O mamusiu, ależ mam zaległości i w wpisach i w komentarzach, co ja piszę "w komentarzach" - w odwiedzinach na Waszych blogach. A przecież bywały lata, podczas których miałam jeszcze bardziej zafiksowany plan dnia(jak choćby podczas dojeżdżania na studia w Krakowie) i wydaje mi się, że byłam bardziej zorganizowana. No, ale jednocześnie miałam też mniej blogów do ogarnięcia. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że w wolnych chwilach staram się wszystko nadrobić.
Ostatni weekend września, podobnie jak to było przed rokiem, wiązał się dla mnie z wyjazdem na odbywający się na terenie gminy Porąbka "Festiwal Trzech Jezior", podczas którego byłam wolontariuszem. Pochwalę się tutaj, że organizator sam do mnie pisał, czy może liczyć na moją pomoc. Oczywiście, na moją zawsze! Chociażby kosztem niepojechania na GrandPrix tegorocznej Rundy Paralekkoatletycznej. A dodatkowo miałam okazję ponownie zmierzyć się z biegiem na Czupel (najwyższy szczyt Beskidu Małego, ok. 3,5 km. dosyć stromego podejścia pod górę z Międzybrodzia Bialskiego), w którym mogli wziąć udział również wolontariusze.
Jak pamiętacie(a jeżeli nie, to odsyłam Was do >>
TEGO<< wpisu), już rok temu miałam okazję zmierzyć się z tym szczytem. I to w dodatku w 31 urodziny. Czas w jakim tego dokonałam był poniżej krytyki(nawet nie zmieściłam się w limicie 90 minut, ale na osłodę medal dostałam), co nie oznacza, że się zniechęciłam. Nawet z poznanym wtedy Bacą zrobiliśmy sobie wyzwanie - ja w tym roku miałam zmieścić się w limicie(czyli pobiec o jakieś 10 minut szybciej), a on miał poprawić swój o 3 minuty. A żeby moje założenie było jeszcze bardziej realne, to kupiliśmy
buty do biegania typowo po górach. Paradoks sytuacyjny polegał na tym, że Baca ma góry za oknem i może sobie po nich biegać do woli, ja bardziej trenowałam na płaskim terenie, choć nie ukrywam, że kilkakrotnie wbiegłam na naszą miejską Górkę Gołonowską, na której znajduje się sanktuarium św. Antoniego z Padwy.
W tym roku Czupel Vertical otwierał cały festiwal biegowy. Start, podobnie jak przed rokiem, odbywał się z Placu św. Ambrożego w Międzybrodziu Bialskim. Startowaliśmy według list, co 10 sekund. Wcześniej jednak trzeba było udać się do hotelu, aby odebrać swój pakiet startowy, w skład którego wchodził m.in. numer startowy. A numer startowy - ważna rzecz, bo na nim znajduje się czip z pomiarem czasu. Teraz wystarczyło się przebrać i udać na start. Na Placu dosyć szybko zlokalizowałam Bacę, który też startował. W dodatku nie sam, a ze swoim nowym nabytkiem w inwentarzu, czyli suczką imieniem Pola. Tak się złożyło, że według nazwisk powinniśmy startować po sobie, ale Baca postanowił spróbować wystartować wcześniej, aby po dotarciu na szczyt i zrobieniu swojego czasu, zejść z niego i mnie jakoś supportować, podobnie jak rok temu. Tak też się stało, a mnie miał w biegu wspierać debiutujący Pączuś, oczywiście tak długo, jak zbiegający Baca nie pojawi się na horyzoncie.
 |
| Przekrój trasy biegu Czupel Vernical |
Mój start rozpoczął się niewiele przed godziną 17:00. Tuż przede mną wystartował Pączuś, który już za pierwszym zakrętem postanowił na mnie czekać. Dalszą trasę, przynajmniej przez pierwsze 1,75 km. pokonywaliśmy razem. Tam gdzie się dało - biegłam, gdzie się nie dało(bo było zbyt stromo) - szybko szłam. Ogólnie wychodziłam z założenia, że warto iść, ale iść do przodu, niż stać. Jedynymi momentami, podczas których mogłam sobie pozwolić na stanie, był łyk wody mineralnej. Ale z drugiej strony picie w ruchu mogłoby się dla mnie różnie skończyć.
