Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 31 grudnia 2017

649. Zabawa na 102

Jeżeli sięgnę pamięcią wstecz, gdzieś do otwarcia budynku parafialnego Domu Młodzieżowego, to robiono w nim dyskoteki dla scholi oraz ministrantów. Andrzejkowa, karnawałowa, na rozpoczęcie i zakończenie "sezonu" było ognisko i też jakieś potańcówki. Ostatnia tego typu impreza miała miejsce w listopadzie 2013 roku, jeszcze za księdza J. Pamiętam jeszcze, jak na moim poprzednim blogu wybuchła afera, bo jedna osoba stwierdziła, że skoro dyskoteka nazywa się "andrzejkowa" to na pewno będą wróżby. A skoro będą wróżby, to na pewno pójdziemy za nie do piekła bo w Piśmie Świętym(tutaj padła nawet księga, werset i rozdział) jest tak i tak napisane. Jednak po przedstawieniu naszej animatorskiej wizji tego wszystkiego księdzu proboszczowi uzyskaliśmy jego pełne poparcie. Wróżby też były, a raczej jedna - Bóg kocha każdego z nas(myślicie, że na pewno pójdę za nią do piekła?). A potem jakoś to ucichło. I kłótnie na blogu(cięta riposta sprawiła, że osoba ta już się nie wypowiadała), i wszelkie imprezy, nie licząc Światowych Dni Młodzieży.
Dlatego byłam szczerze zaskoczona pomysłem naszego nowego proboszcza, aby zorganizować dla dzieci zabawę z okazji sylwestra. Najpierw miała być ona na andrzejki, ale coś nie pykło. I została przesunięta na wczoraj, czyli 30 grudnia. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nikt nam właściwie nie powiedział, co my mamy na niej robić. Jeszcze w piątek, kiedy o 18:00 rozdzielaliśmy kadzidło i kredę do woreczków na 6 stycznia, zeszedł do nas ksiądz Oskar i słabiutkim głosem oznajmił nam, że ksiądz probi jeszcze mu nie powiedział, co mamy robić. W tej niewiedzy trwaliśmy do 15 następnego dnia. A nawet dłużej. Poszliśmy więc na spontan i po entej sprzeczce z proboszczem w końcu doszliśmy do kompromisu. Chociaż po 24 godzinach dalej nie wiem, dlaczego nie mogliśmy napompować balonów przed imprezą, a potem chłopcy na szybko musieli je pompować, bo nagle były potrzebne do zabawy. Dla mnie to trochę bez sensu, bo na jedno wyszło, ale dobra. Tak samo mam pewne zastrzeżenia co do listy przebojów, którą nam ksiądz proboszcz podrzucił. Wydaje mi się, że nawet ich nie przejrzał i tylko ściągnął jakieś playlisty, bo większość tytułów brzmiała nieco dwuznacznie. Dzieciaków przyszło z 30 sztuk, czyli o 100% więcej, niż wróżył w piątek ksiądz Oski. Niestety, nie dane mu było tego zobaczyć na żywo, bo walczył w swoim pokoju z przeziębieniem. Ale przynajmniej dzisiaj na Mszy był trochę bardziej do życia, niż przez ostatni tydzień. No i dzieciaki jako tako się bawiły, a to jest chyba w tym wszystkim najważniejsze. Zresztą sami zobaczcie:
Po tych 2,5 godzinie zabawy padłam ze zmęczenia, a tutaj jeszcze trzeba było ogarnąć dół Domu Młodzieżowego, gdzie była zabawa. Na szczęście proboszcz poszedł już do kościoła na Mszę wieczorną, bo podejrzewam, że znowu było by ale, zaś jedyne co dobiegało do naszych uszu, to kaszel Boskiego Oskiego(w sumie dobry jest - mieszka tak jakby na 2 piętrze, licząc że jadalnia to parter, a słychać go trzy poziomy niżej). W godzinę uwinęliśmy się ze wszystkim i na koniec poszliśmy do pizzerii w ramach wspólnotowej wieczerzy wigilijnej. Nie pytajcie dlaczego w pizzerii na pizzy, a nie tradycyjnie przy stole wigilijnym, bo to dłuższa historia. Trochę nam żal było, że nasz opiekun leżał w łóżku(przynajmniej w teorii, bo praktyka mogła być różna), ale chyba lepiej, żeby chociaż przez tych kilka dni się podkurował, niż ciągać go w zimie przez pół miasta. Bo trzeba powiedzieć, że sypnęło nam wczoraj śniegiem, a i mróz się pojawił. Tym bardziej, że znając Boskiego to pewnie znowu założyłby polarek... Można i tak.
W pizzerii nie siedzieliśmy długo, akurat tyle, aby można było zjeść po dwa kawałki pizzy i pograć w zwędzony księdzu "Monopoly" w wersji karcianej. W sumie już o 21:30 byłam w domu. Nie miałam już siły włączać komputera, a i przy czytaniu książki(akurat kończę czytać książkę o księżnej Dianie "Diana. Nie spełnione sny") oczy same mi się zamykały, więc po prostu poszłam spać.
A dzisiaj, dziś już ostatni dzień roku 2017. A za razem święto Bożej Rodziny. I tutaj pojawia się zasadnicze pytanie - jakie są te nasze rodziny. Każdy z nas chce, aby nasza rodzina była święta. Ale co to tak naprawdę oznacza? Czy święta rodzina musi być beztroska, bezkonfliktowa, taka, w której dzieci nie sprawiają żadnych problemów rodzicom? Niekoniecznie. Dla mnie święta rodzina to taka, jak ta z wiersza, którego słowa jakoś tak same przyszły mi do głowy:
"Święta Rodzina z ptaszkiem" Bartolomé Esteban Murillo
źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awi%C4%99ta_Rodzina_z_ptaszkiem

Bogata jest moja rodzina,
nie materialnie, lecz duchowo.
Każdy szacunek sobie okazuje,
rodzic, dziecko z uwagą wysłuchuje.
A kiedy wrócimy z zajęć swych do domu,
przy stole w jadalni wspólnie rozmawiamy.
Nasze tematy dotyczą wszystkiego,
swoje problemy i radości znamy.
W naszej rodzinie przodują radości,
choć uczucie smutku jest nam dobrze znane.
Starsi wybaczają wszelkie niejasności,
i każde dziecko jest bardzo kochane.



I właśnie takiej atmosfery rodzinnej życzę każdemu z Was w tym nadchodzącym, 2018 roku. A teraz świętujcie tą ostatnią noc w tym roku, czy to na zabawie, czy to w domowym zaciszu. Do siego roku!

piątek, 29 grudnia 2017

648. Ci dobrzy i ci podejrzani blogerzy

Zastanawiam się, skąd Basia P. zdobyła mój adres domowy. Bo jakoś musiała to zrobić, skoro zupełnie niespodziewanie wyjęłam dzisiaj z skrzynki pocztowej kopertę. Ponieważ nie spodziewałam się już od nikogo kartki Bożonarodzeniowej, zaś miasto "Olsztyn" nic mi na pierwszy rzut oka nie mówiło. Drżącymi rękami otwarłam kopertę, w której zamieszczona była prześliczna, własnoręcznie zrobiona karteczka. Kiedy zobaczyłam od kogo do mnie dotarła, aż serce szybciej we mnie zabiło. Bo to już czwarta kartka. która doszła do mnie z blogowego świata. I tylko jedno jedyne pytanie - czym taka szara osóbka jak ja zasłużyła sobie na tak sympatyczne gesty? Tym bardziej, że sama dosłownie nie zdążyłam wysłać swoich, za co cholernie mi wstyd. A tutaj zupełnie obce osoby sprawiają, że banan nie schodzi z moich ust. Basiu, Basiu, Basiu(tak, tak, tak, dobrze czytacie, chyba mam jakieś szczęście do tego imienia, w końcu nawet św. Barbara jest moją patronką od bierzmowania), Gosiu - dziękuję Wam za okazane dobro. 
W sieci oprócz życzliwych osób, są też osoby, które wzbudzają podejrzenie co do swoich zamiarów. Bo o ile kartki od moich blogowych znajomych są dosyć miłym wyrazem sympatii, o tyle np. kwiaty wysłane do mojego potencjalnego miejsca pracy przez nieznajomego były by dla mnie już dosyć dziwnym wyrazem sympatii. Dlatego co do niektórych mam ograniczone zaufanie i po prostu nie odpowiadam na ich komentarze. I to nie dlatego, że ten czy tamten coś mi źli o tym kimś napisał. Ale nawet komentowanie z kilku różnych nicków już jest podejrzane. Zresztą po przeczytaniu kilku komentarzy tej osoby na innym blogu nabrałam dla tego typu osób rezerwy. Bo jaką mam pewność, że nie zobaczę ich jutro przed moimi drzwiami? A do podlinkowanych osób akurat mam pełne ku temu zaufanie.

