Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medycznie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2026

2343. Kiedy autyzm jest problemem

Z perspektywy kilku lat pracy z dziećmi widzę, jak dużym wyzwaniem jest funkcjonowanie dzieci będących w spektrum autyzmu w codziennym życiu. Kiedy chodziłam do szkoły, istniało już pojęcie autyzmu, ale nic ponadto. Innymi słowy - albo miało się owy autyzm, albo nie. Ale i świadomość tamtejszych ludzi co do istoty tego problemu była dużo mniejsza. Skutek tego był taki, że do szkoły uczęszczało kilkoro autystyków, którzy przedstawiali wzorzec tego schorzenia, i masa dziwnych przypadków, którzy w dzisiejszym świecie otrzymaliby pewnie diagnozę, że są w spektrum.
Czy praca z dzieciakami będącymi w spektrum jest trudna? I tak, i nie. Tak - ponieważ postawiona jest diagnoza, sporządzony plan działania, wiadomo z czym się człowiek ma zmierzyć. Nie, ponieważ jedno spektrum drugiemu nierówne, a i są takie dzieciaki, które nie są prowadzone, co ma dla nich katastrofalne skutki. Problem ten został poruszony w dniu 3 kwietnia 2020 przez dziennikarza Onetu, Pawła Pawlika, w ramach kampanii "WybieramyPrawdę".

W szkole było już kilka przypadków samookaleczeń, także wśród najmłodszych uczniów. Siedmiolatek, który robi sobie krzywdę, albo macha nożem, strasząc przy  tym, że zrobi ją komuś dorosłemu - to są naprawdę trudne sytuacje. A problemy tych dzieciaków są bardzo duże: brak akceptacji wśród rówieśników, brak miłości, nieodwzajemnione uczucia, niezrozumienie przez rodziców. I najważniejszy problem - brak przyjaciela.
***
- Wystarczy wziąć pinezkę i skaleczyć się trochę, żeby odwrócić uwagę od faktycznego problemu - mówi Izabela Bubalik, wicedyrektorka Szkoły Podstawowej nr 2 w Bytomiu. - Czasem widać, że coś jest nie tak po zabandażowanej ręce, innym razem coś wychodzi na jaw dopiero w rozmowie z pedagogiem. Często jest to wołanie dziecka o pomoc. Czeka ono na to, żeby ktoś z zewnątrz przyjrzał się temu, co dzieje się w domu i spróbował to uporządkować. To nie są zwykłe dzieci, to są dzieci niezwykłe. Cudowne, ale trudne.

"Wiele osób się mnie boi"
Wojtek wybucha najczęściej wtedy, gdy ktoś się z niego śmieje. Ewentualnie zarzuca mu coś, czego nie zrobił. A na pewno nie specjalnie. Właśnie uczęszcza do piątej klasy szkoły podstawowej i ma zdiagnozowany Zespół Aspergera.
- W szkole zyskałem wielu wrogów. Uważali, że jestem inny i nie ma po co się ze mną kolegować. Jeden chłopak przekupił mojego kolegę, żeby się ze mną nie bawił - opowiada Wojciech.
- Zwracaliśmy uwagę, że Wojtek jest inny w zabawie - tłumaczy jego mama. - Ma inne podejście niż pozostałe dzieci. Nadaje na innym poziomie: dogaduje się z dorosłymi, natomiast z rówieśnikami ma duży problem. Specjaliści nie zwracali na to uwagi. Słyszałam tylko: "jest bardzo inteligentny, czym się pani przejmuje. Dla większości specjalistów problem pojawia się dopiero, gdy dziecko jest z deficytami.
Jak podkreśla kobieta, bardzo trudne jest już samo uzyskanie odpowiednej diagnozy: - Najpierw szuka się winy w sobie. Skoro wszyscy mówią, że jest niewychowany, to może faktycznie źle go wychowujemy? Odkąd zrozumiałam pewne mechanizmy, jest mi o niebo prościej.
Chłopiec zmienił szkołę i teraz uczy się w SPS nr 2 w Bytomiu.
- Wiemy już, że nie jesteśmy patologicznymi rodzicami, którzy źle wychowują swoje dzieci - żartuje gorzko mama, tłumacząc: w szkole masowej z jednej strony było wytykanie palcami, z drugiej uśmiechy... ale za plecami można było usłyszeć: "nie mogę się z tobą bawić, bo mama mi zabroniła", "uważaj, to choroba, możesz się zarazić".
W rozmowę włącza się też Wojtek: - W pierwszej klasie biłem się bez powodu. Wszystko się zmieniło, gdy zmieniłem szkołę. Jak się zachowuję okropnie, bo jestem strasznie wściekły, to nauczyciel osobiście mnie odprowadza do pedagoga. Koledzy są wtedy ode mnie odizolowani, żebym nic im nie zrobił. Wiele osób się mnie wtedy boi, bo jestem agresywny.
Jego mama przyznała też, że był też inny problem: - Nikt nie rozumiał, że syn może mieć wiedzę na poziomie klasy ósmej, będąc w drugiej. Wojtek ma niesamowitą pamięć, pamięta szczegóły z książek, które czyta. Robi porównania, których my nigdy byśmy nie zobaczyli. Na lekcjach się nudził, więc wychodziło na to, że jest niegrzeczny. U dzieci ze spektrum autyzmu typowe są problemy z napięciem mięśniowym, więc Wojtek ma ogromne problemy grafomotoryczne. Nauczyciele nieprzygotowani w tym zakresie rozumieją zero-jedynkowo. Myślą: "jest inteligentny, to potrafi ładnie napisać".

