Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie w sieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie w sieci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 stycznia 2026

2306. Anielski wpis

Tegoroczny rok formacyjny w polskich wspólnotach "Wiary i Światło" upływa pod hasłem naszych aniołów. Podczas każdego spotkania w poszczególnych miesiącach pochylamy się nad tym, jaką rolę odegrały anioły w niektórych historiach biblijnych. Były już scenki (akurat jest to jeden z najlepszych sposobów na zrozumienie dla osób z niepełnosprawnością umysłową) na temat spotkania na pustyni przez Hagar i Izmaela anioła, na temat spotkania Zachariasza z Aniołem, zwiastowania Maryi przez archanioła Gabriela oraz pojawienie się aniołów nad Betlejem w noc Bożego Narodzenia. Po obejrzeniu scenek za każdym razem dzielimy się na grupy i rozmawiamy na temat tego, co było ich tematem. I o ile w Jaworznie jestem jeszcze na poziomie uczestnika, o tyle w Wadowicach już na ostatnim, drugim moim spotkaniu w tamtejszej wspólnocie debiutowałam w charakterze kogoś w rodzaju moderatora grupy. Szybko idzie. Również podarunki urodzinowo-imieninowe we wspólnotach, przynajmniej w tych, do których przynależę, mają anielski charakter. Nawet nie wiecie ile radości sprawił mi niewielki obrazek przedstawiający Anioła Stróża czuwającego nad bezpieczeństwem dwojga dzieci przechodzących przez kładkę na rzeczce. Zwłaszcza, że podobny obraz wisiał w sypialni mojej babci.
Anielskie postacie są wdzięcznym tematem. Są inspiracją wielu obrazów oraz rzeźb, wykraczają też poza świat wiary. Przecież cherubinki pojawiają się też na wielu świeckich obiektach. Dla mnie takim najbardziej klarownym przykładem jest transatlantyk "Titanic", gdzie aniołki podtrzymywały lampy wewnątrz statku. Czy miało to wydźwięk religijny? Nie, bardziej kulturowy. Doszło do tego, że stały się istotnym elementem w życiu większości ludzi, również tych uważających się za ateistów. Zauważyłam bowiem, że takie osoby pytane o Boga, kategorycznie wykluczają jego istnienie. Ale już kiedy pada pytanie o anioły... to wielu z nich uczciwie stwierdza, że tak, że wierzą, że one są, że często odczuwają ich obecność. Piękne to wyznanie, nie powiem, że nie.
Anioły stanowią ważną część życia osób wierzących. Przypomnijcie sobie pierwszą modlitwę, jakiej nauczyliście się. Prawdopodobnie było to pewne ufności "Aniele Boży stróżu mój". Po latach wielu dorosłych w dalszym ciągu ją powtarza, np. wyruszając w drogę. Nie wiem czy pamiętacie, ale to jest jedyna modlitwa Carla Acutisa, którą potrafił powiedzieć po polsku. Również i w moim życiu anioły, a szczególnie Anioł Stróż, odgrywają niebagatelną rolę. Lubię zwracać się do niego nie tylko wtedy, gdy mam jakiś problem, czy też sprawę, ale też w radosnych chwilach. Bo przecież On jest ze mną zawsze i wszędzie, od poczęcia po całą wieczność. Ot, taka moja dziecinna mentalność. Moja prababcia zawsze zwykła mawiać na odchodnym: "I życzę ci jeszcze opieki Anioła Stróża". To zdanie jakoś tak bardzo do mnie przywarło i jest ze mną po dziś dzień. Nawet żałuję, że nie mam sama dzieci, bo chyba też życzyłabym im tego samego. Z drugiej strony, często w tzw. "pouczeniu po spowiedzi" słyszałam od Księdza Niosącego Światło, aby w razie kłopotów w kontaktach z drugim człowiekiem poprosiła mojego Anioła Stróża o to, aby porozmawiał z jego Aniołem Stróżem. Dalej to stosuję, nie wiem na ile mi to pomaga, ale mentalnie czuję się lepiej przygotowana.
W zasadzie nie wiadomo jak oni wyglądają - dowiemy się tego dopiero po śmierci, kiedy nasi Aniołowie Stróżowie jako pierwsi wyjdą nam na spotkanie. Kiedyś jednak pozwoliłam sobie narysować ilustrację do wiersza o aniołach dla dzieci, która przedstawiałaby te ponadziemskie istoty. Może trochę infantylnie, trochę śmiesznie to wyszło, ale niektórym z Was, bo ten rysunek pojawił się już na łamach bloga, podobała się taka w sumie prosta i niewymyślna ilustracja.
Korzystając z przeżywanego w polskich wspólnotach Wiary i Światło roku pod znakiem aniołów, postanowiłam, że motywem przewodnim moich kartek bożonarodzeniowych będzie właśnie anioł. Sporo jest kolęd, w których pojawiają się anieli, ja jednak na hasło przewodnie wybrałam dwie praktycznie nieznane kolędy: "Leżysz Chryste" oraz "Z nieba wysokiego zlecieli anieli". Pamiętam, jak bardzo cieszyło się moje serce, kiedy śpiewaliśmy je podczas Mszy świętych. Szczególnie upodobałam sobie pełną majestatu i powagi "Leżysz Chryste", którą do dzisiaj nucę pod nosem. Jeszcze tylko wystarczyło zilustrować je odpowiednim rysunkowym odzwierciedleniem słów kolęd. 
Jednak w pewnym momencie przyszło mi do głowy, że może warto by było dodać jakiś anielski akcent przypominający, że aniołowie nad nami czuwają i w symboliczny sposób życzący obdarowanym owej "opieki Anioła Stróża", za czym tak bardzo orędowała moja prababcia. W pierwszym momencie miałam zamiar wykroić kilkanaście aniołów z masy porcelanowej. Nawet zaopatrzyłam się w odpowiednią foremkę. Jednak jak już pisałam, coś robię nie tak, bo zimna porcelana zamiast białawej barwy przybiera żółtą - to raz. Dwa - zamawiając foremkę, myślałam, że będzie ona ciut mniejsza, a przez to nie nastawiałam się aż na taką ilość zużytej masy. Trzy - masa porcelanowa może łatwo się połamać. Cztery - czas, który nieubłagalnie podążał na przód i za nic nie chciał zwolnić, a i sama zabawa z masą porcelanową, i potem schnięcie tego co z niej wyszło, trochę trwa. I w końcu pięć - koszty, nie jestem dusigroszem, ale nie wiem, czy zmieściłabym się w standardowej opłacie za przesyłkę, tym bardziej, że jedna była ciut większa od reszty. Finalnie, zrobiłam cztery "porcelanowe aniołki", a reszta niestety była papierowa, co nie oznacza, że moje życzenie anielskiej opieki względem osób, które je otrzymają jest mniejsze. Jest takie samo. Tak po prostu było szybciej i praktyczniej.
Trochę żałuję, że moje życzenia świąteczno-noworoczne wysłałam dopiero po świętach. Planowałam wyrobić się przed świętami, za dużo jednak wtedy się działo (chociażby obrona magisterki z pedagogiki) i nie miałam za bardzo do tego głowy. Nawet nie przypuszczałam, że wykonanie ok. 16 kartek (bo tyle ich powstało), zajmie mi aż tyle czasu. Zaczęłam w adwencie, a skończyłam kilka dni po Trzech Królach. A wykonywałam je dosłownie wszędzie - w domu, w szpitalnej poczekalni, na bruku w przedsionku kościoła, czekając na wieczorne roraty, nawet na dworcu kolejowym w Wadowicach czekając na pociąg. Tak więc nie wiadomo, gdzie powstała karteczka, którą niektórzy z Was otrzymają, ale na pewno została wykonana z sercem. Bo znaczna ilość tych karteczek, wraz z niepozornymi aniołkami, wysłałam do Was. Kierowałam się tym, czy do danej osoby mam adres oraz, co może było jeszcze ważniejszym kryterium, czy dana osoba okazała się takim prawdziwym aniołem dla mnie w ostatnim roku, kiedy naprawdę miałam życiowego doła, czy raczej nie. Wierzcie mi, nie była to dla mnie łatwa decyzja, bo serce naprawdę podpowiadało mi coś innego, ale nie. Dodatkowo jedną kartkę z dwoma aniołami z masy porcelanowej otrzymali bliscy mi księża, a także jedna kartka z aniołem została podarowana kościelnemu. Wiem, że ci ostatni się ucieszyli. I mam nadzieję, że również na Waszych twarzach chociaż na moment zagości uśmiech.
A na koniec przedstawię Wam jedną z ostatnio przeczytanych przeze mnie książek opowiadających, a jakże by inaczej, o aniołach. Okazała się tak lekka i przyjemna w czytaniu i w odbiorze, że jej lektura zajęła mi zaledwie jeden wieczór. O samej książce słyszałam już podczas naszego studyjnego wyjazdu do Rzymu w 2023 roku (pisałam o nim >>tutaj<<, >>tutaj<< i >>tutaj<<), kiedy moja współlokatorka czytała ją w wolnych chwilach i całym sercem poleciła mi ją także mnie. Stwierdziła, że spodoba mi się. I w zasadzie, nie pomyliła się w tym.
Tytuł: "Sekretne życie aniołów"
Autor: Aleksander Bańka
Wydawnictwo: RTCK (Rób To Co Kochasz)
Nowy Sącz 2019
Ilość stron: 164

W dzieciństwie wielu z nas nie wyobrażało sobie życia bez Anioła Stróża. Wierzyliśmy w jego obecność i z ufnością modliliśmy się do niego w większości spraw. Z czasem to nasze dziecięce nabożeństwo do Aniołów zaczęło ustępować racjonalizmowi, aż w końcu gdzieś zanika. Przestajemy wierzyć w obecność naszego duchowego towarzysza w drodze na rzecz empirycznych doświadczeń. Tymczasem pan Aleksander Bańka w swojej książce próbuje nas przekonać nie tylko do tego, że anioły naprawdę istnieją, ale też do tego, że chcą nam nieprzerwanie towarzyszyć w naszej drodze ku wieczności.
Treść książki "Sekretne życie aniołów" to bardzo ciekawy, choć niezbyt obszerny podręcznik przedstawiający różne aspekty istnienia tych pozamaterialnych istot. Jej autor w prosty i klarowny sposób wyjaśnia genezę ich stworzenia, podpierając się chociażby tym, co na ten temat napisał św. Tomasz z Akwinu oraz sposoby ich działalności w naszym codziennym życiu. Niewielka ilość treści została podzielona na kilkanaście rozdziałów, co zdecydowanie ułatwia wewnętrzną nawigację w jej wnętrzu. Ciekawym zabiegiem redakcyjnym jest zaznaczenie ważniejszych i istotniejszych treści w kolorowe ramki.
Książka pana Aleksandra Bańki bez wątpienia rzuca nowe światło na te niebiańskie istoty. Nie są one w niej przedstawione z poziomu poznającego wiarę dziecka, ale dojrzałego człowieka. Autor daje jasne argumenty na ich istnienie oraz przykłady tego, jak anioły działają w życiu każdego człowieka. To książka tak samo dla wierzących, jak i niewierzących, ale poszukujących jakiegoś oparcia w swoim życiu. Myślę, że każdy po jej przeczytaniu na nowo uwierzy w to, że jest ktoś, kto zawsze i wszędzie będzie blisko niego.

