Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 30 listopada 2023

1783. Bardzo wymowne "Yhm..."

Kolejny raz w ciągu ostatnich kilku tygodni przekonałam się, że spotkania formacyjne w Duszpasterstwie Akademickim w Kato są dla mnie nie tylko okazją do spotkania inspirujących ludzi i umocnienia wiary, ale także odskocznią od codzienności, która ostatnio coraz bardziej daje mi się we znaki. Czasami jestem tak zmęczona po całym czwartkowym dniu, że mam ochotę wrócić do spokojnego domu i zaszyć się pod kocem z ciekawą książką. Zwłaszcza kiedy walczę z przeziębieniem. Ale jak tylko pomyślałam sobie o dzisiejszym spotkaniu, to jakaś taka nadludzka siła we mnie wstąpiła i więcej mi się chciało niż nie-chciało.
Jak zawsze spotkanie zaczęliśmy od Mszy świętej w kaplicy na Wydziale Teologiczny, a po niej udaliśmy się do siedziby duszpasterstwa. Jak zwykle nie wiedziałam co będzie się dziać na spotkaniu, toteż każde z nich jest dla mnie niczym karta, którą trzeba dopiero odkryć. A każda z tych odsłon niesie za sobą coś ekscytującego i konstruktywnego. Tym razem było to sprawozdania z Forum Młodych w Częstochowie, na którym byli Bartek i Ewa.
Spotkanie to trwało trzy dni i podczas każdego z nich odbywały się panele dyskusyjne. Przedstawiciele duszpasterstwa w dosyć szczegółowy sposób przedstawili tematykę i treści każdego z nich. Wybaczcie, ale był tego taki ogrom, że nie jestem w stanie powtórzyć większości z nich. Podobno gdzieś na youtubie są zamieszczone nagrania wszystkich konferencji. Może w święta, kiedy faktycznie będę miała trochę wolnego czasu, to na spokojnie wszystko przesłucham. Jednego jestem pewna - dużo w nim było treści związanych z ostatnim synodem.
Za to ksiądz Krzysztof bardzo skrzekliwie notował wszystko na swoim smartfonie. Przynajmniej tak twierdził, a co na prawdę robił, to wie chyba tylko on sam. Ja tam mu przez ramię nie zaglądam. Ale chyba zaczęło mu się to wszystko dłużyć, bo na wiadomość, że właśnie ma być referowany ostatni wykład, wygłoszony przez nota bene jego rocznikowego kolegę z seminarium duchowego, zareagował bardzo sugestywnym "yhm...". O mało nie parsknęłam śmiechem. Bo trochę jednoznacznie to zabrzmiało. Trochę jakby był znudzony, trochę znużony, a trochę nawet ucieszony. Cała gama emocji.
Prawdę powiedziawszy to ja też się ucieszyłam, że dobijamy do brzegu. Była szansa, że wyjdę tak, aby zdążyć na jeden z ostatnich "szybkich" kursów do mojego miasta. A dzięki temu wrócę do domu o sensownej porze. Cokolwiek to oznacza w moim przypadku. I tak się stało - zaraz po zreferowaniu przemówień poszliśmy do salki oratoryjnej odmówić nieszpory, a zaraz potem można było iść do domu. Chociaż nie, wcześniej jeszcze ksiądz zrobił nam pamiątkowe zdjęcie.
Co ciekawe, jeszcze kilka lat temu próby parafialnej scholi odbywały się w czwartki (oraz w soboty). Czyżby więc czwartek był dla mnie dniem budowania relacji opartych o więzi wspólnoty religijnej? Wygląda na to, że tak. 

środa, 29 listopada 2023

1782. Wiedziałam, że nie wyjdzie mi to na dobre

Zastanawiam się, ile razy w ciągu swojego życiu słyszałam, że należy uprawiać sport, ponieważ to samo zdrowie. Setki, jeżeli nie tysiące. Nie twierdzę, że tak nie jest, ale z drugiej strony - jestem doskonałym zaprzeczeniem tej tezy. Nie wiem, może za szybko wróciłam do trenowania po ostatniej antybiotykoterapii, pamiętam jednak czasy, kiedy przyjmowanie antybiotyku w połączeniu z treningami zbytnio na mnie nie wpływało. Może i miałam wtedy ciut gorsze wyniki od przeciętnej, jednak po skończonej terapii i odczekaniu tygodnia wszystko wracało do normy.
Teraz planowałam wrócić do sportu gdzieś w połowie grudnia, tak aby dać organizmowi szansę na regeneracje. Jednak Młodsza musiała donieść Prezesowi, że nie chodzę na zajęcia, no i Prezes wziął mnie na rozmowę. Z mojego planu wyszły nici, obiecałam, że wrócę już teraz. Wiem, trzeba było zawalczyć o swoje, ale nie jestem typem wojownika.
Jak już wielokrotnie pisałam, w naszym mieście trwa kapitalny remont głównej ulicy. A żeby w miarę szybko się dostać do szkoły, najlepiej jest przez nią przejechać. Z pracy zaś wracam tak, że jestem praktycznie na styk rozpoczynających się zajęć. Ostatnio nawet się spóźniłam, bo korek był na drodze z powodu wypadku. No i co ja miałam na to poradzić? Trasy autobusu nie zmienię. Nawet zmiana transportu na pociąg nie ma sensu, bo byłabym jeszcze później. No, ale pretensji musiałam się nasłuchać, nawet po tym, jak grzecznie przeprosiłam za zaistniałą sytuację. Zwłaszcza od Młodszej. Łatwo jej mówić, skoro mieszka dosłownie kilkadziesiąt metrów od szkoły, w której mamy zajęcia, a jej obowiązki ograniczają się do ogarnięcia pokoju i czasami wyprowadzenia psa.
Treningi są jednak bardziej efektywniejsze niż te, które mieliśmy z poprzednim pseudotrenerem. Z obecnym coś się dzieje. I nie wymyśla bez przerwy bezsensownych ćwiczeń tłumacząc, że motoryka jest najważniejsza. Ok., niech takie zajęcia też będą, ale jeżeli ja je wykonuję przez cały rok, ani razu nie ćwicząc startów, czy też nie przebiegając dystansu na bieżni, to już jest coś nie tak. Żeby nie było, w przypadku zawodników konkurencji technicznych było tak samo. Teraz już jest w porządku, a ćwiczenia na zajęciach są bardziej różnorodne i pod nasze konkurencje.
Niestety, aktualnie moja efektywność jest mniejsza nie tylko przez ostatnią antybiotykoterapię, ale i przedwczorajszy upadek, który skończył się obdarciem dłoni oraz dosyć silnym stłuczeniem (kolejnym w ostatnim czasie) prawego kolana. Niby mogę biegać, ale nie tak szybko, jakbym mogła w normalnej sytuacji. Kiedy tylko szybciej biegnę - odczuwam ból w stłuczonej kończynie. Nie chcę też wiedzieć,  ani nawet myśleć, czym zakończyłby się kolejny upadek. Na pewno - niczym dobrym. Zauważyłam, że moja koordynacja i równowaga uległa pogorszeniu po treningach z poprzednim trenerem (co zwykle nie miało miejsca, a wręcz dotychczasowe treningi, do tych z pseudotrenerem, pomagały mi w ich zachowaniu), a więc to kolejny argument za tym, że motoryka nie jest najważniejsza.
Wspomniany remont niejako wymusza na mnie powrót do domu na nogach. Mogłabym czekać na autobus, ale nigdy nie wiadomo, kiedy jakoś przyjedzie. No i chyba te piesze powroty nie wyszły mi na dobre, bo ostatni okupiłam przeziębieniem. Na razie dziwnie się czuję, od czasu do czasu mnie pokasłuje. Zobaczymy jak to się rozwinie. W każdym razie, jak widać sport nie zawsze oznacza zdrowie. 
No, chyba że siedzenie z księdzem Niosącym Światło na ławce na mrozie przyczyniło się do mojego przeziębienia. Ale to naprawdę była już typowa siła wyższa.

