- Całkowity zakaz? - na pewno telefony najmniej rozpraszałyby w czasie wówczas, gdyby w ogóle ich nie było, a więc wtedy, gdyby w szkole obowiązywał całkowity zakaz ich używania. Z reguły jednak takie rozwiązanie może psuć wizerunek szkoły, poza tym telefony równie często jak do rozrywki i rozpraszania mogą być wykorzystywane przez uczniów w przydatnych i ważnych sprawach, jak np. do kontaktu z rodzicami.
- Przechowywanie w czasie lekcji? - można też przy wejściu do klasy postawić skrzynkę prosząc uczniów o złożenie w niej telefonów na czas lekcji. Trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że ktoś do takiej skrzynki włoży jeden telefon, a wychodząc z klasy weźmie więcej niż jeden, co może być ostatecznie dosyć problematyczne. Można by to rozwiązać w taki sposób, że nauczyciel posiada specjalną skrzynkę z podpisanymi przegródkami i osobiście najpierw chowa, a na koniec zajęć podaje uczniom telefony. Jednak i to byłoby problematyczne, ponieważ zajmowałoby za dużo czasu, a i samemu telefonowi mogłoby się coś stać (np. spaść i się potłuc).
- Wykorzystanie na lekcji - dobrym pomysłem wydaje się pokazanie podopiecznym, że telefon może być przydatnym narzędziem także do nauki, i że można go wykorzystać nie tylko jako kalkulator, ale też jako tłumacz, słownik, notatnik itp. W tym temacie nie należy jednak przesadzić, ponieważ pod pretekstem nauki uczniowie mogą wykorzystywać telefon do innych celów.
- Kodeks używania telefonów - dobrą praktyką jest też ustalenie z uczniami wspólnych zasad postępowania w przypadku używania telefonów w szkole. Można np. ustalić, że w czasie przerwy można rozmawiać, ale nie za głośno, żeby nie przeszkadzać innym, że w czasie lekcji telefon powinien być wyłączony i schowany do plecaka, a wykorzystywać go można jedynie na polecenie nauczyciela. Ważne jest ustalenie konsekwencji za złamanie tych zasad (np. przechowywanie telefonu przez nauczyciela, przygotowanie wypracowania lub prezentacji na temat dobrych manier używania telefonu itp.). Istotne jest przy tym to, że nauczyciel także musi stosować się do spisanych zasad.
- Dzień bez telefonu - wprowadzenie powyższego kodeksu warto poprzedzić organizacją w szkole "Dnia bez telefonu", czyli dnia, w którym nikt nie będzie używał komórek, nawet na przerwie. Jest to możliwe, jednak akcję trzeba dobrze przygotować, zaprosić uczniów do jej zorganizowania, rozpromować, zorganizować wydarzenia towarzyszące, np. animacje w czasie przerw, gazetkę na temat promieniowania mikrofalowego, a następnie podsumować.
- Szerokie oddziaływanie wychowawcze - warto nie zapominać, że wszystkie podejmowane kroki przez nauczyciela, albo dyrektora, powinny wpisywać się w szersze oddziaływania wychowawcze. Jeżeli w szkole uczniowie będą uczestniczyli w systematycznych oddziaływaniach budujących ich kompetencje społeczne i osobowe wtedy jakiekolwiek oddziaływania ograniczające nadmierne używanie komórek, czy innych zjawisk negatywnie wpływających na uczniów i nauczycieli będą skuteczniejsze.
