Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

913. Zostać cudownie uzdrowionym

Wybrałam się dzisiaj do rodzinnego w celu wyegzekwowania skierowania do neurologa. Staram się raz na rok(chociaż w zeszłym roku udało mi się dostać dwa razy, ale musiałam skonsultować z nim mój lot samolotem ze względu na zastawkę w głowie) odwiedzać tego specjalistę ze względu na moją niepełnosprawność, a przez to na otrzymanie skierowania na zabiegi rehabilitacyjne(co ciekawe, zabiegi ze skierowaniem z zeszłego roku mam dopiero za dwa lata - aż strach pomyśleć co będzie teraz). Ale nie tylko - wychodzę z założenia, że lepiej jest mieć w papierach, że regularnie odwiedza się danego lekarza, niż nie mieć. Zresztą od wielu neurologicznych znajomych słyszałam, że w ZUSie o wiele przychylniej patrzą na tych, którzy są pod opieką specjalisty, niż wszystkich innych. A że w tym roku mam komisję rentowską w ZUSie, więc nie zaszkodzi mi zbierać zaświadczenia, że byłam. Chociaż zaczynam się zastanawiać, czy ostatnim razem neurolog nie miał mi czegoś wypisać w papierach na komisję... A może to była komisja o orzeczeniu o niepełnosprawności? Sama już się w tym gubię.
W każdym razie, korzystając z mega wolnego tygodnia, postanowiłam wyciągnąć sobie dzisiaj u rodzinnego w rejonówce kartę. Poszłam sobie z samego rana, dostałam numerek 2, a że była 7:50(lekarka przyjmowała od 8:00) postanowiłam sobie poczekać już te kilkanaście minut na wejście. Co prawda mojej rodzinnej dzisiaj nie było, ale miała mnie przyjąć inna lekarka. 
Trochę zdziwiło mnie, że recepcjonistka nie przyniosła jej kartotek, ale z drugiej strony - od jakiegoś czasu trwa u nas komputeryzacja całej dokumentacji, która ma być dostępna dla każdego lekarza po wpisaniu odpowiedniego numeru PESEL. W przypadku takim jak mój - super. Mam cichą nadzieję, że wprowadzą do systemu wszystkie leki i substancje chemiczne na które jestem uczulona oraz które nie są wskazane przy moich stałych lekarstwach i że baza ta będzie dostępna dla każdego lekarza w kraju. Może to głupio zabrzmi, ale w dalszym ciągu wszędzie wożę moją książeczkę zdrowia tylko dlatego, że jest tam wszystko pięknie opisane😌.
Chłopak przede mną szybko się uwinął, nastała moja kolej. Odważnie weszłam do gabinetu(ach, żebym to ja miała taką odwagę wchodząc do sekretariatu pani D.), spokojnie wytłumaczyłam o co chodzi. Lekarka postukała w klawiaturę i...
 - Ale według dokumentacji jest pani zupełnie zdrowa... Od dawna jest pani pod opieką neurologa.
Noszszsz... tego jeszcze nie było. Mówię jej, że od urodzenia, i musi to być odnotowane w mojej karcie, bo co roku biorę skierowanie. A że na pierwszy rzut oka widać, że coś ze mną nie tak(drżenie kończyn oraz łebka nie zawsze da się opanować - to właśnie ten aspekt choroby, którego najbardziej w sobie nie lubię), to kobietka poszła sobie do kartoteki, po papierową wersję mojej choroby...
Kochani, jak ona ryknęła na rejestratorkę, że te dane to już dawno powinny być w systemie, to głowa mała. Po chwili wróciła truchcikiem do gabinetu z kartą w ręku. Jak się domyślacie, to wcale nie zostałam w cudowny sposób uzdrowiona(ach, gdyby tak się dało...), tylko nikt nie zeskanował mojej karty pomimo tego, że ten rodzaj kart jest priorytetem. Na szczęście lekarka wbiła potrzebne kody w system i wydrukowała mi to nieszczęsne skierowanie. A przy okazji stwierdziła, że mój stan jest nadzwyczajnie dobry. No przecież niepełnosprawność niepełnosprawności nierówna, prawda?
Ogólnie dostałam termin do neurologa na początek przyszłego roku. No, chyba że zastawka zacznie mi szwankować, to wtedy przyjmą mnie bez kolejki na cito. Ale to jest bardzo mroczny scenariusz. Już raz tak miałam i raczej nie chciałabym tego powtórzyć. Nawet za szybsze dostanie się do neurologa. Mam nadzieję, że w razie czego podbije mi dokumenty do ZUS-u bez kolejki(swoją drogą pewnie przyjdą koło września, więc tutaj też jest loteria z ustaleniem terminu).

Wychodząc z przychodni dostałam ataku śmiechu. Bo tyle się mówi o "uzdrowieniu" przez ZUS, czy też komisję orzekania o niepełnosprawności(chociaż pod tym względem nie mogę narzekać - zrozumieli, że zbytnio się mój stan już nie poprawi i dostałam orzeczenie na stałe), ale nikt by nie przypuszczał, że spotka mnie to we własnej przychodni.

A skoro mówimy już o wizytach lekarskich to zastanawiam się, dlaczego klub sportowy nie załatwił jeszcze badań u lekarza sportowego*. Mistrzostwa Polski tuż, tuż(tym razem w Bydgoszczy - pamiętasz Jadziu jak Ci pisałam, że jeszcze będzie okazja, aby się spotkać, pamiętasz?), a moja ostatnia zgoda na start w zawodach jest z 2014 roku. Mam nadzieję, że do lipca coś się wyjaśni w tej sprawie.

Jutro zaś chcę podjechać do ortodonty skonsultować jedną rzecz. Mam nadzieję, że pomoże mi znaleźć rozwiązanie jednego problemu. Jak nie jutro, to podczas umówionej na przyszłość wizyty.

* Już wyjaśniam wszelkie wątpliwości - przez lata zdarzało się tak, że wielu z nas nie miało aktualnych badań lekarskich uprawniających do startu w zawodach. W 2/3 przypadków wynikało to z braku wiedzy lekarzy na temat niepełnosprawnych sportowców. Dlatego klub załatwia nam raz w roku kompleksowe badania u lekarza sportowego, dzięki temu mamy brak zgody na start w zawodach tylko ze względów zdrowotnych(np. kłopoty kardiologiczne, z ciśnieniem itp.), a nie stricte ze względu na niepełnosprawność

niedziela, 28 kwietnia 2019

912. Niedziela Miłosierdzia Bożego w pięciu aktach

Święto Bożego Miłosierdzia jest stosunkowo "świeżym" świętem - zostało ustanowione w jubileuszowym 2000 roku jako odpowiedź na prośbę samego Jezusa skierowaną do świętej Faustyny Kowalskiej:
"Pierwsza niedziela po Wielkanocy jest świętem Miłosierdzia, ale musi być i czyn; i żądam czci dla Mojego miłosierdzia przez obchodzenie uroczyście tego święta"

Akt 1 - 30 kwietnia 2000 roku, tydzień po świętach Wielkanocy. Jest to dzień szczególny, ponieważ katolicy zyskali nową świętą - siostrę Faustynę Kowalską. A za razem po raz pierwszy obchodzone jest święto Bożego Miłosierdzia. Czy ktoś w dwudziestoleciu międzywojennym spodziewał się tego, że ta skromna, dla niektórych wręcz nawiedzona, zakonnica zostanie kanonizowana przez papieża, w dodatku Polaka? U schyłku drugiego tysiąclecia na wielkim polu w Łagiewnikach zebrał się ogromny tłum ludzi, aby obserwować tą podniosłą uroczystość na ekranach telebimów. A w powietrzu rozchodził się przyjemny zapach bzu.
Akt 2 - Minęło pięć lat. Kalendarz wskazywał 2 kwietnia 2005 roku. W swoich papieskich apartamentach umierał papież Jan Paweł II. I oto nastał paradoks sytuacyjny - papież Polak umierał w Wigilię święta, które sam ustanowił - Wigilię Niedzieli Bożego Miłosierdzia.
Akt 3 - Mija kolejnych pięć lat. Jest tuż po Wielkanocy. Mglisty poranek 10 kwietnia 2010 roku. Polska delegacja z prezydentem kraju leci rządowym tupolewem do Rosji na obchody 70 lecia zbrodni katyńskiej. Około godziny 10:40(już nie wnikajmy w minuty) czasu lokalnego maszyna rozbija się podczas podchodzenia do lądowania na lotnisku w Smoleńsku. Giną wszyscy znajdujący się na pokładzie samolotu. Nazajutrz w kościele obchodzona jest Niedziela Miłosierdzia Bożego. Tego dnia przylatuje samolot z pierwszym ciałem - jest to ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Akt 4 - Niedziela, 1 maja 2011 roku. Plac św. Piotra w Rzymie. Jest to pierwsza niedziela po Wielkanocy, a za razem Niedziela Bożego Miłosierdzia. Tłumy ludzi czekają na ogłoszenie Jana Pawła II błogosławionym. Teraz zaliczenie go do grona świętych jest tylko kwestią czasu.
Akt 5 - 27 kwietnia 2014 roku. Ponownie Plac św. Piotra i ponownie Niedziela Bożego Miłosierdzia. Tym razem wszyscy z niecierpliwością czekają na kanonizację dwóch papieży - Jana XXIII i Jana Pawła II. Jest to historyczna chwila również z uwagi na to, że uczestniczy w niej dwóch papieży - obecnie urzędujący Franciszek i papież-emeryt Benedykt XVI.

Ktoś by powiedział przypadek. Ja jednak widzę w tym głębszy sens - działanie Bożego Miłosierdzia. I na koniec wiersz napisany na dzisiejszy dzień.

Boże Miłosierdzie
Nikt Cię nie zrozumie w pełni, jaką jesteś.
Nikt Cię nie ogarnie swoim ludzkim umysłem.
Nikt Cię nie podrobi, bo to jest niemożliwe.
A jednak...
Działasz, 
wspierasz,
odkupujesz.
Panie, bądź miłosierny dla mnie, grzesznego.
O nic innego Cię dzisiaj nie proszę.

sobota, 27 kwietnia 2019

911. Najpiękniejszy prezent urodzinowy

Pięć lat temu cały katolicki świat cieszył się z kanonizacji papieży Pawła VI oraz Jana Pawła II. Oglądając transmisję z tej uroczystości mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że ta kanonizacja jest najpiękniejszym prezentem urodzinowym dla sekretarza tego drugiego - księdza Stanisława Dziwisza, który tamtego dnia kończył 75 rok swojego życia.
Spędził z nim blisko pół wieku, towarzyszył właściwie we wszystkich papieskich podróżach apostolskich, w tym w tej ostatniej, na drugą stronę życia. W 2005 roku świat obiegło zdjęcie, w którym Stanisław Dziwisz zakrywa twarz zmarłego Jana Pawła II białą chustą. Po jego pogrzebie powrócił do kraju, do Krakowa, aby niejako kontynuować w nim dzieło rozpoczęte przez Karola Wojtyłę(pomiędzy jednym, a drugim był jeszcze ś.p. kardynał Franciszek Macharski).
W 2016 roku został zwolniony ze sprawowania funkcji arcybiskupa metropolity krakowskiego. Chociaż taką prośbę wystosował do papieża Franciszka dwa lata wcześniej, ten przedłużył mu sprawowanie funkcji o ten czas. Do momentu ingresu Marka Jędraszewskiego w styczniu 2017 roku był administratorem diecezjalnym. Aktualnie przebywa na emeryturze.
Wtedy, 27 kwietnia 2014 roku nie zdawałam sobie sprawy z tego, że obchodzi tego dnia swoje 75 urodziny(chociaż byłam już po lekturze "Świadectwa"). Dzisiaj to wiem. I domyślam się, że wtedy żaden tort nie mógł się równać z kanonizacją przyjaciela. Bo przecież wielokrotnie tak nazywał Jana Pawła II. To był najpiękniejszy prezent pod słońcem.
A dzisiaj nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wszystkiego co najlepsze dla solenizanta!

