Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty i mądrości życiowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty i mądrości życiowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2026

2327. Kilka ciekawych myśli wygrzebanych w czeluściach Internetu

Chwilowo w moim życiu nic się nie dzieje. A może dzieje się, tylko nie warto o tym pisać? Dlatego wrzucam Wam kilka "złotych myśli", "dobrych rad", "cytatów mądrzejszych od nas". Niektóre pojawiły się już na tym blogu, inne debiutują. Ich wybór jest zupełnie przypadkowy.
Któryś cytat szczególnie do Was przemówił? Z którymś możecie się identyfikować?
Ja wracam do pisania rozważań na Drogę Krzyżową na najbliższe spotkanie "Rafałków" z Wadowic. Zgłosiłam chęć, dostałam zielone światło. To akurat lubię. Nie wiem, czy mam do tego talent, nie mnie to oceniać. Ale jeżeli mam, to może warto go rozwijać, choćby w tak banalny sposób. Jak dla mnie jest to też dobry sposób w czynne włączenie się w funkcjonowanie wspólnoty. Co prawda trochę trudu mi sprawia napisania wszystkiego w tematyce Aniołów Stróży, ale wierzę, że z Bożą pomocą coś tam naskrobię i nawet będzie to miało jakiś sens. Wszystko jednak rozstrzygnie się za dwa tygodnie.
Dbajcie o siebie i trzymajcie się ciepło! Bo wiosna tuż, tuż!

środa, 21 stycznia 2026

2310. "A cóż piękniejszego nad niebo, które przecież ogarnia wszystko, co piękne?" (M. Kopernik, "O obrotach ciał niebieskich")

Wstęp do słynnego na cały świat dzieła naszego czołowego astronoma Mikołaja Kopernika "De revolutionibus orbium coelestium", czyli po prostu "O obrotach sfer niebieskich" rewelacyjnie zinterpretowany w piosence Lecha Makowskiego (szerzej pisałam o niej w >>tym<< wpisie) towarzyszy mi zawsze w tych momentach, kiedy mam okazję wznosić swoje oczy i patrzeć nimi w górę, w niebo. A spoglądam często, zarówno w tych momentach, kiedy jest ono bezchmurne, pochmurne, jak i okryte mrokiem nocy. Coraz częściej i coraz głębiej zachwycam się jego pięknem oraz harmonią zjawisk, jakie nam ono oferuje. Coraz bardziej świadomie podziwiam też piękno świata, stworzonego ręką niewidzialnego. Zwłaszcza kiedy jestem na wsi, bądź w górach, gdzie przyrodę można chłonąć wszystkimi swoimi zmysłami.
Zorza polarna to w południowej części naszego kraju zjawisko rzadko spotykane. Chciałoby się powiedzieć - nie ten klimat. Może coś w tym jest. Ale jeżeli pojawia się okazja zobaczenia tak niesamowitego spektaklu, to czemuby z tego nie skorzystać? Umówiliśmy się z najlepszym szkolnym kolegą i koleżanką, że wspólnie będziemy świadkami tego, co zafunduje nam niebo. Nawet dobrze się stało, bo Rafael miał na tyle dobry aparat, że to on robił fotografie, które wykorzystałam w tym wpisie.
Można powiedzieć, że z Katią i Rafaelem tworzę zgraną paczkę, chociaż Katię znam od czwartej klasy szkoły podstawowej, a Rafaela od ostatniego semestru nauki w gimnazjum. Z Katią siedziałam w ławce przez sześć lat, do końca gimnazjum, z Rafaelem przez cały okres nauki w liceum. Razem trenowaliśmy lekką atletykę, razem startowaliśmy w zawodach sportowych, razem jeździliśmy na obozy sportowe. Przez te wszystkie lata naprawdę zżyliśmy się ze sobą i zawiązaliśmy silne więzi.
Biorąc udział w zeszłorocznej Ekstremalnej Drodze Krzyżowej po moim mieście (w dużej mierze) w pewnym momencie trafiłam na niezbyt wysokie wzniesienie. Było ono dużo mniej wymagające od znajdującego się w samym mieście stromego Wzgórza Gołonowskiego i dużo przyjemniejsze do wdrapania się na nie. Kiedy kilka dni wcześniej zastanawialiśmy się, skąd moglibyśmy podziwiać ową zbliżającą się zorzę, na myśl przyszło mi właśnie ono. Tym bardziej, że Rafael jest szczęśliwym posiadaczem samochodu, a w związku z tym nie mieliśmy problemu z powrotem do domu.
Oglądając przepiękną grę świateł na ciemnym nocnym niebie, w głowie miałam kolejne wersy wspomnianego na początku "De revolutionibus" (bo taki tytuł nosi ta piosenka):
A cóż piękniejszego od nieba, które przecież ogarnia wszystko co piękne?
Cóż ważniejszego od prawdy, której tak jesteś ciekaw, że się jej nie zlękniesz?
Cóż może być ponad miłość, której wciąż pragniemy, bo jej wciąż za mało?
I cóż większego od Stwórcy, jednym słowem którego wszystko się stało?
Im bardziej się zagłębiam w ten Kosmos nad nami, im mocniej pragnę pojąć rozumem, zmysłami
Im więcej w nim harmonii i ładu się splata, tym niżej chylę czoło, przed Panem Wszechświata
Bóg planety w ruch wprawił! I tak się zaczęło, zaprawdę przeogromne jest boskie to dzieło!
Więc klękam przed Istotą Najlepszą, Największą, o Panie daj mi poznać Tajemnicę Pierwszą...
Przed dobre trzy godziny, do 24.00 siedzieliśmy na naszym punkcie obserwacyjnym i podziwialiśmy barwne niebo, niczym dzieciaki z podstawówki. Trochę szkoda, że moja lornetka, którą dostałam na ostatnie urodziny została na wsi, bo może i tutaj znalazłaby swoje zastosowanie. Ale też tak wozić ją busem w te i we w te... Próbowałam też zrobić zdjęcia moim aparatem fotograficznym, za nic na świecie nie mogłam go jednak wyostrzyć. Na szczęście lustrzanka Rafaela spisała się bez zarzutów, a i on sam podzielił się powyższymi zdjęciami z nami. Osobiście bardzo mnie to ucieszyło - mam nie tylko materiał na bloga, ale też będę miała co pokazywać dzieciakom ze świetlicy.
Siedzielibyśmy tak pewnie dłużej, gdyby nie to, że zaczęło nam się robić już zimno, ja i Rafael na drugi dzień musieliśmy iść do pracy, a poza tym ja byłam przed zabiegiem i wolałam się nie przeziębić, żeby nie musieć już go przenosić na nowy termin. W drodze powrotnej rozmawialiśmy o tym, co widziały nasze oczy i zastanawialiśmy się, czy długo nam przyjdzie czekać na następny tego typu spektakl.
A jeszcze nazajutrz rano po włączeniu na szybko laptopa i messengera zobaczyłam zdjęcie zorzy nad jednym z naszych miejskich jezior, które zrobiła znajoma w czasie wyprowadzania psa na spacer.
Cóż jest ponad odwagę, by dać odpór głupocie, i o prawdę walczyć...
I cóż godniejszego nad wolność, która wszystko objaśni i będzie nam tarczą?
We wpisie pozwoliłam sobie wykorzystać tekst piosenki "De revolutionibus" Lecha Makowskiego, którego piękno i prawda niesamowicie współgrały mi z tymi wykonanymi przez mojego kolegę fotografiami. Ale ja też postanowiłam napisać moje "De revolutionibus". Nie jest może tak podniosłe jak to napisane przez pana Makowskiego, ale może też nie jest takie najgorsze.

"De revolutionibus"
Gdy kroczę po Ziemi, stworzonej z niczego,
to patrzę do góry, tam gdzie jest Niebo.
Gdy chcę policzyć gwiazdy na tym Niebie,
w każdej z nich widzę Boże obraz Ciebie.
Swym jednym gestem planety stworzyłeś,
swym jednym słowem w ruch je wprawiłeś.
Stałeś się Istotą po wszech czas Największą,
święty Anzelm Cię nazwał "Tajemnicą Pierwszą".
Klękam z pokorą i chwalę Twe dzieło,
wiem, że od Ciebie wszystko się wzięło.
Zachwycam się ciągle harmonią w przyrodzie,
dziękuję za ten ład nikomu, lecz Tobie.