czwartek, 28 grudnia 2017

647. Najprostsze rozwiązania są zawsze najlepsze i kolejna prośba o pomoc

Lubię odwiedzać zaprzyjaźnione blogi i sprawdzać, co u Was słychać. Lista przeczytanych w całości sukcesywnie się powiększa, ale do listy blogów przybywają też nowe. Przy okazji witam na moim blogu nowe osoby - mam nadzieję, że Wam się u mnie spodoba i zostaniecie na dłużej. W miarę możliwości staram się Was też komentować, o ile mam coś w miarę sensownego go powiedzenia. I właśnie w tym ostatnim ostatnio miałam mały kłopot. Od jakiegoś miesiąca nie mogłam skomentować bloga naszej Jadzi. Jedyne rozsądne wytłumaczenie jakie mi przyszło do głowy, to takie, że Jadzia po prostu wyłączyła możliwość komentowania na swoim blogu. Trochę mi się przykro zrobiło, z drugiej jednak strony cieszyłam się, że mogę ją chociażby poczytywać. Jednak kiedy zauważyłam brak możliwości komentowania u Marzenki, Olgi oraz Basi, wydało mi się to co najmniej podejrzane. Wiedziałam jednocześnie, że te trzy osoby używają u siebie funkcji komentowania w DISQUS i to z nim łączyłam tą niedogodność. Sprawdziłam, jak to jest w innych przeglądarkach internetowych(na co dzień używam Internet Chrome). W Internet Explorer komentowanie tych trzech blogów działało bez zarzutów. Kombinowałam, kombinowałam i w końcu postanowiłam po prostu odinstalować Chrome i zainstalować ją na nowo. Po zainstalowaniu przeglądarki ponownie weszłam na wspomniane blogi i funkcja komentowania działa. Ciągle nie mogę się przyzwyczaić, że najprostsze rozwiązania są zazwyczaj najlepsze.

Wiele razy prosiłam Was o pomoc dla kilku osób. Nie inaczej będzie i tym razem. Być może ktoś z Was znał Szminkę w kurniku, która kiedyś prowadziła bloga. Ja co prawda jej nie znałam, nie oznacza to jednak, że nie wstrząsnęło mną to, co przydarzyło się jej w ostatnim czasie. Kochani, dwa dni przed Wigilią straciła cały swój dobytek w pożarze domu. Co prawda ani Magdzie, ani jej mężowi, ani dwójce ich dzieci nic się nie stało, jednak nie mają zupełnie nic. To takie niesprawiedliwe w obliczu tego, że Magda niejednokrotnie pomaga chorym dzieciom. Nawet tuż przed tragedią organizowała ze znajomymi kiermasz, z którego dochód został przekazany do szkoły. Dlatego takim osobom jak ona warto pomagać! Nasza inna blogowa koleżanka, Agnieszka, posiada dane potrzebne do przelewu pieniędzy na konto pogorzelców. Jeżeli ktoś jest chętny do pomocy podaję adres meilowy do Agnieszki: agaaaa1981@interia.pl. Pamiętajcie, dobro powraca!
I jeszcze raz przypominam o zbiórce dla Dominika.

wtorek, 26 grudnia 2017

646. Święta, święta i po świętach

Tym optymistycznym kawałkiem wyemitowanym przed laty w "Kolędowaniu z Polsatem" witam Was w drugi dzień świąt. Co ciekawe, jednym z śpiewających wtedy kleryków był Boski Oski. Cóż, nie każdy z nas ma możliwość swoich 5 minut w telewizji, i to ogólnodostępnej. Tak, było się pięknym i młodym... Dzisiaj zrobiło mi się go jednak szkoda, kiedy zobaczyłam go skulonego jak kura na grzędzie na zakrystii. Oczywiście dalej jest chory, bo nie ma kiedy wyzdrowieć. Żeby tylko czego gorszego nie narobił, zwłaszcza że coroczna wizyta duszpasterska tuż, tuż.
Wigilię tradycyjnie spędziłam w rodzinnym domu. Było łamanie się opłatkiem, kilka tradycyjnych potraw, kolędy. Może wystrój mieszkania nie był tak piękny jak u niektórych z Was, a i prezentów na próżno było szukać pod skromnie ubraną choinką, ale nie zabrakło miłości i zrozumienia. Prawie do północy graliśmy w gry planszowe. Trudno mi jednak było w tej rodzinnej atmosferze nie myśleć o rodzinie tragicznie zmarłej Ani
Zgodnie ze słowami powyższej pastorałki: "Gdy ptactwo Boga uczciło/co żywo się rozproszyło/ludziom dobry przykład dali/ażeby Go uwielbiali" o północy udałam się do parafialnego kościoła, aby uczestniczyć w dorocznej pasterce. Podziwiałam stojące w mroku choinki oraz skromną szopkę(aż żałuję, że w czwartek jej nie sfotografowałam). Dopiero teraz był naprawdę widoczny efekt naszej czwartkowej pracy. I satysfakcja, że brało się udział w tym przedsięwzięciu. Po pasterce jeszcze szybkie życzenia(mina księdza Oskara na mój widok w zakrystii bezcenna - chyba myślał, że przyjdę tak jak większość scholi na 22:00), i można było wracać do domu.
Wczoraj i dzisiaj to już odwiedziny u bliższej bądź dalszej rodziny. W ciągu roku nie ma za bardzo na to czasu, ale od czego są święta? A jak do kogoś nie jesteśmy w stanie dojechać, to dzwonimy. Wcześniej jednak, o godzinie 11:00 wraz ze scholą śpiewaliśmy kolędy podczas Mszy świętej. Na taką chwilę czekamy cały rok. Ale opłaca się, bo repertuar mamy naprawdę niezły. 
A jutro powrót do codzienności. W czwartek albo w piątek mamy rozdzielać kredę i kadzidło do woreczków, aby potem sprzedawać je na 6 stycznia. I jeszcze musimy zrobić spotkanie w sprawie sobotniej zabawy karnawałowej dla dzieci. Trochę wkurza mnie to, że schola chciała zmienić termin, na szczęście ksiądz się nie zgodzi. I bardzo dobrze, bo nauczyli się uzależniać terminy tego czy tamtego od jednej rodziny... Pochwalę się Wam jeszcze filmikiem z życzeniami, który nakręciliśmy wspólnymi siłami z księdzem(który jeszcze był do życia) oraz animatorami. Może Wam się spodoba...
I tak zupełnie na koniec przypominam o Dominiku, który czeka na naszą pomoc. Niepozorny SMS też ma wielką moc!

niedziela, 24 grudnia 2017

645. Zanim zabłyśnie pierwsza gwiazdka i przemiła przesyłka

Kochani,

już wieczorem zasiądziemy do wigilijnego stołu, bez względu na to, czy jesteśmy osobami wierzącymi, czy też ateistami. Wigilijna wieczerza jednoczy bowiem wszystkich. Kiedy na niebie pojawi się pierwsza gwiazdka, weźmiemy w swoje ręce biały chleb, aby życzyć naszym najbliższym wszystkiego co najlepsze, jak także przepraszając za wyrządzone w minionym roku krzywdy. W najbliższym czasie również i ja skrobnę na Waszych blogach również coś skrobnę od siebie(wszak do północy i tradycyjnej pasterki po wigilii będzie jeszcze trochę czasu, a i w najbliższych dniach też będzie ku temu okazja, więc spokojnie, bo mam do obskoczenia ponad 80 blogów) choć dużo bardziej wolałabym się z Wami przełamać tym białym symbolem jedności i pokoju. Jednak już tu i teraz, głównie dla tych, którzy są anonimowymi, ukrytymi czytaczami, życzę aby świąteczna atmosfera trwała w Was jak najdłużej i niezanikła wraz z odejściem od wigilijnego stołu, żeby Wasze serca otworzyły się na inne osoby, zaś światło gwiazdy betlejemskiej wskazywało Wam drogi codziennych wyborów.

