Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 31 stycznia 2025

2118. Niezrozumienie?

Tak niedawno pisałam Wam o posegregowaniu rzeczy do wykonania w najbliższej czynności na ważne - pilne, ważne - niepilne, pilne - nieważne i nieważne - niepilne (>>KLIK<<). To chyba jedyna przydatna rzecz, jaką wyciągnęłam z podstaw coachingu i którą wprowadziłam do życia. Myślicie, że łatwo jest mi wyznaczyć priorytety, kiedy wokół tyle ciekawych rzeczy się dzieje? Skądże znowu, jestem tylko człowiekiem, który jest podatny na wszelkie pokusy tego świata i uciechy rządzące bytem ludzkim. Ja też niejednokrotnie rezygnuję z obowiązków na rzecz epikurejskiego stylu życia. A potem sama mam do siebie pretensję, że nie odwróciłam najzwyczajniej w świecie kolejności wykonywania zadań. Myślicie, że wyciągam z tego jakieś wnioski na przyszłość?
Wszystko zmienia się jednak wraz z nieubłagalnie zbliżającą się sesją, kiedy trzeba przysiąść do nauki i zrobić jak najwięcej, aby do niej podejść. Studiowanie na kilku kierunkach jest wymagające i nie ułatwia tego zadania. Zwłaszcza w momencie, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że w jednym dniu musi zaliczyć aż pięć niezbyt powiązanych ze sobą przedmiotów. Tak miałam ostatnio. Dlatego zamiast iść na spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego wróciłam do domu i grzecznie zasiadłam do notatek, aby coś sobie powtórzyć. Jasne, że żal mi było kolędowania wspólnoty u samego biskupa (właściwie to administratora) archidiecezji katowickie. Ale są rzeczy ważne i pilne oraz ważne i niepilne. 
Na wydziale Teologicznym rozmawiałam chwilę z Madziałkiem, jednocześnie informując ją, że nie będzie mnie na spotkaniu, bo się nie wyrobię z nauką, a materiału mam trochę. 
 - Nie będzie cię na dzisiejszym kolędowaniu z biskupem - odparła pełnym oburzenia głosem.
Zdziwiła mnie jej reakcja, gdzie uznała, że nie rozumie jak można się tyle uczyć i uczyć, skoro mam dobre oceny. No tak, ale te oceny nie przychodzą same z siebie. I że ona by sobie odpuściła. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie chcę być geniuszem, czy też najlepsza we wszystkim. Zresztą gorsze oceny też mi się zdarzają i to akceptuję. Ja chcę po prostu zostać dopuszczona do sesji. A że mam więcej do ogarnięcia - mój świadomy wybór. Z drugiej strony, od tego roku Madziałek też jest na dwóch kierunkach, ale już słyszę, że chyba weźmie urlop dziekański, bo na Naukach o Rodzinie nie wyrabia. Rozumiem ją, wspieram. Szkoda, że to nie działa w drugą stronę. Nie potrzebuję litości i biadolenia nad moim losem, bo sama jestem daleka od takich postaw. Ale zwyczajnego zaakceptowania moich wyborów bez zbędnych komentarzy.
Czasami podobne niezrozumienie odczuwam, czytając niektóre komentarze na moim blogu. Być może wynikają one po prostu z czyjejś troski o mnie. Nigdy tego jednak nie mogę być pewna i czasami mam wrażenie, że ktoś coś pisze po prostu w odniesieniu do swojej osoby. Że angażuję się w wiele rzeczy? No tak, ale skoro daję radę i jedynie na tym cierpi mój budżet czasu wolnego, to dlaczego nie? Tym bardziej, że sprawia mi to przyjemność. Może czasami jestem zmęczona, ale to takie pozytywne zmęczenie połączone z przeświadczeniem, że mądrze wykorzystało się ten czas. Może też dziwnie to zabrzmi z mojej strony, ale staram się rozsądnie angażować w różne aktywności i nie brać więcej, niż jestem w stanie udźwignąć. I nie przekładać przyjemności nad obowiązki, jeżeli mam jakieś kryzysowe sytuacje jak ta, którą opisałam.

A kolokwia pozaliczałam. Więc poświęcenie "Piekarnika" nie poszło na marne.

środa, 29 stycznia 2025

2117. Instrukcja w formie komiksu

Trzeba przyznać, że niektórzy nasi wykładowcy mają dosyć specyficzne i nietypowe pomysły na to, w jaki sposób mamy zaliczyć ich przedmiot. Największą kreatywnością w tym semestrze wykazał się zdecydowanie prowadzący zajęcia z przemocy domowej. Wykłady standardowo kończą się kolokwium zaliczeniowym z ich treści (akurat z tego przedmiotu nie mamy egzaminu końcowego, na szczęście). Pozostawała jednak kwestia co z ćwiczeniami. Rok temu mieli nagrać filmik obrazujący postępowanie w przypadku pojawienia się podejrzenia występowania w rodzinie przemocy domowej. W tym roku zdecydował, że ma to być komiks podejmujący ten sam problem.
Tak naprawdę najtrudniejszy dla mnie był początek, czyli zdecydowanie co chcę przedstawić i w jaki sposób. Wiedziałam, że nie mam zbyt wiele czasu ani sił na bawienie się w różne szczegóły i że tak właściwie mam tylko jedną próbę na wykonanie całości. Jedną próbę, którą jednak rozbiłam na kilka dni, inaczej chyba by mi ręka odpadła. Zaczęłam jednak od chmurek z wypowiedziami członków rodziny, co zresztą łatwo zauważyć, bo niektóre wypowiedzi mijają się z postaciami. No nic, miałam tylko nadzieję, że wykładowca przymknie na to oko. Tak samo jak na wszelkie niedoskonałości natury rysunkowej.
W ostateczności moja historia wygląda następująco:
Wiem, że jest dużo białych pól, ale za bardzo nie miałam kiedy ich wypełnić. Najważniejsze przesłanie zostało jednak zawarte - ojciec stosuje przemoc fizyczną, psychiczną i ekonomiczną, nauczycielka to zauważa i zgłasza pedagogowi szkolnemu, pedagog rozmawia z dziećmi i zgłasza sprawę na policję, a policja aresztuje ojca. Tyle teoria, która nijak ma się do praktyki. Znam to z pracy, do której dzieciaki przychodzą w różnym stanie. A ty człowieku być mądry, czy one przyszły poobijane bo ich rodzice pobili, pobili się z kolegami czy też szaleli na w-fie albo na podwórku. Ale to już pomińmy, bo można by na ten temat habilitację napisać. Instrukcja postępowania jest, a papier wszystko przyjmie.
Prace oddaliśmy na ostatnich zajęciach. Niektórzy zrobili to w formie plakaty, inni, jak ja - miniksiążeczki. Mogliśmy się też wypowiedzieć na każdą z nich i przekonać się, jak różnie można interpretować jeden temat. Jednak najbardziej ucieszyło nas to, że każdy z nas dostał zaliczenie, a więc jeden przedmiot jesteśmy do przodu.

wtorek, 28 stycznia 2025

2116. Warto zaczynać od wartości

Chyba dawno już żadna nowa kadencja wydziałowego samorządu studenckiego nie rozpoczynała się od Mszy Świętej sprawowanej w intencji owocnego jej działania. Dlatego ucieszyłam się, kiedy jego nowa przewodnicząca napisała o tej inicjatywie na naszej grupie. Ergo, nawet zdobyłam się na odwagę i zapytałam, czy byłaby jakaś możliwość czynnego zaangażowania się w nią. Ku mojemu zaskoczeniu, bo nauczona doświadczeniem nie spodziewałam się pozytywnej odpowiedzi w stosunku do mnie, przeczytałam, że jak chcę, to mogę przygotować Pierwsze Czytanie. Moja odpowiedź była raczej przewidywalna, aż chciałam krzyczeć: Yuupii! Chociaż z drugiej strony niczego nie mogłam być pewna, mając w pamięci chociażby takie sytuacje.
Dzisiejszego dnia zajęcia dłużyły mi się niesamowicie - najpierw na pedagogice, potem na Naukach o Rodzinie. W wydziałowej kaplicy Msze są od wtorku do piątku, w czasie tzw. "przerwy obiadowej", czyli od 13:10. A więc przed nią miałam trzy bloki zajęciowe. Los mi sprzyjał o tyle, że prowadząca Metodyczne aspekty asystentury rodzin zapowiedziała, że dzisiaj wyjątkowo robi przerwę (zwykle jej nie ma), bo w tym czasie mają zebranie w sprawie zatwierdzania tytułów prac dyplomowych (w tym i mojej magisterki z NoRek). Dalsze zajęcia miały być dopiero o 13:45. Trochę mnie denerwowało to, że nie skończyła równo z planem o 13:00, tylko dalej gadała o wszystkim i o niczym. W końcu wyszłam z sali o 13:05. Wiem, że to niegrzecznie, ale...
Szybko zbiegłam trzy piętra w dół i wylądowałam przed kaplicą, przy której wszyscy zainteresowani już się zbierali. Plus wszystkiego był taki, że Msze wydziałowe są naprawdę kameralne i nie ma na nich tłumów. Jak dla mnie - sytuacja wymarzona. Fragment Listu do Hebrajczyków, choć nie był krótki, to odczytałam go na zupełnym luzie i myślę, że każdy go zrozumiał - jeśli nie całość, to większość. W krótkim kazaniu ksiądz Kris, którego znacie z relacji o Duszpasterstwie Akademickim, zachęcał nas, społeczników, abyśmy każdą trudną sprawę przychodzili przemodlić właśnie w tym miejscu. A jednocześnie życzył nam, aby takich spraw było jak najmniej.
Msza zakończyła się dokładnie z chwilą, w której rozpoczynał się blok zająć po przerwie obiadowej (ach to kazanie). Nie zdążyliśmy więc wypić zapowiedzianej kawy / herbaty, ale na szybko udało nam się zrobić tej części samorządu studenckiego, której udało się na nią przybyć.
A potem szybciutko pobiegłam na trzecie piętro wydziału, aby napisać zaległe kolokwium z łaciny. Poszło mi ono najgorzej z dotychczasowych, tak że na koniec semestru mam 4,5. Mnie jednak cieszy ten wynik. Zwłaszcza, że nie było mnie na większości zajęć i musiałam sama nadrabiać materiał, co przy moim antytalenciu do języków obcych nie było taką łatwą sprawą. Mam tylko nadzieję, że kolejny semestr będzie ciut łaskawszy pod kątem planów zajęć i będę mogła być częściej na tej nieszczęsnej łacinie. Bo teraz prowadząca wykazała naprawdę dużo cierpliwości i wyrozumiałości wobec mojej absencji na zajęciach.