poniedziałek, 29 grudnia 2025

2295. Chociaż skończył się Rok Święty, my dalej bądźmy "Pielgrzymami nadziei"

Skończył się wyjątkowy Jubileuszowy Rok 2025 upływający pod hasłem "Pielgrzymi nadziei". Rozpoczęty przez papieża Franciszka 24 grudnia 2024 roku trwał do 6 stycznia 2026 roku, kiedy to już papież Leon XIV zakończył go Mszą na Placu św. Piotra. W tym czasie można było uzyskać odpust przekraczając Święte Drzwi w Bazylice św. Piotra w Watykanie. Ale nie tylko, bo przecież nie każdy mógł sobie pozwolić na pielgrzymkę do Wiecznego Miasta, z różnych powodów. W związku z tym biskupi ustanowili na terenie swoich diecezji tzw. Kościoły Jubileuszowe działające na podobnych zasadach. Nie wiem jak to było w przypadku innych diecezji, ale u nas przeważnie był jeden na dekanat.
Jubileuszowy Rok na etapie diecezjalnym kończył się ciut wcześniej, bo 27 grudnia. Z tej okazji biskup Artur Ważny zaprosił wiernych na uroczyste jego zakończenie do katedry w Sosnowcu. Byłam na otwarciu jubileuszu rok temu, wypadało udać się też na jego zamknięcie, chociażby na szczeblu lokalnym. Wypadało ono w sobotę, a więc nie musiałam zbytnio kombinować z tym, jak się na nie dostać i ile się urwać z pracy na świetlicy.
Uroczystość zaplanowana była na godzinę 18:00, poprzedziły ją jednak nieszpory i mini-koncert kolęd i pastorałek w wykonaniu katedralnego chóru. Nawet nie wiecie jakie miałam ciary, kiedy słuchałam znanych mi utworów w nowych, niejednokrotnie podniosłych aranżacjach. Tuż przed 18:00 zapadła cisza, zapowiadająca, że już za chwilę, już za momencik rozpocznie się nabożeństwo. I tak też się stało - przy dźwiękach kolędy "Tryumfy Króla Niebieskiego" w uroczystej procesji przez środek katedry przeszli księża koncelebrujący Mszę świętą. Wśród nich było wiele znajomych twarzy, co napawało mnie radością i optymizmem.
Słowo po Ewangelii wygłosił do nas nasz pasterz - biskup Artur Ważny. Swoje kazanie podzielił na pięć części, a każdą z nich zaakcentował innym fragmentem Liturgii Słowa, którą usłyszeliśmy zaledwie chwilę wcześniej. Mówił w nim co było, co jest i co będzie w niedalekiej przyszłości. Wyszedł od tego, że patrzy na nas i widzi w nas Kościół żywy, który, jak mówił papież Franciszek, jest "szpitalem polowym", ale też domem, gdzie każdy ma swoje miejsce. Przypomniał, że przez ostatni rok uczyliśmy się, co to właściwie znaczy mieć nadzieję, a bulla "Spes non confundit" ("nadzieja nie zawodzi") była naszą latarnią. A potem wskazał pięć przestrzeni diecezjalnego domu, splatającego przeszłość z przyszłością.
  1. Kościół w drodze - pielgrzymi nadziei ("Rodzice jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy" Łk 2, 41) - biskup nawiązał tutaj do tego, że Święta Rodzina nie była rodziną statyczną, ale taką, która była w drodze, pielgrzymującą. Wspomniał przy tym diecezjalną pielgrzymkę do Rzymu, która odbyła się w maju. Przypomniał moment u grobu św. Piotra i to, że było to fizyczne doświadczenie tego, że jesteśmy jednym Ciałem Chrystusa. Na wzór Józefa i Maryi diecezja pielgrzymowała do źródeł wiary. Nie zapomniał przy tym o pielgrzymach na Jasną Górę, podczas których trud marszu mieszał się ze szczerą modlitwą. Doskonałym uzupełnieniem było tutaj zacytowanie słów papieża Franciszka: "chrześcijanin, który nie jest w drodze, jest chrześcijaninem, który się zepsuł". A przecież nikt nie chce się psuć. Biskup Ważny zaznaczył też, że pielgrzymowanie uczy nas, że nikt nie jest samowystarczalny, że każdy z nas potrzebuje pomocy drugiego człowieka. To doświadczenie wspólnoty w drodze to fundament, na którym powinno się budować dalej.
    Nie bójmy się więc kurzu na naszych butach. Bóg nie mieszka w sterylnych laboratoriach technologii, ale na zakurzonych drogach ludzkiego życia. Kto idzie, ten ryzykuje potknięcie, ale kto stoi, ten już upadł w pychę samozadowolenia.
  2. Ból szukania z odwagą skruchy ("Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie" Łk 2, 48) - drugim obrazem przywołanym nam przez naszego biskupa był ten przedstawiający Maryję i Józefa, którzy szukali Jezusa "z bólem serca". I zaraz zadał pytanie: czy może być coś straszniejszego niż zgubienie Boga. Przyznał, że był to dla diecezji rok stanięcia w prawdzie, do stawiania sobie pytań: "Gdzie jest Jezus w naszym Kościele sosnowieckim?", czy nie zgubiliśmy go w rutynie, w grzechu, w skandalach raniących nasze serca? I przyznał, że bardzo wielką wagę miały wyjątkowe nabożeństwa jubileuszowe, które miały miejsce w każdym dekanacie, kiedy kapłani i świeccy stawali z sobą twarzą w twarz. To był wyjątkowy czas, kiedy duchowni mieli okazję i odwagę przeprosić za zgorszenie, brak świadectwa, pychę. Ale i świeccy mieli przestrzeń, by wybaczyć, a zarazem prosić o wybaczenie. Zaś moment wzajemnego błogosławieństwa, gdy ksiądz błogosławił wiernych, a wierni kładli ręce na ramiona kapłanów, uznał za jeden z najbardziej wzruszających i uzdrawiających momentów swojej posługi w naszej diecezji. Biskup podkreślił, że właśnie to jest owo "szukanie z bólem serca" i przypomniał, że papież Franciszek w "Spes non confundit" napisał, że "Bóg nigdy nie męczy się przebaczaniem" - my też nie możemy się zmęczyć
    Duchowny zaznaczył, że stoi przed nami z pokorą. Wie, że wszyscy są tylko glinianymi naczyniami, często popękanymi. Jednak to przez te pęknięcia może zaświecić Światło Chrystusa, a nie nasze własne. Bo odnowa zaczyna się od skruchy, od przyznania: "Zgubiliśmy Cię, Panie, ale szukamy Cię z całego serca".
  3. Nowe szaty dialogu - w stronę synodu ("Jako wybrańcy Boży (...) obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość" Kol 3, 12) - w tym fragmencie kapłan zwrócił uwagę na to, że święty Paweł daje nam gotową instrukcję na to, w co się ubrać. A więc nie w urzędowe szaty, czy też splendory, ale w "serdeczne miłosierdzie i cichość". To taki "dress code" na najbliższy czas, który powinien być świętą modą w naszej diecezji i naszym stylem w codzienności. Nasz pasterz zdradził nam, że niebawem rozpocznie się etap przygotowawczy do II Synodu Diecezji Sosnowieckiej. Jednak synod nie jest parlamentem, a wspólnym wędrowaniem. W tym miejscu nawiązał do trzydniowych rekolekcji diecezjalnych na hali Arena w Sosnowcu, w których wzięły udział setki ludzi: księża, świeccy, rodziny i młodzież. Tam uczyliśmy się, że Kościół to My - Lud Boży. I dlatego chce nas on zaprosić do dialogu. Jak sam przyznał - Kościół sosnowiecki potrzebuje naszego głosu, doświadczenia, wiary. To dobra okazja, aby nauczyć się rozmawiać oraz słuchać, a słuchać, by zrozumieć, a nie odpowiadać. Zaznaczył przy tym, że synodalność jest tak naprawdę sztuką słuchania polifonii Ducha Świętego, która czasami brzmi w katedrze, a innym razem w cichym szeptaniu matki obawiającej się o wiarę swojego dziecka. Jeżeli jednak Kościół będzie głuchy na ten szept, będzie i głuchy na Ewangelię. Kościół nie może być zaś głuchy - nie słuchający ani Boga, ani ludzi. Duchowny gorąco zachęcał do tego, aby angażować się w proponowane w parafiach katechezy i formację stałą. Nie możemy bać się brać odpowiedzialności. Kościół potrzebuje starszych, małżeństw, rodzin, młodych i dzieci, wszystkich i każdego, by wzajemnie się uczyć, jak umiejętnie, wiernie i ofiarnie kochać. Potrzebuje też Bożej mądrości połączonej z wspólną wiarą oraz doświadczeniem. Biskup wyraził nadzieję, że synod otworzy przed nami nowy rozdział napisany "czcionką" pokory i dialogu.
  4. Wrażliwość na wykluczonych i siła ukryta ("Synu, wspomagaj swoje ojca w starości, nie zasmucaj go w jego życiu" Syr 3, 12) - w tym krótkim zdaniu mędrzec Syrach upomina się o najsłabszych, o starszych, tych wszystkich, którzy "nie nadążają". Jak zauważył biskup, w naszym diecezjalnym rachunku sumienia nie może zabraknąć pytania o tych wszystkich, którzy są ubodzy, wykluczeni oraz skrzywdzeni. Wszak Jubileusz to czas wyzwolenia oraz darowania długów. Pasterz poradził, abyśmy rozejrzeli się dookoła. Może zauważymy, ile ludzi w naszych blokowiskach bądź sąsiedztwie wykluczonych nie tylko ekonomicznie, ale też przez samotność? Bo tak naprawdę ubóstwo ma dzisiaj twarz zarówno starszej pani w bloku bez windy, jak i nastolatka w depresji, który nie widzi sensu życia. Jako wspólnota musimy mieć oczy szeroko otwarte, by nie być Kościołem zadowolonym z siebie, który jednak nie widzi "Łazarza u bram". Przy okazji podziękował tym, których nazwał "elektrownią duchową" - chorym, cierpiącym, samotnym. Ich cierpienie, które w cichości ofiarują za diecezję określił niewidzialnym fundamentem, na którym stoi jej aktywność, a bez ich wsparcia plany byłyby tylko pustym aktywizmem. Szczególne słowa wdzięczności skierował w stronę działających w Jaworznie Sióstr Karmelitanek, gdzie za klauzurą "bije serce modlitwy". To tak siostry, w większości z Ukrainy, modlą się nie tylko za naszą diecezję, ale też o pokój dla swojej ojczyzny. Jak podkreślił, ich cicha obecność to krzyk wiary przebijającą niebiosa. Nie możemy też pozwolić, aby zwiędła nasza pomoc wobec potrzebujących pomocy uchodźców, a także by stępiała nasza wrażliwość na ludzką wiarę i krzywdę.
  5. Wzrastanie w łasce - Chrystus w centrum ("Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi" Łk 2, 52) - i w końcu ostatni obraz: to Jezus w Nazarecie, jego wzrastanie, po prostu zwyczajność. Dla biskupa jest to nasza perspektywa na "po-Jubileusz". To nie chodzi o to, aby po zakończeniu Roku Świętego zwinąć sztandary i wrócić do szarości. Bardziej o to, by uzyskana łaska stała się codziennością. Nawiązał tutaj do rozpoczętego dzieła - peregrynacji Jasnogórskiej Ikony po naszej diecezji. W wielu miejscach już była, a niebawem zapuka też do innych parafii, a co za tym idzie, też do naszych domów. Pasterz diecezji prosił nas, abyśmy ją przyjęli i uczyli się od niej, jak tworzyć taki dom, gdzie Jezus jest w centrum. Prosił też o modlitwę o powołania przyznając, że potrzebujemy kapłanów według Serca Jezusowego - nie urzędników, ale pasterzy. Potrzebujemy też świętych zakonników i misjonarzy. Ale potrzebujemy też świętych rodzin, bo to rodzina jest pierwszym sanktuarium i pierwszym Kościołem. Obiecał, że jeżeli Chrystus będzie w centrum małżeństw, to on o przyszłość diecezji będzie spokojny. W tym miejscu podziękował też kapłanom za miniony rok, za jubileuszowe rekolekcje kapłańskie, za spowiedzi, za często niewidoczny trud. Przyznał, że wie, że bywa ciężko, a duchowni czują się czasem zmęczeni i oceniani. Przekonywał ich jednak, że są potrzebni do tworzeniu ze świeckimi jednego organizmu: fascynującego Ciała Chrystusa - Jego Kościoła.
Na zakończenie swojego kazania biskup Artur Ważny przypomniał, że bulla "Spes non confundit" kończy się wizją kotwicy rzuconej w niebo. A my mamy trzymać tą linę, nawet gdy parzy w dłonie, a sztormy próbują nas od niej oderwać. Jednak nadzieja to też pewność, że po drugiej stronie tą linę ktoś trzyma, że tym kimś jest Jezus. Patriarcha przypomniał, że przed nami jest nie tylko synod i wciąż trwająca peregrynacja Matki Boskiej Jasnogórskiej, ale też życie, którego nie powinniśmy się bać. Zachęcał do zrobienie kroku w "nowe otwarcie" - niech to będzie nawrócenie tak samo pastoralne, jak i misyjne, od "zawsze tak było" do "zróbmy to tak, jak chce Duch Święty". Przy okazji prosił, aby Święta Rodzina uczyła nas jak z każdego domu i parafii uczynić "mały Nazaret" - miejsce, gdzie Bóg jest kochany, a każdy człowiek jest słuchany i szanowany. I życzył żeby nasza nadzieja była uparta, a nasza miłość bezczelnie odważna, i żebyśmy z tą odważną miłością szli w nowy czas.
Muszę przyznać, że to kazanie zrobiło na mnie niesamowite wrażenie i skłoniło do refleksji, co zrobić, jak działać, aby nie być tylko jednorocznym, okazjonalnym "Pielgrzymem nadziei", ale żeby być nim właściwie całe życie. Bo właściwie tak rozumiem tą ideę, jako program na całe życie. To trudne, kiedy coś raz po raz tą nadzieję próbuje unicestwić, zniszczyć, kiedy wypracowywana przez lata nadzieja, w jednej chwili runie niczym wieża z kart, kiedy ludzie udają, że cię nie ma tłumacząc to na różne sposoby. Ale nadzieja potrafi też odrodzić się na nowo - w wartościowych ludziach, rozmowach, wydarzeniach. Nadzieja przybiera wtedy obraz dzieciątka, które bezbronnie zostało położone w żłóbku na sianie, a jednocześnie ufnie wyciąga rączki do każdego, kto tego potrzebuję. I z taką nadzieją chcę iść przez życia, taką nadzieję chcę nieść innym, tym wierzącym, i niewierzącym, bez różnicy, bez wyjątku. Taką nadzieję chcę zanieść tym, którzy na nią czekają.
Bo tak naprawdę "Pielgrzymem nadziei" może być każdy z nas przez całe życie, jeżeli tylko tego chce i pragnie.

