Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 30 września 2020

1214. Wyzwanie u Lidzi "Czytamy książki 2020" - wrzesień

Trzeci kwartał 2020 roku przeszedł do historii. Nie wiem czy tylko mi ten czas tak szybko leci(wraz z upływem lat coraz szybciej), ale chwilami aż miałam ochotę krzyczeć: "Zwolnij, czasie, zwolnij!". Ale on, jak na złość, za nic nie chce mnie słuchać. No trudno, nie to nie.
Aż sama się sobie dziwię, że w tym całym moim życiowym kurcgalopku(o którym mogliście poczytać sobie trochę na blogu), udało mi się przeczytać 21 książek, z czego na Waszą uwagę może zasługiwać poniższych 17(chyba, że kogoś pasjonuje tematyka tanatologii i budowania szkolnych programów profilaktycznych, jeżeli tak - piszcie śmiało). W tym miesiącu w zabawie u Lidzi królowały poniższe wytyczne:

Pierwsza literka imienia lub nazwiska autora - P
Pierwsza literka tytułu książki - R
Coś na okładce na literę - S

Tradycyjnie starałam się najpierw "zejść" z tytułów na daną literę, które chcę przeczytać(kluczem tutaj jest mój profil na portalu lubimyczytać), potem dobierałam autorów. Czasami wracam do przeczytanych wcześniej pozycji. Okładka zależy od większego lub mniejszego szczęścia. 
Niestety, w tym miesiącu było więcej "powrotów" niż przeczytanych nowości. No cóż, miesiąc miesiącowi nierówny, a i literki nie do końca mi podeszły. Ale nie żałuję tych powrotów, ponieważ dzięki nim odświeżyłam sobie treść przeczytanych niegdyś książek.

Tytuł: "Rodzina Połanieckich"
Autor: Henryk Sienkiewicz
Okładka: sukienka
Ilość stron: 479

Pierwszy polski noblista znany jest przede wszystkim z powieści historycznych, które pisał "ku pokrzepieniu serc". Jednak wśród jego dzieł znajdziemy i takie, które można zaliczyć do literatury obyczajowej. Z całą pewnością należy do nich "Rodzina Połanieckich", jeżeli nie liczyć licznych napisanych przez niego nowelek.
Głównego bohatera powieści, Stanisława Połanieckiego, czytelnik poznaje, kiedy ten udaje się do Kamienia w celu wyegzekwowania długu od niejakiego Pławnickiego(który jest u niego zadłużony. W rezultacie tego spotkania Pławnicki traci swoją posiadłość. Przy okazji Połaniecki poznaje córkę Pławnickiego, Marynię. Stanisław zakochuje się w niej niemal od pierwszego wejrzenia i postanawia, że kiedyś zostanie jego żoną. Nie jest to jednak proste, ponieważ kobieta ma do niego żal o utratę majątku rodzinnego. Kiedy po wielu perypetiach młodzi biorą ze sobą ślub, w ich małżeństwie coraz częściej dochodzi do nieporozumień. Marynia odkrywa, że nie odczuwa do męża szczególnego uczucia, natomiast Stanisława zaczynają interesować inne kobiety...
Chociaż momentami akcja powieści ciągnęła się niemiłosiernie, to muszę przyznać, że książkę czytało mi się nawet dobrze. Może dlatego, że miejscami przypominała mi "Lalkę" Prusa, którą bardzo lubię(a to, że polubiłam ją dopiero po przeczytaniu na studiach to już inna sprawa). Poza tym bardzo interesuje mnie życie ludzi na przełomie XIX i XX wieku, więc raczej z chęcią sięgam po tego typu książki

Tytuł: "Rejs wyklętych"
Autor: Max Morgan-Witts, Gordon Thomas
Okładka: statek
Ilość stron: 324

