Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 31 października 2018

807. Ukryte supermoce ludzkiego mózgu

Od lat naukowcy głowią się nad możliwościami naszego mózgu. Przez lata opierali swoje teorie na obserwacji "geniuszy", dzisiaj niezastąpione są badania najnowocześniejszymi urządzeniami medycznymi procesów zachodzących w naszym prywatnym komputerze. Wyniki, jakie przez to uzyskują są zaskoczeniem nie tylko dla przeciętnego zjadacza chleba, ale też i dla nich samych.
Kilka lat temu pod lupę wzięto kilka osób wykazujących się ponadprzeciętnymi zdolnościami. Pierwszym z nich był Jan*, który w prawidłowej kolejności wymienił wszystkie 52 karty z talii pokazane mu wcześniej w przypadkowej kolejności. Co ciekawe, mężczyzna wcześniej nie wykazywał tego typu zdolności, a nawet uchodził za zapominalskiego. Co więc się stało? Najpierw rozmawiał z wieloma neurologami w celu poznania mechanizmu zapamiętywania z biologicznego punktu widzenia, następnie uczył się technik zapamiętywania od mistrzów w tej dziedzinie. W końcu znalazł swój sposób, który nazwał pałacem pamięci. Polega ona na wykorzystaniu specjalnego neuronowego połączeniu pomiędzy ośrodkami uczuć i wzroku, aktywowanego podczas przetwarzania obrazu: dziwne lub emocjonalne obrazy zachowują się w naszej pamięci dużo trwalej niż przeciętne. Dodatkowo mózg dużo łatwiej przypomina sobie powiązane ze sobą rzeczy niż odrębne informacje. W celu zapamiętania kolejności 52 kart Jan, buduje "pałac myśli" przechowuje w nim obrazy i wymyślone przez siebie historie dotyczące zapamiętywania kart. Im dziwaczniejsze tym lepiej(np. król pik to różowy pies pilnujący pałacu, a czwórka trefl to okratowane czworokątne okienko w drzwiach wejściowych). Aby móc wymieniać karty w prawidłowej kolejności, trzeba wejść do pałacu, przejść po jego komnatach i przyjrzeć się napotkanym widokom. O skuteczności tej techniki świadczy to, że kiedy po jakimś czasie wrócimy do kart, przypomnimy sobie ich kolejność oraz powiązane z nimi obrazy.
Drugim z nich był zaledwie siedmioletni Kubuś, który mimo tego, że od urodzenia jest całkowicie niewidomy, rewelacyjnie i bezbłędnie(!) gra w koszykówkę. Dla kogoś, kto patrzy na jego wyczyny z boku wydawać by się to mogło wprost nieprawdopodobne. Tymczasem niezwykły koszykarz wykorzystuje w swoim fachu "widzenie uszami", czyli echolokację. Uderzając językiem o podniebienie nasłuchuje powracającego echa i w ten sposób rozpoznaje swoje otoczenie. Dla zilustrowania o co dokładniej chodzi zamieszczam fragment programu "The Brain. Genialny umysł", gdzie niewidomy uczestnik w identyczny sposób rozpoznawał przedmioty:
Jedno kliknięcie języka na sekundę w zupełności wystarcza Kubie na zlokalizowanie przeszkody z centymetrową dokładnością. Obiekty o niewielkich wymiarach brzmią dla niego trochę "jaśniej" niż ton wyjściowy, zaś odbite od nich fale dźwiękowe mają wyższą częstotliwość. Na podstawie niewielkiej ilości czasu potrzebnego na powrotu głosu do chłopca w postaci echa, jego mózg oblicza odległość. Na pewno każdy z Was pomyślał sobie w tym momencie, że to umiejętność zastrzeżona tylko dla osób mających problem ze wzrokiem. Tymczasem każdy zdrowy ludzki mózg dysponuje umiejętnością echolokacji. Wystarczy tylko regularnie go ćwiczyć, aby osiągnąć widoczne efekty. Również samo orientowanie się niewidomych w otoczeniu za pomocą echolokacji nie jest niczym nowym, bo od lat naukowcy bacznie obserwowali to zjawisko. Długo nie mogli natomiast odkryć w której części mózgu przetwarzane są informacje i w jaki sposób składane są one w konkretny obraz. Przełom nastąpił w maju 2011 roku, kiedy pewien neurolog z jednego z kanadyjskich uniwersytetów dokonał niezwykłego odkrycia. Przeprowadzając badania na dwóch niewidomych wykorzystujących zjawisko echolokacji zauważył, że kiedy orientowali się oni w przestrzeni za pomocą mlaśnięcia języka, zwiększeniu aktywności ulegała część mózgu odpowiedzialna za widzenie, natomiast ośrodek słuchu pozostawał bez zmian. Wniosek nasuwa się jeden - ludzki mózg jest w stanie przetwarzać i tworzyć obrazy nawet wtedy, kiedy brak jest zdolności samego widzenia.
Rafał jest w stanie nauczyć się nowego języka w ciągu zaledwie tygodnia, czy też zapamiętać liczbę pi do 22 514 miejsc po przecinku. Jest on jednym z sawantów, czyli ludzi z tzw. zdolnościami wysypowymi. Takich ludzi jest obecnie kilkadziesiąt. Jak to się dzieje, że są oni zdolni do takich osiągnięć? Zwyczajny człowiek wykorzystuje filtr postrzegania i pamięć selektywną. Oznacza to, że nasz mózg potrafi co prawda zapamiętać wszystkie szczegóły, jednak nasza świadomość potrafi przywołać niewielką ich część. U sawantów wygląda to troszkę inaczej -  są oni w stanie zachować w pamięci oraz przywołać prawie 100% informacji. Naukowcy udowodnili, że w ich przypadku połączenia pomiędzy półkulami mózgowymi nie istnieją lub są bardzo słabe. Dzięki temu napływające bodźce lub zebrane informacje nie podlegają kategoryzacji na ważne i nieważne, przez to są przechowywane w tej części mózgu, do której aktualnie trafią. Ponadto zdolności sawantów są prawie zawsze prawokomorowe. Oznacza to, że w większym stopniu wykorzystują swoją prawą półkulę mózgu, która jest odpowiedzialna za uzdolnienia muzyczne i matematyczne oraz za przyswajanie konkretnych faktów. Ale uwaga! Lewa półkula mózgu odpowiada za logikę i rozumowania, a więc identyfikowanie powiązań. Obszar ten tłumi świadomy odbiór wszystkich bodźców, żeby nie doszło do niebezpiecznego przeładowania informacjami. W przypadku sawantów powyższy mechanizm obronny jest wyłączony, czyli wchłaniany jest każdy szczegół. A to znów prowadzi do osłabienia kompetencji językowych czy też społecznych.
Alina jest synestetykiem. Oznacza to, że potrafi zobaczyć dźwięk, poczuć smak liter, czy też zapach dotyku. Takich ludzi jak ona są miliony. Ich ośrodki zmysłów splecione są ze sobą w fascynujący sposób, a mózg jest niejako ich kompozytorem. Jak to możliwe? Otóż poszczególne obszary naszego ośrodka myślenia zajmują się reagowaniem na różne bodźce - jeden odpowiada za odczuwanie zapachów, inny za słyszenie. Nie pracują one jednak niezależnie od siebie, ale są ze sobą bezpośrednio powiązane i wymieniają się funkcjami. Naukowcy uważają, że mózgi synestetyków są inaczej zbudowane. Jest w nich dużo więcej połączeń i węzłów komunikujących się ze sobą. Dlatego odbierają oni więcej wrażeń niż inni. U takich ludzi bodziec wzrokowy jest przekazywany do ośrodka wzroku. Stamtąd impuls jest wysyłany nie tylko do struktur limbicznych odpowiedzialnych za emocje i oceny, ale także przez ośrodek słuchu. A to przecież tylko jedna z możliwych dróg przejścia jednego impulsu. Tam, gdzie przeciętny człowiek słyszy wyłącznie akord A-dur, oni mogą widzieć także kolor. Za tym, co wydaje się przypadkiem, stoją jednak określone reguły. Dlatego te same litery wywołują u synestetyków takie same doznania kolorystyczne. Bardzo dobre wykorzystanie zdolności synestetycznych można zobaczyć u malarza Wassyly'ego Kandinsky'ego, który nie tylko widział używane kolory, ale też je... słyszał. Dzięki tej kompozycji zmysłów mógł tworzyć genialne obrazy. Do tej pory opisano 40 form synestezji. Poza zjawiskiem słyszenia kolorów czy też smakowania liter zdarza się też postrzeganie osób jako barw. Przypuszcza się, że zjawisko synestezji jest uwarunkowane genetycznie.
Echolokacja, superpamięć, widzenie dźwięków - naukowcy stopniowo zwiększają swoją wiedzę na temat ukrytych zdolności naszego mózgu. Aktywowanie ich jest często tylko kwestią techniki - tak jak w przypadku Jana, który uczynił ze swojego mózgu solidny skarbiec wspomnień. Trzeba jednak pamiętać, że neurony są jak mięśnie. Regularny ich trening skutecznie zwiększa ich wydajność. Jednak kiedy przerwiemy ćwiczenia mięsień słabnie, a neuron umiera. I właśnie w tym upatruje się zagrożenie - jest bardzo prawdopodobne, że ludzka pamięć będzie coraz słabsza w wyniku upowszechniania się pamięci zewnętrznych. Już dzisiaj ludzka pamięć jest coraz bardziej eksternalizowana, coraz częściej informacje przechowywane w urządzeniach, a nie w głowie. Dochodzi do tego, że aby podać swój numer telefonu musimy sprawdzić go w komórce... A przecież tak łatwo można zrobić użytek z supermocy własnego mózgu!

Na podstawie artykułu "Ukryte supermoce ludzkiego mózgu"; "Świat wiedzy" nr 5/2011, str 36 - 45
* Imiona w tekście zostały zmienione

niedziela, 28 października 2018

806. "Piątka", która jest moim wkładem w pewną akcję :)

