Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 30 maja 2025

2197. Chwile godne zapamiętania

Nie mogłam iść z osobistymi życzeniami do Księdza Niosącego Światło w dniu rocznicy jego święceń kapłańskich. Wysłałam do niego co prawda życzenia SMSem, ale przecież zawsze lepiej zrobić to osobiście. Tym bardziej, że od kilku dni była już przygotowana kartka na tą okazję. No, nie jest ona może idealna, może jest nierówno narysowana, a pismo to już zupełnie, ale jest. Dla mnie dokonał się za to kolejny kamień milowy. Wiem, że dziwnie to zabrzmi, ale pierwszy raz w życiu udało mi się użyć cyrkla, aby oddać kulistość Ziemi. Dla innych to nic, ale dla mnie... coś co po wielu, wielu latach w końcu mi się udało.
Nawet nie wiecie jak trudno jest wymyśleć kartkę dla kapłana, żeby nie była banalna i żeby nie przesadzić. Nie jestem z niej w 100% zadowolona, ale chyba nie wyszła tak najgorzej. A do tego kolejna owieczka z cytatem biblijnym. Słodyczy nie może jeść, niech się chociaż takim czymś takim. Rok temu był zachwycony tym pomysłem więc już wtedy postanowiłam go kontynuować. Tym razem wybrałam fragment z Psalmu 116, a mianowicie wersety 12-13.
Wiedziałam, że szybciej niż wieczorem nie dam rady podejść. I w sumie to dobrze się stało, że nie poszłam wczoraj, bo i ja miałam pierwszy w tym semestrze dosyć obszerny egzamin na głowie, i jak się okazało, ksiądz wczoraj też się tak źle czuł, że właściwie cały dzień przeleżał w łóżku. Aż ciśnie mi się na usta "a nie mówiłam po bierzmowaniu, że ten kaszel to raczej nie przeziębienie". Ale dzisiaj, dzisiaj już miałam głowę wolniejszą od myśli typu "do zobaczenia we wrześniu na poprawce". W sumie dobrze mi poszedł ten egzamin, rzec by - za dobrze. I naprawdę było mi przykro, że wyszłam z lepszą oceną od Madziołka, który dwoił się i troił, aby odpowiedzieć w satysfakcjonujący sposób. Czasami coś jej tam podpowiedziałam, ale też bez przesady, żeby wykładowca się za bardzo nie zdenerwował.
Po egzaminie wróciłam do domu, bo do pracy miałam dopiero na 13:30. Miałam więc chwilę, aby napisać księdzu całą kartkę A4 życzeń i popisać się swoją interpretacją treści teologicznych (jak to ostatnio było na Piekarniku? "Teologia milczy. I Karolina też"). Ale też nie chciałam przesadzić. Jeszcze by mi się chłop za bardzo wzruszył, spadłyby mu z tego wszystkiego wyniki, na Lednicę by nie pojechał. Kogo by to była wina. No oczywiście, że moja.
Przez remonty spóźniłam się na wieczorną Mszę. Do tego jednak zdążyłam się przyzwyczaić. I nie tylko ja. Księdza jednak nie było przy ołtarzu. No ok, chociaż wszystko się mogło zdarzyć. Po nabożeństwie majowym z drżącym wnętrzem poszłam na zakrystię zapytać, co z Księdzem Niosącym  Światło. Proboszcz mi powiedział, że nie najlepiej się dzisiaj czuje i jest na plebani. Ale jak bardzo go potrzebuję, to żebym chwilę poczekała, bo oni zaraz i tak idą do domu. Dodatkowo zapytał o moją ostatnią operację, bo dotąd nie miał okazji, a trochę się zmartwił. Nie no, wszystko idzie ku dobremu - szwy zdjęte, a wycięcie objętego zapaleniem obszaru było najlepszą z możliwych opcji. Na jakiś czas mam spokój. Teoretycznie.
Na plebani chwilkę czekałam, aż wielebny zejdzie z góry. W zasadzie to nie wydawał się zbytnio zdziwiony moją obecnością, a raczej mimo wszystko się cieszył. Bez sutanny, w samej koszulce i spodniach dresowych wyglądał zgoła inaczej. Wreszcie przytył, ale nie oznacza to, że jest gruby. Jak sobie pomyślę jak wyglądał w styczniu - cieniutki jak patyczek. A wystarczyło zmienić sposób żywienia. Tak trochę jąkając się powiedziałam mu z czym przychodzę i wyjęłam z plecaka Tatarkiewicza (na co usłyszałam komentarz: "Lolek, chowaj to z moich oczu. Do dzisiaj mam awersje do filozofii". W sumie to ja się tej awersji dopiero nabawiam), w którego wepchnęłam kopertę z kartką i owieczką. I wtedy powtórzył mi to, co napisał dzień wcześniej w SMSie zwrotnym - że prawdopodobnie jestem jedyną osobą, która pamiętała o rocznicy jego święceń albo w ogóle wiedziała. Przesada, gdyby tylko widział ile osób przyszło na Mszę z okazji jego 20lecia kapłaństwa. A potem zaproponował mi herbatę. Żartował, że ciasta co prawda nie ma, ale herbata zawsze się znajdzie.
Trochę mi było głupio, że siedzę w tej ich kapłańskiej kuchni, a on robi mi herbatę. Tym bardziej, że było widać, że jeszcze nie najlepiej się czuje. Ale gorączki już nie miał, nie był taki osłabiony jak dzień, dwa wcześniej, nie bolała go głowa, a już na pewno nie tak bardzo jak wcześniej. No właśnie, ta jego głowa trochę mnie niepokoi, ale twierdzi, że ma już termin i do neurologa i awaryjnie do onkologa na lipiec, ale to raczej nic poważnego, bo takie bóle miewał już wcześniej. Nie no, lepiej jest to sprawdzić. Tak trochę też podpytywał o moją ostatnią operację. Powiedziałam mu, że już wszystko dobrze, nawet szwy już mi zdjęli dzień wcześniej. No i oczywiście po ubiorze (biała koszula, kamizelka i granatowe spodnie) domyślił się, że miałam jakieś zaliczenie. Opowiedziałam mu jak rano zdawałam HK i z czego mnie odpytywali. I tak przez jakeś 30 minut gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Tak sobie myślę, że ksiądz Kris może być ze mnie dumny, przedstawiłam Księdzu Niosącemu Światło całą historię Frassatiego i Ciemnych Typów.
A potem, kiedy wracałam, po prostu chciało mi się wyć. Wiem, że to wszystko skończy się stosunkowo szybko. Może kwestia tygodni, miesięcy, może roku. I Ksiądz pewnie też to wie. Ale jakoś nie daje tego odczuć. Robi wszystko, aby było normalnie na tyle, na ile może i na ile pozwalają mu siły. Teraz widać, że żyje Lednicą, że nie może się jej doczekać, że po raz 20 będzie mógł nam potowarzyszyć w tym wyjeździe. A jedzie nas pełny, 70 osobowy, autokar. Chyba pierwszy raz. Będzie pięknie, musi być pięknie. I jemu też będzie się podobać... A przed Lednicą jeszcze czeka go Rychwałd z "Wiarą i Światło".
Ale że tylko ja pamiętałam o jego święceniach? Nie, w to akurat nie uwierzę. Na pewno jeszcze ktoś tam o nich pamiętał. A już na pewno - sam Pan Bóg. Przecież to On powołał go do kapłaństwa. Przynajmniej tak mówią.

czwartek, 29 maja 2025

2196. Gdyby tylko

W czasie mojej edukacji wielokrotnie mi zarzucano, że mam łatwiej, bo nie muszę pisać ręcznie sprawdzianów, a jak już to mogę je pisać w nieskończoność. I o ile ten zarzut z ust dzieciaków z pierwszych trzech klas jeszcze mogę jakoś wytłumaczyć pewną niewiedzą w tym wieku, o tyle usłyszenie go od 23 latka, który powinien logicznie pomyśleć, już nie do końca.
Szkoda tylko, że nie pomyślał on o tym, że jest to po prostu wyrównywanie szans, których pozbawiło mnie moje schorzenie. Że gdybym pisała ręcznie kolokwia, to nie wiem, czy bym je napisała, pewnie nie. Że nawet wydłużony czas jest wynikiem ograniczeń narzuconych mi przez ciało. Że dostosowań na studia nie dostałam w gratisie, każde musiałam uargumentować. Ja naprawdę oddałabym je wszystkie, gdyby mi się polepszyło. Więc po co ta scena zazdrości? Sama nie wiem.
Ostatnie zaległe kolokwium z zeszłego tygodnia zdane. Jutro pierwszy egzamin. Och, a potem bite dwa tygodnie dzień w dzień coś. A z tyłu głowy pojawia się pytanie, czy dam radę. Dam, może nie będzie samych piątek, ale dam.
Z tego wszystkiego nie poszłam do Księdza i nie złożyłam mu życzeń ani nie dałam kartki rocznicowej. Jutro to zrobię. A dzisiaj musi zadowolić się SMSem z życzeniami.

środa, 28 maja 2025

2195. Piętno Tatarkiewicza

Jeszcze jeden dzień i zdjęcie szwów. Jak na moje oko to wszystko goi się całkiem nieźle. Tylko na początku trochę tam podkrwawiało, zwłaszcza alergicznego. A że jest on dosyć specyficzny i charakterystyczny, to nie sposób pomylić go z żadnym innym, a zwłaszcza z przeziębieniem. Toteż działają na niego zupełnie inne lekarstwa. A raczej powinny działać, bo z tym też różnie bywa. Czasem jednak ktoś myśli, że to jakaś choroba. Nie, to nie choroba. Przynajmniej nie zaraźliwa.
Ten zabieg wybawił mnie z opresji startu w tegorocznym sezonie sportowym. Najlepsze jest to, że jeszcze na początku roku szkolnego, czy tam po przerwie wakacyjnej, umówiłam się z trenerem, że chcę trenować już tylko dla siebie samej i dla zdrowia. Poza tym mnie się tyle zwaliło w tym roku obowiązków, że nie dałam rady bez regularne treningi. Przepraszam, moja doba też ma tylko i aż 24 godziny i muszę w niej zmieścić wszystkie sprawy z bieżącego dnia. A bez regularnych treningów ani rusz. Postawa poprzedniego trenera też nie wpłynęła pozytywnie na moje nastawienie do sportu. Można się nie doprosić na zawodach dobrego zawiązania butów przed startem (bo trener przez 10 minut rozmawiał przez telefon), a potem usłyszeć pretensję, że pobiegło się tylko w takim czasie? Można. O jakości tamtych treningów nie wspomnę. Więc powiedziałam nie wszelkim zawodom dla niepełnosprawnych, przynajmniej w tym roku. Trener jeszcze próbował mnie namówić. Po operacji jednak skapitulował. I mam nadzieję, że na razie tak zostanie. Zresztą mam wrażenie, że moja przygoda z tak czynnym sportem jak kiedyś dobiegła końca. Nic nie trwa wiecznie.
A skoro nie muszę iść na trening i mam wolne póóóźne popołudnie to wracam do zmory całego rocznika, czyli filozofii w wydaniu Władysława Tatarkiewicza. Kiedy kiedyś tam Ksiądz Niosący Światło odkrył, że na filozofii w dalszym ciągu obowiązuje ten trzytomowy podręcznik, z którego i on się uczył, to aż się przestraszył. Nawet pożyczył mi swoje książki, bo sobie je kupił będąc na "świętej"* teologii. No cóż, widać, że na "biblią" pedagogiki jest dwutomowa "Historia wychowania" napisana przez Stanisława Kota (nie wiem jak, ale przebrnęłam przez obydwie części), a "biblią" nauk filozoficznych jest trzytomowe wydanie "Historii filozofii" wspomnianego Władysława Tatarkiewicza.
A taki miły akcent spotkaliśmy po drodze, w trakcie jednodniowej wycieczki do Warszawy.
Cały wydział był uśmiechnięty od ucha do ucha.
Trzeba jeszcze wymyśleć jakieś sensowne życzenia dla księdza z okazji rocznicy święceń. Tylko bez przesady, bo mi się znowu chłop za bardzo wzruszy, tak jak rok temu. Ale rok temu to była okazja niebagatelna, bo 20 lecie kapłaństwa. Owieczki podobno do dziś robią furorę. Nie wie jednak, że na 21 lecie dostanie kolejną. Jakoś mu się udało przetrwać ten rok. Były wzloty i upadki, ale jest z nami. 