Moje motto
Jaki był ten dzień
poniedziałek, 16 lutego 2026
2323. Temat nie stracił na ważności
czwartek, 23 stycznia 2025
2111. Ważne, pilne, nieważne i niepilne
środa, 2 października 2024
2038. Dziesięć lat temu chciałam zostać pracownikiem administracji...
środa, 31 stycznia 2024
1845. To był dobry dzień na zrobienie uprawnień kierownika odpoczynku
piątek, 19 stycznia 2024
1833. Jestem w stanie uwierzyć, że naprawdę potrafię
środa, 20 grudnia 2023
1803. Integrujemy się
sobota, 18 listopada 2023
1771. Przesyłka wywołująca wzruszenie
| Fotografia zbiorcza przesyłki |
| Kalendarz na przyszły rok i tomik wierszy o moich ukochanych mruczkach |
| Książki (w tym tomik wierszy Basi) i film |
| Coś dla ducha i dla ciała |
piątek, 17 listopada 2023
1770. Meil do wykładowcy nie dotarł, ale i tak zgodził się na moją prośbę
Od kilku dni mam przyznane Indywidualne Dostosowanie Studiów. Nazwa może wydawać się dość dziwna i można ją interpretować na różne sposoby, ale tak naprawdę jest to nazwa programu dedykowanego osobom niepełnosprawnym. Krótko mówiąc chodzi w nim o dostosowanie programu nauczania pod specyficzne potrzeby każdego w nas w oparciu o opis schorzenia, z jakim się zmagamy. Jak pewnie się domyślacie, inne potrzeby będą miały osoby niepełnosprawne ruchowo, inne z przewlekłą chorobą, inne osoby z problemami z wzrokiem, a inne, ze słuchem. Dlatego każdy student posiadający ograniczenia sam wskazuje obszary, w których posiada ograniczenia. W moim przypadku są to przede wszystkim problemy wynikające ze słabego rozwoju motoryki małej, toteż prosiłam m.in. o zamianę formy zaliczania kolokwiów i egzaminów z pisemnego na ustny, a w przypadku zaliczeń pisanych na laptopie o wydłużenie czasu pisania, jak też możliwość oddawania wszystkich prac pisemnych jako wydruków komputerowych. Być może dla kogoś to pójście na łatwiznę, ale dla mnie to wyrównanie szans nauki.
czwartek, 20 lipca 2023
1650. Obuwniczy nabytek
Jednak kiedy bardzo dotkliwie zaczęłam odczuwać to, że przez buty przecieka mi woda, postanowiłam rozejrzeć się za nowszym modelem. A raczej nowymi butami sportowymi. To rozglądanie zajęło mi prawie rok, a adidasy coraz bardziej się rozpadały. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, no może poza tymi dniami, kiedy padał deszcz i woda wlewała się do ich środka. W końcu zauważyłam, że odpruła się prawie jedna część z dziurkami, przez które przewleka się sznurówki. Z drugiej strony wyjazd na Światowe Dni Młodzieży do Lizbony zbliżał się dużymi krokami, a ja jedyne pełne buty jakie miałam (oprócz typowo do biegania, w tym tzw. kolców, których nie miałam zamiaru brać), to trampki i dwie pary "wyjściowych". W ostateczności mogłyby one mi wystarczyć, ale chciałam kupić jakieś adidasy, w których poszłabym także na sierpniową pielgrzymkę na Jasną Górę.
Dlatego po powrocie do domu z pracy postanowiłam udać się na osiedlowy rynek, do jednego ze znajdujących się w nim sklepów, który był obuwniczy. Weszłam do niego i niemal od razu rzuciły mi się w oczy szare adidasy, które były zapinane na rzepy. A że bardzo trudno znaleźć takie na numer 37 - 38 (taki noszę, chociaż od biedy może być i 36...), postanowiłam je nabyć.
piątek, 14 lipca 2023
1644. Wszystko poszło zadziwiająco dobrze
poniedziałek, 29 maja 2023
1599. Nadliczbowa ilość "studentów"
Kiedy powiedziałam dzieciakom na świetlicy, że dzisiaj będę musiała trochę posiedzieć przy laptopie i proszę ich o chwilę spokoju, ponieważ mam wyjątkowo zajęcia uczelniane podczas pracy, najpierw zareagowały zdziwieniem i zaskoczeniem, a następnie wielu z nich również wyraziło chęć "wzięcia udziału" w owych zajęciach. Trochę mnie to zaskoczyło, ponieważ większość z nich nie radzi sobie z materiałem przewidzianym dla ich etapu rozwojowego, a tymczasem garną się do treści o dużo trudniejszym poziomie. No, ale skoro sami chcieli, to dlaczego miałabym im tego zabronić?
