Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

2411. Dwunastoletnia wędrówka

Tak się w tym roku złożyło, że przełom lipca i sierpnia splótł się z wyjazdami na dwa obozy wspólnot "Wiary i Światło" - jeden jeszcze w lipcu do Zawoi, a drugi już w sierpniu nad jeziorem Wilcze. Po drodze jednak wypadła 12 rocznica obecności bloga w blogosferze. Mnie samej trudno uwierzyć w to, że jestem już z Wami taki okres czasu. Nie mnie oceniać czy długo to czy krótko. Dla jednych będzie to sporo, dla innych niekoniecznie. Dużo łatwiej ocenić te 12 lat przez pryzmat rozwojowy oraz zmian, jakie w ciągu tych wszystkich lat zachodziły. Myślę, że działo się sporo i złego i dobrego. To co złe pozostawiało za sobą jakąś konkretną lekcję na przyszłość, to co dobre motywowało i dodawało skrzydeł. Chociaż z perspektywy czasu widzę, że nawet ze złych rzeczy finalnie wynikało wiele dobrego. Najbardziej jednak cieszy mnie to, że mimo wielu przeciwności idę do przodu i jestem raczej stała w wyznawanych wartościach. Łatwiej jest mi żyć, przede wszystkim w zgodzie z samą sobą.
Na koniec dziękuję Wam wszystkim, którzy jesteście tutaj ze mną. Chcę wierzyć, że towarzyszycie nie "dlatego, że", ale "mimo wszystko". Dziękuję za każdy komentarz, meil, kartkę pocztową, dziękuję tym, którzy szczerze ze mną trwali wtedy, gdy siły i samopoczucie odmawiały posłuszeństwa. Dziękuję i przepraszam, jeżeli kogoś w czymś uraziłam lub zawiodłam. Przepraszam, że tak mnie ostatnio u Was mało... Nie obiecuję, że się to wkrótce poprawi, choć bardzo bym chciała. ak tylko mam czas to do Was zaglądam. Dziękuję, przepraszam i mam nadzieję, że jeszcze nie raz spotkamy się na moich ścieżkach codzienności.
A na koniec pozdrawiamy z moim wiejskim przyjacielem Maksiem. Takim na dobre i na złe...

wtorek, 23 grudnia 2025

2292. Zaczęło się dwadzieścia lat temu

O mamo moja! W tym całym zamieszaniu codziennego życia zupełnie przegapiłabym jedną małą rzecz. Choć czy ja wiem, czy taką znowu małą. Otóż 23 grudnia 2005 roku pewna niepozorna uczennica trzeciej klasy gimnazjum, zafascynowana w tamtym okresie zespołem "Ivan i delfin" oraz wieloma blogami na ich temat postanowiła założyć podobnego. Po kilku kliknięciach myszką, jako zupełny nowicjusz pod tym względem, zaczęła istnieć w sieci. Choć od tego czasu minęło dwadzieścia lat, ona w dalszym ciągu pamięta ten pierwszy historyczny wpis - był to czterowiersz zawierający życzenia z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Przez kilka lat z uporem zamieszczała na nim newsy dotyczące swojego ówczesnego idola, gdzieś między wierszami pisząc co nieco o swoim życiu.
Tamtego bloga próżno dzisiaj szukać w sieci. Przepadł wraz z innymi podczas likwidacji platformy blogowej na onecie. Ale pamiętam, jak dużo frajdy mi dawał. W ogóle jak wiele radości dawało mi publikowanie kolejnej nowinki o Ivanie Komarence i dzielenie się nią z wąskim gronem odbiorców. Bo wiadomo, że tego typu tematyka nie będzie każdego interesowała. Była jednak mała grupka fanek, która wzajemnie się odwiedzała na swoich blogach, szukając nowych wiadomości o sławnym w tamtym czasie muzyku.
Nie mniej, pasja do blogowania mi została, chociaż sama "miłość" do Ivana wygasła. Czasami zastanawiam się, czy gdyby nie tamten blog, to teraz też bym była blogerką? Może tak, może nie. Z drugiej strony czasem żałuję, że go już nie ma. Z miłą chęcią przypomniałabym sobie jaką zwariowaną byłam nastolatką. Publikowanie nawet najgłupszej informacji o zespole? Czemu nie? Pisanie opowiadań inspirowanych wątkiem Madzi i Saszy w "M jak miłość"? A jakże (powstało może ze 100 odcinków, na resztę zabrakło pomysłów, do pani Łepkowskiej jest mi dużo daleko). Pamiętam nawet jedną piosenkę, którą napisałam na konkurs około 2007-2008 roku:
1. Dziecinne lata, bezcenne lata,
minęły mi gdzieś na dalekiej Syberii.
Lecz przyszła data, graniczna data,
i trzeba przyznać to bez fanaberii:
Ref: Że Polska to mój najpiękniejszy dom,
to w niej znalazłem swój bezpieczny schron.
I kumpli, i wszystko co chciałbym mieć,
wystarczy tylko chcieć, chcieć, chcieć.
2. Daleka Syberia, przepiękna Syberio,
niestety nie chcę do Ciebie wracać.
Tutaj mi dobrze, i tak całkiem serio,
muszę Cię szczerze teraz przepraszać:
Ref: Że Polska to mój najpiękniejszy dom,
to w niej znalazłem swój bezpieczny schron.
I kumpli, i wszystko co chciałbym mieć,
wystarczy tylko chcieć, chcieć, chcieć.
3. Marzenia dziecinne, marzenia niewinne,
spełniłem tutaj niczym jakiś sen.
Marzenia te nie były naiwne,
i teraz mogę nucić refren ten:
Ref: Że Polska to mój najpiękniejszy dom,
to w niej znalazłem swój bezpieczny schron.
I kumpli, i wszystko co chciałbym mieć,
wystarczy tylko chcieć, chcieć, chcieć.

Dobrze, nie jest to poezja najwyższych lotów, ale uznajmy, że dopiero się wtedy rozkręcałam. A teraz tak sobie myślę, że dzięki tamtemu pierwszemu blogowi w jakiś sposób realizowałam moją pasję dziennikarską i uczyłam się gospodarowania czasem, tak aby starczyło mi go i na obowiązki i na przyjemności. Kurcze, ale to były piękne czasy. Aż żal, że nie wrócą.

A ja chyba sobie włączę jakieś piosenki zespołu "Ivan i delfin". Wszak to od nich rozpoczęła się moja dwudziestoletnia bloggerska przygoda.