wtorek, 28 listopada 2023

1781. Szczera rozmowa, która była potrzebna

Można powiedzieć, że zażyte trzy partie antybiotyku zrobiły swoją powinność. Potwierdziła to wczorajsza wizyta u lekarza w szpitalu, który z niesamowitą precyzją zanalizował dostarczone mu wyniki badań. Sama też subiektywnie odczuwam, że jest znacznie lepiej, niż na początku listopada, kiedyż to poczułam się na tyle źle, że trafiłam na niecałą dobę do szpitala w związku z odwodnieniem. Cieszę się też, wbrew pozorom, że to była "tylko" jakaś bakteria moim żołądku, a nie np. nawrót anemii. Zresztą, objawy były bardzo zbliżone, więc mogłam podejrzewać, że to jest to. Na moje szczęście, okazało się, że nie. I nawet jeżeli jeszcze przez jakiś czas będę odczuwać skutki tej całej infekcji, to i tak jest całkiem nieźle.
Przy okazji wizyty u gastrologa (w sumie dobrze, że ostatecznie trafiłam w jego ręce, bo znając moją rodzinną, to najpewniej "leczyłaby" mnie na zatrucie pokarmowe, a bakteria mnożyłaby się w nieskończoność) poczekałam jeszcze na księdza Niosącego Światło, który mniej więcej w tym samym czasie miał kolejną partię naświetlania. Dzień wcześniej, czyli przedwczoraj, okazało się, że żaden z księży z parafii nie może tego dnia go zabrać na plebanię. Nic wtedy nie powiedziałam, ale już wtedy wymyśliłam, że skoro i tak jestem na wizycie kontrolnej u szpitalnego specjalisty, a w dodatku nie spieszy mi się na zajęcia na uczelni, bo i tak ich szczęśliwym zbiegiem okoliczności nie mam, do pracy zaś spokojnie zdążę, bo mam niezły zapas czasowy, to mogę na niego poczekać i potowarzyszyć w drodze powrotnej do domu. Bo pewnie gdybym coś pisnęła na ten temat, to usłyszałabym, że nie trzeba, że ksiądz da radę sam dotrzeć. W to nie wątpię, ale jakby jednak nie dał radę dojść z powrotem, to jednak dobrze, aby ktoś z nim był. Nawet jeżeli nie będzie w stanie mu pomóc.
Na księdza trochę poczekałam pod pracownią radiologiczną. Wiecie, wszędzie taszczę ze sobą jakąś książkę w plecaku, nie był to więc jakoś szczególnie czas stracony. Kolejne przeczytane kartki w skuteczny sposób zajmowały upływający czas. W końcu z pracowni wyszedł ksiądz, który był zaskoczony moją obecnością. Trochę mu ściemniłam, że byłam u neurologa, a nie gastrologa, ale z drugiej strony wizyta u tego pierwszego specjalista przy moim podstawowym schorzeniu nie jest niczym znowu niezwykłym, czy też wywołującym zastanowienie. Ale to było kłamstwo w dobrej wierze. Lepiej, żeby nie wiedział o moich ostatnich problemach zdrowotnych. Przynajmniej tak długo, jak tylko jest to możliwe. Automatycznie zaproponowałam mu, że mogę go odprowadzić na plebanię, bo i tak muszę podejść do biblioteki na ich osiedlu. Ksiądz Niosący Światło tylko pokręcił głową z uśmiechem, po czym dodał: "Oj Lolek, Lolek, gdzieś ty się uchował w tym zakręconym świecie?". Do końca nie wiem co miał na myśli, ale ucieszyło mnie, że nie powiedział "nie". Wrzuciłam książkę do plecaka, założyłam kurtkę i jeszcze chwilę poczekałam, aż ksiądz się ogarnie.
Poprzedniego dnia spadł śnieg, pokrywając okolicę przyjemnym, białym puchem, a mróz szczypał w odstające części ciała. Z szpitala do parafii księdza jest niecałe 800 metrów, które można pokonać spokojnie w 10-12 minut. Tym razem jednak droga ta trwała niesamowicie długo. Ślizgające się na chodniku buty, moje rozbite dzień wcześniej kolano oraz osłabienie księdza wcale temu nie pomagały. W pewnym momencie nawet pomyślałam, że mogłam wezwać taksówkę, albo wykombinować jakiś inny transport. Zwłaszcza, że w pewnym momencie księdzu zrobiło się słabo i na chwilę musiał usiąść na znajdującej się po drodze ławce, czym mnie trochę przestraszył.
 - No to z jakich zajęć na uczelni dzisiaj się urwałaś? - próbował odwrócić moją uwagę. Odpowiedziałam mu, że właśnie tego dnia mam jeden jedyny wykład wieczorny, w dodatku w wersji on-line, więc nic nie tracę. Trochę się obawiałam, że przyjdzie mu do głowy wypytywanie mnie o neurologa i że pogubię się w tym wszystkim, na szczęście nie przyszło mu to do głowy. Przez chwilę siedzieliśmy na ławce wpatrując się w spadający z nieba śnieg. Nagle ni z tego ni z owego zapytałam go, czy jest bardzo źle. Na początku chyba nie wiedział co mam na myśli, ale wkrótce sam się domyślił.
 - Nie, nie jest tak źle jak może ci się wydawać - odpowiedział z szczerością w głosie. - Po prostu jestem już trochę tym zmęczony. W końcu to półmetek.
Hmmm... W zasadzie to na półmetku antybiotyku też odczuwałam niesamowite zmęczenie. A potem zaczął mi mówić, że mam się tak o niego nie bać, że tym razem będzie dobrze, że nie skończy się to tak jak... Przerwałam mu pytając, skąd on to wszystko wie.
 - Paul mi powiedział - usłyszałam. - I muszę przyznać, że jesteś najdzielniejszą osobą, jaką znam...
Przesadził, moja dzielność jest na poziomie przeciętnego człowieka. Tym bardziej, że przez to co powiedział jak żywe stanęły przede mną obrazy sprzed dekady... Wiem, że nie zrobił tego świadomie, a jednak. Przepraszał też, że chyba zepsuł mi najpiękniejsze dni, takie jak obrona, czy też kolejne urodziny. Nie, nie zepsuł. Co prawda były one stresujące z powodu jego operacji, ale ostatecznie wszystko wyszło na dobre. I jakoś to się dla mnie bardziej liczyło niż świętowanie. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Sztuką jest posegregowanie ich w odpowiedniej hierarchii. A na koniec padło coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Ksiądz, kładąc rękę na moim ramieniu, rzekł:
 - Wiesz, jakby jednak coś się nie udało i jakbym jednak umarł to proszę, możesz obwiniać o to mnie, cały świat, ale nie Pana Boga.
No to poleciał po całej bandzie. W zasadzie to raczej o nic nigdy nie miałam pretensji do Najwyższego, więc dlaczego teraz, gdyby coś się nie udało, miałoby być inaczej? No pewnie będzie mi przez jakiś czas smutno, będę odczuwała żal, być może i złość, ale w końcu będzie trzeba przyjąć do wiadomości to, co się stało. Jak wiele razy dotychczas i wiele razy potem. Ale oczywiście powiedziałam mu, że się postaram.
Sama się zastanawiam, komu bardziej była potrzebna ta rozmowa - księdzu, czy mi. Chyba każdemu z nas po trochu. Abyśmy jeszcze raz zrozumieli, że bez innych daleko nie zajdziemy. I może dobrze, że przystał na moją propozycję odprowadzenia go pod plebanię. Może nawet dobrze, że zrobiło mu się po drodze słabo. Może nie byłoby potem okoliczności, na tak spontaniczną wymianę zdań. No, chyba że powoli przygotowuje mnie na wiadomość, że coś jednak w tym wszystkim poszło nie tak.
Po dotarciu na plebanię Ksiądz Niosący Światło zaproponował mi ciepłą herbatę, ale na razie nie chcę zbyt bardzo przesuwać granicy naszej znajomości. Niech pozostanie na tym etapie, na którym jest. Zwłaszcza, że księdza traktuję po prostu jako dobrego znajomego. I myślę, że w przypadku każdej, no może prawie każdej osoby, postąpiłabym podobnie, choć podejrzewam, że w przypadku mojego proboszcza przyszłoby mi to z wielkim trudem. A może traktuję go jak starszego brata, którego zawsze chciałam mieć, ale los obdarzył mnie jedynie młodszą siostrą? W każdym razie jakichś większych uczuć do niego nie czuję i niech tak pozostanie.

poniedziałek, 27 listopada 2023

1780. Pływacka niedziela w moim obiektywie

Kiedy kilka dni temu Prezes zaproponował mi pomoc w organizacji czwartego sportowego memoriału im. Henryka Pięty, to nawet się ucieszyłam. Bardzo lubiłam poprzedniego prezesa klubu sportowego, w którym trenuję lekką. Zresztą miałam to szczęście, że to on zarządzał klubem w momencie, do którego dołączyłam w ostatniej klasie gimnazjum. Dzięki temu zabiegowi mogłam kontynuować moją "karierę sportową" po zakończeniu nauki na tym etapie edukacyjnym.
Pamiętam jak całą ekipą wraz z wychowawczynią, która jednocześnie była jedną z trenerek w niej pracujących, pojechaliśmy do mieszczącej się w Kato siedziby klubu. W zasadzie mieliśmy otrzymać książeczki sportowe, a przy okazji zostaliśmy przedstawieni prezesowi. Ucieszył się, że sekcja lekkoatletyczna rośnie w siłę, tak samo jak potem cieszył się z każdego osiągniętego przez nas wyniku, nawet jeżeli nie został on okraszony żadnym medalem.
Pan Henryk zmarł przed trzema laty. Niemal od razu pojawił się pomysł na zorganizowanie memoriału pływackiego noszącego jego imię. Dlaczego właśnie tej dyscypliny sportowej? Otóż pan Henryk nie miał rąk i nóg, a mimo to czuł się jak ryba w wodzie i sam je uprawiał, zresztą z sukcesami. Wybór był więc oczywisty. Pierwsza edycja memoriału odbyła się już w 2020 roku, zaledwie trzy miesiące po jego śmierci. Z powodu pandemia koronawirusa była raczej kameralną imprezą. I tak zostało do dzisiaj.
Patrząc na datę zastanawia mnie, dlaczego memoriał został rozłożony na dwa dni, skoro wszystko odbyło się w niedzielę. Dla mnie to nawet dobrze, dzięki temu mogłam w sobotę nadrobić wszystkie zaległości z tygodnia. A tych nie brakowało, zwłaszcza w sferze naukowej. Próbowałam się też skontaktować z Młodszą, która też miała być wolontariuszem na wydarzeniu, a z którą miałam potencjalnie jechać do Tychów, jednak z nią nie było żadnego kontaktu. W zasadzie już kilka razy tam byłam, więc wiedziałam jak tam trafić. Dlatego zbytnio nie przejmowałam się tym brakiem odpowiedzi od niej. 
W niedzielny poranek, uzbrojona w prowiant oraz książkę do czytania* wyruszyłam do docelowego miejsca. Czekał mnie cały dzień na basenie, a potem jeszcze Msza święta w wydziałowej kaplicy. Dzięki temu mogłam połączyć jedno z drugim, bez rezygnacji z któregoś z nich. Zaczytując się w "Zgubnej truciźnie" autorstwa Katarzyny Kwiatkowskiej pokonałam niemały odcinek dzielący moją miejscowość z Tychami, z przesiadką w Kato. Na miejscu byłam po godzinie 9:00. Nikogo z obsługi imprezy jeszcze nie było, toteż usiadłam na schodach prowadzących na górę obiektu i powróciłam do przerwanej lektury.
Po pewnym czasie pojawiła się Młodsza, która niemal od początku zaczęła pajacować, wraz z jednym z byłych moich trenerów oraz Prezes z ekipą z biura obsługi. Zgodnie z ich instrukcjami najpierw przenosiliśmy różne rzeczy na teren pływalni oraz do pomieszczenia biurowego, a następnie zawieszałyśmy banery. Znaczy się Młodsza zawieszała, a ja jej podawałam tzw. zipki. 
Ja w biurze zawodów.
Po pewnym czasie Młodsza poleciała na teren basenu, bo przyjechał ogólny komentator sportu osób niepełnosprawnych. Nie wiem, może kiepski ze mnie obserwator, a może po prostu widzę to, co chcę widzieć, ale w moich oczach to ona większości osób po prostu się podlizuje, zamiast po prostu czynić swoje. Od podstawówki mam uczulenie na tego typu zachowania. Po prostu wolę o coś zawalczyć niż to zdobyć na zasadzie słodkich słówek i maślanych oczów.
Powoli zaczęli zjeżdżać się zawodnicy. W tym roku do rywalizacji stanęło 6 drużyn: 
  1. Start Katowice - oddział Tychy
  2. Start Katowice - oddział Chorzów/Oświęcim
  3. Start Tarnów
  4. Sekcja pływacka z Mielca
  5. LKS "GOL-Start" Częstochowa
  6. Integracyjny Klub Sportowy Druga Szansa Sportu Kraków
Każda z nich mogła wystawić najwyżej 10 niepełnosprawnych zawodników, którzy w sztafecie, płynąc różnymi stylami, mieli pokonać jak największą ilość metrów (jedna długość basenu to 25 metrów) w ciągu 2 godzin. Zawodnicy oczywiście mogli, a nawet powinni, się zmieniać. 
Kiedy Młodsza gdzieś ganiała, mnie poproszono o przybicie pieczątek na każdym z dyplomów dla uczestników. Nawet mi się to podobało, chociaż na początku miałam obawy, że np. pieczątka mi się rozmaże. W pewnym momencie do kantorku wpadła Młodsza, a widząc co robię, stwierdziła, że ona też chce. O nie, tak łatwo tej fuchy nie oddałam. Muszę czasami zawalczyć o swoje.
Po 12:00 poszłam na teren niecki basenowej poobserwować zmagania zawodników. A przy okazji, posiadając przy sobie aparat fotograficzny, porobiłam zdjęcia z tego wydarzenia. Trochę ich wyszło, ale na potrzeby wpisu wybrałam tylko niektóre z nich. 
Podczas memoriału swoja karierę pływacką zakończył jeden z zawodników naszego klubu - Krystian.
Ekipa sędziów pilnująca właściwego przebiegu spotkania.
Zawodnicy oczekujący na swoje starty
Moment startu niektórych z nich...
... i ich zmaganiem z dystansem, a także z samym sobą.
Niezastąpiony konferansjer, Monia i ja.
A pływacy, pomimo zmęczenia, pokonywali kolejne metry różnymi stylami pływackimi.
Jeden z banerów, który witał przybyłych zawodników i kibiców.
Już za chwileczkę, już za momencik zostaną ogłoszone oficjalne wyniki memoriału.
Puchary były dla wszystkich drużyn, ich wielkość odpowiadała uzyskanemu rezultatowi zmagań. Dodatkowo były indywidualne statuetki dla najlepszego zawodnika i zawodniczki całego turnieju.
To podium było naprawdę symboliczne, ponieważ drużyny odbierały puchary oraz upominki na środku pływalni, wychodząc na nią od tej, która przepłynęła najdłuższy dystans. W tym roku triumf należał do Startu Tarnów. Pokonali oni Start Katowice oddział Tychy o... 50 metrów.
Po dekoracji poszczególnych zawodników nastąpiło oficjalne zakończenie imprezy. Zawodnicy powoli opuszczali teren pływalni, a my, organizatorzy, zaczęliśmy powoli sprzątać jej teren. Trzeba było pozdejmować banery reklamowe, a także ogólnie zrobić porządek. Przy okazji wysłuchałam "kazania" Prezesa na temat tego, że nie chodzę na treningi. Jeszcze bardziej się wkurzyłam na Młodszą, która musiała na mnie nagadać (to też szybko się wydało). Niech uważa, bo pewnego dnia ja też mogę powiedzieć co ona wyrabia na zawodach i myślę, że to też nie będzie dla niej ani miłe, ani przyjemne. W każdym razie obiecałam, że będę przychodziła na treningi w miarę możliwości.
Jako organizatorom przysługiwał nam posiłek. W kawiarni, gdzie były one wydawane okazało się jednak, że skończyły się zamówione na tą okazję dania z cateringu. Na szczęście właścicielka przygotowała nam lokalowy obiad, na który składał się rosół z makaronem oraz ziemniaki z kotletem i surówką, a do tego kompot.
Po wszystkim Prezes odwiózł mnie i Młodszą do Kato pod siedzibę klubu. Tam pownosiliśmy rzeczy do siedziby klubu. Powiedziałam też Młodszej, że nie wracam z nią do DG, bo muszę jeszcze iść na wydział. Nie powiedziałam jej jednak po co, i pewnie myślała, że mamy jakąś imprezę. Dlatego zaczęła od razu się przymilać i prosić, że chce iść ze mną, ale kiedy usłyszała, że idę na Mszę świętą, od razu jej się odwidziało. I nawet nie przekonało jej to, że Komunia Święta udzielana jest na niej pod dwoma postaciami: chleba i wina. Może to i dobrze, bo nie wiem, czy przy jej wyskokowości odnalazła by się w raczej stonowanym towarzystwie. Ale po jej mamę zadzwoniłam, żeby przyjechała samochodem pod klub i ją odebrała (kurczę, gdybym nie była taka miękka to bym odmówiła jej i Młodsza musiałaby jechać autobusem, albo szukać innego sposobu, by skontaktować się z rodzicami, bo swojego smartfona potłukła - brawo ona). Ciocia nie była tym zachwycona, ale obiecała przyjechać po nią. A ja pojechałam tramwajem w stronę mojego Wydziału Teologicznego.

