Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwiązania codziennych problemów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwiązania codziennych problemów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 lutego 2026

2323. Temat nie stracił na ważności

To było dziesięć lat temu. Sprawdziłam to nawet w archiwalnych wpisach. Moja parafia organizowała wtedy (jeszcze) parafialne półkolonie. Wtedy jeszcze byłam animatorem, czyli kimś ciut niżej, niż wychowawca, a jednocześnie ciut wyżej, niż zwykły uczestnik. Byłam więc w tzw. kadrze organizacyjnej, jednak nie chciałam z tego powodu mieć jakiś nie wiadomo jakich przywilejów. A za przywilej uważam kompulsywne używanie telefony. Bo nawet mnie zdarzyło się sprawdzić na nim godzinę, albo wykonać szybki telefon do kogoś wyżej ode mnie. Jednak miałam takie wewnętrzne przekonanie, że skoro dzieciaki mają zakaz korzystania z telefonów, to i ja nie muszę co chwilę zerkać w jego ekran.
Innego zdania byli jednak inni animatorzy, bo niemal bez przerwy siedzieli z nosami w telefonach, mając za nic dzieci. Nie podobało mi się to, no bo nie poświęcali oni wystarczającej uwagi dzieciakom, którzy albo rozwalali salę, albo sami wyciągali swoje telefony komórkowe, a więc zakaz poszedł... sama nie wiem gdzie. Nawet próbowałam poruszyć ten temat u kierownika półkolonii, ten jednak nie widział problemu. Walczyć z nim nie chciałam, bo i tak byłam na straconej pozycji.
Minęło dziesięć lat i telefon stał się nieodłącznym atrybutem jeszcze większej ilości z nas, a próg wieku, w którym najmłodsi stają się właścicielami tego elektronicznego gadżetu obniża się z roku na rok. Jest atrakcyjny, bo oprócz dzwonienia ma tyle wspaniałych funkcji, które niestety uzależniają młodego człowieka sprawiając, że musi. po niego raz po raz sięgać. Widzę to u dzieciaków ze świetlicy szkolnej i środowiskowej, widzę to u dzieciaków, którym daję korepetycje. Widziałam to u kolegów i koleżanek z uczelni, którzy podczas egzaminu potrafili bezczelnie ściągać odpowiedzi z chatu GPT, a potem chwalić się, że wykładowca ich nie przyłapał. Gdzie tu uczciwość i realna ocena posiadanej wiedzy? Było mi wtedy przykro jak nigdy. Ale byłam też zadowolona, że ocenę dostałam z wiedzy, a nie cwaniactwa.
Z moimi koleżankami i kolegami nie miałam siły walczyć, jak niegdyś z kierownikiem półkolonii. Nie sądzę, by przejęli się tym, co do nich mówię. Dzieciaki w szkole mają zakaz używania telefonów w czasie zajęć, podobnie podopieczni świetlicy środowiskowej. Na przerwach mogą korzystać do woli, ale podczas zajęć mają je mieć schowane. Na korepetycjach dzieciaki mogą wykorzystywać swoje telefony do obliczeń. Ewentualnie odebrania połączeń. Byle nie za często. W przeciwnym razie odwołuję zajęcia i inkasuję za nie 100% ceny. Myślę, że godzina bez mediów społecznościowych nikomu nie zaszkodzi. Ale mogę się mylić. Jednak jakieś zasady musiałam wprowadzić, aby opanować to wszystko.

Kilka lat temu trafiłam w internecie na taki oto artykuł "podpowiadający", w jaki sposób można ograniczyć używanie smartfonów w przestrzeni szkolnej. Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie taki czas, kiedy będę miała okazję podzieli się nim z Wami.

Telefon komórkowy stał się nieodłącznym atrybutem młodego człowieka od najmłodszych lat. Nie jest rzadkością, że uczniowie nauczania początkowego przychodzą z tym gadżetem do szkoły, a to z kolei może utrudniać prowadzenie lekcji. Czy jest jakiś sposób, aby sobie z nim poradzić?
  1. Całkowity zakaz? - na pewno telefony najmniej rozpraszałyby w czasie wówczas, gdyby w ogóle ich nie było, a więc wtedy, gdyby w szkole obowiązywał całkowity zakaz ich używania. Z reguły jednak takie rozwiązanie może psuć wizerunek szkoły, poza tym telefony równie często jak do rozrywki i rozpraszania mogą być wykorzystywane przez uczniów w przydatnych i ważnych sprawach, jak np. do kontaktu z rodzicami.
  2. Przechowywanie w czasie lekcji? - można też przy wejściu do klasy postawić skrzynkę prosząc uczniów o złożenie w niej telefonów na czas lekcji. Trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że ktoś do takiej skrzynki włoży jeden telefon, a wychodząc z klasy weźmie więcej niż jeden, co może być ostatecznie dosyć problematyczne. Można by to rozwiązać w taki sposób, że nauczyciel posiada specjalną skrzynkę z podpisanymi przegródkami i osobiście najpierw chowa, a na koniec zajęć podaje uczniom telefony. Jednak i to byłoby problematyczne, ponieważ zajmowałoby za dużo czasu, a i samemu telefonowi mogłoby się coś stać (np. spaść i się potłuc).
  3. Wykorzystanie na lekcji - dobrym pomysłem wydaje się pokazanie podopiecznym, że telefon może być przydatnym narzędziem także do nauki, i że można go wykorzystać nie tylko jako kalkulator, ale też jako tłumacz, słownik, notatnik itp. W tym temacie nie należy jednak przesadzić, ponieważ pod pretekstem nauki uczniowie mogą wykorzystywać telefon do innych celów.
  4. Kodeks używania telefonów - dobrą praktyką jest też ustalenie z uczniami wspólnych zasad postępowania w przypadku używania telefonów w szkole. Można np. ustalić, że w czasie przerwy można rozmawiać, ale nie za głośno, żeby nie przeszkadzać innym, że w czasie lekcji telefon powinien być wyłączony i schowany do plecaka, a wykorzystywać go można jedynie na polecenie nauczyciela. Ważne jest ustalenie konsekwencji za złamanie tych zasad (np. przechowywanie telefonu przez nauczyciela, przygotowanie wypracowania lub prezentacji na temat dobrych manier używania telefonu itp.). Istotne jest przy tym to, że nauczyciel także musi stosować się do spisanych zasad.
  5. Dzień bez telefonu - wprowadzenie powyższego kodeksu warto poprzedzić organizacją w szkole "Dnia bez telefonu", czyli dnia, w którym nikt nie będzie używał komórek, nawet na przerwie. Jest to możliwe, jednak akcję trzeba dobrze przygotować, zaprosić uczniów do jej zorganizowania, rozpromować, zorganizować wydarzenia towarzyszące, np. animacje w czasie przerw, gazetkę na temat promieniowania mikrofalowego, a następnie podsumować.
  6. Szerokie oddziaływanie wychowawcze - warto nie zapominać, że wszystkie podejmowane kroki przez nauczyciela, albo dyrektora, powinny wpisywać się w szersze oddziaływania wychowawcze. Jeżeli w szkole uczniowie będą uczestniczyli w systematycznych oddziaływaniach budujących ich kompetencje społeczne i osobowe wtedy jakiekolwiek oddziaływania ograniczające nadmierne używanie komórek, czy innych zjawisk negatywnie wpływających na uczniów i nauczycieli będą skuteczniejsze.

czwartek, 23 stycznia 2025

2111. Ważne, pilne, nieważne i niepilne

Czasami trzeba coś odpuścić, aby dojść do czegoś innego - ta zasada przyświeca mi od dawna. I w większości przypadków całkiem nieźle się sprawdza. Jest ona banalnie prosta: najpierw obowiązki, potem przyjemności. Bo są rzeczy, które powinny być jako priorytetowe. Dla mnie to nauka i praca zawodowa. To na nie najbardziej stawiam i nim poświęcam najwięcej czasu. Zwłaszcza teraz, przed sesją, która w tym semestrze zapowiada się niezwykle ciężko, a ilość egzaminów na pierwszy rzut oka może przytłaczać. Na szczęście, to ostatnia sesja egzaminacyjna na Naukach o Rodzinie, bo ostatni semestr to już tylko przedmioty z zaliczeniem na ocenę, a więc stresu jest dużo mniej.
Wśród rozlicznych zajęć jestem zmuszona jestem wybrać pomiędzy tym, co jest dla mnie w tej chwili ważne i pilne, ważne i niepilne, nieważne i pilne oraz nieważne i niepilne. To tak trochę jak w Matrycy Eisenhowera, której zastosowanie poznałam chociażby w ramach zajęć z podstaw coachingu.
Wbrew pozorom prawdziwą sztuką jest przyporządkowanie zadań do poszczególnych kategorii. Tym bardziej, że każdy człowiek jest inny i czym innym kieruje się w życiu, inne są też nasze priorytety i oczekiwania. Ale myślę, że może w ten sposób ogarnę chaos, jaki będzie w moim życiu przez kolejnych kilka tygodni.
I jasne, że z trudem przyszło mi tymczasowe zrezygnowanie np. z pomocy w przygotowaniu kandydatów do bierzmowania, z uczestnictwa w Duszpasterstwa, z serfowania po Internecie, a nawet ograniczenie czytania (lecz nie całkowite z niego zrezygnowanie) dla przyjemności na czas zaliczeń i sesji na rzecz lektury zaleconych podręczników. Nie zrezygnowałam całkowicie z treningów, lecz ograniczyłam je do 2 tygodniowo (z 4). Ale to jest, tak jak napisałam, tymczasowe. Mam nadzieję, że po tym czasie wszystko wróci do normy, a ja do swoich aktywności, które są wpisane w moje życie. Zaś dzięki zwiększonej ilości czasu wolnego będę mogła poświęcić go na porządne nauczenie się materiału, a przez to pozdawania wszystkiego w 1 terminie. A jeżeli gdzieś mi się noga powinie, to może nie dlatego, że się czegoś nie nauczyłam, ale niewystarczająco nauczyłam. Niby jedno słowo, a zdanie nabiera zupełnie innego wydźwięku.

środa, 2 października 2024

2038. Dziesięć lat temu chciałam zostać pracownikiem administracji...

O tak. I to bardzo. To był dla mnie bardzo trudny okres. Nie chcę jednak do niego wracać. Było, minęło.
Skąd mi się wzięła ta administracja to sama nie wiem. Tak jakoś wyszło. Trochę byłam rozgoryczona moim finałem studiów z Turystyki i rekreacji. Trochę też chciałam zabezpieczyć się na przyszłość. Miałam niby licencjat z Zarządzania, ale nie za bardzo wiedziałam jak go wykorzystać. Miałam rozpocząć od października studia w Grodzie Kraka z Turystyki religijnej, ale nie wiedziałam, czy mu podołam. A weekendowa szkoła policealna wydawała mi się niezłym rozwiązaniem w sytuacji studiów dziennych. Wiedziałam, że będzie się to wiązało z masą pracy, ale któż jak nie ja.
Dwa lata minęły w miarę szybko a nauka poszczególnych przedmiotów nie przynosiła mi większych problemów. Może nie był to szczyt moich marzeń, ale jak się coś zaczęło, to przynajmniej wypada spróbować skończyć. Egzamin państwowy okazał się raczej przyjemny. Co ciekawe, tuż po nim niemal od razu pojechałam zdawać dwa kolejne przedmioty do Grodu Kraka. Wszystko zaliczyłam!
Bycie pracownikiem administracji jest może i ciekawe, ale chyba nie dla mnie. Lubię kontakt z ludźmi, ale niekoniecznie przez pryzmat setki papierów, przez które trzeba się przebić. Nie twierdzę, że jest to zła praca, bo są osoby, które czują się w tym jak ryba w wodzie. Ja chyba jednak po prostu bym się w tym nie odnalazła na dłuższą metę. Bo przez kilka tygodni łączyłam studia z pracą na zastępstwo w uczelnianym sekretariacie, ale z tyłu głowy miałam przeświadczenie, że to tylko tymczasowo. 
Praca z ludźmi twarzą w twarz dużo bardziej mi odpowiada, chociaż nie zawsze jest łatwo, a niepełnosprawność bierze nieraz górę nad tym, co chcę zrobić. Zawsze lubiłam obcować z innymi i pomagać im w miarę swoich możliwości. Dlatego były studia z turystyki i rekreacji, turystyki religijnej, pracy socjalnej, nauk o rodzinie, w końcu pedagogiki. Wiem, że i w sektorze administracji też można wiele pomóc, ale w inny sposób.
Pracownikiem administracyjnym nie zostałam, ale wiele zdobytych wiadomości staram się wykorzystać w praktyce. Tak, aby nauka nie poszła na marne. Tym bardziej, że sytuacja osób niepełnosprawnych na rynku pracy, również w administracji, nie jest taka wesoła, jak mogłoby się wydawać.