środa, 10 września 2025

2261. Bibliotekarstwo czy katechetyka?

Witajcie,
dziękuję Wam za słowa uznania skierowane w stronę wykonanej przeze mnie kartki z okazji instalacji mojego byłego katechety na urząd proboszcza. Szczerze powiedziawszy - z niektórych moich prac jestem bardziej zadowolona. Tutaj posypały się proporcje w stosunku do oryginału i wyszło jak wyszło. Z drugiej strony - wieczór wcześniej tak się źle czułam, że robiłam ją na kolanie, mając kawałek deski za blat stołu. Tak więc mogło być lepiej, ale równocześnie - i gorzej. Wyszło jak wyszło, może nie idealnie, ale najlepiej w tamtym momencie jak mogło być. Obdarowanemu się spodobało, co też bardzo mnie cieszy. Powiedział mi to po porannej Mszy, a potem zaprosił na śniadanie na plebanię, bo uznał, że padnę mu wracając do domu kolejną godzinę autobusem, a potem pewnie idąc od razu do pracy. Co prawda miał mi wysłać SMS-a z podziękowaniem, ale jakoś w ostateczności wyleciało mi to z głowy.
Niedawno mieliśmy spotkanie formacyjne w Oratorium w S-cu, na którym ksiądz Jack nakreślił plan naszego działania. Padła propozycja utworzenia oratoryjnej biblioteki z książkami dla dzieci korzystających z zajęć w placówce. Z jednej strony dobrze, bo stan czytelnictwa w naszym kraju leci na łeb, na szyję, ale z drugiej strony - zastanawia mnie, kto z niej będzie korzystał oprócz nas, animatorów, w ramach zajęć sobotnich i w tygodniu. Mimo to zgłosiłam się na ochotnika do pomocy w jej uporządkowaniu, a nade wszystko, w wypożyczaniu pozycji, kiedy już się znajdą. Nawet przeleciał mi po łbie pomysł, czy nie pójść by na studia, ale już podyplomowe, z bibliotekarstwa. Są na UŚiu, tylko 1,5 roku. Fakt, że płatne, ale chyba już mi się nie chce iść na kolejne 3 lata licencjatu. Tym bardziej, że od tego roku zaczęłam pracę na szkolnej świetlicy, co przy połączeniu z popołudniami na świetlicy środowiskowej może nieźle dać mi w kość. Nie wiem, to na razie początek mojej przygody z tym wszystkim, ale już wiem, że gdybym nie wyrabiała, albo coś, to rezygnuję z świetlicy środowiskowej, ponieważ szkołę mam na miejscu, a do świetlicy muszę dojeżdżać.
Ale w głębi duszy, zastanawia mnie, czy taka podyplomówka ma sens. Już dosyć zainwestowałam w nasze parafialne Oratorium czasu, energii, pieniędzy tylko po to, aby usłyszeć od mojego obecnego proboszcza, że nie udzielam się wystarczająco w parafii... Noszszsz... udzielałam się na tyle, na ile mogłam. Ale zrobiło mi się wtedy przykro, nie powiem, że nie. Kto mi da gwarancję, że teraz tak nie będzie. Nie, wiem, że ksiądz Jack mi tego na pewno nie powie. Ale on nie będzie wiecznie na tej parafii (na naszej był zaledwie rok). A nikt mi nie da gwarancji, że na jego miejsce nie przyjdzie ktoś o mentalności mojego proboszcza. No i po co się starać, edukować, poszerzać wiedzę? Takie postępowanie skutecznie do tego zniechęca. 
Padła też propozycja 45-minutowych kościelnych katechez. No bo, jak pewnie wiecie, ministerstwo obcięło od tego roku jedną godzinę religii w szkołach. Ta jedna ucięta godzina miałaby się odbywać w pomieszczeniach Oratorium dla klas 7 i 8, czyli młodzieży przygotowującej się do sakramentu bierzmowania. Nie wiadomo co z tego wyjdzie, bo jest to projekt pilotażowy, ale będą próbować. I tutaj znowu ksiądz poprosił o pomoc starszych animatorów. Ech, przygotowanie pedagogiczne mam, wiadomości z religii jakieś też, od roku pomagam w przygotowaniach kandydatów do bierzmowania na podstawie autorskiego scenariusza w parafii Księdza Niosącego Światło. Może więc jakoś dałabym radę wspomóc tą inicjatywę. Tylko z czasem tak trochę kiepsko. Tym bardziej, że środowe wieczory to jedyny termin, kiedy mogę iść na trening. Dlatego nie powiedziałam ani tak, ani nie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Być może nic, i też nic się nie stanie. Ale myślę, że może to też być bardzo piękną i wspaniałą przygodą. I do tego bezcennym doświadczeniem pedagogicznym...

środa, 6 sierpnia 2025

2240. Jedenastoletnia wędrówka "po ścieżkach codzienności"

Tydzień spędzony w Rzymie na Jubileuszu Młodych, nieco wytrącił mnie z codzienności i sprawił, że straciłam rachubę czasu. A tu w tym czasie minęła 11-sta rocznica istnienia bloga, na którym dzielę się z Wami właściwie tym, czym żyję. Co jest dla mnie ważne i istotne. Co cieszy, ale i smuci. Bloga, na którym wspólnie przemierzamy kręte ścieżki mojej codzienności.
Był koniec lipca 2014 roku, kiedy zamieściłam pierwszą notatkę, w której niepewnie się przedstawiłam. I tak to się zaczęło. Chociaż nie był to mój pierwszy blog, to jednak miałam obawy, jak się przyjmie i czy znajdą się osoby, które zechcą go czytać, a tym bardziej - komentować. Dzisiaj wiem, że te obawy były zbyteczne, a grono czytelników i komentatorów nie tylko przerosło moje najśmielsze oczekiwania, ale czasami wręcz onieśmiela moją osobę. Co nie oznacza, że mnie to wszystko nie cieszy, bo cieszy, i to bardzo. Tym bardziej, że mam wrażenie, że z roku na rok jest Was coraz więcej.
Wiem, że moje notatki bywają niedoskonałe, a nawet irytujące. Nie jestem idealna i nigdy nie będę. Zresztą, gdybym była idealna, to nie miałabym czego doskonalić, czego naprawiać, czego szlifować, czego zmieniać. Nie, ideały są nie dla mnie. Nie ukrywam też, że często są pisane w emocjach tak silnych, że ciało nie tylko odmawia posłuszeństwa, ale wręcz boli mnie każdy mięsień. Często kończę pisać notkę zmęczona, ale zadowolona. Bo dosłownie czuję, że w każdej z nich zostawiam cząstkę siebie.
Tak sobie czasami czytam wpisy sprzed lat, analizuję moje zachowanie w tamtym momencie, zastanawiam się, w jaki sposób postąpiłabym teraz w takiej samej sytuacji. Widzę, ile zadziało się w moim życiu i tego dobrego, i tego złego. Cieszę się, że to zapisywałam. Dziś wiem, że jestem silna, mimo postury, mimo licznych upadków, tych dosłownych i w przenośni. Że każdy taki upadek mnie wzmocnił, a wiara, która jest jednym z moich fundamentów, naprawdę dodaje mi sił w każdym dniu, nawet kiedy brakuje tych fizycznych.
I naprawdę dziękuję Wam wszystkim i każdemu z osobna. Za Waszą obecność. Za każdy komentarz (a jest ich ponad 23 tysiące). Za rady, zazwyczaj dobre rady. Za wyrozumiałość. Za wsparcie. Jak sobie pomyślę ile wirtualnych znajomych zyskałam przez te lata to łezka mi się w oku kręci. Mam też w pamięci i w sercu te osoby, które kiedyś tutaj zaglądały, a teraz przestały. Tych zmarłych polecam w swoich modlitwach, o tych, co do których los nie jest mi znany, po prostu ciepło myślę, życząc im tego, co najlepsze. Dziękuję Wam też za kulturę na tym blogu, za to, że naprawdę mało było tak obraźliwych komentarzy, które musiałam usunąć, bo aż przykro było je czytać. I za to, że jest tu tak mało hejtu (właściwie to zaledwie ułamek procenta), a tak dużo ludzkiej życzliwości i solidarności. Za to, że jakoś się rozumiemy, pomimo odmiennych zdań na pewne tematy.
Mam też nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz, że w dalszym ciągu będziemy trzymać tak piękną dyscyplinę jak dotąd. Zarazem przepraszam za to, co było nie tak, za przejawy mojej pychy, za wywyższanie się. Jestem tylko człowiekiem z ludzkimi wadami, z którymi staram się bezskutecznie walczyć...
A na koniec zapraszam na wirtualny tort i szampana. Częstujcie się śmiało.

wtorek, 8 lipca 2025

2228. Moje i Twoje potrzeby

Jakiś czas temu wywiązała się pod jednym z wpisów na blogu dyskusja z pewną personą, co do niektórych moich spraw. Starałam się jej wytłumaczyć, że po prostu chciałabym, aby co niektóre osoby z mojego otoczenia rozumiały moje potrzeby, ot tyle. Bo to, że jestem osobą z niepełnosprawnością nie oznacza, że ich nie mam, bo mam. I to zarówno te niższego, jak i wyższego rzędu. Dla przypomnienia piramida potrzeb stworzona przez Abrahama Maslova:
W odpowiedzi przeczytałam, że nikt nie ma obowiązku respektować moich potrzeb. No i zrobiło mi się niezwykle przykro. Bo te słowa padły nie ze strony kogoś pełnosprawnego, kto faktycznie może mnie nie rozumieć, ale kogoś, kto zmaga się z takim samym schorzeniem jak ja, kto też niejednokrotnie doświadczył odrzucenia ze względu na ograniczenia narzucone jej przez MPD. Więc skąd ta złośliwość?
Umówmy się - słynna Piramida Maslova przedstawia piramidę potrzeb odnoszącą się dla zdrowej psychicznie jednostki. Myślę, że nie ma nic dziwnego w tym, że tak jak każdy człowiek, także i ja odczuwam potrzebę przynależności do pewnej jednostki, szacunku oraz samorealizacji. I dążę do ich osiągnięcia, może czasami zbyt chaotycznie, zbyt gwałtownie, ale... Ale nie wydaje mi się, aby moje potrzeby były bardziej czy też mniej ważne od potrzeb innych osób. Ja respektuję i uznaję potrzeby innych osób, nawet w miarę możliwości staram się im pomóc w ich realizacji. Czy więc nie mam prawa oczekiwać tego od innych? Czy inni mają prawo mnie za to obwiniać? Ech, jakoś tak mi dziwnie z tego powodu. To nie tak, że mam o te słowa jakiś szczególny żal czy też pretensje o to, co napisała, ale jakaś mikroranka powstała i trudno ją zagoić.