A o tym, że nawet ateiści mogą obchodzić święta po chrześcijańsku można przeczytać chociażby w poniższym tekście, który kiedyś ukazał się na onecie i który postanowiłam tutaj przytoczyć. To jeszcze jeden dowód na to, że ludzi nie należy oceniać po pozorach i stereotypach.

Chrześcijaństwo niewierzących
Autor: Magdalena Środa
Ateistyczna wigilia? Jest choinka, śledź w śmietanie, kartofle, karp, bigos, pierogi, barszcz (uwielbiam gotować!) i opłatek, którym dzielę się z rodziną, przyjaciółmi i ludźmi samotnymi. Obok kolęd będziemy w tym roku śpiewać „Odę do radości” Beethovena, a na choince zawisną gwiazdy na niebieskim tle – symbol Zjednoczonej Unii. Bo to również chrześcijańskie wartości.

Niektórym się wydaje, że jak ktoś jest ateistą, to Boże Narodzenie spędza w kinie, w klubie lub przed telewizorem. W przeciwieństwie do katolików, którzy wszystko robią „po bożemu”, przeżywając nadchodzące narodziny Jezusa. Nic bardziej mylnego. Sądzę, że wielu ateistów głębiej przeżywa tradycję Bożego Narodzenia niż wielu praktykujących katolików. Polski katolicyzm jest niesłychanie zrutynizowany i powierzchowny. Mało kto czyta tego dnia Biblię, by dowiedzieć się co rzeczywiście stało się w kulturze ponad dwa tysiące lat temu i co znaczy „dobra nowina”, którą przyniósł Jezus.  I zapewne wielu byłoby zaskoczonych, że „dobra nowina” przynosi pokój, miłość bliźniego, życzliwość i tolerancję a nie nacjonalizm, nienawiść i ideologię.  A na szacunek zasługują nie tylko „swoi” lub „dzieci poczęte” – jak dyktuje Kościół w Polsce, ale wszyscy: również geje, lesbijki, uchodźcy, Romowie, Żydzi, ateiści i feministki. Bo nie masz „Żyda ani Greka, nie ma niewolnika ani wolnego, wszyscy są jednym…”. (Dowodem na to, że mam rację będą hejty pod tym tekstem, rodem z okresu pogaństwa i barbarzyństwa poprzedzającego erę Chrystusa).
Trudno aspirować do chrystusowej miłości bliźniego, ale trzeba się starać. W naszym kraju marnie to wychodzi. Na dzień dzisiejszy katolicka większość, katolickie pisma i autorytety nienawidzą wszelkich „obcych”, a nawet „swoich”, którzy nie należą do określonego plemienia. Nasza katolicka większość była przeciwko uchwaleniu konwencji o przeciwdziałaniu przemocy, co znaczy, że katolicy uważają, że przemoc domowa jest czymś naturalnym. To wbrew Jezusowi. Głowę też daję, że większość katolików uważa za normalne świąteczne torturowanie karpi, jak i innych zwierząt (np. psów trzymanych na łańcuchu) ponieważ w naszej wersji katolicyzmu człowiek nad zwierzyną panuje i może z nią robić co chce. Żaden z naszych głośno-krzycących-katolików  nie otworzy domu dla uchodźcy, nie zaprosi samotnego człowieka, bo „mój dom to moja twierdza” i wara od niej ludziom „gorszego sortu”.
Nie chcę zachwalać ateistów, ale uważam, że ludzie, którzy są wolni od ideologii i autorytarnych instytucji (a taką niewątpliwie jest Kościół katolicki w Polsce) są bardziej tolerancyjni, otwarci, refleksyjni. Rzadziej się rozwodzą, rzadziej nienawidzą, troszczą się o „obcych” i zwierzęta. Uważam więc, że to ateizm stanowi w większym stopniu kontynuację jezusowego przesłania „miłości bliźniego”, tolerancji i otwartości niż ortodoksyjny katolicyzm, który idzie w parze z nacjonalizmem, zamknięciem i nietolerancją – co widać w różnych badaniach. To w końcu laicka Europa jest znacznie bardziej otwarta i przyjazna dla imigrantów (również polskich) niż katolicka Polska, która właśnie organizuje marsze nienawiści przeciw uchodźcom i przeciw demokracji.
Przesłanie Jezusa jest uniwersalne, jego narodziny znaczą w kulturze proces otwarcia, zacierania granic, uniwersalizmu, kosmopolityzmu, miłości. I kultura na to wyzwanie reaguje. Walczymy z przemocą, piętnujemy nietolerancję, nawołujemy do miłości bliźniego czasem wbrew hierarchom. Ale „dobra nowina”, którą przynosi Jezus (nawet jeśli nie istniał jako osoba, a jedynie jako artefakt kulturowy) nie zawsze znajduje oddźwięk w Kościele, coraz częściej poza nim.
A jeśli chodzi o ateistyczną wigilię. To jest choinka, śledź w śmietanie, kartofle, karp, bigos, pierogi, barszcz i opłatek, którym dzielę się z rodziną, przyjaciółmi i ludźmi samotnymi. Obok kolęd będziemy w tym roku śpiewać „Odę do radości” Beethovena, a na choince zawisną gwiazdy na niebieskim tle – symbol Zjednoczonej Unii. Idę też na pasterkę, by posłuchać jaki horror z jezusowego przesłania pokoju i miłości czynią niektórzy księża. Kogo będą potępiali w noc wigilijną, nim zaproszą wiernych do przekazania sobie znaku pokoju?

I tak zupełnie na koniec pochwalę się, co dostałam od Basi w ramach zabawy Podaj dalej. Kurier przyniósł paczkę kilka dni temu, a że mnie nie było, zostawił u sąsiadki. A że potem nie mogłyśmy się zgrać, to już swoją drogą. W każdym razie paczkę odebrałam - okazała się super prezentem na gwiazdkę. Zresztą sami zobaczcie:
Cieplutka czapka i komin z wełny - własnoręcznie robione
I trochę "przydasiów", kartka świąteczna z życzeniami, coś słodkiego
Basieńko, jeżeli mnie czytasz to jeszcze raz dziękuję za tak wspaniałą paczkę. Z kontynuacją podaj dalej poczekam, aż wyślę Wam zaległe coś za zabawę ze świętymi. Myślałam, że zdążę przed świętami, a tu klops. Ale po świętach myślę, że mi się to uda...

sobota, 23 grudnia 2017

644. Gdy my wołamy "Marana tha", słyszymy odpowiedź "Ero cras"

Z powodu chwilowego braku czasu(porządki same się nie zrobią) pozwolę sobie opublikować notkę, która od roku znajduje się w szkicach, a której zapominam wtedy opublikować. Myślę, że dzisiaj, na dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia, jest idealny ku temu czas.

