Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 31 października 2022

1487. Nie jestem zwolennikiem Halloween, ale...

Gdzieś pomiędzy uzupełnianiem notatek z wykładów na jednym i na drugim kierunku, wypisywaniem kolejnych raportów z wizyt studyjnych, powolnym, aczkolwiek sukcesywnym, zapełnianiem stron mojej pracy dyplomowej z Nauk o Rodzinie, nauką języka angielskiego (ksiądz, który będzie błogosławionym podziałał w tej dziedzinie niezwykle motywująco) oraz mozolnym powtarzaniem materiału, jaki powinnam sobie przyswoić w tym semestrze, czyli tym, na czym mijają mi weekendy od mniej więcej czterech tygodni, udało mi się wysupłać czas na pomoc w organizacji VIII już edycji "Siemianowickich Nocnych Marków". To już moje drugie "Siemianowickie Nocne Marki" i któraś z kolei współpraca ze wspaniałym zespołem "MKTeam", który jest głównym organizatorem wydarzenia. Swoją drogą, już tak wsiąknęłam w wolontariat, że sama się zaczęłam gubić w tym, w czym ostatnio brałam udział. Dobrze, że staram się o większości z nich tutaj Wam opowiadać - przynajmniej mam się do czego odnieść i gdzie to sprawdzić.

Takim powodem do zorganizowania biegu był zbliżający się Halloween. Z jednej strony nie jestem zwolennikiem tych wszystkich amerykańskich świąt. Ktoś obchodzi walentynki czy też wspomniany Halloween, ok, niech obchodzi. Ani tego nie potępiam, ani nie oceniam. Ale mnie jednak do samego świętowania z tego powodu nie ciągnie. No, chyba że ma to być bieg (i to niech będzie ta przysłowiowa druga strona), bo jak zdążyliście się przekonać - bieganie to coś, co kocham i co się stało moim sposobem na życie. I naprawdę uważam, że Walentynki czy też Halloween mogą być takim samym powodem do zorganizowania go, jak wspomnienie św. Jana Bosko, czy też rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości.

Jako "stały wolontariusz" byłam niemal pewna, że dostanę pozytywną odpowiedź zwrotną co do mojego wolontariatu w wydarzeniu. Ja znam już cały zespół organizatorski, a on zna mnie, wie w jakich obszarach się sprawdzam, a gdzie lepiej mnie nie przydzielać ze względów bezpieczeństwa. I tak też się stało, chociaż na początku nawet nie wiedziałam, gdzie tak właściwie mnie przydzielono. To miano mi powiedzieć na miejscu.

Siemianowicki Staw "Rzęsa" to jeden z miejskich terenów rekreacyjnych na terenie Siemianowic Śląskich. Otacza go park/las. Trochę skomplikowany jest tam dojazd, zwłaszcza komunikacją miejską, ale czego się nie robi dla chwili spaceru wśród ciszy i zieleni (albo innych kolorów, jeżeli zdecydujemy się na spacer np. jesienią, kiedy drzewa mienią się wieloma barwami). W takim właśnie krajobrazie po raz kolejny uczestnicy biegu przemierzali trasę 5 lub 10 km. Biegi te poprzedzone były biegami dla dzieci, które startowały odpowiednio na 50, 200, 400 i 800 m. 

Jednak zanim biegacze wystartowali na wybranym przez siebie dystansie, musieli odebrać swoje pakiety startowe. Każdy dostał swój numer startowy i jakieś upominki od sponsorów, a dorośli dodatkowo jeszcze chip przypinany do buta, który zmierzał im czas. Akurat ponownie zostałam przydzielona do biura zawodów, a więc wydawałam wszystkim (no, prawie wszystkim) startującym w Nording Walking ich pakiety. W zamian musiałam tylko zweryfikować tożsamość osobnika a także poprosić go o podpis w odpowiedniej lubryczce na zbiorowej liście. Dotychczas każdy zawodnik otrzymywał osobną karteczkę, teraz wszystko było na kilku kartkach. Miało to swoje plusy, ale i minusy - wiadomo było, że kartki się nie pogubią, ale jak się zebrało kilkanaście osób, którzy do ostatniej chwili czekali z odebraniem pakietu to też było ciekawie. 

Chociaż nie mogę narzekać - moi nordind-walkingowcy wystartowali jako ostatni, o 18:05 (pięć minut po starcie biegu na 5 km). I dosyć ładnie rozłożyli się w czasie z odbieraniem pakietów, chociaż nie ukrywam, że  ostatnie 30 minut przed biegiem było bardzo gorących. Doszło do tego, że tych ostatnich nawet nie było czasu wylegitymować - mam tylko nadzieję, że nikt nie pobiegł za kogoś innego. 

Kiedy nording - walkingowcy wyruszyli w swoją 5-kilometrową drogę, jako biuro zawodów powoli zaczęliśmy się zbierać. Wcześniej jednak każdy z nas został poczęstowany mega-bułką zrobioną przez rodzinę organizatorów. W zasadzie to na miejscu byłam ok. 11:30 i od tego czasu nic nie jadłam, więc bułkę przyjęłam z wielką radością. A potem jeszcze poskładałam pudełka i powkładałam niewykorzystane chipy w jedno miejsce. No i jeszcze poodpinałam boczne ścianki z namiotu. Tyle mogę zrobić z moimi ograniczeniami.

Gdzieś w tle brzmiały komentarze konferansjerów, a także dekoracja najlepszych biegaczy i biegaczek w biegu i marszu nording - walking na 5 km. A ci, oprócz statuetek i nagród pieniężnych dostali też kilogram cukierków od firmy "Mieszko". Nagrodzeni zostali też Ci, którzy wykazali się największą kreatywnością w przebraniu - na trasie wszystkich biegów, także tych dla dzieci, roiło się od duchów, dyni, mumii, członków Rodziny Adamsów i innych halloweenowych akcentów. Jednym słowem, kreatywność biegaczy nie znała granic, zwłaszcza mężczyzn, którzy biegali w długich spódnicach. 

Wyzwaniem okazał się nie sam wolontariat, ale wieczorny powrót do domu. Przerwa pomiędzy jednym, a drugim autobusem wynosiła ponad 1,5 godziny, nawet nie było sensu iść na inny przystanek, bo i tak do mnie jechał tylko jeden autobus. Już bardziej mi się opłacało iść na autobus do Katowic i dopiero z Katowic przesiąść się do autobusu jeżdżącego w moim kierunku. I tak też zrobiłam, dzięki czemu byłam o jakieś 20 minut szybciej w domu, niż w przypadku, gdybym jednak czekała na autobus mający mnie zabrać z Siemianowic.

I na koniec pokażę Wam co tym razem dostaliśmy w pakiecie wolontariusza. Bo chociaż sam wolontariat jest bezpłatny, to MKTeam ma zawsze dla nas jakieś drobne upominki. Tym razem był to napój Oshee, cukierki i baton od "Zoozoli", odświeżacz do powietrza, odblask na rękę, długopis oraz skarbonka w kształcie Toytoy'a. Niby nic, a cieszy.


Trzymajcie się ciepło.

czwartek, 27 października 2022

1486. Wspomnienie co wciąż we mnie tkwi

Październik, a wraz z nim nabożeństwa różańcowe powoli dobiegają do końca. Dzisiaj było ostatnie w tym roku nabożeństwo, podczas którego rozważano tajemnice światła. Prosto z pracy udało mi się zdążyć dojechać na nie do mojego parafialnego kościoła. Ze smutkiem spojrzałam na puste ławki i pomyślałam, że gdyby nie dwójka ministrantów, to nie byłoby na nim ani jednego dziecka. Z drugiej strony proboszcz sobie umyślał, że dzieci mogą chodzić na nabożeństwa w poniedziałki, środy i piątki, a tak w ogóle to na początku tygodnia rozdaje kontrolki na cały tydzień, więc motywację do chodzenia też mają małą. W ogóle zastanawiam się, gdzie się podział organista, gdzie się podziała schola, gdzie się podziała ta radość i zaangażowanie. Z rozrzewnieniem wracam pamięcią do czasów mojej młodości, kiedy z radością biegało się na nabożeństwa, nawet prosto ze szkoły, jeszcze z plecakiem na plecach. Kiedy w ostatniej chwili szukało się miejsca w pierwszych ławkach. Kiedy przed nabożeństwem ulubiony ksiądz Józio sprawdzał znajomość poszczególnych tajemnic, albo uczył jakiejś ciekawej pieśni. Ale jest też taka jedna sytuacja, która szczególnie utkwiła mi w sercu i w pamięci. 

Kiedy w szkole podstawowej uczęszczałam na nabożeństwa różańcowe, jeszcze w pierwotnym kościele usytuowanym w baraku, za każdym razem na ich rozpoczęcie śpiewaliśmy wraz z organistą piosenkę "Jak paciorki różańca przesuwają się chwile". Organista co prawda był już wiekowy, jednak werwę do śpiewania miał taką, że jak już zaczął, to i ściany drżały, i serce się radowało i wszyscy dołączali się do niego. Na początku każdego października wraz z księdzem Józiem przypominał stałym bywalcom nabożeństw oraz uczył nowe dzieci wspomnianej piosenki. A robili to tak skutecznie, że już po paru dniach wszyscy bardzo dobrze znaliśmy zarówno słowa zwrotek, odpowiadające treścią tajemnicom różańca odmawianym danego dnia, jak i sam refren: 

"Jak paciorki różańca przesuwają się chwile
Nasze troski, radości i blaski.
A ty Bogu je zanieś połączone w różaniec,
Święta Panno Maryjo pełna łaski
"

W dni, w których rozważano tajemnice radosne, śpiewaliśmy:

"My też mamy małe zwiastowania,
My też czekamy twego nawiedzenia,
My też Jezusa z drżeniem serc szukamy,
W tajemnicach radosnych módl się za nami!
"

W dni, w których rozważono tajemnice bolesne, rozlegał się śpiew:

"Ty też płakałaś i doznałaś trwogi,
I jak nikt poznałaś nasze ludzkie drogi,
Gdy nas mrok otoczy, nie jesteśmy sami,
W tajemnicach bolesnych módl się za nami!
".