Pielgrzymi nadziei
Zwyczajni w swoim życiu,
a jednak niezastąpieni.
Pielgrzymi co niosą nadzieję,
cichutko stąpają po ziemi.
Podchodzą do potrzebujących,
co ciągle we wszystko wątpią.
Otoczą ich dobrym słowem,
pokażą jak Nieba dotknąć.
Z kotwicą, swoim symbolem,
niczym ze świętym krzyżem.
Ratują niejedną duszę,
co chce się żegnać z życiem.
Szeptane cicho modlitwy,
kierują wprost do Boga.
Wskazując tym innym ludziom
jak prosta do Niego jest droga.
Bądź więc pielgrzymem nadziei,
zawsze - nie tylko od święta.
W Roku Jubileuszowym,
droga ta jest rozpoczęta.

I jeszcze na koniec przypomnienie loga upływającego jubileuszu wraz z wyjaśnieniem symboliki jego poszczególnych elementów:

piątek, 22 sierpnia 2025

2253. "Na miły Bóg..."

Wczoraj wieczorem dotarła smutna informacja o śmierci wybitnego polskiego artysty muzycznego - Stanisława Sojki, który odszedł w wieku 66 lat. Miał wystąpić w wieczornym koncercie Top of the Top Sopot Festiwal. Zamiast tego przerwano widowisko po pierwszej części, a w mediach pojawiły się informacje o jego śmierci. Refren jego "Tolerancji" mógłby być takim drogowskazem życiowym dla niejednego z nas.
"Na miły Bóg,..
Życie nie tylko po to jest, by brać
Życie nie po to, by bezczynnie trwać
I aby żyć siebie samego trzeba dać"
Stanisław Sojka (26 kwietnia 1959 - 21 sierpnia 2025)

piątek, 4 lipca 2025

2224. Iść "Zawsze w górę" oraz ciągle "Pod prąd"

Pamiętacie jeszcze jak przed tegorocznym spotkaniem młodych Lednica 2000 prezentowałam Wam hymn tegorocznego spotkania "Zawsze w górę" nawiązujący do słów błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego, który mu patronował, a którego relikwie znajdowały się z nami na polach lednickich? Nie? No to w gwoli przypomnienia:
Wiecie, tak sobie analizuję ostatnie wydarzenia w moim życiu i tak sobie myślę, że dużo jest prawdy w jej treści. Że aby do czegoś dojść, to trzeba iść na przód, pod górę. Nawet jeżeli wydaje nam się ona zbyt wysoka, zbyt stroma, zbyt niemożliwa do pokonania. Warto jednak znaleźć sobie trzy punkty oparcia, tak jak podczas prawdziwej wspinaczki - te trzy punkty oparcia dają poczucie bezpieczeństwa podczas przesuwanie stóp i dłoni na coraz wyższe połacie górskie. A przecież taką górą jest też nasze życie, to w ciągu jego biegu wspinamy się coraz wyżej i wyżej, zdobywając kolejne wzniesienia. Aż w końcu docieramy na sam szczyt, czyli do jego kresu. Czy nieustannie podczas tej wędrówki oglądamy się za siebie? Wydaje mi się, że głównie po to, aby przywołać pewne wspomnienia, czy też przeanalizować to, co było złe. Myślę więc, że nikogo nie zdziwi, że słowa refrenu pieśni są mi bardzo bliskie: "Zawsze w górę patrz, zawsze w górę idź, zawsze w górę, w górę kieruj każdą myśl".
Ale gdzieś z tyłu głowy chodzi mi też inna piosenka, będąca hymnem innego spotkania młodych ludzi, tym razem zorganizowanego przez księży sercan, na którym wraz ze znajomymi z Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży promowałam ideę tego przedsięwzięcia:
Również i jej słowa są mi bardzo bliskie. Bo ciągłe wspinania się w górę może nie wystarczyć. Czasami trzeba to robić pod tytułowy prąd. Wbrew modom, trendom, zdaniom innych osób, za to w zgodzie z własnym sumieniem i pragnieniami. To trudne, bo możemy stracić naprawdę dużo, jeżeli nie wszystko. To jednak tylko pozorna strata. Bo zyskujemy satysfakcję, wolność, poczucie spełnienia. Oczywiście nie zawsze jesteśmy w stanie od razu to dostrzec, czasami refleksja przychodzi po czasie. Ale myślę, że od czasu do czasu warto żyć i działać: "Pod prąd, wzwyż, ciągle dalej i dalej, żaden lęk i grzech nie zatrzyma mnie wcale za Tobą chcę iść, źródłem to siły mojej przez świat, pod prąd, przez niepokoje". 
A tak na potwierdzenie tych rozważań mogę dodać, że gdyby nie te hasła, tytuły hymnów, którymi nieświadomie kierowałam się przez całe życie, to chyba nie dałabym rady tyle osiągnąć, co do tej pory. Poddałabym się po byle porażce, zwątpiła w siebie przy pierwszym lepszym życiowym zakręcie. A jednak idę dalej - "Zawsze w górę" i "Pod prąd". Wbrew przeciwnością losu. Myślicie, że jeszcze coś dam radę w życiu osiągnąć? Bo ja mam cichą nadzieję, że tak. Mimo wszystko.

