boją się też trudnych pytań, nawet jeżeli nie potrafią na nie od razu odpowiedzieć.
Osobiście wyróżniłabym jeszcze jedną grupę księży, bardzo rzadko przeze mnie spotykaną, ale istniejącą. To pastuszki. Kim są pastuszki? Mają wszystkie cechy pasterzy. A dodatkowo są tak skromni i pokorni w swojej posłudze, że aż człowieka dziw bierze, że tak można. Pastuszek zniża się do poziomu wiernych i identyfikuje się z nimi w niedoskonałościach. Nie krzyczy: "jesteście tacy i tacy", a mówi z swoistą troską oraz szczerością w głosie: "jesteśmy". To ksiądz przyznający się do swojej grzesznej natury mówiąc, że on też korzysta z sakramentu pokuty i pojednania. Który zdaje sobie sprawę, że nie jest idealny, że zdarza mu się popełniać grzechy, a nawet, że ma chwile zwątpienia. Każdy wierny jest dla pastuszka ważny, co podkreśla najprostszymi zwrotami, takimi jak np. "moi drodzy". Inicjuje różne wydarzenia, pozostając jednak w cieniu innych. Jest pracowity, a zarazem uważa, że nie robi nic wielkiego. Pastuszek sam w sobie wzbudza sympatię, swoją naturalnością, prostotą, ciepłem bijącym z jego wnętrza.

A teraz zastanówcie się i sami sobie odpowiedzcie, których z powyższych księży chcielibyście spotkać na swojej drodze i dlaczego? A także których spotykacie i jak oni na Was wpływają. Wspaniale by było gdyby obie odpowiedzi się pokrywały. Ale nie zawsze tak jest. Dlatego życzę tym z Was, którzy wierzą, aby na swojej drodze wiary spotykali jak najwięcej pasterzy (a może i pastuszków), a jak najmniej pastuchów.

sobota, 20 kwietnia 2024

1918. Tulipanowy zawrót głowy

Kolejny rok (przynajmniej trzeci) z rzędu w klombach na katowickim rynku głównym posiano różne rodzaje tulipanów. Zawsze lubiłam otaczać się w jakiś sposób przyrodą, nawet jeżeli ona nie do końca mi sprzyja (mam tutaj na myśli na przykład wiosenną alergię, która mi towarzyszy od lat). Przez jakiś czas nawet uprawiałam miniogródek, niestety pomysłowość hodowanych na naszym osiedlu (albo i nie, ale tego przecież nie zweryfikuję) psów skutecznie mnie do tego zniechęciła. No nic, może jeszcze kiedyś do tego wrócę. 
Na razie z radością i zachwytem podziwiam to, co rośnie w klombach na rynku. Nie jest to trudne, zważając na to, że praktycznie codziennie przez niego przechodzę zmierzając na wydział lub do pracy. Owszem, mogłabym podjeżdżać tramwajem, ale zawsze lubiłam chodzić i tak mi zostało. Zresztą nie mam znowu tak daleko i na jedno i na drugie, więc spokojnie jestem w stanie przemierzyć tą trasę na nogach. Dzięki temu jestem w stanie jeszcze lepiej dostrzec zmiany, jakie zaszły w stolicy województwa śląskiego na przestrzeni lat. Pamiętam jeszcze czasy sprzed np. dekady, kiedy była tam tzw. betonoza, czyli o takiej różnorodności barw można było tylko pomarzyć. Co ja mówię o kolorach, tam nawet o zieleń było trudno. A teraz to aż chce się tamtędy przechodzić.
Nawet nie wiecie jak bardzo się cieszę tym, że w środku miasta znalazło się miejsce na taką inicjatywę. Zdecydowanie lepiej to wygląda niż zabetonowany świat. Jestem też pod wrażeniem różnorodności barw tulipanów, jakie zakwitły na klombach. Niektórych z nich ani wcześniej nie widziałam, ani nawet nie spodziewałam się, że mogą takie być. I to jest dla mnie w przyrodzie najpiękniejsze - że nigdy nie przestaje mnie zadziwiać, a zarazem zdumiewać. Tak sobie też myślę, że można to robić nawet bez prywatnego ogródka przy domu. Piękno można dostrzec wszędzie, nawet w środku dużego, przemysłowego miasta.
To miejsce jest dla mnie odpoczynkiem i wytchnieniem także w cięższe dni, takie jak mam teraz. Bo nawet kiedy nachodzą mnie ciemne, negatywne myśli to wystarczy że popatrzę na tą tęczę barw i już sobie myślę, że może wszystko będzie dobrze. Bo skoro natura obdarza nas takim pięknem, to nie można myśleć inaczej.