- O rany, ale pani dużo wie!
poniedziałek, 22 maja 2023
1592. Nessum problema
Przez ostatnie dwa tygodnie byłam więc w różnych parafiach należących do tego samego dekanatu, aby zebrać zgłoszenia od chętnych. Wczoraj natomiast podrzuciłam księdzu do szpitala, w którym aktualnie przebywa, listę z dotychczasowymi zapisami. Szału nie ma, ale tragedii też nie. Lista nie jest zamknięta i jeszcze można się zapisywać, ale po kościach czuję, że kompletu do autokaru nie będzie. A to niestety regeneruje wyższe koszty wyjazdu jednostkowe. Dodatkowym problemem jest szalejąca inflacja i wszechobecna drożyzna, czyli coś, czego nie przeskoczy się, choćby się nie wiem jak chciało. Jednak po trzech latach przerwy spowodowanych pandemią koronawirusa oraz jakimś dekanatowym zastojem postanowiliśmy z księdzem, że w tym roku jedziemy, choćby miał się na te dwa dni wypisać z oddziału na własne życzenie. Na to jednak nie pozwolę, głównie ze względu na własne sumienie. Myślę, że w razie czego będę potrafiła sama wszystko ogarnąć, łącznie z ubezpieczeniem wszystkich.
Trochę porozmawiałam z księdzem nie tylko o jego zdrowiu, ale też o moich planach na najbliższy czas. Chociaż starałam się, aby to ostatnie nie zdominowało całej naszej rozmowy. Bardzo wypytywał o nasz studencki projekt badawczy, o pracę licencjacką, o to, jak mi się podoba w pracy. Jak wiecie, raczej jestem osobą, pozytywnie nastawioną do życia, toteż moje wypowiedzi raczej miały taki charakter. Owszem, czasem jest ciężko, ale też nikt nie obiecywał nieba bez chmur, prawda?
wtorek, 18 kwietnia 2023
1562. Kartki wielkanocne - tradycyjne lub nie
Powoli zaczynają spływać do mnie informacje od tych blogerów, do których dotarły moje skromne kartki z życzeniami. Co prawda nie od wszystkich, ale wierzę i liczę w moc Poczty Polskiej. Inna sprawa, że wysłałam je na ostatnią chwilę... Ale i tak cieszę się, że docierają. A jeżeli jeszcze pomyślę, że na czyjejś twarzy chociaż przez chwilę zagościł z tego powodu uśmiech, to moja radość jest jeszcze większa.
Do wielu osób wysłałam życzenia i "kartkę" za pośrednictwem meila. Już raz tak zrobiłam - na początku pandemii koronawirusa w ten sposób przekazałam wielu moim czytelnikom również życzenia wielkanocne. Chociaż nie spodziewałam się po tym wiele, to odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
Postanowiłam ponowić ten eksperyment w stosunku do tych, których poczytuję. Niestety, w stosunku do wszystkich to się nie udało, ponieważ też nie wszyscy ujawnili swoje adresy meilowe (tym pozostało przekazanie życzeń w najprostszej formie, czyli przez komentarz na blogu). Ale dla tych co mieli gdzieś tam go zamieszczonego to nie szkodziło spróbować i wysłać. Tym razem było ciut łatwiej, również pod względem technicznym. Za każdym razem z drżeniem serca wysyłałam taką "kartkę", i z równie dużym drżeniem serca odbierałam odpowiedzi zwrotne. Na moich ustach za każdym razem pojawiał się uśmiech.
