Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oratorium. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oratorium. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2026

2420. Dni, gdy nabrałam pewności siebie

Przez dużą część mojego dotychczasowego życia byłam raczej szarą myszką. Na 100% wynikało to z mojej niepełnosprawności i wewnętrznego oraz zewnętrznego przekonania, że nigdy nie będę w różnych rzeczach tak dobra, jak zdrowi ludzie. Jakimś nagłym przypływem odwagi w wieku nastu lat wstąpiłam do parafialnej scholi. Byłam w niej dosyć długo, ale prawdę powiedziawszy to czułam się w niej trochę jak intruz. Przynajmniej na poczzątku. Kiedy inni bez problemu dostawali czytania w czasie akademii parafialnych i nabożeństw, ja na wszystko musiałam czekać albo walczyć. Z czasem trochę to zelżało, ale powróciło ze zdwojoną siłą wraz z poprzednim proboszczem. Pomocy przy organizacji nasszego parafialnego Festiwalu Maryjnego to ja się nigdy nie doczekałam...
Taką osobą, której nie przeszkadzało kompletnie to, że jestem niepełnosprawna i mam pewne ograniczenia był opiekun naszego Oratorium w latach 2010-2012, ksiądz Wojtek. Angażował mnie praktycznie w każdą aktywność społeczności na tyle, na ile pozwalała mi moje sprawność. Oratorium oprawia niedzielną Mszę świętą - dajcie Lolkowi mikrofon, niech śpiewa z resztą, choćby na przyciszeniu. Tak samo podczas akademii. A na akademiach i nabożeństwach niech coś mówi. Albo siedzi przy komputerze i przerzuca slajdy. Oratorium organizowało półkolonie albo sobotnie zajęcia dla dzieciaków? Niech Lolek przychodzi i pomaga, zawsze coś się dla niego znajdzie. Podobało mi się takie podejście, bo bazowało na moich zasobach i umiejętnościach, a nie ograniczeniach. Z perspektywy lat podejrzewam, że w dużej mierze było to spowodowane tym, że przez jakiś czas posługiwał w Specjalnym Ośrodku Szkolno - Wychowawczym z takimi osobami jak ja.
Te dwa lata dużo mi dały. Potem różnie bywało ze stosunkiem innych do mnie, ale raczej byłam tolerowana. W zimie 2014 roku pierwszy raz byłam wychowawcą na półkoloniach, oczywiście miałam ukończone odpowiednie kursy. Potem przyszedł nowy opiekun oratorium, który znowu nie wierzył w moje umiejętności, ale pozwolił mi być animatorem podczas wypoczynku. Dobre i to.
W międzyczasie były Światowe Dni Młodzieży w Rio de Janeiro i ogłoszenie, że kolejne spotkanie odbędzie się w 2016 roku w Polsce, w Krakowie. Ucieszyłam się, bo była realna szansa, że uda mi się wziąć w nim udział na żywo. Wkrótce rozpoczęłam studia na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie na kierunku Turystyka Religijna. Im bliżej było wydarzenia, tym głośniej i więcej się o nim mówiło. Wiedziałam, że kilka osób z roku aplikuje na wolontariuszy podczas Wydarzeń Centralnym. Jeszcze w 2015 roku zgłosiłam w parafii chęć bycia wolontariuszem parafialnym, ale przecież jedno nie wykluczało drugiego. Nieśmiało poszłam do ówczesnego proboszcza, aby podbił mi tzw. "list polecający", a potem wysłałam zgłoszenie, właściwie nie spodziewając się niczego wielkiego. Tym bardziej, że tak długo czekałam na odpowiedź, że straciłam resztki tlącej się gdzieś wewnątrz mnie nadziei. Jakież więc było zdziwienie, ale i radość, że pod koniec maja dostałam telefon, że mnie zakwalifikowali i zapraszają na rozmowę, na której ustalimy szczegóły.
Chyba aż do drugiej połowy lipca nie wierzyłam, że to wszystko dzieje się naprawdę. Potem przyszedł pierwszy tydzień, kiedy gościliśmy przybyłych gości w naszych domach i parafiach. Codziennie coś się działo, a ja jeszcze łączyłam to z zabiegami rehabilitacyjnymi, które mi wtedy wypadły. W niedzielne przedpołudnie, po Mszy świętej z udziałem gości z Włoch byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Wszystko udało się nawet lepiej, niż się spodziewałam.
A przecież dla mnie cała posługa się nie kończyła, ale zaczynała. Przede mną był przecież jeszcze tydzień w Krakowie i jeszcze większa posługa i odpowiedzialność, niż dotychczas. Przez wszystkie dni dyżurów dawałam z siebie 100%. Ktoś przecież mi zaufał, nie mogłam go zawieść. Wiem, że nie we wszystkim byłam idealna, że wiele rzeczy mogło mi wyjść lepiej. Ale też chyba nie było tak najgorzej. Do dzisiaj pamiętam, jak w niedzielne przedpołudnie stałam na Campusie Misericordia i cieszyłam się, że raczej wszystko się udało. 
A nawet pociągło o następny rok. Ksiądz Jack, będący parafialnym koordynatorem, zobabczył jak wiele mogę. Byłam wychowawcą i na zimowych, i na letnich półkoloniach, kiedy nie mógł być na sobotnich zajęciach, to go zastępowałam, pierwszy (i ostatni) raz w życiu uczestniczyłam w Oratoriadach i MGSie, pisałam scenariusze, brałam udział w wyjazdach i nabożeństwach oratoryjnych. Nie bałam się tak bardzo, jak wcześniej. A z proboszczem dogadywaliśmy się bez słów. Owszem, ich następcy podcięli mi skrzydła, ale nie ucieli ich do końca. Wiedziałam, że ich nie zmienię, więc nawet z nimi nie "walczyłam". Wolałam iść swoją drogą, tam, gdzie mnie chcieli i nikt nie miał ze mną "kłopotów". To raczej ja miałam z dotarciem, ale chyba wyszło mi to na plus. A szkoda mi było burzyć z trudem zbudowaną pewność siebie.
Nie wiem co mi przyniesie przyszłość i jakie wyzwania będą przede mną czekać. Ale wiem jedno - kiedy przez myśl mi przejdzie, że nie dam rady, przypomnę sobie jak zwykle tych kilka cudownych dni sprzed dekady. I jak zwykle pomyślę sobie, że nie przekonam się o tym, jeżeli nie spróbuję.

środa, 10 września 2025

2261. Bibliotekarstwo czy katechetyka?

Witajcie,
dziękuję Wam za słowa uznania skierowane w stronę wykonanej przeze mnie kartki z okazji instalacji mojego byłego katechety na urząd proboszcza. Szczerze powiedziawszy - z niektórych moich prac jestem bardziej zadowolona. Tutaj posypały się proporcje w stosunku do oryginału i wyszło jak wyszło. Z drugiej strony - wieczór wcześniej tak się źle czułam, że robiłam ją na kolanie, mając kawałek deski za blat stołu. Tak więc mogło być lepiej, ale równocześnie - i gorzej. Wyszło jak wyszło, może nie idealnie, ale najlepiej w tamtym momencie jak mogło być. Obdarowanemu się spodobało, co też bardzo mnie cieszy. Powiedział mi to po porannej Mszy, a potem zaprosił na śniadanie na plebanię, bo uznał, że padnę mu wracając do domu kolejną godzinę autobusem, a potem pewnie idąc od razu do pracy. Co prawda miał mi wysłać SMS-a z podziękowaniem, ale jakoś w ostateczności wyleciało mi to z głowy.
Niedawno mieliśmy spotkanie formacyjne w Oratorium w S-cu, na którym ksiądz Jack nakreślił plan naszego działania. Padła propozycja utworzenia oratoryjnej biblioteki z książkami dla dzieci korzystających z zajęć w placówce. Z jednej strony dobrze, bo stan czytelnictwa w naszym kraju leci na łeb, na szyję, ale z drugiej strony - zastanawia mnie, kto z niej będzie korzystał oprócz nas, animatorów, w ramach zajęć sobotnich i w tygodniu. Mimo to zgłosiłam się na ochotnika do pomocy w jej uporządkowaniu, a nade wszystko, w wypożyczaniu pozycji, kiedy już się znajdą. Nawet przeleciał mi po łbie pomysł, czy nie pójść by na studia, ale już podyplomowe, z bibliotekarstwa. Są na UŚiu, tylko 1,5 roku. Fakt, że płatne, ale chyba już mi się nie chce iść na kolejne 3 lata licencjatu. Tym bardziej, że od tego roku zaczęłam pracę na szkolnej świetlicy, co przy połączeniu z popołudniami na świetlicy środowiskowej może nieźle dać mi w kość. Nie wiem, to na razie początek mojej przygody z tym wszystkim, ale już wiem, że gdybym nie wyrabiała, albo coś, to rezygnuję z świetlicy środowiskowej, ponieważ szkołę mam na miejscu, a do świetlicy muszę dojeżdżać.
Ale w głębi duszy, zastanawia mnie, czy taka podyplomówka ma sens. Już dosyć zainwestowałam w nasze parafialne Oratorium czasu, energii, pieniędzy tylko po to, aby usłyszeć od mojego obecnego proboszcza, że nie udzielam się wystarczająco w parafii... Noszszsz... udzielałam się na tyle, na ile mogłam. Ale zrobiło mi się wtedy przykro, nie powiem, że nie. Kto mi da gwarancję, że teraz tak nie będzie. Nie, wiem, że ksiądz Jack mi tego na pewno nie powie. Ale on nie będzie wiecznie na tej parafii (na naszej był zaledwie rok). A nikt mi nie da gwarancji, że na jego miejsce nie przyjdzie ktoś o mentalności mojego proboszcza. No i po co się starać, edukować, poszerzać wiedzę? Takie postępowanie skutecznie do tego zniechęca. 
Padła też propozycja 45-minutowych kościelnych katechez. No bo, jak pewnie wiecie, ministerstwo obcięło od tego roku jedną godzinę religii w szkołach. Ta jedna ucięta godzina miałaby się odbywać w pomieszczeniach Oratorium dla klas 7 i 8, czyli młodzieży przygotowującej się do sakramentu bierzmowania. Nie wiadomo co z tego wyjdzie, bo jest to projekt pilotażowy, ale będą próbować. I tutaj znowu ksiądz poprosił o pomoc starszych animatorów. Ech, przygotowanie pedagogiczne mam, wiadomości z religii jakieś też, od roku pomagam w przygotowaniach kandydatów do bierzmowania na podstawie autorskiego scenariusza w parafii Księdza Niosącego Światło. Może więc jakoś dałabym radę wspomóc tą inicjatywę. Tylko z czasem tak trochę kiepsko. Tym bardziej, że środowe wieczory to jedyny termin, kiedy mogę iść na trening. Dlatego nie powiedziałam ani tak, ani nie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Być może nic, i też nic się nie stanie. Ale myślę, że może to też być bardzo piękną i wspaniałą przygodą. I do tego bezcennym doświadczeniem pedagogicznym...