Rano po obudzeniu miałam mały "error" - zerknęłam na zegarek, było po ósmej. Niby wiedziałam, że dzisiejszej nocy zmieniają czas, ale nigdy nie wiem w którą stronę... Chwilkę leżałam na łóżku intensywnie myśląc, aż w końcu włączyłam komputer. Gdzie jak gdzie, ale na Internecie powinno być podane, która aktualnie jest godzina, prawda? Po siódmej. Czyli miałam jeszcze trochę czasu do dzisiejszego biegu na 5 km. Gorzej byłoby, gdyby okazało się, że zmiana nastąpiła w drugą stronę :)...
Tymczasem korzystając z okazji przeczytałam sobie komentarze z mojego ostatniego wpisu i wpisy z 2014 na blogu Olgi. Czyli już wiecie kogo aktualnie czytam w całości :). Raz po raz zerkałam za okno, gdzie krople deszczu raz po raz dzwoniły o szyby. Taka pogoda to bardziej do siedzenia w domu niż do biegania. Nawet moja kotka tak uznała, bo leżała na kołdrze zwinięta w kłębuszek. Z drugiej strony istniała jednak szansa, że do startu chociaż trochę się wypogodzi. Jak dla mnie nie musiało świecić słońce, wystarczy aby nie padało.
Na szczęście wkrótce deszcz zelżał. Ucieszyłam się, bo miałam zamiar pobiec w legginsach 3/4 i do tego podkolankach w zebrę. Na skarpetki i krótkie spodenki było za zimno, a długie legginsy zaginęły w akcji. Mam jeszcze kilka typowych dresów, ale je zostawiam sobie na zimę. Do tego adidasy bez płóciennych wstawek z zewnątrz. Miałam mały dylemat, jaką górę sobie wybrać, ale w końcu padło na podkoszulek wycinany + bluzka z długim rękawem + wiatrówka + bluza dresowa. Wiatrówkę miałam pod bluzą dlatego, że nie chciałam dziurawić kurtki agrafkami(wystarczy, że kot mi ją podziurawił pazurkami), a przecież nie miałam pewności, że po drodze nie lunie jak z cebra. Do plecaka oczywiście spakowałam dodatkowe buty, skarpety i bluzkę, a także wiatrówkę(na bieg pojechałam w kurtce) i... książkę. W sumie przez 40 minut jazdy tramwajem można sporo przeczytać.
Kilka minut przed przyjazdem tramwaju przekręciłam klucz w drzwiach i udałam się na przystanek. Pojazd podjechał chwilę później. Wsiadłam do niego, zajęłam wolne miejsce(a wyjątkowo było ich sporo) i zatopiłam się w lekturze. Tymczasem tramwaj sunął po szynach miarodajnie kołysząc się na boki.
Przystanek przed końcem trasy wysiadłam z niego i skierowałam się do hali sportowej po odbiór pakietu startowego. Co prawda jeszcze nigdy nie byłam w tych stronach miasta i trochę się bałam, że się pogubię, jednak budynek stoi tuż przy ulicy. Odhaczyłam się na liście, odebrałam pakiet startowy(numerek startowy, zwrotny chip mierzący czas, butelka wody mineralnej, suplementy diety dla sportowców, talon na posiłek i jakieś ulotki), a następnie udałam się do przebieralni, aby zdjąć dżinsy, pod którymi miałam legginsy, jedną bluzę na drugą i przy okazji podłożyć pod tą drugą bluzę wiatrówkę. Aha, i jeszcze czapkę zamieniłam na opaskę. Resztę rzeczy schowałam do plecaka, a ten oddałam do depozytu. Przy okazji poprosiłam znajdujące się w nim dziewczyny, aby przypięły mi numer do bluzy. Z chipem poradziłam sobie sama. Trochę musiałam poczekać na start, ale wykorzystałam ten czas na rozgrzewkę. Tego nigdy nie jest za dużo. A przy okazji podziwiałam piękne psy z lokalnego schroniska, na które kwestowali wolontariusze.
Na starcie(źródło zdjęcia)
O wyznaczonej godzinie wszyscy udali się na start położony u wejścia do lasu. Tak się złożyło, że start i meta wszystkich czterech konkurencji(w skład imprezy sportowej wchodziły biegi na 21, 10 i  5 km, oraz marsz nordic-walking też na 5 km) miały miejsce w tym samym miejscu i tylko po drodze trasa została odpowiednio rozmieszczona. Jeszcze tylko chwila nerwowego oczekiwania, wystrzał z pistoletu i wszyscy ruszyliśmy przed siebie. Chociaż wystartowałam jak+o jedna z pierwszych poszczególni uczestnicy biegu szybko mnie wymijali. Ja jednak wcale się tym nie przejmowałam. Znam swoje ograniczenia, wiem że nie pokonam trasy 5 kilometrów w powiedzmy 20 minut. Nie chciałam też od początku biec na złamanie karku, bo i ślisko było i ja dosyć szybko opadłabym z sił. A biegnąc swoim tempem mogłam podziwiać spektakl kolorów, jaki zafundowała nam w tym roku jesień. Co jakiś czas pojawiali się wolontariusze pilnujący porządku i informujący którędy należy biegnąć oraz kartki z oznaczonymi kolejnymi kilometrami trasy. Tylko w dwóch miejscach miałam problem z pokonaniem trasy, ale w jednym widząc mój strach w oczach(stroma górka z błotną breją zmieszaną z liśćmi i moja równowaga - już widziałam jak zjeżdżam na tyłku) pozwolono mi biec naokoło, a w drugim po prostu ktoś z biegu na 10 km wziął mnie pod ramię i wciągnął na górę, ryzykując tym samym swoim gorszym czasem.
Na trasie(źródło zdjęcia)
Na ostatnich 300 metrach widziałam już stoper odmierzający czas, na którym widniało 49 minut. Zdążę przed 50 minutą, czy też nie? Ostatni wysiłek... I niestety, nie zauważyłam, czy mi się to udało(a żeby było śmieszniej, to coś poszło nie tak i z przyczyn technicznych nie podano wyników biegów na 10 i 5 km oraz nordic-walking, więc nawet nie mam jak tego sprawdzić). Ale czy to ważne? Grunt, że zmieściłam się w limicie 60 minut, że dałam radę przebiec, że może nie pokonałam innych, ale pokonałam samą siebie. Na mecie podszedł do mnie z gratulacjami mój sąsiad z bloku obok. Nawet nie wiedziałam, że biegł! Po chwili na mojej szyi wisiał dumnie medal, a ja zwracałam chip wwiązany w moją sznurówkę.
I na mecie(źródło zdjęcia)
Wolno szłam w kierunku hali sportowej. Nie czułam jeszcze bólu ani zmęczenia. Tylko woda nieprzyjemnie chlupała mi w butach. Przecież tyle razy wpadłam w kałuże... W szatni zmieniłam mokre ciuchy na suche i jednym chlustem wypiłam butelkę wody. Przy okazji zamieniłam kilka zdań z innymi uczestniczkami biegu. Jeszcze tylko zjadłam zalewajkę i poszłam na salę gimnastyczną cieszyć się wraz z najlepszymi w półmaratonie z uzyskanych przez nich wyników. A przy okazji pomyślałam sobie, że te 5 kilometrów może być moim skromnym wkładem w akcję, o której >>tutaj<< pisałam.
Pakiet startowy minus butelka wody mineralnej i minus talon na jedzenie

sobota, 27 października 2018

805. Mam to obiecane

Jutro czeka mnie kolejny bieg na 5 km, tym razem w sąsiednim S-cu. Podobnie jak dwa miesiące temu, także i jutro nie pobiegnę po jakieś miejsce, bo takie nastawienie byłoby w moim przypadku przynajmniej dziwne, ale chcę poprawić wynik. W sierpniu w Oświęcimiu przebiegłam ten dystans w niecałe 50 minut. Teraz chcę, aby czas był chociaż tyci, tyci lepszy. W końcu wróciłam do treningów z lekkiej(planuję jeszcze wrócić do pływania, ale to chyba dopiero na wiosnę) z trenerem, a więc wiadomo że jest inaczej, niż bym biegała sama sobie. Tu coś poprawi, tam skrytykuje, ale wszystko staram się przyjąć na klatę.
Przez to, że bieg zaplanowany jest od godziny 9:00(odprawa zawodników) do godziny 16:30(oficjalne zakończenie imprezy) nie będzie mnie na Mszy świętej na godzinie 10:00, na której śpiewamy razem ze scholą. Trochę mi żal, bo dzisiaj na porannej próbie pani B. oznajmiła nam, że na zakończenie zaśpiewamy "Zaufaj Panu już dziś" z repertuaru Magdy Anioł. 
Od jakiegoś czasu ćwiczymy tą piosenkę z podziałem na rolę. I nawet mi przypadł w udziale jeden wers - "Jak być dobrym powiedz mi, kiedy świat jest taki zły? Zaufaj Panu już dziś!". Jeszcze do dzisiejszego poranka sądziłam, że mam to tylko tak, ot sobie. Co by mi smutno nie było. Aż tu nagle do moich uszu dotarło:
- Z. śpiewa wers trzeci, Lolek... Kurcze, szkoda Karolina, że cię jutro nie ma, bo ten czwarty wers wychodzi ci naprawdę super
- Czyli mam rozumieć, że ten fragment będzie już mój? - zapytałam nieco niepewnie.
- Oczywiście...
No proszę, musiało minąć jedenaście lat mojej obecności w scholi, aby ktoś dostrzegł moje starania. Jasne, na Eurowizję raczej nie pojadę, ale czasami warto coś robić sercem niż rozumem. Na próbie jednak zaśpiewałam swoją kwestię(jutro po prostu ktoś mnie zastąpi) i to do mikrofonu. Co ciekawe, zaczęliśmy już ćwiczyć repertuar na adwent, chociaż do tego okresu jest jeszcze troszeczkę czasu. Na koniec dzieciaki dostały po kosteczce czekolady, a ja, z powodu mojej alergii - mandarynkę(na którą nota bene też mam alergię). No ale liczą się intencję, prawda? Potem jeszcze trochę pomogłam pani B. uporządkować dekoracje różańcowe, a raczej obwiędłe kwiaty(myślicie, że księża się kapną, że kilka z nich wylądowało w koszu?) i można było wracać do domu. Jeszcze trochę pogadałam z panią B., która akurat szła na ryneczek znajdujący się na moim osiedlu. Na koniec upewniłam się, czy na pewno ten czwarty wers piosenki jest mój i pożegnawszy się(a przy okazji usłyszawszy życzenia powodzenia podczas jutrzejszego biegu) ruszyłam do domu. 
Oczywiście długo w nim nie posiedziałam długo, bo i z kolejną rodziną do odwiedzenia byłam umówiona, i musiałam na mieście załatwić kilka spraw... Ale na ciepłą herbatę znalazłam czas. I jakoś tak bardziej mi smakowała... A może to ze szczęścia, że ktoś mnie docenił?

