Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 31 stycznia 2018

666. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli

 - Lolek, to jutrzejsze Drugie Czytanie dostała schola. Ale nie martw się, jak jeszcze kiedyś proboszcz poprosi Oratorium o przeczytanie czegoś, to będę pamiętał o tobie - łagodny głos księdza Oskara przeniknął przez mój umysł, a jego dłoń znalazła się na moim ramieniu w przyjacielskim geście. Jak na kogoś, kto jeszcze wczoraj walczył z własną niemocą, to wyglądał całkiem nieźle. 
Kilka dni temu ksiądz pytał się, kto z nas chciałby coś przeczytać na jutrzejszej wieczornej Mszy świętej z okazji wspomnienia świętego Jana Bosko. Bardziej dla sprawdzenia reakcji księdza Oskara,  jaka będzie jego argumentacja na "nie", niż w nadziei, że coś się uda wskórać, powiedziałam, że ja chcę. Oczywiście szanse na przystanie na to były znikome, ale były. Jakież było moje zdziwienie, kiedy ksiądz powiedział, że nie ma sprawy i mogę mieć Drugie Czytanie. Myślałam, że się przesłyszałam. Wszak na przeczytanie Modlitwy Wiernych w scholi czekałam pięć lat. Na komentarz wstępny do Mszy świętej - kolejnych trzy lata. Do czytań jeszcze nie doszłam, pomimo dziesięcioletniej kariery. To dlaczego tutaj ma być inaczej?
 - Żartuje ksiądz, prawda? - zapytałam z niedowierzaniem.
 - W takich sprawach w żadnym wypadku - powiedział z nieudawaną szczerością.
Szczęka mi opadła. I to dosłownie. Bo oto ktoś po raz drugi uwierzył w to, że da się mimo wszystko. Nota bene pierwszą taką osobą, która we mnie uwierzyła i dała mi Pierwsze Czytanie, był ksiądz Franek, który pochodzi z tej samej parafii co ksiądz Oski. Zresztą pisałam o tym >>tutaj<<. 
 - Jak dam ci tekst we wtorek to go opanujesz?
 - Jasne.
Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że w wydarzenie będzie zaangażowana też parafialna schola. W końcu przez ostatnich kilka lat nikogo, oprócz prowadzącej scholę, nie widziałam tego dnia w kościele. Jednak już w niedzielę usłyszałam, że śpiewamy tego dnia, a i będzie rozmowa z proboszczem na temat tego, w co jeszcze moglibyśmy się zaangażować. Od razu serce mocniej mi zabiło, bo wiadomo, jeżeli komuś coś zostanie zabrane, to na 90% tą osobą będę ja. I tym sposobem możliwość przeczytania czegoś znowu odwlecze się do świętego nigdy. I nie pomyliły mnie moje przeczucia, chociaż wczoraj ksiądz chciał, abym jak najmniej poczuła się źle z tego powodu. W dodatku jakoś nie wierzę w to, aby szybko nadarzyła się okazja do przeczytania czegoś przez Oratorium.
Ale i tak doceniam Boskiego Oskiego. No bo wiecie, nie potrzebował lat, żeby mi zaufać i uwierzyć we mnie na tyle, aby mi pozwolić na przeczytanie czytania pomimo wady wymowy i tego, że moje ciało żyje czasami zupełnie swoim życiem. Co prawda słyszał już jak kilka razy czytam coś tam, ale i tak zaskoczył mnie tym swoim gestem. No ale wiecie - błogosławionymi będą ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli.
A mimo to jakiś żal pozostał. Moją wadą jest jednak to, że nie potrafię na niektóre tematy otwarcie gadać, zwłaszcza z prowadzącą scholę. Akurat wczoraj dzwoniła do mnie pani od scholi z zapytaniem w sprawie niedzielnych imienin księdza Oskara, co robi Oratorium. Dla nas jest jasne, że idziemy do niego z życzeniami, w końcu to nasz opiekun. A że od czasu do czasu ze smutku pociągałam nosem, to na koniec usłyszałam:
 - A co ty przeziębiłaś się?
 - Nie.
 - To co się stało?
 - Nic.
 - ... Aha, to trzymaj się i nie daj się przeciwnościom losu. I do jutra, widzimy się, prawda?
 - Jasne...
No przecież nie mogłam jej powiedzieć, co się dzieje, bo znowu bym usłyszała jakiś banalny komentarz. A może to mój błąd, że jej nic nie powiedziałam? Nie wiem, mam mętlik w mojej głowie.
I tak na sam koniec z okazji dzisiejszego dnia wrzucam Wam naszą ulubioną piosenkę o księdzu Bosko, najpierw w wykonaniu kleryków z seminarium salezjańskiego w Lądzie nad Wisłą, a następnie w wykonaniu naszych dzieciaków podczas jednych z półkolonii.

P.S. Przez przypadek usunęłam wczorajszy komentarz jotki na temat wspinaczki, który jakimś cudem trafił do spamu. Jotko, wybacz, moja nieuwaga.

wtorek, 30 stycznia 2018

665. Pasja też bywa zgubna

W niedzielę świat obiegła wieść, że odwołano akcję ratunkową polskiego Himalaisty Tomasza Mackiewicza, który dzień wcześniej wraz z francuską Elisabeth Revor utknął podczas schodzenia z szczytu Nanga Parbat. Kobietę udało się uratować, Tomasz został w ukochanych górach już na zawsze. Jak się potem okazało, kiedy kobieta zostawiała towarzysza wspinaczki w bazie, cierpiał już na chorobę wysokościową, nie było też z nim kontaktu.
To już kolejny Polak, który został pokonany przez pasję, która była całym ich życiem. Dokładnie 15 lat wcześniej, też 28 stycznia, całą Polską wstrząsnęła wiadomość o ośmiu osobach, które zginęły pod lawiną w Rysach - 6 licealistach, jednym studencie i opiekunie całej grupy. Imię himalaisty Jerzego Kukuczki, który zginął rok przed moim urodzeniem zdobywając kolejny górski szczyt, nosi Akademia Wychowania Fizycznego w Katowicach, w której ukończyłam studia z zarządzania. Tomasz Kowalski, alpinista, który zginął wraz z Maciejem Berbeką w marcu 2013 roku, pochodził z tego samego miasta co ja. Ba, śmierć w górach dopadła nawet syna moich znajomych, który w 2015 roku wyruszył na kolejne podbicie ukochanych Alp. I chociaż o jego śmierci nie było tak głośno w mediach(tzn. były jakieś szczątkowe informacje, bez personaliów oraz miejsca zamieszkania), to całe miasto o niczym innym nie mówiło niż o tej tragedii. I teraz Mackiewicz. Ale jak to powiedział ksiądz na pogrzebie pana Przemka: "Chociaż w górach ludzie czują się bliżej Boga, to jednak nie można zapominać tego, że te góry mogą być także bramą przejścia z życia doczesnego do życia wiecznego". Niestety, te słowa są jak najbardziej aktualne i powinien o nich pamiętać każdy miłośnik gór.
W Oratorium praca wre - wczoraj przyszło 7 dzieci na warsztaty modelarskie. Czyli jest nieźle. Ciekawe ile będzie dzisiaj na kulinarnych...