poniedziałek, 27 stycznia 2025

2115. Ocalenie przychodziło znienacka

Dziś w Auschwitz obchodzono kolejną, 80 rocznicę, jego wyzwolenia. Miejsca, które obdzierało z człowieczeństwa i tożsamości każdego, kto tam trafił, miejsca, gdzie człowiek nie miał imienia, a numer, gdzie nikt nie był pewny kolejnej godziny życia. O Auschwitz mówimy głównie w kontekście zagłady narodu żydowskiego. A przecież ginęli w nim także obywatele polscy, Romowie, Sinti, Świadkowie Jehowy, przestępcy, homoseksualiści... Szacuje się, że największy obóz koncentracyjny pochłonął blisko 1300 000 ludzkich istnień, chociaż dokładnej ich liczby prawdopodobnie nigdy nie będzie wiadoma. A gdzie inne obozy? Gdzie getta? Gdzie ludzie, których zastrzeliwano ot tak, na ulicy? Ostatnio dowiedziałam się, że do Oświęcimia trafiła siostra prababci Antosi. Tej samej, która wykazała się niemałą odwagą, kiedy Niemcy znaleźli ukrywających się u niej zbiegłych z wadowickiego getta Żydów, o czym pisałam >>tutaj<<. Niestety, za bardzo nie wiem, jak potoczyły się losy cioci, być może tam zginęła.
Z drugiej strony nie należy zapominać o tych, którzy w jakiś sposób próbowali ratować innych, szczególnie wyznawców judaizmu. Dzisiaj wielokrotnie potępia się to, że brali za to pieniądze... Tylko, że często w ten sposób ukrywana rodzina po prostu dokładała się do wydatków związanych z ich utrzymaniem. Wiele z ludzi, którzy uratowali przedstawicieli Narodu Wybranego, zostało odznaczonych medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. W Jerozolimie, w Instytucie Yad Vaschem, każdy Sprawiedliwy ma posadzone swoje własne drzewo. Niedawno się dowiedziałam, że również moja daleka rodzina została uhonorowana tym tytułem. Szkoda, że nie wiedziałam o tym 3 lata temu, kiedy miałam okazję być w tym Instytucie.
27 stycznia, na pamiątkę wyzwolenia największego obozu koncentracyjnego, ustanowiono Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Tego dnia w uroczysty sposób obchodzi się też samą rocznicę wyzwolenia Auschwitz. Do tego strasznego, budzącego strach miejsca przybywają oficjalne delegacje państwowe, ale też tych, którym udało się przeżyć. Jak można się domyśleć, większość z nich była jeszcze dziećmi, kiedy trafili za obozowe druty. Z roku na rok jest ich coraz mniej. Chociaż sama do siebie uśmiechnęłam się, kiedy przeczytałam, że Marian Turski, autor pięknego powiedzenia, że "Auschwitz nie spadło z nieba", ma powitać w przemówieniu przybyłych na uroczystości gości. Pięć lat temu mówił, że prawdopodobnie nie dożyje kolejnej okrągłej, czyli tegorocznej rocznicy. Jak widać - stało się inaczej. 
Nie oglądałam tego, co się działo podczas obchodów rocznicowych w Oświęcimiu - byłam w pracy. Potem przeczytałam relację "na żywo" prowadzoną przez onet.pl. Przynajmniej w skrócie wiem, co się działo. Na youtubie pewnie są wrzucone przemówienia, ale na razie jedynie co na nim oglądam, to instruktaże związane z rozwiązywaniem zadań z logiki. Mam nadzieję, że do przerwy międzysemestralnej nikt mi nie usunie tych przemówień. Jedynie przemówienie Mariana Turskiego przeczytałam w całości. Jakże przejmująco zabrzmiały słowa, że tych, którzy przeżyli została "garstka". Jak bardzo wymownie wybrzmiał zacytowany przez niego wiersz poetki Henryki Łazowert, która zginęła w Treblince:
"Odjeżdżam gdzieś tam. Bardzo daleko.
Do stacji nieznajomej, której nie ma na żadnej mapie.
Nad dworcem niebo wisi jak wielkie, czarne wieko.
Lokomotywa krzyczy głosem bitego człowieka.
Kolejarze mają twarze jak papier.
Mam z sobą tylko jedną walizkę i jeden żal,
którego nikt nie próbował zgłębić.
Jestem bardzo spokojna  i to czego nie widać,
bardzo smutna.
Bądź zdrów, mój daleki.
Są serca, gdzie nic się nie zmienia.
Mnie już nie ma. Nie ma".
Przypominał o tym, że ciągle pojawiają się czterej jeźdźcy apokalipsy - wojna, zaraza, głód i śmierć, a ludzie są porażeni i sparaliżowani strachem, przez co czują się bezradni. Przywołał tutaj tekst piosenki napisany przez Rabiego Nachmana: "Cały nasz świat, świat, nasz świat, jest niczym bardzo wąski pomost. A co najważniejsze: Nie bać się wcale". Pan Marian wyciągnął z niego prostą radę - nie należy się bać. Przestrzegał też przed tym, że we współczesnym świecie widać wielki wzrost antysemityzmu, a to przecież on doprowadził do Holokaustu. Przywołał tutaj Deborah Lipstadt, która nazwała to zjawisko "tsunami antysemityzmu" i przypomniał, że to jej odwaga i wytrwałość w walce z zaprzeczeniem Holokaustu zakończyła się sukcesem po wygranym z Davidem Irvingiem procesie. Nie powinno bać się wykazywać takiej samej odwagi teraz, kiedy Hamas zaprzecza masakry, jakiej dokonał 7 października. A także przeciwstawiać teoriom spiskowym mówiącym, że wszystko co złe to skutek spisków nieokreślonych grup społecznych, w tym Żydów. Apelował też o to, aby nie bać się przekonywać samych siebie, że możliwe jest rozwiązywanie waśni między sąsiadami. Przypomniał, że od setek lat na różnych kontynentach, różne narody, narodowości oraz grupy etniczne mieszkały i żyły między sobą. Wzajemne uprzedzenia, hejtowanie czy też nienawiść doprowadziły między nimi do konfliktów zbrojnych. Co prawda zawsze kończyło się to przelewem krwi, są jednak też doświadczenia pozytywne, gdzie obie strony dochodzą do wniosku, że nie ma innego sposobu na zapewnienie spokojnego i bezpiecznego życia swoim dzieciom i przyszłym pokoleniom, jak uzyskanie kompromisu.
źródło zdjęcia
Oprócz Mariana Turskiego podczas uroczystości przemawiało również trzech innych byłych więźniów obozu w Auschwitz - Janina Iwańska, Tova Friedman oraz Leon Weintraub. 
80 rocznica wyzwolenia obozu w Auschwitz spowodowała przybycie wielu delegacji z Polski i z zagranicy. Wartą uwagi była obecność Karola III, króla Wielkiej Brytanii (jest to jego jedyna wizyta jako króla w naszym kraju) oraz prezydenta Ukrainy, Wołodymira Załeskiego, który z pochodzenia jest Żydem. W pewnym momencie delegacje zapalały świeczki dla ofiar holokaustu. Kiedy zrobił to Załeski, rozbrzmiały gromkie brawa.
Chociaż ostatnio mam nieco napięty a zarazem nerwowy czas, udało mi się przeczytać kolejną z książek autorstwa Anny Herbrich opowiadających o nietuzinkowych kobietach. Tym razem, z uwagi na zbliżającą się rocznicę wyzwolenia obozu w Oświęcimiu oraz Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu wybrałam tą, która opowiada o niewiastach, które przeżyły zagładę Narodu Wybranego. I chociaż nie jest to łatwa lektura, to wyjątkowo mnie wciągnęła. A dzięki temu miałam chwilę odpoczynku od książek związanych ze studiami. Przy okazji skłoniła mnie do refleksji i zastanowienia się, co ja bym zrobiła w ich sytuacji. I tylko należy mieć nadzieję, że nigdy się w takiej nie znajdę.

