Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 31 grudnia 2025

2298. "To był rok dobry rok, Z żalem dziś żegnam go" (Czerwone Gitary, "Mija rok")

Dobiegł końca dobry rok 2025. Dobry, chociaż przyniósł wraz z sobą i trudne chwile, pełne łez, goryczy i pytań "dlaczego?", które najczęściej pozostawały bez odpowiedzi. Te trudne chwile niosły jednak za sobą pewną naukę na przyszłość, te dobre były ukojeniem tych pierwszych. To był też kolejny rok wędrówki w głąb samego siebie, pogłębiania swojej wiedzy, wiary, zawiązywania nowych znajomości, pielęgnowania dotychczasowych, poznawania nowych miejsc, rozwoju kompetencji. Rok niezwykłej kanonizacji Pier Giorgia Frassatiego i Carla Acutisa. Właściwie cały przypadł na ogłoszony przez papieża Franciszka "Rok Jubileuszowy" upływający pod hasłem "Pielgrzymi nadziei". I takim pielgrzymem nadziei starałam się być, chociaż nie zawsze mi to wychodziło tak, jakbym chciała, a często wręcz inni ludzie próbowali tą nadzieję we mnie zgasić, zapominając, że to ona umiera ostatnia.
Na początek chciałabym Was zabrać na dwunastoodcinkową podróż przez poszczególne miesiące tego mijającego, 2025 roku i wydarzenia, które wówczas miały miejsce.
W styczniu pierwszy raz miałam przyjemność oglądać widowisko przygotowane przez dziady żywieckie na rynku w Katowicach. Właściwie przypadkowo, dlatego cieszę się, że tego dnia wzięłam ze sobą mój aparat kompaktowy.
Lutowe półkolonie salezjańskie były niejako powrotem do korzeni mojej "kariery" w Oratorium. W tym roku na szczęście wypadły one po sesji egzaminacyjnej, dzięki czemu nie musiałam wybierać egzamin albo opieka nad dzieciakami.
Marzec to w dużej mierze czas Wielkiego Postu. W tym roku otrzymałam zadanie przygotowania dwóch wersji rozważań Dróg Krzyżowych dla dwóch roczników kandydatów do bierzmowania. Niemal natychmiast zdecydowałam, że jedna wersja będzie się opierała na cytatach Carla Acutisa, a druga na listach Pier Giorgia Frassatiego. Z powodu braku czasu część tekstów powstała w przerwach pomiędzy zajęciami na uczelni.
A z tak sympatyczną ekipą maszerowaliśmy w kwietniu 45 km w ramach Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Nogi bolały, ale dałam radę
Majowy wybór papieża Leona XIV zastał nas podczas cotygodniowego spotkania grupy "Piekarnik" z Duszpasterstwa Akademickiego. O wybraniu papieża usłyszeliśmy podczas Mszy świętej, jego wyjście na balkon oglądaliśmy w siedzibie Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego, a świętowaliśmy w naszym skromnym gmachu DA (jakby co to te kolory miały nawiązywać do kolorów papieskich).
W czerwcu, w związku ze zbliżającą się kanonizacją Pier Giorgia Frassatiego do Polski przybyła trumna z jego relikwiami oraz czekan za pomocą którego zdobywał szczyty górskie.
W lipcu zupełnie przypadkowo znalazłam się na wyjeździe wakacyjnym dwóch wspólnot "Wiara i Światło" w charakterze wizytatora. Chociaż na tym z Jaworzna byłam tylko dwa dni, to udało mi się wstać skoro świt i w tak pięknych okolicznościach przyrody zmówić jutrznię.
Początek sierpnia to obchody Jubileuszu Młodych w Rzymie i spotkanie z nowym papieżem, Leonem XIV. Pierwszy raz miałam okazję być w sektorze dla niepełnosprawnych, dzięki czemu uniknęłam ścisku i wszystko dobrze widziałam.
Wielka radość "Towarzystwa Ciemnych Typów" - wrześniowa kanonizacja Pier Gorgia Frassatiego (oraz Carla Acutisa) w takim towarzystwie była niezwykłym przeżyciem. Kiedy rok wcześniej oficjalnie dołączyłam do Towarzystwa, nawet nie przypuszczałam, że dane mi będzie w niej uczestniczyć. Cieszy mnie też to, że wzięłam w niej udział jeszcze zanim rozpoczęły się moje problemy zdrowotne. Dzięki temu mogłam się nią cieszyć pomimo trudnych chwil
Październik był dla mnie trudnym miesiącem - dużo w nim było pobytów w szpitalach. W międzyczasie udało mi się wziąć udział w wolontariacie podczas drugiej edycji Strefy Młodych w Sosnowcu. Najlepsze jest to, że już niemal następnego dnia wylądowałam na szpitalnym SORze z ostrym bólem brzucha i gorączką. Bóg chyba jednak mnie lubi - wszak mogło mi się to przydarzyć dzień wcześniej i wtedy byłby problem
W listopadzie wraz ze znajomymi z Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży miałam okazję pomagać w organizacji pierwszej edycji Forum Mosty w Warszawie. Była to miła odskocznia od codzienności, która coraz częściej opierała się na wizytach w szpitalach oraz u różnych lekarzy, w celu diagnozowania moich problemów zdrowotnych
Roraty w grudniu to już taka mała tradycja. W tym roku było ambitnie, bo na te wieczorne dojeżdżałam od 55 do 75 minut (planowo). A skoro ich tematyka dotyczyła papieża Leona, to w wolnych chwilach wykonałam ok 80 figurek takich jak powyżej. 21 było jako pamiątka dla dzieci, które wylosowały na jeden dzień szopkę do domu. A reszta się rozeszła to tu, to tam...
W roku 2025 miało miejsce również wiele innych wydarzeń, które budowały moją tożsamość oraz wymiar wspólnoty.
Spotkanie opłatkowe w Duszpasterstwie Akademickim było szansą do spotkania całej jego społeczności - i studentów, i wykładowców. Ok 150 osób robiło wrażenie...
Działalność w Samorządzie Studenckim, chociaż zapowiadała się obiecująco i dawała wiele nadziei, okazała się finalnie niewypałem.
Działalność w wolontariacie to szansa do pogłębiania dotychczasowych znajomości i zawierania nowych.
Cotygodniowe spotkania grupy "Piekarnik" działającej w ramach Duszpasterstwa Akademickiego budowało i umacniało moją wiarę.
Na Targach Kół Naukowych miałam okazję wraz z innymi promować nasze Koło Teologiczne.
Śmierć papieża Franciszka wywołała we mnie niepohamowany smutek, gdyż bardzo go lubiłam i ceniłam.
W tym roku miałam okazję też po raz drugi odwiedzić Sejm w ramach wycieczki z uczelni. Z Archaniołem zastanawialiśmy się, czy warto zostać posłem, czy może raczej sobie odpuścić...
Majowa pielgrzymka prowincji południowej wspólnoty "Wiara i Światło do Rychwałdu pozwolił mi nie tylko poznać wiele wartościowych osób, ale też zapoznać się ze specyfiką jej funkcjonowania. Był to zaczątek mojej drogi w dwóch wspólnotach - od października w J-nie, a od grudnia w Wadowicach.
Wypad z przyjaciółmi na Magurkę pozwolił mi się nieco odstresować przed czekającą mnie kilka dni później obroną tytułu magistra Nauk o Rodzinie. W 2026 roku musimy powtórzyć ten wyczyn.
Czerwcowa wycieczka Oratorium do moich rodzinnych Wadowic pozwoliła mi wykazać się jako przewodnik po tym mieście. Ja zaś miałam okazję pokazać innym ich piękno z mojej perspektywy. Byliście kiedyś w tamtejszym ogrodzie na tyłach kościoła św. Piotra na Skarpie? Nie? No to Zapraszam
Przed wylotem na Jubileusz Młodych w Rzymie udało mi się wziąć udział w comiesięcznej Drodze Krzyżowej w Wał-Rudzie.
W życiu bym nie przypuszczała, że dam radę przejść 130 km w sześć dni w drodze do Częstochowy. Udało mi się to w dwa dni po powrocie z Jubileuszu Młodych w Rzymie. Doskonała ekipa z sosnowieckiego Oratorium sprawiła, że droga upłynęła mi stosunkowo szybko i sprawnie. Za rok powtarzamy wyczyn.
Honorowo wzięłam też udział w odbywającej się dwa tygodnie później "Zagłębiowskiej Pielgrzymce".