czwartek, 21 sierpnia 2025

2252. To nie dzieci są straszne, ale ich rodzice

Domyślam się, że wielu z Was kojarzy taką scenę z Nowego Testamentu, kiedy zdenerwowany Pan Jezus przepędza kupców ze świątynnych krużganków. Ilekroć słyszałam ją odczytywaną podczas Mszy świętej, albo samodzielnie zagłębiałam się w jego lekturze tego fragmentu, starałam się zastanawiać, co tak właściwie mogło wzburzyć Syna Bożego, że zdecydował się na takie zachowanie. A może nie było ono do końca przemyślane, a bardziej impulsywne. Tak samo jak moja reakcja na zachowanie dzieci w czasie dzisiejszej Mszy.
Ogólnie staram się być cierpliwa i wyrozumiała. Jak widzę, że rozmawiają, a nikt inny nie interweniuje, to podchodzę i upominam. Raz, drugi, dziesiąty. Dzisiaj jednak zaczęły przechodzić samych siebie - w pewnym momencie dwójka chłopców z niewiadomych powodów zaczęła wchodzić na ławkę. Wiedziałam, że matka jednego z nich jest w kościele. Spojrzałam w jej stronę, wyraźnie była zajęta przeglądaniem czegoś z drugą mamą na telefonie. To co robi synek najmniej ją obchodziło. Poszłam więc i go, oraz jego kolegę, upomniałam. Raz, drugi. Nic. Za trzecim razem wzięłam delikwentów za koszulki i przez środek kościoła, na oczach całej półkolonii, wyprowadziłam ze świątyni. Ich mogłam, mają po 9-10 lat, ze starszymi byłoby trudniej z uwagi na gabaryty. Pytanie czy moich, czy tych starszych. To co zrobiłam wywołało takie zdumienie, że nawet ksiądz Jack na chwilę przerwał odprawianie Mszy. A ja się czułam trochę tak, jak przywołany na początku Jezus wypędzający kupców z domu swojego Ojca.
Nie byłam dumna z mojego postępowania, nie myślcie sobie. W dodatku zaraz po incydencie mamusia przypomniała sobie o synku i ruszyła w ślad za nami. Nie myślcie sobie jednak, że po to, aby go upomnieć. Cięgi posypały się na mnie - jak ja tak mogłam postąpić, jej dziecko jest dopiero w trzeciej klasie i może tak się zachowywać. Ręce mi opadły. To znaczy, że od dziewięciolatka nie można egzekwować spokojnego zachowania przez niespełna godzinę? Jakby nie patrzeć, to w jego wieku byłam już po Pierwszej Komunii i potrafiłam względnie wytrzymać godzinę Mszy w spokoju i skupieniu. Wiem też, że to rodzice są od wychowywania dzieci, ale skoro ta pani nie reagowała na to, że syn włazi na ławkę, to wydaje mi się, że jako wychowawca, nie ważne, że innej grupy, miałam prawo interweniować. A gdyby się mu coś stało? Zresztą wydaje mi się, że ta mama też nie daje dzieciom dobrego przykładu przez praktycznie całą Mszę przeglądając to, co ma na ekranie smartphone. Ale może się czepiam.
Nie wiem co się dzieje. Przez całą moją długą karierę animatorską nie miałam takiego zdarzenia. Aż do teraz. Czy to dzieci zmieniły się na gorsze, czy to może ja teraz więcej widzę niż kiedyś? A może po prostu te kilka lat spędzonych na świetlicy sprawiły, że na pewne sytuacje reaguję bardziej stanowczo? Może nawet za bardzo.
Jak można się domyśleć, sytuacja ta znacznie wpłynęła na moje funkcjonowanie w dalszym ciągu dnia. Ksiądz Niosący Światło poznał to po zmianie barwy mojego głosu. Nic chciałam mu mówić o wszystkim. Dzisiaj sam bardzo źle się czuł. Nie mówił nic na ten temat, ale... W wywiadzie udzielonym onetowi na temat Jacka Gaworskiego jego żona Ela przyznała, że nawet jak Jacek nie mówi, że się źle czuje, to ona wie, kiedy tak jest. Wystarczy, że wsłucha się w jego oddech. I to właściwie jest prawda - ja też znam już księdza na tyle, że po samym sposobie oddychania wiem, że po prostu go boli. Dlatego chciałam, aby po prostu odpoczywał. I nie przejmował się mną za bardzo.
Wychodząc minęłam się z proboszczem z parafii Księdza Niosącego Światło. Nawet ucieszył się na mój widok. I zaczął wypytywać, czy w tym roku też idę na pielgrzymkę do Częstochowy. No idę, drugi raz w jednym miesiącu, ale idę. Chociaż nie wiem do końca, czy dojdę. 

środa, 20 sierpnia 2025

2251. Warto inwestować w Niebo - ono nigdy nie zbankrutuje

Salezjańskie kolonie charakteryzują się tym, że ich centralnym punktem jest Eucharystia. Czasami ksiądz Jack sprawuje ją na rozpoczęcie dnia, czasami na zakończenie. Nie wszyscy w niej uczestniczą, ale zdajemy sobie jako kadra sprawę z tego, że nie wszystkie dzieci pochodzą z praktykujących rodzin.
Przez ostatnie dwa lata przyzwyczaiłam się siadać na tyle kościoła. Raz, nikogo nie rozpraszają moje mimowolne ruchy pojawiające się w najmniej oczekiwanym momencie. Dwa, w ten sposób mogłam zamienić kilka słów z idącym do konfesjonału Księdzem Niosącym Światło (o ile miał dyżur). Trzy, dobrze mi się myślało tak na końcu, w ciszy i w skupieniu. A teraz jest jeszcze czwarty aspekt - z tyłu widać cały kościół i to, co robią nasze gagatki. Czasami naginają, ale jeszcze nie straciłam do nich mojej cierpliwości. Jeszcze.
Lekcjonarz z ostatnich kilku dni proponował nam fragmenty Ewangelii wg św. Łukasza. Nota bene to moja ulubiona Ewangelia, w którą tak naprawdę zagłębiłam się dopiero w momencie, gdy z okazji ustanowienia mnie animatorem salezjańskim, otrzymałam jej kieszonkową wersję na pamiątkę. Zachwyca mnie w niej język, jakim operuje autor i jakim stara się przekazać czytelnikom wydarzenia dziejące się dawno temu w Galilei. Kiedyś Ksiądz, który Będzie Błogosławionym powiedział, że święty Łukasz jest mistrzem słowa i myślę, że nie są to słowa na wyrost.
W poniedziałek było o spotkaniu młodzieńca z Jezusem. Nie będę ukrywać, dało mi ono do myślenia. Oto młody człowiek pyta Mistrza co ma zrobić, aby otrzymać życie wieczne. Jezus mu odpowiada, że ma zachowywać przykazania, które otrzymał Mojżesz na Górze Synaj*. Młodzieniec mu przyznał, że tak robi. Wtedy Jezus mu poradził, aby sprzedał wszystko co ma, rozdał zdobyte pieniądze ubogim i poszedł za nim. Reakcja młodzieńca była w sumie do przewidzenia - ponieważ posiadał bardzo dużo dóbr, żal mu było się z tym wszystkim rozstawać. Jezus skomentował to słowami, że "łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogaczowi wejść do królestwa Bożego (Łk 18, 24).
Bogactwa i posiadane dobra same w sobie są dobre. Każdy z nas musi przecież mieć gdzie mieszkać, w co się ubrać, co zjeść, jak się przemieścić na dalsze odległości, jakoś zagospodarować swój wolny czas w ciekawy sposób. To co posiadamy ma nam pomóc w pracy, w odpoczynku, w rozwijaniu swoich pasji i zainteresowań, naszych talentów. Problemem staje się to dopiero wtedy, gdy wychodzi to nieustannie na pierwszy plan, gdy nie potrafimy dzielić się tym co posiadamy z innymi, gdy tych innych wręcz nie zauważamy, bo widzimy tylko swoje sprawy. Nie o to chodzi, tak nie dojdziemy do życia wiecznego. Zwłaszcza w momencie, gdy przekładamy doczesność nad życie wieczne. Gdy zbyt bardzo przywiązujemy się do tego, co mamy. Jasne, że dobrze jest dbać o dobra tutaj, na ziemi, ale:
  • Można mieć piękny ogród, jednak w Niebie ani go się nie skosi, ani nie podleje;
  • Można mieć szybki samochód - w Niebie nie ma jednak autostrad;
  • Można mieć miliony na koncie bankowych - w Niebie nie ma jednak ani banku, w którym byśmy je wypłacili, ani kantorów, gdzie moglibyśmy je wymienić
Dlatego warto inwestować w Niebo - ono nigdy nie zbankrutuje, a to, co w nim otrzymamy po stokroć przewyższy nasze oczekiwania, wyobrażenia i marzenia. W końcu "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (Kor 2, 9).