czwartek, 25 kwietnia 2019

910. Kiedy pojawia się światełko w tunelu...

Czasami mam wrażenie, że wpadam do długiego, ciemnego tunelu, który wydaje się nie mieć końca. Tym tunelem najczęściej są moje marzenia i pragnienia. Na pozór każde z nich jest realne do spełnienia. Co sprawia, że jednak to spełnienie nie jest takie proste jakby mi się mogło wydawać? To nieodzowna towarzyszka mojego życia, jaką jest niepełnosprawność. Udało mi się już dosłownie staranować wiele drzwi, udowadniając sobie i innym, że przy odrobinie samozaparcia i dobrej woli da się dużo osiągnąć. Co jednak, kiedy pojawiają się prawdziwie tytanowe drzwi, których tak łatwo nie da się sforsować?
Zawsze podczas wizyty duszpasterskiej dostajemy ulotkę przedstawiającą plan działania i inicjatywy podejmowane przez naszą diecezję w bieżącym roku kalendarzowym. W ten sposób rok temu dowiedziałam się o sztafecie niepodległościowej, w której wzięłam udział(informacja o wydarzeniu była też podana na stronie diecezji, ale w dużo późniejszym terminie). W tym roku zaplanowano rajd rowerowy z okazji 20 rocznicy jego wizyty w Sosnowcu. Całym sercem chciałabym wziąć w nim udział, jest tylko jeden jedyny problem - ja za nic na świecie nie potrafię jeździć rowerem. Ba, ja nawet nie potrafię utrzymać na dwukołowcu równowagi(co jest konsekwencją uszkodzenia móżdżka podczas porodu). Niespełna rok temu pisałam Wam o tym, że marzę o zakupie trójkołowego roweru, dzięki któremu mogłabym jeździć to tu, to tam(w sumie nawet mogłabym na nim jeździć do innego miasta na treningi pływackie). Znając jednak realia przyznawania dofinansowań dla osób takich jak ja prędzej sama sobie uzbieram na niego fundusze, niż się go doczekam. A tych chwilowo brak.
Prawdopodobnie obeszłabym się tylko smakiem tej imprezy, gdybym nie była sobą. A tak zaczęłam szukać i kombinować. I chyba znalazłam rozwiązanie, które umożliwiłoby mi spełnienia marzenia o rajdzie. Na razie nie chcę jeszcze pisać jak to rozstrzygnęłam, bo to nie jest jeszcze nic pewnego. Ale gdyby się udało... 

Pozostając jeszcze w temacie sportowym(wszak jazdę na rowerze, nawet trójkołowym, zaliczyłabym do kolarstwa), to jutro mam spotkanie w sprawie wolontariatu podczas katowickiego "Biegu z flagą", który odbędzie się już za tydzień. Jestem gapa i nie doczytałam, że organizator zabezpiecza jeszcze 100 pakietów startowych dla zawodników, którzy zgłoszą się do biegu w dniu startu(trafiłam na informację o biegu dopiero wtedy, kiedy wszystkie miejsca były zajęte, a te 5 kilometrów przebiegłabym na luzie, w dodatku miałabym rozgrzewkę przed Mistrzostwami Polski). Trochę byłam rozczarowana, że nie udało mi się załapać, kiedy ukazała się informacja o naborze do wolontariatu. Postanowiłam wysłać zgłoszenie, wszak udzielać się w wolontariacie(wszystko jedno jakim) lubię tak samo, jak biegać. Udało mi się zakwalifikować. A jutro jest spotkanie organizacyjne. Co prawda czeka mnie prawdziwy maraton, który zacznę o 4:10 rano, a skończę sama nie wiem kiedy, ale ja należę do ludzi, którzy kochają jak coś się dzieje.
Poza tym zgłosiłam się jako wolontariusz na "I Bieg Frassatiego", który odbędzie się w Międzybrodziu Bialskim dokładnie dzień przed Rajdem Sosnowieckim. Wiecie, chętnie bym pobiegła, ale przebiegnięcie 22 kilometrów w górskim terenie jest poza moimi możliwościami. Mam nadzieję, że i tutaj pozytywnie przejdę proces rekrutacji, bo bardzo chciałabym się jakoś włączyć w tą piękną akcję.
A jutro jeszcze wysyłam aplikację na V wadowicki bieg. Jest to pierwszy z trzech "Biegów górskich". Tutaj też długość trasy jest poza moimi fizycznymi możliwościami(chociaż to "tylko" 10 kilometrów). Trudno, jeżeli we wrześniu będzie 5 kilometrowy "Bieg dobroczynności" to w nim wezmę udział. Na razie mogę wspomóc ich poprzez wolontariat. Bardzo bym chciała pomóc w organizacji wszystkich trzech biegów. No, zobaczymy jak to będzie. Na razie muszę się dostać na ten jeden.
Jeżeli zapytacie co mam z tych wolontariatów to odpowiem Wam prosto - nic, oprócz własnej satysfakcji. I może przeświadczenie, że mogę w czymś pomóc nie dlatego, że, ale mimo wszystko. A to czasami znaczy dużo więcej niż uznanie i najwyższa zapłata pieniężna.

środa, 24 kwietnia 2019

909. Każdy widzi to co chce

Odniosę się dzisiaj jeszcze raz do strajku nauczycieli. Nie, nie będę go oceniać, zwłaszcza za każdym razem, kiedy wspomniałam o nim na blogu, starałam się tego nie robić. No, chyba że ktoś uznał za negatywne ocenianie mój stosunek do tego, że odbywa się on w najgorętszym dla uczniów okresie, czyli egzaminów. Z drugiej strony nie mogłam przejść obojętnie obok panikującej z tego powodu młodzieży, chociażby uczęszczającej do naszego Oratorium. Naprawdę, czasami żal człowieka ściskał, kiedy słyszał od ambitnego ósmoklasisty, że obawia się tego, że przez napisanie egzaminu w późniejszym terminie nie dostanie się do tego liceum, które sobie wymarzył. Tym bardziej, że w tym roku będzie naprawdę armagedon w tej sprawie, zważając, że do szkół średnich i branżowych idzie nie jeden, ale dwa roczniki. Także gra jest warta świeczki.
Również na facebooku nie powiedziałam ani tak ani nie na temat strajku. Jedyne co zrobiłam, to solidaryzowałam się z uczniami zdającymi egzamin gimnazjalny i ósmoklasisty. Tak jak napisałam, ocenianie nie jest tutaj w moim typie. I naprawdę, czasami boli mnie, jak czytam od kogoś zarzut czy też pretensje, że oceniam rzeczywistość. Zwłaszcza, że każdy z nas to robi. Tylko, że niektórzy nie nazywają tego ocenianiem, tylko "wyrażaniem własnego zdania". A że na jedno wychodzi...
To "wyrażanie własnego zdania" doskonale widać na wszelkiego rodzaju forach i komentarzach. Ach, jakie "kwiatuszki" czasami można tam wyczytać. Mam dziwne wrażenie, że najwięcej do powiedzenia w sprawie strajku mają ci, którzy z wychowaniem dzieci mieli do czynienia w przypadku swoich własnych, a nawet i nie. Zresztą co innego jest wychowywać swoje własne dziecko, któremu od biedy można strzelić klapsa w tyłek(czy jeszcze ktoś stosuje taką metodę wychowawczą), a co innego cudze dziecko(przypominam, że nauczyciel oprócz nauczania ma także wspomagać, a nie wyręczać w tym rodziców(!), wychowanie ucznia), na którego nie wolno krzyknąć, a co tu mówić np. o postawieniu do kąta. I żeby nie było, że się wymądrzam - stali czytelnicy bloga wiedzą, że w soboty(a teraz i w tygodniu) zajmuję się dziećmi w parafialnym Oratorium, więc znam to wszystko z autopsji. Najbardziej skrajną sytuacją, z jaką się spotkałam, była pretensja mamusi o to, że jej dziecko wróciło smutne do domu, bo dostało gorszą ocenę z zachowania(w soboty wprowadziliśmy 6-stopniową ocenę zachowania dzieci, co pomogło nam nieco nad nimi zapanować). Ale nie zapytała już dlaczego pociecha otrzymała taką ocenę. A tego dnia chłopak naprawdę przechodził sam siebie...
Jaki jest obraz nauczyciela w oczach przeciętnego Polaka? Pracuje 16 godzin na tydzień, ma dwa miesiące wakacji, ferie zimowe, przerwy świąteczne, od biedy może dorobić sobie korepetycjami. Po prostu żyć nie umierać... A oni jeszcze śmią sobie strajkować... Tylko, że nikt nie zauważa tego, że nauczyciele może i mają te 16 godzin tygodniowo, ale ile muszą poświęcić czasu na przygotowanie się do zajęć, sprawdzenie klasówek, a wcześniej opracowanie ich, do tego dochodzą wywiadówki i konsultacje z rodzicami. Poza tym cały czas zmienia się program nauczania, muszą więc brać udziały w szkoleniach, dzięki którym są z nim na bieżąco. To nie jest jednak tak, że są one w godzinach pracy, ale po nich. Wolne ferie i wakacje to też czysta fikcja. Nauczycielowi, jak każdemu, przysługuje 20/26 dni urlopu, z tym, że musi je wziąć w lipcu lub sierpniu. Poza tym często są wychowawcami na koloniach, czy też półkoloniach szkolnych, mają rady pedagogiczne, sprawdzają głupoty pisane przez uczniów na egzaminach zewnętrznych, zatwierdzają programy wychowawcze, przeprowadzają egzaminy poprawkowe i rekrutacje nowych uczniów... No, faktycznie, mają 2 miesiące wolnego. Korepetycje? Czasami studenci lepiej na nich zarabiają niż oni. A studentów nikt za to nie potępia...
Problemem wielu z nas jest nie tylko nasza niewiedza, ale też to, że nie potrafimy tego uargumentować. Wydaje mi się, że każda zarówno negatywna. jak i pozytywna ocena tego zjawiska była by do przyjęcia, gdyby podać mądre powody. A większość z nich jest śmieszna lub żałosna, na zasadzie tak bo tak. Nie podoba mi się też to, że przy okazji tak wielu niepełnosprawnych uczniów, w większości już absolwentów szkół, wywleka swoje gorzkie żale odnośnie nauczania indywidualnego w domu. Owszem, szkoda mi ich(sama miałam perspektywę takiej nauki od czwartej klasy, udało mi się jednak "uciec" do szkoły specjalnej, ale potem miałam kilka razy krótkotrwałe NI, przeważnie po operacjach), ale to trochę tak, jakby sobie "ocierali gębę" tą sytuacją. Nie rozumiem też porównania protestu nauczycieli do zeszłorocznego protestu niepełnosprawnych. A raczej stwierdzenie, że wtedy było więcej hejtu niż teraz. Po przeczytaniu wielu komentarzy na ten temat mam wrażenie, że hejt jest porównywalny w jednym i w drugim przypadku. Ale każdy widzi to, co chce zobaczyć... Oczywiście nie popieram wszystkich form protestu. Nie wiem dlaczego, ale oprócz jego terminu nie podobają mi się na przykład te wszelkie przeróbki różnych piosenek... Jak strajkować, to z klasą. Nie ukrywajmy, za nauczycielami często ciągnie się opinia, a takim postępowaniem raczej nie zyskali przychylności społeczeństwa. Nie rozumiem też tej zazdrości o 100 zł za każdą świnię i 500 zł za każdą krowę dla rolników. Przecież te pieniądze nie idą z budżetu państwa tylko z funduszy unijnych. Więc nic nie ubywa z kasy państwowej. A podejrzewam, że gdyby ich nie rozdysponowali w taki sposób, to mogliby zapłacić za to grzywnę. I wtedy pieniądze mogłyby być zabrane z budżetówki.
Dla mnie ten strajk ma wiele twarzy. To twarze dzieciaków, które przychodzą na alternatywne zajęcia do Oratorium(dzisiaj tematyka zajęć obejmowała marzenia). To twarze najpierw ósmoklasistów i gimnazjalistów, a teraz maturzystów, niepewnych swojego losu(chociaż po podpisaniu dzisiejszej ustawy zapaliło się przed tymi ostatnimi zielone światło). W końcu to twarz samotnej matki, która codziennie przyprowadza ze sobą dwójkę dzieci do pracy. Nie narzeka, bo wie, że na wiele się to nie zda. Ale widać, że nie pracuje już tak wydatnie jak wcześniej. Bo przy małych dzieciach się nie da. Jak jestem, to staram się jej pomóc, np. zanosząc papiery do drugiego budynku. Niestety, od czasu kiedy Oratorium działa w stanie gotowości, nie jestem tam tak często jakbym chciała. Pani D. każe mi się jednak tym nie przejmować. Ona to rozumie. Jak nikt inny...