"Myślałam, że będę go przytulać i kochać, a wtedy wszystko minie"
Anna co chwila uchyla drzwi do mieszkania i nasłuchuje. Czeka, aż syn Kacper wróci ze szkoły. Niedawno nauczył się przekręcać klucz w zamku. Wielu rodziców ze szkoły chłopca patrzy na nią z zazdrością. Tylko niewielu z nich ma aż tak samodzielne dzieci.
Anna Bajon pokazuje trzeci z kolei album. Każde zdjęcie jest starannie opisane: na jednym dwuletni Kacperek na rękach mamy, na innym jego trzecie urodziny, na jeszcze innym - Kacper w wózku. W końcu Kacper wraca ze szkoły. Wita się z mamą i idzie wyprowadzić psa. To taki ich rytuał.
- Wtedy jeszcze nie wiedziałam - mówi kobieta, pokazując zdjęcia ze spaceru. Z fotografii uśmiecha się ładny chłopiec o wielkich oczach.
Kacper w tym roku skończył 15 lat. Na pierwszy rzut oka niewiele różni się od swoich rówieśników. Jest wyrośnięty i dobrze ubrany. Jednak wielu rzeczy w życiu nie przeskoczy i nikt nie wie, dlaczego. Przykładowo zna litery, ale nie umie ich poskładać.
 - Od początku lubił być przy ludziach, ale się nimi zupełnie nie interesował. Bardzo długo reagował płaczem niemowlęcym. Miałam nadzieję, że to moja nieumiejętność powoduje, że tak się dzieje. Myślałam, że będę go przytulać i kochać, a wtedy wszystko minie - wspomina Anna.
- Mojego syna znam od drugiego roku życia. Adoptowałam go jako zdrowego - przyznaje. Po latach dowiedziała się, że prawdopodobnie wszystkie dzieci w ośrodku adopcyjnym zmagały się z jakąś niepełnosprawnością.
- Rodzeństwo syna również było obciążone i mam podstawy, by twierdzić, że ośrodek miał tego świadomość. Nigdy tam nie wróciłam. Żal mam nie o to, jaki Kacper jest, tylko że przez 1,5 roku był bez rehabilitacji, bo nikt nam nie powiedział, że może jej potrzebować.
Ograniczenia wynikające ze spektrum autyzmu nakładają się u niego na niepełnosprawność intelektualną oraz FAS. Mama Kacpra piła, kiedy była z nim w ciąży.
Anna i Kacper musieli nauczyć się siebie wzajemnie. Chociaż początki nie były łatwe. Kobieta wspomina, że ciężko było dziesięć lat temu, gdy walczyła z nowotworem, a w międzyczasie rozpadło się jej małżeństwo.
Anna pracuje jako redaktor oficjalnego portalu kościoła katolickiego w Polsce. Była w grupie, która powoływała witrynę do życia pod koniec lat dziewięćdziesiątych. System pracy pozwala jej na poświęcenie synowi tylu czasu i uwagi, ile on wymaga. Kacper bardzo gwałtownie reaguje na otoczenie, lęk u niego wywołują przelatujące ptaki, a zbyt głośne i wysokie dźwięki doprowadzają go do paniki (u dzieci w spektrum autyzmu to znak, że coś jest nie tak, że czują dyskomfort).
- Jedną z pierwszych osób, jakie zajęły się Kacprem, była pedagog z Gliwic. Po roku czy dwóch pracy z synem powiedziała mi tak: wszyscy się boicie, co będzie z dziećmi, jak umrzecie. A najważniejsze dla nich jest to, że kiedy po waszej śmierci trafią do ośrodka pomocy, to będą potrafiły coś koło siebie zrobić i będą lubiane - mówi Anna. - Tamta rozmowa była najważniejszą w moim życiu. Wszystko co robimy, ma na celu to, żeby nasze dzieci były szczęśliwe, społecznie akceptowane i radziły sobie w kontaktach z innymi.
Tu są dzieci niezwykłe. Cudowne, ale trudne
- Nasza szkoła jest specjalistyczna, a nie specjalna. To pierwsza obawa rodziców, którą musimy rozwiać - wyjaśnia Izabela Bubalik, wicedyrektorka SPS nr 2 w Bytomiu. - To nie są zwykłe dzieci, to są dzieci niezwykłe. Cudowne, ale trudne. Takie dzieci w szkole masowej słyszą od nauczyciela: "musisz się ogarnąć, bo jesteś już w piątej klasie". Tymczasem fakt, że ktoś jest w piątej klasie, nie znaczy, że "wyrósł" z Zespołu Aspergera. Każdy jest inny, do każdego trzeba osobnego klucza. To są dzieci, które w tłumie rówieśników na pierwszy rzut oka się nie wyróżniają. Natomiast w sytuacjach trudnych często reagują w sposób nieakceptowalny społecznie. Potrafią uderzyć, wyzwać od najgorszych. Często dzieci kierują agresję na siebie. W szkole było już kilka przypadków samookaleczeń.
Nauczycielka w swojej pracy zawodowej ma do czynienia z autyzmem od ponad 20 lat i chociaż świadomość w tej sprawie rośnie, to wciąż wiele osób, od których zależy los dziecka, ma niewystarczającą wiedzę i prezentuje zbyt małe zaangażowanie. Szczególnie lekarzy pediatrzy. Rodzice słyszą: "Proszę się nie martwić, on z tego wyrośnie". Tymczasem wczesna diagnoza jest niezwykle ważna. Autyzm można zdiagnozować już u półrocznego dziecka. Trzeba tylko mieć wiedzę, przeszkolenie.
- Z drugiej strony mamy w szkole dzieci, które na 100 proc. nie są autystykami. Często stawia się diagnozę "autyzm", kiedy nie wiadomo, jaką diagnozę postawić - przyznaje Izabela - Rodzic, który widzi niepokojące zachowania u  swojego dziecka idzie do poradni, a następnie do psychiatry. Tam w zależności od tego, na jakiego lekarza trafi, a często są to panowie od wypisywania recept, dość szybko słyszy diagnozę. Jeśli psychiatra wypisze zaświadczenie, to poradnia psychologiczno - pedagogiczna musi iść w tym kierunku. Niby dziecko ma pomoc, wsparcie, ale czy o to chodzi? - zastanawia się.
Dziewczyna w spektrum
Autyzm występuje cztery razy częściej u mężczyzn, niż u kobiet. Przynajmniej w teorii. Dla przykładu w bytomskiej szkole większość klas jest męskich. Uczy się tam zaledwie kilka dziewczynek.
- Jestem jedną z wielu przegapionych przez diagnostów - mówi Ewa Furgał, autorka bloga "Dziewczyna w spektrum" i projektu "ZAwodowe ZAprzyjaźnienie się" dla niepracujących kobiet z Zespołem Aspergera - Diagnozę dostałam cztery lata temu. Miałam 36 lat. Wcześniej przekonywano mnie, że dziewczyny tego raczej nie mają. Poza tym miałam przecież pracę, byłam w związku. Dla kobiet w spektrum autyzmu to charakterystyczne, że często odkrywamy już jako dorosłe osoby to, co przegapiło otoczenie w naszym dzieciństwie - tłumaczy.
Ewa uważa, że spora liczba specjalistów ma problemy z "przestawieniem" swojego myślenia na nowe tory i zgłębiania rzeczywistego obrazu spektrum autyzmu.
Przykładowo: diagności często "odsyłają" dziewczyny, bo odpowiedziały uśmiechem na uśmiech, albo nawiązały kontakt wzrokowy. To zdaniem znakomitej części specjalistów świadczy o tym, że nie ma mowy o spektrum. Tymczasem kobiety potrafią lepiej odczytywać oczekiwania społeczne (potwierdza to coraz więcej badań), a sztuka polega na tym, żeby diagności mieli większą wrażliwość na różnicę płci i wieku.
- Jako młoda dziewczyna dość bezkrytycznie podchodziłam do opinii specjalistów. Miałam kłopoty, które były różnie diagnozowane, jako zaburzenia depresyjne i lękowe. Dostałam też diagnozę schizoidalnego zaburzenia osobowości, w którą przez wiele lat wierzyłam. Dopiero po wielu latach, gdy cały czas byłam w leczeniu psychiatrycznym, a kolejne terapie nie działały, zaczęłam przyglądać się tej diagnozie. Zrozumiałam, że była błędna - wspomina.
Przez lata odpowiedzią na towarzyszące jej poczucie odmienności była sfera związana z płcią.
- Całą swoją młodość przeżyłam w przekonaniu, że nie pasuję, że jestem inna. Miałam dysforię płciową, czyli ogromny dyskomfort związany z tym, że moje ciało ma cechy płciowe - to również zjawisko występujące u dziewczyn w spektrum autyzmu. Potem, kiedy doszłam do wniosku, że podobają mi się dziewczyny, kiedy w końcu sama się z tym pogodziłam i zaczęłam ujawniać, a było to dopiero na studiach, przekonałam się, że to "ujawnienie się" jako lesbijka nie rozwiązuje moich problemów życiowych. Ciągle źle się czułam w towarzystwie, które bawi się w klubach, chodzi na imprezy, spędza czas w grupach. Poczułam, że to nie jest moje stado. Wtedy chyba miałam największy kryzys życiowy. Na studiach zaczęłam leczyć depresję, trafiłam do psychiatryka po próbie samobójczej. Dzięki diagnozie zrozumiałam, że z niektórymi rzeczami nie ma co walczyć, bo taka po prostu jestem. Nie wszystko da się "zterapeutyzować". Próby terapii tego, co nie jest do zmiany, to forma przemocy. To jest takie normalizowanie na siłę, np. żeby nawiązać kontakt wzrokowy, socjalizować się, nie bujać się, żeby pozbywać się takich zachowań, które otoczenie uznaje za dziwne - wyznaje.
Nikt nie choruje na autyzm
Spektrum autyzmu nie jest chorobą, którą się leczy, ale stanem. Taką jakby cechą charakteru. Dlatego nie sposób spotkać dwie osoby będące w spektrum, których "zestaw dodatkowy" byłby identyczny. Autyzm dotyczy wszystkich: dzieci, nastolatków, osób w średnim i dojrzałym wieku. Nie ma znaczenia miejsce zamieszkania, czy też kolor skóry. Nie wiadomo też, skąd się bierze.
Co wiemy o autyzmie? Zdecydowanie za mało. Autyzm opisywany jest jako spektrum, ponieważ zawiera wiele różnych "składowych". Takich, co uniemożliwiają samodzielne życie, takich jak sprężone niepełnosprawności: ruchowe, intelektualne, zaburzenia mowy, albo takie jak wybiórczość pokarmowa, kłopoty z rozumieniem otaczającego świata i emocji innych ludzi. Z tymi ostatnimi zachowaniami jesteśmy oswajani przez popkulturę, np. dzięki lubianym serialom takim, jak "The Good Doctor", postaci Sheldona z "The Big Bang Theory", czy netfliksowej produkcji "Atypowy".
- Autyzm nie jest chorobą. Nikt nie choruje na autyzm. To nie jest choroba, którą się leczy. To po prostu inny sposób funkcjonowania. Z drugiej strony cierpienia wokół autyzmu jest mnóstwo. Prawie każda osoba autystyczna dostaje coś "w pakiecie": epilepsję, depresję, nadwrażliwość na bodźce: dźwięki, zapachy, bodźce wizualne. Cierpienie, które pojawia się w związku z autyzmem, to również te wynikające z braku akceptacji przez społeczeństwo - twierdzi psycholog Katarzyna Niemiotko z Regionalnego Ośrodka Metodyczno - Edukacyjnego Metis w Katowicach.
Autyzmu w żadnym wypadku nie należy wiązać z niepełnosprawnością intelektualną. Ewa Furgał na łamach "Krytyki Politycznej" zaznacza, że w naukowej literaturze coraz częściej można spotkać się z określeniem "stany ze spektrum autyzmu" (ASC - autism spectrum condition). Ta nazwa wskazuje, że autyzm jest jedną z ludzkich charakterystyk, a nie odstępstwem od normy. Specjaliści jak mantrę powtarzają: jeśli poznałeś osobę w spektrum autyzmu, to znasz jedną osobę w spektrum autyzmu. Każda kolejna będzie inna.
Nie tylko dzieci, ale też dorośli funkcjonujący w spektrum autyzmu mają poważny problem z radzeniem sobie z nadmiarem bodźców. Są to najczęściej osoby, które w miarę "normalnie" funkcjonują w społeczeństwie: uczą się, pracują, mają szczęśliwe rodziny, ale czasem nadmiar bodźców rodzi w nich niepożądane zachowania lub powoduje, że unikają takich miejsc jak galeria handlowa, lotnisko lub tłoczna restauracja.
Autyzm ma około 5 mln ludzi w Unii Europejskiej
Dane z Autism Europe wskazuje, że około 5 mln osób w Unii Europejskiej ma autyzm. Także portal polskiautyzm.pl wskazuje, że liczba osób z diagnozą spektrum autyzmu znacznie wzrasta. Przyjmuje się, że to 1 na 100 dzieci. Jednak takich osób może być znacznie więcej, także wśród dorosłych. Wszystko dlatego, że o zespole Aspergera zaczęto mówić w Polsce dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Prawdopodobnie jest wśród nas sporo osób, które nigdy nie miały szansy na diagnozę. Tymczasem im później jest ona postawiona tym koszt dostosowywania się do neurotypowego świata dla osób w spektrum i ich rodzin jest większy i trudniejszy.
Niestety, w naszym kraju brakuje nie tylko wiedzy na temat spektrum autyzmu, ale też zwykłej empatii i zrozumienia. W listopadzie 2019 roku media poinformowały o karygodnym zachowaniu przedszkolanki z Głogowa na Dolnym Śląsku. Kobieta miała znęcać się w sposób fizyczny i psychiczny nad 6-letnim dzieckiem zmagającym się z zespołem Aspergera. Nie dając rady z opieką nad chłopcem miała go zmuszać krzykiem do robienia przysiady ponad jego możliwości. W tej samej placówce, ale kilka miesięcy wcześniej, inna przedszkolanka przywiązywała innego chłopca do krzesła i zaklejała mu usta taśmą.

źródło: https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/to-nie-jest-choroba-ktora-sie-leczy/zl6cq2v

sobota, 28 lutego 2026

2329. Czas wracać do pracy i wielkopostny dzień skupienia LSO

Tegoroczne ferie, w moim przypadku trochę przedłużone, powoli dobiegają do końca. Od poniedziałku dzieciaki wracają do szkoły, a ja - do pracy. Dość już tego dobrego, skończyła się laba, zaczynają obowiązki. Ludzie wielokrotnie pytają mnie, czy lubię moją pracę, czy nie mam jej dosyć. Hm..., jeżeli miałabym dosyć po kilku miesiącach od zaczęcia pracy w szkole, dla mnie byłoby to oznaką, że nie jest to moja droga, że źle wybrałam, że po kilku latach spędzonych w Oratorium źle rozeznałam moje "powołanie". Nie będę ukrywała że jest zawsze łatwo i przyjemnie, bo nie jest. Jednak jeszcze żadne dziecko nie zaszło mi tak bardzo za skórę, czy to w szkole, czy na świetlicy, żebym miała ochotę rzucić pracę i iść inną drogą. Czyżby wcześniejsze doświadczenie mnie zahartowało? Mam taką nadzieję.
Chociaż nie było mnie blisko miesiąc ani w szkole, ani na świetlicy środowiskowej, starałam się być na bieżąco z tym, co się działo w jednej i w drugiej placówce. Katecheci w szkole już proszą mnie o pomoc w przeprowadzeniu szkolnego etapu Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy Religijnej oraz akademii z okazji świąt wielkanocnych. Napisałam też kilka programów, z czego jestem zadowolona. Nie, nie dumna, ale zadowolona. Jeden dotyczy strachu i opiera się na autobiograficznej książce Joanny Porazińskiej, "Asiunia", a drugi straty i oparty został na książce Barbary Kosmowskiej zatytułowanej "Dziewczynka z parku". Będę chciała pilotażowo wypróbować je podczas sobotnich zajęć w Oratorium w S-cu, ale to chyba najwcześniej za dwa tygodnie. Ogólnie polecam obydwie książki, bo chociaż są napisane z myślą o dzieciach, to przekazują wiele mądrych myśli, z których mogą skorzystać również dorośli.
Za tydzień jadę do Wadowic na spotkanie "Rafałków". Rozważania Drogi Krzyżowej z Aniołem Stróżem w tle już się pisze. To nie jest pierwsza Droga Krzyżowa mojego autorstwa, ale tym razem czuję szczególną odpowiedzialność za to, co wyjdzie spod mojej klawiatury. A i sama tematyka, chociaż wydaje się pozornie prosta, tak naprawdę taka nie jest. Zdecydowałam się jednak nią podjąć, w trudnych chwilach licząc na wsparcie mojego osobistego Anioła Stróża. Nie tracę więc nadziei, bo nawet jeżeli nie podołam temu to zawsze będzie to kolejne doświadczenie w moim życiu.
Jeżeli mówimy o doświadczeniach, to dzisiaj w diecezji mieliśmy wielkopostny dzień skupienia dla członków Liturgicznej Służby Ołtarza. Dla mnie był to debiut na zasadzie "Chcesz Lolku, czujesz się wystarczająco na siłach, to jedź. W końcu dzwonisz dzwoneczkami i przygotowujesz ołtarz przed Mszą świętą. Ja Cię nie będę zatrzymywać". No to pojechałam. Trema była, jednak serdeczne powitanie przez diecezjalnego duszpasterza Liturgicznej Służby Liturgicznej, z którym nota bene byłam na Światowych Dniach Młodzieży w Panamie, nieco mnie ośmieliła. Po chwili, już w komeżce, siedziałam w ławce w bazylice katedralnej Najświętszej Maryi Panny w Sosnowcu.
Na spotkaniu było niewielu członków Liturgicznej Służby Ołtarza. Podejrzewam, że bez problemu można by ich policzyć na palcach, i nie byłoby to przesadą. Podejrzewam, że na taki stan rzeczy złożyło się to, że bądź co bądź mamy jeszcze ferie w naszym województwie, a dodatkowo w tym samym czasie wiele księży było na swoim dniu skupienia. Jednak, jak to stwierdził ksiądz Łukasz, przybyła prawdziwa śmietanka naszej diecezji. Śmietanka, nie śmietanka, ja tam się cieszyłam, że mogłam być częścią tej śmietanki...
W tym roku prelegentem był ojciec Tobiasz, znany też jako Jakub Strzelecki. Zanim poszedł do seminarium był aktorem po szkole aktorskiej. Można go było zobaczyć w takich produkcjach, jak: "M jak miłość", "Samo życie", czy też "Miasto z morza". Niestety, z żadnego z nich go nie kojarzę. Pochodzi z Żywca, z religijnej rodziny. Około 2011 roku poczuł, że aktorstwo nie jest jego życiowym powołaniem, a życie poświęcone Bogu. Postanowił "przekwalifikować się" na zakonnika. Wstąpił do zakonu bernardynów (franciszkanów), dziś posługuje w Leżajsku, na wschodzie Polski.
Podczas swojej konferencji brat Tobiasz nie tylko podzielił się z nami historią swojego powołania i drogi do Boga, jaką przyszło mu przejść, ale też uświadomił, że nie trzeba być kimś nieskazitelnym, aby być ważnym w oczach Boga, a przede wszystkim, aby była mu powierzona jakaś misja. Powołał się tutaj na takie postacie ze Starego Testamentu, jak Adam (który wykazał nieposłuszeństwo wobec prośby Boga), Kain (który zabił z zazdrości Abla), Noe (który się upił winem), Abraham (który chociażby dwa razy sprzedał swoją żonę), Jakub (który o mało nie pozabijał się z Ezawem), czy też Mojżesz (który nie dość, że zabił Egipcjanina, to jeszcze miał wadę wymowy). Nikt z nich nie był idealny, mieli swoje wady, takie jak my, ale przez to nie stali się wyklęci w oczach Boga. Bo każdy z nich jednak kochał Boga i ufał mu.
Centralnym punktem Dnia Skupienia była Msza święta koncelebrowana przez przybyłych księży. Pomimo niewielkiej ilości uczestników miała ona uroczysty charakter. W krótkim kazaniu kaznodzieja przypomniał nam, że Bóg nie jest egzekutorem nakazów i zakazów, za jakie często bierzemy chociażby dekalog, ale chce być bardziej drogowskazem w naszym życiu.
Myślę, że taki dzień skupienia na początku Wielkiego Postu, a nawet w trakcie jego trwania, jest doskonałą okazją do tego, aby jeszcze raz na chwilę zatrzymać się i przemyśleć wiele spraw w swoim życiu. A takie konferencje są jak najbardziej ku temu pomocne i przydatne.
Jutro zaczynają się trzydniowe rekolekcje w DA w Katowicach. Planuję na nie wbić, bo może być ciekawie.