* Sam ją tak określa

wtorek, 27 maja 2025

2194. Zjednoczeni w Duchu, zjednoczeni w Nim

Tak właściwie to nie chciałam podejmować się tego zadania. Nie widziałam siebie w roli nauczycielki mającej coś przekazać zgrai niesfornych nastolatków. No dobrze, ktoś powie, to co ty robisz w pracy. No, niby pracuję z młodzieżą (bo 12-latków już do nich śmiało zaliczam), ale w grupie jest ich znacznie mniej, a jeżeli tłumaczę coś komuś z lekcji, to zazwyczaj indywidualnie, może w małych grupkach. A tu nagle miałam dostać 54 czternastolatków. Niby rok temu byłam na 2-3 spotkaniach w ramach zastępstwa, ale potraktowałam je na luzie. W końcu Ksiądz Niosący Światło niemal wszystko ogarniał. Na tyle na ile mógł. Teraz miałam mieć planowo 50% spotkań z drugim rokiem przygotowań do bierzmowania i tyleż samo z pierwszym. 
Kiedy usłyszałam to we wrześniu, odpowiedziałam księdzu, że nie ma mowy, że nie uniosę takiego ciężaru i takiej odpowiedzialności i że niech sobie szuka kogoś innego do pomocy. Po trochu miałam już dosyć wszelkich kościelnych wolontariatów, gdzie z jednej strony człowiek starał się być na każde zawołanie, a i tak finalnie nawet nie to, że nie usłyszał zwykłego "dziękuję" na boku (czego i tak nie wymagałam), ale wręcz, że się niewystarczająco udziela. Teraz dzięki tym przygotowaniom do bierzmowania i działalności w innym Oratorium niż moje parafialne, jest z tym ciut lepiej, ale te kilka miesięcy temu byłam pod tym względem w bojowym nastroju. Nawet próbowałam się bronić argumentem, że nie chcę czegoś obiecywać, a potem nie mieć na to czasu. Usłyszałam, że to nie problem, najwyżej wypadnie kilka spotkań, albo on je weźmie. O ile też będzie na siłach. W ostateczności ksiądz Robcio. Próbowałam negocjować pod kątem wiadomości - to, że miałam ileś tam godzin na studiach zajęć teologicznych (no bo i Turystyka religijna na UPJP2 i Nauki o Rodzinie znajdują się na Wydziałach Teologicznych) nie oznacza, że jestem teologiem i że mam odpowiednie kompetencje do przekazywania wiedzy w tym względzie. A dyplom poświadczający że posiadam przygotowanie pedagogiczne miałam zaledwie od dwóch miesięcy, fizycznie - jeszcze krócej. Tu też nie widział problemu - uznał z rozmów ze mną, że mam wystarczającą wiedzę, a nawet aż nadto. Cokolwiek to oznacza w jego skali. W końcu odwołałam się do argumentu ostatecznego, czyli mojej niepełnosprawności i wady wymowy. I tego, że większość ludzi mnie nie zrozumie. Tu też nie dał się przekonać. Ale powiedział, że jeżeli mam aż takie wątpliwości, to na początek mogę spróbować poprowadzić kilka spotkań pod jego okiem, a potem zobaczymy co dalej.
W październiku przyszłam na swoje pierwsze spotkanie z tegorocznymi bierzmowanymi. Wcześniej jednak opracowałam własną koncepcję spotkań. Fakt, miałam do dyspozycji dwa podręczniki, ale chciałam, aby treści zajęć były ciekawsze od tych książkowych. Jedne oparłam więc o osobę Carla Acutisa (pierwszy rok), a drugie o Jurka Frassatiego (drugi rok). Na początku ksiądz patrzył na wydrukowany plik z ukosa, ale postanowił zaryzykować. Po kilku spotkaniach był jednak zachwycony tym pomysłem. A ja sama nie wiem, kiedy z października zrobił się listopad, z listopada grudzień, z grudnia styczeń. Najgorzej dla mnie było w miesiącach luty - marzec, kiedy to ksiądz był na przymusowym urlopie i praktycznie co tydzień miałam spotkania. A że piętnastolatki i czternastolatki mają jeszcze gorsze zachowania niż moje dwunastolatki, to niekiedy dosłownie wylatywali za drzwi z komentarzem, że "skoro przyjmują sakrament dojrzałości katolickiej, to niech tą dojrzałość pokazują". I nie tylko i mnie na spotkaniach, ale przede wszystkim u Księdza. Bo to, że jest on łagodny, to nie oznacza, że nic nie przeżywa. A to, że wymaga od nich uczestnictwa w niedzielnej Mszy świętej... No przecież wcale nie muszą chodzić do Kościoła. Do bierzmowania też nie muszą przystępować pod publiczkę. W ostateczności kilka osób zrezygnowało. A dla odmiany inne pytały, kiedy ksiądz wróci. 
Przed bierzmowaniem jeszcze trzeba było odpytać delikwentów z posiadanej wiedzy. Ksiądz zaplanował to na jeden wieczór. Ja coś czułam, że to nie wypali, ale nie ja jestem szefem wszystkiego. Ksiądz dotrwał do połowy i się poddał. W zasadzie mu się nie dziwię, bo niektórzy przekombinowali z odpowiedziami. I nie pomagało nawet moje naprowadzanie i podpowiadanie im. Na sam koniec to w ogóle stwierdził, że jestem za łagodna i że w ten sposób nigdy się nie nauczą niczego tak, aby umieć na dłużej. Nie, to nie był jego dzień. Trochę obawiałam się, że w poniedziałek, na który przeniósł resztę, zrobi jakiś pogrom, ale nie dopuścił jedynie sześć osób do sakramentu, więc nie jest źle. Jedynie ja mam wyrzuty sumienia, że może niewystarczająco ich przygotowałam. Z drugiej strony był wyraźnie przeziębiony: kichał, kaszlał, charczał, więc może dlatego był taki drażliwy. 
Bierzmowanie było na wtorkowej wieczornej Mszy świętej, więc cały dzień chodziłam poddenerwowana. Po pierwsze, nie wiedziałam czy wszystko pójdzie zgodnie z planem. No bo niby były dwie próby, niby każdy wiedział co kiedy mówi i jakie są pieśni, jednak niepokój z powodu debiutu w tej roli pozostawał. A kiedy do tego doszło przeświadczenie, że sakramentu udzieli sam główny biskup... Nie, to już by była porażka na całej linii. Na uczelni ledwie dałam radę się skupić, w pracy siedziałam niczym na szpilkach. Przez korek zdążyłam ledwie przed rozpoczęciem wszystkiego. Jeszcze wpadłam na zakrystię z relikwiami błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego, które na wydział przyniósł mi ksiądz Kris. Potem chciałam czmychnąć na chór, aby nikomu nie przeszkadzać, ale przyuważył mnie Proboszcz i kazał iść do dolnych ławek i to tych bliżej ołtarza.
Zabrzmiały pierwsze takty pieśni "Przybądź, Święty". Podczas rozmów z księżmi uznaliśmy, że jest ona bardzo dobra na wejście, ponieważ niejako przywołuje Ducha Świętego:
Świątynia wypełniła się śpiewem młodych osób. W uroczystej procesji weszła liturgiczna służba ołtarza, za nią księża a na końcu biskup, który błogosławił zebranych wiernych. Nawet Ksiądz Niosący Światło wyglądał lepiej, niż dzień wcześniej. Msza święta toczyła się swoim rytmem. Pierwsze Czytanie przypominało o pierwszym bierzmowaniu w historii dokonanym na apostołach w dniu Pięćdziesiątnicy. Dziewczynka w przejmujący sposób zaśpiewała psalm, którego refren brzmiał "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi Ziemię". Znowu Drugie Czytanie, tym razem z Drugiego Listu Tymoteusza, zawierający nakaz, aby Tymoteusz głosił Ewangelię zawsze i wszędzie, w porę i nie w porę, czy się to komuś podoba, czy nie. I w końcu uroczyste "Alleluja" wzorowane na "Alleluja na Błoniach". Potem fragment Ewangelii św. Jana o tym, jak Jezus zapowiadał swoje wniebowstąpienie. Z ciekawością czekałam co też Artur powie w homilii. Nawiązał w niej do obecności Ducha Świętego w życiu każdego z nas. Następnie nastąpiła najważniejsza chwila dla tych młodych odważnych osób. Najpierw wyrazili pragnienie otrzymania darów Ducha Świętego, a następnie w rządku podchodzili do Artura, aby ich namaścił. Wymieniliśmy uśmiechy z księdzem stojącym na ołtarzu, bo wszystko szło zgodnie z planem. Aż nadzwyczaj zgodnie. W mojej głowie pojawił się tylko jeden komentarz: "Oto młodzież, oto wiosna, ona nadzieją poranka jest"
Wraz z ostatnim bierzmowanym jeszcze raz spojrzałam na grupkę i poczułam ulgę, że co najważniejsze to za nimi. Teraz mogło już się dziać wszystko. Rozpoczęła się Modlitwa Wiernych, gdzie na każde jej wezwanie młodzież odpowiadała: 
Miałam pewne obawy jak to wyjdzie, ale chyba nie było tak źle. Tylko Artur był trochę zdezorientowany co do tego co się dzieje. A przynajmniej sprawiał takie wrażenie. W darach młodzież zaniosła kwiaty, świecę, Pismo Święte oraz chleb i wino. Ofiarowaniu towarzyszył śpiew pieśni "Liczę na Ciebie Ojcze". Po prefacji z kolei rozległo się radosne "Święty, święty, święty". I to naprawdę radosne. Tak samo jak młodzieżowa wersja "Baranku Boży". Coś pięknego. Równie pięknie wyglądał obraz młodzieży przystępującej do Komunii świętej z rąk biskupa przy dźwiękach pieśni "Zbliżam się w pokorze".
Jakoś ta wersja wydawała mi się bardziej odpowiednia od tej, którą zazwyczaj wykonuje się podczas Mszy świętej, czyli tradycyjnego wykonania. A jako drugą pieśń, jako że wiedziałam że ta jedna nie wystarczy, zaproponowałam "Uczniowie Pana" z repertuaru Magdy Anioł. 
Jako uwielbienie bierzmowani i zgromadzeni w kościele odśpiewali "Wierzę w Ciebie Panie".
Osobiście bardzo lubię tą pieśń, ma w sobie to coś. I zawsze czuję ciary, kiedy ją słyszę. Tak było i w tym przypadku. Po Komunii, a przed rozesłaniem przyszła pora na podziękowania. I tutaj podziękowanie dla biskupa jak najbardziej słuszne, dla Księdza Niosącego Światło - oczywistość, dla proboszcza, a jakże. Ale dla mnie? Aż się wzruszyłam, kiedy dwójka nowo bierzmowanych podeszła do mnie z kwiatami. Niekoniecznie na nie zasłużyłam, zwłaszcza wtedy, gdy po nich krzyczałam. Ale czasami inaczej bym do nich nie dotarła, kiedy sami krzyczeli. A po kwiatach dostałam też brawa, także od Artura. Ja już nie chcę wiedzieć, co sobie on o mnie myśli... Bo coś musi, skoro potem każe wspólnym znajomym księżom mnie pozdrowić. Spojrzałam nieśmiało na Księdza Niosącego Światło, który zanosił się akurat kaszlem, ale też bił brawo i chyba był zadowolony.
No i dobrnęliśmy do końca uroczystości. Po rozesłaniu, na wyjście, zabrzmiało "Zjednoczeni w Duchu", pieśń którą poznałam w czasach, kiedy uczęszczałam na Oazę, czyli wieki temu. Ale do dzisiaj darzę ją dużym sentymentem. Co prawda mogła być ona zaśpiewana na wejście, ale tak mi się wydawało, że idealnie ona pasuje na wyjście, kiedy dzieciaki są już napełnieni darami Ducha Świętego.
Po skończeniu pieśni razem z Księdzem Niosącym Światło rozdaliśmy bierzmowanym pamiątkowe krzyże oraz obrazki. Ja tam mu powiedziałam, że może lepiej, żeby poszedł na zakrystię i odpoczął chwilę. Szepnął mi, że odpocznie to po śmierci. O Matulu, gadaj tu z takim krnąbrnym człowiekiem. Po rozdaniu krzyży i obrazków było jeszcze pamiątkowe zdjęcie, po czym Ksiądz Niosący Światło poczuł potrzebę przedstawienia mnie biskupowi. Jakież było jego zdziwienie, kiedy okazało się, że biskup bardzo dobrze mnie kojarzy. Co prawda dla niego jestem "Czarnym", a nie "Ciemnym Typem", ale za to pamiętał jak na jednym spotkaniu mu interpretowałam fragment Ewangelii. Ksiądz Niosący Światło proponował mi jeszcze obiad z biskupem, ale jakoś nie czułam potrzeby pakowania się na ich salony. Zresztą w domu czekały na mnie równie smaczne pierogi, to mi w zupełności wystarczyło. Tak samo jak silny uścisk dłoni. Czyli coś zupełnie normalnego, chyba. Na koniec tylko zapytałam się go, czy wszystko w porządku. Stwierdził, że był u lekarza rano, że to tylko przeziębienie, że dostał już leki i niebawem powinno mu przejść. I żebym się nie przejmowała, bo mi też po tej operacji pewnie spadła odporność.
Tak sobie myślałam w drodze do domu, że to było ciekawe doświadczenie, które wiele mnie nauczyło i dowiedziałam się sporo o sobie tak samo dobrego, jak i złego. Dobre wzmocniło, słabe pokazało co należy zmienić i poprawić na przyszłość. O ile ta przyszłość jakaś będzie.