piątek, 19 kwietnia 2024

1917. Bitwa bez szans na wygraną

Kwiecień jest tym miesiącem, które obfituje dla mnie w rocznice mniej lub bardziej ważnych wydarzeń, które po prostu mnie interesują. To między innymi kolejne wspomnienia śmierci papieża Jana Pawła II, rocznice katastrofy smoleńskiej, zatonięcia transatlantyku "Titanic", czy w końcu rocznica wybuchu równie dramatycznego powstania w getcie warszawskim. Jak widzicie, tematyka jest od przysłowiowego Sasa do lasa, ale mi to nie przeszkadza, a nawet sprawia, że mam masę powodów do szukania coraz to nowszych informacji na ten temat, a przez to poszerzać swoją wiedzę. Nie jest łatwe znalezienie na to czasu, ale z drugiej strony w życiu, a zwłaszcza w codzienności, tej zabieganej codzienności, warto na chwilę przystanąć i znaleźć czas tylko na siebie i rozwijanie swoich pasji i zainteresowań.
Dzisiaj chcę się z Wami podzielić dość ciekawym, jak dla mnie, artykułem na temat, a jakże by inaczej, powstania w getcie warszawskim. Temat dosyć ciekawy, ale i trudny, ze względu na ogólny stosunek Polaków i świata do tego, co działo się za murem getta. Ale może dlatego tak mnie to wszystko, co działo się w tamtym okresie w getcie. Tym bardziej, że co rusz odkrywam kolejne ciekawostki pomagające mi odkryć na nowo sens tego powstania. Nawet, jeżeli na pierwszy rzut oka wydaje się ono bezsensowne.

"Getto się pali, Warszawa krztusi się dymem". Powstanie widziane z obu stron muru

Los getta był właściwie przesądzony. Gdy Niemcy i kolaboracyjne oddziały wkroczyły za mur, podziemne organizacje żydowskie ruszyły do boju. Rozpoczęło się powstanie. W kolejnych dniach dzielnica żydowska była burzona i palona, a ludzie ukrywali się po piwnicach. Nad Warszawą unosiły się kłęby dymu. Po drugiej stronie muru konanie getta obserwują na ulicach Polacy. Jednym z symboli tamtego czasu stała się karuzela. Do dziś nie ma pewności, jak z nią było naprawdę. 
Powstanie w getcie warszawskim. Dymy pożarów widziane z ulicy Wolskiej (autor nieznany, 1943, domena publiczna)
  • Ciągle słychać strzały. I te buty ciężkie Niemców. Słyszymy, jak chodzą i krzyczą: >>Raus! Raus! Raus!<<. Cały dzień" - wspomina po latach Halina Aszkenazy - Engelhardty.
  • W getcie walczą przede wszystkim ŻOB (Żydowska Organizacja Bojowa) i ŻZW (Żydowski Związek Wojskowy). Ta druga organizacja wzięła udział w największej bitwie powstania. Później jej rola przez lata była umniejszana i zapomniana.
  • Polska radiostacja nadawała na Zachód depesze o sytuacji Żydów, ale świat pozostawał obojętny na powstanie w getcie warszawskim. Jeden z emigracyjnych działaczy odebrał sobie życie, by w ten sposób zwrócić uwagę na tą tragedię.
  • Warszawiacy przyglądali się płonącej dzielnicy. Relacje świadków mówiły o podziwie i uznaniu dla postawy Żydów, ale pojawiają się też antysemickie wątki.
  • Czy pod murem płonącego getta działała karuzela pełna bawiących się, roześmianych ludzi? Tak zapamiętuje to Czesław Miłosz. Na ten temat pojawiają się różne opinie.
Niedziela Palmowa 1943 r. W Warszawie koncentrują się oddziały niemieckiej policji pomocniczej złożonej z Litwinów, Łotyszy oraz Ukraińców. Po mieście chodzą pogłoski o kolejnej planowanej przez Niemców akcji w getcie. Plotki te docierają do jego mieszkańców. Samo getto funkcjonuje już tylko w szczątkowej formie. Większość jego mieszkańców została wywieziona do obozów we wrześniu 1942 i w styczniu 1943 roku. Na terenie getta pozostało kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy zaczynają podejrzewać, że zbliża się ostateczny koniec tej wybudowanej w 1940 roku zamkniętej dzielnicy żydowskiej.