Tytuł: "Dziewczyny ocalałe. Prawdziwe historie"
Autor: Anna Herbich
Wydawnictwo: Znak Horyzont
Kraków 2020
Liczba stron: 302

Wiedziałam, że prędzej czy później sięgnę po tą książkę. Zwłaszcza, że już wcześniej czytałam inne książki z tej serii i tej samej autorki i byłam nimi oczarowana. Każda przedstawiona historia wbijała w fotel i pozostawiała wiele przemyśleń. Nie da się przejść obojętnie obok wspomnień kobiet, które przeżyły wywózkę na Syberię w 1940 roku, rzeź na Wołyniu, czy też ukrywających w swoich mieszkaniach Żydów. Wiedziałam, że w przypadku kobiet, które przeżyły piekło holokaustu wcale nie będzie inaczej. 
Anna Herbich kolejny raz zebrała w książkę wspomnienia kilku kobiet, które doświadczyły na własnej skórze, czym było prześladowanie ludności nie tylko będącej Żydami, ale też mającej tylko żydowskie korzenie. Danuta, Krystyna, Zofia, Aleksandra, Agata, Inka i Niusia. Siedem różnych kobiet, siedem historii, siedem narracji ukazujących, jak wyglądał antysemityzm z perspektywy tak właściwie dzieci, bo bohaterki w chwili, kiedy toczyły się wspomniane wydarzenia miały po kilka lat. Jedne pochodziły z tradycyjnych żydowskich rodzin, inne z zasymilowane, jeszcze inne miały jedynie żydowskich przodków. Ale to wystarczyło, aby spotkał je podobny los. Im się jednak udało - pomimo wiecznego ukrywania się, przebywania w różnych gettach i obozach, głodu - przeżyły. Bardzo często bowiem okazywało się, że w tej całej machinie zła znajdował się trybik, który do niej nie pasował i blokował cały mechanizm. Czasami była to polska rodzina ukrywająca żydowską rodzinę, innym razem przekupiony policjant czy też siatka przemytnicza. Dzięki nim wspomniane kobiety nie zostały zgładzone. I stały się swoistym "głosem z przeszłości". Także tych, którzy nie mieli takiego szczęścia.
Świadków historii dziejących się blisko 80-85 lat temu jest coraz mniej. A to właśnie ich relacje wydają się być najcenniejsze, nacechowane emocjonalną nutką, refleksyjnością, przemyśleniami. Dajmy im więc mówić, chociażby za pośrednictwem takich książek, jak ta, póki jest jeszcze okazja. Pozwólmy, aby pamięć i świadectwo tamtych dni nie zniknęło bezpowrotnie wraz ze śmiercią ostatniego świadka, ale przetrwała na kartach książek, kliszach filmowych, wywiadach. Oby takich książek, pisanych sercem, było coraz więcej i oby nie zabrakło osób, które będą "kolekcjonować" takie wspomnienia.

niedziela, 26 stycznia 2025

2114. Most, który nie do końca łączył

Myślę, że wielu z Was kojarzy most łączący dwie części warszawskiego getta. Znajduje się w wielu książkach, ale też od czasu do czasu pojawia się na portalach internetowych. Można go było też zobaczyć np. w filmie "Pianista" Romana Polańskiego. Nie wiem, jakie uczucia mają inni, kiedy widzą tą konstrukcję, we mnie zawsze budziła ona grozę. Kiedyś myślałam, że zawali się pod przechodzącymi nim ludźmi, dzisiaj zdaję sobie sprawę z tego, jak trudna musiała być sytuacja tychże osób i jak dużym musiała być dla nich upokorzeniem. Zawsze mi się też wydawało, że ta kładka znajdowała się w tym miejscu przed bardzo długi czas. Tymczasem istniał on zaledwie kilka miesięcy. Dziś z okazji rocznicy jego utworzenia zapraszam na notatkę o nim.
Most westchnień największego getta Europy stał się jednym z symboli podzielonego przez Niemców miasta. Drewniana konstrukcja, łącząca małe i duże getto, została oddana do użytku 26 stycznia 1942 roku.
Most powstał w 1942 roku. Był największą z czterech tego rodzaju konstrukcji na terenie getta. Zbudowano go na wysokości drugiego piętra (źródło zdjęcia)
Wysoki most został wzniesiony w pobliżu ważnego skrzyżowania nad przelotową ulicą chłodną. Wkrótce stał się jednym z symboli podzielonego przez Niemców miasta. Otwarto go 26 stycznia 1942 roku. Funkcjonował około pół roku - rozebrany został w sierpniu po zmniejszeniu obszaru getta w wyniku wielkiej akcji jego likwidacji. Mimo tego zapisał się we wspomnieniach wielu osób jako symboliczne miejsce.
Kładka miała ułatwić Żydom przemieszczanie się pomiędzy tzw. małym i dużym gettem przez ruchliwe skrzyżowanie z ulicą Żelazną (źródło zdjęcia)
Choć most jest symbolem tego, co łączy, to w tym wypadku symbolizował coś innego - podział i zniewolenie Żydów. Przejście było punktem kulminacyjnym, wąskim przesmykiem między małym a dużym gettem, dlatego tak wiele osób musiało z niego korzystać, a miejsce, w którym powstało, owiane było złą sławą. Od początku okupacji, jeszcze przed zamknięciem getta, Niemcy upodobali sobie skrzyżowanie ulic Chłodnej z Żelazną. To tam wyciągali przechodniów, kazali im ćwiczyć, obcinali brody. To było straszne miejsce.
Mieszkańcy getta mogli z niego zobaczyć niedostępną dla nich część Warszawy, dlatego bywał nazywany "mostem westchnień" (źródło zdjęcia)
Most zaprojektowała i wykonała firma "Schmied i Muetzermann". Ustawiono go na wysokości budynków Chłodna 23 i Chłodna 26, gdzie sięgał na wysokość drugiego piętra. Ten zabieg sprawił, że mogły pod nim przejeżdżać "aryjskie" tramwaje, transporty niemieckiego wojska oraz samochody. Z drugiej strony, mieszkańcy getta mogli z niego zobaczyć niedostępną dla nich część Warszawy, np. Ogród Saski czy budynek PASTY, dlatego kładkę nazywano Ponte dei Sospiri (mostem westchnień). Jak uważają historycy, przechodząc po niej chociaż przez chwilę można było zobaczyć "normalny" świat - ulicę po aryjskiej stronie, kościół św. Karola Boromeusza, a nawet ludzi kupujących kwiaty. To prawda, że było to tylko złudzenie, bo okupowana Warszawa nie była wolnym miastem, ale w zestawieniu z tym, co się działo w getcie, robiła takie wrażenie.
Most stał się jednym z symboli podzielonego przez Niemców miasta. Rozebrano go w czasie wielkiej akcji likwidacyjnej (źródło zdjęcia)
Most jest widoczny na wielu fotografiach, a jego rekonstrukcja pojawiła się też w filmie Romana Polańskiego - "Pianista". W jednej ze scen Władysław Szpilman rozmawia na nim ze znajomym, co jest raczej mało prawdopodobne ze względu na ogólny zakaz zatrzymywania się na nim.
Kadr z filmu "Pianista" przedstawiający wspomnianą kładkę (źródło zdjęcia)
W 2011 roku na ulicy Chłodnej odsłonięto pomnik w postaci instalacji artystycznej. Owa "Kładka Pamięci" została zaprojektowana przez Tomasza Leca. Są to dwie pary słupów ustawionych po obu stronach ulicy i cztery światłowody o długości 27 m., które wyznaczają miejsce, gdzie znajdował się podest i poręcze mostu. W słupach znajdują się stereotypy, w których można obejrzeć trójwymiarowe zdjęcia mostu oraz usłyszeć dźwięki przejeżdżających tramwajów, tupot ludzkich stóp na schodach mostu oraz śpiew żydowskiego kantora.
Dziś znajduje się w tym miejscu instalacja artystyczna. Pomiędzy słupkami rozpięto cztery światłowody wyznaczające podest i poręcze kładki (źródło zdjęcia)