niedziela, 28 stycznia 2018

664. Przygotowania, przynajmniej te duchowe, czas zacząć

Do spotkania młodzieży całego świata z papieżem podczas Światowych Dni Młodzieży w Panamie pozostał niecały rok. Ja jednak w dalszym ciągu mam w swojej pamięci chwile, które przeżyłam podczas spotkania w Krakowie sprzed 1,5 roku. Tyle przygotowań, które w dużej mierze toczyły się na Waszych oczach poprzez wpisy na blogu, tyle obaw... A potem wspaniałych kilka dni, najpierw we własnej parafii, a potem podczas spotkania w samym Krakowie. I wiara. Wiara zarówno w drugiego człowieka, jak i we własne, dosyć ograniczone przez schorzenie możliwości. Nigdy bym nie przypuszczała, że zostanę wolontariuszem podczas imprezy o tak szerokim zakresie, nigdy bym nie pomyślała, że dogadam się w obcym języku, kiedy nawet w ojczystym nie mogę czasami się wysłowić...
Po tamtym wydarzeniu stało się dla mnie jasne, że muszę zrobić wszystko, aby pojechać do położonej na drugim końcu kuli ziemskiej(chociaż to chyba nie jest zbyt logiczny zwrot, wszak trudno jest znaleźć początek i koniec tejże bryły). Będę próbować aplikować znowu na wolontariusza, chociaż podejrzewam, że może to być trudne. Co prawda z angielskim idzie mi coraz lepiej, w języku hiszpańskim też chyba bym coś wydukała od biedy, ale pewnie będzie dużo więcej lepszych kandydatów ode mnie. To może chociaż jako uczestnik? Wspaniale byłoby być tam na miejscu... Ale przecież nawet jak będę oglądała to wszystko z perspektywy szklanego ekranu, to i tak będzie wspaniale.
Jakkolwiek bym nie uczestniczyła w Światowych Dniach Młodzieży w Panamie, myślę że warto przygotować się do tego wydarzenia duchowo. Dekalog wolontariusza ŚDM, który przekazano nam podczas spotkania z papieżem w Tauron Arenie(co prawda nie dotarłam na niego, ale od czego jest internet?) staram się konsekwentnie wcielać w życie. Ostatnio na stronie ŚDM w Panamie znalazłam dziesięć kroków, opracowanych przez Komitet Organizacyjny Światowych Dni Młodzieży, które mają pomóc młodym osobom w przygotowaniach do przyszłorocznego spotkania niezależnie od miejsca zamieszkania jak i tego, czy zdecydują się pojechać do Panamy. A oto one:
  1. Bycie pielgrzymem 24/7 - spędzenie większej ilości czasu ze swoją rodziną i wspólne podejmowanie "pielgrzymki miłości", którą Kościół, będący wspólnotą ludzi zjednoczonych w Chrystusie podejmuje nie tylko w drodze na ŚDM, ale przede wszystkim w codziennym życiu
  2. Bycie misjonarzem Chrystusa - zaangażowanie się w działalność parafialną lub wspólnotową, która pozwoli, zgodnie z prośbą papieża Franciszka, na dzielenie się Słowem Bożym w środowisku, w którym się przybywa;
  3. Podjęcie pracy apostolskiej - modlitwa do Ducha Świętego o udział w naszym życiu, jak także dawanie świadectw cudów, jakich zaznaliśmy za sprawą Syna Bożego. Powinno się to czynić z radością, a równocześnie z wiarą i oddaniem;
  4. Naśladowanie Maryi - czyli przyjaźń z nią i poświęcenie tyle czasu, ile nam jest potrzebne, aby odczuć jej obecność w przygotowaniach do Światowych Dni Młodzieży. Maryja chce być najlepszą przyjaciółką każdego z nas;
  5. Akceptacja woli Bożej - niech inspiracją do tego punktu będą słowa hymnu Światowych Dni Młodzieży: "Niech mi się stanie według słowa Twego". Najlepszą akceptacją woli Bożej jest naśladowanie Maryi w jej radości, roztropności, prostocie, uległości oraz odwadze;
  6. Brak negatywnych myśli - bez względu na to, co się będzie działo warto mieć nadzieję, że się będzie w Panamie w 2019 roku;
  7. Ćwiczenia ducha - pogłębianie swojej codziennej modlitwy oraz przystępowanie do sakramentów świętych. Jest to najlepsze przygotowanie na to wielkie spotkanie z Chrystusem;
  8. Wypełnianie dzieł miłosierdzia - spełnienie jakiegoś uczynku miłosierdzia wspólnie z rówieśnikami przynajmniej raz w miesiącu;
  9. Pomoc innym - pomoc komuś, kto chciałby wziąć udział w ŚDM w Panamie, ale potrzebuje wsparcia;
  10. Służba Kościołowi poprzez swoje talenty - odpowiedź na zaproszenie organizatorów ŚDM poprzez zgłoszenie się jako wolontariusz bądź uczestnik Festiwalu Młodych.

A z takich bardziej przyziemnych rzeczy, to od jutra zaczynamy dwugodzinne, popołudniowe warsztaty w ramach tzw. ferii w mieście. Wczoraj mieliśmy w tej sprawie wieczorne spotkanie z samym księdzem proboszczem. Biedny ksiądz Oskar na koniec semestru przywlókł ze szkoły jelitówkę(a może gdzieś na kolędzie ją złapał?), która powaliła go do łóżka. Ale tak to już jest, kiedy chodzi się chorym po świecie... Nawet na fejsie nie siedzi, o dziwo. I dzisiejsze Msze święte też sobie odpuścił. No tak, w sumie gorączkę z katarem i kaszlem da się jakoś przetrwać, ale problemy żołądkowo-jelitowe to już grubsza sprawa. W dodatku drugi ksiądz wylądował w szpitalu z zapaleniem trzustki. Dobrze, że chociaż wizyta duszpasterska jest na finiszu, bo proboszcz chyba by chodził do Wielkiego Postu. No i dobrze, że dzisiaj mamy w parafii odpust - przynajmniej jedna Msza jest z głowy(odprawił ją zaproszony ksiądz), a na wieczorną dziekan ma kogoś z dekanatu. Wszak jeden ksiądz może w ciągu dnia odprawić 2 albo 3 intencje, a u nas w parafii w niedzielę jest 5 Mszy. 
Warsztaty będziemy mieli w poniedziałek, wtorek i w piątek. W sobotę ma być dyskoteka. Pierwotnie w planach był jeszcze czwartkowy wyjazd do Sali Zabaw we Wrocławia, jednak już dzisiaj wiemy, że się nie odbędzie z powodu małego zainteresowania. Środa jest wolna, ale wtedy my, animatorzy, mamy w kościele uroczystą Mszę Świętą z okazji wspomnienia świętego Jana Bosko, a następnie jesteśmy zaproszeni na kolację do księdza. W sumie słyszałam, jak zaraz po zakończeniu II wojny światowej dzieci przystępujące do Pierwszej Komunii Świętej były zapraszane do proboszcza na "śniadanie u księdza", na które składała się bułka z masłem i kakao(taki odpowiednik dzisiejszych przyjęć komunijnych), ale o kolacji u księdza słyszę po raz pierwszy. Zobaczymy jak to wyjdzie, bo nigdy wcześniej nie było nic takiego organizowane. Żeby tylko ksiądz Oskar wydobrzał do tego czasu, bo wiadomo - to on jest naszym głównym "przełożonym". Co do samych warsztatów, to w poniedziałek będą modelarskie, we wtorek kulinarne(proboszcz zaakceptował robienie pizzy), w piątek zaś mamy warsztaty "Dookoła świata". Przypadło mi do przygotowania coś na temat Europy. Spoko, po turystyce chyba dam radę. I nawet mam pomysł jak to ogarnąć. Sobotnia dyskoteka należy do nas i możemy ją zorganizować jak chcemy. Chyba nie będzie tak źle, a jeśli nawet to możemy zaśpiewać, że(nagranie z półkolonii zimowe sprzed 3 lat, kiedy tematem przewodnim spotkań była bajka "Kraina lodu"):