* W najgorszym przypadku do domu wróciłabym dopiero około 22 godziny

niedziela, 26 listopada 2023

1779. O tym papież Franciszek mówił do młodych podczas spotkania w Lizbonie

Światowe Dni Młodzieży są inicjatywą zakładającą spotkania młodych ludzi z całego świata w jednym, konkretnym miejscu co 2-3 lata. Teraz od Panamy do Lizbony były cztery lata, spowodowane to jednak było pandemią koronawirusa. Niby od Lizbony do Seulu też są cztery lata, ale po drodze wypada Wielki Jubileusz Światowych Dni Młodzieży w Rzymie.
Pomiędzy kolejnymi edycjami dużych spotkań na szczeblu globalnym, mają miejsce mniejsze, jednodniowe spotkania na szczeblu diecezjalnym. Nazywane są, a jakżeby inaczej, Światowym Dniem Młodzieży. Aż do 2020 roku odbywał się on w każdą Niedzielę Palmową, we wspomnianym czasie przeniesiono go na niedzielę Chrystusa Króla, zamykającą rok liturgiczny. Podobnie jak w przypadku Światowych Dni Młodzieży, także i tutaj przyświeca im jakiś biblijny cytat. W tym roku był to zwrot z Listu św. Pawła do Rzymian: "Weselcie się nadzieją".
W wielu polskich diecezjach Światowy Dzień Młodzieży był bardzo uroczyście obchodzona. Nasza się z tego wyłamała. Myślę, że po ostatnich historiach głośnych na cały świat ma ona inne sprawy na głowie. Poza tym nawet nie miałby kto przewodniczyć jego obchodom, ponieważ tymczasowa głowa diecezji właśnie przyjmowała paliusz w archikatedrze katowickiej.
W takim dniu jak ten wracam myślami i wspomnieniami do Światowych Dni Młodzieży, w których brałam udział. W tym roku szczególnego wydźwięku nabrały te, które miały miejsce kilka miesięcy temu w Lizbonie. Może to dziwnie zabrzmi, ale dopiero po powrocie do domu na spokojnie wszystko obejrzałam na komputerze. Zresztą wtedy nawet mieliśmy problem z tłumaczeniem radiowym na polski i prawie nikt z nas nie wiedział, co się dzieje. Są też cytaty z tego spotkania, słowa i zdania wypowiedziane przez papieża Franciszka, które szczególnie zapadły mi w serce. Dziś pragnę się z Wami nimi podzielić.

  1. "Marzę o Europie, sercu Zachodu, która wykorzystuje swoją pomysłowość do gaszenia ognisk wojny i do rozpalania światła nadziei; o Europie, która umiałaby na nowo odkryć swoją młodzieńczą duszę, marząc o wspaniałości tego, co wspólne i wykraczając poza doraźne potrzeby."
  2. "Myślę o bardzo wielu dzieciach nienarodzonych i osobach starszych pozostawionych samym sobie, o trudności w przyjęciu, obronie, promocji i integracji tych, którzy przybywają z daleka i pukają do drzwi, o samotności wielu rodzin zmagających się z trudnościami w urodzeniu i wychowaniu dzieci"
  3. "Dokąd płyniesz, Europo i Zachodzie, odrzucając starszych, z murami z drutu kolczastego, rzeziami na morzu i pustymi kołyskami?"
  4. "Dokąd idziecie, jeśli w obliczu udręki życia oferujecie pochopne i błędne środki zaradcze, takie jak łatwy dostęp do śmierci - rozwiązanie wygodne, które wydaje się słodkie, ale w rzeczywistości jest bardziej gorzkie niż wody morskie?"
  5. "To jest czas łaski, który daje nam Pan, abyśmy wypłynęli na morze ewangelizacji i misji"
  6. "Łowienie ludzi i wyciąganie ich z wody oznacza pomaganie im w wynurzaniu się z miejsca, w którym zatonęli, ratowanie ich przed złem, które grozi im utonięciem, wskrzeszenie ich z wszelkich form śmierci"
  7. "Ewangelia jest głoszeniem życia w morzu śmierci, wolności w wirze niewoli, światła w otchłani ciemności"
  8. "Szukajcie i podejmujcie ryzyko"
  9. "Trzeba podjąć ryzyko myślenia, że nie jesteśmy w agonii, lecz w chwili narodzin; nie u kresu, lecz na początku wielkiego spektaklu"
  10. "Chrześcijaństwo nie może być przeżywane jako forteca otoczona murami, wznosząca wały obronne przeciwko światu"
  11. "Idź dalej, wyżej; odwagi, idź dalej! Tego też wam z całego serca życzę"
  12. "Nie wystarczy, żeby chrześcijanin był przekonany, musi być przekonujący; nasze działania mogą odzwierciedlać radosne a zarazem radykalne piękno Ewangelii"
  13. "Nikt nie jest chrześcijaninem przez przypadek"
  14. "W oczach Boga jesteśmy drogocennymi dziećmi, które wzywa każdego dnia, by wziąć w ramiona i wesprzeć; aby uczynić z każdego z nas wyjątkowe i oryginalne arcydzieło, którego piękno możemy jedynie przeczuwać"
  15. "W Kościele jest miejsce dla wszystkich, bez względu na miejsce i pochodzenie"
  16. "Nie jesteśmy chorobą ani problemem: jesteśmy, każdy z nas darem, wyjątkowym darem w swoich ograniczeniach, cennym i świętym darem dla Boga, dla wspólnoty chrześcijańskiej i dla wspólnoty ludzkiej"
  17. "Syn Boży wyszedł na Kalwarię, aby zstąpić aż na samo dno, ku nam. Ponieważ taka jest droga miłości"
  18. "Wszyscy w swoim życiu płaczemy. I wówczas Jezus jest z nami. I płacze z nami, ponieważ nam towarzyszy"
  19. "W kościele jest miejsce dla wszystkich, ponieważ każdy jest ważny w oczach Pana i Matki Bożej"
  20. "Kościół nie może być niczym innym jak domem radości"
  21. "Tylko jedna rzecz jest za darmo, to miłość Jezusa!"
  22. "Wstań: otwórz swoje serce przed Bogiem, podziękuj Mu, przyjmij piękno, którym jesteś"
  23. "Idźmy z nadzieją, patrzmy na nasze korzenie i idźmy naprzód, bez lęku. Nie lękajcie się"
  24. "Idźcie i bądźcie świadkami radości wiary, nadziei, która rozgrzewa wasze serca, miłości, którą wnosicie we wszystko"
  25. "Jaśniejcie światłem Chrystusa. Słuchajcie Go, abyście i wy stali się światłością świata. I nie lękajcie się, bo Pan was miłuje i idzie obok was. Z Nim życie zawsze się odradza"
  26. "Ten, kto kocha, nie stoi bezczynnie, ale przyspiesza swój bieg ku innym"
  27. "Doświadczamy, że małe >>tak<< wypowiedziane Jezusowi może zmienić nasze życie. Ale również >>tak<< wypowiedziane innym czyni dobro"
  28. "Idźcie dalej drogą, którą rozpoczęliście, ponieważ Światowe Dni Młodzieży będą kontynuowane jutro, w domu, w parafii, w szkole i na uniwersytecie"
  29. "Dalej płyńcie na falach miłosierdzia, bądźcie >>surferami miłości<<"
Niektóre można odczytywać dosłownie, większość jednak ma w sobie ukryty głębszy sens. Nad wieloma trzeba się zatrzymać i zastanowić o co w nich chodzi. I myślę, że ile wiernych, tyle będzie interpretacji tych słów. Bo każdy będzie w nich widział co innego. Każdy z nas ma swój indywidualny sposób odbierania świata, na co innego zwróci uwagę, co innego go przyciągnie w danych słowach. Mamy do tego całkowite prawo, bo to czyni nas indywidualistami.