piątek, 26 października 2018

804. Czy można stworzyć myślami komórki mózgowe?

Nasz mózg nie lubi się nudzić. Kiedy się nudzi przekaz informacji z jednej do drugiej półkuli jest tylko częściowy, powłoka ochronna nieużywanych włókien nerwowych ulega rozpadowi(a przez to informacje mogą się po prostu gubić), nieużywane synapsy, zaś drogi przewodzące oraz komórki nerwowe po prostu zanikają, a tym samym połączenia pomiędzy nimi zostają przerwane. Skutkiem tego jest gwałtowny spadek wydajności mózgu. Szybciej zapominamy, częściej nie możemy po kojarzyć pewne fakty. Czy da się z tym walczyć? Albo czy da się odbudować uszkodzone komórki mózgowe? Oczywiście, że tak!
Naukowcy z Uniwersytetu w Ratyzbonie przeprowadzili badania na uczestnikach kursu żonglowania. Po trzech miesiącach odkryli, że tzw. bruzda śródciemieniowa(aparat percepcyjny w naszym mózgu) zwiększyła swoją masę o ponad 5%. Sprzyja to poprawie naszej szybkości reakcji i koordynacji. Podobnie jak dzięki uprawianiu sportu możemy rozwijać swoje mięśnie, tak samo nasz mózg dzięki konkretnym ćwiczeniom jest w stanie zwiększyć swoją sprawność.
Automatycznie nasuwają się takie pytania jak: Co dzieje się w mózgu, kiedy myślimy czy też się ruszamy? Czy nowe komórki nerwowe rzeczywiście wtedy powstają? O ile tak właściwie może urosnąć nasz mózg? Postaram się Wam w kilku słowach wyjaśnić pewne procesy zachodzące w mózgu każdego z nas. 
Nie da się ukryć, że im częściej neurony(komórki nerwowe) pobudzane są przez ruch, wyzwania intelektualne, a nawet zwyczajne myślenie, tym więcej tworzy się synaps(dróg komunikacji). Neurobiolodzy nazwali ten proces regułą Hebba. Jej działanie można opisać w następujący sposób - dwie komórki mózgowe(neurony) pobudzane są przez nasze myślenie. Następnie budują one między sobą połączenia, tworząc na końcu swoich włókien nerwowych łączące się synapsy. W ten sposób powstaje miejsce kontaktowe umożliwiające komunikację. Jeżeli zadanie jest powtarzalne lub przywoływana jest zapamiętana wiedza, obie komórki aktywują się używając istniejące już połączenie. Im częściej pobudzane są obydwa neurony, tym sprawniejsze jest połączenie między nimi. 
Rozbudowa połączeń w naszym mózgu odbywa się na wiele większą skalę. Dzięki temu w określonych obszarach powstają szczególnie wydajne, gęste powiązania komórek mózgowych. Za sprawą treningu sieci te w każdej chwili mogą zostać poszerzone co udało się udowodnić naukowcom z University College w Londynie. Zbadali ponad 100 osób uczących się języka obcego. Wykorzystując magnetyczny rezonans jądrowy odkryli, że niektóre obszary lewej półkuli mózgowej, które należą do tzw. ośrodka Broki(odpowiedzialny jest np. za mowę), były powiększone. Z tego wynika, żer wkuwanie słówek i gramatyki obcego języka jest prawdziwą kulturystyką dla naszego mózgu.
Ciekawa jest geneza powstawania nowych komórek mózgowych. Potrzebne są do tego dwa człony: neuronalna komórka macierzysta oraz bodziec z zewnątrz. Cechą szczególną komórki macierzystej jest jej regularny podział, tworzący tym samym nowe komórki. Powstały w ten sposób materiał bazowy musi być regularnie rozbudowywany, bo bez treningu komórki potomne ulegają obumarciu. A za trening może służyć właściwie wszystko, nawet czytanie tego tekstu. Powstały w ten sposób bodziec powoduje, że komórki nerwowe zaczynają pracować ze zdwojoną siłą, aby uporać się z informacjami. Takie ćwiczenia wzmacniają nowe neurony porównywalnie do tego, jak sporty siłowe przyczyniają się do wzrostu masy naszych mięśni. Wykształcenie i łączenie w sieci komórek nerwowych to proces trwający od dwóch do trzech tygodni. Dodatkowo uchodzą one za bardzo wydajne i dysponują dużym potencjałem(są niezużyte i wrażliwe, a przy tym potrafią szybciej tworzyć nowe synapsy).
Ale uczenie się nie tylko tworzy nowe komórki nerwowe, ale też pobudza każdy istniejący neuron do pracy na najwyższych obrotach. Często używane drogi nerwowe szybciej przekazują informacje. Regularny trening umysłowy zwiększa sprawność włókien nerwowych. Im częściej dana synapsa przekazuje sygnał, tym większa jest powierzchnia kontaktowa i tym szybciej transmitowane są impulsy. Chociaż przez długi czas naukowcy nie byli w stanie udowodnić tych zmian, ostatnio zaobserwowali rozwój synaps u larw muszek owocowych - w ciągu doby stwierdzili wzrost liczby receptorów glutaminergicznych. Jest to białko występujące także u ludzi, które przewodzi impulsy od jednej komórki nerwowej do drugiej i jest odpowiedzialne za uczenie się i zapamiętywanie.
Jednak nie tylko trening umysłowy wpływa na rozwój na rozwój naszego mózgu. Bodźce w postaci nowych wrażeń zmysłowych, kontaktów międzyludzkich czy też sportu przyczyniają się do rozmnażania neuronów i tworzenia między nimi nowych połączeń. Obcy zapach(chociażby egzotycznego owocu) pobudza rozwój naszych komórek nerwowych. Ma to miejsce w części mózgu odpowiedzialnej za zmysł węchu, tzw. opuszce węchowej - kiedy komórki nerwowe otrzymują nieznany zapach, pracują na najwyższych obrotach w celu jego przyporządkowania do odpowiedniej kategorii, a następnie zapamiętania.
Warto też wiedzieć, że już samo obcowanie z innymi ludźmi jest swoistym treningiem umysłowym. Każde spotkanie dostarcza nam nowych doświadczeń, a przez to ćwiczy komórki nerwowe. O roli jaką odgrywają dla mózgu kontakty społeczne dowiedzieli się naukowcy z Uniwersytetu Princeton. Oddzielili oni od matek nowo narodzone szczury na czas od 15 minut do 3 godzin. Miało to drastyczne i długotrwałe skutki: nawet kiedy te szczury dorosły, w ich mózgach wytwarzało się o wiele mniej komórek i połączeń nerwowych niż u innych. U ludzi izolacja prowadzi do szybkiej redukcji neuronów, a czasami wręcz do choroby Alzheimera. Natomiast im bardziej jest się towarzyskim, tym mniejsze jest ryzyko zapadnięcia na tą chorobę.
Także sport pozytywnie wpływa na przyrost neuronów. Osoba regularnie go uprawiająca posiada wydatniejszy mózg. W porównaniu do kogoś stroniącego od wysiłku fizycznego musi aktywować mniejsze obszary mózgu, aby rozwiązać to samo zadanie. Dzieje się tak dlatego, że ruch podwyższa liczbę protein wzrostu we krwi. Te z kolei przedostają się do mózgu, gdzie stymulują tworzenie się nowych komórek nerwowych. Zagadką pozostaje jednak sposób odbywania się tego procesu. Na razie wiadomo tyle, że po każdym wzroście wydajności mózg potrzebuje przerwy na odpoczynek. W przeciwnym razie sieć neuronów uległaby przeciążeniu lub załamałaby się kompletnie. A wtedy cały nasz intelektualny wysiłek poszedłby na marne...
Na początku tekstu przedstawiłam Wam schemat działania mózgu, który się nudzi. Teraz, na koniec już, napiszę Wam w skrócie co się dzieje, kiedy dostarczamy mu bodźców do działania. W czasie rozwiązywania np. łamigłówek nasze synapsy pracują w nieprzerwanym tempie. Powoduje to nieustanną aktywność włókien nerwowych, które utrzymują powłokę ochronną. Dzięki pracy umysłowej powstają kompletnie nowe komórki oraz połączenia nerwowe. Skutkiem takiego działania jest rozbudowa sprawnej sieci komórek nerwowych.

Na podstawie artykułu: "Jak stworzyć myślami komórki nerwowe" str. 94-97; "Świat wiedzy" nr 3/2011

środa, 24 października 2018

803. Przezorny zawsze ubezpieczony?

Kiedyś u pewnej osoby na fanpagu przeczytałam negatywny komentarz na temat anonimowego (tzn. nie z imienia i nazwiska) prowadzenia bloga. Ogólnie chodziło jej o to, że wstydzimy się naszych poglądów i dlatego chcemy zachować anonimowość.
Można powiedzieć, że prowadzę w połowie anonimowego bloga. W zasadzie wiecie o mnie prawie wszystko oprócz mojego nazwiska. Chociaż z tym też nie do końca jest prawdą, bo kto z Was chce, ten dostaje nie tylko moje nazwisko, ale nawet dane adresowe. Lecz muszą to być osoby, którym zdecyduję się zaufać. Wiecie, licho nie śpi, nigdy nie wiadomo kto siedzi po drugiej stronie ekranu.
Wielokrotnie dostałam meila z pytaniem, dlaczego nie przeniosę mojego bloga na fanpage, wtedy miałabym o wiele, wiele więcej czytelników. Może i tak, ale z drugiej strony zatraciłabym wtedy swoją anonimowość i autonomię, a na pewno nie pisałabym tak szczerze jak tutaj, zastanawiając się, czy ktoś przypadkiem nie przeczyta czegoś i nieopacznie tego nie zrozumie, a potem będzie miał do mnie pretensję o byle co. Poza tym bloga danej osoby trudniej znaleźć, niż taki fanpage. A przecież coraz częściej się słyszy o tym, że przyszli pracodawcy przeglądają profile facebookowe kandydatów na pracowników. Za rok kolejny raz staję na komisji decydującej o przyznaniu mi renty. Jaką mam pewność, że ktoś z komisji nie przejrzy mojego profilu na facebooku bądź fanpage i nie wynajdzie na nich informacji, które wykorzysta przeciwko mnie. 
Przez to tutaj, w blogowisku, czuję się bardziej swobodnie, zaś pisanie sprawia mi prawdziwą frajdę. Na facebooku nie umieszczam tylu rzeczy co tutaj, nie chwalę się nieustannie gdzie byłam i co robiłam. Może kiedyś to się zmieni, ale jeszcze nie teraz. Zresztą ze mną tak jest, że do wielu rzeczy muszę się przekonać. A co do czytelników bloga... Kurcze, może nie mam jakiś tłumów, ale mam wrażenie, że lubicie do mnie wpadać. I to jest dla mnie najważniejsze. Tak jak piszę, wolę mieć tutaj garstkę, ale zaufanych, osób, niż tłumy na facebooku, którzy graliby tylko przyjaciół. I tak naprawdę dla mnie to obojętne czy ktoś podpisuje swoje posty z imienia i nazwiska, czy z nicku. Ważne co reprezentuje swoim blogiem. Bo niepodpisywanie swoich postów imieniem i nazwiskiem, czy też nieukazywanie swojego oblicza, nie zawsze oznacza tchórzostwo, ale czasami wręcz ostrożność. Czasami warto spojrzeć na to od tej strony.
A na koniec "postraszę" Was moją mordką, coby nie było, żem taka całkiem anonimowa, bo podpisuję się tylko nickiem. Mam nadzieję, że nie uciekniecie gdzie pieprz rośnie :).

poniedziałek, 22 października 2018

802. Przewaga starego nad nowym

Kiedy byłam w pierwszej klasie gimnazjum rodzice kupili mi dyktafon... Mogłabym powiedzieć, że była to nagroda za rewelacyjną średnią na koniec pierwszego półrocza, jednak nie należeli oni do tych, którzy celowo nagradzają swoje dzieci za oceny. Raczej było to przypadkowe działanie. Otóż czasami im marudziłam, że nie nadążam z notowaniem na zajęciach, przez co musiałam nadrabiać zaległości w domu(tym razem pisałam na komputerze, drukowałam i wklejałam do zeszytu). Poza tym zaczęłam swoją przygodę z dziennikarstwem(na razie jeszcze bez sukcesów - te nadeszły dopiero na koniec roku szkolnego), która tak zaangażowała się w swoją "pracę", że zbudowała sobie z klocków młodszej siostry dyktafon i aparat fotograficzny i robiła wywiady z najbliższymi. Często przebąkiwałam o tym, że w przyszłości pójdę na humana, a potem na dziennikarstwo, bo przecież tak bardzo lubiłam udzielać się w gazetce szkolnej pomimo całkowitego braku czasu(jak to w klasie o profilu sportowym).
Rodzice akurat poszli po coś do sklepu z produktami elektronicznymi, gdzie akurat trafili na dyktafony, które w dodatku były w promocji. Mając w pamięci mnie biegającą z dyktafonem zbudowanym z LEGO postanowili mi go zakupić. W ich zamyśle, nawet jeżeli po drodze mi się odmyśli zostanie zawodowym dziennikarzem(co też się stało), to i tak takie urządzenie może mi się przydać.
Tak też się stało. Najpierw próbowałam działać z nim w gimnazjum i w liceum, jednak w pierwszym przypadku było za głośno, a w drugim - zbyt chaotycznie. Jednak prawdziwa przygoda z dyktafonem zaczęła się dopiero na studiach, gdzie było tyle informacji do zanotowania, że nawet osoba bez problemów manualnych miała problem z zanotowaniem tego wszystkiego. A ja rach-ciach nagrałam sobie cały wykład, potem przepisałam go na komputer i wysłałam całej grupie - wszyscy byli mi niezwykle wdzięczni. Obsługa urządzenia była bardzo prosta - jedyne o czym trzeba było pamiętać to o zmianie kasetek na czas, bo to był jeszcze dyktafon analogiczny. Co myśmy z sobą przeżyli to nasze, ale tak naprawdę to bardzo mi pomógł w wielu zaliczeniach.
Niestety, z czasem kasetki uległy zużyciu, nie nagrywały już tak jak kiedyś, a o nowe było już trudno. Po prostu dyktafony cyfrowe wyparły już te analogowe. Z ciężkim sercem schowałam moje wymarzone urządzenie do szafki i zaczęłam rozglądać się za nowym. Bo jednak to wygoda podczas notowania notatek. Siłą rzeczy musiał to być cyfrowy, wszak analogowe już wycofano. Kupiłam jakiś, służył mi nawet, nawet.
Ostatnio Młoda zaczęła przebąkiwać, że musi sobie sprawić własny dyktafon, bo nie nadąża z notowaniem na laptopie na zajęciach. Co prawda teoretycznie ma notatki po mnie, jednak przez te kilka lat sporo mogło się zmienić. Znając ten ból postanowiłam użyczyć jej swój, wcześniej kasując z niego niepotrzebne rzeczy, zwalniając miejsce w pamięci. I podczas tego usuwania dyktafon najpierw zaczął dziwnie rzęził, a następnie zgasł. Baterie nie mogły paść, bo włożyłam do niego nowe. Ale zważając na to, że okres gwarancyjny już się skończył mogę przypuszczać, że działanie dyktafonu też.
No nic, przeszłam się dzisiaj do sklepu i razem z Młodą na spółę kupiłyśmy nowy. Tak nam wyszło taniej. Młodej się przyda na studiach, to jasne, a mnie może też do czegoś. W końcu ktoś coś przebąkiwał o reaktywacji gazetki parafialnej(kiedyś do niej też pisywałam to i owo)... Ja przy okazji kupiłam sobie bezprzewodową myszkę o której od dawna marzyłam. Akurat była w dużej promocji.
A jednocześnie założę się, że gdybym włożyła kasetkę i baterię do analogowego, to działałby bez zarzutu.

