- Lolek, to jutrzejsze Drugie Czytanie dostała schola. Ale nie martw się, jak jeszcze kiedyś proboszcz poprosi Oratorium o przeczytanie czegoś, to będę pamiętał o tobie - łagodny głos księdza Oskara przeniknął przez mój umysł, a jego dłoń znalazła się na moim ramieniu w przyjacielskim geście. Jak na kogoś, kto jeszcze wczoraj walczył z własną niemocą, to wyglądał całkiem nieźle.
Kilka dni temu ksiądz pytał się, kto z nas chciałby coś przeczytać na jutrzejszej wieczornej Mszy świętej z okazji wspomnienia świętego Jana Bosko. Bardziej dla sprawdzenia reakcji księdza Oskara, jaka będzie jego argumentacja na "nie", niż w nadziei, że coś się uda wskórać, powiedziałam, że ja chcę. Oczywiście szanse na przystanie na to były znikome, ale były. Jakież było moje zdziwienie, kiedy ksiądz powiedział, że nie ma sprawy i mogę mieć Drugie Czytanie. Myślałam, że się przesłyszałam. Wszak na przeczytanie Modlitwy Wiernych w scholi czekałam pięć lat. Na komentarz wstępny do Mszy świętej - kolejnych trzy lata. Do czytań jeszcze nie doszłam, pomimo dziesięcioletniej kariery. To dlaczego tutaj ma być inaczej?
- Żartuje ksiądz, prawda? - zapytałam z niedowierzaniem.
- W takich sprawach w żadnym wypadku - powiedział z nieudawaną szczerością.
Szczęka mi opadła. I to dosłownie. Bo oto ktoś po raz drugi uwierzył w to, że da się mimo wszystko. Nota bene pierwszą taką osobą, która we mnie uwierzyła i dała mi Pierwsze Czytanie, był ksiądz Franek, który pochodzi z tej samej parafii co ksiądz Oski. Zresztą pisałam o tym >>tutaj<<.
- Jak dam ci tekst we wtorek to go opanujesz?
- Jasne.
Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że w wydarzenie będzie zaangażowana też parafialna schola. W końcu przez ostatnich kilka lat nikogo, oprócz prowadzącej scholę, nie widziałam tego dnia w kościele. Jednak już w niedzielę usłyszałam, że śpiewamy tego dnia, a i będzie rozmowa z proboszczem na temat tego, w co jeszcze moglibyśmy się zaangażować. Od razu serce mocniej mi zabiło, bo wiadomo, jeżeli komuś coś zostanie zabrane, to na 90% tą osobą będę ja. I tym sposobem możliwość przeczytania czegoś znowu odwlecze się do świętego nigdy. I nie pomyliły mnie moje przeczucia, chociaż wczoraj ksiądz chciał, abym jak najmniej poczuła się źle z tego powodu. W dodatku jakoś nie wierzę w to, aby szybko nadarzyła się okazja do przeczytania czegoś przez Oratorium.
Ale i tak doceniam Boskiego Oskiego. No bo wiecie, nie potrzebował lat, żeby mi zaufać i uwierzyć we mnie na tyle, aby mi pozwolić na przeczytanie czytania pomimo wady wymowy i tego, że moje ciało żyje czasami zupełnie swoim życiem. Co prawda słyszał już jak kilka razy czytam coś tam, ale i tak zaskoczył mnie tym swoim gestem. No ale wiecie - błogosławionymi będą ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli.
A mimo to jakiś żal pozostał. Moją wadą jest jednak to, że nie potrafię na niektóre tematy otwarcie gadać, zwłaszcza z prowadzącą scholę. Akurat wczoraj dzwoniła do mnie pani od scholi z zapytaniem w sprawie niedzielnych imienin księdza Oskara, co robi Oratorium. Dla nas jest jasne, że idziemy do niego z życzeniami, w końcu to nasz opiekun. A że od czasu do czasu ze smutku pociągałam nosem, to na koniec usłyszałam:
- A co ty przeziębiłaś się?
- Nie.
- To co się stało?
- Nic.
- ... Aha, to trzymaj się i nie daj się przeciwnościom losu. I do jutra, widzimy się, prawda?
- Jasne...
No przecież nie mogłam jej powiedzieć, co się dzieje, bo znowu bym usłyszała jakiś banalny komentarz. A może to mój błąd, że jej nic nie powiedziałam? Nie wiem, mam mętlik w mojej głowie.
I tak na sam koniec z okazji dzisiejszego dnia wrzucam Wam naszą ulubioną piosenkę o księdzu Bosko, najpierw w wykonaniu kleryków z seminarium salezjańskiego w Lądzie nad Wisłą, a następnie w wykonaniu naszych dzieciaków podczas jednych z półkolonii.
P.S. Przez przypadek usunęłam wczorajszy komentarz jotki na temat wspinaczki, który jakimś cudem trafił do spamu. Jotko, wybacz, moja nieuwaga.














