Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 lutego 2026

2323. Temat nie stracił na ważności

To było dziesięć lat temu. Sprawdziłam to nawet w archiwalnych wpisach. Moja parafia organizowała wtedy (jeszcze) parafialne półkolonie. Wtedy jeszcze byłam animatorem, czyli kimś ciut niżej, niż wychowawca, a jednocześnie ciut wyżej, niż zwykły uczestnik. Byłam więc w tzw. kadrze organizacyjnej, jednak nie chciałam z tego powodu mieć jakiś nie wiadomo jakich przywilejów. A za przywilej uważam kompulsywne używanie telefony. Bo nawet mnie zdarzyło się sprawdzić na nim godzinę, albo wykonać szybki telefon do kogoś wyżej ode mnie. Jednak miałam takie wewnętrzne przekonanie, że skoro dzieciaki mają zakaz korzystania z telefonów, to i ja nie muszę co chwilę zerkać w jego ekran.
Innego zdania byli jednak inni animatorzy, bo niemal bez przerwy siedzieli z nosami w telefonach, mając za nic dzieci. Nie podobało mi się to, no bo nie poświęcali oni wystarczającej uwagi dzieciakom, którzy albo rozwalali salę, albo sami wyciągali swoje telefony komórkowe, a więc zakaz poszedł... sama nie wiem gdzie. Nawet próbowałam poruszyć ten temat u kierownika półkolonii, ten jednak nie widział problemu. Walczyć z nim nie chciałam, bo i tak byłam na straconej pozycji.
Minęło dziesięć lat i telefon stał się nieodłącznym atrybutem jeszcze większej ilości z nas, a próg wieku, w którym najmłodsi stają się właścicielami tego elektronicznego gadżetu obniża się z roku na rok. Jest atrakcyjny, bo oprócz dzwonienia ma tyle wspaniałych funkcji, które niestety uzależniają młodego człowieka sprawiając, że musi. po niego raz po raz sięgać. Widzę to u dzieciaków ze świetlicy szkolnej i środowiskowej, widzę to u dzieciaków, którym daję korepetycje. Widziałam to u kolegów i koleżanek z uczelni, którzy podczas egzaminu potrafili bezczelnie ściągać odpowiedzi z chatu GPT, a potem chwalić się, że wykładowca ich nie przyłapał. Gdzie tu uczciwość i realna ocena posiadanej wiedzy? Było mi wtedy przykro jak nigdy. Ale byłam też zadowolona, że ocenę dostałam z wiedzy, a nie cwaniactwa.
Z moimi koleżankami i kolegami nie miałam siły walczyć, jak niegdyś z kierownikiem półkolonii. Nie sądzę, by przejęli się tym, co do nich mówię. Dzieciaki w szkole mają zakaz używania telefonów w czasie zajęć, podobnie podopieczni świetlicy środowiskowej. Na przerwach mogą korzystać do woli, ale podczas zajęć mają je mieć schowane. Na korepetycjach dzieciaki mogą wykorzystywać swoje telefony do obliczeń. Ewentualnie odebrania połączeń. Byle nie za często. W przeciwnym razie odwołuję zajęcia i inkasuję za nie 100% ceny. Myślę, że godzina bez mediów społecznościowych nikomu nie zaszkodzi. Ale mogę się mylić. Jednak jakieś zasady musiałam wprowadzić, aby opanować to wszystko.

Kilka lat temu trafiłam w internecie na taki oto artykuł "podpowiadający", w jaki sposób można ograniczyć używanie smartfonów w przestrzeni szkolnej. Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie taki czas, kiedy będę miała okazję podzieli się nim z Wami.

Telefon komórkowy stał się nieodłącznym atrybutem młodego człowieka od najmłodszych lat. Nie jest rzadkością, że uczniowie nauczania początkowego przychodzą z tym gadżetem do szkoły, a to z kolei może utrudniać prowadzenie lekcji. Czy jest jakiś sposób, aby sobie z nim poradzić?
  1. Całkowity zakaz? - na pewno telefony najmniej rozpraszałyby w czasie wówczas, gdyby w ogóle ich nie było, a więc wtedy, gdyby w szkole obowiązywał całkowity zakaz ich używania. Z reguły jednak takie rozwiązanie może psuć wizerunek szkoły, poza tym telefony równie często jak do rozrywki i rozpraszania mogą być wykorzystywane przez uczniów w przydatnych i ważnych sprawach, jak np. do kontaktu z rodzicami.
  2. Przechowywanie w czasie lekcji? - można też przy wejściu do klasy postawić skrzynkę prosząc uczniów o złożenie w niej telefonów na czas lekcji. Trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że ktoś do takiej skrzynki włoży jeden telefon, a wychodząc z klasy weźmie więcej niż jeden, co może być ostatecznie dosyć problematyczne. Można by to rozwiązać w taki sposób, że nauczyciel posiada specjalną skrzynkę z podpisanymi przegródkami i osobiście najpierw chowa, a na koniec zajęć podaje uczniom telefony. Jednak i to byłoby problematyczne, ponieważ zajmowałoby za dużo czasu, a i samemu telefonowi mogłoby się coś stać (np. spaść i się potłuc).
  3. Wykorzystanie na lekcji - dobrym pomysłem wydaje się pokazanie podopiecznym, że telefon może być przydatnym narzędziem także do nauki, i że można go wykorzystać nie tylko jako kalkulator, ale też jako tłumacz, słownik, notatnik itp. W tym temacie nie należy jednak przesadzić, ponieważ pod pretekstem nauki uczniowie mogą wykorzystywać telefon do innych celów.
  4. Kodeks używania telefonów - dobrą praktyką jest też ustalenie z uczniami wspólnych zasad postępowania w przypadku używania telefonów w szkole. Można np. ustalić, że w czasie przerwy można rozmawiać, ale nie za głośno, żeby nie przeszkadzać innym, że w czasie lekcji telefon powinien być wyłączony i schowany do plecaka, a wykorzystywać go można jedynie na polecenie nauczyciela. Ważne jest ustalenie konsekwencji za złamanie tych zasad (np. przechowywanie telefonu przez nauczyciela, przygotowanie wypracowania lub prezentacji na temat dobrych manier używania telefonu itp.). Istotne jest przy tym to, że nauczyciel także musi stosować się do spisanych zasad.
  5. Dzień bez telefonu - wprowadzenie powyższego kodeksu warto poprzedzić organizacją w szkole "Dnia bez telefonu", czyli dnia, w którym nikt nie będzie używał komórek, nawet na przerwie. Jest to możliwe, jednak akcję trzeba dobrze przygotować, zaprosić uczniów do jej zorganizowania, rozpromować, zorganizować wydarzenia towarzyszące, np. animacje w czasie przerw, gazetkę na temat promieniowania mikrofalowego, a następnie podsumować.
  6. Szerokie oddziaływanie wychowawcze - warto nie zapominać, że wszystkie podejmowane kroki przez nauczyciela, albo dyrektora, powinny wpisywać się w szersze oddziaływania wychowawcze. Jeżeli w szkole uczniowie będą uczestniczyli w systematycznych oddziaływaniach budujących ich kompetencje społeczne i osobowe wtedy jakiekolwiek oddziaływania ograniczające nadmierne używanie komórek, czy innych zjawisk negatywnie wpływających na uczniów i nauczycieli będą skuteczniejsze.

wtorek, 8 października 2024

2043. Za błędy okołoporodowe można otrzymać odszkodowanie

Jedną z przyczyn wystąpienia u dzieci dziecięcego porażenia mózgowego są błędy okołoporodowy. Nie jest to oczywiście jedyne ich następstwo, ale jedno z wielu. Najczęściej wiąże się to z nieprzeprowadzeniem we właściwym czasie cesarskiego cięcia w myśl zasady, że jest to fanaberia matek, a poza tym najlepszym sposobem przyjścia noworodka na świat jest naturalny poród. Tymczasem dziecko chce przyjść na świat, ale nie może, więc się dusi, a w mózgu dochodzi do nieodwracalnych zmian, które rzutują na całe jego życie. Wbrew pozorom, nie da się ich naprawić, a jedynie skorygować. To trochę tak, jak z samochodem - kiedy karoseria jest wygięta, można ją wyklepać, ale nigdy nie będzie ona taka sama jak na początku.
Niewiele osób, a zwłaszcza rodziców, wie że mają możliwość ubiegania się o odszkodowanie za owy błąd lekarski. Bo inaczej tego nie da się sklasyfikować. Tak jak powiedziałam, dziecięce porażenie mózgowe nie zawsze wynika z nieprawidłowego porodu, ale jest to najczęstsza przyczyna tego rodzaju schorzenia, które na zawsze już będzie rzutować na ich życiu. O tym, jak dochodzić swoich praw mówi wywiad z dwoma prawniczkami, który ukazał się 11 kwietnia 2019 roku na onecie. Właściwie był to wywiad przeprowadzony przez Zuzanną Opolską w ramach kampanii "Prawda". Chociaż od momentu jego publikacji minęło 5 lat, to uważam, że w dalszym ciągu jest on bardzo aktualny.