sobota, 27 stycznia 2018

663. Yoram Friedman - chłopiec, który uciekł z getta

Kiedy czyta się książkę Uriego Orleva "Biegnij chłopcze biegnij" lub ogląda film oparty na jej fabule, trudno uwierzyć w to, że przygody zaledwie ośmioletniego Srulika, który przedstawiał się jako Jurek Staniak, są prawdziwe. Tymczasem za kanwę powieści posłużyła autentyczna historia mieszkającego w Izraelu Yomana Friedmana, Żyda polskiego pochodzenia, który przed wybuchem II wojny światowej mieszka wraz z liczną rodziną w Warszawie.
Temat holokaustu nie jest łatwy do przedstawienia, zwłaszcza jeżeli jego głównymi bohaterami są jego najmłodsze ofiary. Uri Orlev zrobił to jednak znakomicie. Być może dlatego, że sam przeżył jego piekło na własnej skórze? Pisarz urodził się w 1931 roku, w warszawskiej żydowskiej rodzinie. Po wybuchu II wojny światowej trafił z matką i młodszym bratem do getta warszawskiego. Czy widział wtedy Srulika Friedmana? Tego nie wiemy. Po śmierci matki chłopcy wraz z ciotką przedostają się na polską stronę getta, skąd w 1943 roku trafiają do obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen(zaczęłam się zastanawiać, czy spotkał w nim innego znanego mi dziecięcego więźnia – Jony Oberskiego, który też napisał wspomnienia z czasów, kiedy tam przebywał). Po zakończeniu wojny chłopcy zostają wysłani do Palestyny. Tam Uri poznaje Yorama Friedmana, któremu udało się przetrwać wojenne piekło jako… Jurek Stanek. Oczarowany niezwykłą historią postanawia przenieść ją na papier.
źródło zdjęcia
Akcja rozpoczyna się pewnego dnia, kiedy Dawid opowiadał swojemu młodszemu bratu, Srulikowi, o realiach życia po aryjskiej stronie warszawskiego getta, do którego przenieśli rodzinę jakiś czas temu. Kilka dni później rodzice uciekają z Srulikiem z odgrodzonego obszaru miasta. Ich ucieczka nie trwała długo – wkrótce matka z synem zostają złapani przez Niemców i odstawieni na nowo do getta, ojcu udaje się uciec. Rodzina cierpi głód, toteż matka z najmłodszym synkiem wygrzebują z kontenerów resztki jedzenia. Któregoś dnia, kiedy chłopiec znowu szuka odpadków w śmietniku, matka niespodziewanie znika. Ponieważ malec nie bardzo wie gdzie mieszka, przyłącza się do spotkanej grupki chłopców. Po jakimś czasie Srulikowi udaje się przy pomocy woźnicy uciec z getta. Wolność nie jest jednak taka piękna, jakby się mu mogło wydawać. Chociaż na początku ośmiolatkowi udaje się znaleźć w pobliskim lesie grupkę chłopców, także uciekinierów, którzy uczą go zasad życia wśród Polaków, to po pewnym czasie chłopiec ponownie zostaje sam. Od tego czasu przedstawia się jako Jurek Staniak. Mimo swojego wieku jest bardzo zaradny życiowo. Wykorzystując wskazówki, które usłyszał w lesie, a także te, które potem przekazała mu pewna miła kobieta, zatrudnia się u kolejnych wiejskich rodzin. W pracy nie przeszkadza mu kalectwo, którego się nabawił pracując u jednych z nich w młockarni. Pomimo braku ręki podejmuje kolejne zadania wyznaczone mu przez chlebodawców. Dzięki temu jest nie tylko szanowany, ale i udaje mu się przetrwać najgorszy okres w swoim życiu.
źródło zdjęcia
Film natomiast zaczyna się sceną, w której zmęczony i przemarznięty chłopiec puka do drzwi nieznajomej kobiety. Kiedy ta wreszcie mu otwiera, wykończone dziecko osuwa się na ziemię. Pogrążone we śnie przypomina sobie swoją ucieczkę z getta, oraz letnie dni spędzone w pobliskim lesie wśród innych dzieci, które podzieliły jego los. Kiedy odzyskuje świadomość, przedstawia się swojej wybawczyni jako Jurek Staniak. Ta, domyślając się jego prawdziwego pochodzenia, uczy go  na nowo historii jego życia, jak również podstaw wiary chrześcijańskiej. Po pewnym czasie zaradny ośmiolatek opuszcza rodzinny dom i wyrusza w świat, pod przybranym imieniem i nazwiskiem, swoją historią oraz wyznaniem. Świat, w którym czeka go zarówno dobro, jak i zło.
źródło zdjęcia
Yoram Friedman i grający go
Kamil bądź Andrzej Tkacz
źródło zdjęcia
Książka i jej ekranizacja przedstawiają losy niezliczonej liczby dzieci, które po ucieczce z getta warszawskiego pozostawione zostały samy sobie. Jeżeli nie zostały zastrzelone przez patrole gestapo, albo wydane przez rodziny chcące w zamian za wydanie żydowskiego dziecka dostawały od Niemców pieniądze, zmuszone były radzić sobie w lesie. W ostateczności wyrzekały się swojego żydowskiego pochodzenia, przyjmując wiarę chrześcijańską. Tak też postąpił Jurek. Jednak w pamięci miał ostatnie słowa ojca, który chcą ocalić synka, sam poświęcił swoje życie – pamiętaj synku, że możesz wszystkiego zapomnieć, ale nigdy nie możesz wyrzec się swojej wiary. Być może dzięki tym słowom po skończonej wojnie postanowił powrócić do wiary, którą wyniósł z rodzinnego domu.
„Biegnij chłopcze, biegnij” nie jest banalną historią o życiu wyznawców judaizmu podczas II wojny światowej. To piękna, oparta na faktach opowieść o odwadze i zaradności życiowej. Autor w prostych słowach przedstawia brutalną rzeczywistość, widzianą oczami zaledwie ośmioletniego dziecka. A pamiętajmy, że to co widzi małe dziecko może się znacznie różnić od świata widzianego oczami dorosłych, głównie ze względu na różnice priorytetów. Dzięki temu jest ona przystępnie i w zrozumiały sposób opowiedziana. Postawa Jurka wzrusza, zwłaszcza kiedy traci swoją prawą rękę. Udowadnia tym samym, że nawet mając pewien ubytek na zdrowiu, można pracować fizycznie. Wystarczy tylko znaleźć sposób jak to zrobić. Myślę, że ta postać powinna być wzorem do naśladowania dla dzisiejszej młodzieży. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby książka trafiła na listę kanonu lektur.
Yoram Friedman po skończonej wojnie trafił do sierocińca dla żydowskich dzieci, gdzie w trybie eksternistycznym ukończył edukację. Następnie wyemigrował do Izraela, gdzie spotkał się z jedyną żyjącą osobą z rodziny - siostrę, jak również założył swoją własną rodzinę. W Izraelu żył i mieszkał aż do śmierci. Zmarł w styczniu 2017 roku, jednak jego historia zostanie zachowana dla potomnych dzięki książce i filmowi "Biegnij chłopcze, biegnij".

piątek, 26 stycznia 2018

662. Raz, dwa, trzy - nie masz internetu, więc wypadasz z gry!

Prawo rynku mówi, że każda używana rzecz z czasem się zużywa. U mnie ostatnio zużyło się coś, co roboczo nazywam "puszką internetową", czyli coś przed modemem. Kiedy w poniedziałek włączyłam komputer, sieć cały czas była niewidoczna. Ok., zdarza się czasami. Nie robiłam toteż z tego tragedii. We wtorek było tak samo. W środę też. Dopiero kiedy wczoraj w dalszym ciągu było bez zmian, postanowiłam podejść do dystrybutora i zgłosić awarię. Pani w okienku zadzwoniła do innego miasta, tam coś sprawdzili u siebie - wszystko niby było w porządku. A jednak przysłali do mnie dzisiaj fachowca, żeby zobaczył co i jak. 
Pan przyszedł, zobaczył coś w parametrach, stwierdził że jest za mała moc(cokolwiek to znaczy), wymienił "puszkę". Po pół godzinie Internet zaskoczył. Wchodzę na facebooka sprawdzić, kiedy mamy zbiórkę w sprawie półkolonii, a tam 290-coś nieprzeczytanych wiadomości w konwersacji... I znowu wyszłam na tą najmniej doinformowaną. A za razem zastanawiam się nad jednym, a raczej nad kilkoma rzeczami:
  1. po co robić spotkania, skoro 99% ustaleń jest podejmowanych i zatwierdzanych za pomocą facebooka?
  2. co robią ludzie w porze zajęć szkolnych na facebooku(jakbym w szkole średniej wyjęła chociażby telefon na lekcji, to odbierałaby go moja mama ze szkolnego sekretariatu)?
  3. jakim cudem Oratorium funkcjonowało 6-8 lat temu bez grupy na facebooku?
I naprawdę zaczynam tęsknić za starymi czasami Oratorium, gdzie może nie było tak zaawansowanej techniki, ale czuło się, że jest się w jakiejś wspólnocie. Czas zaś spędzało się na pogaduszkach twarzą w twarz, a nie za pomocą komunikatora internetowego.

W ogóle jak byłam w serwisie, to przede mną była pewna starsza pan, też w sprawie internetu. Tak wyzywała na czym świat stoi, bo ona już od dwóch dni nie może zalogować się na fejsbuka. Szczerze? Przez te cztery dni wcale nie brakowało mi tego portalu. I pewnie gdyby nie pewne sytuacje, taka jak powyższa, to najchętniej usunęłabym go sobie. Ale wtedy to już na pewno w sprawach związanych z Oratorium byłabym 100 lat za murzynami.

niedziela, 21 stycznia 2018

661. I od razu lepiej się czyta książki oraz o pewnym niezwykłym blogerze

Jakiś czas temu, z okazji 800 notatki na swoim blogu, nasza Agaja napisała, że zrobi dla każdej chętnej osoby zakładkę lub zawieszkę. Ponieważ od dawna podobały mi się jej dzieła postanowiłam nieśmiało poprosić o zakładkę. Wiecie, u kogoś, kto czyta książki pasjami, nigdy ich za wiele. Wczoraj ze skrzynki wyjęłam kopertę ze skrzynki pocztowej i sami zobaczcie co w niej znalazłam:
Aż łezka mi się zakręciła w oku. Bo oprócz zamówionej zakładki w kopercie znalazłam też zawieszkę, drugą zakładkę z motywem z Ewangelii wg. św. Jana oraz karteczkę pocztową ze wzruszającym liścikiem. Zakładka od razu powędrowała do aktualnie czytanej książki, czyli "Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił". I chociaż tematyka książki nie jest prosta, to jakoś tak od chwili otrzymania zakładki jakoś lepiej mi się ją czyta.
Jak wiecie, lubię czytać Wasze blogi w całości. Już nawet na moim blogu powstała osobna kategoria z przeczytanymi w całości blogami. Dzisiaj skończyłam czytać pokoik jednego z Was. Celt ma 32 lata i przez swoją niepełnosprawność jest niejako uziemiony w swoim domu. Zgodnie z swoim nickiem interesuje się kulturą celtycką, którą przedstawia na swoim blogu. Znajdziemy też na nim opis jego codziennego życia, jego radości i smutków. Ludzie, jak ta osoba mi imponuje swoją wiedzą i podejściem do życia. Zresztą sami się przekonajcie. Jego niezwykły blog znajduje się pod adresem: https://zyciecelta.wordpress.com. Wchodźcie, bo naprawdę warto. Ja od siebie dodam tylko tyle - Piotrze, to zaszczyt gościć na takim blogu jak Ty prowadzisz.

sobota, 20 stycznia 2018

660. "Bo ty masz chody u księdza"