środa, 17 października 2018

801. W najbliższych wyborach zagłosuję na partię ĄĘ!

No bo w sumie kto mi zabroni? Nie dotarłam co prawda do ich programu wyborczego, ale hymn mają bardzo ciekawy.
Ciekawe tylko ile jej przedstawicieli znajdę na kartach do głosowaniu?

wtorek, 16 października 2018

800. Habemus papam, habemus papam - papież z dalekiego kraju!

Pewnego razu, Karolek mały
zadał swej mamie trudne pytanie
„Czy mi pokażesz, mamusiu droga,
kogo w swym życiu mam naśladować ?”

Mama pytania się spodziewała,
toteż zdziwienia nie okazała.
Za rączkę synka tam poprowadziła,
 gdzie się sama często modliła.

Karolek ujrzał małą kapliczkę,
w niej Matki Bożej figurkę śliczną.
Wraz z mamą zmówił pacierz pobożnie
i do kapliczki zajrzał ostrożnie.

Poznał odpowiedź na swe pytanie,
a mama takie dodała zdanie:
„Kto wolę Boga wypełnić chciałby,
 niechaj w Maryi wstępuje ślady.

Oto mój synku, najlepsza Matka,
Jej zawierz losy swoje i świata.”
Karolek pojął, że w Matce Bożej
najdoskonalszy otrzymał wzorzec.

Więc postanowił, chociaż był mały,
że to Jej właśnie odda się cały.
wtem zauważył z miną radosną,
że wokół ślicznie stokrotki rosną,

Co mają oczko żółte jak słońce
wśród białych płatków w niebo patrzące,
i tak się zwrócił Karolek mały
do Matki Bożej Niepokalanej:

,,Matko najlepsza jak wszystkie Twoje
są te stokrotki, tak maje życie
niech także Twoją własnością będzie
kieruj mną proszę zawsze i wszędzie”

Karolek nie mógł przypuszczać wtedy,
że Matka Boża jemu powierzy:
flagę co barwy ma żółto-białe,
niczym stokrotki Jej ukochane.

Nie znam autora powyższego wiersza. Niestety nie jestem to też ja. Ale myślę, że sporo jest w nim prawdy. W końcu zarówno stokrotki, jak i barwy papieskiej flagi mają biało-żółty kolor. 
Nie było mnie jeszcze na świecie, kiedy 40 lat temu Polak obejmował Tron Piotrowy. Mojemu tacie z 16 października 1978 roku najbardziej w pamięć wbiło się to, że zostali tego dnia zwolnieni z religii odbywającej się w Domu Katolickim. Tym samym, w którym zaledwie czterdzieści lat wcześniej gimnazjalista Karol Wojtyła grywał z przyjaciółmi w ping-ponga oraz gdzie robili próby do szkolnych przedstawień. W Domu Katolickim, z którego jak na wyciągnięcie ręki jest do skromnej kamienicy, w której przyszedł na świat i dorastał przyszły papież oraz bazyliki, będącej świadkiem dojrzewania wiary młodego Wojtyły. 
Puszczona wolno młodzież wadowickich szkół średnich wpadły w wir ludzkiego karnawału. Bo jak tu się nie cieszyć, kiedy nie dość, że Polak, to jeszcze wychowany w tym niepozornym podbeskidzkim miasteczku został wybrany na papieża? Gdzie Wadowice, a gdzie Rzym? On sam po jakimś czasie przyniósł do przysiółka tą niesamowitą wiadomość. Bo skąd ludność w wiosce położonej na końcu świata mieliby się o tym dowiedzieć? Chyba najprędzej z niedzielnej Mszy świętej. Dlatego uczące się w Wadowicach i Suchej Beskidzkiej dzieci były najczęściej ich łącznikami z światem zewnętrznym. A potem długo, długo wszystko wracało do normy, zwłaszcza, że Wadowice przeżyły prawdziwy nalot dziennikarzy z najdalszych zakątków świata. Na moim tacie zrobiło to niebywałe wrażenie. Zwłaszcza, że kilka lat temu otrzymał sakrament bierzmowania właśnie z rąk człowieka, który właśnie został Głową Kościoła Katolickiego...
Ostatnio mój chrześniak stwierdził, że chciałby być takim papieżem. Biedne Wadowice, nie wiem czy wytrzymają drugiego papieża wywodzącego się z ich progów...

niedziela, 14 października 2018

799. "I oto my jako dłużnicy historii stuleci, wielu istnień dla miłości, świętych co wierzyli,

ludzi co za wszelką cenę
uczyli nas latać,
tych co wieki przemieniali
jak Chrystus Pan"