Prawniczki: Błędy okołoporodowe? Kobieta zostaje z dzieckiem na dobre i na złe.
Błędy okołoporodowe zajmują pierwsze miejsce w najczęściej popełnianych przez personel medyczny zaniedbaniach i pomyłkach. Wiele matek nie idzie do sądu i latami żyje w poczuciu winy. Wydaje im się, że czegoś nie poczuły, nie zgłosiły lekarzowi, za późno przyjechały na porodówkę. Zuzanna Opolska rozmawiała z prawniczkami Małgorzatą Hudziak i Joanną Lazer o błędach okołoporodowych.
Joanna Lazer i Małgorzata Hudziak
  • W Polsce rekordowe zadośćuczynienie dla dziecka poszkodowanego przez błąd okołoporodowy wyniosło 1 200 000 zł.
  • Nie stawiamy się jednak, z założenia, wyłącznie po stronie pacjentów, ponieważ sprawy bywają różne. Dzięki temu lepiej potrafimy oszacować szanse procesowe i słabe strony przeciwnika.
  • Szpital nie ma prawa odmówić wydania dokumentacji. Musi to zrobić niezwłocznie. Jeśli zwleka, można złożyć skargę do Rzecznika Praw Pacjenta.
Zuzanna Opolska: Kancelaria Lazer&Hudziak specjalizuje się w okołoporodowych błędach lekarskich - to rewanż za szpitalną traumę?
Joanna LazerMotywacje były inne. Wychowałam się wśród igieł, strzykawek i bandaży - moja mama jest pielęgniarką. Przez pierwszy rok studiów prawniczych byłam przekonana, że minęłam się z powołaniem. Teraz wiem, że prawo to była dobra decyzja.
Małgorzata Hudziak: Ze mną było podobnie - mój tata jest nefrologiem. Spotkałyśmy się przypadkiem na szkoleniu. Okazało się, że mamy wspólne zainteresowania i dobrze się uzupełniamy, więc postanowiłyśmy działać razem. Zresztą przed sądami reprezentujemy nie tylko poszkodowanych pacjentów, ale czasami również personel medyczny.
Joanna LazerNie stawiamy się z założenia wyłącznie po stronie pacjentów, ponieważ sprawy bywają różne. Dzięki temu lepiej potrafimy oszacować szanse procesowe i słabe strony przeciwnika.
Zuzanna Opolska: Idea brzmi: nie składamy pozwów za wszelką cenę, czyli w jakich sytuacjach nie?
Joanna LazerNie idziemy w ciemno do sądu, ponieważ zdajemy sobie sprawę z tego, że klienci pokładają w nas duże nadzieje, dlatego każdą sprawę konsultujemy z naszymi ginekologami i już na etapie przedprocesowym przygotowujemy analizę medyczno-prawną.
Małgorzata HudziakCzyli po pierwsze sprawdzamy czy działanie lekarzy i personelu medycznego było zgodne z zasadami i aktualną wiedzą medyczną, a po drugie czy istniał związek przyczynowy między działaniem czy zaniechaniem lekarza, a szkodą pacjenta. Mówiąc prościej sprawdzamy, czy popełniono błąd okołoporodowy.
Joanna LazerJeśli dokumentacja medyczna nie pozwala nam znaleźć związku przyczynowo - skutkowego, a szanse na wygrane są znikome to mówimy o tym klientom wprost, żeby oszczędzić im rozczarowań. Czasami niestety pacjenci mają pecha, nieszczęścia się zdarzają i czasem to nie błąd lekarza jest przyczyn tragedii.
Zuzanna Opolska: Wiele mam, z którymi rozmawiałam jest przekonanych, że sprawy o błędy okołoporodowe są nie do wygrania...
Małgorzata HudziakNajlepszym przykładem, że da się wygrać ze szpitalem są mamy, czy rodzice, którzy już wygrali. Warto walczyć dla siebie i przyszłości własnego dziecka. Świadczenie pielęgnacyjne dla rodzica, który rezygnuje z zatrudnienia wynosi 1477 zł netto miesięcznie. Co można za to kupić? Leki i środki pielęgnacyjne? A wizyty lekarskie, rehabilitacja, sprzęt? Koszt jednego turnusu to około 5-8 tysięcy, a dziecko ciężko poszkodowane potrzebuje ich minimum dwa w roku...
Joanna LazerPrzerażająca jest jeszcze jedna rzecz - wiele mam nie idzie do sądu i latami żyje w poczuciu winy. Wydaje im się, że może czegoś nie poczuły, nie zgłosiły lekarzowi, za późno przyjechały na porodówkę. Jedna z naszych klientek popłakała się do słuchawki, kiedy dowiedziała się, że błąd popełnił personel szpitala, i że niepełnosprawność jej dziecka nie jest jej winą. To jest ten moment, kiedy ta praca daje nam największą satysfakcję. Kiedy można z kogoś zdjąć poczucie winy i mu pomóc.
Zuzanna Opolska: Mam wrażenie, że przed wejściem na drogę sądową rodziców hamują trzy rzeczy. Po pierwsze: rachunek...
Joanna Lazer: Zdajemy sobie sprawę, że wielu klientów nie stać na wynajęcie prawnika i przewidujemy inne rozwiązanie. W zależności od sytuacji, pobieramy małą, wstępną opłatę, a resztę kwoty stanowi procent od ostatecznej sumy zadośćuczynienia.
Zuzanna Opolska: Ryzykujecie tylko w bankowych sprawach?
Małgorzata HudziakNie ma tzw. bankowych spraw, bo wyrok zawsze wydaje sąd, a nie my. Za to my możemy z bardzo dużym prawdopodobieństwem oszacować szanse wygranej. Czasem zdarza się, że ryzykujemy, gdy mamy wątpliwości, ponieważ analiza medyczna nie daje jasnych odpowiedzi, ale rodzice są pewni optymizmu i zarażają nas nadzieją. Wtedy walczymy.
Zuzanna Opolska: Dwa pozostałe hamulce to: konieczność stawiania się w sądzie i niekończący się proces...
Małgorzata HudziakTo kolejne mity - rodzice muszą stawić się w sądzie tylko raz. Po to, żeby opowiedzieć, jak przebiegał poród, jak wygląda ich codzienne życie, w jakim stanie jest dziecko. Później to już my piszemy pisma, pilnujemy terminów, przesłuchujemy świadków i na bieżąco informujemy klientów o tym co się dzieje.
Joanna LazerJeśli chodzi o długość procesu, to wszystko zależy od konkretnego przypadku. To może być pięć, a nawet osiem lat w różnych instancjach, ale nie musi. Wszystko zależy od stopnia skomplikowania sprawy, m.in. ilości opinii biegłych, które będą przez strony zawnioskowane.
Małgorzata HudziakCoraz częściej po wysłaniu pozwu, dostajemy telefon z propozycją zawarcia ugody.
Joanna Lazer: I wtedy czas oczekiwania na zakończenie sprawy jest znacznie krótszy. Myślę, że warto dodać, że po złożeniu pozwu naliczamy odsetki ustawowe za opóźnienie, więc zasądzona przez sąd suma, będzie o nie powiększona. A jeśli odsetki będą naliczane przez kilka lat, to uzbiera się z tego spora suma.
Małgorzata HudziakTo pewne pocieszenie w razie długiego procesu.
Zuzanna Opolska: A nie jest tak, że szpitale oferują symboliczne kwoty?
Joanna LazerCzasami w odpowiedzi na pozew czytamy, że "żądana kwota jest rażąco wygórowana i mogłaby zostać przeznaczona na leczenie innych pacjentów". To argument poniżej pasa - jak dziecko, które jest w dramatycznie ciężkim stanie czy rodzice którzy są pod wpływem nieuzasadnionego stresu o to co będzie jutro, jak zapewnią choremu dziecku byt, kto się nim zajmie gdy ich zabraknie, mają przyjąć do wiadomości podobne uzasadnienie?
Małgorzata HudziakJeśli szpital i ubezpieczyciel mają rozsądnych prawników: adwokatów i radców prawnych to negocjują kwoty i oszczędzają na odsetkach. Załóżmy, że dla dziecka okołoporodowo poszkodowanego żądamy miliona złotych zadośćuczynienia. Roczne odsetki wynoszą około 80 tys. złotych. Biorąc pod uwagę, że proces w dwóch instancjach potrwa osiem lat - suma odsetek urasta do 640 tysięcy. To element do negocjacji. My walczymy o małego pacjenta, oni o liczbę zer po przecinku.
Zuzanna Opolska: Od czego w takim razie powinnam zacząć?
Joanna LazerOd pobrania dokumentacji medycznej ze szpitala. Pełnej dokumentacji medycznej. To ważne.
Zuzanna Opolska: Karta informacyjna z leczenia pacjenta nie wystarczy?
Joanna LazerNie. Często pacjenci myślą, że karta informacyjna z leczenia szpitalnego to ich cała dokumentacja ze szpitala. Jednak jest tego znacznie [więcej], bo jest i dokumentacja indywidualna i zbiorcza, m.in. historia choroby, obserwacje pielęgniarskie i lekarskie, zlecenia lekarskie, wyniki badań, opisy badań, raporty lekarskie, raporty pielęgniarskie i inne. Na stronie naszej kancelarii można znaleźć wniosek o wydanie dokumentacji medycznej, który wystarczy pobrać, wypełnić i złożyć w szpitalu.
Zuzanna Opolska: Szpital ma prawo odmówić?
Małgorzata HudziakNie, powinien wydać dokumentację niezwłocznie. Jeśli zwleka to można złożyć skargę do Rzecznika Praw Pacjenta.
Zuzanna Opolska: Czy zdarza się, że dokumentacja medyczna odbiega od wersji zdarzeń przedstawionej przez rodziców?
Małgorzata HudziakNiestety tak. Prowadzimy sprawę, w której wpisy z dokumentacji medycznej znikały w tajemniczych okolicznościach. W innej z kolei, naszej klientce wydano wydruk badania KTG zupełnie innej pacjentki. Dlaczego tak się stało można się tylko domyślać...
Zuzanna Opolska: Jakie błędy przy porodzie zdarzają się najczęściej? Odmowa cesarki albo wykonanie jej za późno.
Małgorzata HudziakBrak stałego KTG (badanie kardiotokograficzne) nad porodem, kiedy był potrzebny. Polskie Towarzystwo Ginekologiczne w swych zaleceniach, a także Standardy Okołoporodowe określają, w jakich sytuacjach kobieta w ciąży podczas porodu powinna być podłączona pod aparaturę KTG na stałe. Indukcja porodu za pomocą wlewu kroplowego z oksytocyną jest jedną z nich. Niestety często lekarze i położne, nie przestrzegają procedur i przykładają głowicę do brzucha pacjentki na krótki czas - to błąd, który może prowadzić do tragedii.
Zuzanna Opolska: Pozywamy: szpital, ubezpieczyciela i lekarza?
Małgorzata Hudziak: Przeważnie pozywamy szpital i ubezpieczyciela - jeśli lekarz jest zatrudniony na podstawie umowy o pracę, to jego odpowiedzialność jest ograniczona do trzykrotnego wynagrodzenia. Odrębnym przypadkiem jest sytuacja, w której lekarz pracuje na tzw. kontrakcie. Wtedy za błąd lekarza solidarnie odpowiedzą: lekarz i szpital lub inna placówka medyczna, z którą zawarł kontrakt. Pozwanych może być kilku, a o tym ilu decydujemy my - w zależności od strategii procesowej.
Zuzanna Opolska: Tak samo jest z położną?
Małgorzata Hudziak: Tak, ale położne i pielęgniarki są przeważnie zatrudnione na podstawie umowy o pracę. W wielu sprawach, które prowadzimy, to położne popełniają błąd, np. nie wzywając lekarza w odpowiednim momencie, jeśli poród jest niefizjologiczny tzn. przebiega z komplikacjami.
Joanna LazerAlbo nie potrafią właściwie zinterpretować wyników badania KTG. Co ma tragiczne skutki, bo opóźnia właściwe leczenie. Czasem podają niewłaściwy lek lub nieodpowiednią jego dawkę, podają inne lekarstwo, niż zalecone, nie sprawują wystarczająco starannej opieki nad kobietą w okresie połogu i noworodkiem. Przyczyny błędów są bardzo różne.
Zuzanna Opolska: Jakich roszczeń mogę dochodzić?
Joanna LazerDla dziecka - zadośćuczynienia, odszkodowania, renty, czyli co miesięcznych wypłat na stałe wydatki i ustalenia odpowiedzialności na przyszłość. Rodzice mogą dochodzić zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych w postaci prawa do niezakłóconego życia rodzinnego, a jeśli dziecko umrze to przysługuje im roszczenie za śmierć osoby bliskiej. 
Małgorzata Hudziak: Podobnie jest z rodzeństwem dziecka okołoporodowo poszkodowanego - ono również może dochodzić zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych. 
Zuzanna Opolska: Chodzi wyłącznie o starsze rodzeństwo? 
Małgorzata Hudziak: Nie tylko - prowadzimy sprawę, w której rodzice zdecydowali się na drugie dziecko, po to, żeby zajęło się chorym bratem, kiedy ich zabraknie. Musimy wziąć pod uwagę, że drugie dziecko jest emocjonalnie poszkodowane - typowe więzi rodzinne nie istnieją, a wzajemne relacje sprowadzają się do całodobowej opieki. Sąd Najwyższy w precedensowej uchwale z 27 marca 2018 r. sygn. akt III CZP 60/17, stwierdził, że sąd może przyznać zadośćuczynienie za krzywdę osobom najbliższym poszkodowanego, który na skutek błędu lekarskiego doznał ciężkiego i trwałego uszczerbku na zdrowiu. 
Zuzanna Opolska: O jakich kwotach mówimy? 
Zuzanna Hudziak: To zależy - w przypadku rodziców kwoty zadośćuczynienia wynoszą około 250 - 200 tys. i dla matki, i dla ojca. Jeśli chodzi o dzieci poszkodowane przez błąd okołoporodowy, to najwyższe zadośćuczynienie w Polsce wynosiło 1.200.000 zł. Musimy jednak pamiętać, że wypłacane jest jednorazowo i patrząc perspektywicznie milionowe odszkodowania nie wystarczają na całe życie. Z tego powodu rodzice powinni ubiegać się o rentę dla dziecka. W skład renty wchodzę wydatki na sprzęt medyczny, wózek, ortezy, leczenie - leki, wizyty lekarskie u specjalistów, rehabilitację, w tym dojazdy, opieka osoby trzeciej, np. pielęgniarki. W pozwach umieszczamy tabelkę, z której w sposób przejrzysty wynika wysokość miesięcznej renty. Wszystko musi być odpowiednio udokumentowane
Zuzanna Opolska: A jeśli chodzi o terminy? Do kiedy mogę złożyć pozew? 
Joanna Lazer: Dzieci mają dwa lata od uzyskania pełnoletności, czyli 20 lat od urodzenia. Rodzice 3 lata od dowiedzenia się o szkodzie - błędzie i osobie zobowiązanej do jej naprawienia. To ważne, że okres trzech lat liczymy "od dowiedzenia się", a nie od dnia porodu
Małgorzata Hudziak: Jest jedno "ale" - przepis o możliwości dochodzenia roszczeń przez dziecko w terminie 2 lat od uzyskania pełnoletności wszedł do polskiego porządku prawnego dopiero ustawą z dnia 16 lutego 2007 r. o zmianie ustawy - Kodeks cywilny ze skutkiem od dnia 10 sierpnia 2007 r. Ustawa objęła jednak porody do trzech lat wstecz, czyli nieprzedawnione w chwili wejścia w życie ustawy. 
Zuzanna Opolska: Czyli mamy czas... 
Joanna Lazer: Myślę, że lepiej działać wcześniej niż później - pamięć jest ulotna, dokumentacja medyczna się starzeje, tusz blednie. Jeśli w naszej głowie pojawi się myśl, żeby dochodzić swoich praw weźmy prawnika i nie zwlekajmy. 
Małgorzata Hudziak: Poza dokumentacją medyczną i opisem dnia porodu zawsze prosimy rodziców o dostarczenie opisu zwykłego dnia ich dziecka. To co czytamy jest wstrząsające - pojawienie się w rodzinie osoby niepełnosprawnej dezorganizuje życie wszystkich jej członków. Nie tylko mamy i taty, ale często rodzeństwa i dziadków.
 Zuzanna Opolska: Znajomi znikają? 
Małgorzata Hudziak: Bardzo często, ale nie dlatego, że są złymi ludźmi, po prostu nie wiedzą, jak się zachować, co powiedzieć, a czego nie mówić. Myślę, że to jest najgorsze - społeczne wykluczenie, tak mówią nam rodzice. 
Joanna Lazer: Na turnusach rehabilitacyjnych, na których organizujemy spotkania informacyjne dla rodziców, na korytarzach przeważnie widać matki z dziećmi. Zdarza się, że tam, gdzie pojawia się tragedia, mąż i ojciec w którymś momencie się wykrusza. Kobieta zostaje z dzieckiem na dobre i na złe. Mamy nadzieję, że to się będzie zmieniać, ponieważ na ostatnim spotkaniu informacyjnym była taka sama ilość matek jak i ojców

