Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 31 grudnia 2023

1814. 12 ważnych wydarzeń w 2023 roku

Z pewnym niedowierzaniem patrzę na mój kalendarz wiszący na regale z książkami, który cierpliwie i niestrudzenie odmierzał kolejne dni 2023 roku. Aż w końcu stało się i wskazał ostatni dzień tego niezwykłego jak dla mnie roku. Bardzo intensywnego, pełnego niespodzianek i wyzwań. Czasu, w którym strach przeplatał się z nadzieją, a okruchy radości zdawały się przyćmiewać łzy niejednokrotnie napływające do moich oczów. To rok pełen wiary w drugiego człowieka, zarówno mojej w innych, jak i innych we mnie. To kolejny rok cudów, tych wielkich, ale i tych małych, widocznych i istotnych tylko dla mnie. To też okres otwarcia się na drugiego człowieka, bycia z nim na dobre i na złe.
Długo myślałam nad formatem i treścią dzisiejszego, ostatniego w tym roku wpisu. W końcu zdecydowałam, że będzie to 12 fotografii z poszczególnych miesięcy, które przedstawiają, co takiego wartego zapamiętania się w nich zdarzyło, co też niewątpliwie w jakiś sposób wpłynęło na mnie, moje losy i rozwój osobowości.
Styczeń niewątpliwie należał do wolontariatu podczas Mistrzostw Świata w Piłce Ręcznej 2023 w katowickim Spodku. To były bardzo pracowite dni, podczas których wspinałam się na wyżyny logistyczne, godząc go z dwoma kierunkami studiów, pracą oraz praktykami studenckimi. Satysfakcja była tym większa, że mimo natłoku obowiązków raczej ze wszystkich wywiązałam się bez większych problemów
W lutym miałam okazję spotkania się z Basią, autorką bloga 5 pór roku. Co prawda okoliczności tego spotkania były bardziej smutne, niż radosne, ale ja już wtedy gorąco wierzyłam w to, że to nie będzie pierwszy i ostatni raz. Teraz mogę się przyznać, że trochę się obawiałam tego spotkania, i tego, czy trafię na miejsce, i tego jak zareaguje Basia na mój widok, a jednak wsiadłam w autobus jadący z rana do Tarnowa i z Bożą pomocą dotarłam na miejsce. A reakcja Basi na mój widok przeszła moje najśmielsze oczekiwania
Marzec upłynął mi pod hasłem chorowania na grypę (albo covid), rozmowy rekrutacyjnej na wolontariat podczas Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie, a także pisaniu pracy licencjackiej. Na szczęście w tym całym kołowrotku zdarzeń znalazłam czas na obejrzenie w kinie filmu "Filip" oraz odwiedzenie odbywającego się w Katowicach Jarmarku Wielkanocnego i pozachwycania się cudownościami, jakie można było na nim nabyć
W kwietniu brałam udział w jednodniowej wyprawie na Babią Górę organizowaną przez Wydział Teologiczny, na którym studiuję. Łatwo nie było, ale z pomocą oraz motywacją współtowarzyszy wspinaczki udało mi się w końcu ją zdobyć. I powiem jedno - jako pełnoprawny członek aktualnej kadencji Wydziałowej Rady Samorządu Studenckiego chcę zainicjować podobną wyprawę także w 2024 roku
Maj to finalizacja naszego studyjnego wyjazdu na pięć dni do Rzymu (o wyjeździe pisałam >>tu<< i >>tu<<). Również ja miałam skromny wkład w przygotowanie go, co chociaż wymagało trochę ponadprogramowej pracy, to jednak sprawiło mi wiele radości i satysfakcji, bo w końcu mogłam wykorzystać umiejętności zdobyte na studiach z turystyki religijnej. Co prawda nie otrzymałam za to żadnego wynagrodzenia, ale największą dla mnie zapłatą było "spotkanie" i dotknięcie papieża Franciszka na środowej audiencji generalnej, w której braliśmy udział
Zaledwie kilka dni po powrocie z Rzymu do Polski pojechałam wraz z młodzieżą z mojego miasta (i nie tylko) do Lednicy na 27. Spotkanie Młodych LEDNICA 2000. To było dla mnie tym większe przeżycie, że i tutaj pomagałam w organizacji wyjazdu, zwłaszcza w momentach, kiedy główny organizator leżał w szpitalu (jak ja to wszystko ogarnęłam - i Rzym, i Lednicę to sama nie wiem). Niespodzianką dla całej grupy był przypadkowy wywiad udzielony telewizji śniadaniowej. Trochę mieliśmy tremę, ale myślę, że jakoś nam to poszło.
Początek lipca to czas nie tylko egzaminów kończących semestr (niektóre z nich śnią mi się do dzisiaj), ale też obronienia tytułu licencjata z Nauk o Rodzinie i zakończenie kolejnego etapu w edukacji. Co prawda ten dzień nie był tak radosny, jak powinien być, ale i tak w ostatecznym rozrachunku byłam szczęśliwa z takiego finału. To też dzień, w którym nasza w miarę zgrana grupa ze studiów uległa rozpadowi, bo tak naprawdę nie wiedzieliśmy, kto z nas będzie kontynuował studia na magisterce
Przełom lipca i sierpnia niewątpliwie należał do wolontariatu podczas Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie. Długo czekałam na wynik rekrutacji portugalskiej, szczerze mówiąc to już zwątpiłam w jej pozytywny wynik, aż w końcu okazało się, że przyjęli mnie. Wiedziałam, że nie mogę nikogo zawieść, ani ludzi z Krajowego Biura Organizacyjnego, ani tych na miejscu. I chociaż nie zawsze wszystko szło tak, jakbym tego chciała, to robiłam wszystko najlepiej jak mogłam. Przez te blisko dwa i pół tygodnia nie tylko nabrałam śmiałości w kontaktach międzyludzkich (także w języki angielskim), ale też zawarłam znajomości ze wspaniałymi współwolontariuszami, zwłaszcza z Polski, którzy traktowali mnie jak jednego z nich, bez taryfy ulgowej, a jednocześnie służyli pomocą zawsze wtedy, kiedy jej potrzebowałam
We wrześniu próbowałam po raz drugi z rzędu dostać się do Wał-Rudy na odbywającą się 18 dnia miesiąca Drogę Krzyżową, drugi raz bezskutecznie. Tego dnia, pokonując trasę pomiędzy Zabawą, a wspomnianą Wał-Rudą ujrzałam tenże cudowny widok (którego niestety nie oddaje wykonane zdjęcie fotograficzne), który niejako zainspirował mnie do wykonania pewnej kartki urodzinowej. A więc nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
W październiku rozpoczęłam kolejny rok mojej studenckiej przygody. Na jego końcówce spotkało mnie coś, na co czekałam od wielu, wielu lat. Otóż poproszono mnie o zorganizowanie i przeprowadzenie wycieczki po Wadowicach i Kalwarii Zebrzydowskiej, miejscach z którymi jestem zżyta od najmłodszych lat i które znam jak własną kieszeń. Nawet nie wyobrażacie sobie ogromu emocji, jakie temu towarzyszyły, nawet jeżeli finał tej historii odbiegał od tego, co można by oczekiwać
Listopad to miesiąc, w którym odbyła się konferencja "Między katedrą, a katedrą. Wypalony świat - wypalony Kościół", którą nie tylko współorganizatorem, ale też jednocześnie jednym z prelegentów wygłaszających na niej referat. Temat mojego dotyczył wypalenia zawodowego nauczycieli uczących dzieci z Ukrainy. Trochę mnie stresowała i jedna i druga rola, ale finalnie wszystko się udało. A ja już nie mogę doczekać się kolejnej edycji
W grudniu działo się dużo ciekawych rzeczy, myślę, że chyba jednak nic nie przebije trzydniowego stawiania tej szopki, w którym miałam swój niewielki udział. Szopki wyjątkowej i unikalnej chyba nawet na skalę krajową, bo z... dźwigiem w tle (jak Franciszkowy plac budowy, tak Franciszkowy plac budowy w pełnej klasie). Dawno się tak nie uśmiałam, jak wtedy, chociaż wizja, że wszystko to runie na biednego Paula wygłaszającego kazanie podczas pasterki wcale nie brzmiała optymistycznie. A ja z satysfakcją każdego prawie dnia spoglądam na nasze wspólne dzieło, w którego stworzenie zaangażowanych było aż 18 osób
Przeglądam jeszcze raz tych 12 fotografii, które są przecież tylko wycinkiem ze wszystkich 365 dni, jakie miały miejsce. Przeglądam i wciąż nie dowierzam temu, że tak wiele się wtedy wydarzyło. Pojawia się pytanie jaki będzie nadchodzący, 2024 rok? Czy tak samo owocny i obfitujący w różne wydarzenia, o jakich jeszcze kilka lat temu nawet nie śmiałabym marzyć, czy może bardziej spokojny i stateczny, pozwalający niejako odpocząć i nabrać sił. Jakikolwiek by on nie był, niech będzie po prostu dobry i łaskawy, niczego więcej od niego nie oczekuję.