wtorek, 23 kwietnia 2019

908. Dzieci nie powinny chorować na tą chorobę...

Miałam Wam dzisiaj napisać o akcji prowadzonej na rzecz córeczki jednego z wolontariuszy Światowych Dni Młodzieży w Krakowie - zaledwie 3-letniej Marysi. Dziewczynka od przeszło roku zmaga się z groźnym guzem mózgu, który zabrał jej nie tylko dzieciństwo, ale też piękne loczki, wzrok i czucie w nóżkach. Kiedy skończyły się wszystkie możliwości leczenia w naszym kraju, rodzice Marysi zaczęli ich szukać za jego granicami. W ten sposób trafili do kliniki we Włoszech, która specjalizuje się w leczeniu tego typu nowotworów. Jedyną przeszkodą były fundusze, a raczej ich brak. Co prawda na portalu siepomaga.pl prowadzona była zbiórka, liczył się jednak czas. Jednak rodzinka wolontariacka tak rozkręciła całą zbiórkę, że zebrano całą potrzebną kwotę wraz z namiastką. Dziewczynka wyjedzie więc na zagraniczne leczenie!
Żeby jednak zamysł notatki nie poszedł na marne, postanowiłam podzielić się z Wami kolejną zbiórką, którą wypatrzyłam jakiś czas temu.

Co widzicie, kiedy słyszycie słowo Alzheimer? Z całą pewnością staruszka. Bo nikomu nie przyjdzie do głowy, że ta choroba może dotknąć dzieci. Już jedna osoba chora na tą chorobę wprowadza chaos w rodzinie, a co tu dopiero mówić o sytuacji, w której dwójka dzieci dotkniętych jest tą chorobą...
Kiedy patrzy się na zdjęciach małej dziewczynki pochylającej się nad chorym chłopcem serce człowiekowi ściska się z żalu. Tymczasem ten obrazek codziennie towarzyszy rodzicom dzieci - córeczka Milenka rozmawia ze swoim starszym braciszkiem Filipkiem. Prosi go, aby się razem pobawili, poukładali zabawki, poszli na spacer. Odwracają wtedy głowy, bo wiedzą, że nigdy się to nie stanie. Dziecięcy Alzheimer, podstępna śmiertelna genetyczna choroba, zrujnowała zdrowie Filipa, a jeżeli rodzice nie zdobędą na czas pieniędzy, z Milenką stanie się to samo.  Jest tylko jeden ratunek - Zavesca, który miesięcznie kosztuje... 50 tysięcy złotych.
Filip i Milena Malinowscy
Zapewne mało kto słyszał o dziecięcym Alzheimerze, chorobą kojarzącą się ze starszymi ludźmi. Rodzice Filipa i Milenki też nie słyszeli, dopóki sami nie doświadczyli jej na własnej skórze. Po urodzeniu Filipka nic nie wskazywało na to, że w jego genach kryje się śmiertelne niebezpieczeństwo. Kiedy chłopiec skończył 3 latka, rodzice zauważyli, że rozwija się nieco wolniej niż jego rówieśnicy. Spowodowało to zapalenie się w ich głowach lampka alarmowa. Pomimo dziesiątek badań nie wiedziano co tak właściwie mu dolega. Dopiero kiedy podczas wizyty w warszawskim CZD maluch zaczął upadać z powodu własnego śmiechu, lekarze trafili na właściwy trop. Zlecono badania DNA, a świat rodziny rozpadł się na miliony kawałków. Strach był tym większy, że za kilka miesięcy miała urodzić się mała Milenka. Zamiast radości z oczekiwania na drugie dziecko, pojawił się paniczny strach.
Diagnoza była wyrokiem - badania wykazały chorobę Niemann Pick Typu C, potocznie zwana dziecięcym Alzheimerem. Polega ona na niewłaściwym metabolizmie lipidów i odkładaniu się szkodliwych złogów tłuszczowych w organach wewnętrznych, szpiku kostnym oraz ośrodkach układu nerwowego. Skutek tego jest taki, że mózg kolejno wyłącza wszystkie procesy życiowe, w efekcie doprowadzając do śmierci. U Filipka najgorsze już się zaczęło...
Filip i Milena Malinowscy
Jeszcze tak niedawno biegał, skakał, śmiał się w głos, rozrabiał jak każde dziecko. Dzisiaj nie jest już w stanie się poruszać. 1,5 roku temu przestał chodzić, później nie był w stanie siedzieć. Teraz już tylko leży i wymaga 100% opieki. Musi być karmiony pozajelitowo, przewijany, wykonywane są przy nim czynności toaletowe, a nawet nie oddycha już samodzielnie, tylko poprzez rurkę tracheostomijną - choroba zabrała mu na zawsze wszystkie umiejętności, jakie się dotąd nauczył.
Filip i Milena Malinowscy
Po urodzeniu Milenki natychmiast wykonano badania genetyczne. Lekarze dawali jej aż 75% szans na to, że będzie zdrowa. Niestety, dziewczynka nie miała tyle szczęścia. Dla rodziców był to drugi cios - dwójka przecudownych dzieci z wyrokiem śmierci. Poczuli potworny cios, który odbierał im oddech. Ale nie poddali się. Zaczęli szukać ratunku, leków, informacji dotyczących walki z tą straszną chorobą. Liczyli najpierw na refundację, następnie na udział w badaniach nowego preparatu, dzięki któremu mogliby go stosować przez 3 lata za darmo... Teraz już wiedzą, że tylko tracili czas, karmiąc się fałszywą nadzieją. Wiedzą też, że na dzień dzisiejszy istnieje tylko jeden jedyny lek, który by dawał jakąkolwiek nadzieję na zahamowanie postępów choroby - to Zavesca. I to, że muszą za niego zapłacić z własnej kieszeni.
Dzieciom potrzeba do życia opieki rodziców, ciepłego posiłku i dachu nad głową. Filipek z Mileną otrzymali jeszcze dodatkowy, nieludzkiej wartości rachunek opiewający na 50 tysięcy złotych miesięcznie. Tyle kosztuje lek, który utrzymuje Filipka przy życiu i chroni Milenkę przed podzieleniem losu braciszka. To ich jedyna szansa na zatrzymanie choroby w obecnym stadium. Niestety, zapasy leku wkrótce się skończą, a rodzice sami nie dadzą rady uratować ukochanych dzieci. Dlatego błagają obcych o pomoc.
Filip i Milena Malinowscy
Milenka czasami bierze do rączki zabawkowy stetoskop i sprawdza, czy z Filipkiem wszystko jest w porządku. Cały czas wierzy w to, że on wyzdrowieje... Jest jeszcze za mała, aby zdać sobie sprawę i bać się tego, że za chwilę może spotkać ją ten sam los, co braciszka. Rodzice wiedzą, że muszą poruszyć niebo i ziemię, że nie mogą dopuścić do tego, aby dopadło ją przeznaczenie. Chociaż ma w genach zapisany przedwczesny wyrok śmierci, do ostatniego tchu, swojego lub dzieci, będą walczyć o ich ułaskawienie...
I na koniec filmik dotyczący choroby dzieci.
Kochani, tyle razy pokazaliście swoją moc pomagania, nich teraz nie będzie inaczej...