Cztery lata, jak to szybko zleciało. Cztery lata temu pisałam o beatyfikacji jednego z poprzedników papieża Jana Pawła II - Pawła VI, zmarłego w 1968 roku. Legenda głosi, że kiedy zakończył swój ziemski żywot, stojący na jego szafce nocnej budzik, który został przywieziony z Polski, zatrzymał się. Na zaliczenie w poczet błogosławionych czekał 36 lat. Na kanonizację już nieco krócej - cztery. Co ciekawe, zarówno beatyfikacja jak i kanonizacja miały miejsce w czasie Synodów Biskupich(czyli zjeździe biskupów i kardynałów) w Watykanie. Ten w 2014 roku dotyczył rodziny, aktualny - młodzieży. Zresztą sam Paweł VI miał podczas swojego pontyfikatu wprowadzić reformy poczynione podczas II Soboru Watykańskiego zwołanego przez swojego poprzednika - Jana XXIII(kanonizowanego w 2014 roku wraz z papieżem Janem Pawłem II).
Jednak z papieżem Pawłem VI kanonizowano jeszcze sześciu innych błogosławionych Kościoła Katolickiego. Pochodzili z różnych krajów, dążyli jednak do miłości wobec Boga i bliźniego. Zostali kanonizowani w dniu, kiedy w Polsce obchodzony jest Dzień Nauczyciela, tak jakby dawali katolikom lekcję jak należy postępować, aby się dostać do Nieba. Myślę, że dzień ich kanonizacji jest dobry, aby przybliżyć nieco sylwetki każdego z nich.
św. Papież Paweł VI(źródło zdjęcia)
św. Paweł VI(właściwie Giovanni Battista Enrico Antonio Maria Montini) - żył w latach 1897-1978. Włoski duchowny rzymskokatolicki, arcybiskup Mediolanu w latach 1954 - 1963 oraz 262. papież od 21 czerwca 1963 do 6 sierpnia 1978 roku. Giovanni urodził się 26 września 1897 roku jako młodszy syn Giudetty Alghisi i Giorgio'ego Montini w małym miasteczku koło Brescii, Concesio. W 1916 roku zdał maturę i przez następne cztery lata studiował w seminarium w Brescii. 29 maja 1920 roku przyjął święcenia kapłańskie. Po święceniach kapłańskich pracował jako duszpasterz w Rzymie. Jednocześnie studiował filozofię, prawo kanoniczne, literaturę oraz dyplomację. Następnie podjął pracę w dyplomacji watykańskiej, gdzie był m.in. sekretarzem nuncjusza apostolskiego w Polsce(maj-listopad 1923 r). Po powrocie do Watykanu był urzędnikiem Sekretariatu Stanu, a jednocześnie sprawował funkcję narodowego asystenta kościelnego sekcji uniwersyteckiej włoskiej Akcji Katolickiej. W grudniu 1937 roku został substytutem w Sekretariacie Stanu, a w listopadzie 1952 roku papież mianował go podsekretarzem stanu do bieżących spraw kościelnych. Dwa lata później został wyznaczony na arcybiskupa Mediolanu, sakrę biskupią przyjął 12 grudnia 1954 roku w Rzymie z rąk kardynała Eugene'a Tisseranta. W swoich wystąpieniach wielokrotnie podkreślał znaczenie sprawiedliwości społecznej, odwiedzał zakłady pracy, powoływał do pracy i często wizytował nowe parafie, był inicjatorem budowy nowych kościołów. 15 grudnia 1958 roku papież Jan XXIII mianował go kardynałem. Blisko współpracował z papieżem w okresie przygotowań do soboru watykańskiego II oraz podczas pierwszej sesji soborowej. 21 czerwca 1963 roku, w trzecim dniu konklawe, został wybrany na papieża. Przyjął imię Pawła VI. Koronacja papieska odbyła się 9 dni później. Jako głowa Kościoła kontynuował prace nad reformą Kościoła katolickiego. W planach miał rewizję kodeksu prawa kanonicznego oraz działania na rzecz pokoju i jedności chrześcijan. We wrześniu otworzył drugą sesję soboru dopuszczającą udział w niej osób świeckich oraz ograniczono utajnienie obrad. Sesja trwała do 4 grudnia i zaowocowała Konstytucją o liturgii świętej oraz Dekretem o środkach społecznego przekazywania myśli. Sobór wznowiono rok później, opracowano na nim Konstytucję Dogmatyczną o Kościele, a także Dekret o ekumenizmie i Dekret o Kościołach katolickich wschodnich. Zostały do niego dopuszczone także kobiety. Podczas Soboru Matka Boska została ogłoszona Matką Kościoła. Za jego pontyfikatu zwołano też pięć sesji Światowego Synodu Biskupów. Z inicjatywy Pawła VI Kongregacja Doktryny Wiary zlikwidowała indeks ksiąg zakazanych. Dokonał też reorganizacji Kurii Rzymskiej znosząc lub ograniczając znaczenie części urzędów, a także powołał do życia nowe. Zreformował Kolegium Kardynalskie znacznie poszerzając grono kardynałów zarówno pod względem liczebnym, jak i narodowym, wprowadził też ograniczenie wiekowe prawa udziału w konklawe(górna granica to 80 lat). Przywrócił wysokie znaczenie kardynałom-patriarchom Kościołów Wschodnich. Zarządził wybieranie dziekana i subdziekana Kolegium Kardynałów z grona kardynałów biskupich, a nie jak dotąd, z racji starszeństwa. Zaproponował też wiek 75 lat jako granicę, kiedy biskup może zrezygnować z sprawowanej funkcji. Do ważniejszych reform Pawła VI można też wymienić wprowadzenie nowego Mszału Rzymskiego. Oprócz tego zlecił komisjom reformę prawa kanonicznego, lekcjonarza, brewiarza oraz muzyki sakralnej. Intensywnie wprowadzał języki narodowe do liturgii. W encyklice Humanae vitae odrzucił stosowanie środków antykoncepcyjnych i aborcję, związki pozamałżeńskie i kontakty homoseksualne uważał za niezgodną z nauką katolicką zaś masturbację za ciężki grzech. Przykładał dużą wagę do ekumenizmu. W marcu 1966 roku spotkał się z arcybiskupem Canterbury, Michaelem Ramseyem, zaś w 1977 roku z prymasem Anglii, Donaldem Cogganem, podczas których podjęto wysiłki przywrócenia jedności. Większe znaczenia miały jednak spotkania z prawosławnym patriarchą Konstantynopola Atenagorasem. Ich owocem było wzajemne cofnięcie ekskomunik, które spowodowały schizmę wschodnią w 1054 roku. Beatyfikował Maksymiliana Kolbego oraz Marię Ledóchowską. Nadał też tytuł doktora Kościoła Katarzynie ze Sieny oraz Teresie z Avili, czyniąc je tym samym pierwszymi kobietami noszącymi tą godność. Był też pierwszym od 160 lat papieżem, który odbył kilka podróży zagranicznych. Pierwszą z nich była pielgrzymka do Ziemi Świętej w styczniu 1964 roku. Jako ciekawostkę można nadmienić to, że odwiedzając w 1970 roku kraje Dalekiego Wschodu uniknął zamachu na swoje życie. Jak wiadomo w 1966 roku chciał przyjechać z podróżą apostolską do Częstochowy na uroczystości Millenium Chrztu Polski, jednak władze komunistyczne nie wyraziły na to zgody. 14 lipca 1978 roku Paweł VI udał się do swojej letniej rezydencji nad jeziorem Albano. 6 sierpnia jego stan bardzo się pogorszył, przyjął namaszczenie chorych oraz ostatnią Komunię Świętą. Potem przez ok. 4 godziny był nieprzytomny. Zmarł o godzinie 21:40 w Castel Gandolfo z powodu rozległego zawału serca z obrzękiem płuc. Jego pogrzeb odbył się sześć dni później w Bazylice św. Piotra. 11 maja 1993 roku Jan Paweł II otworzył jego proces beatyfikacyjny, którego etap diecezjalny zakończył się w marcu 1999 roku. 20 grudnia 2012 roku Benedykt XVI zatwierdził dekret o heroiczności cnót swojego poprzednika. 6 maja 2014 roku zaaprobowano cud za wstawiennictwem Pawła VI. Kilka dni później papież Franciszek podpisał dekret o jego beatyfikacji, wyznaczając jej datę na 19 października tego samego dnia. 6 lutego br. zaaprobowany został cud kanonizacyjny za wstawiennictwem papieża. 6 marca został on zatwierdzony przez papieża zaś w maju została wyznaczona data jego kanonizacji na dzisiejszy dzień.
św. Oscar Romero(źródło zdjęcia)
św. Oscar Romero - urodził się 15 sierpnia 1917 roku w salwadorskich górach. Wraz z ukończeniem szkoły podstawowej, z powodu nieciekawej sytuacji finansowej, rozpoczął pracę w zakładzie stolarskim. Gdzieś tam jednak tliła się iskierka powołania, która spowodowała, że z czasem Oscar podjął decyzję o zostaniu księdzem i wstąpieniu do zakonu jezuitów. Od samego początku swojego kapłaństwa wyróżniał się jako znakomity kaznodzieja, zaś jego kazania były transmitowane przez pięć stacji radiowych. Był też znakomitym administratorem, który początkowo sprzeciwiał się angażowaniu Kościoła w politykę. Arcybiskupem Santiago de Maria został w 1974 roku. W tym czasie Salwadorem rządziła wspierana przez Stany Zjednoczone junta wojskowa. Sytuacja mieszkańców nie pisała się kolorowo - ludność kraju była terroryzowana, większość ziem należała do nielicznych zamożnych obywateli, reszta żyła w skrajnej nędzy. Na codzienność Salwadorczyków składały się ich represje i morderstwa. W wyniku trwającej wojny domowej ginęło miesięcznie ok. 3 tysięcy osób. Jednym z głównych przeciwników takiej rzeczywistości oraz obrońcą praw człowieka był wtedy o. Grande. Otwarcie mówił, że psy właścicieli ziemskich jedzą lepiej niż pracujące na ich polach dzieci chłopskie. W 1977 r. Grande został zamordowany wraz z dwójką towarzyszących mu osób. Wydarzenie to wstrząsnęło arcybiskupem Romero, który bronił go przed krytyką ze strony rządu. Nie mógł już bezczynnie patrzeć na tą niesprawiedliwość oraz mordowanie niewinnych. W ramach protestu zakazał w niedzielę odprawiania Mszy w całym kraju z wyjątkiem Mszy w katedrze w stolicy, której zresztą sam przewodniczył. Był to przełomowy moment, bowiem zjednoczył obywateli oraz rozwścieczył rząd. Romero rozpoczął walkę z łamaniem praw człowieka. W tym celu dwukrotnie zjawiał się u papieża Jana Pawła II, gdzie przedstawiał dowody gardzenia tymi prawami. Spotkało się to z krytyką większości biskupów Salwadoru, którzy widzieli w takim działaniu próbę zyskania przez arcybiskupa osobistej popularności. Szybko stał się symbolem walki o godność człowieka, a nawet był nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Poza tym nawoływał międzynarodowych polityków do wsparcia walki o prawa człowieka, angażował się w obronę obywateli kraju przed rządem, a w kazaniach apelował do rządu o zaprzestanie represji. Odpowiedzią na apele były dynamity ukryte pod ołtarzem odprawianej przez kapłana Mszy Świętej. Chociaż ten zamach zakończył się niepowodzeniem, arcybiskup zginął 24 marca 1980 w czasie odprawiania Eucharystii zastrzelony z broni palnej. Ta śmierć wstrząsnęła całym światem, doszło do rozruchów antyrządowych, zaś w jego pogrzebie wzięło udział ok. miliona ludzi z całego świata. Oscar Romero stał się ikoną walki o prawa i godność człowieka. Zrezygnował ze swojej wygody, by wokół działa się krzywda wobec bliźnich. Nie wystraszyło go ani grożące mu niebezpieczeństwo, ani listy z pogróżkami. Arcybiskup Romero może być wzorem nieugiętej miłości do drugiego człowieka. Miłości, która w jego obronie nie cofnie się przed niczym, nawet własną śmiercią. 
św. Nazaria Ignacia March Mesa(źródło zdjęcia)
św. Nazaria Ignacia March Mesa od św Teresy od Jezusa - urodziła się w Madrycie 10 stycznia 1889 roku. Była czwartą z  osiemnaściorga dzieci Josego Alefandro March y Reus i Nazarii Mesa Ramos. Miała siostrę bliźniaczkę Ignacię, z którą została ochrzczona w dniu narodzin. Swoją Pierwszą Komunię świętą przyjęła 21 listopada 1898 roku. Tego dnia złożyła też Bogu prywatne śluby czystości. W przeciwieństwie do rodzin, gdzie od małego przybliża się dzieciom wiarę, jej była obojętna na te sprawy. A nawet tak bardzo znudziła się poświęceniem dziewczynki, że kiedyś wręcz zabroniono jej iść na Mszę św. Wszystko zmieniło się, kiedy 15 marca 1902 roku przyjęła sakrament bierzmowania - jej rodzina zaczęła inaczej patrzeć na jej pobożność, a nawet pozwoliła wstąpić do Trzeciego Zakonu Franciszkańskiego, aby mogła aktywniej praktykować swoją wiarę. Również część jej bliskich nawróciła się. Wkrótce z przyczyn ekonomicznych liczna rodzina, z dziesięcioma braćmi, przeprowadziła się do Meksyku. Na tym samym statku podróżowały Małe Siostry Opuszczonych Osób Starszych. Właśnie do tego zgromadzenia wstąpiła. Aby jednak wstąpić do nowicjatu udała się do ojczyzny. W 1908 roku wróciła do Ameryki i została posłana na misję do Oruro w Boliwii. Tutaj spędziła dwanaście lat, poświęcając się dziełom miłosierdzia. Była kucharką, gospodynią i pielęgniarką. W tym czasie, 1 stycznia 1915 roku złożyła śluby wieczyste i przyjęła imię Siostra Nazaria od św. Teresy.  Jej pamiętniki z tamtego okresu świadczą o głębokim poświęceniu swojemu powołaniu, jak też o zmaganiu się z ślubami posłuszeństwa wobec przełożonych. W 1920 roku, po zakończeniu ćwiczeń duchowych poświęconych Królestwu Bożemu, założyła nowe zgromadzenie, którego celem miała być krucjata miłości obejmująca cały Kościół. Ściślej mówiąc miało ono być poświęcone pracy misjonarskiej, ewangelizacji i edukacji religijnej(czyli katechizowanie dzieci i dorosłych, wspieranie pracy kapłanów, prowadzanie misji, a także drukowanie i dystrybucja krótkich traktatów religijnych). Założyła je w dniu 16 czerwca 1925 roku pod nazwą Misjonarki Krucjaty Kościoła. Natomiast 12 lutego 1927 roku założyła świecki Instytut Sióstr Misjonarek Krzyżowych Kościoła(formalnie został on zatwierdzony dopiero w 1947 roku przez Piusa XII). Nowa rodzina zakonna znajdowała się w awangardzie apostolatu boliwijskiego tamtych czasów, wspierając w szczególności promocję społeczną i pracowniczą kobiet. W 1938 r. Siostra Nazaria przeniosła się do Argentyny, gdzie stworzyła wiele instytucji na rzecz młodzieży i ubogich. Nazaria Ignazia od św. Teresy od Jezusa zmarła w Buenos Aires 6 lipca 1943 r. 27 września 1992 roku została beatyfikowana przez papieża Jana Pawła II, a jej wspomnienie liturgiczne obchodzone jest w dzień jej śmierci.
