Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolontariat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolontariat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2026

2420. Dni, gdy nabrałam pewności siebie

Przez dużą część mojego dotychczasowego życia byłam raczej szarą myszką. Na 100% wynikało to z mojej niepełnosprawności i wewnętrznego oraz zewnętrznego przekonania, że nigdy nie będę w różnych rzeczach tak dobra, jak zdrowi ludzie. Jakimś nagłym przypływem odwagi w wieku nastu lat wstąpiłam do parafialnej scholi. Byłam w niej dosyć długo, ale prawdę powiedziawszy to czułam się w niej trochę jak intruz. Przynajmniej na poczzątku. Kiedy inni bez problemu dostawali czytania w czasie akademii parafialnych i nabożeństw, ja na wszystko musiałam czekać albo walczyć. Z czasem trochę to zelżało, ale powróciło ze zdwojoną siłą wraz z poprzednim proboszczem. Pomocy przy organizacji nasszego parafialnego Festiwalu Maryjnego to ja się nigdy nie doczekałam...
Taką osobą, której nie przeszkadzało kompletnie to, że jestem niepełnosprawna i mam pewne ograniczenia był opiekun naszego Oratorium w latach 2010-2012, ksiądz Wojtek. Angażował mnie praktycznie w każdą aktywność społeczności na tyle, na ile pozwalała mi moje sprawność. Oratorium oprawia niedzielną Mszę świętą - dajcie Lolkowi mikrofon, niech śpiewa z resztą, choćby na przyciszeniu. Tak samo podczas akademii. A na akademiach i nabożeństwach niech coś mówi. Albo siedzi przy komputerze i przerzuca slajdy. Oratorium organizowało półkolonie albo sobotnie zajęcia dla dzieciaków? Niech Lolek przychodzi i pomaga, zawsze coś się dla niego znajdzie. Podobało mi się takie podejście, bo bazowało na moich zasobach i umiejętnościach, a nie ograniczeniach. Z perspektywy lat podejrzewam, że w dużej mierze było to spowodowane tym, że przez jakiś czas posługiwał w Specjalnym Ośrodku Szkolno - Wychowawczym z takimi osobami jak ja.
Te dwa lata dużo mi dały. Potem różnie bywało ze stosunkiem innych do mnie, ale raczej byłam tolerowana. W zimie 2014 roku pierwszy raz byłam wychowawcą na półkoloniach, oczywiście miałam ukończone odpowiednie kursy. Potem przyszedł nowy opiekun oratorium, który znowu nie wierzył w moje umiejętności, ale pozwolił mi być animatorem podczas wypoczynku. Dobre i to.
W międzyczasie były Światowe Dni Młodzieży w Rio de Janeiro i ogłoszenie, że kolejne spotkanie odbędzie się w 2016 roku w Polsce, w Krakowie. Ucieszyłam się, bo była realna szansa, że uda mi się wziąć w nim udział na żywo. Wkrótce rozpoczęłam studia na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie na kierunku Turystyka Religijna. Im bliżej było wydarzenia, tym głośniej i więcej się o nim mówiło. Wiedziałam, że kilka osób z roku aplikuje na wolontariuszy podczas Wydarzeń Centralnym. Jeszcze w 2015 roku zgłosiłam w parafii chęć bycia wolontariuszem parafialnym, ale przecież jedno nie wykluczało drugiego. Nieśmiało poszłam do ówczesnego proboszcza, aby podbił mi tzw. "list polecający", a potem wysłałam zgłoszenie, właściwie nie spodziewając się niczego wielkiego. Tym bardziej, że tak długo czekałam na odpowiedź, że straciłam resztki tlącej się gdzieś wewnątrz mnie nadziei. Jakież więc było zdziwienie, ale i radość, że pod koniec maja dostałam telefon, że mnie zakwalifikowali i zapraszają na rozmowę, na której ustalimy szczegóły.
Chyba aż do drugiej połowy lipca nie wierzyłam, że to wszystko dzieje się naprawdę. Potem przyszedł pierwszy tydzień, kiedy gościliśmy przybyłych gości w naszych domach i parafiach. Codziennie coś się działo, a ja jeszcze łączyłam to z zabiegami rehabilitacyjnymi, które mi wtedy wypadły. W niedzielne przedpołudnie, po Mszy świętej z udziałem gości z Włoch byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Wszystko udało się nawet lepiej, niż się spodziewałam.
A przecież dla mnie cała posługa się nie kończyła, ale zaczynała. Przede mną był przecież jeszcze tydzień w Krakowie i jeszcze większa posługa i odpowiedzialność, niż dotychczas. Przez wszystkie dni dyżurów dawałam z siebie 100%. Ktoś przecież mi zaufał, nie mogłam go zawieść. Wiem, że nie we wszystkim byłam idealna, że wiele rzeczy mogło mi wyjść lepiej. Ale też chyba nie było tak najgorzej. Do dzisiaj pamiętam, jak w niedzielne przedpołudnie stałam na Campusie Misericordia i cieszyłam się, że raczej wszystko się udało. 
A nawet pociągło o następny rok. Ksiądz Jack, będący parafialnym koordynatorem, zobabczył jak wiele mogę. Byłam wychowawcą i na zimowych, i na letnich półkoloniach, kiedy nie mógł być na sobotnich zajęciach, to go zastępowałam, pierwszy (i ostatni) raz w życiu uczestniczyłam w Oratoriadach i MGSie, pisałam scenariusze, brałam udział w wyjazdach i nabożeństwach oratoryjnych. Nie bałam się tak bardzo, jak wcześniej. A z proboszczem dogadywaliśmy się bez słów. Owszem, ich następcy podcięli mi skrzydła, ale nie ucieli ich do końca. Wiedziałam, że ich nie zmienię, więc nawet z nimi nie "walczyłam". Wolałam iść swoją drogą, tam, gdzie mnie chcieli i nikt nie miał ze mną "kłopotów". To raczej ja miałam z dotarciem, ale chyba wyszło mi to na plus. A szkoda mi było burzyć z trudem zbudowaną pewność siebie.
Nie wiem co mi przyniesie przyszłość i jakie wyzwania będą przede mną czekać. Ale wiem jedno - kiedy przez myśl mi przejdzie, że nie dam rady, przypomnę sobie jak zwykle tych kilka cudownych dni sprzed dekady. I jak zwykle pomyślę sobie, że nie przekonam się o tym, jeżeli nie spróbuję.