Jubileuszowy rok 2025 zbiegł się w czasie z peregrynacją obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w mojej diecezji. Poniżej widać piękny moment, jak biskup Artur Ważny składa pocałunek na kopii ikony Czarnej Madonny na granicy diecezji, symbolicznie witając ją w jej progach.
Peregrynacja obrazu Jasnogórskiej Pani wiązała się z pięknymi nabożeństwami Jubileuszowymi w Kościołach Jubileuszowych naszej diecezji. Nauki wygłaszał biskup Ważny. Miałam przyjemność i możliwość brania udziału w czterech takich nabożeństwach i z każdego z nich wyniosłam coś dla siebie.
Jak widać na poniższym zdjęciu, entuzjastów rorat odprawianych przy świecach o godzinie 6:30 nie brakuje. Nie zawsze było łatwo wstać około godziny 4.30 nad ranem, aby zdążyć na czas, jednak, ku mojemu zaskoczeniu, tylko raz zaliczyłam spóźnienie. W tym roku roratom akademickim towarzyszyły postacie dwunastu apostołów.
Tuż przed drugą obroną ponownie udało mi się wyrwać w góry. Tym razem na Błatnią. Dzięki temu i odetchnęłam i zresetowałam myśli. A, co najważniejsze, nie wpłynęło to na moją obronę pracy magisterskiej z pedagogiki i już kilka dni później cieszyłam się z tego tytułu.
Biskup mojej diecezji jest dobrym przyjacielem opiekuna Duszpasterstwa Akademickiego i dał się zaprosić na ostatnią niedzielną Mszę świętą w adwencie. A po niej przyszła pora na pamiątkowe zdjęcie. Czy kogoś z Was dziwi fakt, że stoję tuż obok niego?
Miniony rok był raczej udany czytelniczo - 92 książki. Owszem, wiele z nich było naukowych, a więc raczej wymuszonych, ale znalazły się też takie, które wzruszyły mnie do łez, a nawet wywołały salwy śmiechu. Inne, chociażby "Wyznania" św. Augustyna poruszyły mną do głębi i skłoniły do refleksji nad swoim życiem. Przy okazji pozwoliłam sobie zgapić od Uleńki z "Nie tylko kartki" ciekawą zabawę zatytułowaną "Dzień z książką". Polega ona na wstawieniu w puste miejsca w tekście tytułów przeczytanych książek tak, aby jak najbardziej pasowały. Zabawę miałam przednią, a efekt końcowy możecie przeczytać poniżej.
Zaczęłam dzień z "Chłopcem w pasiastej piżamie". W drodze do pracy zobaczyłam "100 największych cudów cywilizacji" i przeszłam obok "Heretyka", żeby uniknąć "Wyznań" ale oczywiście zatrzymałam się przy "Ogrodzie Leoty". W biurze szef powiedział: "Nie głaskać kota pod włos" i zlecił mi zbadanie "Dziennika duszy". W czasie obiadu z "Judaszem" zauważyłam "Mojego pięknego syna" pod "Płonącym wieżowcem". Potem wróciłam do swojego biurka. Następnie, w drodze do domu, kupiłam "333 popkulturowe rzeczy" ponieważ mam "Światło, którego nie widać". Przygotowując się do snu wzięłam "Kwiaty dla Algernona" i uczyłam się "Historii filozofii", zanim powiedziałam dobranoc "Cieniowi Smoka".

Na koniec roku pozwoliłam sobie wylosować mojego patrona na 2026 rok. W zeszłym roku był to św. Dominik Savio, w tym roku z kolei przypadła mi św. Mikołaj z Miry. Czyżby to oznaczało, że mam ofiarowywać innym drobne podarunki?

Niestety, miniony rok zweryfikował też niektóre znajomości, także te internetowe. Na jednej szczególnie się zawiodłam i nie wiem, czy już odzyskam zaufanie do tej osoby. Zawsze myślałam, że jeżeli ktoś jest dla kogoś ważny, to w trudnych chwilach w jakiś sposób będzie się go wspierać. Nie mówię, że trzeba od razu jechać na drugi koniec świata, ale chociażby jakimś komentarzem, czy wiadomością na facebooku. Jasne, można nie mieć czasu tydzień, dwa, miesiąc. Ale dwa miesiące? I w tym czasie bez problemu znajdować czas na odwiedzanie innych? Jakoś też nie potrafiłabym u jednej osoby pisać o "braku czasu", a u drugiej, że "czas zawsze się znajdzie". Nie czułabym się fair wobec jednej i drugiej. Już bym wolała nic nie pisać. Takie odrzucenie i ignorancja przez osobę, którą się lubiło i w jakimś stopniu ufało i gotów się było poświęcić wszystko, kiedy to ona miała ciężkie dni w życiu, żeby po prostu ją wesprzeć boli najbardziej. Nie chcę jej oceniać, nie życzę jej źle, ale chyba coś się względem niej wypaliło. Już nawet nie ciągnie mnie na jej bloga, jak kiedyś. I nie dlatego, że nie mam czasu, ale ochoty.
Zdrowie mi się posypało, chroniczny stres zrobił swoje. Dość sporo czasu od września do grudnia spędziłam u lekarzach i w szpitalach. Nie jestem z tych, co biegną do lekarza z byle czym, ale skoro ból nie daje funkcjonować na co dzień, to raczej jest powód do niepokoju. Dlatego tak mnie w ostatnich miesiącach mniej było w blogosferze - i tutaj, i u Was. Dopiero teraz mam czas na powolne nadrobienie zaległości. Uzupełniam więc wpisy, ale też nadrabiam czytanie notatek u Was. Jednak w dalszym ciągu jestem osłabiona i po kilkunastu przeczytanych wpisach po prostu czuję się zmęczona. Przepraszam, że tak wyszło, przepraszam że ktoś poczuł się dotknięty brakiem zainteresowania z mojej strony. Ja jednak też powoli już się zużywam, także pod tym względem. Nie wiem, jaka będzie ostateczna diagnoza, mam nadzieję, że jak najbardziej pomyślna dla mnie. Wierzę jednak, że jakakolwiek by ona nie była, "Bóg pisze prosto po krzywych liniach naszego życia".
Problemy zdrowotne nie pozwoliły mi też sprawić przyjemności niektórym z Was. Kiedy robiłam wspomniane wyżej lwy na adwent, do głowy zaświtał mi pewien pomysł. Miałam nadzieję, że się uda. Jednak nawał zajęć (m.in. przygotowanie dwóch jasełek) sprawił, że nie dałam z nim rady. Bardzo chciałabym nadrobić to po Nowym Roku. Mam taką bardzo cichą nadzieję, że mi się to uda.

Na koniec tego wpisu chciałabym Wam życzyć, aby ten nowy, 2026 rok był dla Was życzliwy i hojny. Spełnienia wszystkich marzeń, tych wielkich i tych małych, schowanych w głębi serca. Znajomości trwałych i takich, których nie będziecie żałowali. Zdrowia, by było, a szczęście by się mnożyło. Niech to będzie dobry rok owocujący w piękne przeżycia, który będziecie wspominali z łezką w oku. Dziękuję Wam za obecność, za każdy pozostawiony komentarz i przepraszam, jeżeli coś z mojej strony było złego czy niestosownego.

wtorek, 30 grudnia 2025

2297. Uzależnienie od narkotyków oczami uzależnionego i współuzależnionego

Rok 2025 kończę przeczytaniem dwóch trudnych, ale jakże ważnych i istotnych pozycji opowiadających o uzależnieniu młodych osób od narkotyków - "Mój piękny syn" Davida Sheffa oraz "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem" jego syna, Nicka Sheffa. Temat dla mnie o tyle ważny, że wiele dzieciaków uczęszczających do świetlicy, w której pracuję, zmaga się z tym problemem. Wiadomo, jak widać, że są pod wpływem narkotyków, to nie mają wstępu na teren placówki z dwóch powodów: żeby nie zrobili krzywdy innym osobom oraz żeby nie wnosili negatywnych wzorców zachowania w ich życie. To jeden powód sięgnięcia po tego typu lekturę.
Drugi jest dla mnie dużo trudniejszy i bardziej osobisty. Otóż, zdaniem trenera, Młodsza jest utopiona w tym bagnie. Kiedy powiedział mi podczas ostatniego w roku treningu, że ona jest "uzależniona od alkoholu, od narkotyków, od seksu, od wszystkiego" aż mnie zmroziło i nie mogłam w to uwierzyć. Ale jak potem na spokojnie przeanalizowałam niektóre jej zachowania i akcje to pomyślałam, że coś w tym może i jest. Ogólnie o jej problemach z alkoholem wiedziałam od dawna, zazwyczaj na zawodach miałyśmy razem pokój i byłam świadkiem tego, co się działo po jej startach, a czasem i przed nimi. Mama Gaciocha, która zawsze jeździ z nami jako opiekun, kiedy startuje jej syn, zawsze po tych "akcjach" tylko mi współczuła. Kurcze, tyle razy rozmawiałam o tym z Młodszą, niejako ją moralizując, ale to na nic. Jednak w życiu bym nie powiedziała, że ma kłopoty z narkotykami, czy też z seksem. Było to dla mnie szokiem i jakoś nie mogę sobie z tym dać rady.
Lektura oby dwóch książek zajęła mi kilka dni. Dosłownie. Opowiada o uzależnieniu od nałogu z perspektywy uzależnionego ("Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem") i rodziców uzależnionego ("Mój piękny syn"), a obydwie narracje wzajemnie się przeplatają i uzupełniają. Tak samo znajdziemy w nich te same wątki, jak i zupełnie różne, sięgające do dzieciństwa Nicka (w narracji Davida), jak i do wewnętrznych przeżyć chłopaka (w narracji Nicka). Lektura "Na głodzie" dodatkowo uświadomiła mi, że to co mówił trener może być prawdą, bo uzależnienie od narkotyków niejednokrotnie idzie w parze z alkoholizmem oraz prostytucją w celu zdobycia kolejnej działki.
Tytuł: "Mój piękny syn"
Autor: Dawid Sheff
Wydawnictwo: Poradnia K
Warszawa 2019
Ilość stron: 446