A co do samorealizacji - pozapalałam dzisiaj sama wszystkie świece w kościele, co przy drżących łapach jest nie lada wyzwaniem. Wiem, że dla niektórych to nic, ale dla mnie dużo. I będę się z tego cieszyć, mimo wszystko...

piątek, 27 września 2024

2035. "Tak się nie mówi >>do widzenia<<"

Całkiem niedawno pisałam o pozytywnym wymiarze blogowania. O tym, że dziewczyny zaskoczyły mnie swoimi przesyłkami. Ale takich miłych upominków w historii istnienia tego bloga było dużo, dużo więcej. Jedne z nich były mi przesyłane przez niepozorną kobietę o wielkim sercu - Basię P. Nasza blogowa znajomość zaczęła się w wakacje 2017 roku i trwała do teraz.
Basia mnie intrygowała, zachwycała, ale też zawstydzała intensywnością swojego życia. Tak, jakby wiedziała, że ta nić zostanie zbyt szybko przerwana. Pomimo tego, że była osobą głuchoniedowidzącą, potrafiła czerpać z życia pełnymi garściami, czym dzieliła się z innymi na swoim blogu. Dużo czytała (nieraz wyrzucałam sobie, że sama czytam za mało), pokazywała piękno Olsztyna, w którym na co dzień mieszkała, tworzyła niezwykłe w swojej prostocie i pięknie kartki. Nawet jeżeli miała jakieś problemy, bo któż ich nie ma, to nie obciążała nimi innych, a raczej podchodziła z pokorą połączoną z humorem. Nieraz podziwiałam ją za ten subtelny dystans do samej siebie i otaczającego ją świata.
Wiadomość o jej śmierci była dla mnie szokiem. Owszem, od kilku dni nie pojawiały się u niej wpisy, ale powodów mogło być mnóstwo. Tymczasem na jej blogu, w dzień moich urodzin, pojawił się nekrolog. Zrobiło mi się smutno i żal. Wiecie jaki był ostatni komentarz Basi na moim blogu? Abym wreszcie odpoczęła. Teraz ona odpoczywa. Już na zawsze...
Jednocześnie jeszcze raz zajrzałam do Liturgii Słowa z dnia, w którym Basia przeszła do lepszego życia (25 września). W Pierwszym Czytaniu z Księgi Przysłów znalazłam następujące słowa: "Proszę Cię o dwie rzeczy, nie odmawiaj mi, nim umrę: Fałsz i kłamstwo oddal ode mnie, nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty, nie stał się niewierny" (Prz 30, 7-9). Myślę, że doskonale nawiązują one do życia Basi, w którym nie było ani fałszu, ani kłamstwa, a szczerość i prostota na wzór dziecka. A skoro Pan Jezus sam mówił, że tylko ci, którzy staną się jak dzieci, wejdą do Królestwa Niebieskiego, to wierzę, że Basia już cieszy się chwałą Nieba i obcowaniem z Bogiem, w którego wierzyła i którego kochała, twarzą w twarz. Że dostała nowe, piękne ciało, dużo lepsze niż to tutaj na ziemi. I że zachowała w dalszym ciągu tą swoją piękną duszę.
Teraz przesłane przez Basię podarunki stały się dla mnie najpiękniejszą i najcenniejszą po niej pamiątką. Taką, na którą patrzy się z sentymentem i żalem, że nie ma jej już wśród nas.
Właśnie taka pozostaniesz Basiu w mojej pamięci - uśmiechnięta od ucha do ucha
No właśnie, Baśka, jak tak mogłaś. Przecież, jak śpiewał Felicjan Andrzejczak w "Czasie ołowiu", do którego niedawno nawiązałam - "Tak się nie mówi >>do widzenia<<".
Będzie Ciebie brakowało. I to chyba nie tylko mnie...

piątek, 13 września 2024

2026. Pozytywny wymiar blogowania, czyli rzecz o komentowaniu (i nie tylko)

Kiedy zakładałam tego bloga zupełnie nie spodziewałam się, że znajdę tutaj tyle pokrewnych dusz. Co rusz trafiam na nowe blogi, których autorzy mnie inspirują, wydają mi się ciekawi, mają pasję i potrafią w twórczy sposób je wykorzystać. Zachwycam się nimi, ponieważ sama mam dwie lewe ręce do różnych robótek ręcznych. Zawsze staram się też zostawiać chociaż kilka słów na blogach, które odwiedzam. Jakichś wielkich oczekiwań co do ich autorów nie mam. Wiem, że mogę mieć w ich oczach mało atrakcyjny blog i w ogóle, ale po prostu chcę, aby im się zrobiło miło, że ktoś ich czyta.
Staram się, aby moje komentarze były jak najbardziej autentyczne. Czasami mam wrażenie, że są bardzo prymitywne i lakoniczne, ale co ja na to poradzę, że brakuje mi słów, aby w pełni wyrazić to, co chcę? Z drugiej strony mam wrażenie, że mimo mojej zwyczajności w komentowaniu są ludzie, których cieszy to, co im piszę. Którzy nie tylko odpisują u siebie na blogu, ale też komentują zapiski z mojej codzienności. Przez tych 10 lat trochę się Was nazbierało za co jestem Wam bardzo wdzięczna.
Czasami moje komentowanie przyjmuje niecodzienny obrót. Niedawno napisała do mnie Basia z https://barbaratoja.blogspot.com/, z zapytaniem, czy mogłabym podać jej swój adres, bo w podzięce za komentarze chce mi coś wysłać. Zaniemówiłam, bo nigdy nie przypuszczałam, że mogłabym zostać aż tak wyróżniona. Trochę nieśmiało, ale spełniłam jej prośbę. Po jakimś czasie odebrałam niestandardową paczuszkę zawierającą dwa morskie albumy.
Prawda jest taka, że żadne zdjęcie, a tym bardziej wykonane przeze mnie, nie odda piękna tych cudeniek wykonanych basinymi rękami. Przez pierwsze dni ich posiadania nie mogłam przestać ich podziwiać, jednocześnie wymyślając historię do licznych ilustracji. Zresztą do dzisiaj nie wyszłam z zachwytu nad nimi. Za każdym razem, kiedy biorę je do ręki jestem pod wrażeniem ich kunsztu i wykonania. I aż się proszą, aby zapełnić je fotografiami znad morza.
Jakiś czas później notaria zadała na swoim blogu pytanie co może przedstawiać dany rysunek (możecie go zobaczyć >>tutaj<<). Znowu bez żadnych oczekiwań i bardziej dla zabawy napisałam w komentarzu z czym on mi się kojarzy. I znowu zupełne zaskoczenie, kiedy po krótkim czasie notaria do mnie napisała z prośbą o adres, bo chce mi coś wysłać. Ponownie poczułam mieszaninkę niepewności, niedowierzania oraz najzwyczajniejszej w świecie radości. Ale, że co - ja byłam najbliżej poprawnej odpowiedzi? Niemożliwe, a jednak. Kilka dni później cieszyłam się kolejną przesyłką, tym razem zawierającą książkę oraz sympatyczną kartkę - list. Kiedy go przeczytałam aż cieplej mi się zrobiło na mojej skołatanej duszy...
Trzecia sympatyczna przesyłka przyszła do mnie niedługo przed urodzinami. Właściwie to wszystkie zaprezentowane dzisiaj przesyłki potraktowałam po trochu jako prezenty urodzinowe, ale ta jedna jedyna paczuszka była zrobiona specjalnie na tą okazję. Niespodziewana, a więc tym bardziej wywołująca uśmiech na mojej buzi. A zarazem wzruszenie, że ktoś gdzieś tam pamięta o kimś takim, jak ja, o mnie. Długo wahałam się, czy ją otworzyć, niedowierzając, że to się dzieje naprawdę. A jednak. Niepozorna koperta skrywała piękną kartkę urodzinową z niebanalnymi życzeniami oraz zakładkę własnej produkcji.
Tak piękną niespodziankę przygotowała dla mnie nasza kochana Beatka z bloga My kobiety (https://beata-becia.blogspot.com/). Niezwykła kobieta, która zaskakuje mnie swoim chartem ducha. Prawdziwa siłaczka! Podejrzewam, że Beatka znając moje zamiłowanie do książek postanowiła obdarzyć mnie czymś praktycznym - zakładką do nich. Nie wiem ile poświęciła na jej wykonanie, ale efekt mnie rozczulił. Zakładka niemal natychmiast została wykorzystana, pojechała wraz z czytaną przeze mnie książką na wieś i tam już została. Wbrew pozorom nie pójdzie ona na zmarnowanie, przebywając na wsi uwielbiam wieczorami czytać książki. Dotychczas zakładałam sobie strony kawałkami gazet albo papierowymi zakładkami (czasami rozdawanymi jako gadżety). Nie były one jednak trwałe. Teraz mam zakładkę, której tak szybko nie zniszczę. A to jest ważne, kiedy jest się na wsi, gdzie za wiele nie ma.
Dziewczyny, dziękuję Wam za Wasze ogromne serce. Pokazujecie mi, a tym samym wszystkim blogowiczom, że warto bywać na innych blogach i dawać o sobie znać, nawet błahymi, niewyszukanymi komentarzami. Bo chyba każdy z nich jest ważny i pozwala nam wierzyć, że to co robimy ma sens...