czwartek, 19 lutego 2026

2325. Strach się bać!

Zastanawiam się, czy nadrobię zaległości czytelnicze, jakie mi się nagromadziły przez ostatnie dni w blogosferze. Pewnie będzie trudno, bo niesamowite osłabienie w dalszym ciągu daje mi się we znaki, ale będę próbować. Z jednej strony czuję się trochę nie fair wobec Was, a z drugiej uważam, że nie ma nic bardziej niesprawiedliwego dla bloggerów, niż jednych bez przerwy faworyzować komentarzami, a wobec innych mieć wymówkę, że nie ma się czasu. Wolę "nie mieć czasu" dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych.
Wybaczcie, to nie tak miało wyglądać. Wraz z nadejściem ferii miałam mieć więcej czasu na blogi (ale oczywiście w ramach rozsądku), a wyszło jak wyszło. Chociaż nie, wcześniej miałam jechać na obóz zimowy z klubem sportowym. Wiem, że w moim aktualnym stanie nie na wiele by się to zdało i raczej by mnie ten wyjazd nie ucieszył, a jednak z tyłu głowy jest ten żal, ta tęsknota za poszusowaniem na nartach. 
Mimo wszelkiego osłabienia udało mi się ostatnio przeczytać "Wojnę światów" Herberta George'a Wellsa. Pamiętam jak prawie dwadzieścia lat temu na lekcji Wiedzy o Społeczeństwie profesor opowiadał nam o fenomenie słuchowiska radiowego z 1938 roku opartego na powieści. Wiele słuchaczy zgromadzonych przy radioodbiorniku było przekonanych, że spiker na żywo relacjonuje atak Marsjan na planetę Ziemię. Wtedy być może mnie to dziwiło, być może śmieszyło. Tego już nie pamiętam. Jednak ta jego opowieść wbiła się w moją głowę i siedziała aż do teraz. Jednak po przeczytaniu całości zaczynam rozumieć te wszystkie obawy słuchaczy, a nawet wyczuwać strach, jaki im towarzyszył.

Tytuł: "Wojna światów"
Autor: Herbert George Wells
Wydawnictwo: Vesper
Czerwonak 2018
Ilość stron: 214

Życie pozaziemskie to jeden z tych tematów, na które człowiek ma dużo wyobrażeń, ale tak naprawdę niewiele o nim wie. Niby zostały wysłane sondy kosmiczne, ale czy znajdą one realne ślady życia pozaziemskiego, tego nikt nie wie. Zostaje nam tylko nasza ludzka wyobraźnia. Jedną z najbardziej znanych wizji jest ta zaprezentowana przez Herberta George Wellsa w "Wojnie światów". To na motywach tej powieści w latach 30 XX wieku powstało słynne słuchowisko, które wywołało panikę wśród wielu Amerykanów.
Pewnego dnia nieopodal Londyny ląduje dziwny cylinder. Dwóch dziennikarzy postanawia sprawdzić, co to jest. Na miejscu zostają oni unicestwieni przez tajemnicze istoty. Dzieje się to na oczach nieznanego z imienia i nazwiska narratora, zamieszkujący położone nieopodal Woking. Niemal od razu daje się wyczuć, że przybysze są wrogo nastawieni do Ziemian i robią wszystko, żeby zniszczyć życie na Ziemi. Narrator wraz z żoną i innymi mieszkańcami miasteczka postanawia uciec, co wcale nie jest takie łatwe. Tymczasem rozpoczyna się zagłada znanego dotychczas świata.
Książka została dosyć ciekawie przetłumaczona na język polski. Czyta się ją jednym tchem. Dotąd specjalnie nie interesowały mnie książki z dziedziny SF, tą jednak przeczytałam z prawdziwą ciekawością i zainteresowaniem. Dodatkowym atutem są grafiki ilustrujące treść pozycji. Ich autor zastosował interesujący zabieg naszkicowania ich niczym ołówkiem. Z jednej strony nadaje to grozy całości, a z drugiej wprowadza czytelnika w mroczną opowieść napaści Marsjan na Ziemian. Zachwyciła mnie jego wizja wyglądu marsjańskich pojazdów i maszyn, sama lepiej bym tego nie wymyśliła. Ogólnie jestem zadowolona z przeczytania tej pozycji. A dodatkowo po trochu zaczynam rozumieć tą panikę, która wybuchła, kiedy w radio pojawiło się słuchowisko oparte na tej książce.

Za książkę dziękuję Lidzi z misiowego zakątka

piątek, 6 lutego 2026

2321. Przyszła pora na zimę stulecia...

W naszym tryptyku podróży przez najzimniejsze zimy docieramy w końcu do tej, która miała miejsce w 1978/1979 osób. Mnie nie było jeszcze na świecie, ale wiem, że bardzo wielu moich drogich czytelników w miarę dobrze ją pamięta. To co, gotowi na podróż do kolejnej pamiętnej zimy w historii powszechnej ale także i naszego kraju?

Paraliż kraju, ogromne zaspy i niskie temperatury. Taka była zima stulecia

Zima stulecia - tak zwyczajowo mówi się o czasie z przełomu 1978 i 1979 r. Nic dziwnego, bo tamta zima była wyjątkowo śnieżna i mroźna, choć nie rekordowo. Co więcej, opady śniegu były tak obfite, że w kilku województwach ogłoszono stan klęski żywiołowej.
  • Zima z przełomu 1978 i 1979 r. zapisała się w pamięci wielu osób jako bardzo śnieżna i gwałtowna;
  • Opady śniegu były tak obfite, że większość kraju została sparaliżowana. Szyny kolejowe pękały od mrozu, a autobusy jeździły wykopanymi w śniegu tunelami;
  • Problemy były także m.in. z ogrzewaniem, bo węgiel nie mógł dotrzeć do elektrociepłowni
Paraliż kraju, ogromne zaspy i niskie temperatury. Taka była zima stulecia
W nocy z 29 na 30 grudnia 1978 roku rozpoczął się napływ mroźnej masy powietrza z północy. Spowodowało to, że opady deszczu zaczęły się nasilać i przenosić w śnieg. Towarzyszył temu silny wiatr, co powodowało szybkie tworzenie się zasp. Od początku 1979 roku polska przez kilkunastostopniowy mróz oraz ogromną ilość śniegu była niemal całkowicie sparaliżowana. Na terenie województwa gdańskiego już 1 stycznia wprowadzono stan klęski żywiołowej.
"Gwałtowne śnieżyce, zamiecie i ostry mróz. Zima przypuściła atak na północy, od Suwałk, Gdańska i Szczecina, przesuwając się w głąb kraju. Porywisty wiatr zasypał śniegiem drogi i szlaki kolejowe. Komunikacja niemal całkowicie sparaliżowana..." - relacjonował lektor Polskiej Kroniki Ludowej z 1 stycznia 1979 r.
Przechodnie na zasypanym chodniku przed sklepem na ul. Malczewskiego (źródło zdjęcia)
Chłodny front atmosferyczny przemieszczał się na południe kraju, przynosząc śnieżyce i gwałtowny spadek temperatury w większości regionów. Warto dodać, że w wielu miejscach notowano dużą pokrywę śnieżną - 84 cm w Suwałkach (16 lutego 1979 roku), 70 cm w Warszawie (31 stycznia 1979 roku).
Paraliż transportu spowodował, że w kolejnych dniach zaczęło brakować surowców energetycznych. Węgiel nie mógł na czas dotrzeć do elektrociepłowni, bo z powodu mrozu pękały szyny kolejowe, a zwrotnice zamarzały. Do rozmrażania szlaków oraz dróg skierowano wyposażone w ciężki sprzęt wojsko.
Hałdy śniegu na drodze. W oddali stodoła i dom na wsi. (źródło zdjęcia)
W wielu miastach komunikacja miejska praktycznie nie działała, ale zdarzało się, że autobusy jeździły wykopanymi w śniegu tunelami. Trudno też było przedostać się z miasta do miasta, więc wiele osób zmuszonych było koczować na dworcach kolejowych i autobusowych. "Pociąg osobowy zdążający z Kielc do Katowic utkną w zaspach śnieżnych w okolicach Charsznicy. O sześć godzin później niż przewiduje rozkład, przybył na granicę pociąg zdążający do Warszawy z Wiednia przez Pragę" - relacjonowała "Gazeta Krakowska" na początku lutego 1979 roku.
Z powodu trudnej sytuacji ówczesny minister oświaty i wychowania Jerzy Kuberski podjął decyzję o tym, aby wstrzymać powroty dzieci i młodzieży z zimowisk.
"Zakłócenia w komunikacji kolejowej i drogowej spowodowały podjęcie przez ministra oświaty i wychowania decyzji o wstrzymaniu powrotu młodzieży przebywającej na zimowiskach. W Nowosądeckiem na przedłużonych feriach pozostało ponad 1,3 tys. dziewcząt i chłopców z różnych stron kraju. Ich wyjazd będzie możliwy dopiero za kilka dni, gdy skutki kolejnego ataku zimy zostaną przezwyciężone" - można było wyczytać w "Gazecie Krakowskiej".
Grupa osób oczekujących na przystanku PKS. Na drodze taksówka marki Skoda 100. (źródło zdjęcia)

Dobrze jest wspomnieć, że bardzo niskie temperatury wraz z zamarzniętym w ich wyniku grunt pośrednio przyczyniły się do wybuchu gazu w rotundzie PKO w Warszawie. Doszło do niego 15 lutego 1979 roku. W katastrofie śmierć poniosło 49 osób.