Uzależnienie od narkotyków, czy też innych używek, jest niewątpliwie tragedią uzależnionego, ale też jego najbliższych, którzy z automatu stają się osobami współuzależnionymi. W przypadku dzieci z reguły są to ich rodzice. To oni najbardziej przeżywają dramat swoich dzieci i pomagają w długiej drodze wyjścia z nałogu. Jednym z takich rodziców jest David Sheff, ojciec Nicka, który sięgnął po narkotyki pierwszy raz w wieku dwunastu lat. Kiedy David z żoną, a macochą Nicka, dowiedzieli się, że Nic zmaga się z tego typu problemem, zaczęli szukać dla niego ratunku. Po latach postanowił podzielić się swoim doświadczeniem z innymi.
Było jak w bajce - kochająca żona, trójka udanych dzieci, piękny dom, wymarzone wakacje. Kiedy najstarszy syn Davida, Nick, poszedł do prestiżowej szkoły średniej, wszyscy byli z niego tacy dumni. Aż pewnego dnia rodzice zostali wezwani do gabinetu dyrektora placówki i powiadomieni, że u nastoletniego Nicka znaleziono narkotyki. Rozpoczęła się walka z czasem i z uzależnieniem chłopaka. Jednak kolejne ośrodki odwykowe i miłość nie zawsze są w stanie pokonać największe zło.
"Mój piękny syn" opowiada o bezinteresownej miłości ojca do uzależnionego syna. Takiej, która mogłaby wszystko pokonać. Widać, że David jest gotowy zrobić wszystko, aby pomóc Nickowi wygrać z nałogiem oraz wyjść na prostą. Jednocześnie stawia konkretne granice - martwi się, kiedy chłopak okrada ich dom czy też wyciąga ze skarbonki młodszego brata jego oszczędności oraz robi wszystko aby zabezpieczyć swój dom na tyle, żeby podobna sytuacja nie miała miejsca w przyszłości.

Tytuł: "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem"
Autor: Nic Sheff
Wydawnictwo: Poradnia K
Warszawa 2019
Ilość stron: 383

Problem uzależnienia od narkotyków dotyka coraz większej liczby młodych ludzi. Dzieciaki sięgają po nie żeby szybciej czegoś się nauczyć, zapomnieć, zaimponować, nie być gorszym. Nie zdają sobie jednak sprawy z tego, że po przysłowiowym pierwszym razie może być następny i następny i ciężko im będzie przerwać ten raz rozpoczęty cykl.
Nie inaczej było z Nickiem, narratorem w autobiograficznej książce "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem". Pierwszy raz po narkotyki sięgnął w wieku zaledwie dwunastu lat. To miał być jeden jedyny raz, z ciekawości. Jak można się domyśleć, na tym jednym razie się nie skończyło, nałóg coraz bardziej przejmował władzę nad życiem chłopaka, a on sam coraz bardziej i bardziej staczał się na jego dno.
Książka jest autentycznym zapisem problemów, z jakimi borykają się osoby uzależnione od narkotyków oraz przeżyć, które targają ich wnętrze. Nick wielokrotnie podkreśla, że on wielokrotnie chce zerwać z nałogiem, który zawładnął jego młodym życiem, jednak on jest on od niego silniejszy. W powieści doskonale widać jego wzloty i upadki, co pokazuje, że jej główny bohater nie jest superbohaterem, nawet nie próbuje się na takiego kreować. Jest za to człowiekiem z krwi i kości, który ma prawo do swoich zwątpień, słabości i błądzenia. W pewnym sensie w pewnym momencie zaczęłam mu nawet podświadomie kibicować, chociaż wiedziałam, jak cała historia się skończy (dlatego warto najpierw przeczytać "Na głodzie", a następnie "Mój piękny syn"). 

Nie chcę pisać, że po przeczytaniu obydwóch pozycji jestem mądrzejsza, bo to nieprawda. Mogłam jednak odnaleźć w nich punkty wspólne z tym, czego nauczyłam się na zajęciach zowiących się "Uzależnienia i współuzależnienia" na drugim stopniu Nauk o Rodzinie. Niestety, prowadzący skupił się bardziej (może nawet za bardzo) na alkoholizmie niż na innych uzależnieniach. Jak dla mnie to błąd, bo każde z nich w jakimś stopniu prowadzi do degeneracji organizmu człowieka nimi dotkniętymi.

Jest jeszcze film oparty o obydwie książki, również zatytułowany "Mój piękny syn". Bardzo chciałabym go obejrzeć i porównać z fabułą powieści. A może i włączę go kiedyś moim dzieciakom ze świetlicy środowiskowej. Skoro czytanie książek jest dla nich passe to może filmowy obraz do nich przemówi?