* Zawsze mnie intryguje, dlaczego Jezus wskazuje tylko na te przykazania, które się tyczą drugiego człowieka, a pomija te, które odnoszą się do Boga

wtorek, 19 sierpnia 2025

2250. Rzecz o wykorzystaniu swoich talentów

Z pierwszego dnia letnich półkolonii wyszłam nie tylko z bólem głowy oraz mózgiem napakowanym gonitwą myśli, ale też z "zamówieniami" na rozważania do dwóch Dróg Krzyżowych oraz czuwanie z okazji nawiedzenia kościoła, w którym odbywa się wypoczynek, przez kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. A wszystko dlatego, że kiedyś napisałam księdzu Jackowi rozważania Drogi Krzyżowej dotyczące Sług Bożych, błogosławionych i świętych związanych z ruchem salezjańskim. Trochę mnie to kosztowało czasu, trochę posiedziałam przed komputerem w poszukiwaniu odpowiednich informacji. Ale finalnie i ja, i ksiądz raczej byliśmy zadowoleni z efektu końcowego. Na koncie mam też rozważania Dróg Krzyżowych dotyczących Salezjańskiej Piątki Poznańskiej oraz błogosławionych Pier Giorgia Frassatiego i Carla Acutisa. Nie mnie oceniać, czy były one dobre, czy nie. Ale wiernym chyba się podobały. Szkoda tylko, że tylko tą z Piątką Poznańską wykorzystałam w mojej parafii. Ale wtedy proboszczem był ksiądz Jan, przy którym wiele rzeczy było możliwe. Potem przyszedł obecny proboszcz, przy którym nawet nie mam co czego szukać i próbować współpracować.
Dlatego tym bardziej zaskoczyło mnie to, że ksiądz zareklamował moje zdolności kilku osobom. Ucieszyłam się, podziękowałam, no ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Po skończonych zajęciach podeszłam do księdza Jacka i zapytałam dlaczego właściwie to mnie zareklamował tym innym osobom. Odpowiedział z rozbrajającą szczerością, że talenty trzeba nie tylko pomnażać, ale i się nimi dzielić. Niech to samo powie mojemu proboszczowi. Chociaż podejrzewam, że dla niego takie osoby jak ja (niepełnosprawne, z wadą wymowy) nie mają żadnych talentów, ani jednego. Bo nawet, kiedy chciało się coś zrobić dla scholi, dla parafii, dla Oratorium, to zawsze było nie bo nie. A kiedy potrzebowałam zaświadczenia, aby gdzieś pojechać, to znowu argumentacja aby mi go nie wydać (ewentualnie abym nie mogła występować ze scholą) była jedna: "nie, bo ty się nie udzielasz". Błędne koło... Dlatego jestem wdzięczna za tych, którzy pozwalają mi się wykazać mimo wszystko.
Tak potem jeszcze rozmawiałam na ten temat z Księdzem Niosącym Światło, że może ja się za bardzo wychylam z tym wszystkim. Może niepotrzebnie się chwalę i tym, że potrafię zrobić wycieczkę, i tym, że potrafię napisać jakieś rozważanie. A może nie są one aż tak dobre, jak mi się wydaje. Że może faktycznie proboszcz ma rację i takie osoby jak ja powinny siedzieć cicho jak mysz pod miotłą? Powinnam się domyśleć, że odeśle mnie do przypowieści o talentach (dobrze, że nie do stu diabłów). Ogólnie to nie ma nic złego w tym, że prezentujemy to, w czym jesteśmy dobrzy, że o tym mówimy, pod warunkiem, że stajemy w prawdzie z naszymi faktycznymi umiejętnościami, że nie przewyższamy ich, i widzimy w tym także talenty innych, zwłaszcza tych najcichszych i najbardziej nieśmiałych pomagając im je rozwinąć. To ostatnie w dzisiejszych czasach to prawdziwa sztuka, kiedy tak bardzo jesteśmy skupieni na samych sobie.
W drodze do domu odebrałam przesyłkę zawierającą "Spotkania Jasnogórskie" autorstwa Jana Dobraczyńskiego. Już kilka lat temu czytałam tą książkę, podobała mi się. Nie pytałam księdza, czy zna ją, ale znając jego oczytanie, to nie zdziwiłabym się, gdyby ją czytał. A zbliżająca się peregrynacja obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej jest chyba bardzo dobrą okazją do tego, aby przypomnieć sobie jej treść.
256 stron, damy radę.

piątek, 11 lipca 2025

2231. Jan Bosko XXI wieku

Jakiś czas temu pisałam o nawiązaniu na nowo znajomości, czy też jej odnowieniu, z jednym z moich ulubionych księży posługujących w mojej parafii - księdzem Wojtkiem. Niegdyś opiekunem naszego Oratorium, który tych 15 lat temu uwierzył w małego, kalekiego, ciągle pozostającego w tyle za całym peletonem, nie zawsze potrafiącego się wysłowić Lolka i jak gdyby nigdy nic ustanowił go animatorem, na równi z pełnosprawnymi członkami wspólnoty. Dla innych to nic, dla mnie bardzo dużo. Z późniejszymi kapłanami posługującymi w parafii miałam raczej neutralne stosunki. Kolejni opiekunowie Oratorium, słysząc że jestem animatorem, dopuszczali mnie do posługiwania w nim, nawet kiedy nie do końca wierzyli w to, że mogę. No, ale inni animatorzy wstawiali się za mną, więc było ok. No, może większą "miłością" darzyłam opiekuna scholi, księdza Franklina, no ale do reszty miałam życzliwy stosunek, życząc im jak najlepiej.
W 2016 roku, tuż po Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie, mieliśmy zmianę na stanowisku proboszcza. Po trzech latach odszedł ksiądz Grigorii, a w jego miejsce przyszedł młodziutki, zaledwie 43 letni ksiądz Jan. Kogoś mogłoby dziwić, że tak młody kapłan został powołany na proboszcza. Tymczasem na swojej poprzedniej placówce też piastował ten urząd, który został mu powierzony w wieku 37 lat i w 8 roku kapłaństwa. Nieźle, co?
Powitanie i zaprzysiężenie księdza Jana
Już podczas swojego pierwszego expose powiadomił w żartach parafian, że mama ich miała czwórkę - dwie siostry założyły rodziny, a on z bratem bliźniakiem, obecnym zresztą na zaprzysiężeniu, wybrali życie zakonne - jeden jako salezjanin, a drugi w zakonie jezuickim. Nie będę ukrywała, ze od początku ujął mnie swoją szczerością, bezpośredniością oraz uśmiechem.
Był z nami zaledwie rok, ale swoją postawą pokazywał, że zakon który wybrał to naprawdę jego powołanie. Widać było, że lubi pracę z dziećmi chociażby w zaangażowaniu i pomocy w prowadzeniu sobotnich zajęć oraz półkolonii. Raz nawet mnie zastępował, kiedy musiałam jechać do Krakowa coś zdawać na uczelni. Tak po prostu, bez publicznego "ale". Można? Można. Zresztą współtworzył też roczne plany pracy Oratorium (1. wtedy dotyczył on błogosławionej Piątki Poznańskiej, 2. Czy ktoś jeszcze je u nas pisze? - pytanie retoryczner) oraz programy półkolonii. Pamiętam też jak przyszedł do nas na wspólnotową Wigilię Oratorium i prowadził z nami normalne rozmowy, aby jeszcze lepiej poznać każdego z animatorów. Dofinansowywał nam też wyjazdy na Oratoriady i Szkoły Animatora Salezjańskiego, a także nasze wypady w góry. Wiadomo, że nie to jest najważniejsze, ale pokazuje, że życie i sprawy młodzieży były dla niego ważne.
Na zimowych półkoloniach
Wigilia
Ze scholą też żył w zgodzie. Właściwie już na początku jego kadencji obchodziliśmy uroczyście 10-cio lecie naszego istnienia. Ksiądz Jan, chociaż nie zdążył jeszcze nas poznać (to był dopiero koniec września, drugi miesiąc jego obecności u nas), odprawił dla nas Mszę świętą rocznicową. Miałam w niej zaszczyt zanieść kwiaty w procesji z darami. A potem ochoczo ustawił się z nami do pamiątkowego zdjęcia.
Patrzę na to zdjęcie i zastanawiam się, gdzie się podziali ci wszyscy ludzie. Przecież teraz w scholi śpiewa zaledwie parę osób
Przystawał też na nasze propozycje ożywienia życia parafialnego. Tu akademia z okazji rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża, tam rozważania różańcowe prowadzone przez scholę, to znowu Koncert kolęd i pastorałek, czy też rozważania Drogi Krzyżowej. Bardzo mnie cieszyło, że włączał mnie w przygotowania różnych nabożeństw poprzez napisanie do nich tekstów. Niby nic, a naprawdę czułam się członkiem wspólnoty. Przez tamten czas bardzo rozwinęłam warsztat pisarski i chyba najbardziej systematyczne prowadziłam parafialną kronikę.
Z samym księdzem Janem bardzo szybko znalazłam wspólny język. Średnio raz w tygodniu spotykaliśmy się jako zespół, aby omówić bieżące sprawy Oratorium. Ale wiadomo, że tematy rozmów spadały też na prywatne tematy. Ksiądz Jan żywo interesował się naszym prywatnym życiem, tym, jak spędzamy nasz wolny czas, jakie mamy zainteresowania. Wyrażał szczere uznanie tym, że studiuję w Krakowie i codziennie do niego dojeżdżam, że mimo wszystko byłam wolontariuszem na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. To z nim jechałam w samochodzie najpierw na święcenia kapłańskie Boskiego Oskiego do Wrocławia, a potem naszego parafianina Paula do S-ca.
Wtedy jeszcze dało się zrobić ognisko dla młodzieży z parafii
Przez rok zrobił dużo, zwłaszcza formacyjnie. Dużo miał też planów na przyszłość, m.in. chciał zrobić jakieś wycieczki dla parafii (a ja miałam mu pomóc w ich przygotowaniu), myśleliśmy o wznowieniu gazetki parafialnej, o wyjazdach dla młodzieży w góry. Przełożeni mieli jednak dla księdza Jana inne plany i odwołali go z naszej parafii. Miałam to szczęście, że mogłam go pożegnać w imieniu animatorów z Oratorium.
O księdzu Janie pamiętam w moich modlitwach oraz odmawiam w jego intencji różaniec w poniedziałek (ponieważ wniósł w moje życie wiele radości). Ostatnio jednak chciałam dowiedzieć się, co u niego słychać, tak po prostu. Z internetu dowiedziałam się, że jest proboszczem w niewielkiej parafii w diecezji lednickiej. Ma ta niewielu parafian, że jest na niej jedynym kapłanem. Za to pod jego parafię podlega kilka wsi i dwa kościoły filiowe. Z tego co wyczytałam, to w głównym ma w niedziele dwie Msze, w filiowych po jednej. W tygodniu podzielił Msze po dwie w każdym kościele. Poza tym remontuje na bieżąco świątynie, dokupuje wyposażenie, remontuje też Oratorium, organizuje dla parafian pielgrzymki dalsze i bliższe, prowadzi katechezę przed Pierwszą Komunią Świętą i bierzmowaniem, prowadzi też Krąg Biblijny oraz spotkania formacyjne dla ministrantów oraz animatorów. Jest odpowiedzialny za stronę internetową parafii oraz facebooka, na których wraz z młodzieżą umieszcza informację. I jeszcze znajduje czas, aby poprowadzić dla dzieci w sobotę Oratorium czy też zorganizować im półkolonie, albo wziąć udział w lokalnym biegu ulicznym. Kiedy on znajduje na to czas - nie wiem. Ale przy takiej petardzie czuję, jak niewiele robię.
Patrzyłam na to wszystko z mieszanymi uczuciami. Cieszyłam się, że ksiądz Jan wykorzystał daną mu szansę i tak pięknie wykorzystał talenty, jakimi obdarzył go Bóg. Ale z drugiej strony pojawia się to nieprzyjemne uczucie zazdrości i pytanie: dlaczego u nas nie może być podobnie? Dlaczego proboszcz nie potrafi wykorzystać posiadanych zasobów (i nie chodzi mi o mnie)? Niby jest opiekunem Oratorium, ale jest ono po prostu zamknięte. Bez sensu. Właściwie wszyscy ci, którym zależało na Oratorium poszli do S-ca. Tamtejszy opiekun bardzo się z tego cieszy, ale niesmak pozostaje. W ogóle on chciał rozkręcić Oratorium, kiedy był u nas, ale proboszcz nie dość, że się nie zgodził, to jeszcze doprowadził do przeniesienia księdza Jacka na inną placówkę. Tylko dlatego, że się jąkał, kiedy się stresował... To gdzie ja mam walczyć z takim człowiekiem? Z góry jestem skazana na porażkę.
Wiecie, mam taką nieodpartą chęć nawiązać kontakt z księdzem Janem. Choćby po to, aby mu powiedzieć, że jestem dumna, że go poznałam. I że może o sobie myśleć, jako o salezjaninie przez duże "S". Jak dla mnie to realizuje on salezjański charyzmat w 100% poprzez to, co i ile robi. Jak dla mnie jest takim współczesnym Janem Bosko. Na razie brakuje mi ku temu odwagi, ale może w końcu zdecyduję się na tego meila. 