sobota, 25 stycznia 2025

2113. Doskonała ekipa sprzątająca

Żeby nie było, że jedyne co robię to siedzę i się uczę - czasami robię też coś wykraczającego poza moją wąską sferę komfortu. Na początku roku otwarto kryptę studencką znajdującą się pod majestatyczną archikatedrą Chrystusa Króla. Myślę, że wszyscy członkowie Duszpasterstwa Akademickiego bardzo cieszyli się z tego faktu i obiecaliśmy naszemu opiekunowi, księdzu Krisowi, że sami będziemy nią sprzątać, aby zaoszczędzić na zewnętrznej ekipie sprzątającej. Nawet w tym celu powstał specjalny formularz, ażebyśmy się mogli na niego wpisać w celu ustalenia grafiku dyżuru. 
Moja pora na sprzątanie była w sobotę. Zgodnie z zaleceniem przyszłam zaopatrzona w płyn do mycia naczyń znanej firmy oraz szmatki. Niektórzy przynieśli z sobą też wiadra i mopy, ale szczerze powiedziawszy to nie chciało mi się ich taszczyć z DG, i to komunikacją miejską. Oni mają samochody, więc jest im ciut łatwiej przetransportować tego typu rzeczy. Zresztą w krypcie też są tego typu rzeczy, więc większego problemu nie ma.
Nie wiedziałam dokładnie ile będzie trwało to sprzątanie, bo z jednej strony krypta jest niewielkich rozmiarów, ale z drugiej, jeżeli się weźmie pod uwagę te wszystkie ławki, schody, krzesła, ołtarz, konfesjonały to robi się z tego całkiem spora ilość rzeczy. No, ale też było nas 5 (+ w pewnym momencie wpadł też ksiądz Kris), więc prace porządkowe jakoś nam szły. Ja przykładowo dostałam do ogarnięcia część ławek, poręcze i konfesjonał, co nie wykraczało zbytnio poza to, co mogę zrobić. 
Ostatecznie sprzątać skończyliśmy po godzinie 12 (od godziny 9:00). I raczej byłyśmy zadowolone z naszych poczynań, o czym chyba świadczą nasze uśmiechnięte miny na koniec pracy.
Nie wiem, kiedy następnym razem przyłączę się do sprzątania krypty, bo grafik działa na zasadzie rotacyjnym i teoretycznie spadłam teraz na koniec kolejki. Ale na pewno zdarzy się to jeszcze nie raz. O ile wcześniej mi "nie podziękują" za pomoc. Ale nie, raczej tacy nie będę...
Wiecie, że przy okazji przypomniało mi się, jak kiedyś przed półkoloniami czy to przed rozpoczęciem roku formacyjnego też sprzątaliśmy nasze Oratorium jako wspólnota animatorów. To były piękne czasy, pozostawiające wspomnienia, do których wraca się z sentymentem. A jak jednoczyło to i scalało więzy między nami. No i komu to przeszkadzało? Ech, nie będę się denerwować, bo nie mam o co. To kiedyś minie, musi. I tylko należy mieć nadzieję, że wtedy wróci wiele dobrze działających w przeszłości rozwiązań. A kto wie, czy nie powstaną nowe, równie ciekawe inicjatywy. A do tego czasu po prostu warto przeczekać gdzieś indziej. Tam, gdzie jest się na równi z innymi. Mimo wszystko.

piątek, 24 stycznia 2025

2112. Mało logiczna ta logika

Kiedy wielu ludzi marudzi na długie zimowe wieczory, ja staram się je wykorzystać jak najlepiej. Mój ulubiony na to sposób to oczywiście czytanie książek (chyba głównie po to zostały one, te długie wieczory, wymyślone przez Boga). W ostatnim czasie jest jednak coś, co skutecznie sprawia, że ta przyjemność musi chwilowo odejść na bok - to zmora pierwszego roku studiów magisterskich, czyli logika. Dlatego też moje biurko raz, dwa razy w tygodniu wygląda dokładnie tak:
Ja widać na zdjęciu - komputer z otworzonym edytorem tekstu + zbiór zadań na drugiej karcie + dwie książki z logiki o bardzo wymownych tytułach. Żaden ja "bystrzak", już bardziej "oporny", ale przynajmniej mają sporo przykładów zadań wraz z omówieniem krok po kroku jak trzeba je rozwiązać. No i, jak dla mnie, w miarę przystępnie przybliżają podstawowe zagadnienia logiczne.
To z "Logiki dla bystrzaków"
A to z "Logiki dla opornych"
Podobno ćwiczenie czyni mistrza. Udało mi się znaleźć taki zbiór zadań, gdzie na końcu podane są rozwiązania, co bardzo ułatwia sprawę
Myślę, że i tak jestem w tej komfortowej sytuacji, bo miałam na początku na matematyce cały dział poświęcony elementom logiki. Co prawda były to podstawy, ale jak się okazało - na start wystarczyły. Jednak logika to nie tylko tabelkowe zabawy 0-1 (kto miał logikę, ten wie o czym piszę). To m.in. umiejętność odczytywania i przekształcania zdać z języka logicznego na polski (i na odwrót), umiejętność wykazania (np. wprost i nie wprost), czy dane zdanie jest tautologią, czy też kontrtautologią KRZ lub KRP, wskazywanie z języka naturalnego, jak powinny brzmieć zdania napisane w języku logiki, rozkładanie zdań na przesłanki i wniosek, czy też przedstawianie na diagramach Venna podanych zdań. To nie jest łatwe, ale nie jest też specjalnie trudne. Chociaż większość mojej grupy uważa inaczej.
Niestety, tak się złożyło, że zajęcia pokrywają mi się z innymi na drugim kierunku. Umówiłam się jednak z prowadzącymi, że będę na 50% zajęć, a resztę sama nadrobię. Jakoś. Mieliśmy pierwsze kolokwium z podstaw logiki (które zdawałam w części ustnie, w części pisemnie). Do końca nie wiem, jak mi poszło, ale wiem, że zdałam, bo to co mu mówiłam, miałam dobrze. Dwa tygodnie temu mieliśmy drugie, mnie jednak nie było, bo to był ten tydzień, co planowo byłam na drugim kierunku. A więc kazał mi przyjść dzisiaj, bo część osób miało poprawę. Wcześniej jednak miałam zrobić i wysłać mu przykładowe kolokwium z podanego zakresu materiału zamieszczone na grupowym meilu.
Prawie wszystkie zadania zrobiłam bez większych problemów. Z wyjątkiem jednego, szóstego, nad którym siedziałam dłuższą ilość czasu, bo żadne rozwiązanie mi nie pasowało. W końcu coś tam napisałam i odesłałam mu to przykładowe kolokwium. W odpowiedzi zwrotnej przeczytałam, że w zasadzie napisałam je dobrze, ale to jedno zadanie mam źle. Rozwiązałam je na inny sposób i odesłałam - znowu źle. A skoro się mówi, że do trzech razy sztuka, to wysłałam je rozwiązane po raz trzeci i znowu okazało się źle. Skapitulowałam, bo już zupełnie nie wiedziałam jak je zrobić. Ale odpisał mi, że wytłumaczy je na dzisiejszych konsultacjach.
Na szczęście dzisiaj na pedagogice kultury mieliśmy tylko kolokwium zaliczeniowe, skończyliśmy więc szybciej. Dzięki temu zdążyłam na czas na owe konsultacje. Usłyszałam na nich, że zadanie 6 wykonałam prawie dobrze, więc mogę być z siebie dumna. A teraz miał mi pokazać, jak prawidłowo je rozwiązać. Próbował jednym sposobem - nic, drugim - też nic. Myśli, myśli, aż w końcu go olśniło, że to zadanie w ogóle jest źle napisane i znak negacji w ostatnim fragmencie powinien być przed Q(x). Inaczej mówiąc, nie dało się go rozwiązać metodą nie wprost, chociażby człowiek nie wiadomo jak się przy tym upierał. Aczkolwiek sam mój tok rozumowania i dochodzenia do rozwiązania był prawidłowy.
Ostatnie kolokwium ma być ze sylogalistyki i diagramów Venna. Coś czuję, że też będzie "wesoło".

czwartek, 23 stycznia 2025

2111. Ważne, pilne, nieważne i niepilne

Czasami trzeba coś odpuścić, aby dojść do czegoś innego - ta zasada przyświeca mi od dawna. I w większości przypadków całkiem nieźle się sprawdza. Jest ona banalnie prosta: najpierw obowiązki, potem przyjemności. Bo są rzeczy, które powinny być jako priorytetowe. Dla mnie to nauka i praca zawodowa. To na nie najbardziej stawiam i nim poświęcam najwięcej czasu. Zwłaszcza teraz, przed sesją, która w tym semestrze zapowiada się niezwykle ciężko, a ilość egzaminów na pierwszy rzut oka może przytłaczać. Na szczęście, to ostatnia sesja egzaminacyjna na Naukach o Rodzinie, bo ostatni semestr to już tylko przedmioty z zaliczeniem na ocenę, a więc stresu jest dużo mniej.
Wśród rozlicznych zajęć jestem zmuszona jestem wybrać pomiędzy tym, co jest dla mnie w tej chwili ważne i pilne, ważne i niepilne, nieważne i pilne oraz nieważne i niepilne. To tak trochę jak w Matrycy Eisenhowera, której zastosowanie poznałam chociażby w ramach zajęć z podstaw coachingu.
Wbrew pozorom prawdziwą sztuką jest przyporządkowanie zadań do poszczególnych kategorii. Tym bardziej, że każdy człowiek jest inny i czym innym kieruje się w życiu, inne są też nasze priorytety i oczekiwania. Ale myślę, że może w ten sposób ogarnę chaos, jaki będzie w moim życiu przez kolejnych kilka tygodni.
I jasne, że z trudem przyszło mi tymczasowe zrezygnowanie np. z pomocy w przygotowaniu kandydatów do bierzmowania, z uczestnictwa w Duszpasterstwa, z serfowania po Internecie, a nawet ograniczenie czytania (lecz nie całkowite z niego zrezygnowanie) dla przyjemności na czas zaliczeń i sesji na rzecz lektury zaleconych podręczników. Nie zrezygnowałam całkowicie z treningów, lecz ograniczyłam je do 2 tygodniowo (z 4). Ale to jest, tak jak napisałam, tymczasowe. Mam nadzieję, że po tym czasie wszystko wróci do normy, a ja do swoich aktywności, które są wpisane w moje życie. Zaś dzięki zwiększonej ilości czasu wolnego będę mogła poświęcić go na porządne nauczenie się materiału, a przez to pozdawania wszystkiego w 1 terminie. A jeżeli gdzieś mi się noga powinie, to może nie dlatego, że się czegoś nie nauczyłam, ale niewystarczająco nauczyłam. Niby jedno słowo, a zdanie nabiera zupełnie innego wydźwięku.

