Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą programy telewizyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą programy telewizyjne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2026

2339. Po prostu być jak Chuck Norris

Nie będę ukrywać, że był taki okres w moim życiu, kiedy byłam oczarowana amerykańskim serialem "Strażnik Teksasu" opowiadającym o grupie strażników, strzegących pokoju w tytułowym mieście. Na ich czele stał nieustraszony Cordell Walker, grany przez Chucka Norrisa. Niezwykle prawego i sprawiedliwego człowieka, a poza tym - praktycznie niezniszczalnego, z powodu indiańskiej krwi, płynącej w jego żyłach. Miałam te osiem, dziewięć lat, kiedy siadało się w niedzielne wieczory przed telewizorem, a po niewielkim mieszkaniu niosły się dźwięki charakterystycznej piosenki:
Może i to nie był odpowiedni serial dla osoby w moim wieku, ale kto by się tam wtedy tym przejmował. Mnie to ciekawiło. Najbardziej chyba osobowość Cordella Walkera. Nic dziwnego, że nawet po zakończeniu produkcji darzyłam tego aktora podświadomą sympatią, przez wiele lat chcąc być taką jak on. No oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że w sprawności mu nie dorównam, ale nic nie stawało na przeszkodzie, abym chociaż w byciu przewodniczącą najpierw klasy, a potem szkoły, była tak sprawiedliwa, jak on.
Zadziwiało mnie też to, jak dobrze się trzyma, mimo upływu lat i problemów ze zdrowiem (np. w 2017 roku przeszedł rozległy zawał serca). Całkiem niedawno, po śmierci Edwarda Linde-Lubaszenki i Bożeny Dykiel, z ciekawości zerknęłam, co słychać u Chucka Norrisa, który był w wieku tego pierwszego (no dobrze, Norris był o kilka miesięcy młodszy). Z internetowych informacji wynikało, że całkiem nieźle sobie żyje.
Aż to informacja, która powaliła na ziemię, niczym jeden z ciosów Chucka (nota bene "Chuck" to jego ksywka nadana mu w wojsku, bo tak naprawdę nazywał się Carlos) - wiekowy aktor zmarł w wieku 86-lat w szpitalu w Kaua, gdzie przebywał na wakacjach. Myślę, że nie będzie przesadą, kiedy napiszę, że odeszła wręcz legenda. Bo oprócz wielu ról filmowych i serialowych Norris był też mistrzem wschodnich sztuk walki, a także ewangelizatorem kościoła baptystów. 
Carlos "Chuck" Norris (10 marzec 1940 - 19 marzec 2026 rok)
Myślę, że wielu z Was wie, że na temat aktora krążyły różne kawały. Jeden z nich brzmiał, że "Chucka Norrisa boi się nawet śmierć". Jak widać, niekoniecznie, a to, czy po niego przyjdzie było tylko kwestią czasu...

poniedziałek, 12 stycznia 2026

2305. Plebiscyty i Gale

W ostatnią sobotę już po raz 91 miał miejsce Plebiscyt Przeglądu Sportowego, który zarazem świętował 100-lecie swojego istnienia. Jednak różne wydarzenia, takie jak wojna i okres następujący bezpośrednio po niej spowodowały, że tych edycji było właśnie tyle. Jak wiecie, jestem związana w różnym stopniu ze światem sportu, tak więc nie wyobrażałam sobie, abym mogła nie oglądać transmisji z tego wydarzenia. Wielkie emocje (także dotyczące tego, czy zdążę wrócić do domu na czas, czy też nie), trzymanie kciuków za faworytów, westchnienia rozczarowania (no czemu Robert Korzeniowski nie otrzymał nagrody 100-lecia Plebiscytu za te swoje cztery złote krążki?), a potem cieszenie się z poszczególnych miejsc sportowców, nawet kiedy nie należą oni do moich ulubieńców. Do moich może nie, ale dla innych już tak. 
Sportowcy mają swoje gale i plebiscyty, a wolontariusze współpracujący przy organizacji wydarzeń związanych z różnymi wydarzeniami sportowymi, także tymi, w których oni biorą udział, swoje. Kilka dni temu, w związku z zaangażowaniem w imprezy biegowe organizowane przez lokalną grupę "MK Team", zostałam zaproszona na galę podsumowującą cały ubiegłoroczny sezon biegowy. Ucieszyłam się tym wyróżnieniem, ponieważ pokazuje mi to, że praca wolontariusza na tego typu imprezach też jest doceniana.
Ja przed wyjściem. Skoro gala, to i galowe ubranie wypada włożyć. Myślę, że niebieska koszula w połączeniu z granatowym swetrem była ok.
Wydarzenie odbywało się w jednej z katowickich restauracji. Głównie nagradzano na nim laureatów wszystkich czterech biegów w ciągu roku (a było ich aż 183 biegaczy). Ale znalazło się w nim też miejsce na nagrodzenie dziewięciu najbardziej aktywnych wolontariuszy na przestrzeni tych 12 miesięcy. Nawet nie wiecie jaka to dla mnie była radość bycia jednym z nich.
Każdy z nas otrzymał parasolkę oraz worek, w którym znalazło się pudełko z "Merci", paczka makaronu, notes oraz komino-czapka. Taki sympatyczny prezent na koniec sezonu. A może zachęta na jego rozpoczęcie? Któż to wie. Wiadomo, że wolontariat bardziej robię z pasji, niż dla jakiś profitów. Nawet gdybym nic nie otrzymała, to pozostawałaby satysfakcja z tego, co się zrobiło. Z niektórych wolontariatów mam co najwyżej certyfikat wolontariusza i jakoś nie mam ochoty z tego powodu rezygnować ze współpracy, bo naprawdę daje mi to dużo radości. Dlatego tym bardziej przykro mi było słuchać rozmowy innych wolontariuszy, w których narzekali, jak to na niektórych imprezach jedni wolontariusze dostają "lepsze" pakiety, a inni (niby oni) "gorsze". Serio? Są na wolontariacie tylko dla pakietów? Bez sensu. Przecież pakiety to tylko dobra wola organizatora. Mnie osobiście najbardziej pasuje zwykłe "dziękuję". I to nie koniecznie w słodkiej wersji.
W tym roku nie mogło być inaczej i również będzie miał miejsce cykl biegów organizowanych przez zespół MK Team. Ich harmonogram prezentuje się następująco:
Wstępnie już się zapisałam na Parkowe Hercklekoty w roli wolontariusza. Z miłą chęcią pobiegłabym jako uczestnik, ale nie tym razem. Może na Hazoka już dam radę na tyle dojść do siebie, żeby to zrobić. Ja nawet nie wiem, czy na 100% dam radę pojawić się tego 8 na Hercklekotach. Jestem jednak dobrej myśli. I wiem, że jak dam znać, że jednak czuję się na tyle źle, że wolałabym zostać w domu, to nikt nie będzie miał o to do mnie pretensji. Na kolejne biegi tradycyjnie już zapisy będą w międzyczasie, więc nimi specjalnie się na razie nie martwię. 