św. Maria Katarzyna Kasper(źródło zdjęcia)
 św. Maria Katarzyna Kasper - urodziła się 26 maja 1820 roku w pobożnej chłopskiej rodzinie w Dernbach. Miała 3 braci oraz 4 siostry. Katarzyna bardzo lubiła czytać książki, w szczególności Biblię oraz "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza a Kempis. Wyróżniał ją silny charakter oraz energiczność. Uczęszczała do szkoły, a poza nauką ochoczo pomagała rodzicom w domu: gotowała, przędła i pracowała w polu. Zajmowała się także innymi dziećmi śpiewając z nimi i opowiadając im różne historie, czy też zabierając je do pobliskiego sanktuarium na modlitwę. Chętnie służyła pomocą ubogim i chorym. Wkrótce odkryła swoje powołanie do zakonu. Chociaż nadal chętnie pomagała rodzicom, idąc do pracy czuła w sobie obecność Boga. Bardzo dużo modliła się do Matki Bożej, chcąc tak jak ona odpowiedzieć Bogu "tak". Czuła bowiem, że jej pragnienia to autentyczne poruszenia Ducha Świętego. Mimo to nie od razu zaczęła realizować swoje powołanie, wciąż pomagając rodzinie. W wieku 21 lat Katarzyna traci ojca, a rok później jednego z braci. Przez te tragedie pojawiają się problemy finansowe. Dziewczyna wraz z matką wyprowadza się z domu i wynajmuje pokój. Wkrótce najmuje się do pracy u właściciela domu, w którym znalazły schronienie, by z lichych zarobków utrzymać siebie i matkę. Jakiś czas potem umiera matka Katarzyny, a ona sama postanowiła wreszcie odpowiedzieć na głos powołania. W okolicy nie było jednak żadnego zakonu. Zostanie siostrą wiązałoby się dla Katarzyny z wyjazdem w dalekie strony. Jednocześnie nie chciała wstępować do istniejącego już zakonu, w głębi serca czuła, że musi powołać nowe zgromadzenie. Z 1,5$ w kieszeni i wielką wiarą zbudowała w rodzinnej miejscowości mały budynek - pierwszy dom nowej społeczności zakonnej. Zaproszone do współpracy dziewczyny zajmowały się dziećmi i pomocą osobom chorym. Działalność kobiet została szybko zauważona, a nawet burmistrz miasta wydał specjalne oświadczenie z prośbą o wspieranie ich pracy datkami. Wieść o tworzącym się zgromadzeniu dotarła do ordynariusza Limburgii, który postanowił poznać Katarzynę Kasper wraz z towarzyszącymi jej kobietami. Z czasem grupa kobiet potrzebowała więcej przestrzeni do realizacji swoich zadań. W końcu nie tylko pomagały potrzebującym, ale też dbały o rozwój życia religijnego. Ponadto 15 sierpnia 1851 roku pierwsze cztery siostry w obecności biskupa złożyły śluby zakonne, dając tym samym początek zgromadzeniu Sióstr Ubogich Służebnic Ukrzyżowanego Jezusa. Wzorem jego postępowania miała być Matka Boża. Zresztą ze względu na nią Katarzyna jako imię zakonne przyjęła Maria. Wkrótce zgromadzenie zaczęło się rozrastać, w Holandii pojawiły się pierwsze domy zakonne. Maria Katarzyna starała się jak najwięcej z nich odwiedzić, aby na własne oczy przekonać się w jaki sposób funkcjonują i realizują misję zgromadzenia. Zresztą należało to do obowiązków Matki Generalnej, którą została wybrana pięć razy z rzędu. Swoje współsiostry uczyła rozeznawać w każdej sytuacji wolę Bożą względem nich. Papież Pius X wprawdzie przyjął regułę zakonną sióstr, jednak oficjalny dekret w tej sprawie wydał dopiero w 1890 roku Leon XIII. Do tego czasu domy zakonne sióstr pojawiły się już nawet w Stanach Zjednoczonych. Maria Katarzyna zmarła 2 lutego 1898 roku kilka dni po ataku serca. Jej szczątki spoczywają w kaplicy domu macierzystego zgromadzenia, pod ołtarzem głównym. W momencie jej śmierci zgromadzenie liczyło ponad 1700 sióstr, dzisiaj jest ich ok. 700. Posługują w stu domach na całym świecie. Proces beatyfikacyjny Marii Katarzyny ruszył 30 lat po jej śmierci. Teologowie zatwierdzili jej pisma duchowe jako zgodne z doktryną Kościoła. Papież Paweł VI włączył ją w poczet świętych w 1968 roku nazywając kobietą wielkiej wiary i hartu ducha. Pięćdziesiąt lat później oboje zostają ogłoszeni świętymi przez papieża Franciszka. A to zaś ma miejsce w roku, kiedy zgromadzenie założone przez Marię Katarzynę obchodzi 150 rocznicę obecności w Ameryce
św. Wincenty Romano(źródło zdjęcia)
św. Wincenty Romano - urodził się 3 czerwca 1751 r. w miejscowości Torre del Greco(położonej na południe od Neapolu) w ubogiej rodzinie. Na chrzcie świętym dostał imiona Dominik Wincenty, ale on wolał używać drugiego z nich. Uczył się w neapolskim seminarium, jednak nauka sprawiała mu spore trudności. Pewnego razu zetknął się ze św. Alfonsem de Liguori, którego kazania sprawiły, że Wincenty zapałał miłością do Eucharystii, co miało duży wpływ na jego późniejszą pracę duszpasterską. 10 czerwca 1775 roku w wieku 24 lat przyjął święcenia kapłańskie, po czym wrócił do rodzinnej miejscowości, gdzie pomagał mieszkańcom, katechizował ich oraz prowadził zajęcia dla kandydatów na kapłanów. Po erupcji Wezuwiusza, w wyniku której została spustoszona cała okolica, z zaangażowaniem niósł pomoc parafianom. Odbudował też kościół św. Krzyża w Torre del Greco, obecnie już bazylikę. W 1799 roku został w nim proboszczem i swoją funkcję sprawował przez 32 lata, czyli aż do swojej śmierci. W swojej pracy duszpasterskiej opiekował się przede wszystkim ludźmi młodymi i potrzebującymi, w szczególności poławiaczami pereł znajdującymi się w trudnej sytuacji materialnej. Rozpowszechnił wśród nich kult ukochanej Eucharystii, wprowadził medytacje różańcowe, jak też inne modlitwy i nabożeństwa. Wiele trosk przysporzyła mu zmieniająca się sytuacja polityczna. Św. Wincenty był obiektem prześladowań przez włoskich i francuskich działaczy. Zmarł w wyniku zapalenia płuc 20 grudnia 1831 r.(i tego dnia przypada jego wspomnienie liturgiczne). Został beatyfikowany przez Pawła VI 17 listopada 1963 r. Zatwierdzając cud niezbędny do kanonizacji papież Franciszek ogłosił, że bł. ks. Wincenty będzie ogłoszony świętym podczas Synodu Biskupów dotyczącym młodzieży, ponieważ sprawy młodych były bliskie jego sercu i zaangażowaniu.
św. Franciszek Spinelli(źródło zdjęcia)
św. Franciszek Spinelli - urodził się 14 kwietnia 1853 roku w Mediolanie, jednak od dziecka mieszkał w Cremonie, gdzie jego matka odwiedzała chorych i pomagała im, zaś jeden z jego wujów był księdzem. Franciszek szybko odkrył w sobie powołanie do kapłaństwa. 14 sierpnia 1875 r., po ukończeniu seminarium duchownego w Bergamo, przyjął święcenia kapłańskie. Niedługo potem odwiedził Rzym. Kiedy modlił się przed żłóbkiem Jezusa w bazylice Matki Bożej Większej, miał wizję młodych kobiet adorujących Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Po pielgrzymce wrócił do Bergamo. Kierując się tym widzeniem założył w nim w 1882 r. wraz ze św. Gertrudą Comensoli Instytut Sióstr Adoratorek Najświętszego Sakramentu. Z powodu sporu mającego podłoże finansowe siedem lat później musiał opuścić miejscowość. Został przyjęty przez biskupa Cremony, co dało mu możliwość pracy duszpasterskiej w Rivolta d'Adda. Kontynuował tam rozwój swojego zgromadzenia. Siostry, które w nim przebywały, zajmowały się pomocą ubogim. Ksiądz Spinelli nieustannie wpatrywał się w Jezusa jako w źródło i wzór swego życia kapłańskiego. Tak jak on robił wszystko, by służyć nieszczęśliwym, zepchniętym na margines i odrzuconym. Starał się być wszędzie tam, gdzie dostrzegał taką potrzebę. Jego życie upływało na kolanach przed Najświętszym Sakramentem i z ludźmi, w których widział obecność Najwyższego. Zmarł w opinii Rivolta d'Adda 6 lutego 1913 roku. Nie doczekał się zatwierdzenia założonego przez siebie zgromadzenia(stało się to dopiero w 1932 roku). Obecnie liczy ono 275 sióstr posługujących w 50 wspólnotach. Działają one na terenie m.in. Włoch, Demokratycznej Republiki Konga, Senegalu, Kamerunie, Kolumbii, czy też Argentynie. Siostry zajmują się pomocą chorym na AIDS, sierotom, osobom uzależnionym od narkotyków i więźniom. Beatyfikacja księdza Spinellego odbyła się 21 czerwca 1992 r. Kapłan został ogłoszony kapłanem ubogich i opuszczonych.
św. Nunciusz Sulprizio(źródło zdjęcia)
św. Nuncjusz Sulprizio - Nunzio przyszedł na świat 13 kwietnia 1817 roku, tuż po Wielkanocy. Był to okres, kiedy w całych Włoszech panowała bied, a głód dotykał domy najuboższych. Nie inaczej było w jego rodzinie, zamieszkującej niewielką miejscowość Pescosansonsco niedaleko Pescary na wschodnim wybrzeżu Włoch. Nunzio został ochrzczony kilka godzin po urodzeniu z obawy o jego szybką śmierć. Noworodek jednak przeżył, a trzy lata później rodzice zabierają go do lokalnego biskupa, aby otrzymać potwierdzenie przyjęcia sakramentu. Wkrótce umiera ojciec chłopca. Matka, chcąc zabezpieczyć finansowo rodzinę, dwa lata później wyszła za mąż za znacznie starszego od siebie mężczyznę. Ojczym od początku traktował pasierba z pogardą, surowością i oziębłością. Nunzio coraz bardziej wiązał się emocjonalnie z mamą i babcią. Chłopiec zaczął też uczęszczać do szkoły prowadzonej przez księdza De Fabiisa, gdzie nie tylko uczył się czytania i pisania, ale też poznał Jezusa, życiorysy niektórych świętych oraz zachwycił się Eucharystią. Po roku małżeństwa umiera jego matka. Opieka nad chłopcem spada na jego babcię Annę Rosarię. Jej głęboka, ale prosta religijność ma znaczący wpływ na pobożność wnuczka. Często razem chodzili na Mszę św., nawet w dni powszednie. Szczęście osieroconego dziecka trwa zaledwie 3 lata. Po śmierci Anny opiekę nad Nunziem sprawuje jego wuj Domenico Luciani. Wykorzystując obecność chłopca postanowił wykorzystać go do pracy w swoim warsztacie kowalskim. Jednocześnie miał twardą rękę: był niezwykle surowy w ocenie pracy swojego podopiecznego, a kiedy ten nie spełniał jego oczekiwań, odmawiał mu nawet jedzenia oraz stosował kary cielesne. Nieraz wykorzystywał Nunzia do prac ponad jego siły, zapominając, że ten jest jeszcze dzieckiem. Wszystkie ciężkie warunki wychowania i dorastania nastolatek znosi opierając się na Bogu i Jemu ofiarowując swoje cierpienie. Jego ciało nie wytrzymuje jednak tych trudów -  na nodze chłopca wyrosła zgorzel, wdała się też gangrena. Trafia do szpitala dla nieuleczalnie chorych w Neapolu, gdzie poddaje się go różnym terapiom. Tam też zostaje odnaleziony przez wuja ze strony ojca. Żołnierz dzieli się opieką nad bratankiem ze swoim przełożonym. To był pierwszy od dawna dorosły, który otoczył opuszczonego chłopca czułą, ojcowską opieką. Nic dziwnego, że ten znajduje w wuju psychiczne oparcie. W szpitalu polowym nastolatek spotkał założyciela Zgromadzenia Misjonarzy Najświętszych Serc Jezusa i Maryi w Neapolu - św. Gaetano Enrico. Zaczął marzyć o wyzdrowieniu i wstąpieniu tego zgromadzenia. W międzyczasie, po ukończeniu 15 roku życia, został dopuszczony do I Komunii Świętej. Przeżył ją z wielką radością. Niestety, brak postępów w leczeniu spowodował u chłopaka amputację nogi. On sam zniósł to z niesłychaną cierpliwością, poczuciem humoru, nie skarżąc się na swój los. Wręcz starał się wspierać innych chorych, którzy leżeli z nim w szpitalu. Pomimo amputacji jego stan stale się pogarszał. W lutym 1836 roku poprosił o sakrament namaszczenia chorych. Umarł miesiąc później, 5 marca. W chwili śmierci trzymał krzyż, a jego usta szeptały słowa modlitwy. Tuż przed śmiercią miał powiedzieć: "Bądźcie radośni, z nieba będę wam pomagał". Świadkowie jego śmierci zeznali potem, że po jego zgonie czuli piękny zapach róż emanujący z jego ciała. Opinia świętości "małego świętego" szybko rosła. Historię jego życia często streszczano do zdania: "Biedny dzieciak bez chwili na oddech". Po siedmiu latach od jego śmierci papież Pius IX otworzył proces beatyfikacyjny Nunzia, który trwał aż do pontyfikatu św. Jana XXIII. Ten tuż przed śmiercią zatwierdził dwa cuda za wstawiennictwem młodzieńca. Dziewiętnastolatek został beatyfikowany podczas trwania Soboru Watykańskiego II - 1 grudnia 1963 r.