środa, 24 grudnia 2025

2293. "Leo, Leo, Leo, odnajdę Cię"

Tegoroczne studenckie poranne roraty w kaplicy na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego nie były jedynymi, w których brałam udział. Wieczorami bowiem, o ile czas i zdrowie pozwalały, starałam się brać też udział w roratach organizowanych w parafii Księdza-administratora. Zazwyczaj po pracy pędziłam na jeden z dworców autobusowych, a potem przez ok. 70 minut jechałam autobusem na miejsce. Żeby nie było - to jest tzw. "szybka linia", czyli nic szybszego nie ma. No, może własny samochód, ale tego aktualnie nie posiadam.
Tematem przewodnim wieczornych rorat, podejrzewam że podobnie jak w wielu parafiach, był ten zaproponowany przez redakcję "Małego Gościa Niedzielnego", a dotyczący postaci papieża Leona XIV. W poznawaniu życiorysu nowego, 267. papieża pomagał najmłodszym sympatyczny, pluszowy lew o imieniu, a jakżeby inaczej, Leo.
Na każdym spotkaniu roratnim trzymany przez jedne z dzieci lew Leo rozmawiał z nimi głosem byłego proboszcza przybliżając im ciekawostki i fakty z życia Leona XIV. Najmłodsi z chęcią wchodzili z nim w dyskusję, czasami wręcz zaskakując go swoją bystrością. Wzorem wcześniejszych lat, także i tym razem powstała okolicznościowa piosenka, która bardzo szybko wszystkim wpadła w ucho i każdy, zarówno ci mali, jak i ci duzi, nucili ją pod nosem, nie tylko na koniec Mszy, kiedy była śpiewana jako pieśń na wyjście.
Na przodzie kościoła pojawiła się dekoracja nawiązująca do tematyki rorat. W tym roku był to baner z wizerunkiem papieża Leona i miejscami na naklejki z danego dnia. Tuż obok ustawiono świecę roratkę, a na dole zegar, który odmierzał nie godziny, a dni upływające do świąt Bożego Narodzenia. Aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia, bo wyglądało to przeuroczo. Każda Msza święta rozpoczynała się od radosnej procesji dzieci i kapłanów rozświetlających kościelny mrok swoimi lampionami. Towarzyszyła temu pieśń, którą poznałam dopiero w tamtej parafii, a która bardzo mi się podobała i niemal natychmiast nauczyłam się jej na pamięć. 
W dniach, kiedy byłam na nabożeństwach, dostawałam za zadanie zebranie dzieci przybyłych na nie z lampionami i ustawienie ich pod chórem. Czasami, kiedy poprzedniego dnia mnie nie było w kościele, podpytywałam je, czego się wówczas dowiedzieli. Dzieciaki, z początku niezbyt przychylnie do mnie nastawione, z czasem zaczęły się do mnie coraz bardziej przekonywać, a w ostatnich dniach już same z siebie ze mną rozmawiały. Noszszsz... aż się wzruszyłam. Potem wraz z nimi, i z lampionem w łapach, szłam w uroczystej procesji.
Tak jak pisałam wcześniej, kazania nie były tylko monologiem kapłana, jak to było za czasów mojego dzieciństwa, ale dialogiem ksiądz-dzieci-lew Leo. Aż serce samo z siebie cieszyło się na ten widok. A przy okazji sama wiele wyniosłam z tych spotkań. Bo przecież nigdy nie jest tak, że wszystko wiemy, zawsze coś będzie dla nas nowością.
Bardzo mi się podobał pomysł z przynoszeniem przez dzieci ozdób na choinkę. Każdego dnia była losowana jedna z nich, a dziecko które ją wykonało, otrzymywało szopkę, do której miało dołożyć jedną rzecz i przynieść na kolejne spotkanie. Dodatkowo dostawało ono batonik "Lion" oraz wykonanego przeze mnie lwa np. na choinkę.
Pomysł na lwy przyszedł mi przypadkowo podczas dłuższego przebywania w szpitalnej (przychodniowej?) poczekalni. Ogólnie wiedziałam o temacie przewodnim rorat zaproponowanym przez "Małego Gościa Niedzielnego" już w połowie listopada. W tym samym czasie ksiądz podzielił się ze mną wiadomością, że zdecydował, że na jego podstawie zrobi nabożeństwa (z tego co wiem, to jeszcze można było zrobić je o bł. Laurze Vicunii i świętych Pier Giorgio Frassatiego oraz Carla Acutisa, czy też samego św. Carla Acutisa). Podejrzewałam, że na swojej nowej parafii zrobi jakieś losowania czegoś wśród dzieciaków. I tak sobie pomyślałam, że miło by było, gdyby ci, którzy to coś wylosują dostały jakiś tematyczny upominek. Białe lwy np. na choinkę? Czemu nie. Szybko zamówiłam odpowiednią foremkę do wypieków, aby jakoś wprowadzić zamysł w czyn, i jeszcze zdążyć na czas. Udało się, a przynajmniej połowicznie. W zamyśle miały być one z zimnej porcelany, ale coś nie wyszło. W ostateczności pomalowałam je na biało, bo naturalny kolor bardziej przypominał ten, w którym lwy występują w naturze. Zdążyłam z tym dosłownie na styk i już pierwszego dnia wręczyłam pudło, w którym się znajdowały, księdzu. Może nie były idealne, ale z sercem. A to, co zostało, bo jednak wyszło ich nieco więcej niż dni adwentowych, rozdałam osobom bliskim mojemu sercu.
Po losowaniu jedno z dzieci przesuwało wskazówkę adwentowego o jeden dzień. Po błogosławieństwie i rozesłaniu w murach świątyni rozlegał się radosny śpiew "Leo, Leo, Leo, odnajdę cię!". W tym czasie, albo któryś z ministrantów, albo ja, szli na zakrystię po naklejki z danego dnia, które następnie dzieci przyklejali na specjalną planszę. Nawet mi dostało się jedną. 
Dodatkowo do naklejki dzieci otrzymywały "coś słodkiego", ciasteczko, pierniczka, babeczkę, "czekoladowego pierniczka" (z gęstej roztopionej białej czekolady "wykrajałam" foremkami do pierniczków odpowiednie kształty). Trochę było z tym roboty, zwłaszcza, że w dniach, kiedy byłam na tych roratach wracałam do domu na godzinę 21:30, ale uśmiech dzieciaków wynagrodził mi wszelkie zmęczenie.
Jak białe lwy, tak białe lwy :)
Takim finałem spotkań roratnich było wspólne ubieranie choinek przez dzieci w przyniesione przez nie ozdoby. Nawet kilka moich lwów na niej wylądowało, co oczywiście mnie cieszy. Ale, oczywiście, najbardziej cieszyła mnie radość dzieci z tej przygody. (Na tej drugiej choince widać nawet moje lwy)
Tak mi się przypomniały roraty z 2011 roku z "Pamiętnikiem papieskiego anioła". Roraty najczęściej prowadzone przez księdza Wojtka, który angażował w nie wszystkich chętnych od najmłodszego do najstarszego. Wiecie, myślałam, że już nigdy nie przeżyję czegoś takiego. A tu życie sprawiło mi taką niespodziankę. Takie promyczki radości pomiędzy kolejnymi pobytami u specjalistów, badań, diagnoz, zażywania leków przeciwbólowych, zmęczenia pracą. Bo w życiu, oprócz tych złych momentów, są także i dobre. I to z nich należy się cieszyć.

Na koniec dzisiejszego wpisu chciałabym Wam życzyć staropolskim zwyczajem 

wszystkiego najlepszego i najpiękniejszego na te święta. Żeby nowonarodzona Boża Dziecina zawitała w Waszą codzienność i została w niej przyjęta dużo cieplej, niż 2025 lat temu w Betlejem. Żebyście potrafili cieszyć się tymi dniami i spędzili je w spokojnej atmosferze, takiej, jaka Wam odpowiada. Żeby pokój ogarnął Wasze serca, a spokój płynący z Bożego żłobu towarzyszył Wam przez cały rok. Niech to będzie dobry czas sprzyjający odpoczynkowi i budowaniu relacji. A jednocześnie nie zapominajmy, kto tak właściwie jest w tym wszystkim najważniejszy.
Błogosławionych i dobrych świąt spędzonych w zdrowiu i radości!