Gdzieś po przebiegnięciu niecałej połowy trasy w oddali zamajaczyła nam charakterystyczna sylwetka Poli, a za nią zmierzał Baca. Był on szczerze zaskoczony tym, że dotarliśmy już tak daleko. No fakt, nawet ja czułam różnicę trasy w porównaniu z poprzednim rokiem. Oczywiście w sensie, że przebyłam jej znacznie więcej. Od tego momentu ja pokonywałam trasę w towarzystwie Bacy, a Pączuś - Poli (dalej zastanawiam się kto kogo ciągnął w tym drugim duecie). Po drodze mijaliśmy biegaczy, którzy dobiegli na metę i z medalami na szyjach schodzili w dół.
Wkrótce meta stała się i moim udziałem. A kiedy zobaczyłam charakterystyczne chorągiewki wiedziałam już, że osiągnęłam zamierzony cel. I wcale nie byłam ostatnia - za mną biegł Pączuś(ten człowiek za mną na poniższym zdjęciu to Baca), a za Pączusiem jeszcze jakiś mężczyzna.
Nie znałam swojego dokładnego wyniku, wstępnie jednak wiedziałam, że był całkiem niezły (Baca po drodze kilka razy spojrzał na swój zegarek). Nawet człowiek od pomiaru czasu przyznał, że pobiegłam dużo lepiej, niż w zeszłym roku. Tego, że poprawiłam swój czas o 31 minut(!!!) dowiedziałam się od Bacy na następny dzień. Tak to jest, kiedy człowiek jeszcze korzysta z prehistorycznych telefonów bez dostępu do internetu i innych bajerów - musi polegać na życzliwości innych. Tylko trochę szkoda, że Baca nie poprawił swojego czasu, no ale katarek potrafi pokrzyżować plany niejednemu mężczyźnie.
 |
| No i mamy upragniony szczyt/metę! |
Na przyszły rok mamy nowe wyzwanie - zejść poniżej 1 godziny.
Nazajutrz stałam na mecie biegu na 25 oraz 46 km., która usytuowana była w Porąbce. Na szczęście organizator zapewnił przyjezdnym wolontariuszom, tak jak rok temu, nocleg w pokojach budynku OSP. Dodatkowo w tym roku dostawaliśmy śniadania, co jeszcze bardziej ułatwiło nam pracę.
Rok temu na metę w Porąbce dojechałam komunikacją podmiejską. Tym razem na miejsce dojechałam z innymi wolontariuszami samochodem. Ponieważ jeszcze mieliśmy trochę czasu do rozpoczęcia działalności strefy mety(nawet medale były zamknięte na cztery spusty), a na zewnątrz było dosyć zimno, schroniłyśmy się z Żoną Fotografa w budynku miejscowego OSiRu. Przynajmniej nie wiało. Po godzinie 9:00 przyszedł kierownik budynku i nie dość, że otworzył nam kanciapę z pudłem z medalami, to jeszcze zabrał nas do pokoju socjalnego, abyśmy mogły sobie zrobić coś ciepłego do picia.
Ponieważ pierwsi finiszujący biegacze spodziewani byli około godziny 11:30, trzeba było powoli zacząć szykować stanowisko działania. Ja rozkładałam medale na stole(te z czarną tasiemką dla maratonu, z niebieską - dla półmaratonu), pozostali nosili i ustawiali baniaki z wodą do picia. Tymczasem pogoda zaczęła się nieco wypogadzać. Słońce jeszcze nas nie uraczało swoją obecnością, ale słupek temperatury odczuwalnie wznosił się w górę. No i nie padało.
Zgodnie z przewidywaniami pierwsi biegacze pojawili się na mecie około godziny 11:30. Kolejna godzina była jeszcze w miarę spokojna, startujący wbiegali na metę od czasu do czasu. Dopiero w okolicach godziny 12:30 zaczęli się pojawiać bardziej tłumnie, a nawet wbiegać po kilkoro naraz. Trzeba było być przy tym w miarę uważnym i patrzeć na numery startowe, ponieważ ich numer mówił nam, na jakim dystansie biegli.

