„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
Jaki był ten dzień
"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konferencje i sympozja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konferencje i sympozja. Pokaż wszystkie posty
A o tej konferencji zupełnie sobie zapomniałam, chociaż tydzień wcześniej prowadząca ćwiczenia z Wspomagania rozwoju psychoruchowego (pedagogika) na pewno mówiła, że pójdziemy przynajmniej na jeden wykład w ramach zajęć. Ale przez kolejne dni tyle się działo, że kompletnie wyleciało mi to z głowy. Dlatego jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że grupa na czele z prowadzącą zajęcia zamiast do sali, poszła na wydziałową aulę. Dopiero wtedy coś zaczęło mi świtać w tej mojej nieogarniętej głowie. No tak, było mówione. Dobrze, że tym razem nie spóźniłam się na zajęcia, bo chyba bym myślała, że są odwołane.
Wystąpienie, na które poszliśmy dotyczyło transpłciowości, niebinarności i cispłciowości - podstaw różnorodności płciowej. Już na wstępie każdemu z nas wręczono uczelniany długopis oraz firmowy notes. Mniemam, że po to, abyśmy mieli czym i na czym zapisywać nasze uwagi. Z drugiej strony, szkoda że u nas nie było takich gadżetów na "Katedrach...". Ale może za rok uda się coś zorganizować.
Co do treści wystąpienia, to dla mnie było ono ugruntowaniem dotychczas zdobytej wiedzy. Uwierzcie mi na studiach z Nauk o Rodzinie dosyć dużo uwagi poświęca na tego typu rzeczy. Myślę, że każdy mniej więcej wie, czym jest transpłciowość i niebinarność, zagadką może pozostawać cispłciowość. Już wyjaśniam o co chodzi - najprościej mówiąc jest to spójność pomiędzy płcią przypisaną nam po urodzinach, a naszą tożsamością płciową. W ogóle wykład był ciekawy, widać było, że prelegent ma rozległą wiedzę w tej dziedzinie i jest swoistym ekspertem. I tylko szkoda, że w związku z przedłużającym się jego wystąpieniem inny prelegent był bardzo niemiły. No i że nie zostaliśmy na innych wystąpieniach.
I żeby nie było, zapomniałam nie tylko o odbywającej się tego dnia konferencji i wykładzie, na który mieliśmy iść w ramach zajęć, ale także o kolokwium, które mieliśmy z Wspomagania rozwoju psychoruchowego tuż po tymże wykładzie. Kiedy zobaczyłam lądujące przede mną dwie kartki, automatycznie zrobiło mi się słabo. Chciałabym napisać, że pisałam to, co umiałam, ale ja nic nie umiałam. To była jedna wielka improwizacja i pisanie na podstawie własnych doświadczeń. I zupełnie nie wiem, jak interpretować słowa prowadzącej, że ona jest prostudencka i żadnemu studentowi nie zrobi krzywdy. W to nie wątpię. Jednak myślę, że może się ciut podłamać czytając moje złote myśli. No cóż, mam nadzieję, że nie będę musiała do niej dużo razy pielgrzymować, aby zdać.
A potem pędem musiałam gnać na Wydział Teologiczny na zajęcia z Podstaw coachingu. Na szczęście, ostatnie. Na drugie szczęście, ćwiczenia nie kończą się kolokwium, tylko napisaniem pracy zaliczeniowej, w dodatku do oddania po przerwie świątecznej. Nie, drugiego kolosa w tym dniu bym nie przeżyła.
Rok temu razem z Madziałkiem pomagałyśmy w przygotowaniu kolejnej edycji konferencji organizowanej przez nasz Wydział - "Między katedrą, a katedrą". Ba, nawet miałam swoje 5 minut poprzez wygłoszenie referatu wiążącego się z moją pracą licencjacką, a dotyczącego wypalenia w szerokim tego słowa znaczeniu. Podobało mi się, nie będę ukrywała, że nie. Co prawda przepływ informacji był kiepski, nawet w porównaniu z przygotowaniem konferencji na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II, gdzie niekiedy też to kulało, ale ogólnie raczej wszystko się udało. W każdym razie, reklamacji nie było.
Jeszcze przed wakacjami wiedziałyśmy, że jeżeli w tym roku będzie organizowana kolejna edycja, a było niemal pewne, że tak będzie, to na pewno angażujemy się w jej organizację. Zgłosiłyśmy to nawet dyrektorce naszego kierunku, nota bene również promotorce naszych prac licencjackich. Mojej już obronionej, Madziałek dopiero będzie broniła swojej po skończenia tego roku studiów na NoRkach. Pani Dyrektor bardzo się z tego ucieszyła, pamiętała naszą pomoc w listopadzie ubiegłego roku i bardzo ją sobie ceniła. Wystarczyło tylko poczekać do nowego, aktualnego roku akademickiego, kiedy wszystko miało ruszyć. Ta strategia wbrew pozorom nie jest taka głupia, zakładając że co prawda wiele osób odchodzi wraz z uzyskaniem dyplomu ukończenia studiów, ale na ich miejsce przychodzą nowi studenci, którzy też mogliby być chętni do pomocy, a może nawet i wygłoszenia referatu. Jednak kiedy nastał nowy rok akademicki i nic nie było wiadomo, to zaczęłyśmy odczuwać niepokój. Co prawda Starościna, która też była w sztabie organizacyjnym konferencji, kilka razy pytała nas, czy chcemy się zaangażować w organizację konferencji, ale nic poza tym. W ogóle wyglądało to trochę tak, jakby to tylko ona ją tworzyła i za wszystko była odpowiedzialna, jednak ten typ tak ma.
Zrobiła raz jeden stacjonarnie zebranie w kwestii konferencji, o czym nikogo nie poinformowała. A więc był ten, kto w tym czasie przebywał na wydziale. Czyli jakieś 3 z kilkunastu osób. Śmieszne? Może trochę. To wtedy padła tematyka przewodnia konferencji (samotność) oraz jej termin (6 grudzień). No i główni prelegenci, w większości znajomi Starościny. Też rzuciłam z Madziałkiem kilka propozycji takich gości, np. pracujących na co dzień na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Myślę, że też mogliby wnieść sporo do dyskusji. Myślicie, że zostali wzięci w ogóle pod uwagę? Bo ja mam wrażenie, że nie.
Kolejne spotkanie odbyło się on-line... dzień przed konferencją. Ogólnie miało ono mieć miejsce dwa dni przed konferencją. I tutaj hit. Środa jest dla mnie dniem, kiedy wieczorem albo mam spotkania z bierzmowanymi, albo jadę do Sosnowca na spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego. Tego dnia miałam bierzmowanych. Oczywiście od razu, kiedy Starościna ogłosiła termin spotkania na środę, a był to poniedziałek (poniedziałek tuż przed konferencji, żeby nie było), powiedziałam, że nie wiem czy dam radę być, bo mam tych bierzmowanych. Och, ile ja się w związku z tym nasłuchałam pretensji... Dobra, wieczorem po Kręgu Biblijnym powiedziałam Księdzu Niosącemu Światło, że przepraszam, że wyjątkowo nie dam rady zrobić z bierzmowanymi spotkania. Ksiądz nawet się tym nie zdenerwował, tylko podziękował za informację. Dzięki temu mógł przygotować całość spotkania, a nie tylko jego część. Tymczasem w środę po 11:00 jeden z moich serdecznych kolegów przysłał mi SMSa, że Starościna przesuwa spotkanie na czwartek na 19:30. Kiedy dotarłam do domu i zobaczyłam messengera zobaczyłam, że Starościna wysłała mi tą informację w godzinach, kiedy mieliśmy zajęcia na uczelni. Ok. rozumiem, że przerosło ją odwrócenie się i powiedzenie mi tego osobiście (czy tylko mnie wydaje się to co najmniej śmieszne?).
Jak można się domyśleć, w czwartek też musiałyśmy z Madziałkiem zmodyfikować nasze plany na ten wieczór (miałyśmy iść na spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego do Kato). Trochę mnie to zirytowało, bo to już drugi dzień z rzędu. Jednocześnie miałam złudną nadzieję, że dowiem się wreszcie, co będę robić na konferencji. Rok temu byłam na recepcji, ale w tym roku Starościna już obsadziła tą funkcję. Jak można się domyśleć - nie dowiedziałam się. W ogóle nie wiem czemu miało służyć to spotkanie, nic konkretnego na nim nie padło. A więc, jak łatwo się domyśleć, było to dla mnie stratą czasu.