wtorek, 18 czerwca 2024

1959. Dlaczego już na studiach warto rozwijać się zawodowo?

Wiem, że wielu osobom może wydawać się dziwne to, że przy dwóch kierunkach studiów zdecydowałam się jeszcze na pracę zawodową na etacie. No dobrze, na pół etatu. Ale myślę, że nie to jaki mam wymiar czasu pracy jest tutaj najważniejsze. Dużo bardziej istotne jest dla mnie to, że mogę się w ten sposób rozwijać, a dzięki temu zdobywać doświadczenie, które jest uzupełnieniem wiedzy zdobytej w toku studiowania.
O pracy myślałam już gdzieś pod koniec studiów licencjackich z zarządzania. Miałam wtedy niespełna 22 lata. Co prawda już wtedy udzielałam korepetycji, nawet licealistom, z matematyki, fizyki i geografii, wiedziałam jednak, że z tego się nie utrzymam. Zwłaszcza, że ceny miałam niewygórowane.  Zdarzało mi się też pomagać na wsi, czy to u mamy, czy też u taty, podczas żniw i wykopków, czasem trafiło do mojej kieszeni trochę grosza za pozbieranie ziemniaków z pola, czy też powiązanie zboża w snopki, a we wcześniejszych latach za zaprowadzenie krów na i z pastwiska. Fakt, miałam rentę socjalną i stypendia, ale podświadomie czułam, że praca to coś więcej niż tylko źródło zarabiania pieniędzy. To też sposób na integrację ze środowiskiem, nabywanie nowych kompetencji, przełamywanie barier.
Chociaż pod koniec licencjata na poważnie myślałam o pracy, to jednak nie udało mi się jej zdobyć. No, może nie licząc wakacyjnego stażu w bibliotece miejskiej, który udało mi się załatwić, czy też jednego wyjazdu na kolonie w ramach bycia wychowawcą grupy. Nie odebrałam tego jako porażkę, a szansę. Czy gdybym pracowała to zdecydowałabym się na studia w K-wie, które niezwykle mnie rozwinęły i usamodzielniły? Myślę, że nie, że może zdecydowałabym się na podobne w K-o, ale to już nie było by to samo. Choć coś tam działałam już podczas studiów w Kato (sport, schola, animator w parafialnym Oratorium), to tak naprawdę moje skrzydła i możliwości zaczęły rozwijać się dopiero od studiów z turystyki religijnej i tak trwa do dzisiaj. A ja łapię się za głowę jak wiele rzeczy mogę zrobić pomimo niepełnosprawności.
Z pracą w świetlicy środowiskowej wyszło właściwie przez przypadek. Chciałam spróbować, miałam niejako doświadczenie w pracy z dziećmi w ramach sobotnich zajęć w Oratorium czy też półkolonii, dodatkowo posiadałam wstępną wiedzę, poprzez ukończenie studiów z pracy socjalnej. Wysłałam (być może) kilkadziesiąt CV, zaproszono mnie na jedną rozmowę. Z miesięcznego okresu próbnego zrobiły się trzy lata.
Dlaczego warto rozwijać się już na studiach w różnych kierunkach, nawet jeżeli jest się osobą z niepełnosprawnością? Zapraszam do lektury poniższego tekstu. (źródło: Integracja 5/2018, autor Julita Kuczkowska)

Poradnik studenta. Rozwijaj karierę już na studiach

Dzisiejszy rynek pracy jest coraz bardziej otwarty na pracowników z niepełnosprawnością. Jednak jego realia są dość specyficzne - z jednej strony pracodawcy mają problem ze znalezieniem kompetentnych osób z konkretnymi umiejętnościami. Z drugiej - świeżo upieczeni absolwenci uczelni dostają lekcje pokory, bo praca szuka człowieka, ale z przynajmniej doświadczeniem. Czy jest tu jeszcze miejsce na niepełnosprawność?
- Rynek pracy w Polsce staje się z roku na rok coraz bardziej agresywny. Nie liczy się tylko wykształcenie, ale przede wszystkim doświadczenie i tak zwany survival na rynku pracy - twierdzi doradca zawodowy z Fundacji Aktywnej Rehabilitacji (FAR), Przemysław Rogalski. - Pocieszające jest jednak to, że nawet jak ktoś nie ma doświadczenia, to rynek jest tak bogaty i różnorodny, że pozwoli na jego zdobycie. 
Mężczyzna zaznacza, że trzeba przede wszystkim przyjąć odpowiednią postawę: ktoś mnie przyjmuje do pracy dlatego, że jestem niepełnosprawny i może się lituje, albo też chodzi mu o dofinansowanie do mojego wynagrodzenia.
Poczucie własnej wartości jest kluczowe. Zwraca na to uwagę pośrednik pracy z Centrum Integracja, Michał Czapiewski. Uważa on też, że największy nacisk powinno się kłaść na rozwój poczucia pewności siebie. Oznacza to m.in. przekonanie się do posiadanych kompetencji, umiejętność zaprezentowania siebie jako potencjalnego pracownika, wyrzucić zaś myślenie typu: "ale ja jestem niepełnosprawny". Jak sam zaznacza, najgorszą rzeczą, jaka może się zdarzyć, to patrzeć na rynek pracy i samą pracę przez pryzmat niepełnosprawności. Poza tym z jego perspektywy i doświadczenia, niepełnosprawność jest często traktowana jako alibi: "obecnie studiuję, więc nie mogę teraz pracować". Skutkuje to brakiem doświadczenia oraz tego, co może dać praca - rozwijania kompetencji miękkich, takich jak praca w grupie, komunikacja, rozwiązywanie konfliktów. 
Prawda jest taka, że program studiów dla wszystkich studentów danego kierunku jest identyczny - wszyscy zdają te same egzaminy i realizują identyczne warsztaty i seminaria. Oznacza to, że bez względu na niepełnosprawność dotknięta nią osoba na rynku pracy jest tyle samo warta, co pełnosprawny pracownik.

Zaczęcie od praktyk lub stażu
Każdy program studiów ma przewidziane obowiązkowe praktyki studenckie. Wiele uczelni ma podpisane umowy z placówkami, gdzie można je odbyć. Można też szukać ich na własną rękę, aby zdobyć doświadczenie, na którym konkretnie zależy studentowi. Jest to też okazja, aby zobaczyć, czy da się radę pracować na danym stanowisku, nawet jeżeli nie są one w 100% przystosowane dla potrzeb osób niepełnosprawnych. 
Praktyki i staże to dobra podstawa do budowania kariery zawodowej. Warto odbyć dłuższe praktyki lub staż zawodowy, na przykład w wakacje. Bardzo wiele dużych firm prowadzi wakacyjne programy stażowe dla studentów, w dodatku przewidując wynagrodzenie za wykonaną pracę. Wystarczy wyszukać firmy z branży, w której chce się rozwijać i sprawdzić, czy mają ofertę stażową na swoich stronach internetowych (np. w zakładce Dla studentów lub Kariera). Sama swego czasu skorzystałam z takiej oferty w mojej Miejskiej Bibliotece, co zupełnie nie było związane z moim wykształceniem. Trochę przykro mi się zrobiło, kiedy jedna osoba zarzuciła mi w komentarzu (było to na poprzednim blogu), że chwalę się tym wpędzając w zakłopotanie tych, którzy nie mają pracy, z perspektywy czasu wiem, iż była to dobra decyzja. A tamtej osobie nikt przecież nie zabronił zrobić tego samego, zwłaszcza że też mieszka (ła) w dużym mieście i założę się, że też mogłaby znaleźć coś dla siebie. No, chyba że ubodło ją to, że komuś takiemu jak ja udało się coś takiego.

Łączenie pracy i studiów
Czasami zdarza się, że płatne praktyki przeradzają się w etat w tym samym miejscu. Nie jest łatwo połączyć studiów, zwłaszcza w trybie dziennym, z pracą, ale udaje się, także w przypadku osób niepełnosprawnych. Przede wszystkim trzeba tak dobrać pracę, aby nie kolidowała z zajęciami na uczelni, czy też nie lawirować z planem zajęć. Może się bowiem zdarzyć tak, że pracodawca szuka kogoś od poniedziałku do piątku. Zawsze należy mierzyć siły nad zamiary. Można pracować tylko popołudniami, albo w miarę możliwości ułożyć plan zajęć na uczelni w taki sposób, aby mieć co najmniej jeden dzień wolny i wtedy chodzić do pracy. Czasami jest to możliwe dopiero na III roku, kiedy zazwyczaj zajęć jest po prostu mniej. Ma to też oczywiście swoje plusy: I rok jest idealny na poświęcenie go na dobry start na uczelni - uczyć się oraz wyrobić sobie dobrą opinię u wykładowców. O pracy można spokojnie myśleć będąc na II, III roku, kiedy ma się już pewną wiedzę zdobytą na studiach. To zaś pozwala znaleźć lepszą pracę. A i sami pracodawcy lepiej patrzą na takiego studenta. Istnieje bowiem szansa, że kiedy skończy on studia, to w tym miejscu pozostanie.
Innym rozwiązaniem są studia zaoczne. Są one co prawda płatne, jednak studenci posiadający orzeczenie o niepełnosprawności mogą się starać o dofinansowanie czesnego z programu PFRON Aktywny Samorząd. Tryb zaoczny daje pięć dni wolnych od uczelni, które można wykorzystać nie tylko na odpoczynek i rehabilitację, ale też na rozwój zawodowy.
Zresztą o swojej karierze trzeba myśleć, biorąc pod uwagę niepełnosprawność. Tak naprawdę powinno się to przeanalizować już podczas wyboru kierunku studiów. Zastanowić się nie tylko, jak jest teraz, ale też w jakiej formie będzie się po ukończeniu studiów i za kolejne 10 czy też 15  lat. Jeżeli ktoś jest mniej samodzielny, to może warto rozważyć możliwość pracy zdalnej. W dzisiejszych czasach wiele firm taką pracę akceptują, a często nawet preferują. A jeśli ktoś lubi przebywać z ludźmi, to może spróbować pracować częściowo w biurze, a częściowo w domu.
Jak podpowiada Filip Loba, każda osoba niepełnosprawna starająca się o pracę, powinna przede wszystkim dowiedzieć się, jakie ma prawa i jak pracodawca może na nich skorzystać. Ta czynność leży właśnie po stronie niepełnosprawnych. Tym bardziej, że pracodawcy często nie wiedzą, jakie prawa i obowiązki mają takie osoby. A jeśli prawo dotyczy jakiejś konkretnej osoby to dobrze jest, aby to właśnie ona je znała.
Jak podkreśla Michał Czapiewski z Centrum Integracja, studentowi z niepełnosprawnością przysługują wszystkie przywileje i uprawnienia pracownicze. Dodatkowo, jeżeli będzie on zatrudniony na umowę o pracę, pracodawca może uzyskać z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych dofinansowanie do jego wynagrodzenia jako pracownika z niepełnosprawnością oraz dofinansowanie do stworzenia dla niego stanowiska pracy. Z kolei pracownik posiadający orzeczenie o niepełnosprawności zatrudniony na umowę o pracę ma dodatkową w niej przerwę, a dzienny czas jej trwania może zostać dla niego skrócony z 8 do 7 godzin. Szczegóły znajdują się w Ustawie z dnia 27 sierpnia 1997 roku o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych.
Studenci niepełnosprawni mogą się starać o dofinansowanie do studiów w ramach programu Aktywny Samorząd, otrzymują też stypendium socjalne, które jest przyznawane każdemu studentowi z niepełnosprawnością (ale tylko w przypadku, kiedy podejmują studia po raz pierwszy na danym stopniu). Można jeszcze otrzymać stypendium za dobre wyniki w nauce. Dlatego warto wykorzystać ten czas na rozwój. Zwłaszcza, że kariera to nie tylko praca. Przykładowo student psychologii może pomagać w hospicjum, a nie podejmować pierwszą lepszą pracę. Oprócz tego warto zaangażować się w działalność kół naukowych, stowarzyszeń, czy też w wolontariat. Daje to nie tylko doświadczenie pracy w grupie, ale też kontakty mogące okazać się kluczowe w poszukiwaniu pracy.
Jak wiecie, sama łączę dwa kierunki (na razie) studiów z popołudniową pracą w świetlicy środowiskowej. To niby 3,5 godziny dziennie, ale jest ciężko. Zwłaszcza kiedy nazajutrz mam jakieś trudne kolokwium. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że nie mogłabym pozwolić sobie na takie szaleństwo, gdybym studiowała w Krakowie i codziennie dojeżdżała do domu. Mój czas, jak każdy inny, nie jest z gumy, i nie wydłuży się w czarodziejski sposób. Ale teraz, kiedy mam już pewną wiedzę zdobytą (właśnie podczas studiów na UPJPII) i w miarę stabilny plan na uczelni, to mogę się w ten sposób realizować. Z drugiej strony, praca z młodzieżą daje mi dużo satysfakcji, nawet jeżeli jej efekty są oddalone w czasie, a może wręcz nie ma ich wcale. Nawet, jeżeli muszę użerać się z rodzicami, którzy są gorsi od swoich dzieci. Ale zazwyczaj idę tam z uśmiechem na ustach i poczuciem swoistej "misji".