Tego samego chcę też życzyć Wam, moi drodzy czytelnicy - aby ten nadchodzący rok 2024 był dla Was po prostu dobry i łaskawy. Aby obfitował w okazje do spotkania z drugim człowiekiem, na wzajemne relacje, na radości z tych wielkich, ale i małych rzeczy. Żeby nie brakowało w nim zrozumienia drugiego człowieka. Nie kłóćmy się - na świecie jest za dużo wojen, aby były one też wśród nas. Niech panuje wśród nas to, czego brakuje - czyli pokój. Byśmy potrafili budować łączące nas mosty, a nie dzielące mury (do czego niejako nawiązuje ten dźwig przy stajence). Bądźcie zdrowi, ale też dbajcie o siebie. I nie dajcie się szarej rzeczywistości, zawsze gdzieś świeci dla nas słońce. Poza tym chciałabym Wam podziękować za obecność przez ostatni rok, za to że wspieracie mnie, że po prostu jesteście. Kiedy zakładałam bloga nawet nie marzyłam o tym, że będzie Was aż tylu. A jednak.
Żegnam się z Wami w sylwestrowym stylu (ha, ha, ha - tak naprawdę to zdjęcie zostało wykonane tuż po powrocie z wieczornej Mszy świętej). Niby zwyczajne zdjęcie, a jednak po raz pierwszy udało mi się zapiąć najwyższy guzik pod samą szyją. Tak kombinowałam, tak próbowałam, aż w końcu się udało. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla większości z Was to żaden wyczyn, ale dla mnie to jest krok milowy. Można więc powiedzieć, że w 2024 rok wkraczam z nową umiejętnością.

sobota, 30 grudnia 2023

1813. Uspokajający dźwięk dzwoneczków

Podobno każdy z nas ma jakieś dziwactwa. Jeżeli czymś dziwnym jest to, że ktoś idąc chodnikiem, zwłaszcza po ciemku, dzwoni dzwoneczkami, aby sobie animuszu, to można powiedzieć, że jest to moje małe dziwactwo. I chociaż nie odgadłam dlaczego faktycznie już drugi raz z rzędu otrzymałam w adwentowej scholowej paczuszce dzwoneczek (bo raczej nie znalazł się w niej bez powodu), to znalazłam jego ukryte przeznaczenie. I tak przez cały adwent kroczyłam przez ciemne ulice Katowic, aby zdążyć na 6:45 na akademickie roraty, w jednej ręce trzymając lampion, a w drugiej dzwoneczek  przydzwaniając sobie po drodze. Nie wiem co sobie myśleli mijający mnie ludzie, nie interesuje mnie to zbytnio. Może uznawali mnie za zbyt dziecinną, zbyt infantylną, może z niedorozwojem umysłowym. Ale mnie to niewielkie światełko połączone z niegłośnym metalicznym dźwiękiem naprawdę dodawały odwagi. I nie przeszkadzało mi nawet to, że chodnik, jak i same ulice, są oświetlone przez gęstą sieć latarni ulicznych.
Tak samo wieczorem, kiedy już mrok ogarniał świat, a ja wysiadałam z autobusu, automatycznie sięgałam po schowane w kieszeni kurtki dzwoneczki i dzwoniłam nimi aż do momentu przekroczenia progu kościoła albo domu. W pewnym momencie zaczęłam wręcz nimi przydzwaniać na uczelni, zwłaszcza przed kolejnym kolokwium (a tych nie brakowało w grudniowym czasie). Ale spokojnie, zazwyczaj wyciszałam się w ten sposób, kiedy nikogo nie było w pobliżu, czyli około 7 rano, po roratach. A może to był mój sposób na odreagowanie braku dzwonków na Mszy świętej.
Czasami dzwonię sobie czekając, aż ksiądz Andrzej otworzy drzwi kościoła przed poranną Mszą świętą. Teraz się tak zastanawiam, co sobie mogą myśleć ludzie, np. spacerujący z psem, albo idący do pracy, kiedy słyszą taki dźwięk. Albo sam ksiądz. Chociaż, czy ja wiem, czy przez tak masywne drzwi można usłyszeć niezbyt głośne brzęczenie?
Podzwonić lubię sobie też w domu. Na przykład kiedy jest mi smutno, kiedy się czegoś boję, albo jestem zdenerwowana. A wbrew pozorom i tych emocji nie brakuje w moim życiu, zwłaszcza ostatnio. Dźwięk dzwonienia przerywa moją melancholię i sprawia, że automatycznie się uśmiecham. I nawet Pusia jest zainteresowana tym, co wydaje taki dźwięk.

piątek, 29 grudnia 2023

1812. Epidemia jakaś

Wraz z końcem roku wiele znajomych złapało jakąś dziwną infekcję. Ogólnie szaleje jakiś wirus wywołujący temperaturę oraz napadowe ataki kaszlu. Kropkę z Adasiem zmogło już we wtorek wieczorem, podobnie księdza Niosącego Światło. Na świetlicy też jakiś pogrom dzieciaków do tego stopnia, że łączymy grupy, a i my, wychowawcy dzielimy się dyżurami i przychodzimy co drugi dzień. Oczywiście część dzieciaków wyjechała z rodzicami do rodziny, albo na jakiś rodzinny wypad, na przykład w góry, ale było też sporo telefonów, że ten, czy tamten wychowanek jest chory i nie będzie go do końca roku. Telefony były, ale i nie, bo też różnie z tym bywa. Chociaż przy kilkudniowych nieobecnościach sami interesujemy się ich powodem, zwłaszcza w przypadku "problematycznych" rodzin.
Kropka z Adamem rozchorowali się dosłownie w ciągu jednej nocy. Wieczorem położyli się spać zdrowi, a obudzili się z temperaturą oraz silnym kaszlem. Co prawda w placówce mieli już pojedyncze przypadki tej infekcji, jednak po świętach odnotowali jakiś wysyp zachorowań. Już nawet nie umieszczają dzieciaków w izolatkach, bo wirus uaktywnia się po kilku dniach od zakażenia, a zakażony już wtedy zaraża. Lekarz stwierdził, że nie każdy też zaraża, tak samo jak nie każdy ulega infekcji, i tak właściwie to loteria, kogo ona dotknie, a kogo ominie. A może po prostu chorują ci, którzy mają słabszą odporność? A zarówno Kropka, jak i Adam przed świętami byli przeziębieni. Dołączyli więc do tych, którzy szkolną przerwę świąteczną spędzają w łóżku. Byłam u nich dwa razy. Kropka stwierdziła, że w sumie to może nawet dobrze, że teraz są chorzy, bo potem byłoby gorzej, gdyby tak rozchorowali się tuż przed końcem semestru. 
Kaszel księdza Niosącego Światło to mi się nie podobał już na kilka dni przed świętami. Co prawda tłumaczył się tym, że to tylko przeziębienie i że dobrze się czuje, ale w tym kaszlu coś było nie tak. Zbyt długo trwał, jak na owe przeziębienie i za bardzo, przynajmniej według mnie, księdza przy tym "szarpało". W Wigilię był już taki sobie, na pasterce jeszcze się trzymał, chociaż było widać, że coś jest nie tak, pomimo uśmiechu na twarzy. Ten uśmiech też był bardziej sztuczny, niż szczery. We wtorek wieczorem już cały czas leżał w łóżku z gorączką i kaszlem. W środę wezwano lekarza, ten zdiagnozował zapalenie oskrzeli. Trochę nastraszył księdza zapaleniem płuc, bo to zapalenie oskrzeli ma dosyć duże nasilenie objawów, a jego odporność w dalszym ciągu jest niska. Zaś w jego przypadku zapalenie płuc raczej na pewno skończy się hospitalizacją, właśnie z powodu tej odporności. W rezultacie ksiądz jest na l4, dostał jakieś doraźne leki i nakaz leżenia w łóżku. I w ten sposób wizyta kontrolna u lekarza odwlekła się w czasie. I to chyba sporo, bo jeżeli miał przed nią zrobić podstawowe badania to nie wykona ich tuż po wyzdrowieniu.
A może ta moja choroba w pierwszych dwóch tygodniach grudnia to właśnie była infekcja wywołana tym wirusem, tylko przebiegająca w dużo łagodniejszej formie? Akurat byłam dopiero co po trzech dawkach antybiotyku, mój organizm na pewno nie zdążył się jeszcze zregenerować. Nie powiem, że nie miałam gorączki, bo mogłam mieć podwyższoną temperaturę ciała (szczerze to nawet tego nie sprawdzałam), ale nie powodowało to mojego osłabienia, czy też specjalnie nie dezorganizowało mi to codziennego funkcjonowania. Jedynie co mi przeszkadzało to kaszel, ale i on jakoś tak sam z siebie mi minął. Nie wiem, nie jestem lekarzem, ale być może to właśnie ten sam wirus był winowajcą tego wszystkiego.

czwartek, 28 grudnia 2023

1811. Dlaczego Titanic nie zostanie wyciągnięty na powierzchnię?

Jednym z najbardziej wstrząsających, a zarazem tragicznych wydarzeń minionego roku, które odbiło się echem w całym świecie była niewątpliwie implozja batyskafu "Titan", w wyniku której natychmiastową śmierć poniosła znajdująca się na nim pięcioosobowa załoga. Nawet poświęciłam tej sprawie jeden z wpisów na blogu, o >>ten<<. Pojawiła się wtedy dyskusja na temat tego, czy spoczywający od ponad 110 lat w odmętach Oceanu Atlantyckiego transatlantyk nie powinien zastać wyciągnięty na powierzchnię, aby nie kusić losu. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, jak trudna i skomplikowana jest to procedura.