W piątek poszłam na uczelnię zdenerwowana, ponieważ pierwszy raz kompletnie nie wiedziałam, co mam robić. Bo odpowiedź, że dowiem się na miejscu zupełnie mnie nie satysfakcjonowała. Zresztą nawet na miejscu Starościna nie znalazła czasu, aby poinformować mnie o przydziale moich obowiązków. Za to wkurzyła wszystkich członków Samorządu Studenckiego tym, że nie będąc już w Samorządzie bezprawnie przebywała w naszym pokoju. Co nas tak zdenerwowało? To, że wszystkim z nas cofnięto możliwość wchodzenia tam z powodu konfliktu dwóch osób z Samorządu. Wyszedł więc paradoks - członkowie Samorządu nie mogą przebywać w naszym pokoju (przynajmniej do czasu wyboru nowych władz), ale spoza - i owszem. Na szczęście jeszcze tego samego dnia poszło do dziekana pismo, aby nikt nie miał tam wstępu, co jest najbardziej sprawiedliwe.
Nie wiedząc co z sobą począć poszłyśmy z Madziałkiem na parter i informowaliśmy gości przybyłych na konferencję, gdzie mają iść. Chociaż czasami kończyło się to tym, że kierowaliśmy Ukraińców do znajdującej się na czwartym piętrze siedziby Caritasu. Oczywiście jedna z nas zupełnie by sobie z tym poradziła, wiadomo jednak, że w dwójkę zawsze jest raźniej. W związku z powyższym ominęła nas pierwsza część konferencji polegająca na powitaniu uczestników konferencji przez księdza dziekana naszego wydziału oraz panelu dyskusyjnym zaproszonych gości, no ale nie da się być w dwóch miejscach równocześnie.
Dotarłyśmy dopiero na drugą część konferencji, na którą składały się sekcje z referatami studenckimi. Początkowo też miałam wziąć w niej czynny udział, miałam nawet pomysł na to, co chcę mówić, jednak Starościna tak na mnie naciskała z terminem nadesłania abstraktu, że w końcu tego nie zrobiłam. Wybaczcie, ale nie potrzebuję, aby ktoś bezpodstawnie poganiał mnie w tym względzie miesiąc wcześniej. Znowu wysłuchiwałam Gorzkie Żale na ten temat w jej wykonaniu. Ciekawe dlaczego sama nie powiedziała żadnego referatu. Ale nie, bo wtedy nie mogłaby być moderatorem sekcji. Jak tylko usłyszałyśmy to z Madziałkiem od razu wiedziałyśmy, gdzie nie iść. W zamian udałyśmy się na sekcję, w którym udział wzięli m.in. nasi znajomi z Koła Naukowego Teologów.
W tej sesji miało miejsce 5 wystąpień:
Pierwsze dotyczyło problemów komunikacyjnych doświadczanych przez osoby mające problemy z wyrazistą wymową.
Drugie prezentowało acedię, jako fenomen interdyscyplinarny w kontekście duchowym i psychologicznym.
Trzecie omawiało problem samotności rodziców po stracie dziecka nienarodzonego.
Czwarte przedstawiało egoizm i solidarność w kontekście nierówności społecznych.
Każde z nich trwało maksymalnie 20 minut, a moderujący wszystko ksiądz Tomcio Paluszek skrupulatnie pilnował bezlitośnie upływającego czasu. Dzięki temu cała sesja zmieściła się w przewidywalnym przedziale czasowym i punktualnie o 14:00 wróciliśmy na salę główną, gdzie miało miejsce podsumowanie referatów wygłoszonych w sekcjach. Jak myślicie, czyje podsumowanie oceniliśmy najgorzej? Nie, nie jesteśmy do niej uprzedzone, ale to nie jest moja pierwsza konferencja i podsumowanie to nie tylko streszczenie przedstawionych referatów, ale i wniosków, jakie się z nich wynosi. Tego drugiego u niej zabrakło, co sprawiło, że to jej podsumowanie było dosyć jałowe w porównaniu z podsumowaniem innych moderatorów. Nie uważam, że zrobiłabym to lepiej, dlatego na siłę nie pcham się tam, gdzie wiem, że się nie sprawdzę.
Konferencja zakończyła się pytaniami zadawanymi prelegentom. To miałoby sens, gdyby zadawali je wszyscy, tak jak proponowaliśmy z Madziałkiem i kilkorgiem innych osób współtworzących wydarzenie. Tymczasem Starościna zdecydowała, że będą one tylko i wyłącznie od głównych gości. Madziałek był już tym tak zdenerwowany, że zdecydował, że nie będzie prowadzić tej części konferencji, jak było w pierwotnym zamiarze. Jak myślicie kto ją zastąpił...
Matko i córko, żadna konferencja nie zmęczyła mnie tak bardzo, jak ta. Zero organizacji, zero delegowania zadań innym osobom. W ogóle wyszło to bardzo słabo w porównaniu chociażby z zeszłoroczną edycją. Wszystko wyglądało tak, jakby konferencja należała do jednej osoby. Czy tak powinno być? Nawet dziekan naszego wydziału stwierdził szczerze, że nie. Tym bardziej, że ewidentnie było widać, że organizacja tego typu rzeczy nie jest mocną stroną Starościny. Że może i robi różne rzeczy na te swoje Dzieci Maryi czy KSM, ale ewidentnie przerosła ją samodzielna organizacja tego typu wydarzenia. No, ale gdyby ktoś jej faktycznie pomógł, to musiałaby spijanie śmietanki podzielić z innymi, a to mogłoby być dla niej nie do przyjęcia.
Na szczęście za rok już jej nie będzie na tym wydziale i praktycznie zerowa jest możliwość, że będzie organizowała przyszłoroczną edycję. W ogóle ciekawe jest w niej to, że nic jej w tym momencie nie wypadło, chociaż jak mamy jakieś kolokwium czy też egzamin, to praktycznie zawsze coś jej wypada - a to zastępstwo z religii, a to jakieś inne "nagłe wydarzenie". Dla większości z nas to mega ściema. Szkoda, że wykładowcy tego nie widzą, albo nie chcą zobaczyć. A my już mamy pomysł na przyszłoroczne katedry. I nawet chętnych do pomocy przy ich organizacji. To się nie ma prawa nie udać, zobaczycie.
W ubiegłą środę solidarnie z Madziałkiem odmówiłyśmy Starościnie udziału w przygotowywanym przez nią przedstawieniu jasełkowym. Ja mam już tyle rzeczy na głowie, że nie dam rady bawić się jeszcze w jakieś szopki. Tym bardziej, że znając Starościnę, to wiem, jak to będzie wyglądało. Szkoda mojego czasu i energii. Madziałek też się do niej w ostatnim czasie zraziła (a mówiłam, uważaj na Starościnę, bo to jest bardzo nieobliczalny człowiek, nie posłuchała mnie, teraz płacze) i też powiedziała mi, że też nie ma ochoty na branie udziału w jej szopkach. W ogóle zaczęłyśmy się zastanawiać, dlaczego ona nie robiła tego typu przedstawień, kiedy była (również samozwańczą, jak się ostatnio okazało) przewodniczącą Wydziałowej Rady Samorządu Studenckiego. Ale może teraz dalej chce był "naj", chociaż nie dzierży żadnej znaczącej roli, poza funkcją Starościny naszej grupy.
W przerwie między zajęciami oznajmiłyśmy jej naszą decyzję. Spokojnie i kulturalnie, podając swoje argumenty (chociaż pominęliśmy ten, że nie mamy na to całkowitej ochoty). No i się zaczęło: że odmawiamy jej w ostatniej chwili i że ona nie znajdzie tylu chętnych do jej przedstawienia*, że jaka ja jestem niedobra i niewdzięczna, że ona tak się stara i daje mi notatki**... Jednym uchem mi wpadało, a drugim wypadało. Do końca dnia mnie ignorowała, ale przez lata zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Na szczęście mam inne koleżanki w grupie, z którymi rozmawiam. A widząc zachowanie Starościny względem mnie, to mi po prostu współczują...
Nazajutrz na przerwie podeszła do mnie Madziałek z pytaniem, czy jestem na Teamsie w zespole, który dotyczy organizacji konferencji "Między katedrą a katedrą". Już rok temu obydwie pomagałyśmy w jej organizacji, główna organizatorka bardzo nas sobie chwaliła, toteż obydwie byłyśmy chętne do współorganizowania jej w tym roku. Oczywiście znowu nie wiedzieliśmy na czym stoimy, bo Starościna chyba poczuła się panem i rządcą i nie dość, że to ona miała dostęp do wszystkich dokumentów, to jeszcze wcale nikogo nie informowała na jakim etapie organizacji wszystko się znajduje. I tylko do mnie miała pretensję, że nie jestem prelegentem (litości... ciekawe dlaczego sama nim nie jest). Ale miałam nadzieję, że chociaż w komitecie mnie zostawi.