Ostatnimi czasy coraz więcej faktów historycznych wychodzi na jaw. Duża w tym zasługa odtajniania archiwów, szczególnie tych z okresu II wojny światowej. Chociaż mam wrażenie, że historia opisana przez Maxa Morgana-Wittsa oraz Gordona Thomasa nie była całkowicie nieznana, wszak powstał o niej nawet film fabularny.
Był maj 1939 roku. Za kilka miesięcy miała się rozpocząć II wojna światowa. Ale już teraz w Niemczech antysemityzm przybiera na sile. Społeczność Syjonistyczna organizuje rejs transatlantykiem St. Louis, który ma odtransportować prawie 1000 niemieckich Żydów do stolicy Kuby - Hawany. Niestety, kiedy statek dociera na miejsce okazuje się to niemożliwe. W dodatku prezydent Roosevelt drastycznie zmniejszył ilość Żydów, jaką mogą w przededniu wojny przyjąć Stany Zjednoczone. Rozpoczyna się walka z czasem połączona z nadzieją, że jednak uda się uratować płynących na pokładzie ludzi przed najgorszym.
Książkę tą czytałam po raz drugi. I po raz drugi nie mogłam uwierzyć w to, że jest ona opisana na faktach autentycznych. Tym bardziej, że bardzo interesuje mnie zarówno judaistyka, jak i zjawisko holokaustu. Wiele z płynących tym transatlantykiem ludzi zginęło podczas II wojny światowej. A przecież mogli uniknąć tego losu, gdyby tylko wysiedli w kubańskim, albo którymś z ametykańskich portów. A tymczasem zostali skazani na zagładę...

Tytuł: "Roztrzaskane życie"
Autor: Stephanie Kallos
Okładka: skorupki potłuczonej zastawy
Ilość stron: 479

Książka została opisana >>tutaj<<












Tytuł: "Rutka"
Autor: Zbigniew Białas
Okładka: spojrzenie(aż mnie ciarki przechodzą na jego widok)
Ilość stron: 128

Rutka Laskier... Prawdopodobnie zostałaby zapomniana jak tysiące Żydów z będzińskiego getta wywiezionych w 1943 roku do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, gdzie większość, w tym Rutka, zostało zgładzonych. Traf jednak chciał, że tuż przed wybuchem wojny kupiła zeszycik, który posłużył jej za pamiętnik w tym trudnym okresie. Znaleziony po latach posłużył Zbigniewowi Białasowi za kanwę napisania opowieści o niej.
Książka rozpoczyna się sceną, w której mała Rutka spaceruje po będzińskim targowisku. Przy jednym ze straganu zostaje zachęcona przez sprzedawcę do zakupu 60-kartkowego zeszytu i ołówka(gumka została dorzucona za darmo). Kilka tygodn
i później do Będzina wkraczają Niemcy. Rozpoczyna się "nagonka" na ludzi wyznania mojżeszowego. Zostaje zburzona synagoga, ortodoksyjnym Żydom ścinane są brody i pejsy, wkrótce zostaje utworzone getto, do którego trafiają Laskierowie. Podczas jednej z selekcji nastoletnia Rutka trafia do grupy, która ma jechać do obozu pracy. Udaje jej się jednak zbiec z transportu. Niepewna jutra stara się żyć tak jak rówieśnicy - pracuje, ale spotyka się ze znajomymi, a nawet zakochuje. Pewnego dnia zdradza swojej znajomej, że pisze pamiętnik. Ta zaś oferuje jej swoją pomoc w ukryciu go. Tak, jakby przeczuwała, że może stać się najgorsze...
Lektura niepozornej książeczki umilała mi podróż pociągiem. Nie jest to autentyczny pamiętnik pisany przez Rutkę, a tylko fragment jej biografii oparty o zapiski nastolatki. Z drżącym sercem czytałam o tym, co się działo w mieście. Zastanawiałam się, co by było, gdyby policjanta Pejzę, przyjaciela rodziny, nie zaczepił podczas załadunku na będzińskim dworcu kolejowym inny Żyd, czy zdołałby uchronić rodzinę przed wywózką, czy tylko by ją opóźnił. Czy gdyby Stasia nie ukryła pamiętnika o aryjskiej stronie, to przetrwał by on w murach getta? I jak właściwie zginęła ta piękna, zaledwie czternastoletnia dziewczyna? Ale tego nigdy się już nie dowiemy...