środa, 18 czerwca 2025

2212. Już prawie wakacje

Nie wiem, jak mi poszedł egzamin z Psychologii Klinicznej. Z jednej strony mam wrażenie, że zaliczyłam, bo pytania nie były jakieś wyjątkowo trudne. Właściwie to wiele z tych wiadomości pamiętam jeszcze z wykładów z Psychopatologii na licencjacie z Nauk o Rodzinie, a nawet z Wybranych zagadnień psychologii klinicznej na Papieskim (uuu, kiedy to było). Z jednej strony mogłabym zapomnieć o zdobytej na nich wiedzy w myśl złotej zasady: zakuć, zaliczyć, zapomnieć, ale... No właśnie, z drugiej strony nigdy nie można być pewnym tego, czy dany wycinek wiedzy, nawet najbardziej w naszej ocenie bezużyteczny, nigdy nam się nie przyda w ciągu życia. Ale i tak uważam, że materiał z biometyki był zdecydowanie zbyt obszerny, jak na liczbę godzin przewidzianych na realizację tego przedmiotu. Właściwie 2/3 materiału człowiek musiał ogarnąć sam. Dla mnie pomocne okazały się np. programy multimedialne. Przyjmując jednak pesymistyczny wariant tego wszystkiego, czyli że nie zdałam i czeka mnie tzw. "kampania wrześniowa", to i tak zbytnio nie wpływa to na moją sytuację, bo tytułu magistra z pedagogiki bronię dopiero we wrześniu. Zresztą mój promotor i tak jest pod wrażeniem tego, że praca nad magisterką, jaką inni robią w dwa lata, mnie zajęła rok. Więc cóż to są te 3 miesiące... Ale, żeby nie było, z pracą magisterską z Nauk o Rodzinie wyrobiłam się na czas i już niebawem będę mogła cieszyć się tym tytułem. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Podczas ostatniego treningu porównałam swoje aktualne wyniki w biegu na 100 i 200 m. z tymi sprzed kilku lat. Ku mojemu szczeremu zaskoczeniu nie jest z tym tak źle. Ogólnie różnica pomiędzy tym co było, a tym co jest nie jest taka duża, jak mogłabym się spodziewać. Śmiem twierdzić, że ostatnia operacja zbytnio nie wpłynęła na moją kondycję. Choć z drugiej strony to wcale nie biegłam na 100%, ani nawet na 90. Trener zabronił. "Lolek, najwyżej 80%. Nie chcę cię mieć na sumieniu". Swoją drogą ciekawe, ile bym uciągnęła biegnąc na (powiedzmy) 90% możliwości. Trzeba to sprawdzić. Ale może w wakacje, aby było jak najmniej negatywnych tego konsekwencji, może nie tyle dla mnie, ile dla innych.
Wakacje... kiedyś wyczekiwane z niecierpliwością. Dzisiaj już nieco mniej. Wolny na razie cały sierpień "z urzędu". Ja jednak wzięłam urlop jeszcze na kilka wcześniejszych dni, bo przecież wolontariat na polskiej strefie podczas Jubileuszu Młodych. Chociaż w obecnej sytuacji wolałabym już nigdzie na dłużej nie jechać. A z drugiej strony wszystko odwoływać i robić zamieszanie to też nie za dobrze. Potem piesza pielgrzymka do Częstochowy wraz z Oratorium w S-cu i półkolonie. A potem znowu wrzesień i powrót do stałości w codzienności. 
Teraz ostatnie przygotowania do pielgrzymko-wycieczki Oratorium do Wadowic. Mam małe obawy, czy podołam. Oczywiście, oprowadzałam ludzi chociażby dwa lata temu, ale co innego być przewodnikiem dla dorosłych, a co innego dla dzieci. Zupełnie inna grupa odbiorców i podejście. Na plus działa to, że to są moje Wadowice. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli. I księdza Jacka też. A w ramach odprężenia czytam... nie, nie filozofię, bo mam ją powyżej uszu (chwilowo), ale "Heretyka" Carla Martigiego. Świetny, trzymający w napięciu thriller. Chyba tego mi było trzeba po tych prawie wszystkich zaliczeniach.  
A filozofia i Tatarkiewicz? Jak mi to ostatnio powiedział Ksiądz Niosący Światło - czasami trzeba coś na chwilę odpuścić, aby na nowo znaleźć siłę do ponownego stawienia mu czoła. No więc odpuszczam. Odpuszczam, bo wiem, że jeżeli tego nie zrobię, to moje 40% sprawnego mózgu nie udźwignie psychicznie tego ogromu wiedzy, nie mówiąc już o aspekcie fizycznym. Ale odpuszczam tylko na chwilę. Dzień, najwyżej dwa. I mam nadzieje, że nie będę żałować tej decyzji. A jak nie, to najwyżej będę miała "kampanię wrześniową". Wiadomo, że wolałabym jej uniknąć, jednak nie zawsze jest tak, jak tego chcemy. I może taka opcja też będzie miała swoje pozytywne strony?

czwartek, 20 marca 2025

2154. Mądra to była dyskusja

Z kandydatami do bierzmowania (1 rok przygotowania) jestem już po pierwszej próbie przed piątkową Drogą Krzyżową. Pierwszej i chyba jedynej, bo bardziej tutaj chodziło o to, żeby wiedzieli co, kiedy i jak, a nie o samo przeczytanie tekstów. Temat, jak wspominałam w jednym z ostatnich wpisów, bardzo na czasie, bo o Carlo Acutisie, który za niewiele ponad miesiąc dołączy do grona świętych. Druga Droga Krzyżowa, już z drugim rokiem przygotowań, będzie pod innego świętego - Pier Giorgia Frassatiego.
W ogóle to szykowałam się do organizacji tylko jednego nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Ksiądz Niosący Światło dostał obydwa napisane scenariusze i miał zdecydować, który z nich jest lepszy i bardziej nadaje się do wystawienia. Chyba nie mógł tego zrobić i wysłał mi SMS-a, że najlepiej będzie przedstawić je oba. I tak młodszy rocznik dostał Carla Acutisa, a starszy - Pier Giorgia.
Podobało mi się, że po próbie wywiązała się dyskusja na temat wartości, którymi powinni kierować się w życiu dojrzali (czyli już po bierzmowaniu) chrześcijanie. I trzeba przyznać, że dzieciaki miały naprawdę fantastyczne pomysły na to, jak można łączyć wiarę z codziennym życiem. Oczywiście nie wiem, w jaki sposób przełoży się to na praktykę, ale cieszy mnie, że myślą w taki, a nie inny sposób, że wiara jest dla nich czymś ważnym, a nie tylko dodatkiem do życia. Że chcą, a nie muszą, przystąpić do tego sakramentu. Dyskutowaliśmy też (wiem, że po niewczasie) nad przesłaniem, jakie przekazał w tegorocznym orędziu wielkopostnym papież Franciszek i co dla każdego z nas oznaczają trzy zawarte w nim hasła - podążać, wspólnota oraz nadzieja na spełnienie się obietnicy. Opisywaliśmy różne drogi, jakie musieliśmy przemierzyć w naszym życiu, także te realne, dzieliliśmy się informacjami na temat wspólnot, niekoniecznie religijnych, do których należymy, wspominaliśmy obietnice, które ktoś nam złożył - te spełnione i niespełnione. Myślę, że dzięki temu łatwiej nam było zrozumieć wystosowany przez papieża dokument. 
Co do samej jego treści to mnie osobiście ujął następujący jego fragment: "W tym Wielkim Poście Bóg wzywa nas do zweryfikowania, czy w naszym życiu, w naszych rodzinach, w miejscach, w których pracujemy, we wspólnotach parafialnych lub zakonnych, jesteśmy zdolni do kroczenia z innymi, do słuchania, do przezwyciężania pokusy zakorzeniania się w swojej autoreferencyjności i dbania wyłącznie o własne potrzeby. Zapytajmy siebie przed Panem, czy jesteśmy w stanie pracować razem jako biskupi, kapłani, osoby konsekrowane i świeccy, w służbie Królestwa Bożego? Czy zachowujemy postawę gościnności, z konkretnymi gestami, wobec tych, którzy się do nas zwracają, i do tych, którzy są daleko? Czy sprawiamy, że ludzie czują się częścią wspólnoty, czy też trzymamy ich na marginesie. To jest drugie wezwanie: nawrócenie do synodalności.". Tak sobie myślę, że we współczesnym świecie nie za bardzo potrafimy ze sobą współpracować i to na różnych poziomach. Każdy z nas może mieć odmienny, ciekawy pomysł na zrobienie czegoś, a często uważamy, że to my mamy prawo do decydowania o czymś. A gdybyśmy tak zebrali kilka pomysłów i zrobili z nich jeden, wspólny? Och, i wilk byłby syty i owca cała.
Za kilka dni spotkanie z drugim rokiem przygotowywanych do bierzmowania. Ciekawa jestem ich przemyśleń na temat wspomnianego orędzia.

