Wybrałam się dzisiaj do rodzinnego w celu wyegzekwowania skierowania do neurologa. Staram się raz na rok(chociaż w zeszłym roku udało mi się dostać dwa razy, ale musiałam skonsultować z nim mój lot samolotem ze względu na zastawkę w głowie) odwiedzać tego specjalistę ze względu na moją niepełnosprawność, a przez to na otrzymanie skierowania na zabiegi rehabilitacyjne(co ciekawe, zabiegi ze skierowaniem z zeszłego roku mam dopiero za dwa lata - aż strach pomyśleć co będzie teraz). Ale nie tylko - wychodzę z założenia, że lepiej jest mieć w papierach, że regularnie odwiedza się danego lekarza, niż nie mieć. Zresztą od wielu neurologicznych znajomych słyszałam, że w ZUSie o wiele przychylniej patrzą na tych, którzy są pod opieką specjalisty, niż wszystkich innych. A że w tym roku mam komisję rentowską w ZUSie, więc nie zaszkodzi mi zbierać zaświadczenia, że byłam. Chociaż zaczynam się zastanawiać, czy ostatnim razem neurolog nie miał mi czegoś wypisać w papierach na komisję... A może to była komisja o orzeczeniu o niepełnosprawności? Sama już się w tym gubię.
W każdym razie, korzystając z mega wolnego tygodnia, postanowiłam wyciągnąć sobie dzisiaj u rodzinnego w rejonówce kartę. Poszłam sobie z samego rana, dostałam numerek 2, a że była 7:50(lekarka przyjmowała od 8:00) postanowiłam sobie poczekać już te kilkanaście minut na wejście. Co prawda mojej rodzinnej dzisiaj nie było, ale miała mnie przyjąć inna lekarka.
Trochę zdziwiło mnie, że recepcjonistka nie przyniosła jej kartotek, ale z drugiej strony - od jakiegoś czasu trwa u nas komputeryzacja całej dokumentacji, która ma być dostępna dla każdego lekarza po wpisaniu odpowiedniego numeru PESEL. W przypadku takim jak mój - super. Mam cichą nadzieję, że wprowadzą do systemu wszystkie leki i substancje chemiczne na które jestem uczulona oraz które nie są wskazane przy moich stałych lekarstwach i że baza ta będzie dostępna dla każdego lekarza w kraju. Może to głupio zabrzmi, ale w dalszym ciągu wszędzie wożę moją książeczkę zdrowia tylko dlatego, że jest tam wszystko pięknie opisane😌.
Chłopak przede mną szybko się uwinął, nastała moja kolej. Odważnie weszłam do gabinetu(ach, żebym to ja miała taką odwagę wchodząc do sekretariatu pani D.), spokojnie wytłumaczyłam o co chodzi. Lekarka postukała w klawiaturę i...
- Ale według dokumentacji jest pani zupełnie zdrowa... Od dawna jest pani pod opieką neurologa.
Noszszsz... tego jeszcze nie było. Mówię jej, że od urodzenia, i musi to być odnotowane w mojej karcie, bo co roku biorę skierowanie. A że na pierwszy rzut oka widać, że coś ze mną nie tak(drżenie kończyn oraz łebka nie zawsze da się opanować - to właśnie ten aspekt choroby, którego najbardziej w sobie nie lubię), to kobietka poszła sobie do kartoteki, po papierową wersję mojej choroby...
Kochani, jak ona ryknęła na rejestratorkę, że te dane to już dawno powinny być w systemie, to głowa mała. Po chwili wróciła truchcikiem do gabinetu z kartą w ręku. Jak się domyślacie, to wcale nie zostałam w cudowny sposób uzdrowiona(ach, gdyby tak się dało...), tylko nikt nie zeskanował mojej karty pomimo tego, że ten rodzaj kart jest priorytetem. Na szczęście lekarka wbiła potrzebne kody w system i wydrukowała mi to nieszczęsne skierowanie. A przy okazji stwierdziła, że mój stan jest nadzwyczajnie dobry. No przecież niepełnosprawność niepełnosprawności nierówna, prawda?
Ogólnie dostałam termin do neurologa na początek przyszłego roku. No, chyba że zastawka zacznie mi szwankować, to wtedy przyjmą mnie bez kolejki na cito. Ale to jest bardzo mroczny scenariusz. Już raz tak miałam i raczej nie chciałabym tego powtórzyć. Nawet za szybsze dostanie się do neurologa. Mam nadzieję, że w razie czego podbije mi dokumenty do ZUS-u bez kolejki(swoją drogą pewnie przyjdą koło września, więc tutaj też jest loteria z ustaleniem terminu).
Wychodząc z przychodni dostałam ataku śmiechu. Bo tyle się mówi o "uzdrowieniu" przez ZUS, czy też komisję orzekania o niepełnosprawności(chociaż pod tym względem nie mogę narzekać - zrozumieli, że zbytnio się mój stan już nie poprawi i dostałam orzeczenie na stałe), ale nikt by nie przypuszczał, że spotka mnie to we własnej przychodni.
A skoro mówimy już o wizytach lekarskich to zastanawiam się, dlaczego klub sportowy nie załatwił jeszcze badań u lekarza sportowego*. Mistrzostwa Polski tuż, tuż(tym razem w Bydgoszczy - pamiętasz Jadziu jak Ci pisałam, że jeszcze będzie okazja, aby się spotkać, pamiętasz?), a moja ostatnia zgoda na start w zawodach jest z 2014 roku. Mam nadzieję, że do lipca coś się wyjaśni w tej sprawie.
Jutro zaś chcę podjechać do ortodonty skonsultować jedną rzecz. Mam nadzieję, że pomoże mi znaleźć rozwiązanie jednego problemu. Jak nie jutro, to podczas umówionej na przyszłość wizyty.
* Już wyjaśniam wszelkie wątpliwości - przez lata zdarzało się tak, że wielu z nas nie miało aktualnych badań lekarskich uprawniających do startu w zawodach. W 2/3 przypadków wynikało to z braku wiedzy lekarzy na temat niepełnosprawnych sportowców. Dlatego klub załatwia nam raz w roku kompleksowe badania u lekarza sportowego, dzięki temu mamy brak zgody na start w zawodach tylko ze względów zdrowotnych(np. kłopoty kardiologiczne, z ciśnieniem itp.), a nie stricte ze względu na niepełnosprawność



