Końcówka styczna wiąże się w mojej wspólnocie parafialnym z odpustem związanym z jej patronem - nawróconym św. Pawłem, którego liturgiczne wspomnienie przypada 25 stycznia(nota bene rok temu właśnie tamtego dnia zdawałam egzamin z... podróży św. Pawła). Jednak suma odpustowa będzie u nas sprawowana w niedzielę później, czyli 28 stycznia przez byłego proboszcza, księdza Z. Oj, zdziwi się widząc scholę, która była jego "dzieckiem", a raczej zmianami, które w niej zaszły - przede wszystkim "eksmisja" na chór, a poza tym mikrofony indywidualne zostały zamienione na ogólne "pojemnościówki". Bo schola została poproszona o obstawienie pieśni na ofiarowanie oraz Komunię świętą. Dlatego przez dwie próby nic innego nie będziemy robić, tylko ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Aż do znudzenia.
Próba scholi zaczyna się w sobotę o 11:00 i trwa +/- półtorej godziny. Czasami udaje mi się wyrwać na nią z zajęć oratoryjnych. Aktualnie z powodu wizyty duszpasterskiej nie mamy sobotnich zajęć z dzieciakami, więc mogę bez wyrzutów sumienia iść na próbę, którą mamy w salce wspólnotowej animatorów z Oratorium, która jest w piwnicy budynku. I dlatego jest tam zimno. Dlatego jeszcze przed rozpoczęciem próby usłyszałam:
- Lolek, idź na górę i poproś księdza Oskara o jakiś grzejnik, przecież jako animator masz u niego chody.
Aha, tylko że nikt ze scholi tego nie wie, że aktualnie nie da się wejść na górę Oratorium ot tak sobie, bo wymieniono zamek w drzwiach na taki, który otwiera się tylko kluczem. Dlatego m.in. od października mamy próby w salce wspólnotowej animatorów Oratorium(bo jedna salka wspólnotowa została zamurowana, a w salce konferencyjnej są zajęcia z dzieciakami). Ale na szczęście miałam przy sobie telefon komórkowy, a w nim numer do Boskiego Oskiego, więc postanowiłam do niego napisać SMSa. Po jakiś 10 minutach usłyszeliśmy jak ksiądz tłucze się na klatce schodowej, po czym wchodzi do salki z grzejnikiem elektrycznym pod pachą:
- Szczęść Boże. Przyniosłem Wam grzejnik. Jakby co to zawsze możecie sobie ciepłej herbaty zrobić. Lolek wie, gdzie są saszetki i kubki.
I poszedł. Na szczęście nikt nie chciał herbaty, a zabraliśmy się do roboty. Przećwiczyliśmy kilka kolęd oraz kilka normalnych pieśni. I nawet nie wiadomo kiedy minął czas próby, po której wystartowaliśmy domu. Po drodze minęliśmy proboszcza, który pozwolił nam jednak zaśpiewać jutro jakąś kolędę(a jeszcze 7 stycznia usłyszeliśmy, że to ostatni raz, bo kończy się okres Bożego Narodzenia - co nie zmienia faktu, że tradycja śpiewania kolęd sięga do 2 lutego). Zaś pani U. musiała koniecznie sprawdzić, czy drzwi na górę faktycznie są zamknięte.
 - Ty, miałaś rację. Księża zabarykadowali się na Amen.
No ba, przecież mówiłam.
Już po raz drugi pani prowadząca scholę szła w moim kierunku na zakupy więc miałam z kim wracać do domu. Bo tak się złożyło, że z mojej ulicy na scholę chodzę tylko ja, więc zwykle idę sama. Trochę pogadałyśmy na temat tego, co się szykuje w naszej parafii, a w planach są kolosalne zmiany. Normalnie nie byłoby ku temu okazji. Fajnie tak czasami wygadać się komuś i być wysłuchanym. Zwłaszcza, że nie zdarza się to często.

A poza tym przeczytałam "Złotą skórę" Carli Montero. I choinka, rozczarowałam się jej treścią. Znam jej twórczość, wcześniej czytałam już "Szmaragdową tablicę" i "Wiedeńską grę" jej autorstwa i byłam zachwycona jej stylem. Myślałam, że ze "Złotą skórą" będzie tak samo, a tutaj klops. A raczej rozczarowanie. W planach mam jeszcze przeczytanie "Zimowego wiatru na twojej twarzy". Zobaczymy, może to tylko ta jedna książka nie przypadła mi do gustu?

piątek, 19 stycznia 2018

659. No koza, no

Wiecie co, zawsze chciałam mieć kózkę. W dzieciństwie miałam wręcz hopla na punkcie tego zwierzątka. Mieliśmy ciotkę, która mieszkała w tym samym mieście co my. Tylko w przeciwieństwie do nas miała dom z ogrodem. A w ogrodzie, a jakżeby inaczej, zawsze pasła się biała, przeraźliwie mecząca kózka. Po każdej wizycie u ciotki męczyłam rodziców, aby kupili mi taką samą(do bloku). Już widziałam jak pasie się w ogródku sąsiada, a zimą ma wybudowaną w nim małą szopkę z drewna. Bo cóż innego jest dla kózki potrzebne? Takie dziecięce, naiwne marzenia...
A teraz, po tych dwudziestu latach z hakiem poniekąd spełniło się moje marzenie. To nic, że moja prywatna "kózka" miauczy i zamiast stukających o podłogę kopytek ma łapki. Ale ma coś, co sprawia że mogę ją uznać za to zwierzątko - uwielbia chrupać wiszącą nad barkiem paprotkę(a w miseczce ma "kocią trawkę", której ani tchnie). Zresztą sami zobaczcie:
A oto mina kociej kozy po tym, jak przyłapana została na obgryzaniu paproci.

czwartek, 18 stycznia 2018

658. Niech żyje i gra jak najdłużej, bo ma ku temu talent

Ręka do góry kto z nas nie zna kultowego Gustlika Jelenia z "Czterech pancernych i psa". Nie widzę żadnej ręki. I trudno się temu dziwić, bowiem jest to tak charakterystyczna postać, że trudno jej nie kojarzyć. W czasach, kiedy czarno-biały telewizor był rarytasem w polskich domach(choćby ze względu na brak w nich prądu), nauczyciele potrafili przyprowadzać uczniów w czasie trwania lekcji na szkolne świetlice, aby mogli obejrzeć kolejny odcinek przygód czterech pancernych i psa jednego z nich - Szarika. Jednym z bohaterów serialu był właśnie pochodzący ze Śląska Gustaw Jeleń. Przeniesienie groteskowego Ślązaka z powieści Janusza Przymanowskiego na szklany ekran wydawać by się mogło niezwykle mozolnym zadaniem. I tutaj pojawił się młody, pochodzący z górniczej rodziny Franciszek Pieczka, dla którego rola ta stała się rolą całego życia. Bo chociaż zagrał ponad 100 ról, to głównie z kreacji Gustlika Jelenia jest najbardziej znany.
Jako Gustlik w "Czterej pancerni i pies"(1966-1970 r.)
Jako Ludwik Placek w "Sprawa się rypła"(1984 r)
Jako święty Piotr w "Quo vadis"(2001 rok)
Jako Stacho Japycz w "Ranczo"(2007 - 2016 r.)
Od samego rana wszystkie serwisy mówią o urodzinach tego sympatycznego dziadziusia. Urodzinach pięknych, bo 90. Co ciekawe, pan Franciszek w dalszym ciągu gra na szklanym ekranie. Już jutro wchodzi na ekrany kin film "Syn Królowej Śniegu". Za swoją działalność artystyczną otrzymał szereg odznaczeń i wyróżnień, w tym najważniejsze polskie wyróżnienie - Order Orła Białego za "wielkie zasługi dla polskiej kultury, za ducha niesionego wśród Polaków, za budowanie serc, niezłomne i wspaniałe, i trud pracy przez ponad 60 lat działalności artystycznej". Ceremonia wręczenia Orderu odbyła się 11 listopada 2017 roku, zaś pan Prezydent Andrzej Duda tak argumentował ten wybór: "Jedna rzecz (jest) absolutnie niezwykła: ten artyzm, prawdziwy, znamionujący wielkość talentu, kawalera Orderu Orła Białego polegał na tym, że nawet te role, które były drobne, nawet te role, które były drugoplanowe, pozostały w pamięci. (...) Można rolę odegrać tak, że po prostu zostanie odegrana a można rolę odegrać tak, że nabierze ona niezwykłego wymiaru dla danego dzieła artystycznego. (...) Dlatego też cieszę się, że właściwie w przededniu 90. urodzin pana Franciszka Pieczki, naszemu wspaniałemu aktorowi w imieniu polskiego narodu, w imieniu Rzeczypospolitej to największe polskie odznaczenie mogłem wręczyć".
Oczywiście panu Franciszkowi życzę jeszcze wielu, wielu lat w zdrowiu i spełnieniu zawodowym, aby jak najdłużej cieszył publiczność swoim niezwykłym talentem aktorskim. Młodszym zaś jego kolegom chciałabym poradzić - uczcie się od mistrza, który nie tylko ma ten dar, ale też jest niezwykle skromnym człowiekiem. Bo jak już wymrze to pokolenie, to może być naprawdę cieniutko...