I na koniec dziękuję Uleńce i Marzence za kartki z życzeniami. Akurat wyjęłam je ze skrzynki pocztowej w chwili, w której wróciłam z całodniowego (no, może przesadziłam, ale na pewno kilkugodzinnego) pobytu w szpitalu i od razu jakoś tak lepiej się poczułam. Ale poczułam też żal do samej siebie, że w tym roku nie dałam rady (na razie) nic nikomu wysłać. Przepraszam Was...

niedziela, 23 listopada 2025

2273. Mistrzunio...

Czy młodsza o 10 i pół roku osoba może imponować komuś dorosłemu swoją wiedzą, erudycją, stylem życia? I to w zasadzie nie poprzez opisywanie życia przez samą siebie ale przez mamę? Historię Antka śledzę od zimy 2011. Tak, dokładnie pamiętam dzień, kiedy właściwie przez przypadek trafiłam na bloga tego dziesięcioletniego wówczas chłopca zmagającego się ze SMA. Pamiętam też, że pierwszą przeczytaną przeze mnie tam notatką była ta dotycząca programu "Sprawa dla reportera" i występującemu w nim dziesięcioletniemu Rafałowi. Mama Antka pisała wtedy o "mądrości dziesięciolatka" w kontekście Antka. W ciągu najbliższych dni przeczytałam całego antkowego bloga i zakochałam się w nim.
Od tamtej pory z niecierpliwością wyczekiwałam na kolejny wpis o Antku i jego codzienności. Chłopak, za którego oddychał respirator, żywiony przez sondę, obsługujący komputer jednym paluszkiem skradł moje serce. Mimo licznych ograniczeń bez problemu kończył kolejne klasy w szkole podstawowej, gimnazjum oraz liceum, podróżował, rozwijał swoje pasje i zainteresowania a nawet uprawiał sport - grał w boccię. Oczywiście z czasem informacji o Antku było coraz mniej, bo i on chciał zachować nieco anonimowości. Ma do tego prawo, jak każdy inny. Na szczęście od czasu do czasu jego mama napisze co tam słychać u jej młodszego dziecka.
Jaka napisałam - Antek studiował politologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dzięki wyrozumiałości kadry mógł pobierać naukę w trybie on-line, zrobić praktyki studenckie w wydziałowej gazetce, zaliczać egzaminy w dogodnym dla siebie terminie i trybie. Nic nie zawalił, wszystko pozdawał w sesji, mając do dyspozycji jeden sprawny palec. Tym palcem napisał też całą pracę licencjacką, którą obronił. Na pięć. Nawet nie wiecie jak cieszę się z tego faktu, chociaż jest dla mnie właściwie obcym człowiekiem. Może nawet bardziej, niż z moich własnych obron? Bo jednak dokonał czegoś dużego i na pozór niewyobrażalnego. Pokazał, jak daleko można dojść dzięki pracy, pasji, samozaparciu, ale też i wsparciu najbliższych. Myślę, że piątka na dyplomie jest największą zapłatą za jego trud i poświęcenie.
Nie da się tego ukryć - Antek to Mistrz przez duże M.

piątek, 21 listopada 2025

2271. Taki Kościół mi się marzy...

Zaczęło się dosyć niewinnie - któregoś dnia na tablicy facebookowej pojawił mi się wpis o samotnych chłopcach mieszkających w DPSie w Bronowicach prowadzonym przez siostry zakonne. Zaintrygowana jego treścią weszłam w profil i czytałam najnowsze wpisy, jeden za drugim, jak kartki w książce. Po pewnym czasie wróciłam do początków istnienia fanpage Domu Chłopców w Broniszewicach, który sięga 2013 roku (chociaż sama placówka funkcjonuje od dużo dłuższego czasu), przeczytałam całość i byłam oczarowana tym miejscem. Powinno być tam smutno i przygnębiająco, a tymczasem siostry i wolontariusze stworzyli chłopcom idealne miejsce do wzrastania i rozwoju pod każdym względem. A ponieważ codziennie coś wrzucają na tablicę, to nie wyobrażam sobie dnia, żeby nie wejść na ich profil i nie zobaczyć co słychać u tych niesamowitych chłopaków.
Nawet nie spodziewałam się, że ktoś mógłby napisać książkę o tym miejscu, chociaż sam temat, nie powiem, jest bardzo wdzięczny. Ale i trudny. Dlatego tym bardziej ucieszyłam się, że dwaj dziennikarze - Łukasz Wojtusik i Piotr Żyłka, znaleźli czas i chęci, aby przeprowadzić wywiady z dwoma siostrami, dzięki czemu pokazali, jak wygląda realizowanie Ewangelii w praktyce. Tak właśnie powstała książka "Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet", który pokazuje opiekuńczą i miłosierną twarz Kościoła.
Tytuł: "Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet"
Autor: s. Eliza Myk, s. Tymoteusza Gil, Łukasz Wojtasik, Piotr Żyłka
Wydawnictwo: WAM
Kraków 2021
Ilość stron: 234

Jest takie miejsce, gdzieś w diecezji kaliskiej, gdzie pośród pól i drzew stoi niezwykły dom. Dom, w którym siostry zakonne stworzyły azyl dla 54 niepełnosprawnych umysłowo chłopców. Dom, który nie powstałby bez wsparcia innych osób - nie tylko finansowego, ale też bezpośrednio w opiece nad podopiecznymi, której podejmują się wolontariusze z różnych stron Polski. To Dom Chłopców w Broniszewicach.
Łukasz Wojtasik i Piotr Żyłka namówiły pracujące w nim siostry na kilka wywiadów. W szczerych rozmowach Tymka i Eliza, bo takie są ich zakonne imiona, opowiadają o swoim powołaniu, radościach. jakie daje im służba drugiemu, choremu człowiekowi, ale też problemach związanych z prowadzeniem placówki. Pojawiają się też trudne tematy, takie jak pandemia koronawirusa, gdzie cały personel i wolontariusze na całe miesiące zostali zamknięci na terenie ośrodka, czy też strajki kobiet domagających się aborcji na życzenie. Wszystko odbywa się w przyjaznej atmosferze, z nutką humoru, dzięki czemu siostry pokazują, że nawet w habitach są normalnymi ludźmi, a nie jakimiś służbistkami.
Pozycja "Siostry z Broniszewic" to wspaniały podręcznik głoszenia Ewangelii nie słowami, ale czynami. Wszak Jezus nie mówił: "powiedzieliście piękne kazanie..., ogłosiliście zbiórkę, ale sami nie włączyliście się w nią...", ale "Byłem głodny, a daliście mi jeść, byłem spragniony, a daliście mi pić...". Czytając wywiady z siostrami człowiek odnosi wrażenie, że dla nich czymś oczywistym jest realizowanie tego w życiu codziennym. I tylko człowiekowi przykro robi się w momentach, kiedy czyta, że to księża i katolicy najbardziej rzucają im kłody pod nogi w ich codziennej posłudze najmniejszym braciom.
I właśnie taki Kościół mi się marzy. Nie, nie zdominowany przez kobiety, bo nie o to tutaj chodzi. Nie chodzi o to, aby przydzielać im rolę księży czy też diakonic. Nie! Marzy mi się za to, aby był to Kościół nie tylko głoszący piękne i wymowne kazania, ale przede wszystkim Kościół działający, wyciągający dłoń na potrzeby ludzi, zwłaszcza tych najbardziej potrzebujących, opuszczonych, wykluczonych. Dlatego tak bardzo podoba mi się idea głoszona przez papieża Franciszka, aby wychodzić na peryferie Kościoła. Nie do bogatych, młodych, zdrowych, pięknych i mądrych, ale do opuszczonych, ubogich, niepełnosprawnych i chorych. Bo to do nich najczęściej wychodził Jezus. A z drugiej strony - Jezus nie urodził się w bogatej, majętnej rodzinie, ale w biednej, zwyczajnej. To też powinno dawać do myślenia. Myślę, że inicjatywa sióstr doskonale wpisuje się w nauczanie Jezusa. A przecież nie trzeba od razu budować DPSów, wystarczy dać skromny datek z tego, co się zebrało na tacy, pojechać do takich miejsc, pobyć z przebywającymi w nich podopiecznymi, porozmawiać z nimi. Działać, a nie tylko mówić. Och, jak wtedy zmieniłby się obraz księży w oczach wiernych...
I pomyśleć, że Ksiądz-administrator już w pierwszym miesiącu swojego urzędowania na nowej parafii zastanawiał się, czy nie przerobić części nie takiej dużej plebanii np. na mieszkanie treningowe dla niepełnosprawnych czy też wykluczonych. No, wizja niezła, oby tylko na tym się nie skończyło. Bo wiecie, takim czymś pokaże nieco inną twarz Kościoła, niż tą, która jest znana z mediów.

piątek, 25 lipca 2025

2239. Jednak jestem antyspołecznościowa, ale tylko w wirtualnym świecie

Namawiają mnie na założenie sobie istagrama, względnie tik-toka. Ale mnie to jakoś nie pociąga. No bo po co mi to? I co niby miałabym na nich publikować? Nie mam manii robienia zdjęć, nawet nie widzę potrzeby fotografowania wszystkiego dookoła. Lubię fotografować, ale staram się robić to z dystansem i umiarem. Zawsze się zastanawiam, czy to, co fotografuję warte jest utrwalenia, co za sobą niesie, co chcę tym pokazać innym. Inna sprawa, że spastyka bardzo często utrudnia mi czy wręcz uniemożliwia mi wykonanie takich zdjęć, jakie bym chciała. A więc ładnych, wyraźnych, ostrych. Czasem czuję z tego powodu frustrację, częściej jednak pokorę, że nie wszystko musi być "po mojemu", że mam te ograniczenia, których nie przeskoczę. I muszę się z tym pogodzić. Nawet jeżeli widzę u innych piękne fotografie. Ale ja nie jestem "inni", jestem mną, indywidualnym człowiekiem wyposażonym w unikalne talenty. A że fotografia do nich nie należy... Trudno. Co do mediów społecznościowych to blog i facebook w zupełności mi wystarczają. Niczego więcej do szczęścia nie potrzebuję.
Inna sprawa, że wysiadł mi mój aparat kompaktowy. Tradycyjnie - w najmniej odpowiednim momencie. To znaczy wysiadał od jakiegoś czasu, ale teraz to już tak chyba na dobre. Pewnie pomyślicie, co za problem, skoro każdy smartfon wyposażony jest w aparat fotograficzny. Może i każdy, ale mój na pewno nie.
No, trochę obciach, wiem. Ale przynajmniej spełnia swoje podstawowe funkcje, takie jak dzwonienie i wysyłanie wiadomości tekstowych. Właściwie to nic więcej mi do szczęścia nie jest potrzebne. Internet mam na laptopie, dzięki czemu nie czuję się niewolnikiem messengera - aby z niego skorzystać, muszę być zalogowana w domu. Zdjęcia robię kompaktem i wrzucam na dysk. Muzyka? Eee, wystarczy mi ta z radia.
I po co takiemu dziwakowi jak ja jakieś dodatkowe portale społecznościowe? Wolę żyć w realnym niż w wirtualnym świecie. I tego też uczę moje dzieciaki.
A propos realnego świata - muszę dokończyć pisanie konspektów spotkań z bierzmowanymi z grupy Carla Acutisa. A przede wszystkim zmienić go z błogosławionego na świętego. Zresztą tak samo, jak w przypadku Pier Giorgia Frassatiego. Jak już ruszą nasze przygotowania, to obydwoje będą świętymi. Wyjątkowi młodzi patroni będący świetnymi patronami i przewodnikami dla młodych ludzi, którzy niestety, coraz częściej odchodzą od kościoła i Kościoła. No cóż, wiary ich nie nauczę, mogę co najwyżej pomóc im jej doświadczyć. Podczas tych kilku razy, kiedy "służyłam" do Mszy, w mojej głowie zrodził się pomysł, aby przybliżyć młodzieży czym tak w ogóle jest Eucharystia i jakie kryje w sobie tajemnice. I właśnie dlatego zamówiłam już sobie tą książkę z lewej strony. Mam nadzieję, że będzie dobrą ku temu inspiracją i pomocą. Szukam jeszcze czegoś na temat siedmiu grzechów głównych. 
Wracając jednak do Carla to udało mi się nabyć jeszcze jedną jego biografię, tą, którą widzicie z prawej strony. Niezwykle inspirująca postać, która w naturalny sposób godziła pasję z wiarą. Mam nadzieję, że uda mi się pokazać młodym, że jedno drugiego nie wyklucza, a tylko może być dobrym uzupełnieniem.