poniedziałek, 12 stycznia 2026

2305. Plebiscyty i Gale

W ostatnią sobotę już po raz 91 miał miejsce Plebiscyt Przeglądu Sportowego, który zarazem świętował 100-lecie swojego istnienia. Jednak różne wydarzenia, takie jak wojna i okres następujący bezpośrednio po niej spowodowały, że tych edycji było właśnie tyle. Jak wiecie, jestem związana w różnym stopniu ze światem sportu, tak więc nie wyobrażałam sobie, abym mogła nie oglądać transmisji z tego wydarzenia. Wielkie emocje (także dotyczące tego, czy zdążę wrócić do domu na czas, czy też nie), trzymanie kciuków za faworytów, westchnienia rozczarowania (no czemu Robert Korzeniowski nie otrzymał nagrody 100-lecia Plebiscytu za te swoje cztery złote krążki?), a potem cieszenie się z poszczególnych miejsc sportowców, nawet kiedy nie należą oni do moich ulubieńców. Do moich może nie, ale dla innych już tak. 
Sportowcy mają swoje gale i plebiscyty, a wolontariusze współpracujący przy organizacji wydarzeń związanych z różnymi wydarzeniami sportowymi, także tymi, w których oni biorą udział, swoje. Kilka dni temu, w związku z zaangażowaniem w imprezy biegowe organizowane przez lokalną grupę "MK Team", zostałam zaproszona na galę podsumowującą cały ubiegłoroczny sezon biegowy. Ucieszyłam się tym wyróżnieniem, ponieważ pokazuje mi to, że praca wolontariusza na tego typu imprezach też jest doceniana.
Ja przed wyjściem. Skoro gala, to i galowe ubranie wypada włożyć. Myślę, że niebieska koszula w połączeniu z granatowym swetrem była ok.
Wydarzenie odbywało się w jednej z katowickich restauracji. Głównie nagradzano na nim laureatów wszystkich czterech biegów w ciągu roku (a było ich aż 183 biegaczy). Ale znalazło się w nim też miejsce na nagrodzenie dziewięciu najbardziej aktywnych wolontariuszy na przestrzeni tych 12 miesięcy. Nawet nie wiecie jaka to dla mnie była radość bycia jednym z nich.
Każdy z nas otrzymał parasolkę oraz worek, w którym znalazło się pudełko z "Merci", paczka makaronu, notes oraz komino-czapka. Taki sympatyczny prezent na koniec sezonu. A może zachęta na jego rozpoczęcie? Któż to wie. Wiadomo, że wolontariat bardziej robię z pasji, niż dla jakiś profitów. Nawet gdybym nic nie otrzymała, to pozostawałaby satysfakcja z tego, co się zrobiło. Z niektórych wolontariatów mam co najwyżej certyfikat wolontariusza i jakoś nie mam ochoty z tego powodu rezygnować ze współpracy, bo naprawdę daje mi to dużo radości. Dlatego tym bardziej przykro mi było słuchać rozmowy innych wolontariuszy, w których narzekali, jak to na niektórych imprezach jedni wolontariusze dostają "lepsze" pakiety, a inni (niby oni) "gorsze". Serio? Są na wolontariacie tylko dla pakietów? Bez sensu. Przecież pakiety to tylko dobra wola organizatora. Mnie osobiście najbardziej pasuje zwykłe "dziękuję". I to nie koniecznie w słodkiej wersji.
W tym roku nie mogło być inaczej i również będzie miał miejsce cykl biegów organizowanych przez zespół MK Team. Ich harmonogram prezentuje się następująco:
Wstępnie już się zapisałam na Parkowe Hercklekoty w roli wolontariusza. Z miłą chęcią pobiegłabym jako uczestnik, ale nie tym razem. Może na Hazoka już dam radę na tyle dojść do siebie, żeby to zrobić. Ja nawet nie wiem, czy na 100% dam radę pojawić się tego 8 na Hercklekotach. Jestem jednak dobrej myśli. I wiem, że jak dam znać, że jednak czuję się na tyle źle, że wolałabym zostać w domu, to nikt nie będzie miał o to do mnie pretensji. Na kolejne biegi tradycyjnie już zapisy będą w międzyczasie, więc nimi specjalnie się na razie nie martwię. 