sobota, 5 lipca 2025

2225. No to gramy!

Ostatnie w tym roku szkolnym spotkanie w Oratorium zbiegło się w czasie z 100 rocznicą śmierci błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego. Osobiście uczciłam ją krótką wędrówką po Beskidzie Śląskim, wszak przyszły święty był zapalonym górołazem. Co prawda on gustował w Alpach, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Na razie Beskidy muszą mi wystarczyć. A przecież nie są one takie złe. I dają mnóstwo radości, jeżeli tylko człowiek tego chce. Co jednak dla mnie najważniejsze, to w wędrówce na Skrzyczne towarzyszyła mi grupka tegorocznych bierzmowanych, którzy obrali sobie Frassatiego na patrona. No dobra, ja im go wybrałam. Ale oni nie protestowali. Trochę mi przykro, że moja cyfrówka mi padła, ale grupowe zdjęcie ze szczytu dotarło do Księdza Niosącego Światło.
Najchętniej to bym wzięła i dzieciaki z Oratorium w góry. Nie mam jednak aż takiej siły sprawczej. Może to i dobrze, jeszcze bym je pogubiła po drodze. Młodzież mogłam jeszcze jakoś spacyfikować. Ale te rozwrzeszczane dzieci? O nie, nigdy. A na pewno nie w najbliższym czasie. Może kiedyś. Na razie musiały im wystarczyć moje opowieści o Towarzystwie Ciemnych Typów i wyprawami górskimi przez nie organizowanymi. Chociaż w tym roku nie byłam na jakiejś ich szczególnie dużej liczbie. To było w pierwszej części spotkania.
Bo w drugiej, po Mszy, zaproponowałam dzieciakom gry planszowe nawiązujące zarówno do postaci Pier Giorgia Frassatiego ("Sigma", o której już Wam pisałam), jak i samych gór ("Szlaki" i "Pięć szczytów"). 
Wiecie, w takich chwilach dostrzegam sens inwestowania własnych środków w tego typu rzeczy. Bo te gry nie były tanie. Ale uśmiech na twarzy dzieci wyrównał mi wszelkie straty materialne. Tym bardziej, że myślałam, że nie zainteresuję planszówkami pokolenia wychowanego na grach komputerowych. A tutaj proszę, wszyscy zgodnie się bawili. Na koniec młodsi dostali do pokolorowania obrazek przedstawiający Pier Gorgia Frassatiego.
A starsi mogli pograć w ping-ponga, bilarda i na playstacon. I chyba każdy był zadowolony. Nawet animatorzy. Teraz teoretycznie mamy trochę przerwy w Oratorium (w praktyce część z nas jedzie z dzieciakami na obóz w dolnośląskie, a część pomaga przy organizacji półkolonii, a część jest tu i tu), a od września ruszamy na nowo z zajęciami. Opiekun Oratorium został ten sam, więc jest dobrze. Tylko szkoda, że czas, odległość i obowiązki nie pozwalają na takie zaangażowanie się w to dzieło tak na 100%. No cóż, to już nie te czasy, kiedy było się bardziej dyspozycyjnym.
Hmm, ale takie Alpy to brzmią kusząco...