Wielokrotnie już pisałam, że kiedy w 2005 roku zaczynałam moją przygodę z blogowaniem, nikomu, a już na pewno nie kilkorgu zbzikowanym na punkcie jednego artysty nastolatkom, nawet się nie śniło, aby przesyłać życzenia świąteczne w innej formie niż przez bloga. To myślenie zmieniło się dopiero tutaj. Dlatego zamiast narzekać, że znowu wysłałam o wiele więcej kartek niż dostałam, wolę cieszyć się z tych trzech, które otrzymałam. Trzy to zawsze więcej niż zero. No i oczywiście autentycznie cieszę się ze wszystkich życzeń, które otrzymałam na blogu.
Jednocześnie poszukuję różnych rozwiązań. Na przykład co, jeżeli czegoś nie da się zrobić w tradycyjnej formie - nie mogę wysłać tradycyjnej kartki, bo nie mam funduszy/adresu/możliwości? Ok., szukam rozwiązania, jak to zrobić bez tego. A e-meil wydaje się całkiem rozsądną alternatywą. To prawda, że to nie to samo, co tradycja, ale trzeba sobie jakoś radzić. Odbiorca wiadomości natomiast może sobie taką kartkę np. wydrukować (jak przeczytałam to w kilku wiadomościach, to aż mi się oczy zaświeciły). Czyli, jakby nie patrzeć, i tak będzie mieć fizyczną wersję.
niedziela, 18 grudnia 2022
1505. Niespodziewane zadanie
Dzisiaj na Mszy świętej o godzinie 10:00 swoje imieniny świętował nasz formalny opiekun. Jeszcze w tygodniu Pani Dyrygent zapytała mnie i jeszcze jedną animatorkę, czy ktoś z Oratorium idzie do niego z życzeniami. Tak sobie pomyślałam, że skoro nas reaktywowali i skoro ksiądz wikary młodszy jest jakby za to wszystko odpowiedzialny od strony strony duchowej, to dobrze by było złożyć mu od nas życzenia. Wstępnie powiedziałam, że mogę coś tam skrobnąć. Wczoraj rozmawiałam o tym z animatorką, z którą najdłużej jesteśmy stażem i nawet się ucieszyła, że ktoś ją odciąży od pisania życzeń. Do przeczytania ich i wręczenia prezentu wyznaczyliśmy jedną dziewczynkę.
Wszystko raczej mieliśmy doplanowane. Ania miała o 8:00 rano podrzucić torebkę z książką, ja miałam przed Mszą podłożyć kartkę z tekstem życzeń na podkładkę, a Jula miała zejść i w odpowiednim momencie przeczytać je i wręczyć prezent księdzu. Traf jednak chciał, że o ile napisałam całkiem zgrabne życzenia w młodzieżowym stylu (przynajmniej tak mi się wydaje), o tyle cały miniony wieczór i dzisiejszy poranek walczyłam z komputerem stacjonarnym, który wyłączyłam w momencie, gdy znajdował się w trybie hibernacji. A więc brawo ja! Tym bardziej, że potem nie dało się go tak normalnie włączyć. Jeszcze próbowałam na szybko połączyć drukarkę bezpośrednio do laptopa, na którym miałam wszystko napisane*. Myślicie, że sterowniki chciały się zainstalować. Gdzie tam, jeszcze MicrosoftWord sam mi się z tego wszystkiego zamknął i za nic nie chciał na nowo otworzyć. No jakiś sądny dzień. Jeden nie działa, drugi nie współpracuje. A czas leci.
czwartek, 23 grudnia 2021
1378. Święta pod znakiem nadziei
Nie uważałam tego za zbyt sprawiedliwe, zwłaszcza w czasie, kiedy trwa pandemia i rektor sam prosił, aby osoby z objawami infekcji pozostawały w domu. Tylko, że jednocześnie okazało się, że nie wszyscy wykładowcy uznają zwolnienia lekarskie z tego powodu. Sytuacja iście patowa. Zastanawiałam się nawet, co by było w przypadku, kiedy ktoś w grupie zachorowałby na koronawirusa i ze strachu przed takimi sytuacjami przychodziłby chory na zajęcia. Albo gdyby okres jego rekonwalescencji przedłużałby się? To co wtedy? Też by nie otrzymał szansy na zaliczenie? Tym bardziej, że spora część z nas dojeżdża komunikacją zbiorową. A tam wiadomo, jeden ma maseczkę, drugi nie. Warunki do zarażenia wręcz idealne. Czemu nie jest to brane pod uwagę?