Po powrocie do domu sprawdziłam kanał. I okazało się, że mnie też tam nie ma. Napisałam do Starościny prośbę o wyjaśnienie sytuacji. Napisała mi lakoniczną odpowiedź, że pewnie samo się usunęło. No tak, ma przed sobą idiotkę, która nie wie jak funkcjonuje Teams i kanały. Madziałek był zaskoczony, że mnie też usunęła. Bo ani ja, ani ona nie wierzymy, że to jest przypadek, że akurat dzień po odmowie (a może jeszcze w tym samym dniu) obydwie zostałyśmy usunięte z zespołu. Tym bardziej, że jest to raczej skomplikowany proces, którego nie da się zrobić jednym kliknięciem myszy.
Ech, zawsze myślałam, że tego typu sprawy rozwiązuje się za pomocą rozmowy. Jak widać, są inne sposoby. Czy tylko ja i Madziałek mamy wrażenie, że jest to jakaś zemsta za naszą rezygnację z jasełek?
* Ja tego tak nie widzę, w ostatniej chwili to by było, gdybyśmy zrezygnowały kilka dni przed. Na tamtą chwilę nie znałyśmy nawet scenariusza, więc nie wiem, o co całe halo
** tylko, że kilka godzin przed zaliczeniem. Ja dziękuję za taką pomoc
Niedawno na Wydziale Teologicznym organizowano interdyscyplinarną i międzynarodową konferencję "Chrystianity in Europe. Questions on Unity". Było to jedno z wydarzeń, jakie miały miejsce w ramach ogłoszenia Katowic "Miastem Nauki". Jednymi z współorganizatorów konferencji były Koła Naukowe działające na wydziale. A że należę do obydwóch (Teologów i Familiologów - nie pytajcie, kiedy znajdują na to czas, na szczęście spotkania z reguły są na długich przerwach międzyzajęciowych), to raczej oczywiste było, że zaangażuję się w pomoc w jej organizacji. Tym bardziej, że było to jedne z największych wydarzeń organizowanych przez mój wydział w ostatnich latach. Jak tylko pojawiła się okazja, to zgłosiłam się do pomocy. Bardzo szybko zostałam przydzielona do przerzucania slajdów oraz obsługi szatni, co jak najbardziej mi odpowiadało.
O poniedziałkowej sensacji, gdzie w czasie konferencji okazało się, że arcybiskup Adrian Galbas został mianowany metropolitą warszawskim już pisałam. Myślę, że każdy z uczestników był poruszony tą wiadomością i do końca dnia w większym lub mniejszym stopniu ten temat kołatał mu się po głowie. Przynajmniej tak wynikało z rozmów przeprowadzonych w przerwie obiadowej oraz przerwach kawowych. Nawet dobrze, że tego dnia załatwiono tłumaczenie symultaniczne wystąpień, bo nie wiem ile osób byłoby w stanie skupić się na zrozumieniu wystąpień prelegentów. W drugiej połowie pierwszego dnia konferencji zaangażowana byłam w przesuwanie slajdów podczas prelekcji. W pewnym momencie z tego wszystkiego uczelniany laptop odmówił posłuszeństwa i nie pomogła tutaj nawet ręka naszego dziekana. Było trochę stresu, bo czas wystąpienia leciał, a tu urządzenie za nic na świecie nie chciało ruszyć. Na szczęście laptop się namyślił i grzecznie ruszył do przodu. A ja już do końca konferencji miałam jakąś urazę, że coś pójdzie nie tak.
Nie będę ukrywała, że z powodu zaangażowania się w pomoc przy organizacji konferencji, byłam nieco stratna we wtorek, środę oraz w czwartek w sferze wykładów. Nie mogłam bowiem ot tak sobie zejść z szatni wiedząc, że w każdym momencie może ktoś wyjść z auli i poprosić o swoją odzież wierzchnią. Poza tym ktoś musiał pilnować dobytku gości, zważając na to, że szatnia na naszym wydziale nie jest pilnowana i praktycznie każdy mógł do niej wejść. Co ciekawszych wykładów słuchałam z perspektywy otwartych drzwi do auli, jednak na dłuższą metę nie miało to sensu. Na szczęście w najbardziej gorących momentach był ktoś do pomocy, bo raczej nie dałabym radę w pojedynkę. Chociaż poza tymi momentami praca była w miarę spokojnie - mogłam nawet poczytać sobie notatki na niektóre przedmioty, albo pograć z Dorkiem w komórkową wersję "Milionerów" (raz nawet udało nam się "wygrać" główną nagrodę), a nawet z powodzeniem zdać kolejne kolokwia u wymagających wykładowców.
Wydaje mi się, że Konferencja cieszyła się sporym powodzeniem, jak na niszową jej tematykę. Jednak wraz z promotorem mojej pracy magisterskiej doszliśmy do jednego wniosku - zbyt dużo się mówi o synodalności w Kościele, a zbyt mało się tłumaczy, co to w ogóle jest. Z całości wyniosłabym pewnie więcej wniosków, gdybym częściej była na auli, gdzie trwały wykłady, niż w szatni. Ewentualnie gdybym bardziej rozumiała język angielski typowo specjalistyczny. Coś tam oczywiście rozumiałam, ale nie tyle, ile bym chciała. I wiele rzeczy musiałam się domyśleć. A z tym różnie mogło być.
Jeżeli ktoś by powiedział, że historia dzisiejszego dnia tak się potoczy, to nigdy bym w to nie uwierzyła. A jednak takie rzeczy się zdarzają!
Na Wydziale Teologicznym trwa właśnie kilkudniowa międzynarodowa konferencja naukowa zatytułowana "Christianity in Europe. Questions on Unity". Nie byłabym chyba sobą, gdybym nie zgłosiła się do pomocy. I to nie ze względu na usprawiedliwioną nieobecność na zajęciach, ale po prostu. Zresztą nie było zbyt wielu chętnych ku temu, więc... Przydzielono mnie do obsługi szatni i do przesuwania slajdów prelegentów. A przy okazji mogę posłuchać co mają do powiedzenia prelegenci. A mają dużo.
Jednym z gości honorowych był arcybiskup katowicki, Adrian Galbas. W kilku słowach powitał przybyłych gości i słuchaczy, a także życzył owocnych czterech dni trwania sympozjum, po czym zeszedł i zasiadł wśród widowni.
Zakończyły się przemówienia gości honorowych, przeszliśmy do kolejnego punktu programu, czyli rozmowy panelowej na temat doświadczenia synodalności. Jednym z prelegentów był metropolita łódzki, kardynał Grzegorz Ryś. Cała dyskusja, wraz z pytaniami z sali, trwała około godziny.
Nagle w środku panelu na auli zrobiło się poruszenie, ludzie zaczęli coś szeptać, niektórzy szukali czegoś w swoich smartfonach. Po zakończonej rozmowie arcybiskup Adrian Galbas, kardynał Grzegorz Ryś, kilka osób i ksiądz dziekan naszego wydziału w pośpiechu wyszli z auli. Nieco zaskoczone spojrzałyśmy na siebie z Wisią, ale dalej nic nie rozumiałyśmy.
W końcu na mównicę wyszedł promotor mojej magisterki i oznajmił, że przed chwilą przyszła z Watykanu wiadomość, że papież mianował arcybiskupa Galbasa metropolitą warszawskim.
Przez głowę przeleciało mi szczere "WOW". Jakby nie patrzeć, wszedł na sympozjum jako arcybiskup katowicki, a wyszedł jako kardynał. Z jednej strony trochę zrobiło mi się smutno, że już po roku nam* go zabierają (i nawet nie wiadomo, kogo papież mianuje zamiast niego). Z drugiej jednak się ucieszyłam. To przecież oznacza, że prawdopodobnie weźmie czynny udział w najbliższym konklawe. Ale nie tylko. Nie do końca wiem, jak to się przekłada na relacje z Watykanem, ale myślę, że będzie miał sporo mądrego do powiedzenia w wielu sprawach. Wszak był jednym z przedstawicieli diecezji podczas ostatniego Synodu. I przez kilka miesięcy łączył zarządzanie swoją archidiecezją oraz naszą diecezją sosnowiecką. Myślę, że to była mądra i przemyślana decyzja papieża Franciszka.
Szkoda, że dziekan wydziału jest innego zdania. Ale przyzwyczai się. Kiedyś...
** *
- Słyszał ksiądz o arcybiskupie Galbasie? - zapytałam Księdza Niosącego Światło, który zamykał kościół po wieczornej Mszy świętej. Akurat przyniosłam mu ilustrację przedstawiającą Jezusa obmywającego nogi uczniom. A przynajmniej coś, co w moim zamyśle ją przedstawia. A co on tam zobaczy, to już inna sprawa.
- Jasne. I coś myślę, że za rok, dwa u nas będzie tak samo. Biskup Ważny zostanie przeniesiony gdzieś indziej, a nam znowu dadzą kogoś, kto sobie nie poradzi - przyznał. Mam nadzieję, że tak nie będzie. Że biskup Ważny będzie tak długo, jak tylko się da (czyli przynajmniej 17 lat, bo biskupi po ukończeniu 75 roku życia powinni złożyć rezygnacje z urzędu). Bo widać, że zależy mu nie tylko na diecezji, ale też na wyjaśnieniu tego, co się tutaj działo. Nie pytajcie mnie po co, widać uznał, że jest to potrzebne. A może wyniesie z tego wnioski dla siebie na przyszłość? Np. w jaki sposób zapobiegać podobnym procederom na przyszłość. O ile w ogóle jest to możliwe.