niedziela, 16 lutego 2025

2129. Muzyczna ruletka

W walentynkowy wieczór Polacy po raz kolejny wybrali reprezentanta naszego kraju podczas 69 Konkursu Piosenki Eurowizji, który odbędzie się w maju w Bazylei. Hm... z tym wybieraniem to różnie bywało. Pamiętam, że np. zespół "Ivan i delfin" w 2005 roku został wybrany przez profesjonalne jury, natomiast już w następnym roku "Ich Troje" zostało wybrane w głosowaniu telewidzów. Rok temu "Luna" została wybrana przez jury, teraz jednak postawiono na głos ludu. Od czego to zależy nie mam pojęcia, aż tak bardzo nie wnikałam nigdy w regulamin wybierania polskiego reprezentanta.
Do konkursu stanęli następujący wykonawcy:
  1. Chrust
  2. Kuba Szmajkowski
  3. Justyna Steczkowska
  4. Tynsky
  5. Maria Marx
  6. Sw@da x Nichos
  7. Janusz Radek
  8. Marien
  9. Teo
  10. Sonia Maselik
  11. Dominik Dudek
Muszę przyznać, że większość z powyższych piosenkarzy jest mi zupełnie nieznana. Tak właściwie wcześniej spotkałam się z Kubą Szmajkowskim, Januszem Radkiem oraz Justyną Steczkowską, która już raz reprezentowała nasz kraj na tym konkursie w 1995 roku w Dublinie z piosenką "Sama":
Nie słyszałam też wcześniej utworów przygotowanych przez kandydatów na reprezentantów naszego kraju, tą przyjemność zostawiłam sobie na piątkowy wieczór. Jedyne na co się skusiłam, to na przeczytanie krótkich charakterystyk tych, których dotąd nie znałam. Warto wiedzieć, z kim ma się do czynienia. 
Z telewizora wydobywały się dźwięki poszczególnych propozycji piosenek, ja zaś chłonęłam każde ich słowo, nawet jeżeli dotąd go nie znałam. Nie szkodzi, grunt że wpasowywał się brzmieniowo w całość. Przy "Tempie" "Chrustu" wystukiwałam palcami o stół rytm "Hej dana", zachwycałam się delikatnością głosu Kuby Szmajkowskiego podczas śpiewania "Pray", wraz z zgromadzoną na widowni publicznością klaskałam do "Gai" Steczkowskiej, czy też zachwycałam się charyzmatycznym Januszem Radkiem. A to przecież tylko cztery różne zachowania do czterech wykonawców. Oprócz wykonań piosenek kandydatów można było usłyszeć też "Color of your life" w wykonaniu Michała Szpaka (nota bene jedną z moich ulubionych polskich, chociaż wykonanych w języku angielskim, piosenek na Eurowizję), czy też jego... "Hakuna Matata".
Najwięcej emocji wzbudziło ogłoszenie wyników głosowania telewidzów. Już wcześniej bukmacherzy obstawiali, że prawdopodobnie to Justyna Steczkowska pojedzie do Bazylei. I nie pomylili się. Polską piosenką na Eurowizji 2025 będzie jej "Gaja". Tym samym piosenkarka będzie miała okazję po raz drugi stanąć na eurowizyjnej scenie. W sumie, w pewnym momencie sama miałam przysłowiowe ciary na plecach, słuchając jej piosenki.
Nie mniejszych emocji dostarczył mi wczorajszy finał The Voice Senior. Akurat wieczorem brało mnie jakieś przeziębienie (jak to dobrze, że nie pojechałam w góry z Ciemnymi Typami, bo bym się doprawiła, a przecież dzisiaj jeszcze zaliczałam przedmiot na wydziale). Tą edycję śledziłam wyjątkowo uważnie. Sama nie wiem dlaczego. Być może głosy starszych ludzi tak bardzo mnie uspokajały po ciężkim tygodniu i pomagały przetrwać nasilający się ból? Każde wykonanie niosło ze sobą jakieś przesłanie, za każdym kryła się jakaś historia. Jak dla mnie nie dzieliły się one na lepsze i gorsze, no bo jakimi wskaźnikami je oceniać? Już bardziej powiedziałabym, że wśród nich znalazły się takie, które szczególnie zapadły mi w serce. Podobała mi się "Noc komety" Krzysztofa Warzechy, "Piosenka o mojej Warszawie" Jana Stokowskiego, "Polska Madonna" Zofii Matuszewskiej, czy "Czekanie me to Ty" Wojciecha Bardowskiego.
To tylko niektóre z piosenek, które zapadły mi w pamięć, bo pewnie gdybym się tak zastanowiła, to przyszłoby mi ich do głowy znacznie więcej. Tym bardziej, że niektóre usłyszane w programie piosenki nuciłam jeszcze przez pewien czas. Bardzo się cieszyłam, że do finału dostał się Wojciech Bardowski, bo jego wykonania zawsze wzbudzały we mnie pozytywną gamę emocji. Tak po cichu liczyłam na to, że wygra tą edycję, bo jak dla mnie był prawdziwym odkryciem tej szóstej edycji. I aż podskoczyłam z radości, kiedy okazało się, że to do niego powędrowała główna nagroda. Ale, z drugiej strony, czyż można przejść obojętnie obok takiego wykonania:
Brawa dla wykonawcy i oczywiście nie mniejsze brawa dla jego trenera, którym był debiutujący w tej roli Robert Janowski. Co ciekawe, w normalnej edycji "Voice" jako trener debiutował Kuba Badach (wręcz uwielbiam słuchać coverów w jego wykonaniu, zwłaszcza kiedy mam gorszy dzień, albo czuję się tak sobie) i on również doprowadził swoją podopieczną do zwycięstwa. Syndrom debiutanta? Mam nadzieję, że nie. Że także w kolejnych edycjach uda im się, jako trenerom wokalnym, powtórzyć ten sukces i szczerze cieszyć ze swoimi podopiecznymi.
Wojciech Bardowki i Robert Janowski (źródło zdjęcia)

niedziela, 17 listopada 2024

2066. Muzyczna relaksacja

Wczorajszy dzień, a właściwie wieczór, minął pod znakiem muzyki. Nie ukrywam, że muzyka odgrywa ważną rolę w moim życiu - lubię jej słuchać i delektować się dźwiękami napływającymi do mnie z zewnątrz. Nie mam jakiś specjalnych preferencji w tym względzie, chociaż zdecydowanie lepiej słucha mi się łagodniejszych utworów. W związku z tym, jeżeli tylko mam taką możliwość, to lubię włączyć w telewizji jakiś muzyczny program. 
Myślę, że moich znajomych nie zdziwiłby fakt, że wczorajszego wieczoru królowało u mnie TVP2. Najpierw, od 18:00, transmitowano na niej odbywający się w Madrycie Konkurs Eurowizji Junior. Jest to odpowiednik odbywającego się najczęściej w maju Konkursu Eurowizji, podczas którego konkurują ze sobą w muzycznych bojach przedstawiciele bardzo dużej liczby europejskich państw (ale nie wszystkich, i nie tylko europejskich, bo taki Izrael leży w Azji, nie mówiąc już o Australii). Zwycięzca otrzymuje pamiątkową statuetkę, a kraj, który reprezentował, może w następnym roku organizować kolejną edycję konkursu. Pierwszy Konkurs Eurowizji miał miejsce w 1956 roku, a więc za dwa lata minie 70 lat od momentu, kiedy pojawił się w popkulturze. Polska pierwszy raz wzięła udział w konkursie w 1994 roku, a piosenka "To nie ja" Edyty Górniak uplasowała się na 2 miejscu. Przez 30 lat nie powtórzyliśmy tego sukcesu.
Eurowizja Junior to młodsze rodzeństwo Eurowizji dla dorosłych. Wystartowała w 2003 roku. Z założenia przeznaczona jest dla dzieci w wieku 8-14 lat. Polska brała udział w konkursie 11 razy, z czego odnotowaliśmy dwie wygrane. Należały one do Roksany Węgiel w 2018 roku (z piosenką "Anyone I Want to Be") oraz Wiki Gabor rok później (wykonała "Superhero"). Na podium stanęła również Sara James, która w 2021 roku z piosenką "Somebody" zajęła drugie miejsce. Ale i inni wykonawcy otrzymywali dosyć ładne pozycje w rankingach końcowych. Tutaj trzeba powiedzieć, że w przeciwieństwie do Eurowizji dla dorosłych, w tej dla dzieci można głosować na swój kraj.
W tym roku reprezentował nas 11-letni Dominik Arim spod Stargardu Szczecińskiego. Do stolicy Hiszpanii, Madrytu, pojechał z piosenką "All Together".
Ciekawostką jest, że jest to pierwszy chłopiec, który reprezentował nasz kraj podczas "Eurowizji Junior". Tak, tak, dotychczas były to same dziewczęta.
Widać było, że Dominik dawał z siebie wszystko, ale ostatecznie wylądował na 12 miejscu. Nie sądzę, aby specjalnie się tym jakoś przejął i chyba mimo wszystko potraktował to jako zabawę, przygodę, nawet jeżeli na początku był tym rozczarowany. Chyba dużo bardziej "przeżywały" to polskie media, zwłaszcza Internet, co rusz publikując jakieś teorie spiskowe. O matulu... Przecież ktoś musi przegrać, aby ktoś inny mógł wygrać. Raz (a właściwie to dwa razy pod rząd) wygrywaliśmy my, a teraz przyszła pora, aby cieszył się ktoś inny. Co nie oznacza, że nie kibicowałam Dominikowi czy też nie podobała mi się jego piosenka i jej wykonanie, bo i kibicowałam, i podobał mi się "All Together". I mam nadzieję, że jego kariera będzie się rozwijać, bo uważam, że Młody ma potencjał. 
A zwycięska piosenka Andrii z Gruzji też mi się bardzo podobała. I szczerze powiedziawszy, tak myślałam, że to właśnie ona może okazać się tą zwycięską.
A po Eurowizji wyemitowano "The Voice of Poland". To program, który cenię sobie szczególnie, zwłaszcza za to, że jest skierowany do różnych grup wiekowych. Zauważmy, że są edycje skierowane stricte dla dzieci, czyli "The Voice Kids", dla dorosłych, powiedzmy, że w wieku produkcyjnym, czyli właśnie "The Voice of Poland" oraz dla seniorów, nazwany analogicznie "The Voice Senior". W nawiązaniu do Eurowizji Junior można wspomnieć, że wielu naszych reprezentantów debiutowało właśnie w tym programie.
Przyznam szczerze, że tą edycję oglądam z tzw. doskoku. Boleją nad tym bardzo, ponieważ jednym z jurorów jest Kuba Badach, którego twórczość i głos bardzo sobie cenię. Niestety, moja doba nie jest z gumy (nawet jeżeli czasami wszystko na to wskazuje), czasami mam też inne aktywności, które uniemożliwiają wygodne rozsiądzięcie się w sobotni wieczór przed telewizorem. Ale tym razem udało mi się to, co nie ukrywam, jest dla mnie powodem do małej radości.
Wykonania jak zwykle mi się podobały, nawet mimo wielu niedociągnięć. A może właśnie te niedociągnięcia sprawiały, że były one wyjątkowe i niepowtarzalne? Przyzwyczailiśmy się do tego, że jesteśmy perfekcjonistami, ale czy perfekcyjny świat istnieje? Wydaje mi się, że nie. To my chcemy go takim uczynić odrzucając to, co do niego nie pasuje. A szkoda, bo niszczymy tym samym naszą bądź innych, indywidualność i niepowtarzalność.
Wieczór okazał się więc miłym zakończeniem męczącego tygodnia i niejako okazją do zrelaksowania się przed kolejnym. Byle tylko było więcej takich okazji.