Odkąd Titanic zatonął w 1912 roku, ludzie zastanawiają się, w jaki sposób wydobyć go na powierzchnię. Daniel Stone w niedawno wydanej w Polsce książce: "Zatapialny: Obsesja, głębiny morskie i wrak Titanica" napisał wprost, że transatlantyk "nigdy nie wypłynie na powierzchnię". Automatycznie nasuwa się pytanie - dlaczego? Jednym z powodów jest odsłonięta stal na górnym łuku, która poprzez leżenie w słonej wodzie stała się zbyt krucha. Ale nie jedyny.

Titanic zatonął w 1912 r. i od tego czasu ludzie chcą go odzyskać
Titanic zatonął w 1912 r. i od tego czasu ludzie chcą go odzyskać (fot. Francis Godolphin Osbourne Stuart / Wikipedia)
"Nie tylko odsłonięta stal na górnym łuku jest zbyt krucha nawet dla najbardziej zaradnego dźwigu, ale muł działał również jako ruchome piaski głębinowej dłużej, niż większość ludzi żyje" - można przeczytać w książce. Brak integralności strukturalnej jest tylko jednym z trzech głównych przyczyn, dla których Titanic na zawsze pozostanie na dnie Oceanu Atlantyckiego.
  1. Wrak Titanica jest symbolicznym cmentarzem dla ofiar tej katastrofy - w wyniku zatonięcia statku, życie straciło około 1,5 tysiąca jego pasażerów. Łodziom udało się wydobyć ponad 300 ciał. Niektóre osoby, które miały na sobie kamizelki ratunkowe, mogły zostać wypchnięte z miejsca katastrofy przez prądy morskie, zaś inni zatonęli wraz ze statkiem. Rząd USA i Wielka Brytania postanowiły traktować wrak jako miejsce pamięci.
    W e-mailu dyrektorka ds. publicznych w Narodowej Służbie Oceanicznej i Atmosferycznej (NOAA), Monica Allen, przyznała, że instytucja uznaje wrak Titanica za miejsce pamięci morskiej i zgadza się z art. 4 ust. 1 "Umowy dotyczącej wraku statku R.M.S. Titanic" stanowiącą, że miejsce to zostanie zachowane. W 2020 r. firma RMS Titanic Inc., właściciel praw do wydobycia zabytków ze statku, planowała wydobyć radio używane do wzywania pomocy. Pomysł ten wywołał debatę na temat możliwości naruszenia ludzkich szczątków przez ekspedycję. Niektórzy twierdzili wręcz, że zwierzęta i słona woda całkowicie rozłożyły ciała.
    Nie widziałem żadnych ludzkich szczątków - stwierdził w wywiadzie dla "The New York Times" z 2012 roku James Cameron, reżyser, który miał okazję odwiedzić to miejsce dziesiątki razy.
    Dla wielu ludzi wrak jest po prostu symbolem tragedii bez względu na to, czy znajdują się na nim jakiekolwiek ciała. Poza tym wielu potomków tych, którzy wtedy zginęli, uważa to miejsce za grób. W 1987 r. Eva Hart, której udało się przeżyć katastrofę Titanica, określiła osoby zajmujące się wydobywaniem przedmiotów z tego miejsca jako "łowców fortuny, sępy, piratów".
    Jedna z dryfujących szalup z rozbitkami z Titanika (National Archives - Northeast Region, New York City / Wikipedia)
  2. Wrak Titanica niszczeje - według raportu zamieszczonego w "Materials Today", Titanic zbudowano z tysięcy stalowych płyt o grubości 1 cala oraz 2 mln stalowych i kutych nitów. Jak tłumaczy biolożka mikrobiologiczna w USA Today, Lori Johnston, bakterie Halomonas titanicae (nazwane tak, rzecz jasna, na cześć samego statku) "pracują w symbiozie, zjadając żelazo i siarkę"
    - Gdy bakterie konsumują żelazo statku tworzą coś, co nazywa się rdzawnikami, które wyglądają jak stalaktytu pokrywające statek - obrazowo opisywała to zjawisko.
    Jak powiedziała BBC w 2019 r. Clare Fitzsimmons z Newcastle University, rdza to "znacznie słabsza forma metalu", na tyle krucha, że z łatwością zamienia się w pył. Tak samo prądy oceaniczne i korozja solna nie były obojętne na uszkodzenia w miarę upływu czasu.
    Skala degradacji Titanica jest widoczna bardzo wyraźnie, jeżeli porówna się zdjęcia kwatery kapitana Edwarda Smitha z 1996 r. i 2019 r. 
    - Wanna kapitana jest ulubionym widokiem wśród entuzjastów Titanica, a teraz już jej nie ma. Cały ten otwór w pokładzie po tej stronie zapada się, zabierając ze sobą kajuty, a degradacja będzie nadal postępować - powiedział historyk Titanica Parks Stephenson w oświadczeniu z 2019 roku.
    Wrak Titanica z widoczną wanną na zdjęciu z 1996 r. (Xavier Desmier / Contributor / Getty Images)
  3. Koszty podniesienia Titanica byłyby ogromne - od 1914 r., kiedy to inżynier Charles Smith opracował plan przymocowania kabli elektromagnetycznych do kadłuba i powolnego podnoszenia go za pomocą silników parowych oraz wyciągarek, ambitni entuzjaści Titanica zaczęli planować, jak podnieść go z dna oceanu. W tamtych czasach szacunkowy koszt takiej operacji wynosił 1,5 mln dolarów, dzisiaj jest to kwota rzędu 45 mln dolarów. Jak donosi "The Atlantic", podniesienie wywróconego statku wycieczkowego Costa Concordia w 2013 roku kosztowało 800 mln dolarów. Ale tamten statek był tylko po części zanurzony w wodzie, więc łatwo domyśleć się, że podniesienie Titanica byłoby bardziej skomplikowane i kosztowne.
    Chociaż Titanic jest miejscem pamięci, niektóre artefakty zostały wydobyte z wraku. Prace ratownicze w miejscu katastrofy ograniczone są do pola szczątków wokół dwóch kadłubów i muszą być zgodne z wytycznymi NOAA, umową międzynarodową i przepisami federalnymi.
    Wystawienie Titanica na działanie powietrza wiąże się z pewnymi problemami dla samego statku. Dla przykładu, potrzebne było podjęcie aż dwóch prób (pierwszej w 1996 r. i drugiej dwa lata później), aby wyciągnąć na powierzchnię tzw. "duży fragment Titanica".
    Według SF Gate 15-tonowa sekcja kadłuba o wymiarach 4 na 9 metrów wciąż miała nity i szkło w niektórych iluminatorach. Dno morskie to środowisko o niskiej zawartości tlenu, dlatego ten fragment musiał wrócić do wody podczas transportu, aby w ten sposób spowolnić proces korozji. Ostatecznie fragment kadłuba moczył się w naziemnym basenie wypełnionym roztworem węglanu sodu i wody przez 20 miesięcy, aby usunąć sole osłabiające metal. Ten wielki eksponat wystawiony jest obecnie w hotelu Luxor w Las Vegas. Prawdopodobnie jest to jedyna możliwość, aby zobaczyć Titanica nad powierzchnią wody.
źródło: https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/dlatego-titanic-nigdy-nie-zostanie-wydobyty/pjzmc4d