Nie, ale cieszę się z tego wyboru. Oczywiści jest mi przykro, że arcybiskup Galbas będzie musiał opuścić archidiecezję katowicką, a przez to przestanie być chociażby kanclerzem Wydziału Teologicznego, ale też sobie myślę, że to będzie dla niego szansa. Oby tylko dobrze ją wykorzystał...
* Myślę, że jako student Wydziału Teologicznego, którego jest Wielkim Kanclerzem, a także przez to, że przez kilka miesięcy był administratorem mojej diecezji, mogę tak o nim mówić.
Marzyłam o tym spotkaniu od dawna. Czasami mocniej, czasami słabiej. Ale temu pragnieniu pozostawałam w miarę wierna. Odżyło ono we mnie ostatnio z niezwykłą siłą. Wraz z każdym przeczytanym na jego temat artykułem, z każdym obejrzanym wywiadem, reportażem, czy też relacją z zawodów sportowych w których brał udział, z każdą audycją radiową coraz bardziej go podziwiałam jako człowieka, ale też i sportowca. I chociaż można powiedzieć, że trochę pogubił się w swoim prywatnym życiu, to w dalszym ciągu nie stracił nic w moim życiu. W ostatnim czasie przeczytałam jedną z jego autobiografii. Przeczytałam wiele negatywnych opinii na jej temat, ale jak dla mnie nie była ona taka zła.
Tytuł: "... i o to chodzi"
Autor: Robert Korzeniowski, Krzysztof Wyrzykowski
Wydawnictwo: Studio Emka
Warszawa 2005
Liczba stron: 230
Robert Korzeniowski jest niewątpliwie jednym z najbardziej utytułowanych polskich sportowców. Ma na swoim koncie wiele zwycięstw, w tym cztery tytuły mistrza olimpijskiego. Jak dotąd nikt nie powtórzył takiego wyniku. Co prawda Irena Szewińska zdobyła aż 7 olimpijskich medali, ale tylko 3 z nich było złotych. Wraz ze zdobyciem czwartego olimpijskiego złotego medalu zakończył swoją karierę, co nie oznaczało końca przygody ze sportem.
Książka "... i o to chodzi" została napisana w rok po Igrzyskach Olimpijskich w Atenach w 2004 roku. To właśnie ta impreza rozgrywana w kolebce idei Igrzysk spina niczym klamra wszystkie wydarzenia opisane w książce. Pan Robert opisuje w niej swoją dosyć barwną karierę sportową, nie wstydząc się porażek, ale też i zbytnio nie chełpiąc sukcesami. Widać, że do jednego i do drugiego podchodzi z dystansem tak, aby "nie zwariować". W rozdziałach nie brakuje opisów dzieciństwa i młodości, z jednej strony beztroskiego, a z drugiej polegających na walkach z kolejnymi chorobami i samym sobą. Dużo życia poświęcono też życiu prywatnemu, ale i przygotowaniu do poszczególnych startów oraz wspomnień z nimi związanych.
Widać, że pisanie tej książki przysporzyło panu Robertowi dużo emocji. Czuć je niemal w każdym z tworzących ją zdań. Autor nie zawsze zachowuje chronologię zdarzeń w swojej opowieści. Wiem, że wielu ludziom może to przeszkadzać, ale ja po prostu wyobrażałam sobie, że on to opowiada, jak wywiad narracyjny. A zapewne wielu z nas podczas wspomnień mówi o przeszłości, po czym wraca do teraźniejszości. Mimo to trzeba przyznać, że nasz mistrz olimpijski ma lekkie pióro i wyjątkową umiejętność przenoszenia myśli na papier. W sumie jak każdy humanista. W opisach startów jest dynamika, w rozdziałach poświęconych życiu rodzinnemu - nutka romantyzmu. Ech, aż nie chce się wierzyć, że ten związek nie przetrwał, ale może dobrze, skoro jedno i drugie miałoby się męczyć.
Po lekturze postać Roberta Korzeniowskiego stała mi się jeszcze bliższa. Wiem, że napisał jeszcze jedną książkę, a więc mam postanowienie, aby ją przeczytać.
Ale to jeszcze nie teraz. Teraz przyszedł czas na spełnienie marzenia o spotkaniu z czterokrotnym mistrzem olimpijskim w chodzie. Jak można się domyśleć, okazji ku temu było sporo, ale zawsze jakoś umykały mi one sprzed nosa. Dowiadywałam się o nich po fakcie. Z jednej strony czułam smutek, ale z drugiej wierzyłam, że w końcu mi się uda spełnić to pragnienie.
O obecności pana Roberta podczas Centralnego Klubu Pacjenta odbywającego się w MCK w Kato dowiedziałam się przypadkiem. To było to. Pomyślałam sobie, że teraz albo nigdy. Wiem, że z tym "nigdy" to gruba przesada, ale popchnęło mnie to do tego, aby zarejestrować się na wydarzenie. Tym bardziej, że nic nie traciłam, a mogłam tylko zyskać. Zobaczyć swój autorytet jeszcze z czasów dzieciństwa to nie byle co. Zresztą sam program dnia był bardzo bogaty i zapowiadał się niezwykle interesująco, a więc każdy mógł znaleźć w nim coś dla siebie.
Trochę obawiałam się tego, że praktyki nałożą mi się na wydarzenie, na szczęście miałam je z rana, co tylko odrobinkę kolidowało z planem spotkania. Ewentualnie nasilenie objawów kolejnej, ostatnio wykrytej u mnie choroby. Na szczęście żadnych niespodziewanych wypadków nie miałam. W ostateczności na miejscu pojawiłam się tuż po godzinie 10. Ubrana w nową niebieską koszulę niepewnie poruszałam się po obiekcie. Trochę pochodziłam po stoiskach i wystawcach, trochę posłuchałam prelekcji. W jakiś sposób musiałam zabić czas, żeby nie zwariować. A przy okazji dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy na temat działania ludzkiego organizmu. Swego czasu, w gimnazjum, uwielbiałam biologię, a w szczególności pasjonowało mnie wszystko, co dotyczy funkcjonowania naszego ciała. Aż mi głupio, że na pedagogice z biomedyki miałam tylko 3,5, ale jak już ustaliliśmy - materiał był zbyt obszerny dla kogoś niezwiązanego z medycyną. Za to Wybrane zagadnienia z anatomii i fizjologii człowieka zaliczyłam na 4,5, więc chyba nie jest z moją wiedzą aż tak źle. A samo zainteresowanie ludzkim ciałem pozostało mi do dzisiaj.
(na tym ostatnim zdjęciu w środku jest siedzi Apoloniusz Tajner)
Wreszcie konferansjerzy zapowiedzieli, że już za chwilę na scenie pojawi się on - Robert Korzeniowski. Serce zaczęło mi mocniej bić, bo oto po 24 latach i dwóch dniach (czyli od dnia, kiedy po dyskwalifikacji Meksykanina Segury zdobył złoty medal w chodzie na 20 km) miało spełnić się jedno z moich marzeń. Miałam na własne oczy zobaczyć tego, który wielokrotnie dodawał mi sił podczas biegów, chociaż nawet o tym nie wiedział. Bo zawsze kiedy brakuje mi sił do dotarcia do mety, powtarzałam sobie, że Kusociński dawał radę, Szewińska dawała radę, Korzeniowski dawał radę, to i ja muszę dać radę. I jakoś mi to pomagało.
Pan Robert na scenę wbiegł, jak przystało na sportowca. W kilku słowach powitał zgromadzonych gości, a następnie zaprosił na hol, gdzie miał przygotowanych parę prostych ćwiczeń na rozruszanie naszych mięśni, kości i stawów. Czyż może być coś przyjemniejszego od gimnastyki z mistrzem olimpijskim? I to czterokrotnym?
W ćwiczeniach towarzyszyła mu jego aktualna żona, Justyna. Przemiła i przesympatyczna kobieta. Już na pierwszy rzut oka wyraźnie widać, że doskonale się rozumieją i uzupełniają. Wydarzenie trwające ok. godziny zgromadziło dość sporą ilość odbiorców. Trochę obawiałam się, czy poradzę sobie z niektórymi ćwiczeniami, zwłaszcza tymi wymagającymi równowagi, ale okazało się, że zupełnie bezpodstawnie. Z jednymi radziłam sobie lepiej, z innymi gorzej, udało mi się jednak wykonać praktycznie wszystkie. A musiałam się starać, bo w pewnym momencie wylądowałam tuż przed sceną. Głupio by było zbłaźnić się przed swoim mistrzem. Tym bardziej, że oboje ukończyliśmy katowicki AWF, a więc uczelnię typowo ruchową.