W pewnym poście dotyczącym adwentu >>KLIK<< wspomniałam o pewnym tricku związanym z antyfonami śpiewanymi podczas nowenny przed Bożym Narodzeniem. Na początek przypomnijmy sobie poszczególne wezwania, jakie się na nie składają:
  1. (17 grudzień) O Mądrości, która wyszłaś z ust Najwyższego, Ty obejmujesz wszechświat od końca do końca i wszystkim rządzisz z mocą i słodyczą, przyjdź i naucz nas dróg roztropności.
  2. (18 grudzień) O Adonai, Wodzu Izraela, Tyś w krzaku gorejącym objawił się Mojżeszowi i na Syjonie dałeś mu Prawo, przyjdź nas wyzwolić swym potężnym ramieniem. 
  3. (19 grudzień) O Korzeniu Jessego, który się wznosisz jako znak dla narodów, przed Tobą zamilkną królowie, a ludy będą się modlić do Ciebie, przyjdź nas wyzwolić już dłużej nie zwlekaj.
  4. (20 grudzień) O Kluczu Dawida i Berło domu Izraela, Ty który otwierasz a nikt zamknąć nie zdoła, zamykasz a nikt nie otworzy, przyjdź i wyprowadź z więzienia człowieka pogrążonego w cieniu śmierci. 
  5. (21 grudzień) O Wschodzie, Blasku światłości wieczystej i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć żyjących w mroku i cieniu śmierci.
  6. (22 grudzień) O Królu narodów przez nie upragniony, kamieniu węgielny Kościoła, przyjdź zbaw człowieka, którego utworzyłeś z prochu ziemi.
  7. (23 grudzień) O Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, oczekiwany zbawicielu narodów, przyjdź, aby nas wybawić nasz Panie i Boże.
Skoro mamy już nakreślone poszczególne antyfony, przetłumaczmy je sobie na łacinę:
  1. O Sapiéntia, quæ ex ore Altíssimi prodísti, attíngens a fine usque ad finem, fórtiter suavitérque dispónens ómnia: veni ad docéndum nos viam prudéntiæ.
  2. O Adonái et Dux domus Israel, qui Móysi in igne flammæ rubi apparuísti, et ei in Sina legem dedísti: veni ad rediméndum nos in brácchio exténto.
  3. O Radix Iesse, qui stas in signum populórum, super quem continébunt reges os suum, quem gentes deprecabúntur: veni ad liberándum nos, iam noli tardáre.
  4. O Clavis David, et sceptrum domus Israel; qui áperis, et nemo claudit; claudis, et nemo áperit: veni et educ vinctum de domo cárcerís, sedéntem in ténebris et umbra mortis.
  5. O Oriens, splendor lucis ætérnæ et sol iustítiæ: veni, et illúmina sedéntes in ténebris et umbra mortis
  6. O Rex géntium et desiderátus eárum, lapísque anguláris, qui facis útraque unum: veni et salva hóminem, quem de limo formásti.  
  7. O Emmánuel, rex et légifer noster, exspectátio géntium et salvátor eárum: veni ad salvándum nos, Dómine Deus noster. 
Następnym naszym etapem będzie wzięcie pierwszych łacińskich wezwań z poszczególnych dni(pomijając zawołanie "O"). Mamy więc: Sapiéntia, Adonái, Radix Iesse, Clavis David, Oriens, Rex oraz Emmánuel. Ułóżmy je sobie jedne pod drugim, a następnie odwróćmy ich kolejność.
  1. Sapiéntia,              ->       Emmánuel
  2. Adonái,                 ->       Rex
  3. Radix Iesse,          ->       Oriens
  4. Clavis David,       ->       Clavis David
  5. Oriens,                  ->      Radix Iesse
  6. Rex                       ->      Adonái
  7. Emmánuel            ->     Sapiéntia
Zabieramy teraz po pierwszej literce z każdego wyrazu(na powyższym przykładzie wszystkie litery, które są nam potrzebne zostały pogrubione) i kolejno je piszemy. Wychodzi nam E R O C R A S. Jeżeli odpowiednio podzielimy powyższy ciąg liter uzyskamy łacińskie wyrażenie "Ero Cras" oznaczające tyle co "będę jutro". Zauważmy przy tym, że ostatnia antyfona jest śpiewana dzień przed Wigilią, dniem w którym świętujemy cudowne przyjście Zbawiciela na świat. 
Przypadek? Celowe działanie? Głos samego Pana Jezusa? Sami oceńcie.

piątek, 22 grudnia 2017

643. Jak to z ubieraniem (cudzych) choinek bywa

Wczorajsze ubieranie choinek w kościele zajęło nam ponad 4 godziny. Pewnie było by szybciej, gdyby było więcej osób. A tak było nas zaledwie 5 + marudzący proboszcz. Ksiądz co prawda ogłaszał w niedzielę, że w czwartek zaprasza chętnych na ubieranie choinki. Rok temu nie mogłam pomóc w dekorowaniu kościoła, ale teraz nic nie stało na przeszkodzie. Koło południa zostały  przywiezione przez kupca z targu, panowie ze Straży Honorowej ciosali ich pnie, aby później umieścić je w stojakach. Jeden z nich tak nieszczęśliwie się zamachnął siekierą, że wbił sobie ją w rękę. Polała się krew, zadzwoniono pod 112. Zanim jednak do kościoła dotarło pogotowie, przyjechała policja. Dwóch funkcjonariuszy wpadło na zakrystię z pytaniem:
- Gdzie jest ten mężczyzna, który goni z siekierą po zakrystii?😂
Ludziom oczy wyszły na wierzch, w końcu jeden z nich mądrze odpowiedział:
- A pan chce mu pomóc, czy go zaaresztować?
Wkrótce na parking podjechała karetka, strażaka wzięli do szpitala. Ale choinki zostały postawione i po wieczornej Mszy świętej można było je ubrać. 
Na początku byłam sama na kościele, nawet ksiądz proboszcz pojechał na plebanię się przebrać. Po drodze zapytał mnie, czy przyjdzie ktoś z animatorów. A bo ja wiem? Niech się Boskiego pyta, a nie mnie. No, ale tą uwagę zachowałam dla siebie. Ponieważ ksiądz T. spowiadał w konfesjonale, to kościół był otwarty, jednak proboszcz zamknął zakrystię. Po chwili przyszedł kościelny z panem F. od których dowiedziałam się o zdarzeniach sprzed kilku godzin. 
Powoli zaczęliśmy rozwijać lampki i wieszać je na choinkach. W sumie trochę nie przemyślano taktykę, bo prościej by było najpierw zawiesić lampki, a potem postawić drabinę. A tak nawet stojący na drabinie pan F. nie mógł dostać do najwyższych partii drzewek stojących przy ołtarzu. Boski Oski może by dosięgnął. Ale jego nie było. Kiedy przyszły dziewczyny z zespołu muzycznego, na choinkach były już lampki. Teraz wystarczyło tylko powiesić bombki.
Ksiądz proboszcz kupił nowe, 50 sztuk, na dwie choinki.
 - 49! - krzyknęła N., kiedy jedna z nich przez przypadek "wybuchła" w moich dłoniach. Oj, to chyba nie był dobry pomysł, abym brała je w swoje łapki.
 - 48! - powtórzyła po chwili, znalawszy kolejną pękniętą bombkę.
 - To nie ja - powiedziałam odruchowo, na co odpowiedziała mi salwa śmiechu.
 - Spoko, nawet ciebie o to nie podejrzewamy - usłyszałam od J. Trzymanie bombek to nie dla mnie, ale trzymanie kartonu z bombkami, albo drabiny z ludźmi - już tak! Nawet swoim sposobem przycięłam obcążkami kilkanaście sztuk drucika, na którym wiszą bombki. A to naprawdę nie jest łatwe, kiedy macie do dyspozycji tylko jedną sprawną rękę. Ale dla chcącego nic trudnego. 
Choinki przy ołtarzu zostały udekorowane lepszymi, nowszymi bombkami(już widzę, jak spadają podczas procesji wejścia trącane przez kapłanów, gorszymi, wieloletnimi przystroiliśmy iglaczki po bokach. Tutaj połowa bombek była uszkodzona, więc zbytnio się nie martwiłam, że ich ubędzie. Wybrakowane lądowały w koszu. 
Po choinkach przyszła pora na przygotowanie szopki. Figurki mamy te same od lat, wystarczyło je tylko wytrzeć z kurzu, którym obrosły na kilkanaście milimetrów. A potem tylko poustawiać w szopce. Chociaż bardziej realistycznie byłoby w grocie. Kolejna czynność na kilkadziesiąt minut roboty... No i na koniec posprzątaliśmy, bo potłuczone bombki mogłyby dziwnie wyglądać na porannej Mszy świętej. Do domu wróciłam... o 22:50. Zważając na to, że wyszłam z niego przed 17:00, to mogę powiedzieć, że spędziłam w kościele niecałych 6 godzin. Ale za to zarobiłam dwa kalendarze z "Warki"(!!!), długopis i książkę o świętej Hiacyncie z Fatimy(chociaż w tytule jest jeszcze błogosławioną). Dodatkowo ksiądz proboszcz powiedział, że możemy dzisiaj pomóc w ubieraniu choinek w Domu Młodzieżowym. 
Jeszcze wracając do domu umówiłyśmy się z N., że przyjdziemy do księdza około godziny 13:00. Pech chciał, że byłam tam pierwsza. Drzwi otworzył mi ksiądz T., a po chwili do domu wrócił proboszcz, który kazał mi na dole czekać na N. Po kilkunastu minutach zbiegł do mnie ksiądz Oskar, żebym poszła na górę na jadalnię, bo tam jest choinka. Poza tym bez sensu, abym siedziała sama w piwnicy. Na jadalni natchnęłam się na księdza proboszcza, który zapytał się, kto mi kazał tutaj przyjść. Przekonana, że chodzi mu o aktualną sytuację, powiedziałam że ksiądz Oskar. Proboszcz na to, że jemu chodzi, czy to N. kazała mi przyjść. Ja mu na to że nie, że przyszłam z własnej woli. Coś tam pomruczał pod nosem i sobie poszedł. Kurde no, jak człowiek chce zrobić dobry uczynek to już jest coś nie tak! A może jako osoba niepełnosprawna nie mogę chcieć sama z siebie pomóc w czymś? Ksiądz Oskar widząc moją minę kazał mi się nie przejmować i zaczął zagadywać w sprawie przygotowań do świąt. Po chwili przyszła N. i zaczęliśmy ubierać choinkę. Najpierw tą w jadalni, potem w pokoju wspólnotowym, a na samym końcu u księdza w pokoju. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że w dwóch ostatnich jest klauzura zakonna... No, ale widać, że czasami można ją zdjąć. I przekonaliśmy się, że u księdza w pokoju jest naprawdę zimnica. W takich warunkach naprawdę ciężko zdrowieć. Trzy godziny minęły nie wiadomo kiedy. Było dużo śmiechu i chichu, było dużo rozmowy. I nawet bombki przeżyły spotkanie ze mną :). 
Choinki wyglądają wspaniale, zwłaszcza kiedy jest ciemno. N. też zadowolona z tego, że jej pomogłam. W końcu o te kilkanaście bombek szybciej skończyła wszystko. Ksiądz Oski też powiedział, że dobrze że przyszłam. A i ja się trochę zintegrowałam. Po tym wszystkim byłam tak zmęczona, że już podarowałam sobie dzisiejsze roraty. Ale na zakrystię zawitałam - po świece "Caritas". Chciałam ją kupić już w niedzielę, ale ludzie wykupili to co było do sprzedania na kościele(nota bene sama stałam i sprzedawałam je). Kiedy zapytałam się księdza Oskara czy są jeszcze te małe świeczki, spojrzał do pudełka, zobaczył kilka dużych świec(nie patrząc, co jest pod nimi) i stwierdził, że małe zostały wykupione. Tymczasem wczoraj na zakrystii zauważyłam całą paczkę tych małych świeczek(nie zdziwiłabym się, gdyby były one pod tymi dużymi). Wzięłam więc odliczone pieniądze i w drodze do kościoła mówię do księdza:
- Psze księdza, widziałam wczoraj na zakrystii kilka małych świeczek "Caritas". Mogę sobie w końcu kupić jedną?
 - O ile ktoś ich nie wykupił przed Mszą świętą, albo nie są dla kogoś odłożone, bo czasami tak się robi...
 - Całe pudełko?
 - (Tłumiony śmiech) Aż tak to nie. Słysząc kilka myślałem o trzech, czterech sztukach, a nie o pełnym pudełku. Jasne, że możesz sobie jedną kupić.
Pudełko ze świeczkami stało jak stało, wzięłam sobie więc jedną z nich, pieniądze dałam księdzu, jeszcze raz usłyszałam, że fajnie że przyszłam i wystartowałam do domu. Czas na kolejną partię porządków w mieszkanku...