wtorek, 8 lipca 2025

2228. Moje i Twoje potrzeby

Jakiś czas temu wywiązała się pod jednym z wpisów na blogu dyskusja z pewną personą, co do niektórych moich spraw. Starałam się jej wytłumaczyć, że po prostu chciałabym, aby co niektóre osoby z mojego otoczenia rozumiały moje potrzeby, ot tyle. Bo to, że jestem osobą z niepełnosprawnością nie oznacza, że ich nie mam, bo mam. I to zarówno te niższego, jak i wyższego rzędu. Dla przypomnienia piramida potrzeb stworzona przez Abrahama Maslova:
W odpowiedzi przeczytałam, że nikt nie ma obowiązku respektować moich potrzeb. No i zrobiło mi się niezwykle przykro. Bo te słowa padły nie ze strony kogoś pełnosprawnego, kto faktycznie może mnie nie rozumieć, ale kogoś, kto zmaga się z takim samym schorzeniem jak ja, kto też niejednokrotnie doświadczył odrzucenia ze względu na ograniczenia narzucone jej przez MPD. Więc skąd ta złośliwość?
Umówmy się - słynna Piramida Maslova przedstawia piramidę potrzeb odnoszącą się dla zdrowej psychicznie jednostki. Myślę, że nie ma nic dziwnego w tym, że tak jak każdy człowiek, także i ja odczuwam potrzebę przynależności do pewnej jednostki, szacunku oraz samorealizacji. I dążę do ich osiągnięcia, może czasami zbyt chaotycznie, zbyt gwałtownie, ale... Ale nie wydaje mi się, aby moje potrzeby były bardziej czy też mniej ważne od potrzeb innych osób. Ja respektuję i uznaję potrzeby innych osób, nawet w miarę możliwości staram się im pomóc w ich realizacji. Czy więc nie mam prawa oczekiwać tego od innych? Czy inni mają prawo mnie za to obwiniać? Ech, jakoś tak mi dziwnie z tego powodu. To nie tak, że mam o te słowa jakiś szczególny żal czy też pretensje o to, co napisała, ale jakaś mikroranka powstała i trudno ją zagoić.

A co do samorealizacji - pozapalałam dzisiaj sama wszystkie świece w kościele, co przy drżących łapach jest nie lada wyzwaniem. Wiem, że dla niektórych to nic, ale dla mnie dużo. I będę się z tego cieszyć, mimo wszystko...

wtorek, 24 czerwca 2025

2216. Mały płomyczek w pochmurny dzień

Nie zdałam filozofii. A raczej zdałam ją połowicznie. Co nie zmienia faktu, że dalej mam niezaliczone ćwiczenia, a bez tego nie mogę podejść do egzaminu. Pocieszające dla mnie jest to, że zostaje mi do zdania jedno kolokwium. Ostatnie. Z filozofii najnowszej. I chyba dlatego najbardziej zagmatwane, jak dla mnie. Filozofia starożytności i średniowiecza nie sprawiała mi większych problemów, ale filozofia nowożytna i najnowsza, i owszem. Może dlatego, że zmienił się wykładowca, a przez to i sama forma wykładów? Może dlatego, że z filozofami działającymi w starożytności i średniowieczu ma się więcej styczności? O takich Platonach, Sofoklesach, świętym Bernardzie czy też Tomaszu z Akwinu słyszało się już wcześniej, chociażby na lekcjach języka polskiego czy historii, o Pascalu, Heglu czy Gadamerze - niekoniecznie. Sytuacja wygląda tak - przed wakacjami wykładowca ma jeszcze raz konsultacje. Planuję na nie iść i jeszcze raz spróbować przynajmniej z tym ostatnim kolokwium, chociaż, nie ukrywam, chciałabym też podejść do egzaminu. Uda się, to będę szczęśliwa, nie, to będzie trzeba ogarnąć się do września i sesji poprawkowej.
Trochę podłamało mnie to niezaliczenie, bo liczyłam na to, że wreszcie się uda i będę mogła na spokojnie przygotowywać się do egzaminu. A tu jeszcze z tyłu głowy będę miała to, że najpierw mam do zaliczenia ćwiczenia. Na szczęście część materiału z kolokwium i z egzaminu pokrywa się ze sobą, a więc tej nauki nie ma znowu tak dużo. Po drodze jeszcze obrona magisterki, ale to pikuś. 
Po powrocie do domu włączyłam na chwilę komputer i facebooka. Chciałam tylko napisać na grupowej konwersacji, że zdałam tylko trzecie kolokwium, kolejne chciałabym za kilka dni. I wtedy mój wzrok padł na zupełnie nową wiadomość. Kiedy zobaczyłam jego adresata aż uśmiechnęłam się sama do siebie. Ksiądz Wojtek! Większej niespodzianki nie mogłam sobie wymarzyć na ten dzień, trudny dzień. Wiedziałam, że ma konto na portalu, ale nigdy nie miałam odwagi do niego "zagadać", nie czułam się tego godna. A przecież on zawsze traktował mnie normalnie. Jako pierwszy kapłan w parafii widział we mnie materiał na animatora salezjańskiego. Powierzał zadania na miarę moich możliwości, rozliczał z nich, chwalił, ale też ochrzaniał. W konfesjonale zawsze powiedział coś krzepiącego, nawet jeżeli najpierw zrugał. Traktował mnie na równi z innymi animatorami z Oratorium, chociaż musiał modyfikować wymagania względem mnie. Pokazał też, że księża mogą utrzymywać relacje z kobietami, i że mimo wszystko można w nich zachować nieskazitelną czystość. Był w naszej parafii tylko dwa lata, ale jakie to były piękne i owocne lata.
I teraz ta wiadomość od niego, jakby ponownie podświadomie wyczuł, że potrzebuję tego. Odpisałam mu, po jakimś czasie i on mi odpisał. I znowu ja jemu. Nawet przeszła mi przez głowę myśl, jak pięknie by było, gdyby był u nas proboszczem. Może zgodziłby się na niektóre moje pomysły. A może i nie, ale powiedziałby mi to normalnie, ze zrozumieniem, wytłumaczył dlaczego. Bo chyba bycie proboszczem nie zmieniło go tak bardzo. Że nadal bije od niego skromność, pokora i wyrozumiałość. Że nie zapomniał, że dostał władzę od kogoś postawionego wyżej, że ktoś mu kiedyś w tym zaufał. Że tylko kieruje parafią, zarządza, a nie ma ją na własność. Że zarówno to co zbuduje, jak i to co zniszczy będzie procentowało w przyszłości. Że jest takim promyczkiem dla swoich parafian w trudnych momentach, jakim był, i jak się okazało w dalszym ciągu jest, dla kogoś takiego jak ja... Do dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci, sercu i modlitwie.
źródło zdjęcia
Czy uda się kontynuować tą znajomość choćby za pośrednictwem potralu społecznościowego? Bardzo bym tego chciała i pragnęła...

piątek, 28 lutego 2025

2138. Internetowy lot błykawicy

Żyjemy w czasach, kiedy informacje przemieszczają się błyskawicznie, głównie za sprawą Internetu. Ma to swoje dobre strony, ponieważ możemy w jednej chwili znaleźć interesujące nas wiadomości, np. na temat sytuacji na Ukrainie w danym dniu (wybaczcie, ale to już chyba takie zboczenie związane z pisaniem pracy magisterskiej). Ale ma też i gorsze. Na przykład większość moich znajomych ze studiów zamiast na zajęciach notować na laptopach to co mówi wykładowca, to np. przegląda facebooka. Wiem, powiecie, że takie czasy nastały. A ja jeszcze pamiętam moje zupełnie pierwsze studia, na których laptopy miały 2-3 osoby w grupie, głównie z niepełnosprawnością, Internet był głównie w domach, a cała reszta notowała grzecznie w zeszytach. Oczywiście zawsze przesyłaliśmy im notatki, ale świat nie był jeszcze tak bardzo przeniesiony do technologii, jak teraz. I tak jak kiedyś byłam jedną z nielicznych posiadających laptopa na zajęciach, tak teraz jestem jedyna, która na studiach nie ma dostępu do Internetu...
Inną negatywną rzeczą jest to, że jesteśmy wręcz bombardowani z każdego portalu mniej lub bardziej istotnymi informacjami. Przykład pierwszy z brzegu - stan zdrowia papieża. Rozumiem, że świat z uwagą śledzi to, co dzieje się w Watykanie, wszak ważą się losy głowy Kościoła Katolickiego. Ale co druga wiadomość na tablicy fb o treści, że z Watykanu nadeszły niepokojące wiadomości, że papież spokojnie przespał noc, że pewnie zaraz abdykuje, podobnie jak Benedykt XVI mnie poraża. W dodatku niejednokrotnie te wiadomości wykluczają się wzajemnie swoją treścią. Już nawet przestałam je czytać. Nie będę nabijać licznika odsłonięć treści, które są tylko spekulacjami, niejednokrotnie grającymi na uczuciach ludzkich. Już tylko czekam na to, aż przedwcześnie "uśmiercą" Franciszka, tak jak 20 lat temu Jana Pawła II. Co prawda moment jego agonii przypadł na najgorszy okres, czyli początek kwietnia i związany z tym prima aprilis, tak więc nie było wiadomo, czy to co mówią dziennikarze jest prawdą, czy też nie. I niby człowiek wiedział, że Jan Paweł II jest w krytycznym stanie i mało prawdopodobne jest, że z tego wyjdzie, a jednak liczył na ten cud. Cud, który się nie wydarzył.
Dwadzieścia lat temu to, co się działo w Watykanie śledziłam w telewizyjnych programach informacyjnych, prasie, a w szkole w audycjach radiowych, które dla nas były tym, czym dla współczesnych nastolatków są media społecznościowe. Dzisiaj niemal wszystkie informacje mam za kliknięciem myszką w odpowiedni link. Z tym, że muszę z tym czekać na powrót do domu. I ćwiczyć się w cnocie cierpliwości.