poniedziałek, 29 grudnia 2025

2296. Lucjan Czerny i Erwin Sówka - nowe sławy w katowickiej Galerii Artystów

O katowickiej "Galerii Ślązaków" znajdującej się na terenie Placu Grunwaldzkiego pisałam na tym blogu wielokrotnie. Ogólnym założeniem projektu jest zgromadzenie pomników tych, którzy związani byli w jakiś sposób z regionem Górnego Śląska i wnieśli coś w jego rozwój w różnych dziedzinach. Corocznie, na drodze głosowania, wybierana jest jedna postać, która dołącza do tego prestiżowego grona. Jest ono naprawdę różnorakie, od aktorów takich jak Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela, Franciszek Pieczka, czy Aleksandra Śląska, poprzez reżysera Kazimierza Kutza, malarza Jerzego Dudę - Gracza, kabareciarza Krzysztofa Respondka, muzyka Wojciecha Kilara, pisarza Alfreda Szklarskiego, malarza Teofila Ociepkę, aż po dziennikarkę Krystynę Bochenek. 
W 2025 roku do tego zacnego grona dołączyło aż dwoje postaci: Lucjan Czerny oraz Edwin Sówka. "Pokonali" oni w głosowaniu takich znanych Ślązaków, jak:
  • Zygmunt Brachmański (1936 - 2024) - wybitny śląski rzeźbiarz;
  • Zofia Książek - Bergułowa (1920 - 2014) - aktorka i poetka;
  • Urszula Broll - Urbanowicz (1930 - 2020) - malarka, animatorka kultury niezależnej;
  • Grzegorz Fitelberg (1879 - 1953) - dyrygent, kompozytor, skrzypek;
  • Gustaw Holoubek (1923 - 2008) - aktor teatralny i filmowy, reżyser, pedagog;
  • Jurand Jarecki (1931 - 2024) - architekt, przedstawiciel modernista, twórca i współautor wielu budynków i zespołów budowlanych;
  • Tomasz Jura (1943 - 2024) - wybitny artysta grafik;
  • Leon Markiewicz (1928 - 2024) - muzykolog, pedagog, nauczyciel akademicki;
  • Ludwik Musioł (1892 - 1970) - nauczyciel, wizytator, archiwista, historyk górnośląski, prekursor krajoznawstwa, historyk kultury oraz Kościoła katolickiego, lingwista, etnograf;
  • Tadeusz Michejda (1895 - 1955) - wybitny architekt i malarz, współtwórca katowickiego modernizmu;
  • Jerzy Stanisław Milian (1935 - 2018) - muzyk jazzowy, wibrafonista, kompozytor;
  • Andrzej Szewczyk (1950 - 2001) - artysta współczesny, malarz, rzeźbiarz i rysownik;
  • Bolesław Szabelski (1896 - 1979) - kompozytor, organista i pedagog.
Lucjan Czerny
 - urodził się 5 czerwca 1945 roku. Był aktorem, piosenkarzem, dziennikarzem radiowym oraz artystą estradowym. Pochodził z Katowic. To tutaj przez lata uczęszczał do szkoły muzycznej, jednocześnie uczył się w Ogólnokształcącej Szkole Baletowej im Ludomira Różyckiego w Bytomiu. Występował w Zespole Pieśni i Tańca "Śląsk", jednocześnie uczył się i pracował - najpierw na kopalni, a potem w Telewizji Katowice, gdzie m.in. budował scenografię. Następnie przez wiele lat pracował jako dziennikarz radiowy. Zaczynał w nieistniejącym obecnie Radiu Top, a następnie przeniósł się do Radia Piekary, w którym prowadził audycję o charakterze muzyczno - regionalnym. Współpracował też z Estradą Śląską. W latach 70. XX wieku założył zespół "Kapela z Katowic". W jego skład wchodzili głównie muzycy wywodzący się ze Śląska. Miał okazję występować z takimi artystami, jak Ireneusz Dudek, Krzysztof Krawczyk, Zenon Laskowik, Mariusz Kalaga oraz zespół "Gang Marcela". W swoim solowym repertuarze miał m.in. śląskie piosenki ludowe. Był członkiem Bractwa Gwarków, jak i jednym z założycieli Bractwa Artystycznego Związku Górnośląskiego. W uznaniu swojej działalności otrzymał honorową odznakę "Za zasługi dla oświaty". Był także laureatem takich tytułów jak "Hanys" (przyznanego mu przez miasto Ruda Śląska) oraz "Mikołowianina Roku 2005". Lucjana Czernego można było zobaczyć w takich filmach i serialach, jak "Grzeszny żywot Franciszka Buły", "6 milionów sekund", "Komedianci z wczorajszej ulicy", "Angelus", "Szklane usta", "Młyn i krzyż", "Ewa" oraz "Onirica". Zmarł 28 marca 2021 roku.
Erwin Sówka - urodził się 18 czerwca 1936 roku w górniczej rodzinie na Giszowcu. W wieku 16 lat zaczął pracować w elektrowni Jerzy znajdującej się przy kopalni Giesche. Już wtedy namalował swój pierwszy obraz. Niebawem zaczął pracę w charakterze górnika w kopalni Giesche. Na emeryturę przeszedł w 1986 roku. W swojej twórczości nawiązywał do mitów górniczych oraz kultury starożytnego wschodu. Przede wszystkim skupił się na przedstawianiu aktów kobiecych na tle Nikiszowca, domów w wielkiej płyty, ogródków działkowych, górników oraz ich mieszkań. Do jego najbardziej znanych dzieł można zaliczyć takie obrazy, jak np. "Barbara na Karmerze", "Dwie żony", "Echo", "Eros", "Inana", "Kali", "Nikisz", "Nikisz (2)", "Pokolenia", "Trzy róże Nikiszu", "Tryptyk śląski", "W ogrodzie", "Narodziny uczuć" oraz "Życie wewnętrzne". Wkrótce osiągnął światowy rozgłos, a jego prace prezentowane były w Polsce i za granicą. Można je odnaleźć w zbiorach Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Muzeum Śląskiego w Katowicach, Galerii "Barwy Śląska" oraz w wielu polskich i zagranicznych kolekcjach prywatnych. O jego twórczości powstało parę filmów dokumentalnych, a Lech Majewski w 2001 roku nakręcił pełnometrażową opowieść o malarzu i Grupie Janowskiej pt. "Angelus". W 2012 roku został laureatem "Cegły Janoscha" - nagrody przyznawanej przez katowicką redakcję Gazety Wyborczej za zasługi w zachowaniu kulturowej tożsamości Górnego Śląska i rozsławienie regionu. Rok później odznaczono go Złotą Odznaką Honorową za Zasługi dla Województwa Śląskiego. W 2017 roku otrzymał srebrny Medal "Zasłużony Kulturze Gloria Artis". Erwin Sówka zmarł 21 stycznia 2021 roku.

A taki sympatyczny bałwanek także znalazł swoje miejsce w Śląskiej Galerii Artystów. Jak myślicie, jaką gałąź reprezentuje?