poniedziałek, 29 lipca 2024

2000. Dekada istnienia bloga

Hmm... Co by tu dzisiaj Wam napisać
Z roku na rok czas zdaje się pędzić coraz szybciej i szybciej. Ani się człowiek obejrzał, a minęło dziesięć lat, jak owy blog działa w webprzestrzeni. Kiedy to minęło? Sama nie wiem. Wydaje mi się, jakby to było wczoraj. Jakbym wczoraj złożyła papiery na studia z turystyki religijnej na UPJPII w Krakowie, a także na technika administracji i technika rachunkowości (z którego w ostateczności zrezygnowałam) i w przypływie entuzjazmu spróbowała założyć kolejnego bloga (wcześniejsze były na onecie, a więc poszły w eter). Myślę, że wtedy sama nie wiedziałam, czy uda się to wszystko pogodzić: codzienne dojazdy do Krakowa i z powrotem (ok. 80 km w jedną stronę), wieczorem treningi i schola, w weekendy szkoła policealna. A przecież po drodze jeszcze tyle się działo.
Druga rzecz, to nawet nie wiedziałam, czy blog się przyjmie, czy ktoś będzie zainteresowany życiem takiej osoby jak ja. Czy nie będzie nudny? Czy nie będę na nim zbytnio smęcić, albo marudzić, albo zbyt bardzo narzekać na życie i otaczający mnie świat? Albo wręcz przeciwnie - czy nie będę zbytnio się przechwalać, wywyższać, unosić pychą? Tak łatwo przesadzić w jedną, albo w drugą stronę. A granica pomiędzy jedną skrajnością, a drugą jest bardzo płynna. I owszem, może czasami pomarudzę na otaczający mnie świat, innym razem pochwalę się jakimś moim drobnym osiągnięciem. Ale myślę, że znajduję w tym jakiś balast. Staram się mieć też gdzieś z tyłu głowy zakodowane, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ma gorzej, albo jest w danej rzeczy lepszy, niż ja. Smucę się więc czymś, lecz nie rozpaczam. Cieszę się, ale daleko mi do odczuwania dumy. Jak jest źle, a ostatnio jest źle, to zbytnio nie biadolę. Bo może ktoś jest w jeszcze gorszej sytuacji, jak ja i radzi sobie z tym sam, bez wsparcia innych. Dzisiaj są czarne chmury, ale może jutro przebije się z nich chociaż jeden promyk słońca. A to znów daje mi nadzieję na lepsze. Oto dla mnie recepta na szczęście. 
Zaraz coś powstanie :)
Bardzo się cieszę z tego, że ludzie odwiedzają i komentują mojego bloga. Cieszy mnie to tym bardziej, że blog nie jest rozleklamowany na facebooku. Co najwyżej czasami zaproszę kogoś do siebie, a i przed tym często mam opory. Czy zbytnio się tej osobie nie narzucam? Czy za dużo nie wymagam? Czy nie trafi na zbyt "toporny" wpis? Ale kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. Dziesięć lat blogowania zaowocowała 2000 wpisami oraz blisko 23 tysiącami komentarzy. Jeżeli nawet odjąć od tego wszystkie moje odpowiedzi na komentarze, to i tak wychodzi całkiem niezły wynik. Trochę żałuję, że nie odpowiadam na wszystkie komentarze, ale raz - nie zawsze mam czas, a pisanie w moim wykonaniu jednak trochę trwa, a dwa, zauważyłam, że potem częściej znikają mi komentarze na innych blogach. A podejrzewam, że nie każdy sprawdza spam, zaś widząc na głównej stronie z komentarzami, że dany czyjś wpis jest, nie zastanawiamy się, czy na pewno jest on widoczny na blogu. Sama wielokrotnie się na tym złapałam. Być może ilość obserwatorów, jakich zgromadziłam przez ten czas, nie powala, ale wychodzę z założenia, że lepiej mieć kilku, a naprawdę wpadających tutaj, niż masę tzw. "martwych dusz". Aczkolwiek każdy taki nowy obserwator cieszy, tak samo, jak każdy komentarz, nawet ten nieprzychylny (ale który nie jest hejtem). Tak sobie myślę, że prowadząc bloga trzeba się liczyć także z negatywnym jego odbiorem. Nie wiem jak u innych, ale u mnie wywołuje to autorefleksję. Z drugiej strony, nie zgadzam się z obrażaniem mojej osoby (a przy okazji i innych osób), i tym komentarzom mówię stanowcze NIE!

Przez te 10 lat zebrało się 2000 wpisów, które w jakimś stopniu definiują moją osobą, pokazują moją osobowość, przedstawiają moje zainteresowania. Ostatnio prym wiodła historia Igrzysk Olimpijskich. Pod jednym z wpisów przeczytałam, że są one za długie i owa osoba rezygnuje z odwiedzania tego bloga. Ok, nikt nikogo tutaj nie trzyma na siłę. Nikt nie musi też czytać moich długich wpisów. Ale ja wtedy, podczas przygotowania tego cyklu naprawdę się wkręciłam w temat, a nawet, po latach, na nowo zaczęłam interesować się sylwetką Roberta Korzeniowskiego. Z drugiej strony, przypomniało mi się jak przed ŚDM w Krakowie przygotowywałam podobny cykl, właśnie na temat Światowych Dni Młodzieży. Ale tematyka bloga jest różnoraka - od codzienności, poprzez rocznice interesujących mnie zdarzeń, po wolontariaty, w których biorę udział. Czasami wrzucę recenzję ostatnio przeczytanej książki albo obejrzanego filmu, innym razem przepis na to, co udało mi się upichcić, jeszcze kiedy indziej zabiorę Was na jakąś wycieczkę, albo zamieszczę wiersz lub rysunek / malunek. I chociaż do tego ostatniego nie mam zbyt wielkiego talentu, to jednak lubię poświęcać temu mój wolny czas. 
Kiedy tak sobie przejrzałam wpisy z tych dziesięciu lat, sama się sobie dziwiłam, że tyle udało mi się dokonać, pomimo przeciwności losu. Ukończyłam trzy kierunki studiów, w tym dwa w Krakowie, byłam na trzech Światowych Dniach Młodzieży, w tym dwa razy jako wolontariusz, zaczęłam pracować i sama na siebie zarabiać. Uczestniczyłam w wielu wyjazdach, zarówno tych zorganizowanych, jak i nie. Współorganizowałam wiele wydarzeń, w tym sportowych, jako wolontariusz. Najpierw zaangażowana byłam w scholę i Oratorium, teraz w Duszpasterstwo Akademickie. Przebiegłam niezliczoną ilość kilometrów. Poznałam wiele wartościowych ludzi, zarówno w realnym świecie, jak i w wirtualnym. Pozostałam sobą - wydaje mi się, że szczerą osobą, pozostająca wierną swoim zasadą, która ani nie chce być na siłę lubiana przez wszystkich, ani nie podlizuje się innym, ale też sama nie znosi wszelkich "cieplutkich", "milutkich", "słodziudkich" komentarzy (zamiast tego wolę "ciepło" i "miło"). No i chyba w jakimś stopniu pokazałam, że osoba niepełnosprawna nie musi siedzieć w domu i się nudzić, ale może prowadzić ciekawe życie. Ktoś mi kiedyś zarzucił, że mam dobrze, bo mieszkam w dużym mieście. Jednak ile jest ludzi takich jak ja, którzy mimo to siedzą w domu? To chyba bardziej zależy od naszej osobowości, niż od tego, gdzie mieszkamy. Zresztą na wsi też potrafię się odnaleźć, więc chyba to nie o to chodzi.
I na koniec wpisu, tak zupełnie po ludzku, dziękuję każdemu z Was za obecność. Za to, że Wam się chce mnie odwiedzać, czytać moje wypociny, komentować, wspierać. Tym bardziej, że w dzisiejszych czasach trudno jest utrzymać czytelnika, kiedy blog nie ma swojej dramaturgii. A mój raczej jest zwyczajny. Mam nadzieję, że przeżyjemy razem jeszcze wiele wspaniałych lat i przygód. Może nie będzie tutaj przepięknych zdjęć, bo do tych nie mam ręki (i to dosłownie, bo przy robieniu trzęsą mi się ręce)*. Ale zawsze znajdziecie tutaj coś dla siebie. I będziecie na nim miło widziani. Zresztą w miarę możliwości staram się i u Was na blogach bywać, chociaż nadmiar obowiązków nie zawsze temu sprzyja. Jednak zawsze nadrabiam zaległości, czytając zaległe wpisy - nawet czasami je komentuję. Pozwala mi to po prostu być z Wami na bieżąco.
Do każdego z Was dziś przychodzę ze skromnym bukietem kwiatów w ramach podziękowań za minioną dekadę
Przepraszam, jeżeli kogoś z Was przez ten czas czymś uraziłam albo obraziłam. Nie miałam tego w planie, zrobiłam to nieświadomie. Ale też proszę Was, abyście zbytnio nie naciskali na mnie co do tego, jak ma wyglądać mój blog - "mój jest ten kawałek podłogi". Mam pewny pomysł na jego prowadzenie, czasami coś pominę w swoich informacjach. Nie raz uznam to za nieistotne, innym razem nie zwrócę na to uwagi, a czasami po prostu nie chcę już przedłużać wpisu, który i tak jest długi. Weźmy też pod uwagę to, że każdy z nas ma inne upodobania, na co innego zwraca uwagę. Ale to jest w nas piękne, że mimo tej różnorodności tworzymy jedną piękną blogową rodzinę.
Żegnam Was tym sympatycznym szopem-praczem, który tak ciekawie porusza się w rytm piosenki:

* Zresztą fotografie mojego autorstwa pojawiły się na blogu dopiero od lipca 2016 roku, kiedy kupiłam sobie pierwszy w życiu aparat cyfrowy, co było moim cichym marzeniem, ŚDM był ku temu idealnym pretekstem

poniedziałek, 22 stycznia 2024

1836. "Good bye Lenin!" w realnym życiu

Nie wiem, czy kiedykolwiek oglądaliście film "Good bye Lenin!". Osobiście miałam okazję widzieć go raz, dosyć dawno, bo w ramach lekcji języka niemieckiego w liceum. I pewnie to było głównym powodem tego, że podeszłam do niego dosyć sceptycznie. W skrócie - po kilku latach wybudza się ze śpiączki matka głównego bohatera filmu Alexa Kernera - Christine. Kiedy na nią zapadła, w Niemczech, gdzie mieszkają, trwa głęboki komunizm, a kraj podzielony jest na dwie części. Christine budzi się w nowym świecie, jednak nie jest tego świadoma. Co więcej, ukochany syn nie wyprowadza jej z tego błędu i tak aranżuje otaczającą ich rzeczywistość, aby kobieta była przekonana, że w dalszym ciągu żyje w takim świecie, jaki zapamiętała sprzed zapadnięciem w śpiączkę. Zdobywa archiwalne nagrania telewizyjne i gazety, opowiada jej historie z tamtych lat. Jak można się domyśleć - prawda w końcu wyszła na jaw, zwłaszcza kiedy Cristine w końcu wyszła z domu i zobaczyła zmiany, jakie zaszły przez te wszystkie lata, powodując u niej szok. A wszystko dlatego, że Alex opisywał jej wszystko to na tyle przekonująco, iż kobieta była przekonana, że tak jest faktycznie. 
Czytając niektóre blogi mam wrażenie, że jestem cząstką takiego świata przedstawionego w filmie "Good bye Lenin". Ich autorzy wyjechali z Polski w latach 80., zrzekli się polskiego obywatelstwa na rzecz obywatelstwa kraju, w którym postanowili spełnić resztę swojego życia. Ok., mieli do tego pełne prawo. Zza granicy piszą bloga. Ok., do tego też mają prawo. Tak samo jak mają teoretyczne prawo do krytykowana Polski, Polaków, polityki, kościoła etc., etc., nawet z podaniem danych osób, które "ośmieliły się" negować jej poglądy (czyli jej i tylko jej wolno szczuć i obrażać innych, a jak ktoś próbuje się bronić, to już jest "przeklętą, katolicką mendą"*). Ok., niech im będzie.
Tylko nie rozumiem w tym wszystkim, dlaczego tak często w swoich wywodach i gorzkich żalach odnośnie czy to naszego kraju, czy to nas, Polaków, czy to kościoła powoduje się na to, co się działo tutaj te 40 lat temu. To znaczy rozumiem, że taką Polskę opuściła i taką zapamiętała, ale jakby nie zauważyła, to Polska wyszła już z głębokiego komunizmu, Polacy nie są bezmózgowcami (bo tak najczęściej ich przedstawia), studia są stratą czasu, a ksiądz na ambonie mało kiedy krzyczy i straszy piekłem. Tym czasem tego typu smaczki można wyczytać z jej wpisów. A wszystko poparte jej "osobistym doświadczeniem" sprzed lat... Ręce opadają. Tak, jakby wszędzie indziej czas biegł na przód, a u nas się zatrzymał.
Zawsze trafiając na takie wpisy zastanawiam się ile w człowieku musi być nienawiści i... pychy? Tak, bardzo dużo pychy zionie wręcz z tych rewelacji. Z takimi osobami nawet nie da się dyskutować, bo zawsze jest się wspomnianą już "przeklętą, katolicką mendą". A może po prostu takie osoby za wszelką cenę chcą, aby tak myślano o Polsce? Może w ten sposób chcą podnieść swój nastrój, samoocenę? A tak naprawdę są bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwe w swoim życiu. Ja to diagnozuję wprost - nowotwór trawiący ludzką duszę. Jest to uleczalne, ale nie w przypadku tego tylu osób. Musiałyby zmienić swoje nastawienie do życia, do ludzi, do otoczenia. Zamiast szukać wszędzie problemów i przeszkód, to poszukiwać rozwiązań. Przejść na własne podwórko, jeżeli otwarcie przyznaje się, że "z tym chorym krajem nie chce się mieć nic wspólnego" i "nie ma już po co tutaj wracać". Może u nich jest mniej afer, niż u nas. 
Może dzięki temu przestaną tworzyć rzeczywistość a'la "Good bye Lenin!", albo jak kto woli z naszego lokalnego podwórka - "Dzień świra".

* A co jeżeli taka osoba jest tak jak oni ateistą, tylko ma inne poglądy?

piątek, 29 grudnia 2023

1812. Epidemia jakaś

Wraz z końcem roku wiele znajomych złapało jakąś dziwną infekcję. Ogólnie szaleje jakiś wirus wywołujący temperaturę oraz napadowe ataki kaszlu. Kropkę z Adasiem zmogło już we wtorek wieczorem, podobnie księdza Niosącego Światło. Na świetlicy też jakiś pogrom dzieciaków do tego stopnia, że łączymy grupy, a i my, wychowawcy dzielimy się dyżurami i przychodzimy co drugi dzień. Oczywiście część dzieciaków wyjechała z rodzicami do rodziny, albo na jakiś rodzinny wypad, na przykład w góry, ale było też sporo telefonów, że ten, czy tamten wychowanek jest chory i nie będzie go do końca roku. Telefony były, ale i nie, bo też różnie z tym bywa. Chociaż przy kilkudniowych nieobecnościach sami interesujemy się ich powodem, zwłaszcza w przypadku "problematycznych" rodzin.
Kropka z Adamem rozchorowali się dosłownie w ciągu jednej nocy. Wieczorem położyli się spać zdrowi, a obudzili się z temperaturą oraz silnym kaszlem. Co prawda w placówce mieli już pojedyncze przypadki tej infekcji, jednak po świętach odnotowali jakiś wysyp zachorowań. Już nawet nie umieszczają dzieciaków w izolatkach, bo wirus uaktywnia się po kilku dniach od zakażenia, a zakażony już wtedy zaraża. Lekarz stwierdził, że nie każdy też zaraża, tak samo jak nie każdy ulega infekcji, i tak właściwie to loteria, kogo ona dotknie, a kogo ominie. A może po prostu chorują ci, którzy mają słabszą odporność? A zarówno Kropka, jak i Adam przed świętami byli przeziębieni. Dołączyli więc do tych, którzy szkolną przerwę świąteczną spędzają w łóżku. Byłam u nich dwa razy. Kropka stwierdziła, że w sumie to może nawet dobrze, że teraz są chorzy, bo potem byłoby gorzej, gdyby tak rozchorowali się tuż przed końcem semestru. 
Kaszel księdza Niosącego Światło to mi się nie podobał już na kilka dni przed świętami. Co prawda tłumaczył się tym, że to tylko przeziębienie i że dobrze się czuje, ale w tym kaszlu coś było nie tak. Zbyt długo trwał, jak na owe przeziębienie i za bardzo, przynajmniej według mnie, księdza przy tym "szarpało". W Wigilię był już taki sobie, na pasterce jeszcze się trzymał, chociaż było widać, że coś jest nie tak, pomimo uśmiechu na twarzy. Ten uśmiech też był bardziej sztuczny, niż szczery. We wtorek wieczorem już cały czas leżał w łóżku z gorączką i kaszlem. W środę wezwano lekarza, ten zdiagnozował zapalenie oskrzeli. Trochę nastraszył księdza zapaleniem płuc, bo to zapalenie oskrzeli ma dosyć duże nasilenie objawów, a jego odporność w dalszym ciągu jest niska. Zaś w jego przypadku zapalenie płuc raczej na pewno skończy się hospitalizacją, właśnie z powodu tej odporności. W rezultacie ksiądz jest na l4, dostał jakieś doraźne leki i nakaz leżenia w łóżku. I w ten sposób wizyta kontrolna u lekarza odwlekła się w czasie. I to chyba sporo, bo jeżeli miał przed nią zrobić podstawowe badania to nie wykona ich tuż po wyzdrowieniu.
A może ta moja choroba w pierwszych dwóch tygodniach grudnia to właśnie była infekcja wywołana tym wirusem, tylko przebiegająca w dużo łagodniejszej formie? Akurat byłam dopiero co po trzech dawkach antybiotyku, mój organizm na pewno nie zdążył się jeszcze zregenerować. Nie powiem, że nie miałam gorączki, bo mogłam mieć podwyższoną temperaturę ciała (szczerze to nawet tego nie sprawdzałam), ale nie powodowało to mojego osłabienia, czy też specjalnie nie dezorganizowało mi to codziennego funkcjonowania. Jedynie co mi przeszkadzało to kaszel, ale i on jakoś tak sam z siebie mi minął. Nie wiem, nie jestem lekarzem, ale być może to właśnie ten sam wirus był winowajcą tego wszystkiego.