Działalność w organizacjach i wolontariacie
Na każdej uczelni działa wiele organizacji, takich jak koła naukowe, stowarzyszenia, samorząd. W zależności od tego, co się planuje (rozwijać się naukowo czy społecznie) można dołączyć do wybranej grupy.
Jak opowiada Kasia Galicka, pomagała w organizacji konferencji na swojej uczelni, przez co poznała grono ciekawych ludzi. Jak sama przyznaje, dobrze mieć większe grono znajomych, bo nigdy nie wiadomo, kiedy, kto i w czym będzie mógł pomóc.
Z kolei Ewa Jabczyk, absolwentka filologii hiszpańskiej, wspomina udział w organizacji ogólnopolskich konferencji, które dotyczyły studentów z niepełnosprawnością, jako działań, które nauczyły ją organizacji, zarządzania czasem oraz komunikacji. "A spotkania ze studentami nauczyły mnie otwartości i pewności siebie. Po jakimś czasie okazało się, że byłam więcej warta na rynku pracy właśnie dzięki zaangażowaniu w różne akcje społeczne" - dodaje.
Filip Loba potwierdza, że zawsze warto się angażować. Człowiek otwiera się wtedy na ludzi, poznaje nowe możliwości, zdobywa wiedze, która normalnie nie jest dostępna. A kiedy zaczyna się pełnić jakąś funkcję, nabywa się takich umiejętności i kompetencji, które będą przydatne w przyszłej pracy. On sam jest przewodniczącym organizacji studenckiej, dzięki czemu uczy się zarządzania organizacją, przygotowania budżetu, prowadzenia komunikacji, organizację wyjazdów i konferencji, czyli wszystkich umiejętności potrzebnych pracownikom na wyższych szczeblach kariery.
Bardzo często firmy i instytucje szukające nowych pracowników albo studentów na staż, zgłaszają się do organizacji studenckich. Wiedzą, że to w nich działają osoby chcące się rozwijać i robić coś więcej, niż wymaga od nich uczelnia. Jak zauważa Filip, jeśli na jedno stanowisko mają dwóch kandydatów posiadających podobne wykształcenie, ale jeden z nich działał w organizacji studenckiej, a drugi nie, to raczej wybiorą tego, który działał.
Oprócz poznania organizacji studenckich, warto jest rozejrzeć się w okolicy, w której się mieszka lub studiuje. Istnieje bowiem wiele możliwości zaangażowania się w wolontariat, nawet w przypadku poruszania się na wózku. Dla przykładu, studiujący grafik nie musi sprzątać w schronisku dla bezdomnych zwierząt, ale może za to zaprojektować dla niego plakaty promocyjne. Trzeba też pamiętać, że żadna organizacja nie jest samotną wyspą. Jeżeli ktoś szukał pracy, a udzielał się społecznie, to ma możliwości także w otoczeniu tej organizacji, u jej partnerów. To znowu poszerza krąg znajomych, którzy mogą pomóc w poszukiwaniu pracy.
Działalność wolontaryjna pokazuje też pracodawcy, że to co chcemy robić jest naszą pasją. Bo jeżeli robimy coś, co nie daje nam korzyści finansowych, to świadczy to o naszym zaangażowaniu i oddaniu się sprawie. To zaś jest naszą reklamą.
Myślę, że tego punktu nie muszę komentować...

Wykorzystanie swoich pasji
Bardzo dużym atutem może okazać się doświadczenie podróżnika. Osoby, które podróżują mają dużą szansę na pracę, ponieważ postrzegane są za takie, które nie boją się wyzwań i potrafią adaptować się do nowych sytuacji. Dodatkowo taka osoba zazwyczaj potrafi użyć języka obcego w praktyce, co też jest istotne dla pracodawców. Jeżeli więc posiada się jakąś pasję, to warto spojrzeć na nią w odniesieniu do tego, jakie daje ona kompetencje i umiejętności. I wykorzystaj to podczas tworzenia swojego CV.

Od czego zacząć?
  1. Biuro Karier na uczelni - Ewa Jabczyk dzięki kilku spotkaniom w Biurze Karier podpisała pierwszą umowę o pracę. Podczas szukania dla niej ofert oczywiście uwzględniono niepełnosprawność, ale najważniejsze było CV. Natomiast Kasia Galicka skorzystała z dodatkowych szkoleń podnoszących jej wartość na rynku pracy. Warto wiedzieć, że Biuro Karier pomaga w przygotowaniu profesjonalnego CV, pośredniczy w znalezieniu praktyk, staży oraz pierwszej pracy. Warto się w nim umówić na spotkanie z doradcą zawodowym, który pomoże m.in. w określeniu mocnych stron i predyspozycji zawodowych.
  2. Biuro ds. osób z niepełnosprawnością - bardzo często można w nich znaleźć oferty pracy dla studentów z niepełnosprawnością. Na większości uczelni biura te prowadzą szkolenia z kompetencji miękkich (np. autoprezentacji, poczucia wartości, komunikacji) lub programy aktywizacji zawodowej, skierowane do studentów z niepełnosprawnością.
  3. Fundacje, stowarzyszenia - Istnieje wiele organizacji pozarządowych pomagających w aktywizacji zawodowej. Warto znaleźć taką w miejscu swojego zamieszkania albo uzyskać wsparcie w sposób zdalny. Godnymi polecenia są:
    * Centrum Integracja
    * sprawniwpracy.com - jedyny ogólnopolski serwis rekrutacyjny dla osób z niepełnosprawnością
    * Fundacja Aktywnej Rehabilitacji FAR
    * Fundacja Aktywizacja
    * Fundacja Aktywizacji Zawodowej Osób Niepełnosprawnych
  4. Targi pracy dla studentów - Odbywają się cyklicznie w każdym większym mieście w Polsce. Warto się na nie wybrać w celu poznania rynku pracy, czy też porozmawiać z pracodawcami w luźniejszej atmosferze niż podczas procesu rekrutacji.
  5. Bądź online i załóż konto na LindkedIn - LinkedIn jest portalem społecznościowym nastawionym na rozwój kariery i poszukiwanie pracy. Jest to obecnie jedno z najczęściej używanych przez rekruterów narzędzi, dlatego po prostu warto tam być. Tym bardziej, że założenie na nim konta jest bezpłatne. Oprócz wykształcenia, opisu umiejętności i potrzebnych kursów można dodawać na nim np. artykuły, pokazując w ten sposób, że jest się ekspertem w danej dziedzinie.
Rady praktyków
  • Przemysław Rogalski (doradca zawodowy w FAR) - "Najważniejsze jest, żeby robić w życiu to, co się lubi, a na drugim miejscu są pieniądze. Jedną trzecią życia spędza się w pracy, dlatego warto w poniedziałek zaczynać tydzień z pasją i uśmiechem".
  • Michał Czapiński (pośrednik pracy w Centrum Integracja w Gdyni) - "Nie odkładać kariery na później, po studiach, tylko rozpocząć tą aktywność. Jeżeli ma się sprecyzowany plan na siebie, szukać okazji w zawodzie. Jeśli nie ma planu - aktywność, szukanie i próbowanie dadzą odpowiedź na pytanie, czy te studia są dobrze wybrane, czy nie".
  • Ewa Jabczyk (absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego) - "Grunt to się otworzyć i obracać w różnych kręgach, to megaciekawe. Nie można się bać. Trzeba po prostu żyć po studencku, jedząc chleb smarowany nożem, ale w doborowym towarzystwie. To lepsze niż kawior. Poza tym każda osoba jest ogromnym źródłem informacji w procesie poszukiwania pracy. Dzięki różnorodnym znajomościom problemem nie jest nawet przebranżowienie się".
  • Katarzyna Galicka (studentka ostatniego roku Akademii Pomorskiej w Słupsku) - "Warto - choć wiem po sobie, że czasami to trudne - DZIAŁAĆ. Bo strach trwa chwilę, a zostaje satysfakcja, że coś się zrobiło. Nie należy się zniechęcać nastawieniem ludzi. Niestety, nadal może się jeszcze zdarzyć, że ktoś się zdziwi, iż osoba niepełnosprawna studiuje, że chce być aktywna zawodowo. Ale tym nie warto się przejmować i trzeba przymknąć oko na przykład na to, że ktoś się dziwnie przygląda. Mimo wszystko spotykam ludzi, którzy są bardzo życzliwi i na nich się skupiam".
  • Filip Loba (student Politechniki Łódzkiej) - "Przede wszystkim, nie idź na studia, które cię nie interesują, bo się tam spalisz i tylko przecierpisz ten czas. Nawet jeśli będziesz mieć oceny, to późniejsza praca w wyuczonym zawodzie nie będzie sprawiała przyjemności. Nie idź tam, dokąd idą koledzy - wybieraj świadomie i tylko dla siebie. Najgorsze w życiu są brak zapału i bierność. Dlatego znajdź miejsce, w którym będziesz się realizować, i DZIAŁAJ".
  • Ja, Karolina* (aktualnie studentka Uniwersytetu Śląskiego) - "Decyzja o podjęciu pracy, zwłaszcza na etacie, w okresie studiów powinna być dobrze przemyślana. Warto nie tylko rozważyć możliwości, jakie daje nam współczesny rynek pracy, ale też wszystkie zalety i wady, jakie się z tym wiążą. Warto też się zastanowić, czy w razie czego będziemy mogli liczyć na czyjąś pomoc, np. w uzupełnieniu notatek na studiach, czy też w wykonaniu obowiązków domowych i zawodowych"
* Pozwoliłam sobie, może trochę nieskromnie, dodać też własną opinię

sobota, 1 czerwca 2024

1945. Siedem rad małego Karola Wojtyły na współczesne czasy

Nauczanie św. Jana Pawła II bez wątpienia zawiera wiele cennych wskazówek, jak dobrze przeżyć życie, które zostało nam dane. Ale czy możemy się czegoś nauczyć patrząc na okres dzieciństwa oraz młodości przyszłego papieża? Oczywiście, że tak. Z okazji przypadającego dzisiaj Dnia Dziecka przedstawiam Wam 7 rad, których z pewnością udzieliłby nam mały Lolek.
1. Stawiaj Boga na pierwszym miejscu!
Karol Wojtyła wcześnie stracił siostrę, której nawet nie poznał, mamę, aż w końcu brata. Wraz z tatą często pielgrzymowali do sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tam wielokrotnie słyszał od niego, że teraz jego mamą jest Matka Boża. Miłość do Maryi, a przez Nią od Boga, rozwijała się w Karolu przez całe życie.
2. Szanuj autorytety i bądź otwarty na konstruktywną krytykę!
Karol Wojtyła od najmłodszych lat służył jako ministrant w wadowickim kościele parafialnym. W tym czasie wiele nauczył się od kapłanów, którzy byli jego katechetami i opiekunami. Szczególnie od księdza Kazimierza Figlewicza i księdza Edwarda Zachera. Słuchał także swojego ojca, który zachęcił go do wstąpienia w szeregi ministrantów. Mały Karol był też otwarty na konstruktywną krytykę - po latach wspominał słowa, które usłyszał w dzieciństwie od ojca: "Nie jesteś dobrym ministrantem. Nie modlisz się dosyć do Ducha Świętego. Powinieneś się modlić do Niego". Z tej lekcji wyciągnął wnioski na całe życie.
3. Ucz się i pracuj pilnie
Wiemy, że Karol Wojtyła był pilnym uczniem. Kiedy w 1926 roku rozpoczynał naukę w szkole powszechnej, w jego klasie było aż 60 uczniów. Od 1930 roku był uczniem renomowanego gimnazjum. Lubił się uczyć i poznawać nowe języki, szczególnie cenił grekę i łacinę, które przyswajał z prawdziwą pasją. Karol uczy także dorosłych pilnej pracy i wytrwałości w zdobywaniu życiowej wiedzy.
4. Miej pasje i je rozwijaj!
Wytrwała praca i nauka są ważnymi sprawami w życiu człowieka, jednak oprócz nich ważne są także życiowe pasje, które warto rozwijać. Mały Karol lubił sport, a zarazem był świetnym sportowcem. Kochał też teatr. Jednak hobby nie może stać na przeszkodzie w realizacji powołania. Karol porzucił marzenia o teatrze i polonistyce, aby wstąpić do seminarium. A mimo to jako ksiądz znajdował czas na górskie wędrówki i spływy kajakami.
5. Ceń przyjaciół!
Przyjaźnie były bardzo ważne w całym życiu Jana Pawła II. Już jako mały chłopiec zawiązywał pierwsze przyjaźnie, które wspominał po latach: "Myślą i sercem wracam tez do moich rówieśników, kolegów i koleżanek, zarówno z lat szkoły podstawowych, jak może bardziej jeszcze z lat szkoły średniej, bo te trwały dłużej".
6. Bądź wdzięczny!
Wdzięczność to taka cecha, która może być antidotum na wiele trudnych spraw. Chociaż już w dzieciństwie Karol przeżył szereg trudnych chwil i doświadczeń, to nie zapomniał o niej. Dlatego wiele razy w swoich przemówieniach wspominał te osoby i zdarzenia, które nieustannie wzbudzały w nim wdzięczność.
7. Nigdy się nie poddawaj!
Śmierć prawie wszystkich członków rodziny, wybuch II wojny światowej, niepewność jutra - Karol miał wiele okazji do tego, aby się poddać. Mimo wszystko śmiało stawiał czoło wszystkim wyzwaniom, a jego droga zaprowadziła go do Watykanu. Dlaczego się nie poddawał? Bo stawiał Boga na pierwszym miejscu, szanował autorytety, uczył się i pracował pilnie, miał pasje, które rozwijał, miał przyjaciół oraz za wszystko był wdzięczny. Jego rady są ponadczasowe, sprawdzone i skuteczne
 
źródło: https://deon.pl/wiara/siedem-rad-malego-karola-wojtyly-na-obecny-czas,2502299

sobota, 28 marca 2020

1122. Wirus pozytywnych myśli

Victor Frankl(źródło zdjęcia)
Kiedy jeszcze dwa miesiące temu brnęłam przez kolejne stronice książki autorstwa austriackiego psychiatry i więźnia obozów koncentracyjnych(gdzie zginęła cała jego rodzina), Victora Frankla, nie przypuszczałam, że "lekcje", jakie przeszedł w "piekle" mogą być aktualne także po prawie 80 latach. I podejrzewam, że on sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Owszem, okoliczności były zgoła inne, bo teraz raczej nikt z nas nie pracuje ponad swoje siły, nie jest traktowany jak przedmiot, ani nic z tych rzeczy. Jednak samo zamknięcie w odosobnieniu, z tymi samymi osobami, może każdemu z nas działać na nerwy. W dodatku zewsząd docierają do nas różne, nawet czasami sprzeczne, a innym razem wręcz frustrujące informacje na temat tego, co się dzieje wokół nas. Jak nie oszaleć w tej nowej rzeczywistości?
Książka "Człowiek w poszukiwaniu sensu" jest trudna, bo zawiera wiele treści psychologicznych. Psychologia nigdy nie była moją mocną stroną(co nie oznacza, że nie zaliczyłam jej na AWFie na mocną 4 z wykładów oraz równie mocną 4,5 z ćwiczeń), dlatego książka była dla mnie wyzwaniem. Ale dzięki temu, że ją poznałam, poznałam też cztery drogowskazy, a może lepiej napisać, że lekcje, które są ponadczasowe, a zarazem dają nadzieję na przetrwanie ciężkich dni z zachowaniem pogody ducha. Ale oczywiście dopiero znaleziony na internecie filmik otworzył mi oczy na to wszystko. Bo chyba sama bym jej nie odebrała w ten sposób. 
Pozwoliłam sobie przytoczyć tutaj tych czterech lekcji, które zostały zauważone w obozie koncentracyjnym, a które zostały opisane przez Frankla:

Lekcja 1 - Droga do zbawienia człowieka wiedzie poprzez miłość i sama jest miłością - w obozach koncentracyjnych więzień musiał zająć czymś swoje myśli. Wielu z nich kierowało się miłością. Jeden z więźniów chciał przetrwać to piekło z miłości do swojego dziecka, inny zaś chciał dzielić się swoją wiedzą. Kiedy po raz pierwszy kazano im przekroczyć bramy obozu koncentracyjnego, musieli pozbyć się wszystkich swoich wartościowych rzeczy. Viktor miał wtedy przy sobie swoją nieopublikowaną książkę, której za wszelką cenę nie chciał porzucić. Niestety, musiał to zrobić. Przez cały pobyt w obozie próbował na skrawkach papieru odtworzyć myśli przewodnie swojego dzieła, żeby po wyjściu przepisać książkę na nowo. 
Lekcja 2 - Poczucie humoru jako broń przeciwko rozpaczy - nawet w tak skrajnych warunkach, jakie panowały w obozach koncentracyjnych, wśród więźniów dało się zaobserwować poczucie humoru, które pozwala zachować człowiekowi dystans, a zarazem daje możliwość choć na chwilę przełamać negatywny wzorzec. Victor starał się rozwijać poczucie humoru we współwięźniach prosząc ich, aby wymyślali zabawne anegdoty. W obozie posiłki były bardzo skromne - zupa, którą dostawali więźniowie była bardzo wodnista, a jeśli do kogoś uśmiechnęło się szczęście, to dostał porcję z dna kotła, a to najczęściej oznaczało, że trafiły się mu ziemniaki, albo groch. Viktor opowiadał więc, jak zabawnie by było po zakończeniu wojny błagać żonę o porcję z samego dna kotła. Idąc tym samym tropem - kiedy następnym razem zbijesz szklankę, nie katuj się, ale spróbuj obrócić to w żart i zaśmiać się ze swojej niezdarności.
Lekcja 3 - Człowiekowi można odebrać wszystko, z wyjątkiem jednego, ostatniej z ludzkich swobód: wolności wyboru własnego stanowiska w obliczu konkretnych okoliczności - to coś, z czym wszyscy mamy problemy. Mamy bodziec, którego zazwyczaj nie kontrolujemy, a następnie mamy naszą reakcję, nad którą mamy pełną kontrolę. Jednak zazwyczaj zachowujemy się tak, jakbyśmy nie mieli żadnej kontroli nad naszą reakcją. A przecież gdzieś po drodze pojawia się wybór. Typowym przykładem jest stanie w korku: zazwyczaj reakcją na to jest nasza złość i frustracja . Ale prawda jest taka, że nie musimy się wściekać, wszak nie mamy większego wpływu na to, czy trafimy na taki korek, czy też nie. Jednak mamy całkowitą kontrolę nad tym, jak się zachowamy w obliczu tego korka. Możemy więc wybrać albo bezproduktywne denerwowanie się(co zazwyczaj większość z nas robi) lub docenić ten czas i dobrze go wykorzystać(np. słuchając  audiobooków lub ulubionej muzyki, możemy poukładać sobie myśli w głowie). Mamy dużo czasu, więc możemy wykorzystać go w sposób produktywny, niż zadręczać się niepotrzebnymi myślami, które skracają nasze życie.
Lekcja 4 - Cel w życiu (Ten, kto wie dlaczego żyje, nie troszczy się o to, jak żyje) - książka "Człowiek w poszukiwaniu sensu" wspomina o badaniu przeprowadzonym we Francji, w którym 89% ankietowanych uznało, że człowiek potrzebuje czegoś, dla czego mógłby żyć. W innym badaniu prawie 8 tysięcy studentów uznało za swój nadrzędny cel odnaleźć w życiu jego cel i sens. Istotność celu bardzo łatwo było zauważyć w obozie - dopóki w kimś tlił się płomyk celu lub nadziei, dopóty tliło się w nim życie. Dla niektórych więźniów istotna była miłość(jak było powiedziane przy pierwszej lekcji) i to właśnie ona trzymała ich przy życiu, to był ich ostateczny cel. Frankl opowiedział historię jednego mężczyzny, który wyznał mu, że w nocy miał sen: przyśnił mu się koniec wojny i wyzwolenie z obozu, miało to się stać 30 marca. Jednak w miarę zbliżania się tej daty, z frontu nie nadciągały żadne informacje na temat pokoju lub końca wojny. 29 marca mężczyzna mocno się rozchorował, 30 marca zaczął majaczyć, po czym stracił przytomność, 31 marca już nie żył. Mężczyzna był już wcześniej wycieńczony i chory, ale to właśnie obrany przez niego cel trzymał go przy życiu. Frankl wspominał również, że największa śmiertelność przypadała na święta Bożego Narodzenia, ponieważ ludzie mocno wierzyli, że uda im się spędzić święta ze swoimi bliskimi. Gasła z nią wtedy wszelka nadzieja, a z nią życie.

Jak to się ma do aktualnej sytuacji?:
  1. Droga do zbawienia człowieka wiedzie poprzez miłość i sama jest miłością - chociaż w dzisiejszych czasach zamiast słowa "zbawienia" użyłabym bardziej "zrozumienia", znajdźmy w swym sercu miejsce na miłość bądź pasję. Dzisiejsza kultura spłyca miłość do zaspokojenia seksualnego. Tymczasem dzięki tłumaczeniu sobie, że wprowadzenie i przestrzeganie kwarantanny w nasze życie to przejaw naszej miłości względem drugiego człowieka, to dbanie nie tylko o nas samych, ale i innych. Pasje natomiast mogą nam umilić monotonię dnia codziennego, pozwalają oderwać myśli od tego, co nas przytłacza, a nawet możemy poszerzyć swoje horyzonty myślowe.
  2. Poczucie humoru jako broń przeciwko rozpaczy - miejmy dystans do siebie i do otaczającego nas świata. Czasami kabarety na bieżąco komentują w komiczny sposób otaczającą nas rzeczywistość. A może sami znajdziemy coś śmiesznego w zaistniałej sytuacji? Sama ostatnio żartuję, że co to za różnica - koronawirus, czy grypa? I tak obydwie choroby w mojej sytuacji skończą się zapaleniem płuc. Ot, czarny humor w moim wykonaniu, więc nie przejmujcie się, jeżeli go nie zrozumieliście.
  3. Człowiekowi można odebrać wszystko, z wyjątkiem jednego, ostatniej z ludzkich swobód: wolności wyboru własnego stanowiska w obliczu konkretnych okoliczności - media nagłaśniają sprawę na wszystkie możliwe sposoby. Umówmy się, nie da się całkowicie odciąć od bombardujących nas zewsząd wiadomości. Jednak niektóre przekazywane przez media informacje są wręcz wyssane z palca. Nie mamy na nie wpływu, wpływ mamy jedynie na swoją reakcję - czy będziemy przyjmowali wszystko jak leci, zamartwiając się kolejnymi teoriami spiskowymi, czy może będziemy odbierać wszystko z umiarem i rozumem, zastanawiając się nad tym, co przeczytaliśmy/usłyszeliśmy i analizując, czy jest to możliwe, czy też nie. Pamiętajcie, żaden wirus nie zwalnia nas z zajęcia swojego stanowiska w danej sprawie i logicznego myślenia.
  4. Cel w życiu (Ten, kto wie dlaczego żyje, nie troszczy się o to, jak żyje) - obierzmy sobie jakiś cel, najlepiej realny, który może nas napędzać do dalszego działania. Mamy sporo czasu, możemy wykorzystać go na różne produktywne sposoby. Może będziemy więcej czytać? Obejrzymy zaległe filmy? Zajmiemy się zaniedbanymi kwiatami? Nauczymy się kilku słówek w języku obcym? Zrobimy porządek w szafie? Poświęcimy więcej czasu naszym domownikom? Możliwości jest bez liku, od nas jedynie należy wybór, które z nich najbardziej nam odpowiadają.
I chyba najważniejsza pozytywna myśl na koniec: to nie jest pierwsza pandemia w dziejach świata. I na pewno nie ostatnia. Na przestrzeni wieków było ich już sporo. I każda kiedyś się kończyła, nawet pomimo lekarstw i rozwoju technologii. Koronawirus też się skończy. Prędzej czy później, ale przejdzie do historii. Musimy w to wierzyć, tak jak więźniowie obozu koncentracyjnego wierzyli w jego wyzwolenie. I chociaż nie wszyscy go doczekali, to jednak w ostatecznym rozrachunku wszyscy byli wolni.
Mam nadzieję, że ta notatka, niczym wirus, dotrze do jak największej liczby odbiorców, podnosząc ich chociaż trochę na duchu i pokazując jak żyć, żeby to życie też było dobre.

środa, 4 marca 2020

1106. Koronowirusie - witaj!

No i stało się w zasadzie nieuniknione - słynny w ostatnim czasie koronowirus dotarł w gościnne progi naszego kraju. Co prawda nikt go tutaj specjalnie nie oczekiwał z przysłowiowym chlebem i solą, ale chyba każdy rozsądnie myślący człowiek podejrzewał, że nie ominie to Polski. Co prawda mam znajomą, która twierdzi, że wirus pojawił się u nas już wcześniej, bo przecież tyle osób zmarło(jakby grypa rok rocznie nie zbierała żniwa), moje zdanie jest jednak inne - wiedząc, że światu zagraża prawdziwa pandemia oraz znając drogę rozsiewania się wirusa nikt o zdrowych zmysłach nie ukrywałby tego faktu.
Pierwsze wzmianki o potwierdzonym wykryciu koronawirusa w dwóch krakowskich szpitalach pojawiły się już w zeszłym tygodniu. Efekt tego był taki, że już po kilku godzinach w aptekach nie było ani maseczek jednorazowych, ani środków odkażających. W zasadzie nie rozumiem tego boomu na środki odkażające, skoro wirusa można zniwelować zwykłym mydłem. A ich brak najbardziej uderzy w tych, którzy muszą sobie wprowadzać np. cewniki do swojego ciała. Do tej grupy należę także i ja(nie wgłębiajmy się jednak w szczegóły, proszę). Wprowadzany do organizmu cewnik musi być jałowy, żeby wraz z nim nie przedostały się do niego wszelkie wirusy, bakterie i grzyby. Ale, o ile cewniki fabrycznie są sterylne, o tyle nasze ręce już nie. A cewniki trzeba jednak jakoś wprowadzić. Dlatego do szybkiego odkażenia rąk najlepsze są wszelkie płyny antybakteryjne, zwłaszcza w sytuacji, kiedy nie ma się dostępu do umywalki. Już zaczynam się bać, co się stanie w sytuacji, kiedy ich już nie będzie. Ale z drugiej strony, przynajmniej zaczęliśmy myć ręce po wyjściu z toalety.
Czekam na wybuch paniki. W Ośrodku słyszałam, że ludzie masowo zaczęli wykupywać ze sklepów produkty z długą datą ważności oraz... papier toaletowy. Na drzwiach wejściowych wisi rozporządzenie dotyczące postępowania w przypadku zakażenia koronawirusem. Szkoda, że nie dotyczy ono też osób o obniżonej odporności. Jak skomentowała to pani Poppins - jeszcze chwila, a wojsko wyjdzie na ulicę. 
A wystarczy po prostu zachować kilka środków ostrożności, np. myć ręce wodą z mydłem po przyjściu do domu, wyjściu z toalety i przed posiłkiem, zostać w domu, kiedy jest się przeziębionym lub chorym, nie jeść i nie pić z jednej butelki i talerza. I przede wszystkim nie wpadać w paranoję, bo ona nigdy nic dobrego ludziom nie przyniosła...