Nie wiem jak to się stało, ale wieść o moich problemach doszła do wydziałowego opiekuna osób niepełnosprawnych, którym jest jedna z moich wykładowczyń - Gessler*. To znaczy ja od początku mówiłam przewodniczącej Wydziałowej Rady Studentów, do której odesłał mnie po "radę" wykładowca, ale ona stwierdziła, że regulamin uczelniany mówi, że nie ma w moim przypadku już żadnego ratunku. No tak, ale chyba nie wiedziała o prawach, jakie przysługują osobom z orzeczeniem o niepełnosprawności. Nawet na początku semestru Gesslerowa napisała mi, że gdybym miała jakieś problemy, np. z obecnościami, to mogę do niej śmiało się zgłosić, to będziemy działać. W poprzednim semestrze zaplusowałam u niej tak, że jako jedyna dostałam u niej 5 na koniec przedmiotu. Wiedziała więc, że nie jestem taka głupia, na jaką mogę wyglądać. Postanowiła więc działać. Nie wiem jak tego dokonała, ale udało jej się i usprawiedliwić mi te dwie nieobecności, i ustaliła, że po świętach zaliczam zaległe kolokwium zaliczeniowe(wszyscy inni pisali je z 2 tygodnie temu).
Teraz muszę tylko przyswoić sobie materiał z zajęć, ale nie jest tego zbytnio dużo, więc dam radę. Zresztą, nie taką ilość informacji trzeba było w życiu ogarnąć. I wiecie to, tak jakoś nabrałam jeszcze większej motywacji do nauki. Ponownie pojawiła się we mnie nadzieja, że wszystko będzie dobrze i jakoś się to wszystko ułoży. No i przekonałam się, że nie taka Gessler straszna, jak ją malują.
ona jedna zostaje.
w kieszeni na egzaminie.
piątek, 6 sierpnia 2021
1328. Nie trzeba jechać do Tokio aby być na sportowych mistrzostwach
Dosyć nietypowo wypadł tegoroczny finał Paralekkoatletycznego Grand Prix Polski w Sieradzu, bo w dniach od 2 do 4 sierpnia. Zazwyczaj wszelkie tego typu imprezy sportowe odbywają się od piątku do niedzieli, na potrzeby Mistrzostw Polski niejednokrotnie wydłużane są o czwartek. A opcja poniedziałek - środa wprowadza nieco dysharmonii. Bo kiedy ktoś pyta się zawodników, kiedy startują, to oni automatycznie podają termin w wersji standardowej, czyli piątek-niedziela. Dopiero potem człowiek zastanawia się i stwierdza, że coś mu jednak nie gra. I wtedy dochodzi do właściwego dnia tygodnia.
Jeszcze na ostatnim treningu usłyszeliśmy od Trenera, że na pewno zorganizuje nam busa, który dowiezie nas na miejsce. Ucieszyłyśmy się z tego faktu, mając jeszcze w pamięci zeszłoroczny dojazd na Pierwszą Rundę Grand Prix. W sumie to gdyby ekipa z Cieszyna nie zgodziła się nas zabrać ze sobą ich autami, to byłoby ciekawie. Co prawda Sieradz nie leży na końcu świata, ale prawie w centrum naszego kraju, jednak dostać się do niego to prawdziwa sztuka. Dlatego perspektywa zorganizowanego dojazdu była świetnym pomysłem. Z nadzieją czekaliśmy na informacje od Trenera odnośnie tego, skąd i o której jedziemy. Nadeszła niedziela, piszę do Młodszej SMSa, czy Trener kontaktował się z nią w sprawie wyjazdu, odpisała mi, że nie. Piszę do Trenera z prośbą o informacje odnośnie wyjazdu. Po chwili doczekałam się odpowiedzi, że nie załatwił nam przejazdu!!! Wspaniale, że nas o tym poinformował. Był dzień do wyjazdu, my nawet nie mieliśmy zarezerwowanych biletów na transport publiczny. Gdyby Trener raczył nam wcześniej powiedzieć, że nie mamy tego busa, wszystko byśmy wcześniej sobie ogarnęły. Szybko zadzwoniłam do mamy Gaciocha z pytaniem, czy można się z nimi jakoś zabrać. Ona też była zdziwiona, była bowiem przekonana, że jedziemy same transportem publicznym... Czeski film... Na szczęście udało mi się załatwić, że zabierze zarówno mnie, jak i Młodszą ze sobą oraz przywiezie nas ze sobą.