Od 2011 roku obowiązują przepisy umożliwiające preferencyjne traktowanie niepełnosprawnych przy ubieganiu się o stanowiska w urzędach. Ułatwienia nie przyciągnęły jednak wymaganej liczby pracowników.
Sprawa zrobiła się głośna przy okazji strajku rodzin osób niepełnosprawnych w 2018 roku. To wtedy wielu posłów wykazywało, że znakomita większość osób z dysfunkcjami mogłaby pracować zawodowo. W związku z tym sprawdzono, jak administracja otwiera się na tę grupę osób. Z przeprowadzonej analizy wynikło, że szefowie wolą co miesiąc dokonywać wpłat na rzecz PFRON, niż szukać niepełnosprawnych pracowników. Tymczasem, zdaniem ekspertów, to właśnie urzędy państwowe powinny wieść prym w zatrudnianiu takich osób, zwłaszcza że co roku w samej administracji rządowej jest  kilka tysięcy ofert pracy.
W 2011 roku pracownicy z niepełnosprawnością stanowili zaledwie 2,8% pracowników, którzy byli zatrudnieni w administracji rządowej. Sytuacja ta miała się zmienić za pośrednictwem ustawy z dnia 10 sierpnia 2011 r. o zmianie ustawy o służbie cywilnej i niektórych innych ustaw. W zamyśle było, aby osoba z niepełnosprawnością miała pierwszeństwo w przyjęciu do pracy, jeśli przy naborze znajdzie się w piątce najlepszych kandydatów na dane stanowisko. Mechanizm dotyczył urzędów, gdzie niepełnosprawni stanowili mniej niż 6% ogółu zatrudnionych, tj. nie przekraczali progu, powyżej którego nie trzeba płacić kary na PFRON. 
Jednak już po siedmiu latach od wprowadzenia tych rozwiązań zauważono, że wielu urzędom nie udało się osiągnąć tego odsetka. Ze sprawozdania szefa służby cywilnej wynika, że liczba osób z dysfunkcjami pracujących w korpusie rządowym zaczyna maleć. W porównaniu z 2016 rokiem spadła o 0,1 pkt proc. i w 2018 roku wynosiła 3,9 %. Warto jednak zauważyć, że w tym samym okresie zatrudnienie wzrosło ogółem o 0,4 %.
Jeszcze gorzej prezentuje się sytuacja w resortach. Na przykład Ministerstwo Spraw Zagranicznych w 2018 roku zatrudniło jedynie 2018 % osób posiadających orzeczenie o niepełnosprawności. Rok wcześniej na 32 konkursy zgłosiło się 32 chętnych posiadających jakieś dysfunkcje. Niestety, żaden z nich nie znalazł pracy. W 2018 roku Ministerstwo zatrudniło jednego kandydata z niepełnosprawnością, i to na jednym z niższych stanowisk, jakim jest podreferendarz ds. obsługi sekretariatu. Z racji tak niskiego procenta zatrudnienia osób niepełnosprawnych, w samym wspomnianym roku, resort przekazuje na PFRON 157 tys. zł. Ciut lepiej jest w Ministerstwie Zdrowia, gdzie średnia kwota comiesięcznych wpłat w 2018 roku wyniosła niewiele ponad 35 tys. zł, i w Ministerstwie Środowiska, które za ten sam okres wpłacało 27 tys. zł.
Nie inaczej jest w samorządach, gdzie wiele z urzędów nie osiąga wymaganego progu zatrudnienia osób z niepełnosprawnością. W samej tylko Warszawie wskaźnik wyniósł niespełna 3 procent.
- Wpłata na PFRON w urzędzie za kwiecień 2018 roku wyniosła ponad 512 tysięcy zł. - wyjawiała Katarzyna Pieńkowska pracująca w stołecznym Ratuszu. - Od 2017 roku Stowarzyszenie "Niepełnosprawni dla Środowiska EKON" realizuje na nasze zlecenie projekt "Praca dla Nas!", którego celem jest zwiększenie zatrudnienia osób z różnymi niepełnosprawnościami i zwiększenie ich kompetencji do pracy w naszym urzędzie.
Pracodawcy wskazują, że problem leży nie tylko po stronie administracji, ale też samych zainteresowanych. Tych, którzy nie czują się na siłach, by pracować w urzędzie. W ogłoszeniach o pracę zachęca się osoby niepełnosprawne do składania aplikacji. Dodatkowo informacje o możliwości zatrudnienia w administracji przekazywane są podczas targów pracy, praktyk, staży, a także do organizacji zrzeszających osoby niepełnosprawne. Mimo to brak jest wymiernych efektów w postaci zainteresowania pracą przez osoby posiadające różne dysfunkcje.
Samorządowcy tylko to potwierdzają. W 2017 roku w Urzędzie Miasta Opola było 113 naborów na stanowiska urzędnicze. W tym okresie tylko jedna osoba z orzeczeniem zgłosiła się do konkursu. Jednak sekretarz miasta Opole, Grzegorz Marcjasz, gorąco zapewnia:
 - Staramy się zachęcić niepełnosprawnych do aktywizacji zawodowej, m.in. poprzez współpracę z organizacjami działającymi na ich rzecz. Przyjmujemy także stażystów z orzeczeniem o niepełnosprawności, dając im możliwość zdobycia wiedzy i doświadczenia w pracy dla administracji publicznej. A potem ubiegania się o zabieganie poprzez udział w ogłoszonych przez nas naborach.
Jeden z nielicznych Urzędów Wojewódzkich zatrudniających magiczne 10% osób niepełnosprawnych znajduje się na Pomorzu. Jego rzecznik prasowy zapewnia, że jest to możliwe:
 - Nasz urząd jest pracodawcą równych szans i wszystkie aplikacje są rozważane z równą uwagą, bez względu na płeć, wiek, niepełnosprawność, rasę, narodowość, przekonania polityczne, przynależność związkową, pochodzenie etniczne, wyznanie, orientację seksualną, czy też jakąkolwiek inną cechę prawnie chronioną.
Według ekspertów potrzebny jest nie tylko program wspomagania zatrudnienia osób z niepełnosprawnością, ale też inne zachęty. Nie jest tajemnicą, że w administracji rządowej sukcesywnie spada liczba osób ubiegających się o pracę, w tym także niepełnosprawnych. Likwidacja konkursów dla dyrektorów na początku 2016 roku była sygnałem, że praca w służbie cywilna możliwa jest tylko wtedy, gdy ma się znajomości. Na początku Rada Służby Cywilnej zajmowała się odwołaniami osób niepełnosprawnych, które przegrywały konkursy. Teraz już tego nie robi. Dawniej istniało zalecenie premiera, aby sektor administracji był otwarty na takie typu osoby. Należałoby też zagwarantować im, że nie stracą prawa do renty, jeżeli podejmą pracę. Aktualnie jest tak, że osoby podejmujące pracę, muszą mieć mieć na uwadze to, że ZUS ponownie może chcieć zweryfikować ich prawo do tego świadczenia.
Inna sprawa, że niepełnosprawni kandydatów sami z siebie powinni chcieć przystępować do tych konkursów. Zdaniem przewodniczącego Rady Służby Publicznej o pracy w administracji decydują w dużej mierze kompetencje ludzi, a nie stopień ich niepełnosprawności.

środa, 31 stycznia 2024

1845. To był dobry dzień na zrobienie uprawnień kierownika odpoczynku

Półkolonie organizowane przez naszą parafię były sztandarowym punktem w jej funkcjonowaniu. Przez lata wypracowaliśmy sobie w tym względzie niezłą renomą. Pierwsze pilotażowe półkolonie letnie odbyły się w 2008 roku. Cieszyły się one dużym zainteresowaniem, toteż już pół roku później zorganizowano kolejną edycję, tym razem zimową. Zmieniali się wikarzy, ale półkolonie w dalszym ciągu były organizowane. Czasami nawet były dwa turnusy - w jednym tygodniu przygotowywało je Oratorium, a w drugim - młodzieżowa wspólnota "Świadectwo". Z reguły też jednoczyliśmy nasze siły - młodzież ze "Świadectwa" pomagała przy organizacji półkolonii w Oratorium, a my z Oratorium przy organizacji półkolonii przez "Świadectwo".
Sama zostałam po raz pierwszy włączona do pomocy przy półkoloniach latem 2011 roku przez księdza Wojtka, ówczesnego opiekuna Oratorium. Marzyłam o tym od jakiegoś czasu, tym bardziej, że moja młodsza siostra już pomagała przy tego typu akcjach. Ale ona była bardziej rozgadana i przebojowa niż ja, a przede wszystkim - była pełnosprawna. Jednak jak się okazało, i na mnie dosyć niespodziewanie przyszła pora. Jakież to było dla mnie wyróżnienie! Do dzisiaj z łezką w oku spoglądam na wiszące w salce bilardowej w pomieszczeniach Oratorium grupowe zdjęcie wykonane podczas odbywającej się wówczas wycieczki do Krakowa.
Potem jakoś się to potoczyło. Raz pokazałam, że potrafię, na następne sami mnie brali. Nawet jeżeli była zmiana księży, to zawsze ktoś się za mną wstawiał. Bo nie kojarzę, aby później jakiś ksiądz zaufał mi jak gdyby nigdy nic w ciemno. Czasami nawet było tak, że w niedzielny wieczór wracałam z zawodów sportowych na drugim końcu Polski, a już w poniedziałek pomagałam przy półkoloniach. Albo tak kombinowałam z zaliczeniem sesji, z reguły zimowej, na studiach, aby móc być na nich. I w większości przypadków mi się to udawało. Zaczynałam jako animatorka, ale kiedy zrobiłam kurs na wychowawcę kolonijnego, zdarzało mi się i tą funkcję pełnić. Oczywiście znowu straciłam kilka lat na udowadnianie nowym księżom, że mogę, ale jaka potem była satysfakcja.
Wszystko uległo zmianie wraz z przybyciem ostatniego proboszcza. Jeszcze w pierwsze ferie zimowe pod jego "rządami" były jakieś warsztaty organizowane przez Oratorium. A potem już nic. No, może poza propozycją wakacyjnego wyjazdu nad Adriatyk dla dzieci. Ale na taki wyjazd nie każdego stać. A nasze półkolonie były na każdą kieszeń. Zwłaszcza, że przed nimi organizowaliśmy na nie zbiórki w parafii. Nie wiem dlaczego to ksiądz Boski Oski nie mógł zorganizować wypoczynku na miejscu, podejrzewam, że nie miał ku temu odpowiednich papierów. Ja zaś wraz ze zbliżającymi się feriami zimowymi lub letnimi słyszę pytania o półkolonie. Coraz rzadziej, a jednak.
Dlatego jak tylko pojawiła się okazja zrobienia kursu kierownika wypoczynku postanowiłam ją wykorzystać. Tym bardziej, że spełniałam wymagania. Co prawda nie poszłam do proboszcza po zaświadczenie o 3 letniej praktyce pracy z dziećmi (w pracy brakuje mi do niej kilku miesięcy), ale w sąsiednim mieście też są salezjanie, a wśród nich jeden z byłych opiekunów naszego Oratorium. Myślicie, że robił mi problemy? Wypisał wszystko z uśmiechem na twarzy. I jeszcze zaprosił do nich do Oratorium. 
Sam kurs odbywał się w formie hybrydowej. Dostaliśmy materiały w formie on-line, stacjonarnie był tylko egzamin końcowy. Już na początku zostało ustalone z organizatorami, że zaliczę im to w formie ustnej. Pierwszy jego termin był 24 stycznia, jednak tego dnia miałam i tak już przełożone zaliczenie z Wprowadzenia do asystentury rodzin (uroki studiowania na dwóch kierunkach). Na szczęście został wyznaczony dodatkowy termin egzaminu, tak jakby ktoś nie mógł być na pierwszym - na 31 stycznia. Dzień wspomnienia św. Jana Bosko, założyciela Oratoriów, lepszego terminu nie mogłam sobie wybrać.
Dzień wcześniej umówiłam się z Archaniołem, który z kolei robił kurs wychowawcy kolonijnego, że pojedziemy tam razem. Raz, będzie nam raźniej, dwa, Archanioł ma problemy ze wzrokiem i w obcym terenie czuje się jeszcze bardziej niepewnie. Po dotarciu do ośrodka, w którym odbywał się egzamin zostaliśmy pokierowani do odpowiedniej sali i niemal od razu przeszliśmy do egzaminu, który był raczej rozmową. A teraz najlepsze - pani pomyliła się w tym na co mam zdawać i najpierw wraz z Archaniołem zaliczałam egzamin na kurs wychowawcy (za co Archanioł był mi wdzięczny, bo pomogłam mu w tym, czego nie wiedział, bo egzamin tak jakby zdawaliśmy razem), a kiedy zorientowaliśmy się w pomyłce, zdawałam już właściwą część. Trochę się stresowałam, bo z niewiadomych powodów nie mogłam wejść na platformę szkoleniową i przejrzeć zamieszczonych tam materiałów. Przeczytałam jednak jakieś ogólne wiadomości zamieszczone na internecie. Myślę, że dzięki temu i pomocy z góry św. Jana Bosko, udało mi się w niezłym stylu zdać ten egzamin. Teraz już tylko trzeba zaczekać, aż przyślą mi zaświadczenie do domu i będzie można działać.
A więc już w wakacje będziemy mogli próbować zorganizować półkolonie w naszej parafii, z pominięciem księży, jako kierowników. Oczywiście, proboszcz zawsze może się nie zgodzić, ale tym będę się martwiła za kilka miesięcy i kombinowała jak go obejść. W ostateczności można próbować samemu zgłosić wypoczynek jako osoba fizyczna. Nie doszłam do tego, czy organizator wypoczynku może być równocześnie kierownikiem (wiem za to, że kierownik nie może być jednocześnie wychowawcą). Ale będę szukała odpowiedzi na to pytanie. A może ktoś z Was się w tym orientuje.