poniedziałek, 26 maja 2025

2193. Zapraszam na Lednicę (i nie tylko)

Kiedy rok temu podczas stulecia istnienia Towarzystwa Ciemnych Typów jeden z organizatorów spotkań lednickich, ojciec Tomasz Nowak, powiedział nam, że bohaterem tegorocznego spotkania będzie błogosławiony Pier Giorgio Frassati, o mało nie wyskoczyłam z fotela na auli. Już nie mówiąc o tym, ile kosztowało mnie zachowanie tego w tajemnicy przed Księdzem Niosącym Światło - fanem wspinaczek górskich oraz spotkań na Lednicy. Wiedziałam, że byłby zadowolony, nawet gdyby nie mógł jechać. Ale jednak czułam, że to by było nie fair przed organizatorami. Czekałam więc na oficjalne tego potwierdzenie od organizatorów. A potem szalałam w najlepsze.
Tak więc, miło mi ogłosić że tegoroczną Lednicą zawładną Ciemne Typy. A więc będzie się działo. 
My od początku maja zbieramy zapisy na wyjazd młodzieży z okolicy. Ksiądz Niosący Światło co niedzielę (prawie, bo tydzień temu go nie było) zapowiada wyjazd, a ja co niedzielę mam do niego jedną i tą samą uwagę: "Błogosławiony, Księże, Jurek jest jeszcze błogosławionym" - to taka odpowiedź na jego ciągłe wznoszenie go do grona świętych. Tymczasem tak gdzieś do 3 sierpnia będzie on jeszcze błogosławionym. Dlaczego Jurek? Bo tak można tłumaczyć jego włoskie imię Giorgio.
Ja znowu mam listę osób chętnych na wyjazd i oczy same mi się świecą na widok tylu bierzmowanych. Nawet ksiądz przyznał, że chyba idziemy pod tym względem na rekord. Mówiłam, żeby dać im jako patrona Jurka, mówiłam. Na kanonizację nie jadą, więc niech chociaż z Lednicy skorzystają.
A że coraz bliżej jest wydarzenia, to i znanych jest coraz więcej szczegółów. Na przykład ksiądz Kris dostał z Turynu zgodę na przywiezienie na kilka dni trumny z relikwiami Frassatiego. Będzie też jego czekan, którego używał w czasie swoich górskich wspinaczek. Ciemne Typy będę miały swój namiot, w którym będą promowały cały ruch oraz sylwetkę Pier Giorgia Frassatiego. Hasło tegorocznego spotkania brzmi "Ku górze" i nawiązuje do słów samego bohatera spotkania. Jest też hymn spotkania, który w tym roku prezentuje się następująco:
A więc warto być, warto bawić się i poznawać sylwetkę Pier Giorgia Frassatiego, nawet jeżeli nie do końca nam po drodze z górami. Powiem krótko - kto może, niech się pojawi bez względu na wiek. Będzie się dużo działo i na pewno nikt nie będzie żałował. 
A dzień później, 8 czerwca, we wspomnienie Zesłania Ducha Świętego w katowickiej archikatedrze zaplanowane jest czuwanie przy nietypowej relikwii związanej z błogosławionym Pier Giorgiem Frassatim, czyli jego czekana. 
Hm... jak zaproponowałam Księdzu Niosącemu Światło, abyśmy wzięli na to tegorocznych bierzmowanych, to trochę mnie wyśmiał twierdząc, że jak chcę zobaczyć czekan, to może mi pokazać swój. Ja nic nie mówię, ale on ma mi już tyle rzeczy do pokazania, że życia mu na to nie starczy. A poza tym jeszcze nie jest błogosławionym ani świętym, więc te jego zabawki mają tylko podstawową wartość. Ale kiedyś może to się zmienić. A wtedy naprawdę warto będzie zobaczyć i jego sprzęt.
Ale czekan należący do Jurka... Taki sprzed stu lat... To może być ciekawe.

niedziela, 25 maja 2025

2192. Zorientowany

Włączyłam sobie ostatnio transmisję Anioła Pańskiego z Watykanu z papieżem Leonem. Wróć, to nie  był Anioł Pański, a "Regina Coeli" odmawiane tradycyjnie w okresie wielkanocnym. Byłam ciekawa, czy jego styl w znaczny sposób odbiega od tego, do czego przyzwyczaił mnie Franciszek. Wiem, że to mało patriotyczne, ale jakoś tak jego pontyfikat jest mi najbliższy.
Po modlitwie papież zazwyczaj mówi kilka słów do zgromadzonych wiernych. Przynajmniej tak było za Franciszka. I za Benedykta XVI. I za Jana Pawła II chyba też. Zastanawiało mnie, czy Leon pójdzie tym samym tropem. Poszedł. I nawet skierował kilka słów do Polaków. Głównie mówił o księdzu Stanisławie Streichu, ofierze fanatyka, komunisty, który został zastrzelony podczas sprawowania Mszy świętej, a którego dzień wcześniej beatyfikowano w Poznaniu. 
O beatyfikacji słyszałam, nawet widziałam fragment na youtube. O samym błogosławionym wiem niewiele. Jednak życiorysy świętych i błogosławionych leżą w sferze moich zainteresowań, to pewnie niebawem się to zmieni.
Jak usłyszałam te słowa Leona, ogarnęło mnie szczere zaskoczenie. No bo Leon jest papieżem zaledwie od kilkunastu dni i już byłby w tym wszystkim zorientowany? W jakiejś położonej na peryferiach świata Polsce? Co prawda sam podpisał dekret beatyfikacyjny 13 maja (a wcześniej Franciszek ogłosił jego beatyfikację), ale i tak nie spodziewałam się tego, że wspomni o tym na południowej modlitwie. Ot, taka niespodzianka. Z drugiej strony wyjaśniła się moja niepewność odnośnie tego, co z beatyfikacjami i kanonizacjami zatwierdzonymi przez Franciszka. Otóż nic. Wszystko prawdopodobnie pójdzie przewidzianym tokiem. Wyjątkiem była kanonizacja Carla Akutisa. Ale to była też wyjątkowa sytuacja, czyli sede vacante - brak głowy Kościoła, która ma przywilej zaliczania kogoś w oficjalny poczet świętych. Ale pewnie i ona dojdzie do skutku. Niech tylko Leo rozkręci się w swojej nowej roli...

