„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
Maryja pokazała jak przyjmować drugiego człowieka bez względu na pochodzenie i status społeczny. Bez wahania przyjęła wolę Bożą, jaką było to, aby została Matką Syna Jego Pierworodnego. Miała co do tego pewne wątpliwości i obawy, jak choćby to, że nie znała jeszcze swojego męża. Mimo to zaufała bożej opaczności poprzez pełne ufności "tak". Z takim samym stosunkiem przyjęła ubogich pasterzy przybywających w noc narodzenia do biednej stajenki, jak i bogatych Mędrców ze Wschodu. Nie dzieliła na lepszych i gorszych, dla niej każdy człowiek był wyjątkowy i niepowtarzalny. Tak samo patrzyła na biednego, jak i bogatego. Po latach przyjęła wolę Swojego wiszącego na Krzyżu Syna, aby stała się matką dla Jana Ewangelisty, a tym samym dla wszystkich ludzi na świecie. Jednocześnie zgodziła się, aby Jan nazywał ją swoją matką, której prawdopodobnie już nie miał.
Podobnie jak w czasach kiedy żyła, także i teraz Maryja przyjmuje każdego z nas. Spójrzmy na jej prawą dłoń na obrazie Matki Bożej Częstochowskiej. Z jednej strony wskazuje ona na siedzące na jej drugim ramieniu Dzieciątko. Ale z drugiej... z drugiej z powodzeniem można się za nią złapać, kiedy jest nam ciężko i źle. Jest ona otwarta zarówno dla tych bogatych, jak i biednych, dla zdrowych i cierpiących, dla starych i młodych. Maryja przygarnie wszystkich, którzy tego pragną, wystarczy tylko jej zaufać.
W katolickiej teologii bardziej utrwalił się starotestamentarny obraz surowego Boga niż nowotestamentarny, jako Boga kochającego i miłosiernego. Człowiek boi się Boga, a paradoksalnie, ciągle grzeszy i błądzi w drodze do Niego. Tak jakby działał w sprzeczności z samym sobą. Postać Maryi pojawia się tutaj jako ta, która jest ostatnim ratunkiem przed karą Bożą, czekającą na grzeszników. Jest w tym sporo prawdy, człowiek prędzej zwróci się o pomoc do kochającej matki, niż do surowego Ojca. Czuje bowiem, że Ona go nie odtrąci, nie oceni, nie upokorzy, a wstawi się za nim u Boga-Ojca, jeżeli tylko będzie taka potrzeba. Bo kochająca matka zawsze będzie bronić swoje dziecko, choćby nie wiadomo jak źle postąpiło i ile grzeszyło. Jeżeli jednak żałuje swoich postępków, to dlaczego miałaby ona nie wstawiać się za nim i nie uchronić go przed karą.
"Matko przed karą chroniąca - do Syna Twego nas prowadź"
Maryja wielokrotnie płakała nad losem swojego Syna Jezusa. Płakała, kiedy w Betlejem okazało się, że nie chcę ich przyjąć w żadnej z gospód. Płakała, kiedy musiała go owinąć w pieluszki i położyć w żłobie na sianie. Płakała, kiedy zgubił jej się w drodze powrotnej z Jerozolimy. W końcu płakała, gdy słyszała oszczerstwa pod Jego adresem i kiedy umierał na krzyżu. Płakała, bo Go kochała, chociaż wiedziała, że do końca nie należy On do niej, a do samego Boga. Ona Go tylko urodziła i wychowała. Co nie zmienia tego, że czuła się za Niego odpowiedzialna przez całe Jego życie. Kiedy był małym dzieckiem być może nie zdawała sobie sprawy z tego, co Go czeka w przyszłości. Słyszała co prawda przepowiednię Symeona o tym, że miecz boleści przeniknie jej serce, ale czy jako kilkunastoletnia dziewczyna mogła w pełni znać znaczenie tych pełnych smutku słów? Ich prawdziwe znaczenie przyszło dopiero z czasem, w momencie, w którym wypełniły się wszystkie przepowiednie względem Jezusa. Jej łzy pod krzyżem były łzami nie tylko nad Jej Synem, ale nad całym światem, nad tymi, którzy błądzą i tymi, którzy się odnajdują.
Każda kochająca matka chociaż raz wylała łzy nad swoim dzieckiem. Łzy radości, ale też i smutku. Smutku z powodu wyboru drogi nie takiej, jaką widziałaby dla swojego dziecka. Z powodu odrzucenia, niezrozumienia, zniewolenia i nałogów. Wiele matek płacze w ukryciu. A mimo to kocha swoje dziecko tak bardzo, że nie potrafi się od niego odwrócić. Bardzo często łzy matek są niedostrzegane i idą na marne. Ale tylko na pozór. Jeżeli nawet matki uważają, że są niezrozumiane przez społeczeństwo i otoczenie, to jednak jest ktoś, kto jak nikt inny rozumie ich łzy i cierpienie. To Maryja, matka która wylała wiele łez, zwłaszcza kiedy stała na Golgocie. Ona współodczuwa z nimi ból i wraz z nimi płacze nad losem i niedolą wszystkich ludzi.
Maryja była jedną z niewielu ludzi, którzy nie szli w Drodze Krzyżowej Mesjasza z ciekawości, a ze współczucia. W końcu to był jej ukochany Syn, jedyna podpora i wsparcie od chwili, kiedy zmarł święty Józef. Gdyby nie On, musiałaby wieść życie żebracze. Przez trzy lata nauczał rzesze ludzi, uzdrawiał, dokonywał cudów. A teraz? Opuszczony przez wszystkich, wyszydzony i zdradzony przez prawie wszystkich umierał śmiercią największych złoczyńców. Gdzie się podziali ci wszyscy ludzie, którymi otaczał się przez lata? Dlaczego żaden z Apostołów, z wyjątkiem Jana, nie przyszedł pod krzyż, aby trwać wraz ze swoim Mistrzem? Tylko Jan wspierał swoją już Matkę, kiedy cierpiała patrząc na umierające Dziecko i kiedy trzymała martwe ciało swojego jedynego Syna. Żadna matka nie powinna przeżywać takiego bólu, tym bardziej, Matka samego Boga. Mimo cierpienia, nie straciła nadziei, że po mroku piątkowego popołudnia przyjdzie blask niedzielnego poranka.
Współczesne Drogi Krzyżowe przybierają zupełnie inny obraz. Nie są to już kręte i strome drugi, po których chodzi się dźwigając belkę na ramionach. Współczesne Drogi Krzyżowe naznaczone są chorobami i niepełnosprawnościami. We współczesnych Drogach Krzyżowych najczęściej towarzyszą najbliżsi osób dotkniętych cierpieniem. To matki i ojcowie, przesiadujący godzinami przed ekranami komputerów i poszukujących nowych terapii dla swoich dzieci. To siostry i bracia, których szczęśliwe dzieciństwo przemieniło się w lata okryte obawą o zdrowie swoich najbliższych, to mężowie i żony pukający do drzwi kolejnych lekarzy. To synowie i córki spędzający całe godziny przy łóżkach swoich rodziców. To babcie i dziadkowie i ich tysiące "Zdrowaś Maryjo" wypowiedziane w intencji cierpiących najbliższych. Wszyscy oni trwają przy swoich bliskich, niczym Maryja pod krzyżem. Niekiedy choroba czy niepełnosprawność kończy się śmiercią. To trudne przeżycie okraszone wieloma pretensjami, również względem Boga. Maryja jest wtedy przy nas i pragnie nas pocieszyć, niczym kochająca matka swoje dziecko.
Kiedy Maryja i Józef zanieśli małego Jezusa do Świątyni Jerozolimskiej, starzec Symeon miał powiedzieć jej o cierpieniu, jakiego zazna będąc Matką Najwyższego: "A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw zamysły serc wielu" (Łk 2, 35). Była to zapowiedź tego, co miało się wydarzyć 33 lata później, kiedy Jezus został niesłusznie skazany na śmierć i zmarł na Krzyżu. Bo cóż może być dla matki boleśniejszego, niż śmierć jej dziecka. Czy jednak słowa starca przypomniały się Matce Bożej, kiedy ta spotkała Jezusa podczas Jego Drogi Krzyżowej, a następnie wraz ze świętym Janem Apostołem stała na Golgocie i była świadkiem Jego śmierci? Tego nie zapisały żadne Ewangelie. Symeon jednak już wcześniej wiedział, co się ma stać. Maryja mogła nie brać udziału w męce swojego syna. Mogła nie iść za nim na Golgotę. Mogła nie patrzeć, jak On umiera. A jednak, chciała współuczestniczyć w męce swojego dziecka. Tak, jakby jej obecność miała ulżyć Jezusowi w Jego męczeńskiej śmierci.