A skoro mówimy o biciu rekordów, to ja pobiłam dziś jeden - 3 godziny czekałam pod gabinetem lekarza. Byłam piąta w kolejce. Ja rozumiem sezon grypowy, ale tym sposobem prędzej złapałabym wirusa w ten sposób (przy obniżonej na skutek zabiegu odporności) niż w ogóle. Nie wywalczyłam skierowania, którego chciałam. Ale za to wyszłam ze zdiagnozowaną anemią... Co ciekawe, nie miałam żadnych jej objawów, nic. Gdybym nie zrobiła tej krwi na tarczyce, to pewnie żyłabym w nieświadomości. Ale że mi nic nie powiedzieli po zabiegu, kiedy i tak mi robili badania krwi? Przecież anemia nie bierze się z dnia na dzień. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mam nadzieję uporać się z nią w miarę sprawnie i będzie po kłopocie.

wtorek, 30 grudnia 2025

2297. Uzależnienie od narkotyków oczami uzależnionego i współuzależnionego

Rok 2025 kończę przeczytaniem dwóch trudnych, ale jakże ważnych i istotnych pozycji opowiadających o uzależnieniu młodych osób od narkotyków - "Mój piękny syn" Davida Sheffa oraz "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem" jego syna, Nicka Sheffa. Temat dla mnie o tyle ważny, że wiele dzieciaków uczęszczających do świetlicy, w której pracuję, zmaga się z tym problemem. Wiadomo, jak widać, że są pod wpływem narkotyków, to nie mają wstępu na teren placówki z dwóch powodów: żeby nie zrobili krzywdy innym osobom oraz żeby nie wnosili negatywnych wzorców zachowania w ich życie. To jeden powód sięgnięcia po tego typu lekturę.
Drugi jest dla mnie dużo trudniejszy i bardziej osobisty. Otóż, zdaniem trenera, Młodsza jest utopiona w tym bagnie. Kiedy powiedział mi podczas ostatniego w roku treningu, że ona jest "uzależniona od alkoholu, od narkotyków, od seksu, od wszystkiego" aż mnie zmroziło i nie mogłam w to uwierzyć. Ale jak potem na spokojnie przeanalizowałam niektóre jej zachowania i akcje to pomyślałam, że coś w tym może i jest. Ogólnie o jej problemach z alkoholem wiedziałam od dawna, zazwyczaj na zawodach miałyśmy razem pokój i byłam świadkiem tego, co się działo po jej startach, a czasem i przed nimi. Mama Gaciocha, która zawsze jeździ z nami jako opiekun, kiedy startuje jej syn, zawsze po tych "akcjach" tylko mi współczuła. Kurcze, tyle razy rozmawiałam o tym z Młodszą, niejako ją moralizując, ale to na nic. Jednak w życiu bym nie powiedziała, że ma kłopoty z narkotykami, czy też z seksem. Było to dla mnie szokiem i jakoś nie mogę sobie z tym dać rady.
Lektura oby dwóch książek zajęła mi kilka dni. Dosłownie. Opowiada o uzależnieniu od nałogu z perspektywy uzależnionego ("Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem") i rodziców uzależnionego ("Mój piękny syn"), a obydwie narracje wzajemnie się przeplatają i uzupełniają. Tak samo znajdziemy w nich te same wątki, jak i zupełnie różne, sięgające do dzieciństwa Nicka (w narracji Davida), jak i do wewnętrznych przeżyć chłopaka (w narracji Nicka). Lektura "Na głodzie" dodatkowo uświadomiła mi, że to co mówił trener może być prawdą, bo uzależnienie od narkotyków niejednokrotnie idzie w parze z alkoholizmem oraz prostytucją w celu zdobycia kolejnej działki.
Tytuł: "Mój piękny syn"
Autor: Dawid Sheff
Wydawnictwo: Poradnia K
Warszawa 2019
Ilość stron: 446

Uzależnienie od narkotyków, czy też innych używek, jest niewątpliwie tragedią uzależnionego, ale też jego najbliższych, którzy z automatu stają się osobami współuzależnionymi. W przypadku dzieci z reguły są to ich rodzice. To oni najbardziej przeżywają dramat swoich dzieci i pomagają w długiej drodze wyjścia z nałogu. Jednym z takich rodziców jest David Sheff, ojciec Nicka, który sięgnął po narkotyki pierwszy raz w wieku dwunastu lat. Kiedy David z żoną, a macochą Nicka, dowiedzieli się, że Nic zmaga się z tego typu problemem, zaczęli szukać dla niego ratunku. Po latach postanowił podzielić się swoim doświadczeniem z innymi.
Było jak w bajce - kochająca żona, trójka udanych dzieci, piękny dom, wymarzone wakacje. Kiedy najstarszy syn Davida, Nick, poszedł do prestiżowej szkoły średniej, wszyscy byli z niego tacy dumni. Aż pewnego dnia rodzice zostali wezwani do gabinetu dyrektora placówki i powiadomieni, że u nastoletniego Nicka znaleziono narkotyki. Rozpoczęła się walka z czasem i z uzależnieniem chłopaka. Jednak kolejne ośrodki odwykowe i miłość nie zawsze są w stanie pokonać największe zło.
"Mój piękny syn" opowiada o bezinteresownej miłości ojca do uzależnionego syna. Takiej, która mogłaby wszystko pokonać. Widać, że David jest gotowy zrobić wszystko, aby pomóc Nickowi wygrać z nałogiem oraz wyjść na prostą. Jednocześnie stawia konkretne granice - martwi się, kiedy chłopak okrada ich dom czy też wyciąga ze skarbonki młodszego brata jego oszczędności oraz robi wszystko aby zabezpieczyć swój dom na tyle, żeby podobna sytuacja nie miała miejsca w przyszłości.

Tytuł: "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem"
Autor: Nic Sheff
Wydawnictwo: Poradnia K
Warszawa 2019
Ilość stron: 383

Problem uzależnienia od narkotyków dotyka coraz większej liczby młodych ludzi. Dzieciaki sięgają po nie żeby szybciej czegoś się nauczyć, zapomnieć, zaimponować, nie być gorszym. Nie zdają sobie jednak sprawy z tego, że po przysłowiowym pierwszym razie może być następny i następny i ciężko im będzie przerwać ten raz rozpoczęty cykl.
Nie inaczej było z Nickiem, narratorem w autobiograficznej książce "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem". Pierwszy raz po narkotyki sięgnął w wieku zaledwie dwunastu lat. To miał być jeden jedyny raz, z ciekawości. Jak można się domyśleć, na tym jednym razie się nie skończyło, nałóg coraz bardziej przejmował władzę nad życiem chłopaka, a on sam coraz bardziej i bardziej staczał się na jego dno.
Książka jest autentycznym zapisem problemów, z jakimi borykają się osoby uzależnione od narkotyków oraz przeżyć, które targają ich wnętrze. Nick wielokrotnie podkreśla, że on wielokrotnie chce zerwać z nałogiem, który zawładnął jego młodym życiem, jednak on jest on od niego silniejszy. W powieści doskonale widać jego wzloty i upadki, co pokazuje, że jej główny bohater nie jest superbohaterem, nawet nie próbuje się na takiego kreować. Jest za to człowiekiem z krwi i kości, który ma prawo do swoich zwątpień, słabości i błądzenia. W pewnym sensie w pewnym momencie zaczęłam mu nawet podświadomie kibicować, chociaż wiedziałam, jak cała historia się skończy (dlatego warto najpierw przeczytać "Na głodzie", a następnie "Mój piękny syn"). 

Nie chcę pisać, że po przeczytaniu obydwóch pozycji jestem mądrzejsza, bo to nieprawda. Mogłam jednak odnaleźć w nich punkty wspólne z tym, czego nauczyłam się na zajęciach zowiących się "Uzależnienia i współuzależnienia" na drugim stopniu Nauk o Rodzinie. Niestety, prowadzący skupił się bardziej (może nawet za bardzo) na alkoholizmie niż na innych uzależnieniach. Jak dla mnie to błąd, bo każde z nich w jakimś stopniu prowadzi do degeneracji organizmu człowieka nimi dotkniętymi.

Jest jeszcze film oparty o obydwie książki, również zatytułowany "Mój piękny syn". Bardzo chciałabym go obejrzeć i porównać z fabułą powieści. A może i włączę go kiedyś moim dzieciakom ze świetlicy środowiskowej. Skoro czytanie książek jest dla nich passe to może filmowy obraz do nich przemówi?

niedziela, 7 grudnia 2025

2280. Ostatni bieg w tym roku

Zapisując się na XII Bieg Mikołajkowy, zarówno w charakterze wolontariusza, jak i uczestnika, nie wiedziałam jeszcze, że od końca października do początku grudnia moje życie ulegnie drobnemu przeorganizowaniu. A przez co nie będę mogła w nim wystartować, co nie oznaczało rezygnacji z wolontariatu. No ale zdrowie ważniejsze, a póki lekarz nie zdecyduje się, co on tak właściwie widzi w moim wnętrzu, to wolę nie ryzykować. Żeby nie było, kiedy zapisywałam się na bieg, jeszcze byłam w miarę zdrowa, chociaż zaliczyłam już dłuższy pobyt w szpitalu. Ale zdążyłam już przebiec na luzie 5 km w ramach Biegu Nocnych Marków, więc wszystko wydawało się ok. Potem przyszedł listopad, gdzie lekarz czegoś się we mnie dopatrzył i trochę pokrzyżowało to moje plany.
Nie wycofałam się jednak całkowicie z uczestnictwa w imprezie, która trwała dwa dni i którą niejako pomagam od kilku dobrych edycji organizować. Oprócz biegu pozostawał jeszcze wolontariat, w którym spokojnie mogłam brać udział. Jak chyba zawsze, także i tym razem stałam w biurze zawodów i wydawałam pakiety startowe tym osobom, które brały udział w biegu. A przy okazji odebrałam także i mój, który grzecznie na mnie czekał. No wiecie, paczka makaronu piechotą nie chodzi. Chociaż bardziej mi zależało na magnesie, który wyglądał tak, jak ilustracja powyżej.
Wydawanie pakietów trochę mnie zaangażowało i nie miałam szansy zmarznąć, chociaż na zewnątrz był lekki mrozik. Ale czego spodziewać się w grudniu? Co prawda ostatnimi czasy grudnie są raczej ciepłe niż zimne, szczególnie w miastach, tym bardziej cieszą mnie temperatury poniżej zera. Nawet jeżeli oznacza to problemy w dotarciu do celu. Tak jak w tym przypadku. Bo szczerze powiedziawszy ciut się spóźniłam na ten wolontariat. Na szczęście nie okazało się to dużym problemem. Przez tyle lat poznaliśmy się na tyle, że wiemy, że takie wpadki mogą się zdarzyć, zwłaszcza tym, którzy dojeżdżają. I nikt nie robi z tego problemów.
Miał być ostatni bieg w tym roku, ale rozsądek wziął górę. Na pocieszenie kierownik Biura Zawodów załatwił mi medal, który i tak bym otrzymała, nawet dobiegając jako ostatnia na metę. Jak sam stwierdził - zdrowie ważniejsze, a skoro nawet lekarz za bardzo nie wie co mi jest, to lepiej nie ryzykować. Za rok też będzie wiele okazji do wystartowania w różnych biegach.
Ja i tak mam niemałą satysfakcję - w tym roku wypełniłam swoje zamierzenie i pomogłam w organizacji wszystkich czterech imprez organizowanych przez zespół MK Team. Nawet nie wierzyłam, że mi się to uda. A tu proszę, zaskoczyłam samą siebie. Szkoda, że z tym biegiem mi nie wyszło, ale w życiu nie można mieć wszystkiego.