piątek, 23 maja 2025

2191. Uczmy się nawiązywać znajomości na ziemi. Inaczej będzie nam ciężko robić to w wieczności

Ekstremalna Droga Krzyżowa, kwiecień 2025
Nie wiem czy to już kiedyś pisałam, ale wydaje mi się, że nie mogę narzekać na brak znajomych. Zwłaszcza w ostatnim czasie. Daleko mi co prawda do jakichś ogromnych imprez. Liczba moich znajomych też nie jest powalająca w porównaniu do innych. Ale są. W porównaniu z innymi to garstka. Ale taka garstka, na którą zawsze mogę liczyć. Garstka, która nie wstydzi się powiedzieć mi "cześć" na ulicy. Garstka, która niespodziewanie zadzwoni na moją komórkę z zapytaniem, czy nie potrzeba mi niczego kupić. Garstka, która pomyślała o mnie podczas diecezjalnej jubileuszowej pielgrzymki do Rzymu i chciała wysłać mi zdjęcia z Wiecznego Miasta. Finalnie tego nie zrobiła ta osoba, bo i tak by nie doszło to zdjęcie na moją komórkę. Teoretycznie mogła to zrobić na messengera, odebrałabym na komputerze, emocje jednak zrobiły swoje i o tym nie pomyślał w tamtym momencie. Ale i tak zrobiło mi się niezwykle miło, że tam, daleko, pomyślał o kimś takim, jak ja. 
Z Wisią, Watykan, maj 2023 r
Jestem wdzięczna. Niesamowicie wdzięczna za ludzi, którzy w ostatnim czasie stanęli na mojej drodze. Za ich obecność w trudnych chwilach. Że nie wstydzą się znajomości z kimś takim, jak ja. Wdzięczność odczuwam też względem tych, którzy w jakiś sposób spowodowali te spotkania, które z czasem przerodziły się w znajomości. Że nie hamowali ich, ale wręcz sprawiali, że rozwinęły się one do obecnego stopnia. Czasem świadomie, czasem nie. Dla mnie istotne jest, że nie niszczyli ich. I że pozwolili mi być takim zwyczajnym, jakim jestem. Bez presji, bez robienia czegoś na siłę.
Warszawa, maj 2025
Z Edmundem promujemy ideę ŚDMu
Wiem, że jestem niegodna tych wszystkich znajomości, a nawet w niektórych przypadkach i przyjaźni. No bo dlaczego miałoby być inaczej? Nie jestem ideałem. Wiele we mnie wad i niedoskonałości, takich, które przy pierwszej lepszej okazji, powinny przekreślać to, co czasem budowane było przez lata, a innym razem tylko przez niewielką chwilę. Czasami powiem coś bezsensownego bez zastanowienia i pod wpływem niepotrzebnych emocji, wiem też, że nie zawsze muszą chcieć uważnie wysłuchać, co mam im do powiedzenia, co chcę im przekazać. A przecież zawsze mogliby machnąć ręką i powiedzieć, że nie chce im się tego robić. Nie robią tego. I to bez względu na wiek. Może naprawdę mnie "lubią"?
A czasem znajomości wykraczają
poza wirtualny świat
Nie ze wszystkimi znajomymi utrzymuję taki sam poziom zażyłości. To chyba naturalne i leżące w naturze człowieka. Niemożliwe jest, aby każdy, każdego lubił. Ja też nie wszystkich lubię. Dlaczego więc cały świat musi lubić mnie? Nie, to nie byłoby ciekawe. Niektóre znajomości ustały wraz np. z zakończeniem przeze mnie kolejnego etapu studiów, liceum, gimnazjum, podstawówki. Niektórych z nich jest mi faktycznie szkoda, ale dany etap edukacyjny się skończył, każdy poszedł w swoją stronę i tyle. Oczywiście są różne komunikatory internetowe przez które można podtrzymywać kontakt. Ale nie każdy ma konto na takim facebooku.
Po latach i licznych doświadczeniach muszę przyznać, że zawiązywanie znajomości wiele mnie nauczyło. Kompromisu, pokory, empatii, ale też odwagi. Bo z natury to raczej jestem nieśmiałą i wycofaną osobą. A jednak każdorazowe zawarcie nowej znajomości każe wyjść z własnej strefy komfortu i dostosowania się do tej drugiej osoby. Z każdego takiego spotkania z drugim ja staram się też wyciągnąć wnioski. Zastanawiam się z czego jestem zadowolona, a co jeszcze poprawiłabym w naszych relacjach, aby były one jeszcze lepsze, pełniejsze i bardziej satysfakcjonujące. A czasami po prostu warto zakończyć daną relację, dla komfortu swojego i innych. I to wbrew wszystkiemu, też bywa dobrą decyzją dla obu stron. Nic bowiem na siłę.
Warszawa, grudzień 2024, ze znajomymi z Wydziału Teologicznego podczas wyjazdu na ingres abpa Adriana Galbasa
Mam nadzieję, że w moim życiu przeżyję jeszcze niejedną ciekawą znajomość. Ksiądz Kris wielokrotnie powtarza na spotkaniach formacyjnych, żebyśmy się nauczyli na ziemi nawiązywać znajomości nawet z tymi, z którymi nie do końca nam po drodze. Bo jeżeli nie nauczymy się tego robić tutaj, to tym bardziej nie będziemy tego potrafili robić w wieczności. A poza tym miło jest, kiedy wybiegający z zakrystii ministrant rzuca w naszą stronę: "Cześć Karolina"!

środa, 21 maja 2025

2190. Przedbierzmowaniowo i popielgrzymkowo

Pier Giorgio Frassati - patron rocznika bierzmowanych
W przyszłym tygodniu moi kandydaci do bierzmowania przystąpią do tego sakramentu. Wcześniej jednak ostatnie spotkanie, ostatnie próby i... egzamin. Ksiądz Niosący Światło, który też już wyszedł ze szpitala, tak to wszystko zgrał, aby i zdążyć przed uroczystością i zbytnio mnie nie obciążać. Ostatnie spotkanie przeprowadził sam, ja mam przyjść dopiero na piątkowy egzamin. O ile będę się dobrze czuła. A jakby co to mam zostać w domu. Takie mam zalecenie księdza.
Żeby mi się jednak nie nudziło to ksiądz poprosił mnie o ułożenie zestawu pytań na ten egzamin. Tylko, jak to sam zaznaczył, bez szaleństw. Bo podobno jak pyta ich w szkole o definicje pychy czy też pobożności to odpowiadają mu ogromnymi oczami. No cóż, za dużo od nich wymaga. A i oni go lekceważą. Na praktykach wystarczająco się nasłuchałam na ten temat. Ale spokojnie, postaram się o pytania łatwe, proste i konkretne, z treści, które z nimi przerobiłam. W ostateczności może prześlę je meilem księdzu. Jakbym faktycznie czuła się na tyle słabo. Tak jak na przykład dzisiaj. W planach miałam udanie się na spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego z S-ca. Jego opiekun akurat wrócił z diecezjalnej jubileuszowej pielgrzymki do Rzymu, miał podzielić się wrażeniami. To musiało być ciekawe przeżycie. I co z tego, że bardzo chciałam na nie pojechać, skoro nie byłam w stanie chodzić. Dobrze, że mam L4 do końca tygodnia - nie muszę się martwić co z pracą i uczelnią. Siła wyższa. Ale mam też nadzieję, że w piątek polepszy mi się na tyle, aby przeegzaminować chociaż część gagatków. Bo coś czuję, że jak zostaną z tym z Księdzem Niosącym Światło to może być różnie. I nikt ich nie uratuje z tarapatów.
Ogólnie to ksiądz namawiał mnie do wyjazdu do tego Rzymu, kiedy była pora zapisów. Ale już dwa lata temu pojechałam do Wiecznego Miasta pod koniec roku akademickiego i potem miałam kurcgalopek ze wszystkim. Zresztą i tak jadę do Rzymu, tyle że na Jubileusz Młodych na przełomie lipca i sierpnia. Gdybym pojechała na diecezjalną pielgrzymkę, to musiałabym z niego zrezygnować ze względów finansowych. Poza tym, gdyby tak nasilenie mojej choroby nastąpiło na pielgrzymce to byłoby nie za ciekawie. Tymczasem wycięli mi zajęty chorobowo obszar i w teorii powinno być dobrze na jakiś czas. Z drugiej strony, na pielgrzymce raczej bym się niczym aż tak nie zdenerwowała i nie skończyłoby się to dla mnie szpitalem. Ech, za dużo gdybania. Stało się, nie pojechałam i nic się nie stało. A na Jubileuszu Młodych znowu udało mi się załapać na wolontariat. Chociaż dużo bardziej cieszę się na kanonizację Frassatiego. Bo mam nadzieję, że ona odbędzie się zgodnie z planem Franciszka. 
Właśnie, muszę zagadać do księdza Krisa, czy by mi nie pożyczył relikwii Jurka Frassatiego. Wiecie, był patronem rocznika, w odniesieniu do jego osoby przekazywałam nastolatkom treści związane z przygotowaniem do bierzmowania. Dobrze by było, gdyby był z nimi obecny w tym ważnym dniu. Mam nadzieję, że ksiądz się na to zgodzi...
A tu już zdjęcie z zeszłego roku ze znajomymi z Duszpasterstwa Akademickiego z Frassatim na obrazie

poniedziałek, 19 maja 2025

2189. Nie wszystko złoto co się świeci

Bycie rekonwalescentem ma swoje dobre strony. Można na przykład podgonić pisanie prac magisterskich. Z Nauk o Rodzinie powinno mi się udać obronić ją w czerwcowo - lipcowym terminie, z Pedagogiki może być trudniej. Wyjątkowo nie odbieram tego jako jakąś porażkę. W zasadzie robię dwa lata w jeden rok, a więc z automatu mam rok mniej na napisanie wszystkiego. Na wrzesień jednak powinnam się wyrobić, zwłaszcza że już większość mam już ogarnięte. Jeżeli tak nie będzie - to będzie porażka. Albo i nie, mam przecież pięć lat na obronę. Nie, nie chcę szukać wymówki na siłę, wiem, że jestem niesamowicie leniwym człowiekiem i nic tego raczej nie zmieni.
Od jakiegoś czasu jedna sprawa nie daje mi spokoju. Kilka lat temu odniosłam się do pewnego projektu dedykowanego osobom niepełnosprawnym. Od początku coś mi w tym projekcie nie grało, wydawał mi się zbyt... cukierkowy. Osoba, która brała w nim udział skomentowała moje słowa, twierdząc, że nie mam racji, bo nie brałam udział w tym projekcie, i w ogóle nie mam prawa wypowiadać się na ten temat. Wzięłam to sobie do serca i nawet żyłam przez lata w przekonaniu, że ten projekt naprawdę jest taki wspaniały i godny polecenia, jak twierdziła ta osoba. Do czasu...
Nie tak dawno dowiedziałam się, że owy projekt w negatywny sposób wpłynął na tą osobę i że jednak nie do końca jest ona z tego zadowolona. Niby nie powinno mnie to interesować, a nawet ruszać, ale... poczułam jakiś taki wewnętrzny dyskomfort. Z jednej strony poczułam się dziwnie, bo ja naprawdę byłam przekonana, że udział w takim czymś jest naprawdę nauką samodzielności i normalnego życia. Przecież mieli zapewnionych tyle atrakcji. A z drugiej, tak trochę mi żal tej osoby, mimo wszystko. Bo jednak ta osoba zapewne miała co do udziału w tym projekcie jakieś nadzieje i wyobrażenia, może liczyła na większą samodzielność... Tymczasem rzeczywistość okazała się dużo bardziej brutalna. Ale wiem też, że żaden projekt tego typu nic nie da, jeżeli po jego zakończeniu niewiele chcemy zmienić. To nie muszą być spektakularne zmiany, od razu wyprowadzka do samodzielnego życia. To mogą być malutkie kroczki.
Uwierzcie mi lub nie, ale ja też nie rozpoczęłam samodzielnego życia od razu od wyprowadzki. Ale od lat się do tego przygotowywałam. Aż wreszcie wszyscy poczuli, że jestem do tego gotowa. Czasami wystarczy zmiana myślenia i więcej pokory co do tego, co przygotowało nam życie. Najpiękniejsze jego okruchy czasami znajdują się tuż za progiem. Wystarczy tylko chcieć je dostrzec i przyjąć. I może czasem też samemu wykazać inicjatywę, zamiast czekać na życiową szansę od życia? Bo możemy jej się nie doczekać...