wtorek, 20 sierpnia 2024

2014. Dlaczego nie zostałam archeologiem?

Przeziębienie mnie trzyma i nie chce puścić. Do tego dochodzą jeszcze inne niedające się niczemu przypisać dolegliwości. Lekarze mają swoje podejrzenia co do przyczyny, ale muszą sprawdzić jeszcze kilka rzeczy. Na razie próbuję doprowadzić się do stanu względnej użyteczności tak, aby na weekend być w stanie jako takiej użyteczności. Pomaga mi w tym Pusia, która co chwilę przychodzi sprawdzić co się ze mną dzieje. Aby umilić sobie czas, czytam wypożyczone z biblioteki książki. Wśród nich "Odkrycie Machu Picchu" Jacka Walczaka.
Kiedy byłam dzieckiem był taki okres, kiedy bardzo interesowałam się archeologią. Pochodzę z rodziny, w której był telewizor, jeden, ale nie oglądało się wszystkiego jak leci. W zasadzie pamiętam, że był to na pewno poranny blok dla dzieci i wieczorna dobranocka. A to, co puszczano na czterech kanałach na krzyż przechodziło przez sito cenzury naszych rodziców, którzy uważali, że jeżeli mamy korzystać z telewizji, to w sposób mądry i z głową. Wybierali więc dla nas te programy, z których możemy coś wynieść o otaczającym nas świecie. 
Pamiętam, jak jeden z takich programów opowiadał o podróżnikach badających Machu Picchu w Peru. Skąd wiem, że to była właśnie ta miejscowość? Otóż tak mi się spodobała ta niezwykle brzmiąca nazwa, że potem przez jakiś okres czasu nieustannie ją powtarzałam. Nie mogłam być starsza, niż być wtedy w wieku 8 - 9 lat. Na pewno nie miałam jeszcze historii, która podobała mi się do momentu, w którym zaczęłam się jej uczyć, czyli przed 4 klasą podstawówki. 
Obejrzałam owy program i wiele rzeczy nie dawało mi spokoju. Dotychczas praca archeologa kojarzyła mi się ze słynnym archeologiem Indianą Jonesem i przeżywanymi przez jego przygodami. Filmy śmieszyły, ale już moja dziecięca logika podpowiadała mi, że ta praca nie do końca tak wygląda. Co nie zmieniło faktu, że do dzisiaj bardzo lubię tą serię, którą pokazał mi kiedyś tata, i nawet po latach kupiłam sobie jej książkową wersję, aby także na wyjazdach, czy też na wsi móc zachwycać się niezwykłymi przygodami Indiego.
Scena z filmu "Indiana Jones i poszukiwacze zaginionej Arki"
W tym samym czasie dostałam multimedialną encyklopedię starożytnych cywilizacji. No właśnie, rodzice raczej nie kupowali nam gier komputerowych, a programy multimedialne, które będą nas uczyć czegoś konkretnego. Spędzałam nad nią każdą wolną chwilę, których znowu nie miałam tak dużo, poznając życie, jakie toczyli mieszkańcy dawnych cywilizacji, np. nieznanej mi dotąd Babilonii, Egiptu, standardowo Grecji i Rzymu. To było dla mnie coś naprawdę wow, odkrywać coś, co dotąd było mi zupełnie nieznane. Najlepsze dla mnie było to, że wtedy przerzuciłam niemal wszystkie informacje z płyty CD do prymitywnego programu WordPad, a następnie wydrukowałam ciesząc się, że mam taką "książkę".
Książki to było dla mnie trzecie źródło czerpania w tamtych czasach wiedzy o starożytności. Jedna z pierwszych przeczytanych na ten temat to znajdujące się na półce w naszym domu "Ostatnie dni Pompei" oraz "Quo vadis". Dużą wartość miały dla mnie różne albumy, obrazujące starożytne zabytki zachowane na naszym globie. Jedną z nich jest "100 największych cudów cywilizacji", którą dostałam z jakiejś okazji. Potem, ale to już w liceum, przeczytałam kilka książek o starożytnej cywilizacji Majów, czy też Jordanii. Wiecie, ja naprawdę wierzyłam w wieku tych 8 lat w to, że kiedyś zostanę archeologiem i będę badać artefakty z przeszłości zatopione w ziemi. Że zobaczę piramidy na żywo, a nie na obrazkach w książce, czy też zbudowane z klocków.
Kiedy prysły moje marzenia? Pierwsze poważne rozczarowanie, paradoksalnie, przyszło wraz z pojawieniem się w planie lekcji historii. Ja naprawdę byłam zaciekawiona tym, co było kiedyś, już w wakacje przewertowałam cały podręcznik, a tu kompletna klapa. Powiem szczerze, że lekcje były tak prowadzone, że okazały się dla mnie męczarnią. Jeszcze dałam sobie szansę w liceum, ale rozszerzona historia tak naprawdę polegała na tym, że historyczka dyktowała nam słowo w słowo lekcję z podręcznika, a następnie egzekwowała od nas, abyśmy tak samo słowo w słowo umieli odpowiadać. Może dla kogoś takie średniowieczne metody są dobre, ale mnie kompletnie nie odpowiadały. Wiem, że historia w dużej części to pamięciówka, ale bez przesady. 
Podejrzewam, że z czasem przeszłaby mi ta archeologia i racjonalizm bezapelacyjnie wygrałby z marzeniami. Uznałabym, że to chyba nie dla mnie, poszukałabym innych rozwiązań na życie. Szkoda tylko, że archeologia oberwała walkowerem za historię. W zasadzie dalej pasjonuje mnie starożytność, z zainteresowaniem czytam poświęcone temu książki oraz oglądam programy telewizyjne poruszające tą tematykę. W dalszym ciągu marzę o zobaczeniu chociażby egipskich piramid. Z zapartym tchem podziwiałam rzymskie Koloseum, Forum Romanum, a także... stanowiska archeologiczne w Ziemi Świętej. Uwielbiam serię filmów z Indianą Jonesem nieprzyzwoicie się z nich śmiejąc. Oczywiście traktuję to wszystko jako rozwijanie moich zainteresowań, może trochę dziwnych, ale jakże wiele wnoszących w moje życie.

środa, 5 czerwca 2024

1948. O życiu na emigracji od kuchni

W czasie, kiedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej, w Telewizji Polskiej zaczęto nadawać program "Europa da się lubić", przybliżający Polakom kulturę, tradycje i obyczaje innych członków tej wspólnoty. Myślę, że wielu z Was kojarzy piosenkę w wykonaniu Krzysztofa Krawczyka rozpoczynający każdy odcinek:
Ponieważ już wtedy wszystko co związane było z geografią ciekawiło mnie niezwykle mocno, w niemal każdą sobotę, w którą leciał program, powyższy motyw rozbrzmiewał z telewizora w pokoju moich rodziców. Ja zaś z zaciekawieniem przysłuchiwałam się temu, co mówią na dany temat Anglik Kevin Aiston, Niemiec Steffen Moller, Włoch Paolo Cozza, Francuzka Elisabeth Duda, czy też Hiszpan Conrado Moreno. A to przecież tylko niektórzy obcokrajowcy występujący w programie. W każdym odcinku pojawiał się też gość specjalny, najczęściej Polak, który dzielił się punktem widzenia swoich rodaków na dany temat. W tamtym okresie wiedza nie była jeszcze tak bardzo na wyciągnięcie ręki, dlatego z zainteresowaniem oglądałam poszczególne odcinki wyobrażając sobie, jak się mieszka i żyje za granicą. Wielokrotnie wykorzystywałam też tą wiedzę w szkole, podczas lekcji najpierw przyrody, potem geografii, angielskiego, niemieckiego, a nawet WOSu. 
Gospodarzem programu była Monika Richardson, która wielokrotnie w nim podkreślała, że mieszka na stałe w Anglii. Oj, jak ona mi, dwunasto-, trzynasto-, czternastoletniemu dziecku wtedy imponowała, że potrafi godzić ze sobą te przysłowiowe "dwa światy". Z czasem jednak wróciła do Polski. Na początku zastanawiałam się dlaczego, wszak Anglia wydawała mi się europejskim Eldorado. Z czasem mi to jakoś przeszło. Ostatnio jednak trafiła w moje ręce książka "Pożegnanie z Anglią" będąca zapisem rozmowy, jaką przeprowadziła z nią Małgorzata Pietkiewicz. Przypomniało mi się, nad czym myślałam w czasach licealnych (ewentualnie ostatniej klasie gimnazjum) i stwierdziłam, że może odpowiedź znajdę w tejże książce.
Tytuł: "Pożegnanie z Anglią"
Autor: Monika Richardson, Małgorzata Pietkiewicz
Wydawnictwo: Czerwone i czarne
Warszawa 2012
Ilość stron: 248