środa, 27 grudnia 2023

1810. I tak przeminęły kolejne święta

W sobotni wieczór zaczął sypać śnieg. Niemal od razu po wyjściu z ostatnich w tym roku rorat zaczęliśmy się rzucać z moimi nowymi znajomymi ulepionymi z niego naprędce śnieżkami, tak jakby chcąc zdążyć się nim nacieszyć. Wracając do domu niemal z dziecięcym zachwytem podziwiałam puszystą białą czapę, jaką został pokryty otaczający mnie świat.
Te białe święta właściwie nawet nie doczekały Wigilii - wszystko stopniało zanim mrok tego niezwykłego dnia w ciągu całego roku ogarnął swoimi ramionami to, co wokoło nas. Czułam swoisty zawód, bo jednak śnieg w święta ma swój urok, a one same nabierają przy nim niezwykłego charakteru. Chociaż nie ukrywam, że i tak cieszyłam się na przyjazd siostry z mężem oraz Kropki z siostrzeńcem, na to że zasiądziemy razem do wigilijnego stołu, podzielimy się opłatkiem, pośpiewamy kolędy, nawet jeżeli wkradnie się w nie nutka fałszu. 
Od lat moją specjalnością są kluski z makiem i wszyscy wiedzą, że ta jedna potrawa na pewno wyjdzie mi najlepiej, jak tylko jestem w stanie ją przygotować. I pierniczki. Nie żadne gotowe mieszanki (no może z wyjątkiem przyprawy do piernika, jednak dopiero niedawno odkryłam dość klarowny przepis na przygotowanie jej domowym sposobem), ale przygotowanie ich z pojedynczych składników. Trochę jest z tym roboty, lecz przy okazji jaka satysfakcja, że się udało. Za rok spróbuję z samodzielnym ulepieniem uszek. Tylko wcześniej muszę zrobić jakąś "próbę generalną", żeby potem nie "rzucić słów na wiatr".
Po radosnym wieczorze młodzież poszła spać, a starszyzna plemienna wybrała się na pasterkę. Praktycznie cała moja rodzina poszła do naszej parafii na 22:00. Nie wiem, może i jestem dziwna i nienowoczesna, ale pasterka o tej godzinie nie jest dla mnie pasterką. Może za kilkadziesiąt lat będzie, ale nie dziś, nie teraz. Teraz pasterka dla mnie to ta tradycyjna o północy, jak było z dziada pradziada. A że w naszej parafii była tylko jedna pasterka, właśnie o 22:00, to wiedziałam, że muszę sobie poszukać innego kościoła. 
W sumie to daleko nie szukałam, bo poszłam do tego, gdzie w ostatnim roku doświadczyłam tak dużo dobra. To nic, że aby zdążyć na poprzedzający pasterkę koncert kolęd i pastorałek zaplanowany na 23:00 musiałam wyjść z domu o 22:15. To nic, że szłam w deszczu, oświetlając sobie drogę lampionem. Opłacało się. Koncert wyszedł wyborny, a wykonanie niektórych kolęd wywoływało dreszcze na całym ciele. Z radością patrzyłam na dźwig przy szopce, którym zachwycali się parafianie. Udał się ten pomysł w 150%, trzeba to szczerze przyznać.
Szopka w nocnej odsłonie
I w blasku poranka
Do tego nietypowego pomysłu w swoim kazaniu nawiązał Paul przyznając, że prawdopodobnie nie ma w Polsce drugiej parafii, w której byłby dźwig jako element szopki. Jednocześnie życzył nam wszystkim, aby potrafić na co dzień budować taką stajenkę we własnym wnętrzu. W swojej mowie nawiązał też do Pokoju, który zawiera się w trzech hebrajskich spółgłoskach - SLM. Jeżeli wstawimy w nie odpowiednie samogłoski, wyjdzie nam znane "Szalom". Bóg nie przyszedł na świat, po to aby na nim wojować, lecz po to, aby zasiać pokój wśród ludzi. A my, co robimy z tym pokojem? Czy zawsze go szanujemy? Ważne pytanie, na które trzeba odpowiedzieć sobie samemu w głębi serca i w zgodzie z własnym sumieniem.
Może to głupie, ale przez żarty księdza Niosącego Światło podczas stawiania dźwigu (że podczas pasterki w najgorszej sytuacji będzie mówiący kazanie Paul, bo jakby co to wszystko na niego poleci, a winowajca tak właściwie będzie jeden) co chwilę spoglądałam, czy on na pewno stoi. Wytrwał do końca. Tak samo, jak i ja. Po kolędzie "Bóg się rodzi" ewakuowałam się do domu. Było już po 1 w nocy, a mnie z powodu przerwy w kursowaniu komunikacji miejskiej czekał przynajmniej półgodzinny marsz do domu. 
Pierwszy dzień świąt upłynął na porannej Mszy świętej, wspólnych grach planszowych oraz obiedzie, po którym trzeba było odwieść dzieciaki do Domu Dziecka. Na szczęście moja siostra z mężem użyczyli swój samochód. Dzięki temu nie musieliśmy się tłuc do Kato autobusem. Po powrocie po prostu padłam na łóżko. Trochę się działo w ciągu tych ostatnich dni, więc mój organizm powiedział zdecydowane "stop". Kaśka z mężem poszli do jej znajomych, więc miałam ku temu doskonałe warunki. W zasadzie mieliśmy jechać do naszych franciszkanów na Górkę Gołonowską zobaczyć ich szopkę, jednak pogoda w dalszym ciągu nie sprzyjała dalszym wyprawom.
A to już szopka w mojej parafii
Drugi dzień świąt uświadomił wszystkim, że to już właściwie koniec świętowania w rodzinnym gronie. Rano Msza u nas w parafii. Szczerze powiedziawszy to do końca liczyłam na to, że chociaż raz w roku dostanę coś do przeczytania na Mszy świętej, tak samo jak raz w roku zwierzęta podobno mówią ludzkim głosem. Tutaj się przeliczyłam. Trzeba będzie porozmawiać z księdzem z Duszpasterstwa Akademickiego czy jest opcja, abym przynajmniej tam od czasu do czasu coś przeczytała na Mszy. Za to stałam przy drzwiach z puszką i zbierałam ofiary nie za bardzo nawet wiedząc na co. W niedzielę to był diecezjalny fundusz stypendialny, we wtorek - Uniwersytet Papieski. A wszyscy się dziwią, że proboszcz mnie denerwuje, skoro sam nie potrafi określić nawet takiej rzeczy. Po powrocie do domu dojedliśmy jeszcze potrawy z Wigilii i młodzi musieli już się zbierać do siebie za Kraków. Ja też wróciłam do swojego mieszkania, bo jeszcze musiałam na drugi dzień trochę rzeczy ogarnąć, wszak świetlica środowiskowa działa mimo przerwy świątecznej. Wieczorem jeszcze podbiegłam do parafii księdza Niosącego Światło, aby tamtejszym księżom złożyć serdeczne życzenia z okazji świąt (żeby nie było - księżom z mojej parafii przekazałam je już 25 grudnia). Co prawda był tylko ksiądz proboszcz, ale obiecał przekazać je pozostałym. A ja drugi raz w tym dniu wysłuchałam Listu rektora Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie na Drugi Dzień Świąt. I tak jakoś poczułam radość z faktu, że jestem jedną z absolwentek tejże uczelni.
W zasadzie to te święta były bardzo przyjemne. Prezenty dostali Kropka z Adasiem, nam wystarczył wspólnie spędzony czas na grach planszowych i rozmowach. Czasem jest on dużo bardziej cenniejszy od najdroższych prezentów pod choinką.

wtorek, 26 grudnia 2023

1809. Samotność, ale nie osamotnienie

Jestem osobą samotną. Chociażby dlatego, że mieszkam samodzielnie. Ale do osamotnienia to mi chyba daleko. Nie mogę powiedzieć, że nie mam wokół siebie ludzi, że nie otaczam się nimi. Wręcz przeciwnie. Staram się przebywać w ich towarzystwie tak często, jak to tylko możliwe. Chyba mogę nazwać siebie szczęściarą, ponieważ spora ilość z nich akceptuje mnie taką jaka jestem. Wielokrotnie to powtarzałam i powtórzę jeszcze raz: nie oczekuję od wszystkich, aby mnie lubili, bo i ja nie lubię całego świata. Ale akceptacji mojej osoby takiej, jaka jestem, już tak. 
Czym się różni lubienie od akceptacji? Jeżeli kogoś lubimy, to myślę że po prostu spędzanie z nim czasu jest dla nas przyjemnością. Możemy z nim rozmawiać, spacerować, a nawet zwyczajnie milczeć, a i tak będziemy czuli się w swojej obecności dobrze. A akceptacja? To coś mniej - nie musimy czuć się komfortowo w swojej obecności, nie musimy mieć wspólnych tematów, a jednak przyjmujemy drugą osobę taka jaka jest, z wszystkimi jej zaletami, ale też wadami. Myślę, że to można wyczuć, czy ktoś kogoś lubi, czy też nie, czy akceptuje, czy może ma z tym problem. Przynajmniej ja to czuję.
Samotność, wbrew pozorom, też jest ważna. Będąc samemu można się wyciszyć, zebrać myśli, przemyśleć wiele spraw. W towarzystwie nie zawsze jest to możliwe. Ale samotność nie może przemienić się w osamotnienie, swojego rodzaju wykluczenie i odosobnienie w społeczeństwach, w których przyszło nam żyć. Człowiek jest istotą stadną i do prawidłowego rozwoju potrzebuje obcowania z drugim człowiekiem. Nie bez powodu małe, porzucone dzieci w większości przypadków zapadają na tzw. chorobę sierocą, a nawet umierają z powodu braku dotyku i odrzucenia. Nawet introwertycy potrzebują od czasu do czasu spotkania z kimś innym, kimś podobnym sobie.
Świąteczny czas sprzyja tego typu spotkaniom. Z rodziną, z bliskimi, ze znajomymi. Nawet zwykły uśmiech posłany przypadkowej osobie na ulicy ma tu niecodzienny wymiar. I w moim przypadku nie zabrakło takich wzajemnych wizyt. Tata wrócił z zagranicy, przyjechała siostra z małżonkiem, Kropka z siostrzeńcem spędzili Pierwszy Dzień Świąt u mnie. Było rodzinnie na tyle, na ile mogło być. Dzisiaj spotkałam się ze znajomymi jeszcze z czasów szkoły podstawowej i gimnazjalnych. W ciągu roku nie zawsze jest na to czas, jeżeli nawet nie wiem jakby się chciało tak po prostu odwiedzić. Dlatego dobrze, że są święta, bo wtedy jest więcej czasu na to, na co z reguły go nie starcza. Na spotkania z innymi, na wspomnienia i rozmowy. Na gry planszowe. I na to, aby samotność nie zamieniła się niespodziewanie w osamotnienie.

Osamotniona samotność
Nikt nie chce być chyba samotny,
tak bardzo pragniemy bliskości
i ciepła drugiej osoby.
Akceptacji takimi, jacy jesteśmy.
Dobrego słowa z ust wypływającego,
niczym woda ze źródła prawdy.
Dotyku, chociażby muśnięcia palcami
niepozornego, a jednak mającego tą moc
co sprawia, że samotność znika.
Nikt nie chce osamotnionej samotności,
tak wszechobecnej w dzisiejszych czasach.
Tysiące znajomych na facebooku.
Żadnego w codziennym życiu.