piątek, 19 stycznia 2024

1833. Jestem w stanie uwierzyć, że naprawdę potrafię

Z racji mojej niepełnosprawności fizycznej i ograniczeń z tego wynikających mam możliwość dopasowania formy zdawania materiału do możliwości, jakie posiadam. Od razu zaznaczam, nie jest to pójście na łatwiznę, a realna szansa na zaliczenie poszczególnych przedmiotów w przypadku, kiedy nie mogę tego zrobić w tradycyjny, pisemny sposób. Jak możecie się domyśleć, najbardziej preferowaną przeze mnie formą jest ustna. Daje mi to jeszcze jeden komfort psychiczny - w takim wypadku trudno jest posądzić studenta o ściąganie, chociaż podobno jak się chce, to wszystko się potrafi. Widocznie za mało tego chcę.
Na studiach magisterskich z Nauk o Rodzinie nie mamy języka obcego jako przedmiotu samego w sobie. Za to w ramach jednego z przedmiotów mamy poznać słówka w języku angielskim związane z terminologią w nim używaną. Dlaczego to są akurat Uzależnienia i współuzależnienie to nie mam pojęcia. Czyżby pomysłodawcy coś sugerowali? Dobrze, wracam do powagi, bo się zrobi za wesoło, a tematy podejmowane na zajęciach są bardzo poważne, wbrew pozorom. 
Tak gdzieś w połowie grudnia wykładowca wysłał nam zagadnienia i słówka obowiązujące do kolokwium. Może i z zewnątrz wyda się to dziwne, ale nie każdy z naszej grupy zna język na tym samym poziomie. Ba, niektórzy nawet nie uczyli się tego języka wcześniej. Dlatego też nie wymagają od nas nie wiadomo czego, bo mogłoby się to różnie skończyć, niekoniecznie dla nas pozytywnie. 
Znając moje antytalencie w sprawach językowych postanowiłam opracować sobie te zagadnienia i zacząć uczyć się ich od razu. Ale i tak w zeszłym tygodniu, kiedy przypadał termin kolokwium, miałam wrażenie, że nic nie potrafię. Tak, wiem, dużo w tym przesady, ale ja tak dużo razy w życiu nasłuchałam się, że "ty P. z twoją wymową w życiu nie będziesz mistrzem w języku angielskim", że po prostu w to zaczęłam wierzyć, co przełożyło się na moje oceny z zajęć prowadzonych przez ludzi o tego typu poglądach. Dzisiaj już wiem, że nikt nie miał prawa oceniać mnie po wymowie, a kolejne etapy edukacji z lektorami, którzy najzwyczajniej w świecie chcieli mnie zrozumieć i udowadniali, że jednak coś potrafię, czy też chociażby Światowe Dni Młodzieży, gdzie język angielski jest podstawowym w komunikacji sprawiły, że ciut się przekonałam do tego języka. A jednak za każdym razem mam wrażenie, że trafię na kogoś, komu nie będzie się chciało chcieć. I koło się zamyka.
Ponieważ ze względów logistycznych nie mogłam podejść do zaliczenia tydzień temu, za porozumieniem z wykładowcą podeszłam do niego dzisiaj. Byłam tak zestresowana tym wszystkim, chociaż wiedziałam, że wiele potrafię, że posiadam wiedzę na poziomie wymaganego zaliczenia, że dziewczyna z rocznika wyżej musiała mnie uspokajać. W końcu przyszła godzina zero, kiedy musiałam iść do prowadzącego na konsultacje. Myślicie, że się nie bałam, że najzwyczajniej w świecie się zatnę? Bałam się. Na szczęście nic takiego się nie stało, a wszystkie słówka o które zapytał mnie wykładowca przeprowadziłam w sposób bezbłędny, czym zaskoczyłam sama siebie. No bo okazuje się, że znowu umiem. 
A z kolejnego zaliczonego materiału cieszę się jak najbardziej. I już mam ciut mniej na głowie, a czas mogę poświęcić na naukę kolejnych rzeczy. Maraton zaliczeń jeszcze się nie skończył, on się dopiero rozkręca.

środa, 20 grudnia 2023

1803. Integrujemy się

Wczoraj podczas wydziałowego spotkania adwentowego wynegocjowaliśmy z jednym z wykładowców, ażebyśmy przesunęli dzisiejsze kolokwium z antropologii współczesnej na termin poświąteczny. Zgodził się, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu. No bo spodziewaliśmy się z tym większych problemów. Nawet jeżeli jest to jeden z najbardziej ugodowych nauczycieli na uczelni. W zamian jednak zaznaczył, że moglibyśmy zrobić jakieś grupowe spotkanie opłatkowe. Z nim. No, w sumie, dlaczego nie? Chyba jeszcze nie mieliśmy czegoś takiego.
Wieczorem podzieliśmy się co kto ma pokupować. nie w udziale przypadło kupno słonych paluszków. Jednak za późno o tym przeczytałam i musiałam wstąpić do sklepu dopiero dzisiaj pomiędzy porannymi roratami, a pierwszymi zajęciami na uczelni. Jak obiecałam, to nie chciałam nikogo zawieść. Przy okazji oddałam książki do Biblioteki Śląskiej. Co prawda nie dopatrzyłam, że jest ona otwarta dopiero od 10:00, na szczęście jest zamontowana tzw. wrzutnia pozwalająca oddać książki również poza godzinami pracy placówki. A potem, w drodze powrotnej, wstąpiłam do delikatesów po paluszki i talarki.
Każdy z nas, tych którzy przyszli na środowe zajęcia, miał nadzieję, że nasze spotkanie wigilijne będzie na pierwszym bloku zajęć z antropologii. Tak dobrze jednak nie ma - ksiądz uznał, że chociaż wykład musi zrobić. Ale na ćwiczeniach już będzie obiecane spotkanie. A że wykłady są zawsze prowadzone tak, że wszyscy pękamy ze śmiechu, to trochę rekompensowało nam to nasze rozczarowanie.
W przerwie pomiędzy wykładami, a ćwiczeniami z przedmiotu odbyło się spotkanie naszego koła naukowego. Niestety nie przyszły na nie osoby z pierwszego roku nauk o rodzinie pierwszego stopnia oraz nasza Starościna. To, że jej nie było to może i dobrze, bo nagle okazało się, że artykuł, o którym wspominałam w poprzednim tygodniu spokojnie można przesyłać do świąt. Super, nie ma to jak bezsensownie zarwana noc. Ciśnienie od razu skoczyło mi w górę... Ostatecznie było nas czworo, wraz z opiekunem koła, czyli moją byłą panią promotor. Graliśmy w "Dixit" i też było ciekawie. A przy okazji dowiedziałam się, że pani promotor kombinuje jak wydać moją pracę licencjacką, a przynajmniej ich wyniki badań. Trochę mi głupio, ale jeżeli one uważa, że są one godne uwagi, to może faktycznie tak jest?
Trochę spóźnieni wróciliśmy z Archaniołem na zajęcia. Już wszystko było na nich przygotowane - stoły połączone, na nich znajdowały się ciasta, przekąski i napoje. Wszyscy czekali tylko na nas. Nie mieliśmy opłatka, ale to nie przeszkodziło nam w złożeniu sobie serdecznych życzeń. A potem czas nam upływał na rozmowach i śmiechach. Wstyd się przyznać, ale z niektórymi osobami pierwszy raz zamieniłam więcej, niż kilka słów. Szkoda, że takich dni jest tak mało. I że tak mało ludzi dzisiaj przyszło na zajęcia. I że ja sama musiałam wcześniej wyjść, ale jeszcze miałam iść do pracy. Ale i tak myślę, że to był dobry pomysł. I cieszę się, że ksiądz też się na to zgodził. Bo przecież mógł odmówić.
Po pracy pojechałam na drugie tego dnia roraty, po których parafianie mieli zbudować szopkę betlejemską. Chciałam na to popatrzeć, tym bardziej, że mam drobny wkład w jej powstanie. Aby nie wzbudzać jednak podejrzeń, postanowiłam odmówić różaniec na różańcu, który ksiądz Krzysiu dostał od papieża Franciszka. W mojej parafii dzieci losują na dwa dni figurkę Maryi, u Maksymiliana losują na jeden dzień figurkę Dzieciątka Jezus, a my na jeden dzień zgłaszamy się do odmówienia różańca w intencji Ojca Świętego. Chociaż ja się nie zgłosiłam, mnie w pewnym sensie przymusili do tego.
/tutaj będzie zdjęcie różańca, tylko znajdę kabel od aparatu/
To był niezły pomysł, ponieważ zaraz po tym, jak zakończyłam, pojawił się ksiądz Niosący Światło z ekipa Bobów Budowniczych. Teraz niewiele im pomogłam, co najwyżej mogłam im powiedzieć, czy coś jest prosto, czy nie, albo podać odpowiedni wkręt z walizki majsterkowicza ("Skąd ty wiesz, jak wygląda "14?" - no przecież to widać na wkręcie). Było śmiesznie, ale i niebezpiecznie, zwłaszcza podczas stawiania dźwigu. Teraz postawiona została konstrukcja dźwigu i samej szopki, co trwało do około 22:30. Na resztę przyjdzie czas w kolejnych dniach, bo i tak wszyscy byliśmy już zmęczeni, a najbardziej to już sam ksiądz. On chyba w swoim stanie nie powinien tak się forsować. A noc może okazać się za krótka na regenerację sił. 

sobota, 18 listopada 2023

1771. Przesyłka wywołująca wzruszenie

Jakiś czas temu przeszłam z jednymi z moich sąsiadów na Ty. Zawsze sobie "panowaliśmy" chociaż tak właściwie to dzieli nas różnica góra dwóch lat. Aż wreszcie któregoś dnia z ich strony padła TA propozycja. Może to i dobrze, bo nie wiem, czy sama byłabym w stanie poprosić ich o to samo. Znając życie to nie, pewnie za każdym razem miałabym jakąś obiekcję, chociaż już nie raz okazali mi pomoc, chociażby odbierając paczkę podczas mojej nieobecności i przechowując ją aż do mojego powrotu. W zasadzie całkiem wygodne rozwiązanie, np. w przypadku, kiedy trafiam do szpitala. Przynajmniej już nie biegam po pocztach w celu zrealizowania awizo (które zresztą nie zawsze jest zostawiane przez listonoszy).
Tak też było ostatnio - byłam nieobecna, kiedy listonosz przyniósł mi dosyć niespodziewaną przesyłkę. A akurat na korytarzu pojawiła się Agnieszka i odebrała ją za mnie. Niestety nie wymieniliśmy się jeszcze numerami telefonów komórkowych, toteż nie mogła do mnie zadzwonić, aby mnie o tym powiadomić. Znalazła jednak inny sposób - messenger. Co prawda aby go odczytać muszę najpierw wrócić do domu, ale lepsze to, niż nic. 
Wieczorem wróciłam z całodniowego maratonu uczelnia - praca - kościół - spacer* do domu. Coś zjadłam, nakarmiłam kota i zasiadłam do komputera. Szybko odczytałam wiadomość od Agi i nieco zaskoczona (mimo wszystko niczego się nie spodziewałam). Przed jej drzwiami nieco się zawahałam, bo coś podejrzanie cicho (jak na rodzinę z 1,5 rocznym dzieckiem) tam było. Ale w końcu zapukałam. Aga otworzyła mi z uśmiechem na ustach i nieco zaspaną Jagódką na rękach. Bardzo szybko dała mi moją przesyłkę, a Jagoda nawet zrobiła mi pa-pa na pożegnanie.
Ku mojemu zaskoczeniu nadawczynią niepozornej przesyłki okazała się nasza Basia z 5 pór roku, a związana ona była z moimi imieninami. Przyjemność jej otwarcia odroczyłam w czasie o jeden dzień, aby cieszyć się z niej właśnie we wspomnienie błogosławionej Karoliny Kózkównej, czyli 18 listopada. A było się z czego cieszyć, zresztą sami zobaczcie:
Fotografia zbiorcza przesyłki
Kalendarz na przyszły rok i tomik wierszy o moich ukochanych mruczkach
Książki (w tym tomik wierszy Basi) i film
Coś dla ducha i dla ciała
Przepraszam za jakość zdjęć, ale robiłam je po zmroku. Przesyłka niesamowicie mnie wzruszyła. Jedno jest pewne - będzie co robić w długie wieczory. A Basi jeszcze raz dziękuję za pamięć i za serce.

I na koniec taki smaczek - Baca zorientował się, że nie było mnie na ich Górskim Biegu Niepodległości. Rychło wczas :)

* Przez aktualne remonty dróg szybciej pokonuję te 2 kilometry na nogach niż autobusem, a przy okazji się dotlenię, odprężę, przemyślę kilka spraw...

piątek, 17 listopada 2023

1770. Meil do wykładowcy nie dotarł, ale i tak zgodził się na moją prośbę

Od kilku dni mam przyznane Indywidualne Dostosowanie Studiów. Nazwa może wydawać się dość dziwna i można ją interpretować na różne sposoby, ale tak naprawdę jest to nazwa programu dedykowanego osobom niepełnosprawnym. Krótko mówiąc chodzi w nim o dostosowanie programu nauczania pod specyficzne potrzeby każdego w nas w oparciu o opis schorzenia, z jakim się zmagamy. Jak pewnie się domyślacie, inne potrzeby będą miały osoby niepełnosprawne ruchowo, inne z przewlekłą chorobą, inne osoby z problemami z wzrokiem, a inne, ze słuchem. Dlatego każdy student posiadający ograniczenia sam wskazuje obszary, w których posiada ograniczenia. W moim przypadku są to przede wszystkim problemy wynikające ze słabego rozwoju motoryki małej, toteż prosiłam m.in. o zamianę formy zaliczania kolokwiów i egzaminów z pisemnego na ustny, a w przypadku zaliczeń pisanych na laptopie o wydłużenie czasu pisania, jak też możliwość oddawania wszystkich prac pisemnych jako wydruków komputerowych. Być może dla kogoś to pójście na łatwiznę, ale dla mnie to wyrównanie szans nauki.