środa, 20 grudnia 2017

642. I bądź tu człowieku zdrowy...

Ostatnie dni nie były dla mnie łatwe, oj nie. Zostałam wciągnięta przez kumpele w pewien projekt, który wymagał maksymalnego zaangażowania. Z drugiej strony nie mieli chętnych do pomocy. Więc całe dwa dni byłam wyłączona z obiegu. Dzisiaj dziwię się, że w tym wszystkim znalazłam czas na rekolekcje adwentowe w naszej parafii. Prowadził je przesympatyczny salezjanin z Krakowa. Miałam okazję zamienić z nim kilka słów w niedzielę i zrobił na mnie jak najlepsze wrażenie. Przy okazji wyspowiadałam się na święta. Była to chyba najszybsza spowiedź w moim życiu - szczerze powiedziawszy to dłużej ja mówiłam niż ksiądz. Poszłabym do naszego Boskiego Oskiego, ale on akurat walczył z rodzicami podczas szkolnej wywiadówki.
Godzina 15:00 w środy oznacza godzinę dla M. i wszystko co się kryje pod pojęciem matematyka, przyroda i język niemiecki. Bo w międzyczasie okazało się, że młody ma kłopoty nie tylko z liczeniem... Zjawiam się więc pod Domem Młodzieżowym punkt 14:30 i dzwonię domofonem do Boskiego Oskiego, ewentualnie do księdza T. Do proboszcza raz zadzwoniłam i to był pierwszy i ostatni raz... Po dłuższej lub krótszej chwili zbiega z góry jeden albo drugi i otwierają mi drzwi do piwnicy, gdzie są salki oratoryjne. Chwilę czekam aż delikwent dotrze na miejsce i bierzemy się do pracy.
Dzisiaj było prawie podobnie. Prawie, bo w międzyczasie mama M. zadzwoniła do księdza Oskara, że w tym tygodniu też go nie będzie. No, ale ja tego nie wiedziałam i przyszłam. Dzwonię domofonem raz, drugi, trzeci. W końcu widzę, jak drzwi do górnej części Domu Młodzieżowego się otwierają(ciekawe kto wymyślił szklane drzwi wejściowe...) i wychodzi z nich ksiądz Oskar. A raczej typowa kupka nieszczęścia.
 - Cześć, dzwoniła do mnie pani W. M. dzisiaj nie będzie - wychrypiał jeszcze bardziej, niż podczas wczorajszej Mszy świętej - Możesz iść spokojnie do domu.
Dobra, awaryjnie nie dawałam mamie M. do mnie namiarów, bo różnie to się kończy. Jakby co, to ma powiadamiać Boskiego, a on mnie.
 - A na dole nie trzeba posprzątać? - zapytałam przypominając sobie syf, jaki pozostał tam po naszym ostatnim spotkaniu i oglądaniu "Chaty".
 - W sumie... - potraktowałam to jako potwierdzenie moich słów, więc zbiegłam po dwa schody w dół i raz dwa wszystko mu tam uporządkowałam. No, może nie do końca raz dwa, bo zdążył podzielić się ze mną swoim prywatnym, pokojowym grzejnikiem elektrycznym(grzejniki jak nie grzały tak nie grzeją, a zimnica w tym domu jak nie wiem co) oraz nalać mi ciepłej herbaty. A potem poszedł do siebie na górę, niby żeby mnie nie zarazić swoim przeziębieniem. Chociaż podejrzewam, że u mnie było cieplej niż u niego. W każdym razie udało mi się uporać z tym wszystkim przed wieczorną Mszą świętą roratnią.
Nie chciało mi się wracać już do swojego własnego domu, więc udałam się prosto do kościoła. Zaraz za mną przybył Boski, wszak miał intencję, a i ludzi przed świętami trzeba wyspowiadać... Dobrze, że w konfesjonale jest siatka, przynajmniej nikogo nie zarazi. Ale jest też zimno, zresztą przy ołtarzu też nie jest najcieplej. Szkoda, że nie wypada aby miał czapkę na łebku - wszak to przez głowę ucieka część ciepła. Zwłaszcza, kiedy ma się króciusieńkie włoski. Na koniec zdenerwował się na bierzmowanych, którzy siedzieli na chórze i powiedział, że im za to nie podpisze dzisiejszych rorat. Ciekawe co by zrobił z dziewczynkami śpiewającymi w scholi, która stacjonuje właśnie na chórze. Może zastosowałby wobec nich jakąś amnestię. A swoją drogą, kiedy ja się przygotowywałam do przyjęcia tego sakramentu, to tydzień przed wszystkim ksiądz tak się wkurzył na kilkoro osób, że zapowiedział odwołanie go. Na szczęście szybko przeszedł mu ten zamiar, ale strachu miałam co niemiara. No bo wiecie, trzy lata przygotowywań poszłoby wniwecz przez takie gaduły.
To teraz chyba czas na jakieś porządki w moim domu. Chociaż, tak jak już kiedyś pisałam, najważniejsze, aby zrobić porządek we własnym sercu. I teraz jeszcze raz odsyłam Was do tego posta >>KLIK<<, tak samo jak do artykułu mówiącego o tym, że dzielimy się na gwiazdki i bombki - >>TUTAJ<<. Do przemyślenia przed świętami...

niedziela, 17 grudnia 2017

641. Coś dla wierzących i poszukujących Boga

 W jaki sposób wyobrażacie sobie Pana Boga? Jako staruszka z długą, posrebrzaną brodą, czy może jako surowego sędziego studiującego na sądzie ostatecznym księgę naszego życia? Paul Young, autor powieści "Chata" poszedł krok dalej i przedstawił go jako spontaniczną kobietę ciemnej karnacji. Kto z nas, zwłaszcza białych Europejczyków, ośmieliłby się pomyśleć o Najwyższym w takiej kategorii? Szokujące? Być może, tak samo jak sama fabuła książki, jak również filmu nakręconego na jej podstawie.