środa, 10 lipca 2019

979. Spróbować zatrzymać pędzący świat

Ostatnio pisałam o tym, że świat tak bardzo pędzi przed siebie, że czasem nie nadążam, że życie czasami przelatuje mi przez palce, że chciałabym chociaż na chwilę zatrzymać wciąż idące do przodu wskazówki zegara. Ale tego się nie da zrobić i jak śpiewa Beata Kozidrak w jednym ze swoich przebojów - "Nie odnajdzie więcej nas, ta sama chwila"*. W innej piosence, tym razem legendarnego zespołu "Dżem" słyszymy natomiast, że "w życiu ważne są tylko chwile...". To prawda, bo mimo wszystko żyjemy chwilami. Jak ich nie przegapić, jak się nimi cieszyć, w jaki sposób zamknąć je w swoich wspomnieniach i pielęgnować? Jak cieszyć się codziennością, kiedy wokół nas świat ciągle gna i gna?
Często korzystam z przejścia podziemnego w centrum mojego miasta. Właściwie jest to najszybszy i najprostszy sposób na przedostanie się z jednej strony na drugą w tej części miasta, bo najbliższe przejście dla pieszych jest dopiero kilkaset metrów dalej. W przejściu podziemnym często ktoś gra lub śpiewa, licząc na to, że ktoś wrzuci mu kilka groszy do kapelusza. Przyznam szczerze, że bardzo często to granie przyprawia o ból uszu, ale tym razem... Tym razem kobieta grała na akordeonie "Jej czarne oczy" z repertuaru "Ivana i delfina". Grała, a nie udaje, że gra. Automatycznie czas dla mnie zwolnił. A nawet zatrzymał się na chwilę. Wróciły wspomnienia lat nastoletnich, kiedy przy tej piosence zdobywało się "szczyty". Chciałoby się powiedzieć - Chwilo trwaj. Automatycznie poczułam zachwyt. Z reguły nie wrzucam pieniędzy ulicznym grajkom, ale tym razem zrobiłam wyjątek. Za to, że udało się tej akordeonistce zatrzymać mój pędzący świat.
Będąc już dorosłymi bardzo rzadko robimy szalone rzeczy, uważając, że w naszym wieku to już nie wypada. Tymczasem odrobina szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Ostatnio(czyli przed wczorajszym wypadkiem) umówiliśmy się ze znajomym na bieganie wokół zbiornika wodnego. 6 kilometrów, spokojnie dawaliśmy radę. Po treningu usiedliśmy na skarpie i rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim i o niczym. Aż jakoś tak zsunęliśmy się z tej skarpy i zaczęliśmy się staczać, w kontrolowany oczywiście sposób, w dół. Zatrzymaliśmy się tuż przy brzegu, śmiejąc się przy tym w głos, co wywołało oczywiście zdziwienie oraz zainteresowanie przechodniów. Nawet nie chcę myśleć co sobie myśleli, widząc nas tam na dole śmiejących się do rozpuku. A my po prostu cieszyliśmy się chwilą, która właśnie trwała.
Czy mam jeszcze jakieś patenty na zatrzymanie pędu świata oraz cieszenia się chwilą? Oczywiście. I to nie jeden. Spacer po parku, w którym ćwierkają ptaki, fotografowanie ciekawych zjawisk, odcięcie się na kilka godzin od internetu, obserwacja przyrody, podrygiwanie przy ulubionych kawałkach muzycznych, rozrzucanie jesiennych liści w parku, rzucanie się śnieżkami, chlapanie wodą, śmianie się w głos, fałszowanie podczas śpiewania, piszczenie podczas jazdy na rowerze, szalony taniec po kolejnym treningu i pewnie znalazło by się jeszcze miliard różnych sposobów.
Tak bardzo chcę zachować w pamięci różne chwile. Pamięć jest jednak ulotna i niedoskonała. Dlatego postanowiłam założyć bloga, w którym chcę się z Wami dzielić moją codziennością. Nie jest to jednak mój pamiętnik, ale raczej dziennik. Pamiętnik jednak też prowadzę, właściwie już od gimnazjum. Jednak piszę w nim też to, czym nie chciałabym się dzielić z całym światem. Bo dla mnie pamiętnik jest czymś tylko dla mnie, a nie dla innych. Mam nadzieję, że za kilka lat dzięki blogowi i pamiętnikowi wrócę do tych dzisiejszych dni i zobaczę, co robiłam, czym się interesowałam, jak inni na mnie reagowali. To w pisanych tu i w pamiętniku zdaniach zamykam wszystkie dobre i złe chwile. Ostatnio przejrzałam moje zapiski z ostatniej klasy gimnazjum i liceum i sama się do nich uśmiechałam. Czy tak będzie też za dekadę? Mam taką nadzieję...

* Zdradzę Wam pewną anegdotkę związaną z tą piosenką. Pierwszy raz usłyszałam ją po słynnym 11 września, kiedy głośno zrobiło się o Osamie bin Ladenie. I byłam święcie przekonana, że piosenka brzmi "Nie odnajdzie więcej nas, Osama bin La(taki skrót od jego pełnego nazwiska)". I nawet z rozbawieniem podzieliłam się z mamą odkryciem, że o terroryście powstają już nawet piosenki. Dopiero potem odkryłam jak te słowa brzmią naprawdę i sama się z siebie śmiałam

niedziela, 22 kwietnia 2018

710. Mądry Polak po szkodzie

Ostatnio miałam taką ciekawą sytuację. Siedziałam właśnie nad kartami pracy z języka angielskiego. Jakoś tak wyszło, że wypełniałam je piórem. Ogólnie dosyć późno nauczyłam się go obsługiwać. Kiedy wszyscy moi koledzy i koleżanki z 1 klasy uczyli się kaligrafować piórami ze stalówką, ja tak jak w przedszkolu bazgrałam w dalszym ciągu ołówkami, które z powodu mojego nacisku ręki namiętnie łamałam. Na długopis przeszłam gdzieś w czwartej klasie. Twardy dzióbek z równomiernym rozkładem znajdującego się we wkładzie atramentu(?) bardzo mi odpowiadał, chociaż zużywałam go szybciej niż moi rówieśnicy. Ale uwaga, miałam w posiadaniu dwa pióra firmy parker: jeden dostałam za wygrany konkurs matematyczny w moim mieście, drugi na zakończenie liceum za świadectwo z wyróżnieniem podczas gali dla najlepszych absolwentów(czyli tych, którzy otrzymali czerwony pasek na świadectwie) szkół średnich w auli Urzędu Miejskiego.
Piórem nauczyłam się pisać kilka lat temu, bardziej z ciekawości niż konieczności. Dwa wspomniane pióra traktowałam jako pamiątki i szkoda mi ich było zniszczyć. Miałam jednak jeszcze jeden, na naboje, schowany gdzieś w głębi szuflady. Co on tam robił? Nie mam pojęcia.
Pewnego dnia kupiłam 4 naboje i założyłam jeden z nich do pióra. Nieśmiało przyłożyłam stalówkę do papieru i zaczęłam pisać. I wiecie, że się udało? Spod stalówki wychodziły w miarę zgrabne literki. Mistrzem kaligrafii to ja nigdy nie będę bez względu na to, czym będę pisać, ale da się odczytać to co piszę. Wiadomo też, że nie wypełnię piórem np. indeksu na studia, bo rozmazany atrament(tusz ?) nie wygląda zbyt estetycznie, jednak do wypełniania skserowanych stron do nauki języka obcego na swój użytek jest on idealny.
Wypełniałam sobie kolejną kartę pracy, ale musiałam na chwilę odłożyć pióro na blat stoły. Traf chciał, że pióro, z powodu swojego walcowatego(powiedzmy, bo do walca to mu bardzo daleko) kształtu skulało się w dół na dywan. A że nie było zabezpieczone zatyczką to kilka kropel atramentu skapło się na jasny dywan. Granatowe kropki na białym tle nie wyglądały zbyt estetycznie i rzucały się w oczy. Nie miałam czasu na szukaniu na internecie rozwiązania, zresztą komputer i tak był wyłączony, a uruchomienie go i wyszukanie informacji mówiących o tym, jak usunąć tusz z dywanu to strata kolejnych cennych minut. Na zakup nowego dywanu funduszy chwilowo brak. 
Postanowiłam więc działać intuicyjnie. Wzięłam kilka listków papierowego ręczniku, zmoczyłam wodą i kilka razy przejechałam po niezaschniętych jeszcze plamkach. Ku mojemu zadowoleniu granatowe kropeczki prawie znikły. Prawie, bo został ledwie dostrzegalny błękitny ślad. Ale umówmy się: wolę to, niż granatowe kropki. A pióro muszę zatykać, nawet kiedy będę odkładała je na chwilę. Wiadomo - strzeżonego Pan Bóg strzeże. A za razem mądry Polak po szkodzie. A że potrzeba matką wynalazków, to teraz wiem, że spokojnie można potraktować taką świeżą plamę z atramentu wodą. I z czystym sumieniem mogę to polecić innym.

wtorek, 13 lutego 2018

674. Święty Walenty to nie tylko patron zakochanych, ale też epileptyków...

Już jutro przypada wspomnienie świętego Walentego, które kojarzone jest głównie ze świętem ludzi zakochanych, które przywędrowało do nas z Zachodu. Mało kto jednak kojarzy jeszcze jeden patronat świętego Walentego - patronuje on bowiem tym, którzy są dotknięci epilepsją. 
Padaczka to jeden z najczęściej występujących zaburzeń neurologicznych. Zmaga się z nim ok. 65 milionów ludzi na świecie. Szacuje się, że zmaga się z nią 1% ludzi w wieku 20 lat oraz 3% ludzi w wieku 75 lat. Częściej występuje u mężczyzn niż u kobiet. Warto więc wiedzieć, że epilepsja nie jest "chorobą niższej warstwy społecznej". Cierpieli na nią między innymi takie osobistości, jak Sokrates, Napoleon Bonaparte, Juliusz Cezar, Włodzimierz Lenin, czy też papież Pius IX. 
Wśród napadów padaczkowych wyróżniamy m.in. napady drgawkowe, które są najczęstszym typem ataków. Dwie trzecie z nich zaczynają się napadami ogniskowymi, które zwykle poprzedza aula(w tym zaburzenia zmysłowe, psychiczne, autonomiczne lub motoryczne). Drgawki mogą rozpocząć się w jednej grupie mięśni i rozprzestrzeniać na kolejne(napad typu Jacksona) lub wystąpić jako automatyczne wykonywanie czynności bez udziału świadomego myślenia(polegają na wykonywaniu prostych, powtarzalnych ruchów). Można wyróżnić sześć typów napadów padaczkowych:
  1. napady toniczno - kloniczne: objawiają się skurczem kończyn, po którym może dojść do wygięcia grzbietu w łuk na 10-30 sekund. Czasami towarzyszy temu krzyk wywołany skurczem mięśni klatki piersiowej. Następnie kończyny wpadają w rytmiczne i systematyczne skurcze;
  2. napady toniczne - ich cechą charakterystyczną jest nagłe zesztywnienie całego ciała bądź grup mięśni, chory sinieje z powodu zatrzymania oddechu;
  3. napady kloniczne - tak nazywają się uogólnione drgawki całego ciała. Po ustaniu drgawek może minąć od 10 do 30 minut, zanim chory powróci do zwyczajnego stanu. W czasie napadu może dojść do utraty kontroli pęcherza oraz zwieraczy, a także chory może przygryźć sobie język;
  4. napady miokloniczne - to nagłe, bardzo silne skurcze symetrycznych grup mięśni;
  5. napady nieświadomości - mogą być łagodne i objawiać się jedynie przechyleniem głowy lub mruganiem, chory nie upada i powraca do normalnego stanu zaraz po napadzie;
  6. napady atoniczne - powodują nagłą utratę napięcia mięśniowego na okres dłuższy niż sekunda. Zazwyczaj zanik napięcia następuje obustronnie;

Pozostała część napadów to napady bezdrgawkowe(np. napady nieświadomości przez około 10 sekund).
Tylko około 6% cierpiących na padaczkę ma napady w wyniku czynników zewnętrznych(odruchowy charakter). U takich chorych napad padaczkowy powodowany jest jedynie przez konkretny bodziec zewnętrzny, taki jak migotające światła czy też nagłe dźwięki.
A plan na Walentynki? Uwierzcie mi, że jest. I to bardzo prosty...

środa, 10 stycznia 2018

655. Do czego zdolni są czytelnicy bloga, czyli trzy blogowe historie

Bloguję od trzeciej klasy gimnazjum, czyli już jedenasty rok. Można powiedzieć, że jestem już blogerem - seniorem. Na początku przez jakieś 7 lat z przerwami prowadziłam bloga poświęconemu ulubionemu zespołowi. Potem od 2012 do początku 2014 roku pisałam bloga, już o moim prywatnym życiu. Ponieważ odkryły go pewne osoby zmuszona byłam go zamknąć. Tego bloga założyłam kilka miesięcy później. Staram się go pisać tak, aby w razie czego nie mieli się czego przyczepić. No i np. wyłączone mam wyszukiwanie słów w google. Przez te jedenaście lat bardzo dużo zdobyłam doświadczeń, zarówno tych dobrych i tych złych. Miałam też kilka historii, z których nawet po pewnym czasie, wyciągnęłam coś dla siebie. Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami trzema z nich wraz z podaniem wniosków, czy też lekcji, które z nich wyniosłam.