Kilka dni temu pisałam o nieodpowiedzialności rodziców, którzy w zeszłym roku zaprzestali skutecznej terapii przeciwnowotworowej swojego synka na rzecz alternatywnych metod leczenia (ziółka, naturalne soczki itp.). Jasne, mieli takie prawo. I może miałyby jakieś zastosowanie jako wspieranie leczenia farmakologicznego. A nie jako samodzielna terapia. Jednak na przełomie listopada i grudnia białaczka z którą mierzył się chłopiec wróciła ze zdwojoną siłą. I tak z jednej strony przeżywali nawrót choroby, co w sumie było normalną reakcją, a z drugiej ciągali dzieciaka w zimny dzień w góry, bo chcieli przeżyć romantyczną randkę w dzień zakochanych. Teraz, równe dwa tygodnie od realizacji zamierzenia, nadeszła wiadomość, że chłopiec zmarł. Nie dożył trzynastych urodzin, które miał mieć w maju. Myślę, że rodzicom zabrakło pokory i może też wyobraźni. Że może gdyby wtedy dokończyli chemioterapię, to Młody miałby powikłania, ale może i pokonałby chorobę (miał aż połowę szans). Że może gdyby te dwa tygodnie temu nie wyszli w nim w góry, kiedy dzień wcześniej pisali o słabej odporności synka, to nie osłabiliby go jeszcze bardziej. Postawa dziwi tym bardziej, że matka jest ratownikiem medycznym. I tylko chłopca żal...

niedziela, 23 lutego 2025

2135. Rodziców się nie wybiera, ale...

Od ponad 12 lat czytam, najpierw bloga, a teraz profil na fanpage, pewnej rodziny, wychowującej dwoje niepełnosprawnych dzieci, skrajne wcześniaki. Trafiłam tam przez przypadek - blog był prowadzony na onecie, który od czasu do czasu wyróżniał ciekawe wpisy, poprzez umieszczenie ich na panelu blogowym, albo nawet na stronie głównej portalu. Nawet ja dwa razy znalazłam się z moimi wpisami na głównej stronie onetu, co bardzo mnie zdziwiło, ale i ucieszyło. No bo kto by pomyślał, że moja recenzja filmu "Nad życie" opowiadającego historię Agaty Mróz-Olszewskiej spodoba się komuś na tyle, że uzna, że powinno ją przeczytać większe grono osób? Bo na pewno nie ja. Dobra, nie ważne. Było minęło...
Tamten proponowany wpis na "miniaturce" miał fragment nawiązujący do rehabilitacji ich starszego dziecka, czyli temat dosyć mi bliski. Kliknęłam więc w link, który odesłał mnie już na sam blog. Pamiętam, że najpierw przeczytałam wpis, do którego odnosiło się hiperłącze, a następnie zaczęłam czytać wpisy od początku istnienia bloga. I tak mi zostało do dzisiaj, z tym, że blog zamienił się na fanpage.
Czytam i mam mieszane uczucia. Bo z jednej strony prowadząca go matka pokazuje jak bardzo aktywne prowadzą życie. No i dobrze, bo myślę, że mogą tą swoją aktywnością zainspirować niejednego człowieka, niekoniecznie niepełnosprawnego. Pokazują, że nawet mieszkańcy wsi mogą spędzać czas na realizacji swoich pasji. 
Ale z drugiej strony zastanawiam się, czy w pewnych rzeczach ciut ta mama nie przesadza. Ja rozumiem, że jak każda matka marzyła o zdrowych, sprawnych dzieciach, co jest naturalne. Nikt raczej nie chce, aby urodziły się z deficytami. Stało się jednak inaczej i mam wrażenie, że nieco idealizuje swoje pociechy, chcąc aby były one jak najbardziej "niewidoczne". W co drugim wpisie czytam, jakie to jej dzieci są genialne i idealne, że mają znakomitą pamięć, że to, że tamto, że siamto. Rozumiem, że jak każda matka widzi w swoich dzieciach potencjał i intelekt, ale jej wpisy wskazują na to, że są to ósme cuda świata w dziedzinie wiedzy, szczególnie młodszy z chłopców. Jeszcze gdyby pisała o tym w miarę naturalnie, nawet z emocjami, ale naturalnie, to nie gryzłoby mnie to. Ale ten jej styl pisania, ta pewność siebie, że ma w domu genialne dziecko, przy jednoczesnym obojętnym podejściu do komentujących, to mnie jakoś zraziło do niej. 
Po drugie - ciągłe zbiórki na coś. Nie tylko na rehabilitację i terapię, ale np. na wyjazd na zabawę z delfinami za kilkanaście tysięcy złotych, bo docelowo miała jechać cała rodzina. Czy to był potrzebny wyjazd, czy też zachcianka rodziców - nie wiem. Zaczęło się od delfinków, potem był sprzęt na wyjazdy w góry, różne wycieczki, samochód... Rozumiem, że chcieli zapewnić chłopcom normalne życie, na tyle, na ile jest to możliwe, ale czy zbiórki są jedynym sposobem na to? I czy musieli zbierać dosłownie na wszystko, skoro jeden z nich pracował? Może nie zarabiał na spełnienie wszystkich marzeń, ale kto jest w stanie to zrobić?
Jednak najbardziej mnie dziwi kwestia leczenia dzieci. Matka jest zakręcona na punkcie medycyny naturalnej i zdaje się uważać, że tylko ziołowe miksturki i naturalne soczki są w stanie wyleczyć każdą chorobę. Może to działa w razie przeziębienia. Tymczasem młodszy syn małżonków rok temu zachorował na białaczkę. Od pewnego czasu widać było, że jest z nim źle (nie porozumiewa się werbalnie), miał też złe wyniki. A mama zamiast iść z nim do lekarza, zaczęła mu serwować różne ziółka. Z chłopcem było coraz gorzej, w końcu poszli z nim do medyka. Po wielu badaniach wyszła białaczka, z 50% szansą na wyzdrowienia. Zaplanowano 8 cykli chemii, które zakończono... po 5. Nie dlatego, że chłopiec źle ją znosił, a głównie z powodu dość dobrych wyników badań. W krwi nie było już nadmiaru białych krwinek, więc rodzice uznali, że jest już wyleczony. I nie dawali się przekonać, że po dokończeniu chemii będzie można być niemal pewnym, że białaczka będzie pokonana. Nie, uznali, że teraz będą leczyć synka za pomocą ziółek i mikstur. Jeszcze gdyby to było tylko wspomaganie. Ale to była główna "terapia" ich syna.
To było w wakacje zeszłego roku. Teraz czytam, że wyniki chłopca są fatalne, a lekarze nie wiedzą co począć. To w jeden dzień, a już na drugi był wpis o wyprawie całej rodziny w góry, gdzie ten młodszy syn był wyraźnie niezadowolony z niej. Może źle się czuł? Może miał dosyć? Być może rodzice chcieli sprawić mu tym przyjemność, chociaż nie wzięli pod uwagę tego, czy on też chce tego samego. To typowe przy niemym dziecku. A potem kolejny lament, że ma temperaturę, której nie da się zbić... Po jakiego grzyba ciągnęli go z zerową odpornością w góry, gdzie wiało i było mroźno. Czego zabrakło? Pokory? Wyobraźni? Empatii? Nie wiem co będzie z tym dzieckiem. Życzę mu jak najlepiej, ale przy tak niezrozumiałym postępowaniu rodziców będzie z tym ciężko. Wiem, że ich się nie wybiera, że może chcą dla chorego synka jak najlepiej. Ale nie tędy droga. Czasami warto zaufać lekarzom i ich wystudiowanej i wyprowadzonej przez lata wiedzy niż własnym przekonaniom. Tu tego zabrakło. A szkoda, bo chłopiec ładny i dobrze rokujący...

piątek, 27 września 2024

2035. "Tak się nie mówi >>do widzenia<<"