środa, 22 stycznia 2025

2110. Cwaniactwo w nietypowej odsłonie

Na studiach magisterskich z Nauk o Rodzinie pierwszy raz w życiu mam coś, co się zwie "asystent dydaktyczny". Jest nim... Starościna. Wszystko zaczęło się od tego, że Archanioł, mający problemy ze wzrokiem, na studiach pierwszego stopnia załatwił sobie podobne udogodnienie, o czym informował wszystkich na prawo i lewo. Starościna to podchwyciła, zwłaszcza że z tą funkcją wiąże się otrzymywanie comiesięcznego "wynagrodzenia". Czujecie, można dostać pieniądze za wysyłanie komuś notatek, które prawdopodobnie i tak się robi. Tak za mną chodziła, tak mierziła, tak nudziła, że w końcu skapitulowałam, bardziej dla swojego spokoju, i się zgodziłam. I to był jeden z moich błędów.
Sama propozycja wydawała się w miarę sensowna - dotychczas zazwyczaj nagrywałam wykład na dyktafon (zawsze dostawałam zgodę ze względu na niepełnosprawność i wynikających z nich problemy z szybkim pisaniem), a potem spisywałam to po nocach. Oczywiście, jak poprosiłam kogoś o notatki, to zazwyczaj ktoś mi je udostępniał. Teraz miałam dostawać notatki na koniec tygodnia, abym mogła w miarę regularnie przyswajać sobie wiedzę, co przy tak zawirowanym życiu jak moje jest punktem wyjścia. I tak się działo, ale tylko na pierwszym semestrze. Potem było już tylko gorzej. A ten semestr to już prawdziwa tragedia. Napiszecie mi, że mogłam się upominać... Myślicie, że tego nie robiłam. Ale odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: "wyślę ci wieczorem / jutro / w weekend". Tylko, że tego nie robiła. I tak w koło Macieju.
Dzisiaj mieliśmy kolokwium zaliczeniowe z wykładów z podstaw coachingu. Teoretycznie nie jest to przedmiot nie wiadomo jak trudny i wymagający i wystarczy naprawdę 2-3 razy przeczytać z niego notatki, aby mniej więcej wiedzieć, o co chodzi. Myślicie, że dostałam od Starościny notatki? Gdzie tam. I gdyby nie inna koleżanka z grupy, która zupełnie bezinteresownie wysłała mi tydzień wcześniej te, które ona robiła, to byłabym w czarnej dziurze. Ale przecież powinnam dostać je od Starościny... 
Na przerwie podeszłam do niej z zapytaniem, dlaczego mi nie wysłała tych notatek. Usłyszałam, że trzeba było poprosić. Tylko, że ja prosiłam i to nie raz. W takim razie odpowiedziała mi, że wysłała mi je w niedzielę, co ewidentnie było zmianą zdania. Odparłam, że nic mi nie doszło. Żeby było ciekawiej, to koleżanka udostępniła mi swój internet i razem sprawdziłyśmy te notatki. Okazało się, że ostatni raz wysłała mi coś w... październiku. Pozostawię to bez komentarza. Tak samo jak to, że kiedy zapytałam się jej, czy ma jakiś dowód na to, że wysyłała mi te notatki później, stwierdziła, że usunęła tamte meile. Tak, a świstak siedzi i zawija w te sreberka. Teraz to Zuza nie wytrzymała i wygarnęła jej, co myśli o takim zachowaniu. Potem mi powiedziała, że czuła, że albo nie zareaguję, albo tamta mnie zje, dlatego zareagowała. W sumie jestem jej wdzięczna i za notatki, i za wstawienie się za mną.
Potem, kiedy Starościna wyszła z pokoju studenckiego (zwanego socjalno-wypoczynkowym) wśród studentów z mojej grupy rozgorzała dyskusja na temat jej postepowania. Nikt nie mógł pojąć, dlaczego bez przerwy używając Internetu na zajęciach (doskonale każdy z nas widzi, co ona robi), nie jest w stanie wysłać mi notatek z zajęć. Notatek nie wysyła, ale pieniądze pobiera. Nawet asystentka Archanioła ironizowała, że Starościna nie miała czasu na wysłanie mi notatek, ale miała czas na wysłanie nowych dokumentów w tej sprawie. Mi już ręce opadły. 
Wspierana przez resztę grupy postanowiłam, że rezygnuję z jej "usług" od nowego semestru. Muszę tylko złożyć podanie w Biurze Osób Niepełnosprawnych. Bo tak właściwie poczułam się jak maszynka do zarabiania pieniędzy nie otrzymując nic w zamian. Nie oczekuję wiele, tylko tego, czego dotyczyła jej umowa z BONem. A skoro się z tego nie wywiązuje... Zresztą na licencjacie nigdy mi nie wysłała żadnej notatki kiedy prosiłam o to grupę, chociaż wiem, że je miała robione na laptopie. Już to powinno mi dać do myślenia i wskazać jej motywację, przynajmniej w teorii. Znowu sprawdziło się powiedzenie, że człowiek mądry po szkodzie. Na szczęście na ostatnim semestrze NoRek mamy tylko 5 przedmiotów, a więc będzie się dało to ogarnąć. A w razie czego - wiem, że zawsze będę mogła liczyć na pomoc Zuzy. W miarę szybką, i bezinteresowną.
Co ciekawe, na studiach z zarządzania sama z siebie dzieliłam się z grupą moimi notatkami z kilku przedmiotów, które były monologiem prowadzących bez żadnych prezentacji i innych tego typu ułatwień. Nagrywałam je, a potem godzinami spisywałam i wrzucałam na grupowego meila. Nie dostawałam za to pieniędzy, ale uzyskiwałam coś więcej - wdzięczność całej grupy. Bo pieniądze w życiu są ważne, ale czasami są też dużo ważniejsze, niematerialne rzeczy.

poniedziałek, 20 stycznia 2025

2109. Spóźnione życzenia i skromna karteczka, które je zawarła

Kajam się jak mogę i sama nie mogę sobie wybaczyć, że zapomniałam o rocznicy święceń jednej z ważniejszych osób, jakie miałam przyjemność spotkać w moim życiu - księdza Wojtka. Tak właściwie to jednego z pierwszych, który we mnie uwierzył. A przede wszystkim tego, który wprowadził mnie w świat animatorów salezjańskich. Chociaż od tamtego momentu minęło prawie 15 lat, przechowuję jak żywe obrazy z tamtego okresu, kiedy był u nas wikarym, w pamięci i w sercu. Zresztą najpiękniejszymi wspomnieniami z owych dwóch lat podzieliłam się z Wami w >>tym<< wpisie sprzed dwóch lat.
Nawet nie wiedziałabym o tym, że minęło 30 lat od chwili, kiedy przyjął sakrament kapłaństwa. Trochę nietypowo, bo w grudniu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Tak się jednak złożyło, że przez przypadek w moje ręce trafił pamiątkowy obrazek z okazji 25-rocznicy święceń, którym obdarował nas w czasie swojej wizyty z okazji odpustu parafialnego. Wypisana tam była nie tylko data wyświęcenia go na kapłana, ale też wszystkie miejsca jego dotychczasowej posługi, w tym także nasze miasto. W jednych był dłużej, w innych krócej, u nas ostatni raz bił wikarym, potem "awansował" na proboszcza. I jest nim już na trzeciej parafii. Jeżeli jest takim proboszczem jak wikarym, to tylko pozazdrościć.
Jakoś tak było mi nieswojo ze świadomością, że taka rocznica minęła bez echa. Może gdybym wcześniej trafiła na ten niepozorny obrazek ze św. Janem Bosko... Mimo wszystko postanowiłam, że i tak złożę mu z tej okazji życzenia, choćby po czasie. Co prawda trudno by mi było wybrać się o tej porze do odległego Lubina, gdzie teraz przebywa, wpadłam jednak na inny pomysł - przecież życzenia można też wysłać w formie papierowej.
Pamiętacie jak w maju ubiegłego roku zrobiłam dla Księdza Niosącego Światło z okazji jego okrągłej rocznicy święceń skromną karteczkę przedstawiającą Jezusa Dobrego Pasterza, a do tego 20 owieczek zawierających cytaty z Pisma Świętego? Pomysł się przyjął, ksiądz nawet mi nie wierzył, żem sama to wymyśliła. Pomyślałam więc sobie, że może warto powtórzyć go, ale w ciut innej formie?
Nie narysowałam Jezusa Dobrego Pasterza, chociaż ten wizerunek bardzo pasuje do księdza Wojtka. Zamiast tego nawiązałam do cytatu, który znajduje się na wspomnianym obrazku: "Pan stanął przy mnie i wzmocnił mnie, żeby się przede mnie dokonało głoszenie Ewangelii" (2 Tm 4, 17). Nie mam pojęcia, czy to jest jego zawołanie prymicyjne, ale podoba mi się ten werset. Pasuje do niego. Chociaż potem zorientowałam się, że podczas przepisywania popełniłam błąd i zamiast "dopełniło" znalazło się "dokonało". Myślę, że zostanie mi to wybaczone... A gdzież miałoby się ono inaczej dopełnić, jak nie przy Ołtarzu Pańskim, podczas sprawowania Mszy? I to właśnie owy ołtarz uczyniłam motywem przewodnim całości. W początkowym zamyśle na rysunku miał się jeszcze znaleźć Jezus obejmujący ramieniem człowieka, za bardzo jednak nie wiedziałam jak ich usytuować, aby nie przyćmiły całości. Ostatecznie myślę, że wyszło nie najgorzej, a przekaz został zachowany.
Przepraszam za jakoś zdjęć - robiłam je wieczorem, więc światło dawało dużo do życzenia.
Natomiast zamiast owieczek były niewielkie prostokąty stylizowane na karty Pisma Świętego zawierające 30 różnych sigli biblijnych ze Starego i Nowego Testamentu. No i oczywiście życzenia, nad których treścią strasznie się głowiłam i kosztowały mnie one dużo emocji. Myślicie, że to wypada życzyć kapłanowi, aby z każdą koleją Eucharystią czuł coraz większe wzruszenie w momencie, kiedy za przyczyną jego rąk chleb staje się Ciałem, a Wino Krwią? Kurczaczki, nawet Księdzu Niosącemu Światło tak nie życzyłam.
Wszystko poszło pocztą na adres parafii. Mam nadzieję, że koperta dojdzie, a adresat się ucieszy. Czy mnie pamięta? Chyba tak, dał to po sobie poznać podczas tamtego odpustu. Tęsknię za nim, naprawdę.