Nasze serca często przeszywa miecz boleści. Dzieje się tak, kiedy widzimy różne niesprawiedliwości na tym świecie. Rodzice boleją, kiedy widzą krzywdę dziejącą się im ukochanym dzieciom. Ale też wtedy, gdy dzieci traktują ich w niewłaściwy sposób. Kiedy nimi poniewierają, oskarżają, poniżają, czy to w ukryciu, czy to w jawny sposób. Ci, którzy niejednokrotnie oddają dzieciom cały swój czas i poświęcają wszystko, co mają, w późniejszych latach zamiast wdzięczności otrzymują coś zupełnie innego, odwrotnego. Ileż to razy płaczą oni potem w ukryciu, z krwawiącym sercem. Ileż razy mają pretensję do wszystkich. Ileż razy zastanawiają się, co zrobili nie tak w wychowaniu swoich dzieci, skoro na stare lata spotkała ich taka niewdzięczność? Matka Boża nigdy niezaznała niewdzięczności ze strony swojego Syna. Mimo to rozumie jak nikt inny ból każdej osoby, która została niesprawiedliwie potraktowana przez innych, a zwłaszcza przez najbliższych.
"Matko z sercem przeszytym - do Syna Swego nas prowadź"
Bycie Matką samego Boga nie było usłane różami. Chociaż było wielkim zaszczytem i wyróżnieniem, wiązało się też z bólem i cierpieniem. Maryja cierpiała, tak po ludzku, kiedy Józef chciał ją oddalić, ponieważ wiedział, że dziecko które nosi pod sercem nie jest jego. Cierpiała, kiedy w Betlejem szukali noclegu, a każdy jej jego odmawiał. Cierpiała, gdy musieli uciekać do Egiptu i kiedy szukała dwunastoletniego Jezusa na ulicach Jerozolimy. W końcu cierpiała, gdy odszedł z domu i gdy został skazany na śmierć na krzyżu. Czy wielu z tych sytuacji mogła uniknąć? Być może, ale wtedy nie rozumiałaby tych wszystkich cierpiących ludzi, którzy przychodzą do niej ze swoimi problemami.
Cierpienie, takie związane z życiem Jej Syna, było Maryi potrzebne, ponieważ nierozerwalnie łączy się ono z rodzicielstwem. Maryję właściwie ominęło jedynie cierpienie związane z porodem malutkiego Jezusa. Każde inne przeszyły jej serce niczym najbardziej ostry miecz. Jej serce cierpiało i krwawiło, podobnie jak cierpi i krwawi serce każdej kochającej Matki. Bo matka chce wychować swoje dziecko najlepiej jak potrafi. Nie zawsze jest to możliwe, ponieważ każdy z nas, również dzieci, ma wolną wolę. Może więc samo wybrać, co w danej chwili robić, nawet jeżeli jest to nie do końca zgodne z życzeniami i planami rodziców. Maryja też przeżywała te rosterki, chociaż nie wynikały one z nieposłuszeństwa Jezusa, a raczej z Bożego Planu względem Jego. Dlatego tak bardzo rozumie wszystkie matki płaczące i cierpiące z powodu swoich dzieci.
Maryja mogła wiedzieć, co to znaczy być wzgardzonym. Jej Syn na co dzień przychodził do tego typu ludzi - do prostytutek, celników, niepełnosprawnych, rybaków i biednych. Bardziej od towarzystwa bogaczy oraz faryzeuszy wolał obecność ubogich w duchu, bo to do nich będzie należeć Jego Królestwo. Wiedział, że ich uszy i serce otwarte są na prawdę związane z Jego nauczaniem. Przebywając razem z nim uczyła się miłosierdzia wobec ludzi odrzucanych, jak też tego, że nie są oni wcale gorsi od faryzeuszy i uczonych w Piśmie. A może nawet są lepsi, bo przyjmują to, co On mówi wiarą, a nie rozumem. Z drugiej strony - nim także gardzono. Mówiono o nim, że jest żarłokiem i pijakiem, przyjacielem celników. Patrzono nieprzychylnie, kiedy rozmawiał z cudzołożnicami czy Samarytanami. Nie robił to na pokaz, ale z miłości. Aż w końcu wzgardzono nawet Jego królewską naturą, kiedy na dziedzińcu pałacu Poncjusza Piłata ubrano Go w purpurę, założono na głowę koronę cierniową i wyszydzano - "Witaj, królu Żydowski". Co musiała czuć Maryja, która słyszała takie słowa od wielkich tamtego świata. Czy buntowała się wobec takich słów? Wiedziała, że są one niesprawiedliwe wobec jej Syna. Nie wiele mogła jednak zrobić, co nie oznacza, że nie cierpiała z tego powodu. I że sama nie czuła się współwzgardzona ze swoim Synem.
Wielu z nas dzisiaj odczuwa wzgardę ze strony innych osób, ale i gardzi innymi. Powody, podobnie jak w przypadku prześladowanych, mogą być różne. Jedne bardziej błahe, inne mniej. Wzgarda boli, szczególnie od osób, które znamy i które nas znają. Niejednokrotnie wiąże się ona ze zmniejszeniem się zaufania względem osób, które wzgardzają innymi, poczuciem osamotnienia i niezrozumienia. Wzgardzony człowiek to odrzucony człowiek, wzgardzony człowiek, to poniżony człowiek, wzgardzony człowiek to upokorzony człowiek. W końcu wzgardzony człowiek to człowiek obnażony z własnej godności. Ale nawet wtedy, kiedy czujemy się wzgardzeni przez innych możemy być pewni, że będzie z nami ta, która też doświadczyła wzgardzenia ze strony innych.
Być może Maryja nie była bezpośrednim obiektem prześladowań. Jednak można z całą pewnością powiedzieć, że prześladowania zaznał jej Syn, i to już od najmłodszych lat. Już jako malutkie dziecko musiał wraz z rodzicami uciekać do Egiptu, ponieważ na Jego życie czyhał król Herod. Musieli opuścić ciepły bezpieczny dom i iść w nieznane. Potem, kiedy głosił Słowo Boże wielokrotnie musiał uciekać przed tymi, którzy mu grozili. Finałem tych prześladowań był wydany na Niego przez Poncjusza Piłata. Nie wiadomo, czy Maryja była wśród tych, którzy usłyszeli go na dziedzińcu pałacu namiestnika. Można się tylko domyślać, że tak. Jaki musiał być ból jej matczynego serca, kiedy dotarło do Niej, że Jej Syn wkrótce zginie śmiercią zarezerwowaną dla największych złoczyńców. Potem, już na Górze Golgocie, patrzała na Jego umęczone, umierające oblicze. Patrzyła w te same oczy, kiedy przez lata tak ufnie wpatrywały się w jej twarz. Patrzyła i cierpiała. Cierpiała wraz ze swoim prześladowanym Synem.
Prześladowania mają miejsce również i we współczesnym świecie. Prześladowani są ludzie za swoje poglądy religijne, polityczne, orientacyjne i kulturowe, prześladowani są ubodzy i biedni, prześladowane są dzieci w szkole przez swoich rówieśników. Nie wszyscy zmuszeni są do opuszczenia z tego powodu swojej ojczyzny, tak jak Maryja i Józef z Dzieciątkiem. Wielu jednak skazywanych jest na śmierć. Nie tą krzyżową, ale społeczną. Inni jeszcze popełniają samobójstwa, niewytrzymują hejtu i nagonki, jakie spadają na nich w Internecie. Czy i my czasami nieprześladujemy innych uważając, że wiemy coś lepiej od nich? Czy szanujemy ich zdanie, poglądy, życie? Nie musimy się z nimi zgadzać, ale szanować, tak po prostu. Czy może chcemy za wszelką cenę udowodnić, że ktoś jest gorszy, bo różni się od nas...
"Matko prześladowanych - do Syna Twego nas prowadź"
Maryja, matka samego Boga, też była bezdomna. I to w tym momencie, kiedy najbardziej potrzebowała dachu i ciepłego kąta, w noc narodzenia Zbawiciela. Kiedy po kilkudniowej podróży dotarli w końcu z Józefem do Betlejem, aby dać się tam zapisać tak, jak głosiło rozporządzenie wydane przez cesarza, nadszedł dla Najświętszej Panny moment rozwiązania. Może już wcześniej coś przeczuwała i poganiała Józefa, aby zdążyli dotrzeć do miasta na czas. Wierzyła, że tam dostanie pomoc, jeżeli nie od obcych osób, to na pewno od krewnych swojego małżonka. Przecież one też musiały mieć dzieci, musiały wiedzieć co to poród, zwłaszcza pierwszy. Tymczasem kiedy pukali od drzwi do drzwi, wszyscy odmawiali im pomocy. O ile jest to zrozumiałe jeszcze w przypadku gospód, gdzie poród i związana z nim krew wyłączyłyby je z użytkowania, co z kolei odbiłoby się na kieszeni ich właścicieli, o tyle niezrozumiałe jest to, że nie zostali ugoszczeni przez własną rodzinę. Na szczęście ktoś się nad nimi ulitował i wskazał im jakąś grotę gdzieś na obrzeżach miasta. Nie jest to miejsce godne narodzin samego Boga, ale zawsze lepsze niż urodzenie Go na ulicy, wśród rzeszy gapiów. Poza tym w ten sposób wypełniła się pradawna przepowiednia zawarta w Księdze Izajasza, że "Wół zna właściciela swego, a osioł żłób swego pana" (Iz 1, 3).