Tytuł: "Chata"
Autor: WM. Paul Young
Wydawnictwo: Nowa Proza
Warszawa 2017
ilość stron: 294

Akcja "Chaty" rozgrywa się w czasach współczesnych w Ameryce. Mackenzi, pomimo trudnego dzieciństwa, gdzie prym wiódł ojciec nadużywający alkoholu, wiedzie w miarę szczęśliwe życie. Jego całym życiem jest żona Nan oraz piątka uroczych dzieci. Najmłodsza z nich, Missy, jest jego oczkiem w głowie. Ponadto wyróżnia się niespotykaną jak na ten wiek, wiarą w Boga. Podczas wakacji rodzina Philipsów wyjeżdża wypocząć na kamping. Na miejscu dochodzi do tragedii - najpierw o mało nie tonie starsza córka Macka - Kate, a potem zostaje porwana Missy. Jedynym tropem na jaki trafiają śledczy jest spinka w kształcie biedronki z pięcioma kropkami. Po jakimś czasie poszukiwań w opuszczonej chacie na pustkowiach Oregonu zostają odnalezione ślady świadczące o tym, że dziewczynka została brutalnie zamordowana. Mack na wiele lat traci sens swojego życia. Pewnego zimowego dnia znajduje w skrzynce na listy list, w którym dostaje zaproszenie do chaty, w której przed laty doszło do zabójstwa jego ukochanej córeczki. Autor zaproszenia podpisał się jako "Tata"(tak żona Macka nazywała Pana Boga). Zaintrygowany prośbą jedzie na weekend we wskazane miejsce. Te trzy dni sprawiają, że życie Macka ulega diametralnej zmianie.
Jak dla mnie była to książka prosta, łatwa i przyjemna, a jej przeczytanie zajęło mi dwa dni. Skończyłam ją czytać na godzinę przed obejrzeniem jej ekranizacji. Autor w prosty, przystępny sposób przekazał czytelnikowi wiele teologicznych zagadnień, które przeplatają się z moralnością.  Próbowałam czytać ją z poziomu kogoś, kto liznął coś z tych tematów na studiach i w sumie pod tym względem całkiem nieźle wypadła. Zaskoczył mnie pomysł z nadaniem ciała i płci zarówno Bogu(chociaż spotkaliśmy się już z tym zabiegiem chociażby w filmie "Bruce Wszechmogący"), jak i Duchowi Świętemu. Ale to nie koniec niespodzianek. Bardzo mi się np. podobała pominięta w filmie rozmowa Jezusa z Mackiem na temat tego, co jest dobre, a co złe. Wyjaśniono w niej czym tak naprawdę jest dekalog i dlaczego został dany ludziom. Zaskoczył mnie też fragment, w którym główny bohater spotyka Mądrość, która pokazuje mu, że nie tak łatwo jest osądzać drugiego człowieka. I w końcu koniec powieści, gdzie pojawia się pytanie, czy to wszystko mogło zdarzyć się naprawdę, czy jest to tylko wymysł wyobraźni Macka.
To dobra pozycja do przeczytania nie tylko dla wierzących, ale też na poszukujących Boga. A jeżeli nie jesteście za pan brat z książką, to polecam film, który w miarę wiernie ją odzwierciedla. Chociaż zakończenie trochę zostało w nim spłycone, ale ogólnie mogło być gorzej.

sobota, 16 grudnia 2017

640. Kiedy choruje głowa domu choruje też cały dom

Ostatnie zajęcia w tym roku w Oratorium mamy za sobą. Chociaż nie wiem jak myśmy to przeżyli. I jakim cudem budynek stoi jeszcze na swoim miejscu. Bo dzisiaj co niektórzy pokazali na co ich stać. Z drugiej strony sprawdziło się przysłowie, że jak choruje głowa domu, to choruje cały dom! A raczej wspólnota. Ksiądz Oskar poszedł z wizytą przedświąteczną do chorych w naszej parafii i sam się pochorował. Brawo on! Nawet ja nie miałam takiego pecha tydzień temu w Środzie Śląskiej. Ale ja nie latałam po mieście w samym polarku. Wczoraj wieczorem na Mszy świętej roratniej jakoś się trzymał, dzisiaj rano też. Nawet śpiewał z nami na początku kolędy, a potem obejrzeliśmy kolejny fragment bajki "Rock pies".
Skapitulował dopiero wtedy, kiedy dzieciaki zaczęły dokazywać. Czyli gdzieś w okolicach konferencji o świętach Bożego Narodzenia, która miała miejsce około godziny 11:00. A to przecież dopiero pierwsza z czterech godzin zajęć. Gdzie siły na resztę? Jedyną motywacją do słuchania dla dzieciaków było to, że po konferencji odbył się quiz na ten temat ze słodkimi nagrodami. Boski sobie wyszedł, a my byliśmy z dziećmi. Kiedy na chwilę zeszłam po plecak na dół, spotkałam go w naszej salce wspólnotowej nad kubkiem gorącej herbaty. Trochę się zmieszał na mój widok, ale spoko. Skoro źle się czuł... W sumie to mógł spokojnie iść do siebie. Na posiłku był z nami tylko przez chwilę, bo coś im się z kuchenką stało. Oczywiście na posiłku dzieci się najbardziej uaktywniają i najbardziej hałasują, aż wszystko począwszy od papierowych talerzyków, a skończywszy na serwetkach, lata w powietrzu. My co prawda próbujemy ich uspokajać, z różnym jednak skutkiem. Ksiądz z dwa razy wkraczał do akcji, jednak bez większych sukcesów. 
Po posiłku co bardziej rozbrykani zostali na stołówce, aby pomóc w sprzątaniu, reszta ekipy natomiast udała się na górę na tzw. odrabianie lekcji, które sprowadzało się do grania w różne gry planszowe bądź układanie puzzli. Następnym razem przyniosę maluszkom "Zestaw kontrolny pus" bo ostatnio nabyłam dwie sztuki tego cuda. Muszę tylko znaleźć i wydrukować odpowiednie karty pracy. Ksiądz w tym czasie wziął ze sobą najbardziej marudne(marudne, a nie rozbrykane!) dziecko na prywatne lekcje gry na gitarze. Oboje wrócili z zajęć jeszcze bardziej nabuzowani niż byli. 
Przedostatnim punktem dzisiejszego dnia była produkcja łańcucha z papieru kolorowego. Dzieci zostały podzielone na trzy kilkuosobowe zespoły i musiały w nich pracować. Nieskromnie powiem, że moja ekipa wygrała ten konkurs, miała bowiem najdłuższy i najbardziej estetycznie wykonany łańcuch.
Ksiądz Oskar znowu co chwilę znikał zostawiając nas z rozbrykaną czeladzią. Wiele dzieci wolało na przykład leżeć sobie pod stołem niż wycinać i sklejać paski. Co prawda kiedy pojawiał się wreszcie na sali, to próbował uciszyć całe towarzystwo, z miernym jednak skutkiem. Skubańce musiały zorientować się, że ksiądz dzisiaj nie jest w formie i nic sobie nie robiły jego z przemów.
Na zakończenie było słówko na dobranoc. Jak już wcześniej wspominałam, w środę zgłosiłam się na ochotnika aby je wygłosić. Nawiązałam w nim do tego, że Pan Bóg przychodzi do nas nie tylko jeden dzień w roku w Boże Narodzenie, ale każdego dnia w każdym człowieku. Dlatego kiedy pomagamy innym to tak, jakbyśmy pomagali samemu Panu Bogu, natomiast jeżeli dokuczamy naszym kolegom, to tak, jakbyśmy dokładali Jezusowi kolejne cierpienie. Dzieci słuchały nawet uważnie - najbardziej się bałam, że będą szaleć jak wcześniej. Nawet księdzu podobało się to, co mówiłam, bo na koniec nawiązał do moich słów. Wiecie co, albo naprawdę przeszła mu złość względem mnie, albo już w środę coś go brało i dlatego przemilczał pewne sprawy.
Kiedy następne Oratorium? Chyba dopiero po kolędzie, która ciągnie się przez cały styczeń. A propo kolędy - nowy proboszcz, nowe obyczaje. Kiedyś ministranci kilka dni wcześniej chodzili od drzwi do drzwi z zapytaniem, czy dana rodzina przyjmie księdza. Teraz ma być wywieszona na bloku kartka, kiedy jest w nim kolęda... Ciekawe jak to jest w przypadku domów jednorodzinnych wchodzących w skład parafii.
Wracam do lektury "Chaty" Williama Paula Younga. Planuję ją zdążyć przeczytać przed 18:00 jutrzejszego dnia. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy wtedy umówieni na oglądanie jej filmowej wersji w Domu Młodzieżowym. Jakoś nie chcę sobie psuć wizji obrazem przed przeczytaniem jej całej. Nawet jak ksiądz się pochoruje jeszcze bardziej, to możemy obejrzeć sami(w końcu film jest jego) w salce konferencyjnej. Przynajmniej będę miała co czytać, czekając na zakrystii na zakończenie Mszy świętej o godzinie 12:30. Mam wtedy stać ze świecami Caritasu przy drzwiach. Normalnie chodzę na 11:00 na Mszę, bo wtedy śpiewam ze scholą. Ale na 11:00 zwalili się też inni i mnie wygryźli. A że na następnej Mszy nie było obstawy, więc się zgłosiłam na ochotnika. Tym sposobem będę stać zupełnie sama(a na 11:00 stoją 3 osoby). I jeszcze na 17:00, ale wtedy stoję już z O. Jak się angażować, to w 100%, prawda? Już się pytałam księdza, czy mogę przekoczować tą godzinę na zakrystii. Powiedział, że w sumie nie ma problemu, tylko żebym się ciepło ubrała, bo tam jest zimno. Spokojnie, choremu człowiekowi zawsze jest zimno. Ale ciepły sweter włożę, żeby nie było. Tym bardziej, że zapowiada się dłuższa Msza z powodu rekolekcji. A może nie będzie tak źle...