Natomiast wtedy, kiedy przychodziła pora rozważania tajemnic chwalebnych, nasze dziecięce głosy łączyły się w jedność śpiewając:

"I my także mamy swą ojczyznę w niebie,
Tam w pełnym blasku zobaczymy Ciebie,
Tam w pełnym słońcu wszyscy się spotkamy,
W tajemnicach chwalebnych módl się za nami!
"

Jak zapewne wielu z Was pamięta, w 2002 roku papież Jan Paweł II, listem apostolskim "Rosarium Virginis Mariae" z dnia 16 października 2002 roku(tj. w 34 rocznicę pontyfikatu) dodał jeszcze jedną część różańca świętego, nazwaną Tajemnicami światła. Przedstawia ona działalność Jezusa Chrystusa zaczynając od chrztu janowego w Jordanie, a kończąc na ustanowieniu Eucharystii. Nie pamiętam jednak, czy zaczęto ją odmawiać od razu, czy dopiero w następnym roku. I raczej do tego sama nie dojdę, bo na nabożeństwa do nowo wybudowanego kościoła przenieśliśmy się na dobre na wiosnę 2005 roku, a więc zarówno w 2002, jak i w 2003 roku nabożeństwa różańcowe odbywały się jeszcze w baraku. Nie mógł to być też 2004 rok, ponieważ przed wakacjami ksiądz Józiu został przeniesiony na inną parafię.

Pewnego razu przed kolejnym nabożeństwem różańcowym ksiądz zaproponował wszystkim, aby spróbowali dopisać czwartą zwrotkę do śpiewanej przez nas piosenki, która swoją treścią nawiązywałaby do Tajemnic Światła. Nie było to obowiązkowe, ale chętnym zaproponował szóstki z religii (uczył w szkole należącej okręgowo pod parafię). Co prawda nie uczęszczałam już do niej, ale ziarenko zostało zasiane. Zresztą, co tam szóstka, bardziej liczyła się dla mnie zabawa, a zwłaszcza wymyślanie i układanie całego tekstu, tak, aby wszystko mi się z sobą zgadzało. Wena mnie dopadła, a jakże inaczej, na treningu. Po nim szybko wyciągnęłam brudnopis i zapisałam sobie mój pomysł. 

I my też mamy nasz chrzest w Jordanie,
I my też jest jesteśmy na weselu w Kanie.
Twego przemienienia co dzień jesteśmy świadkami.
W tajemnicach światła módl się za nami.

Jeszcze tego samego dnia zaniosłam karteczkę księdzu, który przeczytał ją, pokiwał głową i schował do kieszeni. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na koniec miesiąca zostałam wywołana na środek. Okazało się, że tylko ja podjęłam się tego wyzwania i ułożyłam zwrotkę do piosenki. Nagrodzona zostałam osobistymi gratulacjami księży oraz książeczką z tajemnicami różańca i samym różańcem. Ksiądz dotrzymał też słowa z szóstką z religii - skontaktował się z moim księdzem katechetą i opowiedział o całym zdarzeniu.

I tak jeszcze raz sobie na koniec dzisiejszego nabożeństwa pomyślałam, że może za naszych czasów nie było jakiś materialnych nagród za uczestnictwo w nabożeństwach, właściwie kontrolki zbieraliśmy dla własnej przyjemności. Ale było czuć tego ducha wiary. A i czasami wymyślali coś, aby nas zaktywować. Trzymajcie się ciepło.

niedziela, 23 października 2022

1485. Popłynęli w jednym sportowym duchu - XV Memoriał Maćka Maika

Będąc na wrześniowym Memoriale Witolda Dłużniaka w Wiśle, jakoś tak zgadaliśmy się z Prezesem naszego klubu sportowego na temat mającego się odbyć w październiku w Tychach Memoriału Maćka Maika, którego klub jest głównym organizatorem. Już od kilku lat miałam zamiar zapytać się go, czy nie potrzebują jakiejś pomocy, no ale wiecie jak to jest - najciemniej pod latarnią. I w zasadzie poniekąd jest to racja, bo kiedy wyszłam z inicjatywą, to tylko skrzywił się i stwierdził, że przecież przy tym jest dużo pracy i biegania. Super, że mi powiedział, bo tego nie wiedziałam (przeczytajcie to w kontekście ironii)... Młodsza podsłuchała i podłapała temat, że ona też by chciała pomóc. Na jej pomoc był jednak chętny. No, ale chyba żeby mnie nie było przykro to zgodził się też na moją obecność. 
Kim był Maciek Maik? Chłopakiem z sąsiedztwa, uczniem liceum, wspaniałym przyjacielem. A nade wszystko utalentowanym tyskim pływakiem, który podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Sydney nie tylko zdobył złoty medal w pływaniu na 100 m stylem grzbietowym, ale też ustanowił rekord świata w tej dyscyplinie w swojej kategorii startowej (grupa S10). Myślę, że dużo więcej dowiecie się o nim z poniższego filmu.
Od piętnastu lat w Tychach, na basenie, na którym Maciek trenował, odbywa się upamiętniający jego osobę memoriał pływacki. Znamienne jest to, że biorą w nim udział zarówno pełno, jak i niepełnosprawni pływacy. W tym roku, po dwóch latach ograniczonego uczestnictwa, spowodowanego pandemią, w zawodach wzięło udział ponad 200 zawodników z 26 klubów sportowych i stowarzyszeń. Każdy z nich brał udział w tych dyscyplinach, w których czuł się najlepiej. A było z czego wybierać, bo memoriał przewidywał start na dystansach 50, 100, 200 i 400 metrów stylami klasycznym, motylkowym, grzbietowym i zmiennym.
Nasze(mojej i Młodszej) zadania zaczęły się jeszcze przed rozpoczęciem sportowych zmagań. Prezes poprosił nas, abyśmy przyjechały do Tychów na godzinę 12:00. A ponieważ trudno jest pokonać trasę DG - Tychy bez przesiadki, najpierw musiałyśmy dojechać do Kato, a stamtąd pociągiem do Tychów. A w Tychach jeszcze trzeba było dojechać pod samą pływalnię, ale to już zrobiłyśmy trojlebusem.
Pod pływalnię podjechaliśmy o dwie godziny za wcześniej. Gdybym była sama to poszłabym zwiedzać okolicę. Ale z Młodszą się nie da. A nie chciałam jej zostawiać samej, co by czegoś nie wywinęła. Tak więc przez dwie godziny wysłuchiwałam jej "gorzkich żali" na otaczający nas świat. Naprawdę z ulgą przyjęłam fakt podjechania pod pływalnię klubowego samochodu z Prezesem w środku.
Dostałyśmy za zadanie noszenie rzeczy z auta na pływalnię, ustawianie manekinów w odpowiednim miejscu, potem "ubrania" ich w koszulki z poszczególnych edycji memoriału. Młodsza już po półgodziny miała dosyć i co chwilę mnie pytała, czy dużo jeszcze będzie do zrobienia. Ja rozumiem, że ona pojechała tam głównie dla zobaczenia się z koleżankami z pływania, ewentualnie zaplusowania u Prezesa, ale nie na tym to polega. W pewnym momencie Prezes nawet pytał się mnie, gdzie ona jest, skoro powinna być na basenie, ale nie chciałam już na nią donosić, że wyszła na zewnątrz zapalić. 
Na pływalnię powoli zaczęli schodzić się zawodnicy startujący w zawodach. Tuż przed otwarciem wywiesiłyśmy z Młodszą rozpiskę kto, o której i w jakiej konkurencji bierze udział. Samo otwarcie miało bardzo uroczysty i podniosły charakter. Prezes w przemówieniu przypominał sylwetkę Maćka Maika, jego zasługi i osiągnięcia, mama Maćka dziękowała wszystkim za inicjatywę, która trwa już od piętnastu lat. Następnie nastąpiło oficjalne zaprezentowanie tegorocznej koszulki i pamiątkowego medalu, które otrzymał każdy uczestnik memoriału.
Krótko po tym wystartowały pierwsze serie zmagań pływackich. Tak jak pisałam na początku, w zawodach (memoriał wchodzi w skład Parapływackiego GrandPrix) ramię w ramię pływali zarówno pełno, jak i niepełnosprawni pływacy. Zdarzały się więc starty, w których w jednej serii płynęli i jedni i drudzy, ponieważ głównym kryterium wystartowania w danej serii były "życiówki" uzyskane na danym dystansie. Dlatego najlepsi pływacy niepełnosprawni startowali z pełnosprawnymi, uzyskując całkiem dobre wyniki. 
Naszym głównym zadaniem podczas zawodów było przywieszanie na drzwiach prowadzących na pływalnię kartek z wynikami, toteż miałyśmy sporo czasu wolnego(wydruki dostawałyśmy dopiero po zakończeniu konkurencji). Młodsza spędzała go z koleżankami z pływania, ja natomiast wykorzystałam ten czas na podziwianiu zmagań pływaków. I, kurczę, zamarzyło mi się, aby powrócić do tego sportu. 
Niedziela w zasadzie wyglądała tak samo jak sobota, z tą różnicą, że działania rozpoczynałyśmy od godziny 8:00, a skończyłyśmy po 16. Bo wiecie, impreza skończyła się o 14:00, ale jeszcze trzeba było uprzątnąć ten cały bałagan. Czyli przenieść rzeczy z pływalni do samochodu Prezesa. Dobrze, że organizator zapewnił nam posiłek, przynajmniej mogłyśmy zjeść coś ciepłego w międzyczasie. Na koniec zawodu trzy pierwsze miejsca na poszczególnych dystansach i stylach, a w przypadku osób niepełnosprawnych i w poszczególnych grupach startowych, zostały uhonorowane drobnymi nagrodami.
Ciut zmęczona (jednak dojazd do Tychów bywa męczący) wróciłam z Młodszą do domu. W plecaku miałam "Stulecie Winnych. Początek", które udało mi się podczas tego turnee doczytać, więc mimo wszystko to podróżowanie nie było czasem zmarnowanym.