Lecą granaty i butelki z benzyną. Początek powstania w getcie
Nocą nikt nie spał. Członkowie Żydowskiej Organizacji Bojowej pełnili straż i obserwowali ruchy wroga. Cywile ukrywali się w piwnicach i w bunkrach. Mieszkania pustoszały. Przed świtem w Wielki Poniedziałek nadeszły pierwsze pewne meldunki od obserwatorów: Niemcy i formacje kolaboracyjne otaczają getto kordonem. W tej sytuacji pozostające w gotowości oddziały Żydowskiej Organizacji Bojowej zajęły umocnione punkty na kilku ulicach.
19 kwietnia 1943 roku o godzinie 6 rano około tysiąc uzbrojonych żołnierzy Waffen SS przekroczyło mur i weszło na wymarłe ulice dzielnicy żydowskiej, m.in. od strony ulicy Nalewki. Bojownicy ŻOB "witają" ich obrzucając granatami i butelkami z benzyną. Zginęło kilkunastu Niemców, podpalono czołg, a w konsekwencji wojsko się wycofuje z zamkniętego terenu. Na tym jednak powstanie się nie skończyło, a wręcz przeciwnie - to dopiero był jego początek.
Jedno z najsłynniejszych zdjęć z powstania. Niemieccy żołnierze wypędzają cywilów z kamienicy. Z prawej Josef Blosche, znany zbrodniarz z getta (fotografia z Raportu Stroopa / Domena publiczna)
Ku zaskoczeniu wszystkich Niemcy wrócili zaledwie po kilku godzinach. Ustawione po aryjskiej stronie działa rozpoczęły ostrzał getta. Pomimo oporu żydowskich powstańców, wróg wszedł za mur i zdobył fragment terenu. Bojownicy wycofali się z dachów i mieszkań do piwnic i podziemi. Niemcy zaczęli akcję zatapiania kanałów, aby nie schronili się w nich walczący.
"Ciągle słychać strzały. I te buty ciężkie Niemców. Słyszymy, jak chodzą i krzyczą: >>Raus! Raus! Raus!<<. Żeby wyjść. Wiedzieli, że ludzie się chowają. Ale my siedzimy cicho i nic, nie wychodzimy. Cały dzień tak. Wieczorem cisza. Można wyjść. Wracamy do swojego mieszkania, żeby się położyć" - w ten sposób wspomina dzisiaj pierwszy dzień powstania Hanna Aszkenazy-Egnelhardt.

Największa bitwa powstania w getcie warszawskim
Po południu pierwszego dnia walk atak na mur getta przy ul. Bonifraterskiej przypuścił oddział saperski AK pod dowództwem kpt. Józefa Pszennego pseud. "Chwacki". Polacy w ramach umówionej współpracy z ŻOB mają wysadzić fragment muru. Doszło do walki z Niemcami, jednak oddział musi się w końcu wycofać. Ataki innych grup AK powtarzały się w kolejnych dniach, niestety były nieskuteczne. Akcje na mniejszą skalę przeprowadzali też komuniści z Gwardii Ludowej.
Powstanie w getcie. Cywile schwytani przez niemieckich żołnierzy (fotografia z Raportu Stroopa / Domena publiczna)
"Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że wszystkie te akty odwagi dyktowane odruchem współczucia nie mogły w istotny sposób zmienić losów getta" - przyzna po latach Marek Edelman, jeden z przywódców ŻOB. W tej walce nie chodziło o realne zwycięstwo - opór miał być jedynie symbolem i zemstą za lata prześladowań.
W tym samym czasie na placu Muranowskim toczyła się największa bitwa powstania w getcie. Naprzeciw hitlerowców stanęli żołnierze Żydowskiego Związku Wojskowego - drugiej pod względem liczebności organizacji powstańczej. Na jednej z kamienic powiewają dwie flagi - biało-czerwona (polska) i biało - niebieska (żydowska). Powstańcy w oknach otworzyli ogień z karabinów, ale Niemcy nie pozostawali im dłużni. Bitwa trwała kilka dni. W jej trakcie ŻZW stosowała pewne podstępy - ktoś przebrany w mundur SS miał z zaskoczenia wziąć wrogi oddział, który został z powodzeniem ostrzelany. W końcu jednak powstańcy wycofali się.
Hitlerowcy obserwują płonącą dzielnicę. Pierwszy z prawej Josef Blosche (fotografia z Raportu Stroopa / Domena publiczna)
Zażarta walka w getcie trwała jeszcze przez kilka kolejnych dni, a nad Warszawą zaczął unosić się gęsty dym z palonej przez Niemców dzielnicy. Hitlerowcy posuwali się coraz dalej, atakując bunkry, w których ukrywali się ludzie i poszukując kolejnych. Podpalali domy miotaczami płomieni, a latające nad gettem samoloty zrzucały na nie bomby.
Powstańcy z ŻOB trwają na kilku umocnionych pozycjach. Za dnia ulice getta były puste, nie licząc Niemców. Do walk z reguły dochodziło po zmroku, gdy żydowskie patrole wychodziły z bunkrów. Której ze stron udało się jako pierwszej zdobyć broń i rozpocząć ostrzał, ta najczęściej wygrywała starcie.