Wydaje mi się, że osoby Moniki Richardson nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać. Przez lata prowadziła program rozrywkowy "Europa da się lubić", w którym przybliżała Polakom realia życia w różnych państwach należących do Unii Europejskiej (a nawet jeżeli nie z tego programu, to ze skandali obyczajowych z jej udziałem). Sama przez wiele lat mieszkała w Wielkiej Brytanii, wtapiając się w jej historię i kulturę, które stały się niejako częścią jej samej. Tam poznała dwójkę swoich mężów, tam urodziły się jej dzieci. 
Nic nie wskazywało na to, że wróci na stałe do Polski. A jednak tak się stało. Małgorzata Pietkiewicz po powrocie Moniki, postanowiła przeprowadzić z prezenterką wywiad - rzekę dotyczącą jej wspomnień z kilkunastoletniego pobytu w Wielkiej Brytanii. W ten sposób powstała książka "Pożegnanie z Anglią" ilustrującą życie codzienne na Wyspach, ale nie tylko. Monika wspomina w niej o swoich początkach fascynacji językiem angielskim, edukacji w tym kierunku, rodzinie. Opowiada też o związkach z mężczyznami, o wychowaniu dzieci "po angielsku", tamtejszym systemie edukacji, obchodzonych świętach, tradycjach narodowych, a nawet - stereotypach.
Myślę, że w książce znajduje się sporo obiektywnych opinii na temat codziennego życia na Wyspach. To prawda, że są one oparte na doświadczeniach Moniki Richardson, ale być może to właśnie to nadaje im autentyczności. Monika nie ocenia ludzi, wydarzeń, angielskich tradycji, czy też kultury. Po prostu mówi, jak tam się żyło na przełomie XX i XXI wieku. I chociaż od tego momentu minęło już sporo czasu i zapewne wiele się zmieniło, to jednak myślę, że warto sięgnąć po tą pozycję chociażby po to, aby zdobyć podstawowe informacje na temat życia w Anglii.

To był miły przerywnik balansowania pomiędzy notatkami z prawa rodzinnego i opiekuńczego, psychoprofilaktyki, terapii sztuką, a pisaniem eseju zainspirowanego jednym z rozdziałów książki "Człowiek jako istota opiekująca się", przygotowaniem prezentacji osoby Janiny Maciaszkowej i jej wkładu w rozwój pedagogiki opiekuńczej oraz napisanie projektu współczesnej instytucji opiekuńczej działającej w oparciu o wybraną historyczną koncepcję. Regularna nauka i przyswajanie wiadomości jest ważne, ale nie należy przy tym zapominać o odpoczynku. Wszystko powinno być zbalansowane i iść ze sobą w parze. Inaczej człowiek daleko nie zajdzie, bo albo pogrąży się w lenistwie, albo w pracocholizmie. Tego uczę moje dzieciaki, ale też sama staram się stosować to w codziennym życiu - znaleźć czas i na naukę, i na obowiązki, i na rekreacje, i na odpoczynek, i na przyjemności, jakimi jest chociażby czytanie książek.

niedziela, 11 czerwca 2023

1611. "Jak dobrze mieć sąsiada"...

Czasami lubię obejrzeć sobie jakiś odcinek czeskiej, a wcześniej czechosłowackiej, bajki pt. "Sąsiedzi" (względnie "Pat&Mat"). Szczególnie stare odcinki. Tak w ramach relaksu i odpoczynku od natłoku zajęć. A tych ostatnich wcale mi nie brakuje przed zbliżającą się sesją i końcem roku szkolnego. Codzienność pozauczelniana i poza pracą też wymaga ode mnie pewnego zaangażowania, również pod kątem emocjonalnym. Naprawdę, czasami po powrocie do domu mam ochotę zapaść w sen a'la zimowy (czy jest coś takiego jak sen letni?) i obudzić się po dłuższym czasie. A że to jest niemożliwe, również ze względów czysto biologicznych, trzeba sobie radzić na inne sposoby.
Moja miłość do dwóch sympatycznych chłopaków narodziła się dosyć nieoczekiwanie. Kiedyś tata kupił nam kasetę VKS z kilkoma odcinkami i przepadliśmy. Pamiętam nawet, że podkładałam przykładowe dialogi pod postaci (któż na przełomie XX i XXI wieku słyszał o takim programie jak IVONA?). Jeżeli oglądaliście kiedyś tą bajkę to zapewne kojarzycie, że jej postacie są nieme, co zresztą nie przeszkadza im w zgrabnym porozumiewaniu się ze sobą. A że nie zawsze osiągali początkowo zamierzony cel... Każdemu może się zdarzyć.
Tak jak pisałam, przepadliśmy w oglądaniu w koło siedmiu odcinków zamieszczonych na kasecie, okupując telewizor w pokoju rodziców. Dobrze, że to były wakacje, bo przynajmniej nie ucierpiała na tym moja nauka (siostra była jeszcze w wieku przedszkolnym). To też nie było tak, że przed tym telewizorem spędzałyśmy całe dnie. Jak była pogoda to wychodziłyśmy na zewnątrz, a na telewizję przychodził czas w południe, albo wieczorami. W deszczowe dni też nie spędzaliśmy przy niej całych dni. Był czas na zabawki, na książki, na puzzle. W końcu też wyjechałyśmy do babci i na turnus rehabilitacyjny, gdzie było wiele innych zajęć. A jednak przez wakacje tyle razy obejrzałyśmy bajki, że znałyśmy je praktycznie na pamięć. Może to i dobrze, przynajmniej ja nie powtarzałam tego w czasie roku szkolnego, a już na pewno nie z taką intensywnością. Jakiś czas potem tata kupił nam jeszcze jedną kasetę z przygodami "Sąsiadów". Też wiele razy ją obejrzałyśmy, jednak ta pierwsza była tą naszą ukochaną i ulubioną.
Humor sytuacyjny każdej z opowieści sprawia, że widzowi mimowolnie poprawia się humor. Pat i Mat, chociaż na pierwszy rzut oka są nieco fajtłapowaci i nieudolni, to jednak bardzo szybko zyskują jego sympatię. Mimo wielu porażek nigdy się nie poddają i za każdym razem uparcie dążą do rozwiązania powstałego problemu. W dzieciństwie wiele razy się też zastanawiałam jak to jest, że tyle razy coś im nie wyszło, to z winy jednego, to z drugiego, a oni w dalszym ciągu się przyjaźnią. No, ale w bajkach wszystko jest możliwe.
Dotychczas, na przestrzeni prawie 50 lat, powstało 130 odcinków. Większość z nich widziałam, ale jeszcze wiele muszę nadrobić. Na szczęście na youtubie jest ich całkiem sporo. Plusem jest to, że nie trwają oni specjalnie długo (średni czas jednego odcinka to ok. 7 minut), więc nie potrzebuję specjalnie dużo czasu wygospodarować, aby obejrzeć jeden odcinek :).
Pat i Mat (źródło zdjęcia)