sobota, 25 listopada 2023

1778. Jak się żyło w radzieckiej Legnicy?

Jedna z moich znajomych poznanych podczas wolontariatów pochodzi z Legnicy, a po śmierci rodziców wyjechała na studia na Śląsk i tutaj już została. Jak sama mówi, do miasta rodzinnego nie wróci, bo nic ją tam już nie trzyma. A jej wystarczy jak raz na rok tam pojedzie na grób bliskich. I to niekoniecznie w okolicach 1 listopada. Jej mama kochała wiosnę i to właśnie wtedy tam jedzie. 
Chociaż w ostatnim czasie miałam stosunkowo mało czasu, to jednak udało mi się wygospodarować go na lekturę "Mała Moskwa. Rzecz o radzieckiej Legnicy". Nie będę ukrywać, że moje główne miejsce jej czytania to autobus międzymiastowy, ale tak naprawdę to głównie wtedy miałam na to czas. Do lektury, nie łatwej zresztą, podeszłam przede wszystkim jak do szansy poznania miejsca, w którym owa dziewczyna spędziła swoje dzieciństwo i młodość. Co prawda miało to miejsce już w czasach postkomunistycznych (jesteśmy z jednego rocznika, a nawet miesiąca), jednak Karo zawsze wspominała, że ślady obecności Sowietów w Legnicy pozostały praktycznie po dzień dzisiejszy.

Tytuł: "Mała Moskwa. Rzecz o radzieckiej Legnicy"
Autor: Wojciech Kondusza
Wydawnictwo: Edytor
Legnica 2006
Ilość stron: 310

Po zakończeniu II wojny światowej w wielu polskich miastach stacjonowały sowieckie wojska. Wbrew wszelkiej logice zostały one umieszczone nie na wschodzie naszego kraju, ale w miastach w południowo - zachodniej części Polski. Jednym z takich miast była położona za Wrocławiem Legnica, miejsce średniowiecznej walki księcia Henryka II z Dżingis-Chanem. 
W tym roku, 16 września, minęło 30 lat od chwili, w którym ostatni radziecki garnizon stacjonujący we wspomnianej Legnicy, opuścił granice Polski. Stało się to "po cichu", pod osłoną nocy. Odtąd Legnica stała się wolnym miastem, bez zbędnego, narzuconego z zewnątrz balastu. 
O życiu w "Małej Moskwie", jak nazywano Legnicę w czasach, kiedy stacjonowała w niej armia sowiecka, bardzo dobrze opowiada książka Wojciecha Konduszy pod tym samym tytułem. Autor dokonuje w niej swoistej podróży w czasie i opisuje zarówno genezę powstania w mieście jednego z sowieckich garnizonów, warunki życia dzielonego z sąsiadami-Sowietami, jak w końcu ostatnie lata "Małej Moskwy". W książce znajdziemy liczne ciekawostki i dane statystyczne obrazujące tamte, nie takie znowu odległe, czasy.
Nie przypominam sobie abyśmy w szkole średniej na lekcjach historii dotarli do tego punktu przeszłości naszej ojczyzny. To smutne, tym bardziej, że Legnica odegrała dosyć znaczącą rolę. Nie można zapominać, że to z niej usunięto ostatni garnizon sowiecki w Polsce. Tak skończyła się nasza zależność od wschodniego sąsiada, a raczej od resztek, które po nim zostały po rozpadzie ZSRR.

piątek, 24 listopada 2023

1777. I kto w tym wszystkim był "żartownisiem"?

Pokonferencyjne zmęczenie nie wpłynęło na moją dezercję z odbywającego się tego dnia wieczorem spotkania "piekarnika". Już tydzień temu się na nim nie pojawiłam, ale uznałam, że przygotowanie się do mającego miejsce następnego dnia kolokwium jest ciut ważniejsze. Zwłaszcza, że notatki na nie otrzymałam w ostatniej chwili. Dobra, moja wina, za słabo zabiegałam o nie. Teraz jednak nic nie przeszkodziło w moim uczestnictwie w spotkaniu. No może wspomniane zmęczenie, ale po zajęciach poszłam jeszcze do pracy, co skutecznie mnie "otrzeźwiło". Może nawet bardziej, niż mocna kawa. Praca z dziećmi jednak skutecznie podnosi adrenalinę.
Każde spotkanie jest dla mnie niewiadomą. Na szczęście Madziołek jest bardziej zorientowany i informuje mnie, co jest zaplanowane na dane spotkanie. Tym razem nie mieliśmy go w ośrodku DA, ale zamiast tego po Mszy świętej mieliśmy wziąć udział w adoracji Najświętszego Sakramentu. Dla mnie to nowość w tej wspólnocie i byłam ciekawa, jaką przybierze ona formę. Kiedy skończyła się Msza, ksiądz Krzysiek przeszedł przez zakrystię i wszedł na tył kaplicy, aby razem z nami uczestniczyć w nabożeństwie.
Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu zostały odczytane trzy fragmenty "Dzienniczka siostry Faustyny Kowalskiej" opowiadające o tym, czym dla niej jest spotkanie z Najwyższym ukrytym w Hostii. Przeplatały je pieśni uwielbienia, takie jak: "Płomień", czy też "Nie bój się". A potem nastała chwila ciszy, podczas której każdy z nas mógł się zatopić w modlitwie. To było kilka minut, które wyjątkowo dłużyły mi się w nieskończoność. Szczerze powiedziawszy, to nawet się ucieszyłam, że to już koniec nabożeństwa, a ksiądz błogosławi nas monstrancją. Jeszcze chwila i zasnęłabym ze zmęczenia, bo już zamykały mi się oczy. Nie, jak dla mnie to muszę być w miarę wypoczęta, aby brać udział w takim wydarzeniu.
Na koniec było pamiątkowe zdjęcie uczestników spotkania. Ksiądz kazał nam się ustawić, wskazując miejsca, gdzie mamy się znaleźć, aby aparat nas objął.
 - Tutaj też można stanąć - stwierdziłam odchodząc na bok. Ksiądz Krzysztof spojrzał na mnie ze zdziwieniem w oczach. Tłumaczyłam mu, że na ten dzień wyczerpałam limit zdjęć, no bo na konferencji trochę ich nacykano, co zresztą Madziołek może potwierdzić, ale nasz duszpasterz nie dał się przekonać.
 - Żartowniś się odezwał - stwierdził ksiądz z trudem hamując śmiech. - No już, stawaj do zdjęcia.
Chcąc, nie chcąc musiałam ustawić się z innymi do pamiątkowego zdjęcia. I jeszcze wylądowałam w pierwszym rzędzie...
Czy tylko mnie to zdjęcie przypomina standardowe zdjęcie klasy szkolnej? Nawet ksiądz Krzysztof, niczym wychowawca, się na nie załapał. Nie ma to jak drabina pełniąca funkcję statywu, na której można, po wielu próbach, ustawić smartfon. Tylko brakuje nam kartki z tym, na którym roku jesteśmy. Chociaż patrząc na różnorodność kierunków i roczników to myślę, że byłaby trudność z jednoznacznym i jednogłośnym ustaleniem tego.
A przy okazji uświadomiłam sobie, że to już miesiąc, jak dołączyłam do tej grupy. Na razie mi się podoba, czuję się w niej dobrze i myślę, że się w niej jakoś odnalazłam, chociaż wbrew pozorom, początki nie były łatwe. Trochę walczyłam z moją nieśmiałością, ale dzięki Madziałce i temu podołałam. d
Po Mszy i adoracji większość ludzi poszła jeszcze do ośrodka DA, ale ja już byłam tak padnięta po całym dniu, że odpuściłam to sobie i wróciłam do domu. Kiedyś odpocząć też trzeba. A poza tym na drugi dzień miałam referat na zajęciach i chciałam się po prostu wyspać. I nawet nie dałam się zastraszyć groźbą księdza - "I niech mi się ktoś odważy z nami nie iść". Hi, hi, hi - teraz to on okazał się owym żartownisiem. Zresztą będzie jeszcze tyle okazji do wspólnych spotkań.
Hm... w niedzielę jest Msza święta. Akurat mam być wtedy na Memoriale im. Henryka Pięty na tyskiej pływalni, więc nie będę mogła być u siebie w parafii. Ale godzina Mszy w kaplicy na wydziale zupełnie mi odpowiada i z niczym nie koliduje. No i będzie na niej kolejny przedstawiciel naszej piekarnikowej wspólnoty.