Historia nr. 1 - Pamiętam taką sytuację sprzed, powiedzmy, 10 lat. Byłam wtedy nastolatką na zabój "zakochaną" w twórczości zespołu "Ivan i Delfin". Ponieważ wśród nastolatków panowała wtedy moda na blogi związane z idolami, również i ja postanowiłam, jeszcze w klasie trzeciej gimnazjum, założyć swojego. Przez lata systematycznie wrzucałam na niego info związane z zespołem. Z czasem zaczęły do mnie wpadać inne fanki zespołu, zaczęłyśmy się wzajemnie odwiedzać i komentować swoje wpisy. To wtedy chyba wyrobiłam sobie zwyczaj czytania całych blogów, nie ważne ile było na nim newsów. Czasami nasze teksty mówiły o tym samym, a jednak brzmiały inaczej. Gdzieś w okolicach września 2006 roku w naszej społeczności pojawiła się osoba, którą nazwijmy roboczo XYZ. Od początku jej komentowanie polegało na tekstach "Super notka, Wejdź do mnie na ... i daj komcia". No ok. w sumie mi to nie przeszkadzało, chociaż czasami było to irytujące. Z czasem zaczęłam zauważać, że jej notki są bazowane na moich. Też jakoś to przełknęłam. Czara goryczy przelała się dopiero wtedy, kiedy zobaczyłam żywcem skopiowaną ode mnie biografię Ivana. Coś, nad czym pracowałam przez kilka wieczorów, bo chciałam, aby blog się jakoś wyróżniał wśród innych. Tymczasem ktoś w kilka minut wszystko skopiował(łącznie z błędem ortograficznym, który zauważyłam dopiero na tamtym blogu). Kiedy zobaczyłam co się stało, poprosiłam dziewczynę o wyjaśnienie całej sytuacji. Oczywiście wypierała się tego twierdząc, że pisała je przy siostrze, która następnie stała się jej ciocią. Chociaż postraszyłam ją trochę konsekwencjami plagiatu(wiecie, zaczyna się od bloga, potem są wypracowania, a kończy na pracach dyplomowych), na niewiele się to jednak zdało. W końcu odpuściłam, bo zbliżały się testy semestralne i miałam co innego na głowie niż walkę z małolatami, czego żałuję - pamiętaj, nikt nie ma prawa kopiować od Ciebie tekstów czy też zdjęć bez Twojej zgody. Zwłaszcza kiedy poświęciłeś im sporo czasu. Jeżeli zobaczysz u kogoś swój żywcem skopiowaną notatkę - interweniuj. Nawet w internecie działa ustawa o ochronie praw autorskich, a dla informatyków sprawdzenie czy dany tekst pojawił się na stronie wcześniej to przysłowiowa kaszka z mleczkiem.
Historia 2 - Minęło kilka lat. Zaczęłam prowadzić blog o własnym życiu i przemyśleniach. Niemal od początku komentowała go moja rówieśniczka, a za razem wyznawca religii luterańskiej. Podobnie jak teraz, także i wtenczas sporo pisałam o tym co się dzieje w mojej parafii i oratorium. Pamiętam, jak z entuzjazmem pisałam o peregrynacji relikwii świętego Jana Bosko, która była wyróżnieniem dla naszej parafii. Byliśmy jedynym kościołem w diecezji, który tego dostąpił. Niemal natychmiast przeczytałam komentarz, że pójdę za czczenie relikwii do piekła, bo Biblia tego zabrania. Cieszenie się z kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości też było błędem - bo przecież jesteśmy pod zaborem ekonomicznym. W jednym komentarzu czytałam, że Bóg jest Bogiem zazdrosnym, mściwym itd., czyli o obrazie Boga ze Starego Testamentu, a w drugim, że Trzecie Przykazanie Kościelne zostało zniesione wraz z nastaniem Nowego Przymierza(ale o obrazie miłościwego i kochającego Ojca już zapomniała). To trochę tak, jakby przywoływała te cytaty biblijne, które były dla niej wygodne w danej chwili do podważenia tego, co napisałam. Czasami jej metody ewangelizacji były bardziej nachalne od wizyt Świadków Jehowy, które piętowała na swoim blogu. I jeszcze wtrącała się w komentarze innych osób, oczywiście tworząc teologiczne, luterańskie wywody. Nie mam nic do wyznawców tej religii, ale po prostu męczyło mnie takie nieustanne narzucanie swojego zdania. A wszystko w imię uświadamiania mnie w sferze religijnej. Czara goryczy przelała się po jej komentarzu po notatce dotyczącej przygotowań do balu nazwanego roboczo andrzejkowym. Roboczo, bo tak naprawdę była to normalna dyskoteka. Ale oczywiście musiałam przeczytać, że wróżenie jest sprzeczne z wiarą i jej się w głowie nie mieści, że nasz proboszcz na to pozwolił. Tutaj miarka się przebrała, a ja już miałam dosyć tej religijnej manipulacji i ciągłym pokazywaniem, że jako katoliczka tak mało wiem o wierze i treści zawartych w Piśmie Świętym. Napisałam jasno i wyraźnie że nie życzę sobie takiego zachowania. Poskutkowało, nawet jeżeli wchodziła na mojego bloga, to go nie komentowała - każdy z nas jest inny i ma swoje poglądy religijne, czy polityczne. Mamy do tego prawo. Tak samo jak każdy czytelnik ma prawo wyrażania opinii na dany temat w formie komentarza. Nawet o charakterze negatywnym. Natomiast nikt nie ma prawa do natarczywego przedstawiania nam swoich poglądów w komentarzach. Jeżeli jesteśmy wierzący to pamiętajmy też, że obok nakazów i zakazów Bóg dał nam też Wolną Wolę oraz sumienie, które powinno nam podpowiedzieć, czy dane zachowanie jest dobre, czy też nie. Poza tym każda religia jest inna i każda wytycza inną drogę do Zbawienia. Dlatego jeżeli wiemy, że dana osoba jest innego wyznania, to czasami trzeba sobie odpuścić przymusowego "zbawiania ich", bo w ten sposób tylko ich zrazimy do siebie swoimi teologicznymi wywodami.
Historia 3 - Jak wiecie czytam Wasze blogi w całości. Tzn. nie od razu wszystkie, ale na pewno na każdego z Was przyjdzie pora. Wielokrotnie spotkałam się na nich ze stwierdzeniem, że zamykacie swojego bloga, bo pod notatkami jest mało komentarzy, albo macie za mało obserwatorów. Zawsze mi się wydawało to dziwne. Nigdy nie miałam parcia na komentarze. Owszem, miło jak one się pojawiają, miło jak widzę, kiedy ktoś dołącza do grona obserwatorów, jednak nie to jest dla mnie priorytetowe. Zresztą ja też czasami czytam Wasze posty bez komentowania, bo po prostu nie wiem co napisać bądź nie mam na to zwyczajnie czasu. Zwłaszcza ostatnio. Jednak zamknięcie bloga z powodu tego, że został on wykorzystany przeciwko nam jak najbardziej rozumiem. Każdy z nas dba o swoją dobrą opinię, nic więc dziwnego, że czujemy się niezręcznie w takiej sytuacji. Z takiego powodu zamknęłam przed laty swojego pierwszego bloga. Tak samo czułabym się źle, kiedy jakiś nachalny czytelnik śledziłby każdy mój krok, wysyłał kwiaty do mojego miejsca pracy. Albo gdybym zmieniła status bloga na "zamknięty" i zaprosiła do niego tylko grono "zaufanych" osób. I któraś z tych osób wykorzystałaby w perfidny sposób napisała z fikcyjnego konta na facebooku do moich bliskich, że tak i tak napisałam na nich na blogu. Uwierzcie mi, po takich "akcjach" zamknięcie bloga z powodu braku komentarzy czy obserwatorów jest naprawdę błahym powodem - kiedy porównujesz swojego bloga do blogów swoich znajomych i widzisz, że np. mają oni o wiele więcej obserwatorów, pomyśl sobie, ilu z tych obserwatorów naprawdę wchodzi na ich bloga. Tak samo z komentarzami - być może inni mają setkę komentarzy pod swoim postem, ale nie mają one związku z jego treścią. Tymczasem my możemy mieć po kilka, a nawet dwa, trzy komentarze pod notatką, ale mogą one być bardziej wartościowe niż tysiąc pod notką innej osoby. Jeżeli dalej chcesz z tego powodu zamknąć bloga to pomyśl sobie co byś zrobił/a, gdyby informacje na nim zostały wykorzystane przeciwko Tobie...

wtorek, 9 stycznia 2018

654. Hej kolęda, kolęda, hej kolędy to czas

W polskiej tradycji katolickiej trwają doroczne odwiedziny duszpasterskie zwane tradycyjnie "kolędą". Ponieważ prawo kanoniczne nie określa czasu w ciągu roku, który byłby najbardziej odpowiedni na wizytę kapłanów w domach ich parafian, przyjęło się, że będzie to okres po świętach Bożego Narodzenia do święta Ofiarowania Pańskiego. Chociaż słyszałam o parafiach, gdzie doroczną kolędę rozpoczyna się już w okresie adwentu, jak i takich, gdzie ksiądz dzieli parafian na trzy grupy i każdą z tych grup odwiedza co trzy lata.
Priorytetowym zadaniem kolędy jest modlitwa księdza wraz z parafianami w ich własnych domach, poświęcenie dobytku oraz błogosławieństwo dla mieszkającej w nim rodziny na cały rok. Dodatkowo jest to okazja do bliższego poznania parafian, rozmów na tematy rodzinne i duszpasterskie, jak też przedstawienie programu duszpasterskiego na najbliższy rok. Dawniej, kiedy katecheza nie odbywała się w szkołach, księża sprawdzali stan wiedzy religijnej dzieci i młodzieży.
Chociaż dla niektórych jest to przykry obowiązek(zwłaszcza tzw. koperta, która przecież nie jest obowiązkowa), to przecież jeżeli tylko jesteśmy osobami wierzącymi, powinniśmy przyjąć księdza.  Nie wiem dlaczego, ale ja zawsze mam przeświadczenie, że w pierwszej kolejności przyjmuję Boga w moim domu, a dopiero później księdza. A przecież każdy z nas chciałby, aby do niego przyszedł sam Bóg, prawda? I może takie nastawienie pomaga mi pojąć wizytę duszpasterską jako przywilej, a nie coś niezręcznego. Jednak nie każdy jest tak nastawiony do tego spotkania jak ja. Dlatego poniżej znajduje się 10 porad, które mogą nam pomóc w przetrwaniu tych kilku minut.
  1. Nie gaśmy światła, nie udawajmy, że nas nie ma, nie knebluj młodszego rodzeństwa - przyjmij kolędę i nie uciekaj od tego spotkania. Nastawienie, że chcesz spotkać się z księdzem i w tym roku nie będziesz siedzieć cicho, kiedy ministranci zapukają do twoich drzwi to podstawa;
  2. Pytajmy, o co chcesz, ale bez przesady - nie obawiaj się zapytać księdza o nurtujące cię problemy związane z Kościołem. Nie rozumiesz czegoś z nauki Kościoła? To dobry moment na krótką rozmowę na ten temat. Ostatnio przeczytałeś lub obejrzałeś coś co budzi twoje wątpliwości w kwestii wiary? Zapytaj eksperta. Przecież każdy ksiądz jest teologiem, a to oznacza, że zna się  na Panu Bogu i kościele. Trudno jednak od niego wymagać, aby specjalizował się w polityce, sprawach sercowych bądź notowaniach na giełdzie;
  3. Porozmawiajmy o naszej parafii - taka rozmowa powinna być kluczowym momentem kolędy. To dobry czas na wymianę informacji dotyczących funkcjonowania parafii. Podczas niej możemy otwarcie powiedzieć, co nam się podoba, a co nie, zaproponować jakąś zmianę, wyrazić swoją opinię na temat zbyt długich kazań bądź organisty, którego śpiew bardziej przeszkadza niż pomaga w liturgii. Trzeba wiedzieć, że wiele rzeczy mających miejsce w parafiach jest irytująca z perspektywy wiernych, ale księża nie zawsze o tym wiedzą. Dlatego taki komunikat ze strony parafian jest szczególnie ważny;
  4. Nie róbmy z mieszkania sauny fińskiej - nie odkręcaj maksymalnie kaloryferów, ani nie zamykaj szczelnie okien. Ciągłe wychodzenie z gorąca na zimno, jak też przechodzenie z jednego mieszkania do drugiego może skończyć dla księdza i towarzyszących mu ministrantów szybkim pójściem na chorobowe. Zadbajmy o to, aby temperatura w pomieszczeniu była odpowiednia, ale nie za wysoka. Pamiętajmy też, że ksiądz jest w ciągłym ruchu - raczej nie jest mu zimno, a jeśli tak, to na pewno nam to powie;
  5. Ksiądz to nie wnuczek, więc nie wciskajmy mu sernika na siłę - wizyta księdza nie wiąże się z tygodniowym przygotowaniem posiłki, trzydaniowego obiadu oraz deserów. Awaryjnie można trzymać w lodówce sałatkę, a na półce herbatę. Nie zastawiajmy jednak stołu przed wizytą księdza, bo nie w tym rzecz. Zapytajmy księdza, czy życzy sobie coś do jedzenia lub picia, lecz nie wmuszajmy w niego posiłku. Bo gdyby w co dziesiątym odwiedzonym posiłku dostawał obiad, to w czasie drogi mógłby umrzeć z przejedzenia. Nie zabijajmy więc księdza kolejną porcją serniczka;
  6. Koperta to nie obowiązek - temat dość kontrowersyjny, tymczasem nie ma czegoś takiego jak przymusowa koperta z pieniędzmi dla księdza w czasie kolędy. Tak tylko się przyjęło, że zwykle dajemy mu coś jako wyraz naszej wdzięczności za wizytę oraz wynagrodzenie trudów jego posługi. Jednak w sytuacji, kiedy np. kolęda jest pod koniec miesiąca, a na koncie mamy trzy zera bez jedynki z przodu, to nic się nie stanie, jeżeli nie damy koperty. Ksiądz, chociaż żyje w celibacie, zrozumie, że ważniejsze od tego jest utrzymanie rodziny, opłata rachunków i spłata kredytu. Nie upomni się więc o pieniądze;
  7. Śpiewajmy kolędy wspólnie z ministrantami - chłopaki nieraz są zestresowani takimi występami. Na pewno będzie im raźniej, kiedy odważnie zaśpiewamy razem z nimi. Nieznajomość słów kolęd nie jest w dzisiejszych czasach problemem - wystarczy poszukać na internecie słów kolęd, które na pewno się pojawią. Albo wyjdźmy z propozycją zaśpiewania konkretnych "kawałków". Pamiętajmy też, że "śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej";
  8. Nie spowiadajmy się w czasie kolędy - chociaż w czasie kolędy powinien znaleźć się czas na rozmowę, to nie zamieniajmy go w spowiedź lub kierownictwo duchowe. Kolęda to dość krótkie spotkanie, mające na celu zapoznanie księdza z parafianami. Nie ma więc czasu na poznanie problemu drugiej osoby, historii jej życia, czy też oceny działań. Dlatego trudno jest oczekiwać, że w pędzie między kolejnymi mieszkaniami ksiądz zdąży nas wyspowiadać;
  9. Wróćmy z pracy - dobrze jest uczestniczyć w kolędzie całą rodziną. Dzięki temu ksiądz dowie się więcej o nas i my o księdzu. Taka sytuacja sprzyja też temu, że każdy może zadać księdzu pytanie i z nim porozmawiać;
  10. Zaprzyjaźnijmy się z księdzem - kolęda jest najlepszym czasem na poznanie księdza i oswojeniem się z myślą, że to nie tylko kościelny urzędnik, ale przede wszystkim człowiek, z którym można nawiązać przyjaźń. Nie zaszkodzi więc wziąć numeru telefonu, maila albo odnaleźć się wzajemnie na Facebooku. Niektórzy księża to prawdziwi "socjal media ninje" i pozytywnie was zaskoczą, jeśli tylko damy im szansę.
A skąd taki temat? A stąd, że właśnie dzisiaj u mnie jest wizyta duszpasterska. Co prawda nie wiem kiedy do mnie dotrze, ale co tam, poczekam. 