Maryja nie znalazła współczucia i zrozumienia w sercach ówczesnych ludzi. A jak to jest z naszymi sercami? Czy Święta Rodzina znalazłaby w nich ciepłe schronienie, czy może zimną grotę? Czy ugościlibyśmy ich najlepiej jak potrafimy, czy może pozostałyby nieczułe na ich krzywdę. I jak traktujemy tych, którzy nie mają swojego kąta? Umiemy im współczuć, czy może bardziej nimi pogardzamy ciesząc się, że nas to nie dotyczy. Nie bierzemy pod uwagę, że los bywa przewrotny i dzisiaj mamy ciepły i przytulny dom, a już jutro zrządzeniem losu możemy zostać go pozbawieni.
Maryja, jako Matka Syna Bożego, od zawsze wstawiała się za innymi u Najwyższego. Tak było w Kanie Galilejskiej, kiedy jako pierwsza, a może i jedyna, zauważyła, że zabrakło wina. Mogła nie interweniować, uważając, że to nie jej sprawa. Ona jednak nie potrafiła przejść obok tego problemu obojętnie. Wychowana w kulturze żydowskiej wiedziała, jaka to będzie hańba, kiedy weselnicy dowiedzą się, że nowożeńcom zabrakło wina. Nie chciała do tego dopuścić, a wiedząc, że jej Syn może wszystko, postanowiła poprosić Go o pomoc. On jednak zdaje się niezainteresowany czy wręcz niezadowolony z takiego obrotu sprawy, mówiąc: "Czyż to moja albo twoja sprawa, niewiasto?". Trzeba tutaj zaznaczyć, że w starożytności termin "niewiasta" nie miał negatywnego wydźwięku, oznaczał bardziej dostojeństwo i powagę. Maryja nie wydaje się jednak zniechęcona tą odpowiedzią. Wierzyła w moc swojego Syna toteż powiedziała do starostów aby zrobili wszystko, co każe im Pan. Czy Maryja jeszcze później interweniowała w sprawach innych u Pana. Tego nie wiemy, patrząc jednak na osobowość Najświętszej Panienki możemy przypuszczać, że tak.
Również dzisiaj, dwa tysiące lat po wydarzeniach opisanych w Piśmie Świętym, Maryja pośredniczy pomiędzy wiernymi, a Bogiem. Wystarczy spojrzeć na rzesze pielgrzymów pielgrzymujących do sanktuariów maryjnych w Lourdes, Fatimie, La Salette, Guadalupe, Wilnie, Gietrzwałdzie, Licheniu czy też Częstochowie. A to przecież tylko niektóre z nich. Wielu pątników przynoszących do Maryi swoje prośby otrzymują ich spełnienie. Nie wszyscy, ale spora ich ilość. Świadczą o tym chociażby wota dziękczynne, wiszące na ścianach sanktuariów. Piękne jest to, że wierni potrafią dziękować za łaski, które otrzymali. Wiedzą też, że nikt tak ich nie wysłucha i nie zrozumie jak matka, czy to ta na ziemi, czy też w niebie.
"Zza horyzontu wielka światłość wciela się w historię i zwyciężając mroki czasu staje się Pamiątką" - tymi słowami rozpoczyna się hymn Światowych Dni Młodzieży w Rzymie w 2000 roku. Owa światłość symbolizuje narodziny Jezusa Chrystusa. Dokonały się one za pośrednictwem Maryi Panny. Dlatego śmiało można ją nazwać promieniem tego światła. Promień, chociaż na pozór niewiele znaczący, daje i światło i ciepło. To promienie dostarczają je z oddalonego od Ziemi Słońca, powodując że nawet zimą możemy cieszyć się chwilami ciepła. Maryja swoją osobą niosła światu zarówno światło, jak i ciepło. Tam, gdzie się pojawiała, robiło się od razu radośniej. Nie przyćmiewała jednak blaskiem Tego, którego urodziła. Wiedziała, że to On jest najważniejszy, bo ma za zadanie przynieść światu zbawienie. Ona nigdy nie została do tego przeznaczona, On natomiast po to został zesłany z Nieba. Tak jak promień jest częścią całego Słońca, bez którego nie mogłoby ono istnieć i funkcjonować, tak Maryja była promieniem samego Syna Bożego, który pomagał mu w realizowaniu Bożego Planu.
Każdy z nas może być takim Promieniem, za światłem którego ludzie mogą zbliżyć się do Boga i poznać Jego dobroć i miłość. Czy potrafimy dostrzec drugiego człowieka? Czy potrafimy zauważyć jego smutki i problemy? Czy potrafimy go pocieszyć, wyciągnąć do niego rękę, czy może prędzej odwrócimy głowę tłumacząc się tym, że mamy swoje problemy. Nigdy nie wiemy, czy to właśnie nasze słowa nie będą tymi, na które czeka ta druga osoba. To trudne, wymagające poświęcenia i wyjścia ze strefy własnego konfortu. Być może nigdy też nie usłyszymy "dziękuję" za to, co zrobiliśmy. Może nam być przykro, ale tak naprawdę największą nagrodę otrzymamy tam, w Niebie - "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili".
"Historii świata promieniu - do Syna Swego nas prowadź"
W czasach, kiedy żyła Święta Rodzina, piesze wędrówki były najpopularniejszym i dla niektórych jedynym środkiem transportu. Maryja na nogach szła przez góry do Elżbiety, potem z Józefem do Betlejem, aby się dać zapisać. Małżonkowie szli na nogach, kiedy uciekali z maleńki Jezusem do Egiptu. Owszem, mogli mieć ze sobą osiołka, ale zapewne nie jechali na nim cały czas. W końcu cała rodzina rok rocznie pielgrzymowała do Jerozolimy na święto Paschy. Matka Boża wie więc co to jest zmęczenie po podróży. Sama niejednokrotnie takiego doświadczyła, bolały ją nogi, być może miała odciski na stopach. Ale ona chciała wybierać się w piesze wędrówki. Wiedziała, że inaczej nigdzie nie trafi, że będzie stała w miejscu, nie pomoże tym, którzy tej pomocy potrzebują, nie będzie kontynuowała tradycji narzuconej jej przez wiarę i przodków. Idąc niosła światu nadzieję, dobro, miłość. Pan Jezus już od małego obserwował taką postawę matki, ucząc się przy tym, że będąc w drodze można zdziałać o wiele więcej, niż pozostając w miejscu.
Również życie każdego z nas można porównać do takiej wędrówki. Wędrówki, która nie ma określonego dystansu, ale która kończy się wraz z naszą śmiercią. Może nie zdajemy sobie sprawy z tego, ale tuż obok każdego z nas kroczy Maryja. Nie widzimy jej, ale możemy poczuć jej obecność. Tak, jak kiedyś prowadziła małego Jezusa za rączkę po ulicach Egiptu i Nazaretu, tak też dyskretnie prowadzi nas, swoje duchowe dzieci, po krętych ścieżkach naszego życia. Chce nas w ten sposób nie tylko wspierać, ale i zaprowadzić przed tron samego Boga-Ojca, aby przedstawić mu każdego z nas po kolei, niczym kochająca matka. Nie utrudniajmy jej tego, nie odtrącajmy jej opiekuńczej ręki, nie uciekajmy od niej. Nie wstydźmy się też do niej przytulić po męczącej drodze albo schować pod jej płaszcz, kiedy jest nam ciężko. Maryja właśnie po to przy nas jest - aby nas wesprzeć w trudach naszej ziemskiej wędrówki.
Co jest potrzebne do zrozumienia drugiego człowieka? Może przede wszystkim wsłuchanie się w to, co do nas mówi. Dzięki temu jesteśmy w stanie zrozumieć przekaz, jaki jest do nas kierowany. Innego sposobu nie ma. Tylko dzięki słuchaniu, uważnemu słuchaniu, będziemy wiedzieli nie tylko co ktoś do nas mówi, ale i rozumieli jego zmartwienia, kłopoty, radości. Maryja zdawała się to rozumieć i naturalnie wcielać w życie. Nie przerywała wypowiedzi innych, przynajmniej nie wspominają o tym nic zapiski z Ewangelii, ani Dziejów Apostolaskich. Bo przerywając rozmowę mogłaby wybić z rytmu rozmówcę, a tym samym zakłócić odbiór i ograniczyć odbiór treści nadawanej przez rozmówcę. Wszystko odbierała w ciszy swojego zatroskanego serca.
Dzisiaj trudno jest o ciszę w zgiełku otaczającego nas świata. Huk przejeżdżających samochodów, krzyki dzieci za oknem, głośna muzyka, a nawet rozmowy tuż obok. Wszystko to powoduje, że się rozpraszamy, a co za tym idzie, docierające do nas słowa nie zawsze są zrozumiałe. Może to skutkować tym, że w zupełnie odmienny sposób odbierzemy to, co się do nas mówi. To z kolei może prowadzić do różnych nieporozumień. Dlatego tak ważne jest, aby rozmawiać w miarę cichych warunkach. Nie bez przyczyny nasze indywidualne modlitwy powinny odbywać się w ciszy, jak też bez pośpiechu. Takie okoliczności pomagają nam się skupić i na tym, co mówimy, i na tym, co do nas mówią. Dzięki temu tak jak Maryja staniemy się nie tylko uważnymi słuchaczami, ale też bardziej będziemy rozumieć to, co do nas mówią.