poniedziałek, 8 grudnia 2025

2281. Śląski Festiwal Nauki to już taka moja grudniowa tradycja

Jedną z rzeczy, na które czekam cały rok, oprócz oczywiście rorat i związanej z nimi niesamowitej atmosfery, jest organizowany rok rocznie Śląski Festiwal Nauki. To wydarzenie każdego roku nie tylko łączy właściwie wszystkie uczelnie działające na terenie województwa Śląskiego, ale też jest odwiedzane przez setki tysięcy ludzi z całej Polski. Przez blisko trzy dni Centrum Kongresowe i Spodek w Katowicach stają się polską Stolicą Nauki, a poszczególne stoiska przyciągają odwiedzających oryginalnymi ujęciami tematyki, którą postanowili się zająć w danym roku.
Logo i hasło przewodnie tegorocznej edycji
Do organizacji tak dużego przedsięwzięcia potrzebni są pomocnicy, noszące dumne miano wolontariuszy. Od kilku lat staram się wspomóc ich działania, aplikując na to stanowisko chociaż na jeden dzień. Tak było i w tym roku - mogłam być tylko w poniedziałek. Trochę się bałam, czy to nie będzie zbyt mała liczba godzin, aby w ogóle wzięli mnie pod uwagę w procesie rekrutacji. Na szczęście nie okazało się to zbytnim problemem i finalnie zostałam włączona w poczet wolontariuszy. 
W poniedziałek o określonej godzinie zameldowałam się w bazie. Dostałam kamizelkę, identyfikator oraz opaskę na rękę, dzięki którym mogłam wejść w większość miejsc niedostępnych dla zwykłego zwiedzającego. Ale byłam tak oznakowana też i po to, abym była widzialna dla ludzi odwiedzających wydarzenie i potrzebujących pomocy.
W tym roku przydzielono mnie do sal konferencyjnych, gdzie odbywały się różne wykłady i prelekcje. Ku mojemu zaskoczeniu, ale i zadowoleniu, trafiłam do takiej sali, w której prowadzone wykłady odpowiadały moim prywatnym zainteresowaniom. Znalazło się i coś z geografii (zmiany pokrywy lodowej oraz tworzenie map 3D za pomocą aplikacji komputerowych), i coś z pracy socjalnej. A różne mnemotechniki zapamiętywania mogę podpowiadać moim niesfornym podopiecznym, którzy ciągle czegoś zapominają. Tak naprawdę przez tych kilka godzin niezbyt się nudziłam, siedząc na boku przy ścianie i czekając na ewentualną dyspozycję.
Po skończonym dyżurze, a przed oficjalnym zakończeniem Śląskiego Festiwalu Nauki, podczas którego rektor Uniwersytetu Śląskiego będącego gospodarzem wydarzenia dziękuje wszystkim za przybycie, miałam chwilę wolnego czasu. Wykorzystałam go na pochodzenie po tych stoiskach, które jeszcze zostały na głównej hali.

























Jak można dostrzec, oferta ŚFN jest bardzo bogata i każdy może na nim znaleźć coś dla siebie. A przecież nie pokazałam wszystkiego, co można było na nim zobaczyć. Odwiedzający byli zadowoleni. Z tego co wiem, dużym powodzeniem cieszyło się spotkanie z przebywającym w tym roku w kosmosie Sławoszem Uznańskim-Wiśniewskim. Będąc w gimnazjum i liceum bardzo interesowały mnie te zagadnienia, nawet mój semestralny projekt z fizyki w szkole średniej dotyczył wpływu pobytu człowieka w kosmosie na jego codzienne funkcjonowanie po powrocie z niego. Nawet nie wiecie ile radości zrobiło mi jego opracowanie, choć niewątpliwie wymagało przeczytania wielu książek i artykułów na ten temat. Żałuję więc bardzo, że nie mogłam wziąć udziału w spotkaniu, które miało miejsce w sobotnie popołudnie (miałam inne zobowiązania na ten dzień).
Kolejny raz niezmiernie cieszę się z szansy bycia częścią większej społeczności tworzącej cały sztab wolontariuszy 9 edycji Śląskiego Festiwalu Nauki. Dziękuję za zaufanie, jakim obdarzyli mnie koordynatorzy wolontariatu. Dziękuję za chwile na uśmiech i na poczucie swego rodzaju "normalności". Może w tym roku nie wykazałam się tak bardzo jak w latach poprzednich, ale w jakimś stopniu starałam się pomóc. Wierzę, że razem zrobiliśmy wiele.
I, co tu dużo pisać - do zobaczenia za rok (przynajmniej mam taką nadzieję).