poniedziałek, 15 stycznia 2018

657. Wiem, że nic nie wiem...

Od jakiś dziesięciu lat nasza parafia organizuje w tym czasie półkolonie dla dzieci. Pamiętam te pierwsze, które chociaż spontaniczne, to zapewniły w jakiś sposób spędzenia wolnego czasu. Mieliśmy do dyspozycji jedno pomieszczenie z komputerem, wieżą stereo, klockami lego i kilkoma grami planszowymi, ewentualnie korytarz z piłkarzykami i stołem do ping-ponga, ale bawiliśmy się świetnie. Potem przez cały czas były już bardziej przemyślane tygodniowe turnusy, czasami nawet i dwa(tzn. organizowane w dwóch kolejnych tygodniach przez dwóch różnych księży). Chyba tylko raz nie było zorganizowanego tego typu wypoczynku.
Wczoraj wieczorem mieliśmy pierwsze spotkanie w sprawie nadchodzących półkolonii. Była to dla nas wielka niewiadoma, ponieważ już w grudniu wiedzieliśmy, że nie będzie standardowych półkolonii. Sytuację podsyca fakt, że kierownikiem wypoczynku na dzień dzisiejszy wedle prawa może był ksiądz proboszcz(ksiądz Oskar też ma wyrobiony papierek, ale nie ma trzyletniego stażu pracy w szkole). Czyli można się spodziewać wszystkiego i niczego. W sobotę przez przypadek dowiedziałam się dlaczego zrezygnowano z tradycyjnych półkolonii - wersja dla nas, animatorów: "tak bo tak", wersja dla innych: "szkoła organizuje półkolonie, a my nie chcemy z nimi konkurować", komentarz innych(szkoda tylko, że skierowany do mnie, a nie do księdza): "a to nie można połączyć sił?". Pewnie i by się dało, gdyby inni tego chcieli. A że twierdzą, że półkolonie szkolne są bez sensu...
W ogóle zastanawiam się, dlaczego to spotkanie odbyło się z księdzem Oskim, a nie z proboszczem, który organizuje te półkolonie. Oskar chory, zakasłany, z gorączką, słania się na nogach(ale na L4 nie idzie, bo kolęda i koniec semestru w szkole) próbował nam z grubsza nakreślić jaki jest zamysł tego wszystkiego: czyli trzy dni warsztatów od 16:00 do 18:00(po półkoloniach w innych miejscach), w czwartek wycieczka do Wrocławia, w sobotę bal karnawałowy, środa wolna, bo to wspomnienie św. Jana Bosko. Warsztaty mamy sobie sami wymyślić i to takie, aby zachęcić dzieciaki do przychodzenia na zajęcia do Oratorium. Czyli dowiedziałam się tego, o czym już wiedziałam.
Wiecie co, raczej należę do optymistów i osób pozytywnie nastawionych do życia, potrafiącą wyobrazić sobie to czy tamto, ale tutaj mój życiowy optymizm się wyczerpuje. Może to i jakoś wyjdzie, ale coś mi się nie chce wierzyć w jego wow-powodzenie. Pocieszające w tym wszystkim jest to, że jeżeli ten pomysł nie wypali, to w przyszłym roku wracamy z tradycyjnymi półkoloniami. No i jeszcze Boski Oski. Kurcze, niby jest już dorosłym człowiekiem, a zachowuje się jak dzieciak, który wyrwał się spod matczynej spódnicy. De facto od połowy grudnia chodzi chory i jest na moje oko coraz gorzej. Jeszcze w zeszłym tygodniu nie kaszlał jak gruźlik. Ja rozumiem, że ma gorący okres w roku liturgicznym, ale tak jak kiedyś pisała Lidia, takie przechodzenie choroby może mieć naprawdę opłakane skutki. Tym bardziej, że ma kilka zdrowotnych problemów. A szkoda by było, bo widać że to ksiądz z powołaniem do swojej posługi kapłańskiej.

niedziela, 14 stycznia 2018

656. Zamiast szukać negatywów warto skupić się na pozytywach

Dzisiaj, już 26 raz z rzędu, na ulicach naszych miast pojawili się wolontariusze zbierający dobrowolne datki na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Ciekawostką jest, że równo 11 lat temu, też 14 stycznia, również i ja stałam z puszką pod kościołem i zbierałam datki na ten cel. Potem miałam jeszcze rok później stać, nawet był przygotowany dla mnie identyfikator, pech jednak chciał, że się wtedy rozchorowałam. A potem była matura. W tym roku chciałam się zapisać, ale trochę skomplikowane były sztaby. Ale za rok, kto wie.
W moim domu zawsze byliśmy za akcją prowadzoną przez Jurka Owsiaka. Być może dlatego, że uczęszczałam do placówki dla osób niepełnosprawnych, do której chodziły różne dzieci. Także takie, które były "roślinkami". Kto wie, czy gdyby Jurek Owsiak wpadł na ten pomysł kilka lat wcześniej, to może ich życie potoczyłoby się całkowicie inaczej. Im już niewiele pomóc, ale innym dzieciom - dlaczego nie. Orkiestra od początku zbiera pieniądze na sprzęt potrzebny do ratowania najmłodszych pacjentów polskich szpitali, a od niedawna także wspiera szpitalne oddziały geriatryczne. Czyli, paradoksalnie, dziecko, które skorzystało ze sprzętu zakupionego przez fundację na początku swojego życia, może też skorzystać z innego sprzętu u jego schyłku.
Różne są motywy odmowy wspierania WOŚPu. Pamiętam jak ja zbierałam pieniądze, to jedna Pani odradziła drugiej wrzucenia złotówki do puszki, bo to "pójdzie na Owsiaka i na narkotyki". Bardziej bym się bała dać żebrakowi na ulicy, niż wrzucić ten pieniążek do puszki. Innym razem przeczytałam komentarz pewnej pannicy, że ona nie popiera WOŚP-u, bo po pierwsze, wyręcza ona państwo polskie w zakupie sprzętu z podatków, a poza tym to w żadnym z szpitali, do którego chodzi, nie widziała słynnego sprzętu z serduszkiem... No litości! Gdyby to państwo miało zakupić te wszystkie sprzęty z podatków, to w życiu by tego nie zrobiło! Ile dzieci nie udałoby się wtedy uratować? Ile starszych ludzi musiałoby żyć w niewygodzie? Trudno też wymagać, aby w każdym polskim szpitalu od razu znalazł się sprzęt zakupiony z funduszy fundacji. Zresztą to jest tylko sprzęt i też czasami może się popsuć. Ktoś inny napisał, że woli pomagać konkretnym osobom, niż Owsiakowi, podając przy tym szereg mniej lub bardziej potępiających jego działalność argumentów. No i pięknie, niech pomaga. Ale dlaczego zniechęca do wspierania WOŚP-u innych? W ogóle miałam w liceum taki pomysł, aby ten, kto jest jawnie przeciw WOŚP-owi, to żeby napisał sobie oświadczenie, że był przeciw tej akcji i nie życzy sobie korzystać z zakupionego z uzbieranych wtedy pieniędzy sprzętu. Tym bardziej, że Owsiak pomaga też prywatnym ludziom. Wiele niepełnosprawnych dzieci dostało od niego matę do masażu w wannie, syn mojej byłej trenerki otrzymał pompę insulinową. A co mają powiedzieć matki dzieci z tego artykułu: https://www.deon.pl/inteligentne-zycie/wychowanie-dziecka/art,804,bez-wosp-nie-zyliby-nawet-godzine55555.html
Dlatego nawet kiedy nie popierasz inicjatywy WOŚP, to proszę, nie zniechęcaj innych do brania w niej udziału. Kto wie, może ich złotówka przyczyni się do uratowania życia temu najmłodszemu dziecku?

środa, 10 stycznia 2018

655. Do czego zdolni są czytelnicy bloga, czyli trzy blogowe historie

Bloguję od trzeciej klasy gimnazjum, czyli już jedenasty rok. Można powiedzieć, że jestem już blogerem - seniorem. Na początku przez jakieś 7 lat z przerwami prowadziłam bloga poświęconemu ulubionemu zespołowi. Potem od 2012 do początku 2014 roku pisałam bloga, już o moim prywatnym życiu. Ponieważ odkryły go pewne osoby zmuszona byłam go zamknąć. Tego bloga założyłam kilka miesięcy później. Staram się go pisać tak, aby w razie czego nie mieli się czego przyczepić. No i np. wyłączone mam wyszukiwanie słów w google. Przez te jedenaście lat bardzo dużo zdobyłam doświadczeń, zarówno tych dobrych i tych złych. Miałam też kilka historii, z których nawet po pewnym czasie, wyciągnęłam coś dla siebie. Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami trzema z nich wraz z podaniem wniosków, czy też lekcji, które z nich wyniosłam.