Tragedia przy Miłej
Sytuacja mieszkańców getta z każdym dniem stawała się coraz bardziej dramatyczna. Brakowało dosłownie wszystkiego zaczynając od broni i amunicji, a kończąc na pożywieniu. Kamienice stawały w ogniu, albo zostały zniszczone na skutek ostrzału i bombardowań. Ludzie przesiadywali w kryjówkach, czekając na śmierć, albo wykrycie przez oddziały tłumiące zryw w getcie. Powstańcy z ŻZW, a później i z ŻOB, w grupach starali się wycofać na aryjską stronę.
Tłumienie powstania w getcie. Niemcy wyciągają z bunkra żydowskiego powstańca (United States Holocaust Memorial Museum / Domena publiczna)
Większość członków ŻZW, w tym jego przywódcy - Paweł Frenkel i Leon Rodal, ginie albo jeszcze w getcie, albo poza nim w wyniku obław lub przypadkowych starć z Niemcami. Rodal, po opuszczeniu getta, z mieszkania znajdującego się w pobliżu, zorganizował wraz ze swoją grupą wypady do żydowskiej dzielnicy po to, aby ratować cywilów. Zostaje jednak zabity podczas jednego z nich.
8 maja w znajdującym się przy ul. Miłej 18 życie odebrał sobie dowódca ŻOB - Mordechaj Anielewicz wraz z ponad setką towarzyszy broni. Jednak niektórym członkom sztabu organizacji udaje się przedostać kanałami za mur. Anielewicz wywodzący się z prawicy ŻZW przez lata zostaje zapomniany. Wszystko dlatego, że śmierć ponieśli niemal wszyscy powstańcy przynależący do organizacji oraz niechęć wobec nich ze strony ocalałych członków lewicowej ŻOB.
Radiostacja Komendy Głównej AK i Delegatury Rządu nadawała depesze o sytuacji w mieście, jednak świat zdawał się być obojętny wobec hitlerowskich zbrodni. 12 maja działacz Bundu, były radny Warszawy i działacz emigracyjnej Rady Narodowej, Szmul Zygielbojm odebrał sobie życie w Londynie. Miał to być tragiczny protest przeciwko bierności Zachodu wobec Zagłady.
"(...) Może śmiercią swą przyczynię się do wyrwania z obojętności tych, którzy mogą i powinni działać, by teraz jeszcze, w ostatniej bodaj chwili, uratować od niechybnej zagłady tą garstkę Żydów Polskich, jaka jeszcze żyje" - napisał w ostatnim liście.