Maryja posiada dar uważnego słuchania. Czy gdyby tak nie było, to czy przyjęłaby ze zrozumieniem słowa wypowiedziane przez Archanioła Gabriela? Nie były one proste, wymagały skupienia, ale i zaufania. Bo jak inaczej odpowiedzieć "tak" na tyle po ludzku niezrozumiałych słów i zapewnień. Słuchała słów wypowiedzianych przez Elżbietę, pasterzy oraz Mędrców ze Wschodu. Słuchała tego, co mówiła prorokini Anna i starzec Symeon podczas ofiarowania ośmiodniowego Jezusa w Świątyni. W końcu słuchała tego, co mówił Pan Jezus, do innych, ale też do niej samej. Słuchała Go jako małe dziecko, i jako dorosłego mężczyzny nauczającego całe rzesze ludzi. Słuchała, ale czy interweniowała, czy też wtrącała się w to, co mówi jej Syn? Tak właściwie jedynie w opisie zwiastowania w Ewangelii św. Łukasza oraz wesela w Kanie Galilejskiej w Ewangelii św. Jana Matka Boża komentuje to, co usłyszała. W reszcie przypadków jakby "rozważała w sercu to, co usłyszała".
Uważność Maryi w słuchaniu pomaga jej w skupieniu się na tym, co mówi ta druga strona. Zauważmy, że im bardziej chcemy, aby to nas słuchano, tym bardziej gubimy to, co mówi nasz rozmówca. Tymczasem postawa Maryi jest zupełnie inna - słucha, nie komentuje, nie ocenia, ale rozważa w swoim matczynym kochającym sercu. Może dzięki temu wierni zaznają tak wiele łask za jej przyczyną? Bo któż uważniej jest w stanie wysłucghać kogoś, niż matka swoje dzieci. Oczywiście nie jest w stanie spełnić wszystkich próśb, bo to nie czarodziejka. Zawsze jednak wysłuchuje swoje dzieci, nawet te, które gdzieś tam pobłądziły, i przytuli je do swojego serca.
"Matko, która nas słuchasz - do Syna swego nas prowadź"
"Niewiasto, oto syn Twój", "Oto Matka Twoja" - to jedne z ostatnich słów wypowiedzianych przez umierającego na Krzyżu Jezusa. Jest to swoisty testament wobec nie tylko świętego Jana i Maryi, ale całej ludzkości. Symbolicznie poprzez najmłodszego z apostołów Maryja stała się duchową matką każdego człowieka chodzącego po ziemi po wsze czasy. Nie wiadomo jakie były przesłanki takiego postępowania Jezusa. Możemy się tylko domyśleć, że nie chciał, aby starzejąca się mama była zdana sama na siebie. Jan był idealnym kandydatem - młody, odważny, trwał przy swoim mistrzu do końca. Nie był to jednak gest zarezerwowany wyłącznie dla Jana i Maryi, ale można go rozszerzyć na całe społeczdeństwo. Maria, stając się matką Jana, stała się jednocześnie matką nas wszystkich. Może nie zawsze to rozumiemy, nie zawsze tego chcemy, ale tak jest.
Aby jednak człowiek miał poczucie, że modli się do jakiejś osoby, zaczęły powstawać różne wizerunki Matki Boskiej. Ten chyba najbardziej znany i rozpowszechniony w polskim narodzie przedstawia Matkę Boską Częstochowską. Tradycja chce jej autorstwo przypisać samemu świętemu Łukaszowi, nauka datuje powstanie Ikony na średniowiecze. Jakkolwiekby nie było, Ikona ta odgrywa znaczącą rolę dla Polaków. Jej kopia wisi niemal w każdym polskim domu, w którym mieszkają katolicy. Wisi praktycznie w każdym kościele - w tym okazałym w środku miasta i małym drewnianym gdzieś w zapomnianej wsi. W końcu to do niej pielgrzymują od wieków rzesze pielgrzymów, i środkami transportu i na nogach, powierzając jej swoje troski, problemy i radości. Bo przecież: "Jezus swoją Matkę pozostawił, Byś w swym życiu miał do kogo iść, Ona swą opieką Cię otoczy, Jeśli nie zwlekając pójdziesz dziś".
"Matko, przez Syna nam dana - przyjdź i drogę nam wskaż"
Czy ktoś, kto nigdy nie współżył może być matką ludzi? Okazuje się, że tak. Podwójna osoba Jezusa sprawiła, że Maryja była matką nie tylko Boga, ale nade wszystko - człowieka. Matka Boża zdawała sobie sprawę z ponadludzkiej wyjątkowości tego, którego powiła, a mimo to fizycznie miała styczność z istotą ludzką. Bóg przybierając postać ludzką przybrał ciało i przymioty zwykłego człowieka. Tak jak wszyscy w dzieciństwie był zależny od dorosłych, płakał, uczył się chodzić i mówić, wiedział co to zimno, ciepło, głód, zmęczenie, strach, samotność, radość, cierpienie. Znał ból, kiedy uderzył się młotkiem w palec, leciała mu krew, kiedy się skaleczył. Maryja, chciała poświęcić życie Bogu i poświęciła je w 100%, zajmując się i towarzysząc temu, który tym Bogiem faktycznie był. Została więc w pełni matką człowieka, najpierw jednego, a potem duchowo całych pokoleń, które po sobie następowały. Jezus pozostawił ją ludziom, poprzez symboliczne powierzenie jej opiece swojego umiłowanego ucznia - Jana.
Czy w zgiełku codzienności nie zapominamy o tym, że oprócz naszych ziemskich matek mamy też tą, która niestrudzenie oręduje za nami w Niebie? Że możemy się do niej zwrócić z każdym naszym zmartwieniem i problemem. Że może nie wesprze nas fizycznie, ale z całą pewnością duchowo. To może nie będzie spektakularna pomoc, ale dyskretna, tak jak dyskretna była jej opieka względem Syna Bożego.
Jak wiadomo z Dziejów Apostolskich, Maryja była obecna przy formowaniu się zrębów Kościoła. Wraz z Apostołami trwała na modlitwie w Wieczerniku, była z nimi w momencie zesłania Ducha Świętego, słyszała co mówił święty Piotr chwilę po tym wydarzeniu. Chociaż nie zaznaczono tego w żadnej z Ewangelii, to bardzo prawdopodobne, że była obecna podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy jej Syn ustanawiał sakrament kapłaństwa i Eucharystii. Była do tego niejako przygotowana - wszak jednym z darów złożonych przez Mędrców było kadzidło - symbol kapłaństwa. Była taką cichą duchową Matką tego, co dopiero co powstawało. Nie została namaszczona na kapłankę, a jednak wspierała to wielkie dzieło zapoczątkowane przez Jezusa. Modlitwą, ale może i na inne sposoby, jak choćby sprzątając pomieszczenia, w których miała być sprawowana Najświętsza Ofiara.
Dzisiaj wiele parafii nosi różne wezwania Matki Bożej. Są na przykład kościoły Matki Bożej Różańcowej, Częstochowskiej, Kalwaryjskiej, Wspomożenia Wiernych, Zwycięskiej, Bolesnej, Siewnej itp. Właściwie ile przydomków Najświętszej Panny tyle może być jej wezwań. Jest to piękne nawiązanie do Tradycji, że Maryja była jedną z tych, która miała duchowy wkład w powstawanie i formowanie się Kościoła, jak i z tych na których oczach to się działo.
"Dziewico, Matko Kościoła - do Syna Twego nas prowadź"
Chrystus, jako człowiek, musiał się urodzić z kobiety. Takie jest odwieczne prawo ustanowione przez Boga. Być może mógł On sprawić, aby Jego Syn pojawił się na świecie w inny sposób. A jednak tego nie zrobił. Nie mogła go jednak urodzić kobieta naznaczona grzechem pierworodnym. To jedyne odstępstwo od reguły, na jakie przystał Najwyższy. Chociaż nie współżyła fizycznie z mężczyzną, została "zapłodniona" przez Ducha Świętego. W przeciwnym razie Jezus nie pochodziłby z nieskalanego łona. Czy ktoś jednak zdawał sobie sprawę z tego, że Maryja została niepokalanie poczęta przez swoich rodziców? Prawdopodobnie ona sama nie wiedziała o tym. Przecież nawet Archanioł Gabriel nic o tym nie powiedział. Apokryfy mówią o tym, że Maryja zachowała dziewictwo pomimo porodu. To z kolei jest niemożliwe z punktu widzenia medycyny - błona dziewicza ostatecznie powinna pęknąć podczas przedostawania się główki na zewnątrz. W przypadku Maryi tak się jednak miało nie stać. To kolejny znak od Boga, że na zostanie Matką Jego Syna zasługuje tylko ktoś, kto żyje wedle prawa ustanowionego przez Jego samego.
Na myśl przychodzi mi tutaj człowiek będący w stanie łaski uświęcającej, który ma przywilej przyjmowania Ciała Pana Jezusa. Jeżeli popełni błąd, staje się tego niegodny. Podobnie było z Maryją, gdyby popełniła choć jeden błąd przeciwko Bogu, to mimo braku skazy pierworodnej, nie zostałaby wybrana do tak wielkiej roli. My też mamy ten przywilej, że możemy odzyskać utraconą łaskę poprzez wypełnienie warunków sakramentu dobrej spowiedzi. Czy Maryja miałaby szansę naprawienia swojego błędu? Na szczęście nie musimy poznawać odpowiedzi na to pytanie.