Trzymajcie się ciepło i róbcie wszystko, aby nie być osamotnionym w świecie. To może być dobre na chwile, ale nie na dłuższy czas.

poniedziałek, 25 grudnia 2023

1808. Talent mimo przeciwności losu - "Sonata" w reżyserii Bartosza Blaschke

Przedświąteczny czas przygotowań do najpiękniejszych świąt w ciągu roku sprzyjał obejrzeniu w telewizji jakiegoś ciekawego filmu. Kiedy przez przypadek odkryłam, że emitowana jest "Sonata", którą już od dawna chciałam zobaczyć, wybór tego, co będzie leciało sobotniego wieczoru był dla mnie oczywisty i bezsporny. I chociaż większość czasu spędziłam na ostatnich przygotowaniach do Wigilii, to jednak udało mi się od czasu do czasu rzucić oko na to, co dzieje się na ekranie telewizora.
Wspomniany film oparty jest na autentycznej historii pochodzącego z Murzasichle niedosłyszącego Grzegorza Psonki. Urodził się z głębokim niedosłuchem, czego niestety nikt nie zdiagnozował w pierwszych kilkunastu latach jego życia. Ponieważ z tego powodu był z nim bardzo utrudniony kontakt, lekarze orzekli, że chłopiec zmaga się z autyzmem. Po kilku latach "nauki" w szkole specjalnej, rodzice zatrudniają prywatnego nauczyciela mającego przekazać mu przynajmniej elementarną wiedzę. Ze swojej szkoły Grzesiu niewiele wynosił, tymczasem rodzice zauważyli, że chłopiec wykazuje zainteresowanie przedmiotami szkolnymi, jakie ma jego młodszy brat, Michał. Zatrudniona przez nich prywatna nauczycielka, mająca doświadczenie w pracy z autystykami, odkrywa, że problemy chłopca w komunikacji z otoczeniem wynikają z zupełnie innej przyczyny. Sugeruje rodzicom ponowne zbadanie słuchu Grzesia, tym razem za pomocą innej techniki. W ten sposób zostaje postawiona nowa diagnoza chłopca - głęboki niedosłuch. Chłopiec otrzymuje aparaty słuchowe, a wraz z nim możliwość poznania niedostępnego dotąd dla niego świata dźwięków. Wkrótce, ku zaskoczeniu chłopiec wykazuje niesłychany talent muzyczny, a jego największym marzeniem jest zagranie słynnej "Sonaty księżycowej".
Jednak spełnienie marzenia Grzegorza nie należy do łatwych. Chłopiec z trudem radzi sobie z opanowaniem materiału szkolnego w szkole dla niewidomych i niedowidzących, pomimo aparatowania w dalszym ciągu ma problem z odbieraniu dźwięków, jego mowa jest niewyraźna. Wszystko to sprawia, że drzwi wymarzonej szkoły muzycznej zostają przed nim zamknięta. Ale Grzegorz się nie poddaje - próbuje poprawić swój słuch za pomocą implantu słuchowego, ćwiczy pod okiem znajomego rodziny. Poznaje też Justynę, dziewczynę, która w znaczący sposób wpływa na Grześka, a nawet sprawia, że ten się w niej zakochuje.
Film jest świetnym odzwierciedleniem codzienności rodzin, w których pojawia się dziecko obarczone niepełnosprawnością. Walki rodziców z bezdusznym systemem (jak chociaż w scenach, w których chcą umieścić syna w szkole dla dzieci niewidomych i niedowidzących, albo kiedy Grzesiek próbuje się dostać do szkoły muzycznej), ale też z samymi sobą, ze swoimi słabościami i niespełnionymi ambicjami względem dzieci. Bardzo ciekawie pokazane jest też rozdarcie i dylemat, czy daną chwilę poświęcić niepełnosprawnemu dziecku, czy też jego zdrowemu rodzeństwu, które przecież też potrzebuje miłości i uwagi. Sama przeżywałam to w rodzinnym domu i czasami mam wrażenie, że moja młodsza siostra ma żal do mnie, że to mi rodzice poświęcali więcej czasu i uwagi, niż jej. Ale nie można też powiedzieć, że ją zaniedbywali. Myślę, że podobne uczucia odczuwał brat Grzesia, Michał. 
To dobry film, który z pewnością zasługuje na uwagę. Choćby na uniwersalność przekazu. Trochę przypominał mi on "Ikara. Legendę Mietka Kosza", a trochę "Chce się żyć" (obydwa w reżyserii Macieja Pieprzycy). Warto tutaj wspomnieć, że film jest kinowym debiutem Bartosza Blaschke. I to udanym. W interesujący sposób pokazał, że nie każda lekarska diagnoza jest trafna oraz jak daleko można zajść pomimo wszechobecnych przeciwności losu.

niedziela, 24 grudnia 2023

1807. "Dziś w nocy narodzi się cud..."

Tegoroczną piosenką świąteczną Uniwersytetu Śląskiego, w którym aktualnie pobieram naukę, witam Was moi kochani czytelnicy u bram tych najbardziej ciepłych i rodzinnych świąt, jakie są w naszym kalendarzu gregoriańskim. Świąt pełnych ciepła, przepysznych potraw i niezwykłego zapachu piernika oraz goździków. Świąt, które sprawiają, że nikną wszystkie waśnie i spory.

Moi Drodzy, w tym szczególnym czasie chcę życzyć Wam wszystkim razem i każdemu z osobna, tego, czego najbardziej brakuje w aktualnym czasie - pokoju. I tego na świecie, i tego w naszych własnych sercach. Wiary w lepsze jutro, nawet kiedy "dzisiaj" wydaje nam się najgorsze z możliwych. Nadziei, że zmienią się najczarniejsze scenariusze naszego życia. Siły, do pokonywania trudności, jakie nam stawia każdy dzień. Ufności, abyśmy nie bali się czerpać radości z obcowania z drugim człowiekiem oraz przyjmowania niespodzianek niesionych nam przez życie. Zdrowia, aby go nie zabrakło. Abyśmy swoim życiem i postępowaniem, płynącym dobrem z naszych serc zdołali "zbudować" w naszym wnętrzu najpiękniejszą stajeneczkę dla nowonarodzonej Dzieciny. Taką, w jakiej nie powstydzilibyśmy się jej przyjąć - pełną ciepła, otwartości, zrozumienia. I oby ta "budowa" trwała przez całe nasze życie, a nie tylko kilka dni. Niech Boża Dziecina błogosławi nam wszystkim. Radosnych Świąt!

Mimo wszystko nie zapominajmy o Tym, który w tych dniach powinien być najważniejszy - potężnym Bogu, który tak się ukorzył przed światem, że przybrał postać małego, bezbronnego, potrzebującego ciepła i przytulenia niemowlęcia. "A Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami" - śpiewamy w kolędzie "Bóg się rodzi". Ale czy naprawdę robimy wszystko, aby tak się stało? Do jakich nas przyszło by dzisiaj Dzieciątko - radosnych i spokojnych, czy z nienawiścią zakorzenioną głęboko w sercu?
Dziękuję Gosi i Uleńce za piękne kartki z jeszcze piękniejszymi życzeniami skrywającymi się w ich wnętrzu. Ula przysłała mi też drobne haftowane zawieszki, które przyozdobiły moją skromną choinkę.
Tak samo gorąco dziękuję za kartki świąteczne Jadzi, Beatce (to ta na samym przodzie), Basi W. (to ta z choinką z tyłu) oraz Ani I. Od razu mówię, że fotografia nie jest w stanie oddać ich piękna. Każda z nich sprawiła mi radość i wywołała autentyczne wzruszenie. A piękne życzenia sprawiły, że świat na chwilę zwolnił i nabrał jeszcze piękniejszych barw.
W tym roku pierwszy raz pojawiła się u mnie figurka małego Dzieciątka leżąca na fragmencie Ewangelii św. Łukasza opisującym okoliczności przyjścia na świat Syna Bożego. Jest to nawiązanie do zacytowanych już wcześniej słów: "A Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami". Sam pomysł zaczerpnęłam z szopki, o której ostatnio czytałam, gdzie Dzieciątko Jezus leży na położonym w żłóbku Ewangeliarzu*, a także ze stwierdzeniem księdza Niosącego Światło, że on co roku kładzie sobie figurkę małego Jezusa na otwartym na łukaszowej Dobrej Nowinie. Nie ukrywam, że spodobał mi się ten pomysł na tyle, że postanowiłam przemycić go do mojego mieszkania. I nawet znalazło się niewielkie Pismo Święte (wersja ekumeniczna), które posłużyło jako "żłóbek".
"Teraz śpij dziecino mała, teraz śpij dziecino miła, ziemia bogactw Ci nie dała, bo bez Ciebie biedną była"
* nawet nie wiecie ileśmy się nakombinowali z ustaleniem kąta nachylenia księgi, aby figurka mogła spokojnie leżeć. Tutaj moje umiejętności matematyczne przegrywały z grawitacją

