 |
| Kto rano wstaje... czyli dzisiejsza ekipa z ostatnich w tym roku rorat akademickich |
Adwent wraz z towarzyszącymi mu nabożeństwami roratnimi jest jednym z moich ulubionych okresów w roku, które wytyczają jego stały rytm. Co prawda sam okres adwentu waha się w dniach, jednak ma on za każdym razem w sobie coś niezwykłego i tajemniczego. Najpiękniejsze w nim jest chyba to, że z każdym kolejnym dniem przybliża nas do tego, co jest jego najpiękniejszą kwintesencją i zwieńczeniem, czyli do świąt Bożego Narodzenia. A czyż może być piękniejsze oczekiwanie na to, co najważniejsze, niż w ciemności rozjaśnianej blaskiem lampionów i świec lub lamp zapalanych na hymn "Chwała na wysokości"? I tak jak dla dzieci formą odliczania kolejnych adwentowych dni jest niejednokrotnie kalendarz adwentowy zawierający łakocie na każdy dzień, tak dla mnie takim kalendarzem adwentowym są nabożeństwa roratnie.
W tym roku, podobnie jak w zeszłym, trwałam na oczekiwaniu podczas porannych rorat w kaplicy na Wydziale Teologicznym mojego uniwersytetu. Ponieważ odbywały się one wedle tradycji z samego rana (od wtorku do piątku o 6:40) wymagało to ode mnie pewnego zdyscyplinowania. Nie będę ukrywała, że nie zawsze chciało mi się wstawać z łóżka o 4:30, w końcu jestem tylko słabym człowiekiem, ale jakoś znalazłam motywację do wykonania tej czynności. Dodatkowo miały w sobie ten urok, że cała Msza święta odbywała się w całkowitej ciemności, rozjaśnionej jedynie blaskiem zapalonych świec trzymanych przez każdego z jej uczestników. Na 12 spotkań opuściłam tylko jedno i to nie z tego powodu, że zaspałam, ale dlatego, że z pedagogiki mieliśmy o 8:00 zajęcia terenowe w oddalonym o niecałą godzinę drogi Radzionkowie. Nie było szans, aby być na roratach i zdążyć na nie. Tutaj trzeba było zdecydować, co jest w tej chwili ważniejsze. I chociaż wiara jest dla mnie ważna, to jednak wolałam nie ryzykować i nie opuszczać tych terenowych zajęć. Bóg zrozumie (zwłaszcza, że byłam wieczorem na roratach), wykładowca - nie zawsze. Na wielu z tych nabożeństw byłam przeziębiona, zwłaszcza w końcu pierwszego tygodnia i przez cały drugi tydzień, niekiedy przez cały dalszy dzień byłam niesamowicie zmęczona i niekiedy zasypiałam wręcz na stojąco, ale dałam radę.
Pewną motywacją do tak wczesnego rozpoczęcia każdego z tych dni był temat przewodni rorat, czyli sylwetki błogosławionych i świętych, których relikwie znajdowały się w posiadaniu księdza Krzysztofa. Przez kolejne dni towarzyszyły nam takie postacie, jak: Mała Arabka, św. Jan z Kęt, św. Paweł VI, bł. Pier Giorgio Frassati, św. Matkę Teresę z Kalkuty, bł. Alberto Marvelli, w. Jan od Krzyża, bł. Carlo Acutis, św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Teresa od Dzieciątka Jezus oraz św. Jan Paweł II. Każda z tych postaci była w jakiś sposób połączona z Ewangelią z danego dnia. Zazwyczaj było to jedno konkretne słowo, wobec którego ksiądz Krzysiu opierał ich biografie, ale też zdarzały się zdania. Po każdych roratach było też "śniadanie", czyli jakieś kanapki albo pączki, herbata oraz okazja do rozmów kończących się zawsze za szybko.
Chociaż dzisiaj odbyło się ostatnie faktyczne nabożeństwo roratnie, to w dniu wczorajszym mieliśmy ich oficjalne zakończenie. Pierwotnie bowiem nasze roraty miały trwać o dzień krócej, udało nam się jednak namówić księdza Krzysztofa na ten jeszcze jeden dzień. Niestety, jeden z biskupów katowickich był już umówiony na wczoraj i nie dało się tego zmienić. Stanęło na tym, że oficjalnie roraty zakończą się wczoraj, a najwytrwalsi przyjdą jeszcze dzisiaj. Na tym oficjalnie ostatnim nabożeństwie byli też klerycy z seminarium, co też jest niejako tradycją tych spotkań.