niedziela, 18 maja 2025

2188. Cud narodzin...

Każde narodziny są cudem. Nawet te, na które nikt nie czeka. Nie łudźmy się, nie każde dziecko jest przemyślaną decyzją, niektóre są po prostu wynikiem tzw. "wpadki". Czasami matki decydują się na usunięcie takich ciąż, czasami zostawiają w szpitalu albo oddają do placówki opiekuńczo - wychowawczej, czasami traktują jako zło konieczne, a czasami przyjmują je i mimo wszystko wychowują. 
Tamte narodziny też były cudem. Według ówczesnej wiedzy lekarskiej stanowiły poważne zagrożenie dla zdrowia i życia matki. Kiedy lekarz zaproponował przyszłej matce usunięcie płodu, rodzice zaczęli szukać innego medyka, który zdecydowałby się na poprowadzenie ciążę. Znaleźli go, choć pewnie nie bez problemów. Lekarz doglądał ciężarnej. Aż w końcu przyszedł ten ważny dzień, 18 maja 1920 roku, kiedy na świecie pojawił się mały chłopiec, tulony w ramionach szczęśliwych rodziców i starszego brata.
Zdjęcie poglądowe
Ten sam chłopiec po 58 latach i pięciu miesiącach został wybrany 263. następcą świętego Piotra i przyjął imię Jan Paweł II. Przez ponad 26 lat kierował całym Kościołem Katolickim. Raz lepiej, raz gorzej. Jednak w znaczący sposób zapisał się w historii powszechnej. A przecież mogło go w ogóle nie być. Wystarczyłoby aby Emilia Wojtyła posłuchała sugestii pierwszego lekarza. Nie byłoby kolejnego cudu narodzin, nie byłoby papieża - Polaka, nie byłoby wielu pięknych chwil tego pontyfikatu. Nie świętowano by 105 rocznicy jego urodzin. A świętowanie to w piękny sposób zbiegło się w czasie z inauguracją pontyfikatu jego następcy - Leona XIV. I oto jeszcze raz Wadowice połączyły się z Watykanem poprzez osobę papieża. Urodziny jednego oraz rozpoczęcie, już oficjalne, pontyfikatu drugiego.
Żyjemy w bardzo dziwnych czasach. Czasach, w których życie zwierząt jest bardziej chronione od życia nienarodzonych dzieci. Jeżeli ktoś zrobi krzywdę psu, to jest on potępiony przez społeczeństwo. Aborcja płodu przechodzi bez echa. A nawet jest popierana, w myśl zasady, że kobieta ma prawo decydować o swoim ciele. Tylko, że płód to osobny człowiek, który już w łonie matki czuje ból, a może i strach. Jestem przerażona tym bardziej, kiedy wychodzi to od lekarzy, młodych lekarzy. Że z jednej strony są jawnie za aborcją, a z drugiej uczłowieczają zwierzęta. Że życie zwierząt stawiają wyżej od życia zupełnie bezbronnego dziecka w łonie matki. Bo jak ono ma się bronić przed światem? A może to właśnie ono będzie takim drugim Karolem Wojtyłą, który też miał zostać bezdusznie usunięty z bezpiecznego matczynego łona? Może cud narodzin będzie silniejszy od chęci sławy i zysku...

sobota, 17 maja 2025

2187. Wykończy mnie ta uczelnia

A raczej sytuacja na niej. A konkretniej - na Wydziale Teologicznym. Po wydarzeniach z połowy marca cały samorząd patrzy na siebie podejrzliwie. Przynajmniej niektórzy jego członkowie. Przewodnicząca ma pretensje o wszystko i o nic, chociaż na posiedzeniach zachowuje się tak, jakby nic się nie stało. No tak, w najgorszym wypadku cały zarząd mógł wylecieć ze studiów. Ja naprawdę to odchorowałam w kwietniu, a wyrzuty sumienia mam do dzisiaj. Chociaż najbliższe znajome z samorządu tłumaczą mi, że bezpodstawnie. Jak widać, bezskutecznie.
Przy kwietniowym wypisie ze szpitala usłyszałam, że mam się nie denerwować, bo nerwy tylko powodują nawracanie u mnie L-C, a to już rozszalało się u mnie na tyle, że tylko w szpitalu są w stanie mi pomóc. Tymczasem po pewnej rozmowie z Madziałkiem naprawdę poczułam się nieswojo. Pal sześć, że przewodnicząca, wiedząc że się przyjaźnimy, próbuje nas ze sobą skłócić. Tamtego dnia próbowała wmówić Madziałkowi, jaka ja to jestem zła, bo nie poparłam na spotkaniu u dziekana tego, co zrobiła na początku swojej kadencji. Ja po prostu zrobiłam to, co było zgodne z moim sumieniem. W nikogo nie ugodziłam, nikogo nie obraziłam, powiedziałam tylko, że to co się stało było złe i tyle. No, ale takie coś jeszcze mnie nie ruszyło. A może już nie. Zdawałam sobie sprawę z tego, że taka będzie prawdopodobnie reakcja przewodniczącej. Zdenerwowało mnie natomiast to, co potem usłyszałam. Madziałek ma bowiem pewną teorię na temat tego, jak pewna rzecz mogła wyjść poza mury samorządu. Mam nadzieję, że to tylko teoria, bo jeżeli byłaby to prawda... Nie, przewodnicząca nie mogłaby być aż tak podła, a zarazem oryginalna... A może jednak... Miałam mętlik w głowie, a zarazem jakoś tśak zaczęłam źle się czuć. I to bardzo źle. 
Skończyło się tym, że zamiast do domu to pojechałam do szpitala. Jeszcze z autobusu wysłałam SMSa księdzu Robciowi, że nie będzie mnie tego dnia na majowym i żeby sami sobie wydrukowali tekst "czytanki". Akurat Ksiądz Niosący Światło na tydzień poszedł na oddział szpitalny na badania, więc wiedziałam, że mam tych kilka dni na dojście do siebie. Nie przewidziałam jednak tego, że pod SORem natchnę się na proboszcza z ich parafii. Podejrzewam, że mój wygląd mówił sam za siebie. Proboszcz zaczął ubolewać, że jeszcze ja mu się pochoruję i tyle z tego będzie. A ja naprawdę chciałam jak najszybciej znaleźć się na oddziale, żeby tylko dali mi te cholerne leki przeciwbólowe. Na szczęście proboszczowi się spieszyło, więc poszedł w swoją stronę, a ja w swoją.
Na SORze trochę się naczekałam, ale jak już przyjął mnie lekarz, to poszło szybko. Nawet bardzo szybko, wręcz ekspresowo, bo już o 20.00 byłam na bloku operacyjnym, a zespół lekarzy dwoił się i troił kombinując, jak wyciąć objęty stanem zapalnym fragment jelita. A że już kilka kawałków mi usunęli w ciągu życia (w tym jeden prawie a zaraz po urodzeniu), to zadanie było na równi z rozwiązywaniem zadań z całek. Teoretycznie mogli próbować farmakologicznie to zrobić, ale nie wiedzieli już co mi zaserwować. Wycięcie kawałka dawało lepszy i szybszy efekt. Przy okazji mogli ten fragment wysłać na dalsze badania. A antybiotyk i tak mi dali, ale po wszystkim.
Operację miałam we wtorek, a już w środę popołudniu byłam na normalnej sali. O mało nie zleciałam z łóżka, kiedy na salę wlazł mi Ksiądz Niosący Światło wraz z rodzoną siostrą. Podobno proboszcza trochę zaniepokoił mój przypadek i przez kapelana szpitala dotarł do informacji o mnie. A że przypadkiem wygadał się swojemu wikaremu, to ten postanowił nie zważać na wszystko i jeszcze przed swoim zabiegiem wpaść zobaczyć co u mnie słychać i czy jeszcze żyję. A że była u niego siostra, to przyszła z nim. Ksiądz nie byłby sobą, gdyby nie zaczął żartować, że tylko mam mu nie umierać, bo w najbliższym czasie nie ma wolnych terminów na Msze święte. Chyba, że chcę, żeby pochował mnie proboszcz mojej parafii. No, tego raczej wolałabym uniknąć. Coś tam próbował ode mnie wyciągnąć, co się dzieje, bo coś za często trafiam ostatnio do szpitala. Ale chyba wyczuł, że nie chcę o tym rozmawiać, bo szybko zmienił temat na bierzmowanie i tego, co właśnie czytałam (na szafce akurat miałam "Dziennik duszy" Jana XXIII). Nie chciałam mu mówić co się dzieje na wydziale, chociaż ogólnikowo wyznałam mu to na spowiedzi. Nie chciałam go jednak obciążać szczegółami, niech odpoczywa, póki ma ku temu okazję. Jego siostra jeszcze dopytywała się, czy niczego mi nie brakuje, ale tata wszystko mi już przywiózł. Kazali mi się trzymać i poszli na oddział księdza. Trochę zaskoczyła mnie ich wizyta, bo chyba ksiądz w jego stanie nie powinien tak chodzić po różnych oddziałach. A jednocześnie zrobiło mi się miło, że o mnie pomyśleli. Zastanawiałam się też co z bierzmowanymi, bo tego dnia wieczorem powinnam mieć zajęcia z pierwszym rokiem. Potem się okazało, że Ksiądz Niosący Światło po prostu ich odwołał.
Nazajutrz to ja poszłam do księdza, bo czułam się już na tyle dobrze, że mogłam w miarę sprawnie chodzić. Ksiądz też jakoś do siebie dochodził po zabiegu, ale widziałam, że jest zmęczony, więc nie siedziałam u niego zbyt długo. A na pewno krócej, niż on u mnie dzień wcześniej. W sumie to nawet dobrze się stało, bo po południu wpadł do mnie Madziałek z wiadomościami i pozdrowieniami od innych z uczelni. Chyba domyśliła się co mnie tak zdenerwowało, bo nie poruszała tego tematu. Po jakiś 2 godzinach musiała się jednak zbierać i jechać na spotkanie "Piekarnika" (kazałam jej wszystkich pozdrowić, ale prosiłam, by za bardzo nie rozpowiadała co się stało). Ja zaś wróciłam do mojej lektury i tak mi minęło popołudnie i wieczór.
W piątek, ponieważ nic się ze mną nie działo, dostałam wypis. Tamte badane nie wykazało nic nowego i niepokojącego, a to chyba dobra wiadomość. Jeszcze przed wyjściem poszłam zobaczyć co z księdzem. Nie weszłam jednak do niego na salę, bo przez szparę w drzwiach zauważyłam, że jest u niego sam biskup. Nie, nie chciałam im przeszkadzać i wróciłam do siebie. Swoją drogą przypomniało mi się, że właśnie trwa diecezjalna pielgrzymka do Rzymu, ale widać biskup zdążył już wrócić z Wiecznego Miasta. Może opowiadał Księdzu Niosącemu Światło jak było? Przecież jego parafianie też brali w niej udział. Właściwie to specjalnych zaleceń nie dostałam - jakieś mocniejsze leki przeciwbólowe, jakby było bardzo źle mam dzwonić po karetkę. Szwy do ściągnięcia w przyszłym tygodniu. I zalecenie żebym się nie denerwowała. Tylko żeby tak się dało...
Ja tylko mam nadzieję, że faktycznie wycieli mi cały obszar zajęty zapaleniem. Bo to by oznaczało spokój w tym zakresie, przynajmniej na jakiś czas. Co do studiów to naprawdę już finisz. Mam nadzieję przetrwać w miarę względnym spokoju.