poniedziałek, 27 stycznia 2025

2115. Ocalenie przychodziło znienacka

Dziś w Auschwitz obchodzono kolejną, 80 rocznicę, jego wyzwolenia. Miejsca, które obdzierało z człowieczeństwa i tożsamości każdego, kto tam trafił, miejsca, gdzie człowiek nie miał imienia, a numer, gdzie nikt nie był pewny kolejnej godziny życia. O Auschwitz mówimy głównie w kontekście zagłady narodu żydowskiego. A przecież ginęli w nim także obywatele polscy, Romowie, Sinti, Świadkowie Jehowy, przestępcy, homoseksualiści... Szacuje się, że największy obóz koncentracyjny pochłonął blisko 1300 000 ludzkich istnień, chociaż dokładnej ich liczby prawdopodobnie nigdy nie będzie wiadoma. A gdzie inne obozy? Gdzie getta? Gdzie ludzie, których zastrzeliwano ot tak, na ulicy? Ostatnio dowiedziałam się, że do Oświęcimia trafiła siostra prababci Antosi. Tej samej, która wykazała się niemałą odwagą, kiedy Niemcy znaleźli ukrywających się u niej zbiegłych z wadowickiego getta Żydów, o czym pisałam >>tutaj<<. Niestety, za bardzo nie wiem, jak potoczyły się losy cioci, być może tam zginęła.
Z drugiej strony nie należy zapominać o tych, którzy w jakiś sposób próbowali ratować innych, szczególnie wyznawców judaizmu. Dzisiaj wielokrotnie potępia się to, że brali za to pieniądze... Tylko, że często w ten sposób ukrywana rodzina po prostu dokładała się do wydatków związanych z ich utrzymaniem. Wiele z ludzi, którzy uratowali przedstawicieli Narodu Wybranego, zostało odznaczonych medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. W Jerozolimie, w Instytucie Yad Vaschem, każdy Sprawiedliwy ma posadzone swoje własne drzewo. Niedawno się dowiedziałam, że również moja daleka rodzina została uhonorowana tym tytułem. Szkoda, że nie wiedziałam o tym 3 lata temu, kiedy miałam okazję być w tym Instytucie.
27 stycznia, na pamiątkę wyzwolenia największego obozu koncentracyjnego, ustanowiono Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Tego dnia w uroczysty sposób obchodzi się też samą rocznicę wyzwolenia Auschwitz. Do tego strasznego, budzącego strach miejsca przybywają oficjalne delegacje państwowe, ale też tych, którym udało się przeżyć. Jak można się domyśleć, większość z nich była jeszcze dziećmi, kiedy trafili za obozowe druty. Z roku na rok jest ich coraz mniej. Chociaż sama do siebie uśmiechnęłam się, kiedy przeczytałam, że Marian Turski, autor pięknego powiedzenia, że "Auschwitz nie spadło z nieba", ma powitać w przemówieniu przybyłych na uroczystości gości. Pięć lat temu mówił, że prawdopodobnie nie dożyje kolejnej okrągłej, czyli tegorocznej rocznicy. Jak widać - stało się inaczej. 
Nie oglądałam tego, co się działo podczas obchodów rocznicowych w Oświęcimiu - byłam w pracy. Potem przeczytałam relację "na żywo" prowadzoną przez onet.pl. Przynajmniej w skrócie wiem, co się działo. Na youtubie pewnie są wrzucone przemówienia, ale na razie jedynie co na nim oglądam, to instruktaże związane z rozwiązywaniem zadań z logiki. Mam nadzieję, że do przerwy międzysemestralnej nikt mi nie usunie tych przemówień. Jedynie przemówienie Mariana Turskiego przeczytałam w całości. Jakże przejmująco zabrzmiały słowa, że tych, którzy przeżyli została "garstka". Jak bardzo wymownie wybrzmiał zacytowany przez niego wiersz poetki Henryki Łazowert, która zginęła w Treblince:
"Odjeżdżam gdzieś tam. Bardzo daleko.
Do stacji nieznajomej, której nie ma na żadnej mapie.
Nad dworcem niebo wisi jak wielkie, czarne wieko.
Lokomotywa krzyczy głosem bitego człowieka.
Kolejarze mają twarze jak papier.
Mam z sobą tylko jedną walizkę i jeden żal,
którego nikt nie próbował zgłębić.
Jestem bardzo spokojna  i to czego nie widać,
bardzo smutna.
Bądź zdrów, mój daleki.
Są serca, gdzie nic się nie zmienia.
Mnie już nie ma. Nie ma".
Przypominał o tym, że ciągle pojawiają się czterej jeźdźcy apokalipsy - wojna, zaraza, głód i śmierć, a ludzie są porażeni i sparaliżowani strachem, przez co czują się bezradni. Przywołał tutaj tekst piosenki napisany przez Rabiego Nachmana: "Cały nasz świat, świat, nasz świat, jest niczym bardzo wąski pomost. A co najważniejsze: Nie bać się wcale". Pan Marian wyciągnął z niego prostą radę - nie należy się bać. Przestrzegał też przed tym, że we współczesnym świecie widać wielki wzrost antysemityzmu, a to przecież on doprowadził do Holokaustu. Przywołał tutaj Deborah Lipstadt, która nazwała to zjawisko "tsunami antysemityzmu" i przypomniał, że to jej odwaga i wytrwałość w walce z zaprzeczeniem Holokaustu zakończyła się sukcesem po wygranym z Davidem Irvingiem procesie. Nie powinno bać się wykazywać takiej samej odwagi teraz, kiedy Hamas zaprzecza masakry, jakiej dokonał 7 października. A także przeciwstawiać teoriom spiskowym mówiącym, że wszystko co złe to skutek spisków nieokreślonych grup społecznych, w tym Żydów. Apelował też o to, aby nie bać się przekonywać samych siebie, że możliwe jest rozwiązywanie waśni między sąsiadami. Przypomniał, że od setek lat na różnych kontynentach, różne narody, narodowości oraz grupy etniczne mieszkały i żyły między sobą. Wzajemne uprzedzenia, hejtowanie czy też nienawiść doprowadziły między nimi do konfliktów zbrojnych. Co prawda zawsze kończyło się to przelewem krwi, są jednak też doświadczenia pozytywne, gdzie obie strony dochodzą do wniosku, że nie ma innego sposobu na zapewnienie spokojnego i bezpiecznego życia swoim dzieciom i przyszłym pokoleniom, jak uzyskanie kompromisu.
źródło zdjęcia
Oprócz Mariana Turskiego podczas uroczystości przemawiało również trzech innych byłych więźniów obozu w Auschwitz - Janina Iwańska, Tova Friedman oraz Leon Weintraub. 
80 rocznica wyzwolenia obozu w Auschwitz spowodowała przybycie wielu delegacji z Polski i z zagranicy. Wartą uwagi była obecność Karola III, króla Wielkiej Brytanii (jest to jego jedyna wizyta jako króla w naszym kraju) oraz prezydenta Ukrainy, Wołodymira Załeskiego, który z pochodzenia jest Żydem. W pewnym momencie delegacje zapalały świeczki dla ofiar holokaustu. Kiedy zrobił to Załeski, rozbrzmiały gromkie brawa.
Chociaż ostatnio mam nieco napięty a zarazem nerwowy czas, udało mi się przeczytać kolejną z książek autorstwa Anny Herbrich opowiadających o nietuzinkowych kobietach. Tym razem, z uwagi na zbliżającą się rocznicę wyzwolenia obozu w Oświęcimiu oraz Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu wybrałam tą, która opowiada o niewiastach, które przeżyły zagładę Narodu Wybranego. I chociaż nie jest to łatwa lektura, to wyjątkowo mnie wciągnęła. A dzięki temu miałam chwilę odpoczynku od książek związanych ze studiami. Przy okazji skłoniła mnie do refleksji i zastanowienia się, co ja bym zrobiła w ich sytuacji. I tylko należy mieć nadzieję, że nigdy się w takiej nie znajdę.

Tytuł: "Dziewczyny ocalałe. Prawdziwe historie"
Autor: Anna Herbich
Wydawnictwo: Znak Horyzont
Kraków 2020
Liczba stron: 302

Wiedziałam, że prędzej czy później sięgnę po tą książkę. Zwłaszcza, że już wcześniej czytałam inne książki z tej serii i tej samej autorki i byłam nimi oczarowana. Każda przedstawiona historia wbijała w fotel i pozostawiała wiele przemyśleń. Nie da się przejść obojętnie obok wspomnień kobiet, które przeżyły wywózkę na Syberię w 1940 roku, rzeź na Wołyniu, czy też ukrywających w swoich mieszkaniach Żydów. Wiedziałam, że w przypadku kobiet, które przeżyły piekło holokaustu wcale nie będzie inaczej. 
Anna Herbich kolejny raz zebrała w książkę wspomnienia kilku kobiet, które doświadczyły na własnej skórze, czym było prześladowanie ludności nie tylko będącej Żydami, ale też mającej tylko żydowskie korzenie. Danuta, Krystyna, Zofia, Aleksandra, Agata, Inka i Niusia. Siedem różnych kobiet, siedem historii, siedem narracji ukazujących, jak wyglądał antysemityzm z perspektywy tak właściwie dzieci, bo bohaterki w chwili, kiedy toczyły się wspomniane wydarzenia miały po kilka lat. Jedne pochodziły z tradycyjnych żydowskich rodzin, inne z zasymilowane, jeszcze inne miały jedynie żydowskich przodków. Ale to wystarczyło, aby spotkał je podobny los. Im się jednak udało - pomimo wiecznego ukrywania się, przebywania w różnych gettach i obozach, głodu - przeżyły. Bardzo często bowiem okazywało się, że w tej całej machinie zła znajdował się trybik, który do niej nie pasował i blokował cały mechanizm. Czasami była to polska rodzina ukrywająca żydowską rodzinę, innym razem przekupiony policjant czy też siatka przemytnicza. Dzięki nim wspomniane kobiety nie zostały zgładzone. I stały się swoistym "głosem z przeszłości". Także tych, którzy nie mieli takiego szczęścia.
Świadków historii dziejących się blisko 80-85 lat temu jest coraz mniej. A to właśnie ich relacje wydają się być najcenniejsze, nacechowane emocjonalną nutką, refleksyjnością, przemyśleniami. Dajmy im więc mówić, chociażby za pośrednictwem takich książek, jak ta, póki jest jeszcze okazja. Pozwólmy, aby pamięć i świadectwo tamtych dni nie zniknęło bezpowrotnie wraz ze śmiercią ostatniego świadka, ale przetrwała na kartach książek, kliszach filmowych, wywiadach. Oby takich książek, pisanych sercem, było coraz więcej i oby nie zabrakło osób, które będą "kolekcjonować" takie wspomnienia.