Tytuł: "Requiem dla króla zbrodni"
Autor: Serge Jacquemard
Okładka: samochód
Ilość stron: 336

Król zbrodni, podobnie jak legendarny Kuba Rozpruwacz, może być tylko jeden. Czy uda się go odnaleźć i powstrzymać przed kolejnymi zabójstwami?
Paryż, lata 60 dwudziestego wieku. Ktoś morduje na całym świecie szefów największych mafii. Pozostali, chociaż żyją w ciągłej niepewności i zagrożeniu, potajemnie spotykają się, aby ustalić, co dalej robić. Przeczuwają bowiem, że są kolejni w przysłowiowej kolejce. Wymyślają plan, którego nie powstydziłby się sam James Bond.
Chociaż nie specjalnie przepadam za kryminałami i sensacją(co nie oznacza, że i w tej dziedzinie nie mam swoich "ulubieńców") to przeczytanie tej książki było prawdziwą przyjemnością. Swoją fabułą nawiązuje do świata w stylu słynnego Agenta 007 - cały świat u stóg tzw. pięknych i bogatych, bogate przeżycia, piękne kobiety, życie w luksusie. Jednocześnie czytając odnosi się wrażenie, że ta epoka już dawno przeminęła. Jedno tylko mnie w tej książce denerwowało - sugestia, że wszyscy mafiozii to homoseksualiści. Zbyt bardzo lubimy generalizować, zbyt bardzo.

Tytuł: "Rok tysięczny"(tom 1 i 2)
Autor: Karol Bunsch
Okładka: -
Ilość stron: 328/364

W czerwcu przeczytałam dwa tomy innej powieści autorstwa Karola Brunscha - "Ojca i syna", opowiadającej o czasach Mieszka I i Bolesława Chrobrego, a raczej o relacji pomiędzy pierwszymi władcami naszego kraju. "Rok tysięczny" jest jej bezpośrednią kontynuacją.
Powieść obejmuje swoimi ramami czasowymi okres od 992(śmierć Mieszka I) do 1002 roku(zjazd w Marseburgu, będący początkiem wojny przyszłego króla Polski z księciem Henrykiem II). Bohaterów(Bolesława Chrobrego, Stoigniewa, syna Ścibora, czy też palatyna Jaskotela Awdańca[chyba tak go się odmienia]), czytelnicy poznali już w poprzednich powieściach. Jednak i bez tej znajomości jest się w stanie odnaleźć w treści powieści. Chrobry jest przedstawiony w książce jako sprawiedliwy polityk, który potrafi zjednać sobie wszystkich ludzi, urodzony wojownik, który nie oszczędza siebie w walce, surowy, ale sprawiedliwy. Po śmierci ojca zaczyna budować potężne państwo, rozszerzając jego granice oraz strefy wpływów. Jednocześnie stawał się coraz bardziej znaczącym władcą średniowiecznej Europy.
Dla wielu ówczesnych ludzi rok tysięczny miał być przepowiadanym końcem świata. Dla Bolesława Chrobrego okazał się okazją do zorganizowania niezapomnianego zjazdu dla władców innych państw (m.in. pruskiego cesarza Ottona III). W powieść zostały też wplecione losy Świętego Wojciecha, misjonarza, zabitego przez pogan, którego ciało wykupił Bolesław.

Tytuł: "Rotmistrz Pilecki. Ochotnik do Auschwitz"
Autor: Adam Cyra
Okładka: spojrzenie
Ilość stron: 454