2295. Chociaż skończył się Rok Święty, my dalej bądźmy "Pielgrzymami nadziei"

Skończył się wyjątkowy Jubileuszowy Rok 2025 upływający pod hasłem "Pielgrzymi nadziei". Rozpoczęty przez papieża Franciszka 24 grudnia 2024 roku trwał do 6 stycznia 2026 roku, kiedy to już papież Leon XIV zakończył go Mszą na Placu św. Piotra. W tym czasie można było uzyskać odpust przekraczając Święte Drzwi w Bazylice św. Piotra w Watykanie. Ale nie tylko, bo przecież nie każdy mógł sobie pozwolić na pielgrzymkę do Wiecznego Miasta, z różnych powodów. W związku z tym biskupi ustanowili na terenie swoich diecezji tzw. Kościoły Jubileuszowe działające na podobnych zasadach. Nie wiem jak to było w przypadku innych diecezji, ale u nas przeważnie był jeden na dekanat.
Jubileuszowy Rok na etapie diecezjalnym kończył się ciut wcześniej, bo 27 grudnia. Z tej okazji biskup Artur Ważny zaprosił wiernych na uroczyste jego zakończenie do katedry w Sosnowcu. Byłam na otwarciu jubileuszu rok temu, wypadało udać się też na jego zamknięcie, chociażby na szczeblu lokalnym. Wypadało ono w sobotę, a więc nie musiałam zbytnio kombinować z tym, jak się na nie dostać i ile się urwać z pracy na świetlicy.
Uroczystość zaplanowana była na godzinę 18:00, poprzedziły ją jednak nieszpory i mini-koncert kolęd i pastorałek w wykonaniu katedralnego chóru. Nawet nie wiecie jakie miałam ciary, kiedy słuchałam znanych mi utworów w nowych, niejednokrotnie podniosłych aranżacjach. Tuż przed 18:00 zapadła cisza, zapowiadająca, że już za chwilę, już za momencik rozpocznie się nabożeństwo. I tak też się stało - przy dźwiękach kolędy "Tryumfy Króla Niebieskiego" w uroczystej procesji przez środek katedry przeszli księża koncelebrujący Mszę świętą. Wśród nich było wiele znajomych twarzy, co napawało mnie radością i optymizmem.
Słowo po Ewangelii wygłosił do nas nasz pasterz - biskup Artur Ważny. Swoje kazanie podzielił na pięć części, a każdą z nich zaakcentował innym fragmentem Liturgii Słowa, którą usłyszeliśmy zaledwie chwilę wcześniej. Mówił w nim co było, co jest i co będzie w niedalekiej przyszłości. Wyszedł od tego, że patrzy na nas i widzi w nas Kościół żywy, który, jak mówił papież Franciszek, jest "szpitalem polowym", ale też domem, gdzie każdy ma swoje miejsce. Przypomniał, że przez ostatni rok uczyliśmy się, co to właściwie znaczy mieć nadzieję, a bulla "Spes non confundit" ("nadzieja nie zawodzi") była naszą latarnią. A potem wskazał pięć przestrzeni diecezjalnego domu, splatającego przeszłość z przyszłością.
  1. Kościół w drodze - pielgrzymi nadziei ("Rodzice jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy" Łk 2, 41) - biskup nawiązał tutaj do tego, że Święta Rodzina nie była rodziną statyczną, ale taką, która była w drodze, pielgrzymującą. Wspomniał przy tym diecezjalną pielgrzymkę do Rzymu, która odbyła się w maju. Przypomniał moment u grobu św. Piotra i to, że było to fizyczne doświadczenie tego, że jesteśmy jednym Ciałem Chrystusa. Na wzór Józefa i Maryi diecezja pielgrzymowała do źródeł wiary. Nie zapomniał przy tym o pielgrzymach na Jasną Górę, podczas których trud marszu mieszał się ze szczerą modlitwą. Doskonałym uzupełnieniem było tutaj zacytowanie słów papieża Franciszka: "chrześcijanin, który nie jest w drodze, jest chrześcijaninem, który się zepsuł". A przecież nikt nie chce się psuć. Biskup Ważny zaznaczył też, że pielgrzymowanie uczy nas, że nikt nie jest samowystarczalny, że każdy z nas potrzebuje pomocy drugiego człowieka. To doświadczenie wspólnoty w drodze to fundament, na którym powinno się budować dalej.
    Nie bójmy się więc kurzu na naszych butach. Bóg nie mieszka w sterylnych laboratoriach technologii, ale na zakurzonych drogach ludzkiego życia. Kto idzie, ten ryzykuje potknięcie, ale kto stoi, ten już upadł w pychę samozadowolenia.
  2. Ból szukania z odwagą skruchy ("Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie" Łk 2, 48) - drugim obrazem przywołanym nam przez naszego biskupa był ten przedstawiający Maryję i Józefa, którzy szukali Jezusa "z bólem serca". I zaraz zadał pytanie: czy może być coś straszniejszego niż zgubienie Boga. Przyznał, że był to dla diecezji rok stanięcia w prawdzie, do stawiania sobie pytań: "Gdzie jest Jezus w naszym Kościele sosnowieckim?", czy nie zgubiliśmy go w rutynie, w grzechu, w skandalach raniących nasze serca? I przyznał, że bardzo wielką wagę miały wyjątkowe nabożeństwa jubileuszowe, które miały miejsce w każdym dekanacie, kiedy kapłani i świeccy stawali z sobą twarzą w twarz. To był wyjątkowy czas, kiedy duchowni mieli okazję i odwagę przeprosić za zgorszenie, brak świadectwa, pychę. Ale i świeccy mieli przestrzeń, by wybaczyć, a zarazem prosić o wybaczenie. Zaś moment wzajemnego błogosławieństwa, gdy ksiądz błogosławił wiernych, a wierni kładli ręce na ramiona kapłanów, uznał za jeden z najbardziej wzruszających i uzdrawiających momentów swojej posługi w naszej diecezji. Biskup podkreślił, że właśnie to jest owo "szukanie z bólem serca" i przypomniał, że papież Franciszek w "Spes non confundit" napisał, że "Bóg nigdy nie męczy się przebaczaniem" - my też nie możemy się zmęczyć
    Duchowny zaznaczył, że stoi przed nami z pokorą. Wie, że wszyscy są tylko glinianymi naczyniami, często popękanymi. Jednak to przez te pęknięcia może zaświecić Światło Chrystusa, a nie nasze własne. Bo odnowa zaczyna się od skruchy, od przyznania: "Zgubiliśmy Cię, Panie, ale szukamy Cię z całego serca".
  3. Nowe szaty dialogu - w stronę synodu ("Jako wybrańcy Boży (...) obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość" Kol 3, 12) - w tym fragmencie kapłan zwrócił uwagę na to, że święty Paweł daje nam gotową instrukcję na to, w co się ubrać. A więc nie w urzędowe szaty, czy też splendory, ale w "serdeczne miłosierdzie i cichość". To taki "dress code" na najbliższy czas, który powinien być świętą modą w naszej diecezji i naszym stylem w codzienności. Nasz pasterz zdradził nam, że niebawem rozpocznie się etap przygotowawczy do II Synodu Diecezji Sosnowieckiej. Jednak synod nie jest parlamentem, a wspólnym wędrowaniem. W tym miejscu nawiązał do trzydniowych rekolekcji diecezjalnych na hali Arena w Sosnowcu, w których wzięły udział setki ludzi: księża, świeccy, rodziny i młodzież. Tam uczyliśmy się, że Kościół to My - Lud Boży. I dlatego chce nas on zaprosić do dialogu. Jak sam przyznał - Kościół sosnowiecki potrzebuje naszego głosu, doświadczenia, wiary. To dobra okazja, aby nauczyć się rozmawiać oraz słuchać, a słuchać, by zrozumieć, a nie odpowiadać. Zaznaczył przy tym, że synodalność jest tak naprawdę sztuką słuchania polifonii Ducha Świętego, która czasami brzmi w katedrze, a innym razem w cichym szeptaniu matki obawiającej się o wiarę swojego dziecka. Jeżeli jednak Kościół będzie głuchy na ten szept, będzie i głuchy na Ewangelię. Kościół nie może być zaś głuchy - nie słuchający ani Boga, ani ludzi. Duchowny gorąco zachęcał do tego, aby angażować się w proponowane w parafiach katechezy i formację stałą. Nie możemy bać się brać odpowiedzialności. Kościół potrzebuje starszych, małżeństw, rodzin, młodych i dzieci, wszystkich i każdego, by wzajemnie się uczyć, jak umiejętnie, wiernie i ofiarnie kochać. Potrzebuje też Bożej mądrości połączonej z wspólną wiarą oraz doświadczeniem. Biskup wyraził nadzieję, że synod otworzy przed nami nowy rozdział napisany "czcionką" pokory i dialogu.
  4. Wrażliwość na wykluczonych i siła ukryta ("Synu, wspomagaj swoje ojca w starości, nie zasmucaj go w jego życiu" Syr 3, 12) - w tym krótkim zdaniu mędrzec Syrach upomina się o najsłabszych, o starszych, tych wszystkich, którzy "nie nadążają". Jak zauważył biskup, w naszym diecezjalnym rachunku sumienia nie może zabraknąć pytania o tych wszystkich, którzy są ubodzy, wykluczeni oraz skrzywdzeni. Wszak Jubileusz to czas wyzwolenia oraz darowania długów. Pasterz poradził, abyśmy rozejrzeli się dookoła. Może zauważymy, ile ludzi w naszych blokowiskach bądź sąsiedztwie wykluczonych nie tylko ekonomicznie, ale też przez samotność? Bo tak naprawdę ubóstwo ma dzisiaj twarz zarówno starszej pani w bloku bez windy, jak i nastolatka w depresji, który nie widzi sensu życia. Jako wspólnota musimy mieć oczy szeroko otwarte, by nie być Kościołem zadowolonym z siebie, który jednak nie widzi "Łazarza u bram". Przy okazji podziękował tym, których nazwał "elektrownią duchową" - chorym, cierpiącym, samotnym. Ich cierpienie, które w cichości ofiarują za diecezję określił niewidzialnym fundamentem, na którym stoi jej aktywność, a bez ich wsparcia plany byłyby tylko pustym aktywizmem. Szczególne słowa wdzięczności skierował w stronę działających w Jaworznie Sióstr Karmelitanek, gdzie za klauzurą "bije serce modlitwy". To tak siostry, w większości z Ukrainy, modlą się nie tylko za naszą diecezję, ale też o pokój dla swojej ojczyzny. Jak podkreślił, ich cicha obecność to krzyk wiary przebijającą niebiosa. Nie możemy też pozwolić, aby zwiędła nasza pomoc wobec potrzebujących pomocy uchodźców, a także by stępiała nasza wrażliwość na ludzką wiarę i krzywdę.
  5. Wzrastanie w łasce - Chrystus w centrum ("Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi" Łk 2, 52) - i w końcu ostatni obraz: to Jezus w Nazarecie, jego wzrastanie, po prostu zwyczajność. Dla biskupa jest to nasza perspektywa na "po-Jubileusz". To nie chodzi o to, aby po zakończeniu Roku Świętego zwinąć sztandary i wrócić do szarości. Bardziej o to, by uzyskana łaska stała się codziennością. Nawiązał tutaj do rozpoczętego dzieła - peregrynacji Jasnogórskiej Ikony po naszej diecezji. W wielu miejscach już była, a niebawem zapuka też do innych parafii, a co za tym idzie, też do naszych domów. Pasterz diecezji prosił nas, abyśmy ją przyjęli i uczyli się od niej, jak tworzyć taki dom, gdzie Jezus jest w centrum. Prosił też o modlitwę o powołania przyznając, że potrzebujemy kapłanów według Serca Jezusowego - nie urzędników, ale pasterzy. Potrzebujemy też świętych zakonników i misjonarzy. Ale potrzebujemy też świętych rodzin, bo to rodzina jest pierwszym sanktuarium i pierwszym Kościołem. Obiecał, że jeżeli Chrystus będzie w centrum małżeństw, to on o przyszłość diecezji będzie spokojny. W tym miejscu podziękował też kapłanom za miniony rok, za jubileuszowe rekolekcje kapłańskie, za spowiedzi, za często niewidoczny trud. Przyznał, że wie, że bywa ciężko, a duchowni czują się czasem zmęczeni i oceniani. Przekonywał ich jednak, że są potrzebni do tworzeniu ze świeckimi jednego organizmu: fascynującego Ciała Chrystusa - Jego Kościoła.
Na zakończenie swojego kazania biskup Artur Ważny przypomniał, że bulla "Spes non confundit" kończy się wizją kotwicy rzuconej w niebo. A my mamy trzymać tą linę, nawet gdy parzy w dłonie, a sztormy próbują nas od niej oderwać. Jednak nadzieja to też pewność, że po drugiej stronie tą linę ktoś trzyma, że tym kimś jest Jezus. Patriarcha przypomniał, że przed nami jest nie tylko synod i wciąż trwająca peregrynacja Matki Boskiej Jasnogórskiej, ale też życie, którego nie powinniśmy się bać. Zachęcał do zrobienie kroku w "nowe otwarcie" - niech to będzie nawrócenie tak samo pastoralne, jak i misyjne, od "zawsze tak było" do "zróbmy to tak, jak chce Duch Święty". Przy okazji prosił, aby Święta Rodzina uczyła nas jak z każdego domu i parafii uczynić "mały Nazaret" - miejsce, gdzie Bóg jest kochany, a każdy człowiek jest słuchany i szanowany. I życzył żeby nasza nadzieja była uparta, a nasza miłość bezczelnie odważna, i żebyśmy z tą odważną miłością szli w nowy czas.
Muszę przyznać, że to kazanie zrobiło na mnie niesamowite wrażenie i skłoniło do refleksji, co zrobić, jak działać, aby nie być tylko jednorocznym, okazjonalnym "Pielgrzymem nadziei", ale żeby być nim właściwie całe życie. Bo właściwie tak rozumiem tą ideę, jako program na całe życie. To trudne, kiedy coś raz po raz tą nadzieję próbuje unicestwić, zniszczyć, kiedy wypracowywana przez lata nadzieja, w jednej chwili runie niczym wieża z kart, kiedy ludzie udają, że cię nie ma tłumacząc to na różne sposoby. Ale nadzieja potrafi też odrodzić się na nowo - w wartościowych ludziach, rozmowach, wydarzeniach. Nadzieja przybiera wtedy obraz dzieciątka, które bezbronnie zostało położone w żłóbku na sianie, a jednocześnie ufnie wyciąga rączki do każdego, kto tego potrzebuję. I z taką nadzieją chcę iść przez życia, taką nadzieję chcę nieść innym, tym wierzącym, i niewierzącym, bez różnicy, bez wyjątku. Taką nadzieję chcę zanieść tym, którzy na nią czekają.
Bo tak naprawdę "Pielgrzymem nadziei" może być każdy z nas przez całe życie, jeżeli tylko tego chce i pragnie.