Warszawa patrzy na getto
Znad sporego fragmentu okupowanej stolicy przez prawie miesiąc unosiły się kłęby dymu, ale po drugiej stronie muru życie toczyło się dalej dotychczasowym rytmem. Strażacy pilnowali, aby ogień z pożarów nie rozprzestrzenił się na inne części miasta. Warszawiacy z otaczających getto ulic codziennie obserwowali ból i agonię Żydów. Ale jak na nie reagowali?
Niemcy przeczesują dzielnicę żydowską (fotografia z Raportu Stroopa / Domena publiczna)
"W całym mieście silne podniecenie. Ludność Warszawy śledzi walkę z podziwem i wyraźną życzliwością dla walczącego getta" - przekazywali w jednym z podziemnych radiotelegramów Adolf Berman i Leon Feiner. W innej wiadomości wysłanej na Zachód podali: "Postawa obrońców budzi wśród ludności kraju podziw, wśród Niemców - zawstydzenie i wściekłość".
Przebywający po aryjskiej stronie Ignacy Samsonowicz zanotował: "Reakcja ludności polskiej na rozgrywające się wypadki nie jest jednolita. Drobnomieszczaństwo i lumpenproletariat zatrute propagandą oenerowsko - hitlerowską odnoszą się obojętnie, a nawet z kpinami do tragedii żydowskiej. Organizacje niepodległościowe pragnęłyby przyjść z pomocą oblężonym, niestety nie jest to jednak obecnie możliwe. PPR, jak zwykle, zachęca naród polski do ogólnego powstania, obiecując pomoc czerwonej armii".
Tłum po aryjskiej stronie patrzy na płonące getto (Domena publiczna)
Karuzela pod murem
Spory o postawę Polaków podgrzał Czesław Miłosz swoim wierszem "Campo di Fiori". Przedstawił w nim sytuację, jaką miał zaobserwować w Wielkanoc 1943 r. przez okno w tramwaju. Miłosz zapamiętał karuzelę na placu Krasińskich, na której beztrosko bawili się dzieci i dorośli. A nieopodal, tuż za murem, ludzie ginęli od strzałów i ognia. Poeta tak to opisał: 
"(...) W Warszawie przy karuzeli, 
W pogodny wieczór wiosenny, 
Przy dźwiękach skocznej muzyki. 
Salwy za murem getta 
Głuszyła skoczna melodia 
I wzlatywały pary 
Wysoko w pogodne niebo (...) 
Czasami wiatr z domów płonących 
Przynosił czarne latawce, 
Łapali skrawki w powietrzu 
Jadący na karuzeli. 
Rozwiewał suknie dziewczynom 
Ten wiatr od domów płonących, 
Śmiały się tłumy wesołe 
W czas pięknej warszawskiej niedzieli.
Jest to temat, który po dziś wzbudza wiele kontrowersji. Czy poeta rzeczywiście widział działającą karuzelę z bawiącymi się na niej ludźmi w momencie, kiedy tuż obok rozgrywał się dramat powstania? W "Tygodniku Powszechnym" Miłosz dopełnił jeszcze ten obraz: "Tramwaj na dość długo zatrzymywał się przy placu Krasińskich i widziałem kręcącą się karuzelę łańcuchową i wzlatujące na niej pary. Słyszałem też komentarze do tego, co działo się za murem getta, w rodzaju: >>O, spadł<<*. Nie wymyśliłem więc tej sceny".
Dworzec Gdański w Warszawie. Na dalszym planie płonące getto (Domena publiczna)
"Wesoły nam dzień nastał"
Również Ryszard Matuszewski po latach wspominał ową karuzelę. Twierdził jednak, że była ona albo nieczynna, albo nieużywana. Podobnie Stanisław Soszyński wskazywał, że była nieczynna, stała w nieco innym miejscu i właściwie nikt z niej w tamtym czasie nie korzysta. Jednak żyjący po aryjskiej stronie z fałszywymi dokumentami Nathan Gross potwierdził relację Miłosza: "W pierwszy dzień świąt zaprosili nas na uroczysty obiad sąsiedzi (...). Po obiedzie wszyscy wyszli na plac Krasińskich, gdzie odbywała się świąteczna zabawa. Kolorowy tłum przyszedł się bawić jak co roku od wiek wieków. Wesoły nam dzień nastał, więc przy skocznej muzyce dorośli i dzieci płyną w górę i w dół na karuzeli, na tle płonącego getta, młode pary wzlatują w niebo na rozpędzonych huśtawkach".
Podobnego zdania był prof. Zbigniew Wójcik: "Z całym poczuciem odpowiedzialności stwierdzam, że w pobliżu murów płonącego getta kręciła się karuzela, a na niej jeździli ludzie. Byłem wstrząśnięty tym widokiem. (...) Nie uważam tego wydarzenia za jakiś symbol stosunku naszego społeczeństwa do Żydów w czasie okupacji hitlerowskiej".
Płonące getto sfotografowane pod koniec kwietnia 1943 r. Zdjęcie wykonano z wiaduktu żoliborskiego. Po lewej w głębi widoczny jest dom przy ulicy Inflanckiej 1 (Domena publiczna)
Powstanie w getcie warszawskim. Miasto krztusi się dymem
Ogółem w stosunku Polaków do wydarzeń w getcie "dominował ton współczucia i uznania", jak zanotował 20 kwietnia 1943 roku Ludwik Landau, warszawski ekonomista, który w czasie wojny pisał kronikę najważniejszych wydarzeń.
Z kolei Marcin Wyrzykowski, aktor i reżyser teatralny, pisał w swoim wojennym dzienniku: "Getto ciągle się pali. Wiatr wieje na wschód, więc cała Warszawa krztusi się dymem, co jej słusznie przypomina tę tragedię ludzką. Nie mogę się pogodzić z tą myślą. (...) Jestem tak przygnębiony, tak przybity, jak nigdy. I ten wstyd za poniewierane człowieczeństwo!".
Landau dodawał, że kiedy jedni wyrażali sympatię dla powstańców, u niektórych ujawnia się antysemityzm "wywierający w takiej chwili wyjątkowo złowrogie wrażenie". Jak zapamiętał kronikarz, większość ludzi obserwowało walkę z pozycji neutralnego widza.
Ruiny getta w 1947 r. Widoczny kościół św. Augustyna przy ul. Nowolipki, jedyna ocalała budowla w centralnej części getta (Mikołaj Sprudin / PAP)
Helena Merenholc, ukrywająca się poza murami getta, zapamiętała: "Wśród przechodniów słyszę: Żydki się smażą, święta nam psują, musimy przez nich chodzić piechotą". W podobnym tonie wypowiadał się prof. Feliks Tych: "Zawróciłem szybko w kierunku postoju platform konnych i wsiadłem. Kiedy wóz ruszył, jakiś niechlujnie ubrany siedzący naprzeciw mnie mężczyzna powiedział: >>Żydki się smażą<<, ale nikt nie podjął tematu".
W ostatnich dniach kwietnia 1943 roku Landau pisał, że "stosunek do Żydów różnych grup społeczeństwa bodaj że zmienił się w toku tej walki na korzyść (...) Walki trwają w pełni i spotykają się z uznaniem ze strony nawet najbardziej antysemickich grup".