Ku mojemu zaskoczeniu, na koniec nabożeństwa, byłam jedną z tych osób, które ksiądz Krzysztof postanowił wyróżnić. Tak jak pisałam, do 100% obecności zabrakło mi jednego dnia, ale sam przyznał, że prawdopodobnie miałam najdłuższą drogę do pokonania z nas wszystkich. A po Mszy po cichu mi przyznał, że jemu by się tak nie chciało. Zrobiło mi się niezwykle miło, że mnie docenił, mój trud dojazdu, niedospanie. Po Mszy podszedł też do mnie owy ksiądz biskup (skąd wiedział, że ja to ja?) i też wypytywał skąd i jak dojeżdżałam, a na końcu gratulował mi hartu ducha. To też było dla mnie niecodzienne i trochę na wyrost, bo raczej nic wielkiego nie uczyniłam. Tylko żałuję, że wcześniej nie zgadałam się z księdzem, bo ciut za późno wpadłam na pomysł "kontrolek" z każdego dnia z wizerunkami i jakimiś cytatami z życiorysu świętych i błogosławionych. Za rok się poprawię. I może uda mi się być wtedy na wszystkich porannych roratach?
 |
| Zdjęcie z biskupem musiało być (to ten kapłan po prawej stronie) |
Jednak w większości przypadków nie były to jedyne roraty w ciągu dnia. Na drugie zachodziłam do jednego z kościołów w mojej miejscowości. Początkowo miała to być moja macierzysta parafia, ale już po pierwszym dniu miałam dosyć. Powiedziałam sobie, że to były pierwsze i ostatnie roraty, na których byłam w parafii, przynajmniej w tym roku. Na drugi dzień poszłam do parafii z księdzem Niosącym Światło, wysłuchałam kazania dotyczącego początków działalności św. Franciszka i już wiedziałam, gdzie będę chodziła popołudniami. Zresztą, nawet w okresie zwykłym w tygodniu wolę iść tam na wieczorną Mszę świętą, niż do siebie. Co prawda to aż 2 kilometry od mojego domu, ale zawsze kiedy tylko mogłam, po prostu wsiadałam do innego autobusu niż gdybym od razu jechała do siebie i wysiadam na osiedlu, na którym jest ten kościół. Z powrotem wracam natomiast na nogach.
Może tutaj byłam mniej razy niż na akademickich (nie byłam w żaden poniedziałek, ani w czwartki*), ale i tak byłam częściej, niżby to się wydarzyło w mojej rodzinnej parafii, gdzie rorat było zaledwie 9. Jakbym chodziła na nie tak jak tam, to byłabym na... czterech? Trochę śmieszne, ale to była też jedna z motywacji, aby tam nie chodzić. Chodziłam tam z pewną obawą, że w końcu księża się zdenerwują i zaczną dopowiadać sobie swoją ideologię do tego, co się dzieje, ale dzisiaj, kiedy roraty dobiegły końca, ksiądz Niosący Światło przyznał, że nawet się cieszył za każdym razem, kiedy mnie widział. Nie wiem czy tylko tak mówił, czy to było na serio, w każdym razie wcale nie był na mnie zły. I wręcz zapraszał, abym dalej do nich chodziła, jeżeli tylko mam taką ochotę.
Takie podwójne roraty są wymagające pod różnymi względami, także organizacji czasu. Niekiedy byłam zmęczona dniem, ale z reguły mobilizowałam się i szłam na wieczorne nabożeństwo. Nie powiem, że nie uspokajało mnie to, kiedy widziałam księdza Niosącego Światło przy ołtarzu, bo wiedziałam, że wtedy po prostu jest "dobrze". Cieszy mnie też to, że mimo wszystko niczego nie zawaliłam na uczelni, chociaż czasami znajdowałam czas na naukę dopiero w autobusie. Najgorsza ocena z kolokwiów i zaliczeń z tego okresu to 4, więc chyba nie jest najgorzej. Myślę też, że nabożeństwa były dla mnie takim sprawdzianem mojej formy wytrwałości i to nie tylko na gruncie wiary, ale też regularności. Tego, co jestem w stanie zrobić, a z czego zrezygnować. Jak zorganizować czas, aby jak najmniej stracić, a jak najwięcej zyskać. To trudna umiejętność, ale przy wcześniejszym wyznaczeniu priorytetów - możliwa.
* chociaż wydaje mi się, że byłam w pierwszy czwartek adwentu