sobota, 23 grudnia 2023

1806. Chyba nikt tego nie przebije - zbudowaliśmy stajeneczkę, jakiej jeszcze tu nie było

Hasłem tegorocznych rorat zaproponowanych przez "Małego Gościa Niedzielnego" był "Franciszkowy plac budowy" nawiązujący do przypadającego w tym roku 800-lecia powstania pierwszej szopki. Nie każdy wie, ale to właśnie Franciszek z Asyżu wpadł na pomysł, aby w tak w zasadzie banalny sposób przybliżyć ludziom historię Bożego Narodzenia. Pierwsza szopka stanęła we włoskim Greccio. Kolejną ciekawostką, jaką usłyszałam podczas tegorocznych spotkań roratnich, było to, że zabrakło w niej żłóbka z figurką Dzieciątka. Zamiast tego znalazł się ołtarz, miejsce gdzie Jezus Chrystus codziennie przychodzi na świat w postaci Chleba i Wina i rodzi się w sercach wiernych. Pomysł się przyjął, z czasem coraz więcej kościołów podchwytywało go. Dzięki temu szopki zawitały na różne kontynenty i tam też pozostały aż po dzień dzisiejszy. Jak co roku "MGN" wraz z Magdą Anioł przygotował piosenkę, która nawiązywała do tematyki rorat. Tym razem nosiła tytuł "Cuda dzieją się":
Nie będę ukrywać, że szczególnie przemówiły do mnie słowa "Zbudujemy stajeneczkę, jakiej jeszcze tu nie było". Teoretycznie wiem, co autor miał na myśli, że chodzi tutaj o budowę stajenki w swoim własnym sercu. Ja jednak myślałam o jakiejś ciekawej i niebanalnej stajence od strony wizualnej. Dlatego po którymś nabożeństwie roratnim podeszłam na zakrystię i wprost zapytałam księdza Niosącego Światła, czy zbuduje taką stajenkę, jakiej jeszcze nie było w tej parafii. I że można dodać do niej niecodziennego i nieoczywistego. Coś z budowy. Spojrzał na mnie rozbawiony. "Jest dobrze" - przemknęło mi przez głowę. Dodałam, że wszędzie pewnie będą tradycyjne szopki, a ich będzie się czymś wyróżniać. No, z żywą szopką u Franciszkanów na Górce nie wygrają, ale przynajmniej ta będzie ciekawa od innej strony.
- Widzę, że nie lubisz kiczu i monotonii - przyznał hamując śmiech. Przytaknęłam, tym bardziej, że hasło tegorocznych rorat daje takie możliwości, że aż żal ich nie wykorzystać.
 - Pocieszę cię Lolku, ja też nie lubię kiczu w kościele. Coś wymyślimy. I może nawet na dźwig znajdzie się miejsce - ostatnie zdanie wypowiedział puszczając do mnie oko. Do końca mu nie wierzyłam, bo jednak dźwig na ołtarzu wydawał mi się zbyt abstrakcyjny i niebywały.
Jednak w ten wtorek przed Mszą ksiądz podszedł do mnie z kartką papieru. 
 - Coś ci pokażę - szepnął tajemniczo, rozwijając ją przede mną. Moim oczom ukazał się szkic szopki. Z dźwigiem. - Będzie dźwig, tak jak mówiłem.
Budowa rozpoczęła się w środę po roratach i trwała kilka dni. Wbrew pozorom to nie takie proste zbudować stajenkę wznoszącą się ponad ołtarz, a już postawienie dźwigu skonstruowanego z rurek wymagało nie lada zręczności, a przede wszystkim współpracy kilkunastu osób. Ku mojemu zaskoczeniu nawet ja się tutaj przydałam, oceniając, czy owy dźwig stoi prosto, czy też nie. Ciekawie by było, gdyby tak na pasterce wszystko runęło na odprawiających ją księży. Już widziałam jak ksiądz Paul odrywa podczas głoszenia kazania taką rurką. No chyba, że sprawialiby Eucharystię w kaskach - nie, tutaj moja wyobraźnia zaczęła już szaleć. Mimo wszystko uznałam, że jeżeli wszystko przetrwa do ranka następnego dnia, to przetrwa i na późniejszy czas. 
W czwartek kończyli budowę samej stajenki, tzn. pokrywali jej dach słomą i robili ostatnie dokrętki. Akurat na tej części mnie nie było, bo w tym samym czasie byłam na spotkaniu piekarnika z Duszpasterstwa Akademickiego. Przyszłam za to w piątek, kiedy dzieci miały ubrać choinkę w przynoszone przez siebie przez cały adwent ozdoby. Ale też trzeba było ustawić figurki w szopce. Czyli to było coś, co kocham robić, nawet bardziej od ubierania choinek. A że chętnych do tej czynności nie było, postanowiłam zostać i trochę pomóc tym dwóm paniom, które się za to zabrały. 
Ale najpierw trzeba było przynieść figurki z kantorka. Jeszcze pamiętam sytuację z mojej parafii z zeszłego roku, gdzie Jezus stał się Janem Chrzcicielem (opisywałam ją >>tu<<) robiłam to z największą ostrożnością. I nie brałam do rąk czegoś, co mogłabym z całą pewnością upuścić i potłuc. Dopiero wtedy, gdy wszystko zostało przyniesione, można było puścić wodzę fantazji i układać wszystko wedle tego, co podpowiadała wyobraźnia. 
 - Lolek, nie denerwuj się. Widzę, że się denerwujesz - słyszałam co chwilę uspokajający głos księdza Niosącego Światła. Tylko że ja się nie denerwowałam, bo i nie miałam czym. A wręcz przeciwnie - mogłam podpowiadać, gdzie co postawić, poszukać w Ewangeliarzu fragmentu opowiadającego o narodzeniu Pańskim (to na nim będzie leżało Dzieciątko w myśl słów: "A słowo stało się ciało"), zdecydować, która figurka Dzieciątka będzie najodpowiedniejsza, podawać bale z sianem. Jednym słowem mieć pewną decyzyjność, chociaż to nawet nie jest moja parafia.
Już po skończonej budowie odeszłam kilka kroków od ołtarza, aby z dalsza obejrzeć to co powstało. Chwilę potem stanął obok mnie ksiądz Niosący Światło wraz z Paulem. Nieśmiało szepnęłam, że chyba się udało.
Słabe, bo słabe, ale jest. I nawet dźwig widać :)
 - Udało się Lolku, udało - potwierdził ksiądz Niosący Światło obejmując mnie swoim ramieniem - mam nadzieję, że spełniłem Twoje budowlane normy.
 - Yhm. Takiej stajenki chyba nikt nie ma - przyznałam patrząc w górę na konstrukcję dźwigu. W ślad za mną poszli obydwaj kapłani. Nie wiem, co oni sobie myśleli, ale mnie po głowie przeleciała jedna myśl: "Taka mała, taka lichutka, stajeneczka, nic wielkiego, ale jednak ugościła Boga samego! Taki mały, taki słabiutki, nowo narodzone Dziecię, a jednak Wszechmogący, Raduj się świecie. Cuda dzieją się...". O tak, cuda dzieją się, te duże i te małe, czego doświadczyłam nie raz i nie dwa podczas tegorocznego adwentu.