Koniec Wielkiej Synagogi
16 maja dowódca sił pacyfikacyjnych, Jurgen Stroop, nakazał wysadzenie Wielkiej Synagogi przy ul. Tłomackie. W swoim raporcie, do którego załączono zdjęcia z walk w getcie, zameldował: "Była żydowska dzielnica mieszkaniowa przestała istnieć!". Ci, którzy nie zginęli w walne, zostali wyłapani i wywiezieni do obozów. W kolejnych miesiącach trwało wyburzanie tego, co pozostało z getta. Kiedy w sierpniu 1944 roku wybuchło drugie powstanie w Warszawie, teren dawnej dzielnicy żydowskiej był już tylko pustynią pełną gruzów.
Do walki w getcie stanęło ok 1-1,5 tys. powstańców. Niemcy do stłumienia go rzucili ok. 2 tys. ludzi oraz sprzęt. Ogółem w czasie walk i po nich życie straciła większość powstańców i cywilów, którzy w kwietniu 1943 roku pozostawali w getcie. Łącznie było to ponad 50 tys. ludzi. Straty hitlerowskie były symboliczne - zginęło od kilkunastu do kilkudziesięciu żołnierzy.



* Jest to nawiązanie do tego, że ludzie w getcie podczas powstania często wyskakiwali przez okno

czwartek, 18 kwietnia 2024

1916. Patostreaming - pomysł na prelekcję dla rodziców

Raz na jakiś czas świetlica, w której pracuję organizuje warsztaty dla rodziców, podczas których poruszane są różne zagrożenia, jakie czyhają na młodych ludzi. Wygląda to tak, że każdy z nas, wychowawców, ma przygotować jakąś prelekcję na ok. 45 - 60 minut i przedstawić ją przybyłym rodzicom. Jutro przypada moja kolej, będąca zarazem debiutem pod tym względem. Trochę zajęło mi znalezienie ciekawego i niebanalnego tematu. I wyobraźcie sobie, że w szkicach notatek zamieszczonych na blogu znalazłam artykuł, jeszcze nie opublikowany, autorstwa Angeliki Szelągowskiej - Mironiuk na temat chyba mało rozpowszechniony, nawet z perspektywy 6 lat (tekst ukazał się na portalu deon.pl w lipcu 2018 roku). Dotyczy on zjawiska patostreamów. Co to takiego? Dowiecie się z poniższego tekstu.

To jedno z największych zagrożeń dla twojego dziecka. Nawet nie wiesz, że ma z tym kontakt

Dziecko ma dobre oceny, nie pyskuje, nie sprawia też większych problemów. Często przesiaduje w Internecie, ale przecież tyle się uczy. Jako rodzic nawet nie podejrzewasz, że tuż za ścianą jego pokoju rozgrywa się prawdziwy dramat.
"Wypiję litr wódy na hejnał, wy s***", "Obróć się, chcę dupcię zobaczyć. Mogą być też cycki", "Twój zj*** komentarz dał mi raka. Zbieram na onkologa!". Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że są to teksty z więzienia lub usłyszane od mocno dysfunkcyjnej rodziny. Tymczasem są to wypowiedzi tzw. patostreamerów, tzn. ludzi umieszczających swoje mocno kontrowersyjne nagrania na żywo w Internecie, zazwyczaj na YouTube. I które często oglądają dzieci.

Wieści z podziemia
Komuś, kto nie miał okazji zobaczyć jakiegoś filmu zrealizowanego przez patostreamera, trudno jest wytłumaczyć czym tak właściwie jest ta dziedzina "sztuki". Wiele osób w świadomy sposób oglądając tego typu nagrania ma wrażenie, że przeszło przez portal do jakiegoś innego wymiaru, do rzeczywistości, gdzie istnieją inne prawa fizyki i odmienna grawitacja. Nie wahają się użyć określenia, że są to wręcz "wieści z internetowego podziemia". Na patonagraniach dostępnych bez ograniczeń wiekowych i trwających nawet kilkadziesiąt minut można bowiem zobaczyć prawdziwe sceny samookaleczeń, libacji alkoholowych, sesje "jeżdżenia" po kimś (np. celebrytach, ludziach określonej narodowości, wyborcach jakiejś partii itp.), przemocy fizycznej, a nawet chałupniczej pornografii. Na "rynku" działa wielu patostreamerów gromadzących wokół siebie całą rzeszę fanów.