Już podczas ćwiczeń pan Robert zapowiedział, że po nich będzie możliwość zrobienia sobie z nim zdjęcia. Po raz kolejny szybciej zabiło mi serce. Zdjęcie z Mistrzem! W dodatku mistrzem do potęgi czwartej. Od razu schowany w kieszeni spodni aparat fotograficzny przestał mi ciążyć. Jednak kiedy zobaczyłam ogromną kolejkę tak samo chętnych ludzi, pomyślałam, że chyba się to nie uda. Że za dużo chcę i oczekuję, że może samo zobaczenie pana Roberta, wykonanie z nim kilkunastu ćwiczeń oraz przybicie z nim "piątki" po wszystkim powinno mi wystarczyć. Stałam na końcu kolejki z uśmiechem patrząc na tych szczęśliwców, którym już to się udało. Z reguły były to całe grupy, które przybyły na wydarzenie, ale wśród nich byli i tacy, którzy chcieli mieć indywidualne zdjęcie. Wiele osób prosiło też o autograf na książce lub w zeszycie. Nie zazdrościłam im, bo i tak dostałam więcej, niż się spodziewałam. Zresztą w międzyczasie zrobiłam sobie zdjęcie z panią Justyną (które niestety nie wyszło), więc w ostateczności wystarczyłoby mi ono. Postanowiłam jednak jeszcze nie odchodzić od sceny. Mój entuzjazm zaczął coraz bardziej spadać, kiedy konferansjerka zapytała, czy już wszyscy mają zdjęcie. Niestety, nie potrafię tak po prostu wbić się gdzieś, zresztą obudziła się we mnie moja nieśmiałość. Zresztą gdzież komuś takiemu jak ja, szaraczkowi, pchać się do mistrza? I wtedy wydarzyło się coś zupełnie dla mnie niezrozumiałego.
Już wcześniej obserwowałam pana Roberta i jego stosunek do fanów. Cały czas był uśmiechnięty, cierpliwie pozował do zdjęć, dopytywał, dla kogo jest dedykacja i czy coś szczególnego ma się na niej znaleźć. Rzec by można - zwyczajny, prosty człowiek. Nawet jeżeli był zmęczony, to nie dał tego po sobie w żaden sposób poznać. Widać było, że chciał być dla każdego, chociażby na chwilę. Kilkakrotnie czytałam opinię innych, że jest zadufany w sobie i myśli, że wszystko wie. Ja jednak odbieram tą jego wszechwiedzę tak, że on po prostu dzieli się swoim doświadczeniem w kwestii chodu sportowego. Przecież każdy z nas chce przekazać innym wiedzę, w której czuje się dobrze. Dlaczego w przypadku mistrza olimpijskiego miałoby być inaczej? A jednak zaskoczyło mnie to, że sam mnie zauważył i zamachał, abym do niego podeszła. Nogi miałam jak z waty, jakby je wmurowało. Zauważył kogoś takiego jak ja - nieważnego, niedostrzegalnego, niewychodzącego zbytnio przed szereg. I chyba tylko siła pragnienia spełnienia marzenia sprawiła, że wykonałam jego ostatnie polecenie.
Zdjęcie z mistrzem, z kimś, kogo podziwiałam, od kogo czerpałam inspirację i siły, kto mnie wzruszał mieszanką tak pięknych cech sportowca, jak wytrwałość, pracowitość, samozaparcie z jednej strony oraz pogoda ducha, pokora i uczciwość wobec innych i samego siebie z drugiej. Kto wielokrotnie upadał, ale zawsze się podnosił i wszedł na sam szczyt sportowej kariery. Chłopak z małej miejscowości na podkarpaciu podbił cały świat. Z wrażenia połączonego ze wzruszeniem odjęło mi mowę. Aż sama się sobie dziwię, że zdobyłam się na mój krzywy uśmiech. I że jedyne co wydukałam, to krótkie "dziękuję". W normalnych okolicznościach pewnie nie powiedziałabym nic. I kolejna niespodzianka - uścisk mojej dłoni przez pana Roberta i krótkie "trzymaj się". Nawet jeżeli mówi tak każdemu, to i tak czuję się zaszczycona, że w tym gronie znalazłam się też i ja.
Zdjęcie może i nieidealne i nieostre, ale jest i cieszy. Czekałam na nie 24 długich lat. Czy kiedyś zwątpiłam, że uda mi się spotkać z panem Robertem? Chyba nie, zawsze gdzieś na dnie była we mnie ta nadzieja, iż to się uda. Tylko po prostu dotąd jakoś nie było ku temu okazji. Aż do dzisiaj. Jak już to sobie na spokojnie analizuję to myślę, że warto było czekać taki szmat czasu. Być może, gdybym spełniła to pragnienie od razu, moje uczucia byłyby całkowicie inne. Nie wiem jakie. Ale często mi powtarzali, że im dłużej się na coś czeka, tym bardziej to coś cieszy. A może to była próba sprawdzająca mój charakter - czy będę cierpliwie czekać, czy może odpuszczę gdzieś po drodze. Zresztą mam wrażenie, że całe moje życie składa się z takich prób. Mam nadzieję, że ją akurat zdałam.
Lada chwila mam kolejne urodziny. Piękniejszego prezentu nie mogłam sobie zrobić. Nawet nie chodzi o zdjęcie, ale o samo spotkanie, o to, co z niego wyniosłam. Trochę żałuję, że nie wzięłam książki, o której pisałam na początku, albo mojego notesu na autografy. Ale może i na to przyjdzie czas. Może jeszcze kiedyś go spotkam. Może będzie szansa na jeszcze jedno zdjęcie, tym razem dużo ostrzejsze. Może uda mi się sfotografować z jego żoną. Może warto dalej marzyć, bo nigdy nie wiadomo, kiedy los okaże się dla nas łaskawy.
Na koniec zostawiam Was z piosenką, która doskonale odzwierciedla mój dzisiejszy stan uczuciowy. Nie, nie zakochałam się w panu Robercie, refren możecie więc spokojnie wyciąć. Za to obydwie zwrotki, i owszem.
Jedną z specjalizacji realizowanych w ramach studiów magisterskich z Nauk o Rodzinie jest mediator. Mediację miałam już podczas studiów na UPJPII, ale nie wspominam ich jakoś specjalnie z sentymentem. Nie podszedł mi program nauczania, a może to, że zajęcia były realizowane w formie zdalniej. Na szczęście nie zraziłam się tak do końca do tej metody rozwiązywania problemów, głównie dlatego, że rok wcześniej byłam na kursie mediacji, również realizowanym na tej krakowskiej uczelni. Osoba prowadząca ten kurs wydawała mi się bardziej kompetentna niż wykładowczyni przedmiotu, ale może dlatego, że z tą pierwszą miałam wykłady w formie kontaktowej i jakoś tak zapałałam do niej sympatią. Papierek mediatora mam, szkoda tylko, że nie mogę na jego podstawie uzyskać zwolnienia z zajęć. Ale to zupełnie inna historia.
Każdy kij ma jednak dwa końce - gdybym nie chodziła teraz, to osoby prowadzące zajęcia z mediacji nie poznały by mnie i moich możliwości. I być może nie zaproponowałyby mi udziału w konferencji dotyczącej mediacji. Fakt, jedna z organizatorek była na listopadowej konferencji o wypaleniu, słyszała mój wykład na temat wypalenia zawodowego nauczycieli pracującymi z ukraińskimi uczniami i tak jej się on spodobał, że bardzo chciała, aby został on przedstawiony w kontekście mediacji szkolnych i rówieśniczych. Dla jasności - mediacja szkolna to taka, w której udział bierze uczeń i nauczyciel, nauczyciele i/albo inni pracownicy szkoły, z kolei mediacja rówieśnicza to taka, w której biorą udział tylko uczniowie, w tym uczeń pełniący rolę mediatora. Kiedy zadzwoniła do mnie w tej sprawie w pewne niedzielne popołudnie, na początku nie mogłam w to uwierzyć. Dopiero z czasem, i po rozmowie z Madziałkiem, zaczęło do mnie docierać, że to się dzieje naprawdę - że ktoś widzi mój potencjał i chce go wykorzystać. Oczywiście wyraziłam zgodę na podzielenie się wynikami moich badań, zwłaszcza że miałam to zrobić wraz z promotorką mojej pracy licencjackiej oraz wspomnianej organizatorki, a zarazem wykładowczyni przedmiotu związanego z mediacjami na naszym wydziale.