sobota, 13 października 2018

798. O Annie, co zbudowała "Solidarność"

Po dwóch miesiącach skończyłam dzisiaj czytać książkę poświęconą legendzie "Solidarności", Annie Walentynowicz. Blisko 720 stron niełatwego wbrew pozorom tematu. To, czego uczą na lekcjach historii, czy też wiedzy o społeczeństwie jest tylko wycinkiem tego, co działo się w gdańskiej stoczni im. Lenina w sierpniu 1980 roku. 

Tytuł: "Anna Solidarność. Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki(1929 - 2010)"
Autor: Sławomir Cienkiewicz
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2010
Ilość stron: 758(w notatce odrzuciłam przypisy na końcu książki)

Historia być może chciałaby przemilczeć pewne niewygodne fakty i zapewne tak by się stało, gdyby nie Sławomir Cienkiewicz, który w porę postanowił spisać życiorys Anny Walentynowicz. Jeszcze dzień przed jej tragiczną śmiercią kontaktowali się ze sobą w celu obgadania ostatnich szczegółów jej wydania. Wszak miesiąc później miała odbyć się jej premiera na warszawskim zamku...
Po tragedii pod Smoleńskiem wiele ludzi zachodziło w głowę, dlaczego w ogóle Anna Walentynowicz wsiadła wraz z prezydentem do samolotu. Tymczasem gdzieś tam na wschodzie w latach wojennych zaginął jeden z jej braci(o czym z resztą jest wspomniane w publikacji). Anna nigdy nie odnalazła jego grobu, być może w ten sposób chciała oddać mu hołd.
Książka opowiada o kolejnych latach życia wielkiej działaczki na rzecz "Solidarności" od jej urodzin w położonym na Wołyniu Równem, poprzez zostanie sierotą i wyemigrowanie wraz z rodziną u której się podnajęła do służby w okolice Gdańska(co prawdopodobnie uratowało ją od rzezi wołyńskiej), pracy w Stoczni Gdańskiej, której była wierna do emerytury, aż w końcu do schyłku jej życia. Tytuł każdego z dziewięciu rozdziałów jest zaczerpnięty z wypowiedzi Anny, co sprawia wrażenie, że staje się ona jeszcze bardziej bliska czytelnikowi. 
Książka, pomimo że jest dosyć gruba, napisana jest w miarę przystępnym językiem. Jej integralną część stanowi aneks zawierający wszelkie donosy i zapis rozmów z Anną Walentynowicz w czasie przesłuchań. Nadaje to autentyczności dziełu. Uzupełnieniem całości jest dołączona do książki płyta zawierająca unikatowy zapis spotkania Anny Walentynowicz z działaczami "Solidarności" wrocławskiej w Wojewódzkim Domu Kultury we Wrocławiu w dniu 14 maja 1981 roku. Dzięki temu czytelnik taki jak ja(czyli urodzony już po powstaniu "Solidarności") może przeżyć atmosferę tamtych dni, zaś ci, na których oczach to się działo, mogą ją sobie przypomnieć.
Ktoś kiedyś miał powiedzieć Annie Walentynowicz, że w przeciwieństwie do hołubionego przez wszystkich Lecha Wałęsę ona nigdy nie trafi na karty żadnej encyklopedii. Tymczasem nazwisko Walentynowicz nie tylko figuruje w encyklopediach(chociażby w popularnej wikipedii), ale też powstała o niej niezwykle ciekawa książka. Nie warto więc nigdy innym źle wróżyć, bo przecież nigdy nie wiemy, co komu jest pisane.

czwartek, 11 października 2018

797. Relacje międzyludzkie

Jestem szczęściarą... Jestem szczęściarą do potęgi entej! Nie wiem jak to się dzieje, ale mimo niepełnosprawności i wynikających z niej ograniczeń nie mogę narzekać na brak znajomych. Może nie przyjaciół, bo tutaj jestem ostrożna z ich dobieraniem(no wiecie, nie każdemu mogę się zwierzyć z moich trosk i problemów, bo ich nie zrozumie), ale znajomych na pewno. Tak naprawdę na każdym szczeblu edukacji i w każdej grupie nie było problemów z zaakceptowaniem mojej specyfiki. Ba, szybko nawet okazywało się, że moja niezbyt wyraźna mowa nie jest problemem w porozumiewaniu się między nami. Dochodziło nawet do tak absurdalnych sytuacji, że moi koledzy z podstawówki tłumaczyli nauczycielom moje odpowiedzi.
Duża tutaj zasługa moich rodziców, którzy starali się mi stworzyć normalne dzieciństwo. Podejrzewam, że wiele nocy zastanawiali się, czy puścić mnie do szkoły z moimi sprawnymi rówieśnikami, czy może zdecydować się na nauczanie indywidualne, co w moim przypadku byłoby jak najbardziej możliwe. Wybrali pierwszy wariant, za co jestem im niezmiernie wdzięczna, chociaż samo wyzwanie nie było dla mnie łatwe od strony fizycznej. Ale z drugiej strony po trzech latach uczęszczania do przedszkola(coby było zabawniej, to mama w tym czasie była na urlopie macierzyńskim i teoretycznie mogła się mną zajmować w domu) nie mieli serca pozbawiać mnie kontaktu z rówieśnikami. Kiedy więc w czwartej klasie zawisło nade mną widmo nauczania indywidualnego, po prostu zmienili mi szkołę. Nawet po tym kroku utrzymywałam kontakt z moimi kolegami z pierwszych trzech lat nauki i w sumie w dalszym ciągu utrzymuję. 
Wiem, że dużo zyskałam dzięki takiemu rozwiązaniu sprawy. W szkole masowej nabrałam pewności siebie, w specjalnej(choć to tylko z nazwy, bo realizowałam program moich sprawnych kolegów) podtrzymywałam to. Kto wie, może gdybym w tej czwartej klasie przeszła na indywidualny tok nauki, to mogłabym utracić to, co już kiedyś wypracowałam.
Pewność siebie dodaje mi odwagi również dzisiaj. Zaangażowałam się w pewien projekt, rozmawiam z różnymi ludźmi. Wiem, że nie zawszę mnie rozumieją, ale przecież mogło być gorzej. Do urzędów, banków itp. idę z przekonaniem, że prędzej czy później się dogadamy. Wiadomo, pewne sytuacje podcinają nam nogi, ale przecież nasze życie nie składa się z samych sukcesów, musi być też w nim miejsce na porażki. 
Co jeszcze pomaga mi w kontaktach międzyludzkich? Myślę, że autentyczność, szczerość, empatia, silna osobowość i stałe poglądy. Nawet tutaj na blogu staram się pisać według tych zasad. Mogłabym pisać cukierkowo o moim życiu, mogłabym pisać pod publiczkę, mogłabym zmieniać swoje poglądy w zależności od sytuacji i Waszych humorów(oczywiście nie oznacza to, że moje poglądy na dany temat są niezmienne, ale żeby je zmienić potrzebuję mocnych argumentów i czasu, aby to wszystko przemyśleć jeszcze raz), jednak czy wtedy byłabym sobą? Staram się jak najmniej oceniać cudze życie, nie narzucam też na siłę swojego zdania, a raczej dążę do zrozumienia sytuacji czy też toku myślenia danej osoby. Staram się też nie pisać stwierdzenia A. a potem jakby sama zaprzeczać temu stwierdzeniami B., C. i D. Według mnie było by to oszustwo i wprowadzenie w błąd moich rozmówców, czy też czytelników. Nie uważam też, że zawszę mam rację, bo tak nie jest. Ale chcę też bronić swoich poglądów na daną sytuację. Czasami moje słowa mogą kogoś zaboleć, ale przecież mamy wolność myśli, każdy może mieć inne zdanie na dany temat. Jednak zauważyłam, że takich sytuacji jest niewiele. Kilka razy moi rozmówcy podkreślali, że powyższe cechy sprawiają, iż jestem świetnym rozmówcą merytorycznym(chociaż wiadomo, iż wada wymowy robi swoje, często też potrzebuję więcej czasu na wypowiedź, ponieważ muszę wziąć oddech w najmniej odpowiednim momencie). 
Czy jest to recepta na zdobycie znajomych? Na pewno nie dla wszystkich, bo wiadomo, że jesteśmy różni. Dla mnie jednak tak. Wydaje mi się, że dzięki temu mam sporo znajomych, a i nie jestem zbyt konfliktowa, dostrzegam też cudze racje i staram się nie wywyższać ponad innych. Może nie zawsze mi się to udaje w 100%, ale staram się jak mogę. I w sumie dobrze mi z tym. 

wtorek, 9 października 2018

796. Zabieganie, zakręcenie

Kolejne szkolenie odnośnie projektu w który ostatnio się zaangażowałam za mną. Pierwsza praca w terenie też. Jutro i w piątek wyruszam znowu. Zupełnie nie wiem czego mogę się spodziewać, bo znając ludzi spodziewać się mogę właściwie wszystkiego. Jest nieźle, chociaż jeszcze wiele muszę się w tym fachu nauczyć. Ekipa niezła, nawet powiedziałabym, że całkiem przystępna. W ogóle jutro jest taki zwariowany dzień, bo najpierw idę na wizytę do nefrologa, potem korepetycje z M. i wizyta w terenie. A potem przydałoby się jeszcze pobiegać, bo półmaraton jesienny już za dwa i pół tygodnia. Nie biegnę w nim po zwycięstwo, bo to w moim wypadku awykonalne. Biegnę, aby poprawić wynik z sierpnia. Ogólnie to jutro jest trening, ale nie dam rady na niego dotrzeć. A taki trening przed snem to jest coś.

W najbliższym czasie trzeba iść do kina na "Kler" i zobaczyć o co tyle hałasu. O pokazanie prawdziwego oblicza księży? Przecież "Kościół co prawda jest święty, ale składa się z grzeszników". Dotyczy to tak samo świeckich, jak i duchownych. Trzeba o tym pamiętać.

poniedziałek, 8 października 2018

795. Żyjąc jeszcze dniem wczorajszym

Minął poniedziałek, a ja jeszcze chcę na chwilę powrócić do dnia wczorajszego.
Wczoraj, 7 października, minęła 10 rocznica śmierci pierwszego biskupa diecezji sosnowieckiej pod którą należy nasza parafia - księdza Adama Śmigielskiego, nomen omen salezjanina. Diecezja została powołana dekretem papieskim w 1992 roku, jest więc jedną z młodszych w naszym kraju. W sumie to dzięki niemu w naszej parafii pojawili się księża salezjanie. I chyba był też z naszą parafią szczególnie związany, ponieważ i odprawił w niej wiele pasterek, i świętował jubileusz 55-rocznicy swoich święceń kapłańskich. Dwa lata przed śmiercią otrzymałam z jego rąk sakrament bierzmowania, kilka razy witałam go w murach mojej szkoły. Zmarł zaledwie półtorej miesiąca po uzyskaniu przeze mnie pełnoletności.
Wczoraj byłam też na próbie parafialnego zespołu muzycznego. Uwaga, zespół muzyczny to nie to samo co schola. Liczyłam na to, że wbiję się jeszcze na akademię na 16 października. W ogóle na ostatniej próbie scholi padło pytanie, czy orientuję się coś w sprawie tej akademii. Nie, na próbach zespołu byłam jedynie przed 35 rocznicą istnienia parafii, bo to oni organizowali oprawę muzyczną. Dlatego poszłam więc po to, aby zorientować się niejako w tym temacie. Tymczasem, z powodu niskiej frekwencji były... warsztaty teatralne z A. A. zawsze bardzo lubiłam i oczywiście dalej lubię, jakoś tak nadajemy na tych samych falach pomimo różnicy wieku. Mam nadzieję, że ze wzajemnością. W A. cenię sobie jej wrodzoną empatię i brak szufladkowania ludzi. Będzie z niej dobra pani psycholog(nawet skontaktowałam ją z Myszką, aby poinformowała ją o specyfice tych studiów). 
Zajęcia trochę przypominały mi te, na które uczęszczałam, kiedy chodziłam w gimnazjum na kółko teatralne. Trochę łamańców językowych, czytanie tekstu z uwzględnieniem spółgłosek i samogłosek, a także interpretacja czytania zwrotek "Kolorowego wiatru" z bajki "Pocahontas", a następnie zaśpiewanie jej. Wstyd się przyznać, ale zupełnie nie kojarzyłam tego motywu...
A potem jeszcze rozmowa taka od serca podczas nocnej podwózki do domu(chociaż zupełnie było to nie po drodze A., bo ja mieszkam z jednej strony parafii, a A. z zupełnie przeciwnej)... Tak bardzo ostatnio brakuje mi takich właśnie chwil. Automatycznie przypomniały mi się moje początki w Oratorium, kiedy naprawdę czuło się tą wspólnotę i kiedy można było pogadać z innymi animatorami o wszystkim i o niczym. Argumentacja wieku do mnie nie trafia, bo tamci byli wtedy w wieku tych obecnych. To raczej chodzi o dojrzałość społeczną. Czy to jeszcze kiedyś wróci? Wątpię. Oczywiście dalej nie wiem co z akademią na 16 października. Ale czy to ważne? 
Wracając jeszcze do sobotniego dnia osób z MPD to dzisiaj dotarła smutna wiadomość o śmierci pana Piotra Pawłowskiego. Pan Piotr co prawda nie zmagał się z tym schorzeniem(był sparaliżowany wskutek urazu kręgosłupa), ale za to był wieloletnim działaczem na rzecz integracji środowiska osób niepełnosprawnych z pełnosprawnymi. Czyli można by powiedzieć, że działał w interesie osób takich jak ja. Tym samym jakaś epoka została zamknięta.