Całkiem niedawno pisałam o pozytywnym wymiarze blogowania. O tym, że dziewczyny zaskoczyły mnie swoimi przesyłkami. Ale takich miłych upominków w historii istnienia tego bloga było dużo, dużo więcej. Jedne z nich były mi przesyłane przez niepozorną kobietę o wielkim sercu - Basię P. Nasza blogowa znajomość zaczęła się w wakacje 2017 roku i trwała do teraz.
Basia mnie intrygowała, zachwycała, ale też zawstydzała intensywnością swojego życia. Tak, jakby wiedziała, że ta nić zostanie zbyt szybko przerwana. Pomimo tego, że była osobą głuchoniedowidzącą, potrafiła czerpać z życia pełnymi garściami, czym dzieliła się z innymi na swoim blogu. Dużo czytała (nieraz wyrzucałam sobie, że sama czytam za mało), pokazywała piękno Olsztyna, w którym na co dzień mieszkała, tworzyła niezwykłe w swojej prostocie i pięknie kartki. Nawet jeżeli miała jakieś problemy, bo któż ich nie ma, to nie obciążała nimi innych, a raczej podchodziła z pokorą połączoną z humorem. Nieraz podziwiałam ją za ten subtelny dystans do samej siebie i otaczającego ją świata.
Wiadomość o jej śmierci była dla mnie szokiem. Owszem, od kilku dni nie pojawiały się u niej wpisy, ale powodów mogło być mnóstwo. Tymczasem na jej blogu, w dzień moich urodzin, pojawił się nekrolog. Zrobiło mi się smutno i żal. Wiecie jaki był ostatni komentarz Basi na moim blogu? Abym wreszcie odpoczęła. Teraz ona odpoczywa. Już na zawsze...
Jednocześnie jeszcze raz zajrzałam do Liturgii Słowa z dnia, w którym Basia przeszła do lepszego życia (25 września). W Pierwszym Czytaniu z Księgi Przysłów znalazłam następujące słowa: "Proszę Cię o dwie rzeczy, nie odmawiaj mi, nim umrę: Fałsz i kłamstwo oddal ode mnie, nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty, nie stał się niewierny" (Prz 30, 7-9). Myślę, że doskonale nawiązują one do życia Basi, w którym nie było ani fałszu, ani kłamstwa, a szczerość i prostota na wzór dziecka. A skoro Pan Jezus sam mówił, że tylko ci, którzy staną się jak dzieci, wejdą do Królestwa Niebieskiego, to wierzę, że Basia już cieszy się chwałą Nieba i obcowaniem z Bogiem, w którego wierzyła i którego kochała, twarzą w twarz. Że dostała nowe, piękne ciało, dużo lepsze niż to tutaj na ziemi. I że zachowała w dalszym ciągu tą swoją piękną duszę.
Teraz przesłane przez Basię podarunki stały się dla mnie najpiękniejszą i najcenniejszą po niej pamiątką. Taką, na którą patrzy się z sentymentem i żalem, że nie ma jej już wśród nas.
Właśnie taka pozostaniesz Basiu w mojej pamięci - uśmiechnięta od ucha do ucha
No właśnie, Baśka, jak tak mogłaś. Przecież, jak śpiewał Felicjan Andrzejczak w "Czasie ołowiu", do którego niedawno nawiązałam - "Tak się nie mówi >>do widzenia<<".
Będzie Ciebie brakowało. I to chyba nie tylko mnie...

piątek, 13 września 2024

2026. Pozytywny wymiar blogowania, czyli rzecz o komentowaniu (i nie tylko)

Kiedy zakładałam tego bloga zupełnie nie spodziewałam się, że znajdę tutaj tyle pokrewnych dusz. Co rusz trafiam na nowe blogi, których autorzy mnie inspirują, wydają mi się ciekawi, mają pasję i potrafią w twórczy sposób je wykorzystać. Zachwycam się nimi, ponieważ sama mam dwie lewe ręce do różnych robótek ręcznych. Zawsze staram się też zostawiać chociaż kilka słów na blogach, które odwiedzam. Jakichś wielkich oczekiwań co do ich autorów nie mam. Wiem, że mogę mieć w ich oczach mało atrakcyjny blog i w ogóle, ale po prostu chcę, aby im się zrobiło miło, że ktoś ich czyta.
Staram się, aby moje komentarze były jak najbardziej autentyczne. Czasami mam wrażenie, że są bardzo prymitywne i lakoniczne, ale co ja na to poradzę, że brakuje mi słów, aby w pełni wyrazić to, co chcę? Z drugiej strony mam wrażenie, że mimo mojej zwyczajności w komentowaniu są ludzie, których cieszy to, co im piszę. Którzy nie tylko odpisują u siebie na blogu, ale też komentują zapiski z mojej codzienności. Przez tych 10 lat trochę się Was nazbierało za co jestem Wam bardzo wdzięczna.
Czasami moje komentowanie przyjmuje niecodzienny obrót. Niedawno napisała do mnie Basia z https://barbaratoja.blogspot.com/, z zapytaniem, czy mogłabym podać jej swój adres, bo w podzięce za komentarze chce mi coś wysłać. Zaniemówiłam, bo nigdy nie przypuszczałam, że mogłabym zostać aż tak wyróżniona. Trochę nieśmiało, ale spełniłam jej prośbę. Po jakimś czasie odebrałam niestandardową paczuszkę zawierającą dwa morskie albumy.
Prawda jest taka, że żadne zdjęcie, a tym bardziej wykonane przeze mnie, nie odda piękna tych cudeniek wykonanych basinymi rękami. Przez pierwsze dni ich posiadania nie mogłam przestać ich podziwiać, jednocześnie wymyślając historię do licznych ilustracji. Zresztą do dzisiaj nie wyszłam z zachwytu nad nimi. Za każdym razem, kiedy biorę je do ręki jestem pod wrażeniem ich kunsztu i wykonania. I aż się proszą, aby zapełnić je fotografiami znad morza.
Jakiś czas później notaria zadała na swoim blogu pytanie co może przedstawiać dany rysunek (możecie go zobaczyć >>tutaj<<). Znowu bez żadnych oczekiwań i bardziej dla zabawy napisałam w komentarzu z czym on mi się kojarzy. I znowu zupełne zaskoczenie, kiedy po krótkim czasie notaria do mnie napisała z prośbą o adres, bo chce mi coś wysłać. Ponownie poczułam mieszaninkę niepewności, niedowierzania oraz najzwyczajniejszej w świecie radości. Ale, że co - ja byłam najbliżej poprawnej odpowiedzi? Niemożliwe, a jednak. Kilka dni później cieszyłam się kolejną przesyłką, tym razem zawierającą książkę oraz sympatyczną kartkę - list. Kiedy go przeczytałam aż cieplej mi się zrobiło na mojej skołatanej duszy...
Trzecia sympatyczna przesyłka przyszła do mnie niedługo przed urodzinami. Właściwie to wszystkie zaprezentowane dzisiaj przesyłki potraktowałam po trochu jako prezenty urodzinowe, ale ta jedna jedyna paczuszka była zrobiona specjalnie na tą okazję. Niespodziewana, a więc tym bardziej wywołująca uśmiech na mojej buzi. A zarazem wzruszenie, że ktoś gdzieś tam pamięta o kimś takim, jak ja, o mnie. Długo wahałam się, czy ją otworzyć, niedowierzając, że to się dzieje naprawdę. A jednak. Niepozorna koperta skrywała piękną kartkę urodzinową z niebanalnymi życzeniami oraz zakładkę własnej produkcji.
Tak piękną niespodziankę przygotowała dla mnie nasza kochana Beatka z bloga My kobiety (https://beata-becia.blogspot.com/). Niezwykła kobieta, która zaskakuje mnie swoim chartem ducha. Prawdziwa siłaczka! Podejrzewam, że Beatka znając moje zamiłowanie do książek postanowiła obdarzyć mnie czymś praktycznym - zakładką do nich. Nie wiem ile poświęciła na jej wykonanie, ale efekt mnie rozczulił. Zakładka niemal natychmiast została wykorzystana, pojechała wraz z czytaną przeze mnie książką na wieś i tam już została. Wbrew pozorom nie pójdzie ona na zmarnowanie, przebywając na wsi uwielbiam wieczorami czytać książki. Dotychczas zakładałam sobie strony kawałkami gazet albo papierowymi zakładkami (czasami rozdawanymi jako gadżety). Nie były one jednak trwałe. Teraz mam zakładkę, której tak szybko nie zniszczę. A to jest ważne, kiedy jest się na wsi, gdzie za wiele nie ma.
Dziewczyny, dziękuję Wam za Wasze ogromne serce. Pokazujecie mi, a tym samym wszystkim blogowiczom, że warto bywać na innych blogach i dawać o sobie znać, nawet błahymi, niewyszukanymi komentarzami. Bo chyba każdy z nich jest ważny i pozwala nam wierzyć, że to co robimy ma sens...

poniedziałek, 6 maja 2024

1928. Ocenianie innych tak łatwo nam przychodzi

Zawsze zastanawiam się, jak łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Za chudy, bo pewnie ma anoreksję, za gruby, to pewnie za dużo je. Za mądry, pewnie bez przerwy się uczy, za głupy - to na bank nawet nie spojrzał do książki. Za duży, za mały, za ładny, za brzydki... Przykładów można mnożyć bez liku. 
Czytam różne blogi i czasami sama się zastanawiam, jak można aż tak obsmarowywać innych ludzi, zwłaszcza celebrytów, czy tym podobnych osób. Albo ogólnie jakiejś grupy społecznej. Tak, wiem że czasami i u mnie pojawi się wpis krytykujący kogoś, ale nie wydaje mi się, abym przekroczyła pewną granicę. Przede wszystkim staram się pisać jak najbardziej ogólnie i bez wyśmiewania, obrażania, czy też poniżania danej osoby. Nie zawsze mi się może to udaje, ale staram się. A tymczasem niektóre posty u niektórych osób są po prostu niesmaczne. Czyżby ich autorzy chcieli się popisać przed całym światem swoją mądrością, błyskotliwością, może w ten sposób chcą wyładować swoją frustrację, a może nawet zazdrość, że ktoś "nieidealny" jest popularny i ma swoje pięć minut. Ale owo przysłowiowe pięć minut w końcu minie, a taki obraźliwy czy też wyśmiewający wpis zostaje. I to nie ważne, czy był on jednorazowy, jest ich kilka, czy też co chwilę pojawia się on na blogu czy też fanpage danej osoby. Tak naprawdę nie świadczy on o wadach opisywanej osoby, ale o poziomie autora. A czasami naprawdę zniża się on do poziomu osoby pracującej w tanim brukowcu.
Pamiętajmy, że każdy z nas ma swoją godność. Gruby, chudy, wysoki, niski, mądry, głupi, pełnosprawny i upośledzony, ateista, buddysta, Żyd, katolik, Świadek Jehowy, Polak, Niemiec, Amerykanin, Etiopczyk, Kenińczyk, Azjata, milioner, bezdomny, każdy bez wyjątku. I nikt nie ma prawa nam jej odbierać. Żyjemy pod tym samym niebem, oddychamy tym samym powietrzem, pijemy taką samą wodę, nawet jeżeli woda i powietrze różnią się od siebie pod względem jakości. Byli już ludzie, którzy chcieli być lepsi od innych i nie skończyło się to dobrze dla historii świata. Zresztą nie zawsze znamy historię drugiej osoby, może przyczyna np. jej otyłości czy też szczupłości* leży w problemach zdrowotnych albo uwarunkowaniach genetycznych, czy też po prostu ma gorszą / lepszą przemianę materii. I na niewiele zda się powiedzenie, że wystarczy "mniej / więcej żreć", skoro problem leży dużo głębiej, niż nam się wydaje. Bo to, co podziałało w naszym przypadku, niekoniecznie musi znaleźć zastosowanie u innych. 
Możemy krytycznie odnieść się do zachowania innych (ale zawsze do zachowania, nie do samej danej osoby), ale róbmy to z taktem, bez ośmieszania i poniżania ich. Prawdopodobnie dana osoba i tak nie zajrzy na naszą stronę, ale to świadczy tylko o nas samych i naszym poziomie. I pamiętajmy - nikt nie jest idealny, nawet my sami.