piątek, 15 grudnia 2017

639. Co tam panie w moim życiu

Nie wiem na jakim etapie u Was są przygotowania do świąt, bo u mnie jak na razie wszystkie książki zostały przymusowo eksmitowane z regału na podłogę. Może dziwnie to zabrzmi, ale jest to mój ulubiony moment sprzątania - panuje wesoły rozgardiasz, do którego dochodzi ciekawski kotek, który wszystko chce zwęszyć. Ja zaś na nowo celebruję chwilę, w której mogę podotykać każdej z nich. Od dawna planuję skatalogować je w serwisie lubimyczytać.pl, zawsze jednak stoi coś na przeszkodzie. Tym razem tym czymś są jutrzejsze zajęcia z dzieciakami. Przy okazji porządków wpadła mi w ręce książka, którą w dzieciństwie dostałam "na Mikołaja".
Zawiera ona cztery krótkie opowiadania w klimacie świąt Bożego Narodzenia. Dla najmłodszych jak znalazł. Może uda im się przeczytać chociaż jedno z nich. A tak w ogóle to mam na jutro przygotować salezjańskie słówko na koniec dnia dla dzieciaków. Wiem o czym im powiem, chociaż mam małego stresa.
Przed zajęciami planuję jednak jeszcze wpaść do kościoła na roraty, które w soboty odbywają się o godzinie 9:00 rano, co nie wszystkim jest w smak. Ciekawe co by było, gdyby Msze roratnie były o godzinie 6 rano. A wiem, że wiele parafii kultywuje ten piękny zwyczaj. Jaka byłaby wtedy frekwencja? Bo wieczorami nie jest zbytnio powalająca...
I jeszcze na koniec małe sprostowanie odnośnie ostatniego postu, który chyba nie do końca został zrozumiany - Kochani, Oratorium przy naszej parafii powstało już 10 lat i działa od tego czasu z 2,5 roczną przerwą. Jednakże w ciągu ostatniego 1,5 roku upadło pod względem duchowym. Nawet animatorzy są mało kiedy widywani na Mszach świętych(na roratach to jeszcze żadnego raczej nie widziałam). A tutaj w tym wszystkim chodzi o to, aby rozwój duchowy szedł w parze z pracą społeczną. Poprzedni opiekun to zaniedbał, więc teraz trzeba to naprawić. A że Boski Oski nie ma w tym żadnego doświadczenia, pałeczkę przejął ksiądz proboszcz.

czwartek, 14 grudnia 2017

638. Różne oblicza szoku

Wczorajszy wieczór spędzony w gronie ludzi z Oratorium okazał się niezwykle szokujący. Dlaczego?
  1. Weekendowa przygoda z Oratoriadą rozeszła się po kościach. Nie będę pisać o co chodzi, bo ktoś mi kiedyś powiedział, że głupotą nie należy się chwalić, a to co zrobiłam, pod nią podchodzi. Chociaż, pewnie gdybym powiedziała księdzu o co chodzi, to jakoś by się to dało załatwić. Niektórych rzeczy jednak nie warto zawczasu mówić, bo jak mi się nie uda, to będzie jeszcze większa afera niż w piątek. Ale jeżeli już mi się uda to zrealizować... W każdym razie spodziewałam się reprymendy jak stąd do Panamy. Co prawda dostałam ochrzan... stój! To nie był ochrzan. Ochrzan jest wtedy, kiedy ktoś krzyczy tak, że w całym mieście go słychać. Boski Oski był wkurzony, ale nie krzyczał. Tylko spokojnie mówił. O Matko, tak spokojnie to chyba do mnie mówiła tylko pani Basia od matematyki. I ksiądz W. Ale księdza W. nie miałam czym zdenerwować. Tak więc usłyszałam w piątkowy wieczór kazanie(lepiej brzmi od "ochrzanu", prawda?), ale nie znaczy to, że po powrocie do domu nie dostałabym tego drugiego. W ostateczności wisiała nade mną wizja zawieszenia w funkcji animatora salezjańskiego... Nie sądzę, żeby mnie usunął z Oratorium z najbardziej prozaicznego powodu - tylko ja w obecnym gronie animatorów mam skończone 18 lat, jak także posiadam kurs wychowawcy kolonijnego. Jednego wychowawcy mniej do poszukiwania przed półkoloniami letnimi, czy też zimowymi, więc usunięcie mnie na razie jest po prostu nieopłacalne. Poszłam na spotkanie animatorów lekko zdygana. I co? I nic. Ku mojemu zaskoczeniu podał mi rękę na powitanie, potem powiedział, że jak chcę, to mogę w sobotę przygotować słówko na koniec zajęć. Zero pouczania, zero negatywnych emocji. Normalnie przeżyłam szok.
  2. W którymś momencie spotkania Boski Oski oznajmił nam, że od lutego na zajęcia będą przychodzić na sobotnie zajęcia w Oratorium kandydaci na animatorów z siódmej klasy, czyli dekurioni(o dekurionach napiszę w stosownym czasie). No i dobrze, mnie się podoba, niech się kształci nowa, świeża kadra, która nas zastąpi. Wszak my nie będziemy wieczni. A poza tym sama kiedyś byłam tym całym dekurionem, więc wiem, jak ważny jest  to okres. I tutaj co niektórzy wyrazili swoje zdumienie, że ktoś może z własnej i nieprzymuszonej woli wstąpić w szeregi animatorów salezjańskich. Bo im kazano zostać animatorami, bo x. J. tak chciał...
  3. I tutaj pojawił się mój kolejny szok. Zawsze się mi wydawało, że bycie animatorem to dobrowolna, nieprzymuszona decyzja. Tak było przez wiele, wiele lat. Tymczasem wczoraj dowiedziałam się, że większość z obecnych animatorów została wręcz przymuszona do tej funkcji, pod groźbą niedopuszczenia do sakramentu bierzmowania 😨. Ręce mi opadły. Rozumiem, x. J. po półtora roku stacjonowania w naszej parafii dojrzał do tego, aby reaktywować istniejące niegdyś Oratorium, jednak metody pozyskania animatorów nieco mnie zmroziły. A raczej zszokowały. Kiedyś było to nie do pomyślenia - przychodziło się, bo miało się taką potrzebę, ewentualnie na zaproszenie księdza, a nie dlatego że ktoś komuś kazał. Prawdę powiedziawszy nie byłam na spotkaniu organizacyjnym, ani nawet w pierwszych tygodniach zajęć, bo o pierwszym nie wiedziałam, a drugie nakładało mi się na zajęcia w szkole policealnej. Jednak jak już dotarłam na zajęcia i zobaczyłam nowych animatorów, to trochę się przestraszyłam. No tak, ale jak ktoś został do czegoś przymuszony, w dodatku nie jest z tej parafii i do końca nie wie co i jak, to co ja się dziwię...
  4. Ostatnim szokiem była wizyta proboszcza na spotkaniu i zakomunikowaniu, że on by chciał, aby Oratorium zaistniało w naszej parafii. No brawo! Po bodajże pięciu i pół roku ktoś sobie przypomniał o nas, jako wspólnocie. I zauważył, że nasz rozwój duchowy też jest ważny! Bo przez te 5,5 roku różnie bywało. A ja jestem jeszcze z tych czasów, kiedy duchowość szła w parze z wspólnotą. A raczej była jej istotną częścią. Na początek mamy sprzedawać świece. A potem się zobaczy...