"Dziewico, Matko Chrystusa - przyjdź i drogę wskaż"
Maryja miała tkliwe serce. Tkliwość to nic innego jak czułość, serdeczność, uważność, wrażliwość na potrzeby innych. Wszystkie te cechy można zobaczyć w osobie Maryi. Niewiele jej wypowiedzi zostało utrwalonych na kartach Nowego Testamentu. Jednak z przytoczonych słów widać, że troszczyła się o powierzone jej Dziecię, że dbała o jego rozwój, ale i podpowiadała co powinien uczynić, jak choćby podczas wesela w Kanie Galilejskiej. Gdyby nie jej dyskrecja połączona ze spostrzegawczością, być może państwo młodzi w dalszym ciągu nie mieliby wina na stole. Tkliwość to też odpowiedzialność za losy innych - za losy Jezusa, ale też apostołów, którzy najpierw zostali sami po Ukrzyżowaniu Zbawiciela, a następnie po Jego Wniebowstąpieniu. Nie opuściła ich, ale trwała z nimi na modlitwie (Ap 1, 14). Robiła to jednak dyskretnie, tak jak dyskretnie towarzyszyła Jezusowi w Jego ziemskim życiu.
Wielu z nas chciałoby w życiu kierować się podobnymi odruchami serca. Jeżeli jednak robimy to zbyt nachalnie, to nie odniesiemy spodziewanego efektu. Nasze działania powinny być szczere i autentyczne, wynikające w pierwszej kolejności z chęci pomocy drugiemu człowiekowi, a dopiero w dalszej kolejności z własnych korzyści. Nie należy też iść w nadgorliwość, która nigdy nie jest dobra, a może tylko wzbudzać irytację. Trwanie przy kimś to bycie z nim na dobre i na złe. Niestety, wielu z nas jest dla innych tylko na dobre, albo tylko na złe. Nie o to chodzi. Maryja była zawsze, zawsze znalazła słowa pocieszenia i wsparcia. Bez kalkulacji, czy znajomość z daną osobą jest opłacalna, czy też nie.
Teolodzy wyróżniają siedem kluczowych momentów, w których w szczególny sposób objawia się radość Maryi. Są to: Zwiastowanie (przyjęcie woli Bożej z wiarą), nawiedzenie św. Elżbiety (dzielenie się radością z obecności Jezusa), Narodzenie Pańskie (radość z przyjścia na świat Zbawiciela), pokłon Trzech Króli (objawienie Syna światu), odnalezienie Jezusa w Świątyni (odzyskanie dziecka utraconego), Zmartwychwstanie (triumf życia nad śmiercią) oraz Wniebowzięcie i Ukoronowanie (ostateczne uwielbienie w niebie). Większość z nich poprzedzona była jednak dozą niepewności, strachu, a nawet smutku i płaczu. Czy bowiem Maryja się nie bała, kiedy zobaczyła Archanioła Gabriela, albo kiedy poszła przez góry do swojej krewnej Elżbiety? Czy nie czuła niepokoju, kiedy szukała z Józefem miejsca na nocleg i urodzenia Syna, albo gdy szukała go w Jerozolimie? Czy w końcu nie płakała, kiedy szła z nim w Drodze Krzyżowej i widziała jak umiera na Golgocie? Wszystkie te momenty były jednak potrzebne. Radość jest bowiem najsilniejsza wtedy, gdy jest poprzedzona czymś, co wymaga od nas pewnego poświęcenia, również emocjonalnego.
Człowiek jest stworzony do radości. Chociaż żyjemy w świecie w którym z jednej strony mamy bardzo dużo powodów do radości, a z drugiej - tak trudno nam osiągnąć ten stan na dłużej. Cieszymy się z tego co osiągniemy, ale zaraz potem przychodzi na nas przygnębienie. Chcemy więcej i więcej, ale tak się nie da. Nie potrafimy już cieszyć się z małych rzeczy, bo nas one nie satysfakcjonują. Tymczasem Maryja wskazuje na tego, który jest źródłem niewyczerpanej radości z możliwości zbawienia i obcowania z Bogiem twarzą w twarz. Nie ma większej radości od tej, chociaż wydaje się ona banalna i prosta.
"Pani wszelkiej radości - do Syna Twego nas prowadź"
Maryja nie była bogatą kobietą. Świadczy o tym jej ofiara złożona w Świątyni w czterdzieści dni po narodzeniu Jezusa - nie baranek, ale dwa gołąbki, będące zapłatą ludzi ubogich. Mimo to Bóg nie zawahał się, aby wybrać ją na Matkę swojego Syna. Wiedział bowiem, że na nic zdadzą się bogactwa tego świata, w które mógł opływać Jego Syn, jeżeli w sercu jego ziemskich rodziców zabraknie miejsca dla Boga. Maryja nie goniła za bogactwami materialnymi, wiedziała, że trzeba ich szukać gdzieś indziej. W drugim człowieku, w jego czynach, talentach, stosunkach z innymi. Tego co materialne nie zabierzemy ze sobą po śmierci na Boży Sąd, to co duchowe - owszem. Poślubiła zwykłego cieślę, który zarabiał fizycznie na byt rodziny. Szanowała jego pracę, która może nie była dobrze płatna, ale też sprawiała, że nie przymierali głodem. Dzięki takiej postawie uczyła Jezusa, że najważniejsze jest to, co nosimy w sobie, a nie na zewnątrz. On sam po latach powie, że "Błogosławieni ubodzy w duchu albowiem do nich należy królestwo niebieskie" (Mt 5, 3).
Współczesny świat gardzi byciem biednym. Zewsząd widzimy reklamy zachęcające nas do zakupu coraz to nowszych gadżetów, aby być na czasie. W mediach społecznościowych prześcigamy się wręcz w publikacji zdjęć gdzie byliśmy i co robiliśmy. Bardzo często gardzimy przy tym tymi, którzy nie mogą pochwalić się podobnymi rzeczami i wycieczkami. W samym opublikowaniu zdjęcia z pobytu np. w Las Vegas nie ma nic złego, tak samo jak w zdjęciu świadectwa z paskiem, czy też kolejnego pucharu czy medalu wywalczonego w rozgrywkach sportowych. Nie ma nic złego w dzieleniu się swoimi talentami, po to w końcu zostały nam one dane. Czy jednak w tym wszystkim potrafimy zauważyć tych, którzy nie odbywają podróży po świecie, mają mniej talentów od nas, albo po prostu nie są tak przebojowi. Kto wie, czy ci ubodzy zewnętrznie nie są o wiele bardziej bogatsi od wewnątrz? Czy nie przeżywają wszystkiego o wiele bardziej autentyczniej i głębiej? "Dobrze patrzy się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu".
Czy Maryja łaknęła prawdy? Myślę, że tak. Ale co więcej, nie tylko łaknęła prawdy, ale i tą prawdę ludziom niosła. Kiedy Archanioł Gabriel zwiastował Jej, że zostanie Matką Syna Bożego, nie dyskutowała z nim, nie prosi go, aby przyszedł kiedy indziej, bo teraz jest zajęta. Za to pyta o to, co jest dla niej niezrozumiałe. Nie wiedziała, w jaki sposób zazna macierzyństwa, skoro jeszcze nie ma męża. Widzimy tutaj, że nie jest naiwną dziewczyną, a odpowiedzialną kobietą, dla której wiara, w której się wychowała jest bardzo ważna. Wiedziała, że będąc "panną z dzieckiem" narazi siebie i dziecko na szykany i obelgi, jeżeli nie na nic gorszego. A tego nie chciała, zwłaszcza dla Syna samego Boga. Chce dla Niego jak najlepiej, a więc pyta: "jak?".
Podobna sytuacja ma miejsce dwanaście lat później w Świątyni Jerozolimskiej, kiedy wraz z Józefem odnajdują w niej młodego Jezusa. Teoretycznie powinna znać motywy pozostania w niej chłopca. A jednak zadaje mu pytanie: "Dlaczego?". Chce bowiem znać Jego, a nie wymyślone przez siebie powody takiego postępowania Syna Bożego. Bo prawda ma różne oblicze i nie koniecznie to, co wydaje nam się prawdziwe takie jest. Maryja poprzez zadawanie konkretnych pytań uczy nas, jak szukać prawdy i jak do niej dochodzić.
My sami żyjemy w świecie, w którym prawda przeplata się z fikcją. Nie zawsze łatwo jest odróżnić jedno od drugiego, toteż bardzo często to, co jest złudne bierzemy za prawdę. W dzisiejszych czasach żyjemy zbyt szybko i nie zawsze znajdujemy czas na to, aby odróżnić prawdę od postprawdy. Nie stawiamy pytań mogących pomóc nam ją odnaleźć, bo brakuje nam na to czasu, a niekiedy i ochoty. Nie chcemy też wyjść na kogoś nieinteligentnego, czy też nie wierzącego w to, co mówi druga osoba. Tymczasem nawet Maryja stawiała pytania, aby lepiej poznać tajemnice samego Boga. Stawianie pytań nie jest więc wynikiem naszej głupoty, a chęci przybliżenia się do prawdy.