Wieść o tym rozeszła się dosyć szybko - inna z organizatorek, z którą mamy ćwiczenia z mediacji, na zajęciach nie omieszkała powiadomić o tym reszty grupy podczas zajęć. Trochę bałam się ich reakcji na to wyróżnienie, ale prawie wszyscy cieszyli się razem ze mną. Przy okazji organizatorka szukała chętnych do bycia na recepcji i zapisywanie tych, którzy przybyli. Zgłosiłam się też do tego, ponieważ wydaje mi się, że po tylu konferencjach podczas których to robiłam oraz po wolontariatach sportowych w biurze zawodów, mam w tym jakąś wprawę. Może nie jestem mistrzem, ale wiem mniej więcej jak to działa.
Rejestracja przybyłych gości i prelegentów odbywała się od godziny 9:30, ale nasza ekipa od tego zadania była gotowa już po 8:00. Może to i dobrze, ponieważ od 8:00 mieliśmy wykład z prawa on-line, powtórzeniowy, bo kolejne zajęcia to już zaliczenie, a że dziewczyny słuchały go z smartfonu, to dołączyłam się do nich. Urządzenie było ściszane właściwie tylko wtedy, gdy ktoś podchodził, aby odznaczyć swoją obecność na konferencji, albo się o coś zapytać. I chyba jakoś udało nam się to połączyć. Zobaczymy za tydzień na ustnym kolokwium.
Na recepcji m.in. wydawaliśmy identyfikatory oraz programy konferencji. Identyfikatory trzeba było sobie samemu wypisać. Za mnie zrobiła to koleżanka, pytając, czy ma mi napisać przed nazwiskiem "mgr", czy może od razu "dr". Wiem, że to była aluzja do naszej Starościny, która używa tytułów przed nazwiskiem, których nie posiada. Jakoś nie mam jakiegoś parcia na pisanie owego ciężko zdobytego "mgr" przy moim nazwisku, chociaż nie ukrywam, że poczułam dumę, kiedy zobaczyłam to zestawienie wśród prelegentów na programie konferencji.
Tak samo jak poczułam dumę, kiedy wywołano mnie jako "pani magister Karolina ...". Nie często zdarza mi się to słyszeć, więc duma przeplatała się z onieśmieleniem. Chociaż tak sobie myślę, że dumę pełnoprawnie mogliby czuć wszyscy ci, którzy przyczynili się do tego, że jestem w tym miejscu, w którym jestem. Ta lista jest długa, ale wszystkie te osoby przechowuję i w sercu i w pamięci. I myślę, że ta lista będzie się powiększa, bo ich liczba wciąż rośnie. Także po tej konferencji.
Najwięcej pracy na recepcji było przed jej rozpoczęciem. Potem zrobiło się w miarę spokojnie i przychodzili pojedynczy ludzie. Tak naprawdę można było wtedy chociaż na chwilę wejść na aulę aby posłuchać prelekcji zaproszonych gości. No i ja dodatkowo musiałam udać się na nią na mój wykład. Prawda jest taka, że w harmonogramie nastąpiła roszada - ktoś wypadł, ktoś zmienił kolejność, w konsekwencji nie dość, że zmieniła się pora mojego wystąpienia, to jeszcze zwiększono mi czas na wypowiedź. Z tej drugiej opcji byłam nawet zadowolona, chociaż przygotowana byłam na 20-minutową wypowiedź, z tej pierwszej niekoniecznie, bo trzeba było się pilnować z czasem. Dlatego na aulę poszłam już na wcześniejszy wykład, żeby nie denerwować się dodatkowo ewentualnym spóźnieniem.
Jeszcze poprzedniego wieczoru zdzwaniałam się z organizatorką, która zaproponowała mi udział w konferencji i ustalałyśmy ostatnie szczegóły. Generalnie ona z moją promotorką miały przedstawić wyniki przeprowadzonych przeze mnie badań, dodatkowo owa mediatorka miała na ich podstawie nawiązać dodatkowo do mediacji rówieśniczych i szkolnych, a ja miałam ogólnie opowiedzieć o ich przebiegu.
Trochę się obawiałam tego wystąpienia, czy wyjdzie tak, jak chciałam, czy nie zawiodę tych, którzy we mnie wierzą. I nie tylko organizatorek konferencji, ale chociażby Księdza Niosącego Światło, który nie tylko ucieszył się z tego wyróżnienia, bo ja tak traktuję tą propozycję, ale też obiecał trzymać kciuki za powodzenie całej misji. Zresztą takich osób było więcej, zwłaszcza w rodzinie. Ktoś nawet się śmiał, że jak tak dalej pójdzie, to zrobię doktorat. Już gdzieś to kiedyś słyszałam... A tak na serio to moje badania wzbudziły takie zainteresowanie, że dwie panie z Opola wzięły ode mnie kontakt i powiedziały mi, że jak będą robić konferencję o podobnej tematyce to z dużą chęcią zaproszą mnie na nią, abym podzieliła się również tam swoimi wynikami. Co jak co, ale tego bym się nie spodziewała.
Na szczęście nie byłam jedyną osobą z uczelni, która tego dnia miała swoje 5 minut. Podczas panelu dyskusyjnego kończącego konferencję jedną z wypowiadających się osób był mój kolega z grupy, zwany tutaj pod nickiem Archanioł. Co prawda nie miał zbyt dużo okazji do wypowiedzenia się, ale kiedy już dopuszczono go do głosu, to udzielał bardzo trafnych odpowiedzi.
A swoją drogą to ciekawe, że ze wszystkich studentów z naszego wydziału wybrano właśnie nas - dwójkę niepełnosprawnych studentów, którzy być może w normalnych okolicznościach nie byliby nawet brani pod uwagę. Tutaj zaś byliśmy na równych prawach z innymi prelegentami i tak jak oni mogliśmy podzielić się naszymi spostrzeżeniami z siedzącą na auli widownią. Tak jak piszę, normalnie być może nie zostalibyśmy wysłuchani. Teraz natomiast mieliśmy zupełnie inną sytuację - nie dość, że nas słuchano, to jeszcze interesowano się tym, co mówimy, a nawet zadawali nam pytania. Nie wiem jak Archanioł, ale ja poczułam się po prostu dowartościowana w tym, co robię. I nawet jeszcze bardziej wkręciłam się w samą technikę mediacji. Ale czy z tym zwiążę swoją przyszłość - to się okaże.
Był maj 1924 roku, kiedy na równinie Pian Della Mussa we Włoszech błogosławiony Pier Giorgio Frassati wraz z Marco Beltramo postanowili założyć Towarzystwo Ciemnych Typów (Societa dei Tipi Loschi). Obydwoje kończyli studia i byli u progu dorosłego, samodzielnego życia. Złączyli się wtedy w grupie, która była oparta na trwałym fundamencie, czyli najbliższych przyjaciołach.
Towarzystwo Ciemnych Typów - czwarty od lewej Pier Giorgio Frassati (źródło zdjęcia)
Po wielu latach siostra Pier Giorgia Frassatiego, Luciana, wspominała że "pod wątłą strukturą Towarzystwa i jego żartobliwym statutem kryły się wyższe cele... było to prawdziwe stowarzyszenie modlitwy". Pierwsze Ciemne Typy jeździły razem w góry, świadczyły pomoc biednym oraz wspierały się wzajemnie w przeżywaniu codzienności, a ich dewizą było "Mało nas, ale dobrych jak makaron".
Pier Giorgio Frassati był pierwszym członkiem Towarzystwa, który odszedł do wieczności. Jednak jego pomysł na zintegrowanie osób, a przy okazji zrobieniem czegoś dobrego nie tylko przetrwał sto lat, ale i wyszedł poza granice Włoch. W pewnym momencie dotarł do Polski, a jego kapelanem został jeden z największych fanów Pier Giorgia Frassatiego, jakiego znam - ksiądz Krzysztof z Duszpasterstwa Akademickiego, do którego należę. Polskie Towarzystwo Ciemnych Typów skupia w sobie miłośników górskich wędrówek od morza do Tatr, którzy chcą zdobywać górskie szczyty w duchu błogosławionego Pieg Giorgia Frassatiego. Ale nie tylko. Ciekawostką może być na przykład to, że przedstawiciele polskiego Towarzystwa Ciemnych Typów nieśli w procesji z darami obraz z podobizną założyciela podczas Mszy Świętej otwierającej Światowe Dni Młodzieży w Krakowie.
Jakby nie liczyć, w tym roku przypada setna rocznica istnienia Towarzystwa Ciemnych Typów. Z tej okazji zaplanowaliśmy wspólne świętowanie członków Duszpasterstwa oraz Towarzystwa u nas, w katowickim "Centrum". Jako dzień wybrano wigilię dnia, w którym zostało ono założone, czyli 17 maja. Program może nie był bogaty, ale konkretny: najpierw spotkanie pod muzeum śląskim w Katowicach, gdzie znajduje się pomnik upamiętniający wizytę Pier Giorgia Frassatiego w znajdującej się na tym miejscu kopalni, następnie Msza święta o jego kanonizację sprawowana przez biskupa tarnowskiego Artura Ważnego, a na koniec krótka konferencja oraz koncert. W międzyczasie ksiądz Ważny stał się biskupem mojej diecezji, a papież oficjalnie ogłosił, że już w przyszłym roku Frassati zostanie ogłoszonym świętym. Nasza radość była niemała, a jednocześnie zmieniła się intencja Mszy, która w ostateczności była po prostu o dobre przygotowanie do kanonizacji Pier Giorgia.