wtorek, 13 maja 2025

2186. Wyjątkowość tegorocznych nabożeństw majowych

Marzyły mi się nabożeństwa majowe przy kapliczce, którą niecały rok temu odnowił pan Kazio. Chociaż on po twierdzi, że po trochu jest to też moja zasługa. W końcu i trzymałam mu wiadro z farbą, i kilka razy machnęłam pędzlem... W zasadzie to żadna w tym moja zasługa, ale niech mu już będzie. Kapliczka znajduje się tuż przy jednej ze ścian kościoła, naprzeciwko Krzyża Misyjnego. Przed nią jest trochę miejsca, można by było wystawić tam ławki, ludzie mieliby na czym siedzieć. Wkoło jest sporo posadzonych drzewek, a więc i okoliczności byłyby bardzo sprzyjające takiemu nabożeństwu. Bo czyż jakieś inne nabożeństwo kojarzy się bardziej z łonem natury, niż nabożeństwo majowe? Dla mnie nie.
Już w kwietniu zaczęłam przebąkiwać Księdzu Niosącemu Światło, czy nie moglibyśmy odprawić chociaż jednego nabożeństwa majowego przy tej kapliczce. Skoro starsze panie niemal codziennie wyśpiewują tam swoje pieśni, to czemu nie możemy zaśpiewać tam tej jednej jedynej Litanii Loretańskiej. Ksiądz popatrzył na mnie z politowaniem i kazał mi się zastanowić, jakby wyglądała taka sytuacja w środku osiedla. Chyba by ich zlinczowali. Ewentualnie wezwali jakieś służby. Jego argumenty niezbyt mnie przekonywały, ale z drugiej strony, to nie jest moja parafia i mam nie wiele do mówienia. 
Ksiądz chyba widział mój wisielczy humor, bo tuż przed majem zatrzymał mnie po niedzielnej Mszy świętej i podzielił się wiadomością, że z okazji zbliżającej się peregrynacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w naszej diecezji księża i klerycy z seminarium duchowego przygotowali rozważania do nabożeństw majowych. Na każdy dzień jedno, opierającego się na wezwaniach z pieśni "Matko, która nas znasz". Jak chcę, i znajdę czas, to mogę pomóc im w ogarnięciu ich. Oczywiście na tyle, na ile będę w stanie to zrobić, bo przecież wie, jak wiele mam na głowie. 
I tak codziennie dosłownie kilka chwil przed wieczorną Mszą świętą w kancelarii parafialnej drukują im przesłany przez seminarium tekst. A jak mam czas, co zdarza się stosunkowo rzadko, to ukradkiem włączam sobie dane rozważanie na youtubie i odsłuchuję. Częściej jednak robię to już w domu, na spokojnie. Potem podrzucam te teksty na zachrystię, aby kapłan, który aktualnie ma nabożeństwo majowe, miał już wszystko gotowe. Jak mnie nie ma, to jakoś sami muszą sobie radzić. A że nie jestem niezastąpiona, to myślę, że niewielkie znaczenie ma dla nich to, czy ja jestem, czy mnie nie ma. Same rozważania są, jak dla mnie, ciekawe i wieloaspektowe. I naprawdę opierają się na różnych sforach wspomnianej pieśni. Dzięki temu, że wcześniej już je znam, jakoś łatwiej jest mi je przemyśleć i przyjąć. A czasem i zadać na koniec, kiedy już wszyscy wyjdą, któremuś z kapłanów pytanie, na które sama nie potrafię znaleźć satysfakcjonującej mnie odpowiedzi.
Wiadomo, trochę mi szkoda, że z tymi majowymi przy kapliczce nie wyszło, ale w życiu nie można mieć wszystkiego. Nabożeństwa w środku kościoła też mogą być ciekawe i urokliwe. Zwłaszcza, kiedy opierają się nie tylko na tradycyjnej litanii, ale na czymś więcej.

poniedziałek, 12 maja 2025

2185. Marszałek był tylko jeden

Dziadek od strony mamy był w ostatniej klasie szkoły powszechnej, kiedy zmarł Józef Piłsudski. Podobno przez cały tydzień te wiejskie dzieci z małej wiejskiej szkółki chodziły z żałobnym pasem na ramieniu. Z kalendarium życia Karola Wojtyły wiem, że miał on mowę okolicznościową w dniu jego pogrzebu. Ten z kolei wypadł w piętnastą rocznicę urodzin przyszłego papieża. Do dziś śmierć marszałka Piłsudskiego uważana jest za moment, który wstrząsnął II Rzeczpospolitą.

Jak żegnano Józefa Piłsudskiego
12 maja 1935 o godz. 20.45 w warszawskim Belwederze zmarł Józef Piłsudski. Ówczesny nastrój panujący w stolicy uchwycił popularny wówczas reportażysta w tygodniku "Wiadomości Literackie".

Wieść zbiegła z telefonów, wczepiła się w szare mury domów plakatami orędzia Prezydenta, podbiegła czarnymi obwódkami na pierwszych stronach pism porannych, wytrysła nad bramy domów sztandarami spowitymi w czerń. Poleciała w Aleje [Ujazdowskie] i na Pragę, na Wolę, na daleki Żoliborz, Ochotę, Annopol, opóźniła kroki ludzi wstających do pracy, fabryki, urzędu, rzucała ich na gazety, przykuwała do plakatu. Dotarła już wszędzie. Sklepy spożywcze i szynki, hale targowe i rogi ulic, wszędzie, gdzie życie wielkiego miasta najpierw rusza od nowa, pełne są tylko niej. I naraz tłum poczyna walić pod Belweder, bez sztandarów, bez pochodów i komend, bez pytania, jezdnia nie jezdnia, na przełaj, po wiejsku. Zagęszcza się zbitą masą głów przed kratami pałacu. Zagląda w każde oczy człowieka, który wychodzi stamtąd, który widział. Chwyta każde słowo z jego ust.

Marszałek umarł.

Warszawa pęcznieje tą wiadomością, rozpęka nią, wzbiera, wylewa. Gazety rozdzierają ciemność wczorajszej nocy, rozrywają zasłonę murów pałacowych, zasłonę zapuszczonych w oświetlonych pokojach stor. Na rogu ulicy chrapie głośnik radiowy. Padają nazwiska lekarzy i nazwy chorób, medyczne, uczone słowa mieszają się z patosem porannych artykułów w dziennikach, niosą opisy ostatnich chwil, niepewne, pogmatwane, ale pierwsze. Mówią o nominacjach. Tłum chce wiedzieć przede wszystkim to wszystko, co koło tych Zwłok bezpośrednio krąży. Że spoczęły na białym jedwabnym całunie, że je balsamowano, że przypadnie im na Wawelu, między królami, miejsce stosowne. Głośnik mówi to wszystko, przerywając teksty depesz z zagranicy, wiadomości z kraju. Podchwytuje się jeszcze, że mózg oddany będzie nauce, że serce spocznie w Wilnie, tam, "gdzie przebywało zawsze", że je kazał złożyć u stóp trumny matczynej.

I wtedy po raz pierwszy ludzie płaczą.

[...] W mroku cichego wieczoru [15 maja], w blasku wschodzącego księżyca wysunęła się jak cień, biało-czerwonym całunem okryta, trumna Marszałka [...]. Ponad tłum wypełniający dziedziniec spłynęła na żelazne łoże lawety armatniej. Przepuściły ją bez słowa straże warty. Od Belwederu po "Święty Jan" wyrósł wokoło szpaleru piechoty mur ludu. [...

Pod pałacykiem ambasady, gdzie urzędnicy od dziesiątej doszlifowują sobie paznokcie, stanęła murem robotnicza Warszawa z Pragi, pewna siebie, pracę posiadająca, ale temu światu ambasad i cylindrów nie mniej jak ci z baraków, choć inaczej, obca, rozśmieszona nim, podrwiwająca z dokładnej pedanterii jego fanaberyjnych nawyczek. Teraz Powiśla nie śmieszą papuzie mundury dyplomacji. Nie widzi cherlawych "inteligentów", co w czapkach studenckich stanęli tuż obok. W tłumie narosłym wzdłuż szpaleru, w samym jego centrum, tuż pod kościołem Świętego Aleksandra, stanął czarny, przygarbiony Żyd. Lata całe nie wychodził dalej niż Graniczna, dalej niż koniec Bielańskiej, nie odważył się iść w tamtą Warszawę, taki, jaki był, gettowy, czarny, żydowski. Lata całe tkwił w swym mateczniku ulic Dzikich i Gęsich, w mateczniku szkół rabinackich, w świecie uczonych komentarzy do Pisma, niczym żubr mickiewiczowski. Wieki całe przekazały mu lęk przed tłumem, przed większym skupieniem ludzi obcych. Przedwczoraj wieść zastała go nad księgami, wypłoszyła. Wyszedł na ulicę, a potem wrócił, pytając siebie cały dzień: "Was jytzt" [Co teraz?]. Przesiedział tak, niepewny, pełen obawy o to, co teraz będzie. A dziś, po południu, wyszedł. Poszedł aż tu, w świat obcy, w tłum powiślaków i studentów, stanął pod samym portykiem kościoła. Kumochy, które tam stały, paniusie kruchtowe ani go dziś spostrzegły. Jego czarne, smutne oczy Żyda wypatrywały godzinami daleki mrok Alej. Nadciągnęła w tłumie żołnierzy, w roju białych księży komż trumna. Stary Żyd wepchnął się aż w samą gęstwę szpaleru. Żołnierze musieli go odtrącać. Żyd pchał się z powrotem. Nadjechała na lawecie armatniej, z szablą skrzyżowaną nad całunem, trumna. Stary Żyd, który nigdy nie widział Józefa Piłsudskiego, uczepił się oczami tej trumny. Może dziś wieczór ze swej nory w głębi Czarnego Lądu wypowie słowa "kadiszu", hebrajskiej modlitwy, za zmarłego obcoplemieńca.

[...]
A Belweder stoi w blasku słońca, spokojny, jak ktoś, co długo płakał, aż wreszcie nie stało mu łez. Warty zelżały u jego bramy; pilnować nie mają kogo. Warszawa mija go jak dom żałoby. Dziwnym zrządzeniem losu chciały wypadki, aby nie raz jeden w niskich pokoikach tego białego pałacu snuły się wielkie sny dziejowe, aby nie raz jeden w jego ścianach gotowały się wielkie prace. Potem Belweder zamierał na lata całe. Ten pański dwór, wtulony w wielkie nowe miasto, obkarczowany z drzew, pól i łęgów, przez wiek cały nie chciał umrzeć, swą legendą kusił jednych po drugich nowych władców czasu. Dziś ostatni z panów tego dworu zmarł. Głęboko i na zawsze w głuszę kościelnego lochu zapadły ostatnie echa żałobnej wieści, która przeszła oto krajem i ludźmi. Możecie ją, odchodząc, widzieć raz jeszcze rankiem, jak szorstkimi dłońmi stróży zdziera znad domów waszych ostatnie chorągwie żałoby. Rozsnuwa się polami szeroką, polską mgłą.