* to tylko przykład, który najłatwiej jest mi wytłumaczyć

piątek, 23 lutego 2024

1868. Czasami wykonanie zadania wielkopostnego jest bardzo proste

Ogranicz dziś korzystanie z Social Mediów
Ogranicz dziś Facebooka, Instagrama, TikToka. Schowaj telefon do kieszeni, skup się na ludziach, którzy są wokół.

To zadanie, przewidziane na piątek, z jednej strony może wydawać się komuś niesamowicie trudne. Dzisiejszy świat wręcz krzyczy o to, aby cały czas być na bieżąco z tym, co się dzieje w social mediach i w ogóle w internecie. Współczesnemu człowiekowi bardzo trudno jest się powstrzymać, aby nie zalajkować jakiegoś postu, zdjęcia, informacji, nie wstawić samemu czegoś na swoje konto, nie skomentować tego, co zrobili czy pokazali inni. Tymczasem okres Wielkiego Postu jest czasem, w którym zaleca się coś, co w dzisiejszym czasie jest niemodne i bardzo trudne, czyli powściągliwość od przyjemności, jeżeli nie przez czterdzieści dni, to chociaż w piątki. Dla mnie taką powściągliwością właściwie od końca gimnazjum jest niekorzystanie z internetu przez tych 7 dni. Bo w zasadzie nie wiem co innego wymagałoby ode mnie takiego samozaparcia i samokontroli jak to.
Pokusa jest olbrzymia, zwłaszcza że zauważyłam że większość spraw załatwiana jest za pośrednictwem messengera (tak jakby nie można było o tym porozmawiać na uczelnianym korytarzu, czy też podczas spotkania wspólnoty). Ale na razie mi się to udaje. Czasami już, już chcę zalogować się czy to na bloga, na facebooka, czy też sprawdzić coś na portalach informacyjnych, ale siłą woli udaje mi się przezwyciężyć to pragnienie. Wszak notatkę czy też komentarz mogę też napisać na drugi dzień i nie sądzę, aby ktoś na tym ucierpiał. A ja żyję w zgodzie z samą sobą i własnym sumieniem. Myślę, że duża w tym jest też zasługa tego, że zamiast smartfona z aplikacjami, które niepotrzebnie sprawiały by pokusę ku zajrzenia tu czy tam, używam najzwyklejszej w życiu Nokii, na której właściwie więcej nie ma niż jest. Oraz tego, że mam dosyć załadowany czas i nie mam kiedy się nudzić. A nuda sprzyja wielu nie do końca potrzebnym czynnością. Podejrzewam, że gdybym tylko miała możliwość robienia notatek ręcznie, to całkowicie mogłabym zrezygnować z używania komputera w wielkopostne piątki. Ale tego niestety nie przeskoczę. Mogłabym nie robić notatek, ale wtedy do końca bym się w nie pogrążyła w weekendy.

niedziela, 4 lutego 2024

1849. Czy to już rytuał?

Nigdy bym nie przypuszczała, że codzienne odmawianie różańca świętego aż tak mnie wciągnie. Generalnie chyba jak większość wierzących i praktykujących mniej lub bardziej katolików, dotychczas najwięcej przywiązywałam do niego wagę w miesiącu październiku, kiedy od najmłodszych klas szkoły podstawowej biegałam na nabożeństwa październikowe do parafialnego kościoła. W zasadzie to najprzód prowadzała mnie mama w ramach przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej. Potem, wraz z rozwojem mojej wiary, już chodziłam albo sama, albo z młodszą siostrą. O ile oczywiście mogłam, bo czasami było się po prostu chorym, miało się jakiś wyjazd, albo, już na studiach, miało się zajęcia tak długo, że nie miało się najmniejszych szans na to, aby zdążyć na nabożeństwo. Starałam się wtedy odmówić go samodzielnie, ale nie zawsze mi to wychodziło.
Poza październikiem różaniec z reguły odmawiałam w ramach pokuty po Spowiedzi Świętej, albo na jakichś pielgrzymkach, np. podczas pieszej pielgrzymki do Częstochowy. Nie wiem, jakoś z innymi mi było łatwiej niż samemu. Coś w tym jest, że modlitwa i ta indywidualna i ta zbiorowa, ma swoje plusy i minusy, ale też zadania. I tak trudno jednogłośnie która jest lepsza, czy też która z nich ma większą wartość. Prawdopodobnie żadna, bo obie są równoważne. Teraz też czasami udaje mi się zdążyć na różaniec przed wieczorną Mszą świętą w parafii Księdza Niosącego Światło (w mojej niestety nie ma takiej tradycji, chociaż obydwie są niemal równolatkami), ale to muszę mieć szczęście. Prawda jest taka, że najczęściej docieram dopiero na ostatnią tajemnicę. Tutaj jednak niewiele mogę zdziałać, gdyż docieram prosto z pracy w Kato, a na to, co się dzieje na drogach nie mam już wpływu.
Od kiedy jednak trafiłam na kanał ks. Teodora Sawielewicza "Teobankologia" moja regularna modlitwa różańcowa wyszła poza wcześniej określone ramy. W zasadzie teraz stała się częścią moich długich wieczorów. Nie zawsze odtwarzam ją w czasie rzeczywistym, czasami mam nawet godzinne opóźnienie. Ale czy to jest ważne? Ważny jest chyba sam fakt. Dla mnie osobiście ważne jest to, jakkolwiek to nie brzmi, że odmawiam go w jakiejś wspólnocie. Swoją drogą doskonale tutaj widać, jak bardzo zmienia się świat - moje babcie odmawiały różaniec wraz z innymi mieszkańcami wsi to w jednym, to w drugim domu. Teraz cała Polska, a nawet ludzie zza granicy też mogą modlić się na różańcu w jednym miejscu. W samej Teobańkologii bardzo podoba mi się też to, że za każdym razem modlitwa prowadzona jest w innej intencji, a same rozważania poszczególnych tajemnic różańca świętego trafiają w samo sedno problemów współczesnego świata. Nie wiem, czy taka internetowa modlitwa nie jest jakimś nadużyciem, ale skoro zainicjował ją i prowadzi sam kapłan, to myślę, że wie, co robi. A ja się cieszę, że mogę ją odmawiać we wspólnocie.
Co ciekawe, wieczorne nieszpory mogę bez mniejszych problemów odmówić sama (najczęściej zaraz po różańcu). O ile nie zapomnę o nich, albo nie jestem na tyle zmęczona, że po prostu nie mam na nie siły. Wystarczy tylko otworzyć odpowiednią stronę internetową i gotowe. A ich odmawiania nauczyłam się dzięki Duszpasterstwu Akademickiemu, gdzie wspólnie odmawiane są na zakończenie każdego spotkania. Tak, wiem, pewnie jestem dziwna w oczach większości z Was. Nie szkodzi, zawsze byłam dziwna w oczach innych. Przyzwyczaiłam się.

wtorek, 30 stycznia 2024

1844. Z wizytą w Sankt Petersburgu wyłaniającym się z kart książki "Petersburg. Miasto snu"

No dobra, z tym nadrabianiem blogowych zaległości to porwałam się trochę tak jak z motyką na słońce. Przeczytałam kilka i stwierdziłam, że na razie mam dosyć. Myślałam, że więcej nadrobię, a tutaj niestety zmęczenie wzięło górę i trzeba było przerwać. No nic, mam nadzieję, że prędzej czy później wyjdę z nimi na zero. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe, tak samo jak zmniejszoną liczbę komentarzy na Waszych blogach. 
Tymczasem postanowiłam zamienić czytanie blogów również na czytanie, ale książki. Tym razem w moje ręce trafił "Petersburg. Miasto snu", również wypożyczony z biblioteki. Zrażona ostatnią lekturą, czyli "Więcej gazu, Kameraden!", która była zbiorem kilkunastu opowiadań całkowicie odbiegających od moich oczekiwań i wyobrażeń, z pewną dozą nieufności sięgnęłam po następną. Tym razem, że była ona w podobnym formacie, tzn. był to zbiór reportaży. Jak się okazało - zupełnie niepotrzebnie, bo z każdą kolejną stroną coraz bardziej pogrążała mnie jej lektura. Nawet nie wiem, kiedy doszłam do końca, ale powiem Wam jedno - stało się to zdecydowanie za szybko.
Tytuł: "Petersburg. Miasto snu"
Autor: Joanna Czeczott
Wydawnictwo: Czarne
Wołowiec 2017
Ilość stron: 376

Jednym z moich najbardziej szalonych marzeń jest zwiedzenie Sankt Petersburga, dawnej stolicy Rosji. Nie Moskwy, która jest dla mnie po prostu brzydka, ale Sankt Petersburga zachwycającego mnie swoim pięknem. Raz nawet byłam o krok od spełnienia tego marzenia, niestety, nic z tego nie wyszło. Na razie "poznaję" to miasto w nieco inny sposób, np. czytając książki na jego temat. 
"Petersburg. Miasto snu" Joanny Czeczott to ostatnio przeczytana przeze mnie książką o tej tematyce. Jest to właściwie zbiór opowiadań czy też esejów, których akcja dzieje się w dawnej stolicy Rosji. Trochę zrażona do tej formy przekazu informacji, podeszłam do pozycji dosyć sceptycznie. Jednak z każdym kolejnym zdaniem coraz bardziej się do niej przekonywałam. Z zapartym tchem czytałam opowieści o codziennym życiu w tym tajemniczym jak dla mnie mieście, w niektórych esejach dziejących się w odległej przeszłości (autorka ośmiela się nawet sięgać do historycznych początków miasta założonego w XVIII wieku przez cara Piotra Wielkiego), a w innych przedstawiających współczesne miasto. Niektóre z nich budziły we mnie strach i niepokój poprzez opisy okrucieństwa, jakie się tam działy. Kto chociaż trochę zna historię miasta, nawet ze szkolnych lekcji historii, ten może się domyślać, o jakie chwile może chodzić. Ale były też takie opowiadania, które wywoływały uczucie błogości. No bo jak mieć negatywne emocje czytając o sztukach teatralnych (chociażby tytułowym "Mieście snu"), czy też występach baletowych.
Jak możecie wywnioskować - książka tym razem przypadła mi do gustu pomimo początkowych wątpliwości co do jej formy. W ostateczności nie przeszkadzało mi to w jej odbiorze, może też dzięki w miarę zrozumiałemu językowi i niezbyt skomplikowanej treści. Nawet te negatywne w treści rozdziały w ostateczności nie były tak bardzo straszne, jakby się mogło wydawać. Co ciekawe, chwilami czułam się tak, jakbym sama przebywała w tym mieście, co w przypadku XVIII-wiecznego miasta wymagało nie lada wyobraźni. I naprawdę zrobiło mi się smutno, kiedy dobrnęłam do końca książki.