Uciśnieni to osoby, które są niesprawiedliwie traktowani przez system, polityków, innych ludzi. To też ci, którzy nie zawsze są zauważeni przez innych, którzy są traktowani obojętnie przez bliźnich, czy też wręcz przez nich wyzyskiwani. Wie, co to znaczy uciekać z ojczyzny, kiedy zagrożone jest życie osób będących pod naszą opieką - sama musiała wraz z Józefem uciekać do Egiptu, kiedy Herod chciał zgładzić Dzieciątko. Któż więc lepiej niż Ona zrozumie troski i lęki tych, którzy muszą uciekać ze swojej ojczyzny przed wojną i wyzyskiem. Wielokrotnie słyszała obelgi względem swojego Syna. Rozumie więc ból serca wszystkich tych, którzy są szczuci i oskarżani, zarówno słusznie, jak i niesłusznie. I jest z nimi, tak samo jak była ze swoim Synem, kiedy wielcy świata żydowskiego nie potrafili zobaczyć w Nim tego, na którego czekali. W końcu rozumie rozpacz wszystkich tych, którzy są niesłusznie skazywani, bo sama cierpiała, kiedy na jej oczach umierał Syn Boży. Być może w chwilach, kiedy czujemy się uciśnieni siada dyskretnie tuż obok nas, ociera rąbkiem swojej chusty nasze łzy, otacza nas czułym ramieniem. Nie doświaczymy tego fizycznie, ale możemy poczuć to w głębi serca.
A jaki jest nasz stosunek do innych osłób, zwłaszcza tych, którzy są prześladowsanoi, pogardzani, "pomijani", smutni. Czy potrafimy się za nimi wstawić? Pomodlić? Pocieszyć? Może pomodlić? Czy może są dla nas obojętni, wręcz nam przeszkadzają, bo przecież zawsze będziemy mieli zbyt mało czasu dla "niepotrzebnych"? Jezus nie przyszedł jako król, a jako małe dziecię potrzebujące pomocy i wsparcia. Być może i dzisiaj przychodzi do Ciebie w małym chłopczyku żebrzącym pod sklepem, któremu bardziej od jałmużny potrzeba Twojego uśmiechu i dobrego słowa?
"Uciśnionych nadziejo - do Syna Twego nas prowadź".
Maryi daleko było do królowej w ziemskim tego słowa znaczeniu. Co prawda wywodziła się z królewskiego rodu Dawida, jednak nie korzystała z żadnych z tym związanych przywilejów. A nawet w pewnym momencie pojawił się w związku z tym problem związany z zapisaniem się wszystkich potomków króla Dawida. Cicha, skromna i pokorna - bardzo daleko jej było do władczyni Ziemi. A jednak, poprzez zostanie Matką Syna Bożego, którego nazywa się też Królem królów, stała się Królową nie tylko Ziemi, ale i Nieba. Dostała największą godność, jaką mogła posiadać, chociaż zupełnie o to nie zabiegała.
1 kwietnia 1656 roku, niedługo po potopie szwedzkim ówczesny król Polski Jan Kazimierz obrał Matkę Bożą za Królową całego kraju. Z tej okazji napisał słynne Śluby Jasnogórskie, dzięki którym nadal temu postanowieniu mocy. Kilka wieków później, w 1962 roku papież Jan XXIII ogłosił ją patronką naszego kraju. Podkreślił tym samym rolę, jaką odegrała Maryja w historii Polski. To z "Bogurodzicą" na ustach polscy rycerze walczyli pod Grunwaldem, to do jej cudownego wizerunku umieszczonego w jasnogórskim klasztorze pielgrzymował lud boży, jeszcze zanim król Jan Kazimierz wypowiedział wspomniane śluby jasnogórskie. To jej wizerunki od wieków zdobią ściany w polskich domach, polskie chorągwie i proporczyki. Tytuł Maryi Królowej Polski pojawia się też w Litanii Loretańskiej, gdzie Maryja Królowa Polski została postawiona na równi chociażby z Królową Apostołów, Królową Patriarchów, Królową Wszystkich Świętych, czy też Królową Męczenników.
Józef był prostym cieślą mieszkającym tak jak Maryja w Nazarecie. Niewiele o nim wiadomo. Nie do końca wiemy, kto był jego ojcem - jedna Ewangelia mówi o Helim, inna o Jakubie. Wiadomo jednak, że był człowiekiem prawym, odpowiedzialnym i pełnym wiary. Z całą pewnością dlatego Bóg wybrał go na ojca swojego Syna.
Już od jakiegoś czasu podobała mu się Maryja, był już z nią po ślubie. Jakież więc musiało być jego zdziwienie, kiedy dowiedział się, że spodziewa się dziecka, które w dodatku nie jest jego. Mógł oskarżyć ją o cudzołóstwo, co prawdopodobnie poskutkowałoby ukamieniowaniem dziewczyny. On jednak postanowił tylko od niej odejść, bez obwiniania jej o nic. Wziął na siebie brzemię bycia obiektem kpin i plotek w okolicy. Jak pisze ewangelista Mateusz, pewnej nocy ukazał mu się Anioł, tłumacząc co tak właściwie się stało (por. z Mt 1, 20-21). W tym momencie młody mężczyzna musiał wykazać się wiarą. Nie wziął widzenia jako zwyczajny sen, ale jako widzenie i przepowiednie tego, co ma nastąpić. Uznał Jezusa za swojego syna i tak go też traktował. Zapewne pradawnym zwyczajem wziął nowonarodzone Dziecię na kolana mówiąc: "Ja będę mu ojcem, a on mi będzie synem" (2 Sm 17, 14). To on go chronił podczas ucieczki do Egiptu, uczył rzemiosła, szukał wraz z Maryją, kiedy zaginął wracając z Jerozolimy. Tak wypełniał swoją odpowiedzialność.
Jednocześnie dbał o finanse i bezpieczeństwo całej rodziny. Być może to on robił wszystkie meble, jakie były w ich skromnym mieszkaniu w Nazarecie. Wszak niewiele z sobą przywieźli z dalekiego Egiptu. Jego uczucie do Maryi nie ustało, a trwało po kres jego życia. Nie była to jednak miłość fizyczna, a coś na wzór agape. Wiedział bowiem, że jej ciało ni nie należy do niego, tak samo jak nie należy do niego sam Jezus.
Święty Józef uczy współczesnych ojców mądrej, dojrzałej miłości, która nie patrzy na wiek. Wbrew pozorom nie był on starym człowiekiem, jak przedstawiają go malarze na obrazach. Był młody, ale pełny wiary, nadziei i miłości. Wiedział, że miłość do drugiej osoby nie zaczyna się i kończy na zbliżeniu seksualnym. To coś więcej - zrozumienie, akceptacja, odpowiedzialność, zaufanie, drobne gesty. Ten piękny, uniwersalny pakiet sprawił, że stał się on idealnym kandydatem na opiekuna powierzonych mu osób.
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego Maryja najczęściej ukazuje się dzieciom i osobom nieposiadającym zbyt wysokiego poziomu wykształcenia? Bo oni w swojej prostocie odbierają wszystko sercem, a nie rozumem. W swojej prostocie zadają równie proste, konkretne pytania. Aż chciałoby się powtórzyć za ewangelistą: "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom" (Mt 11, 25). Prostota z kolei podoba się Bogu. Popatrzmy na małe dzieci. Nie udają, nie kalkulują, nie przymilają się, ale mówią to, co czują. Jeżeli kogoś lubią, to przychodzą aby mu to okazać. Jeżeli nie, to nie udają, że jest inaczej.. Są szczere i prawdziwe. Podobnie z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie - zawsze powiedzą to, co czują, bez zbytniego owijania w bawełnę. Z wiekiem ta umiejętność zanika - w naszym postępowaniu kierujemy się rozumem, a nie sercem. Niejednokrotnie stajemy się przez to nieszczerzy wobec otoczenia i samych siebie. A z drugiej strony, wolimy nikogo nie obrazić, przymilać się do innych, udawać, że są naszymi najlepszymi przyjaciółmi, choć tak naprawdę mamy ich gdzieś.
Według tradycji Maryja miała 12 - 14 lat, kiedy miała miejsce scena zwiastowania. Wiekiem i psychiką była jeszcze dzieckiem i tak też postrzegała otaczający j ą świat. Kiedy Anioł powiedział słowa oznajmiające jej, że zostanie matką Syna Bożego, jedyne o co zapytała to o to, jak do tego dojdzie, skoro nie ma męża. Tylko tyle i aż tyle. Nie była głupiutką dziewczynką, wiedziała już, że do poczęcia potrzebny jest również mężczyzna. Nie pytała też, dlaczego to właśnie jej Bóg powierzył tą rolę. W prostocie swojego serca zrozumiała, że jest to zbyt wielka tajemnica, aby mogła ją pojąć swoim umysłem. W swojej prostocie przyjęła też to, co usłyszała od Symeona i Anny w Świątyni, do której zanieśli z Józefem Dziecię w 40 dni po Jego narodzinach. Być może w głębi duszy zastanawiała się nad znaczeniem tych słów, ale nie dopytywała o ich znaczenie. I jeszcze przychodzi mi na myśl jedna scena - ta która wydarzyła się w niedzielny poranek pierwszego dnia tygodnia, kiedy niewiasty wybrały się do Grobu i zastały go pusty. Padło jedno konkretne pytanie: gdzie jest ciało? Był strach, zdziwienie, a potem radość... Ale czy było analizowanie tego, co się zdarzyło? Raczej nie. To właśnie jest prostota - szczere, bez udawania i zakłamania przyjmowanie i reagowanie na to, co zostało nam ujawnione.