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

907. Co nieco o świętach

Młoda zabrała się z rodziną Młodszej do rodzinnego domu. Nie ma to jak świadomość, że część osób mieszkających w aglomeracji pochodzi z miejscowości naszych rodziców. Plus tej sytuacji jest taki, że zawsze jest możliwość zabrania się z nimi w rodzinne strony. Zostaje u siebie do środy. Trochę sobie odpocznie od tego wszystkiego. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Tegoroczna ciemnica w naszym kościele
Święta jednak powoli odchodzą w przeszłość. Jeszcze tydzień temu żyłam przygotowywaniem ciemnicy i grobu Pańskiego, przeżywałam wyjazd na Kalwarię Zebrzydowską oraz śpiew z parafialnym chórem podczas Triduum Paschalnego. Dzisiaj kontempluję to wszystko z perspektywy przeszłości. 
Jakie były te święta? Zupełnie zwyczajne, bez fajerwerków. Po intensywnych dniach(bo i w Kalwarii Zebrzydowskiej i podczas Wigilii Paschalnej połączonej z poranną rezurekcją po północy trzeba było być przygotowanym na wszelkie niewygody) przyszedł czas na zasłużony odpoczynek przy grach planszowych, książkach, czytaniu Waszych blogów i oglądaniu filmów. Po czterdziestu dniach ograniczaniu się w jedzeniu wreszcie można było zjeść babkę wielkanocną. Zresztą co tu mówić o czterdziestu dniach - zgodnie z rodzinną tradycją przez cały Wielki Piątek i połowę Wielkiej Soboty(aż do momentu poświęcenia pokarmów) nic się nie jadło(zresztą identyczna tradycja związana jest z Środą Popielcową). A przecież spaliło się co nieco energii przemierzając kalwaryjskie dróżki. Nie myślcie sobie jednak, że ten pierwszy sobotni posiłek był nie wiadomo jak obfity - zaledwie kilka kwadracików śledzi i pół kromeczki chleba. Tym nie dało się najeść, ale żołądek miał co robić. Nie zabrakło okazji do wzajemnych serdecznych rozmów. Wydaje mi się, że wypoczęliśmy jako rodzina, że nabraliśmy sił do dalszego pędu życia. Cieszę się, że wprowadzono do naszego kalendarza święta, bo dzięki nim możemy zwolnić, zastanowić się nad pewnymi rzeczami. 
Znowu nawaliliśmy z ozdobami świątecznymi. Kiedy oglądałam dekoracje świąteczne na Waszych blogach, aż serce się rwało z żałości, że tym razem się nie udało. Ale przecież będzie jeszcze tyle świąt Wielkanocnych, tyle okazji na udekorowanie mojego skromnego mieszkania. Chociaż chyba najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby wejść w święta z czystym sercem i sumieniem, pogodzonym ze wszystkimi dookoła. Bo co to za przyjemność siadać do świątecznego stołu z waśniami? Co to za przyjemność nie odzywać się do siebie przez cały ten czas? Czyż na tym polegają święta? Czyż tak powinny one wyglądać?
Oraz Grób Pański
Dodatkowo dla mnie bardzo ważne jest uczestniczenie w tych dniach w nabożeństwach i Mszach świętych. Wszak jestem wychowana jako chrześcijanka i nie powinnam o tym zapominać. Zwłaszcza od święta. Staram się też w miarę możliwości uczestniczyć w przygotowaniu liturgii. Np. poprzez wspomnianemu już wcześniej śpiewaniu w parafialnym chórze. Chwilowo schola ma wolne, ale można się było dołączyć, tak jak w ubiegłym roku, dołączyć do parafialnego zespołu młodzieżowego. Wymagało to oczywiście poświęcenie wolnego czasu, który i tak ma się mocno okrojony, na uczestnictwo w próbach, ale za to efekt końcowy był niesamowity. Dzisiaj mieliśmy powtórkę z rozrywki. I chyba też nie poszło nam najgorzej. Jedyną stratę jaką w tym wszystkim odnotowałam, to pęknięcie woskowej gromnicy, która upadła mi w Wielką Sobotę. Myślałam, że mi serce pęknie. Teraz kombinuję na wszystkie strony świata, żeby ją odreanimować. Co prawda internetowe porady na niewiele się zdaje, ale nie mogę się poddać. Za bardzo mi na niej zależy... Z drugiej jednak strony widać było kultywowanie odwiecznej tradycji przez moich znajomych - najpierw dziwne komentarze na temat gromnicy, ale jak już przyszła pora odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych, to połowa ludzi z chóru jęczała, że nie wiedziała, że trzeba przynieść świecę.
Trzymajcie się ciepło, cieszcie ze zmartwychwstania Pańskiego, celebrujcie każdą chwilę. I mimo wszystko nie przesadzajcie z jedzeniem i polewaniem się wodą. Ba, za to drugie grozi nawet kara grzywny do 500 złotych, więc chyba nie warto...

Cud tamtej nocy
Miał być dzień jak każdy inny,
po święcie Paschy
"Wybawię, Wyprowadzę, Ocalę, Oswobodzę"
wydobywało się z każdego żydowskiego domu.
A w jednej grocie za miastem,
gdzie trzy dni temu złożono złoczyńcę,
który okazał się potem Barankiem Najczystszym,
zatrzęsła się ziemia,
rozbłysło światło, 
niczym flesz aparatu fotograficznego.
I kamień sam się odsunął.
I pouciekali strażnicy,
zdziwieni tym cudem nad cudami.
A potem trzem kobietom ukazał się anioł,
z figlarnym uśmiechem powiedział:
"Nie szukajcie Go, bo On właśnie zmartwychwstał!"

K. P. Wielkanoc 2019

niedziela, 21 kwietnia 2019

906. Wielkanocne życzenia 2019

Zmartwychwstanie. Cudowne zdarzenie, którego się nie da wytłumaczyć na żaden logiczny sposób. Bo jak wyjaśnić to, że ktoś jest martwy i po trzech dniach nagle wstaje i wychodzi z grobu. Co więcej, pokazuje się znajomym i rozmawia z nimi. A potem wstępuje na niebiosa w chwale? W to po prostu trzeba uwierzyć.
I takiej wiary chcę każdemu z Was życzyć na te święta. Wierzącym, aby jeszcze dogłębniej odkryli tajemnice tych świąt. Niewierzącym, aby wiara w drugiego człowieka uczyniła ich jeszcze bardziej otwartymi na kontakty międzyludzkie. Poza tym, abyście spędzili ten czas w domowej, pogodnej atmosferze, bez wzajemnych żalów i kłótni. W dzisiejszym zabieganym świecie tak rzadko mamy okazję usiąść całą rodziną przy stole, szczerze ze sobą porozmawiać, bo każdy gdzieś się spieszy. Być może podczas wielkanocnego śniadania znajdziemy w końcu na to czas. Chcę też Wam życzyć pokoju w sercu, abyście chociaż przez te kilka dni obyli się bez zmartwień i trosk, aby to był dla Was naprawdę szczęśliwy i niezapomniany czas. Spędźcie go tak, jakby to były Wasze ostatnie święta(oczywiście wszyscy zakładamy, że tak nie będzie), a zobaczycie ile wspaniałych chwil Was przez nie czeka.
Wesołych świąt!

sobota, 20 kwietnia 2019

905. Kalwaryjskie post strictum Wielkiego Postu 2019

Towarzysząc Jezusowi w tych długich godzinach męki, przez sześć razy(w każdą niedzielę) starałam się napisać rozważania mające na celu, przygotować chętnych do walki ze swoimi słabościami. Do walki z pokusą, do walki ze złem. Te jezusowe lekcje miały przygotować do świąt Wielkiej Nocy. Ich tematami było:
  1. Lekcja 1 - chciwość
  2. Lekcja 2 - nieznajomość siebie
  3. Lekcja 3 - pragnienie wyższości
  4. Lekcja 4 - niebezpieczeństwo pokusy
  5. Lekcja 5 - porywczość
  6. Lekcja 6 - pewność siebie 
Nie wiem ile osób je czytało, nie wiem, ile wzięło sobie to wszystko do serca, zastanowiło się nad nimi. Nie ważne, ważne, że ja mogłam się jakoś w ten sposób wewnętrznie "wyżyć". Wiem, że było mi to potrzebne. Nawet, gdyby to wszystko miało pójść w eter.
Na koniec tegorocznego Wielkiego Postu chciałabym się z Wami podzielić przemyśleniami na temat wygłoszonego wczoraj do wiernych zgromadzonych w Kalwarii Zebrzydowskiej słowa przez arcybiskupa Krakowa - Marka Jędraszewskiego. Nie wiem ile z niego zostało transmitowane w mediach, bo szczerze powiedziawszy - nie miałam nawet czasu włączyć wczoraj dziennika(po powrocie z Kalwarii Zebrzydowskiej, niemal od razu udałam się na Liturgię Wielkiego Piątku do swojego kościoła, gdzie śpiewałam w chórze, a następnie na moment wróciłam do domu po albę i z  powrotem udałam się do świątyni na adorację prowadzoną przez scholę, nawet miałam coś do czytania, na dobre wróciłam więc do domu ok 22:30). Jestem jednak jednym z ponad 100 tys szczęśliwców(bo według szacunków mediów tyle wiernych miało wziąć udział we wczorajszym kalwaryjskim misterium Męki Pańskiej), które mogły w całości i na żywo wysłuchać przemówienia.
Nie od dzisiaj wiadomo, że słowo skierowane przez arcybiskupa Jędraszewskiego do wiernych zgromadzonych w Wielki Piątek na Kalwarii Zebrzydowskiej, obraca się wokół problemów współczesnego świata. Dwa lata temu, podczas swojej pierwszej wizyty w tym charakterze, mówił o postprawdzie i zagrożeniach, jakie za sobą niesie. W tym roku przypomniał wszystkim zgromadzonym chrześcijańskie prawdy i zasady, że tylko prawda będąca Chrystusem, może wyzwolić każdego człowieka. Zaznaczył też, że zanim Zbawiciel został skazany na śmierć, musiał stawić czoła walczącym z nim arcykapłanom. Widzieli w nim człowieka, który uzdrawiając ludzi wchodzi w układy z diabłem i takiego go przedstawiali społeczeństwu. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że tworzą wokół niego czarny pijar mający za zadanie takie przygotowanie terenu, by w chwili aresztowania nikt nie stanął w jego obronie. Co ważne, w ciągu trwających 2 tysiące lat dziejów kościoła pełno było podobnych procesów politycznych, wytaczanych chrześcijanom przez kolejnych władców tego świata. Jak tłumaczył metropolita krakowski ich schemat wygląda w zasadzie tak samo: ten, kto jest wyznawcą Chrystusa i Ewangelii jest utożsamiany z wrogiem cesarza, króla, innego króla bądź też wysokiego urzędnika państwowego. Nawiązał do XX wiecznych szantaży chrześcijan, przedstawiając ich jako wrogów bolszewickiego I sekretarza partii, czy też Fuhrera. Dla mnie najbardziej obrazowe, a za razem "mocne" było przedstawienie obecnego szantażu, jako trzech etapów kuszenia, skonstruowanych na opisie współczesnych napięć kulturowych, jakiemu wszyscy jesteśmy codziennie poddawani.
Pierwszy z nich mówi, że jeżeli każdy chrześcijanin publicznie przyznaje się do Chrystusa i chce wprowadzić jego nauczanie na temat powołanego do szczęśliwości wiecznej człowieka do swojego życia, to znaczy, że należy się do Ciemnogrodu, że jest się wrogiem poprawności politycznej, że nie uznaje się zasady tolerancji, że nie zna się smaku prawdziwej wolności, jest się fanatykiem, faszystą, przeciwnikiem Światowej Organizacji Zdrowia, która zaleca demoralizację dzieci i pozbawienie ich niewinności już w wieku przedszkolnym, jest się homofobem walczącym z Kartą LGTB, że walczy się z postępem ludzkości.
Drugi etap jest wewnętrznym określeniem tego, kim tak naprawdę jest każdy z nas. Ściślej mówiąc chodzi tutaj głównie o to, aby stwierdzić, że przecież nikt z nas nie jest ani fanatykiem, ani faszystą, czy też homofobem. Przeciwnie, kochamy wszystkich ludzi oraz wolność, co sprawia, że jesteśmy tolerancyjni, a zatem zależy nam na postępie całej ludzkości.
Trzeci natomiast etap kuszenia nakłania ludzi do wydania wyroku śmierci na Chrystusa i Ewangelię. Chodzi tutaj z jednej strony takiego stylu myślenia i postępowania, jakby Boga w ogóle nie było, a z drugiej strony do walki ze wszelkimi zewnętrznymi, w tym symbolicznymi, przejawami jego obecności w świecie współczesnym.
Potwierdzeniem tych słów ma być ogromna fala lewackiego hejtu i potok niegodnych i pełnych pogardy słów, które rozlały się po całym świecie, w odniesieniu do tych wszystkich wiernych, które się modlą i które chociażby chcą wesprzeć materialnie odbudowę spalonej kilka dni wcześniej katedry Notre Dame w Paryżu. Tymczasem nam, katolikom, powinno pozostać jedno wielkie przeświadczenie: tylko prawda może nas wyzwolić! I o nią musimy prosić Pana, który dla nas umarł i zmartwychwstał. Bez obaw możemy prosić go o to, abyśmy nie ulegli kuszeniu, jakiemu jesteśmy poddawani przez współczesny świat i abyśmy każdego dnia naszego życia mogli być prawdziwie wolnymi ludźmi. 
Nie wiem jak to nazwać, ale to przemówienie księdza arcybiskupa trochę podbudowało mnie na duchu. Jak wiecie, nie wstydzę się swojej wiary, pisząc o tym chociażby tutaj, na blogu. Co nie oznacza, że nie widzę grzechów popełnionych przez środowisko kościelne. Zawsze będę potępiać pedofilię i tym podobne występki. Ale czy to ma oznaczać, że moja wiara będzie słabsza? Nie, bo dla mnie Bóg jest na pierwszym miejscu, a nie człowiek, który z natury jest grzeszny. Tak jak już wcześniej pisałam i jak już sami to pewnie zauważyliście, motyw wiary często pojawia się na moim blogu. Staram się jednak pisać tak, aby nikomu nie narzucać mojego toku myślenia, nikogo nie obrażać. Ktoś mi kiedyś napisał, że pisanie o wierze w moim wieku jest niemodne, infantylne, że nie zdobędę w ten sposób czytelników, no chyba, że będę pisać o kościele same negatywne rzeczy. Ale ja tak nie potrafię. To nie było by w zgodzie z moim sumieniem. Staram się też nikogo nie potępiać za jego przekonania religijne, że wierzy w inne wartości niż ja. I naprawdę, ciężko mi jest, kiedy wchodzę na jeden czy drugi blog i czytam, jaki to cały kościół jest be, grzeszny i w ogóle najlepiej jest zlikwidować całą tą instytucję. Zwłaszcza, kiedy pisze to osoba, która deklaruje się jako niewierząca. Nie wiem, czy zdaje sobie sprawę z tego, że swoimi kwiecistymi wywodami rani wiele osób i księży, którzy są księżmi naprawdę z powołania.
Dzisiaj jednak wiem, że jest to tylko jeden z procesów współczesnego kuszenia. Że takie osoby swoim wyśmiewaniem katolicyzmu, czy też islamu, obnażają tylko swoją małość. Że nie należy dać się im sprowokować, bo nasze argumenty zawsze zostaną zakrakane i puszczone mimo uszu. W przeciwnym razie dam dojść do siebie działanie szatana. A tego bym nie chciała. Myślę, że takie działanie ma też na celu zniszczenie w ludziach ich "zaściankową" wiarę. Ale gdyby ta wiara była płytka, to czy wczoraj na Kalwarię przybyłoby aż tyle wiernych? Nie sądzę...