Historia nr. 1 - Pamiętam taką sytuację sprzed, powiedzmy, 10 lat. Byłam wtedy nastolatką na zabój "zakochaną" w twórczości zespołu "Ivan i Delfin". Ponieważ wśród nastolatków panowała wtedy moda na blogi związane z idolami, również i ja postanowiłam, jeszcze w klasie trzeciej gimnazjum, założyć swojego. Przez lata systematycznie wrzucałam na niego info związane z zespołem. Z czasem zaczęły do mnie wpadać inne fanki zespołu, zaczęłyśmy się wzajemnie odwiedzać i komentować swoje wpisy. To wtedy chyba wyrobiłam sobie zwyczaj czytania całych blogów, nie ważne ile było na nim newsów. Czasami nasze teksty mówiły o tym samym, a jednak brzmiały inaczej. Gdzieś w okolicach września 2006 roku w naszej społeczności pojawiła się osoba, którą nazwijmy roboczo XYZ. Od początku jej komentowanie polegało na tekstach "Super notka, Wejdź do mnie na ... i daj komcia". No ok. w sumie mi to nie przeszkadzało, chociaż czasami było to irytujące. Z czasem zaczęłam zauważać, że jej notki są bazowane na moich. Też jakoś to przełknęłam. Czara goryczy przelała się dopiero wtedy, kiedy zobaczyłam żywcem skopiowaną ode mnie biografię Ivana. Coś, nad czym pracowałam przez kilka wieczorów, bo chciałam, aby blog się jakoś wyróżniał wśród innych. Tymczasem ktoś w kilka minut wszystko skopiował(łącznie z błędem ortograficznym, który zauważyłam dopiero na tamtym blogu). Kiedy zobaczyłam co się stało, poprosiłam dziewczynę o wyjaśnienie całej sytuacji. Oczywiście wypierała się tego twierdząc, że pisała je przy siostrze, która następnie stała się jej ciocią. Chociaż postraszyłam ją trochę konsekwencjami plagiatu(wiecie, zaczyna się od bloga, potem są wypracowania, a kończy na pracach dyplomowych), na niewiele się to jednak zdało. W końcu odpuściłam, bo zbliżały się testy semestralne i miałam co innego na głowie niż walkę z małolatami, czego żałuję - pamiętaj, nikt nie ma prawa kopiować od Ciebie tekstów czy też zdjęć bez Twojej zgody. Zwłaszcza kiedy poświęciłeś im sporo czasu. Jeżeli zobaczysz u kogoś swój żywcem skopiowaną notatkę - interweniuj. Nawet w internecie działa ustawa o ochronie praw autorskich, a dla informatyków sprawdzenie czy dany tekst pojawił się na stronie wcześniej to przysłowiowa kaszka z mleczkiem.
Historia 2 - Minęło kilka lat. Zaczęłam prowadzić blog o własnym życiu i przemyśleniach. Niemal od początku komentowała go moja rówieśniczka, a za razem wyznawca religii luterańskiej. Podobnie jak teraz, także i wtenczas sporo pisałam o tym co się dzieje w mojej parafii i oratorium. Pamiętam, jak z entuzjazmem pisałam o peregrynacji relikwii świętego Jana Bosko, która była wyróżnieniem dla naszej parafii. Byliśmy jedynym kościołem w diecezji, który tego dostąpił. Niemal natychmiast przeczytałam komentarz, że pójdę za czczenie relikwii do piekła, bo Biblia tego zabrania. Cieszenie się z kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości też było błędem - bo przecież jesteśmy pod zaborem ekonomicznym. W jednym komentarzu czytałam, że Bóg jest Bogiem zazdrosnym, mściwym itd., czyli o obrazie Boga ze Starego Testamentu, a w drugim, że Trzecie Przykazanie Kościelne zostało zniesione wraz z nastaniem Nowego Przymierza(ale o obrazie miłościwego i kochającego Ojca już zapomniała). To trochę tak, jakby przywoływała te cytaty biblijne, które były dla niej wygodne w danej chwili do podważenia tego, co napisałam. Czasami jej metody ewangelizacji były bardziej nachalne od wizyt Świadków Jehowy, które piętowała na swoim blogu. I jeszcze wtrącała się w komentarze innych osób, oczywiście tworząc teologiczne, luterańskie wywody. Nie mam nic do wyznawców tej religii, ale po prostu męczyło mnie takie nieustanne narzucanie swojego zdania. A wszystko w imię uświadamiania mnie w sferze religijnej. Czara goryczy przelała się po jej komentarzu po notatce dotyczącej przygotowań do balu nazwanego roboczo andrzejkowym. Roboczo, bo tak naprawdę była to normalna dyskoteka. Ale oczywiście musiałam przeczytać, że wróżenie jest sprzeczne z wiarą i jej się w głowie nie mieści, że nasz proboszcz na to pozwolił. Tutaj miarka się przebrała, a ja już miałam dosyć tej religijnej manipulacji i ciągłym pokazywaniem, że jako katoliczka tak mało wiem o wierze i treści zawartych w Piśmie Świętym. Napisałam jasno i wyraźnie że nie życzę sobie takiego zachowania. Poskutkowało, nawet jeżeli wchodziła na mojego bloga, to go nie komentowała - każdy z nas jest inny i ma swoje poglądy religijne, czy polityczne. Mamy do tego prawo. Tak samo jak każdy czytelnik ma prawo wyrażania opinii na dany temat w formie komentarza. Nawet o charakterze negatywnym. Natomiast nikt nie ma prawa do natarczywego przedstawiania nam swoich poglądów w komentarzach. Jeżeli jesteśmy wierzący to pamiętajmy też, że obok nakazów i zakazów Bóg dał nam też Wolną Wolę oraz sumienie, które powinno nam podpowiedzieć, czy dane zachowanie jest dobre, czy też nie. Poza tym każda religia jest inna i każda wytycza inną drogę do Zbawienia. Dlatego jeżeli wiemy, że dana osoba jest innego wyznania, to czasami trzeba sobie odpuścić przymusowego "zbawiania ich", bo w ten sposób tylko ich zrazimy do siebie swoimi teologicznymi wywodami.
Historia 3 - Jak wiecie czytam Wasze blogi w całości. Tzn. nie od razu wszystkie, ale na pewno na każdego z Was przyjdzie pora. Wielokrotnie spotkałam się na nich ze stwierdzeniem, że zamykacie swojego bloga, bo pod notatkami jest mało komentarzy, albo macie za mało obserwatorów. Zawsze mi się wydawało to dziwne. Nigdy nie miałam parcia na komentarze. Owszem, miło jak one się pojawiają, miło jak widzę, kiedy ktoś dołącza do grona obserwatorów, jednak nie to jest dla mnie priorytetowe. Zresztą ja też czasami czytam Wasze posty bez komentowania, bo po prostu nie wiem co napisać bądź nie mam na to zwyczajnie czasu. Zwłaszcza ostatnio. Jednak zamknięcie bloga z powodu tego, że został on wykorzystany przeciwko nam jak najbardziej rozumiem. Każdy z nas dba o swoją dobrą opinię, nic więc dziwnego, że czujemy się niezręcznie w takiej sytuacji. Z takiego powodu zamknęłam przed laty swojego pierwszego bloga. Tak samo czułabym się źle, kiedy jakiś nachalny czytelnik śledziłby każdy mój krok, wysyłał kwiaty do mojego miejsca pracy. Albo gdybym zmieniła status bloga na "zamknięty" i zaprosiła do niego tylko grono "zaufanych" osób. I któraś z tych osób wykorzystałaby w perfidny sposób napisała z fikcyjnego konta na facebooku do moich bliskich, że tak i tak napisałam na nich na blogu. Uwierzcie mi, po takich "akcjach" zamknięcie bloga z powodu braku komentarzy czy obserwatorów jest naprawdę błahym powodem - kiedy porównujesz swojego bloga do blogów swoich znajomych i widzisz, że np. mają oni o wiele więcej obserwatorów, pomyśl sobie, ilu z tych obserwatorów naprawdę wchodzi na ich bloga. Tak samo z komentarzami - być może inni mają setkę komentarzy pod swoim postem, ale nie mają one związku z jego treścią. Tymczasem my możemy mieć po kilka, a nawet dwa, trzy komentarze pod notatką, ale mogą one być bardziej wartościowe niż tysiąc pod notką innej osoby. Jeżeli dalej chcesz z tego powodu zamknąć bloga to pomyśl sobie co byś zrobił/a, gdyby informacje na nim zostały wykorzystane przeciwko Tobie...