niedziela, 19 stycznia 2025

2108. Szron też jest pięknym artystą

Witam Was w drugiej połowie stycznia. Uwierzycie, że już za chwilkę minie pierwszy miesiąc tego 2025 roku? Bo ja dalej mam wrażenie, że to jeszcze jego początek, że dopiero wszystko się rozpędza. Tymczasem ten rozpęd już nabrał swojego tempa i toczy się swoim rytmem, którego nie do końca mogę pojąć. 
Może dziwnie to zabrzmi, ale lubię zimę. Głównie za przepiękne zorze, którymi mienią się niektóre poranki. Co prawda nie wszystkie, lecz czy faktycznie zachwycalibyśmy się nimi, gdybyśmy każdego dnia mogli je oglądać? Myślę, że mimo wszystko, mimo ich piękna i zapierających dech w piersiach kolorach prędzej czy później by się nam one znudziły. A tak, budzimy się wczesnymi rankami, wyglądamy przez okno i od czasu do czasu widzimy tak piękne niebo, jakim podzieliłam się z Wami kilkanaście dni temu. Prawie jak w bajce, przynajmniej w moich oczach i wyobraźni.
Śnieg, o którym pisałam w zeszłym tygodniu, też gdzieś zniknął wywołując we mnie uczucie pustki, smutku i niedosytu. Owszem, śnieg bywa uciążliwy, zwłaszcza dla osób, które muszą go co rano odgarniać, aby inni mogli bezpieczni i w miarę komfortowo przejść odśnieżonym chodnikiem. Ale ile frajdy miały w niedzielę dzieci ze zjeżdżania z ośnieżonych górek obok szkoły to ich. Zresztą moje dzieciństwo wyglądało identycznie. A to nie było takie trudne zważając na to, że jedna z moich babć mieszka w górach i to dosłownie. Nawet mam gdzieś takie zdjęcia, na których jestem na sankach, albo brodzę w śniegu po pas. I jestem wdzięczna rodzicom, że mimo wszystko nie trzymali mnie pod przysłowiowym kloszem, że właściwie mogłam robić wszystko to, co moi zdrowi rówieśnicy, nawet jeżeli wiązało się to z powrotem do domu pod postacią siedmiu nieszczęść.
Stopniał więc śnieg, stopniał też i lód, który jest dla mnie jeszcze bardziej uciążliwy niż śnieg. Upadek na śnieg mimo wszystko nie jest tak bardzo bolesny, jak na lód. A dla człowieka z problemami z zachowaniem równowagi takie wywrotki są chlebem powszednim. Ale to nic - przecież lód kiedyś stopnieje, a siniaki i związana z nimi bolesność w końcu zniknie. Nie ma już zbyt dużo śniegu, po lodzie pozostało tylko wspomnienie. Ustąpiły one miejsca szronowi, który od rana pokrywał wszystkie drzewa i krzewy, które spotkał na swojej drodze. Pewnie dziwnie to zabrzmi, ale dotąd to zjawisko nie wywoływało we mnie większych emocji. Aż do teraz, kiedy to podczas powrotu do domu miałam możliwość na dłużej zatrzymać się przy przyblokowych skwerach i ogródkach i uważniej przyjrzeć się białym kompozycjom, które stworzył.
Jakoś nie mam presji posiadania przy sobie non stop mojej kompaktówki, chociaż jest ona niewielkich rozmiarów i z powodzeniem mieści się w kieszeni kurtki. Dzisiaj jednak coś mnie tknęło i zabrałam ją ze sobą. I wcale tego nie żałuję, bo chociaż mróz szczypał mnie w ręce, to wydaje mi się, że zrobiłam całkiem niezłe zdjęcia, jak na moje możliwości. Może powinnam częściej zabierać ze sobą aparat, bo czasem naprawdę jest coś niezwykłego i niebanalnego do utrwalenia. I tak jakoś z automatu przyszedł mi do głowy kolejny "kulawy" wiersz:

Nieoczywiste piękno
Mróz ponownie przeszedł przez świat,
wydechami znacząc swoją drogę.
Pozostawiając ślady w postaci szronu,
nie tak jak ludzie na ziemi.
Łodygi pokryte chłodnym pyłem,
kłaniają się niczym poddani na dworze.
Gałęzie odziane w białe igiełki,
otulone jakby futrem z białych lisów.
Świat nabiera jasnych kolorów,
co rozjaśniają szarość ulicy.
A szron siedzi w ukryciu z pędzlem w dłoni,
rozdając swoje piękno wybranym.

A teraz schodzę już na ziemię i wracam do wertowania moich (albo i nie moich) notatek. Mimo wszystko Tatarkiewicz sam się nie przeczyta, zadania z logiki same nie zrobią, prace zaliczeniowe nie napiszą. Warto jednak od czasu do czasu oderwać się od rutyny i chociaż na chwilę zachwycić tym, co ma nam do zaoferowania przyroda, nawet w środku ogromnego miasta.

piątek, 17 stycznia 2025

2107. Będzie pięknie. I to niekoniecznie z mojego powodu

W styczniu wedle tradycji można jeszcze śpiewać kolędy. Na świetlicy już ich nie śpiewamy (co ciekawe, były one bardziej popularne przed świętami, niż po), ale za to w szkole, w której uczy Ksiądz Niosący Światło na koniec stycznia robi mini-koncert kolęd i pastorałek. Byłam dzisiaj w tzw. międzyczasie między zajęciami na uczelni (niech żyje logika... chociaż zaliczenie ćwiczeń z bioetyki na mocne 4,5 bardzo mnie satysfakcjonuje), a pracą na próbie. Głównym motywem mojej wizyty było zaniesienie dyrekcji podania dotyczącego odbycia zawodowych praktyk nauczycielskich (jedno z wielu, jakie dostarczyłam do lokalnych podstawówek z nadzieją, że gdzieś się dostanę), a próba wyszła właściwie przy okazji. I choć nie było na niej księdza, to jednak była katechetka, prywatnie żona katechety z mojego liceum. Ten świat jest jednak mały i nawet w tak sporym mieście jak moje zawsze znajdzie się jakiś znajomy bądź znajomy znajomego, bądź znajomy, znajomego znajomego. 
Co do koncertu to mam w nim minimalny wkład - "sprzedałam" katechetom dwie mało znane kolędy. A może już piosenki świąteczne? Chociaż tytuł "Kolęda Dąbrowska" świadczy o czymś innym. Tak, wiem, napiszecie mi, że nie znacie takiej kolędy. Nie szkodzi. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że została ona napisana w polskiej parafii na Ukrainie. Osobiście bardzo ją lubię. Kiedyś, kiedyś śpiewaliśmy ją w parafialnej scholi w każdy okres Bożego Narodzenia. Ale już dawno jej u nas nie słyszałam. Szkoda, aby się "kurzyła" gdzieś tam w futerale na płyty. Zwłaszcza, że jest dla mnie genialna w swoim przekazie i prostocie. Drugim utworem jest kolęda nosząca tytuł "Dziś w stajence". To bardzo skoczna i radosna kolęda, której tekst szybko wpada w ucho słuchacza. Zresztą sami posłuchajcie.
Oczywiście podczas koncertu zabrzmią też tradycyjne kolędy oraz pastorałki, takie jak np. "Cicha noc" (grana na cymbałkach), "Lulajże Jezuniu", "Tryumfy Króla Niebieskiego", czy też jedna z moich ulubionych "Wesołą nowinę bracia słuchania". Trochę żałuję, że nie zaproponowałam, aby maluszki zaśpiewały "W grudniowe noce", może będzie jeszcze ku temu okazja. Tak samo jak do podzielenia się kolędą "Prowadź gwiazdo promienista". No i może jeszcze "Mizerną, cichą", ale tylko i wyłącznie w wersji, jaką przedstawiłam Wam w >>tym<< wpisie. Chociaż jak tak sobie myślę, to może dobrze, że dawkuję im to wszystko. Inaczej mogliby wykorzystać te zaproponowane przeze mnie kolędy na raz, a tak i na przyszły rok zostaną jakieś nowości, i jeszcze na kolejny i kolejny. Oj, czyżbym się za bardzo w tym wszystkim nie rozpędzała i nie wybiegała zbyt bardzo w przyszłość, kiedy za bardzo nie wiem, co przyniesie mi kolejny dzień. Nie chcę też za bardzo ingerować w program ułożony przez księdza i katechetkę, no bo z jakiej racji? Tym bardziej, że jest on naprawdę dobry.
Wiecie, stałam tak w drzwiach świetlicy oparta o framugę drzwi ze wzruszeniem w sercu słuchając wykonania przez dzieci poszczególnych kolęd i siłą woli powstrzymywałam się, aby nie wybuchnąć płaczem. Wszystko było takie piękne, tak szczere, tak z głębi serca, że aż łzy same cisnęły się do oczu. To będzie piękny i wspaniały koncert, taki, który zapada i w ucho, i w serce i w pamięć. Nawet, jeżeli coś się nie uda, to całokształt przyćmi te niedoskonałości. Jestem o tym przekonana. I tak sobie pomyślałam, że szkoda, że moja parafia odeszła od tej pięknej tradycji dorocznego kolędowania w murach parafii. Ale może kiedyś jeszcze do tego wrócimy...