A żebyście nie myśleli, że na mecie było tak zupełnie nudno, to opowiem Wam anegdotkę. Jeden z punktów odżywczych (na trasie były 3 punkty regeneracyjne, na których biegacze mogli coś zjeść i czegoś się napić) usytuowany był na Górze Żar, oddalonym o ok. 7 km. od mety. Jego koordynatorem był Baca, który wybrał się na niego z Polą. Tylko że w pewnym momencie ten pies puścił się w pogoń za jakimś biegaczem i wraz z nim dotarł do nas. Patrzymy - biegnie typowo bacowy piec, ale bez właściciela. Dzwonimy więc do Bacy (jak myślicie, kto z ludzi miał jako jedyny do niego numer?) i pytamy się, czy mu czasem pies nie czmychnął. On oczywiście nawet się nie spostrzegł(katarek, nawał biegaczy na punkcie?), ale stwierdził, że faktycznie, nie widzi nigdzie Poli. No, ale pies nie może na mecie tak sobie stać, zwłaszcza że Baca miał go dopiero od trzech tygodni i jeszcze do końca nie wiedział, czego się po nim spodziewać. Poszli więc do obecnych tam strażaków i pożyczyli od nich linkę holowniczą, na którą przywiązali do barierek biedne zwierzę.
 |
| Pola :) |
Ostatni biegacze dotarli do Porąbki po godzinie 18:00. Po drodze mijali między innymi takie zapierające dech w piersiach widoki.
Po rozdaniu nagród dla najlepszych biegaczy wraz z kierującymi ruchem drogowym podczas biegu wróciłam do budynku OSP.
W niedzielę odbył się ostatni z biegów Trasą Wołowskich Pasterzy, w którym brał udział również Baca. Wraz z Żoną Fotografa pojechałam do Czernichowa, gdzie miałyśmy stać na tamtejszym punkcie odżywczym. Na miejscu już znajdowały się osoby, które tam mieszkały i już zaczęli rozkładać wszystkie rzeczy. Wśród nich była jedna pani, która pamiętała mnie z zeszłorocznej edycji, a w szczególności zapamiętała mój bieg na Czupel.
 |
| Nasz punkt odżywczy w Czernichowie |
Tuż obok znajdował się kościół i tak sobie myślę, że gdybyśmy przybyli na miejsce ciut wcześniej, to jeszcze zdążyłabym na Mszę świętą.
Na punkcie miałam zadanie stać na skrzyżowaniu znajdującym się jakieś 150 metrów wcześniej i informować biegaczy, w którą stronę mają biec. A przy okazji przepuszczałam (albo i nie, w zależności od sytuacji) samochody wyjeżdżające z bocznej ulicy (względnie wjeżdżające w nią). Tutaj poszło w miarę szybko - był to 10 z 17 kilometrów trasy, biegacze na pokonanie całości mieli 4 godziny (od startu o godzinie 9:30 z Placu św. Ambrożego), więc u nas byli w okolicach 11 godziny. Wszyscy minęli ten punkt w ok. 45 minut, po czym mogliśmy dosłownie się zwijać. Przy okazji wyszedł do nas ksiądz z wspomnianego kościoła i przyniósł nam ciepłą herbatę w termosie i szklanki. No, bardziej byśmy się spodziewali "kazania" na temat zakłócania mu Mszy świętej, ale nie, on okazał swoją wyrozumiałość. A nawet ubolewał nad tym, że sam nie mógł wystartować w biegu, a my marzniemy na tym wietrze.
Po zwinięciu punktu wróciliśmy się do Międzybrodzia Bialskiego, gdzie coraz więcej osób kończyło swój bieg. Wśród nich wypatrywałam Bacy, który biegł ten dystans z Polą. A raczej próbował biec, bo to było tak, że Baca w prawo, Pola w lewo, Pola w prawo, Baca w lewo. Myślałam, że padnę ze śmiechu, kiedy to zobaczyłam na naszym punkcie. A mówiłam mu, żeby biegł z nią na smyczy, to się mnie nie słuchało... Na szczęście dobiegli na metę cali i zdrowi. Jedno jest pewne, musi sobie ją wyszkolić.
Dobrze mi było na tej imprezie tworzonej przez prawdziwych pasjonatów górskiego biegania, którzy poniekąd zarazili nim i mnie. Z wieloma wolontariuszami znamy się czy to z poprzedniej edycji festiwalu, czy z Górskiego Biegu Frassatiego, czy też z Biegu Zbója. Z niektórymi nasza znajomość wykracza poza wolontariat. I już nie mogę doczekać się kolejnych jej edycji.
 |
| Z Ciastkiem, który sam poprosił mnie do zdjęcia |