źródło: https://www.onet.pl/informacje/fundacja-osrodka-karta/jak-zegnano-jozefa-pilsudskiego/bfzd9hq,30bc1058

niedziela, 11 maja 2025

2184. Być mistrzem własnego życia

Kiedy w listopadzie ubiegłego roku zmarł wicemistrz paraolimpijski z Paryża w szabli i brązowy medalista w szpadzie Michał Dąbrowski, moje myśli powędrowały w stronę innego polskiego parasportowca, Jacka Gaworskiego. Szczerze powiedziawszy to wcześniej praktycznie nic o nim nie wiedziałam, aż do chwili, kiedy w Internecie pojawił się >>ten<< artykuł. Wstrząsnął mną. I to bardzo.
Michał i Jacek - obaj byli parasportowcami, obaj reprezentowali Polskę na paraolimpiadzie (Jacek w Rio de Janeiro w 2016 roku, Michał w Paryżu), obaj zdobyli medale, i obaj chorowali na nowotwory. Michał zmagał się z nowotworem przewodów żółciowych wewnątrzwątrobowych, Jacek z nowotworem mnogim rdzenia kręgowego oraz złośliwego czerniaka błon śluzowych. Obie choroby bardzo ciężkie i raczej nie rokujące. A mimo to obydwaj zdołali dowieść swojej wytrwałości i hartu ducha, kiedy mimo bólu i cierpienia stawali na planszy i walczyli najlepiej, jak było ich na to stać.
Ale walczyli też w życiu. O jutro bez bólu, o nierefundowane leki, o życie bez bólu, o lepszy los. Michał zakończył tą walkę w listopadzie. Zaledwie trzy miesiące po zdobyciu medali na igrzyskach paraolimpijskich i dzień po odznaczeniu go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Informacja o śmierci Jacka Gaworskiego przyszła dwa dni przed jego urodzinami. Wiadomo, że nikt nie będzie żył wiecznie, ale jakoś tak dziwnie mi się zrobiło mi się, kiedy o tym przeczytałam.
Cokolwiek by o nich nie myśleć - byli mistrzami nie tylko w sporcie, ale i w prywatnym życiu. I walczyli do końca, jak niejeden sportowiec. A może teraz w dalszym ciągu walczą gdzieś tam...
Jacek Gaworski (13 maj 1967 - 11 maj 2025)

piątek, 9 maja 2025

2183. W grupie raźniej jest przeżywać ważne i historyczne chwile

Biała koszulka i żółte poduchy nawiązują do kolorów flagi Watykanu
Wraz z rozpoczęciem się konklawe ludzie na Wydziale Teologicznym obstawiali ile będzie trwało tym razem konklawe. Duch Święty i jego natchnienie to jedno, ale patrząc na długość ostatnich dwóch wyborów papieży (Benedykta XIV oraz Franciszka) obstawiałam, że wszystko potrwa góra dwa dni. Wiadomo, nigdy człowiek nie zgadnie ile to potrwa, bo równie dobrze głosowania mogły trwać tygodniami, ale te czasy chyba już minęły. Jak się okazało, przeczucie mnie nie myliło.
W środę raczej nie spodziewałam się niczego konkretnego. Wieczorem obejrzałam retransmisję rozpoczęcia konklawe, potem czarny dym. Można się było tego domyśleć. Jeszcze przejrzałam faworytów do objęcia trony papieskiego. Gdzieś tam mignął mi kardynał Krajewski. Nie spodziewałam się, aby ponownie przyszedł czas na papieża-Polaka, chociaż znowu nie było wiadomo, jak powieje Duch Święty.
W czwartek rano zaczepiła mnie na osiedlu przyszywana ciocia z pytaniem, czy wybrali już papieża, bo ktoś już mówił, że tak. Odpowiedziałam jej, że jeszcze nie, ale może już tego wieczoru, może nazajutrz będzie już wszystko wiadomo. Chyba. 
Na uczelnię jechałam czytając dopiero co wydaną w Polsce autobiografię papieża Franciszka zatytułowaną po prostu "Nadzieja". Jak dla mnie jest to znakomite podsumowanie nie tylko pontyfikatu papieża, ale też całego jego życia. Piękna, poruszająca książka, taka od serca, co się czuje podczas lektury.
Podczas zajęć wszyscy byli poruszeni. Chociaż nie mam internetu ani w komórce, ani na laptopie, to mniej więcej wiedziałam co się dzieje w Watykanie z relacji innych. A w Watykanie nie działo się nic. szczególnego - czarny dym zwiastował, że kardynałowie jeszcze nie doszli do porozumienia. To też było do przewidzenia. Po zajęciach na uczelni poszłam do pracy, a po pracy - na "Piekarnik". Tego dnia jednak ksiądz Kris świętował rocznicę swoich święceń kapłańskich z kolegami z rocznika, więc my poszliśmy na wieczorną Mszę do archikatedry.
Msza już trwała, już było po Ewangelii, kiedy z zakrystii wyszedł (chyba) kościelny i żwawym krokiem podszedł do kapłana sprawującego Mszę świętą. "Wybrali" - przebiegło mi po głowie, a moje przypuszczenia zostały potwierdzone chwilę potem przez celebransa. Chwilę potem, po kilkunastodniowej przerwie, w modlitwie po przemienieniu, ponownie modliliśmy się za papieża, choć nawet nie wiedzieliśmy za jakiego. Po okolicy roznosił się przez dłuższy czas donośny dźwięk dzwonów, oznajmujący wybór głowy Kościoła, a na moją komórkę, oczywiście z wyłączonym dźwiękiem, próbował dodzwonić się tata z radosną nowiną. W 1978 roku, ten, który żył z dala od cywilizacji, o wyborze papieża Polaka dowiedział się bardzo szybko podczas zajęć katechetycznych w Domu Katolickim. Ów Dom znajduje się natomiast tuż przy bazylice, w której Wojtyła przyjmował pierwsze sakramenty i kilkadziesiąt kroków od domu, w którym się urodził. Nie wiem, jak to było w innych kościołach, ale w archikatedrze na zakończenie wybrzmiało donośne "Te Deum".
Po zakończonej Mszy udaliśmy się do seminarium, gdzie mieliśmy się modlić za diakonów, którzy dwa dni później mieli przyjąć święcenia kapłańskie. Zamiast tego zgromadziliśmy się w auli, gdzie na ekranie wyświetlano transmisję z Watykanu. Poczułam się niczym w kinie. Trochę to trwało, zanim 268 następca św. Piotra pokaże się wiernym, więc dałam tacie znać, że już wszystko wiem.
W końcu, po niecierpliwym oczekiwaniu, padły te znamienne słowa: "Habemus Papam":
Z niecierpliwością czekałam tych kilka chwil, aż padnie jego nazwisko i chociaż Prevost nic mi nie mówiło, to i tak cieszyłam się na ten wybór. Atmosfera była wyjątkowa - kiedy ogłoszono nazwisko kardynała, który został papieżem i jakie wybrał imię, wszyscy zgromadzeni na auli zaczęli bić brawo, a spora część odpaliła internet, aby zobaczyć kto to jest. Zaś kiedy udzielał swojego pierwszego błogosławieństwa "Urbi et orbi", wszyscy wstali z miejsc. Myślę, że gdybym była w domu, to zachowałabym się zupełnie inaczej. No, ale siła tłumu robi swoje.
Po skończonej transmisji udaliśmy się do kaplicy seminaryjnej na zaplanowaną modlitwę. Każdy z nas na swój sposób przeżywał to, co się przed chwilą stało. Dla większości z nas to trzeci wybór papieża w życiu, dla większości - pierwszy w miarę świadomy. I naprawdę cieszę się, że miałam okazję go przeżyć w takich okolicznościach. I czekam na spotkanie z nim na przełomie lipca i sierpnia.
W seminarium