wtorek, 18 lipca 2017

555. Toniemy zawsze po cichu

Jeszcze tylko półtora tygodnia i wyjeżdżam z grupą nieznanych sobie dzieci na dziesięć dni nad morze. Do tego czasu siedzę w domowym zaciszu i odpoczywam. Dni upływają monotonnym rytmem. Ale mnie jakoś nie nudzi ta jednostajność - zawsze potrafiłam sobie znaleźć coś do zrobienia. Ranki spędzam na nadrabianiu czytelniczych zaległości. Herbata, wygodny fotel i ja z książką - cóż więcej trzeba do szczęścia. W ciągu roku miałam tak mało czasu na przeczytanie jakiejś książki, która nie byłaby związana z kierunkami studiów bądź którąś z prac dyplomowych. W ogóle dziękuję za tyle ciepłych słów pod postem poświęconym opóźnieniu w obronieniu przeze mnie prac licencjackiej i magisterskiej. Podtrzymaliście mnie nimi na duchu, a jednocześnie zmobilizowaliście do dalszych działań! Jesteście kochani!
Pogoda na razie nas nie rozpieszcza, przynajmniej na Śląsku. Nie, nie pada, ale ciemne chmury na horyzoncie nie zachęcają na udanie się nad miejski zalew. Lubię tam chodzić. Co prawda stronię od kąpieli w tego typu miejscach, nie pogardzę jednak kocykiem, cieniem i książką. Ile pozycji w ten sposób w przeszłości przeczytałam? Ile wzruszeń wywołanych fabułą książki widziały tamtejsze drzewa? Trudno powiedzieć.
Jeziora to bardzo przyjemny sposób na spędzenie wolnego czasu, ale też niemi świadkowie wielu tragedii. Co roku na różnego rodzaju zbiornikach wodnych życie traci masa ludzi. W przypadku jednych dzieje się tak z powodu brawury i ludzkiej głupoty, w przypadku innych - braku ludzkiej wyobraźni. Na początku tego roku całą Polską wstrząsnął przypadek utonięcia na basenie 12-latka przebywającego na zimowym wypoczynku. Siedem lat temu na wspomnianym przeze mnie miejskim jeziorze utonął mój nastoletni sąsiad. Był świeżo po maturze, miał całe życie przed sobą. Wcale nie był pijany czy coś w tym rodzaju - w pewnym momencie złapał go skurcz, a przebywający z nim koledzy wzięli to za głupi żart. Wezwali pomoc dopiero wtedy, gdy Adrian przez dłuższy czas nie pojawiał się na powierzchni wody.
Takich przykładów można mnożyć i mnożyć. Przerażające jest jednak to, że wielu z tych tragedii można było zapobiec. Gdyby ktoś w miarę szybko zareagował na nietypowe zachowanie tonących tuż obok osób, być może ofiar utonięcia byłoby mniej. Co powinno w szczególności zwrócić naszą uwagę? Ostatnio na onecie pojawił się przydatny artykuł odpowiadający na to pytanie. Nie będę ukrywać, że osobiście uważam, iż powinien przeczytać go każdy, kto wybiera się nie tylko nad zbiornik wodny, ale też na miejski basen, gdzie czuwają ratownicy.

Zbliżają się wakacje, a wraz z nimi coroczny problem nierozważnego korzystania z publicznych kąpielisk. Mimo alarmujących danych policji i regularnych ostrzeżeń płynących w stronę wybierających się nad wodę Polaków, każdego roku kilkuset z nich ginie wskutek utonięcia. Wśród nich są osoby nieletnie – dzieci i młodzież, którzy tracą życie z powodu nieuwagi rodziców lub własnej brawury. To tragedie, których można uniknąć.

Niebezpieczny wypoczynek
Według statystyk Komendy Głównej Policji w tym roku w Polsce utonęło 80 osób. To stan na dzisiaj (od kwietnia), a szczyt sezonu masowych wyjazdów nad wodę dopiero przed nami. Choć ubiegły rok okazał się dla amatorów publicznych kąpieli bardziej łaskawy niż lata poprzednie, utonięć i tak zanotowano blisko 200. Co roku ofiarami wodnego żywiołu jest kilkadziesiąt nieletnich. Tylko w 2013 roku utonęło ich 77.
Do wypadków dochodzi najczęściej w wodach naturalnych. Co ciekawe, morze – jako największy i przez wielu uważany za najmniej przewidywalny zbiornik wodny – plasuje się na końcu tego zestawienia. W rankingu najbardziej ryzykownych z uwagi na utonięcie miejsc przodują rzeki i jeziora, w dalszej kolejności stawy i zalewy.
Ale popularne cele wakacyjnego plażowania to nie jedyne miejsca, które grożą utonięciem. Kilka miesięcy temu w mediach głośno było o tragedii, do jakiej doszło w Tychach, gdzie 6-latek utonął w oczku wodnym – zbiorniku o głębokości "zaledwie" 1,5 metra. Na początku roku 12-letni uczestnik zimowiska zmarł wskutek utonięcia na krytym basenie, a miesiąc temu ciało 2-latka znaleziono w ogrodzonym stawie w pobliżu parku i placu zabaw.
Okoliczności wypadków są typowe. To kąpiel w miejscu niestrzeżonym (choć zazwyczaj niezabronionym) i/lub nieostrożność podczas przebywania nad wodą. W przypadku dzieci także lekkomyślność lub brak czujności rodziców, którzy w tłumie domorosłych pływaków tracą dziecko z oczu lub ignorują regulamin kąpieliska, wprowadzając je do wody mimo wyraźnego zakazu kąpieli.
Tak było choćby w przypadku dwóch dziewczynek, które w ubiegłe lato przebywały ze swoimi rodzicami na wakacjach nad morzem. 7-latkę, która miała wejść do wody ze swoim ojcem "tylko na chwilę", fala porwała, gdy opiekun na moment odwrócił wzrok. 11-latka na brzegu bawiła się ze swoim bratem, a w wodzie zniknęła, gdy wypoczywający nieopodal rodzice skupili uwagę na chłopcu. Ciała obu dziewczynek kilkanaście godzin później znaleziono na pobliskich plażach.
Brawura dotyczy głównie nastolatków, wypoczywających nad wodą w towarzystwie przyjaciół, bez nadzoru osób dorosłych. Jak wynika z raportu Światowej Organizacji Zdrowia "Global accelerated action for the health of adolescents (AA-HA!)", w grupie wiekowej 10-19 utonięcia plasują się na piątym miejscu najczęstszych przyczyn zgonów. To dane globalne, zwracające uwagę także na ogromny problem śmierci nieletnich wskutek chorób biegunkowych i infekcji dolnych dróg oddechowych – schorzeń, które w Polsce są, według ekspertów, rzadszymi powodami śmierci dzieci niż wypadki komunikacyjne i właśnie utonięcia.

Cicha tragedia
Przyczyną większości wodnych tragedii jest lekceważenie zasad korzystania z publicznych kąpielisk. Ich regulaminy są powszechnie dostępne, ale niewielu plażowiczów zapoznaje się z nimi po wejściu na teren kąpielisk. To dlatego ich właściciele mają obowiązek w widoczny sposób oznaczyć najważniejsze informacje dotyczące stanu okolicznych wód i reguł korzystania z nich. W praktyce zajmują się tym dyżurni ratownicy, którzy na maszcie wywieszają kolorowe flagi, informujące o dozwoleniu kąpieli (flaga biała) bądź zakazie zbliżania się do zbiornika wodnego (flaga czerwona).
Ta druga pojawia się w uzasadnionych, wywołanych warunkami atmosferycznymi przypadkach. Najczęściej, gdy występują wysokie (ponad 70 cm) fale, silne prądy wsteczne lub ograniczona (do 50 m) widoczność, przy niskiej (poniżej 14 stopni) temperaturze wody, silnym wietrze (ponad 5 stopni w skali Beauforta) i prędkości nurtu przekraczającej 1 m/s. W oczywisty sposób także podczas wyładowań atmosferycznych, prowadzonej akcji ratunkowej oraz skażeniu wód.
Dla większości uczestników wypoczynku nad wodą czerwona flaga jest dostatecznym sygnałem, by nie zbliżać się do wody i zachować szczególną ostrożność w czasie wypoczynku. Niestety, każdego roku na kąpieliskach wszelkiego typu zdarzają się przypadki całkowitego zlekceważenia panujących reguł. Pewność siebie, przecenianie własnych umiejętności i bagatelizowanie "możliwości" wody prowadzą najczęściej do tragedii.
Problemem jest też brak należytej uwagi poświęcanej bawiącym się na plaży lub w wodzie dzieciom. Dziecięca kąpiel w morzu, jeziorze czy rzece kojarzy się najczęściej z radosną, żywiołową zabawą. W takiej sytuacji łatwo przegapić prawdziwe zagrożenie. Obserwując bawiące się i krzyczące dzieci, dorośli, często zajęci rozmową, zbyt późno zauważają nagły spokój i nie słyszą ciszy, która zapadła.
Tymczasem zarówno dziecko, jak i dorosły toną po cichu. Kojarzone z brawurowymi, filmowymi akcjami ratunkowymi sytuacje machania rękami nad wodą czy dramatycznego wołania o pomoc to mit. Kilkanaście sekund, jakie zazwyczaj wystarczy, by tonące dziecko zniknęło pod wodą, to zbyt mało, by rodzic zauważył, że dzieje się coś niepokojącego. To dlatego wiele przypadków utonięć najmłodszych plażowiczów ma miejsce w zasięgu kilkunastu metrów od ich opiekunów, często obserwujących ich, ale niepotrafiących rozpoznać sytuacji, mylących ją z zabawą i "popisami" pociechy.
Jak więc rozpoznać, że dziecko tonie? Choć trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo reakcje w takich sytuacjach są bardzo indywidualne, niektóre zachowania z dużym prawdopodobieństwem świadczą o wypadku, a z pewnością powinny zaniepokoić. To przede wszystkim pionowa pozycja ciała (nogi nie pracują, ręce wykonują przypadkowe, chaotyczne ruchy), zanurzona w zbyt dużym stopniu głowa dziecka, często przechylona do tyłu, z szeroko otwartymi ustami, nieobecny wzrok lub zamknięte oczy i włosy opadające na twarz, nawet zakrywające oczy. Często jednak dziecko (szczególnie bardzo małe) po prostu bezgłośnie i bezszelestnie znika pod wodą. Reakcja na wypadek musi być więc natychmiastowa. Im szybciej zostanie on zauważony i zgłoszony, tym większa szansa na skuteczną pomoc.
W razie jakiegokolwiek zagrożenia należy natychmiast udać się po ratownika bądź zadzwonić pod numer ratunkowy: 601 100 100.

Potrzeba czujności
Przestrzeganie regulaminu kąpieliska i bezwzględne stosowanie się do wskazówek ratowników jest więc z punktu widzenia bezpiecznego wypoczynku nad wodą kluczowe. Wybierając się na plażę, należy nie tylko samodzielnie zwracać uwagę na zmieniające się warunki atmosferyczne oraz oznaczenia bezpieczeństwa na terenie kąpieliska, ale także nauczyć odczytywania takich sygnałów dzieci. Wskazanie różnic w kolorach flag i boi, wyjaśnienie ich funkcji oraz znaczenia, zapoznanie z miejscem i charakterem pracy ratowników wodnych to niezbędne informacje, które można przekazać już dziecku w wieku przedszkolnym. Zawsze należy też uczulić pociechę, że woda to żywioł i nawet gdy wygląda niepozornie, może być niebezpieczna i nie wolno pod żadnym pozorem zbliżać się do niej bez rodzica.
Podczas kąpieli nie można spuszczać dziecka z oka ani na moment. Często, sugerując się widokiem gładkiej tafli wody, rodzice pozwalają dziecku "pochlapać się" w wodzie. Tymczasem lekki wiatr może wiać od strony lądu, nie powodując fal, a jednocześnie tworząc w wodzie groźne prądy wsteczne. Gdy dziecko zostanie przez nie porwane, rodzic może nie zdążyć podbiec i złapać pociechy nawet będąc w pobliżu. Dlatego przebywającego w wodzie dziecka nie można wyłącznie obserwować z brzegu, a zawsze asekurować je, stojąc tyłem do wody, by w razie potrzeby "złapać" je swoim ciężarem. Nie należy też "ufać" dmuchanym zabawkom typu materace, koła ratunkowe, rękawki czy pontony – nie służą one wypływaniu na głęboką wodę i nie chronią przed wypadkiem.
Dlatego tak ważne jest, by obserwować dziecko zarówno podczas wypoczynku nad wodą, jak i po powrocie do domu. Wyruszając z nim nad rzekę, jezioro czy morze należy zachować czujność i rozwagę, by odprężający wypoczynek nie został przerwany niepotrzebnym stresem lub w najgorszym razie – tragicznym wypadkiem.