poniedziałek, 14 października 2024

2046. Trzy ewangeliczne wskazania (i nie tylko) na nowy rok akademicki

Już drugi rok z rzędu wzięłam udział w Międzyuczelnianej Inauguracji Roku Akademickiego, która tradycyjnie miała miejsce w katowickiej archikatedrze Chrystusa Króla. W tym roku już po raz 44 rektorzy, wykładowcy oraz studenci ze wszystkich uczelni w Kato zebrali się w sercu życia religijnego miasta, aby wspólną Mszą świętą rozpocząć kolejny rok nauki. Jest to doskonała okazja do tego, aby pokazać, że pomimo różnych profili uczelni, w każdej z nich jest miejsce zarówno na profanum, jak i sakrum. Ta Msza święta była tradycyjnie połączona z wręczeniem nagrody "Lux ex Silesia", przyznawana wybitnym osobom związanym z naszym regionem Górnego Śląska. W tym roku arcybiskup Adrian Galbas zdecydował, że trafi ona do rąk rzeźbiarza Zygmunta Brachmańskiego.
Rok temu poszłam na taką inaugurację pełna niepewności co do tego, czego mogę się spodziewać. Teraz poszłam dużo bardziej pewna. Raz, wiedziałam czego mogę się spodziewać, dwa, Duszpasterstwo Akademickie do którego przynależę było współorganizatorem całej uroczystości. Ja zaś tylko przez moją nieśmiałość nie zgłosiłam się do międzyduszpasterskiego chóru dbającego o oprawę muzyczną wydarzenia. Jedyne co mnie zaskoczyło, ale pozytywnie, to obecność biskupa mojej diecezji, Artura Ważnego na Mszy oraz wygłoszenie przez niego homilii do zgromadzonych wiernych. Nie wiedziałam tego wcześniej. A może i inny organizatorzy do końca o tym nie wiedzieli? W każdym razie ucieszyłam się z tej nowiny.
Przy dźwiękach pieśni "Gaude Mater Polonia" w uroczystej procesji przez środek archikatedry przeszli rektorzy i prorektorzy wszystkich katowickich uczelni w odświętnych togach, poczty sztandarowe, a także księża i biskupi koncelebrujący Mszę świętą. Dużo z nich było z mojego Wydziału Teologicznego. Głównym koncelebransem był arcybiskup katowicki - Adrian Galbas, który po drodze błogosławił wszystkim zgromadzonym.
Bardzo podobało mi się, że w przygotowanie liturii zaangażowani byli studenci ze wszystkich uczelni. Naszą reprezentował diakon Adam, który odczytał fragment Ewangelii wg świętego Marka opowiadający o spotkaniu Jezusa z pewnym młodzieńcem. Młodzieniec ów zapytał się go, co ma uczynić, aby otrzymać życie wieczne. Jezus nakazał mu rzucić wszystko i iść za nim. Jednak młody człowiek nie potrafił tego uczynić.
Z niecierpliwością czekałam na homilię biskupa Artura Ważnego, której niestety nie umiem streścić w kilku zdaniach. Biskup swoją homilię zaczął od słów: "Modliłem się i dano mi zrozumienie. Przyzywałem i przyszedł mi z pomocą duch Mądrości" (Mdr 7, 7). Duch Mądrości przyszedł mu z pomocą i zwrócił uwagę na jedno słowo z usłyszanej Ewangelii - "dzieci". Tak właśnie Jezus nazwał swoich uczniów. Dla ordynariusza diecezji sosnowieckiej to ważne słowo, ponieważ jest rodzaj mądrości, podobającej się Bogu, a będąca właściwa dzieciom. Jej owocem jest szczęśliwe serce. Dokładnie, jak u dzieci. Biskup zadał tutaj podstawowe pytanie: dlaczego dziecko jest szczęśliwe? I od razu dał odpowiedź: ponieważ ma serce ciche i pokorne, otwarte na słowo ojca i nauczyciela, jest ciekawe świata, ciągle chce się uczyć i poznawać. A dlaczego dorośli są często nieszczęśliwi? Bo nie mają marzeń na miarę swojego serca, ale na miarę lęków i porażek. To one sprawiają, że serca są "głośne", pełne hałasu, szumu, pychy, zakompleksione, karmione kłamstwem lub manipulacją, uprzedzeniami, a nawet nienawiścią. Biskup podkreślił, że takie serca nigdy nie będą szczęśliwe. Ale Bóg chce nas wypełnić marzeniami na miarę naszych serc. Uszczęśliwiające nas Boże marzenia mogą wypełniać tylko te serca, które są ciche i pokorne, otwarte na Boże Słowo, które jest żywe, skuteczne, ostrzejsze niż obusieczny miecz, przenikające do rozdzielenia duszy, zdolne osądzić pragnienia, tak, jak zostało to napisane w Liście do Hebrajczyków". 
Jak podkreślił biskup, Duch Mądrości chce poprzez Słowo dokonać swoistej diagnozy naszego pokolenia. Podobnie jak niegdyś Jezus robił podobne diagnozy stawiając pytania: z kim mam porównać to pokolenie? Jan daje na to odpowiedź: "Podobne jest do przebywających na rynku dzieci, które przymawiają swym rówieśnikom" (J. 11, 16). Ważne jest, aby w dzisiejszych czasach właściwie diagnozować kontekst społeczny, kulturalny i ideowy naszych czasów. Bo nasze czasy są podobne do tych jezusowych, pokolenie podobne do dzieci na rynku. Żyjemy bowiem w kulturze i dowartościowywaniu niedojrzałości. Według duchownego, bycie dzieckiem w zachowaniu i myśleniu nie powinno być celem. To tylko pewien etap na drodze do mądrości. A wydaje się, że współczesny człowiek żyje idąc "plecami do śmierci". Nie chce spotykać się z celem i sensem życia, jest zachwycony młodością, chce zapomnieć o nieuniknionej starości i śmierci. Żyje kaprysem, kłótnią, przekorą, jak ktoś niedojrzały, zainteresowany horyzontalnym i tymczasowym wymiarem. 
Jezus mówi: "Dzieci, jakże trudno wejść do Królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach, w doczesności pokładają ufność" (Mk 10, 23). Może dzisiaj mówi do nas, że na nas liczy, że w tej kulturze zachwyconej niedojrzałością będziemy przejawiać ewangeliczne myślenie i mądrość płynącą z cichego serca pełnego zachwytu i pokory nad tajemnicą życia oraz uczciwość w intelektualnych poszukiwaniach? Tutaj biskup przytoczył słowa papieża Franciszka napisane w jego programowym dokumencie "Evangelii Gaudium", dotyczącej głoszenia Ewangelii we współczesnym świecie, które do tego nawiązują: "w pewnych sytuacjach niektórzy naukowcy wykraczają poza przedmiot formalny swojej dyscypliny i zagalopowują się w stwierdzeniach lub konkluzjach nie należących do ich dziedziny. W tym przypadku proponuje się nie rozum, ale określoną ideologię zamykającą drogę do autentycznego, pokojowego i owocnego dialogu".
Następnie biskup zaczął tłumaczyć fragment "Panie Nieba i Ziemi. Zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś tym, którzy są jak dzieci". Według niego chodzi tutaj o inny wyraz bycia dzieckiem. Św. Paweł w Liście do Koryntian napisał: "Nie bądźcie dziećmi w swoim myśleniu, lecz bądźcie jak dzieci, gdy chodzi o rzeczy złe" (1 Kor. 14, 20). A więc mamy być dojrzali w naszych myślach, ale w sercu pozostać dzieckiem Boga, który zna wszystko i jest źródłem mądrości. Biskup prosił więc zgromadzone środowisko akademickie, aby nie miało kompleksów, że nie chcemy być niedojrzałymi dziećmi w myśleniu, ponieważ uwzględniamy w naszych poszukiwaniach i planach istnienie tajemnicy, a nawet jej służbę. Ordynariusz odwołał się tutaj ponownie do adhortacji papieża Franciszka: "Również dialog między nauką i wiarą jest częścią sprzyjającej pokojowi działalności ewangelizacyjnej. Scjentyzm i pozytywizm >>nie uznają innych form poznania niż formy właściwe dla nauk ścisłych<<. Kościół proponuje inną drogę, wymagającą syntezy odpowiedzialnego posługiwania się metodami właściwymi dla nauk empirycznych z innymi dziedzinami wiedzy, jak filozofia, teologia, z wiarą, która wznosi umysł ludzki aż do tajemnicy wykraczającej poza ludzką naturę i inteligencję. Wiara nie obawia się rozumu, ponieważ >>światło wiary, jak i światło rozumu pochodzą od Boga<< i nie mogą sobie nawzajem zaprzeczać".
Tutaj biskup dał nam takie trzy ewangelickie światła na nadchodzący rok akademicki oparte o cytaty z usłyszanej wcześniej Ewangelii oraz dokonaniach znanego polskiego astronoma, Mikołaja Kopernika:
  1. "Przyjdź i chodź za mną" - biskup Ważny nawiązał tutaj do słów papieża Franciszka zawartych w Adhortacji Evangelii Gaudium: "Kościół nie ma zamiaru powstrzymywać wspaniałego postępu nauki. Przeciwnie, raduje się z tego i korzysta, uznając olbrzymi potencjał, jakim Bóg obdarzył ludzki umysł. Gdy postęp nauk, pozostając przy wymogach akademickich na polu ich specyficznego przedmiotu, czyni oczywistym jakiś określony wynik, którego rozum nie może zanegować, wiara temu nie przeczy. Tym bardziej wierzący nie mogą domagać się, aby opinia naukowa, która im się podoba, a która nawet nie została dostatecznie potwierdzona, zyskała wartość dogmatu wiary". Trzy tygodnie temu biskup był na Warmii i Mazurach, przy okazji odwiedził Wilczy Szaniec. Ta wizyta wzbudziła w nim gorzką refleksję, ponieważ zobaczył miejsce, w którym rodziła się ideologia, w którą wprzęgnięta była także nauka. I to go przeraziło. Ale też odwiedził Frombork i zobaczył miejsca związane z Mikołajem Kopernikiem, który był "światłem". Kopernik nie miał duszy skandalisty, bronił się też przed publikacją dzieła "O obrotach sfer niebieskich", bo w jego czasach za ekspertów w dziedzinie gwiazd uważali się ci wszyscy, którzy posiadali jakieś wykształcenie (filozofowie, teologowie, medycy). Kopernik miał obawy, że zostanie przez nich wyśmiany. To ludzie kościoła namawiali go na wydanie drukiem hipotezy o układzie heliocentrycznym, chociaż nie miał na nią jeszcze dowodów. Kiedy miał wątpliwości dotyczące dociekań astronomicznych powiadał, że spróbuje te rzeczy zbadać szerzej z pomocą Boga, bez którego nie można niczego zdziałać. W przeciwieństwie do Galileusza, który 70 lat później doszedł do podobnych wniosków, ale zraził do siebie wiele ludzi wiary, Kopernik spotkał się z uznaniem wierzących, a wielu hierarchów świętowało przełom, którego dokonał. Można być wierny nauczaniu Kościoła i Ewangelii i można być wierny swoim badaniom naukowym - wbrew pozorom jedno i drugie nie stoi ze sobą w sprzeczności. 
  2. "Jak trudno tym, którzy mają dostatki wejść do Królestwa Bożego" - Kopernik zdawał sobie sprawę z tego, że będzie narażony na krytykę z powodu swojego odkrycia. Pisał o tym nawet w liście do papieża. Na koniec oddał swoje dzieło pod ocenę papieża i uczonych. Ówczesny papież słynął z zamiłowania do nauk ścisłych, toteż tylko on mógł "złośliwe powściągnąć języki". Teorie naraziło astronoma na krytykę ze strony Kościoła Katolickiego, ale i myślicieli protestanckich. Kościół, który początkowo nie zajmował oficjalnego stanowiska wobec niego, po Soborze trydenckim zobaczył w Koperniku zagrożenie dla wizji świata przedstawionej w Biblii. Dopiero po latach dzieło "O obrotach..." zostało usunięte z indeksu ksiąg zakazanych. Uczciwe uprawianie nauki "kosztuje" - trzeba się liczyć z niezrozumieniem, z krytyką, zmienić myślenie, spodziewać się wyrzeczeń, narazić się na szykany i wykluczenie. Jak twierdził ksiądz biskup - to wszystko jest możliwe, można to z pomocą Boga przezwyciężyć.
  3. "Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg" - dzieło Kopernika jest wyrazem jego głębokiej wiary. Sam pisał, że "Cóż piękniejszego nad niebo, które ogarnia, wszystko co piękne". Zgłębiając te rzeczy i widząc jak wszystko w nich ustawione jest w największym ładzie i kierowane boską wolą nie wzniesie się na wyżyny cnoty. Według Kopernika wszelkie nauki mają znaczenie, jeżeli prowadzą do rozwoju cnót, a zadaniem wszystkich nauk szlachetnych jest odciągać człowieka od zła i kierować jego umysł ku większej doskonałości. I to jest według biskupa trzecie zadanie dla tych, którzy uprawiają naukę. 
Biskup Artur Ważny spuentował swoją homilię nawiązaniem do obejrzanego niedawno filmu "Avatar, czyli zamiana dusz". Opowiadał on o małżeństwie Polaków, Magdaleny i Olgierda, mieszkających pod koniec XIX wieku w Paryżu. To co ich łączy, oprócz miłości, to fakt, że Olgierd mówi do Magdaleny wierszami Mickiewicza, a zwłaszcza "Sonetem do M.". Można powiedzieć, że jest to ich mała tajemnica. Pewnego dnia pojawia się młody człowiek imieniem Oktawiusz, który zakochuje się w Magdalenie. Jednak ona odrzuca jego zaloty. Dlatego Oktawiusz udaje się do szarlatana imieniem Baltazar, który poprzez wykorzystanie indyjskich technik, dokonuje zamiany dusz. W ten sposób Oktawiusz wchodzi w ciało męża Magdaleny, Olgierda, zamieszkuje z Magdaleną, ale ona nie nawiązuje z nim relacji. Chociaż mężczyzna wygląda jak jej mąż, to ma duszę Oktawiusza. A Oktawiusz nie zna wierszy Mickiewicza, a zwłaszcza "Sonetu do M.". A to jest właśnie tajemnica łącząca Olgierda i Magdalenę, która zbudowała ich więź i określała tożsamość. Nie udało się zbudować czegoś nowego, ponieważ ten, który chciał skraść serce Magdaleny, nie znał tego sekretu. 
Według biskupa Ewangelia i chrześcijaństwo stanowią fundament, na którym została zbudowana nasza kultura, obyczaje i relacje. Tymczasem dzisiaj próbuje się dokonać swoistej zamiany dusz, zmieniać wartości, czy też sugerować nowe idee, twierdząc że są one postępowe, właściwe i współczesne. A tak naprawdę są przejawem głębokiego zagubienia i narcystycznej niedojrzałości. Próbuje się nam tym samym na nowo opowiedzieć świat. A dzieje się tak, kiedy zmienia się opowieść - to nawiązanie do słów Olgi Tokarczuk wypowiedzianych, kiedy odbierała literackiego Nobla. Jak biskup Ważny przyznał, te słowa nosi głęboko w sercu od chwili, w której je usłyszał. I zacytował kolejny fragment wypowiedziany przez noblistkę: "Kiedy zmienia się ta opowieść, zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów. To, jak myślimy o świecie i, co chyba najważniejsze, jak o nim opowiadamy, ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść rządzi. Dziś problem polega - zdaje się - na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne >>teraz<<, na ultraszybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzęgać do wizji przyszłości, może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś niż nowe nic, albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem - brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie".
Biskup sosnowiecki otwarcie zgodził się, że brakuje nam nowych środków i języka, ale zanegował to, że brakuje nam nowych opowieści i nowego narratora. Bo nowy narrator jest ciągle ten sam. Przywołał tutaj teologiczny traktat o rzeczach ostatecznych, "De novissimus", co tłumaczy się jako "o rzeczach nowych". Bo rzeczy ostateczne to w gruncie rzeczy, rzeczy nowe. W życiu więc chodzi o rzeczy ostateczne, które tak naprawdę są nowe - wciąż świeże, nieprzemijające i intrygujące. Ordynariusz prosił nas więc, abyśmy służyli nowemu narratorowi, tej ostatecznej nowości. Zapewniał, że nie musimy szukać nowych historii, które opowiedzą naszą historię, bo ona już została opowiedziana przez jedynego Narratora. Nie trzeba szukać zamiany dusz, ale nowej formuły opowiadania. Wtedy otrzymamy stokroć więcej niż możemy sobie wyobrazić i życie wieczne w czasie przyszłym.
Zwieńczeniem uroczystości było wręczenie na koniec Mszy świętej nagrody "Lux ex Silesia". W tym roku otrzymał ją rzeźbiarz Zygmunt Brachmański, którego rzeźby widnieją w wielu katowickich kościołach. Niestety, on sam nie mógł jej odebrać, ale przy dźwiękach pieśni "Gaudeamus igitur" uczyniła to jego żona.