Teraz powoli uświadamiam wykładowców, że przyznano mi owy IDS. Teoretycznie leży to w kwestii wydziałowego koordynatora dostępności ON, jednak już w zeszłym roku przekonaliśmy się z Archaniołem (który też ma IDS-a), że powierzono tą funkcję zupełnie niekompetentnej osobie i że tak naprawdę jesteśmy zdani sami na siebie. W zasadzie na wszystkich moich poprzednich studiach sama musiałam informować wykładowców o mojej sytuacji i dlaczego nie napiszę tak jak inni ręcznie kolokwium i egzaminu, więc naprawdę nie robi mi to różnicy, czy teraz też zrobię to sama, czy też ktoś mnie w tym wyręczy. Dla mnie bardziej liczy się wydany papierek, coś, na czym mogę oprzeć moją prośbę.
Kilka dni temu napisałam meila do jednego z wykładowców o uzyskanych ułatwieniach. Tak naprawdę na nim najbardziej mi zależało, bo dzisiaj mieliśmy kolokwium z prowadzonych przez niego zajęć. Teoretycznie mogłam go poinformować o wszystkim na ostatnich zajęciach, ale wtedy nie miałam jeszcze zgody na dostosowania i chociaż było małe prawdopodobieństwo, że jej nie dostanę (dotąd otrzymałam taką zgodę i na studiach licencjackich z Nauk o Rodzinie, i na licencjat z Pedagogiki, szkoda że nie wydłuża się ona automatycznie na studia magisterskie), wolałam nie kusić losu. Codziennie sprawdzałam skrzynkę elektroniczną z nadzieją, że mi odpowiedział. I zawsze nie było w niej meila zwrotnego. Trochę zaniepokojona zapytałam wczoraj koordynatorki co mogę w takiej sytuacji zrobić. W odpowiedzi usłyszałam, żebym podeszła do niego przed zajęciami i na spokojnie wyjaśniła co i jak. Bo może nie zauważył tego meila, albo zapomniał mi na niego odpisać.
Tak też zrobiłam, chociaż tak naprawdę nie miałam na to zbyt dużo czasu. Kolokwium było o 8:00, a wykładowca jak na złość nie pojawiał się. Przyszedł może z 5 minut przed rozpoczęciem zajęć. Niemal od razu spokojnie powiedziałam mu o co mi chodzi, chociaż tak naprawdę w środku byłam kłębkiem nerwów. Wykładowca ze zdziwieniem na mnie spojrzał i stwierdził, że żadnego meila ode mnie nie dostał (aż mi się w tym momencie ciepło zrobiło), ale nie widzi też problemu w zamianie formy zaliczenia z pisemnej na ustną, jeżeli tylko są ku temu przesłanki. Dobrze, że uwierzył mi na słowo, bo pismo leży jeszcze w dziekanacie i czeka na ostatni podpis - dziekana. Nawet zaproponował mi inny termin, ale ja już chciałam mieć to za sobą i zdawałam zaraz po tym, jak grupa skończyła pisać. Trzy pytania opisowe, moje odpowiedzi, raz, dwa i mam już to z głowy. 
I właściwie wcale nie było tak źle, jak podejrzewałam, zwłaszcza kiedy usłyszałam jakie oceny dostała reszta. Awaryjnie nie przyznałam się do mojej, żeby ich nie denerwować. Powiedziałam im, że zdałam i to dosyć dobrze. Cieszę się, że mam to już z głowy, bo powoli zaczyna się dosyć gorący okres, a nigdy nie lubiłam odkładać zbyt dużo rzeczy na potem. Lepiej wszystko rozłożyć w czasie - i naukę, i zaliczenia.

czwartek, 20 lipca 2023

1650. Obuwniczy nabytek

Rok temu po powrocie z Izraela stwierdziłam, że żywot moich ulubionych adidasów powoli dobiega końca. I tak uważam, że sporo wytrzymały - całe 5 lat. Włączając w to fakt, że służyły mi one również do biegania po różnym terenie - od nizin po góry, przy specyficznym nacisku nóg o podłoże, można im nawet przyznać medal "za długowieczność".
Jednak kiedy bardzo dotkliwie zaczęłam odczuwać to, że przez buty przecieka mi woda, postanowiłam rozejrzeć się za nowszym modelem. A raczej nowymi butami sportowymi. To rozglądanie zajęło mi prawie rok, a adidasy coraz bardziej się rozpadały. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, no może poza tymi dniami, kiedy padał deszcz i woda wlewała się do ich środka. W końcu zauważyłam, że odpruła się prawie jedna część z dziurkami, przez które przewleka się sznurówki. Z drugiej strony wyjazd na Światowe Dni Młodzieży do Lizbony zbliżał się dużymi krokami, a ja jedyne pełne buty jakie miałam (oprócz typowo do biegania, w tym tzw. kolców, których nie miałam zamiaru brać), to trampki i dwie pary "wyjściowych". W ostateczności mogłyby one mi wystarczyć, ale chciałam kupić jakieś adidasy, w których poszłabym także na sierpniową pielgrzymkę na Jasną Górę. 
Dlatego po powrocie do domu z pracy postanowiłam udać się na osiedlowy rynek, do jednego ze znajdujących się w nim sklepów, który był obuwniczy. Weszłam do niego i niemal od razu rzuciły mi się w oczy szare adidasy, które były zapinane na rzepy. A że bardzo trudno znaleźć takie na numer 37 - 38 (taki noszę, chociaż od biedy może być i 36...), postanowiłam je nabyć. 
Ponieważ było dosyć mało czasu do wyjazdu (zaledwie dwa dni) zdecydowałam się na większy model. 37 też byłby dobry, ale nie wiedziałam, czy zdążę je rozchodzić. 38 znowu są ciut za duże, z drugiej strony jednak przy wysiłku stopa puchnie, a przez to jest nadzieja, że szybko dopasowuje się do tego rozmiaru. Cieszą mnie te rzepy - niby potrafię sznurować buty, co przy czterokończynowym porażeniu mózgowym jest podobno niemałym wyczynem (sama nabyłam tą umiejętność dosyć późno, bo w wieku ok. 13 lat - wcześniej buty wiązali mi nawet nauczyciele), jednak mam nadzieję, że dzięki nim (tym rzepom) proces zapinania stanie się o wiele szybszy i sprawniejszy. 
Mam nadzieję, że posłużą mi one na dłuższy czas...

piątek, 14 lipca 2023

1644. Wszystko poszło zadziwiająco dobrze

W tym roku po raz drugi planuję pomagać przy organizacji Letniego Biegu Zbója, który jest jedną ze sztandarowych imprez biegowych w Bielsku - Białej. Po dwóch Zimowych edycjach i jednej Letniej jeszcze nie mają mnie dosyć, a nawet sami się mnie pytają, czy będę. Miłe to, nie powiem, że nie. Przynajmniej człowiek wie, że nawet z jego ślimaczym tempem działania, ktoś docenia jego zaangażowanie, dostrzega je. W przeciwnym razie raczej sami by go nie ścigali, ani po każdym kolejnym biegu nie zapraszali by mnie na następny. Już nawet mam spersonalizowaną koszulkę wolontariacką z napisem, a jakżeby inaczej, "Lolek". W sierpniu zadebiutuję w niej, bo jednak zimą, kiedy ją dostałam, to było trochę za zimno :). 
Ponieważ jest to wydarzenie dwudniowe, a ja planuję zaangażować się i w sobotę, i w niedzielę, musiałam zacząć powoli myśleć o jakimś noclegu. Rok temu myślał o tym Baca, kombinował z ludźmi i przekombinował, bo finalnie owszem, załatwił mi go u kogoś, ale nie powiedział mi o tym, a sama rozmowa zaginęła w gąszczu ogólnej konwersacji. Ja zaś nieświadoma wszystkiego zarezerwowałam sobie nocleg w Domu Turysty. Teraz postanowiłam najpierw ośmielić się i wysłać zapytanie na grupę, czy ktoś by mnie na tą jedną noc nie przygarnął, a dopiero potem (czyli właściwie już) poszukać jakiegoś noclegu na mieście.
Niemal natychmiast zgłosił się jeden z wolontariuszy, że mieszka tuż obok miasteczka biegowego, więc jeżeli chcę to mogę u niego przenocować. Co prawda nawet go nie kojarzę, ale skoro jest na konwersacji, to musi być w teamie. Sam wolontariat ma tyle sekcji, że praktycznie nie ma opcji, aby wszyscy wszystkich znali. Najważniejsze, żeby liderzy poszczególnych sekcji wiedzieli, kogo mają pod sobą. Zaraz potem napisał główny lider wolontariatu, zwany Rumcajsem, że jakby co to jest zamówiony domek kempingowy. No, ale skoro tamten chłopak już mi zaproponował nocleg, to nie będę już robiła zamieszania. Najwyżej za rok najpierw napiszę do Rumcajsa, czy nie ma jakiejś możliwości przenocowania ze strony organizatorów.
Będzie się działo. Spotkam się ze znajomymi poznanymi podczas innych tego typu imprez. Gdybym miała ich wymieniać, to pewnie wyszłaby nieprzyzwoicie długa lista. Każdy jest dla mnie w jakiś sposób ważny, każdy dał mi poczucie przynależności do większej grupy. Już nawet wypatrzyłam na liście startowej dziewczynę, którą znam z wolontariatów na Śląsku. A teraz biegnie maraton. Ale rok temu też biegła, tylko że na krótszym dystansie. Nawet osobiście gratulowałam jej na mecie, ciesząc się wraz z nią. Teraz trzeba to powtórzyć. I to koniecznie!
Hmm... a gdyby tak przy okazji iść w jakieś góry, porobić zdjęcia, a potem pokazać je Księdzu niosącemu światło, jednemu z największych pasjonatów zdobywania szczytów? Podejrzewam, że na takiej Blatni czy też Klimczoku już był, ale może by się ucieszył. Co prawda fotograf ze mnie żaden, jakaś namiastka górskich wędrówek by jednak była. Trzeba nad tym pomyśleć.

poniedziałek, 29 maja 2023

1599. Nadliczbowa ilość "studentów"

Zgodnie z przewidywaniami dzisiejsze zajęcia z historii wychowania zaliczyłam w wersji on-line w miejscu mojej pracy. Trochę to mało odpowiedzialne i w ogóle nie jestem zwolennikiem tego typu procederu, jednak to ma być jedyna tego typu sytuacja z tym przedmiotem. To zaś ma szansę się spełnić, ponieważ zostały nam jeszcze jedne zajęcia, a potem już tylko kolokwium zaliczeniowe. Same zajęcia mam z kolei tuż przed rozpoczęciem pracy, jednak dzisiaj prowadzący był na jakiejś konferencji (?), nie chciał przy tym abyśmy tracili kolejne godziny, zresztą i tak nie przerobiliśmy całego materiału (zdążyliśmy prześledzić ową historię do XVII wieku). Po trochu go rozumiem. Chyba też bym tak postąpiła na jego miejscu. 
Kiedy powiedziałam dzieciakom na świetlicy, że dzisiaj będę musiała trochę posiedzieć przy laptopie i proszę ich o chwilę spokoju, ponieważ mam wyjątkowo zajęcia uczelniane podczas pracy, najpierw zareagowały zdziwieniem i zaskoczeniem, a następnie wielu z nich również wyraziło chęć "wzięcia udziału" w owych zajęciach. Trochę mnie to zaskoczyło, ponieważ większość z nich nie radzi sobie z materiałem przewidzianym dla ich etapu rozwojowego, a tymczasem garną się do treści o dużo trudniejszym poziomie. No, ale skoro sami chcieli, to dlaczego miałabym im tego zabronić?
Przed samymi zajęciami miałam jeszcze około godziny czasu, który spędziłam już w pracy. Ponieważ przez ostatni tydzień byłam nieobecna w pracy, a właściwie wszyscy wiedzieli, że na pięć dni wyjeżdżam w ramach wizyty studyjnej za granicę, to poświęciłam ten okres głównie na podzielenie się z moimi dziećmi wrażeniami z tej podróży. Pomocne ku temu okazały się zdjęcia, którymi posiłkowałam się podczas opowieści. Trochę byli zaskoczeni tym, że na takim wyjeździe to głównie się uczy i to nie zawsze w języku polskim, ale znalazł się też czas na zwiedzanie. Nawet się mogę "pochwalić", że miałam w tym zwiedzaniu swoje "pięć minut", ale o tym kiedy indziej. Mam nadzieję, że moja opowieść okazała się dla nich motywacją do nauki, bo aby się załapać na ten wyjazd, to jednym z warunków była dobra średnia, a więc i systematyczna (w miarę możliwości) nauka.
O wyznaczonej przez wykładowcę godzinie zainteresowani zasiedli ze mną przed ekranem laptopa. Nie wiem co sobie pomyślał prowadzący widząc taką zgraję słuchaczy. W każdym razie, nie komentował (przynajmniej na głos). Zajęcia u niego wyglądają tak, że za każdym razem zadaje do przeczytania kilka-kilkanaście rozdziałów z nieśmiertelnej "Historii wychowania" autorstwa Stanisława Kota (nieśmiertelna jest książka, bo sam autor dawno już opuścił nasz ziemski padół) i na temat teoretycznie przeczytanej treści toczy się dyskusja, tudzież zadawane są pytania. Książkę (również w wersji pdf.) można mieć otwartą i z niej korzystać, ale kto ją zna ten wie, że warto orientować się co gdzie szukać. Co prawda nie rozumiem dlaczego za każdym razem z ponad 30-osobowej grupy odzywają się jedne i te same osoby, które można policzyć na palcach, ale dobra, to problem tych, którzy milczą.
Zajęcia on-line przebiegały w podobny sposób, a ich tematyka dotyczyła zwróceniu się teorii pedagogicznej ku realizmowi. Krytyka humanistycznej edukacji, poglądy Jana Komańskiego oraz Johna Locke i takie tam. Czyli coś na pierwszy rzut oka nudnego i niepotrzebnego dla dziecka w starszym wieku szkolnym. A jednak wiele dzieciaków słuchała tego wszystkiego z zaciekawieniem, a nawet zadawała pytania na poruszane tematy. Myślałam też, że szybko się znudzą, a tymczasem wielu z nich wytrwało do samego końca (zajęcia trwały 90 minut). Niektórzy nawet pomagali mi szukać informacji w książce. Zaskoczyli mnie swoją postawą w jak najbardziej pozytywny sposób.
Warunki były dosyć ekstremalne. Daleko im było do domowego zacisza znanego ze zdalnego nauczania podczas trwania narodowej kwarantanny. Teraz musiałam się wykazać podzielnością uwagi, bo jednak niektóre dzieci wybrały inne zajęcia i trzeba było mieć na uwadze ich bezpieczeństwo. Ale chyba się udało. I nawet zarobiłam kolejnego plusa za aktywność. I naprawdę miło było usłyszeć z ust wychowanka:
 - O rany, ale pani dużo wie!
W zasadzie to znowu tak dużo nie wiem. Jeszcze sporo się muszę nauczyć. Ale mam nadzieję, że to już nastąpi w uczelnianych ławkach i salach, a nie w miejscu pracy. To, tak jak pisałam, była wyjątkowa sytuacja i mam nadzieję, że szybko się ona nie powtórzy. 
Swoją drogą trzeba jakoś sprawdzić, czy dzieciaki zapamiętały coś z tych zajęć. Może jakieś kolokwium, skoro mówimy o wiedzy akademickiej?