środa, 17 kwietnia 2019

904. Niesamowite szczęście, że moje oczy mogły ją podziwiać

W dzieciństwie bardzo dużo czasu spędziłam na szpitalnych oddziałach. Ten, kto chociaż raz leżał na szpitalnym łóżku dłużej niż jeden dzień ten wie, jak bardzo to może nudzić. Zwłaszcza kilkuletnie dziecko. W dzisiejszych czasach na szpitalnych salach są telewizory, dzieciom umila się spędzony w szpitalu czas różnymi urządzeniami elektronicznymi. Kiedyś jedynym źródłem rozrywki na dziecięcym szpitalnym oddziale były książki i gry planszowe. 
Czy to wtedy narodziła się moja miłość do czytania? Tego nie wiem. Faktem natomiast jest to, że rodzice przynosili mi kolejne książki i czytali mi je, aby mnie czymś zająć. Wśród nich było ilustrowane wydanie "Dzwonnika z Notre Dame", czyli słynna książka Victora Hugo "Katedra Maryi Panny w Paryżu" w wydaniu dla dzieci. Z czasem miałam przeczytać pierwowzór napisany w XIX wieku. Na razie musiała mi jednak wystarczyć jego bajkowa wersja. 
To nie jest tak, że niepełnosprawne dzieci są głupie i nic nie rozumieją. Nawet jeżeli nie są w stanie porozumieć się werbalnie ze światem zewnętrznym, to nie oznacza, że nie odbierają go w normalny sposób. Ja np. bardzo długo nie mówiłam. Ale wszystko rozumiałam. Z zafascynowaniem słuchałam kolejnych książek czytanych mi przez rodziców, z ciekawością oglądałam dołączone do nich ilustracje. Aż w końcu sama nauczyłam się literek i byłam w stanie przeczytać proste bajki.
Wróćmy jednak do książki "Dzwonnik z Notre Dame". Nie wiem, gdzie została kupiona, nawet nie wiem, gdzie się teraz znajduje. Pamiętam jednak piękne ilustracje wnętrza paryskiej katedry, które ją ozdabiały. Wstyd się przyznać, ale aż do 17 roku życia myślałam, że tak ono faktycznie wygląda. W wieku 17 lat po raz pierwszy zobaczyłam Paryż i słynną katedrę. Czy byłam rozczarowana widokiem jej wnętrza(wszak w książce było one jasne, a w rzeczywistości panował w nim półmrok)? Trudno mi powiedzieć po 11,5 roku. Zresztą z tamtej wycieczki jedyne co pamiętam to ogrom budowli. Kiedy człowiek wszedł do środka, to czuł się malutki. I rozetę, słynną rozetę, przez którą wpadające światło odgrywało prawdziwy spektakl.
Wtedy nawet nie wiedziałam, że jeszcze dane mi będzie zobaczyć to cudo. Wszak na wycieczkę w 2007 roku pojechałam właściwie przez przypadek. Jedna z eurodeputowanych pochodząca z mojego miasta postanowiła zaprosić 10 niepełnosprawnych uczniów z naszej szkoły do Europarlamentu(przy okazji zdecydowano, że zwiedzą oni Luksemburg i właśnie Paryż). W dodatku zafundowała im(+ 10 opiekunom) ten wyjazd. Zadaniem dyrekcji było jedynie wskazać te 10 osób(jak się potem okazało kryterium była średnia za poprzedni rok), a wskazanym wyrobienie paszportów(to były ostatnie dni, kiedy Polska nie należała do strefy Schengen). Zawsze miałam świadectwo z wyróżnieniem, więc załapałam się na nią. A jednak. Kiedy osiem lat później tata mojego kolegi zaproponował mi wyjazd na wycieczkę do Paryża, zdecydowałam się bez wahania.
Tym razem zaplanowane było obszerniejsze zwiedzanie. Jednym z jego punktów była też słynna katedra. Wtedy złączona była z naszym narodem m.in. przez znajdujący się przy niej plac noszący imię Jana Pawła II. Przed laty w tym właśnie miejscu papież Polak miał przemawiać do zebranych tłumów francuskich katolików.
O samej katedrze pisałam co nieco >>Tutaj<<, nie będę już powielać tych informacji. Co ciekawe, ten post został opublikowany chwilę przed tym, jak świat dowiedział się o potwornym zamachu w Paryżu, który miał miejsce tego wieczoru. Oczywiście był to czysty przypadek, chociaż dzisiaj ma swój symboliczny wydźwięk.
Pamiętam tamto wrześniowe popołudnie. Dość ciepłe, chociaż chwilę wcześniej padał jesienny deszczyk. Katedrę tradycyjnie już rozjaśniało światło z żyrandoli oraz to padające przez cudowne witraże i rozety. Ta nad wejściem głównym robiła największe wrażenie, a za razem przypominała mi tą, która znajduje się w miejskiej bazylice. Nadawało to świątyni tajemniczości. Ktoś grał na organach, a rzesza turystów siedziała na ustawionych w nawie głównej krzesełkach i delektowała się tymi dźwiękami. Inni, w tym ja, maszerowali wokół jej murów podziwiając znajdujące się w niej rzeźby i obrazy. Do konesera sztuki to mi jeszcze daleko, nie oznacza to jednak, że przechodzę obok obrazów obojętnie. Potrafię się obok nich zatrzymać, zachwycić ich wyjątkowością, zastanowić się, co ich autor chciał nam przekazać, poszukać szczegółów sprawiających, że ta praca jest wyjątkowa. Dech w piersiach zaparło mi spojrzenie w górę świątyni - to wtedy uświadomiłam sobie, jaka jestem malutka. Za nic na świecie nie mogę sobie niestety przypomnieć polichromii na suficie. A przecież jakaś musiała być... Tak bardzo żałuję, że nie miałam wtedy swojej cyfrówki. Utrwaliłabym wtedy wszystko to, co bym chciała. Wyobrażałam sobie też, jak to setki Polaków przebywających w Paryżu na emigracji, a wśród nich np. Fryderyk Chopin, Juliusz Słowacki, Cyprian Kamil Norwid, czy też Maria Skłodowska - Curie klęczy na tamtejszej posadzce i gorąco modli się o odzyskanie przez Polskę Niepodległości. Ciekawostką jest też to, że 1 grudnia ubiegłego roku otworzono w katedrze polską kaplicę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Dzięki temu przebywający w Paryżu Polacy mieli mieć namiastkę naszego kraju.
Po wyjściu z tego cuda architektury wraz z P. zrobiliśmy sobie rundkę wokoło katedry, podziwiając ją od zewnątrz. Tak bardzo się wtedy cieszyłam, że mam za sobą zajęcia z architektury i sztuki sakralnej, które pozwoliły mi lepiej zrozumieć pewne trendy i anomalia w sztuce. A przy okazji wyczulić na piękno otaczającego nas świata. Katedra też wydawała mi się piękna i niepowtarzalna, właśnie pod względem architektonicznym. Podziwiałam ludzi, którzy ją wznosili. Podziwiałam ich mądrość, bo przecież nie tak łatwo jest wznieść coś, co przetrwa stulecia w prawie idealnym stanie. Miałam nadzieję, że jej piękno będą podziwiać kolejne pokolenia. Aż do wczorajszego wieczoru.
Kiedy zobaczyłam pierwszą informację o pożarze, nogi się pode mną ugięły. Myślałam, że to głupi żart, kaczka dziennikarska. Przecież katedra przetrwała i stulecia, i rewolucję, i nawet II wojnę światową. Niestety, to nie był żart. Z każdą chwilą docierał do mnie ogrom tragedii, która tam się rozgrywała. W pierwszej chwili poczułam niepokój o ludzi, a w drugiej, może to i głupie, o dzieła sztuki, które przecież bezpowrotnie zostaną utracone. A kiedy zobaczyłam zawalającą się sygnaturkę... myślałam, że mi serce pęknie. Przecież ta katedra była ważnym miejscem nie tylko dla katolików, ale też wyznawców innych religii czy też niewierzących. Dla pierwszych była miejscem kultu religijnego, dla pozostałych perełką architektoniczną i miejscem przechowywania cennych dzieł sztuki.
Kładłam się spać nie wiedziałam jakie informacje usłyszę nazajutrz. Czy fasada kościoła się zawali? Czy pożar zostanie ugaszony? Czy ktoś zginie? Jakie będą zniszczenia? I co dalej? Dzisiaj wiadomo, że pomimo ogromnych zniszczeń, budowla została uratowana. Co więcej, mówi się o jej odbudowie(chociaż szczerze powiedziawszy nie wierzę w obietnice prezydenta Marcona, że zajmie im to 5 lat). Wiadomo jednak, że nie będzie to już to, co było dotąd. Nie ma już np. takich dębów, jakie zostały użyte do pierwotnej budowy. Nie odtworzy się zniszczonych dzieł sztuki. Nie wiadomo też w jakim stopniu zniszczeniu uległy ściany wykonane z piaskowca. Nie wiadomo, czy uda się jej przywrócić dawną światłość. A koszty odbudowy podawane są już w setkach milionów Euro. 
Tak moje miasto solidaryzuje się z tragedią we Francji
Jakaś gazeta porównała skapujący z płonącej sygnaturki stopiony ołów do łez nad tym, co się stało. Bardzo podoba mi się to porównanie. Wiele Paryżan przelało wczoraj morze łez nad tą tragedią. Inni wznosili modły do nieba. Portale internetowe rozpisywały się, że ten pożar symbolizuje upadek chrześcijańskiej Europy. Na jednym z blogów przeczytałam nawet, że najbardziej na tym wszystkim zyska PiS, bo na chwilę oczy wszystkich odwróciły się od strajkujących nauczycieli (czasami zastanawiam się czy ludzie faktycznie mają mózg, czy tylko sieczkę zrobioną im przez komercyjne stacje telewizyjne). Nie chcę widzieć w tym pożarze kary Bożej czy jakiegoś spisku. Co najwyżej ostrzeżenie, żeby nie być zbyt pysznym, bo żywioł zawsze może tą naszą pychę i wiarę we własną doskonałość i nieomylność ostudzić. A dodatkowo chcę wierzyć w to, ze odbudowa świątyni, nie ważne ile by trwała, będzie symbolizować odbudowę duchową naszego kontynentu i ponownym oparciu kierujących nim reguł na chrześcijańskich, a nie muzułmańskich, czy żadnych innych wartościach.