piątek, 22 grudnia 2023

1805. Forma wytrwałości

Kto rano wstaje... czyli dzisiejsza ekipa z ostatnich w tym roku rorat akademickich
Adwent wraz z towarzyszącymi mu nabożeństwami roratnimi jest jednym z moich ulubionych okresów w roku, które wytyczają jego stały rytm. Co prawda sam okres adwentu waha się w dniach, jednak ma on za każdym razem w sobie coś niezwykłego i tajemniczego. Najpiękniejsze w nim jest chyba to, że z każdym kolejnym dniem przybliża nas do tego, co jest jego najpiękniejszą kwintesencją i zwieńczeniem, czyli do świąt Bożego Narodzenia. A czyż może być piękniejsze oczekiwanie na to, co najważniejsze, niż w ciemności rozjaśnianej blaskiem lampionów i świec lub lamp zapalanych na hymn "Chwała na wysokości"? I tak jak dla dzieci formą odliczania kolejnych adwentowych dni jest niejednokrotnie kalendarz adwentowy zawierający łakocie na każdy dzień, tak dla mnie takim kalendarzem adwentowym są nabożeństwa roratnie.
W tym roku, podobnie jak w zeszłym, trwałam na oczekiwaniu podczas porannych rorat w kaplicy na Wydziale Teologicznym mojego uniwersytetu. Ponieważ odbywały się one wedle tradycji z samego rana (od wtorku do piątku o 6:40) wymagało to ode mnie pewnego zdyscyplinowania. Nie będę ukrywała, że nie zawsze chciało mi się wstawać z łóżka o 4:30, w końcu jestem tylko słabym człowiekiem, ale jakoś znalazłam motywację do wykonania tej czynności. Dodatkowo miały w sobie ten urok, że cała Msza święta odbywała się w całkowitej ciemności, rozjaśnionej jedynie blaskiem zapalonych świec trzymanych przez każdego z jej uczestników. Na 12 spotkań opuściłam tylko jedno i to nie z tego powodu, że zaspałam, ale dlatego, że z pedagogiki mieliśmy o 8:00 zajęcia terenowe w oddalonym o niecałą godzinę drogi Radzionkowie. Nie było szans, aby być na roratach i zdążyć na nie. Tutaj trzeba było zdecydować, co jest w tej chwili ważniejsze. I chociaż wiara jest dla mnie ważna, to jednak wolałam nie ryzykować i nie opuszczać tych terenowych zajęć. Bóg zrozumie (zwłaszcza, że byłam wieczorem na roratach), wykładowca - nie zawsze. Na wielu z tych nabożeństw byłam przeziębiona, zwłaszcza w końcu pierwszego tygodnia i przez cały drugi tydzień, niekiedy przez cały dalszy dzień byłam niesamowicie zmęczona i niekiedy zasypiałam wręcz na stojąco, ale dałam radę.
Pewną motywacją do tak wczesnego rozpoczęcia każdego z tych dni był temat przewodni rorat, czyli sylwetki błogosławionych i świętych, których relikwie znajdowały się w posiadaniu księdza Krzysztofa. Przez kolejne dni towarzyszyły nam takie postacie, jak: Mała Arabka, św. Jan z Kęt, św. Paweł VI, bł. Pier Giorgio Frassati, św. Matkę Teresę z Kalkuty, bł. Alberto Marvelli, w. Jan od Krzyża, bł. Carlo Acutis, św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Teresa od Dzieciątka Jezus oraz św. Jan Paweł II. Każda z tych postaci była w jakiś sposób połączona z Ewangelią z danego dnia. Zazwyczaj było to jedno konkretne słowo, wobec którego ksiądz Krzysiu opierał ich biografie, ale też zdarzały się zdania. Po każdych roratach było też "śniadanie", czyli jakieś kanapki albo pączki, herbata oraz okazja do rozmów kończących się zawsze za szybko.
Chociaż dzisiaj odbyło się ostatnie faktyczne nabożeństwo roratnie, to w dniu wczorajszym mieliśmy ich oficjalne zakończenie. Pierwotnie bowiem nasze roraty miały trwać o dzień krócej, udało nam się jednak namówić księdza Krzysztofa na ten jeszcze jeden dzień. Niestety, jeden z biskupów katowickich był już umówiony na wczoraj i nie dało się tego zmienić. Stanęło na tym, że oficjalnie roraty zakończą się wczoraj, a najwytrwalsi przyjdą jeszcze dzisiaj. Na tym oficjalnie ostatnim nabożeństwie byli też klerycy z seminarium, co też jest niejako tradycją tych spotkań.
Ku mojemu zaskoczeniu, na koniec nabożeństwa, byłam jedną z tych osób, które ksiądz Krzysztof postanowił wyróżnić. Tak jak pisałam, do 100% obecności zabrakło mi jednego dnia, ale sam przyznał, że prawdopodobnie miałam najdłuższą drogę do pokonania z nas wszystkich. A po Mszy po cichu mi przyznał, że jemu by się tak nie chciało. Zrobiło mi się niezwykle miło, że mnie docenił, mój trud dojazdu, niedospanie. Po Mszy podszedł też do mnie owy ksiądz biskup (skąd wiedział, że ja to ja?) i też wypytywał skąd i jak dojeżdżałam, a na końcu gratulował mi hartu ducha. To też było dla mnie niecodzienne i trochę na wyrost, bo raczej nic wielkiego nie uczyniłam. Tylko żałuję, że wcześniej nie zgadałam się z księdzem, bo ciut za późno wpadłam na pomysł "kontrolek" z każdego dnia z wizerunkami i jakimiś cytatami z życiorysu świętych i błogosławionych. Za rok się poprawię. I może uda mi się być wtedy na wszystkich porannych roratach?
Zdjęcie z biskupem musiało być (to ten kapłan po prawej stronie)
Jednak w większości przypadków nie były to jedyne roraty w ciągu dnia. Na drugie zachodziłam do jednego z kościołów w mojej miejscowości. Początkowo miała to być moja macierzysta parafia, ale już po pierwszym dniu miałam dosyć. Powiedziałam sobie, że to były pierwsze i ostatnie roraty, na których byłam w parafii, przynajmniej w tym roku. Na drugi dzień poszłam do parafii z księdzem Niosącym Światło, wysłuchałam kazania dotyczącego początków działalności św. Franciszka i już wiedziałam, gdzie będę chodziła popołudniami. Zresztą, nawet w okresie zwykłym w tygodniu wolę iść tam na wieczorną Mszę świętą, niż do siebie. Co prawda to aż 2 kilometry od mojego domu, ale zawsze kiedy tylko mogłam, po prostu wsiadałam do innego autobusu niż gdybym od razu jechała do siebie i wysiadam na osiedlu, na którym jest ten kościół. Z powrotem wracam natomiast na nogach. 
Może tutaj byłam mniej razy niż na akademickich (nie byłam w żaden poniedziałek, ani w czwartki*), ale i tak byłam częściej, niżby to się wydarzyło w mojej rodzinnej parafii, gdzie rorat było zaledwie 9. Jakbym chodziła na nie tak jak tam, to byłabym na... czterech? Trochę śmieszne, ale to była też jedna z motywacji, aby tam nie chodzić. Chodziłam tam z pewną obawą, że w końcu księża się zdenerwują i zaczną dopowiadać sobie swoją ideologię do tego, co się dzieje, ale dzisiaj, kiedy roraty dobiegły końca, ksiądz Niosący Światło przyznał, że nawet się cieszył za każdym razem, kiedy mnie widział. Nie wiem czy tylko tak mówił, czy to było na serio, w każdym razie wcale nie był na mnie zły. I wręcz zapraszał, abym dalej do nich chodziła, jeżeli tylko mam taką ochotę. 
Takie podwójne roraty są wymagające pod różnymi względami, także organizacji czasu. Niekiedy byłam zmęczona dniem, ale z reguły mobilizowałam się i szłam na wieczorne nabożeństwo. Nie powiem, że nie uspokajało mnie to, kiedy widziałam księdza Niosącego Światło przy ołtarzu, bo wiedziałam, że wtedy po prostu jest "dobrze". Cieszy mnie też to, że mimo wszystko niczego nie zawaliłam na uczelni, chociaż czasami znajdowałam czas na naukę dopiero w autobusie. Najgorsza ocena z kolokwiów i zaliczeń z tego okresu to 4, więc chyba nie jest najgorzej. Myślę też, że nabożeństwa były dla mnie takim sprawdzianem mojej formy wytrwałości i to nie tylko na gruncie wiary, ale też regularności. Tego, co jestem w stanie zrobić, a z czego zrezygnować. Jak zorganizować czas, aby jak najmniej stracić, a jak najwięcej zyskać. To trudna umiejętność, ale przy wcześniejszym wyznaczeniu priorytetów - możliwa.
* chociaż wydaje mi się, że byłam w pierwszy czwartek adwentu