Same zawody zaliczam raczej na plus. Co prawda ukończyłam bieg z wynikiem 26,40 sekund, jednak biegłam z całkowicie zdartymi kolanami. Kiedy ktoś pytał mi się co mi się stało, odpowiadałam, że po prostu chciałam oznaczyć moim DNA nowy Dworzec Autobusowy w Katowicach. Patrzyli na mnie jak na idiotę, no ale trudno, przynajmniej mam do siebie dystans. Następnym razem będzie lepiej.
A ponieważ nasz finał nałożył się na LOI w Tokio, to konferansjer komentował zarówno nasze, jak i polskiej reprezentacji wyczyny. Dzięki temu byliśmy na bieżąco z tym co się działo za przysłowiową Wielką Wodą. Wiedzieliśmy niemal od razu, że Anita Włodarczyk i Malwina Kopron staną na podium w konkurencji rzut młotem kobiet oraz że polska reprezentacja w siatkówce wygrywa pierwszy set w ćwierćfinale. Wspaniale się to wszystko zapowiadało, niestety, wyszło jak wyszło.
Wracając jednak do naszych Mistrzostw Paralekkoatletycznych, to planuję przeklasyfikować się. Dalej chcę biegać, rzecz jasna, ale w RR. Myślałam już o tym rok temu, ale Trener stwierdził, że "jestem za sprawna". Tymczasem, kiedy przełamałam obawy i poszłam do klasyfikatora kadry z pytaniem, czy kwalifikuję się pod tą konkurencję*, powiedział że przy czterokończynowym porażeniu mózgowym + zaburzeniami równowagi jak najbardziej. Tylko klub musi mnie do niej oficjalnie zgłosić. Rozmawiałam też z koleżanką z podobnym schorzeniem i stwierdziła, że dla mnie mimo wszystko RR byłoby najlepsze. To stosunkowo nowa dyscyplina sportowa, szkolenia i treningi prowadzone są przez dwa kluby zupełnie ode mnie oddalone, jednak znalazłam za przysłowiową miedzą chłopaka, który to trenuje. Napisałam do jego mamy meila z kilkoma pytaniami odnośnie spraw organizacyjnych. Może się uda. A jak się uda to drżyjcie wszyscy. Może jeszcze uda mi się załapać na Paraolimpiadę w Paryżu? Pomarzyć można...
*Jadąc na Mistrzostwa rozmawiałam o tym z Młodszą, która stwierdziła, że z moimi zdartymi kolanami i dłońmi przyjmą mnie na nią jak nic...