środa, 7 maja 2025

2182. A zanim wybrano papieża...

Lolek pogrążył się w lekturze "Konklawe. Tajemnica wyborów papieskich" autorstwa księdza Przemysława Śliwińskiego. Pozycja zdobyta jeszcze przed świętami okazała się doskonałą lekturą na czas dosyć nieoczekiwanego okresu zwanego sede vacante. Kiedyś nawet Ksiądz Niosący Światło zastał mnie na jej czytaniu, kiedy czekałam, aż otworzy drzwi do kościoła przed Mszą świętą. Kiedy rozbawiony zapytał mnie, czy chociaż jest ciekawa, odpowiedziałam mu szczerze, że tak. I nawet mu zaproponowałam, że mu ją mogę pożyczyć. O ile będzie chętny. Wreszcie jakoś się zreflektuję za te wszystkie pożyczone od niego książki. Spokojnie, nie będzie musiał przeczytać jej w tydzień (średnio tyle mi zajmuje przeczytanie jego pozycji), dam mu tyle czasu, ile będzie potrzebować.
Okres "sede vacante" to te dni, podczas których stolica biskupia jest nieobsadzona. Ponieważ papież jest też biskupem Rzymu, termin ten z automatu odnosi się do tronu papieskiego. "Sede vacante" może się rozpocząć właściwie w dwóch sytuacjach. Najczęściej jest to śmierć papieża. Jednak prawo kościelne dopuszcza także świadomą i wolną rezygnację ze sprawowania urzędu przez papieża. Z tego prawa skorzystał papież Benedykt XVI, kiedy podczas konsystorza zwyczajnego (zwołanego dla ogłoszenia decyzji papieża o kanonizacjach kandydatów na ołtarza, których procesy zostały ukończone) w dniu 11 lutego 2013 roku ogłosił, że rezygnuje ze swojej posługi wraz z dniem 28 lutego tegoż roku z wybiciem godziny 20:00. Świat był w szoku, ponieważ ostatni taki przypadek miał miejsce w 1415 roku, kiedy to panujący wówczas papież Grzegorz XII także zrezygnował z papieskiego tronu. I chociaż byliśmy przyzwyczajeni, że to śmierć papieża kończy jego pontyfikat, to warto wiedzieć oraz być świadomym tego, że papież może sam złożyć rezygnacje ze sprawowanego urzędu. W przypadku śmierci papieża "sede vacante" następuje wraz z chwilą stwierdzenia przez lekarza zgonu. Kiedyś procedura polegała na pukaniu papieża młoteczkiem w czoło i wzywania go jego chrzcielnym (świeckim) imieniem, teraz zgon zostaje stwierdzony na podstawie pracy aparatury medycznej. 
"Sede vacante" kończy się wraz z wyborem nowego papieża. Nikt nie wie, kiedy to się stanie. Ostatnich kilka wyborów papieża było dosyć szybkich i trwały one kolka dni. Historia zna jednak takie, które trwały nawet i 10 miesięcy i 25 dni (lata 1304-1305, zakończone wyborem papieża Klemensa V). Z kolei najdłuższe "sede vacante" trwało aż 2 lata 10 miesięcy i 3 dni (od śmierci Klemensa IV w dniu 29 listopada 1268 do wyboru Grzegorza X w dniu 1 września 1271 r.). Wraz ze śmiercią papieża, bądź też jego rezygnacji ze sprawowanej funkcji, władzę w Kościele przejmuje Kolegium Kardynalskie. Kamerling przejmuje zarządzanie dobrami Stolicy Apostolskiej i zwołuje pierwszą generalną Kongregację kardynałów. Jeżeli papież umiera, następuje okres novendiales, czyli dziewięciu kolejnych dni, w czasie którego odprawiane są Msze święte żałobne. W ostatnich latach serię Mszy rozpoczynała uroczystość pogrzebowa, a kolejnych osiem Mszy było sprawowane przez kolejne dni. Dopiero po ich zakończeniu możliwe jest rozpoczęcie konklawe. Pogrzeb papieża odbywa się 4 - 6 dni po jego śmierci. W czasie "sede vacante" obradują kongregacje kardynałów: partykularna i generalna. Kongregacja patrykularna to obrady kardynała kamerlinga i 3 kardynałów asystujących zmieniających się co 3 dni. Decydują o sprawach małej wagi. Kongregacja generalna to zebranie wszystkich kardynałów obecnych już w Rzymie. Kongregacja ta podejmuje decyzje np. w sprawie pogrzebu papieża.
Według "Universi Dominici gregis" konklawe powinno rozpocząć się  między 15 a 20 dniem "sede vacante". Jednak papież Benedykt XVI umożliwił przyspieszenie konklawe, jeżeli w Rzymie obecni są wszyscy kardynałowie elektorzy. 
Po pogrzebie papieża lub jego rezygnacji z urzędu, rozpoczyna się okres zwany "prekonklawe". Z jednej strony jest to czas przygotowania miejsc istotnych dla wyboru nowego papieża. Z drugiej to czas wzmożonych dyskusji, kim on powinien być. Dom św. Marty jest przygotowywany na konklawe, to w nim zamieszkają kardynałowie elektorzy. W czasie "sede vacante" w Auli Pawła VI trwają obrady kardynałów. Do ich zadań należy m.in. wybranie dnia rozpoczęcia konklawe. Trwają też prace przygotowawcze w Kaplicy Sykstyńskiej: ustawienie miejsc dla kardynałów, montaż pieca i komina.
Konklawe (czyli pod kluczem) rozpoczyna Msza święta. Przewodniczy niej dziekan Kolegium Kardynalskiego, koncelebrują ją zaś wszyscy kardynałowie. Mogą w niej uczestniczyć wszyscy wierni, także świeccy. Dziekan kolegium wygłasza homilię "O wyborze papieża". Po jej zakończeniu kardynałowie elektorzy zbierają się w Kaplicy Paulińskiej. Ustawiają się w procesji według precedencji: na przodzie ministrant niosący krzyż, za nim kantorzy i ceremoniarze, następnie sekretarz kolegium kardynalskiego, za nim duchowny przeprowadzający medytację, za nim kardynałowie biskupi, kardynałowie prezbiterzy, kardynałowie biskupi i patriarchowie kościołów wschodnich, następnie mistrz ceremonii liturgicznych i na końcu przewodniczący konklawe. Wszyscy przy dźwiękach "Litanii do Wszystkich Świętych" przechodzą do Kaplicy Sykstyńskiej. 
Po wejściu do Kaplicy Sykstyńskiej każdy z kardynałów zajmuje przypisane mu miejsce. Następuje przysięga - każdy z kardynałów podchodzi do Ewangeliarza znajdującego się w centrum Kaplicy i składa przysięgę. Po niej mistrz ceremonii liturgicznej wygłasza formułę "extra omnes" (wszyscy na zewnątrz). Z Kaplicy wychodzą wszyscy niepożądani goście, a jej Drzwi zostają zamknięte aż do wyboru papieża. Jednak to nie do końca prawda, że kardynałowie też są trzymani pod kluczem. Owszem, muszą zdać wszystkie urządzenia elektryczne, ograniczeniom ulega ich kontakt z ludźmi z zewnątrz. W Domu św. Marty działa jednak jeden telefon oraz są otwarte (choć bacznie pilnowane) jedne drzwi, na wypadek gdyby.... Kardynałowie mogą chodzić po korytarzach domu, a także odizolowanych ogrodach watykańskich, spotykają się też w refektarzu i kaplicy.
Przewiduje się dwa głosowania pierwszego dnia konklawe, a potem po dwa przedpołudniem i dwa po południu, czyli cztery na dzień. Zanim jednak się one zaczną, ostatni kardynał diakon dokonuje losowania trzech skrutatorów, trzech rewizorów i trzech ifirmiarzy. Ceremoniarze rozdają karty do głosowania kardynałom elektorom. Każdy z nich otrzymuje ich ok. 3. Po tej operacji wszyscy konklawiści opuszczają Kaplicę Sykstyńską.
Rozpoczyna się głosowanie. Trzech skrutatorów zasiada przy specjalnym stoliku po lewej stronie ołtarza Kaplicy. Pozostali kardynałowie pozostają na swoich miejscach. Każdy z kardynałów wpisuje na karcie nazwisko tego, na którego głosuje. W miarę możliwości powinien to zrobić takim pismem, które by go nie zdradzało. Kardynałowie składają kartkę na pół, aby nazwisko nie było widoczne. Następnie każdy z nich, zgodnie z precedencją (zaczynając od najstarszego kardynała biskupa) pojedynczo podchodzi do ołtarza, trzymając w ręku podniesioną i dobrze widoczną kartę do głosowania. Przy ołtarzu kardynał mówi: "Wzywam na świadka Chrystusa  Pana, który będzie mnie sądził, że wybieram tego, o którym według Boga sądzę, że powinien zostać wybrany". Kładzie kartę na patenę umieszczoną na kielichu. Podnosi ją tak, że karta zsuwa się do kielicha, który pełni funkcje urny wyborczej.
Wraz z oddaniem głosu przez wszystkich elektorów, skrutator przenosi kielich ze zgromadzonymi głosami na stolik skrutatorów i kilkakrotnie nim potrząsa. Następnie trzeci skrutator przekłada karty, jedna po drugiej, do drugiego kielicha, zliczając przy tym ich ilość. Liczba kart musi się zgadzać z liczbą elektorów na konklawe. Kiedy tak nie jest, głosowanie ulega powtórzeniu. Następnie kartki są zliczane. Pierwszy skrutator otwiera kartkę i w myśli odczytuje zapisane na niej nazwisko. Kartkę podaje drugiemu, który też ją odczytuje i przekazuje kartkę trzeciemu skrutatorowi. Skrutator ten odczytuje to nazwisko na głos. Następnie przebija kartkę igłą z nitką pośrodku słowa "eligo". Kiedy skrutatorzy skończą kontrolę głosów, procedura ta jest powtarzana przez rewizorów dla upewnienia się, że kontrola została wykonana w poprawny sposób. Po tej czynności karty do głosowania przenoszone są do spalenia. Palenie głosów następuje po dwóch głosowaniach przed południem i dwóch po południu (palone są kartki z dwóch głosowań) - chyba, że już pierwsze z głosowań zakończy się wyborem papieża.

wtorek, 6 maja 2025

2181. Z wizytą w polskim Sejmie

Głównym powodem naszego studenckiego wypadu do Warszawy była jednak wizyta w Sejmie znajdującym się na ulicy Wiejskiej. Któż nie zna tego budynku? Któż chociaż raz nie widział chociaż fragmentu tego, co się dzieje na sali sejmowej? To moja druga wizyta w tym miejscu. Pierwsza miała miejsce w październiku 2006, kiedy byłam świeżo upieczoną licealistką klasy z rozszerzonym WOSem. Pamiętam, że dali nam wtedy plany sali sejmowej z tym, który poseł gdzie siedzi. Potem, po katastrofie smoleńskiej miałam niejakie rozeznanie w ofiarach i tym, gdzie mniej więcej znajdowały się ich siedzenia.
Teraz pojechałam do Sejmu bardziej na luzie. Niewiele pamiętałam z tamtego pierwszego pobytu. Ale byłam też pewna, że raczej nikt mnie nie zapyta o szczegóły dotyczące tej wizyty. 
W oczekiwaniu na wejście do środka.
Po kontroli naszych toreb i bagaży zostaliśmy wpuszczeni na teren Sejmu. Żeby Was zbytnio nie zanudzić długim tekstem, pozwoliłam sobie zamieścić zrobione podczas zwiedzania fotografie wraz z opisami. Mam nadzieję, że taka forma jest w miarę przystępna.
Pierwsze co nas "powitało" to historia polskiego parlamentu w podziemiach budynku Sejmu.
Obraz przedstawiający elekcję Stanisława Augusta pędzla Canalettego.
Makieta przedstawiająca cały kompleks sejmowy.
Model sali obrad dla niewidomych.
Wejście na galerię.
Węże zdobią balustrady.
Inną ich ozdobą są dziecięce twarzyczki.
Waza na kwiaty.
Laski Marszałkowskie z przestrzeni wieków oraz kopia Krzyża Milenijnego.
Tablice upamiętniające wizytę papieża Jana Pawła II w Sejmie, prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz Macieja Płażyńskiego.
Nie wszędzie można wejść...
Widok na dolny hol z góry.
Lista posłów i senatorów, którzy zginęli w czasie II wojny światowej.
Posłowie i Senatorowie, którzy zginęli w katastrofie pod Smoleńskiem. Trudno w to uwierzyć, ale znajdujące się w środku godło polskie ocalało z katastrofy. 
Loża Prezydencka.
Dobrze chyba wszystkim znana sala obrad.
Na tle sali obrad. Żałuję, że nie mam podobnego zdjęcia z czasów, kiedy miałam 16 lat...
W następnych wyborach do Sejmu będziemy kandydować z Archaniołem.
To była w zasadzie niedługa, ale bardzo ciekawa wizyta w ciele ustawodawczym naszego państwa. Nasza pani przewodnik zdradziła nam, że najlepiej wybrać się do Sejmu w "Noc Muzeów", kiedy można zwiedzić Sejm według specjalnej trasy. Kiedyś, jeszcze w czasach licealnych śmiałam się, że w życiu dorosłym zostanę posłem. Z czasem jednak mi to przeszło. Może to i dobrze. Zawsze mi powtarzali, że mnie po prostu tam zjedzą... Ale nie, takie rządzenie innymi jest nie dla mnie.
Cała nasza grupa
Zmęczeni, ale szczęśliwi wróciliśmy wieczorem do domu. To był bardzo ciekawy pomysł na spędzenie tego majówkowego piątku. Nie wiem, czy można samodzielnie zwiedzić Sejm, a tak miałam ku temu idealną okazję. No i na chwilę oderwałam się od moich dwóch magisterek. Choć jedną książkę przydatną do napisania jednej z nich zabrałam ze sobą. Ale to tylko jedno malutkie wykroczenie.