sobota, 22 października 2022

1484. Witamy panią Krystynę Bochenek w Galerii Artystów!

Pamiętacie jak pod koniec zeszłego roku trzy wpisy poświęciłam sylwetkom utrwalonym w "Galerii Artystów" na Placu Grunwaldzkim w Katowicach?*. Dla przypomnienia - Galeria Artystów jest inicjatywą, która ma przybliżyć wszystkim odwiedzającym skwer sylwetki ludzi sztuki w jakiś sposób związanych z regionem Górnego Śląska. Są oni wybierani przez samych mieszkańców Katowic, a ich popiersia umieszczono wzdłuż głównej alejki skweru. 
Ostatnio, idąc z Wydziału Teologicznego na Wydział Nauk Społecznych, a zarazem korzystając z tego, że tego dnia(w czwartek) miałam ciut więcej czasu pomiędzy jednymi zajęciami, a drugimi, no i oczywiście z pięknej pogody, postanowiłam przejść się wspomnianym traktem. Już wcześniej wyszukałam w sieci, że tegoroczny plebiscyt wybrała pani Krystyn Bochenek i to jej sylwetka powiększy panteon, nie wiedziałam tylko, czy popiersie zostało już umieszczone przy alei. Ten nadprogramowy spacer przyniósł mi twierdzącą odpowiedź. A więc Panie i Panowie goszczący na moim blogu - oto pani Krystyna Bochenek we własnym pomniku:
Krystyna Bochenek - Urodziła się w 1953 roku w Katowicach. Tutaj też ukończyła Uniwersytet Śląski na kierunku filologia polska. Przez lata była dziennikarką i publicystką w Polskim Radiu Katowice, a w latach 2002 - 2004 pełniła funkcję dyrektora kreatywnego Radia Katowice. W pracy dziennikarskiej zajmowała się upowszechnianiem kultury języka polskiego i promocją zdrowia. Od 2004 roku była senatorem z ramienia Platformy Obywatelskiej, natomiast od listopada 2007 roku była wicemarszałkiem Senatu. Jednocześnie była członkiem Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami oraz wiceprzewodniczącą Parlamentarnego Zespołu ds. Współpracy z Organizacjami Pozarządowymi, członkiem Rady Języka Polskiego przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk, przewodniczącą Komisji Języka w Mediach i Rady Śląskiego Funduszu Stypendialnego, pełniła też funkcję wiceprzewodniczącej Rady Programowej TVP Polonia. Inicjatorka ustanowienia przez Senat RP roku 2006 Rokiem Języka Polskiego. Inicjatorka ogólnopolskiego Dyktanda, które upowszechnia język polski w kraju i za granicą. Animatorka wielu zdarzeń medialnych i akcji charytatywnych na Śląsku. Współpracowała ze stowarzyszeniami i organizacjami działającymi na rzecz osób chorych i niepełnosprawnych. Jako członek Społecznego Komitetu wspierała działania na rzecz budowy nowej siedziby dla Hospicjum Cordis w Mysłowicach. W wielu publikacjach i działaniach propagowała życie wolne od dymu tytoniowego. Laureatka wielu nagród i wyróżnień. Pomysłodawczyni cyklicznej imprezy "Zjazd Krystyn", pozwalającej setkom kobiet o różnym statusie społecznym poznać odległe zakątki Polski. Zginęła śmiercią tragiczną, dnia 10 kwietnia 2010 roku, lecąc prezydenckim samolotem na uroczystości upamiętniające 70 rocznicę zbrodni katyńskiej.

* Jeżeli nie pamiętacie, nie trafiliście jeszcze na tego bloga, albo po prostu chcecie sobie je odświeżyć, to odsyłam Was >>TU<<, >>TU<< i >>TU<<

poniedziałek, 17 października 2022

1483. Słowo "ołtarz" znaczy "stół"

Dwa lata temu, tuż po ogłoszeniu narodowej kwarantanny, ktoś wszedł do naszej miejskiej bazyliki i powywracał ołtarz, połamał stojący przy nim krzyż i świece. Ogólnie były limity 5 osób na Mszy, ale kustosz tego uświęconego miejsca postanowił mimo wszystko zostawić je otwarte przez cały dzień. Nie chciał pozbawiać wiernych chociaż adoracji Najświętszego Sakramentu. Bo każdy mieszkaniec mojego miasta wie, że jeżeli chce w ciągu dnia nawiedzić jakąś świątynię, to z całą pewnością może to być Bazylika Najświętszej Maryi Panny Królowej Anielskiej, która jest otwarta od porannej do wieczornej Mszy świętej. 
To nie jest oczywiście tak, że wnętrze bazyliki jest pozostawione na ten czas same sobie i niech się dzieje wola nieba. Przez większość dnia któryś z księży siedzi w konfesjonale, a i w środku jest założony monitoring. Niestety to nie wystarczyło i w pewną marcową sobotę pijany mężczyzna wkroczył do środka kościoła, a efekt jego "wizyty" widać poniżej.

Bałagan dosyć szybko uprzątnięto, sprawcę czynu złapano. Jednak jakby nie patrzeć, miejsce sprawowania kultu zostało zbezczeszczone. Na prędce zorganizowano jakiś tymczasowy stół improwizujący ołtarz, wiadomo jednak było, że prędzej czy później parafia będzie musiała sprawić sobie ołtarz z prawdziwego zdarzenia.
Bo przecież ołtarz można porównać do najważniejszego miejsca w większości domów - stołu. Tak samo jak stół gromadzi członków rodziny i znajomych na posiłkach, tak też ołtarz gromadzi wiernych na Uczcie Pańskiej. Wiele kobiet wykorzystuje stół do przygotowania posiłków. Również na ołtarzu dokonuje się najważniejsza chwila podczas Mszy świętej - przemiana chleba w Ciało Chrystusa i wina w Jego Krew. Aż chce się powtórzyć za słowami jednej z pieśni: "Możesz wierzyć lub nie, to naprawdę dzieje się". Wiele stołów znajduje się na środku jadalni. I ołtarz umieszczany jest na środku, tak aby był widoczny dla każdego wiernego. O tym jak ważny jest to "mebel" niech świadczy to, że przed każdą Mszą świętą i po niej jest z czcią całowany przez sprawujących Eucharystię kapłanów. 
Kiedy po powrocie z Maratonu Trzech Jezior poszłam do bazyliki na wieczorną Mszę świętą, podczas ogłoszeń usłyszałam, że w pierwszą niedzielę października planowana jest uroczystość konsekracji kościoła. Trochę mnie to zaskoczyło, bo przecież świątynia została poświęcona równe 110 lat temu. Dopiero później ksiądz sprostował tą informację oznajmiając, że to nowy ołtarz zostanie konsekrowany. Co prawda w niedzielę 2 października od 5:30 byłam na wolontariacie podczas SilesiiMaratonu, miałam jednak nadzieję, że skończy się on na tyle szybko, że zdążę wrócić z Chorzowa do DG na godzinę 16:00. W ostateczności miałam wizję iść na Mszę do jakiegoś miejscowego Kościoła. Na szczęście misja depozyt zakończyła się po 14., a ja zmęczona ale szczęśliwa wracałam komunikacją miejską do domu.
Do świątyni dotarłam jakieś 10 minut przed uroczystością. Zasiadłam w ławce i czekałam na rozpoczęcie się Mszy. Ta zaś zaczęła się od procesyjnego wejścia księży, którzy ją koncelebrowali z biskupem na czele. Nie muszę Wam mówić, że wszystko miało niezwykle uroczysty i podniosły charakter, a na wydarzenie przybyli księża nie tylko z dekanatu, ale i z innych dąbrowskich parafii. O jego wyjątkowości świadczyło chociażby pokropienie wszystkich wodą święconą, odśpiewanie przez kantora(który też śpiewał psalm i sekwencję "Alleluja") Litanii do Wszystkich Świętych, okadzenie ołtarza po ofiarowaniu a także uroczyste "Te Deum" odśpiewane przez Lud Boży po obrzędach Komunii Świętej. Jednak najważniejsza chwila to ta pomiędzy homilią (nawiązującą do symboliki ołtarza oraz samego miejsca), a modlitwą wiernych, kiedy biskup namaścił ołtarz olejem, tak samo jak przed wiekami Bóg Ojciec namaścił swojego Syna Duchem Świętym i uczynił Najwyższym Kapłanem. Automatycznie przywędrowały do mnie obrazy z października 2005 roku, Roku Eucharystii, kiedy to nasza parafia została konsekrowana. Na koniec Mszy świętej delegacja księży oraz parafii podpisała specjalny akt poświęcenia ołtarza, żeby było dla potomnych.

Całość zakończyła się po niespełna dwóch godzinach. Zresztą już zaczęli schodzić się wierni na ostatnią, wieczorną Mszę świętą(z drugiej strony nie ukrywam, że jak tamtejszy ksiądz proboszcz się rozgada, to nigdy nie wiadomo kiedy zakończy). Na koniec każdy uczestnik uroczystości dostał pamiątkowy obrazek przedstawiający czczoną tutaj figurkę Matki Bożej Królowej Zagłębia(szczerze powiedziawszy to myślałam, że na wejście będą śpiewać lokalny hymn do tej Matki Bożej, ale poszli w tradycję i zaśpiewali "Królowej Anielskiej Śpiewajmy"), a za nią bazylikę z jej strzelistymi wieżami, których widok towarzyszy mi co dzień z okna od najmłodszych lat.
Nie muszę chyba mówić, że po szesnastu godzinach od wyjścia z domu oraz siedemnastu godzinach od pobudki wróciłam do niego ledwie żywa, za to pełna wrażeń. Trochę mnie tylko przerażało to, że nazajutrz wracałam po wakacyjnej przerwie na studia i to na godzinę 7:45, ale wierzyłam, że z Bożą pomocą jakoś dam radę :). A przy okazji w łepetynce ułożył mi się kolejny wiersz:

Jest taki stół

Jest taki stół,
na którym nigdy nie zabraknie Chleba,
co umocni mnie w każdym dniu życia.
Jest taki stół,
na którym stoi kielich z winem,
wyciśniętym z soczystych gron.
Jest taki stół,
za którym kapłan wznosi prośby
w imieniu całego ludu.
Jest taki stół,
gdzie co dzień staje się Największy cud,
przemiany Chleba w Ciało, a wina w Krew Najświętszą.
Jest taki stół,
co na środku świątyni,
i każdy go widzi.
Jest taki stół,
bo słowo "ołtarz" znaczy stół,
gdzie Bóg w Chlebie i Winie daje się nam codziennie cały...