środa, 26 listopada 2025

2275. Gorsze i lepsze chwile

Kilka dni temu wyrwało mi się przy księdzu - administratorze, że nie mogę przyjść na Krąg Biblijny, bo mam wizytę u lekarza wraz z USG jamy brzusznej. Myślałam, że zapomniał, że nie będzie drążyć tematu, że go przemilczy. Dzisiaj podjechałam na poranną Mszę świętą, głównie po to, aby mu oddać pożyczoną kilka dni temu adhortację papieża Leona XIV: "Dilexi te. O miłości do ubogich". A przy okazji zahaczyłam o poranne godzinki, tym razem śpiewane już w naszym "pełnym" składzie: pan Gienek, pani Maryna, pani Dorota i ja*. Godzinki rozpoczynają się wraz z biciem zegara na wieży kościelnej o 6:30. Po nich jest odmawiana dziesiątka różańca, a następnie już odprawiana jest Msza. W międzyczasie któryś z księży idzie do konfesjonału spowiadać. Po Mszy pomogłam panu Gienkowi i panu Kościelnemu uporządkować ołtarz, po czym poszłam przywitać się z księdzem. Jak w 80 % przypadków, także i teraz wylądowałam u niego na śniadaniu. 
Całą noc padał śnieg, a nad rankiem chwycił mróz, toteż idąc po schodach na górę trochę się ślizgałam w adidasach. Na szczęście obyło się bez upadku. Na plebani było przyjemnie ciepło, aż miło się człowiekowi zrobiło. Ksiądz zaczął przygotowywać jajecznicę na śniadanie, a mnie poprosił o wyciągnięcie trzech sztuk talerzy i szklanek i zaniesienie ich do jadalni. Przy okazji próbował mnie podpytać o moją wizytę u lekarza. Czyli nie zapomniał... Ja jednak nie chciałam go obarczać kolejnymi diagnozami i przypuszczeniami, szkoda chłopa. Powiedziałam mu tylko, że "nieważne". Bo w sumie tak jest. Ma swoje problemy i swoje sprawy związane z nową parafią. Odniosłam talerze na stół w jadalni, potem szklanki, potem jeszcze wróciłam po sztućce, aż wreszcie włączyłam wodę w czajniku, powrzucałam torebki z herbatą do szklanek, a następnie zaniosłam czajnik do jadalni i zalałam herbatę wrzątkiem - w życiu bym nie przeniosła szklanek z gorącym płynem z jednego pomieszczenia do drugiego bez wylania go na siebie. Taki efekt uboczny MPD. 
W tym czasie na śniadanie zeszedł ksiądz-proboszcz-senior, który nawet ucieszył się na mój widok. A przy okazji trochę się ze mnie z księdzem-administratorem nabijali: "Karolina to chyba wyjdzie za mąż za naszego Gienka, ja nie wiem, siedzą razem w ławce, razem śpiewają Godzinki, razem ogarniają ołtarz... Chyba musimy szykować i ślub, i wesele... A ty wiesz Lolku, jaką Gienek robi smaczną jajecznicę...". No, nie wiem. Ale ciekawi mnie, skąd oni wiedzą o tej jajecznicy. 
Podczas śniadania Ksiądz-administrator dalej próbował dojść do tego, co powiedział mi lekarz i na jakie dalsze badania mnie wysłał. I dlaczego po nowym roku. No, tego pierwszego to mu nie powiem nawet na spowiedzi świętej. A na to ostatnie pytanie odpowiedź jest prozaiczna - limity na NFZet już się skończyły. Mogłabym iść prywatnie, jednak ceny trochę zwalają z nóg. Widać nie jest ze mną jeszcze aż tak źle. No i dzisiaj zjadłam coś bardziej treściwego niż kaszkę mannę na wodzie - jajecznicę. Ksiądz niech więc nie marudzi. Chociaż miło że dopytuje. I to nie tylko o zdrowie, ale chociażby o pracę na szkolnej świetlicy i kilka innych mniej lub bardziej ważnych spraw.
Z pozytywniejszych rzeczy - kilka lat temu pisałam, że chciałabym "przejść" z biegania tradycyjnego na tzw. racerunning. W pewnym momencie nawet zamówiłam sprzęt, który kosztuje bagatela 8000 zł. (to jakaś paranoja). Zleceniodawcy nie udało się jednak sprowadzić go z zagranicy, a pieniądze mi oddał po postraszeniu go policją. Klub sportowy zaś uznał, że dla jednej osoby nie opłaca się szukać trenera ani szkolić obecnych. Odpuściłam temat. W ostatnim czasie jednak do naszej sekcji dołączył jednak chłopak również z mpd, tylko że w cięższej postaci. Trener jakoś nie widzi go biegającego na dwóch nogach. Ale przypomniał sobie, jak na kilku zawodach widział, jak niepełnosprawni śmigają na tych rowerach. Już nawet rozmawiał z prezesem - który jest gotowy kupić dla sekcji takie coś. Jeden bo jeden, ale zawsze. Na treningu trener mi mówił, że moglibyśmy mieć z Miśkiem mobiler na spółkę, i tak trzymany by był w szkole, w której mamy treningi, a oboje jesteśmy podobnego wzrostu. Presja jest duża, bo on chce, abyśmy wystartowali na mobilerach już podczas przyszłego sezonu. Dobrze by było, gdyby się udało. Tym bardziej, że trener też się napalił na to, że przygotuje nas do tej konkurencji. 
A jakby ktoś był ciekawy jak to cudo wygląda, to poniżej macie ilustrację poglądową.
Cudo, prawda?

* Ostatnio jak byłam to 50% osób było na wycieczce w Fatimie

wtorek, 1 lipca 2025

2222. Produktywne dwa dni

Kiedyś sobie postanowiłam, że planowane pobyty w szpitalu będą idealną okazją do obejrzenia jakiegoś filmu. No bo na co dzień nie mam na to czasu. A takie dwie doby, podczas których na nowo zostają dopasowane lekarstwa, zwłaszcza kiedy wszystkie zaliczone, można w ten sposób w miarę produkcyjnie wykorzystać. Wystarczyło tylko założyć na uszy słuchawki i przepaść na te dwie godziny.
Tym razem mój wybór padł na film w reżyserii Davida Finchera zatytułowany "Siedem". Prawdę powiedziawszy, pomimo tego, że został on nakręcony w 1995 roku, obejrzałam go dopiero pierwszy raz w życiu, chociaż słyszałam całkiem dużo na jego temat. 
Film nawiązuje do teologicznych siedmiu grzechów głównych: pychy, chciwości, nieczystości, zazdrości, lenistwa, gniewie oraz nieumiarkowaniu w jedzeniu i piciu. W jednym z amerykańskich miast grasuje seryjny zabójca John Doe. Każdego dnia pozbawia życia jedną osobę. Zajmujący się sprawą dwaj policjanci, David Mills i William Somerset, szybko odkrywają, że morderca działa według klucza, który opiera się na siedmiu grzechach głównych. Rozpoczyna się walka z czasem. Policjanci za wszelką cenę chcą ująć mordercę, a tym samym zapobiec kolejnym zabójstwom.
Produkcję mogę zaliczyć do dobrego thrillera niemal do końca trzymającego widza w napięciu. Chociaż naprawdę myślałam, że ofiar szaleńca będzie naprawdę siedem. Tymczasem w pewnym momencie ta seria się urywa. I tu brakuje mi takiego łącznika spajającą te dwa wątki w logiczną całość. Koniec też był dla mnie taki jakiś słaby, ale może po prostu nie do końca go zrozumiałam. I tak do końca nie wywnioskowałam, czy tą ostatnią jego ofiarą była ta osoba, którą wskazał John Doe. Ale wydaje mi się, że to zakończenie po prostu jest otwarte. Na plus działa zdecydowanie obsada aktorska - bo kto z nas nie zna chociażby Brada Pitta (David Mills), Morgana Freemana (William Somerset), czy też Kevina Spacey'a (John Doe). Myślę, że chociażby z tego powodu warto obejrzeć tą produkcję.
A oprócz filmu przeczytałam trochę ostatniego tomu sagi Kwartet Klimatyczny Mai Lunde, tym razem poświęcony drzewom. Zresztą już sam tytuł mówi bardzo wiele - "Sen o drzewie". Jestem gdzieś w 2/3 książki (a liczy ona 544 stron) i zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Zobaczymy, czy utrzyma się ono do jej końca. Bo z tym też różnie bywa.
Poza tym ogarniałam o co chodzi w ostatnio zakupionej grze karcianej, której głównymi bohaterami są przyszli święci - błogosławiony Pier Giorgio Frassati oraz błogosławiony Carlo Acutis. Kupiłam ją głównie z myślą o bierzmowanych, chociaż nawet nie wiem, czy w tym roku będę prowadzić jakąś grupę. A nawet jeżeli nie, to zawsze może się przydać chociażby na zajęcia z dzieciakami w Oratorium. Reguły gry wydają się proste, pytania również. Przynajmniej większość z nich. Za grę zapłaciłam z własnych funduszy, bez opcji jakiegokolwiek zwrotu. Ale to nie jest dla mnie problemem. Wystarczy, że dzieciom będzie się chciało w nią grać. I że nikt zbytnio nie będzie podcinał mi skrzydeł w tym, co robię. Nie oczekuję podziękowań i pochwał, bo przecież nie o to chodzi. Ale na mówienie z cynicznym uśmieszkiem, że nic nie robię i się nie udzielam gdzieś, też sobie nie pozwolę (tja, a jak przyjdzie co do czego to pewnie pokornie spuszczę głowę i w ramach uniknięcia kłótni i świętego spokoju przyznam rację...).

środa, 28 maja 2025

2195. Piętno Tatarkiewicza

Jeszcze jeden dzień i zdjęcie szwów. Jak na moje oko to wszystko goi się całkiem nieźle. Tylko na początku trochę tam podkrwawiało, zwłaszcza alergicznego. A że jest on dosyć specyficzny i charakterystyczny, to nie sposób pomylić go z żadnym innym, a zwłaszcza z przeziębieniem. Toteż działają na niego zupełnie inne lekarstwa. A raczej powinny działać, bo z tym też różnie bywa. Czasem jednak ktoś myśli, że to jakaś choroba. Nie, to nie choroba. Przynajmniej nie zaraźliwa.
Ten zabieg wybawił mnie z opresji startu w tegorocznym sezonie sportowym. Najlepsze jest to, że jeszcze na początku roku szkolnego, czy tam po przerwie wakacyjnej, umówiłam się z trenerem, że chcę trenować już tylko dla siebie samej i dla zdrowia. Poza tym mnie się tyle zwaliło w tym roku obowiązków, że nie dałam rady bez regularne treningi. Przepraszam, moja doba też ma tylko i aż 24 godziny i muszę w niej zmieścić wszystkie sprawy z bieżącego dnia. A bez regularnych treningów ani rusz. Postawa poprzedniego trenera też nie wpłynęła pozytywnie na moje nastawienie do sportu. Można się nie doprosić na zawodach dobrego zawiązania butów przed startem (bo trener przez 10 minut rozmawiał przez telefon), a potem usłyszeć pretensję, że pobiegło się tylko w takim czasie? Można. O jakości tamtych treningów nie wspomnę. Więc powiedziałam nie wszelkim zawodom dla niepełnosprawnych, przynajmniej w tym roku. Trener jeszcze próbował mnie namówić. Po operacji jednak skapitulował. I mam nadzieję, że na razie tak zostanie. Zresztą mam wrażenie, że moja przygoda z tak czynnym sportem jak kiedyś dobiegła końca. Nic nie trwa wiecznie.
A skoro nie muszę iść na trening i mam wolne póóóźne popołudnie to wracam do zmory całego rocznika, czyli filozofii w wydaniu Władysława Tatarkiewicza. Kiedy kiedyś tam Ksiądz Niosący Światło odkrył, że na filozofii w dalszym ciągu obowiązuje ten trzytomowy podręcznik, z którego i on się uczył, to aż się przestraszył. Nawet pożyczył mi swoje książki, bo sobie je kupił będąc na "świętej"* teologii. No cóż, widać, że na "biblią" pedagogiki jest dwutomowa "Historia wychowania" napisana przez Stanisława Kota (nie wiem jak, ale przebrnęłam przez obydwie części), a "biblią" nauk filozoficznych jest trzytomowe wydanie "Historii filozofii" wspomnianego Władysława Tatarkiewicza.
A taki miły akcent spotkaliśmy po drodze, w trakcie jednodniowej wycieczki do Warszawy.
Cały wydział był uśmiechnięty od ucha do ucha.
Trzeba jeszcze wymyśleć jakieś sensowne życzenia dla księdza z okazji rocznicy święceń. Tylko bez przesady, bo mi się znowu chłop za bardzo wzruszy, tak jak rok temu. Ale rok temu to była okazja niebagatelna, bo 20 lecie kapłaństwa. Owieczki podobno do dziś robią furorę. Nie wie jednak, że na 21 lecie dostanie kolejną. Jakoś mu się udało przetrwać ten rok. Były wzloty i upadki, ale jest z nami. 