czwartek, 16 stycznia 2025

2106. Kiedy wsparcie jest potrzebne dla innych

Jakiś czas temu moja dobra znajoma, która na blogu występuje jako Madziałek, miała okresowe badania. No i coś jej tam wyszło na tarczycy. Coś, co okazało się jakimś guzkiem, który trzeba było zbadać. W zeszłą środę miała robioną biopsję, a dzisiaj (albo w późniejszym czasie), po tygodniu oczekiwania, miała udać się do jednego z najlepszych szpitali na Śląsku po wyniki. Przeżywała to od kilku dni. Wiecie, starałam się ją jakoś pocieszyć, chyba jednak nie na wiele się to zdało. Była wdzięczna, nie powiem, że nie. Ale i tak niezwykle się bała.
A dzisiaj to już o mało nie zniosła jajka. Ogólnie rano dostała telefon z wspomnianego szpitala z informacją, że może już odebrać wyniki. Na początku była trochę zła, że nie powiedzieli jej od razu jaki jest wynik biopsji, a potem zaczęła panikować. Szczerze powiedziawszy to wcale jej się nie dziwię, bo sama czuję niepokój, kiedy mam odebrać wynik badań np. moich nerek. Dlatego też zaoferowałam jej, że mogę z nią podjechać do tego szpitala. Nie ważne, czy dzisiaj, jutro czy kiedyś. Po prostu chciałam być przy niej w tych trudnych dla niej chwilach. 
W pierwszej chwili chciała odebrać wyniki jutro, ale z drugiej strony chciała to już mieć za sobą. A dzisiaj akurat kończyłyśmy zajęcia na wydziale o 13:00, mogłyśmy więc tuż po nich pojechać na Ligotę. Chociaż wcześniej zadzwoniłam do pracy z informacją, że się spóźnię, tylko nie wiem ile. W ogóle mam pod tym względem dosyć wyrozumiałe kierownictwo i nie robiło mi większych problemów. 
Po wykładzie z Historii Kościoła jeszcze na chwilę udałyśmy się do pokoju studenckiego, gdzie jeszcze w międzyczasie chłopak z II roku teologii tłumaczył Madziałkowi w jaki sposób rozwiązuje się niektóre zadania z logiki, bo nie do końca to ogarnia. Ja zaś nie potrafię jej tego wytłumaczyć w taki sposób, aby to zrozumiała. Zresztą takich osób na naszym roku jest więcej. Hmmm, gdyby Błażej brał opłatę za tą pomoc, to nieźle by zarobił.
Po tych przyspieszonych korepetycjach pobiegłyśmy na przystanek autobusowy. Bliżej znajduje się tramwajowy, ale żaden tramwaj nie jedzie bezpośrednio na Ligotę. Z drugiej strony, wyniki wydawali do godziny 15:00, a więc musiałyśmy się trochę pospieszyć, bo czas za nic na świecie nie chciał zwolnić swojego tempa biegu. Nie wiem jak Madziałek, ale ja gdzie w głębi serca obawiałam się, że nie zdążymy i będzie trzeba jeszcze dzień czekać w niepewności. A po co Madziałek miałby się jeszcze jeden dzień denerwować tym, co jej wyszło. 
Na szczęście rejestracja była jeszcze otwarta, kiedy dotarłyśmy na miejsce. Madziałek poszedł po wyniki biopsji, ja zaś czekałam na nią na korytarzu. Wróciła po chwili i niepewnie otworzyła kopertę. Oczywiście nic nie rozumiałyśmy z medycznego jazgotu, ale z pomocą przyszedł nam Internet. Powoli, wspólnymi siłami doszłyśmy do tego, że to łagodna zmiana, która jednak wymaga kontrolowania. 
Wyobrażam sobie jaki kamień z serca musiał spaść Madziałkowi, z chwilą, kiedy dowiedziała się, że to jednak nie nowotwór złośliwy. W każdym razie, mi ulżyło, chociaż sprawa bezpośrednio mnie nie dotyczyła. Skończyło się na tym, że obydwie padłyśmy sobie w ramiona ze szczęścia. A potem już na spokojnie mogłyśmy wracać do swoich spraw - ja do pracy, ona na praktyki. Bo przecież życie toczy się dalej bez względu na okoliczności.
Kiedy po zajęciach na kierunku udałyśmy się wraz z Madziałkiem do pokoju studenckiego, to jedną z osób, która się w nim znajdowała była przewodnicząca Wydziałowej Rady Studentów, w której jesteśmy razem z Madziałkiem. Oczywiście podpytała ją o nastrój, kazała pisać co i jak, a kiedy dowiedziała się, że jadę z nią do szpitala, to wręcz sama mi podziękowała za ten pomysł wsparcia. Stwierdziła nawet, że jestem niezastąpiona. Ale nie, nie ma ludzi niezastąpionych. A mnie po prostu tak chyba ukształtowały ostatnie dwa lata. I naprawdę, nie potrafię przejść obojętnie obok znajomych, którzy potrzebują wsparcia, nawet tak niewielkiego, jak to.

środa, 15 stycznia 2025

2105. Chyba nie potrafię już marzyć

Do powyższego wniosku doszłam pisząc pracę zaliczeniową z podstaw coachingu. W ogóle przedmiot dziwny, no ale wiem, że są osoby, które bardzo cenią sobie pracę z coachem. Ja jednak na razie sama sobie wyznaczam cele i sama do nich dochodzę. No, może nie do końca sama, bo nie raz i nie dwa pomagają mi w tym znajomi i rodzina. Ale co innego jest rozmawianie o swoim życiu ze znajomymi, którzy znają mnie i moje możliwości, a co innego z kimś, dla kogo jestem tylko i wyłącznie klientem. Nie wiem, może jestem uprzedzona po spotkaniami z psychologami w dzieciństwie, którzy usilnie próbowali mnie wcisnąć w jakieś odgórne ramy. Wiem jednak, że wiele osób chwali sobie pracę z coachem i ok., każdy z nas jest inny i ma inne oczekiwania co do życia.
Wracając do tematu, jako zaliczenie ćwiczeń z tego przedmioty mieliśmy napisać pracę na nasz temat, w którym rozwijaliśmy wytyczone z góry punkty. Większość z nich była dla mnie dziwna i napisanie ich było dla mnie prawdziwą torturą. Wyjątkowo nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Może nie potrafię wystarczająco wejść w głąb siebie? Nie wiem, nie jestem tutaj obiektywna w ocenie samej siebie. Tym bardziej, że rozwijając poszczególne punkty miałam wrażenie, że piszę wręcz sztucznie, pod jakąś publiczkę, tylko żeby było i żeby zdobyć to całe zaliczenie. No bo co ja na to poradzę, że raz potrzebuję więcej, a raz mniej czasu na odpoczynek? Czasami biorę się do czegoś po krótszej, a czasami po dłuższej chwili? Dla mnie ważne jest, że robię zadania na czas. I to mnie satysfakcjonuje. A że mogłabym ten czas dużo lepiej spożytkować, a przez to jeszcze dalej zajść? Tylko czy ja tego chcę?
Najgorsze było dla mnie jednak napisanie o swoich marzeniach i tym, w jaki sposób chcemy je spełniać. Tylko, że ja sobie uświadomiłam, że ja chyba nie mam marzeń. A na pewno nie na dłuższą metę. Bo jakieś tam drobne marzenia mam, nie powiem, że nie. Jednak to nie są raczej marzenia do dzielenia się z całym światem. Zauważyłam też, że kiedyś, nawet te 10 lat temu, łatwiej mi było marzyć. Może przez tą dekadę zaczęłam mieć bardziej realistyczne spojrzenie na świat? Może przez ten czas odkryłam, że mogę marzyć o różnych rzeczach, a i tak większość z nich pójdzie do kosza? Po co się rozczarowywać? Łatwiej jest żyć tu i teraz. Ewentualnie mieć małe, niepozorne marzenia, takie na miarę dziecka. Bo ich spełnienie jest prostsze i aż nie tak skomplikowane. Może i nie zbawiają one świata, ale też dają dużo satysfakcji. 
Coś tam jednak napisałam w pracy na ten temat, bardziej żeby było, niż to, co naprawdę czułam. Nie, ta praca zdecydowanie nie jest na moim poziomie. Mam jednak nadzieję (a może jednak małe marzenie), że uda mi się ją zaliczyć, a tym samym zostanę dopuszczona do zaliczenia z wykładów. Oj, nie ma łatwo w tym życiu...