sobota, 22 kwietnia 2023

1566. Przyszły lekarz powinien oglądać "Na dobre i na złe". A przyszły pedagog?

Kilka lat temu gdzieś na youtube rzucił mi się w oczy tytuł jednego filmiku, że przyszli lekarze powinni oglądać serial "Na dobre i na złe". Nie powiem, kiedyś lubiłam go oglądać, przeszło mi, kiedy niemal całkowicie wymieniono pierwotną ekipę aktorską. Czyli gdzieś w okolicach 2014 roku. Wiem, że idą z duchem czasu, ale to nie to samo. Czasami jeszcze go obejrzę, lecz nie czuję tego dreszczyku emocji, co kiedyś. 
W mojej głowie pojawiło się ostatnio pytanie: skoro przyszli lekarze powinni oglądać "Na dobre i na złe" (chociaż osobiście bardziej poleciłabym im TVN-owski "Szpital"*), to co powinien oglądać przyszły pedagog, aby zaznajamiać się z problemami współczesnej młodzieży. Co prawda ja zaznajamiam się przez 5 dni w tygodniu podczas pracy, prawdą jest jednak, że w telewizji niewiele jest seriali związanych z pedagogiką samą w sobie. Nawet porównując z medycyną, to w dziedzinie lekarskiej był i "Ostry dyżur", i "Chirurdzy", i "Doktor House"**, i "Doktor Quinn", a z polskich produkcji to wspomniane "Na dobre i na złe", "Szpital", "Na sygnale", "Lekarze", "Czułość i kłamstwa" (jak ja swego czasu kochałam ten serial), "Echo serca" i może jeszcze by się coś znalazło. 
Logo serialu (źródło zdjęcia)
Nie jestem jakimś maniakiem seriali, może dlatego nie mogę skojarzyć tych ze szkołą i wychowaniem, jako motywem przewodnim. Jedyne co mi przychodzi tak typowo z branży pedagogicznej to dwa seriale paradokumentalne zrealizowane przez TVN - "Szkoła" i "Bunt!". Może na platformach typu Netflix jest tego więcej, ale na razie nie czuję potrzeby zakładania ich. I właśnie w wolnych chwilach oglądam pierwszy z nich. Ktoś na youtube wrzuca początkowe odcinki. Widziałam już kiedyś kilkadziesiąt wyrywkowych odcinków, które w większości śmieszyły mnie, niż wzbudzały jakąś głębszą refleksję. Teraz patrzę na problemy bohaterów bardziej z perspektywy pedagoga. Sama podczas oglądania niejednokrotnie zastanawiam się, jak ja sama zachowałabym się w danej sytuacji. Zazwyczaj oglądam w ciągu wolnego dnia 2, maksymalnie 3 odcinki. To optymalna jak dla mnie liczba, jeżeli chcę w miarę "trzeźwo" wszystko odebrać i przeanalizować. I naprawdę zaczynam podziwiać tych ludzi, którzy potrafią obejrzeć cały, kilkunastoodcinkowy sezon serialowy na raz. Tym bardziej, że ja naprawdę przeżywam problemy tych dzieciaków, chociaż wiem, że to tylko wymyślona przez scenarzystę fabuła. Z drugiej strony wczuwam się zarówno w nauczycieli, jak i w uczniów, których oni uczą. Zastanawiam się, z którymi chciałabym mieć lekcje, a których warto unikać, również ze względu na ich stosunek do podopiecznych.
Pierwotne grono pedagogiczne serialu (źródło zdjęcia)
To oczywiście nie jest tak, że traktuję serial jako główne źródło wiedzy, bo nic nie zastąpi mi wiedzy zdobywanej na Uniwersytecie. Raczej jako hipotetyczny sprawdzian tego, czego się nauczyłam (jak pisałam - praktyczny mam przez pięć dni w tygodniu w pracy). Zdaję sobie też sprawę, że kiedyś to eldorado może się skończyć, dlatego robię sobie notatki z moich spostrzeżeń.
Co do drugiego serialu, "Bunt!", to widziałam zaledwie jeden odcinek. Opowiada on o pracy w zakładzie poprawczym. Ale jakoś do mnie on nie przemówił. Nie wiem, może gdybym obejrzała więcej odcinków, to inaczej bym go odebrała. Jednak, jak już pisałam, nie jestem miłośniczką oglądania seriali. Może kiedyś...

* Na początku nawet to oglądałam, ale potem doszły studia w Krakowie i po prostu zabrakło na to czasu
** Pamiętacie jeszcze boom na ten amerykański serial, obejrzałam cały jeden jego odcinek :)

czwartek, 28 października 2021

1363. Przez sport do procesu resocjalizacji - film "Boisko bezdomnych"

W minioną niedzielę do wieczności odszedł jeden z bardziej rozpoznawalnych polskich aktorów, Krzysztof Kiersznowski. Dał się poznać w wielu charakterystycznych rolach filmowych i serialowych. Mnie najbardziej utkwił w pamięci jako Stasiek, ojciec Tereski z filmu "Cześć Tereska". Dla wielu pozostanie przesympatycznym Stefanem Górką z serialu "Barwy szczęścia". Paradoksalnie wczoraj został wyemitowany jubileuszowy odcinek serialu, w którym grany przez niego bohater obchodził urodziny... Był to odcinek wyjątkowy pod innym względem - sympatycy produkcji mogli po raz ostatni zobaczyć w nim równie sympatyczną postać, jaką był Zenon Grzelak, grany przez zmarłego w lipcu Jana Pęczaka. No i pojawił się też w nim zmarły niedawno Paweł Nowisz, który wcielał się w rolę Fryderyka Struzika.

źródło zdjęcia
Z powodu śmierci aktora, w niedzielny wieczór Telewizja Polska puściła film "Boisko bezdomnych", w którym pan Krzysztof wcielił się w rolę bezdomnego o imieniu Staszek. Była to moja pierwsza styczność z tym filmem, chociaż po opiniach innych wiedziałam, czego mogę się spodziewać(opinia jednej z wychowawczyń obozu sportowego sprzed paru lat: "Puściłabym wam >>Boisko bezdomnych<<, jednak tam padają takie słowa, że połowa z was musiałaby stąd wyjść"). Jednak cięty język, liczne wulgaryzmy oraz niecenzuralne słowa sprawiają, że produkcja nabiera swoistego wydźwięku. Co nie oznacza, że poleciłabym ją dzieciom, co to to nie! Ale dorosłemu, myślącemu i potrafiącemu oglądać ze zrozumieniem - i owszem.
Film przedstawia historię tego, jak ze szczytu można się stoczyć na samo dno, a potem przy pomocy innych na ten szczyt powrócić. Jego głównego bohatera, Jacka Mroza z Zabrza, utalentowanego piłkarza, poznajemy w momencie, kiedy w wieku niespełna siedemnastu lat staje przed szansą zrobienia międzynarodowej kariery w sporcie, który jest jego pasją. Świat zdaje się stać przed nim otworem. Mija jednak kilka lat. Jacek, który został kontuzjowany i musiał zrezygnować z zawodowego kopania piłki, przeniósł się z boiska na Dworzec Centralny. Zaniedbany i zmarnowany chodzi na ciągłym rauszu. Po drodze chciał zostać trenerem, praca w szkole jako nauczyciel w-fu nie dawała mu radości. Popadł w alkohol, a buzująca w nim agresja i skutkujące nią bijatyki coraz bardziej go wyniszczały. Ocalenia nie przyniosły mu nawet oddana żona Ewa i kochająca córka Anielka. Sportowiec coraz bardziej stacza się na dno. W pewnym momencie Ewa wyrzuca go z domu. Wkrótce mężczyzna trafia ze Śląska do stolicy. Tam poznaje grupkę bezdomnych, którzy dla zabicia czasu kopią piłkę. Dzięki Jackowi, który dostrzega w nich sportowy talent, uświadamiają sobie, że dzięki piłce mogą wyjść z życiowego zakrętu. Postanawia ich wytrenować w ten dyscyplinie. Sami bezdomni zaczynają wierzyć w siebie i z zapałem przygotowywać się do mistrzostw w piłce nożnej dla bezdomnych.
źródło zdjęcia
Film wstrząsa, a zarazem daje wiele do myślenia. Jest też potwierdzeniem tego, o czym wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, a co tak bardzo podkreślano na wykładach na pracy socjalnej - bezdomność może dotknąć każdego z nas. Zresztą wczoraj byłam z pedagogiki na kolejnych praktykach studyjnych/terenowych, tym razem w gliwickim schronisku dla bezdomnych, gdzie kierownik potwierdził tą regułę. Może trudno w to uwierzyć, ale czasami ich podopiecznymi stawali się lokalni politycy, lekarze, prawnicy, a nawet... księża. Każdy z nich miał jakąś swoją historię, niektórzy zmagali się z różnymi uzależnieniami. Słabości są rzeczą ludzką, pytanie czy im ulegamy, czy też z nimi walczymy. Proces resocjalizacji takich ludzi niekiedy przebiega bardzo długo. Po obejrzeniu filmu myślę sobie, że sport może być ciekawą ku tego drogą. Bo każdy z bohaterów filmu miał już jakiś konkretny cel w życiu, do którego uparcie dążył ciężką pracą. Używki, w głównej mierze alkohol będący w wielu przypadkach pośrednią przyczyną zaistniałej sytuacji, odeszły zaś na dalszy, bardzo odległy plan. Zresztą tematyka bezdomności to bardzo ciekawy temat również od strony socjologicznej. Właśnie ze względu na swoją dynamikę i nieprzewidywalność.
Krzysztof Kiersznowski jako Stasiek w "Boisku bezdomnych" źródło zdjęcia
I na koniec nasunęła mi się pewna myśl, a może wspomnienie. Kiedy dwa lata temu zastanawiałam się nad wyborem tematyki mojej pracy magisterskiej z resocjalizacji(tematyka to jeszcze nie to samo, co sam temat), z tyłu głowy miałam myśl, aby to było coś związanego z rolą sportu w tym zakresie. Niestety, narzucona nam z góry promotorka miała inną wizję co do tego, o czym każdy jej podopieczny ma pisać. Otwarcie powiedziała, że ona "nie widzi" takiego tematu(aż chciałoby się to zripostować - to sobie zmień okulary, kobieto; to oczywiście żart, bo nigdy bym czegoś takiego nie powiedziała wykładowcy z x tytułów przed nazwiskiem). Musiałam go więc zmienić temat na awaryjny, czyli dotyczący programów profilaktycznych realizowanych w szkołach. Trochę szkoda, bo ten pierwszy wydawał mi się bardziej ciekawy.
Ale nie wracajmy już do tego i po prostu cieszmy się "Małymi szczęściami"(tutaj w wykonaniu aktorów z "Barw szczęścia", w tym przez nieżyjących już Jana Pęczka i Krzysztofa Kiersznowskiego).