poniedziałek, 22 maja 2023

1592. Nessum problema

Kiedy Ksiądz niosący Światło zaproponował mi pomoc przy organizacji wyjazdu młodych z naszego dekanatu na tegoroczną Lednicę, na usta ciągnęła mi się jedyna możliwa odpowiedź:
 - Nessum problema (oznacza to po włosku: żaden problem) - odpowiedziałam bez wahania, chociaż wiedziałam, że z powodu jego problemów zdrowotnych mogę chwilami zostać z tym całkowicie sama. A swoją drogą myślałby kto, że taki ze mnie poliglota. Z drugiej jednak strony, na któryś konsultacjach na wydziale Ksiądz, który będzie błogosławiony nauczył mnie przypadkowo kilku włoskich zwrotów (chociaż same konsultacje dotyczyły zupełnie czegoś innego). Wśród nich było też owe nessum problema, które ku uciesze innych stało się moim ulubionym zwrotem. 
Przez ostatnie dwa tygodnie byłam więc w różnych parafiach należących do tego samego dekanatu, aby zebrać zgłoszenia od chętnych. Wczoraj natomiast podrzuciłam księdzu do szpitala, w którym aktualnie przebywa, listę z dotychczasowymi zapisami. Szału nie ma, ale tragedii też nie. Lista nie jest zamknięta i jeszcze można się zapisywać, ale po kościach czuję, że kompletu do autokaru nie będzie. A to niestety regeneruje wyższe koszty wyjazdu jednostkowe. Dodatkowym problemem jest szalejąca inflacja i wszechobecna drożyzna, czyli coś, czego nie przeskoczy się, choćby się nie wiem jak chciało. Jednak po trzech latach przerwy spowodowanych pandemią koronawirusa oraz jakimś dekanatowym zastojem postanowiliśmy z księdzem, że w tym roku jedziemy, choćby miał się na te dwa dni wypisać z oddziału na własne życzenie. Na to jednak nie pozwolę, głównie ze względu na własne sumienie. Myślę, że w razie czego będę potrafiła sama wszystko ogarnąć, łącznie z ubezpieczeniem wszystkich.
Trochę porozmawiałam z księdzem nie tylko o jego zdrowiu, ale też o moich planach na najbliższy czas. Chociaż starałam się, aby to ostatnie nie zdominowało całej naszej rozmowy. Bardzo wypytywał o nasz studencki projekt badawczy, o pracę licencjacką, o to, jak mi się podoba w pracy. Jak wiecie, raczej jestem osobą, pozytywnie nastawioną do życia, toteż moje wypowiedzi raczej miały taki charakter. Owszem, czasem jest ciężko, ale też nikt nie obiecywał nieba bez chmur, prawda?

wtorek, 18 kwietnia 2023

1562. Kartki wielkanocne - tradycyjne lub nie

Powoli zaczynają spływać do mnie informacje od tych blogerów, do których dotarły moje skromne kartki z życzeniami. Co prawda nie od wszystkich, ale wierzę i liczę w moc Poczty Polskiej. Inna sprawa, że wysłałam je na ostatnią chwilę... Ale i tak cieszę się, że docierają. A jeżeli jeszcze pomyślę, że na czyjejś twarzy chociaż przez chwilę zagościł z tego powodu uśmiech, to moja radość jest jeszcze większa.
Do wielu osób wysłałam życzenia i "kartkę" za pośrednictwem meila. Już raz tak zrobiłam - na początku pandemii koronawirusa w ten sposób przekazałam wielu moim czytelnikom również życzenia wielkanocne. Chociaż nie spodziewałam się po tym wiele, to odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. 
Postanowiłam ponowić ten eksperyment w stosunku do tych, których poczytuję. Niestety, w stosunku do wszystkich to się nie udało, ponieważ też nie wszyscy ujawnili swoje adresy meilowe (tym pozostało przekazanie życzeń w najprostszej formie, czyli przez komentarz na blogu). Ale dla tych co mieli gdzieś tam go zamieszczonego to nie szkodziło spróbować i wysłać. Tym razem było ciut łatwiej, również pod względem technicznym. Za każdym razem z drżeniem serca wysyłałam taką "kartkę", i z równie dużym drżeniem serca odbierałam odpowiedzi zwrotne. Na moich ustach za każdym razem pojawiał się uśmiech.
Wielokrotnie już pisałam, że kiedy w 2005 roku zaczynałam moją przygodę z blogowaniem, nikomu, a już na pewno nie kilkorgu zbzikowanym na punkcie jednego artysty nastolatkom, nawet się nie śniło, aby przesyłać życzenia świąteczne w innej formie niż przez bloga. To myślenie zmieniło się dopiero tutaj. Dlatego zamiast narzekać, że znowu wysłałam o wiele więcej kartek niż dostałam, wolę cieszyć się z tych trzech, które otrzymałam. Trzy to zawsze więcej niż zero. No i oczywiście autentycznie cieszę się ze wszystkich życzeń, które otrzymałam na blogu.
Jednocześnie poszukuję różnych rozwiązań. Na przykład co, jeżeli czegoś nie da się zrobić w tradycyjnej formie - nie mogę wysłać tradycyjnej kartki, bo nie mam funduszy/adresu/możliwości? Ok., szukam rozwiązania, jak to zrobić bez tego. A e-meil wydaje się całkiem rozsądną alternatywą. To prawda, że to nie to samo, co tradycja, ale trzeba sobie jakoś radzić. Odbiorca wiadomości natomiast może sobie taką kartkę np. wydrukować (jak przeczytałam to w kilku wiadomościach, to aż mi się oczy zaświeciły). Czyli, jakby nie patrzeć, i tak będzie mieć fizyczną wersję. 

niedziela, 18 grudnia 2022

1505. Niespodziewane zadanie

Działalność Oratorium powoli nabiera tempa i kolorów. Coś się dzieje, mamy na coś wpływ. W piątkowe wieczory spotykamy się z młodzieżą z klas siódmych i ósmych klas podstawowych, w sobotnie przedpołudnie - z dziećmi z pierwszych sześciu klas podstawówki. Wczoraj, chociaż frekwencja była stosunkowo niska, dekorowaliśmy pierniczki, które tydzień wcześniej zostały upieczone. W tym czasie męska część animatorów odśnieżała podjazd przed Domem Młodzieżowym. A po posiłku złożonym z pizzy, dzieciaki grały sobie w gry telewizyjne. My zaś sprzątaliśmy pomieszczenia. Co prawda teraz czeka nas miesięczne rozstanie, najpierw z powodu przerwy świątecznej, a następnie dorocznej wizyty duszpasterskiej, wracamy jednak już w lutym do stałych zajęć.
Dzisiaj na Mszy świętej o godzinie 10:00 swoje imieniny świętował nasz formalny opiekun. Jeszcze w tygodniu Pani Dyrygent zapytała mnie i jeszcze jedną animatorkę, czy ktoś z Oratorium idzie do niego z życzeniami. Tak sobie pomyślałam, że skoro nas reaktywowali i skoro ksiądz wikary młodszy jest jakby za to wszystko odpowiedzialny od strony strony duchowej, to dobrze by było złożyć mu od nas życzenia. Wstępnie powiedziałam, że mogę coś tam skrobnąć. Wczoraj rozmawiałam o tym z animatorką, z którą najdłużej jesteśmy stażem i nawet się ucieszyła, że ktoś ją odciąży od pisania życzeń. Do przeczytania ich i wręczenia prezentu wyznaczyliśmy jedną dziewczynkę.
Wszystko raczej mieliśmy doplanowane. Ania miała o 8:00 rano podrzucić torebkę z książką, ja miałam przed Mszą podłożyć kartkę z tekstem życzeń na podkładkę, a Jula miała zejść i w odpowiednim momencie przeczytać je i wręczyć prezent księdzu. Traf jednak chciał, że o ile napisałam całkiem zgrabne życzenia w młodzieżowym stylu (przynajmniej tak mi się wydaje), o tyle cały miniony wieczór i dzisiejszy poranek walczyłam z komputerem stacjonarnym, który wyłączyłam w momencie, gdy znajdował się w trybie hibernacji. A więc brawo ja! Tym bardziej, że potem nie dało się go tak normalnie włączyć. Jeszcze próbowałam na szybko połączyć drukarkę bezpośrednio do laptopa, na którym miałam wszystko napisane*. Myślicie, że sterowniki chciały się zainstalować. Gdzie tam, jeszcze MicrosoftWord sam mi się z tego wszystkiego zamknął i za nic nie chciał na nowo otworzyć. No jakiś sądny dzień. Jeden nie działa, drugi nie współpracuje. A czas leci. 
W końcu skapitulowałam. No trudno, najwyżej mogłam wyjść na niesłowną osobę. Ale nie mogłam już dłużej się bawić w kotka i myszkę, jeżeli chciałam zdążyć na Mszę. Pobiegłam, zdążyłam. Na miejscu okazało się, że Juli jednak nie ma. Teoretycznie jeden problem się rozwiązał. Jednak ktoś musiał iść, przynajmniej wręczyć wikaremu młodszemu książkę. Połowa animatorek będących jednocześnie scholankami, poszła z życzeniami od scholi. Jak myślicie, komu przypadło iść w imieniu Oratorium? 
Nie poszłam sama, bo jeszcze jedna scholanko - animatorka była wolna i poszła ze mną. Po drodze usłyszałam pytanie: to kto składa mu życzenia, ty czy ja? No, z jednej strony jeszcze nigdy tak oficjalnie nie składałam nikomu życzeń, a z drugiej... Powiedzmy sobie szczerze - druga taka okazja może już się nie powtórzyć. Poza tym mniej więcej wiedziałam, co napisałam mu w życzeniach, nie byłaby to więc totalna improwizacja. "Ja mogę mówić" - wyrwało mi się bezwiednie.
W głowie szumiało mi jedno zdanie wypowiedziane przez księdza, który będzie błogosławiony: "Ma być pani jak Amos". "Pasterzem?" - zdziwiłam się wtedy, przypominając sobie historię biblijnego Amosa. Odpowiedział mi śmiech. Długi, ale jakże serdeczny śmiech, bez cienia szyderstwa. "Nie, kimś silnym wewnętrznie, chociaż na pierwszy rzut oka mogłoby się coś innego wydawać" - wyjaśnił. Kiedy dostałam mikrofon wiedziałam, że już nie ma odwrotu. Jak Amos... Najpierw przeczytałam to, co było napisane w dedykacji w książce, a potem, potem mnie poniosło na maksa. 
Nie wiem, ile zrozumiał z mojej paplaninie. Być może nic. Nie dał jednak tego po sobie poznać. A może zrozumiał... Mam wrażenie, że on mnie rozumie. A przynajmniej stara się. Wbrew pozorom to już dużo. Potem jak gdyby nigdy nic dałam mikrofon następnemu przedstawicielowi i podeszłam z Paulą do księdza. Jeszcze tylko uścisk dłoni, wymiana uśmiechów i można było wracać na chór. 
Z jednej strony czułam tremę, tym bardziej, że ten dzień zaczął się dosyć nerwowo (na szczęście potem już na spokojnie uruchomiłam normalnie ten komputer stacjonarny), a z drugiej czułam jakąś taką wewnętrzną radość i satysfakcję, że wszystko się względnie udało. Tym bardziej, że kiedy stanęłam przy mikrofonie i spojrzałam na Panią Dyrygent, to ona po prostu uniosła kciuk do góry. Tylko trochę szkoda, że na wszystko musiałam czekać. I że po Mszy zrobiła próbę śpiewu kolęd, bo chciałam iść na zakrystię zapytać się księży, czy mogę w ostatni dzień rorat iść i przeczytać pierwsze czytanie. Co prawda moja jedyna karta przetargowa jest taka, że ksiądz, który będzie błogosławiony pozwolił mi po dwóch dniach znajomości przeczytać mi lekcję na Mszy świętej. Jaką musiał on mieć we mnie wiarę i w moje możliwości**. Ale z drugiej strony - może warto by było, aby takie małe cuda działy się nie tylko w Nazarecie... W końcu nie ma cudów bez wiary, nawet takiej małej.
Wchodzimy w ostatnią fazę adwentu - ostatnie roraty, na których będę mogła wykazać się umiejętnością obsługi konsoli muzycznej regulującej nagłośnienie na chórze. Mam nadzieję, że niczego nie sknocę, bo inaczej w życiu się proboszczowi nie wypłacę...