poniedziałek, 24 maja 2021
1302. Jak zostałam kierownikiem ekipy
Zauważyłam, że w ostatnim czasie modne stało się słowo "Ekipa". Kto wie, być może zostanie słowem roku, tak samo jak słynny "dzban", albo "jesieniara". Pomijając jednak wszelkie dywagacje dotyczące tego terminu powiem Wam, że w ostatni weekend zostałam kierownikiem pewnej ekipy. Daleko jej jednak było do tej, którą znamy z mediów - to była trzyosobowa ekipa lekkoatletów reprezentująca nasz klub sportowy.W związku z tym, że na zawody nie jechał ani trener, ani Mama Gaciocha, kogoś trzeba było ustanowić kierownikiem, który zapanowałby nad dokumentacją. Młodsza jest roztrzepana jak jajko na omlety, Misiek niedowidzi. Drogą eliminacji padło na mnie. No, skoro nie było innych kandydatów, to w ostateczności mogłam być ja. W końcu cała dokumentacja do wypełnienia przyszło też na moją pocztę internetową, wystarczyło je wydrukować i powypisywać, co zresztą zrobiłam dzień przed wyjazdem. I jeszcze wydrukowałam dodatkowe RODA i oświadczenia COVID. Jakoś nie wierzyłam, że Młodsza to zrobi, a i co do Miśka, wolałam mieć jakieś wyjście awaryjne. Misiek na szczęście miał wydrukowane i wypisane świstki, a Młodsza powypisywała je w hotelu, więc jakoś wybrnęliśmy z opresji. Wystarczyło tylko oddać wszystko w Biurze Zawodów i odebrać talony na jedzenie. A wcześniej, w hotelu podczas meldunku(hotel był załatwiony przez organizatora zawodów, kto tak naprawdę za niego płacił - nie mam pojęcia, w każdym razie po podaniu nazwiska i klubu sportowego dostawało się klucz do pokoju), odebrać teczkę z numerami startowymi i informacjami na temat imprezy.
Droga do Szczecina upłynęła mi w miarę spokojnie. Pociąg odjeżdżał o 6:24 z Katowic, więc ubiegły piątek zaczął się dla mnie naprawdę wcześnie(tuż po 4). Podróż minęła mi nieźle - trochę spałam, trochę poczytałam książki, trochę porozmawiałam z miłymi staruszkami siedzącymi w tym samym przedziale. A zaczęło się od odpowiedzi na pytanie jednej z nich, co to za rośliny za oknem. Odważyłam się i powiedziałam jej, że to rzepak. Po chwili rozmawialiśmy jak stare znajome.
Do miasta mojego przeznaczenia dotarłam tuż po 13:30. Na szczęście nie był to mój pierwszy pobyt w mieście i już mniej więcej wiedziałam, gdzie powinnam się udać. Wsiadłam w odpowiedni tramwaj i podjechałam do hotelu, w którym mieliśmy noclegi. Tam się zameldowałam, po czym udałam do pokoju. Szczerze powiedziawszy to byłam tak padnięta, że niemal natychmiast zasnęłam(no dobrze, obejrzałam jeszcze "Krzyżówka. Gra słów"). Spałam tak może z dwie godziny. W każdym razie kiedy się obudziłam zaczynał się już "Va bank" na TVP2. A wkrótce dotarła też i Młodsza, z którą dzieliłam pokój. I chociaż lada chwila miała być kolacja, to Młodsza wolała akurat iść na kebaba(znowu) i jeszcze mnie wyciągnąć. O nie, takie jedzenie jest nie dla mnie. I chociaż w hotelu nie popisali się z obiadokolacją(rozumiem, pandemia, ale serwowanie do pokoju zimnych - ciepłych dań jest lekkim przegięciem), to jednak wolałam nią, niż tureckie jedzenie.
| Brama Królewska, którą mijałam w drodze na szczecińską starówkę |
| Szczecińska Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza |
środa, 12 maja 2021
1297. Kolejna góra zdobyta?
Kiedy wprowadziłam się na swoje mieszkanie, większość czynności związanych ze sprzątaniem nie była dla mnie tajemnicą. Akurat w rodzinnym domu miałam też swoje obowiązki, które wykonywałam z prawdziwą radością. Nawet nie wiecie jaka to była dla mnie przyjemność, pomóc rodzicom mimo wszystko. A potem niespodziewanie zaprocentowało to w samodzielnym życiu.