niedziela, 12 sierpnia 2018

764. Jak wolontariat leczy z egoizmu i uczy pokory życia

Tydzień temu zakończył się TVNowski program "Projekt Lady". Ja jednak finałowy odcinek oglądałam dopiero wczoraj. Zresztą prawie wszystkie odcinki widziałam dopiero podczas powtórek. W skrócie w programie bierze udział kilkanaście młodych dziewczyn reprezentujących typowo imprezowo - hulaszczy styl życia. Trafiają one na kilka tygodni do pałacu, w którym pod okiem ekspertów oraz mentorek uczą się dobrych manier. Od drugiego odcinka z programu eliminowana jest co najmniej jedna uczestniczka, która najgorzej rokuje na zmianę oraz najsłabiej radzi sobie z postawionymi jej zadaniami. Do finału dostają się trzy uczestniczki spośród których wybierana jest zwyciężczyni. W nagrodę wyjeżdża na trzymiesięczne stypendium w Eurocentres Language Cambridge School w Wielkiej Brytanii, które jest już opłacone.
Wiele z rad udzielanych tym młodym damom(po odpowiednim zmodyfikowaniu oczywiście) z powodzeniem można wykorzystać w pracy ze zbuntowanymi dziećmi w naszym parafialnym Oratorium. Miejsca, którego przyszłość wisi pod wielkim znakiem zapytania. A wszystko przez to, że służący w niej księża są zakonnikami, którzy nie podlegają bezpośrednio pod diecezję(tylko pod prowincje), a przez to nie dostają od kurii dofinansowania(ale roczny podatek od parafian muszą już odprowadzić do niej) i muszą się utrzymać z ofiar i z tacy. W dodatku skończyła się umowa najmu terenu, na którym stoi Dom Młodzieżowy i od nowego roku cena wynajmu idą w górę. Boski Oski już nam zapowiedział, że on nie wie jak to dalej będzie, czy nie będą musieli sprzedać budynku i wynajmować mieszkań po blokach jak kiedyś. Szkoda, bo to w Oratorium nabrałam pewności siebie i uwierzyłam, że niepełnosprawny też może na coś się przydać. Inna sprawa, że w soboty organizujemy zajęcia dla dzieci, dzięki którym nie muszą one siedzieć cały dzień przed telewizorem. 
W ostatnim, finałowym odcinku trójka dziewcząt, które się do niego dostały pojechała do Centrum Zdrowia Dziecka, aby pobyć z dziećmi zmagającymi się z chorobami onkologicznymi. Bardzo mi się podobała wypowiedź lektora: "W ostatnim tygodniu Projektu Lady dziewczęta otrzymały od dzieci ważną lekcję - jeśli wydaje ci się, że umiesz już wszystko, to spróbuj zasypiając z wenflonem w ręce powiedzieć sobie: jutro będzie piękny dzień". Kto z nas potrafiłby to uczynić?
Wydaje mi się, że takie zajęcia na zasadzie wolontariatu są doskonałą nauką dla każdego. Bo są one doskonałą okazją wyleczenia się z nadmiaru egoizmu i niedostrzegania potrzeb innych(nawet własnych rodziców). Pełnosprawni mogą nauczyć się radości życia, odpowiedzialności, niesienia pomocy innym, pomocy w organizowaniu różnych przedsięwzięć. Niepełnosprawni mogą zacząć zauważać, że może ktoś obok nich jest w gorszej od nich sytuacji, może w końcu zaczną dostrzegać jak wiele mają, jak wiele udało im się osiągnąć. Wolontariat każdemu może pomóc w uwierzeniu we własne możliwości. Czasami żałuję, że udział każdego w wolontariacie nie jest wpisany w szkolną podstawę programową. Ja nie mówię od razu o całym roku szkolnym, ale chociażby kilkunastu godzinach w danym roku. Ktoś pewnie zacznie myśleć, że wolontariat nie jest dla każdego. Ale ja się nie zgadzam, jeżeli dziecko nie ma ciężkiego upośledzenia umysłowego czy też nie jest roślinką, to czemu nie? Przecież nawet dzieciaki z SMA mogą wykorzystać swój potencjał. Wszak wolontariat nie jedno ma imię, chociaż ja najbardziej preferuję ten, który daje możliwość kontaktu z drugim człowiekiem.
Dla mnie wolontariat(bo za pracę w Oratorium nie dostajemy nic) bardzo dużo wniósł w moje życie. Wydaje mi się, że stałam się bardziej otwarta na świat i na nowych ludzi(chociaż przy pierwszych spotkaniach dalej mam opory przed mówieniem), tak jak wcześniej pisałam nabrałam pewności siebie i uwierzyłam w swoje skromne możliwości. Dzięki korepetycjom z matematyki i przyrody daję upust swojej wiedzy. Staram się nie myśleć tylko o sobie, ale o słabszych(i to nie tylko fizycznie). Ba, doszło nawet do tego, że znajomi wręcz każą mi czasami też o sobie pomyśleć, a nie tylko o innych. Tak że wolontariat może i "kradnie" czas, ale za to uczy więcej niż niejeden poradnik - empatii i pokory wobec naszego życia.

piątek, 9 lutego 2018

671. "Jedna pasja"...