piątek, 14 października 2022

1482. Zawód nauczyciela w okresie międzywojennym

14 października tradycyjne obchodzony jest Dzień Edukacji Narodowej, zwany także Dniem Nauczyciela. To odpowiednia chwila na to, aby podziękować nauczycielom trud włożony nie tylko w naszą edukację, ale i wychowanie. Jednak czy nauczyciel to tylko osoba pracująca w szkole i przedszkolu? Bardzo mi się podoba stwierdzenie, że np. taki terapeuta zajęciowy po trochu też jest takim nauczycielem, nawet jeżeli nie jest pedagogiem z wykształcenia - wszak zajmuje się andragogiką, czyli edukacją dorosłych, niepełnosprawnych ludzi. Również nasi rodzice/opiekunowie są naszymi pierwszymi nauczycielami - to oni nauczyli nas chodzić, to od nich poznawaliśmy pierwsze słowa i prawdy o otaczającym nas świecie. Właściwie listę osób, które nas czegoś uczą i w jakiś sposób nas wychowują można rozwijać w nieskończoność i każdy z nas może do niej coś sam dopisać.
Współcześnie zawód nauczyciela cieszy się raczej średnim prestiżem. Z jednej strony wina nauczycieli, którzy bardzo szybko się wypalają, oczekują kokosów na wierzbie i niekiedy prowadzą zajęcia na odczepkę. Ze zgrozą odkryłam, z jaką niechęcią wypowiadają się o zawodzie, do którego powinni mieć powołanie. Tak jakby nie dopuszczali do siebie myśli, że do wszystkiego trzeba dojść stopniowo, że nie od razu Kraków zbudowano, że w każdym zawodzie są wzloty, ale też upadki. Z drugiej strony społeczeństwo ma dziwną wizję zawodu nauczyciela i widzi w nim osobę, która nie dość, że nie pracuje 40 godzin tygodniowo, nie dość, że ma wolne w przerwy świąteczne, ferie i wakacje (ciekawe, na jakiej podstawie to wysnuli), nie dość, że aktualna jakość kształcenia jest na coraz niższym poziomie, to jeszcze narzekają, że jeszcze im źle. Myślę, że te zarzuty są na wyrost, ale czuje się mały wstyd za jednych(nauczycieli) i za drugich(społeczeństwo), kiedy jest się na kierunku pedagogicznym i słyszy takie rzeczy.
Tymczasem nie zawsze tak było. Zapraszam Was w podróż do mojej ulubionej epoki literackiej i historycznej - dwudziestolecia międzywojennego(no dobrze, lubię go na równi z czasami pozytywizmu), kiedy zawód nauczyciela cieszył się naprawdę dużą renomą. Wsiadajmy więc w naszą kapsułę czasu i cofnijmy się w niej o dobre 100 lat...

Nauczyciele w przedwojennej Polsce. Czy ich zarobki i prestiż zawodu były wysokie?

Nauczyciele w przedwojennej Polsce należeli do uprzywilejowanych grup zawodowych. Wszystko dlatego, że sanacja widziała w nich partnera w reformie państwa. Relatywnie wysokie zarobki uzupełniły liczne przywileje i obowiązki. Nauczyciele cieszyli się też powszechnym autorytetem.

Dzieci i nauczyciel w sali lekcyjnej, lekcja matematyki - Narodowe Archiwum Cyfrowe/Polski portal historyczny - historia.org.pl
Wynagrodzenie nauczycieli - jeżeli chodzi o zarobki, nauczyciele byli podzieleni, podobnie jak administracja publiczna, według grup uposażenia. Znamienne jest, że władza traktowała kadrę oświatową na równi z administracją publiczną. W dodatku w przedwojennej Polsce nauczyciele byli darzeni dużym szacunkiem nie tylko ze względu na odbiegające znacznie od większości społeczeństwa wykształcenie, ale też dlatego, że szkoła stanowiła jeden z elementów scalających dopiero co odradzające się państwo. Wynagrodzenie nauczycieli było ponadprzeciętne, szczególnie na wsiach i w małych miejscowościach. Większość z nich zarabiała... 210 zł na miesiąc, co w tamtejszych czasach było dość wysoką pensją. Konstytucja marcowa gwarantowała natomiast darmową naukę na poziomie szkół powszechnych.
Uczniowie szkoły powszechnej im. Św. Wojciecha w Krakowie, 1932 r. - Domena publiczna/Polski portal historyczny - historia.org.pl

Ile było nauczycieli?
 - kadra nauczycielska była zdecydowanie mniejsza niż obecnie. Wynikało to z różnicy w ludności, mniejszej liczby szkół oraz z samego systemu oświaty. Kolejne rządy starały się rozszerzać sieć szkół, ponieważ u progu niepodległości warunki lokalowe były bardzo złe. W dodatku często bywało tak, że jeden nauczyciel uczył kilku, a nawet wszystkich przedmiotów. Wynikało to z braków kadrowych. Problem ten był widoczny szczególnie na wsi, gdzie bywały duże problemy ze znalezieniem chętnych do tego zadania. Dochodziło wręcz do sytuacji, gdy jeden nauczyciel przypadał na jedną klasę, która liczyła i 60 uczniów(nawet 86 % szkół na terenie byłego Królestwa Bożego miało tylko jedną klasę i jednego nauczyciela). Co więcej, szczególnie na wschodzie Polski, spora część dzieci nie była nawet objęta obowiązkiem szkolnym. Na szczęście sytuacja ta z każdym rokiem ulegała poprawie, a to zaś przekładało się na coraz większą liczbę etatów nauczycielskich. W 1924 r. nauczycieli szkół powszechnych, specjalnych i przedszkoli było 63 886, natomiast w 1939 roku liczba ta wzrosła do 77 693. Liczba kobiet i mężczyzn pracujących w zawodzie nauczyciela była mniej więcej równa. A wyzwania pedagogiczne były ogromne - w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości analfabetyzm na ziemiach byłego zaboru rosyjskiego dochodził do 60%, w Galicji było to 40%. Najlepiej sytuacja ta wyglądała na ziemiach byłego zaboru pruskiego - tam liczba analfabetów sięgała zaledwie 5%.
Wykres liczby dzieci uczęszczających do publicznych szkół powszechnych w powiecie częstochowskim w latach 1923 - 1928 - Domena publiczna/Polski portal historyczny - historia.org.pl

Zarobki w Polsce w 1939 r - Domena publiczna
/Polski portal historyczny-historia.org.pl
Grupy uposażenia i zarobki
 - pensje nauczycieli, podobnie jak wynagrodzenia urzędników, podzielone zostały wedle grup uposażenia. Było ich łącznie dwanaście(od I do XII). W pierwszej grupie zarobki były największe, natomiast w dwunastej - najniższe. Nauczycielskie etaty były zaszeregowane w ramach grup XI - IV. Grupa zaszeregowania wiązała się z typem szkoły oraz ścieżką awansu. Początkowe, najniższe wynagrodzenie nauczycielskie wynosiło 130 zł. Jednak największa liczba nauczycieli (prawie 33 tysięcy) zarabiało w ramach grupy IX. Oznacza to, że otrzymywali dochód w wysokości 210 zł. To zaś, w przełożeniu na współczesne standardy, było bliskie dzisiejszemu przeciętnemu wynagrodzeniu w większych miastach. Takie wynagrodzenie pozwalało na całkiem niezłe życie na średnim poziomie. Zarazem była to suma, o której robotnicy przemysłowi i rolni mogli sobie tylko pomarzyć. Tak samo jak we współczesnych czasach, również w II RP nauczyciele opłacani byli przez władzę centralną. Dla porównania przeciętne zarobki miesięczne w 1935 r. robotników objętych ubezpieczeniem emerytalnym w ZUS wynosiły odpowiednio 102,77 zł dla mężczyzn oraz tylko 53,32 dla kobiet. Natomiast według danych pochodzących ze "Statystyki Pracy" górnicy pracujących w kopalniach węgla kamiennego, otrzymywali przeciętnie wynagrodzenie miesięczne mieszczące się w granicach 193,37 zł, natomiast ci, którzy pracowali pod ziemią, otrzymywali średnio 246,17 zł. A zatem łatwo zauważyć, że większość nauczycieli pracujących w dwudziestoleciu międzywojennym miała zarobki zbliżone do dochodów górników.

Obowiązki i przywileje nauczycieli - zawód nauczyciela przed wybuchem II wojny światowej cieszył się dużym szacunkiem. Podobnym uznaniem cieszyły się zawody kolejarza, wojskowego, policjanta, sędziego, czy też prokuratora. Autorytarna władza sanacyjna wiedziała, że szanowani i dobrze uposażeni nauczyciele będą ich sojusznikami w planie reformy państwa. Rola nauczycieli była podkreślona przez obowiązki, jakie zostały na nich nałożone Ustawą o stosunkach służbowych nauczycieli(pragmatyka). Można było z niej wyczytać, że "Nauczyciel obowiązany jest wiernie służyć Rzeczypospolitej i w tym duchu wychowywać młodzież, przestrzegać ściśle ustaw i rozporządzeń, pełnić obowiązki swego zawodu gorliwie, sumiennie i bezstronnie oraz dbać według najlepszej woli i wiedzy o dobro sprawy publicznej, szczególnie w zakresie wychowania i nauczania powierzonej sobie młodzieży i spełniać, co temu służy, a unikać wszystkiego, co by mu mogło szkodzić"(art. 27). W myśl powyższego wobec nauczyciela, który nie wywiązywał się ze swoich obowiązków, mogło zostać wszczęte specjalne postępowanie dyscyplinarne. We wspomnianej ustawie znalazło się wiele zapisków przyznających nauczycielom liczne przywileje. Np. przy pełnieniu obowiązków służbowych służyło im prawo do ochrony przyznanej urzędnikom państwowym ustawami karnymi. Dodatkowo Skarb Państwa zapewniał nauczycielowi i jego rodzinie należytą opiekę lekarską wraz ze środkami leczniczymi. Uposażenie oraz dodatkowe wynagrodzenie nauczyciela mogło być zajęte sądownie lub administracyjnie tylko do wysokości 1/5, a w przypadku zasądzonych alimentów - do 2/5. Nauczyciele w ciągu pierwszych 20 lat pracy miał prawo do otrzymania pięciomiesięcznego urlopu w celu dalszego kształcenia zawodowego. Nauczyciele byli też uprawnieni do używania urzędowego tytułu zgodnie z zaszeregowaniem. Ciekawostką jest, że w obrocie były zarówno tytuły z męską, jak i żeńską końcówką: dyrektor - przełożona, kierownik - kierowniczka, profesor - profesorka, asystent - asystentka, instruktor - instruktorka.
Uroczystość poświęcenia budynku Szkoły Powszechnej im. Prezydenta RP przy ul. Okopowej w Warszawie - Domena publiczna/Polski portal historyczny - historia.org.pl