Czy pojadę kiedyś do Sankt Petersburga tego nie wiem. Jednak muszę przyznać, że podróże odbywające się za pośrednictwem książek są równie ekscytujące. 

poniedziałek, 22 stycznia 2024

1836. "Good bye Lenin!" w realnym życiu

Nie wiem, czy kiedykolwiek oglądaliście film "Good bye Lenin!". Osobiście miałam okazję widzieć go raz, dosyć dawno, bo w ramach lekcji języka niemieckiego w liceum. I pewnie to było głównym powodem tego, że podeszłam do niego dosyć sceptycznie. W skrócie - po kilku latach wybudza się ze śpiączki matka głównego bohatera filmu Alexa Kernera - Christine. Kiedy na nią zapadła, w Niemczech, gdzie mieszkają, trwa głęboki komunizm, a kraj podzielony jest na dwie części. Christine budzi się w nowym świecie, jednak nie jest tego świadoma. Co więcej, ukochany syn nie wyprowadza jej z tego błędu i tak aranżuje otaczającą ich rzeczywistość, aby kobieta była przekonana, że w dalszym ciągu żyje w takim świecie, jaki zapamiętała sprzed zapadnięciem w śpiączkę. Zdobywa archiwalne nagrania telewizyjne i gazety, opowiada jej historie z tamtych lat. Jak można się domyśleć - prawda w końcu wyszła na jaw, zwłaszcza kiedy Cristine w końcu wyszła z domu i zobaczyła zmiany, jakie zaszły przez te wszystkie lata, powodując u niej szok. A wszystko dlatego, że Alex opisywał jej wszystko to na tyle przekonująco, iż kobieta była przekonana, że tak jest faktycznie. 
Czytając niektóre blogi mam wrażenie, że jestem cząstką takiego świata przedstawionego w filmie "Good bye Lenin". Ich autorzy wyjechali z Polski w latach 80., zrzekli się polskiego obywatelstwa na rzecz obywatelstwa kraju, w którym postanowili spełnić resztę swojego życia. Ok., mieli do tego pełne prawo. Zza granicy piszą bloga. Ok., do tego też mają prawo. Tak samo jak mają teoretyczne prawo do krytykowana Polski, Polaków, polityki, kościoła etc., etc., nawet z podaniem danych osób, które "ośmieliły się" negować jej poglądy (czyli jej i tylko jej wolno szczuć i obrażać innych, a jak ktoś próbuje się bronić, to już jest "przeklętą, katolicką mendą"*). Ok., niech im będzie.
Tylko nie rozumiem w tym wszystkim, dlaczego tak często w swoich wywodach i gorzkich żalach odnośnie czy to naszego kraju, czy to nas, Polaków, czy to kościoła powoduje się na to, co się działo tutaj te 40 lat temu. To znaczy rozumiem, że taką Polskę opuściła i taką zapamiętała, ale jakby nie zauważyła, to Polska wyszła już z głębokiego komunizmu, Polacy nie są bezmózgowcami (bo tak najczęściej ich przedstawia), studia są stratą czasu, a ksiądz na ambonie mało kiedy krzyczy i straszy piekłem. Tym czasem tego typu smaczki można wyczytać z jej wpisów. A wszystko poparte jej "osobistym doświadczeniem" sprzed lat... Ręce opadają. Tak, jakby wszędzie indziej czas biegł na przód, a u nas się zatrzymał.
Zawsze trafiając na takie wpisy zastanawiam się ile w człowieku musi być nienawiści i... pychy? Tak, bardzo dużo pychy zionie wręcz z tych rewelacji. Z takimi osobami nawet nie da się dyskutować, bo zawsze jest się wspomnianą już "przeklętą, katolicką mendą". A może po prostu takie osoby za wszelką cenę chcą, aby tak myślano o Polsce? Może w ten sposób chcą podnieść swój nastrój, samoocenę? A tak naprawdę są bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwe w swoim życiu. Ja to diagnozuję wprost - nowotwór trawiący ludzką duszę. Jest to uleczalne, ale nie w przypadku tego tylu osób. Musiałyby zmienić swoje nastawienie do życia, do ludzi, do otoczenia. Zamiast szukać wszędzie problemów i przeszkód, to poszukiwać rozwiązań. Przejść na własne podwórko, jeżeli otwarcie przyznaje się, że "z tym chorym krajem nie chce się mieć nic wspólnego" i "nie ma już po co tutaj wracać". Może u nich jest mniej afer, niż u nas. 
Może dzięki temu przestaną tworzyć rzeczywistość a'la "Good bye Lenin!", albo jak kto woli z naszego lokalnego podwórka - "Dzień świra".

* A co jeżeli taka osoba jest tak jak oni ateistą, tylko ma inne poglądy?

sobota, 16 grudnia 2023

1799. Szczęście trzeba dawkować

Gdzieś kiedyś usłyszałam, albo wyczytałam, że szczęście jest jednym z tych uczuć, którymi wręcz trzeba się nieustannie zachłystywać, bo i tak nie da się go przedawkować. Tymczasem osobiście uważam, że ze szczęściem jest trochę tak jak z narkotykiem, pobudza, ale nie warto zbyt bardzo z nim przeholowywać, bo można je przedawkować. Jakie są objawy przedawkowanego szczęścia? Choćby takie, że nic nas nie cieszy, jesteśmy coraz bardziej wybredni i wymagający, chcemy więcej i więcej, chociaż tego tak naprawdę nie potrzebujemy. Wszystko po to, aby być coraz bardziej szczęśliwsi, a i tak to nic nie daje. Dlatego czasami warto odsunąć coś w czasie, żeby jeszcze bardziej docenić to, co inni dla nas robią, abyśmy byli szczęśliwsi.
Już w zeszłym tygodniu wiedziałam, że mam się spodziewać jakiejś drobnej przesyłki od Jadzi. Trochę mnie tym zaskoczyła, tym bardziej, że z rozmowy wynikało, iż to będzie coś więcej, niż tylko symboliczna kartka z życzeniami bożonarodzeniowymi. Kto zna Jadzię, chociażby przez prowadzonego przez nią bloga, ten wie, jakie cudeńka potrafi stworzyć. Zresztą nie raz już mnie nimi obdarowała, za każdym razem wywołując u mnie ogrom radości. I już wtedy, podczas tego dialogu czułam, że cokolwiek by to nie było, to moja reakcja będzie taka sama.
W środę otrzymałam SMS, że przesyłka jest już w paczkomacie. Odebrałam ją w czwartkowy wieczór, byłam jednak tak padnięta, szczególnie uczestnictwem w otwartym mitingu AA*, że po prostu nie miałam na to siły. W piątek, jak wspominałam, chciałam napisać artykuł na podstawie mojego wystąpienia na konferencji. Nie ukrywajmy, wymagało to ode mnie maksymalnego skupienia nad tym co robię. A znając moje reakcje na pewne sprawy, to po otwarciu przesyłki wpadłabym w taką euforię, że uspokajanie się i dochodzenie do względnej równowagi emocjonalnej, trochę by trwało. A że to był ostatni dzień na przesłanie pracy, mnie zaś jak najbardziej na tym zależało, otwarcie przesyłki musiało jeszcze zostać na chwilę przesunięte w czasie.
Dzisiaj już nic nie stało na przeszkodzie abym zobaczyła, czym tym razem obdarzyła mnie Jadzia. Otwarłam niewielkie pudełko, a tam... tadam!:
Coś dla ciała, czyli kompot wigilijny do zaparzenia (będzie idealny na zimowe, zimne wieczory) oraz wiśnie w czekoladzie:

I coś dla ducha, czyli: prześliczna kartka z cudownymi życzeniami:
Własnoręcznie wykonany przez Jadzię notes (będzie gdzie zapisywać kolejne pomysły na wiersze)
A także coś o czym marzyłam od dawna, i nawet próbowałam sama sobie takie coś zrobić, ale bez powodzenia: to grudniownik, czyli coś w stylu albumo-kalendarza, gdzie jest miejsce, aby każdego dnia coś wkleić lub zapisać. Wspaniała pamiątka na dalsze lata, bo i tegoroczny grudzień jest wyjątkowy. Już powoli planuję jak go wypełnię, chociaż nie ukrywam, że szkoda mi troszkę niszczyć jego pierwotne piękno.
Tyle piękna, serca, pamięci i dobroci zmieściło się w jednej, niepozornej przesyłce. A ile radości to we mnie wywołało... Tego nie da się opisać słowami.
I na koniec kolejna myśl odnośnie adwentu, tym razem arcybiskupa metropolii katowickiej, oraz tymczasowego biskupa mojej diecezji - Adriana Galbasa:

* To było jedno z zadań do wykonania (i napisanie z tego sprawozdania) w ramach przedmiotu Uzależnienia i współuzależnienie, które mamy na studiach