wtorek, 16 kwietnia 2019

903. Korepetycyjnie, sportowo i oratoryjnie, czyli jestem wypompowana z sił

Niby w całym kraju trwa strajk nauczycieli, niby nie ma lekcji, a jednak są szkoły, gdzie nie ma budżetówki, a tym samym zajęcia trwają jak gdyby nigdy nic. Chodzi mi tutaj o szkoły prywatne, społeczne i katolickie. Do jednej z nich chodzi Młodsza. Z jednej strony wszystko dobrze, w przeciwieństwie do swoich znajomych z normalnych szkół nie traci godzin lekcyjnych, a nawet tydzień temu pisała maturę próbną, ale z drugiej... No tak trochę jej przykro, że wszyscy dookoła mają wolne, a ona co rano musi brać plecak i jechać na 8:00 na lekcje. Swoją frustracje i gorzkie żale wylała wczoraj na mnie, podczas korepetycji z fizyki. Tylko co ja jej na to poradzę, że zmieniła szkołę na inną. Gdyby została w poprzedniej też by miała zawieszone zajęcia. Coś za coś. 
Po korepetycjach poszłyśmy na trening do pobliskiej szkoły sportowej. Tuż obok była szkoła specjalna, do której uczęszczałam przez 6 lat. Do szkoły sportowej chodziło się na basen(a grupa lekkoatletyczna w klasie sportowej miała go przez 3 godziny w tygodniu), czasami na stadion. Ogólnie przygotowujemy się już pod Mistrzostwa Polski. Chociaż ja wcześniej mam zamiar wystartować w Biegu Flagi. Korci mnie też zapisanie się na rajd rowerowy, który ma upamiętnić 20 rocznicę wizyty papieża Jana Pawła II w Sosnowcu. Problem jest tylko jeden - nie wiem, czy uda mi się wypożyczyć na ten dzień specjalny, 3 kołowy rower. Gdyby się udało, byłoby super.
***
Drugi tydzień oratorium działa w trybie awaryjnym. Teraz odpadły nam klasy ósme, bo przecież mają egzaminy. Ale i tak jest ciekawie. Teraz najbardziej wychodzi to, jak bardzo budynek Domu Młodzieżowego jest nieprzystosowany do funkcji, jaką w założeniu ma spełniać. I tutaj nie chodzi o zajęcia lekcyjne, ale o coś na wzór świetlicy opiekuńczo-wychowawczej. Nie będę się wgłębiać w szczegóły, powiem tylko tyle, że codziennie boję się, czy nic nikomu się nie stanie. Przez ostatnie dni do oratorium przyprowadzałam też Słowiczka. Trochę się bałam jak zaakceptują go inni, ale na razie wszystko idzie dobrze. Szkoda, że synkowie pani D. mieszkają tak daleko, bo też bym ich wciągnęła w nasze zajęcia. Pani D. na pewno trochę by odpoczęła. Widać po niej, że jest zmęczona. Co prawda w piątek próbowała żartować, jednak jej głos był taki jakiś inny. Jutro pójdę jej złożyć życzenia świąteczne, to przy okazji poproszę ją, aby sobie odpoczęła, chociaż troszeczkę. Chciałam jej zrobić jajeczko wielkanocne, zresztą chciałam zrobić takie każdemu z Was, do kogo mam adres. Plany planami, a rzeczywistość rzeczywistością. Przygotowanie do zajęć w oratorium skutecznie odbiera mi energię, a bez niej nie jestem w stanie się skupić. Bez skupienia zaś nie zapanuję nad swoimi ruchami i precyzją... Zresztą co ja gadam o pisankach - ja nawet nie byłam w stanie wypisać dla Was kartek świątecznych. Mam nadzieję, że zrozumiecie i się nie pogniewacie...
Jutro też jadę na Kalwarie Zebrzydowską, aby przeżywać tamtejsze Misterium Męki Pańskiej. Oczywiście polecę Was wszystkich w swoich modlitwach. A przy okazji mam zamiar nabrać sił na następne dni.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

902. Młodość jest piękna

W miniony weekend już po raz drugi uczestniczyłam w Forum Młodych, odbywającym się w ramach Światowego Dnia Młodzieży, zorganizowanym przez Archidiecezję Krakowską. Piękna inicjatywa, mam nadzieję, że kiedyś do podobnej akcji przyłączą się też pozostałe diecezje i archidiecezje. Bo fakt, w każdej diecezji były obchody Światowego Dnia Młodzieży, ale chyba tylko tutaj one rozdzielone na trzy dni. Trochę mi to przypominało salezjańskie oratoriady, jednak nie ukrywajmy, mogą na nie jeździć tylko animatorzy salezjańscy z inspektorii wrocławskie. Krakowskie Forum Młodych jest skierowane dla wszystkich do 30 roku życia i, jak pokazuje mój przykład, wykracza poza teren archidiecezji.
Tegoroczne hasło forum nawiązywało do hasła Światowych Dni Młodzieży w Panamie, z tym że zostało ono skrócone do słów: "Oto ja...". Pierwsi uczestnicy zaczęli zjawiać się w szkole, która nas gościła, w piątek tuż po godzinie 16:00. Ja przybyłam ciut później(no wiecie, obiecałam synkom pani D., że pobawię się z nimi klockami). Szybka rejestracja, otrzymanie identyfikatora i zakwaterowanie w odpowiedniej klasie. Na 18:00 zaplanowana była kolacja. Nauczona zeszłorocznym doświadczeniem poszłam na parter, gdzie były rozstawione dłuuugie stoły. Tam z reguły siedzieli organizatorzy oraz ci, którzy przybyli na forum sami. Jeszcze tylko odśpiewanie "Pobłogosław Panie" i mogliśmy do nich zasiąść. Jedzenie przeplatało się z pogawędkami. Szukałam wzrokiem Konrada, którego poznałam w zeszłym roku, nigdzie jednak niem mogłam go dostrzec. Trochę mnie to zasmuciło, bo wiecie, wspaniale się z nim rozmawia. Po kolacji i krótkiej modlitwie wróciliśmy jeszcze na chwilę do swoich klas. Na wieczór zaplanowana była Droga Krzyżowa przy kopii krzyża Światowych Dni Młodzieży oraz Msza święta inaugurująca całe forum. Wszystko to w jednym z najstarszych krakowskich kościołów p.w. św. Mikołaja. Tegoroczne rozważania Drogi Krzyżowej oparte były o "rany", które zadajemy naszym życiem Panu Jezusowi. Wśród nich znalazły się m.in. rana braku miłości, rana nieczystości, rana pychy, czy też rana odrzucenia. Następnie odbyła się uroczysta Msza święta, podczas której w kazaniu nawiązano do postaci Sługi Bożego Carla Acutisa: "Wszyscy rodzimy się oryginałami, ale wielu umiera jako fotokopie". Inaczej mówiąc - każdy z nas może znaleźć swoją własną drogę do świętości, która może zupełnie różnić się od tych, które znamy. Po Mszy w uroczystym pochodzie, kopia krzyża została przeniesiona do szkoły, gdzie towarzyszyła nam w spotkaniu aż do niedzieli. Kiedy wchodziłam szkolną klatką schodową na piętro usłyszałam pełne entuzjazmu: "Karolina! Tak się cieszę, że cię widzę!". Konrad, a jednak jest. Padliśmy sobie w ramiona niczym starzy znajomi. Na dłuższą rozmowę nie było jednak czasu, bo oto na szkolnej auli już za chwilę miała się odbyć dalsza część otwarcia spotkania. Nie trwała ona nawet długo - schola odśpiewała tegoroczny hymn forum("Maryjo Matko mojego wezwania") i jeszcze kilka innych religijnych piosenek(bądź co bądź nie zaliczyłabym ich do pieśni), ksiądz-dyrektor wygłosił formułkę rozpoczynającą forum, wysłuchaliśmy krótkiego wykładu zatytułowanego "Panama - i co dalej"(oj, dał on wiele inspiracji do działania) oraz zrobiliśmy sobie pamiątkowe selfie, po którym udaliśmy się już do naszych sal, aby przygotować się do ciszy nocnej.
Sobotę oficjalnie rozpoczęliśmy o 7 rano od jutrzni, a następnie udaliśmy się na śniadanie. I dopiero wtedy mogłam sobie porozmawiać z Konradem(akurat siedzieliśmy obok siebie przy stole). Teraz to już z panem magistrem Konradem. Ale nawet awans tytułowy nie zmienił zbytnio jego osobowości. W dalszym ciągu pozostał skromnym, wrażliwym, mądrym człowiekiem, otwartym na kontakt z drugą osobą. Zresztą widać to nawet po blogu, który od niedawna prowadzi, a na który serdecznie Was zapraszam - https://bogaszukanie.home.blog/. Są jeszcze naprawdę wartościowi, młodzi ludzie... Po śniadanie moja grupa miała kwadrans czuwania w kaplicy zorganizowanej w jednej ze szkolnych sal. Półmrok i cisza sprzyjała wyciszeniu się i modlitwie z głębi serca. O 9 wyszliśmy ze szkoły i udaliśmy się na parking samochodowy, a stamtąd pojechaliśmy autokarami do położonej nieopodal Czernej. Byłam już tam w czwartej klasie, niewiele jednak pamiętam z tamtej wycieczki. Teraz miałam okazję wszystko sobie odświeżyć. Tym bardziej, że na miejscu zaplanowana była gra terenowa na terenie należącym do klasztoru. To doskonała okazja nie tylko na poznanie miejsca, ale też na dowiedzenia się czegoś więcej na temat karmelickich świętych, czy też integrację grupy. Na moment musieliśmy jednak przerwać zabawę, bowiem na 12:00 zaplanowana była Msza święta, a po niej obiad w tamtejszym Domu Pielgrzyma. Na Mszę, chociaż była ona głównie dla nas, przyszli też inni pielgrzymi odwiedzający to miejsce. Trochę mi się chciało śmiać podczas kazania, kiedy w dość komiczny sposób ksiądz opowiadał o bitwie pod Grunwaldem i późniejszych jej konsekwencjach. Wiem, że to nic śmiesznego, ale... Po obiedzie wróciliśmy do rozwiązywania zadań, mieliśmy jednak tylko dwie stacje do końca i szybko skończyliśmy. Zaoszczędzony czas spędziliśmy w księgarni. Było jednak ciut za zimno, aby chodzić po zewnętrznym kompleksie. Z Czernej do Krakowa wyjechaliśmy po 15. Podróż trwała godzinę, po czym wróciliśmy do szkoły. Kolejnym punktem dnia był bowiem panel dyskusyjny na temat pomagania innym osobom. Zaproszono przedstawicieli takich organizacji jak Camino bez barier, fundacji Ojca Pio, czy też stowarzyszenia Lekarzy bez barier, którzy opowiadali nam o swojej codziennej posłudze, a jednocześnie zachęcali do zasilenia ich szeregów jako wolontariusze. Następnie udaliśmy się na kolacje, po której odbyła się zabawa z Wodzirejami z Krakowa. Spokojnie, nie szaleliśmy jak opętani po parkiecie(chociaż kilka tańców integracyjnych było), tutaj bardziej chodziło o wzajemną integrację, przy której śmiechu było co nie miara. A ja zgapiłam kilka zabaw do oratorium. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się je wykorzystać. Na zakończenie otrzymaliśmy Boże błogosławieństwo i mogliśmy szykować się do snu.
Niedzielę, trzeci i ostatni dzień forum, ponownie rozpoczęliśmy jutrznią, po której udaliśmy się na ostatnie już śniadanie. Na 8:30 zaplanowany był wymarsz na krakowski rynek, toteż do tego czasu trzeba było spakować swoje rzeczy i zanieść je na salę gimnastyczną. Na szczęście zdołałam ogarnąć swoje rzeczy jeszcze przed jutrznią, dzięki temu wszystko poszło mi w miarę sprawnie i o wyznaczonej godzinie stałam przed drzwiami wyjściowymi ze szkoły. Z małym opóźnieniem ruszyliśmy na miejsce zbiórki. Na czele naszego pochodu był niesiony krzyż oraz emblemat. W tym roku chłopcy mieli niełatwe zadanie, bowiem było ich wyjątkowo mało. Ale udało im się i po jakimś czasie krzyż znalazł się pod kościołem Mariackim. Chwilkę czekaliśmy na arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, który niczym Mojżesz Izraelitów, zaprowadził nas do Katedry na Wawelu. Na zamkowym dziedzińcu zgromadziło się już sporo osób, które z daleka nam machały gałązkami palmowymi. A my, jako rzesza radosnych ludzi, odpowiadaliśmy im tym samym gestem. Dotarłszy na miejsce, ustawiliśmy się pod pomnikiem Jana Pawła II i czekaliśmy na dalszy ciąg uroczystości. Wreszcie z bocznej nawy katedry wyszła procesja z księżmi, która po krótkim przywitaniu połączonym z poświęceniem palm, wprowadziła nas do jej wnętrza. Jednak zanim przekroczyliśmy jej próg, arcybiskup trzy razy zapukał w jej drzwi, a następnie je otworzył. Jakże wymownie brzmiały przy tym geście słowa refrenu pieśni śpiewanej na wejście: "Otwórzcie bramy co nietknione stały!/Bramy wieczyste! Bo idzie Król chwały./Któż ten Król chwały? I kto jest ten mężny?/Pan mocny w boju i Bóg nasz potężny./ Otwórzcie bramy, co nietknione stały/Otwórzcie bramy, bo idzie Król chwały./Któż ten król chwały? Pan o cnoty dbały/On w te drzwi wnidzie, on jest Królem chwały". Za procesją złożoną z księży szedł krzyż - chyba jedyny w świątyni, który nie był zasłonięty. Przez cały czas stał na jej środku. A my, my uczestniczyliśmy w Eucharystii. Podczas kazania, obracającego się głównie wokół niedawnej adhortacji papieża Franciszka, dowiedzieliśmy się, że wprowadzono nowe święto - rocznicę chrztu Polski, przyjętego właśnie 14 kwietnia 966 roku przez Mieszka I. Wielu współczesnych nie podziela tej decyzji, zarzucając jej przymusowe chrzczenie wszystkich, nawet tych, którzy sobie tego nie życzą(a raz przyjętego sakramentu nie da się "zmazać"). Ja jednak myślę, że to była bardzo dobra decyzja. Dzięki niej umocniliśmy się i nie zostaliśmy wchłonięci przez Prusy. A że przy okazji większość z nas została ochrzczona bez wiedzy i zgody(jako malutkie dzieci)... Cóż, coś za coś. Mnie tam nie przeszkadza, ale rozumiem, że nie wszyscy zgadzają się z tym brzemieniem. Po Mszy wróciliśmy do szkoły, po czym po odmeldowaniu się, mogliśmy wrócić do swoich domów.
To były bardzo dobre dni i nie żałuję, że spędziłam je tak, a nie inaczej.