czwartek, 23 listopada 2023

1776. Chociaż konferencja dotyczyła szeroko rozumianego wypalenia, to raczej jej organizacja mnie nie wypaliła

Kiedy w lipcu zaproponowano mi współorganizację kolejnej edycji konferencji "Między katedrą, a katedrą", zareagowałam na to neutralnie. Tego dnia przez mój umysł przetoczyły się skrajne emocje od radości związanej z obroną tytułu licencjata z Nauk o Rodzinie, po strach i niepokój wiążące się z niełatwą operacją księdza Niosącego Światło, a kończąc na niepewności związanej ze zbliżającego się wolontariatu podczas Światowych Dni Młodzieży. Naprawdę, ostatnią rzeczą, o której wtedy myślałam była jakaś konferencja, której nie miał kto inny zorganizować.
Ale z czasem emocje te opadły, a człowiek zaczął bardziej racjonalnie myśleć. W konsekwencji zgodziłam się pomóc, bo w końcu nic nie traciłam, no może z wyjątkiem czasu, a mogłam tylko zyskać. Po cichu też cieszyłam się, że znowu ktoś dostrzegł mój potencjał, który może działać na plus, a nie tylko moją niepełnosprawność, która jest walorem ujemnym mojej osoby. Myślicie, że wszyscy są tacy chętni do współpracy ze mną? Gdzie tam. W dodatku mają moją ulubioną wymówkę: "Bo sobie nie poradzisz z powodu niepełnosprawności". Tak od razu, bez sprawdzenia, co jest się w stanie naprawdę zrobić i dopasowania zadań do możliwości. To znowu jest możliwe, jak najpierw pokazał to ksiądz organizujący konferencje na UPJPII, jak pokazały liczne wolontariaty, jak pokazała organizacja "Katedr". Tylko trzeba chcieć poszukać tych zadań. Zresztą kto chciałby być pomijanym w organizacji czegoś, będąc zarazem ku temu chętnym, tylko ze względu na niezależną od niego niedoskonałość? Myślę, że chyba nikt.
W lipcu wydawało się, że do listopada, na który zaplanowana była konferencja, jest sporo czasu. Tymczasem on się kurczył w zastraszającym tempie, aż człowiek łapał się za głowę, że tak mało mu go zostało, a tak dużo jest jeszcze do zrobienia. Trzeba było znaleźć czas na wysyłanie meili do prelegentów, na spotkania organizacyjne, na ułożenie programu, w końcu na złożeniu propozycji tematu mojego przemówienia oraz napisaniu abstraktu i zrobieniu prezentacji multimedialnej. To trochę zajmuje, zwłaszcza komuś, kto w miarę szybko i sprawnie myśli, ale jest ograniczony w równie sprawnym przelewaniu tych myśli na papier, nawet za pomocą komputera, przez własne ciało. Myślicie, że to nie jest frustrujące? Jest, i to bardzo. A przecież mój świat nie kończył się na konferencji, było jeszcze tyle innych spraw, które trzeba było ogarnąć. W ostatnim czasie nałożyła się na to ostatnia seria (mam nadzieję) antybiotyku, która rozłożyła mój organizm na łopatki. To, w połączeniu z ostatnimi dopieszczeniami planu konferencji sprawiło, że powoli miałam wszystkiego już dosyć - i psychicznie, i także, co może dziwić, fizycznie. Zmęczony organizm dopominał się tego, czego aktualnie nie mógł dostać - snu i odpoczynku. Ale obiecałam mu, że w sobotę będę spać do oporu.
W końcu, po wielu miesiącach przygotował, nerwowych tygodniach oraz ostatnich dniach wypełnionych strachem i obawą, czy wszystko się uda, nadszedł ten jeden dzień, a właściwie to nawet kilka wręcz godzin, które były finalizacją tego, czemu poświęciliśmy tak dużo czasu. Na naszym Wydziale Teologicznym odbyła się kolejna edycja Ogólnopolskiej Konferencji Interdyscyplinarnej "Między katedrą, a katedrą"*, która w tym roku poświęcona była szeroko rozumianemu wypaleniu (stąd jej podtytuł "Wypalony świat - wypalony Kościół".
Całość zaczynała się o godzinie 9:00, jednak komitet organizacyjny był na wydziale już o godzinie 7:30. Trwały ostatnie przygotowania, takie jak szykowanie stanowisk pracy, przyklejanie harmonogramów wystąpień na drzwiach sal, w których miały one miejsce, przygotowywanie w nich krzeseł, ostatnie sprawdzanie sprzętu, a nawet podpisywanie zaświadczeń o wygłoszeniu danego referatu. Tego dnia wraz z Anią z 4 roku teologii przydzielona byłam do obsługi gości w rejestracji. Naszym głównym zadaniem było wydawanie identyfikatorów prelegentom, wpisywanie na listę studentów, którym trzeba będzie wysłać zaświadczenie o uczestnictwie w konferencji, aby mogli mieć usprawiedliwioną nieobecność na zajęciach, w końcu udzielaniu zainteresowanym potrzebnych informacji. Otrzymane plakietki informowały o naszej funkcji, a ja z radością pomyślałam, że ten "mgr" przed moim imieniem i nazwiskiem prezentuje się całkiem nie najgorzej. Niby od trzech lat posiadam ten tytuł, a jeszcze się do niego nie przyzwyczaiłam.
Konferencja rozpoczęła się o godzinie 9:00 trzema wykładami inauguracyjnymi. Niestety, z powodu funkcji siedzenia na rejestracji nie mogłam na nie pójść, ale co nieco udało mi się usłyszeć przez otwarte drzwi. Zresztą powoli schodzili się studenci, którzy skończyli pierwszy blok wykładowy i chcieli wziąć udział w wydarzeniu, a więc było co robić. Pierwszy wykład dotyczył jednego z aktualnych problemów współczesnych nastolatków i był zatytułowany "Piękne ciało - wypalone wnętrze? O konsekwencjach dorastania w kulturze cyfrowego narcyzmu". Drugi opowiadał o "Odbudowie Rwandy po ludobójstwie 1994 roku: perspektywa państwa i Kościoła 25 lat później"**. Trzeci z kolei dotykał nadużyć seksualnych w kościele i nosił nazwę: "Odbudowa wypalonej ziemi - pomoc ofiarom nadużyć w Kościele". Dodatkowo wszyscy trzej prelegenci byli moderatorami wystąpień w trzech utworzonych sekcjach.
Po wykładach inauguracyjnych była krótka, 15 minutowa przerwa kawowa, po czym rozeszliśmy się do wyznaczonych sal, w których utworzone były tematyczne sekcje. Ja zostałam przydzielona (właściwie to sama siebie przydzieliłam) do sekcji drugiej, w której prelegenci wygłaszali referaty związane z wypalonym światem. Początkowo było w niej 6 osób, ale jedna nie dotarła, więc finalnie wystąpiło tylko 5. A ja z miejsca trzeciego w wystąpieniach "spadłam" na drugą pozycję. Z jednej strony spotęgowało to mój stres, ale z drugiej - szybciej miałam to za sobą.
Tematyka mojego panelu była bardzo szeroka, chociaż nie tak szeroka, jak sesji 1, on-line, gdzie połączyliśmy obie części tematu konferencji, w jedno. Pierwsze wystąpienie dotyczyło wypalenia obserwowanego u studentów. Drugie, moje, wypalenia zawodowego nauczycieli uczących dzieci będących uchodźcami wojennymi z Ukrainy. Trzecie, wspomnianej Ani z teologii, aktualności pedagogiki św. Jana Bosko. Czwarte, Archanioła, samoakceptacji osób dotkniętych niepełnosprawnością narządu wzroku. W końcu piąte dotyczyło szeroko rozumianej kultury wypalenia. Warto tutaj wspomnieć, że tematyka mojego i Archanioła wykładów wiązała się z napisanymi przez nas pracami licencjackimi.
Każdy z nas miał 12 minut na zaprezentowanie swojego wystąpienia. Nie jest to dużo, zwłaszcza kiedy człowiek mówi wolno, bo inaczej nikt by go nie zrozumiał. Dlatego tak ważne było odpowiednie, a przede wszystkim mądre, zaplanowanie całego wystąpienia. Ujęłam je w takie cztery zasadnicze punkty. W pierwszym wyjaśniłam kim jest migrant, emigrant i uchodźca, zwróciłam tutaj uwagę, że każdy uchodźca jest migrantem i emigrantem, ale nie każdy emigrant i migrant jest uchodźcą. Drugi punkt pominęłam, ponieważ mój przedmówca doskonale wyjaśnił pojęcie wypalenia, a zasadniczo pokrywało się ono z tym, co chciałam powiedzieć. W trzecim omówiłam pokrótce sytuację ukraińskich uczniów w polskich szkołach na podstawie wywiadów przeprowadzonych na potrzeby mojej pracy licencjackiej. W czwartym, ostatnim, podzieliłam się ze słuchaczami wynikami moich mini-badań ankietowych przeprowadzonych na nauczycielach, a dotyczących wypalenia zawodowego spowodowanego pracą z dziećmi, które uciekły z opanowanej wojną Ukrainy. Tak, wiem że to nie jest jedyny powód wypalenia zawodowego, ale tylko tak mogłam wykorzystać moją bardzo zawężoną na konkretny problem pracę licencjacką. Oczywiście podczas mojego wystąpienia miałam jedną wpadkę - wyłączyła mi się prezentacja, jednak nie mogłam dać się ponieść emocjom, w końcu czas mojego wystąpienia był bardzo, bardzo ograniczony. Wydaje mi się, że dałam radę, a przynajmniej starałam się, aby było najlepiej, jak tylko mogłam to przedstawić. Dodatkowym motywatorem była obecność na sali wykładowej kilku wykładowców w tym, ku mojemu zaskoczeniu, księdza, który będzie błogosławionym. Trochę mnie zmieszał wchodząc w trakcie mojego wystąpienia, ale szybko odzyskałam rezon. No i w głębi siebie cieszyłam się, że przyszedł.
Po skończonych wystąpieniach udaliśmy się na obiad. To był bardzo dobry czas nie tylko na posilenie się, ale i na wymienienie uwag na temat prezentowanych tematów. Zrobiło mi się miło, kiedy niezwykle wymagająca nauczycielka pochwaliła moje wystąpienie, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, ile mnie to musiało kosztować, zwłaszcza od strony emocjonalnej.
Ostatnim punktem konferencji było podsumowanie wszystkich trzech sesji, tego co zostało na nich powiedziane oraz zadawanie pytań moderatorom. Nasza moderatorka nie zawahała się zaznaczyć, że aż trzech na pięciu prelegentów na prowadzonej przez nią sesji to jej byli, albo aktualni studenci, a niektórzy, to wręcz podwójni studenci (tak to jest, kiedy na dwóch różnych wydziałach ma się zajęcia z tą samą osobą). Takie podsumowanie jest bardzo dobrym pomysłem, ponieważ nie tylko pozwala zsyntezować usłyszane już treści, ale też dowiedzieć się w szerszy sposób, o czym była mowa w innych panelach, w których człowiek siłą rzeczy nie miał szans bycia.
Całość zakończyła się o godzinie 15:00. Myślę, że był to bardzo dobrze i bardzo ciekawie spędzony czas. Wydaje mi się, że różnorodność przedstawionej tematyki pozwoliło spojrzeć na problem wypalenia zawodowego z szerokiej, interdyscyplinarnej perspektywy, jako problem nie tylko jednostki, ale i całego społeczeństwa. A poświęcony czas okraszony niezliczoną ilością konsultacji w różnych sprawach, litrami wypitej herbaty (lub kawy) oraz poobgryzanymi z nerwów paznokciami i ołówkami poskutkował tym, czego nikt nam nie zabierze - autentyczną satysfakcją. Myślę, że tak zaprawiliśmy się w boju, że teraz organizacja każdej kolejnej konferencji będzie dużo łatwiejsza. Bo chyba na tej jednej się nie skończy. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Jedno jest pewne - chociaż spotkanie dotyczyło wypalenia, to raczej nikt z nas w czasie jego organizacji się nie wypalił. To zresztą chyba widać na załączonym obrazku:
Komitet organizacyjny z zaproszonymi prelegentami w środku
Tak bardzo by człowiek chciał od razu po niej wrócić do domu, wziąć gorącą kąpiel, położyć się wreszcie na spokojnie do łóżka. Odpocząć i zrelaksować. Przygotować na kolejny dzień. A tymczasem jeszcze musiał iść do pracy z dzieciakami, zaś po pracy, na cotygodniowe spotkanie "piekarnika". Tydzień temu mnie nie było, bo uczyłam się do kolokwium, teraz chciałam to nadrobić.