* Można powiedzieć, że laptop jest dla mnie substytutem zeszytu i przyborów do pisania. To na nim mam wszystkie notatki z wykładów, ćwiczeń, to na nim piszę wszystkie prace zaliczeniowe. Nie robię tego z wygody - przy atetozie to jedyna szansa na w miarę sprawne i czytelne pisanie. Kiedy muszę coś wydrukować (nie za bardzo lubię uczyć się z monitora), zgrywam plik na pendrive i drukuję z komputera stacjonarnego, do którego mam podpiętą drukarkę (a kolokwia drukuję w dziekanacie).
** I dlatego będzie błogosławionym - bo uwierzył, że mu przeczytam, chociaż nigdy nie słyszał, jak to robię

czwartek, 23 grudnia 2021

1378. Święta pod znakiem nadziei

Listopadowa niedyspozycyjność wybiła mnie z rytmu na wielu polach mojej aktywności. Jednym z nich były studia. Co prawda większość wykładowców bez szemrania usprawiedliwiła mi ponadlimitową absencję na zajęciach na podstawie zwolnienia lekarskiego. Tylko z jednym księdzem profesorem miałam problem - stwierdził, że jego nic to nie obchodzi, że wtedy byłam chora, że mam zwolnienie lekarskie, że wyraziłam chęć nadrobienia zaległości. Przekroczyłam limit nieobecności o dwa, więc on mnie nie dopuszcza do zaliczenia i albo załatwię sobie warunek, albo mówimy sobie i uczelni "goodbye". A że nie jestem osobą, która wzbudza awantury, pogodziłam się z faktem, że będę musiała złożyć podanie o powtarzanie przedmiotu, a następnie zapłacić za ten fakt.
Nie uważałam tego za zbyt sprawiedliwe, zwłaszcza w czasie, kiedy trwa pandemia i rektor sam prosił, aby osoby z objawami infekcji pozostawały w domu. Tylko, że jednocześnie okazało się, że nie wszyscy wykładowcy uznają  zwolnienia lekarskie z tego powodu. Sytuacja iście patowa. Zastanawiałam się nawet, co by było w przypadku, kiedy ktoś w grupie zachorowałby na koronawirusa i ze strachu przed takimi sytuacjami przychodziłby chory na zajęcia. Albo gdyby okres jego rekonwalescencji przedłużałby się? To co wtedy? Też by nie otrzymał szansy na zaliczenie? Tym bardziej, że spora część z nas dojeżdża komunikacją zbiorową. A tam wiadomo, jeden ma maseczkę, drugi nie. Warunki do zarażenia wręcz idealne. Czemu nie jest to brane pod uwagę?
Nie wiem jak to się stało, ale wieść o moich problemach doszła do wydziałowego opiekuna osób niepełnosprawnych, którym jest jedna z moich wykładowczyń - Gessler*. To znaczy ja od początku mówiłam przewodniczącej Wydziałowej Rady Studentów, do której odesłał mnie po "radę" wykładowca, ale ona stwierdziła, że regulamin uczelniany mówi, że nie ma w moim przypadku już żadnego ratunku. No tak, ale chyba nie wiedziała o prawach, jakie przysługują osobom z orzeczeniem o niepełnosprawności. Nawet na początku semestru Gesslerowa napisała mi, że gdybym miała jakieś problemy, np. z obecnościami, to mogę do niej śmiało się zgłosić, to będziemy działać. W poprzednim semestrze zaplusowałam u niej tak, że jako jedyna dostałam u niej 5 na koniec przedmiotu. Wiedziała więc, że nie jestem taka głupia, na jaką mogę wyglądać. Postanowiła więc działać. Nie wiem jak tego dokonała, ale udało jej się i usprawiedliwić mi te dwie nieobecności, i ustaliła, że po świętach zaliczam zaległe kolokwium zaliczeniowe(wszyscy inni pisali je z 2 tygodnie temu).
Teraz muszę tylko przyswoić sobie materiał z zajęć, ale nie jest tego zbytnio dużo, więc dam radę. Zresztą, nie taką ilość informacji trzeba było w życiu ogarnąć. I wiecie to, tak jakoś nabrałam jeszcze większej motywacji do nauki. Ponownie pojawiła się we mnie nadzieja, że wszystko będzie dobrze i jakoś się to wszystko ułoży. No i przekonałam się, że nie taka Gessler straszna, jak ją malują.

Matka-nadzieja
Gdy wszystko idzie nie tak,
ona jedna zostaje.
Schowana niczym talizman,
w kieszeni na egzaminie.
Wyczekiwana, wyglądana,
puka w bezsens dni naszych.
Chce nas objąć,
niczym kochająca matka
swoje nieporadne dziecko.
I pyta cichutko:
"Człowieku, 
czy jeszcze mnie potrzebujesz?
Bo jestem tuż obok,
tylko mnie nie chowaj 
do kufra z kilkoma kluczami".

* Gessler to oczywiście pseudonim, zresztą nie przeze mnie wymyślony. Raczej bym tutaj nie wrzucała prawdziwych danych :).

piątek, 6 sierpnia 2021

1328. Nie trzeba jechać do Tokio aby być na sportowych mistrzostwach

Dosyć nietypowo wypadł tegoroczny finał Paralekkoatletycznego Grand Prix Polski w Sieradzu, bo w dniach od 2 do 4 sierpnia. Zazwyczaj wszelkie tego typu imprezy sportowe odbywają się od piątku do niedzieli, na potrzeby Mistrzostw Polski niejednokrotnie wydłużane są o czwartek. A opcja poniedziałek - środa wprowadza nieco dysharmonii. Bo kiedy ktoś pyta się zawodników, kiedy startują, to oni automatycznie podają termin w wersji standardowej, czyli piątek-niedziela. Dopiero potem człowiek zastanawia się i stwierdza, że coś mu jednak nie gra. I wtedy dochodzi do właściwego dnia tygodnia.

Jeszcze na ostatnim treningu usłyszeliśmy od Trenera, że na pewno zorganizuje nam busa, który dowiezie nas na miejsce. Ucieszyłyśmy się z tego faktu, mając jeszcze w pamięci zeszłoroczny dojazd na Pierwszą Rundę Grand Prix. W sumie to gdyby ekipa z Cieszyna nie zgodziła się nas zabrać ze sobą ich autami, to byłoby ciekawie. Co prawda Sieradz nie leży na końcu świata, ale prawie w centrum naszego kraju, jednak dostać się do niego to prawdziwa sztuka. Dlatego perspektywa zorganizowanego dojazdu była świetnym pomysłem. Z nadzieją czekaliśmy na informacje od Trenera odnośnie tego, skąd i o której jedziemy. Nadeszła niedziela, piszę do Młodszej SMSa, czy Trener kontaktował się z nią w sprawie wyjazdu, odpisała mi, że nie. Piszę do Trenera z prośbą o informacje odnośnie wyjazdu. Po chwili doczekałam się odpowiedzi, że nie załatwił nam przejazdu!!! Wspaniale, że nas o tym poinformował. Był dzień do wyjazdu, my nawet nie mieliśmy zarezerwowanych biletów na transport publiczny. Gdyby Trener raczył nam wcześniej powiedzieć, że nie mamy tego busa, wszystko byśmy wcześniej sobie ogarnęły. Szybko zadzwoniłam do mamy Gaciocha z pytaniem, czy można się z nimi jakoś zabrać. Ona też była zdziwiona, była bowiem przekonana, że jedziemy same transportem publicznym... Czeski film... Na szczęście udało mi się załatwić, że zabierze zarówno mnie, jak i Młodszą ze sobą oraz przywiezie nas ze sobą.

Same zawody zaliczam raczej na plus. Co prawda ukończyłam bieg z wynikiem 26,40 sekund, jednak biegłam z całkowicie zdartymi kolanami. Kiedy ktoś pytał mi się co mi się stało, odpowiadałam, że po prostu chciałam oznaczyć moim DNA nowy Dworzec Autobusowy w Katowicach. Patrzyli na mnie jak na idiotę, no ale trudno, przynajmniej mam do siebie dystans. Następnym razem będzie lepiej. 

A ponieważ nasz finał nałożył się na LOI w Tokio, to konferansjer komentował zarówno nasze, jak i polskiej reprezentacji wyczyny. Dzięki temu byliśmy na bieżąco z tym co się działo za przysłowiową Wielką Wodą. Wiedzieliśmy niemal od razu, że Anita Włodarczyk i Malwina Kopron staną na podium w konkurencji rzut młotem kobiet oraz że polska reprezentacja w siatkówce wygrywa pierwszy set w ćwierćfinale. Wspaniale się to wszystko zapowiadało, niestety, wyszło jak wyszło.

Wracając jednak do naszych Mistrzostw Paralekkoatletycznych, to planuję przeklasyfikować się. Dalej chcę biegać, rzecz jasna, ale w RR. Myślałam już o tym rok temu, ale Trener stwierdził, że "jestem za sprawna". Tymczasem, kiedy przełamałam obawy i poszłam do klasyfikatora kadry z pytaniem, czy kwalifikuję się pod tą konkurencję*, powiedział że przy czterokończynowym porażeniu mózgowym + zaburzeniami równowagi jak najbardziej. Tylko klub musi mnie do niej oficjalnie zgłosić. Rozmawiałam też z koleżanką z podobnym schorzeniem i stwierdziła, że dla mnie mimo wszystko RR byłoby najlepsze. To stosunkowo nowa dyscyplina sportowa, szkolenia i treningi prowadzone są przez dwa kluby zupełnie ode mnie oddalone, jednak znalazłam za przysłowiową miedzą chłopaka, który to trenuje. Napisałam do jego mamy meila z kilkoma pytaniami odnośnie spraw organizacyjnych. Może się uda. A jak się uda to drżyjcie wszyscy. Może jeszcze uda mi się załapać na Paraolimpiadę w Paryżu? Pomarzyć można...

*Jadąc na Mistrzostwa rozmawiałam o tym z Młodszą, która stwierdziła, że z moimi zdartymi kolanami i dłońmi przyjmą mnie na nią jak nic...