niedziela, 14 kwietnia 2019

901. Wielkopostne rozmyślania: Cz. 6 - pewność siebie

Bez wątpienia Piotr był pewny siebie. I to było największą jego słabością. Bo chociaż był słusznego wyglądu, to w istocie był mało stabilny w środku. To dlatego w pewnych sytuacjach był zupełnie zdezorientowany, w którą stronę ma pójść, czy też jakie ma zająć stanowisko. 
Wyraźnie to widać w scenie z kajfaszowego domu. Jest dla nas ważną lekcją, a za razem przestrogą przed znalezieniem się w sytuacji, która nas może doprowadzić do zguby. Piotr przeszedł szereg etapów, które zakończyły się jego zdradą. Tak jak większość ludzi, którzy weszli na niebezpieczną ścieżkę pewności siebie. Trzeba jednak pamiętać, że świętemu Piotrowi udało się w końcu zejść z tej drogi. Co ważne, pokonał tą pewność siebie nie o własnych siłach, ale dzięki pomocy Jezusa. 
Święty Łukasz tak pisał: "Schwycili Go więc, poprowadzili i zawiedli do domu najwyższego kapłana. A Piotr szedł z daleka. Gdy rozniecili ogień na środku dziedzińca i zasiedli wkoło, Piotr usiadł także między nimi. A jakaś służąca, zobaczywszy go siedzącego przy ogniu, przyjrzała mu się uważnie i rzekła: «I ten był razem z Nim». Lecz on zaprzeczył temu, mówiąc: «Nie znam Go, kobieto». Po chwili zobaczył go ktoś inny i rzekł: «I ty jesteś jednym z nich». Piotr odrzekł: «Człowieku, nie jestem». Po upływie prawie godziny jeszcze ktoś inny począł zawzięcie twierdzić: «Na pewno i ten był razem z Nim; jest przecież Galilejczykiem». Piotr zaś rzekł: «Człowieku, nie wiem, co mówisz». I w tej chwili, gdy on jeszcze mówił, kogut zapiał. A Pan obrócił się i spojrzał na Piotra. Wspomniał Piotr na słowo Pana, jak mu powiedział: «Dziś, zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz». Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał." (za Biblią Tysiąclecia Łk 22, 54 - 62). Widzimy tutaj wyraźnie, że Piotr zapomniał o tym, że Jezus ostrzegał go przed otwartym zaświadczeniem, że go nie zna. Zapomniał, a może po prostu nie uwierzył w te jego prorocze słowa. Zapewne wydawały mu się one zupełnie nieprawdopodobne.  
Piotr trzy lata chodził razem z Jezusem i słuchał jego nauczania. Był świadkiem wielu uczynionych przezeń cudów. Nawet wśród tych, którzy nie byli jego przyjaciółmi. Widział nie jednokrotnie, że Jezus wiązał wszystko co jest w niebie i na ziemi. Dlatego wydawałoby się zupełnie nieprawdopodobnym, by ktoś taki wyparł się swojego Mistrza. Tak, jakby nie pamiętał już o przekazywanych lekcjach. 
Zlekceważenie przestrogi Jezusa zawsze wychodzi nam na złe. Kto bardziej ufa sobie, niż słowom Jezusa bardzo szybko popadnie w zbytnią pewność siebie - jest to pierwsza lekcja z "kajfaszowego podwórka". Pewność siebie podpowiadała św. Piotrowi, że nic się nie stało - to drugi, smutny etap na drodze pewności siebie. Piotr wszedł do domu najwyższego kapłana, widział w nim wielu ludzi, i był przekonany, że nic się nie stanie. Łatwo jednak było przewidzieć, że właśnie przez kogoś z tego ogromu ludzi, zostanie zdemaskowany. Niewiele wcześniej podczas pojmania Jezusa, był widziany przez sługi arcykapłana, którzy teraz przebywali w tym domu. Ponieważ noc była chłodna, św. Piotr podszedł do ogniska, aby się ogrzać. Blask ognia oświetlił jego twarz. Wszyscy przebywający na dziedzińcu mogli wyraźnie ją ujrzeć. I tak też się stało. Pewność siebie zmąciła jego ostrożność. Nie dostrzegł konsekwencji tej czynności. 
Każde zło, na które nie można się zgodzić, doprowadza do upadku. Wiedzą o tym jednak tylko ci, którzy w skromności patrzą na siebie. Gdy jedna z służących arcykapłana zobaczyła Piotra, przypomniała sobie, że chodził on razem z Jezusem i powiedziała o tym wszystkim. Piotr przestraszył się i zaprzeczył, że zna tego człowieka. Nic nie pękło w jego sercu. Nie przypomniał sobie ostrzeżeń swojego nauczyciela. Po chwili rozpoznał go ktoś inny, ale i tym razem zaprzeczył jego słowom. 
Nie wiemy, ile jeszcze razy święty Piotr byłby w stanie wyprzeć się swojego Mistrza, gdyby nie męka Pana Jezusa. Cz siedem razy, czy może siedemdziesiąt siedem. Pewność siebie sprawiła bowiem, że święty Piotr nie zwracał uwagi na swoje słowa i wypowiedzi. Miał dużo czasu na refleksję. Siedząc pośród sług arcykapłana mógł dokładnie przemyśleć to co powiedział. Jednak tego nie zrobił. Nie przemyślał tego kroku. Nie wiemy też co czuł, być może uważał, że właściwie to nic się nie stało. Nie odpowiadał też na swoje imię, co niewątpliwie dodawało mu pewności siebie. 
Nagle usłyszał zapowiedziane przez nauczyciela pianie koguta. Spojrzał w stronę, gdzie znajdował się Jezus. Dopiero teraz wszystko mu się przypomniało. Uświadomił sobie, że chociaż Jezus nie usłyszał jego słów, to dokładnie wie, co się wydarzyło. Powiedziało mu to jego spojrzenie. Był przecież świadkiem tych wydarzeń. Dopiero teraz zrozumiał, że popełnił zbrodnię i stracił pewność siebie. Nie dokonał by tego o własnych siłach. Także na kajfaszowym dziedzińcu pomógł mu Jezus. On, który nigdy nie wyprze się swojego ucznia, nawet wtedy, kiedy uczeń teraz wyparł się jego. Pierwszy raz od dłuższego czasu Piotr podjął dobrą decyzję. W miejsce swego upadku i targany uczuciem żalu, został zaproszony do swojego własnego nawrócenia, do zejścia z drogi zbyt dużej pewności siebie. Trzeba pójść w miejsce grzechu, trzeba doświadczyć żalu. Piotr doświadczył tego znajdując się na dziedzińcu pałacu, grzejąc się w blasku ogniska i oglądał się z pewnością za siebie. A za razem nie był świadom swojej słabości. Ważne są, te ostatnie słowa wypowiedziane przez Jezusa i udzielone przez niego lekcje. Lekcja o pewności siebie i owoce, jakie za nią trzeba zapłacić. Lekcja o zachłanności i lekcja o ludzkim nawróceniu. 
Pewność siebie jest bezwzględnie przyczyną większości popełnianych przez nas grzechów. To strach i smutek, jaki znajduje się na wielu z naszych dróg. To też możliwość zaparcia się własnego sumienia. Doświadczył tego Piotr, a przez to zmieniło się i jego życie. 
A w jaki sposób my walczymy ze swoimi słabościami? Ile już zaliczyliśmy upadków na podwórku własnej słabości? Potrzeba nam czujności, abyśmy nie zaparli się Jezusa jak święty Piotr. Opuścić teren grzechu i poczuć żałość - to jest prawdziwe nawrócenie.