sobota, 21 czerwca 2025

2214. Spacer po śladach trzech wadowickich świętych

W październiku dwa lata temu w pełnym wymiarze pierwszy raz zorganizowałam wycieczkę do Wadowic oraz Kalwarii Zebrzydowskiej. Chociaż doskonale znałam obydwie miejscowości nawet bardzo dobrze, trudno nie znać terenów, po których biegało się za dzieciaka, niby już miałam okazję i przygotować listę z danymi uczestników wyjazdu (wtedy już pomagałam księdzu w ogarnięciu wyjazdu na spotkanie młodych na Lednicę), i ubezpieczyć całą grupę, to jednak odczuwałam pewien wewnętrzny niepokój. Wtedy, w październiku 2023 roku miałam połączyć wszystko w całość. Miałam jednak tą świadomość, że ktoś mi zaufał. Ktoś wierzył, że za dyplomem licencjatu z turystyki religijnej kryją się konkretne umiejętności. Nawet w przypadku takiego kogoś, jak ja. Wiedziałam, że nie mogę zawieść tej osoby. Zrobiłam wszystko najlepiej, jak mogłam i jak umiałam. I chociaż było wiele niedociągnięć, to ogólnie chyba wyszło nie najgorzej, a ja wiedziałam nad czym mam popracować. I tylko żal mi było tego, że główny inicjator wyjazdu nie mógł wziąć w nim udziału. Ale takie jest już to nasze życie. Nie wszystko w nim idzie tak, jakbyśmy chcieli. Mimo to usłyszałam od niego słowa uznania, a przy okazji mogłam wykorzystać zdobyte podczas studiów umiejętności. Na tyle, na ile pozwalało mi moje ciało.
Kiedy składałam w lipcu 2014 roku papiery na turystykę religijną, z tyłu głowy miałam myśl, że będę mogła od czasu do czasu zrobić jakąś wycieczkę chociażby dla parafialnej scholi, w której wtedy aktywnie działałam. Niekoniecznie dalekie, u nas w okolicy też jest wiele pięknych i ciekawych miejsc godnych zobaczenia. I to od nich chciałam zacząć. Zainteresowanie było, gorzej z ustaleniem terminu, który był przenoszony czasami z całkowicie błahego powodu. Dlatego dosyć sceptycznie podeszłam do propozycji Księdza Niosącego Światło, nie mając pewności, że i tym razem nie skończy się tak samo. Ale tym razem ksiądz dodał to ogniwo łańcucha, którego brakowało w scholi - wziął terminarz i wyznaczyliśmy kilka ewentualnych dat, a z nich wybraliśmy tą jedną. Taki drobiazg, który stanowił solidny fundament dla całości i dawał poczucie bezpieczeństwa. Tak niewiele, a zrobiło niesamowitą różnicę.
We własnej parafii w dalszym ciągu nie zrobiłam żadnej wycieczki. Dla jasności - schola przez ten czas raczej nigdzie nie była, no chyba ze na ogólnych pielgrzymkach organizowanych przez proboszcza. A on raczej nie jest chętny do współpracy ze mną. I ze wzajemnością. Za to po jednej z rozmów z kierownikiem Oratorium w S-cu, zaproponował mi on zorganizowanie takiej dla prowadzonej przez niego placówki. Ja z kolei zaproponowałam mu jednodniowy wyjazd do Wadowic. Raz, o Wadowicach mogę mówić i mówić. Dwa - miałam jeszcze szkielet tamtej pielgrzymki. Mogłam więc wprowadzić pewną korektę i viola! Ale wcześniej poprosiłam o konkretny termin, którego wszyscy mieliśmy się trzymać. No przepraszam, ale nie ufam już zapewnieniom, typu: pojedziemy na wiosnę. Ale słowom: pojedziemy w drugiej połowie czerwca - już tak. Co prawda sobota po Bożym Ciele nie napawała mnie optymizmem, ksiądz Jacek kazał mi być jednak dobrej myśli. I w sumie miał rację, bo kiedy w środę zobaczyłam listę uczestników, to była ona pełna. A w sobotę zobaczyłam to wszystko na własne oczy.
Nie wiem czy wiecie, ale z Wadowicami związane sylwetki aż trzech świętych Kościoła Katolickiego. Wiem, wiem, z takim Krakowem, czy też Warszawą związana jest jeszcze większa ich liczba, jednak zważając na to, że Wadowice to raczej mała i niepozorna miejscowość, uważam, że to dobry wynik. I właśnie śladami tych świętych zaproponowałam zwiedzanie.
Po dotarciu na miejsce niespiesznie udaliśmy się na Plac Jana Pawła II. Po drodze minęliśmy Wadowickie Centrum Kultury. Przed II wojną światową była to siedziba Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół". Do niego na gimnastykę uczęszczał Karol Wojtyła w okresie nauki w gimnazjum, a także stawiał w nim pierwsze kroki na teatralnej scenie. Dzisiaj znajduje się w nim chociażby kino studyjne. Niebawem znaleźliśmy się na Placu im. Jana Pawła II (zwanym w przeszłości Placem Armii Czerwonej lub po prostu Rynkiem), centrum życia miasta. Wybudowany w połowie XV wieku na planie kwadratu, przez ten czas niewiele zmienił swoje wymiary. To tutaj w okresie międzywojennym odbywały się tradycyjne jarmarki w czwartki i soboty. To tutaj w 1929 roku do Wadowiczan przemawiał ówczesny prezydent Polski, Ignacy Mościcki. To tu miały miejsca spotkania papieża Jana Pawła II z wiernymi w  1979 i 1999 roku, a także papieża Benedykta XVI w 2006 roku. To tutaj znajdowały się najważniejsze budynki w mieście - fara, urząd miasta, karczma. 
Karol Wojtyła to postać, która bez wątpienia kojarzy się z Wadowicami. To tutaj przyszły papież przyszedł na świat, to tutaj został ochrzczony i bierzmowany, to tu chodził do szkoły powszechnej i śladem starszego brata, do liceum. To tu grał w piłkę, pływał w Skawie i stawiał pierwsze kroki na scenie w Sokole i w Domu Katolickim. W końcu to tutaj spędził pierwszych 18 lat swojego życia. Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od nawiedzenia bazyliki Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny na wadowickim rynku. To w niej 105 lat i jeden dzień wcześniej miesięczny Karol Józef otrzymał z rąk księdza kapelana Franciszka Żaka sakrament chrztu świętego. Dziś można zobaczyć pamiętną chrzcielnicę w jednej z kaplic. To także w tym budynku rozpoczynał każdy dzień od służenia do Mszy świętej, nawet na dwóch Mszach pod rząd.
Do końca nie wiadomo kiedy kościół został wybudowany. Pierwsza wzmianka o nim, jeszcze jako filii parafii usytuowanej w położonym nieopodal Mucharzu, pochodzą z 1325 roku. Dziesięć lat później włączono go do parafii w Woźnikach. Budynek był drewniany, toteż został zniszczony przez pożar w 1440 roku. Niebawem na jego zgliszczach wzniesiono nowy, murowany kościół. Dziś pozostały po nim dwuprzęsłowe prezbiterium. 18 maja 1726 w mieście wybuchł pożar, który poważnie uszkodził budynek sakralny. Odbudowano go pod koniec XVIII wieku w stylu późnobarokowym. Zachodnią fasadę wieńczy wieża z baniastym hełmem. Początkowo parafia nosiła wezwanie Wszystkich Świętych, jednak w pierwszej połowie XIX wieku papież Grzegorz XVI zmienił je na Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Wiek XIX przyniósł też liczne zmiany architektoniczne. Od wschodniej strony kościoła dobudowano dwukondygnacyjny aneks. Jego parter mieścił zakrystię, a pierwsze piętro skarbiec. U schyłku XIX wieku została odrestaurowana fasada w stylu barokowym - otrzymała reprezentatywny balkon powyżej głównego wejścia oraz dodano kamienne rzeźby przedstawiające m.in. Matkę Bożą w otoczeniu św. Wojciecha i św. Stanisława - patronów naszego kraju. Kościół zelektryfikowano w 1931 roku. Pod koniec II wojny światowej w kościół trafiła bomba, która uszkodziła dach. Budynek przez cały rok był wyłączony z użytku, a nabożeństwa odprawiano w znajdującym się po sąsiedzku Domu Katolickim. Przy okazji odbudowy dobudowano dwa boczne wejścia i przedsionki z obu stron korpusu nawowego. Rozbudowano też zachrystię. Od 1992 świątyni przysługuje tytuł bazyliki mniejszej.
Po wejściu do świątyni oczom pielgrzymów ukazuje się okazałe prezbiterium. Uwagę w nim przyciąga odnowiony i ozdobiony polichromią ołtarz główny z wizerunkiem patronki świątyni - Maryi Panny trzymającej Dzieciątko na rękach. Postać odziana jest w srebrną szatę. W bazylice warto spojrzeć na malowidła na suficie. Te nad ołtarzem nawiązują do encyklik papieża Jana Pawła II, zaś te nad nawą główną do ewangelicznych ośmiu błogosławieństw.
W bazylice możemy zwiedzić cztery kaplice usytuowane w czterech jej rogach. Od strony północno - wschodniej znajduje się kaplica Świętej Rodziny. Tym, co może w niej zaciekawić jest figurka św. Jana Kantego (profesora Akademii Krakowskiej) w miejscu św. Joachima (ojca Maryi Panny). To w tej kaplicy znajduje się barokowa chrzcielnica z kamienia przykryta złotą kopułą zwieńczoną krzyżem. Była ona niemym świadkiem sakramentu chrztu świętego, którego 20 czerwca 1920 roku miesięcznemu Karolowi Wojtyle udzielił kapelan wojskowy i wikariusz parafii, ks. Franciszek Żak. W ramach wdzięczności dorosły już Karol Wojtyła ucałował ją kilkakrotnie, np. w dniu 50 urodzin, czy też już jako papież Jan Paweł II w 1979 r. Przy chrzcielnicy modlił się także papież Benedykt XVI w 2006 r.
Od strony północno - zachodniej znajduje się licząca ponad 100 lat kaplica Matki Bożej, gdzie umieszczony jest łaskami słynący obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Został on ukoronowany przez Ojca Świętego Jana Pawła II w dniu 16 czerwca 1999 roku w trakcie Jego trzeciej wizyty w rodzinnym mieście. Kaplicę od reszty kościoła oddziela czarna krata, na której widnieje napis "Totus Tuus", herb papieski oraz liczne wota składane przez wiernych za otrzymane łaski. W dole obrazu można odczytać łacińską sekwencję: "S. Maria de Perpetuo Succursu", co można tłumaczyć jako Matka Boża Nieustającej Pomocy. Od niemal wieku jest on otaczany wielką czcią. Ciekawostką jest, że szczególnym kultem cieszy się wśród dzieci i młodzieży. To przed nim codziennie modlił się mały Karol Wojtyła, zanim udał się do szkoły. Obraz znajduje się w środku neogotyckiego ołtarza, który zbudowano w 1903 roku. Po jego lewej stronie na czerwonej poduszce znajduje się złoty różaniec papieski. Z prawej strony można zobaczyć budzik, który jest darem mieszkańców Lourdes dla Jana Pawła II. Po śmierci Ojca Świętego został on przekazany jako wotum dla Pani Wadowickiej. W ten sposób stał się jednym z elementów klamry, która symbolicznie spina czas życia Jana Pawła II.
Od strony południowo-wschodniej znajduje się kaplica Świętego Krzyża z wizerunkiem Ukrzyżowanego Chrystusa. Znajdują się w niej również relikwie św. Ojca Maksymiliana Marii Kolbe, św. Szymona z Lipnicy oraz św. Ojca Pio.
Z kolei w znajdującej się w południowo-zachodniej kaplicy papieskiej można zobaczyć relikwiarz z relikwiami Jana Pawła II. Jej wystrój stanowią elementy papieskiego ołtarza wzniesionego w Wadowicach z okazji spotkania papieża Benedykta XVI z wiernymi w 2006. Kaplicy symbolicznie strzegą postacie strażników w barwnych mundurach Gwardii Szwajcarskiej.
Po krótkiej modlitwie udaliśmy się z dzieciakami do muzeum znajdującego się w stojącej tuż obok żółtej kamienicy. To tu mieszkała rodzina Karola Wojtyły w latach 1919-1938. Wojtyłowie wynajmowali dwupokojowe mieszkanie z kuchnią na piętrze budynku należącego do znanej w mieście żydowskiej rodziny Róży i Yachiela Bałamuthów. Na parterze budynku od strony rynku znajdował się Dom Handlowy należący do Bałamutha, a w oficynie na tyłach obiektu znajdowały się małe zakłady rzemieślnicze oraz mieszkania do wynajęcia. Do mieszkania Wojtyłów wchodziło się przez dziedziniec, a następnie stromymi schodami na znajdującą się na piętrze galerię. Mieszkanie było skromnie urządzone. To w nim 18 maja 1920 roku przyszedł na świat Karol Wojtyła. Ale też w tym mieszkaniu w 1923 roku zmarł dziadek przyszłego papieża, Maciej Wojtyła, a także w 1929 roku matka małego Karola - Emilia. Kiedy po rewelacyjnie zdanej maturze w 1924 roku Edmund Wojtyła wyjechał do Krakowa na studia medyczne, mieszkanie zajmowane było jedyne przez rodziców i młodszego z braci. Jednak przerwy wakacyjne Edmund starał się spędzać w domu, realizując praktyki lekarskie w miejskim szpitalu powszechnym. W kwietniu 1929 roku po długiej chorobie umiera matka Karola, Emilia, a trzy lata później w bielskim szpitalu jego starszy brat, Edmund. Odtąd w mieszkaniu mieszkali już tylko ojciec i młodszy z synów. Karol Wojtyła senior gorliwie prowadził gospodarstwo domowe oraz wychowywał syna - uczył go języka niemieckiego, razem czytali książki, był wiernym kibicem Karola w jego rozgrywkach sportowych, jeździł też z nim na szkolne wycieczki jako opiekun i wędrowali razem szlakami Beskidu Małego. Wspólnie też chodzili na poranne Msze święte i odmawiali różne modlitwy. Latem 1938 roku obydwoje Wojtyłowie przeprowadzili się do Krakowa, gdzie Karol rozpoczął studia polonistyczne. Do 1984 roku w mieszkaniu przy ulicy Kościelnej 7 (dawniej Rynek 2) mieszkały inne rodziny. Z okazji 64 rocznicy urodzin Jana Pawła II utworzono w nim muzeum poświęcone temu wybitnemu wadowiczaninowi.
Po wyjściu z muzeum zwróciłam moim dzieciakom uwagę na dwa obiekty. Pierwszy to budynek dawnej jadłodajni higienicznej, w którym dzisiaj znajduje się siedziba miejskiego oddziału PTTK oraz muzeum miejskiego. Jest to jeden z najstarszych budynków w mieście, z około 1800 roku. Wybudowany w stylu klasycystycznym w stylu dworku. Charakterystycznym elementem architektury jest przedsionek i znajdujący się nad nim balkon. Tworzą one tzw. ryzalit frontowy. Balkon zdobią kanelowane kolumny jońskie wspierające belkowanie i trójkątny przyczółek nad wejściem. Pod koniec XIX wieku należał on do bogatej rodziny Schwartzów, następnie do Marii ze Schwartzów Gedlowej, aż w końcu do lekarza Jana Moskała. Jan Moskał w swoim testamencie zapisał budynek Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego na działalność naukowo-badawczą. W dwudziestoleciu międzywojennym na parterze znajdowała się jadłodajnia należąca do Marii i Alojzego Banasiów, rodziców szkolnego kolegi Karola, Jana. To w niej po śmierci Emilii stołowali się Wojtyłowie. Najczęściej były to flaczki i pierogi ruskie. Po wojnie mieściła się tutaj szkoła handlowa. Od 1968 roku budynek należy do miasta. Przez wiele lat kamienica była siedzibą Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej, biura PTTK, Działu Zbiorów Specjalnych biblioteki miejskiej, a w piwnicach działała galeria Biura Wystaw Artystycznych. Dzisiaj mieści się w nim muzeum miejskie, a ekspozycje mają charakter historyczno-regionalny i dotyczą historii Wadowic oraz najbliższej okolicy.
Drugi obiekt to budynek dawnego Magistratu, a aktualnie Urząd Miasta. W Magistracie mieściła się kiedyś szkoła powszechna, a nawet, przez pierwszych 9 lat, klasy gimnazjum klasycznego. Na przełomie XIV i XVII wieku, tam, gdzie aktualnie znajduje się plebania, została założona pierwsza szkoła parafialna w mieście. Na początku XIX wieku utworzono pierwszą publiczną szkołę elementarną. Wkrótce została przekształcona w szkołę główną. W połowie wieku została przeniesiona do nowiuteńkiego budynku Magistratu. Parter budynku zajmowały biura urzędu miasta, restauracja oraz cukiernia "Oaza" Jana Hyłki, szkoła mieściła się na piętrach. Warunki nauki były ciężkie - klasy były liczne (nawet 60 uczniów), nauczycieli było zaś mało, sale były zbyt małe, często źle wentylowane i zbyt mało oświetlone. Nie było też toalet. Nauka odbywała się na dwie zmiany. Z powodu niskich środków finansowych brakowało odpowiedniego wyposażenia szkolnego. Pogram nauczania obejmował język polski, rachunki. historię i geografię.
Ruszyliśmy wolno ulicą Lwowską w kierunku kościoła p.w. św. Piotra Apostoła. Po drodze minęliśmy m.in. klasztor sióstr Nazaretanek. Nie bez powodu jest on pod wezwaniem Opatrzności Bożej. Biskup Jan Puzyna wystosował do przełożonych prośbę o założenie domu w Wadowicach. Jednak młode Zgromadzenie nie miało funduszy na rozpoczęcie nowego dzieła. Wtedy biskup przypomniał im, że "apostołowie nie pytali Pana Jezusa o pieniądze, gdy ich rozsyłał. Trzeba zaufać Opatrzności Bożej". W odpowiedzi na prośbę księdza Biskupa, dnia 12 lutego 1896 roku do Wadowic przyjechała Matka Laureta Lubowidzka wraz z trzema siostrami. Od samego początku Siostry podjęły różne formy pracy z ubogimi dziećmi i młodzieżą oraz z dziećmi z upośledzonymi. W 1896 roku otworzyły ochronkę dla dzieci oraz pracownię haftu i bieliźniarstwa dla młodzieży. Rok później założyły Towarzystwo Pań Miłosierdzia im. św. Wincentego a Paulo opiekujący się ubogimi chorymi. Praca sióstr spotkała się z serdecznością. Szybko zostały poproszone o podjęcie pracy w szpitalu w charakterze pielęgniarek ii salowych, jak też w administracji jako księgowe, sekretarki, magazynierki oraz kucharki. Jeszcze w grudniu 1896 roku podjęły prace w wadowickim szpitalu, gdzie przez ponad 50 lat pełniły samarytańską posługę. W 1905 roku rozpoczęto budowę obecnego klasztoru. Już dwa lata później Siostry przeprowadziły się do własnego Domu zakonnego. W nowym budynku utworzono internat dla uczennic z miejscowych szkół. Zorganizowano też miejsce na pracownie krawieckie, haftów, kwieciarstwa i bieliźniarstwa. W 1913 roku oddano do użytku kaplicę. Podczas I wojny światowej Siostry utrzymywały Ochronkę oraz zorganizowały w Domu szpitalik. Tuż przed wybuchem II wojny światowej, z powodu nowych przepisów oświatowych, Siostry dobudowały w Domu piętro i założyły w nim Zawodową Szkołę Krawiecką. Podczas II wojny światowej w Domu Opatrzności Bożej funkcjonowało ambulatorium dla rannych żołnierzy, sierociniec oraz, do 1 listopada 1940 roku, szkołę krawiecką. Działalność tej szkoły wznowiono w 1945 roku, jako Gimnazjum Krawieckie. Od lat 50 stopniowo usuwano Siostry z miejskiego szpitala, a w połowie lat 50 zlikwidowano Liceum Krawieckie i internat przez nie prowadzone. Przedszkole prowadzone przez Nazaretanki działało do 1961 roku. Decyzją władz ich dzieło zostało upaństwowione i przejęte przez państwo. Na początku lat 90-tych budynek powrócił do Zgromadzenia. Dzisiaj Siostry Nazaretanki pracują jako katechetki i zakrystianki w wadowickich parafiach. Opiekują się też Domem Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży Niepełnosprawnej Intelektualnie. Ośrodek to placówka pobytu stałego dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Jego misją jest wszechstronna pomoc mieszkańcom nie będących w stanie samodzielnie zaradzić swoim potrzebom życiowym. Od 2004 roku przy Domu działa grupa wolontariatu, którą tworzą uczniowie ostatnich klas szkoły podstawowej oraz szkół średnich. Siostry prowadzą też Świetlicę dla Dzieci imienia Jana Pawła II, gdzie po skończonych zajęciach szkolnych dzieci i młodzież spędzają czas w gronie swoich rówieśników. Korzystają w niej z pomocy nauczycieli i wolontariuszy, tłumaczących im trudne zagadnienia. Rodzinna atmosfera pełna ciepła i zrozumienia pomaga w prawidłowym rozwoju oraz rozwoju postaw chrześcijańskich.
Koszary wojskowe to obiekt leżący naprzeciwko klasztoru Sióstr Nazaretanek. Zabudowania te zostały wzniesione w 1827 roku dla stacjonujących w Wadowicach od 1820 roku batalionów austriackiego 56. pułku piechoty. Po I wojnie światowej koszary stanowiły bazę 12. Pułku Piechoty Ziemi Wadowickiej. W obydwóch jednostkach w latach 1900 - 1928 służył ojciec Jana Pawła II. Właściwie to do lat 70. XVIII w. Wadowice nie posiadały żadnej pozycji strategicznej ani wojskowej. Ta sytuacja uległa zmianie w 1790 roku, kiedy dowództwo austriackie postanowiło obsadzić drogę łączącą Wadowice z Suchą. W ten sposób chciano zabezpieczyć komunikację w stronę Węgier. Decydujące okazało się wytyczenie traktu łączącego Wiedeń ze Lwowem. Dzięki temu Wadowice stały się ważnym punktem na trasie. Zalety militarne miasta zauważono na przełomie XVIII i XIX wieku. W 1819 roku pojawiły się w nim pierwsze oddziały wojskowe, formacje zapasowe myślenickiego 56 pułku piechoty. Wkrótce dla austriackiej jednostki wzniesiono koszary wojskowe - dwupiętrowy budynek o wymiarach 90 na 90 metrów z dużym dziedzińcem na środku, otoczony arkadowymi korytarzami. W 1825 roku koszary wystawiono przy Gościńcu Cesarskim aby wojsko w każdej chwili mogło skorzystać z głównej arterii  komunikacyjnej miasta oraz całej Galicji. Wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości miejsce 56 pułku austriackiej zajął 12 pułk piechoty (od 1924 r. 12 Pułk Piechoty Ziemi Wadowickiej). W 1854 r. zaadaptowano budynki znajdujące się naprzeciw głównego gmachu koszar. Drugie koszary wraz z zabudowaniami na tyłach mogły pomieścić co najmniej dywizjon kawalerii. W pierwszych latach XX w na terenach zajmowanych przez konnicę, pułk Obrony Krajowej i artylerię, utworzono dzielnicę przemysłową Wadowic. W 1914 roku żołnierze armii austriackiej wyruszyli na wojnę kierując się na południe. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości koszary przy ulicy Lwowskiej stanowiły kwaterę pułkową. Żołnierze pułku wsławili się w wojnie polsko-bolszewickiej biorąc udział w licznych bitwach, a w 1939 r. oddziały brały też udział w obronie podczas II wojny światowej. Do zakończenia II wojny światowej gmach pełnił funkcję obiektu garnizonowego, w późniejszych latach wykorzystywany był do innych celów. Obecnie ten trzykondygnacyjny budynek uważany jest za jeden z lepiej zachowanych tego typu kompleksów w naszym kraju.
Idąc w stronę kościoła zależało mi, aby podejść w jedno miejsce - pomiędzy mostem na stawie, a skrzyżowaniem na końcu ulicy Lwowskiej stoi niepozorny dom. Według najnowszych ustaleń to w nim w latach 1912-1916 mieszkała rodzina Wojtyłów.
Wraz z wyborem Karola Wojtyły na papieża w Wadowicach zrodziła się idea budowa nowego kościoła jako wotum wdzięczności oraz upamiętnienie tego ważnego momentu w historii. W czasie jego pierwszej wizyty w rodzinnym mieście ustalono, że stanie on przy Alei Matki Bożej Fatimskiej. Zamach na życie Jana Pawła II w dniu 13 maja 1981 roku przyczynił się do rozszerzenia inicjatywy wotywnej - nowy kościół pw. św. Piotra Apostoła miał być wotum wdzięczności za wybór, ale też ocalenie Ojca Świętego. Jego budowa trwała w latach 1984-1991, była realizowana wysiłkiem mieszkańców Wadowic. Parafianie nie tylko składali ofiary na nowy kościół, ale też z oddaniem uczestniczyli w pracach budowlanych. Trudu organizacyjnego podjął się ks. Michał Piosek, wikariusz parafii Ofiarowania NBP, późniejszy proboszcz nowej parafii. Temu dziełu poświęcił się bez reszty, nie szczędząc energii, zdrowia i sił, był duszą wszelkich działań, zachęcał i mobilizował parafian do wysiłku i ofiarności, pokonywał biurokratyczne bariery, zdobywał materiały budowlane, doglądał robót itp. W 1985 r. wraz z pielgrzymką parafian udał się do Rzymu, gdzie na audiencji u Ojca Świętego uzyskał błogosławieństwo dla nowej parafii. Uroczysta konsekracja miała miejsce 14 sierpnia 1991 r. w czasie drugiej wizyty Jana Pawła II w Wadowicach. Na placu przed kościołem odprawił on uroczystą Mszę świętą, dokonał także koronacji figury Matki Bożej Fatimskiej, którą wadowickiej parafii ofiarował biskup Fatimy. Poświęcony zespół sakralny symbolizuje drogę Jana Pawła II z Wadowic, przez katedrę na Wawelu na Stolicę Piotrową. Składa się z kościoła, kaplicy Chrystusa Króla, domu katechetycznego z plebanią oraz wolno stojącej wieży. Przed kościołem stoi pomnik Jana Pawła II, dar Watykanu oraz ks. kardynała Franciszka Macharskiego. Na wolno stojącej wieży wiszą trzy dzwony. Trochę żałuję, że nie mogliśmy wejść do środka, gdzie np. posadzka nawiązuje do Placu św. Piotra w Rzymie, ale to już moja wina. Przeszliśmy za to wzdłuż i wszerz cały kompleks parkowy z tyłu kościoła.