wtorek, 9 stycznia 2018

654. Hej kolęda, kolęda, hej kolędy to czas

W polskiej tradycji katolickiej trwają doroczne odwiedziny duszpasterskie zwane tradycyjnie "kolędą". Ponieważ prawo kanoniczne nie określa czasu w ciągu roku, który byłby najbardziej odpowiedni na wizytę kapłanów w domach ich parafian, przyjęło się, że będzie to okres po świętach Bożego Narodzenia do święta Ofiarowania Pańskiego. Chociaż słyszałam o parafiach, gdzie doroczną kolędę rozpoczyna się już w okresie adwentu, jak i takich, gdzie ksiądz dzieli parafian na trzy grupy i każdą z tych grup odwiedza co trzy lata.
Priorytetowym zadaniem kolędy jest modlitwa księdza wraz z parafianami w ich własnych domach, poświęcenie dobytku oraz błogosławieństwo dla mieszkającej w nim rodziny na cały rok. Dodatkowo jest to okazja do bliższego poznania parafian, rozmów na tematy rodzinne i duszpasterskie, jak też przedstawienie programu duszpasterskiego na najbliższy rok. Dawniej, kiedy katecheza nie odbywała się w szkołach, księża sprawdzali stan wiedzy religijnej dzieci i młodzieży.
Chociaż dla niektórych jest to przykry obowiązek(zwłaszcza tzw. koperta, która przecież nie jest obowiązkowa), to przecież jeżeli tylko jesteśmy osobami wierzącymi, powinniśmy przyjąć księdza.  Nie wiem dlaczego, ale ja zawsze mam przeświadczenie, że w pierwszej kolejności przyjmuję Boga w moim domu, a dopiero później księdza. A przecież każdy z nas chciałby, aby do niego przyszedł sam Bóg, prawda? I może takie nastawienie pomaga mi pojąć wizytę duszpasterską jako przywilej, a nie coś niezręcznego. Jednak nie każdy jest tak nastawiony do tego spotkania jak ja. Dlatego poniżej znajduje się 10 porad, które mogą nam pomóc w przetrwaniu tych kilku minut.
  1. Nie gaśmy światła, nie udawajmy, że nas nie ma, nie knebluj młodszego rodzeństwa - przyjmij kolędę i nie uciekaj od tego spotkania. Nastawienie, że chcesz spotkać się z księdzem i w tym roku nie będziesz siedzieć cicho, kiedy ministranci zapukają do twoich drzwi to podstawa;
  2. Pytajmy, o co chcesz, ale bez przesady - nie obawiaj się zapytać księdza o nurtujące cię problemy związane z Kościołem. Nie rozumiesz czegoś z nauki Kościoła? To dobry moment na krótką rozmowę na ten temat. Ostatnio przeczytałeś lub obejrzałeś coś co budzi twoje wątpliwości w kwestii wiary? Zapytaj eksperta. Przecież każdy ksiądz jest teologiem, a to oznacza, że zna się  na Panu Bogu i kościele. Trudno jednak od niego wymagać, aby specjalizował się w polityce, sprawach sercowych bądź notowaniach na giełdzie;
  3. Porozmawiajmy o naszej parafii - taka rozmowa powinna być kluczowym momentem kolędy. To dobry czas na wymianę informacji dotyczących funkcjonowania parafii. Podczas niej możemy otwarcie powiedzieć, co nam się podoba, a co nie, zaproponować jakąś zmianę, wyrazić swoją opinię na temat zbyt długich kazań bądź organisty, którego śpiew bardziej przeszkadza niż pomaga w liturgii. Trzeba wiedzieć, że wiele rzeczy mających miejsce w parafiach jest irytująca z perspektywy wiernych, ale księża nie zawsze o tym wiedzą. Dlatego taki komunikat ze strony parafian jest szczególnie ważny;
  4. Nie róbmy z mieszkania sauny fińskiej - nie odkręcaj maksymalnie kaloryferów, ani nie zamykaj szczelnie okien. Ciągłe wychodzenie z gorąca na zimno, jak też przechodzenie z jednego mieszkania do drugiego może skończyć dla księdza i towarzyszących mu ministrantów szybkim pójściem na chorobowe. Zadbajmy o to, aby temperatura w pomieszczeniu była odpowiednia, ale nie za wysoka. Pamiętajmy też, że ksiądz jest w ciągłym ruchu - raczej nie jest mu zimno, a jeśli tak, to na pewno nam to powie;
  5. Ksiądz to nie wnuczek, więc nie wciskajmy mu sernika na siłę - wizyta księdza nie wiąże się z tygodniowym przygotowaniem posiłki, trzydaniowego obiadu oraz deserów. Awaryjnie można trzymać w lodówce sałatkę, a na półce herbatę. Nie zastawiajmy jednak stołu przed wizytą księdza, bo nie w tym rzecz. Zapytajmy księdza, czy życzy sobie coś do jedzenia lub picia, lecz nie wmuszajmy w niego posiłku. Bo gdyby w co dziesiątym odwiedzonym posiłku dostawał obiad, to w czasie drogi mógłby umrzeć z przejedzenia. Nie zabijajmy więc księdza kolejną porcją serniczka;
  6. Koperta to nie obowiązek - temat dość kontrowersyjny, tymczasem nie ma czegoś takiego jak przymusowa koperta z pieniędzmi dla księdza w czasie kolędy. Tak tylko się przyjęło, że zwykle dajemy mu coś jako wyraz naszej wdzięczności za wizytę oraz wynagrodzenie trudów jego posługi. Jednak w sytuacji, kiedy np. kolęda jest pod koniec miesiąca, a na koncie mamy trzy zera bez jedynki z przodu, to nic się nie stanie, jeżeli nie damy koperty. Ksiądz, chociaż żyje w celibacie, zrozumie, że ważniejsze od tego jest utrzymanie rodziny, opłata rachunków i spłata kredytu. Nie upomni się więc o pieniądze;
  7. Śpiewajmy kolędy wspólnie z ministrantami - chłopaki nieraz są zestresowani takimi występami. Na pewno będzie im raźniej, kiedy odważnie zaśpiewamy razem z nimi. Nieznajomość słów kolęd nie jest w dzisiejszych czasach problemem - wystarczy poszukać na internecie słów kolęd, które na pewno się pojawią. Albo wyjdźmy z propozycją zaśpiewania konkretnych "kawałków". Pamiętajmy też, że "śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej";
  8. Nie spowiadajmy się w czasie kolędy - chociaż w czasie kolędy powinien znaleźć się czas na rozmowę, to nie zamieniajmy go w spowiedź lub kierownictwo duchowe. Kolęda to dość krótkie spotkanie, mające na celu zapoznanie księdza z parafianami. Nie ma więc czasu na poznanie problemu drugiej osoby, historii jej życia, czy też oceny działań. Dlatego trudno jest oczekiwać, że w pędzie między kolejnymi mieszkaniami ksiądz zdąży nas wyspowiadać;
  9. Wróćmy z pracy - dobrze jest uczestniczyć w kolędzie całą rodziną. Dzięki temu ksiądz dowie się więcej o nas i my o księdzu. Taka sytuacja sprzyja też temu, że każdy może zadać księdzu pytanie i z nim porozmawiać;
  10. Zaprzyjaźnijmy się z księdzem - kolęda jest najlepszym czasem na poznanie księdza i oswojeniem się z myślą, że to nie tylko kościelny urzędnik, ale przede wszystkim człowiek, z którym można nawiązać przyjaźń. Nie zaszkodzi więc wziąć numeru telefonu, maila albo odnaleźć się wzajemnie na Facebooku. Niektórzy księża to prawdziwi "socjal media ninje" i pozytywnie was zaskoczą, jeśli tylko damy im szansę.
A skąd taki temat? A stąd, że właśnie dzisiaj u mnie jest wizyta duszpasterska. Co prawda nie wiem kiedy do mnie dotrze, ale co tam, poczekam. 

sobota, 6 stycznia 2018

653. "Venimus adorare eum"