* Sam ją tak określa

poniedziałek, 19 maja 2025

2189. Nie wszystko złoto co się świeci

Bycie rekonwalescentem ma swoje dobre strony. Można na przykład podgonić pisanie prac magisterskich. Z Nauk o Rodzinie powinno mi się udać obronić ją w czerwcowo - lipcowym terminie, z Pedagogiki może być trudniej. Wyjątkowo nie odbieram tego jako jakąś porażkę. W zasadzie robię dwa lata w jeden rok, a więc z automatu mam rok mniej na napisanie wszystkiego. Na wrzesień jednak powinnam się wyrobić, zwłaszcza że już większość mam już ogarnięte. Jeżeli tak nie będzie - to będzie porażka. Albo i nie, mam przecież pięć lat na obronę. Nie, nie chcę szukać wymówki na siłę, wiem, że jestem niesamowicie leniwym człowiekiem i nic tego raczej nie zmieni.
Od jakiegoś czasu jedna sprawa nie daje mi spokoju. Kilka lat temu odniosłam się do pewnego projektu dedykowanego osobom niepełnosprawnym. Od początku coś mi w tym projekcie nie grało, wydawał mi się zbyt... cukierkowy. Osoba, która brała w nim udział skomentowała moje słowa, twierdząc, że nie mam racji, bo nie brałam udział w tym projekcie, i w ogóle nie mam prawa wypowiadać się na ten temat. Wzięłam to sobie do serca i nawet żyłam przez lata w przekonaniu, że ten projekt naprawdę jest taki wspaniały i godny polecenia, jak twierdziła ta osoba. Do czasu...
Nie tak dawno dowiedziałam się, że owy projekt w negatywny sposób wpłynął na tą osobę i że jednak nie do końca jest ona z tego zadowolona. Niby nie powinno mnie to interesować, a nawet ruszać, ale... poczułam jakiś taki wewnętrzny dyskomfort. Z jednej strony poczułam się dziwnie, bo ja naprawdę byłam przekonana, że udział w takim czymś jest naprawdę nauką samodzielności i normalnego życia. Przecież mieli zapewnionych tyle atrakcji. A z drugiej, tak trochę mi żal tej osoby, mimo wszystko. Bo jednak ta osoba zapewne miała co do udziału w tym projekcie jakieś nadzieje i wyobrażenia, może liczyła na większą samodzielność... Tymczasem rzeczywistość okazała się dużo bardziej brutalna. Ale wiem też, że żaden projekt tego typu nic nie da, jeżeli po jego zakończeniu niewiele chcemy zmienić. To nie muszą być spektakularne zmiany, od razu wyprowadzka do samodzielnego życia. To mogą być malutkie kroczki.
Uwierzcie mi lub nie, ale ja też nie rozpoczęłam samodzielnego życia od razu od wyprowadzki. Ale od lat się do tego przygotowywałam. Aż wreszcie wszyscy poczuli, że jestem do tego gotowa. Czasami wystarczy zmiana myślenia i więcej pokory co do tego, co przygotowało nam życie. Najpiękniejsze jego okruchy czasami znajdują się tuż za progiem. Wystarczy tylko chcieć je dostrzec i przyjąć. I może czasem też samemu wykazać inicjatywę, zamiast czekać na życiową szansę od życia? Bo możemy jej się nie doczekać...

sobota, 17 maja 2025

2187. Wykończy mnie ta uczelnia

A raczej sytuacja na niej. A konkretniej - na Wydziale Teologicznym. Po wydarzeniach z połowy marca cały samorząd patrzy na siebie podejrzliwie. Przynajmniej niektórzy jego członkowie. Przewodnicząca ma pretensje o wszystko i o nic, chociaż na posiedzeniach zachowuje się tak, jakby nic się nie stało. No tak, w najgorszym wypadku cały zarząd mógł wylecieć ze studiów. Ja naprawdę to odchorowałam w kwietniu, a wyrzuty sumienia mam do dzisiaj. Chociaż najbliższe znajome z samorządu tłumaczą mi, że bezpodstawnie. Jak widać, bezskutecznie.
Przy kwietniowym wypisie ze szpitala usłyszałam, że mam się nie denerwować, bo nerwy tylko powodują nawracanie u mnie L-C, a to już rozszalało się u mnie na tyle, że tylko w szpitalu są w stanie mi pomóc. Tymczasem po pewnej rozmowie z Madziałkiem naprawdę poczułam się nieswojo. Pal sześć, że przewodnicząca, wiedząc że się przyjaźnimy, próbuje nas ze sobą skłócić. Tamtego dnia próbowała wmówić Madziałkowi, jaka ja to jestem zła, bo nie poparłam na spotkaniu u dziekana tego, co zrobiła na początku swojej kadencji. Ja po prostu zrobiłam to, co było zgodne z moim sumieniem. W nikogo nie ugodziłam, nikogo nie obraziłam, powiedziałam tylko, że to co się stało było złe i tyle. No, ale takie coś jeszcze mnie nie ruszyło. A może już nie. Zdawałam sobie sprawę z tego, że taka będzie prawdopodobnie reakcja przewodniczącej. Zdenerwowało mnie natomiast to, co potem usłyszałam. Madziałek ma bowiem pewną teorię na temat tego, jak pewna rzecz mogła wyjść poza mury samorządu. Mam nadzieję, że to tylko teoria, bo jeżeli byłaby to prawda... Nie, przewodnicząca nie mogłaby być aż tak podła, a zarazem oryginalna... A może jednak... Miałam mętlik w głowie, a zarazem jakoś tśak zaczęłam źle się czuć. I to bardzo źle. 
Skończyło się tym, że zamiast do domu to pojechałam do szpitala. Jeszcze z autobusu wysłałam SMSa księdzu Robciowi, że nie będzie mnie tego dnia na majowym i żeby sami sobie wydrukowali tekst "czytanki". Akurat Ksiądz Niosący Światło na tydzień poszedł na oddział szpitalny na badania, więc wiedziałam, że mam tych kilka dni na dojście do siebie. Nie przewidziałam jednak tego, że pod SORem natchnę się na proboszcza z ich parafii. Podejrzewam, że mój wygląd mówił sam za siebie. Proboszcz zaczął ubolewać, że jeszcze ja mu się pochoruję i tyle z tego będzie. A ja naprawdę chciałam jak najszybciej znaleźć się na oddziale, żeby tylko dali mi te cholerne leki przeciwbólowe. Na szczęście proboszczowi się spieszyło, więc poszedł w swoją stronę, a ja w swoją.
Na SORze trochę się naczekałam, ale jak już przyjął mnie lekarz, to poszło szybko. Nawet bardzo szybko, wręcz ekspresowo, bo już o 20.00 byłam na bloku operacyjnym, a zespół lekarzy dwoił się i troił kombinując, jak wyciąć objęty stanem zapalnym fragment jelita. A że już kilka kawałków mi usunęli w ciągu życia (w tym jeden prawie a zaraz po urodzeniu), to zadanie było na równi z rozwiązywaniem zadań z całek. Teoretycznie mogli próbować farmakologicznie to zrobić, ale nie wiedzieli już co mi zaserwować. Wycięcie kawałka dawało lepszy i szybszy efekt. Przy okazji mogli ten fragment wysłać na dalsze badania. A antybiotyk i tak mi dali, ale po wszystkim.
Operację miałam we wtorek, a już w środę popołudniu byłam na normalnej sali. O mało nie zleciałam z łóżka, kiedy na salę wlazł mi Ksiądz Niosący Światło wraz z rodzoną siostrą. Podobno proboszcza trochę zaniepokoił mój przypadek i przez kapelana szpitala dotarł do informacji o mnie. A że przypadkiem wygadał się swojemu wikaremu, to ten postanowił nie zważać na wszystko i jeszcze przed swoim zabiegiem wpaść zobaczyć co u mnie słychać i czy jeszcze żyję. A że była u niego siostra, to przyszła z nim. Ksiądz nie byłby sobą, gdyby nie zaczął żartować, że tylko mam mu nie umierać, bo w najbliższym czasie nie ma wolnych terminów na Msze święte. Chyba, że chcę, żeby pochował mnie proboszcz mojej parafii. No, tego raczej wolałabym uniknąć. Coś tam próbował ode mnie wyciągnąć, co się dzieje, bo coś za często trafiam ostatnio do szpitala. Ale chyba wyczuł, że nie chcę o tym rozmawiać, bo szybko zmienił temat na bierzmowanie i tego, co właśnie czytałam (na szafce akurat miałam "Dziennik duszy" Jana XXIII). Nie chciałam mu mówić co się dzieje na wydziale, chociaż ogólnikowo wyznałam mu to na spowiedzi. Nie chciałam go jednak obciążać szczegółami, niech odpoczywa, póki ma ku temu okazję. Jego siostra jeszcze dopytywała się, czy niczego mi nie brakuje, ale tata wszystko mi już przywiózł. Kazali mi się trzymać i poszli na oddział księdza. Trochę zaskoczyła mnie ich wizyta, bo chyba ksiądz w jego stanie nie powinien tak chodzić po różnych oddziałach. A jednocześnie zrobiło mi się miło, że o mnie pomyśleli. Zastanawiałam się też co z bierzmowanymi, bo tego dnia wieczorem powinnam mieć zajęcia z pierwszym rokiem. Potem się okazało, że Ksiądz Niosący Światło po prostu ich odwołał.
Nazajutrz to ja poszłam do księdza, bo czułam się już na tyle dobrze, że mogłam w miarę sprawnie chodzić. Ksiądz też jakoś do siebie dochodził po zabiegu, ale widziałam, że jest zmęczony, więc nie siedziałam u niego zbyt długo. A na pewno krócej, niż on u mnie dzień wcześniej. W sumie to nawet dobrze się stało, bo po południu wpadł do mnie Madziałek z wiadomościami i pozdrowieniami od innych z uczelni. Chyba domyśliła się co mnie tak zdenerwowało, bo nie poruszała tego tematu. Po jakiś 2 godzinach musiała się jednak zbierać i jechać na spotkanie "Piekarnika" (kazałam jej wszystkich pozdrowić, ale prosiłam, by za bardzo nie rozpowiadała co się stało). Ja zaś wróciłam do mojej lektury i tak mi minęło popołudnie i wieczór.
W piątek, ponieważ nic się ze mną nie działo, dostałam wypis. Tamte badane nie wykazało nic nowego i niepokojącego, a to chyba dobra wiadomość. Jeszcze przed wyjściem poszłam zobaczyć co z księdzem. Nie weszłam jednak do niego na salę, bo przez szparę w drzwiach zauważyłam, że jest u niego sam biskup. Nie, nie chciałam im przeszkadzać i wróciłam do siebie. Swoją drogą przypomniało mi się, że właśnie trwa diecezjalna pielgrzymka do Rzymu, ale widać biskup zdążył już wrócić z Wiecznego Miasta. Może opowiadał Księdzu Niosącemu Światło jak było? Przecież jego parafianie też brali w niej udział. Właściwie to specjalnych zaleceń nie dostałam - jakieś mocniejsze leki przeciwbólowe, jakby było bardzo źle mam dzwonić po karetkę. Szwy do ściągnięcia w przyszłym tygodniu. I zalecenie żebym się nie denerwowała. Tylko żeby tak się dało...
Ja tylko mam nadzieję, że faktycznie wycieli mi cały obszar zajęty zapaleniem. Bo to by oznaczało spokój w tym zakresie, przynajmniej na jakiś czas. Co do studiów to naprawdę już finisz. Mam nadzieję przetrwać w miarę względnym spokoju.