poniedziałek, 24 maja 2021

1302. Jak zostałam kierownikiem ekipy

Zauważyłam, że w ostatnim czasie modne stało się słowo "Ekipa". Kto wie, być może zostanie słowem roku, tak samo jak słynny "dzban", albo "jesieniara". Pomijając jednak wszelkie dywagacje dotyczące tego terminu powiem Wam, że w ostatni weekend zostałam kierownikiem pewnej ekipy. Daleko jej jednak było do tej, którą znamy z mediów - to była trzyosobowa ekipa lekkoatletów reprezentująca nasz klub sportowy.
W związku z tym, że na zawody nie jechał ani trener, ani Mama Gaciocha, kogoś trzeba było ustanowić kierownikiem, który zapanowałby nad dokumentacją. Młodsza jest roztrzepana jak jajko na omlety, Misiek niedowidzi. Drogą eliminacji padło na mnie. No, skoro nie było innych kandydatów, to w ostateczności mogłam być ja. W końcu cała dokumentacja do wypełnienia przyszło też na moją pocztę internetową, wystarczyło je wydrukować i powypisywać, co zresztą zrobiłam dzień przed wyjazdem. I jeszcze wydrukowałam dodatkowe RODA i oświadczenia COVID. Jakoś nie wierzyłam, że Młodsza to zrobi, a i co do Miśka, wolałam mieć jakieś wyjście awaryjne. Misiek na szczęście miał wydrukowane i wypisane świstki, a Młodsza powypisywała je w hotelu, więc jakoś wybrnęliśmy z opresji. Wystarczyło tylko oddać wszystko w Biurze Zawodów i odebrać talony na jedzenie. A wcześniej, w hotelu podczas meldunku(hotel był załatwiony przez organizatora zawodów, kto tak naprawdę za niego płacił - nie mam pojęcia, w każdym razie po podaniu nazwiska i klubu sportowego dostawało się klucz do pokoju), odebrać teczkę z numerami startowymi i informacjami na temat imprezy.
Droga do Szczecina upłynęła mi w miarę spokojnie. Pociąg odjeżdżał o 6:24 z Katowic, więc ubiegły piątek zaczął się dla mnie naprawdę wcześnie(tuż po 4). Podróż minęła mi nieźle - trochę spałam, trochę poczytałam książki, trochę porozmawiałam z miłymi staruszkami siedzącymi w tym samym przedziale. A zaczęło się od odpowiedzi na pytanie jednej z nich, co to za rośliny za oknem. Odważyłam się i powiedziałam jej, że to rzepak. Po chwili rozmawialiśmy jak stare znajome.
Do miasta mojego przeznaczenia dotarłam tuż po 13:30. Na szczęście nie był to mój pierwszy pobyt w mieście i już mniej więcej wiedziałam, gdzie powinnam się udać. Wsiadłam w odpowiedni tramwaj i podjechałam do hotelu, w którym mieliśmy noclegi. Tam się zameldowałam, po czym udałam do pokoju. Szczerze powiedziawszy to byłam tak padnięta, że niemal natychmiast zasnęłam(no dobrze, obejrzałam jeszcze "Krzyżówka. Gra słów"). Spałam tak może z dwie godziny. W każdym razie kiedy się obudziłam zaczynał się już "Va bank" na TVP2. A wkrótce dotarła też i Młodsza, z którą dzieliłam pokój. I chociaż lada chwila miała być kolacja, to Młodsza wolała akurat iść na kebaba(znowu) i jeszcze mnie wyciągnąć. O nie, takie jedzenie jest nie dla mnie. I chociaż w hotelu nie popisali się z obiadokolacją(rozumiem, pandemia, ale serwowanie do pokoju zimnych - ciepłych dań jest lekkim przegięciem), to jednak wolałam nią, niż tureckie jedzenie.
Zawody odbywały się w sobotę i w niedzielę. Mój start był w sobotę po południu. Na stadion pojechałam z rana razem z Młodszą. Wzięłam ze sobą teczkę z dokumentami, aby ją oddać w biurze zawodów. Młodsza stwierdziła, że mogę ją przekazać po 12, ja jednak nie chciałam czekać i zrobiłam to niemal od razu. A potem poszłam na trybuny, poobserwować, jak Młodsza radzi sobie z pchnięciem kulą. Akurat jej konkurencja skończyła się przed tym, jak ja musiałam się odhaczyć na liście obecności, toteż widziałam ją całą. Nie licząc jednego spalonego rzutu, to poszło jej raczej średnio. Uznajmy, że to nie był jej dzień. Mnie też poszło gorzej niż w Bydgoszczy - uzyskałam wynik 25,25 przy biegu pod wiatr -3,3. Według Trenera jak na te warunki to całkiem niezły wynik. Ale ja wiem, że gdyby nie wiatr to pobiegłabym szybciej.
Po biegu szybko wysłałam wynik do Trenera(teraz wiem, że to bez sensu, bo od kiedy mam wyrobioną licencję PZLA wyniki automatycznie pojawiają się na konkretnej stronie internetowej) i poszłam szukać Młodszej, która miała talony na całkiem smaczny obiad. Co ciekawe, ja poszłam po nasze dwa zestawy, a Młodsza poszła po pakiet dla swojej koleżanki(nasi znajomi pukali się w głowę, że to ona raczej powinna przynieść wszystkie trzy, a na pewno dwa, obiady). A potem jeszcze gdzieś zniknęła. Ja naprawdę czasami nie mam do niej siły. Ale podobno jest dorosła, nie jest ubezwłasnowolniona, niech więc chodzi z kim, kiedy i dokąd chce. 
Zjadłam swój obiad i udałam się w drogę powrotną do hotelu w nadziei, że tym razem Młodsza nic nie narozrabia, a przede wszystkim - że nie spóźni się z potwierdzeniem swojej obecności na rzucie dyskiem. Na miejscu trochę odpoczęłam, a przy okazji sprawdziłam sobie, gdzie w okolicy jest jakaś świątynia. Wiedziałam, że nazajutrz może mi się nie udać iść na Mszę świętą, a przecież wieczorna sobotnia Msza liczy się już jako niedzielna. Szybko odkryłam, że całkiem niedaleko jest starówka z katedrą, toteż postanowiłam, że udam się właśnie tam. Wzięłam nawet aparat fotograficzny w nadziei, że po nabożeństwie porobię kilka pamiątkowych zdjęć, chociażby zewnętrznej części kościoła oraz samej starówki.
Brama Królewska, którą mijałam w drodze na szczecińską starówkę
Szczecińska Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza

Marzenie ściętej głowy! Jeszcze pod koniec Mszy świętej zadzwonił mi telefon(spokojnie, miałam wyciszony dzwonek). Automatycznie domyśliłam się, że to Młodsza, a przez głowę mi przeleciało, że pewnie nie ma karty otwierającej drzwi do pokoju. Po wyjściu z kościoła moje przypuszczenia się sprawdziły - to była Młodsza. Już nie traciłam czasu na oddzwanianie do niej, tylko od razu szybszym krokiem ruszyłam w stronę hotelu. Po mniej więcej kwadransie byłam na miejscu. Okazało się że Młodsza jest już w pokoju, bo jednak miała ze sobą swoją kartę, a dzwoniła tylko po to, aby się dowiedzieć, czy pójdę z nią do sklepu po pewne rzeczy. W sumie i tak miałam w planie drobne zakupu przed drogą powrotną(wszak czekało mnie przynajmniej 7 godzin w pociągu), więc z nią poszłam. A potem spędziłam z nią i z Miśkiem wieczór w hotelowym pokoju. Chyba jednak wolałabym zwiedzać starówkę...
Nazajutrz wstałam po 7:00 rano - Młodsza jeszcze przewracała się na drugi bok. Dopakowałam swoje rzeczy do torby i czekałam na śniadanie, które dostarczono nam przed 8. Szału nie było, ale dało się zjeść(zaczynam się zastanawiać co je Młodsza w domu, skoro aż tak kręciła nosem np. na ciemne pieczywo). Moja współlokatorka wyszła z pokoju po 8, ponieważ o 10:04 rozpoczynał się jej rzut oszczepem. A chwilę po niej startował Misiek w biegu na 5 000 m. Niestety, ponieważ o 10:02 miałam pociąg do Poznania(gdzie miałam przesiadkę na pociąg, do Katowic), nie mogłam im towarzyszyć. 
Jeszcze przed opuszczeniem pokoju zadzwoniła do mnie Młodsza z zapytaniem, czy nie mogłabym sprawdzić, czy gdzieś nie zostały jej słuchawki. Hmm... słuchawek nie znalazłam, ale jej skarpety już tak. Nie no, ona kiedyś głowę zgubi, zobaczycie.
Gdybym nie miała torby z ubraniami, poszłabym na nogach na pociąg, zahaczając o starówkę i skradając chociaż 3-4 zdjęcia. A tak musiałam jechać na dworzec PKP tramwajem. Na miejscu pożegnał mnie pomnik kolejarza.

Pociąg odjechał punktualnie o 10:02, jednak po drodze nabył 18-minutowe opóźnienie. Mój problem polegał zaś na tym, że w Poznaniu musiałam przesiąść się do pociągu jadącego do Katowic, a miałam na to zaledwie... 4 minuty. W pociągu chyba popsuło się nagłośnienie, bo co prawda coś tam trzeszczało w głośnikach, jednak nie sposób było rozróżnić poszczególnych słów. Ja zaś pierwszy raz jechałam pociągiem tej relacji i nie miałam pojęcia, jak długo trwa przejazd z przysłowiowej stacji A do stacji B. Jednak kiedy na korytarzu zobaczyłam informację o opóźnieniu, to trochę mnie to zdenerwowało. Jasne, mogłam iść do konduktora, żeby wstrzymał kolejny pociąg, ale z drugiej strony nie wiedziałam, kiedy w ogóle dojadę na miejsce. W końcu zdecydowałam, że w Poznaniu anuluję ten bilet, który miałam, a po prostu kupię bilet na kolejny pociąg. 
Tak też zrobiłam - zaraz po opuszczeniu pojazdu w stolicy Wielkopolski udałam się do kasy. Kasjerka nie tyle całkowicie anulowała mi ten przejazd, ile przebukowała bilet na późniejszą godzinę. Tak wyszło taniej, za wszystko zapłaciłam zaledwie 1 złotówkę. Kolejny pociąg miałam za około 1,5 godziny, spędziłam ten czas w poczekalni pogrążona w dalszej lekturze książki(Basiu W., dziękuję za przysłanie mi ciekawej pozycji, która skutecznie umiliła mi czas spędzony w podróży :)). Oczywiście, pilnowałam się, aby nie przegapić pociągu, bo to już byłaby jakaś katastrofa. Na szczęście do niczego takiego nie doszło, a ja już po 15:40 na nowo siedziałam w jednym z wagonów.
Monotonny ruch pociągu wkrótce ukołysał mnie do snu. Nie trwało to jednak długo, ponieważ jeden ze współpodróżujących oglądał na swoim smartfonie jakiś mecz na głośniku, w dodatku komentowany po rosyjsku. Jakby nie mógł na słuchawkach... Na szczęście to jedyna niedogodność. Zresztą, jak tu narzekać na coś, kiedy Górny Śląsk powitał mnie cudowną tęczą.

Do domu wróciłam po 21., nie tak znów późno, jak się mogłoby wydawać. Następne zawody dopiero w czerwcu, więc można chociaż trochę odpocząć(i nadrobić blogowe zaległości).

środa, 12 maja 2021

1297. Kolejna góra zdobyta?

Kiedy wprowadziłam się na swoje mieszkanie, większość czynności związanych ze sprzątaniem nie była dla mnie tajemnicą. Akurat w rodzinnym domu miałam też swoje obowiązki, które wykonywałam z prawdziwą radością. Nawet nie wiecie jaka to była dla mnie przyjemność, pomóc rodzicom mimo wszystko. A potem niespodziewanie zaprocentowało to w samodzielnym życiu.
Mycie podłóg? Oczywiście! Czyszczenie kuchni? Pestka! Mycie naczyń? Tuwimowa fraszka-igraszka! Ścieranie kurzy? No przecież! Prasowanie? Każda ilość! Nawet umycie łazienki nie stanowiło dla mnie większego problemu. Moje mieszkanie to muszę o nie dbać, czyż nie? Jedyne do czego nie mogłam się przekonać to do mycia okien i zmiany firanek. Po prostu przerastało mnie to zajęcie. Do dzisiaj.
Zazwyczaj tą czynność wykonywał za mnie ktoś z najbliższej rodziny. Jednak ostatni raz moje okna były myte jakieś... 1,5 roku temu. Od tego czasu nie mogę się doprosić, aby ktoś do mnie przyszedł i je przetarł. Szyby wyglądały koszmarnie z szarym nalotem, w ramach zgromadził się obrzydliwy czarny kurz. Czarę goryczy przelał fakt, że obiecali mi umyć je w ubiegły weekend, kiedy byłam na zawodach w Słubicach. Dlaczego nikt tego nie zrobił? Nie mam pojęcia. Ale zrobiło mi się przykro - jak zwykle obiecali i nie dotrzymali tej obietnicy. Której z kolei? Trudno zliczyć. Dobrze, że chociaż Pusię nakarmili. Nie, to nie tak, że narzekam na rodziców, bo mam ich dobrych, bardziej na ich brak słowności.
Byłam zła i rozgoryczona. Być może ktoś by sobie przypomniał o moich oknach w ten weekend(akurat jadę na 4 dni, od jutra do niedzieli, na Mistrzostwa Polski do Bydgoszczy), ale ja już naprawdę nie mam siły już czekać na coś do nie wiadomo kiedy. Wzięłam więc sprawy w moje ręce i... sama je umyłam. Zajęło mi to może z 30 minut(a w tle leciał wykład na temat psychoanalizy Freuda). Długo? Krótko? Nie mnie to oceniać. Fakt, nie myłam ramy okiennej od zewnątrz, bo to by się źle dla mnie skończyło(myślicie, że upadek z 3 piętra na chodnik jest bardzo bolesny? - ale to też powód dla którego dotąd nie odważyłam się tego zrobić, jak już kilkakrotnie wspomniałam - moją równowagę na trzeźwo można porównać do równowagi kogoś po kilku piwach, zwłaszcza kiedy stoję na "niepewnym podłożu", a parapet, wbrew pozorom, taki dla mnie jest), ale szyby i ich obramowania, jak również tą część okna od mieszkania już tak.
I wiecie co? Mam to gdzieś, że na szybach widać fugi i zacieki(na treningu mama Gaciocha uświadomiła mi, że mycie okien w bardzo słoneczny dzień nie jest dobrym pomysłem). Mam to gdzieś, że zrobiłam to nieidealnie. Jestem wręcz szczęśliwa, że to zrobiłam mimo swoich ograniczeń. Mimo tych wszystkich "niepowodzeń"(tak, wiem, nie jest to idealne określenie) przez okno od razu wpada więcej światła. Być może widzę tylko to, co chcę widzieć. Ale jakże to jest piękny widok!

sobota, 17 kwietnia 2021

1287. Co nas nie zabije, to nas wzmocni

"Lolek, jak będziesz miała czas, to zadzwoń do mnie pod numer..."