Stary problem w nowej odsłonie
Można uznać, że patostreaming to mroczna strona demokratyzacji mediów, która dokonała się dzięki Internetowi. Osoby, które nie ukończyły studiów dziennikarskich i tak mogą w dzisiejszych czasach być rozpoznawalne w mediach - niektórzy Youtuberzy piszą książki i występują w reklamach, a przez to stają się idolami młodych ludzi. Ma to jednak dwa oblicza. Z jednej strony każdy może nagrać i udostępnić ciekawy, a zarazem wartościowy film na temat, na którym zna się najlepiej. Zapewne niejeden z nas oglądał na YouTube film na temat historii, zwierząt czy też stosunków międzyludzkich zamieszczonych przez pasjonatów - amatorów. Trzeba jednak pamiętać, że istnieje też spora grupa osób próbująca zdobyć popularność poprzez oferowanie swoim odbiorcom masy wulgarnych treści mających na celu obrażanie określonych ludzi lub grup i wywołujących u odbiorców niezwykle silne emocje. 
Chęć zdobycia uznania w oczach innych ze względu na "zasługę" polegającą na atakowaniu ludzi mających inną wizję rzeczywistości nie jest nowym zjawiskiem - np. Ku Klux Klan umożliwiał kanalizowanie niechęci wobec czarnoskórych, gejów czy imigrantów na długo przed powstaniem kanałów streamingowych na YT. Tak samo jak czarny humor nie jest odkryciem pokolenia uważanego za millenialsów. Nasi dziadkowie na pewno słyszeli wiele dowcipów o śmierci, kalectwie czy też brzydocie kobiet. Jednak nowością jest tutaj nieograniczony zasięg "dzieł" patostreamerów. Za pomocą kilku kliknięć można bez problemów sprawić, że dany film obejrzy niezliczona ilość ludzi na całym świecie, a sączący się z nich jad zatruje umysły młodych ludzi z nieukształtowaną jeszcze tożsamością.

"LOL, umarł mi brat" 
Jednym z największych zagrożeń, jakie niesie ze sobą zjawisko patostreamingu jest niszczenie ludzkiej wrażliwości. Jest to szczególnie niebezpieczne w przypadku bardzo młodych osób. Styczność z wulgaryzmami sama w sobie nie niszczy psychiki dziecka (co nie oznacza, że jest czymś wskazanym). Jednak to, że dziecko lub nastolatek obejrzy jakiś krwawy film może mieć negatywne skutki, takie jak lęk, niechęć wychodzenia z domu lub chęć zobaczenia podobnych rzeczy na żywo. Jednak jeżeli rodzic odpowiednio wytłumaczy dziecku treść filmu, to raczej nie będzie zmagało się z zespołem stresu pourazowego. W przypadku patostreamów jest jednak inaczej - to co w naszym społeczeństwie budzi niepokój, jest piętnowane, a nawet karalne (np. rasistowskie lub seksistowskie obelgi), w filmach tego typu przedstawiane jest jako zabawne. W ten sposób młody człowiek otrzymuje sygnał, że śmierć, bycie ofiarą przemocy czy też wstrzykiwanie sobie tajemniczych substancji jest tzw. "beką". W pewnym nagraniu pewien streamer miał opowiadać o śmierci swojego brata. Oglądający go chłopiec miał potem stwierdzić, że jego idol "miał do tego dystans, to w sumie trochę LOL". A więc dla niego też LOL, skoro i tak wszyscy się z tego śmieją. 

Skoro nie pato, to co w zamian? 
Wypadałoby więc zadać sobie pytanie: co zrobić, aby uchronić dziecko przed aktywnością patostreamerów lub co jako rodzic lub wychowawca powinienem uczynić w celu wydobycia dziecka z podziemi Internetu? Niektórzy rodzice za najlepsze rozwiązanie uważają blokadę na pewne strony (tzw. "kontrola rodzicielska") lub wręcz szlaban na komputer. Należy jednak mieć na uwadze, że tego typu rozwiązania cechuje tymczasowość. Nie rozwiązują więc one problemu w jego najgłębszej warstwie, a poza tym dzieci znają wiele sposobów na obejście tych zakazów i przechytrzenie tym samym rodziców. Dlatego dużo lepszym rozwiązaniem wydaje się podejście systemowe. Warto więc zastanowić się, najpierw samodzielnie, a następnie wspólnie z pociechą, jakie właściwie potrzeby są u niej zaspokajane przez oglądanie patostreamerów. Być może jest to chęć otrzymania sporej dawki emocji? Poczucia, że jest się w jakiejś tajemniczej wspólnocie, gdzie obowiązują określone zasady? Zwrócenie na siebie uwagi? A może chęć poczucia się lepszym od innych? Często ludzie oglądają takie nagrania głównie po to, aby poczuć, że "sami nigdy nie byliby tak głupi", "nie postąpiłby w tak idiotyczny sposób". To wtedy jest moment na zastanowienia się, w jaki sposób można zaspokoić u dziecka owe potrzeby. 
Jeśli okaże się, że dziecko odwiedza patokanały, ponieważ jego komentarze spotykają się tam z uznaniem, a przez to czuje się ono akceptowane, to powinien to być sygnał, że potrzebuje ono ze strony rodziców lub opiekunów większej ilości czułości. Jeżeli zaś chodzi o potrzebę przynależności do grupy można zaproponować mu np. zapisane się do harcerstwa, gdzie będzie mogło nawiązać nowe znajomości. Trzeba tylko pamiętać o tym, aby każdy taki pomysł przedyskutować z samym dzieckiem.
Bardzo groźna jest sytuacja, kiedy dziecko oglądając patostreamy, zaspokaja swoją potrzebę rozładowania agresji. W takim przypadku nie odbędzie się bez znalezieniu odpowiedzi na pytanie: skąd właściwie u młodego człowieka wzięła się złość? Czy chodzi w niej o wściekłość na kolegów, rodziców, a może nauczycieli? Czasami zdarza się, że niezbędna jest terapia rodzinna.
Patostreaming można więc uznać za jedno z najbardziej niepokojących zjawisk z jakimi można spotkać się w dzisiejszych czasach. Ale nawet jeżeli ktoś (nasze dziecko, znajomy, czy też my sami) zszedł w pewnym momencie do metaforycznych podziemi, to przecież zawsze istnieje droga powrotu na powierzchnię. W końcu człowiek jest gatunkiem słabo przystosowanym do życia w zimnie oraz mroku.


