Przez dużą część mojego dotychczasowego życia byłam raczej szarą myszką. Na 100% wynikało to z mojej niepełnosprawności i wewnętrznego oraz zewnętrznego przekonania, że nigdy nie będę w różnych rzeczach tak dobra, jak zdrowi ludzie. Jakimś nagłym przypływem odwagi w wieku nastu lat wstąpiłam do parafialnej scholi. Byłam w niej dosyć długo, ale prawdę powiedziawszy to czułam się w niej trochę jak intruz. Przynajmniej na poczzątku. Kiedy inni bez problemu dostawali czytania w czasie akademii parafialnych i nabożeństw, ja na wszystko musiałam czekać albo walczyć. Z czasem trochę to zelżało, ale powróciło ze zdwojoną siłą wraz z poprzednim proboszczem. Pomocy przy organizacji nasszego parafialnego Festiwalu Maryjnego to ja się nigdy nie doczekałam...
Taką osobą, której nie przeszkadzało kompletnie to, że jestem niepełnosprawna i mam pewne ograniczenia był opiekun naszego Oratorium w latach 2010-2012, ksiądz Wojtek. Angażował mnie praktycznie w każdą aktywność społeczności na tyle, na ile pozwalała mi moje sprawność. Oratorium oprawia niedzielną Mszę świętą - dajcie Lolkowi mikrofon, niech śpiewa z resztą, choćby na przyciszeniu. Tak samo podczas akademii. A na akademiach i nabożeństwach niech coś mówi. Albo siedzi przy komputerze i przerzuca slajdy. Oratorium organizowało półkolonie albo sobotnie zajęcia dla dzieciaków? Niech Lolek przychodzi i pomaga, zawsze coś się dla niego znajdzie. Podobało mi się takie podejście, bo bazowało na moich zasobach i umiejętnościach, a nie ograniczeniach. Z perspektywy lat podejrzewam, że w dużej mierze było to spowodowane tym, że przez jakiś czas posługiwał w Specjalnym Ośrodku Szkolno - Wychowawczym z takimi osobami jak ja.
Te dwa lata dużo mi dały. Potem różnie bywało ze stosunkiem innych do mnie, ale raczej byłam tolerowana. W zimie 2014 roku pierwszy raz byłam wychowawcą na półkoloniach, oczywiście miałam ukończone odpowiednie kursy. Potem przyszedł nowy opiekun oratorium, który znowu nie wierzył w moje umiejętności, ale pozwolił mi być animatorem podczas wypoczynku. Dobre i to.
W międzyczasie były Światowe Dni Młodzieży w Rio de Janeiro i ogłoszenie, że kolejne spotkanie odbędzie się w 2016 roku w Polsce, w Krakowie. Ucieszyłam się, bo była realna szansa, że uda mi się wziąć w nim udział na żywo. Wkrótce rozpoczęłam studia na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie na kierunku Turystyka Religijna. Im bliżej było wydarzenia, tym głośniej i więcej się o nim mówiło. Wiedziałam, że kilka osób z roku aplikuje na wolontariuszy podczas Wydarzeń Centralnym. Jeszcze w 2015 roku zgłosiłam w parafii chęć bycia wolontariuszem parafialnym, ale przecież jedno nie wykluczało drugiego. Nieśmiało poszłam do ówczesnego proboszcza, aby podbił mi tzw. "list polecający", a potem wysłałam zgłoszenie, właściwie nie spodziewając się niczego wielkiego. Tym bardziej, że tak długo czekałam na odpowiedź, że straciłam resztki tlącej się gdzieś wewnątrz mnie nadziei. Jakież więc było zdziwienie, ale i radość, że pod koniec maja dostałam telefon, że mnie zakwalifikowali i zapraszają na rozmowę, na której ustalimy szczegóły.
Chyba aż do drugiej połowy lipca nie wierzyłam, że to wszystko dzieje się naprawdę. Potem przyszedł pierwszy tydzień, kiedy gościliśmy przybyłych gości w naszych domach i parafiach. Codziennie coś się działo, a ja jeszcze łączyłam to z zabiegami rehabilitacyjnymi, które mi wtedy wypadły. W niedzielne przedpołudnie, po Mszy świętej z udziałem gości z Włoch byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Wszystko udało się nawet lepiej, niż się spodziewałam.
A przecież dla mnie cała posługa się nie kończyła, ale zaczynała. Przede mną był przecież jeszcze tydzień w Krakowie i jeszcze większa posługa i odpowiedzialność, niż dotychczas. Przez wszystkie dni dyżurów dawałam z siebie 100%. Ktoś przecież mi zaufał, nie mogłam go zawieść. Wiem, że nie we wszystkim byłam idealna, że wiele rzeczy mogło mi wyjść lepiej. Ale też chyba nie było tak najgorzej. Do dzisiaj pamiętam, jak w niedzielne przedpołudnie stałam na Campusie Misericordia i cieszyłam się, że raczej wszystko się udało.
A nawet pociągło o następny rok. Ksiądz Jack, będący parafialnym koordynatorem, zobabczył jak wiele mogę. Byłam wychowawcą i na zimowych, i na letnich półkoloniach, kiedy nie mógł być na sobotnich zajęciach, to go zastępowałam, pierwszy (i ostatni) raz w życiu uczestniczyłam w Oratoriadach i MGSie, pisałam scenariusze, brałam udział w wyjazdach i nabożeństwach oratoryjnych. Nie bałam się tak bardzo, jak wcześniej. A z proboszczem dogadywaliśmy się bez słów. Owszem, ich następcy podcięli mi skrzydła, ale nie ucieli ich do końca. Wiedziałam, że ich nie zmienię, więc nawet z nimi nie "walczyłam". Wolałam iść swoją drogą, tam, gdzie mnie chcieli i nikt nie miał ze mną "kłopotów". To raczej ja miałam z dotarciem, ale chyba wyszło mi to na plus. A szkoda mi było burzyć z trudem zbudowaną pewność siebie.
Nie wiem co mi przyniesie przyszłość i jakie wyzwania będą przede mną czekać. Ale wiem jedno - kiedy przez myśl mi przejdzie, że nie dam rady, przypomnę sobie jak zwykle tych kilka cudownych dni sprzed dekady. I jak zwykle pomyślę sobie, że nie przekonam się o tym, jeżeli nie spróbuję.