Pewność siebie i pokora
Zamiast pewności siebie - pokora,
niczego innego me serce nie pragnie,
bo zbytnia pewność siebie
odbiera mi rozum.
I powoduje, że staję się pysznym
i zarozumiałym człowiekiem,
a to przecież nigdy nie jest dla mnie dobre...

sobota, 13 kwietnia 2019

900. "Nad Twoją białą mogiłą..."

Ten przejmujący monolog wprowadza nas w pewną rocznicę. Dzisiaj mija 90 lat od dnia, w którym Emilia Wojtyła odeszła z tego świata. Miała zaledwie 45 lat. Nie dożyła Pierwszej Komunii młodszego synka, ani jego dziewiątych urodzin. Mały Karol Wojtyła został powiadomiony o jej śmierci przez jedną z nauczycielek, ponieważ ojciec nie miał siły powiadomić o tym przyszłego papieża. W tą szczególną rocznicę chciałabym się podzielić z Wami książką, którą miałam szczęście ostatnio przeczytać.
O matce Karola Wojtyły niewiele wiadomo ponad to, co można wyczytać w oficjalnych dokumentów. Nawet żyjący członkowie jej rodziny niewiele mogą powiedzieć na jej temat. A i sam Jan Paweł II, chociaż codziennie patrzył na twarz nieżyjącej od dawna matki na stojącej na szafce fotografii ślubnej rodziców, rzadko o niej wspominał. Nie wiadomo czy dlatego, że były to dla niego bardzo bolesne wspomnienia, czy też dlatego, że niewiele miał z nią wspomnień. Dlatego Milena Kindziuk miała niezwykle trudne zadania chcąc znaleźć materiały do swojej książki poświęconej matce papieża. A jednak udało jej się. Dzięki jej dociekliwości powstała niezwykła biografia kobiety, która wydała na świat następcę świętego Piotra.
Tytuł: "Matka papieża. Poruszająca opowieść o Emilii Wojtyłowej"
Autor: Maria Kindziuk
Wydawnictwo: Znak
Kraków 2013
Ilość stron: 352

Czy wiecie, że Emilia Wojtyła wychowywała się w dziewięcioosobowej rodzinie na ulicy Starowiślnej w Krakowie?  Że oprócz Edmunda i Karola miała jeszcze córeczkę Olgę? Że rodzina Wojtyłów dwukrotnie przenosiła się do Wadowic? Że rodzice przyszłego papieża pobrali się w krakowskim kościele św. Piotra i Pawła? Że najlepsza położna w Wadowicach poradziła Emilii Wojtyle aborcję przeprowadzoną na jej młodszym synku? Że po śmierci przez trzy dni leżała w domu? Że haftowała cudowne serwetki? Że po odejściu ukochanej żony Karol Wojtyła senior zamknął na klucz drzwi pokoju, w którym mieszkała? Na większości zdjęć wydaje się poważna i majestatyczna, ale czy naprawdę taka była? W jakich miejscach należy szukać krewnych Jana Pawła II? I czy oni w ogóle jeszcze żyją? Odpowiedzi na te i inne pytania, jak również całą masę ciekawostek związanych z życiem i rodziną Emilii Wojtyły znajdziemy w powyższej książce. 
Jest to chyba na razie jedyna tego typu pozycja przedstawiająca biografię matki Karola Wojtyły. Całość została podzielona na tematyczne rozdziały, ułatwiające nawigacje po książce. Przejrzysty tekst ułatwia nie tylko czytanie książki, ale też zrozumienie jej treści. Bardzo podobało mi się, że autorka nie tylko skupia się na tym, co już wiemy na temat Emilii Wojtyły, ale też szuka nowych ciekawostek. Dzięki niej została np. odnaleziona torebka Emilii, którą zapewne nieraz nosiła ze sobą na ramieniu. Przez lata przeleżała na dnie szafy w krakowskiej kurii. Dopiero Maria Kizdzik odkryła jej niezwykłą właścicielkę. A to nie jedyna ciekawostka, którą znajdziemy w książce.
Dodatkowym atutem "Matki papieża. Poruszającej historii Emilii Wojtyły" są unikatowe zdjęcia nie tylko z rodzinnego albumu, ale też z epoki, jak również skany różnych dokumentów związanych z rodzinami Kaczorowskich oraz Wojtyłów. Dzięki nim dowiadujemy się jak wyglądał Kraków z przełomu XIX i XX wieku, Wadowice z początku XX wieku, widzimy codzienny ubiór dostojnych dam oraz eleganckie ubiory mężczyzn. To w tej książce pierwszy raz zobaczyłam wpis do ksiąg chrztu informujący o udzieleniu tego sakramentu poszczególnym członkom rodziny, odpis z aktu ślubów Wojtyłów, świadectwo maturalne Edmunda Wojtyły, czy też nekrologi informujące o śmierci poszczególnych członków rodziny. Ciekawym uzupełnieniem jest zamieszczeniem drzewa genealogicznego zarówno Emilii jak i Karola(rodziców), dzięki czemu można jeszcze bardziej dokładnie prześledzić losy rodziny papieża.
Cieszę się, że dane mi było przeczytać tą książkę, bo dzięki niej mogłam lepiej poznać osobę Emilii Wojtyły.

A na koniec wiersz napisany przez młodego Karola Wojtyłę z dedykacją dla swojej zmarłej matki:
Nad Twoją białą mogiłą
białe kwitną życia kwiaty -
O, ileż lat to już było
bez Ciebie – duchu skrzydlaty.

Nad Twoją białą mogiłą,
od lat tylu już zamkniętą,
spokój krąży z dziwną siłą,
z siłą, jak śmierć – niepojętą.

Nad Twoją białą mogiłą
cisza jasna promienieje,
jakby w górę coś wznosiło,
jakby krzepiło nadzieję.

Nad Twoją białą mogiłą
klęknąłem ze swoim smutkiem -
o, jak to dawno już było -
jak się dziś zdaje malutkim.

Nad Twoją białą mogiłą
o Matko – zgasłe Kochanie -
me usta szeptały bezsiłą:
- Daj wieczne odpoczywanie.

czwartek, 11 kwietnia 2019

899. A to ci niespodzianka była

W ubiegły czwartek zakończył mi się udział w projekcie socjalnym zorganizowanym przez MOPS w Katowicach. Co prawda to nie ja byłam jego beneficjentem, ale bardzo dużo z niego wyniosłam. I nauczyłam się dużo, a przede wszystkim pokory. Tak moi kochani, obcowanie z osobami głęboko upośledzonymi umysłowo uczy pokory. Już raz przeszłam taką lekcję - przez kilka lat uczęszczałam do szkoły specjalnej. Czasami jednak trzeba wrócić się do pewnego etapu w życiu, aby móc iść dalej. A mnie chyba taki "powrót do przeszłości" był potrzebny. I to nie tylko dlatego, żebym w przeszłości wiedziała jak pisać takie projekty...
Wszystko jednak kiedyś musi się skończyć. Skończyła się też moja rola obserwatora(ale też nie tylko, bo jak już wcześniej pisałam, miałam za zadanie zorganizować indywidualne i grupowe zajęcia). Musiałam jednak dopełnić wszelkich formalności, bo wiadomo - bez papierologii nasze życie byłoby straszliwie nudne. Tak więc musiałam podbić wszystkie dni obecności, opinię o mojej pracy, zrealizowany program itp. Czyli trochę pisania. Na szczęście już nie mojego.
Nazajutrz podjechałam z wszystkim jeszcze raz do MOPSu. Zostawiłam wszystkie dokumentu w kadrach, a sama poszłam do ośrodka. Akurat większość podopiecznych była wtedy na basenie, trójka została jednak na miejscu z D. i K.(to są instruktorzy). Ucieszyli się z mojej wizyty, widać to było po ich twarzach. Chwilę przysiadłam w pracowni technicznej, gdzie D. wykonywał kartki wielkanocne metodą decoupage. W sumie nie widziałam kartek wykonanych tą techniką i byłam szczerze zaciekawiona efektem końcowym. A był on taki, że wielkanocny zając wyglądał jakby był namalowany na brzozie(ale nie smoleńskiej). Cudowny! D. żałował, że lakier którym pomalował kartkę schnie 24 godziny, bo z miłą chęcią dałby mi ją w prezencie. Zamiast tego dostałam wielkanocne jajo(chyba nawet byłam jego współtwórcą) oraz butelkę wykonane tą że techniką. Sama jeszcze nie "załapałam" o co chodzi w tej technice, więc prezent jeszcze bardziej mnie zachwycił. Przy okazji podyskutowaliśmy sobie z D. o filozofii. Wreszcie mogłam z kimś podzielić moje poglądy.
A potem przyszli pozostali uczestnicy z basenu. Niektórzy, widząc moją skromną osobę, zaliczyli sprint przez korytarz tylko po to, aby dać mi "cześć" i "opowiedzieć" jak było na basenie. Ileż w tym było radości i emocji. Nie wiem, czy bardziej przeżywałam to ja, czy oni. Nie da się ukryć, że przez tych kilka dni zżyliśmy się ze sobą. No nic, trzeba będzie częściej do nich wpadać...
Dzisiaj natomiast mieliśmy zapowiadane warsztaty. Przez strajk gadaliśmy bardziej do siebie(w założeniu mieli na nie przyjść licealiści i uczniowie techników), do Smoczycy oraz zaproszonych przez nią gości, wszystko jednak się udało po naszej myśli. Nawet mnie nie zjadła nieśmiałość i obawa przed niezrozumieniem tego, co mówię. Kurcze, czyżby czytania w kościele dały mi taką odwagę? Sama nie wiem. W każdym razie jestem dumna z mojej części wystąpienia, a to nie często się zdarza. Przy okazji okazało się, że być może uda mi się spełnić jeszcze jedno moje marzenie. Potrzeba mi tylko chęci i większej wiary w siebie. Ale na razie cicho sza na ten temat.
Jutro natomiast jedziemy z Młodą do Krakowa na trzydniowe Forum Młodych. Rok temu bardzo mi się podobało, mam nadzieję, że z tegorocznego przywiozę takie same wrażenia. I że młodej też będzie się podobało. Tylko wcześniej muszę oddać wreszcie pani D. te papiery, bo w końcu gotowa jest się na mnie zdenerwować. A przy okazji pobawić się z J. i S. Przecież im to obiecałam...
Zeszłoroczne grupowe zdjęcie podczas prezentacji wyników naszej pracy