Dodatki funkcyjne i służbowe w szkolnictwie
 - w szkolnictwie na dodatek do wynagrodzenia mógł liczyć głównie dyrektor szkoły. Otrzymywał on, w zależności od typu szkoły, od 5 do 150 zł(w tym dyrektor szkoły powszechnej otrzymywał od 5 do 50 zł, a dyrektor szkoły średniej - od 100 do 150 zł).
Dzieci i nauczyciel w sali lekcyjnej, lekcja matematyki - Narodowe Archiwum Cyfrowe / Polski portal historyczny - historia.org.pl

Wszystkim nauczycielom odwiedzającym mój blog życzę wszystkiego co najlepsze i najwspanialsze. Ambicji możliwych do zrealizowania, osiągnięcia wymierzonych sobie celów oraz niewyczerpanych pokładów cierpliwości dla swoich podopiecznych.

czwartek, 13 października 2022

1481. Katastrofa w Andach

Rok 1972 był tragiczny dla sportowego świata nie tylko ze względu na zamach terrorystyczny, jaki miał miejsce podczas Igrzysk Olimpijskich w Monachium(o którym pisałam >>TUTAJ<<), ale i katastrofy lotniczej, która wydarzyła się miesiąc później.

O tym co się wtedy stało dowiedziałam się dość późno, bo ok. 2011 roku. Wtedy to na studiach z zarządzania na przedmiocie zowiącym się humanistyczne refleksje nad sportem prowadząca puściła nam film zatytułowany "Alive, dramat w Andach". Jak możecie się domyślać, nie zetknęłam się z nim wcześniej, a tym samym obejrzałam go z zapartym tchem. Historia grupy rugbistów, którzy lecąc na mecz ulegają wypadkowi gdzieś w Andach i oczekiwali w nich na pomoc, a tym samym na ocalenie życia, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Potem, po powrocie do domu i dokończeniu jego oglądania(jednak nie zmieściliśmy się w programowej 1,5 godzinie zajęć) długo nie mogłam przestać o niej myśleć, a nawet zaczęłam szukać informacji na ten temat. W końcu mój esej zaliczeniowy z tego przedmiotu dotyczył rozmyślań nad katastrofą z 13 października 1972 roku.

Co się wtedy stało? 

Działająca przy katolickiej szkole w Stella Maris Colege w Montevideo(stolicy Urugwaju) drużyna rugby "Old Christians" wybierała się na krótki przejazd po Chile. 12 października na pokład Fairchilda 227 weszło 45 osób - zawodnicy i trenerzy drużyny, członkowie ich rodzin, przyjaciele oraz pięciu członków załogi.
Niebawem samolot, z powodu złych warunków pogodowych, musiał przymusowo wylądować w Mendozie(Argentyna). Ponieważ nie było możliwości udania się bezpośrednio do miejscowości Santiago de Chile, samolot został skierowany na południe, przez co leciał równolegle do Andów. Następnie piloci skręcili na zachód, w celu przelecenia przez góry nad przełęczą Paso Pehuenche. Po dostaniu się na chilijską stronę Andów planowano podejście do lądowania w Santiago. Kiedy po południu 13 października maszyna znalazła się nad przełęczą, kontrola lotów w Santiago została poinformowana, że Fairchild znajduje się nad Curicó. Niestety, z zachodu wiał silny wiatr, przez co lot samolotu nad przełęczą został spowolniony. Skutek tego był taki, że piloci nieprawidłowo obliczyli czas, jaki potrzebowali na przebycie przełęczy. Skręcili zbyt wcześnie w prawo, a następnie, myśląc że mają góry po prawej stronie, obniżali lot w złym miejscu, pozostając nad Andami.
Zanurzony w chmurach samolot rozbił się na jednym ze wzniesień pomiędzy Cerro Sosneado a wulkanem Tinguiririca, niedaleko granicy Chile i Argentyny. Po uderzeniu oderwało się prawe skrzydło. Zostało ono odrzucone do tyłu z taką siłą, że urwało statecznik pionowy, zostawiając dziurę w tylnej części kadłuba. Następnie samolot uderzył w kolejne wzniesienie, tracąc lewe skrzydło. Pozbawiony skrzydeł kadłub osiadł na ziemi, ześlizgując się po zboczu, aż w końcu zatrzymał się na terytorium Argentyny - kilkaset metrów od granicy z Chile i 8 km na północny wschód od wierzchołka wulkanu Tinguririca.
Katastrofę przeżyły 32 osoby, które znalazły się w tragicznej sytuacji. Pozbawieni ciepłych ubrań, ze skromnymi zapasami jedzenia i lekarstw oczekiwali na pomoc, która nie nadchodziła. Co prawda po zaginięciu samolotu wszczęto poszukiwania rozbitków, prowadzone one jednak były z powietrza, zaś padający śnieg szybko zacierał ślady katastrofy. I chociaż trzykrotnie przelatywały nad nim samoloty, to przysypany białym śniegiem wrak nie został zauważony. 
Pasażerowie, którym udało się wyjść z katastrofy bez większych urazów zajmowali się tymi, którzy mieli mniej szczęścia. Wśród członków drużyny rugby znalazło się dwóch studentów medycyny i to oni musieli zająć się licznymi złamaniami, urazami głowy, a także częściami samolotu, które wbiły się w ciała najciężej rannych. Jednym z nich był 19-letni Roberto Canessa, który był jednym z tych, którzy najbardziej przyczynili się do uratowania całej grupy.

Sama sytuacja pasażerów była krytyczna. Kobieta, która kupiła w ostatniej chwili bilet na ten lot, aby zdążyć na ślub własnej córki, została uwięziona między rzędami foteli. Nie dało się jej wyciągnąć, nie ryzykując tym samym jej natychmiastowej śmierci. Śmiertelnie ranna siostra jednego z rugbystów wciąż powtarzała: "Mamo, czy możemy wrócić do domu?". Niestety, ich matka była jedną z ofiar, które zginęły w momencie zderzenia samolotu z górą. Większość z nich znalazła się na pokładzie, ponieważ podróżujący nim sportowcy namówili członków rodzin na małe wakacje w chilijskiej stolicy.
Wrak samolotu wypełniały szloch i jęki rannych oraz nerwowymi pokrzykiwaniami tych, którzy próbowali zebrać potrzebną w tych warunkach ciepłą odzież i żywność. Nie było tego dużo, ponieważ większość bagaży znajdowała się w zagubionym ogonie samolotu. Maszyna była co prawda wyposażona w zapasy żywności, ale takie, które wystarczyłyby na kilkugodzinny lot - słodycze, ciastka, trzy słoiki dżemu, suszone owoce i kilka rodzajów alkoholu.
Przekonani, że już niedługo przybędzie po nich misja ratunkowa, rozbitkowie użyli szminek i lakieru do paznokci i na kadłubie samolotu napisali S.O.S. Miało to ułatwić poszukiwania. Po kilku dniach nad ich głowami przeleciało kilka samolotów, jednak nikt nie zwrócił uwagi na miejsce katastrofy. Ocaleni zorientowali się, że biały kadłub samolotu jest słabo widoczny na tle śniegu.
Katastrofa samolotu nie była jedyną tragedią, jaka spotkała rozbitków. Dwa tygodnie później na wraz zeszła lawina, zabijając kolejne osoby. Wśród nich była Liliana Methol, matka czwórki dzieci. Podróż do Chile była dla niej prezentem z okazji rocznicy ślubu. Przy życiu pozostał jej mąż, Javiar.
Tym, którzy jeszcze żyli, zaczęła grozić śmierć z głodu. Ocaleni nie mieli już czym oszukać pustych żołądków. Z drugiej strony, widmo szybkiej śmierci wzbudziło w nich niebywałą determinację. Padła więc propozycja, aby zacząć jeść ciała zmarłych. Dla wielu było to szokiem, ponieważ wśród ocalonych większość była głęboko wierzącymi katolikami, dla których kanibalizm jawił się jako jeden z najcięższych grzechów możliwych do popełnienia przez ludzi. Przez wiele godzin prowadzono dramatyczną dyskusję. Podczas niej część rozbitków wyraziła zgodę, aby ich ciała po śmierci posłużyły za pokarm dla nadal żyjących.
Wieczorem jeden z mężczyzn wyszedł z wraku samolotu i wydobył jedno z ciał spoczywające w śniegu. Posługując się fragmentami szkła i poszycia kadłuba wyciął fragmenty ludzkiego mięsa, które następnie zjadł. Tej samej nocy wiele osób potajemnie wymknęły się z samolotu na najstraszniejszy w ich życiu posiłek.
Ciała kolegów i przyjaciół pozwalały przetrwać wciąż malejącej grupie ocalonych. Mijały kolejne dni, a pomoc wciąż nie nadchodziła. Nie powiodła się też kolejna próba sprowadzenia ratunku.
Nastał grudzień. Myśl o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia nie dawała spokoju Josemu Luisowi Inciarte, nazywanemu "Couche". Był to 24-letni, głęboko wierzący mężczyzna, który nie mógł poradzić sobie z zaakceptowaniem kanibalizmu, do którego został zmuszony. Uznał, że nie jest w stanie zaakceptować jedzenia ludzkiego mięsa podczas świąt, a przez to odmówił spożywania ciał zabitych osób, świadomie wybierając śmierć głodową(do której jednak nie doszło).
W połowie grudnia ocaleni podjęli kolejną próbę sprowadzenia pomocy. Najsilniejsi wyruszyli na poszukiwanie ratunku. Po dziesięciu dniach wędrówki natrafili na pasterzy. Ocaleni pozostali we wraku musieli jeszcze czekać dwa dni, aż 22 grudnia, na dwa dni przed Wigilią, nadszedł ratunek.
Z 45 osób lecących samolotem uratowało się 16 mężczyzn. Końcowy bilans ofiar i ocalonych wyglądał następująco:

1. Załoga(wszyscy zginęli)

  • płk Julio Ferredas (pilot, zginął w katastrofie)
  • ppłk Dante Lagurara (drugi pilot, zmarł następnego dnia po katastrofie w wyniku obrażeń)
  • por. Ramon Martinez (zginął w katastrofie, wypadając z samolotu)
  • kpr. Carlos Roque (zginął 29 października w lawinie)
  • kpr. Ovidio Joaquin Ramirez (zginął w katastrofie, wypadając z samolotu)

2. Zmarli pasażerowie

  • Francisco Abal (zmarł 14 października w wyniku obrażeń)
  • Graciela Augusto Gumila de Mariani (zmarła 14 października w wyniku obrażeń)
  • Gaston Costemalle (zginął 13 października, wypadł z samolotu) 
  • Rafael Echavarren (zmarł 18 listopada)
  • Alexis Hounie (zginął 13 października, wypadł z samolotu)
  • Dr Francisco Nicola (zginął 13 października przygnieciony fotelami)
  • Easter Horta Perez de Nicola (zginęła 13 października przygnieciona fotelami)
  • Gustavo Nicolich (zginął 29 października w lawinie)
  • Arturo Nogueira (zmarł 15 listopada)
  • Guido Magri (zginął 13 października, wypadł z samolotu)
  • Filipe Maquirriain (zginął 13 października, wypadł z samolotu)
  • Julio Martinez-Lamas (zmarł 14 października w wyniku obrażeń)
  • Daniel Maspons (zginął 29 października w lawinie)
  • Juan Carlos Menenden (zginął 29 października w lawinie)
  • Eugenia Dolgay Diedug de Parrado (zginęła 13 października)
  • Susana Perrado (zmarła 21 października)
  • Marcelo Perez (zginął 29 października w lawinie)
  • Enrique Platero (zginął 29 października w lawinie)
  • Liliana Navarro Petraglia de Methol (zginęła 29 października w lawinie)
  • Daniel Shaw (zginął 13 października, wypadł z samolotu)
  • Diego Storm (zginął 29 października w lawinie)
  • Numa Turcatti (zmarł 11 grudnia)
  • Carlos Valeta (zginął 13 października, wypadł z samolotu)
  • Fernando Vazquez (zmarł 14 października w wyniku obrażeń)

3. Ocaleni pasażerowie

  • Jose Pedro Algorta
  • Roberto Canessa 
  • Alfredo Delgado
  • Daniel Fernandez
  • Roberto Francois
  • Roy Harley 
  • Jose Luis Inciarte
  • Alvaro Mangino
  • Javier Methor
  • Carlos Paez Rodriguez
  • Fernando Parrado
  • Ramon Sabella
  • Adolfo Strauch
  • Eduardo Strauch
  • Antonio Vizintin
  • Gustavo Zerbino

W obawie przed negatywnymi reakcjami ocaleni nie wyjawili, że doszło do aktu kanibalizmu. Jednak członkowie ekip ratunkowych i prowadzący śledztwo szybko odkryli, że ciała zmarłych pozbawione są fragmentów mięsa. Informacje o tym, w jaki sposób rozbitkowie uniknęli śmierci głodowej szybko przedostały się do prasy. Wzbudziły tym samym sensację tak samo wielką, jak sama informacja o odnalezieniu zaginionych. W Urugwaju oraz okolicznych krajach wybuchła gorąca dyskusja. Głos w obronie ocalonych zabrali nawet dostojnicy Kościoła.

wtorek, 11 października 2022

1480. Od biura zawodów do depozytu

Przełom września i października to nie tylko moment, kiedy jesień nieśmiało puka do drzwi. To też czas, kiedy organizowany jest największy bieg maratoński (i nie tylko) w moich regionach - Silesia Marathon. Już po raz 14 miłośnicy biegów ulicznych zjechali z całej Polski tylko po to, aby w niedzielny ranek 2 października ruszyć trasą wiodącą przez Chorzów, Katowice, Siemianowice Śląskie oraz Mysłowice, aby w końcu finiszować na słynnym Stadionie Śląskim. 
Przy organizacji tak dużej imprezy potrzebny jest cały sztab wolontariuszy. Jak się pewnie domyślacie, w ich gronie znalazłam się także i ja. To już mój czwarty raz na tej konkretnej imprezie. Różnica pomiędzy tą, a poprzednimi edycjami polegała jednak na tym, że w minionych latach byłam albo na depozycie, albo w biurze zawodów, a w tym roku byłam i tutaj, i tutaj, co wymagało niejako samodyscypliny.
W niedzielę poprzedzającą bieg (25 września) wszyscy wolontariusze mieli szkolenie na Stadionie Śląskim. Niestety, nieudało mi się na nie dotrzeć z powodu wolontariatu na Maratonie Trzech Jezior, który odbywał się w tym samym czasie. Na szczęście topografię Stadionu znam dosyć dobrze, a i samą podpisaną umowę wolontariacką można było donieść w dniu rozpoczęcia wolontariatu.
A ten rozpoczynał się dla mnie w środowego wieczoru(chyba, że godzina 18:30 podlega jeszcze pod popołudnie) od pakowania pakietów startowych dla zawodników(informatory wrzucaliśmy do worków, a do tego jeszcze były koszulki i buffy, które już dobierało się z kartonów wedle rozmiarów). Z jednej strony może niewiele pomogłam, ale z drugiej, jak to mówi pani Barbórka, to zawsze jest ten jeden pakiet mniej do spakowania. Przy okazji jeszcze przygotowaliśmy sobie stanowiska pracy.
Czwartek, piątek i sobota to praca w biurze zawodów. W czwartek i w piątek siedziałam w nim od ok. 18:30 do 20:00, w sobotę cały dzień. No, może przesadziłam, bo urwałam się z niego o 18:00(dwie godziny przed oficjalnym końcem), czyli po 9 godzinach pracy. Z drugiej stronu, gdybym się wcześniej nie zwolniła, to nie wiem czy bym wstała w niedzielę o 3 nad ranem, żeby zdążyć na zbiórkę o 5:30. Praca biura zawodów polegała na wydawaniu zawodnikom pakietów startowych na podstawie kodów QR, względnie jeżeli osoba odbierała pakiet dla siebie, można było jej go wydać na podstawie nazwiska. Po dwóch edycjach organizowanych w czasach pandemii, kiedy ilość startujących była ograniczona, przeżyliśmy prawdziwy ich nalot. Z 5100 pakietów (dajmy sobie spokój z cyfrą jedności, której nie zapamiętałam), nieodebranych zostało ok. 10%, co mieści się w średniej statystycznej.
Odbiór pakietów to cały proces technologiczny. Pomagały nam w tym smartfony, które sczytywały kody i pokazywały nam podstawowe informacje o zawodniku. Jeszcze rok temu byłam przekonana, że za nic na świecie nie dam rady obsłużyć klienta i tylko biegałam pomiędzy stanowiskiem, a pudłami z numerami startowymi i koszulkami. W tym roku było podobnie przez 2,5 dnia. W sobotę się przemogłam i postanowiłam spróbować zeskanować kod QR. Oczywiście pierwsze co zrobiłam to wyszłam z aplikacji (brawo ja!), ale potem szło mi coraz lepiej. I chociaż z początku ręce dygotały mi niemiłosiernie (nie wiem, czy to z powodu zdenerwowania, czy też atetozy), ale w końcu obsłużyłam kilkanaście klientów. Dużo też dała mi ich cierpliwość i wyrozumiałość, że nie pospieszali, a nawet wspierali.
Skład biura zawodów(jeszcze przed rozpoczęciem pracy)
Niedziela była chyba najtrudniejszym dla mnie dniem, bo wiązała się z koniecznością opuszczenia ciepłego łóżka już o 3 rano. Aż Pusia popatrzyła na mnie z politowaniem. No dobrze, ale innego wyjścia nie było, skoro miałam zdążyć na zbiórkę wolontariuszy depozytu o 5:30. Jedyny autobus do Katowic, który mi pasował był o 4:05, a potem jeszcze musiałam się przesiąść na tramwaj. Na szczęście to nie pierwszy raz i na pewno nie ostatni. Na miejscy przeprowadzono z nami krótkie szkolenie stanowiskowe i rozdzielono pomiędzy poszczególne bramy stadionowe. Przy bramach powieszone były numerki, wedle których zawodnicy mogli zostawiać swoje rzeczy. Potem trzeba było poukładać te rzeczy numeracyjnie, a po skończonym biegu wydawać na podstawie numerka startowego. 
Skład depozytu
Na początku było dosyć spokojnie, ponieważ swoje rzeczy zdawali ultramaratończycy, potem maratończycy, a na końcu półmaratończycy. Ja akurat zostałam przydzielona do grupy obsługujących półmaratończyków. Ogólnie było całkiem nie najgorzej, nie licząc tego, że wiało jak nie wiem co (aż się zastanawiałam, czy nazajutrz pójdę chora na zajęcia na uczelni, czy też nie, na szczęście nic mi nie było) oraz że większość ludzi do ostatniej chwili czekała na oddanie swoich rzeczy. Niby ich rozumiem, bo tego ranka było dosyć chłodno, a każdy chciał jak najdłużej zachować rozgrzane mięśnie. Ale niech oni zrozumieją także i nas, że jak podejdzie na stanowisko naraz 10 ludzi, to fizycznie nie da się ich obsłużyć w tym samym momencie. 
Po wystartowaniu ostatnich biegaczy mieliśmy około 1,5 godziny na uporządkowanie rzeczy (na końcu rzucało się je już gdzie popadnie) oraz na odpoczynek. Bo wraz z pojawianiem się kolejnych zawodników na mecie rosła możliwość, że lada moment ktoś przyjdzie odebrać swoje rzeczy.
Depozyt działał do 15:00, jednak znacznie szybciej udało nam się wydać wszystkie rzeczy. W rzeczywistości byliśmy więc wolni o godzinę szybciej. Jeszcze tylko zostało odebranie certyfikatu za wolontariat i pożegnanie się ze wszystkimi i można było zbierać się do domu.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy po powrocie do domu zdążę podejść na Mszę świętą do bazyliki, czy może lepiej iść w Chorzowie do kościoła (w perspektywie miałam ten, w którym Ksiądz, który zostanie błogosławiony jest rezydentem, i to tylko dlatego, że był najbliżej Stadiony). Rozważywszy wszelkie za i przeciw zdecydowałam się na pierwszą opcję. Zależało mi na tym tym bardziej, że tego dnia w świątyni była pewna uroczystość. A jaka? Dowiecie się z kolejnych wpisów.

niedziela, 9 października 2022

1479. 30 minut do szczęścia...