* Jej tytuł nawiązuje do starej organizacji wydziałów uczelnianych, na których funkcjonowały mniejsze zakłady zwane katedrami
** Oparty był na badaniach z 2009 roku

środa, 22 listopada 2023

1775. Niecodzienna wizyta studyjna

Na pedagogice w dalszym ciągu bawimy się w wizyty studyjne, które mają nam pokazać w jakich miejscach możemy znaleźć zatrudnienie po szczęśliwym ukończeniu studiów. Bo wbrew pozorom ten kierunek daje nam dużo szersze perspektywy niż praca w szkole. Teoretycznie jest to sześć pięciogodzinnych wyjść w semestrze (co razem daje 30 godzin), w praktyce różnie to bywa czasami jesteśmy krócej, a innym razem dojazd do wskazanego miejsca zajmuje tyle, że nie odczuwa się tego skróconego czasu. A jeszcze kiedy indziej i dojazd i sama wizyta trwa tyle, że mocno wykracza poza ramy czasowe. No, ale trzeba na nie uczęszczać, a potem napisać z nich raport na podstawie wytycznych. Z raportów z kolei wystawiane są cząstkowe oceny, a z nich - ocena końcowa. Jest też jeden minus tego wszystkiego, czasami z powodu godzin, w jakich mamy wizytę studyjną muszę brać wolne w pracy. Na szczęście to sporadyczne przypadki. No i czasami nie ma mnie na zajęciach na Naukach o Rodzinie, bo jeszcze nie opanowałam bilokacji. Aż boję się myśleć co się stanie, kiedy wykładowcy stracą do mnie cierpliwość.
Tak się złożyło, że jednym z odwiedzanych przez nas miejsc była moja dawna szkoła. No prawie, bo za mnie to była osobna placówka, a aktualnie została połączona ze szkołą dla dzieci oraz młodzieży niewidomej i niedowidzącej. Ja uczęszczałam do małej klitki, gdzie nie było innego wyjścia i z powodu małej ilości pomieszczeń łączono kilka klas w jedną, tworząc w ten sposób zespoły klasowej. Teraz do dyspozycji jest ogromny budynek, z dużą ilością sal i internatem. Ma to też swoje minusy - zatraciła się gdzieś ta kameralność, która kiedyś była. Może trudno w to uwierzyć, ale kiedy ja uczęszczałam do szkoły, to znałam wszystkich innych uczniów z imienia, nazwiska i klasy. Współcześnie nie wiem czy potrafiłabym spamiętać każdego z nich z osobna, przy takiej ich liczbie. Pewnie byłoby mi ciężko. 
Teraz jednak nie "zwiedzaliśmy" samej szkoły, a jedynie internat, który jest jej częścią. W mojej szkole go nie było, ale w tej dla niewidomych i niedowidzących - już tak. I tak właściwie to po niej jest on spuścizną, chociaż lata świetności ma już za sobą. Kiedyś, kiedy szkolnictwo integracyjne i włączające nie było na tak zaawansowanym poziomie, trudno się było do niego dostać. Szkoła dla niewidomych i niedowidzących była jedną z niewielu w tej części Polski i przyjeżdżały do niej dzieci z różnych stron województwa. Teraz, przy odpowiednim wsparciu, osoby mające problem ze wzrokiem mogą z powodzeniem uczyć się w szkołach masowych. Ale internat nie został zlikwidowany, a wręcz posłużył za azyl dla ociemniałych dzieci z ogarniętej wojną Ukrainy. 
W zasadzie sam internat taki ciekawy nie był. Dlatego opiekunka tej praktyki zaproponowała nam pomoc w przygotowaniu sali gimnastycznej pod turniej goadboola, który ma się odbyć w najbliższy weekend. A przy okazji mieliśmy się dowiedzieć czegoś o tej mało znanej dyscyplinie sportowej przeznaczonej dla osób mających dysfunkcje wzroku. Paradoks polegał na tym, że treningi są prowadzone przez prezesa klubu sportowego, w którym trenuję, a sama dyscyplina jest mi bardzo dobrze znana, ponieważ na niemal każdym obozie sportowym jest jej pokaz. No, ale przecież nie będę się zwalniać ani wydziwiać. 
Prezes był trochę zdziwiony moją obecnością, trochę zaskoczony, trochę się też cieszył. Oczywiście wypytał mnie o nowego trenera. Nie za bardzo wiedziałam co mu odpowiedzieć, bo po ostatniej kontuzji na trening nie chodzę. Jedno jest pewne - na razie wydaje się on lepszy od poprzedniego pseudotrenera, jak go określił Prezes. Sam przyznał, że zatrudnienie poprzedniego trenera było jego błędem. A przecież człowiek uczy się właśnie na nich. 
Ogólnie wraz z pozostałą częścią grupy stawialiśmy bramki, do których zawodnicy będą rzucali piłkę, zawieszaliśmy banery oraz znaczyliśmy pola do gry za pomocą sznurków i taśmy klejącej. Zawodnicy nie widzą nic, wszystko robią na słuch (w piłce są dzwoneczki) oraz dotyk (po to te sznurki). Wszystko musi więc być dokładnie wymierzone. I chociaż pozostali stopniowo się wykruszali, to i tak daliśmy radę, wywołując zadowolenie Prezesa. 
Do końca praktyki zostałam z całej grupy tylko ja. Ale z drugiej strony - reszta musiała dojechać przynajmniej do Kato, a ja byłam na miejscu. W dodatku opiekunka praktyki załatwiła z Prezesem, że ten po zajęciach podwiezie mnie do domu, co przy warunkach na drodze było dla mnie niczym zbawienie. Jednak wcześniej wziął mnie na pyszny obiad do hotelu, w którym mają zamieszkać zawodnicy turnieju. Cały dzień właściwie nic nie jadłam, więc tym bardziej mi on smakował, chociaż składał się tylko z jednego dania. Przy okazji zostałam zaproszona na memoriał poprzedniego prezesa klubu, Henryka Pięty, co mnie uradowało. Miło, że mi to zaproponował. Tak samo jak miło, że zaprosił mnie na obiad, a potem podwiózł na przystanek. Tym bardziej, że już padałam z sił, a gdybym miała jechać do domu komunikacją miejską, to pewnie też trochę by to trwało.
Teraz tylko muszę napisać raport z praktyk. Ale to już błahostka. Aaa i jeszcze trzeba skontaktować się z Młodszą i ustalić, o której i jak jedziemy. Hmm... dawno z nią nie rozmawiałam, więc może to będzie doskonałą ku temu okazją?

wtorek, 21 listopada 2023

1774. Strach jest potrzebny, ale nie może zdominować naszego życia

- Lolek, nie wierzę, że czegoś się boisz. Jesteś ostatnią osobą, którą bym o to podejrzewał - jeżeli ksiądz Niosący Światło chciał mnie pocieszyć, czy też uspokoić przed wygłoszeniem prelekcji w ramach konferencji, to tym razem mu się to nie udało.
Boję się tego, jeszcze jak. A im bardziej zbliżam się do tej chwili, tym większy stres mnie zżera. A dzisiaj podczas tworzenia prezentacji na której oprę swoje przemówienie (wiem o czym chcę mówić, myślę, że kartka będzie zbędna, jednak wizualne przedstawienie wyników moich badań może być ciekawym uzupełnieniem całości, no i słuchacze mogą lepiej zrozumieć to, co mówię), to już kompletnie straciłam wiarę w powodzenie wszystkiego. No bo gdzie tam ja, kaleka, pcham się na takie wydarzenie. Przecież zrobię z siebie pośmiewisko. I jeszcze zawiodę tych, którzy pokładają we mnie pokładali zaufanie, a przede wszystkim sami namawiali mnie na to szaleństwo. Myślę tutaj o pani doktor, która była promotorką mojej pracy licencjackiej. 
Mam chwilowo taki mętlik w łepetynie, że kompletnie nie wiem na czym zawiesić swoje myśli. Wiem, że prezentację powinnam zrobić do minionej niedzieli, jednak kompletnie nie miałam do tego głowy. Nie wiem, może jestem zbyt mało zorganizowana, ale naprawdę, jakoś ten czas gdzieś mi uciekł i wcale nie chciał mi zwolnić. Teraz znowu wszystko robię na ostatnią chwilę, co jeszcze bardziej potęguje mój stres, że coś zawalę, coś pójdzie nie tak. A przecież powinnam się cieszyć, że mnie zauważono, że dano mi szansę wykazania się pomimo ograniczeń, jakie nadaje mi ciało. Sama nie wiem, co się ze mną dzieje i dlaczego tak nie jest. 
I chociaż starałam się zbytnio nie okazywać swoich emocji na zewnątrz, to jednak ksiądz Niosący Światło musiał wyczuć, że coś jest nie tak, kiedy nieco nietęgo odpowiadałam mu na pytania.
 - No to co się dzieje? - zapytał jak gdyby nigdy nic, siadając obok mnie w ostatniej kościelnej ławce przed wieczorną Mszą świętą. Trochę mnie to zmieszało, że poświęca czas komuś takiemu jak ja, zamiast iść do konfesjonału spowiadać, jak to miał w pierwotnym zamiarze. 
Nie wiem jak to się stało, ale po prostu otworzyłam się przed nim i opowiedziałam mu o wszystkim. Zasadniczo o samej konferencji już wiedział od jakiegoś czasu, bo powiedziałam mu o tym. Ale o tym, że jestem jej współorganizatorką, a tym bardziej, że wygłaszam na niej referat, już nie. Mówiłam mu o swoim strachu i o obawach. A on jak gdyby nigdy nic powiedział to, co przytoczyłam na początku, po czym próbował mnie przekonać, że będzie dobrze. Robił to tak przekonująco, że przez chwilę pomyślałam, że może nie ma sensu się zamartwiać i może faktycznie wszystko jakoś pójdzie. Że po prostu się uda, chociaż na logikę, to nie ma prawa się tak stać. Na pewno nie w moim wykonaniu. Zupełnie automatycznie zadałam mu najprostsze pytanie, czy myśli że strach jest czymś złym. Po krótkim namyśle odpowiedział, że nie, bo przecież on sam w ciągu ostatniego roku odczuwał go nieustannie i w zasadzie to dalej go odczuwa. A poza tym Pan Jezus też się bał, kiedy klęczał w Ogrodzie Getsemani, przed tym, co miało się wydarzyć w Wielki Piątek. A więc mamy zupełne prawo do strachu, który jest jak najbardziej naturalną emocją. Ale, jak zaznaczył, ten strach powinien być współmiernym do tego, co go wywołuje. No i nie może zawojować naszym życiem (czyżby coś sugerował?). 
Trochę mi było głupio, że poświęcił mi tyle czasu, zamiast iść spowiadać do konfesjonału. A jednocześnie zrobiło mi się miło, kiedy uświadomiłam sobie, że ten ksiądz wierzy we mnie, tak po prostu. To znów nie często się zdarza. No nic, teraz muszę skończyć tą całą prezentację i wysłać ją do organizatorów. Tak, aby mogli wgrać ją na ogólny komputer. Mam nadzieję, że jeszcze ją przyjmą.