sobota, 6 października 2018

794. Stosunek 1:1 - czyli niemożliwe stało się możliwym

Kiedy dołączyłam do parafialnej scholi na początku 2008 roku byłam raczej nieśmiałą nastolatką. To nie było oczywiście tak, że nie odzywałam się do innych, bo oczywiście rozmawiałam z ludźmi, szczególnie z tymi, których doskonale znałam. Ale oczywiście z powodu znacznej wady wymowy wstydziłam się rozmawiać z nieznajomymi, a nawet odzywać na lekcji(oczywiście poza matematyką i geografią, bo na nich "wymiatałam"). Co ciekawe ta moja blokada pojawiła się dopiero po przejściu do liceum, wcześniej nie miałam takich problemów(całe gimnazjum na luzie występowałam w szkolnym teatrze amatorskim, gdzie miałam czasami tyle do gadania, że szkoda gadać).
Kochałam jednak śpiewać, a przy tym miałam(i nadal mam) dobrą pamięć do piosenek. Doszło do tego, że irytowałam młodszą siostrę, która chodziła na scholę od początku jej istnienia tym, że znałam wszystkie śpiewane przez nich piosenki na pamięć. W końcu za namową mamy zdecydowałam się zasilić jej szeregi. Nieśmiałość jednak sprawiła, że przez pierwsze trzy miesiące chodziłam tylko na próby, a na poważnie zaczęłam śpiewać dopiero od Bożego Ciała 2008 roku(chociaż cały maj przechodziłam na nabożeństwa majowe, a mój plan dnia wyglądał mniej więcej tak: szkoła - trening - kościół - nauka). Ale jak zaczęłam wtedy śpiewać, tak śpiewam po dziś dzień. 
Schola jako wspólnota kościelna zawsze była włączana w różne akcje - przygotowywaliśmy wiele akademii, nabożeństw, Mszy świętych, nowenn, po nabożeństwach majowych mówiliśmy wiersze. Na początku byłam niejako wykluczona ze wszystkiego w sposób czynny. Tzn. brałam udział, ale nie miałam żadnej kwestii do mówienia. Pogodziłam się z tym, bo cóż było robić. Aż tu nagle po roku, kiedy rozdawano wiersze do wygłoszenia po nabożeństwach majowych, padła propozycja, aby mi też coś dać. I tak się zaczęło: najpierw wiersze po majówkach, potem rozważania na Drogach Krzyżowych i adoracjach, aż w końcu, od stycznia 2014 roku(takich rzeczy się nie zapomina) z większym lub mniejszym natężeniem, wstępy do Mszy świętych i Modlitwy Wiernych podczas nich.
Miesiąc temu okazało się, że schola zaangażuje się w tym roku w oprawę Pierwszych Piątków Miesiąca. Super, już kiedyś tak było i bardzo mi się to podobało. A z drugiej strony obiecałam sobie, że i tak mam zamiar zrobić w tym roku całą 9, więc dla mnie to bez większej różnicy czy będziemy śpiewać czy też nie. Chociaż wiadomo - śpiew jest jeszcze większą motywacją aby przyjść. A jak już dochodzi do tego coś do przeczytania podczas Mszy, to już po prostu nie wypada nie przyjść.
W zeszłą niedzielę padło pytanie, kto w ten piątek będzie w kościele na 100%. Zgłosiły się 3 osoby, w tym ja. I tak jakoś udało mi się dostać do przeczytania 3 wezwania z Modlitwy Wiernych(na spółkę z H. co by nie było, żem zachłanna). Dzięki temu po raz jedenasty miałam okazję zaprezentować się podczas Mszy świętej. Jedenaście razy przez jedenaście lat śpiewania - jakby nie liczyć, to wychodzi średnio jeden raz na rok :). Jednocześnie mam nadzieję, że na tym się nie skończy. Chociaż wiecie jak to jest: już był w ogródku, już witał się z gąską...
I tak dzisiaj, z perspektywy czasu, zastanawiam się czy ktoś ze scholi te 11 lat temu wróżył temu zastraszonemu nastolatkowi, że kiedykolwiek nie dość, że się przełamie ze swoją nieśmiałością, to jeszcze będzie coś czytać podczas Mszy świętych. Bo ja bym wtedy nawet o tym nie śniła...
To taki wczorajszy optymistyczny akcent z okazji dzisiejszego dnia osób z mózgowym porażeniem dziecięcym. Już to chyba kiedyś pisałam, ale czasami zastanawiam się po co właściwie są takie dni. Bo w moim odbiorze trochę to wygląda tak, jakby problem istniał ten jeden dzień w roku, a przez pozostałe dni wstydliwie były odwracane od niego oczy. Oczywiście problem ten nie będzie dotyczył wszystkich tych dni, bo przecież rodziców i dziadków kocha się i pamięta o nich przez 365/366 dni w roku, a nie tylko w dzień ich święta, podobnie jest z dziećmi. Nauczycieli też szanuje się przez cały rok(przynajmniej w teorii). A o reszcie mówi się co najwyżej w dniu ich "dni", ewentualnie przy okazji strajków, tak jakby przez pozostały czas nie istnieli. Jasne, powiecie mi, że w ten sposób chce się przybliżyć społeczeństwu nasze problemu. Nie wątpię w to. Tylko dlaczego jak potem idę na rozmowę kwalifikacyjną do pracy, to słyszę "nie" poparte setką bardziej lub mniej absurdalnych argumentów(bo za jaki można uznać to, że jest się za mało niepełnosprawnym? I w ogóle jak można być za mało niepełnosprawnym, bo nie rozumiem tego?). Zamiast czczych obietnic tego dnia wolę konkretne działania w przyszłości. Bo osoby takie jak ja mają chęci do pracy, często bardzo wysokie kwalifikacje i potencjał, które po prostu są zaprzepaszczane przez potencjalnych pracodawców. Czy kiedykolwiek się to zmieni? Mam nadzieję, że tak. Jedyne co mi się w tym wszystkim podoba to akcja pokonania dystansu 17 milionów metrów(17 000 km) dla osób dotkniętych tym schorzeniem, ale to bardziej z powodu zainteresowań. Dlaczego akurat 17 milionów? Bo tyle jest mniej więcej osób zmagających się z mózgowym porażeniem dziecięcym na świecie. A swoją drogą ciekawe ile tych, którzy dzisiaj opowiadają się za pomocą takim osobom jak ja weźmie udział w tej akcji...
Właśnie dowiedziałam się, że na znak solidarności z osobami dotkniętymi mózgowym porażeniem dziecięcym można się było dzisiaj ubrać na zielono. Paradoksalnie, nic o tym nie wiedząc, ubrałam się dzisiaj na Oratorium w zieloną koszulkę i spodnie. 

piątek, 5 października 2018

793. Prawdziwa Boża sekretarka

Dwa lata temu, oczekując na , faktyczne rozpoczęcie się Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, zaczęłam sobie czytać "Dzienniczek" siostry Faustyny. Atmosfera ku temu była wyborna - wszak Kraków to miasto, z którego wypłynęła iskra Bożego Miłosierdzia, poza tym trwał właśnie Rok Bożego Miłosierdzia. Niestety, nie zdążyłam przeczytać całej książki przed tym ważnym dla mnie wydarzeniem(kto czytał mojego bloga ten wie o czym mówię), ale jakiś czas później. 
I byłam nią szczerze wzruszona. A szczególnie tym, że po raz kolejny Bóg posłużył się maluczkim, prostą polską zakonnicą, która ukończyła zaledwie trzy klasy w szkole. Ale z drugiej strony czy to pierwszy raz tak się stało? Przykładów można mnożyć i mnożyć.
Żyła zaledwie 33 lata. Tyle samo, ile Jezus, któremu poświęciła swoje życie i który do niej tyle razy przemawiał. Było to jednak życie niezwykłe. Z zewnątrz wydawałoby się, że nudne, zwykłe i monotonne, jednak od wewnątrz. Ach, jej wewnętrznego życia niejeden z nich mógłby jej pozazdrościć. Dzięki bystrości umysłu jej spowiednika, który nakazał zakonnicy prowadzić dzienniczek, w którym zapisywała swoje spotkania z Najwyższym. Jego przesłanie jest aktualne po dzień dzisiejszy.
Siostra Faustyna Kowalska zmarła w swojej celi w krakowskich Łagiewnikach 80 lat temu, 5 października 1938 roku, zaledwie 11 miesięcy przed wybuchem II wojny światowej. Dwa dni później odbył się jej pogrzeb, na którym nie pojawił się nikt z jej rodziny. Siostra Faustyna nie chciała bowiem nikogo narażać na koszty podróży z tym związane.
Po skromnej siostrze Faustynie pozostał nam jednak nie tylko wspomniany przeze mnie "Dzienniczek", ale też znany na całym świecie obraz Jezusa Miłosiernego oraz Koronka do Bożego Miłosierdzia, którą miał jej podyktować sam Jezus, podczas jednego z widzeń. Szerzej o Bożym Miłosierdziu można było się dowiedzieć w 2002 roku, kiedy papież Jan Paweł II konsekrował Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, który mieści się w miejscu objawień(w latach 30 ubiegłego wieku mieściła się tam łąka, na której siostra Faustyna miała kilka widzeń), tuż obok klasztoru, w którym żyła siostra oraz w 2016 roku, z okazji ogłoszenia Roku Miłosierdzia Bożego.
Miłosierdzie Boże jest jednak nieskończone i będzie trwać tak długo, jak będą żyli ludzie. A taką tratwą ratunkową jest Koronka do Bożego Miłosierdzia oraz akt strzelisty "Jezu ufam Tobie".

wtorek, 2 października 2018

792. Anioły są nie tylko w Niebie

Aniele
Aniele Boży 
na małych z dzieciństwa obrazkach,
ze złotymi lokami, 
przybrany w ogromne skrzydła,
pilnujesz mnie na każdym kroku,
i strzeżesz w codziennej prozie życia.
Jak wyglądasz naprawdę -
tego nikt z nas nie wie.
Czy masz loki złote,
czy może już siwe,
bo przecież każdego dnia chronisz mnie od złego.
Czy nosisz długą szatę jedwabną,
czy też biegasz za mną w dresowych spodniach?
Bo przecież tak Ci może być wygodniej.
Czy kiedykolwiek masz czas na odpoczynek?

Jedną z pierwszych modlitw, jakie są poznawane przez małe dzieci to z pewnością "Aniele Boży Stróżu mój...". Osobiście nie znam małego katolika, który nie umiałby jej wyrecytować. Zresztą nie inaczej było ze mną. Kiedyś nawet w wielu domach był obraz Anioła Stróża pilnującego dwójki bawiących się nad rzeką dzieci.
Z zasady każdy z nas ma swojego Anioła Stróża, bez względu na swoją wiarę czy też przekonania. I coś w tym jest, ponieważ spora ilość spotkanych przeze mnie ateistów z jednej strony nie wierzy w obecność jakiegoś swojego anioła. Zresztą anioły mają swoje miejsce nie tylko w chrześcijaństwie, ale i judaizmie, a nawet w islamie czy też hinduizmie(tutaj odpowiednikiem anioła są bóstwa żeńskie niższe - dewi). W wielu domach na półkach znajdują się figurki anielskie, a na ścianach obrazy z niebiańskimi podobiznami.
Ale często zdarza się, że Anioły mają nie tylko boską naturę, ale jak najbardziej ludzką. Pomyślmy sobie ile osób zupełnie bezinteresownie nam pomogło, dzięki ilu osobom uśmiech pojawił się na naszych twarzach w kryzysowych momentach, ilu z nich wsparło nas dobrą radą, słowem, drobnym gestem skierowanym w naszą stronę? Czasami chciałabym, aby całe moje życie było sprawianiem przyjemności i niesieniu pomocy innym. Ale tak się nie da. Jestem tylko słabym człowiekiem, daleko mi do silnego Anioła Stróża...
I na koniec wrzucam zawartość przesyłki, jaką dostałam od naszego blogowego Anioła - Basi Wójcik. Jakiś czas temu napisałam na blogu Basi o prostym marzeniu mojego taty z dzieciństwa - zelektryzowaniu wsi w której mieszkał w dzieciństwie. Zupełnie niespodziewanie dowiedziałam się, że Basi tak się spodobał ten komentarz, że postanowiła mnie wyróżnić. Dzisiaj listonosz przyniósł mi do domu sporą paczkę, a w niej aż trzy książki. Och, będzie co czytać w zimowe wieczoru. Dziękuję Ci Basiu, mój Aniele, za tak wspaniałą przesyłkę.