O mamusiu, ależ mam zaległości i w wpisach i w komentarzach, co ja piszę "w komentarzach" - w odwiedzinach na Waszych blogach. A przecież bywały lata, podczas których miałam jeszcze bardziej zafiksowany plan dnia(jak choćby podczas dojeżdżania na studia w Krakowie) i wydaje mi się, że byłam bardziej zorganizowana. No, ale jednocześnie miałam też mniej blogów do ogarnięcia. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że w wolnych chwilach staram się wszystko nadrobić.
Ostatni weekend września, podobnie jak to było przed rokiem, wiązał się dla mnie z wyjazdem na odbywający się na terenie gminy Porąbka "Festiwal Trzech Jezior", podczas którego byłam wolontariuszem. Pochwalę się tutaj, że organizator sam do mnie pisał, czy może liczyć na moją pomoc. Oczywiście, na moją zawsze! Chociażby kosztem niepojechania na GrandPrix tegorocznej Rundy Paralekkoatletycznej. A dodatkowo miałam okazję ponownie zmierzyć się z biegiem na Czupel (najwyższy szczyt Beskidu Małego, ok. 3,5 km. dosyć stromego podejścia pod górę z Międzybrodzia Bialskiego), w którym mogli wziąć udział również wolontariusze.
Jak pamiętacie(a jeżeli nie, to odsyłam Was do >>TEGO<< wpisu), już rok temu miałam okazję zmierzyć się z tym szczytem. I to w dodatku w 31 urodziny. Czas w jakim tego dokonałam był poniżej krytyki(nawet nie zmieściłam się w limicie 90 minut, ale na osłodę medal dostałam), co nie oznacza, że się zniechęciłam. Nawet z poznanym wtedy Bacą zrobiliśmy sobie wyzwanie - ja w tym roku miałam zmieścić się w limicie(czyli pobiec o jakieś 10 minut szybciej), a on miał poprawić swój o 3 minuty. A żeby moje założenie było jeszcze bardziej realne, to kupiliśmy buty do biegania typowo po górach. Paradoks sytuacyjny polegał na tym, że Baca ma góry za oknem i może sobie po nich biegać do woli, ja bardziej trenowałam na płaskim terenie, choć nie ukrywam, że kilkakrotnie wbiegłam na naszą miejską Górkę Gołonowską, na której znajduje się sanktuarium św. Antoniego z Padwy.
W tym roku Czupel Vertical otwierał cały festiwal biegowy. Start, podobnie jak przed rokiem, odbywał się z Placu św. Ambrożego w Międzybrodziu Bialskim. Startowaliśmy według list, co 10 sekund. Wcześniej jednak trzeba było udać się do hotelu, aby odebrać swój pakiet startowy, w skład którego wchodził m.in. numer startowy. A numer startowy - ważna rzecz, bo na nim znajduje się czip z pomiarem czasu. Teraz wystarczyło się przebrać i udać na start. Na Placu dosyć szybko zlokalizowałam Bacę, który też startował. W dodatku nie sam, a ze swoim nowym nabytkiem w inwentarzu, czyli suczką imieniem Pola. Tak się złożyło, że według nazwisk powinniśmy startować po sobie, ale Baca postanowił spróbować wystartować wcześniej, aby po dotarciu na szczyt i zrobieniu swojego czasu, zejść z niego i mnie jakoś supportować, podobnie jak rok temu. Tak też się stało, a mnie miał w biegu wspierać debiutujący Pączuś, oczywiście tak długo, jak zbiegający Baca nie pojawi się na horyzoncie.
Przekrój trasy biegu Czupel Vernical
Mój start rozpoczął się niewiele przed godziną 17:00. Tuż przede mną wystartował Pączuś, który już za pierwszym zakrętem postanowił na mnie czekać. Dalszą trasę, przynajmniej przez pierwsze 1,75 km. pokonywaliśmy razem. Tam gdzie się dało - biegłam, gdzie się nie dało(bo było zbyt stromo) - szybko szłam. Ogólnie wychodziłam z założenia, że warto iść, ale iść do przodu, niż stać. Jedynymi momentami, podczas których mogłam sobie pozwolić na stanie, był łyk wody mineralnej. Ale z drugiej strony picie w ruchu mogłoby się dla mnie różnie skończyć.
Gdzieś po przebiegnięciu niecałej połowy trasy w oddali zamajaczyła nam charakterystyczna sylwetka Poli, a za nią zmierzał Baca. Był on szczerze zaskoczony tym, że dotarliśmy już tak daleko. No fakt, nawet ja czułam różnicę trasy w porównaniu z poprzednim rokiem. Oczywiście w sensie, że przebyłam jej znacznie więcej. Od tego momentu ja pokonywałam trasę w towarzystwie Bacy, a Pączuś - Poli (dalej zastanawiam się kto kogo ciągnął w tym drugim duecie). Po drodze mijaliśmy biegaczy, którzy dobiegli na metę i z medalami na szyjach schodzili w dół.
Wkrótce meta stała się i moim udziałem. A kiedy zobaczyłam charakterystyczne chorągiewki wiedziałam już, że osiągnęłam zamierzony cel. I wcale nie byłam ostatnia - za mną biegł Pączuś(ten człowiek za mną na poniższym zdjęciu to Baca), a za Pączusiem jeszcze jakiś mężczyzna.
Nie znałam swojego dokładnego wyniku, wstępnie jednak wiedziałam, że był całkiem niezły (Baca po drodze kilka razy spojrzał na swój zegarek). Nawet człowiek od pomiaru czasu przyznał, że pobiegłam dużo lepiej, niż w zeszłym roku. Tego, że poprawiłam swój czas o 31 minut(!!!) dowiedziałam się od Bacy na następny dzień. Tak to jest, kiedy człowiek jeszcze korzysta z prehistorycznych telefonów bez dostępu do internetu i innych bajerów - musi polegać na życzliwości innych. Tylko trochę szkoda, że Baca nie poprawił swojego czasu, no ale katarek potrafi pokrzyżować plany niejednemu mężczyźnie.
No i mamy upragniony szczyt/metę!
Na przyszły rok mamy nowe wyzwanie - zejść poniżej 1 godziny.
Nazajutrz stałam na mecie biegu na 25 oraz 46 km., która usytuowana była w Porąbce. Na szczęście organizator zapewnił przyjezdnym wolontariuszom, tak jak rok temu, nocleg w pokojach budynku OSP. Dodatkowo w tym roku dostawaliśmy śniadania, co jeszcze bardziej ułatwiło nam pracę.
Rok temu na metę w Porąbce dojechałam komunikacją podmiejską. Tym razem na miejsce dojechałam z innymi wolontariuszami samochodem. Ponieważ jeszcze mieliśmy trochę czasu do rozpoczęcia działalności strefy mety(nawet medale były zamknięte na cztery spusty), a na zewnątrz było dosyć zimno, schroniłyśmy się z Żoną Fotografa w budynku miejscowego OSiRu. Przynajmniej nie wiało. Po godzinie 9:00 przyszedł kierownik budynku i nie dość, że otworzył nam kanciapę z pudłem z medalami, to jeszcze zabrał nas do pokoju socjalnego, abyśmy mogły sobie zrobić coś ciepłego do picia. 
Ponieważ pierwsi finiszujący biegacze spodziewani byli około godziny 11:30, trzeba było powoli zacząć szykować stanowisko działania. Ja rozkładałam medale na stole(te z czarną tasiemką dla maratonu, z niebieską - dla półmaratonu), pozostali nosili i ustawiali baniaki z wodą do picia. Tymczasem pogoda zaczęła się nieco wypogadzać. Słońce jeszcze nas nie uraczało swoją obecnością, ale słupek temperatury odczuwalnie wznosił się w górę. No i nie padało.
Zgodnie z przewidywaniami pierwsi biegacze pojawili się na mecie około godziny 11:30. Kolejna godzina była jeszcze w miarę spokojna, startujący wbiegali na metę od czasu do czasu. Dopiero w okolicach godziny 12:30 zaczęli się pojawiać bardziej tłumnie, a nawet wbiegać po kilkoro naraz. Trzeba było być przy tym w miarę uważnym i patrzeć na numery startowe, ponieważ ich numer mówił nam, na jakim dystansie biegli.
A żebyście nie myśleli, że na mecie było tak zupełnie nudno, to opowiem Wam anegdotkę. Jeden z punktów odżywczych (na trasie były 3 punkty regeneracyjne, na których biegacze mogli coś zjeść i czegoś się napić) usytuowany był na Górze Żar, oddalonym o ok. 7 km. od mety. Jego koordynatorem  był Baca, który wybrał się na niego z Polą. Tylko że w pewnym momencie ten pies puścił się w pogoń za jakimś biegaczem i wraz z nim dotarł do nas. Patrzymy - biegnie typowo bacowy piec, ale bez właściciela. Dzwonimy więc do Bacy (jak myślicie, kto z ludzi miał jako jedyny do niego numer?) i pytamy się, czy mu czasem pies nie czmychnął. On oczywiście nawet się nie spostrzegł(katarek, nawał biegaczy na punkcie?), ale stwierdził, że faktycznie, nie widzi nigdzie Poli. No, ale pies nie może na mecie tak sobie stać, zwłaszcza że Baca miał go dopiero od trzech tygodni i jeszcze do końca nie wiedział, czego się po nim spodziewać. Poszli więc do obecnych tam strażaków i pożyczyli od nich linkę holowniczą, na którą przywiązali do barierek biedne zwierzę.
Pola :)
Ostatni biegacze dotarli do Porąbki po godzinie 18:00. Po drodze mijali między innymi takie zapierające dech w piersiach widoki.
Po rozdaniu nagród dla najlepszych biegaczy wraz z kierującymi ruchem drogowym podczas biegu wróciłam do budynku OSP.
W niedzielę odbył się ostatni z biegów Trasą Wołowskich Pasterzy, w którym brał udział również Baca. Wraz z Żoną Fotografa pojechałam do Czernichowa, gdzie miałyśmy stać na tamtejszym punkcie odżywczym. Na miejscu już znajdowały się osoby, które tam mieszkały i już zaczęli rozkładać wszystkie rzeczy. Wśród nich była jedna pani, która pamiętała mnie z zeszłorocznej edycji, a w szczególności zapamiętała mój bieg na Czupel. 
Nasz punkt odżywczy w Czernichowie
Tuż obok znajdował się kościół i tak sobie myślę, że gdybyśmy przybyli na miejsce ciut wcześniej, to jeszcze zdążyłabym na Mszę świętą. 
Na punkcie miałam zadanie stać na skrzyżowaniu znajdującym się jakieś 150 metrów wcześniej i informować biegaczy, w którą stronę mają biec. A przy okazji przepuszczałam (albo i nie, w zależności od sytuacji) samochody wyjeżdżające z bocznej ulicy (względnie wjeżdżające w nią). Tutaj poszło w miarę szybko - był to 10 z 17 kilometrów trasy, biegacze na pokonanie całości mieli 4 godziny (od startu o godzinie 9:30 z Placu św. Ambrożego), więc u nas byli w okolicach 11 godziny. Wszyscy minęli ten punkt w ok. 45 minut, po czym mogliśmy dosłownie się zwijać. Przy okazji wyszedł do nas ksiądz z wspomnianego kościoła i przyniósł nam ciepłą herbatę w termosie i szklanki. No, bardziej byśmy się spodziewali "kazania" na temat zakłócania mu Mszy świętej, ale nie, on okazał swoją wyrozumiałość. A nawet ubolewał nad tym, że sam nie mógł wystartować w biegu, a my marzniemy na tym wietrze.
Po zwinięciu punktu wróciliśmy się do Międzybrodzia Bialskiego, gdzie coraz więcej osób kończyło swój bieg. Wśród nich wypatrywałam Bacy, który biegł ten dystans z Polą. A raczej próbował biec, bo to było tak, że Baca w prawo, Pola w lewo, Pola w prawo, Baca w lewo. Myślałam, że padnę ze śmiechu, kiedy to zobaczyłam na naszym punkcie. A mówiłam mu, żeby biegł z nią na smyczy, to się mnie nie słuchało... Na szczęście dobiegli na metę cali i zdrowi. Jedno jest pewne, musi sobie ją wyszkolić.
Dobrze mi było na tej imprezie tworzonej przez prawdziwych pasjonatów górskiego biegania, którzy poniekąd zarazili nim i mnie. Z wieloma wolontariuszami znamy się czy to z poprzedniej edycji festiwalu, czy z Górskiego Biegu Frassatiego, czy też z Biegu Zbója. Z niektórymi nasza znajomość wykracza poza wolontariat. I już nie mogę doczekać się kolejnych jej edycji.
Z Ciastkiem, który sam poprosił mnie do zdjęcia