Już dzień wcześniej, w ramach piekarnika (a raczej tuż po nim) udaliśmy się na Wydział Teologiczny, aby przygotować kaplicę i rozstawić wystawę dotyczącą Pier Giorgia Frassatiego. Ksiądz Krzysiu nawet się nie spodziewał, że uda mi się rozłożyć stojaki, na których rozwieszono banery przedstawiające życiorys Frassatiego. Nie przeszkodziło mi nawet to, że wszystkie z nich przewyższały mój wzrost. Wystarczyło wleźć na ławkę, odpowiednio zahaczyć podstawki pod jej nogi i wyciągnąć rurkę do góry, wcześniej odpowiednio zaczepiając o nią górę baneru. Rurka była teleskopowa, więc po drodze ładnie wszystko do siebie wchodziło. Jeszcze tylko przygotowaliśmy kaplicę i o nieprzyzwoicie późnej godzinie opuściliśmy Wydział. Dobrze, że nazajutrz miałam wolne na uczelni, przynajmniej mogłam sobie na to pozwolić.
Wszystko przygotowane do świętowania
Piątkowe świętowanie rozpoczęliśmy po południu przed Muzeum Śląskim, dawną kopalnią węgla kamiennego. Od roku na jego terenie znajduje się obelisk upamiętniający wizytę Pier Giorgia Frassatiego w tym miejscu. Ubrana w koszulę i koszulkę, tą z biegu, któremu on patronuje udałam się na wyznaczone miejsce. Prawdę powiedziawszy to jeszcze nigdy tam nie byłam i za bardzo nie wiedziałam, gdzie znajduje się ten kamień. Na szczęście dosyć szybko spotkałam się z koleżanką z piekarnika, która mnie tam podprowadziła.
Powoli zaczęli gromadzić się pozostali uczestnicy spotkania. Niektórzy z nich przybyli aż z Kołobrzegu, tj. z drugiego końca Polski. Pozostało nam tylko czekać na księdza Krzysia, który tradycyjnie się spóźniał. Naprawdę, będę wnioskować o święto narodowe na pamiątkę dnia, w którym przybędzie gdzieś punktualnie. Co prawda czas upływał nam na rozmowach, na niebie jednak pojawiły się ołowiane chmury, które nie zwiastowały nic dobrego. Aż na głos zaczęliśmy się zastanawiać, czy niebo wytrzyma i tą część uroczystości ukończymy w suchych ubraniach, czy też wręcz przeciwnie - w mokrych.
Wreszcie i on się pojawił przybijając wszystkim zgromadzonym "piątki". Widząc moją nietypową, a zarazem tematyczną koszulkę stwierdził, że "to jest konkret". Gdybym miała tą Towarzystwa Ciemnych Typów to pewnie nią bym ubrała. Ech, te moje wolontariaty na coś się jednak przydają. Wraz z księdzem podeszliśmy pod kamień, gdzie odmówiliśmy "Pod Twoją obronę" oraz trzy razy zawołaliśmy "bum! bum! bum!" - okrzyk członków TCT, wymyślony jeszcze przez ekipę zebraną przez Pier Giorgia Frassatiego.
Grupowe zdjęcie w miejscu, które odwiedził ponad sto lat temu Pier Giorgio Frassati
Dopiero kiedy pakowaliśmy się do samochodów (ci, którzy nimi przyjechali zabrali tych, którzy byli niezmotoryzowani), z nieba zaczął kropić deszcz. A kiedy dojechaliśmy pod Wydział, lało już jak z cebra. Więc to nie był taki zły pomysł zabrać nas autami.
Teraz trzeba było zaczekać na godzinę 18:00, kiedy miała rozpocząć się Msza święta. Nie wiem ile razy przebiegłam uczelniany korytarz wzdłuż i wszerz, ale w końcu w drzwiach wejściowych na Wydział pojawił się ksiądz biskup Artur Ważny. Można powiedzieć, że mój biskup. Jeszcze tylko księża musieli się przebrać w alby i ornaty i już w uroczystej procesji, przy dźwiękach pieśni "Zwycięzca śmierci piekła i szatana", na czele z ministrantami i lektorami weszli do niewielkiej kaplicy. Biskup Ważny nie tylko odprawiał Mszę świętą, ale też wygłosił do nas kazanie. Oparł je o scenę opisaną w Ewangelii św. Jana, gdzie Zmartwychwstały Chrystus pyta trzykrotnie św. Piotra o to, czy go miłuje. Jak słusznie zauważył, powyższy dialog odbywał się przy ognisku, podobnie jak zaparcie się św. Piotra podczas pojmania Jezusa w Wielki Piątek. Chrystus chciał w ten sposób zastąpić bardzo trudne wspomnienia z Wielkiego Czwartku i Piątku i mimo zdrady, ponownie obdarzyć św. Piotra zaufaniem i zapewnić go o swojej miłości. Tych kilka chwil przy ognisku całkowicie odmieniło św. Piotra i sprawiło, że nawet wtedy, gdy przypomni sobie trudne doświadczenie zdrady, to równie szybko przypomni sobie także to, co Jezus powiedział mu już po swoim zmartwychwstaniu. Biskup zachęcał nas przy tym, byśmy zobaczyli, co Chrystus potrafi z nami zrobić - cudownie nas dotykać i przemieniać. Dostrzegł przy tym, że przy każdym pytaniu "Czy kochasz mnie" padającym w scenie nad jeziorem Galilejskim, kryje się odniesienie do konkretnej trudnej sytuacji doświadczonej przez św. Piotra. Chodzi tutaj o wydarzenia z Ogrodu Oliwnego, kiedy Jezus przed udaniem się na modlitwę poprosił apostołów, aby czuwali wraz z nim. Oni jednak zasnęli. Jak stwierdził biskup Ważny, podobne doświadczenie nosi w sobie wielu z nas - kiedy jesteśmy rozczarowani osobą, którą znamy już długi czas i kochamy, a ona nagle zaczyna zachowywać się w niezrozumiały dla nas sposób. Możemy być tym wręcz przerażeni. Ale takie było doświadczenie uczniów, widzących modlącego się Nauczyciela. Nie trwali z Nim, ale uciekli w sen. I my mamy podobnie, kiedy znajdziemy się w przerastającej nas sytuacji - pojawia się pokusa ucieczki w różne uzależnienia i używki, których zadaniem jest przeniesienie nas w świat nierzeczywisty. Druga przywołana przez niego scena dotyczyła pojmanie Pana Jezusa, kiedy to św. Piotr wyciągnął miecz i z zamachem obciął Malchosowi ucho. Wydarzenie to wyraźnie ukazuje brak miłości do bliźniego. Zupełnym przeciwieństwem jest zachowanie Jezusa, który nie tylko powstrzymuje św. Piotra, ale też uzdrawia rannego. Trzecia scena jest chyba najtrudniejsza, ponieważ przedstawia zdradę św. Piotra i jego trzykrotne wyparcie się Jezusa. Większość ludzi odwróciłaby się od takiego zdrajcy. A co robi Jezus? Jak gdyby nigdy nic się nie stało, wychodzi do Piotra ze swoją miłością, chcąc go w ten sposób podnieść oraz pokazać mu jego wartość. "To spotkanie na brzegu Jeziora Galilejskiego zmienia wszystko" - zaznaczył na koniec homilii biskup. Kogoś dziwi, że tuż po niej rozległy się rzęsiste brawa? Bo mnie nie. To było piękne i wzruszające przemówienie.
Dla mnie w czasie Mszy świętej był jeszcze jeden wzruszający moment - kiedy cała kaplica rozbrzmiała uroczystym "Te Deum" wyśpiewanym a'capella na dziękczynienie przez wszystkich zgromadzonych. Jego piękna melodia niosła się hen po uczelnianym korytarzu chcąc dotrzeć do każdej sali, do każdego zakamarka wydziału. W ten sposób członkowie Towarzystwa Ciemnych Typów oraz wychowankowie Duszpasterstwa Akademickiego "Centrum" dziękowali za stulecie istnienia tego pierwszego, za osobę Pier Giorgia Frassatiego oraz za jego przyszłoroczną kanonizację.
Po zakończonej Mszy wszyscy zgromadzili się pod wejściem do dziekanatów, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. W końcu taka okazja zdarza się raz na sto lat. Miałam to niesamowite szczęście, że udało mi się wylądować tuż u stóp księdza biskupa Ważnego.