wtorek, 14 stycznia 2025

2104. Nie myśl za dużo...

Raz na jakiś czas lubię sprawdzić coś na stronach poświęconych kulturze i filmowi. Nie tylko po to, aby zobaczyć co ciekawego można zobaczyć w środkach masowego przekazu, ale też po to, aby sprawdzić, czy dany np. aktor jeszcze żyje. Na co dzień nie zawsze jest to możliwe. Ale w wolnych chwilach czemu nie. Kiedy kilka dni temu zajrzałam na filmpolski, tak z ciekawości sprawdziłam, czy Stanisław Brudny jeszcze żyje. Kojarzyłam go z kilku niewielkich ról, m.in. księdza w "Domie", dziadka Tomka Burskiego w "Na dobre i na złe", nauczyciela historii Tonia z "Dużej przerwy", czy też pracownika archiwum redakcji "Samego życia", Zenona. A to przecież tylko niektóre role z jego dużego dorobku, zarówno aktorskiego, jak i dubbingowego. Bo przecież to jego głosem przemawiał chociażby Mistrz z serialu animowanego "Było sobie życie", czy też Papa Smerf w niektórych sezonach "Smerfów". Tymczasem w mediach gruchnęła wiadomość o jego odejściu. Jakoś zrobiło mi się smutno. Wiek piękny - 94 lata, grał właściwie do końca życia (jego ostatnią rolą był stary Mateusz z "Akademii Pana Kleksa" z zeszłego roku). Można było wszystkiego się spodziewać, dlatego też co jakiś czas sprawdzałam, czy żyje. A jednak jakiś tam cień żalu w człowieku tkwi. I wyrzut sumienia, że może gdyby człowiek tyle o nim nie myślał, to nie sprowadziłby na niego śmierci?
Chcąc nie chcąc, Stanisław Brudny pozostanie w mojej pamięci tym trochę nieporadnym Toniem z "Dużej przerwy" oraz Waldemarem Kozalem w "Na dobre i na złe".
Stanisław Brudny (16 maja 1930 - 13 grudnia 2025)
Zaledwie dwa dni temu odeszła inna aktorka "starego pokolenia", Barbara Rylska. Co prawda nie stalkowałam jej tak jak Stanisława Brudnego, aczkolwiek nie była mi tak całkowicie nieznana. Zagrała kilka ról w polskich filmach i serialach, ja jednak najbardziej kojarzę ją z roli Melanii Laudańskiej z serialu "Adam i Ewa". Kilka lat temu jeszcze raz obejrzałam cały serial i była to jedna z tych postaci, których nie da się nie lubić. Tak samo jak jej serialowego męża, Karola, granego przez Stanisława Michalskiego. Ogólnie było to małżeństwo wychowujące jednego z głównych bohaterów produkcji, Adama, po śmierci jego rodziców. Sympatyczna para, a przy tym bardzo pozytywna. Ale i sama postać Melanii była bardzo ciepła i opiekuńcza. To była też jedna z ostatnich ról, w jaką wcieliła się Barbara Rylska.
Barbara Rylska (20 stycznia 1936 - 11 stycznia 2025)

poniedziałek, 13 stycznia 2025

2103. Świat to iluzja?

Jednym z przedmiotów, jakie mam w tym semestrze na Naukach o Rodzinie jest coś, co się na początku nieco tajemniczo nazywało Modułem ogólnoakademickim. W związku z tym mogliśmy wybrać sobie jeden przedmiot, który jest prowadzony dla całej braci akademickiej ze wszystkich wydziałów*. Do wyboru mieliśmy kilka opcji, ale że ja nie mogłam dokonać go od razu, to zostały mi jakieś dziwne propozycje, z których najbardziej intrygująco brzmiała ta o nazwie "Jak działa świat? Wykład z eksperymentami dla każdego. Najważniejsze narzędzia poznania, edukacji i komunikacji, czyli obserwacja, eksperyment i kodowanie komunikatów w praktyce".
Wiem, brzmi strasznie. I ja też na początku byłam przerażona tym, co będzie się dziać na tych zajęciach. Co prawda fizyka, zaraz po matematyce, była moim ulubionym przedmiotem w szkole, ale i tak sama nazwa budziła we mnie strach. Jednak z każdym kolejnym tygodniem coraz bardziej się do niego przekonywałam i dostrzegałam sensowność wykorzystywania zdobytych na nich umiejętności chociażby na popołudniowych zajęciach z dziećmi na świetlicy. Tym bardziej, że niektóre eksperymenty są wręcz banalne w swojej prostocie.
Dzisiaj na przykład rozmawialiśmy o zjawisku iluzji optycznych. Złudzeniem optycznym nazywamy błędną interpretację obrazu przez mózg pod wpływem kontrastu, cieni i użycia kolorów, które z automatu wprowadzają nasz mózg w błędny tok myślenia. Złudzenie wynika z mechanizmów działania percepcji, które zazwyczaj pomagają w postrzeganiu, ale w określonych warunkach wywołują tylko pozorne wrażenia.
Tyle teorii, której na zajęciach było całkiem niewiele, dużo więcej, a właściwie to ok. 90% wykładu to była zabawa z iluzją, i zgadywaniem, kto z nas co tak właściwie widzi. Niektóre z iluzji były mi całkiem znane (pamiętam, jak pisałam z nich referat na fizykę w liceum), ale były też takie, które były dla mnie nowe i wprawiały mój mózg w wariacje.
Wrzucam Wam przy okazji wpisu kilka przykładów iluzji optycznych. Podejrzewam, że i tutaj wiele jest już dla Was znanych, ale może i znajdą się wśród nich całkowicie dla Was nowych, nieznanych, a przez to i zaskakujących. Nie wiem, czy u Was też, ale u mnie podczas ich oglądania wielokrotnie pojawiało się z tyłu głowy pytanie - jak bardzo odbierana przeze mnie rzeczywistość jest zbliżona do tej, która jest faktycznie.
To chyba jedna z najbardziej znanych iluzji, licząca już ponad 100 lat. Młodą kobietę widziałam od zawsze, starą zobaczyłam dopiero dzisiaj (lepiej późno, niż wcale).
Tutaj jest identyczny efekt końcowy, chociaż rysunek ciut inny. Widzicie starszą panią czy młodą kobietę?
A tutaj? Królik czy kaczka?
Bardziej czaszka czy bawiące się dziewczynki?
Czy tylko widać tutaj żabę?
Czy potraficie policzyć nogi tego słonia?
Albo ile tu jest zebr?
Na identycznej zasadzie działa ta iluzja.
Ciekawe dokąd prowadzą te schody?
A ten, komu uda się zbudować taki trójkąt dostanie ocenę celującą z zajęć.
Linie proste czy krzywe?
Oczywiście to tylko niektóre z wielu przykładów iluzji, jakie możemy znaleźć w sieci.
I takie krótkie wyjaśnienie niektórych zjawisk związanych z iluzją. Filmik nie był puszczany na zajęciach, znalazłam go przypadkowo dosłownie przed chwilą. Myślę, że w dosyć prosty sposób wyjaśnia niektóre zjawiska stosowane w iluzji.
Właściwie to już dzisiaj, zupełnie spontanicznie, zrobiłam na świetlicy dzieciakom takie zajęcia ze złudzeń optycznych, na które zareagowały jednym wielkim WOW! A uwierzcie mi, w dzisiejszych czasach zadowolić najmłodszych (no, prawie) to nie lada sztuka. Dlatego tak bardzo cieszy mnie to, że udało mi się ich czymś zachwycić i zainteresować. Nawet jeżeli ma to trwać tylko chwilę. Tak sobie też myślę, że to nie jedyne zajęcia o takiej tematyce, wszak ilustracji będących iluzją optyczną jest w internecie bez liku. Do wyboru do koloru.
Na zaliczenie tego przedmiotu mamy przeprowadzić i omówić jakiś eksperyment. Myślę na poważnie o wytłumaczeniu działania i zaprezentowaniu śruby Archimedesa (aż Archimedes zapiszczał z radości). Pomysł został przyjęty przez prowadzących zajęcia, nawet obiecali załatwić mi taką śrubę, bo mają na stanie. Byłoby wspaniale, gdyby się to udało. To byłoby nawiązanie do moich pasji sięgających hen po czasy gimnazjalne, kiedy z fascynacją poznawałam działalność maszyn prostych, które tak wiele mogą. Większość z nich miałam okazję przetestować, ale śruby jeszcze nie. Może właśnie teraz przyszedł na to czas?

* To duże uproszczenie, bowiem ten twór przeznaczony jest tylko dla tych, którzy mają go w programie studiów