W oddalonej o 8 stref czasowych Korei oficjalnie otwarto XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie, które podobnie jak ich "starszy brat" Letnie Igrzyska Olimpijskie, odbywają się co cztery lata. Na początku zarówno Letnie, jak i Zimowe Igrzyska odbywały się w tych samych latach, jednak po Igrzyskach w Albertville(Francja) w 1992 roku(dla przypomnienia w tym samym roku Letnie Igrzyska miały miejsce w Barcelonie) nastąpiła mała korekta i kolejne Zimowe IO odbyły się nie po czterech, ale po dwóch latach w norweskim Lillehammer'ze. Następne zaś odbyły się tradycyjnie po czterech latach(w 1998 roku) w Nagano w Japonii.
Pjongczang, bo tak nazywa się miejscowość w której rozgrywane są Igrzyska, został wybrany w 2011 roku podczas 123. Sesji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego w Durbanie już w pierwszej rundzie głosowania. Pokonał tym samym swoich konkurentów, takich jak Monachium oraz Annecyo. Zimowe Igrzyska Olimpijskie odbędą się od 9 do 25 lutego. Weźmie w nich udział kilkaset sportowców z 92 krajów oraz Rosjanie rywalizujący pod oficjalną flagą olimpijską(po aferze z Rio de Janeiro tamtejsi sportowcy mają zawieszenie w startach olimpijskich pod własną flagą). Sportowcy będą rywalizować w 102 konkurencjach. Po raz pierwszy w programie Igrzysk znalazły się takie konkurencje jak Big Air, curling par mieszanych, bieg masowy w łyżwiarstwie szybkim oraz zawody drużynowe w narciarstwie alpejskim. 
Logo Igrzysk nawiązuje do alfabetu koreańskiego, Hangula. Dwa elementy umieszczone w jego górnej części mają przypominać pierwsze spółgłoski w każdej z sylab nazwy "Pjongczang" w języku koreańskim. Lewy symbol symbolizuje też miejsce spotkania, gdzie trzy elementy koreańskiego humanizmu, niebo, ziemia i człowiek, są w pełnej harmonii.
Sama ceremonia otwarcia XXIII Zimowych IO jak zwykle była bardzo widowiskowa, zastosowano bowiem technikę hologramową oraz mapping. Przez historię kraju przeprowadziło nas pięcioro koreańskich dzieci. To oni zapoczątkowali wspólne odliczanie zakończone widowiskowym pokazem sztucznych ogni oraz wyświetleniem się na niebie napisu "Welcome". Następnie dzieci "po swojemu" opowiedzieli o historii i kulturze kraju, który jest gospodarzem imprezy. Obok najmłodszych na scenie pojawiły się też takie zwierzęta jak tygrys, smok(pytanie czy smoka można definiować jako zwierzę?), ptak oraz żółw. 
źródło zdjęcia
W połowie występu nastąpiła defilada sportowców, którzy przybyli do Pjongczangu, które zapowiedział występ bębniarek. Na stadion wniesiono flagę koreańską oraz odśpiewano hymn narodowy. Defilada została tradycyjnie otwarta przez reprezentację Grecji, kolebki Igrzysk Olimpijskich, zamknęła zaś reprezentacja gospodarzy. Ale uwaga, Korea Północna połączyła się wraz z Koreą Południową, tworząc w ten sposób jedną drużynę. Nawet dwóch chorążych niosło wspólnie flagę państwową. Ciekawostką jest to, że pozostałe drużyny wychodziły na płytę stadionów wedle alfabetu koreańskiego, toteż Polska wyszła jako 83 w kolejności. Złoty panczenista z Soczi, Zbigniew Bródka, został chorążym naszej drużyny. Ciekawe, czy przełamie tzw. "klątwę chorążych" polegającą na tym, że chorąży odjeżdża z Igrzysk z pustymi rękoma. Z trybun do naszych machał sam prezydent Duda z małżonką. Piękny gest, chociaż trochę przykro, że na Paraolimpiadzie na próżno go będzie wypatrywać. 
źródło zdjęcia
Po przemarszu drużyn ponownie na scenie pojawiły się dzieci, które tym razem przeniosły nas w teraźniejsze czasy, czasy techniki i nowoczesności. Zwieńczeniem całego widowiska było odpalenie świec przez tysiące ludzi zgromadzonych na ceremonii otwarcia. Na podium pojawił się prezydent Korei, który życzył wszystkim jak najlepszych wyników w konkurencjach, które uprawiają, a przede wszystkim walki fair play. W niebo poszybowały drony, do których przymocowane były balonikowe gołąbki. W pewnej chwili ułożyły się one na kształt narciarza, łyżwiarza, a w końcu pięciu kół olimpijskich. Z ulokowanej w pobliżu skoczni zjechali wolontariusze - narciarze, z pochodnią, która przebyła przez wiele zakamarków Korei. W sztafecie był też i nasz polski akcent - w pewnym momencie pochodnia była niesiona przez aktorów Ewę Błaszczyk i Artura Żmijewskiego oraz prezeskę Polskiej Akcji Humanitarnej, Janinę Ochojską. Wcześniej jednak na maszt wciągnięto flagę olimpijską oraz flagę Korei. Uroczyste zapalenie znicza olimpijskiego przypadło w udziale zdobywczyni złotego medalu w Vancouver - łyżwiarce figurowej Kim Yu-Na. To już najpewniejszy znak, że sportową rywalizację czas zacząć!
źródło
Pierwsze starty naszych już jutro. Wiem, wiem, wielu z nas liczy na medale olimpijskie. Jasne, są one satysfakcjonujące, ale nie najważniejsze. Czasami dużo ważniejsze od "blaszki" na szyi jest sam występ na Igrzyskach, przełamanie własnych słabości, ustanowienie swojego nowego rekordu życiowego. Piszę o tym z perspektywy kogoś, kto przez 15 lat trenował lekką atletykę. Pamiętajmy o tym zwłaszcza wtedy, kiedy pomyślimy, że ktoś jest za stary na tego typu imprezy.

piątek, 5 stycznia 2018

652. Lekarz nie zawsze musi mieć rację

Oglądałam wczoraj "Sprawę dla reportera". Jedna z prezentowanych spraw dotyczyła małego, zaledwie półtorarocznego Frania, który od wielu miesięcy leży w jednym z krakowskich szpitali. Chłopiec zmaga się z epilepsją, zdiagnozowano u niego także zanik mięśni, oddycha za pomocą respiratora. Rodzice chcieliby zabrać synka do domu, gdzie mogli by przebywać z nim 24 godziny na dobę, a nie jak w szpitalu, przez kilka określonych godzin. Tymczasem na takie słowa wypowiedział się przebywający w studiu lekarz, twierdząc że zabranie dziecka do domu jest wykluczone, ponieważ przeszkadza w tym respirator. Tia... może i bym w to uwierzyła, gdybym nie przeczytała tyle blogów o dzieciach, które oddychają za pomocą respiratora i przebywają w rodzinnych domach. Ba, nawet chodzą do szkoły i zwiedzają świat. Z respiratorem, rzecz jasna. Co ciekawe, większość rodziców słyszała te same słowa: że sobie nie poradzą, że jedynym słusznym miejscem dla dzieci z respiratorem jest szpitalny oddział itd., itp. Tymczasem wszyscy rodzice, którzy zabrali swoje dzieci do domu zgodnie twierdzą, że w szpitalu ich pociechy nie rozwinęłyby się tak jak w domu. Więc może czasami warto wyjść poza pewne określone ramy postępowania i pomyśleć przede wszystkim o dzieciach, dla których każdy dzień jest na wagę złota? A może po prostu łatwo mi mówić, bo nie jestem lekarzem...

środa, 15 listopada 2017

616. Bo wszystko musi się od czegoś zaczynać

Lubię historię. Może nie znam jej w jakimś ogromnym zakresie, wszak nie jestem historykiem, wydaje mi się jednak, że z moją wiedzą w tej dziedzinie nie jest tak źle. Najpierw były legendy: ta o Lechu, Czechu i Rusie, i ta o królu Popielu, co go myszy zjadły, ta o Smoku Wawelskim i o Warszawskiej Syrence, ta o założeniu Augustowa i o rzece Wiśle, co wyszła zobaczyć kraj i na końcu połączyła się z Morzem. I jeszcze była taka o królu Kazimierzu Wielkim, co był królem chłopów, królowej Jadwidze, która zostawiła odcisk bucika na kamieniu i o bodących się koziołkach na poznańskim ratuszu. Następnie w drugiej klasie szkoły podstawowej dostałam pod choinkę album z pocztem władców Polski. Piszę "władców", ponieważ jak nam wiadomo, a przynajmniej mam taką nadzieję, Mieszko I był księciem, a nie królem. Zawzięcie wertowałam wtedy kolejne kartki, zaczytując się w kolejne informacje. Nie mogłam doczekać się lekcji historii, które przyszły dwa lata później. Ach, ileż się na nich działo, nauczycielka była prawdziwą pasjonatką tego tematu. Aż w końcu przyszła szkoła średnia i wielkie rozczarowanie, nie tyle programem nauczania ile podejściem nauczycielki do tematu. O ile dotąd nauka historii była dla mnie przyjemnością, o tyle potem istnym koszmarem, a przedmiotu uczyłam się głównie dla siebie, a nie dla ocen. W gruncie rzeczy turysta powinien mieć wiedzę nie tylko z szeroko pojętej geografii, ale też... historii. I chyba tylko dzięki temu przeświadczeniu w ogóle chciało mi się uczyć na więcej niż 3.
Już wielokrotnie tutaj pisałam, że z telewizorem raczej się nie przyjaźnię. Jest jednak kilka programów, dla których go włączam. Jednym z nich są "Wielkie testy" na wszelakie tematy organizowane przez TVP. To całkiem ciekawy sposób na sprawdzenie stanu swojej wiedzy, tym bardziej, że ich tematyka jest bardzo szeroka - od historii, poprzez życiorysy sławnych Polaków, a na zdrowiu i ekonomii kończąc. Tak więc z powodzeniem każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Testy ostatnio emitowane są w środowe wieczory. 
Dzisiaj również nadawany jest "Wielki test", tym razem jego tematyka będzie dotyczyć Polski Piastów. W sumie zawsze lubiłam czasy z początków naszego państwa. Bo to i Mieszko I przyjmował chrzest, umacniając w ten sposób naszą pozycję w Europie, i chrystianizacja całego kraju, i panowanie Bolesława Chrobrego ze Zjazdem Gnieźnieńskim oraz koronacją, i rozbicie dzielnicowe, i panowanie Władysława Łokietka oraz wspaniałe rządy Kazimierza Wielkiego, wraz z przeniesieniem stolicy do Krakowa. Tak wiele się wtedy działo, chociaż nie zawsze dobrego. 
Ale nie wszystko się pamięta. Dlatego staram się, zwłaszcza przed takimi testami uzupełniać swoją wiedzę. Zgromadzona w czterech segregatorach historia Polski skutecznie mi w tym pomaga. Zresztą jak jeszcze chodziłam do szkoły, nieraz ratowała mnie z opresji ciekawostkami, które w sobie zawierała. Pamiętam minę zaskoczonych historyków - powiem Wam, że bezcenna. Dzisiaj też ją sobie podczytywałam, uzupełniając w ten sposób swoją wiedzę.
Zresztą nie tylko ja... Myślicie, że naprawdę potrafi czytać?