Pielgrzymi nadziei
Zwyczajni w swoim życiu,
a jednak niezastąpieni.
Pielgrzymi co niosą nadzieję,
cichutko stąpają po ziemi.
Podchodzą do potrzebujących,
co ciągle we wszystko wątpią.
Otoczą ich dobrym słowem,
pokażą jak Nieba dotknąć.
Z kotwicą, swoim symbolem,
niczym ze świętym krzyżem.
Ratują niejedną duszę,
co chce się żegnać z życiem.
Szeptane cicho modlitwy,
kierują wprost do Boga.
Wskazując tym innym ludziom
jak prosta do Niego jest droga.
Bądź więc pielgrzymem nadziei,
zawsze - nie tylko od święta.
W Roku Jubileuszowym,
droga ta jest rozpoczęta.

I jeszcze na koniec przypomnienie loga upływającego jubileuszu wraz z wyjaśnieniem symboliki jego poszczególnych elementów:

sobota, 27 grudnia 2025

2294. Normalność w świątecznym czasie

Cudowna cisza
Bóg nie potrzebował fajerwerków i fanfar,
nie potrzebował też dźwięków żadnych głośnych gitar.
Zszedł z Niebios na ziemię wiedząc co go czeka,
po cichu niósł tym zbawienie każdego człowieka.
Nie miał on pałacu, lecz kamienną grotę.
zimny żłób ze świeżym sianem, miast kołyski złotej.
Wśród niepozornego, osiołka zrodzony,
i nieskazitelnego wołu, przebłagalnej odwiecznej ofiary.
O błogosławiona ciszo, co w biednej betlejemskiej grocie,
przyjęłaś największy skarb - małe Boskie Dziecię.

Tegoroczne święta minęły zdecydowanie w ciszy i spokoju. Jeszcze kilka dni wcześniej kupiłam "Remik liczbowy" z Alexandra, oparty na popularnej grze liczbowej "Rummikub", który rozpracowywaliśmy z tatą. To znaczy tata rozpracowywał, bo ja go znam jeszcze ze szkoły podstawowej. Kupiłam jeszcze w wakacje miniaturową grę na wieś, z myślą o zajęciu w deszczowe dni, tylko muszę zapoznać tatę z jego zasadami. A najlepiej mi było zrobić to teraz. Było trochę śmiechu, trochę liczenia, ale ogólnie chyba pojął o co chodzi. Poza tym w ruch poszedł nasz ulubiony "Super farmer" oraz, a jakże by inaczej, "Scriba" (odpowiednik "Scrabbli", tylko nieco tańszy). Myślę, że nadrobiliśmy gry za wszystkie czasy.
Ku mojemu zaskoczeniu to nie "Kevin sam w domu" skradł tegoroczne show, ale "Mikołaj na sygnale 2: zdążyć przed gwiazdką". Nawet nie przypuszczałam, że ekipa lekarzy z pogotowia w Leśnej Górze przysporzy mi tyle śmiechu i radości. Ogólnie to jeden z nielicznych seriali, które lubię oglądać i z chęcią to robię, najczęściej w sobotę wieczorem hurtem. Film też był strzałem w dziesiątkę, nawet doktor Dobromir Lisicki okazał ludzką twarz. Święta jednak zmieniają ludzi. Ogólnie wydaje mi się, że świąteczna ramówka telewizyjna z roku na rok jest coraz słabsza i ciężko znaleźć taką nowość, która by mnie satysfakcjonowała.
Kiedy zaczynałam źle się czuć sięgałam nie tylko po lekarstwa przeciwbólowe, ale też po książkę. Podczas lektury "Mój piękny syn" autorstwa ojca, którego syn jest uzależniony od różnych narkotyków natknęłam się na informację, że również owy syn, Nic, napisał książkę o swojej walce z nałogiem. Oddając do biblioteki książkę "Mój piękny syn" niemal automatycznie wypożyczyłam "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem" Nica Sheffa. I powiem krótko - wciągająca. Poruszająca. Może nawet miejscami za bardzo, ale z drugiej strony nie mogłam się od niej oderwać. Co prawda nie udało mi się przeczytać wszystkich 384 stron, jak zaplanowałam, ale niewiele ku temu zabrakło. W międzyczasie podczytywałam też "Ojców Kościoła. Od Klemensa Rzymskiego do Augustyna" będącego zapisem katechez wygłoszonych przez papieża Benedykta XIV w ramach środowych katechez podczas audiencji generalnych na zmianę z "Pierwszymi świadkami. Pismami Ojców Kościoła" Marka Starowieyskiego. Przy okazji naszła mnie chęć na przeczytanie "Didache, czyli nauki dwunastu apostołów", ale to raczej już w nowym roku. Poza tym gdzieś w tle leciały kolędy, które umilały mi ten czas. No i jeszcze zrobiłam kilka kartek świątecznych - tyle, na ile pozwoliły mi siły. Ja tam i tak się cieszę tym, że nie wylądowałam w szpitalu, jak to miało miejsce w niektórych dniach grudnia. Więc może ten świąteczny czas nie był dla mnie zbyt intensywny, ale na pewno niezbyt leniwy.

Jako bonus do wpisu załączam artykuł odnośnie pewnych sprzeczności co do dzieciństwa Jezusa. Myślę, że same sprzeczności są znane. Ale jak je tłumaczy biblista? Przeczytajcie sami:

Czy ewangeliczne opisy okoliczności narodzenia Jezusa można uznać za historyczne? W jaki sposób rozumieć sprzeczności między ewangelistami? Czy tradycje kolędy w swoich treściach odzwierciedlają prawdę o Bożym Narodzeniu? Kwestie te próbuje wyjaśnić teolog, biblista oraz wykładowca na dwóch krakowskich uczelniach, dr hab. Marcin Majewski.
Dawid Gospodarek (KAI): Dlaczego ewangeliści nie byli za bardzo zainteresowani okolicznościami narodzenia Jezusa i Jego dzieciństwem? Temat podejmuje tylko dwóch z nich. W dodatku w tych relacjach Mateusza i Łukasza można doszukać się pewnych rozbieżności.
Marcin Majewski: Warto zwrócić uwagę, że w ogóle pierwsze pisma chrześcijańskie nie są zainteresowane szczegółami o narodzinach Jezusa. Cztery ewangelie kanoniczne właściwy początek mają w wystąpieniu Jana Chrzciciela i rozpoczęciu misji przez dorosłego Jezusa. To samo widzimy w pierwszych przemowach (Dzieje Apostolskie), w listach św. Pawła czy najstarszych chrześcijańskich pismach niekanonicznych. Zainteresowanie okolicznościami narodzin Jezusa ma wyraźnie wtórny charakter. Tym niemniej musiało się pojawić prędzej czy później, gdyż w mentalności starożytnych każdej wielkiej i wybitnej postaci towarzyszyły cudowne okoliczności. Tak też zapewne zrodziło się pytanie o okoliczności narodzin Jezusa i dwaj ewangeliści dają na nie odpowiedź - każdy według własnego klucza teologicznego.
Dawid Gospodarek (KAI): Skąd różnice u Mateusza i Łukasza? Czy te sprzeczności nie podważają historyczności i wiarygodności samego wydarzenia?
Marcin Majewski: Rzeczywiście uważna lektura obu ewangelii dzieciństwa - Mt 1-2 oraz Łk 1-2 - ukazuje nie tylko różnice, ale i rozbieżności. W Ewangelii Mateusza rodzice Jezusa, Maryja i Józef, mieszkają w Betlejem, nie muszą do niego przybywać i szukać miejsca. Inaczej, jak wiemy, jest w Ewangelii Łukasza, gdzie rodzice wędrują z Nazaretu do Betlejem na spis ludności. Mateusz nie wspomina o żadnym spisie. Mateusz nie wspomina o żadnym spisie. Podobna rozbieżność dotyczy faktów po narodzeniu Jezusa. W Ewangelii Mateusza rodzice ostrzeżeni przez anioła uciekają do Egiptu. Łukasz stwierdza coś przeciwnego: "A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta - Nazaret" (Łk 2,39). Czyli według Łukasza po obrzezaniu i ofiarowaniu Jezusa w świątyni rodzice wrócili z Nim prosto do Nazaretu.
Rozbieżności te dobrze pokazują, że obaj ewangeliści nie rekonstruują historycznych szczegółów narodzin Jezusa, ale tworzą opowiadanie - bibliści nazywają je midraszem lub agadą - które ma ujawnić głębszy sens. Ma odpowiedzieć na podstawowe pytanie: Kim jest Jezus? Obaj ewangeliści wykorzystają tu zapowiedzi mesjańskie ze Starego Testamentu - jak ta o możnych, którzy przybędą ze wschodu, by w Izraelu rozpoznać Mesjasza Króla (Iz 80,3-6; Ps 72, 10-11) czy o gwieździe (Lb 24,17) - by ukazać, że oto rodzi się wyczekiwany przez narody Mesjasz i Wybawiciel, zapowiadany przez Boga Król świata. Oczywiście, co do podstawowych faktów - że Jezus narodził się z Maryi zaślubionej Józefowi, że narodził się w Betlejem za panowania Heroda Wielkiego i że począł się w sposób cudowny - obaj ewangeliści są zgodni. To mogło stanowić pierwotną katechezę chrześcijańską o narodzinach Jezusa, która potem została rozbudowana o kolejne opowiadania.
Dawid Gospodarek (KAI): Opowieści o narodzeniu Jezusa powstały kilka dziesięcioleci po tym, jak On przyszedł na świat. Spisali je ludzie Kościoła, widzący w Nim Mesjasza, Syna Bożego, może nawet Boga. Rzeczywiście widać w tych opisach dużo nawiązań do pism Pierwszego Testamentu, które mają się w życiu Jezusa wypełnić. Na ile te teksty Mateusza i Łukasza są historyczne, a na ile są raczej teologiczną, może jakoś apologetyczną opowieścią?
Marcin Majewski: Podstawowe fakty, co do których obie Ewangelie się zgadzają - narodziny Jezusa w Betlejem za panowania Heroda w rodzinie Jezusa i Maryi - należy uznać za najstarsze, wiarygodne przekazy pochodzące być może od świadków. Co do pozostałych opowiadań - o spisie ludności, o gwieździe, o Mędrcach, o rzezi niewiniątek i ucieczce do Egiptu - można przyjąć różne stanowiska. Można poszukiwać śladów ich historyczności (wyjaśniać pochodzenie gwiazdy czy szukać takiego spisu ludności), jednak bibliści już dawno zauważyli, że takie próby spełniają raczej nasze oczekiwania co do tekstu, niż próbują go rozumieć na jego własnych prawach. O spisie, gwieździe czy rzezi niewiniątek nie wspominają inni ewangeliści ani żaden ze starożytnych historyków czy to żydowskich, czy rzymskich. Tekst Ewangelii Dzieciństwa jest uroczystym prologiem chrystologicznym, który nie rekonstruuje faktów, ale formułuje - przez opowieść - zasadnicze przesłanie nt. osoby Jezusa Chrystusa. Oba teksty pisane są już z perspektywy popaschalnej i tworzone są dla zbudowania wiary w Jezusa jako Chrystusa i Pana.
Dawid Gospodarek (KAI): Gdy czytamy rodowody Jezusa, też widzimy pewne raczej teologiczne czy nawet symboliczne zamysły autorów. No i znowu są różnice i Łukasza i Mateusza. Czy ta genealogia jest wiarygodna i co nam mówi o Jezusie?
Marcin Majewski: Także rodowody Jezusa zamieszczone u Mateusza i Łukasza różnią się między sobą. W obu pojawia się nie tylko różna liczba pokoleń, ale i zupełnie inne imiona przodków Jezusa. U Mateusza ojcem Jezusa jest Jakub (Mt 1,16), zaś u Łukasza - Heli (Łk 3,23). To dwa zupełnie różne rodowody, zatem oba nie mogą być prawdziwe. Z drugiej strony w obu zauważamy wyraźne motywy teologiczne, jak chęć ukazania Jezusa jako potomka mesjańskiego króla Dawida (Mt) czy potomka Adama, pierwszego człowieka i Syna Bożego (Łk). Próby objaśnienia, że jeden rodowód jest rodowodem Józefa, a drugi Maryi niewiele dają i są niezgodne z tekstem obu ewangelii. Należy w nich widzieć raczej teologiczne przesłanie. Obaj ewangeliści pracują na źródłach - gł. Starotestamentowych genealogiach - ale owe źródła spożytkowują we właściwy im sposób. Znów kluczowa będzie odpowiedź na pytanie: Kim jest Jezus.
Dawid Gospodarek (KAI): Przejdźmy do konkretów. Czy możemy mieć pewność, że Jezus rzeczywiście urodził się w Betlejem?
Marcin Majewski: Upieranie się obu ewangelistów co do faktu, iż Jezus urodził się w Betlejem - mimo wyraźnie innych okoliczności wyjściowych u obu ewangelistów - każą widzieć tu opieranie się na starszej, znanej szerzej tradycji. Jest to zatem prawdopodobne. Gdyby mieli tu wolność tworzenia, wydaje się, że wskazaliby Jerozolimę jako miejsce narodzenia Mesjasza. W Pierwszym Testamencie znajdziemy znacznie więcej proroctw mesjańskich, które wiążą pojawienie się Mesjasza z Jerozolimą (prawdziwym miastem Dawidowym), niż takich, które mówią o Betlejem.
Dawid Gospodarek (KAI): Jak to było ze znanymi z kolęd ubóstwem, stajenką, wołem i osiołkiem?
Marcin Majewski: To jest wytwór tradycji ludowej, która nie ma żadnego pokrycia w tekstach ewangelii. U Mateusza Jezus rodzi się w domu Józefa i Maryi. U Łukasza zaś mowa jest o żłobie (termin może być różnie rozumiany) - i stąd tradycja dopowiedziała sobie stajenkę, sianko, osiołka i niegościnnych mieszkańców Betlejem.
Dawid Gospodarek (KAI): To jeszcze tajemnicza gwiazda. Co o niej wiemy?
Marcin Majewski: Poza tym, co jest u Mateusza - nic. O gwieździe nie wspominają ani inni ewangeliści, ani - jak wspominałem - historycy tamtego okresu i miejsca. Za to gwiazda występuje powszechnie jako symbol narodzin osoby wybitnej, zwłaszcza króla. Nowa gwiazda pojawia się np. w opowiadaniu o narodzinach Aleksandra Wielkiego czy cezara Oktawiana Augusta, jest też wybijana nad głowami królów na monetach starożytnych. Generalnie starożytnym towarzyszyła idea, iż wraz z narodzinami władcy pojawia się na niebie "jego gwiazda". Porównajmy to z tekstem ewangelii: "Ujrzeliśmy jego gwiazdę na wschodzie" (Mt 2,2). Mateusz zdaje się mówić nie tyle o zjawisku astronomicznym, ale poprzez ten czytelny symbol o narodzinach prawdziwego "króla żydowskiego" - w kontrze do nieprawdziwego króla Żydów, czyli Heroda Wielkiego.
Dawid Gospodarek (KAI): Teraz poważniejsza kwestia. Co to wszystko nam mówi o Bogu? Chrześcijanie chcą tu widzieć nieskończone miłosierdzie Tego, który tak umiłował świat, że dał swojego Syna by nas wszystkich zbawić. Ale co najmniej od Oświecenia powracają krytyczne głosy dostrzegające w tym okrucieństwo - przecież miłosierny Bóg nie zesłałby swojego niewinnego Syna jako ofiarę na ziemskie niewygody i w końcu pewną, straszliwą śmierć...
Marcin Majewski: Tu dotykamy paradoksu przesłania Ewangelii. To nie są sprawy, które da się prosto, logicznie i historycznie objaśnić tak, że każdy powie: "Aha!". Wcielenie Boga i Jego ofiara krzyżowa należą do istoty depozytu wiary chrześcijańskiej, nad którymi pochylają się kolejne pokolenia chrześcijan. I de facto każdy chrześcijanin jest wezwany, by pochylać się nad tymi tajemnicami wiary wciąż na nowo. Do tego mają nas zachęcać właśnie obchodzone corocznie święta...