Nota bene ten ksiądz to mój wykładowca z bioetyki
Przy radosnej pieśni "Cała ziemio wołaj" księża w uroczystej procesji przeszli przez świątynię z ołtarza do zakrystii. Członkowie duszpasterstwa dostali jeszcze polecenie, aby pozbierać z ławek kartki ze słowami pieśni, które otrzymali wierni. Ale to akurat poszło nam w miarę szybko i sprawnie. Następnie udaliśmy się do "Panteonu Górnośląskiego", gdzie odbywała się dalsza część uroczystości, m.in. przedstawienie tegorocznego laureata "Lux ex Silesia", który prawdę mówiąc, jest mi zupełnie nieznany. Oprócz prezentacji werbalnej wyświetlono też dwa filmy, na których ukazano wytworzone przez niego kościelne rzeźby i fragmenty dekoracji w świątyniach.
Na koniec odbył się minibankiet, który sprzyjał krótszym lub dłuższym rozmowom. Przy okazji wreszcie udało mi się zamienić kilka słów z naszym nowym biskupem. Pojawił się także pomysł na utworzenie w naszej diecezji duszpasterstwa akademickiego. Nawet znalazł się chętny ku temu kapłan. A więc może to się udać.

piątek, 27 września 2024

2035. "Tak się nie mówi >>do widzenia<<"

Całkiem niedawno pisałam o pozytywnym wymiarze blogowania. O tym, że dziewczyny zaskoczyły mnie swoimi przesyłkami. Ale takich miłych upominków w historii istnienia tego bloga było dużo, dużo więcej. Jedne z nich były mi przesyłane przez niepozorną kobietę o wielkim sercu - Basię P. Nasza blogowa znajomość zaczęła się w wakacje 2017 roku i trwała do teraz.
Basia mnie intrygowała, zachwycała, ale też zawstydzała intensywnością swojego życia. Tak, jakby wiedziała, że ta nić zostanie zbyt szybko przerwana. Pomimo tego, że była osobą głuchoniedowidzącą, potrafiła czerpać z życia pełnymi garściami, czym dzieliła się z innymi na swoim blogu. Dużo czytała (nieraz wyrzucałam sobie, że sama czytam za mało), pokazywała piękno Olsztyna, w którym na co dzień mieszkała, tworzyła niezwykłe w swojej prostocie i pięknie kartki. Nawet jeżeli miała jakieś problemy, bo któż ich nie ma, to nie obciążała nimi innych, a raczej podchodziła z pokorą połączoną z humorem. Nieraz podziwiałam ją za ten subtelny dystans do samej siebie i otaczającego ją świata.
Wiadomość o jej śmierci była dla mnie szokiem. Owszem, od kilku dni nie pojawiały się u niej wpisy, ale powodów mogło być mnóstwo. Tymczasem na jej blogu, w dzień moich urodzin, pojawił się nekrolog. Zrobiło mi się smutno i żal. Wiecie jaki był ostatni komentarz Basi na moim blogu? Abym wreszcie odpoczęła. Teraz ona odpoczywa. Już na zawsze...
Jednocześnie jeszcze raz zajrzałam do Liturgii Słowa z dnia, w którym Basia przeszła do lepszego życia (25 września). W Pierwszym Czytaniu z Księgi Przysłów znalazłam następujące słowa: "Proszę Cię o dwie rzeczy, nie odmawiaj mi, nim umrę: Fałsz i kłamstwo oddal ode mnie, nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty, nie stał się niewierny" (Prz 30, 7-9). Myślę, że doskonale nawiązują one do życia Basi, w którym nie było ani fałszu, ani kłamstwa, a szczerość i prostota na wzór dziecka. A skoro Pan Jezus sam mówił, że tylko ci, którzy staną się jak dzieci, wejdą do Królestwa Niebieskiego, to wierzę, że Basia już cieszy się chwałą Nieba i obcowaniem z Bogiem, w którego wierzyła i którego kochała, twarzą w twarz. Że dostała nowe, piękne ciało, dużo lepsze niż to tutaj na ziemi. I że zachowała w dalszym ciągu tą swoją piękną duszę.
Teraz przesłane przez Basię podarunki stały się dla mnie najpiękniejszą i najcenniejszą po niej pamiątką. Taką, na którą patrzy się z sentymentem i żalem, że nie ma jej już wśród nas.
Właśnie taka pozostaniesz Basiu w mojej pamięci - uśmiechnięta od ucha do ucha
No właśnie, Baśka, jak tak mogłaś. Przecież, jak śpiewał Felicjan Andrzejczak w "Czasie ołowiu", do którego niedawno nawiązałam - "Tak się nie mówi >>do widzenia<<".
Będzie Ciebie brakowało. I to chyba nie tylko mnie...