Mycie podłóg? Oczywiście! Czyszczenie kuchni? Pestka! Mycie naczyń? Tuwimowa fraszka-igraszka! Ścieranie kurzy? No przecież! Prasowanie? Każda ilość! Nawet umycie łazienki nie stanowiło dla mnie większego problemu. Moje mieszkanie to muszę o nie dbać, czyż nie? Jedyne do czego nie mogłam się przekonać to do mycia okien i zmiany firanek. Po prostu przerastało mnie to zajęcie. Do dzisiaj.
Zazwyczaj tą czynność wykonywał za mnie ktoś z najbliższej rodziny. Jednak ostatni raz moje okna były myte jakieś... 1,5 roku temu. Od tego czasu nie mogę się doprosić, aby ktoś do mnie przyszedł i je przetarł. Szyby wyglądały koszmarnie z szarym nalotem, w ramach zgromadził się obrzydliwy czarny kurz. Czarę goryczy przelał fakt, że obiecali mi umyć je w ubiegły weekend, kiedy byłam na zawodach w Słubicach. Dlaczego nikt tego nie zrobił? Nie mam pojęcia. Ale zrobiło mi się przykro - jak zwykle obiecali i nie dotrzymali tej obietnicy. Której z kolei? Trudno zliczyć. Dobrze, że chociaż Pusię nakarmili. Nie, to nie tak, że narzekam na rodziców, bo mam ich dobrych, bardziej na ich brak słowności.
Byłam zła i rozgoryczona. Być może ktoś by sobie przypomniał o moich oknach w ten weekend(akurat jadę na 4 dni, od jutra do niedzieli, na Mistrzostwa Polski do Bydgoszczy), ale ja już naprawdę nie mam siły już czekać na coś do nie wiadomo kiedy. Wzięłam więc sprawy w moje ręce i... sama je umyłam. Zajęło mi to może z 30 minut(a w tle leciał wykład na temat psychoanalizy Freuda). Długo? Krótko? Nie mnie to oceniać. Fakt, nie myłam ramy okiennej od zewnątrz, bo to by się źle dla mnie skończyło(myślicie, że upadek z 3 piętra na chodnik jest bardzo bolesny? - ale to też powód dla którego dotąd nie odważyłam się tego zrobić, jak już kilkakrotnie wspomniałam - moją równowagę na trzeźwo można porównać do równowagi kogoś po kilku piwach, zwłaszcza kiedy stoję na "niepewnym podłożu", a parapet, wbrew pozorom, taki dla mnie jest), ale szyby i ich obramowania, jak również tą część okna od mieszkania już tak.
I wiecie co? Mam to gdzieś, że na szybach widać fugi i zacieki(na treningu mama Gaciocha uświadomiła mi, że mycie okien w bardzo słoneczny dzień nie jest dobrym pomysłem). Mam to gdzieś, że zrobiłam to nieidealnie. Jestem wręcz szczęśliwa, że to zrobiłam mimo swoich ograniczeń. Mimo tych wszystkich "niepowodzeń"(tak, wiem, nie jest to idealne określenie) przez okno od razu wpada więcej światła. Być może widzę tylko to, co chcę widzieć. Ale jakże to jest piękny widok!
sobota, 17 kwietnia 2021
1287. Co nas nie zabije, to nas wzmocni
W sumie nie powinno być zaskoczeniem, że ktoś w wieku powyżej 30 lat wyprowadza się z domu. Nic nowego, prawda? Ale kiedy wyprowadza się osoba niepełnosprawna, to już jest coś. Co prawda sama wyprowadziłam się "na swoje" już w 2012 roku, jednak niepełnosprawność moja, a niepełnosprawność Halki to dwa różne światy. W końcu skoro mam "umiarkowany stopień niepełnosprawności" to nie jest ze mną najgorzej. Chodzę, gotuję, w miarę dobrze widzę. Halka jeździła na wózku, jej ruchy są jeszcze bardziej nieskorygowane niż u mnie, ma dosyć dużą wadę wzroku. Na pierwszy rzut oka nie nadaje się do tzw. samodzielnej egzystencji, przynajmniej dla laika. A jednak.