I już zupełnie na deser kolęda, która w tym roku podbiła moje serce: "Mały maleńki Jezusek, tra lala lala la..."
https://deon.pl/kosciol/czy-jezus-urodzil-sie-w-betlejem-czy-istniala-tajemnicza-gwiazda-teolog-wyjasnia-sprzecznosci-w-ewangeliach,2703731?fbclid=IwAR2x1en50n3VOoO08SC9Fzi773DWTH0vFBUzsEoAUR8X_SO6KGrrKSIITSQ 

środa, 24 grudnia 2025

2293. "Leo, Leo, Leo, odnajdę Cię"

Tegoroczne studenckie poranne roraty w kaplicy na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego nie były jedynymi, w których brałam udział. Wieczorami bowiem, o ile czas i zdrowie pozwalały, starałam się brać też udział w roratach organizowanych w parafii Księdza-administratora. Zazwyczaj po pracy pędziłam na jeden z dworców autobusowych, a potem przez ok. 70 minut jechałam autobusem na miejsce. Żeby nie było - to jest tzw. "szybka linia", czyli nic szybszego nie ma. No, może własny samochód, ale tego aktualnie nie posiadam.
Tematem przewodnim wieczornych rorat, podejrzewam że podobnie jak w wielu parafiach, był ten zaproponowany przez redakcję "Małego Gościa Niedzielnego", a dotyczący postaci papieża Leona XIV. W poznawaniu życiorysu nowego, 267. papieża pomagał najmłodszym sympatyczny, pluszowy lew o imieniu, a jakżeby inaczej, Leo.
Na każdym spotkaniu roratnim trzymany przez jedne z dzieci lew Leo rozmawiał z nimi głosem byłego proboszcza przybliżając im ciekawostki i fakty z życia Leona XIV. Najmłodsi z chęcią wchodzili z nim w dyskusję, czasami wręcz zaskakując go swoją bystrością. Wzorem wcześniejszych lat, także i tym razem powstała okolicznościowa piosenka, która bardzo szybko wszystkim wpadła w ucho i każdy, zarówno ci mali, jak i ci duzi, nucili ją pod nosem, nie tylko na koniec Mszy, kiedy była śpiewana jako pieśń na wyjście.
Na przodzie kościoła pojawiła się dekoracja nawiązująca do tematyki rorat. W tym roku był to baner z wizerunkiem papieża Leona i miejscami na naklejki z danego dnia. Tuż obok ustawiono świecę roratkę, a na dole zegar, który odmierzał nie godziny, a dni upływające do świąt Bożego Narodzenia. Aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia, bo wyglądało to przeuroczo. Każda Msza święta rozpoczynała się od radosnej procesji dzieci i kapłanów rozświetlających kościelny mrok swoimi lampionami. Towarzyszyła temu pieśń, którą poznałam dopiero w tamtej parafii, a która bardzo mi się podobała i niemal natychmiast nauczyłam się jej na pamięć. 
W dniach, kiedy byłam na nabożeństwach, dostawałam za zadanie zebranie dzieci przybyłych na nie z lampionami i ustawienie ich pod chórem. Czasami, kiedy poprzedniego dnia mnie nie było w kościele, podpytywałam je, czego się wówczas dowiedzieli. Dzieciaki, z początku niezbyt przychylnie do mnie nastawione, z czasem zaczęły się do mnie coraz bardziej przekonywać, a w ostatnich dniach już same z siebie ze mną rozmawiały. Noszszsz... aż się wzruszyłam. Potem wraz z nimi, i z lampionem w łapach, szłam w uroczystej procesji.
Tak jak pisałam wcześniej, kazania nie były tylko monologiem kapłana, jak to było za czasów mojego dzieciństwa, ale dialogiem ksiądz-dzieci-lew Leo. Aż serce samo z siebie cieszyło się na ten widok. A przy okazji sama wiele wyniosłam z tych spotkań. Bo przecież nigdy nie jest tak, że wszystko wiemy, zawsze coś będzie dla nas nowością.
Bardzo mi się podobał pomysł z przynoszeniem przez dzieci ozdób na choinkę. Każdego dnia była losowana jedna z nich, a dziecko które ją wykonało, otrzymywało szopkę, do której miało dołożyć jedną rzecz i przynieść na kolejne spotkanie. Dodatkowo dostawało ono batonik "Lion" oraz wykonanego przeze mnie lwa np. na choinkę.
Pomysł na lwy przyszedł mi przypadkowo podczas dłuższego przebywania w szpitalnej (przychodniowej?) poczekalni. Ogólnie wiedziałam o temacie przewodnim rorat zaproponowanym przez "Małego Gościa Niedzielnego" już w połowie listopada. W tym samym czasie ksiądz podzielił się ze mną wiadomością, że zdecydował, że na jego podstawie zrobi nabożeństwa (z tego co wiem, to jeszcze można było zrobić je o bł. Laurze Vicunii i świętych Pier Giorgio Frassatiego oraz Carla Acutisa, czy też samego św. Carla Acutisa). Podejrzewałam, że na swojej nowej parafii zrobi jakieś losowania czegoś wśród dzieciaków. I tak sobie pomyślałam, że miło by było, gdyby ci, którzy to coś wylosują dostały jakiś tematyczny upominek. Białe lwy np. na choinkę? Czemu nie. Szybko zamówiłam odpowiednią foremkę do wypieków, aby jakoś wprowadzić zamysł w czyn, i jeszcze zdążyć na czas. Udało się, a przynajmniej połowicznie. W zamyśle miały być one z zimnej porcelany, ale coś nie wyszło. W ostateczności pomalowałam je na biało, bo naturalny kolor bardziej przypominał ten, w którym lwy występują w naturze. Zdążyłam z tym dosłownie na styk i już pierwszego dnia wręczyłam pudło, w którym się znajdowały, księdzu. Może nie były idealne, ale z sercem. A to, co zostało, bo jednak wyszło ich nieco więcej niż dni adwentowych, rozdałam osobom bliskim mojemu sercu.
Po losowaniu jedno z dzieci przesuwało wskazówkę adwentowego o jeden dzień. Po błogosławieństwie i rozesłaniu w murach świątyni rozlegał się radosny śpiew "Leo, Leo, Leo, odnajdę cię!". W tym czasie, albo któryś z ministrantów, albo ja, szli na zakrystię po naklejki z danego dnia, które następnie dzieci przyklejali na specjalną planszę. Nawet mi dostało się jedną. 
Dodatkowo do naklejki dzieci otrzymywały "coś słodkiego", ciasteczko, pierniczka, babeczkę, "czekoladowego pierniczka" (z gęstej roztopionej białej czekolady "wykrajałam" foremkami do pierniczków odpowiednie kształty). Trochę było z tym roboty, zwłaszcza, że w dniach, kiedy byłam na tych roratach wracałam do domu na godzinę 21:30, ale uśmiech dzieciaków wynagrodził mi wszelkie zmęczenie.
Jak białe lwy, tak białe lwy :)
Takim finałem spotkań roratnich było wspólne ubieranie choinek przez dzieci w przyniesione przez nie ozdoby. Nawet kilka moich lwów na niej wylądowało, co oczywiście mnie cieszy. Ale, oczywiście, najbardziej cieszyła mnie radość dzieci z tej przygody. (Na tej drugiej choince widać nawet moje lwy)
Tak mi się przypomniały roraty z 2011 roku z "Pamiętnikiem papieskiego anioła". Roraty najczęściej prowadzone przez księdza Wojtka, który angażował w nie wszystkich chętnych od najmłodszego do najstarszego. Wiecie, myślałam, że już nigdy nie przeżyję czegoś takiego. A tu życie sprawiło mi taką niespodziankę. Takie promyczki radości pomiędzy kolejnymi pobytami u specjalistów, badań, diagnoz, zażywania leków przeciwbólowych, zmęczenia pracą. Bo w życiu, oprócz tych złych momentów, są także i dobre. I to z nich należy się cieszyć.

Na koniec dzisiejszego wpisu chciałabym Wam życzyć staropolskim zwyczajem 

wszystkiego najlepszego i najpiękniejszego na te święta. Żeby nowonarodzona Boża Dziecina zawitała w Waszą codzienność i została w niej przyjęta dużo cieplej, niż 2025 lat temu w Betlejem. Żebyście potrafili cieszyć się tymi dniami i spędzili je w spokojnej atmosferze, takiej, jaka Wam odpowiada. Żeby pokój ogarnął Wasze serca, a spokój płynący z Bożego żłobu towarzyszył Wam przez cały rok. Niech to będzie dobry czas sprzyjający odpoczynkowi i budowaniu relacji. A jednocześnie nie zapominajmy, kto tak właściwie jest w tym wszystkim najważniejszy.
Błogosławionych i dobrych świąt spędzonych w zdrowiu i radości!

I na koniec dziękuję Uleńce i Marzence za kartki z życzeniami. Akurat wyjęłam je ze skrzynki pocztowej w chwili, w której wróciłam z całodniowego (no, może przesadziłam, ale na pewno kilkugodzinnego) pobytu w szpitalu i od razu jakoś tak lepiej się poczułam. Ale poczułam też żal do samej siebie, że w tym roku nie dałam rady (na razie) nic nikomu wysłać. Przepraszam Was...