Ostatnim oficjalnym punktem piątkowych obchodów stulecia istnienia i funkcjonowania Towarzystwa Czarnych Typów było spotkanie na wydziałowej auli, gdzie odbył się panel dyskusyjny poświęcony bł. (jeszcze!) Pier Giorgio Frassatiemu. Jego prelegentami byli bp. Artur Ważny, o. Lech Dobroczyński OFM oraz o. Tomasz Nowak OP. Każdy z nich podzielił się ze zgromadzonymi swoimi doświadczeniami związanymi z postacią Piotra Jerzego. Śmiechu było co niemiara. Ale to doskonale oddaje jego charakter - Pier zawsze był radosny. Nie wesoły, ale właśnie radosny. I taki pozostał do końca. Najważniejsze przesłanie dyskusji? Abyśmy przejrzeli nasze zdjęcia i zastanowili się, które z nich chcielibyśmy, aby stało się naszym zdjęciem beatyfikacyjnym, a które kanonizacyjnym. Tylko niech to będą "normalne" zdjęcia, pokazujące naszą osobowość, a nade wszystko - bijące z nas piękno. A także abyśmy pomyśleli nad atrybutem, który byłby naszym znakiem rozpoznawczym. Bo przecież każdy chrześcijanin powinien dążyć do tego niezwykłego stanu, w którym będzie mógł oglądać Boga twarzą w twarz. Wielu tych, co wyprzedzili nas w tej drodze pokazuje, że można to osiągnąć, wiodąc zwyczajne na pozór życie, które samo w sobie jest Ewangelią. A Piotr Jerzy Frassati jest jednym z nich.
Na zakończenie mogliśmy wysłuchać koncertu góralskiej kapeli rodziny Cudzichów, która zabrała nas za pomocą dźwięków w wędrówkę po tych europejskich krajach, w których są góry. Cudowne doznanie.
Wiecie co, jako miłośnikowi gór podobało mi się to spotkanie. Co prawda nie należę jeszcze do Towarzystwa Ciemnych Typów (co jednak może się zmienić), ale cieszę się, że było ono otwarte. Pierwsze wzruszenie ogarnęło mnie pod obeliskiem upamiętniającym wizytę Frassatiego w Katowicach, potem przepiękna Msza święta koncelebrowana z cudownym kazaniem mojego nowego biskupa. To drugie jego kazanie, jakie miałam okazję wysłuchać w przeciągu dziewięciu dni i byłam (w sumie to dalej jestem) pod ich ogromnym wrażeniem, uroczyste "Ciebie Boga wysławiamy" przy którym miałam ciarki, ciekawy panel dyskusyjny, a także uroczy koncert kapeli góralskiej - wszystko to sprawiło, że wydarzenie naprawdę było niesamowite i godne zauważenia. To nic, że poprzedniego dnia bardzo późno wróciłam do domu. To nic, że byłam zmęczona. Wrażenia wynagrodziły mi to wszystko z nawiązką.
A może tak dać się namówić Antkowi (11 lat!) i zapisać do Towarzystwa Ciemnych Typów? Jedyne stałe zobowiązanie to codzienne odmawianie "Pod Twoją obronę" w intencji jego członków. I tak jako nosiciel szkaplerza codziennie ją odmawiam, więc teraz pewnie dwa razy bym musiała. Ale to żaden problem!
Kiedy tydzień temu pojawiło się na grupie z Koła Naukowego zapytanie, czy ktoś z nas nie chciałby pomóc w recepcji podczas odbywającego się na naszym Wydziale Forum Praktyków Pomocy Społecznej, zgłosiłam się niemal od razu. Najwyżej by mnie nie wzięli, więc nawet nie wiem, co bym w ten sposób straciła. Ale nasi wykładowcy byli współorganizatorami, a widząc moje zaangażowanie podczas konferencji odbywających się w zeszłym roku i dwa lata temu wiedzieli na ile mogli mi zaufać w tym względzie. Mam też pewne doświadczenie w pomocy podczas tego typu imprez dzięki podobnego zaangażowania na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie, co zawsze działa na moją korzyść. Dało się raz, drugi, to dlaczego nie ma się udać po raz trzeci, czwarty, dziesiąty? Tym bardziej, że potrafię określić co jestem w stanie zrobić, a co nie. W pierwszym przypadku staram się dać z siebie jak najwięcej. W drugim przypadku grzecznie przepraszam, że nie jestem w stanie czegoś wykonać. Ale na takiej recepcji spokojnie mogę być.
Samo Forum podzielone było na dwa dni, a jego program przedstawiał się następująco:
Jednym z kierunków studiów, jakie ukończyłam (i to z tytułem magistra) jest praca socjalna, toteż jako dla specjalisty w tym zakresie (przynajmniej w teorii) całość wydawała mi się niezwykle interesująca. Wstęp na wydarzenie był co prawda płatny, ale jako współorganizatorzy mogliśmy wejść na wykłady za darmo. Więc bycie wolontariuszem na tego typu imprezach się opłaca - może nie dostaliśmy za to wynagrodzenia, ale też nie płaciliśmy za uczestnictwo. Oczywiście nie siedzieliśmy tam cały czas i wymienialiśmy się tak, aby ktoś siedział na recepcji. Na jednym z wykładów pojawili się też moi koledzy i koleżanki z grupy na magisterce. Miło było ich zobaczyć.
Ja dodatkowo musiałam pogodzić pełnioną przez te dwa dni funkcję z wtorkowym egzaminem z socjologii edukacji na pedagogice, a to wiązało się z przemieszczeniem się na wydział w innej części Kato, a po napisaniu go wrócić na Wydział Teologiczny. Nie wiem jak to się stało, ale ogólnie byłam przekonana, że to forum jest 28-29 luty, a przez to przynajmniej będę mogła w spokoju ogarnąć ten egzamin. No, ale wtedy byłoby za nudno, prawda? Wydaje mi się, że mimo wszystko egzamin zdałam, nawet całkiem nieźle. Uważałam tylko, żeby nie natchnąć się na kogoś z mojej grupy ćwiczeniowej. Wolę, żeby myślano, że mnie nie ma (socjologię edukacji zdawałam indywidualnie, bo na pierwszym terminie byłam chora), a i tak będę miała usprawiedliwioną nieobecność na podstawie zaświadczenia od organizatorów konferencji. W środę udało mi się być na porannych ćwiczeniach z psychoprofilaktyki. Z wykładów musiałam się już niestety urwać. Ale mam już obiecane z nich notatki, tak jak z poprzedniego dnia.
Sama praca na recepcji nie była zbyt skomplikowana. Do naszych zadań należało zbieranie podpisów poświadczających obecność danego gościa, podbijanie delegacji, udzielanie informacji, wydawanie zaświadczeń o uczestnictwie w Forum oraz pomoc przy bufecie - głównie rozstawianie tac z kanapkami oraz talerzyków na nie. Oprócz mnie do pomocy zgłosili się Madziałek i Adam z pierwszego roku. Cała nasza trójka starała się jak najlepiej wypełnić powierzone nam zadania, chociaż nie były one jakoś specjalnie skomplikowane. Wychodziliśmy jednak z założenia, że reprezentujemy nasz Wydział Teologiczny oraz Koło naukowe, w którym jesteśmy zaangażowani. I chyba nam się to udało. W każdym razie praca z nimi okazała się prawdziwą przyjemnością, organizatorzy też podkreślali naszą pracę. Myślę, że uzupełnialiśmy się wzajemnie, a i tematów do rozmów nam nie brakowało.
Z uczelni wychodziłam później, niż moi koledzy i koleżanki z roku. Kiedy oni kończyli zajęcia przed 14:00, ja siedziałam do 15:00, 15:30. Plus był taki, że na koniec każdej dniówki, ku naszemu zaskoczeniu, zostawaliśmy zapraszani na obiad do uczelnianego bufetu na koszt jednego z organizatorów wydarzenia. Trochę było mi głupio, toteż zawsze wybierałam najtańsze dania. Ale byłam też wdzięczna, bo tak naprawdę do domu wracałam albo po 22:00 (wtorek), albo po 19:00 (środa), a coś ciepłego i treściwego nieźle mnie nasyciło. A dodatkowo była to niezła okazja do porozmawiania również z wykładowcą.
Można przejść przez studia tylko i wyłącznie ograniczając się do nauki i nie ma w tym nic złego. Wszak to podstawowa funkcja studiowania. A można robić coś więcej, niejako realizując się w tym. Bardzo, ale to bardzo się cieszę, że po raz kolejny mogłam pomagać i wykazać się w organizacji tego typu przedsięwzięć. Że pomimo masy zajęć znalazłam czas także na takie coś. Ale też za to, że znalazłam chwilę, aby wypełnić kolejne zadanie z kalendarza wielkopostnego. I wcale nie musiałam z nim długo kombinować - wszak kaplica znajduje się na naszym wydziale.