Myślę, że temat dosyć ciekawy, chociaż nie powiedziałabym, że łatwy i przyjemny. Sama właściwie pierwszy raz się z tym spotkałam, ale też może dlatego, że nie siedzę i nie oglądam zbyt dużo filmów na youtubie. A jeżeli oglądam, to jakieś dokumenty albo słucham ulubionych kawałków muzycznych. Więc raczej mało prawdopodobne, abym osobiście trafiła na tego typu materiały. I myślę, że rodzice też nie bardzo wiedzą o co w tym wszystkim chodzi. A więc nawet jeżeli przyjdzie czterech, pięciu rodziców, to i tak uważam, że warto chociaż tej niewielkiej ilości uświadomić w czym może tkwić problem. Tym bardziej, że pewnie ich pociechy spędzają w sieci dużo więcej czasu niż ja.

środa, 17 kwietnia 2024

1915. Każdy z nas może tutaj pomóc

Hanna Kryts jest młodą, 38-letnią mieszkającą w Krakowie matką rocznej córeczki i sześcioletniego synka. Jakiś czas temu usłyszała od lekarzy diagnozę swoich problemów - Astrocytoma, Grade 4. Kobieta zdaje sobie sprawę z tego, że to nie jest walka, którą można wygrać, ponieważ Glejak 4 stopnia nie daje szans na wyzdrowienie. Istnieją jednak przypadki, w których ludzie potrafią dosyć długo żyć.
Obecnie przechodzi chemio- i radioterapię, wymagającą ogromnej siły i wytrwałości. Niebawem zakończy to leczenie, a następnie będzie musiała odczekać kolejnych 6 tygodni, aby zrobić kolejny rezonans. To będzie kluczowy moment, który zadecyduje o dalszych krokach w walce z chorobą.
Hanna Kryts
W zależności od wyników rezonansu mogą być potrzebne dodatkowe środki i interwencje, na które kobieta nie ma wystarczających środków finansowych. Jedną z alternatyw jest wyjątkowo skuteczna chemioterapia, która w jej przypadku nie jest refundowana. Jej koszt to około 3000 zł za jedną dawkę! Inna alternatywa to Gamma-knife - zabieg, który Hanna będzie mogła przejść w przypadku wznowy guza oraz możliwości usunięcia go w możliwym miejscu. Koszt tego leczenia to w przybliżeniu 30 tys. złotych. Kolejną szansą jest immunoterapia. Jej koszty są również bardzo wysokie i dopiero zostaną określone przez lekarza. Jest jeszcze jedna możliwość leczenia - to technologia Nano therm, która może być kluczowa w leczeniu. Jednak jej koszt to aż 180 000 zł. A więc widzicie, że jak na tak beznadziejną chorobę jest całkiem sporo możliwości lecenia. Problem jest właściwie tylko jeden - to brak funduszy.
Hanna Kryts
Na siepomaga.pl została założona zbiórka na nierefundowane leczenie onkologiczne, pomoc w trudnej sytuacji -> >>LINK<<. Hanna i jej rodzina są bardzo wdzięczni za każde otrzymane wsparcie. Każda złotówka wpłacona na leczenie jest ogromną szansą nie tylko dla kobiety, ale też jej dzieci.
Kochani, tyle razy pokazaliśmy, że razem możemy więcej, niech tym razem nie będzie inaczej.