sobota, 13 kwietnia 2024

1911. Bycie radosnym jest takie piękne

Jedna z myśli świętego Jana Bosko, jednego z moich ulubionych świętych, brzmiała następująco "Szatan boi się ludzi radosnych". Tak sobie myślę, że zawiera ona uniwersalny przekaz, zarówno dla wierzących, jak i niewierzących. Bo czy bycie radosnym zarezerwowane jest tylko dla wierzących? Albo czy wiara zabrania mi być radosnych nakazując ciągłą modlitwę i umartwianie? I na jedno i na drugie pytanie odpowiedź jest jasna i jednoznaczna i brzmi po prostu "nie".
Owszem, są w życiu chwile które powodują, że nasza wewnętrzna radość gdzieś zanika, zaś problemy dnia codziennego spychają ją na dalszy plan. Czasami są to dosyć prozaiczne rzeczy, a jednak jakoś burzą wewnętrzny spokój. A innym razem są to sytuacje, które dosłownie potrafią zwalić nas z nóg. Zazwyczaj jednak jest tak, że po pewnym czasie wracamy naszym pociągiem życia na właściwe tory.
Mogłoby się wydawać, że tylko ludzie uśmiechnięci są radośni. Tymczasem niekoniecznie tak jest. Na przykład ksiądz z którym byłam w październiku na wycieczce w Kalwarii Zebrzydowskiej i w Wadowicach mało kiedy się uśmiecha, a jednak nie powiedziałabym, że nie jest radosny, przynajmniej w tonie głosu i ogólnym obyciu, dzięki czemu po prostu wzbudza sympatię. Jakiż to kontrast z proboszczem z mojej parafii wiecznie chodzącym niczym chmura gradowa, z miną taką, jakby miał wszystkich dosyć i burczącym na wszystkich. Zachowuje się tak, jakby był u nas za karę. Być może to jego sposób bycia, chociaż z takim podejściem niewiele uzyskuje. No i jest zupełnym przeciwieństwem tego, jakie wskazania w duchowym testamencie zostawił święty Jan Bosko. Jeszcze gdyby był w nie wiadomo jakim wieku. Ale on jest jeszcze w sile wieku...
Jednak proboszcz nie zawsze musi być taki "niedostępny" i ponury. Znam takich, którzy dosłownie emanują radością i zarażają wręcz nią innych. Nie są weseli, ale właśnie radośni. Wczoraj na wieczornej Mszy świętej swój jubileusz 65 rocznicy urodzin obchodził proboszcz parafii, którą chwilowo uważam za "moją". Moje pierwsze zaskoczenie to liczba ludzi, która na nią przybyli. Nawet przy objęciu różnych grup parafialnych, dawało to całkiem ładny wynik. Nie liczyłam ich, ale na oko było ich niewiele mniej niż na niedzielnej Mszy. Drugie zaskoczenie to księża przy ołtarzu - oprócz tych, którzy na co dzień posługują w parafii, dojechało jeszcze dwóch, w tym pochodzący z mojej parafii Paweł. Tak sobie myślę, że gdyby nie pogodne usposobienie proboszcza Andrzeja i jego wrodzona życzliwość wraz z poczuciem humoru, to nie zjednywałby sobie tak bardzo ludzi. A pokaz tego humoru pokazał na koniec Mszy, żartując sam z siebie i ze swojego wieku. Ale to było tak sympatyczne i tak pokorne, że nie sposób było się nie uśmiechnąć*. To był chyba najpiękniejszy pokaz tego, jak bardzo można być radosnym. I sądzę, że nie tylko warto otaczać się takimi ludźmi dużo częściej niż negatywnie nastawionymi do życia, ale też uczyć się od nich tej naturalnej i autentycznej radości.

* w zasadzie proboszcz mojej parafii też próbuje czasami opowiedzieć jakiś żart na koniec jakiejś Mszy świętej, jednak robi to w taki sposób, że nawet nie wiadomo o co w nim chodzi, ani że to już jest koniec.

niedziela, 7 kwietnia 2024

1905. Zwieńczenie oktawy wielkanocnej

Obchodzone rok rocznie święto Miłosierdzia Bożego, przypadające w drugą niedzielę wielkanocną, każe przystanąć na chwilę przed obrazem Jezusa Miłosiernego, który znajduje się w bardzo dużej ilości kościołów w Polsce i na świecie. Nie piszę, że we wszystkich, ale w wielu. Jak wiemy, został on namalowany według wskazań żyjącej w pierwszej połowie XX wieku siostry Faustyny Kowalskiej. Ta niepozorna zakonnica przez wiele lat swojego życia miała widzenia, w czasie których objawiał jej się sam Jezus Chrystus. Najważniejszą ich spuścizną, poza wspomnianym obrazem, jest "Dzienniczek", w którym zostały spisane owe objawienia wraz z obietnicami, które dał Jezus tym, którzy będą czcicielami Bożego Miłosierdzia. Jeden jego egzemplarz znajduje się na mojej półce. Lubię do niego sięgać. A nawet jest w nim jeden fragment, który stał się moją modlitwą w chwilach, w których czuję, że zbyt bardzo skupiam się na sobie:
"Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.
Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.
Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.
Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.
Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.
Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem, że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój."
Święto Bożego Miłosierdzia poprzedziła nowenna. Nie wiem jak to było w innych kościołach, ale u nas w diecezji wierni spotykali się codziennie o godzinie 15:00, aby wspólnie odmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Jak tylko pozwalał mi czas i siły, to dołączałam do nich.
Dzisiejsze święto przekazuje wiernym moc, jaka płynie z Bożego Miłosierdzia. Może go doświadczyć każdy grzesznik, jeżeli tylko skruszony przyzna się przed Bogiem do swoich win, których będzie szczerze żałował. Na myśl przychodzi mi tutaj dobry łotr, który w ostatniej chwili swojego życia nawrócił się i przyznał, że Jezus jest Synem Bożym. Niesie to za sobą nadzieję, że Bóg jest w stanie wybaczyć każdemu, kto tylko tego chce. Czasami boimy się udać do spowiedzi z obawy, że nie otrzymamy rozgrzeszenia. Ale tak sobie myślę, że nie jest powiedziane, że w takim przypadku nie dostaniemy odpuszczenia grzechów przez Boga. Kapłan, chociaż jest przedstawicielem Boga na Ziemi, to równocześnie jest też człowiekiem, który myśli po ludzku. No właśnie, po ludzku, a nie po Bożemu. Zresztą sama miałam taką przygodę, że za jedną rzecz nie dostałam rozgrzeszenia u jednego księdza, za to drugi stwierdził, że to samo nie jest grzechem, bo przecież nie zrobiłam tego specjalnie. I myślę, że Bóg będzie przez swoje miłosierdzie równie wyrozumiały, niczym kochający ojciec. To nie oznacza, że mamy żyć na zasadzie "hulaj duszo piekła nie ma", ale też nie powinniśmy się przyznawać do błędów, bo każdy ma do nich prawo.
Niedziela Miłosierdzia Bożego wieńczy też oktawę Wielkiej Nocy. Pierwszy raz w życiu przez cały ten okres prawie codziennie uczestniczyłam we Mszy świętej odkrywając tym samym, że każdego dnia przed śpiewem "Alleluja" odśpiewywana jest moja ulubiona "Sekwencja wielkanocna", którą mogę przywołać nawet obudzona w środku nocy. Znowu nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale tam gdzie aktualnie uczęszczam tak właśnie było. Któregoś dnia po powrocie postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej na jej temat. Tym sposobem trafiłam na jej łacińską wersję, znaną jeszcze z czasów średniowiecza.
Nie jest to słowo w słowo to, co znane jest nam obecnie, wiele fragmentów jest wręcz innych w tłumaczeniu, jednak ogólny sens pozostał ten sam. Kilka razy sobie to przesłuchałam, nawet zapamiętałam niektóre frazy (co wbrew pozorom nie jest takie proste, kiedy z tyłu głowy ma się zakodowaną jakąś obeznaną melodię), a dzisiaj, ku mojej przeogromnej radości, miałam okazję wysłuchać tego utworu (znaczy się "Sekwencji wielkanocnej" w języku łacińskim) podczas Mszy świętej wieńczącej śniadanie wielkanocne w Duszpasterstwie Akademickim. Nie da się ukryć, że inaczej się tego słucha chociażby z komputera, a inaczej na żywo. To chyba najpiękniejsze muzyczne zwieńczenie oktawy wielkanocnej jakie mogłam sobie wymarzyć. A nawet nie, bo tak daleko moja wyobraźnia nie sięga. Teraz czas na rok pożegnać się z dźwiękami "Niech w święto radosne paschalnej ofiary...", choć niewykluczone, że gdzieś tam pod nosem będę ją sobie nucić.