piątek, 7 października 2022

1478. Jeżeli mamy wspomnienie Matki Bożej Różańcowej, to dowiedzmy się czegoś o kolekcji różańców na Jasnej Górze

Październik to w tradycji katolickiej miesiąc szczególnie poświęcony na modlitwę różańcową. Praktycznie w każdym kościele, a nawet i przy przydrożnych kapliczkach, odprawiane są specjalne nabożeństwa, podczas których jest on odmawiany. I chociaż dla niewierzących może się to wydawać dziwne, a nawet mogą podciągać to wręcz pod jakieś czary-mary czy zabobony, to jednak na ulicach i w kościelnych ławkach nie brakuje wiernych, którzy go odmawiają. 

Także i ja zazwyczaj(nie tylko w miesiącu październiku) mam w kieszeni różaniec, który odmawiam sobie w wolnej chwili. Wiecie co zauważyłam? Że w dzisiejszych czasach nikogo nie dziwi to, że ktoś idzie chodnikiem z nosem w smartfonie, ale jeżeli już trzyma w dłoni różaniec - i owszem. Najbardziej jednak lubię odmawiać różaniec w większej grupie, zwłaszcza jeżeli towarzyszy mu rozważanie tajemnic. Jak się jednak możecie domyślić, nie zawsze jest na to czas. Dlatego tak bardzo cenię sobie to, że różaniec(tak jak i Koronkę do Bożego Miłosierdzia) można też odmówić indywidualnie.

Dzisiaj zaś obchodzone jest w Kościele wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. Tak się zastanawiałam o czym Wam dzisiaj napisać. Aż wreszcie przypomniałam sobie o mini atrykuliku na temat różańców, które są przechowywane w jasnogórskim skarbcu. Mam wrażenie, że doskonale się on wpisuje w tematykę dzisiejszego dnia.

Zrobione z chleba lub drogocennych kamieni - niezwykłe różańce zgromadzone na Jasnej Górze

Miłość wiernych do modlitwy różańcowej jest niekwestionowana. O mocy i zwycięstwie ludzkiego ducha nad ciemnościami zła dzięki tej modlitwie świadczą pozostawione na Jasnej Górze wota. Przypominają też, że różaniec był w rękach papieży, królów, polityków, artystów, przedstawicieli różnych stanów i zawodów oraz ludzi różnych czasów.

Wśród królewskich darów w jasnogórskim skarbku znajduje się m.in. różaniec Stefana Batorego, który został wykonany z jaspisu i złota oraz Jana III Sobieskiego. Uwagę może przyciągać kunsztowne wykonanie różańca królowej Bony, czy też kryształowy różaniec, który ofiarowała żona króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, królowa Eleonora. Tuż obok można zobaczyć wspaniałe różańce różnych dostojników i mężów stanu, które zostały wykonane z kamieni półszlachetnych oraz metali szlachetnych. Historyczną wymowę ma niewątpliwie różaniec należący do Ojca Augustyna Kordeckiego - przeora i obrońcy Jasnej Góry.
W zbiorach nie brakuje także różańców, które zostały ofiarowane przez papieży, jako wyraz więzi Stolicy Apostolskiej z Jasną Górą. Wśród nich znajduje się chociażby różaniec papieża Piusa VI (pontyfikat w latach 1775-1779), różaniec Pawła VI przekazany Sanktuarium za pośrednictwem kardynała Andrzeja Deskura, czy też trzy części różańca Jana Pawła II (jedna z pereł, dwie z bursztynu) złożone przed Cudownym Obrazem po Mszy w czasie trzeciej pielgrzymki do Polski w dniu 13 VI 1987 r.

Szczególną wymowę mają wota złożone przez więźniów politycznych, obozów zagłady oraz miejsc kaźni, którzy w różańcu znajdowali siłę do znoszenia wszelkich udręk i tortur. Obozowe różańce najczęściej zostały wykonane z pestek po owocach, wełny, zwykłego sznurka, a nade wszystko z "najdroższego kruszca", tj. z głodowych racji czarnego chleba. Różańce wykonane z chleba obozowego przekazali więźniowie z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu oraz więźniarki z obozu w Ravensbrucku. Jeden z nich można zobaczyć w jasnogórskim Muzeum 600-lecia.
Jeden z pielgrzymów przekazując jako swoje wotum różaniec wykonany z pestek owoców, złożył następujące świadectwo: "Ofiaruję Matce Bożej Częstochowskiej jako wotum dziękczynne - różaniec z pestek, który od 1900 roku był obroną w rozmaitych niebezpieczeństwach i przewodnikiem życia. Byłem z tym różańcem od 1941 do 1943 na Syberii"(19 X 1950)
Dziesięcioletni mistrz Polski w boksie, Franciszek Szymura, złożył Matce Bożej Jasnogórskiej różaniec, który został zrobiony ze sznurka i przywieziony z obozu jeńców polskich w Brzegu nad Odrą w 1942 r.
Jednym z najbardziej wymownych wotów jest dar byłych więźniów z hitlerowskiego obozu zagłady w Gusen. Kiedy jeden ze schwytanych na modlitwie kapłanów został pobity na śmierć, poruszeni tym współwięźniowie utworzyli tzw. "Żywy Różaniec". Każdy z jego uczestników zobowiązał się codziennie odmawiać jedną cząstkę różańca i zachęcać innych do jego odmawiania. Po powrocie do kraju więźniowie obiecali złożyć na Jasnej Górze wotum dziękczynne w postaci symbolicznego różańca. Więźniowie hiszpańscy, którzy pracowali w grupie robotniczej obróbki kamienia wykonali w 1943 r. kostki granitowe o wielkości 1 cm3. W każdej z nich wywiercono otwór, w który złożono prochy zamordowanych i spalonych w krematoriach więźniów. Następnie zostały one zagipsowane i pomalowane na czarny kolor z białymi kropkami, które imitowały kostki do gry. W ten sposób powstała pierwsza część różańca. Drugą wykonano w podobny sposób z kawałka drewna odłamanego z obozowej szubienicy. W nich również znalazły się prochy więźniów spalonych w krematorium. W 1944 r. po złamaniu się frontu wschodniego i odwrocie wojsk niemieckich, postanowiono wykonać trzecią część różańca. Wykorzystano do tego kawałek plastikowej szyby amerykańskiego samolotu, który został zestrzelony i umieszczając w kostkach prochy bestialsko zamordowanych żołnierzy lotników, którzy nieśli więźniom wolność. Wierni ślubom więźniowie, z zebranych i ocalonych kostek granitowych złożyli pierwszą część radosną różańca. Wykonano nowe ziarenka różańca ze srebra, w których zostały umieszczone kostki, będące zarazem urnami.

Ofiarowane przez pielgrzymów różańce można zobaczyć w Kaplicy Matki Bożej. Są one znakiem nieustannej modlitwy zanoszonej do Boga oraz miłości do Maryi.

źródło: https://stacja7.pl/z-kraju/zrobione-z-chleba-czy-drogocennych-kamieni-niezwykle-rozance-na-jasnej-gorze/?fbclid=IwAR2B5lSJ3TirO00i016lcgnMKp7903hPJIP9yxq97X6uWrIolW1_69na-VE

Czy któryś ze wspomnianych różańców szczególnie Was zaciekawił?