sobota, 16 grudnia 2023

1799. Szczęście trzeba dawkować

Gdzieś kiedyś usłyszałam, albo wyczytałam, że szczęście jest jednym z tych uczuć, którymi wręcz trzeba się nieustannie zachłystywać, bo i tak nie da się go przedawkować. Tymczasem osobiście uważam, że ze szczęściem jest trochę tak jak z narkotykiem, pobudza, ale nie warto zbyt bardzo z nim przeholowywać, bo można je przedawkować. Jakie są objawy przedawkowanego szczęścia? Choćby takie, że nic nas nie cieszy, jesteśmy coraz bardziej wybredni i wymagający, chcemy więcej i więcej, chociaż tego tak naprawdę nie potrzebujemy. Wszystko po to, aby być coraz bardziej szczęśliwsi, a i tak to nic nie daje. Dlatego czasami warto odsunąć coś w czasie, żeby jeszcze bardziej docenić to, co inni dla nas robią, abyśmy byli szczęśliwsi.
Już w zeszłym tygodniu wiedziałam, że mam się spodziewać jakiejś drobnej przesyłki od Jadzi. Trochę mnie tym zaskoczyła, tym bardziej, że z rozmowy wynikało, iż to będzie coś więcej, niż tylko symboliczna kartka z życzeniami bożonarodzeniowymi. Kto zna Jadzię, chociażby przez prowadzonego przez nią bloga, ten wie, jakie cudeńka potrafi stworzyć. Zresztą nie raz już mnie nimi obdarowała, za każdym razem wywołując u mnie ogrom radości. I już wtedy, podczas tego dialogu czułam, że cokolwiek by to nie było, to moja reakcja będzie taka sama.
W środę otrzymałam SMS, że przesyłka jest już w paczkomacie. Odebrałam ją w czwartkowy wieczór, byłam jednak tak padnięta, szczególnie uczestnictwem w otwartym mitingu AA*, że po prostu nie miałam na to siły. W piątek, jak wspominałam, chciałam napisać artykuł na podstawie mojego wystąpienia na konferencji. Nie ukrywajmy, wymagało to ode mnie maksymalnego skupienia nad tym co robię. A znając moje reakcje na pewne sprawy, to po otwarciu przesyłki wpadłabym w taką euforię, że uspokajanie się i dochodzenie do względnej równowagi emocjonalnej, trochę by trwało. A że to był ostatni dzień na przesłanie pracy, mnie zaś jak najbardziej na tym zależało, otwarcie przesyłki musiało jeszcze zostać na chwilę przesunięte w czasie.
Dzisiaj już nic nie stało na przeszkodzie abym zobaczyła, czym tym razem obdarzyła mnie Jadzia. Otwarłam niewielkie pudełko, a tam... tadam!:
Coś dla ciała, czyli kompot wigilijny do zaparzenia (będzie idealny na zimowe, zimne wieczory) oraz wiśnie w czekoladzie:

I coś dla ducha, czyli: prześliczna kartka z cudownymi życzeniami:
Własnoręcznie wykonany przez Jadzię notes (będzie gdzie zapisywać kolejne pomysły na wiersze)
A także coś o czym marzyłam od dawna, i nawet próbowałam sama sobie takie coś zrobić, ale bez powodzenia: to grudniownik, czyli coś w stylu albumo-kalendarza, gdzie jest miejsce, aby każdego dnia coś wkleić lub zapisać. Wspaniała pamiątka na dalsze lata, bo i tegoroczny grudzień jest wyjątkowy. Już powoli planuję jak go wypełnię, chociaż nie ukrywam, że szkoda mi troszkę niszczyć jego pierwotne piękno.
Tyle piękna, serca, pamięci i dobroci zmieściło się w jednej, niepozornej przesyłce. A ile radości to we mnie wywołało... Tego nie da się opisać słowami.
I na koniec kolejna myśl odnośnie adwentu, tym razem arcybiskupa metropolii katowickiej, oraz tymczasowego biskupa mojej diecezji - Adriana Galbasa:

* To było jedno z zadań do wykonania (i napisanie z tego sprawozdania) w ramach przedmiotu Uzależnienia i współuzależnienie, które mamy na studiach

środa, 1 listopada 2023

1754. Kto to tak właściwie był ten święty Józef Bilczewski?

Witajcie moi drodzy!

Na początku pragnę Wam gorąco podziękować za troskę wykazaną w komentarzach pod ostatnim wpisem oraz życzenia szybkiego powrotu do zdrowia. Powoli mi się już polepsza, np. dzisiaj już jem biszkopty. Jutro może uda mi się już zjeść coś bardziej treściwszego. Oczywiście bez szaleństw, bo to mi bardziej zaszkodzi niż pomoże odzyskać siły. W zasadzie już powróciłam do sił i gdyby nie ta dieta i zażywane co 8 godzin antybiotyki, to pewnie uznałabym to wszystko za przygodę. Do końca tygodnia dostałam zwolnienie z pracy, bo jednak bez sensu przy osłabionym organizmie narażać się na kontakty z zarazkami przynoszonymi przez dzieciaki. Odwiedziny księdza w szpitalu też sobie podaruję. Na razie napisałam mu, że mam sporo nauki, co też zbytnio nie odbiega od rzeczywistości. Tak więc jeszcze raz dziękuję za tyle słów wsparcia. Nie spodziewałam się, naprawdę.