środa, 13 grudnia 2017

637. Korowód świętych - rozwiązanie zagadki

Werble, werble powinno być słychać, bo oto nadchodzi rozwiązanie zagadki z 4 listopada dotyczącej rozpoznania przedstawionych wtedy świętych. Pierwotnie planowałam rozstrzygnięcie we wspomnienie jednego z moich ulubionych świętych - świętego Rafała Kalinowskiego, które przypadło w 110 rocznicę jego śmierci, czyli 20 listopada. Plany planami, a rzeczywistość rzeczywistością.
Podejrzewam, że już nikt nie skusi się na zabawę, dlatego przedstawiam poprawne odpowiedzi do sylwetek świętych. Przypominam, że zabawa polegała na podaniu świętego oraz atrybutu, po którym się go rozpoznało.
1. św. Piotr Apostoł
znaki rozpoznawcze: klucze, zbiór
Listów Apostolskich
2. św. Paweł Apostoł
znaki rozpoznawcze: miecz,
zbiór Listów Apostolskich
3. św. Stanisław Kostka
znaki rozpoznawcze: habit jezuity, lilijka,
różaniec
4. św. Mikołaj
znaki rozpoznawcze: mitra, pastorał,
szaty biskupie, trzy jabłka
5. św. Jan Bosko
znaki rozpoznawcze: tutaj raczej brak
6. św. Dominik Savio
znaki rozpoznawcze: strój ministranta
7. święta Agnieszka
znaki rozpoznawcze: baranek,
gałązka palmowa
8. św. Barbara
znaki rozpoznawcze: miecz, kielich z hostią,
wieża, gałązka palmowa
9. św. Krzysztof
znaki rozpoznawcze: rzeka, Dzieciątko,
laska
10. Święty Brat Albert Chmielowski
znaki rozpoznawcze: chleb w rękach, obraz
"Ecce homo", biedacy, Kraków w tle
11. Święty Maksymilian Maria Kolbe,
znaki rozpoznawcze: obozowy pasiak z numerem
księdza Kolbego, różaniec, czasopismo "Rycerz
Niepokalanej"
12. św. Franciszek z Asyżu,
znaki rozpoznawcze: franciszkański habit,
zwierzęta
13. św. siostra Faustyna
znaki rozpoznawcze: brak(ew. własny habit
zakonny)
14. św. Hubert
znaki rozpoznawcze: jeleń z krzyżem
z ukrzyżowanym Panem Jezusem między
rogami
15. św. Józef
znaki rozpoznawcze: mały Pan Jezus, lilijka
16. św. Jerzy,
znaki rozpoznawcze: scena zabicia smoka, 
17. św. Florian
znaki rozpoznawcze: gaszony pożar,
strój rzymskiego oficera, chorągiewka,
kamień młyński
18. św. Rafał Kalinowski
znaki rozpoznawcze: karmelitański
habit, Ostra Brama w Wilnie, trzymany
w dłoniach szkaplerz karmelitański
19. św. Matka Teresa z Kalkuty
znaki rozpoznawcze: charakterystyczne białe sari
20. św. Roch
znaki rozpoznawcze: strój pielgrzymi,
pies przynoszący mu chleb, rany po dżumie
21. św. Marcin
znaki rozpoznawcze: płaszcz, którym
dzieli się z Chrystusem w ciele ubogiego,
strój legionisty 
22. św. Rita,
znaki rozpoznawcze: róże, cierń na czole, czarny habit, krucyfiks
23. Św. Jan Nepomucen
znaki rozpoznawcze: pięć gwiazd,
most, woda, zamek, krzyż w ręce,
kamień młyński
24. Święty Franciszek i święta Hiacynta z Fatimy,
znaki rozpoznawcze: różańce, lampki w rękach oświetlające
wiernym drogę do Boga(zgodnie z osobistymi upodobaniami
dzieci - Franciszek ma słoneczną, zaś Hiacynta księżycową)
W zabawie wzięło udział 5 osób, którym już dzisiaj gratuluję wiedzy i odwagi. Byli to Basia Wójcik, Małgosia X, Basia Pawlak, Grażyna Maria oraz Agaja. Muszę przyznać, że miałam ciężki orzech do zgryzienia, kiedy czytałam Wasze odpowiedzi. No bo jak sprawiedliwie to wszystko ocenić, kiedy np. Gosia wykazała się piorunującą wręcz wiedzą na ten temat. W końcu doszłam do wniosku, że będę przyznawać punkt za rozpoznanego świętego, punkt za wskazanie atrybutu rozpoznawczego i bonus za wskazanie większej ich ilości. Wasze wyniki prezentuje poniższa tabela
Wszystkie udzielone odpowiedzi zostały już opublikowane, więc w razie wątpliwości możecie śmiało zerknąć na nie i zgłaszać wątpliwości. Co prawda zawodowym nauczycielem nie jestem, ale biorąc przykład z większości moich nauczycieli, postaram się je uwzględnić. A ponieważ w tym konkursie nie może być przegranych(wszak wszyscy zaliczyli tą klasówkę) wszyscy coś otrzymają. Dlatego proszę Agaję oraz Basię Pawlak o Wasze adresy np. poprzez formularz kontaktowy lub e-meil. Do reszty adresy mam. W najbliższym czasie coś Wam podeślę...

A dzisiaj pamiętajmy proszę o ofiarach stanu wojennego z grudnia 1981 roku...

wtorek, 12 grudnia 2017

636. Produkcja ruszyła

Zastanawiam się, gdzie podziała się zima? Za oknem ani grama śniegu, na termometrze temperatura bardziej wiosenna niż zimowa. Czyżby było to zwiastunkiem zbliżającego się globalnego ocieplenia? Ostatnio jedna z najbliższych przyjaciółek powiedziała przy mnie, że ona chce śnieg na święta. Kiedy filozoficznie zapytałam, na które święta, przyznała mi rację. Zwłaszcza, że Wielkanoc jest jeszcze w marcu, a jak wiadomo - w marcu, jak w garncu.
Święta za pasem. To jeszcze ponad półtora tygodnia. Nie wiem czy wiecie, ale w tym roku mamy najkrótszą wersję adwentu... Pomału trzeba myśleć o przedświątecznych porządkach, poukładać na półkach przeczytane już książki, ale najpierw pościerać z nich kurze. Znaczy się z półek, a nie z książek. Ktoś mi kiedyś polecił, abym do sprzątania kurzów wykorzystała kota. Ale Puśka nie za bardzo chce ze mną współpracować w tej kwestii, niestety. Na szczęście okna mam już pomyte i nowe firanki już zawieszone.
Zważając na stosunkowo niewielką ilość dni dzielących nas od świąt Bożego Narodzenia, postanowiłam wziąć się za produkcję kartek z życzeniami. Daleko im będzie do tych, które można kupić w sklepach, no bo wiecie, i ręce się trzęsą i w ogóle, jednak te będą wykonane z sercem. Każdego roku przybywa ich liczby, tak samo jak przybywa wspaniałych osób, których dane mi było poznać, zarówno w świecie realnym, jak i wirtualnym. Tak bardzo chciałabym każdej z niej przesłać chociaż kilka ciepłych słów na ten czas... Niebawem ogłoszę też wyniki listopadowego konkursu o świętych. Przepraszam, że tak późno, ale niestety, życie nie jest nowelą...