czwartek, 21 grudnia 2023

1804. O Ziemi Świętej w przede dniu świąt Bożego Narodzenia

Dzisiaj odbyło się nie tylko oficjalne zakończenie naszych akademickich rorat, ale też ostatnie spotkanie naszej piekarnikowej wspólnoty. Można więc powiedzieć, że dzień rozpoczęłam (dzięki roratom) i zakończyłam (dzięki spotkaniu grupy) w duchu Duszpasterstwa Akademickiego. Było to moje pierwsze spotkanie po dwóch tygodniach nieobecności i nie do końca byłam pewna, czy mogę na nie pójść, czy może to wystarczyło, abym została usunięta ze wspólnoty, ale kiedy zapytałam o to księdza Krzysztofa po porannych roratach, to tylko popatrzył na mnie jak na wariatkę, a Madziałek już werbalnie dodała: "to oznacza, że możesz śmiało przychodzić".
Po pobudce o 4:45 trochę się obawiałam, czy dotrwam do tej 19:00. Zwłaszcza, że około 13:00, czyli na zajęciach z prawa, miałam kryzys i robiłam wszystko, aby nie zasnąć. Jednocześnie moją głowę zaprzątało wspomnienie tego, co się stało dzień wcześniej podczas stawiania dźwigu przy szopce. I automatyczna myśl, czy nie skończyło się to dla niektórych zbyt źle. Bo że dzisiaj ktoś obudził się z guzem na środku głowy, to jestem tego więcej niż pewna. Nawet zastanawiałam się, czy nie zrezygnować z piekarnika i nie sprawdzić, co się dzieje, ale obawiam się, że wtedy podpadłabym księdzu Krzysiowi i Madziałkowi. Tak źle i tak niedobrze. Drugim czynnikiem, który skutecznie mnie rozbudził, były dzieci ze świetlicy. Naprawdę, działają lepiej niż najmocniejsza kawa.
Jak można się domyślić, tego dnia nie wróciłam do siebie na wieczorne spotkanie ze świętym Franciszkiem w ramach rorat dla dzieci. Ale żeby tradycji stało się zadość - poszłam na wieczorne roraty odbywające się w archikatedrze Chrystusa Króla naprzeciwko Wydziału Teologicznego. W zasadzie nie musiałam tego robić, ale nie miałam za bardzo gdzie się podziać, ksiądz Krzysztof zapraszał wszystkich, a szczególnie tych, którzy nie byli rano, na tą Mszę, a poza tym, skoro każdy piekarnik rozpoczynamy Mszą świętą, to dlaczego teraz miałoby być inaczej? Była obawa, że zasnę, np. na kazaniu, ale zebrało się tyle ludzi z duszpasterstwa, że prawdopodobnie zawsze ktoś by mnie obudził.
Po Mszy całą gromadą udaliśmy się do ośrodka DA. Oczywiście z czasem dołączały do nas osoby, których nie było na Mszy. Robiła nas się całkiem imponująca gromada. Ale też tematyka dzisiejszego spotkania była niezwykle aktualna. We wrześniu całkiem spora liczba ludzi skupionych w duszpasterstwie wyjechała wraz z księdzem na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Ich przewodniczką na miejscu była Małgorzata Kurzajewska. Tak, tak, dobrze Wam się wydaje - jest to siostra znanego prezentera - Macieja Kurzajewskiego. Pani Małgorzata aktualnie jest w Polsce i zgodziła się na odwiedzenie nas i opowiedzenie jak wygląda sytuacja w Ziemi Świętej z perspektywy kogoś, kto mieszka tam na stałe. 
Kiedy wszyscy z kubkiem herbaty w ręce zasiedli wokoło duszpasterskiego stołu, pani Małgorzata zaczęła snuć swoją opowieść o tym, co się dzieje w Palestynie i Strefie Gazy od 7 października. Była to o tyle autentyczna wypowiedź, że nie była zmanipulowana przez żadnego dziennikarza, co niestety się dosyć często zdarza w naszej telewizji. Zresztą sama opowiedziała o tym, jak to jeden z dziennikarzy TVN-u* wręcz mówił jej co ma mówić, aby reportaż był jak najbardziej dramatyczna. Problem jednak polegał na tym, że to co miałaby mówić, było rozbieżne z tym, co się dzieje naprawdę.
A co się dzieje naprawdę? Owszem, latają kule i rakiety, wybuchają bomby, a nawet uprowadzani są ludzie, jednak życie powoli wraca do normy. Już nawet rozprowadzono bilety na pasterkę w betlejemskiej bazylice. To nic, że bardziej jest to spektakl polityczny niż duchowe przeżycie. Kamery lubią polityków, tak samo jak mieszkańcy Betlejem. Pani Małgorzata bardzo często odnosiła się do zwiedzonych przez nich miejsc oraz poznanych przy tym osób. Z pokojarzeniem tego pierwszego nie miałam problemów, wszak byłam tam zaledwie w zeszłym roku. Z tym drugim był już problem, ale nie przeszkodziło mi to w wysłuchaniu całości. Ciekawostką dla mnie jest to, że małżonek pani Małgosi jest Arabem. A mimo to sam ubłagał żonę aby wróciła, chociaż na jakiś czas, do Polski. W końcu skapitulowała, dzięki czemu mogła się z nami spotkać.
Na koniec wykonaliśmy pamiątkowe zdjęcie, na którym widać, że zebrała nas się całkiem pokaźna grupka:
Po spotkaniu i wypiciu częściowo rozlanej herbaty powoli zbierałam się do domu. Ksiądz chyba nawet się nie spostrzegł. że coś się wylało na podłogę, bo znowu by się na mnie zdenerwował. Co zresztą robił już od rana - najpierw poszło o bułki na śniadanie, a potem o spotkanie wigilijne. Co do pierwszego to brzuch mnie bolał, co do drugiego, to w dalszym ciągu nie jestem pewna, czy mogę się uważać za pełnoprawnego członka wspólnoty. Wszak przynależę do niej dopiero od końca października, no i opuściłam kilka spotkań... Ale ksiądz wraz z Zosią sami nalegali, abym się zapisała, bo jednak jestem członkiem całości. Więc chyba trzeba to zrobić.
Jak wychodziłam zastał mnie deszcz. Co ja piszę - deszcz. To było istne oberwanie chmury. A ponieważ moja piesza droga trwała ok. 25 minut, to do autobusu wsiadałam całkowicie przemoczona. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak mnie zlało, chyba jeszcze w czasach, kiedy studiowałam turystykę religijną w Grodzie Kraka. Wtedy wracałam na noc w Papieskim Mieście. Pewnego wieczoru nad miastem rozszalała się typowa ulewa. Po dotarciu busem na miejsce postanowiłam, że przeczekam ją na dworcu autobusowym pod wiatą. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego - z busa którem przyjechałam wysiadł kierowca i zapytał, gdzie może mnie podwieźć, abym miała najbliżej do domu. Wtedy i tak zmokłam, ale na pewno dużo mniej, niż gdybym miała iść na nogach z dworca. Teraz było inaczej. Mam tylko nadzieję, że nie przeziębię się na nowo, bo ledwie co wykaraskałam się z poprzedniej infekcji.
A dzisiejsza adwentowa myśl brzmi:
* odczytujcie to neutralnie, bez sympatii czy antypatii do tej czy innej stacji telewizyjnej, ponieważ tylko dziennikarz z tej stacji chciał przeprowadzić z nią wywiad

środa, 20 grudnia 2023

1803. Integrujemy się

Wczoraj podczas wydziałowego spotkania adwentowego wynegocjowaliśmy z jednym z wykładowców, ażebyśmy przesunęli dzisiejsze kolokwium z antropologii współczesnej na termin poświąteczny. Zgodził się, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu. No bo spodziewaliśmy się z tym większych problemów. Nawet jeżeli jest to jeden z najbardziej ugodowych nauczycieli na uczelni. W zamian jednak zaznaczył, że moglibyśmy zrobić jakieś grupowe spotkanie opłatkowe. Z nim. No, w sumie, dlaczego nie? Chyba jeszcze nie mieliśmy czegoś takiego.
Wieczorem podzieliśmy się co kto ma pokupować. nie w udziale przypadło kupno słonych paluszków. Jednak za późno o tym przeczytałam i musiałam wstąpić do sklepu dopiero dzisiaj pomiędzy porannymi roratami, a pierwszymi zajęciami na uczelni. Jak obiecałam, to nie chciałam nikogo zawieść. Przy okazji oddałam książki do Biblioteki Śląskiej. Co prawda nie dopatrzyłam, że jest ona otwarta dopiero od 10:00, na szczęście jest zamontowana tzw. wrzutnia pozwalająca oddać książki również poza godzinami pracy placówki. A potem, w drodze powrotnej, wstąpiłam do delikatesów po paluszki i talarki.
Każdy z nas, tych którzy przyszli na środowe zajęcia, miał nadzieję, że nasze spotkanie wigilijne będzie na pierwszym bloku zajęć z antropologii. Tak dobrze jednak nie ma - ksiądz uznał, że chociaż wykład musi zrobić. Ale na ćwiczeniach już będzie obiecane spotkanie. A że wykłady są zawsze prowadzone tak, że wszyscy pękamy ze śmiechu, to trochę rekompensowało nam to nasze rozczarowanie.
W przerwie pomiędzy wykładami, a ćwiczeniami z przedmiotu odbyło się spotkanie naszego koła naukowego. Niestety nie przyszły na nie osoby z pierwszego roku nauk o rodzinie pierwszego stopnia oraz nasza Starościna. To, że jej nie było to może i dobrze, bo nagle okazało się, że artykuł, o którym wspominałam w poprzednim tygodniu spokojnie można przesyłać do świąt. Super, nie ma to jak bezsensownie zarwana noc. Ciśnienie od razu skoczyło mi w górę... Ostatecznie było nas czworo, wraz z opiekunem koła, czyli moją byłą panią promotor. Graliśmy w "Dixit" i też było ciekawie. A przy okazji dowiedziałam się, że pani promotor kombinuje jak wydać moją pracę licencjacką, a przynajmniej ich wyniki badań. Trochę mi głupio, ale jeżeli one uważa, że są one godne uwagi, to może faktycznie tak jest?
Trochę spóźnieni wróciliśmy z Archaniołem na zajęcia. Już wszystko było na nich przygotowane - stoły połączone, na nich znajdowały się ciasta, przekąski i napoje. Wszyscy czekali tylko na nas. Nie mieliśmy opłatka, ale to nie przeszkodziło nam w złożeniu sobie serdecznych życzeń. A potem czas nam upływał na rozmowach i śmiechach. Wstyd się przyznać, ale z niektórymi osobami pierwszy raz zamieniłam więcej, niż kilka słów. Szkoda, że takich dni jest tak mało. I że tak mało ludzi dzisiaj przyszło na zajęcia. I że ja sama musiałam wcześniej wyjść, ale jeszcze miałam iść do pracy. Ale i tak myślę, że to był dobry pomysł. I cieszę się, że ksiądz też się na to zgodził. Bo przecież mógł odmówić.
Po pracy pojechałam na drugie tego dnia roraty, po których parafianie mieli zbudować szopkę betlejemską. Chciałam na to popatrzeć, tym bardziej, że mam drobny wkład w jej powstanie. Aby nie wzbudzać jednak podejrzeń, postanowiłam odmówić różaniec na różańcu, który ksiądz Krzysiu dostał od papieża Franciszka. W mojej parafii dzieci losują na dwa dni figurkę Maryi, u Maksymiliana losują na jeden dzień figurkę Dzieciątka Jezus, a my na jeden dzień zgłaszamy się do odmówienia różańca w intencji Ojca Świętego. Chociaż ja się nie zgłosiłam, mnie w pewnym sensie przymusili do tego.
/tutaj będzie zdjęcie różańca, tylko znajdę kabel od aparatu/
To był niezły pomysł, ponieważ zaraz po tym, jak zakończyłam, pojawił się ksiądz Niosący Światło z ekipa Bobów Budowniczych. Teraz niewiele im pomogłam, co najwyżej mogłam im powiedzieć, czy coś jest prosto, czy nie, albo podać odpowiedni wkręt z walizki majsterkowicza ("Skąd ty wiesz, jak wygląda "14?" - no przecież to widać na wkręcie). Było śmiesznie, ale i niebezpiecznie, zwłaszcza podczas stawiania dźwigu. Teraz postawiona została konstrukcja dźwigu i samej szopki, co trwało do około 22:30. Na resztę przyjdzie czas w kolejnych dniach, bo i tak wszyscy byliśmy już zmęczeni, a najbardziej to już sam ksiądz. On chyba w swoim stanie nie powinien tak się forsować. A noc może okazać się za krótka na regenerację sił.