W ostatnim czasie kilkakrotnie padło na blogu nazwisko księdza Józefa Bilczewskiego, arcybiskupa lwowskiego, świętego kościoła katolickiego. Jednak na samym wspomnieniu jego nazwiska, bez jakichś konkretnych szczegółów (poza tym, że ukończył wadowickie gimnazjum im. Marcina Wadowity. Dzisiaj chciałabym to nadrobić i przedstawić Wam w siedmiu punktach życiorys tego duchownego, którego "poznałam" przez przypadek kilka lat temu (warto czytać wszystkie informacje umieszczone na tablicach przybitych do budynków), a z którym "zaprzyjaźniłam się" niemal od razu. Myślę, że przypadające wspomnienie Wszystkich Świętych jest ku temu doskonałą okazją. Zresztą jeszcze dzisiaj, sto lat po śmierci, jest on stawiany za wzór Dobrego Pasterza, który pokładając swoją ufność w Bogu, poświęcił się do głoszenia nauki o Chrystusie.
święty arcybiskup Józef Bilczewski
  1. Arcybiskup z chłopskiego domu - Józef Bilczewski przyszedł na świat 26 kwietnia 1860 roku w położonych koło Kęt Wilamowicach na terenie diecezji krakowskiej. Był pierwszym dzieckiem prostego rolnika i stolarza Franciszka Biby i Anny z domu Fajkisz. Oprócz Józefa małżonkowie mieli jeszcze ośmioro dzieci. Ojciec uważany był za osobę surową i wymagającą, natomiast matka za osobę niezwykle pobożną. Mały Józef wzrastał w niezwykle religijnej atmosferze domowej. W wieku 8 lat chłopiec rozpoczął naukę w szkole podstawowej w rodzinnych Wilamowicach. Następnie kontynuował ją w Kętach oraz w wadowickim gimnazjum. Gimnazjum ukończył w 1880 roku maturą zdaną z wyróżnieniem. Umożliwiło mu to wstąpienie do krakowskiego Seminarium Duchownego. Podobno na stoliku w pokoju seminaryjnym położył małych rozmiarów obrazek, na którym mieścił się napis: "Któż, jak Chrystus", czyniąc to zawołanie treścią każdego dnia. Po dwudziestu latach posługi kapłańskiej, studiach w Rzymie, Paryżu i Wiedniu, a także pracy jako profesor lwowskiego uniwersytetu, w grudniu 1900 roku został mianowany przez papieża Leona XIII arcybiskupem Lwowa.
  2. Swoją siłę czerpał z modlitwy
     - arcybiskup Józef Bilczewski to przede wszystkim człowiek modlitwy. Można powiedzieć, że zamiłowanie do modlitwy wyssał z mlekiem matki, prostej kobiety zatopionej w Bogu. Będąc klerykiem spędzał długie godziny w seminaryjnej kaplicy rozmawiając z Bogiem. Jako profesor lwowskiej uczelni zamieszkał w klasztorze bernardyńskim, gdzie uczestniczył w życiu modlitewnym zakonników, odmawiając z nimi brewiarz. Centralną częścią jego modlitwy była Eucharystia. Podczas wieczornych modlitw przygotowywał się do jej odprawiania. Z kolei w ciągu dnia często był widziany w kościele przed Najświętszym Sakramentem.
  3. Czciciel Najświętszego Sakramentu - lata życia księdza Józefa Bilczewskiego przypadają na ożywienie w całym Kościele katolickim kultu Eucharystii. Swoim diecezjanom przypominał o obowiązku regularnego udziału w niedzielnej Mszy świętej. Zachęcał ich też do codziennego uczestnictwa we Mszy świętej i częstego przyjmowania Komunii Świętej. Uczył wiernych, że Eucharystia to nie tylko pokarm dający siłę w codzienności, ale też źródło największej radości. To Ona staje się podstawą jedności nie tylko w rodzinie, ale i w całym społeczeństwie. Zapraszał ich do adoracji Najświętszego Sakramentu, udziału w procesjach i nabożeństwach eucharystycznych. Niezwykłą troską otaczał dzieci, które przygotowywały się do Pierwszej Komunii Świętej.
  4. Duchowy syn Maryi - już od najmłodszych lat ksiądz Józef Bilczewski otaczał Matkę Najświętszą czcią i miłością, niczym najlepszy syn. Nazywał Ją nawet swoją "Matuchną". Później swoją posługę pasterską w archidiecezji lwowskiej powierzał właśnie Matce Bożej. Odnawiając śluby Jana Kazimierza ukazywał Maryję jako wzór cnót chrześcijańskich, zaufania Bogu i całkowitego powierzenia mu swojego życia. Jego wielkim pragnieniem było, aby identyczną pobożnością darzyli Ją wierni archidiecezji lwowskiej, poprzez naśladowanie Jej cnót, a w szczególności całkowitego zaufania Bogu. 
  5. Dobry pasterz
     - "Stałem się głową tej Archidiecezji, by także być jej sercem. Wszystko, co Was obchodzi, znajdzie oddźwięk w duszy mojej" - miał powiedzieć ks. abp. Józef Bilczewski, kiedy rozpoczynał swoją posługę arcybiskupią. Postrzegany był jako gorliwy pasterz archidiecezji lwowskiej. M.in. rozwijał strukturę parafialną oraz walczył o budowę nowych kościołów. Podczas jego 23 letniej posługi duszpasterskiej wybudowano ich aż 328. Zabiegał też o wzrost powołań kapłańskich. Liczba alumnów lwowskiego Seminarium Duchownego wzrosła z 79 w 1900 do 134 w 1914 roku. Interesował się życiem osobistym kleryków, ich sytuacją materialną i rodzinną, dlatego często ich odwiedzał. Dbał o dni skupienia dla kapłanów, zabiegał o podniesienie poziomu katechizacji, zachęcał świeckie osoby do włączania się w proces przekazywania prawd wiary. Do współpracy z kapłanami arcybiskup zachęcał siostry zakonne poprzez tworzenie ośrodków duszpasterskich działających przy kaplicach i ochronkach. Od samych sióstr zakonnych oczekiwał, że będą na co dzień zastępować kapłana w prowadzeniu katechezy dla dzieci i dorosłych, a także zajmą się opieką nad chorymi, będą prowadzić nabożeństwa oraz przygotować wiernych do sakramentów.
  6. Szczery Polak - będąc metropolitą lwowskim Józef Bilczewski nie wahał się działać na polu oświatowym i społecznym. Jako członek Rady Szkolnej Krajowej walczył o polepszenie losu nauczycieli, o zakładanie szkół, ochronek, bibliotek oraz czytelni. Przyczynił się tym samym do zwalczania tak bardzo powszechnego wtedy analfabetyzmu. Do historii przeszło jego słynne wystąpienie w Sejmie z 1907 roku - w swoim gorącym przemówieniu przekonywał do podniesienia pensji nauczycielskich. Organizował również i popierał różne związki i stowarzyszenia o charakterze religijnym, zawodowym i dobroczynnym. Z jego inicjatywy wybudowano we Lwowie dom katolicki. Z kolei w czasie wojen w latach 1914 - 1920 zorganizował komitet arcybiskupi do pomocy ofiarom wojny, a także występował w obronie Polaków napadniętych i mordowanych przez ukraińskich nacjonalistów.
  7. Pochowany z najuboższymi - ksiądz arcybiskup Józef Bilczewski odszedł do wieczności w dniu 20 marca 1923 roku. Zgodnie z jego ostatnią wolą został pochowany na lwowskim cmentarzu Jankowskim we Lwowie, w miejscu wiecznego odpoczynku ludzi ubogich, dla których był niczym ojciec. Na jego grobie zawsze znajdowały się świeże kwiaty, a pomimo czasów komunizmu przychodzili na niego ludzie, aby wypraszać za jego wstawiennictwem łaski u Pana Boga. Dzięki staraniom archidiecezji lwowskiej przeprowadzony został przeprowadzony proces beatyfikacyjny Józefa Bilczewskiego. Jego pierwszy etap został zakończony 18 grudnia 1997 roku ogłoszeniem przez św. Jana Pawła II dekretu o heroiczności jego cnót. W czerwcu 2001 roku Komisja Spraw Kanonizacyjnych uznała cud nagłego, trwałego i niewytłumaczalnego co do sposobu uzdrowienia 9-cioletniego Marcina Gawlika z bardzo ciężkich poparzeń za wstawiennictwem arcybiskupa Józefa Bilczewskiego. To otworzyło drogę do jego beatyfikacji, której dokonał papież Jan Paweł II w dniu 26 czerwca 2001 roku we Lwowie podczas podróży apostolskiej na Ukrainę. Pięć lat później papież Benedykt XVI ogłosił go świętym.
I na koniec krótki filmik streszczający jego życie i działalność.