Kiedy kilka dni temu dostałam powyższą wiadomość od znajomej, z jednej strony byłam zdziwiona, a z drugiej, ucieszona. Zdziwiona, bo nasz kontakt urwał się z niewyjaśnionego powodu wiele lat temu(zmieniła numer telefonu, a jak pisałam do niej na facebooku, nie było odzewu, w końcu uznałam, że po prostu chciała zerwać ze mną kontakt). Dlatego ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam od niej wiadomość. Szybko wybrałam wskazany przez nią numer i od słowa do słowa umówiłyśmy się na spotkanie na dzisiejszy dzień. Wiedziałam gdzie Halka mieszka, niegdyś odwiedzałam ją regularnie. Dlatego byłam szczerze zaskoczona, kiedy oznajmiła mi, że mieszka gdzieś indziej, w dodatku sama.
W sumie nie powinno być zaskoczeniem, że ktoś w wieku powyżej 30 lat wyprowadza się z domu. Nic nowego, prawda? Ale kiedy wyprowadza się osoba niepełnosprawna, to już jest coś. Co prawda sama wyprowadziłam się "na swoje" już w 2012 roku, jednak niepełnosprawność moja, a niepełnosprawność Halki to dwa różne światy. W końcu skoro mam "umiarkowany stopień niepełnosprawności" to nie jest ze mną najgorzej. Chodzę, gotuję, w miarę dobrze widzę. Halka jeździła na wózku, jej ruchy są jeszcze bardziej nieskorygowane niż u mnie, ma dosyć dużą wadę wzroku. Na pierwszy rzut oka nie nadaje się do tzw. samodzielnej egzystencji, przynajmniej dla laika. A jednak.
Kiedy dotarłam na miejsce otworzyła mi uśmiechnięta Halka, której towarzyszył wierny przyjaciel, labrador o imieniu Lucy. Wynajmowane przez Halkę mieszkanie nie jest duże - to przestronna kuchnia, pokój i łazienka. Wszystko urządzone tak, aby Halka mogła być jak najbardziej samodzielna. Sama się też utrzymuje, chociaż za wynajem płaci całkiem sporo. Na szczęście pracuje, zdalnie, ale dzięki temu jest w stanie opłacić mieszkanie oraz prywatnego rehabilitanta. A regularna praca z nim zdziałała prawdziwe cuda - Halka po 29 latach wstała na własne nogi. Przy pomocy specjalnego chodzika jest w stanie iść na zakupy oraz z psem na spacer. Halka może też liczyć na pomoc przyjaciół, którzy nie tylko wpadają do niej pogadać, ale i pomagają np. w banku, czy też w urzędach(Halka podobnie jak ja ma atetozę - jest w stanie się podpisać, ale już nie napisze dłuższego tekstu, a wada wzroku uniemożliwia czytanie jej różnych rzeczy). Jest bardzo samodzielna - robi pranie, sprząta, gotuje(i to całkiem nieźle), prasuje, zmywa. Po prostu dziewczyna wzbudza w innych podziw.
Po obiedzie usiadłyśmy przy cieście, kawie i herbacie, Halka zaczęła mi opowiadać, jak to się stało, że zamieszkała sama. Mama Halki jest w pewnej sekcie i za punkt honoru wzięła sobie nawrócić wszystkich na to, w co ona wierzy. Halka też początkowo była wychowywana w tej wierze, jednak kiedy zaczęła chodzić z nami do klasy i podsłuchiwać nasze rozmowy na temat wiary(czasami dzieliłam z "dobrymi znajomymi" moimi przemyśleniami na różne związane z nią tematy) poczuła, że nie tędy droga. Ale dopóki nie miała 18 lat, nic nie mogła zrobić. Dopiero po osiągnięciu pełnoletności oficjalnie wystąpiła z "bractwa". I wtedy się zaczęło. Wkrótce Halka miała przystąpić do matury. Jednak polonistka wraz z dyrektorką nie chciały jej do niej dopuścić, "żeby nie psuła im statystyki"(liceum do którego chodziłyśmy, tylko ja byłam rok niżej, było w tamtych czasach najlepsze w mieście). Kiedy dziewczyna powiedziała o tym matce, ta nie zrobiła nic*. W końcu interweniował psycholog, który prowadził Halkę, a ona sama w końcu zdaje jak inni egzamin dojrzałości, z dostosowaniem do jej możliwości. Wkrótce dostała się na dzienne studia na katowickim AWFie. Znowu nie znalazła wsparcia od matki, a na uczelnię jeździ z koleżankami. Studia były dla niej jedynym wyjściem z domu. Nie dlatego, że nie miała jak, bo mieszkała w bloku z windą. Ona po prostu nie miała z kim. Rehabilitant przychodził do niej do domu i to on głównie z nią w nim rozmawiał. Oraz ci, którzy przychodzili do Halki. Z czasem jednak matka zabroniła Halce i tego ostatniego. W międzyczasie dziewczyna kończy studia i znajduje pracę, pomagającą zasilić rodzinny budżet. Tym bardziej, że matka nie pracuje. Tzn. pracuje - "ewangelizując ludzi". I tak sobie żyły, razem a jednak osobno, aż do zeszłego roku. 
Wybuchła pandemia, matka przeniosła się ze swoją pracą do domu. Halka siedzi całymi dniami w pokoju, inaczej przeszkadza matce w pracy. Jej jedynymi przyjaciółmi jest nowy, znaleziony przez Halkę rehabilitant oraz pies Luki. Matce jednak przeszkadza i jedno i drugie. W końcu Halka podejmuje decyzję - chce się uniezależnić od matki, a zarazem usamodzielnić. Szuka więc lokum na własną rękę. Nie jest to jednak łatwe, wszak to osoba poruszająca się na wózku inwalidzkim i chociażby w związku z tym trzeba było odpowiednio je dostosować. Po kilku miesiącach jej upór zostaje wynagrodzony. Dostaje swoje M3 w jednym z nowych budynków wzniesionych na peryferiach miasta. Matka była wściekła, wszak straciła swoje źródło dochodów. Do dzisiaj wyrzuca córce, że przez nią zmarnowała sobie życie. Za to Halka odżyła. Ma swobodę, nikt nie stosuje wobec niej przemocy psychicznej i fizycznej. I wreszcie może się spotykać z kim i kiedy chce, a jej jedynym ograniczeniem są tylko godziny pracy.

* w sumie mnie germanistka też nie chciała dopuścić do matury, ale w końcu mnie dopuściła z hasłem, że pewnie i tak jej nie zdam - zdałam prawie na piątkę i pisemną, i ustną część.

poniedziałek, 25 maja 2020

1168. Jak się skończyła moja przygoda z kremówkami

Boszszsz... tydzień milczenia. Ale musicie mi to jakoś wybaczyć, bo czas jakby przyspieszył pomimo tego, że z pewnych wiadomych przyczyn powinien zwolnić. A na to się niestety nie zapowiada. Nie ważne. Cieszę się, że mimo małego życiowego kurcgalopku udaje mi się znaleźć chwilkę na rozmowy na skype z M. albo Kropką. Swoją drogą dopiero po odsłuchania nagrania z ostatniej notki przekonałam się jak fatalna jest moja wymowa. A przecież się starałam... Dlatego tym bardziej cieszę się, że dzieciaki mnie rozumieją. Że chcą mnie rozumieć. Bo przecież chcieć to móc.
Być może wielu z Was jest ciekawych, jak skończyła się moja przygoda z kremówkami. Otóż... o mało nie puściłam mieszkania z dymem. Na szczęście elektrykę mam w miarę dobrze położoną, więc skończyło się na wybitych korkach nie tylko w mieszkaniu, ale i na korytarzu(aż cud, że nie poszedł główny korek w piwnicy).
A było to tak...
Już podczas przedostatniego korzystania z piekarnika coś z nim było nie tak. Z drugiej strony kuchenka do najnowszych nie należy, a wtedy, o ile mnie pamięć nie myli, coś było przez dłuższy czas pieczone. W rezultacie światło w piekarniku zaczęło "migać", coś nieprzyjemnie pachniało, sądziłam jednak, że sprzęt jest przegrzany i musi ochłonąć. Zresztą góra działała bez zarzutu - co prawda palniki mam gazowe, ale odpala je wmontowany iskownik, który chodził jak tralala.
Początkowo miałam zaplanowane pieczenie na rano, jednak otwarli już naszą Śląską Bibliotekę, pojechałam więc dokonać transakcji wymiennej - zwrócić przeczytane pozycje i wypożyczyć nowe. Ogólnie przejazd do oddalonych o ok. 30 km Katowic okazał się niezłą eskapadą, po której mam jedną myśl - maseczka na mordce + autobus nie są w moim wykonaniu najlepszym połączeniem, a ja dawno w normalnych warunkach(czyli kiedy nie jestem chora) nie czułam się tak słabo, w dodatku rozbolała mnie głowa. Nie wiem, może za mało tlenu dociera do mojego i tak niedotlenionego mózgu. W każdym razie kiedy trochę doszłam do siebie ruszyłam do okazałego gmachu. Dochodzę do budynku i nie wierzę własnym oczom - kolejka ciągnąca się pod zielony skwer. Jęknęłam w duchu i poszłam na jej koniec. Spodziewałam się ludzi, ale nie aż tylu o tej godzinie(było po 10:00, a biblioteka otwiera swoje drzwi właśnie o równej godzinie). Nie pozostało mi nic innego, niż stanąć na końcu i czekać. Czekać. Czekać. Czekać. 
Kiedy wreszcie dotarłam do schodów z przerażeniem odkryłam, że ludzie wychodzą z 2, 3 książkami. Ja natomiast zamówiłam ich 6. Co prawda przeczytałam całą "litanię" nowego regulaminu bibliotecznego i nigdzie nie znalazłam wzmianki, że zmniejszono limit zamawianych książek(u nas jest to 10 tytułów). Ale mogłam też zwyczajnie to przeoczyć. W końcu weszłam do środka budynku, a to oznaczało, że przede mną jest najwyżej 9 osób. Więc luzik. Po dłuższej chwili dotarłam do okienka i wymieniłam pozycje. Ku mojej radości dostałam wszystkie 6(które już przeczytałam). Teraz pozostało mi tylko przemęczyć się w drodze powrotnej do domu.
Po powrocie chwilkę dochodziłam do siebie, zjadłam obiad i wzięłam się za dalsze pieczenie moich kremówek. Wyciągnęłam brytfankę, wyłożyłam ją papierem śniadaniowym oraz pierwszą warstwą ciasta francuskiego. Wszystko szło po mojej myśli. Następnie nastawiłam piekarnik do rozgrzania się do temperatury 220* i... po kilku chwilach poszedł z niego dym, coś "pyknęło" i zgasła lodówka. "No pięknie!" - przeszło mi przez myśl. Z pewną obawą zajrzałam do bezpieczników w domu - główny był opuszczony i za nic nie chciał się unieść. Ja zaś nie chciałam szarpać nim do góry na siłę. Ale nie wpadłam na to, że drugi bezpiecznik jest na korytarzu i to najpierw jego trzeba włączyć. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że pierwszy raz byłam w takiej sytuacji. Sprawdziłam za to, czy nie poszło światło w całej klatce - oświetlenie korytarza działało bez zarzutu. Czyli problem tkwił tylko u mnie.
Dobra, wiedziałam co się teoretycznie stało i że jeżeli instalacja jest dobrze położona, to nie ma prawa się spalić - bezpieczniki przed tym mają chronić. Nie wiedziałam tylko, jak to wszystko uruchomić. Postanowiłam wezwać elektryka.
Teoretycznie powinnam zadzwonić na administrację, pod którą należy mój blok, bo zawsze jest jakiś elektryk dyżurujący. Problem polegał jednak na tym, że pracował on do 16., a było już przed 18. Zdecydowałam się zadzwonić do głównego dostawcy prądu do naszego bloku. Po półgodzinnej bezskutecznej próbie(za każdym razem numer był zajęty) postanowiłam szukać "ratunku" w pogotowiu energetycznym. Ku mojemu zaskoczeniu odebrali już po drugim sygnale. W skrócie przedstawiłam całą sytuację, starając się mówić jak najbardziej wyraźnie. Zrozumieli mnie, a przynajmniej połowicznie, ale... odesłali do elektryka administracyjnego. Wiedziałam, że nie ma sensu dzwonić do biura, bo wszyscy już dawno je opuścili i nikt mi nie pomoże. I że w takich sytuacjach mam prawo domagać się pomocy z pogotowia, które działa całodobowo. Jeszcze raz wyjaśniłam całą sytuację. Udało się! Po drugiej stronie usłyszałam, że "jeszcze dzisiaj ktoś się u Pani zjawi".
I wiecie, że się zjawił. Zanim jednak zapukał do mnie otworzył skrzynkę z zewnętrznymi bezpiecznikami na korytarzu i przestawił ten z mojego mieszkania. A potem bez problemów włączył ten w mieszkaniu. Na moją logikę wyłączony bezpiecznik na korytarzu nie pozwalał na włączenie bezpiecznika w domu. Chłop się jednak wyraźnie spieszył, więc nie zawracałam mu głowy moimi przypuszczaniami.
Na razie z kremówek własnej roboty nici. Chyba że upiekę je sobie u rodziców. Ogólnie kuchenki używam teraz tylko do gotowania, piekarnika boję się ruszać. Hmm... zastanawiam się co zrobić. Bo kiedyś w domu był taki stary, zielony(ja go nazywałam "PRLowym") piekarnik(zapewne wielu z Was kojarzy takie), który działał w miarę dobrze. Jeżeli jeszcze gdzieś jest to mogłabym go sobie wziąć. Albo kupić jakiś podobny. Bo teraz jednak trochę się boję używać tego w kuchence. Ewentualnie musiałabym rozważyć kupienie nowej. Ale jest też pozytywny wymiar tej przygody - przynajmniej wiem, że kiedy wybije korki i nie da się ich podnieść, trzeba sprawdzić "skrzynkę" na korytarzu.

Trzymajcie się ciepło i uważajcie na siebie :).