Starajmy się być prostego serca jak dzieci, wszak to do nich należy Królestwo Niebieskie.
"Dziewico, wzorze prostoty, do Syna Twego nas prowadź."
Jezus, chociaż był Synem Bożym, przyszedł na świat w ludzkiej rodzinie. Poznawał przez to codzienne życie zwyczajnych ludzi. Tak jak oni był najpierw niemowlęciem, potem chłopcem, nastolatkiem i w końcu dorosłym mężczyzną. Mieszkał w domu w Nazarecie otoczony miłością mamy Maryi i taty Józefa. Jako małe dziecko ufnie wyciągał swoje rączki w ich stronę i tulił się, kiedy mu było źle. Jako nastolatek gorliwie uczył się fachu stolarskiego od Józefa, jako dorosły okazywał szacunek swojej matce.
Dom Świętej rodziny w Nazarecie, chociaż z całą pewnością nie należał do bogatych, był pełen miłości i akceptacji. Nawet jeżeli zdarzały się w nim kłótnie, to ostatecznie zwyciężał pokój i dobro. Maryja, jak każda dobra gospodyni, dbała o niego najlepiej jak umiała. To do niej należało przygotowanie posiłków, do których siadała cała rodzina, to ona dbała o ład i porządek w jego obejściu, to do niej należało tkanie i pranie ubrań całej trójki. W końcu to ona dbała o rozwój i wychowanie dziecka, które tak właściwie nawet nie należało do niej. A jednak to do niej z ufnością przychodził mały Jezus i to jej wyznawał swoją wielką dziecięcą miłość. Maryja jednak wiedziała, że to dom i rodzina są tymi pierwszymi miejscami, w których dziecko uczy się prawidłowych reakcji międzyludzkich. Wiedziała też, że to, czego Jezus nauczy się za młodu, będzie procentowało na przyszłość.
My też wzrastamy w rodzinach. W niektórych jest dość pieniędzy i dzieciom nie brakuje niczego, w innych dzieci często chodzą głodne, bo rodzice nie mają co do garnków włożyć. Niektóre są pełne, w innych jest tylko mama, czy też tata. Jednak na nic zdadzą się bogactwa i biedota, jeżeli w rodzinach zabraknie miłości, pokory, ustępsttw i zrozumienia. Zdrowych reakcji i emocji, przygotowujących jej najmłodszych członków do życia w świecie dorosłych. Oczywiście zdarzają się rodzinyy dysfunkcyjne, w których zdarzają się zachowania patologiczne. Takim rodzicom należy jak najbardziej pomagagć, chociażby poprzez pokazywanie prawidłowych wzorców czy też pomoc systemową, w postaci pracowników socjalnych oraz asystentów rodziny. Nigdy nie zrozumiem tłumaczenia, że na to nie ma pieniędzy. Święta rodzina nie była bogata, ale silna swoją miłością. Niech nasze rodziny też takie będą.
Teologiczne rozważanie -
"Królowo ognisk rodzinnych, przyjdź i drogę wskaż."
Mówimy, że Maryja była pokorna. Ale czy tak naprawdę wiemy co to określenie oznacza? Na myśl przychodzi tutaj scena zwiastowania, kiedy Archanioł Gabriel oznajmił tej młodej, kilkunastoletniej dziewczynie, że zostanie matką samego Boga. Maryja pewnie była tym zaskoczona, pewnie niedowierzała, być może myślała, że wszystko to jej się przywidziało, przyśniło. Jak już pisałam, była zwyczajną dziewczyną z normalnymi emocjami i uczuciami. Kiedy sama uwierzyła w to, że to właśnie ona została wybrana na Matkę Syna Bożego, zauważmy że nie poszła tego ogłosić całemu światu. Poszła pomóc swojej krewnej Elżbiecie, która a także była przy nadziei. Ale gdy weszła do domu Elżbiety i Zachariasza, też nie zrobiła tego z okrzykiem: "Jestem w ciąży!". To Elżbieta sama oznajmiła to młodszej kuzynce. Potem, kiedy urodziła Dziecię też specjalnie tego nie rozpowiadała, raczej dxziwiła się na przybycie Trzech Króli, czy też na słowa Symeona i Anny usłyszane w Świątytni. Nie mówiła o tym, ale "Chowała te wspomnienia w swoim sercu".
Pokora Maryi nie polegała na wiecznym uniżaniu się i swoich zasług. Ona znała swoją wartość i swoje miejsce w szeregu. Jej pokora polegała na niewychylaniu się poza nie i ufności w Boży Plan. Jej pokora to także naturalna chęć pomocy i służeniu, tak samo Bogu, jak i innym ludziom. Przecież po zwiastowaniu mogła poczuć się tak ważna, że odpuściłaby sobie pieszą podróż w góry do Elżbiety. Nawet tak po ludzku mogłoby coś jej się stać, mogłaby poronić. Czy i nas, ludzi XXI wieku, jeżdżących samochodami, byłoby stać na taki gest? Nie uważała się za najlepszą, chociaż została wyróżniona przez Boga, bo zdawała sie sprawę z tego, że przyjdzie ktoś od niej lepszy. Dlaczego więc my gardzimy tymi, którzy są od nas gorsi i zazdrościmy tym, którzy są lepsi. Dobrze to widziałam podczas niejednego konkursu. Zwłaszcza u tych, którzy raczej znajdowali się na podium, a nie poza nim. Była ufna Bogu,, temu, że On przy niej jest i zawsze będzie w trudnych momentach. Dlatego nie bała się przyjąć kolejnych zadań i odpowiedzialności za nie.
Czym zatem jest pokora? To nie uniżenie się przed wszystkimi i bycie na samym końcu, ale świadomość swoich mocnych stron i miejsca w szeregu. To nie wycofywanie się z zadań ze strachu przed niepowodzeniem, ale branie takich obowiązków, które są zgodne z naszymi predyspozycjami, a w razie problemów z ich wykonaniem - poproszenie o pomoc. To nie nieustanne udowadnianie, że jest się najlepszym we wszystkim, bo zawsze znajdzie się ktoś lepszy od nas, ale uznanie swoich wad i niedoskonałości i pogodzenie się z nimi. To nie wznoszenie wciąż siebie na piedestał, ale też innych. To drobne gesty, uśmiechy, dobre słowo względem innych, zwłaszcza tych słabszych i "bardziej wykluczonych". To bycie najlepszą wersją samego siebie nie w oczach ludzi, a Boga. Jak wiecie, pracuję z młodzieżą, również tą przygotowującą się do bierzmowania. I widzę jak bardzo chcą zaistnieć w internecie, jak bardzo chcą być popularnii, jak liczą się polubienia ich wpisów w sieci... Dlaczego w takim samym stopniu nie chcą, aby liczyły się ich dobre uczynki w oczach Boga? Przecież ta ziemska sława kiedyś przeminie, zaś boska będzie trwać na wieki.
Lud Boży... Naród Wybrany... Izrael... Bóg powiedział niegdyś Abrahamowi, że jego potomstwo "będzie liczne jak gwiazdy na niebie". Zarówno Józef, jak i Maryja wywodzą się wedle tradycji z rodu Dawida, ten zaś jest jednym z potomków Abrahama. Przez czas dzielący Abrahama i Jezusa Naród Wybrany stał się tak liczny, jak owe gwiazdy na niebie. Spośród tych wszystkich pokoleń Bóg mógł sobie obrać na Matkę swojego Syna każdą inną kobietę ze wszystkich pokoleń. Wybrał jednak Maryję, prostą dziewczynę mieszkającą w niczym nie wyróżniającym się miasteczku o nazwie Nazaret. Dlaczego właśnie ją? Tego nie wiadomo.
Maryja znała religię żydowską. Tradycja mówi, że w trzecim roku życia została oddana na naukę w świątyni. Nawet jeżeli tak nie było, to można zakładać, że znała prawo żydowwskie na tyle, na ile mogła je pojmować w wieku kilkunastu lat. Z drugiej strony znała realia życia w miasteczku, pewnie miała jakiś znajomych, a może i przyjaciół. Niemal na pewno jej matka podzieliła się z nią sposobami na prowadzenie gospodarstwa domowego, może zdradziła przepisy na pyszne potrawy?
Maryja nie była więc przypadkową osobą, a kobietą znającą swoją wiarę i realia życia tu i teraz. Szybko stała się pośredniczką pomiędzy Jezusem, a ludem - przypomnijmy sobie wesele w Kanie Galilejskiej, gdzie prosi Jezusa o pomoc. Wie, co się stanie, jeżeli nie będzie wina. Wie, ponieważ bacznie obserwowała otoczenie, w którym przebywała. Co prawda nie wiemy, czy takich sytuacji było więcej, Ewangelie nic o tym nie mówią, ale można przypuszczać, że tak.