wtorek, 24 października 2017

598. Fenomenalne możliwości naszego umysłu

Od jakiegoś czasu z zainteresowaniem oglądam polsatowski program "The Brain. Genialny umysł". Bardzo trudno znaleźć mi w telewizji coś, co naprawdę mnie wciągnie, toteż telewizor najczęściej stoi u mnie i sprawuje funkcję ozdobną. Częściej chodzi u mnie radio. A filmy oglądam on-line. Ewentualnie idę do kina, albo Oratorium.
Na "The Brain" trafiłam całkowicie przypadkiem. Akurat wróciłam z wycieczki do Czech. Jaki Czesi mają język wszyscy chyba kojarzą. Turyści określają go jako dziecinny😄. Po kilku dniach chciałam usłyszeć coś swojskiego. Jakoś tak automatycznie włączyłam telewizor. Na jedynce nic nie było, na dwójce i regionalnej tak samo. "Na Wspólnej" średnio mnie interesowało. Został więc tylko "Polsat". Bez entuzjazmu włączyłam kanał. Na ekranie pojawił się obraz sympatycznego kilkuletniego chłopczyka, który bezbłędnie rozpoznał po konturach miasta portowe, z lotniskami oraz stolice państw. "Dobry jest" przemknęło mi przez myśl. Zasiadłam przed telewizorem i po prostu z wypiekami na twarzy obejrzałam cały odcinek, gorąco kibicując każdemu jego uczestnikowi. Och, gdyby można było przyznać pięć równorzędnych nagród... 
Od tego momentu w każdy wtorek wieczorem(bo wtedy jest premiera nowego odcinka) zasiadam przed telewizorem z niecierpliwością czekając na to, czym zachwycą mnie kolejni uczestnicy programu. Bo ich zdolności są fenomenalne, wręcz rzadko spotykane. Wykazują się wiedzą z przeróżnych dziedzin wiedzy, od przedmiotów ścisłych, poprzez humanistyczne, aż na językowych kończąc. Niektórzy mają absolutny wzrok, inni słuch, a jeszcze inni mają wspaniałe zdolności ruchowe. Z przyjemnością oglądam ludzi, którzy w ciekawy sposób potrafią rozwijać i wykorzystywać swoje pasje, zainteresowania, a przede wszystkim - umiejętności. I nawet, kiedy nie do końca udaje im się wykonać zadanie, to i tak szczerze podziwiam ich za to, co potrafią wykonać.
Z każdym odcinkiem przekonuję się, że możliwości ludzkiego umysłu są nieograniczone. Wystarczy tylko odpowiednio go wyćwiczyć w odpowiedniej dziedzinie. Co ważne, nie wystarczy tylko doprowadzić go do odpowiedniego poziomu w określonej dziedzinie, ale należy go ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Zaczęłam się nawet interesować jednym z ważniejszych organów w naszym organizmie. Bardzo dużo ciekawostek na temat ludzkiego umysłu znajduje się w czasopiśmie "Świat wiedzy", które namiętnie czytam. W najbliższym czasie planuję nabyć książkę Sama Keana "Dziwne przypadki ludzkiego umysłu", aby jeszcze bardziej zgłębić swoją wiedzę na ten temat. Podejrzewam, że biblioteka jeszcze nie nabyła tej pozycji, poszukam po księgarniach. Czasami są bardzo korzystne rabaty.
Zresztą o fenomenalnych możliwościach ludzkiego umysłu mogłam się przekonać nie raz. Poprzez niedotlenienie okołoporodowe niektóre obszary mojego mózgu po prostu obumarły, inne zaś, np. móżdżek, zostały bezpowrotnie uszkodzone. Jednak nasz mózg jest plastyczny, a przez to zdrowe jego obszary potrafią przejąć funkcję tych uszkodzonych. Dzięki temu, zarówno ja, jak i wielu moich niepełnosprawnych znajomych w miarę sprawnie funkcjonujemy w środowisku, dzięki temu moja koleżanka(ta sama, o której pisałam >>tutaj<<) zdała dzisiaj kolokwium z języka greckiego. Czasami potrzeba na to wielu lat żmudnych i pozornie bezsensownych ćwiczeń. Ale czy uczestnicy polsatowskiego programu też przez lata nie trenowali, aby dość do takiego poziomu?
Tylko w tym wszystkim jest jeden problem - dzisiaj był ostatni odcinek tej serii programu. I co ja będę robiła we wtorkowe długie, zimowe wieczory😪?

Ja zaś z nerwów znowu nie będę mogła spać...

wtorek, 29 grudnia 2015

269. Snowdonia 1890

Nigdy specjalnie nie lubiłam programów typu reality-show. Zgodnie z definicją zamieszczoną na słynnej Wikipedii: reality show to typ programów telewizyjnych, w których z reguły występują osoby wcześniej niezwiązane zawodowo z telewizją. Osoby te w założeniu mają zachowywać się „naturalnie” przed kamerą w sztucznie zaaranżowanej, niekiedy ekstremalnej, sytuacji. Wiele z programów ma postać konkursu. Istotą programu jest postawienie widza w roli „podglądacza”. Z punktu widzenia oglądalności im bardziej będzie w programie naruszona intymność uczestnika i im drastyczniejsze sceny widz obejrzy, tym lepiej. Reality show rzadko bywają nadawane na żywo – z reguły jest to program rejestrowany i montowany. Jest tak zarówno dla zdynamizowania akcji, jak i dla ustrzeżenia nadawcy przed przypadkowym przekazaniem treści, przekraczających granice dozwolone prawem. Pierwszym polskim reality show był Agent nadany w telewizji TVN.
Kiedy moi koledzy i koleżanki z klasy zachwycali się tym co pokazują w popularnym niegdyś "Big Brohterze", czy też "Barze", ja żyłam w zupełnie innej, bardziej realnej rzeczywistości. Uczestników kojarzyłam ze słyszenia, bądź z gazet, ale jakoś nigdy mnie nie interesowało co kto robi w danym czasie i kto kogo wytypował do opuszczenia programu. I tak mi właściwie zostało do dzisiaj. Z jednej strony nie potępiam uczestników tego typu programów, ale z drugiej mam mieszane co do tego uczucia.
Ostatnio trafiłam jednak na niezwykle ciekawy program zatytułowany "Snowdonia 1890". Program ma formułę reality-show. Pięć lat temu dwie angielskie rodziny, Braddocków i Jenesów pozwoliły na przeprowadzenie eksperymentu polegającego na cofnięcie się o 120 lat w czasie. Tym sposobem znaleźli się z dnia na dzień w epoce wiktoriańskiej, w północnej Walii. 
źródło zdjęcia
Jest to region znany z uprawy zbóż, ziemniaków oraz hodowli bydła. W tamtejszych czasach ówczesne rodziny napotykały wiele trudności żyjąc na górzystym terenie. Trudna sytuacja była potęgowana przez dzierżawę gospodarstw rolnych przez chłopów od szlachty angielskiej. Ludzie żyli wtenczas ubogo, nieustannie pracowali. Dzieci od 10 roku życia pomagały rodzicom w większości prac. Trudne warunki sprawiły, że większość rodzin w tamtych czasach opuszczała gospodarstwa i udawała się do miast, gdzie znajdowała zatrudnienie w przemyśle.
W takie właśnie realia życiowe trafiły dwie rodziny z początków XXI wieku. Myślicie, że mają łatwo? Nie! Kobiety nie wiedzą co to lodówki i zmywarki, mężczyźni chodzą codziennie po kilka kilometrów do pracy w kamieniołomach, dzieci zamieniły komputery na pióra maczane w atramencie i system szkolny polegający na uczeniu się wszystkiego na pamięć. Pomimo tego, że mężczyźni ciężko pracują, pieniędzy z trudem starcza na życie. Kobiety muszą więc ratować domowy budżet sprzedając w pobliskim sklepie mleko, masło i ciasta z owocami.
źródło zdjęcia
Kurcze, wciągnął mnie ten program jak mało który. Może dlatego, że nie jest typowym reality-show, a pokazuje codzienne życie osób sprzed ponad wieku. Widzimy ich codzienne zajęcia, ubrania w jakich chodzili, jak mieli wyposażone mieszkania, jak się uczyli. Znamy ich troski i kłopoty. Denerwuje mnie tylko to, że nie zdążę obejrzeć wszystkich odcinków, w poniedziałek wracam na uczelnię. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
źródło zdjęcia