Wadowicka "Górka" nierozerwalnie jest związana z postacią św. Rafała Kalinowskiego, który upatrzył sobie to miejsce jako siedzibę jednego z klasztorów zgromadzenia karmelitów bosych. Sprzyjało temu to, że w drugiej połowie XIX wieku w Galicji nastąpił rozwój życia zakonnego. Odradzały się zakony dawne, osiedlały zagraniczne, powstawały też nowe. Do tej pierwszej grupy należeli karmelici bosi. Jednak jedynym klasztorem ocalałym z kasat był dawny erem w Czernej. Odnowiony klasztor cierpiał na brak nowych powołań, dlatego na jesień 1891 roku została podjęta decyzja o założeniu w Galicji drugiego klasztoru z przeznaczeniem na niższe seminarium. Wyszukanie odpowiedniej miejscowości zlecono m.in. ojcu Rafałowi Kalinowskiemu. Pod uwagę brano m.in. Kraków, Nowy Targ, Żywiec, Cieszyn, Bochnię i Wadowice. Ostatecznie wybór padł na ostatnią z miejscowości, z której pochodził znaczny odsetek duchowieństwa diecezjalnego. W lutym i w marcu 1892 roku o. Rafał odwiedził Wadowice w poszukiwaniu parceli z domem. Wydzierżawiono na trzy lata dom Franciszka Foltina przy ul. Żatorskiej. Ponieważ dom okazał się za mały dla potrzeb klasztoru i alumnów, dobudowano małą kaplicę i dwa pokoje. Jego przełożonym został ojciec Rafał Kalinowski, który przybył do Wadowic w sierpniu 1892 roku. Przez pierwsze dwa dni Msze święte odprawiane były w kościele parafialnym, następnie do 14 października w Kaplicy Niepokalanego poczęcia NMP, która znajdowała się w ogrodzie szpitala wojskowego, a od 15 października we własnej domowej kaplicy. Kanonicznej erekcji nowego domu zakonnego dokonał we wrześniu 1892 roku wikariusz generalny zakonu, ojciec Dionizy. W roku 1895 mijał trzyletni okres dzierżawy domu Foltina. Większość ojców klasztoru w Czernej uznała, że najlepiej jest opuścić Wadowice i założyć klasztor w Krakowie na co nalegały krakowskie karmelitanki. Wbrew oporom zgromadzenia przełożeni prowincji wraz z władzami generalnymi zakonu polecili odnowić kontrakt z Foltinem. Pod koniec 1895 padła propozycja, że kościół i klasztor zostaną wzniesione w południowo-zachodnim krańcu miasta. W drugiej połowie 1986 roku władze cywilne zezwoliły  na budowę. Plany klasztoru i kościoła opracowali Adam Kozłowski i T. Prauss. 18 lutego 1898 roku zostały one podpisane przez o. Rafała Kalinowskiego, który od 1897 roku ponownie był przełożonym zgromadzenia zakonnego. W czerwcu 1897 roku zaczęto kopać fundamenty. W sierpniu kolejnego roku południowe skrzydło klasztoru było pod dachem, a w listopadzie cały kościół pokryło zadaszenie. 11 września 1898 roku Jan Puzyna dokonał poświęcenia kamienia węgielnego. Miesiąc później o. Jan Chryzostom Lamoś zastąpił na stanowisku o. Rafała. Przystąpiono też do budowy części zachodniego skrzydła klasztoru, magazynu zakrystyjnego i chóru. W kolejnym roku kościół otrzymał podstawowe wyposażenie wnętrza. Ostatnia Msza święta w starej kaplicy odbyła się 26 sierpnia 1899 roku. W uroczystej procesji tuż po nieszporach przy licznym udziale wiernych i duchowieństwa prowincjał o. Bonawentura Kirschstein przeniósł Najświętszy Sakrament z kaplicy przy ul. Zatorskiej do nowego kościoła, który został konsekrowany następnego dnia przez biskupa Jana Puzynę. 2 września klasztor został wikariatem, a w 1903 roku w pełni uformowanym klasztorem (przeoratem). Pierwszym przeorem wybrano o. Chryzostoma Lamosia. Trzy lata później zastąpił go o. Rafał Kalinowski. Był już wtedy poważnie chory i traktował swój urząd jako czas przygotowania do śmierci. Kalinowski zmarł 17 listopada 1907 roku w klasztorze w Wadowicach.
W dwudziestoleciu międzywojennym budynek zespół klasztorny był dwukrotnie przebudowywany. W 1928 roku przedłużono skrzydło zachodnie klasztoru, a w latach 30. zbudowano nowy budynek szkoły podnosząc całe zachodnie skrzydło o jedną kondygnację. W okresie obu wojen życie w klasztorze uległo dezorganizacji. W połowie września 1914 roku do Wadowic przybyli zakonnicy, którzy opuścili klasztor w Krakowie. Kilkanaście dni później austriackie wojsko zajęło parter i pierwsze piętro klasztorne organizując w nich szpital. Wielu kleryków musiało w  związku z tym udać się do Linzu, a następnie do Wiednia. Po likwidacji austriackiego szpitala w 1918 roku pomieszczenia klasztorne zajęło na trzy lata wojsko polskie. Po klęsce wrześniowej w 1939 roku Wadowice zostały włączone w obręb Rzeszy i znalazły się naj granicy pomiędzy nią, a Generalnym Gubernatorstwem. Pod koniec października budynek gimnazjum zajął niemiecki urząd celny. W lipcu 1942 roku Rzesza przejęła na własność budynki i gospodarstwa klasztorne. W latach 1943 - 1944 Niemcy zajmowali kolejne pomieszczenia klasztorne. Uchroniono jednak zgromadzenie przed wysiedleniem. 23 stycznia 1945 roku celnicy opuścili budynek. Na ich miejsce przyszły oddziały niemieckie, które cofały się ze wschodniego frontu. Ale i one opuściły Wadowice, zaminowując wcześniej teren klasztoru. Na szczęście radzieccy saperzy je rozbroiły. Nie wybuchły też bomby, które wpadły do kościoła w trakcie bitwy o miasto. Aktualnie cele zakonników zajmują południowe skrzydło klasztoru. Nad magazynem zakrystyjnym mieści się chór zakonny, gdzie zakonnicy zbierają się na modlitwę. W zachodnim skrzydle znajdują się kuchnia, refektarz, sala zebrań wspólnoty oraz biblioteka. Biblioteka ta liczy około 20 tysięcy pozycji.