czwartek, 3 kwietnia 2025

2164. Za dużo emocji

Wydaje mi się, że taki był właśnie komunikat wypływający dzisiaj z mojego organizmu - Lolek, zwolnij, za dużo emocji w ostatnim czasie mi dostarczyłeś. Hmm..., jakby nie patrzeć to ostatnie dni dostarczyły mi niemałą dawkę emocji - niezbyt przyjemna rozmowa z dziekanem i prodziekanem, stres w pracy, pisanie prac dyplomowych, powrót Księdza Niosącego Światło i niemal natychmiastowa jego niemoc, akademia związana z 20 rocznicą śmierci Jana Pawła II i pewnie coś  by się jeszcze znalazło. W każdym razie takie kombo całkowicie rozwaliło mój organizm, a na pewno układ pokarmowy.
Rano jeszcze pojechałam do K-wic na 8 na zajęcia, ale im dalej tym gorzej. W końcu poddałam się uznając, że takie wychodzenie co  chwilę z zajęć nie ma sensu. I ja nic nie skorzystam, i jeszcze innym przeszkadzam. Ostatkiem sił dotarłam do domu i niemal natychmiast wylądowałam w łóżku skręcając się z bólu. Jasne, że wzięłam leki przeciwwszystkiemu, ale zanim zaczęły one działać to minęło trochę czasu. Jeszcze zadzwoniłam do pracy, że mnie dzisiaj nie będzie. No trudno. 
Próbowałam czytać książkę ("Judasza" Toscy Lee), ale zupełnie nie mogłam się skupić. Za bardzo mnie mdliło i bolało. W końcu poszłam spać. I chyba dobrze mi to zrobiło, bo po obudzeniu się czuję się ciut lepiej. Kolacji nie planuję, chyba zostanę przy sucharach.
Zobaczymy co będzie jutro. Może mi przejdzie. A jak nie to będzie trzeba iść do lekarza. A najlepsza rada? Nie przejmować się wszystkim tak bardzo. Tylko żeby tak się jeszcze dało.

poniedziałek, 31 marca 2025

2162. A ja mówię, że to za wcześnie

Odpowiedź na pytanie postawione w poprzednim wpisie przyszła niespodziewanie szybko i brzmi - za wcześnie. Jako że niektóre poniedziałki mam wolne, przynajmniej do południa, wyrabiam wtedy godziny na świetlicy w szkole, w której uczy ksiądz. Sama nie wiem, czy te 60 godzin to dużo czy mało. Mi się wydaje, że mało, dla kadry jest to dużo. Pomału jednak je wyrabiam z cichą nadzieją, że zdążę do czerwca. A jak nie to przecież we wrześniu też mogę się obronić.
Pierwsze trzy lekcje przebiegły w miarę spokojnie - tradycyjnie na pierwszych dwóch godzinach są te dzieciaki z pierwszych trzech klas, którzy mają na późniejsze godziny, a nie ma ich kto przyprowadzić na odpowiednią godzinę. Podobna sytuacja jest po 13. W międzyczasie na świetlicę przychodzą najczęściej ci, którzy nie chodzą na religię. Ewentualnie klasy, dla których w ostatniej chwili nie udało się znaleźć zastępstwa. Ale to sporadyczne przypadki. Niemniej, są.
Na czwartej lekcji na świetlicę przyszła w całości jedna z siódmych klas. Powinna mieć z Księdzem Niosącym Światło religię. Ale ksiądz godzinę wcześniej gorzej się poczuł i zwolnił się z pracy. "A nie mówiłam" - przeleciało mi przez głowę, chociaż tak właściwie to nic nie mówiłam. No nic, o ile ksiądz teoretycznie powinien zająć się sobą, o tyle trzeba było zająć się grupą siódmoklasistów. Jedna z nauczycielek świetlicy przyprowadziła ich do pomieszczenia. Sami za bardzo nie wiedzieli co ze sobą począć, bo gry planszowe nieciekawe, a od prac plastycznych uchowaj Boże. Bo już się nie czepiam, że w tym wieku i klocki i bajki są nieatrakcyjne. Zresztą powtórkę z rozrywki mam popołudniami na świetlicy. 
Ale żeby to nie był czas stracony, tudzież spędzony na klikaniu w ekran smartfona, wymyśliłam coś innego. Mieli mieć religię? To ją mieli, tylko że w ciut innej formie. Dobrze, że to nie polski lub matma, gdzie zbytnie odbiegnięcie od podstawy programowej mogłoby mieć katastrofalne skutki. Zaproponowałam im temat związany z Pier Giorgiem Frassatim. I tak przygotowuję prezentację z nim związaną na zajęcia do Oratorium, coś też chcę powiedzieć o nim bierzmowanym, więc mniej więcej byłam z nim obeznana. Akurat ci z siódmej klasy to pierwszy rok przygotowań, więc oni mieli o Carlu Acutisie na spotkaniach opowiadane. Pier Giorgio jest im raczej mniej znany. 
Wcale jednak nie wyszłam od wiary Jurka, a od jego pasji do gór. Trochę im opowiedziałam o Towarzystwie Ciemnych Typów, do którego sama należę, trochę o jego wycieczkach po Alpach. I w tym duchu wysokogórskich wędrówek nawiązałam do jego niezwykłej więzi z Bogiem, przejawiającej się w uczynkach miłosierdzia względem bliźnich. Potem trochę dyskutowaliśmy o tym, w jaki sposób to my możemy realizować takie uczynki względem innych osób. Oczywiście nie wymagałam od nich, aby tak jak Jurek poszli od razu do bezdomnych i oddali im swoje kieszonkowe, ale mogliby np. pomóc starszej sąsiadce przynieść zakupy, albo pobawić się z młodszym rodzeństwem. Każdy z nich miał swój pomysł na taką banalną pomoc innym. Nawet jeżeli nie obrócą go w czyn, to cieszy mnie, że chociaż mieli taką refleksję względem siebie. Ale żeby nie zapomnieli, to każdy z nich miał na kartce górę, a na jej szczycie dobry uczynek. Bo nie zawsze jego wykonanie przychodzi nam z łatwością. Wręcz przeciwnie, droga do niego może być równie stroma i trudna, jak droga na szczyt. Ale kiedy uda nam się go wypełnić, to odczujemy taką satysfakcję, jak po zdobyciu góry. Zmówiliśmy też modlitwę do błogosławionego Pier Giorgia.
Ufff, myślę że jak na całkowicie improwizowane zajęcia to poszło nie najgorzej. Może nie wszyscy byli super zainteresowani, ale też nie przeszkadzali w prowadzeniu ich. Po zajęciach zadzwoniłam do księdza z pytaniem, czy wszystko w porządku i czy czegoś nie potrzebuje. Uspokoił mnie, że to tylko chwilowa niedyspozycja. I że jutro już wraca do szkoły. I jeszcze że ma nadzieję załapać się na próbę generalną akademii o Janie Pawle II. Ja nic nie mówię, ale jego ostatnia niedyspozycja skończyła się dwumiesięcznym pobytem w szpitalu i dwoma operacjami. Z tego wszystkiego zapomniałam go zapytać czy czegoś nie potrzebuje z apteki po fabrycznych cenach, czyli bez marży. Najwyżej potem wyślę mu SMSa. Bo raczej na Mszy wieczornej już się nie pojawi. A może jednak...

niedziela, 9 lutego 2025

2124. Plany były ambitne, rzeczywistość - brutalna

Plan był prosty, przewidywalny i w zasadzie wykonalny - najpierw pomoc w biurze zawodów "Biegu walentynkowego", potem sam udział w biegu, a na koniec, w miarę możliwości, uczestnictwo w diecezjalnych obchodach Światowego Dnia Chorego w ramach trwającego aktualnie Roku Jubileuszowego. No, ale ja mogę sobie planować coś, a życie i tak napisało swój całkiem inny scenariusz. 
Na bieg pojechałam dosyć wcześnie, bo przed godziną 6 rano. I wtedy czułam się bardzo dobrze. Po drodze kanarzy spisali jakiegoś obcokrajowca, który, jak się okazało, jest w Polsce nielegalnie (ups). Tak więc na przystanku mieli poczekać na przyjazd straży granicznej, która miała zająć się delikwentem. Nie byłam świadkiem całego przedstawienia, które, sądząc po zachowaniu zatrzymanego w autobusie, mogło być ciekawe, musiałam bowiem biec na kolejny autobus, który miał mnie dowieść na Dolinę Trzech Stawów, gdzie od lat odbywają się "Parkowe Hercklekoty", o których zresztą pisałam Wam tu nie raz. Co roku jest w zasadzie ta sama trasa, zmienia się tylko logo przewodnie biegu (na którym najczęściej wzorowane są medale). W tym roku wyglądało ono tak:
Ładne, prawda?
Ku mojemu zaskoczeniu udało mi się dotrzeć na miejsce przed godziną zbiórki. Akurat trafiłam w dziurę czasową, kiedy nic mi nie jechało bezpośrednio do parku na Muchowcu (zwanego wspomnianą Doliną Trzech Stawów). Musiałam więc dojść ok. 1,5 - 2 km. No, właściwie tyle co nic. Ale i tak bałam się, że się spóźnię. Na szczęście nie miałam racji.
Na miejscu przywitałam się ze wszystkimi (w większości znamy się z poprzednich edycji biegów) i zabrałam do pracy, czyli wydawania pakietów startowych. Chociaż nie, wcześniej sama odebrałam swój pakiet, na który składał się numerek startowy, chip, masa ulotek, rogalik oraz paczka makaronu. No i jeszcze wspomniany medal na mecie. Dodatkowo dostałam też pakiet wolontariusza, w którym zamiast ulotek był bidon termiczny i identyfikator. 
Przez pierwsze 1,5 godziny było wszystko dobrze, ale potem tak mnie rozbolał brzuch, że z ledwością funkcjonowałam. Wiem, że złożyły się na to różne czynniki z ostatnich dni - chociaż głównego winowajcy poszukiwała bym w okresie. Chociaż to dziwne, bo zazwyczaj umieram z jego powodu pierwszego dnia. No, ale sesja mogła zmienić ten stan rzeczy. Ewentualnie mogłyby to być objawy zbliżającego się rzutu L-C, ale to też niezbyt mi się zgadzały objawy. Chociaż, kto to wie. A że inni niemal od razu spostrzegli, że coś jest ze mną nie tak, i nie zgadzało to im się z ogólnym obrazem mojej osoby, to zaczęli się zastanawiać, czy nie lepiej by było, gdybym wróciła do domu. Nawet znalazł się chętny, aby mnie odwieźć do domu.
- Nic się nie martw Lolku, pobiegniesz w Biegu Hazoka - pocieszała mnie Ewcia. No tak, ale to dopiero za dwa miesiące. No nic, trzeba było przyjąć to co jest i zgodzić się na powrót do domu. I cieszyć, że miało się transport, bo miejsce biegu jest na zupełnym odludziu, gdzie autobusy jeżdżą raz na godzinę, albo i rzadziej. Normalnie można iść te dwa - trzy kilometry do skrzyżowania, które jest bardziej skomunikowane z resztą miasta. Jednak w moim stanie to mogłabym nie dojść. Na pocieszenie dostałam medal, chociaż nie do końca mi się należał. Ale dostałabym go i tak, gdybym pobiegła bez względu na miejsce.
Tym sposobem, zamiast być w domu bardzo późno, byłam już po 10:00. A że do końca dnia czułam się już nietęgo (mimo że największy ból już mi minął), to zrezygnowałam z udziału w diecezjalnych obchodach Światowego Dnia Chorego. Trochę żałowałam, że nie wysłucham konferencji prelegenta, który okazał się bratem jednego z moich aktualnych wykładowców, jednak w życiu trzeba iść na pewne ustępstwa, choćby rezygnacją z naszych planów i pragnień. 
Tylko proszę, nie piszcie mi, że od razu trzeba było zostać w domu. Ja rano naprawdę dobrze się czułam i nic nie wskazywało na to, że tak zakończy się ten dzień.