W wielu polskich miastach w dniu 6 grudnia wyruszają Orszaki Trzech Króli. Ta piękna tradycja rozpoczęła się dekadę temu, kiedy po odegraniu jasełek w jednej z warszawskich szkół młodzi aktorzy wyszli na ulice okalające placówkę i przeszli w uroczystej procesji. Tak się to spodobało mieszkańcom osiedla, że poprosili ich, aby za rok też zorganizowali taki pochód. W ślad za uczniami poszły też inne szkoły, a w ślad za szkołami - całe wsie i miasta. W tym roku do miast, w których odbył się Orszak Trzech Króli, dołączyło również i moje. Ponieważ dotąd dane mi było tylko oglądać taki pochód jedynie na ekranie telewizyjnym, bez wahania udałam się pod kościół p.w. świętej Barbary, spod którego miał wyruszyć.
I pomyśleć, że kiedyś był to kościół
obrządku ewangelicko - augsburskiego
Pochód wyruszył spod świątyni około godziny 15:00. Prowadziła go betlejemska gwiazda.
A za nią podążali Józef z Maryją niosącą dzieciątko oraz Trzej Mędrcy ze Wschodu. Kiedy rok temu pisałam pracę zaliczeniową na Nowy Testament opisującą drogę którą prawdopodobnie przebyli trafiłam na informację, że pochodzili oni z terenów Persji.
Trasa naszego Orszaku wiodła przez trakt łączący ulicę na której znajduje się kościół z główną ulicą w mieście, a następnie do głównej bazyliki. Tak w ogóle to w maju tego roku bazylika będzie obchodzić 50 - lecie koronacji papieskimi koronami tutejszej figury Matki Boskiej przez ówczesnego prymasa Polski - księdza Stefana Wyszyńskiego oraz kardynała Karola Wojtyłę. Ale o tym napiszę w swoim czasie. Po drodze zatrzymaliśmy się m.in. przy budynku klubu kulturalnego - "Resursa", w którym swego czasu sama Maria Konopnicka miała swoje spotkania z mieszkańcami wsi Dąbrowa.
I w sumie to jest ostatnie wykonane przeze mnie zdjęcie - tyle było ludzi. A przepychać się do przodu jakoś nigdy nie potrafiłam. Na oficjalnym profilu facebookowym miasta pojawiła się jednak krótka fotorelacja z tego wydarzenia, dlatego pozwoliłam sobie kilka z nich zapożyczyć(źródło fotek: https://www.facebook.com/MiastoDabrowaGornicza/). Drugim naszym przystankiem był placyk, który nazywałam "pod piramidą", z powodu stojącej na nim fontanny w kształcie właśnie piramidy.
A potem szliśmy już prosto do bazyliki. Ponieważ trasa prowadziła przez główną ulicę w mieście(chyba nawet jest ona wojewódzka), całość zabezpieczały służby mundurowe.
Po godzinie dotarliśmy pod bazylikę, gdzie Trzej Królowie oddali pokłon Dzieciątku.
Co prawda przewidziana była jeszcze Msza święta, ja jednak już nie brałam w niej udziału. Byłam wcześniej u siebie, gdzie sprzedawałam z kolegą kredę i kadzidło. Miało być "co łaska", jednak nie wszyscy dawali, a nawet się oburzali, że takie coś to powinno być za darmo. Tak, tylko za zdobyte w ten sposób fundusze chcielibyśmy coś dokupić do wyposażenia Oratorium. A poza tym ksiądz musiał przecież kupić i woreczki, i kredę(aż trzy pudełka "szkolnej"), i kadzidła. W ten sposób coś mu się tam zwróci, a i dla nas, animatorów coś zostanie.
Tak jak pisałam na początku, na pochodzie było bardzo dużo ludzi. Nie licząc starszych pań z Akcji Katolickiej z naszego kościoła, który należy pod dekanat bazyliki, to widziałam jeszcze dziewczyny ze scholi z rodzicami(i nawet odpowiedziały mi na "cześć") oraz sąsiadów i dalszych znajomych. Spotkałam nawet katechetkę pracującą w mojej byłej podstawówce, która mnie poznała bez problemu. I z tego spotkania chyba najbardziej się cieszę.

piątek, 5 stycznia 2018

652. Lekarz nie zawsze musi mieć rację

Oglądałam wczoraj "Sprawę dla reportera". Jedna z prezentowanych spraw dotyczyła małego, zaledwie półtorarocznego Frania, który od wielu miesięcy leży w jednym z krakowskich szpitali. Chłopiec zmaga się z epilepsją, zdiagnozowano u niego także zanik mięśni, oddycha za pomocą respiratora. Rodzice chcieliby zabrać synka do domu, gdzie mogli by przebywać z nim 24 godziny na dobę, a nie jak w szpitalu, przez kilka określonych godzin. Tymczasem na takie słowa wypowiedział się przebywający w studiu lekarz, twierdząc że zabranie dziecka do domu jest wykluczone, ponieważ przeszkadza w tym respirator. Tia... może i bym w to uwierzyła, gdybym nie przeczytała tyle blogów o dzieciach, które oddychają za pomocą respiratora i przebywają w rodzinnych domach. Ba, nawet chodzą do szkoły i zwiedzają świat. Z respiratorem, rzecz jasna. Co ciekawe, większość rodziców słyszała te same słowa: że sobie nie poradzą, że jedynym słusznym miejscem dla dzieci z respiratorem jest szpitalny oddział itd., itp. Tymczasem wszyscy rodzice, którzy zabrali swoje dzieci do domu zgodnie twierdzą, że w szpitalu ich pociechy nie rozwinęłyby się tak jak w domu. Więc może czasami warto wyjść poza pewne określone ramy postępowania i pomyśleć przede wszystkim o dzieciach, dla których każdy dzień jest na wagę złota? A może po prostu łatwo mi mówić, bo nie jestem lekarzem...

środa, 3 stycznia 2018

651. A nawet gdyby ona zapomniała, ja nie zapomnę o Tobie

Wyobraźmy sobie taką sytuację...
W pewnej rodzinie ma przyjść na świat dziecko. Szczęśliwi rodzice urządzają jego pokoik, malują ściany, kupują ubranka i zabawki. Chcą, aby maleństwu było jak najlepiej. Kiedy po dziewięciu miesiącach pojawia się wreszcie na świecie wszyscy przychodzą je zobaczyć, przynoszą prezenty, wydają kolację na jego cześć, gratulują szczęśliwym rodzicom. Taki stan rzeczy trwa przez mniej więcej tydzień. A potem? Potem wszyscy o nim zapominają. Noworodek leży sam w łóżeczku zapomniany przez wszystkich. Nie, nikt mu nie zrobił żadnej krzywdy, po prostu o nim zapomniano i zostawiono samemu sobie.
Normalnie sytuacja ta wywołała by w większości z nas oburzenie. Pewnie zostałyby wezwane programy interwencyjne telewizyjne, typu "Uwaga", czy też "Interwencja".  No bo jak można zapomnieć o maleńkim, bezbronnym dziecku!
Ale... czy my czasem nie postępujemy podobnie w stosunku do pamiątki Narodzenia Pańskiego? Najpierw przez kilka dni świętujemy, podziwiamy piękno stojących w naszych kościołach szopek, a potem najzwyczajniej w świecie zapominamy o Bogu, stawiając go na dalszych miejscach? Tymczasem Bóg powinien być obecny w naszym życiu na co dzień, a nie tylko w święta takie jak Boże Narodzenie, czy też Wielkanoc.
A ja wracam do pisania reportażu z naszej oratoryjnej zabawy karnawałowo - przedsylwestrowej. Boski mnie prosił, do jakiejś gazetki inspektorialnej(tzn. takiej, która ma zasięg w całej salezjańskiej inspektorii wrocławskiej - od Poznania po Sosnowiec). Tylko tak jakoś weny brak...

poniedziałek, 1 stycznia 2018

650. Rok z Matką Bożą

Witam Was bardzo serdecznie w pierwszy dzień Nowego Roku. Jaki on będzie - nikt tego nie wie. Ale bardzo dużo zależy tutaj od nas samych, od tego, jakie kroki podejmiemy, na jakie warianty się zdecydujemy. Ważne, abyśmy żyli w zgodzie z samymi sobie, tak abyśmy niczego nie żałowali.
Czasami mam różne życiowe rozkminy. Przez wiele lat dotyczyły one chociażby różnych nazewnictw Matki Boskiej. Dzisiaj, 1 stycznia wspominamy na przykład Matkę Boską Rodzicielkę, kiedy indziej Gromniczną, czy też Wspomożycielkę Wiernych. Właściwie w każdym miesiącu przypada jakieś wspomnienie Maryi Panny. Nawet nie wiem, w jaki sposób niektóre z nich ułożyły mi się w wątpliwej jakości wiersz, który choć trochę pomaga zapamiętać jakie nazewnictwa Matki Syna Bożego w poszczególnych miesiącach. A więc startujemy od stycznia.

Gdy nowy rok się zaczyna,
to radość z nas bije wielka
wspomnienie wtedy obchodzi
Maryja - Boża Rodzicielka.
Lutową zamieć oświetla,
płomień gromnicy bezpiecznej.
Swoje modlitwy kierujemy,
do Matki Bożej Gromnicznej.
Dziewięć miesięcy przed grudniem
25 marca dokładnie
Uroczystość Zwiastowania Pańskiego
w naszym kalendarzu wypadnie.
Na drzewach pojawiły się liście,
przy płocie zakwitły już kwiaty.
Najwyższy czas na wspomnienie,
Maryi Panny, Matki, Dobrej Rady.
W maju Królowej Polski,
Maryja dostała wspomnienie.
A potem Maryi Panny Fatimskiej,
na pamiątkę objawień w Fatimie.
Nieustającą pomoc, 
od Matki Bożej otrzymujemy.
Przy końcu czerwca to wspomnienie,
w Kościele polskim świętujemy.
Jagodna drugiego lipca,
Szkaplerzna - szesnastego.
W cichości swojego serca,
wysłucha człowieka grzesznego.
Anielską, Śnieżną, Kalwaryjską,
w sierpniu jest nazywana.
Wniebowzięta 15 sierpnia,
bo duszą i ciałem do nieba została zabrana.
We wrześniu została zrodzona,
8 dnia miesiąca - tak mówi tradycja.
Zaś piętnastego Bolesna,
bo zaznała bólu za życia.
Malutkie paciorki różańca
przesuwamy od samego rana.
W miesiącu różańca świętego,
Różańcową jest nazywana.
W swej epopei umieścił Mickiewicz
frazę "I w Ostrej świecisz Bramie"
Więc wspominamy Matkę Ostrobramską,
W listopadowej, deszczowej zadumie.
Grudniowa Niepokalana,
bo wszak bez grzechu była.
Na prośbę samego Pana,
Jezusa w stajence zrodziła.