Punktem centralnym przyklasztornego parku jest figura św. Józefa. To właśnie wstawiennictwu tego świętego u Boga przypisywano powstanie klasztoru. Posąg wyrzeźbił w białym piaskowcu dwunastoosobowy zespół. Został on poświęcony w 1900 roku. W połowie lat 70 pomalowano go po raz pierwszy, a w 1999 ponownie. Z czasem na terenie parku powstała dróżka procesyjna okalająca figurę. Od 1992 roku pielgrzymów zmierzających na klasztorny plac wita posąg św. Rafała Kalinowskiego. I chociaż to św. Józef czuwa nad całym miastem, to jednak św. Rafał poprzez gest uniesionej ręki błogosławi przybyłym na "Górkę" pielgrzymom.
W drodze z klasztoru pod siedzibę Liceum pokazałam dzieciakom, gdzie jeszcze nie tak dawno stał dawny szpital miejski, w którym Edmund Wojtyła odbywał praktyki studenckie. Dzisiaj nie pozostał tam kamień na kamieniu.
Zwiedzanie Wadowic zakończyliśmy na budynku I Liceum Ogólnokształcącego im. Marcina Wadowity, mieszczącego się na rogu ulicy Mickiewicza i Gimnazjalnej. Początki szkoły sięgają 1 września 1866 roku, kiedy pierwszy rocznik gimnazjalistów rozpoczął naukę w pierwszej polskiej szkole na zachód od Krakowa. Dlatego szkoła uważana jest za jedną z najstarszych na terenie Galicji. O zezwolenie na założenie szkoły średniej wadowiczanie wnioskowali do władz austriackich już w 1835 roku. Ich starania przyniosły efekt po 31 latach. We wspomnianym 1866 roku otwarto niższe gimnazjum humanistyczne posiadające dwie klasy. Ciężar utrzymania szkoły spoczywał na gminie, toteż mieszkańcy podjęli starania zmierzające do przekształcenia jej w wyższe gimnazjum realne. Wtedy mogłoby być utrzymywane przez państwo. Udało się to i do 1882 roku szkoła funkcjonowała w ramach wyższego ośmioletniego gimnazjum realnego, a następnie znowu ją przekształcono, tym razem w zwyczajne gimnazjum humanistyczne. Przez pierwsze lata szkoła funkcjonowała w dawnym ratuszu mieszczącym się na rynku, a od 1875 roku w nowym, przestronnym budynku tuż przy głównej drodze. W gimnazjum od początku wykładano w języku polskim, a oprócz tego uczono języków niemieckiego, łaciny i greki. Szkołę charakteryzował wysoki poziom nauczania, toteż tylko nieliczni stawali się jej absolwentami po 8 latach nauki. Nauka była płatna, dlatego wielu uczniów ratowała się zapomogami i stypendiami. W szkole panowała patriotyczna atmosfera, a cesarsko - królewskim Gimnazjum była tylko z nazwy. W okresie międzywojennym rocznie uczęszczało do niej około 400-500 uczniów, ukończyło je natomiast 769 z nich. Wszystkich ich witała wisząca nad drzwiami myśl rzymskiego poety Albiusa Tibullusa: To co czyste podoba się Najwyższemu, przychodźcie w szacie czystej i rękoma czystymi czerpcie wodę ze źródła. W tym okresie gimnazjum klasyczne przekształcono w Państwowe Gimnazjum i Liceum. Wielu uczniów i nauczycieli walczyło w czasie II wojny światowej i niestety, wielu z nich poległo. Z murów wadowickiego gimnazjum wyszli m.in. dowódca obrony Warszawy, generał Walerian Czuma, kardynał lwowski, św. Józef Bilczewski, literat Emil Zegadłowicz oraz papież Jan Paweł II. W tym miejscu poopowiadałam trochę mojej grupie o trzecim świętym związanym z Wadowicami, Józefie Bilczewskim. Co mnie zdziwiło, to to, że nawet ksiądz, który był z nami, niewiele wiedział o nim. Tymczasem mój licencjat z pedagogiki dotyczył patriotycznych wskazań w pismach św. Józefa Bińczewskiego, więc coś o nim wiedziałam i mogłam im opowiedzieć. Dla zaciekawionych - >>klik<<.
Na tym skończyłam oprowadzać nasze Oratorium po Wadowicach trzech świętych. Stres był, bo to jednak mój debiut z tą grupą wiekową. Ale chyba nie było tak źle. A ile pytań i spostrzeżeń pojawiło się po drodze. Nie na wszystkie potrafiłam odpowiedzieć, ale nigdy nie chcę uchodzić za omnibusa. Ja mam tylko nadzieję, że nikogo nie zawiodłam i spełniłam oczekiwania, jakie żywili względem mnie inni. Chociaż w 50%...