sobota, 8 lutego 2025

2123. To chodzenie po kolędzie nie wyszło mu na zdrowie

Podczas ubierania szopki bożonarodzeniowej jedna z obecnych pań zapytała Księdza Niosącego Światło, czy w tym roku będzie chodził po kolędzie. W zeszłym roku bowiem stan zapalny toczący się w jego organizmie skutecznie wyeliminował go z grafiku nad czym ubolewali ci, do których miał iść z wizytą. Teraz jednak postanowił chodzić na tyle, na ile pozwolą mu siły. Jakoś byłam sceptycznie nastawiona do jego decyzji, bo jednak powinien się oszczędzać w tym wszystkim. Nawet delikatnie próbowałam mu to zasugerować, ale mnie zbył, odwracając wszystko przeciwko męczącego mnie wtedy kaszlowi. No cóż, jest dorosły, więc chyba potrafi racjonalnie ocenić swoje możliwości. A może nie?
W związku z ową kolędą trochę mniej razy go widziałam. Traf chciał, że odwołano w jego (a może już naszej?) parafii wieczorne Msze święte, a plan zajęć na uczelni wykluczał mój udział w tych porannych. Zostawały niedzielne nabożeństwa i... próby przed szkolnym koncertem kolęd i pastorałek w podstawówce, gdzie naucza religii. Chociaż i w szkole najczęściej mijaliśmy się - ja przychodziłam, on już biegł na plebanię, aby coś zjeść i iść na kolędę. Na początku jeszcze jakoś się trzymał, chociaż wyglądał na zmęczonego. A potem było już tylko coraz gorzej, coraz bardziej był słaby, bledziutki i jakiś taki powiedziałabym, że coraz chudszy, czasami widać było, że coś go boli. Ale oczywiście - nic mu nie było, po prostu poprzedniego dnia dość długo chodził po parafianach.
Wspomniany koncert kolęd i pastorałek odbył się ostatniego dnia stycznia. To był dla mnie trudny dzień - do południa walczyłam z zaliczeniem aż pięciu przedmiotów przewidzianych programem studiów, w tym z dwoma "zmorami" studenckimi - logiką oraz kulturą języka. Co ciekawe, obydwa przedmioty zaliczyłam na ocenę bardzo dobrą, chociaż osobiście ani z jednego, ani z drugiego tak wysoko bym siebie nie oceniła. Może jednak coś potrafię... Pozostałe trzy też poszły mi w miarę dobrze - najgorsza ocena to cztery, z czego jestem zadowolona. 
W pracy wcześniej wyrobiłam godziny, a więc mogłam iść na ten cały koncert, do którego dorzuciłam malutką cegiełkę. Teraz, podczas finału całomiesięcznych (prawie) przygotowań stałam za konsolą muzyczną co chwila przerzucając wzrok to na scenariusz wydarzenia, to na masę przycisków pozwalających robić z podkładami muzycznymi prawdziwe cuda (w sumie to co mamy w parafii jest "wersją dla przedszkolaków"), to na występujące dzieciaki, to na księdza, który kilka razy wychodził z sali gimnastycznej, aby po dłuższej chwili wrócić. Był jakiś taki nieswój, zapytałam się go pomiędzy występami, czy na pewno dobrze się czuje, bo może lepiej, aby wrócił na plebanię. Tylko machnął ręką, po czym stwierdził, że ma tak od kilku dni i żebym się nie przejmowała, bo już mu przechodzi. No pięknie, chodził po domach niezbyt dobrze się czując. Już do końca występu miałam go na oku, przeliczając ile razy jeszcze opuścił pomieszczenie.
Sam koncert raczej się udał. Frekwencja dopisała, na widowni pojawiły się uczniowie, nauczyciele, rodziny, zaproszeni goście. Jak dla mnie niejaką ulgą było to, że wśród tych ostatnich był też proboszcz parafii, w której posługuje Ksiądz Niosący Światło. W życiu nie puściłabym go w takim stanie na plebanię, chociaż znajduje się ona kilkaset metrów dalej. A tak miałam pewność, że dotrze do domu. Chociaż pewnie sama bym go do niego odprowadziła. I przekazała w ręce proboszcza. Chociaż, swoją drogą, jakby nie patrzeć, przez ostatnie tygodnie niezbyt go "upilnował". Po występie zebraliśmy ogromne brawa. Zupełnie zasłużone dla młodych artystów. Jedyne czego żałuję to tego, że praktyki zawodowe są dopiero na letnim semestrze. Bo nieźle bym sobie odbiła liczbę wyrobionych godzin.
Po wszystkim odesłaliśmy księdza do domu, bo nic tu po nim było, i z grubsza uprzątnęliśmy salę. Tzn. chłopaki z ostatniej klasy z ochotą nosili krzesła do poszczególnych klas oraz sprzęt nagłaśniający. Na koniec uścisnęliśmy sobie dłonie z pozostałymi odpowiedzialnymi za organizację koncertu. Z wyjątkiem księdza, który już udał się do siebie. Ale jemu też należą się te słowa uznania. Miałam też propozycję podwiezienia mnie do domu, nie chciałam jednak robić kłopotów i wróciłam na nogach. To był długi i męczący dzień i cieszyłam się, że dobiegał powoli do końca.
Trochę niepokoiłam się o księdza, bo nawet laik by widział, że coś jest źle. Zwłaszcza w jego stanie. Ale w sobotę ktoś pojechał z nim do szpitala na SOR, bo już zaczynał "lać się przez ręce". Tam wyszło na jaw, jak wyglądały jego ostatnie 2-3 tygodnie i ile trudu kosztowało go ukrycie swojego stanu oraz w ogóle kilkugodzinne chodzenie po blokach. Dopiero wtedy ksiądz proboszcz zaczął kojarzyć pojedyncze fakty i kajać się, że nie interweniował. Może mógłby jakoś temu zapobiec. A tak Ksiądz Niosący Światło niemal codziennie brał co mógł na uśmierzenie bólu oraz problemy z przewodem pokarmowym, a po powrocie do domu odchorowywał to. W efekcie nieźle się odwodnił, o niedożywieniu nie mówiąc. I właściwie dobrze się stało, że trafił do tego szpitala, bo niemal od razu zaczęli go nawadniać, dożywiać i leczyć. No, aż cisło mi się na usta zdanie: "a nie mówiłam", ale przecież by mnie nie posłuchał. Na przyszły rok trafi do parafialnej stajenki jako osiołek, bo jest równie sparty. Ale wcześniej niech go trochę podtuczą, bo aż sama się wystraszyłam jego widoku. Plan pewien na to mają, ale tak jak piszę, musi wcześniej nabrać nie tylko trochę sił, ale i kalorii.

czwartek, 16 stycznia 2025

2106. Kiedy wsparcie jest potrzebne dla innych

Jakiś czas temu moja dobra znajoma, która na blogu występuje jako Madziałek, miała okresowe badania. No i coś jej tam wyszło na tarczycy. Coś, co okazało się jakimś guzkiem, który trzeba było zbadać. W zeszłą środę miała robioną biopsję, a dzisiaj (albo w późniejszym czasie), po tygodniu oczekiwania, miała udać się do jednego z najlepszych szpitali na Śląsku po wyniki. Przeżywała to od kilku dni. Wiecie, starałam się ją jakoś pocieszyć, chyba jednak nie na wiele się to zdało. Była wdzięczna, nie powiem, że nie. Ale i tak niezwykle się bała.
A dzisiaj to już o mało nie zniosła jajka. Ogólnie rano dostała telefon z wspomnianego szpitala z informacją, że może już odebrać wyniki. Na początku była trochę zła, że nie powiedzieli jej od razu jaki jest wynik biopsji, a potem zaczęła panikować. Szczerze powiedziawszy to wcale jej się nie dziwię, bo sama czuję niepokój, kiedy mam odebrać wynik badań np. moich nerek. Dlatego też zaoferowałam jej, że mogę z nią podjechać do tego szpitala. Nie ważne, czy dzisiaj, jutro czy kiedyś. Po prostu chciałam być przy niej w tych trudnych dla niej chwilach. 
W pierwszej chwili chciała odebrać wyniki jutro, ale z drugiej strony chciała to już mieć za sobą. A dzisiaj akurat kończyłyśmy zajęcia na wydziale o 13:00, mogłyśmy więc tuż po nich pojechać na Ligotę. Chociaż wcześniej zadzwoniłam do pracy z informacją, że się spóźnię, tylko nie wiem ile. W ogóle mam pod tym względem dosyć wyrozumiałe kierownictwo i nie robiło mi większych problemów. 
Po wykładzie z Historii Kościoła jeszcze na chwilę udałyśmy się do pokoju studenckiego, gdzie jeszcze w międzyczasie chłopak z II roku teologii tłumaczył Madziałkowi w jaki sposób rozwiązuje się niektóre zadania z logiki, bo nie do końca to ogarnia. Ja zaś nie potrafię jej tego wytłumaczyć w taki sposób, aby to zrozumiała. Zresztą takich osób na naszym roku jest więcej. Hmmm, gdyby Błażej brał opłatę za tą pomoc, to nieźle by zarobił.
Po tych przyspieszonych korepetycjach pobiegłyśmy na przystanek autobusowy. Bliżej znajduje się tramwajowy, ale żaden tramwaj nie jedzie bezpośrednio na Ligotę. Z drugiej strony, wyniki wydawali do godziny 15:00, a więc musiałyśmy się trochę pospieszyć, bo czas za nic na świecie nie chciał zwolnić swojego tempa biegu. Nie wiem jak Madziałek, ale ja gdzie w głębi serca obawiałam się, że nie zdążymy i będzie trzeba jeszcze dzień czekać w niepewności. A po co Madziałek miałby się jeszcze jeden dzień denerwować tym, co jej wyszło. 
Na szczęście rejestracja była jeszcze otwarta, kiedy dotarłyśmy na miejsce. Madziałek poszedł po wyniki biopsji, ja zaś czekałam na nią na korytarzu. Wróciła po chwili i niepewnie otworzyła kopertę. Oczywiście nic nie rozumiałyśmy z medycznego jazgotu, ale z pomocą przyszedł nam Internet. Powoli, wspólnymi siłami doszłyśmy do tego, że to łagodna zmiana, która jednak wymaga kontrolowania. 
Wyobrażam sobie jaki kamień z serca musiał spaść Madziałkowi, z chwilą, kiedy dowiedziała się, że to jednak nie nowotwór złośliwy. W każdym razie, mi ulżyło, chociaż sprawa bezpośrednio mnie nie dotyczyła. Skończyło się na tym, że obydwie padłyśmy sobie w ramiona ze szczęścia. A potem już na spokojnie mogłyśmy wracać do swoich spraw - ja do pracy, ona na praktyki. Bo przecież życie toczy się dalej bez względu na okoliczności.
Kiedy po zajęciach na kierunku udałyśmy się wraz z Madziałkiem do pokoju studenckiego, to jedną z osób, która się w nim znajdowała była przewodnicząca Wydziałowej Rady Studentów, w której jesteśmy razem z Madziałkiem. Oczywiście podpytała ją o nastrój, kazała pisać co i jak, a kiedy dowiedziała się, że jadę z nią do szpitala, to wręcz sama mi podziękowała za ten pomysł wsparcia. Stwierdziła nawet, że jestem niezastąpiona. Ale nie, nie ma ludzi niezastąpionych. A mnie po prostu tak chyba ukształtowały ostatnie dwa lata. I naprawdę, nie potrafię przejść obojętnie obok znajomych, którzy potrzebują wsparcia, nawet tak niewielkiego, jak to.