poniedziałek, 20 listopada 2023

1773. Dwa światy

Po dłuższej przerwie schola wróciła do śpiewania. Tradycyjnie już, jak w każdą niemal niedzielę, wybrałam się na Mszę świętą o godzinie 10:00, aby wraz z innymi jej członkami ubogacić nabożeństwo śpiewem. Zostały nas jakieś niedobitki, zastanawiam się, czy nadejdą jeszcze czasy, kiedy będzie nas ponad czterdziestka, a wręcz zastanawiam się, jakie czynniki muszą zajść, aby tak się stało. Nie chcę być złośliwa, ale odpowiedź nasuwa mi się jedna i jest dość oczywista. I znając moją awersję do niektórych księży można się domyśleć, jak ona brzmi. Chociaż zdaję sobie sprawę, że na taki stan rzeczy nałożyło się kilka czynników. Po Mszy krótka modlitwa wspólnotowa (z roku na rok wydaje mi się ona coraz krótsza), jakaś wzmianka o świętej Cecylii, której wspomnienie przypadało w kolejnym tygodniu. I tyle, mniej niż można się spodziewać. Jesteśmy, ale tak, jakby nas nie było.
Wieczorem natomiast podjechałam na drugą w tym dniu Mszę świętą, tym razem akademicką, prowadzoną przez nasze Duszpasterstwo Akademickie. Na koniec każdego czwartkowego spotkania ksiądz Krzysztof ponawia zaproszenie do nas, jego członków, aby przyjść na nią. Jest to bowiem okazja nie tylko do wspólnej modlitwy, ale też do zintegrowania się z członkami innych wspólnot duszpasterskich. Kiedyś niedzielne Msze święte odbywały się w krypcie archikatedry Chrystusa Króla w Kato. Teraz jest ona jednak zamknięta z powodu remontu, a na ten czas Msze zostały przeniesione na Wydział Teologiczny Uniwersytetu Śląskiego.
Pierwszy raz odpowiedziałam na zaproszenie w zeszłym tygodniu. Akurat trafiłam na rocznicę przyjęcia chrztu świętego, a tym samym wiary chrześcijańskiej, przez przybyłego z Bliskiego Wschodu Ibrama. Jak można się domyśleć, Ibram wcześniej był muzułmaninem, ale tak zafascynował się katolicyzmem, że postanowił przejść na niego. Na Mszy spotkałam kilkoro ludzi z "piekarnika", ale były i nowe twarze. 
W tym tygodniu postanowiłam to powtórzyć, pomimo wcześniejszej obecności na Mszy w mojej parafii. Wymaga to ode mnie pojechania do Kato autobusem ok. 18:55, ale co tam. Zawsze da się to przeżyć. A swoją drogą przypomina to mnie sprzed 13 lat, kiedy też zaliczałam dwie Msze pod rząd, tyle że w mojej parafii - jedną scholową, a drugą oratoryjną. I na obydwóch śpiewałam. Ech, to były czasy...
Tego dnia swoje święto miała akademicka schola, która tłumnie zebrała się w kaplicy i ubogacała nabożeństwo swoim śpiewem oraz ministranci, którzy też świętowali. Tylko do końca nie wiem co, bo co do scholi, to było oczywiste, że świętą Cecylię. Gościnnie na Mszy pojawił się jeden z moich ulubionych wykładowców, ksiądz Bartosz. Nie, nie mam z nim zajęć, bo swoje wykłady z muzyki kościelnej (ma doktorat zdobyty na Akademii Muzycznej) prowadzi z klerykami. Ale zawsze mi odpowiada na uczelnianym korytarzu na moje nieśmiałe "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" tudzież dużo krótsze (ale nie łatwiejsze w wymowie) "Szczęść Boże". I zawsze robi to z tak sympatycznym uśmiechem, jak na zdjęciu po lewej stronie. Nie sposób się w nim nie "zakochać". Jego doświadczenie zostało docenione na tyle, że przez jakiś czas prowadził chór w archikatedrze. Nic dziwnego, że ksiądz Krzysiu to właśnie jego poprosił o koncelebrację Mszy świętej, i jako specjalistę od śpiewu - o wygłoszenie kazania.
To zaś dotyczyła postawy scholistów i ministrantów przy ołtarzu. Że to nie oni powinni być w centrum uwagi, niczym gwiazdy, chociaż wszyscy na nich patrzą, ale Krzyż. Jestem tego samego zdania, i chociaż obecność ministrantów przy ołtarzu jest dla mnie oczywistością, to jednak uważam, że schola powinna stać gdzieś z boku, albo na chórze. Zwłaszcza po tym, co usłyszałam podczas obrad przedsoborowych wspólnot parafialnych od niektórych mam. Miałam wrażenie, że bardziej im zależy na tym, aby ICH dzieci były dostrzeżone niż samym dzieciom. Podczas kazania ksiądz Bartek wykazał się też poczuciem humoru, m.in. opowiadając o swoim spotkaniu z zespołem Dues Meus.
To skupienie podczas Przemienienia. Tak, oni wierzą w to, co się dzieje na ołtarzu. 
Nie mogło zabraknąć wspólnego zdjęcia po skończonej Mszy.
Po skończonych obrzędach i pamiątkowym zdjęciu, większość z nas udała się do ośrodka Duszpasterstwa Akademickiego. A tam czekało na wszystkich przyjęcie-niespodzianka przygotowane przez księży i wtajemniczonych animatorów. Okazją do niego było właśnie wspomnienie świętej Cecylii. Jeszcze bardziej poczułam przepaść, dzielącą parafialną scholę od DA. Czy u nas ktoś zdecydowałby się na przyjęcie z okazji patronki śpiewu? Nawet gdyby człowiek poddał taką propozycję i zaproponował, że wszystko ogarnie, to pewnie i tak nic by z tego nie wyszło. Tutaj, tutaj jest zupełnie inaczej. Nawet inaczej, niż mogłam to sobie wyobrazić. Kurczę, mam wrażenie, że ten ksiądz Krzysztof naprawdę przykłada się do powierzonej mu roli. Że mu się chce. Że dba o wszystkie wspólnoty, które ma pod sobą, tak samo, jak zauważa każdego z osobna. I to zauważa go przez jego zasoby. A to zaś sprawia, że nam też się chce.
Wesołym rozmowom mogłoby nie być końca, jednak powoli zbliżał się czas odmówienia wspólnotowych nieszporów, na które udaliśmy się do Oratorium. Trochę mi było szkoda, że ksiądz Bartek musiał już iść, ale obowiązki go wzywały. Ja też musiałam się zbierać do domu. Było już po 22, a ja musiałam jeszcze dojechać komunikacją miejską do mnie. Na do widzenia zderzyłam się z księdzem Krzysiem na przedpokoju.
 - Musisz już iść - zagadał. Pokiwałam głową. I wtedy poczułam, że przejeżdża mi kilkakrotnie po głowie. - Cieszę się, że do nas dołączyłaś - dodał z uśmiechem.
Idąc na autobus pomyślałam sobie, że ja też się z tego cieszę. I ze znajomości z księdzem Krzysiem też. Chociaż wiem, że kiedyś, prędzej czy później, będziemy musieli ją zakończyć. Bo pewnie zostanie przeniesiony na inną placówkę. Nikt nie wie kiedy, ale kiedyś na pewno.

niedziela, 19 listopada 2023

1772. "1917" - siła przyjaźni w wojennych czasach

Są filmy, do których bardzo chętnie wracam, ponieważ po jednokrotnym obejrzeniu czuję pewien niedosyt. Nie dotyczy to wszystkich, bo sporą część nazwałabym jednorazową przygodą, na powtórzenie której nie mam po prostu czasu. Ale są też takie, na których ponowną emisję telewizyjną czekam z niecierpliwością, ponieważ coś chcę jeszcze raz zobaczyć, skonfrontować, przeżyć. Do takich produkcji z całą pewnością zaliczam obejrzany już rok temu dramat wojenny "1917", który w dniu wczorajszym ponownie został wyemitowany w TVP. Nie mogłam nie skorzystać z okazji i jeszcze raz go nie zobaczyć.
Akcja filmu rozgrywa się w okresie I wojny światowej. Dwójka przyjaciół - żołnierzy dostaje rozkaz przedostania się przez linię wroga w celu przekazania rozkazu innemu brytyjskiemu plutonowi. Blake i Schofield, bo tak nazywali się owi śmiałkowie, bez namysłu decydują się na wypełnienie go, dzięki czemu tamci będą mogli uniknąć wpadnięcia w śmiertelną pułapkę wroga. Kapral Blake ma jeszcze jedną motywację do wykonania tego zadania - w jednym z pułków stacjonujących za linią frontu znajduje się jego brat, z którym sporo czasu nie widział się. Schofield z Blake ruszają w niebezpieczną drogę, która tylko dla jednego z nich kończy się pomyślnie.
Produkcja potrafi wzruszyć. To kolejny film, który pokazuje nie tyle tragedię, jaka miała miejsce w czasie wojny, już nie ważne której, bo wszystkie wojny są tak samo bezsensowne i nie prowadzą do niczego dobrego, ile pozytywne charaktery, jakie się pojawiały wśród walczących w niej ludziach. Kiedyś, tak samo zresztą jak teraz, nie brakowało dobrych ludzi, którzy, gdyby nie wojna, to pewnie nawet nie pomyśleliby, że można skrzywdzić drugiego człowieka. Tacy właśnie byli Blake i Schofield - uczciwi, życzliwi, wrażliwi, pełni ideałów i wiary w drugiego człowieka, nawet jeżeli jest to ich wróg. Widać, że darzą się wzajemnie przyjaźnią i zaufaniem. Nawet, kiedy jeden z nich ginie zastrzelony przez wroga, drugi wytrwale idzie przed siebie, aby wypełnić powierzoną mu misję.