Rola Maryi w prowadzeniu Ludu Bożego do swojego Syna nie skończyła się wraz z jego śmiercią, ale trwa po dzień dzisiejszy. Już nie przychodzimy do niej, jako osoby fizycznie żyjącej na ziemi, a w naszych sercach. Przychodzimy do niej skrywanej w różnych obrazach oraz figurkach, bo niekiedy tak jest nam łatwiej wypowiedzieć prośby i podziękowania, kiedy widzimy jej twarz. Nie modlimy się jednak do obrazów, czy figur, ale do kogoś, kto oręduje za nami w niebie. Nie wolno nam o tym zapominać, bo wtedy popadniemy w bałwochwalstwo.
Maryja jest z nami tu i teraz, tak samo jak w każdym momencie przez 2000 lat historii. Jest jedną z cór Ludu Bożego w danym czasie. Być może to sprawia, że tak wiele osób właśnie do niej zwraca się ze swoimi prośbami. Te obrazy i bijące z nich spojrzenie zdają się mówić z łagodnością "Nie martw się, wszystko będzie dobrze".
Wybory, wybory, wybory.... Towarzyszą nam niemal w każdej chwili naszego życia. Rano musimy wybrać, w co mamy się ubrać, w ciągu dnia, z kim porozmawiać, którędy iść, wieczorem, czy bardziej mi odpowiada oglądanie filmu w telewizji, wyjście na imprezę ze znajomymi, czy też wcześniejsze położenie się spać. Z nie wszystkich naszych wyborów jesteśmy zadowoleni, gdybyśmy tylko znali konsekwencje niektórych naszych wyborów, z całą pewnością postąpilibyśmy inaczej. Na przykład kiedy umiera ktoś bliski naszemu sercu wyrzucamy sobie, że tak mało poświęciliśmy jej czasu.
Wybór nie jest czymś co jest zarezerwowane tylko dla ludzi. Wybiera także sam Pan Bóg. Wybiera szczególnie tych, którzy mają mu służyć w szczególny sposób. Kiedyś byli to prorocy zapowiadający przyjście na Ziemię Syna Bożego, dzisiaj są to kapłani, za których przyczyną każdego dnia na wszystkich ołtarzach świata chleb przemienia się w Ciało Pańskie, a wino, w jego Krew. Szczególnym przypadkiem wybrania przez Boga była Maryja. To jej powierzono najważniejszą, ale i najpiękniejszą misję w historii świata - zostanie Matką Jego Syna. Podczas Mszy świętej niejednokrotnie słyszymy: "To, co Ewa straciła przez nieposłuszeństwo, Maryja odzyskała przez wiarę". Wedle nauki Kościoła człowiek miał się rodzić bez żadnego grzechu i w ogóle miał nie wiedzieć, czym on w ogóle jest. Dlatego Bóg posłał swojego Syna, aby swoją śmiercią odkupił całą ludzkość. To było zapowiadane przez proroków i Maryja znała te proroctwa.
Wbrew pozorom Maryja też miała wybór - zawsze mogła powiedzieć zwyczajne "nie". Wszak Pan nie pozbawił jej wolnej woli. A jednak nie zrobiła tego. Chociaż pewnie zastanawiała się, co może z tego wyniknąć, co może zyskać, a co stracić, jak będzie wyglądało jej życie. Może musiała skorygować swoje dziewczęce plany i marzenia. Ale powiedziała "tak".
Bóg znał jej serce, tak samo jak zna serce każdego z nas. Dzięki temu wie do czego może nas powołać i ile od nas wymagać. Dlatego nie wybiera nas do niczego, czego nie jesteśmy w stanie wykonać. Ale i nam zostawia wybór, czy chcemy przyjąć jego wolę, czy też obierzemy własną drogę. Pójście drogą Jego planu może być trudne i pełne wyrzeczeń oraz krętych dróg, ale z pięknym finałem. Co jednak w przypadku, kiedy wybierzemy inną ścieżkę życia. Czy Bóg się wtedy od nas odwróci? Nie, on dalej będzie z nami i będzie nam błogosławił. Nie opuści nas, tak jak nie opuścił Kaina, kiedy ten zabił swojego młodszego brata Abla. A kiedy będziemy mieli wątpliwości, co do naszych wyborów, poradźmy się Maryi, tej która dokonała najsłuszniejszego wyboru, pomimo licznych wątpliwości.
Ze wszystkich niewiast wybrana - przyjdź i drogę nam wskaż
I jeszcze teologiczne rozważanie na powyższy temat:
W zeszłym roku w związku ze zbliżającą się peregrynacją kopii Jasnogórskiej Ikony wywiązała się inicjatywa przybliżenia diecezjanom niektórych rzeczy związanych z postaci Matki Bożej. W tym celu klerycy oraz kadra Wyższego Międzydiecezjalnego Seminarium Duchownego w Częstochowie opracowali 31 tematów, po jednym na każdy dzień maja, w których rozważali jeden fragment pieśni "Matko, która nas znasz". Być może pamiętacie, że dostałam wtedy bojowe zadanie przygotowania tych rozważań dla parafii. Bezcenny czas. Już wtedy myślałam, aby podzielić się z Wami tymi materiałami, ale miałam trochę za dużo na głowie (jakby teraz było inaczej...). Kolejnym terminem był październik - też nie wyszło. To może tegoroczny maj?
Co prawda peregrynacja w mojej diecezji stopniowo dobiega końca, ale to właśnie w końcówce maja obraz zawita i do mojej parafii, i do dwóch parafii, z którymi współpracuję. A ostatnio był w jeszcze innej parafii, gdzie bardzo często jestem na sobotnich zajęciach z dzieciakami. Obowiązki, a po trochu i zmęczenie, nie pozwoliły mi na obecności podczas ceremonii powitania, ale na pożegnaniu już byłam.
Myślę, że takie przypomnienie sobie poszczególnych rozważań będzie także z korzyścią dla mnie. Jeszcze raz zapoznam się z treściami, które w niektórych przypadkach oczarowały mnie swoją prostotą i pięknem, ale może i pełniej przygotuję się od strony duchowej do tego, co ma się niebawem wydarzyć. Co prawda, tak jak wcześniej w jednym z wpisów opisywałam, jak uczestniczyłam w pięciu Nabożeństwach Jubileuszowych, co jest dobrym wynikiem, ale to było w zeszłym roku. W tym staram się w miarę możliwości uczestniczyć w parafialnych przygotowaniach, a także uzupełnić je o wspomniane nagrania rozważań.
W pierwszym dniu maja towarzyszą mi słowa "Na drogach nam nadzieją świeć".
Mój komentarz:
Drogę życiową Maryi można nazwać drogą nadziei. Ale czym tak właściwie jest nadzieja? Nadzieja jest ufnością w to, co ma się stać. Ufam Bogu, a więc żywię nadzieję w to, co ma się wydarzyć podczas mojej drogi życiowej. Maryja od początku ufała Bogu. Weźmy na przykład scenę zwiastowania, kiedy przyszedł do niej Archanioł Gabryel. Wydarzenie, które ma w sobie coś z metafizyki. Bo przecież jak uwierzyć w to, że ma się zostać Matką Syna Bożego. A jednak zaufała temu Słowu i miała nadzieję, nie tylko, że ta obietnica się spełni, ale też i że wypełni swoją misję do końca. Z tym pragnieniem przemierzała przez swoje życie i życie Pana Jezusa. Ma nadzieję, kiedy rodzi Święte Dziecię w zwykłej zimnej grocie. Nie traci jej, kiedy ucieka z Józefem do Egiptu, ani kiedy szukają razem nastoletniego Jezusa w Jerozolimie. Nadzieja jest w niej, kiedy widzi cuda czynione dłonią swojego syna, i kiedy na dziedzińcu pałacu Piłata słyszy wyrok śmierci wydany na jej Dziecko. Zapewne miała nadzieję, że będzie on inny, że Piłat Go uniewinni. Ale wtedy nie spełniłyby się przepowieści proroków. Wiedziała o tym, i z nadzieją, połączoną ze smutkiem, szła w ostatnią drogę Syna Bożego. To nadzieja dodawała jej sił i odwagi, kiedy Odkupiciel konał na Krzyżu. I w końcu Wieczernik, gdzie razem z apostołami oczekiwała na pojawienie się Zmartwychwstałego Pana. Miała nadzieję, że i to się wypełni, toteż trwała cierpliwie do końca.
W wielu z przytoczonych sytuacji spora część osób zwątpiłaby i zawróciła. Szukalibyśmy wymówek, dlaczego zrezygnowaliśmy z czekania, z trwania. Maryja ich nie potrzebowała, bo w każdej z nich trwała do końca, w nadziei. Wielokrotnie porzucamy pewne postanowienia i plany, przytłoczeni ciężarem codziennych trosk. Wbrew pozorom Matce Bożej wcale nie jest obca taka postawa. Zapewne bardzo często spotykała się z nią, kiedy mieszkała w Nazarecie. Ze zwątpieniem, chłodem i obojętnością. Ona to rozumie, co więcej, chce nam pomóc wychodząc na nasze życiowe drogi z lampką trzymaną w dłoni. Jednak w jej środku nie pali się płomień świecy, ale nadziei. Czy zdecydujemy się zaprosić ją do wspólnego wędrowania po naszych życiowych ścieżkach?
"Matko, która nas znasz, z dziećmi Twymi bądź, Na drogach nam nadzieją świeć, z Synem Twym z nami idź.".