sobota, 12 kwietnia 2025

2169. Umówiłam się, więc byłam

Permanentne zmęczenie po całonocnej drodze odbierało mi władzę nad ciałem, ból łydek i lewego uda (jednak to ono bardziej pracowało) sprawiał, że zmęczony organizm był w miarę świadomy otaczającej go rzeczywistości, a głód, mimo pozornego zaspokojenia go ciepłą herbatą, z którą czekał na nas na progu plebani Ksiądz Niosący Światło, dopominał się uzupełnienia zgubionych gdzieś po drodze kalorii. Z drugiej strony wznoszące się coraz wyżej słońce zwiastowało, że to będzie dobry dzień. Mimo wszystko, a może dlatego, że...
Ksiądz zastanawiał się, kiedy zregeneruję się po wysiłku ostatniej nocy. Bo wie, że nieco odbiegam ruchowo od przeciętnego człowieka. I wie, czym to jest spowodowane. I z czym się to wiąże. I że nie da się tego zniwelować właściwie niczym. Nie uczył się tego na uczelniach i kursach, nauczyło go tego życie i obserwacja. A warunki miał idealne - przez lata był kapelanem jaworznickiej wspólnoty "Wiara i Światło". Ja jednak nie miałam na to czasu - dochodziła godzina 10 rano (28 godzina bez snu), a ja na 12:00 byłam umówiona w Oratorium w S-cu, aby opowiedzieć dzieciakom i młodzieży o bł. Pier Giorgio Frassatim. Czasu starczyło na szybki prysznic, przebranie rzeczy i zjedzenie śniadania. Na szybki sen już go niestety zabrakło. 
Z drugim plecakiem na plecach ruszyłam przed siebie. Prysznic nieco mnie orzeźwił i rozbił moje zakwaszone mięśnie. Dzięki temu mogłam dojść do autobusu, a potem do budynku wspólnoty. Nawet czas miałam w miarę dobry. Na pewno lepszy niż ten, w którym pokonałam EDK. No, ale EDK to nie wyścigi i każdy pokonuje jej trasę w swoim tempie. 
Jeszcze przed prelekcją spojrzałam w lustro, czy wyglądam jak człowiek, czy też bardziej jak upiór, chociaż nie z opery. Nie, zdecydowanie jak człowiek. Chociaż nie ukrywam, czułam to zmęczenie. I pewnie gdybym poprosiła o przeniesienie tego wystąpienia na później, to nie byłoby problemu z tym, a zwłaszcza w momencie, kiedy podałabym powód. No, ale tego nie zrobiłam. Chciałam to mieć też za sobą. Chociaż w temacie Pier Giorgia czuję się raczej dobra. Nawet rozważania do odbywającej się dzień wcześniej Drogi Krzyżowej z bierzmowanymi oparłam na jego sylwetce. I chyba się podobało. Ale nie mnie to oceniać. 
Bardziej poszłam w dialog niż w monolog. Nie lubię długo mówić - zajmuje to i dużo czasu i męczy. Zresztą wychodzę z założenia, może błędnego, że dzieciaki więcej z czegoś wyniosą, jeżeli same dojdą do pewnych wniosków. Oczywiście, przedstawiłam im pokrótce jego życiorys i zainteresowania, ale młodzież sama musiała dojść do tego, co może zainspirować ich w życiu Pier Giorgia i skłonić do zmiany. Jak zwykle niezbędne okazały się markery i kartki papieru, aby zapisywać swoje pomysły.
A mnie, mimo wspomnianego zmęczenia, przyszedł pomysł na stworzenie gry planszowej na temat Pier Giorgia. Na razie to jednak tylko pomysł, koncepcja, zapisana gdzieś na brudno, żeby nie zapomnieć. Nie powiem, że zostanie zrealizowana, bo może na to zabraknąć mi czasu (ostatnio papierologię z pracy nieustannie przynoszę do domu, aby wyrobić się z nimi na czas, nie wspomnę już o pisaniu prac zaliczeniowych, konspektów zajęć, magisterek i w ogóle, bo to chyba najbardziej na dzień dzisiejszy mnie pochłania), pomysł jednak jest, a od czegoś trzeba zacząć.
Tym razem nie zostałam na zajęciach do końca. Musiałam wcześniej wrócić do domu i przekimać się te 2 godzinki. Tym bardziej, że jeszcze wieczorem miałam próbę przed wystawieniem Misterium Męki Pańskiej. Za wiele sobie nie pospałam, ale zawsze coś.

sobota, 22 lutego 2025

2134. Pustynia Błędowska zimą

Kilka lat temu miałam przyjemność pierwszy raz w życiu zachwycać się pięknem, jakie ukazuje, jedyna w Europie pustynia - Pustynia Błędowska. Został wtedy obalony pewien mit ciągnący się z pokolenia na pokolenie, mówiący, jakoby wchodziła ona w skład miejscowości, w której mieszkam. Owszem, znajduje się w niej dzielnica zwana Błędowem, ale od pustyni oddziela ją cała połać leśna. Więc to tylko takie gadanie, że powiększa ona niemały obszar miejscowości, w której mieszkam na co dzień i od święta.
Teraz przyszło mi zobaczyć, jak wygląda ona zimą, bo przecież rok to nie tylko piękne i ciepłe lato, ale też mroźna zima. A każda pora roku niesie za sobą coś, co potrafi zachwycić i wzruszyć człowieka. O ile latem można pofolgować sobie z ubiorem, o tyle zimą wystarczy włożyć w miarę ciepłą kurtkę, czapkę, szalik, dobre buty i viola! 
W ostatni dzień półkolonii zabraliśmy dzieciaki na ten ewenement na skalę całego kontynentu. Chociaż prawdziwy pustynny ekosystem został zakłócony przez krajobraz leśny, który oplata okolicę. Ale i tak jest lepiej niż było - jeszcze jakiś czas temu połać leśna pokrywająca ten teren była dużo większa i istniała obawa, że pustynia całkowicie zostanie przez nią wchłonięta. Tak się jednak nie stało, dzięki czemu Polacy mogą szczycić się największą w Europie pustynią, a mieszkańcy okolicy (i nie tylko) podziwiać takie widoki:
Zimową porą można zobaczyć na piachu śnieg.
Pojedyncze drzewka i krzewy też można zobaczyć.
Z innymi animatorkami poszłyśmy na krótki spacer dookoła terenu zwanego "Różą wiatrów". Dzieciaki w tym czasie grali w piłkę nożną.
Jeszcze trochę pustynnego krajobrazu.
Pustynia swojego czasu służyła za poligon wojskowy.