Taki film dobrze jest obejrzeć dla odprężenia przed ciężkim tygodniem, jaki mnie czeka. Oj, chyba najciężej mi będzie przeżyć konferencję, którą najbardziej się stresuję. Najciekawsze jest to, że nie potrafię nawet sprecyzować, co tak właściwie mnie stresuje w niej - czynny udział, czy też finalna jej organizacja. Chyba wszystko po trochu. Wiem, że mam wsparcie w wielu osobach, ale ten lęk przed nieznanym zawsze bierze górę. Pocieszające jest dla mnie jednak to, że tego samego dnia jest spotkanie mojej grupy formacyjnej z DA. A więc cokolwiek by się nie stało i jakkolwiek by się to dla mnie nie skończyło, to na pewno w jakiejś jej członku znajdę potrzebne wsparcie.

sobota, 18 listopada 2023

1771. Przesyłka wywołująca wzruszenie

Jakiś czas temu przeszłam z jednymi z moich sąsiadów na Ty. Zawsze sobie "panowaliśmy" chociaż tak właściwie to dzieli nas różnica góra dwóch lat. Aż wreszcie któregoś dnia z ich strony padła TA propozycja. Może to i dobrze, bo nie wiem, czy sama byłabym w stanie poprosić ich o to samo. Znając życie to nie, pewnie za każdym razem miałabym jakąś obiekcję, chociaż już nie raz okazali mi pomoc, chociażby odbierając paczkę podczas mojej nieobecności i przechowując ją aż do mojego powrotu. W zasadzie całkiem wygodne rozwiązanie, np. w przypadku, kiedy trafiam do szpitala. Przynajmniej już nie biegam po pocztach w celu zrealizowania awizo (które zresztą nie zawsze jest zostawiane przez listonoszy).
Tak też było ostatnio - byłam nieobecna, kiedy listonosz przyniósł mi dosyć niespodziewaną przesyłkę. A akurat na korytarzu pojawiła się Agnieszka i odebrała ją za mnie. Niestety nie wymieniliśmy się jeszcze numerami telefonów komórkowych, toteż nie mogła do mnie zadzwonić, aby mnie o tym powiadomić. Znalazła jednak inny sposób - messenger. Co prawda aby go odczytać muszę najpierw wrócić do domu, ale lepsze to, niż nic. 
Wieczorem wróciłam z całodniowego maratonu uczelnia - praca - kościół - spacer* do domu. Coś zjadłam, nakarmiłam kota i zasiadłam do komputera. Szybko odczytałam wiadomość od Agi i nieco zaskoczona (mimo wszystko niczego się nie spodziewałam). Przed jej drzwiami nieco się zawahałam, bo coś podejrzanie cicho (jak na rodzinę z 1,5 rocznym dzieckiem) tam było. Ale w końcu zapukałam. Aga otworzyła mi z uśmiechem na ustach i nieco zaspaną Jagódką na rękach. Bardzo szybko dała mi moją przesyłkę, a Jagoda nawet zrobiła mi pa-pa na pożegnanie.
Ku mojemu zaskoczeniu nadawczynią niepozornej przesyłki okazała się nasza Basia z 5 pór roku, a związana ona była z moimi imieninami. Przyjemność jej otwarcia odroczyłam w czasie o jeden dzień, aby cieszyć się z niej właśnie we wspomnienie błogosławionej Karoliny Kózkównej, czyli 18 listopada. A było się z czego cieszyć, zresztą sami zobaczcie:
Fotografia zbiorcza przesyłki
Kalendarz na przyszły rok i tomik wierszy o moich ukochanych mruczkach
Książki (w tym tomik wierszy Basi) i film
Coś dla ducha i dla ciała
Przepraszam za jakość zdjęć, ale robiłam je po zmroku. Przesyłka niesamowicie mnie wzruszyła. Jedno jest pewne - będzie co robić w długie wieczory. A Basi jeszcze raz dziękuję za pamięć i za serce.

I na koniec taki smaczek - Baca zorientował się, że nie było mnie na ich Górskim Biegu Niepodległości. Rychło wczas :)

* Przez aktualne remonty dróg szybciej pokonuję te 2 kilometry na nogach niż autobusem, a przy okazji się dotlenię, odprężę, przemyślę kilka spraw...

piątek, 17 listopada 2023

1770. Meil do wykładowcy nie dotarł, ale i tak zgodził się na moją prośbę

Od kilku dni mam przyznane Indywidualne Dostosowanie Studiów. Nazwa może wydawać się dość dziwna i można ją interpretować na różne sposoby, ale tak naprawdę jest to nazwa programu dedykowanego osobom niepełnosprawnym. Krótko mówiąc chodzi w nim o dostosowanie programu nauczania pod specyficzne potrzeby każdego w nas w oparciu o opis schorzenia, z jakim się zmagamy. Jak pewnie się domyślacie, inne potrzeby będą miały osoby niepełnosprawne ruchowo, inne z przewlekłą chorobą, inne osoby z problemami z wzrokiem, a inne, ze słuchem. Dlatego każdy student posiadający ograniczenia sam wskazuje obszary, w których posiada ograniczenia. W moim przypadku są to przede wszystkim problemy wynikające ze słabego rozwoju motoryki małej, toteż prosiłam m.in. o zamianę formy zaliczania kolokwiów i egzaminów z pisemnego na ustny, a w przypadku zaliczeń pisanych na laptopie o wydłużenie czasu pisania, jak też możliwość oddawania wszystkich prac pisemnych jako wydruków komputerowych. Być może dla kogoś to pójście na łatwiznę, ale dla mnie to wyrównanie szans nauki.

Teraz powoli uświadamiam wykładowców, że przyznano mi owy IDS. Teoretycznie leży to w kwestii wydziałowego koordynatora dostępności ON, jednak już w zeszłym roku przekonaliśmy się z Archaniołem (który też ma IDS-a), że powierzono tą funkcję zupełnie niekompetentnej osobie i że tak naprawdę jesteśmy zdani sami na siebie. W zasadzie na wszystkich moich poprzednich studiach sama musiałam informować wykładowców o mojej sytuacji i dlaczego nie napiszę tak jak inni ręcznie kolokwium i egzaminu, więc naprawdę nie robi mi to różnicy, czy teraz też zrobię to sama, czy też ktoś mnie w tym wyręczy. Dla mnie bardziej liczy się wydany papierek, coś, na czym mogę oprzeć moją prośbę.
Kilka dni temu napisałam meila do jednego z wykładowców o uzyskanych ułatwieniach. Tak naprawdę na nim najbardziej mi zależało, bo dzisiaj mieliśmy kolokwium z prowadzonych przez niego zajęć. Teoretycznie mogłam go poinformować o wszystkim na ostatnich zajęciach, ale wtedy nie miałam jeszcze zgody na dostosowania i chociaż było małe prawdopodobieństwo, że jej nie dostanę (dotąd otrzymałam taką zgodę i na studiach licencjackich z Nauk o Rodzinie, i na licencjat z Pedagogiki, szkoda że nie wydłuża się ona automatycznie na studia magisterskie), wolałam nie kusić losu. Codziennie sprawdzałam skrzynkę elektroniczną z nadzieją, że mi odpowiedział. I zawsze nie było w niej meila zwrotnego. Trochę zaniepokojona zapytałam wczoraj koordynatorki co mogę w takiej sytuacji zrobić. W odpowiedzi usłyszałam, żebym podeszła do niego przed zajęciami i na spokojnie wyjaśniła co i jak. Bo może nie zauważył tego meila, albo zapomniał mi na niego odpisać.
Tak też zrobiłam, chociaż tak naprawdę nie miałam na to zbyt dużo czasu. Kolokwium było o 8:00, a wykładowca jak na złość nie pojawiał się. Przyszedł może z 5 minut przed rozpoczęciem zajęć. Niemal od razu spokojnie powiedziałam mu o co mi chodzi, chociaż tak naprawdę w środku byłam kłębkiem nerwów. Wykładowca ze zdziwieniem na mnie spojrzał i stwierdził, że żadnego meila ode mnie nie dostał (aż mi się w tym momencie ciepło zrobiło), ale nie widzi też problemu w zamianie formy zaliczenia z pisemnej na ustną, jeżeli tylko są ku temu przesłanki. Dobrze, że uwierzył mi na słowo, bo pismo leży jeszcze w dziekanacie i czeka na ostatni podpis - dziekana. Nawet zaproponował mi inny termin, ale ja już chciałam mieć to za sobą i zdawałam zaraz po tym, jak grupa skończyła pisać. Trzy pytania opisowe, moje odpowiedzi, raz, dwa i mam już to z głowy. 
I właściwie wcale nie było tak źle, jak podejrzewałam, zwłaszcza kiedy usłyszałam jakie oceny dostała reszta. Awaryjnie nie przyznałam się do mojej, żeby ich nie denerwować. Powiedziałam im, że zdałam i to dosyć dobrze. Cieszę się, że mam to już z głowy, bo powoli zaczyna się dosyć gorący okres, a nigdy nie lubiłam odkładać zbyt dużo rzeczy na potem. Lepiej wszystko rozłożyć w czasie - i naukę, i zaliczenia.