niedziela, 24 września 2023

1716. Nie mógł Mahomet przyjść do góry...

Na początek dziękuję wszystkim za gratulacje pod ostatnim wpisem. Nie spodziewałam się aż takiego odzewu na temat mojego niewielkiego osiągnięcia. Ba, zastanawiałam się nawet, czy za bardzo się tym nie chwalę. Ale tak sobie myślę, że jeżeli mój blog przetrwa jeszcze kilka lat, to może to być ciekawa i oryginalna pamiątka. Oczywiście wywołałam sobie kilkanaście zdjęć, bo jednak lubię mieć je w formie fizycznej. Lecz opisówka nie jest też zła. Wielu z Was pisało mi, że powinnam być z siebie dumna... Ale ja jakoś nie potrafię tego tak postrzegać. Nie zrobiłam przecież nic takiego wielkiego. Ani nawet ważnego. Po prostu udało mi się ukończyć studia z wyróżnieniem, tak samo jak 34 moim koleżankom i kolegom. Owszem, włożyłam w to sporo pracy, nauki i wysiłku, ale przecież to nic w porównaniu z dokonaniami innych.
Po chwilowym byciu pępkiem świata czas wrócić na ziemię. Dziś przychodzę do Was z kartką urodzinową. Dosyć nietypową kartką, bo stworzoną przeze mnie osobiście wedle mojego autorskiego pomysłu. 
Nie powiem, trochę poniosła mnie w tym wszystkim moja własna wyobraźnia. A było to tak: całkiem niedawno Ksiądz Niosący Światło miał urodziny. Tak jak pisałam we wpisie dotyczącym wolontariatu podczas Festiwalu Maratonu 3 Jezior, wymyśliłam że jako prezent z tej okazji można go wziąć w góry. Tym bardziej, że poprawiło mu się nieco ostatnio, nawet zaczął odzyskiwać siły. Operację ręki miał mieć dopiero dwa tygodnie później, do tego czasu miał być na plebani. Miał się zbytnio nie przemęczać, ale zgodę od lekarza na góry dostał. Wszystko szło w miarę dobrze, aż tu dosłownie trzy dni przed wyjazdem trafił do szpitala z temperaturą*. Diagnoza też nieciekawa... W sumie dotąd myślałam, że na to zapadają tylko dzieci. Sama wielokrotnie z tego powodu lądowałam na oddziale, na szczęście tego nie pamiętam. Było jasne, że z jego wyprawy nici. Co ja mówię wyprawy, ordynator się zastanawiał, czy w takim stanie będzie możliwe przeprowadzenie operacji ręki. Niby były jeszcze dwa tygodnie do niej (tzn. do planowej operacji), ale miał wątpliwości, czy po tej chorobie będzie sens jeszcze bardziej go obciążać w tak szybkim czasie, czy może lepiej przełożyć tą operację jeszcze na później (co miało by i dobre i złe skutki). A mnie było szkoda i żal, że z prezentu urodzinowego nic nie wyszło. Tym bardziej, że Ksiądz Niosący Światło uwielbia góry, kiedy był zdrowy, to w wolnych chwilach jechał w nie i zdobywał kolejne szczyty albo na nowo odkrywał te już wcześniej osiągnięte. Na te trzy dni spędzone w górach też cieszył się jak dziecko po otrzymaniu czekolady. Ale może to i dobrze, bo gdyby miał się pochorować w górach, to też byłoby nie za ciekawie.
Skoro więc On nie mógł wybrać się na wyprawę w góry, trzeba było zrobić wszystko, aby góry "przyszły" do Niego. Wiem, że pomysł może wydawać Wam się kuriozalny i wręcz absurdalny, mnie jednak przyszło pewne rozwiązanie do głowy, kiedy dzień przed urodzinami księdza kroczyłam drogą oddzielającą Zabawę od Wał Rudy. Szybko wybrałam numer telefonu do jednego z dobrych znajomych i poprosiłam go o zabezpieczenie oratoryjnego rzutnika. Po drugiej stronie telefonu usłyszałam jęk, który mógł oznaczać: "Bo proboszcz akurat się zgodzi...", ale ostatecznie Benio stwierdził, że zobaczy co da się zrobić. Dodatkowo od pewnego czasu chodziła mi po głowie przestrzenna kartka, z górami i wędrowcem. Wiedziałam, że będę miała huk z tym roboty, ale z drugiej strony miałam na to całą noc  i kawałek dnia (bo do szpitala chciałam podejść po południu).
Po dosyć późnym powrocie do domu, a jednocześnie mimo wielkiego zmęczenia wzięłam się do pracy. Trochę przypominała ona poczynienia chłopca z poniższego filmiku (w gruncie rzeczy należy mu się ogromny podziw i za wysiłek, i za efekt końcowy prac).
Co prawda nie mam aż takich problemów jak on, ale przez mpd wiele rzeczy wykonuję wolniej, a inne są poza moim zasięgiem. Plusem sytuacji było to, że już jakiś czas temu wywołałam jedno ze zdjęć przedstawiających górski widok. Bazę pod kartkę więc już miałam. Teraz pozostało mi wykonać resztę.
Nie wiem, czy ktoś już robił coś podobnego i umieszczał w internecie. Nie kojarzę (ale nie mówię też, że nic takiego nie było). Nie wiem nawet, skąd mi się wziął ten pomysł. Po prostu zapaliła mi się w łebku lampka, niczym bajkowemu Pomysłowemu Dobromilowi. Wiele etapów robiłam intuicyjnie, nie mając żadnego wzorca, co wymagało ode mnie pewnego wyobrażenia na zasadzie - co będzie, gdy... Cały proces tworzenia wyglądał mniej więcej w następujący sposób:
Materiały potrzebne do pracy (wraz z cyrklem, który okazał się wręcz niezbędny w całym tworzeniu)
Będą góry
Tylko trzeba je "dociąć" (dobrze widzicie, nie jestem w stanie ciąć jedną ręką, więc robię to dwoma)
Szkice turystów górskich - jednego z elementów kartki
Tego typu elementy wolę "wycinać"... cyrklem
Chyba wyszedł (wybaczcie za kolory - była dopiero 1 w nocy)
"Prowadnica" do "chodzenia" po górach
Dorównanie gór - w tym momencie cyrklem wyznaczyłam trasę, po której będzie poruszać się nasz turysta
Zawsze lepiej wcześniej zobaczyć, czy wszystko działa zgodnie z planem i zamysłem
2 w nocy, a więc kleimy wszystko
A efekt końcowy wyglądał mniej więcej tak
Efekt idącego turysty
Wiem, że to wycięcie na jasnozielonej "górze" trochę nieestetycznie wygląda i pewnie bez niego byłoby ładniej, ale dzięki niemu lepiej się przesuwa turystę. 
Sen tej nocy trwał może z 3 godziny, ale opłacało się. Rano jeszcze dopisałam życzenia, które włożyłam do przyklejonej z tyłu koperty i zrobiłam pokaz slajdów przedstawiających krajobrazy górskie. Plan "b", w przypadku kiedy nie udałoby się pożyczyć tego projektora zakładał, że puszczę ten pokaz po prostu na laptopie. Na szczęście Beniowi udało się go przynieść mi wieczorem pod szpital, za co byłam mu ogromnie wdzięczna. 
Żeby nie tracić już czasu, wszystko wzięłam ze sobą do pracy. Dzięki temu wystarczyło potem wysiąść na odpowiednim przystanku, przejść kilkadziesiąt metrów i już się jest w naszym miejskim szpitalu. To była moja pierwsza wizyta u Księdza od jakiś czterech dni i bałam się, w jakim zastanę go stanie. Ostatnio było źle, teraz jednak Mu się ciut poprawiło. Temperatura, duszności i boleści ustąpiły. Nawet mógł z okazji urodzin zjeść... kilka łyżek kleiku, który wcześniej przyniosła mu siostra. "Prawie jak tort" - próbował żartować. Być może w przyszłym tygodniu będzie miał operację tej jego nieszczęsnej ręki ("Och, Lolku, nawet nie wiesz jak bardzo się boję, że mi ją amputują..." - naprawdę, aż mi serce ścisnęło, kiedy to usłyszałam), na razie jednak można było świętować. Wcześniej była u niego siostra z rodziną, proboszcz parafii, w której posługuje, parafianie. Wieczorem tylko ja i Benio, którego wcześniej nie znał. Nastolatek mógł iść już do domu, wszak dostarczył mi to, co miał. A jednak został. Nawet dobrze się złożyło, bo dzięki niemu w miarę sprawnie podłączyliśmy sprzęt. Kiedy on wszystko podłączał, dałam Księdzu moją kartkę. Był zaskoczony nie tylko tym, że pamiętałam o Jego urodzinach, ale i miałam czas na przygotowanie tego wszystkiego**. Na jednej ze ścian przesuwały się obrazy polecia w górach, a w tle leciały odgłosy przyrody, takie jak śpiew ptaków, plusk wody w strumieniu, szum liści. Gdyby tylko Ksiądz się nie pochorował, sam mógłby to wszystko zobaczyć i usłyszeć. Było mi go szczerze żal. Ale z drugiej strony cieszyłam się, kiedy dostrzegałam przez ułamki sekund ten charakterystyczny blask w oczach. A już najbardziej, kiedy słabym, ledwo słyszalnym głosem powiedział jedno krótkie "Dziękuję". Wiem, że było ono płynące z głębi serca. 
Całą wizytę jakoś się trzymałam, dopiero w domu puściły mi emocje. Siedziałam nad kubkiem z herbatą i ryczałam na cały głos. Taki sympatyczny ksiądz, który zawsze był dla drugiego człowieka, a teraz... 

* Mi się on nie podobał już w poniedziałek podczas odprawiania Mszy świętej, ale uznał, że nic mu nie jest
** Wolałam mu nie mówić, kiedy to wszystko przygotowałam