To już druga(a w zasadzie pierwsza, bo przeczytana wcześniej) książka przybliżająca biografię rotmistrza Witolda Pileckiego - "żołnierza wyklętego", tego, który dobrowolnie zgłosił się do obozu koncentracyjnego w Auschwitz i opisał rzeczy, jakie się w nim działy. Zapłacił za to najwyższą cenę - życia. Zginął jednak nie za kolczastym drutem, ale poprzez wyrok w "imieniu PRL-u".
Książka przybliża nam życiorys Witolda Pileckiego, od dzieciństwa spędzonego w Wilnie, poprzez służbę w Wojsku Polskim, aż po czasy II wojny światowej i ostatnie lata życia spędzone w więziennej celi. Wszystko zostało zawarte w dziewięciu chronologicznie ułożonych rozdziałach. Książka nie kończy się na śmierci rotmistrza Pileckiego, opisuje również upokorzenia, jakie dotykały jego rodzinę jeszcze wiele lat po śmierci - żona nie mogła pracować w zawodzie, córka musiała przerwać studia na Politechnice Warszawskiej, przed synem zamknięto możliwość zrobienia kursu pilotaży, przez wiele lat poszukiwano również młodszego brata Witolda, Jerzego. 
Autor poruszył też istotną sprawę rehabilitacji Pileckiego, która miała miejsce dopiero w czasach współczesnych. Całość dopełniona jest aneksem raportu, który napisał rotmistrz po ucieczce z Auschwitz.

Tytuł: "Rok 1809"
Autor: Wacław Gąsowski
Okładka: spodnie
Ilość stron: 414

"Rok 1809" to powieść o wojnie polsko-austriackiej w obronie Księstwa Warszawskiego. Jest to jednocześnie kontynuacja innej powieści Wacława Gąsowskiego - "Huragan".
Główną postacią "Roku 1809" jest niejaki Tadeusz Zabielski, burmistrz niewielkiego miasteczka Ostrowiec położonego na znajdującej się pod zaborem austriackim Lubelszczyźnie.
Tadeusz wiedzie spokojne życie u boku ukochanej żony, Janki. Pewnego dnia dociera do niego wieść o przygotowaniach korpusu austriackiego do inwazji na ziemie Królestwa Warszawskiego. Atak ma być częścią większej kampanii przeciwko cesarzowi Napoleonowi.
Z poczucia patriotyzmu Tadeusz postanawia w tajemnicy udać się na terytorium Księstwa, aby ostrzec panujące w nim władze o groźbie ataku. Jego szyki zostają pokrzyżowane przez austriackiego agenta, Dyzmę Rudzkiego. W dodatku Tadeusz zostaje potraktowany przez polskie władze jako szpieg. Z nieciekawego położenia ratuje go generał Jan Henryk Dąbrowski, który daje wiarę jego zapewnieniom. Wkrótce wybucha wojna z Austrią. Tadeusz zaciąga się do polskiej armii z którą bierze udział m.in. w bitwie pod Raszynem. W czasie powrotu do żony wpada w ręce nieprzyjaciół. Zostaje uratowany przez znajomego austriackiego generała, jednak ceną jaką musi za to zapłacić jest służba we wrogiej armii.
Szczerze powiedziawszy, to średnio mi się podobała ta książka. Za dużo w niej nic nie wnoszących do akcji dialogów. Ale dla chłopców pasjonujących się wojnami będzie jak znalazł.

Tytuł: "Rok 1984"
Autor: George Orwell
Okładka: skrzydła(u much)
Ilość stron: 319

George Orwell jest znany w Polsce głównie z "Folwarku zwierzęcego" oraz właśnie "Roku 1984". Kiedy w liceum mogliśmy sobie wybrać jedną z tych dwóch książek do przeczytania, mój wybór padł na "Folwark zwierzęcy". W tym miesiącu miałam okazję sięgnąć po drugą z książek.
Głównym bohaterem książki jest pracujący w Ministerstwie prawdy Winston Smith. Ministerstwo to zajmuje się propagandą i dopasowaniem rzeczywistości do aktualnych potrzeb rządu, zaś do zadań Winstona należy zakłamywanie historii poprzez wprowadzenie takich zmian do książek i prasy, które odpowiadałyby aktualnie obowiązującej linii politycznej. Mimo wieloletnim szkoleniom i praniu ludzkich mózgów, mężczyzna dostrzega fałsz swojej pracy i wszystkich działań podejmowanych przez rząd. Zaczyna pisać pamiętnik, szuka też kontaktów z ludźmi w tajemnicy organizujących sprzeciw przeciw polityce mocarstwa. Otrzymuje od nich książki, które utwierdzają go w przekonaniu, że trzeba zorganizować bunt przeciw władzy. W międzyczasie romansuje z pracownicą swojego ministerstwa - Julią. Spotkania z kochanką w wynajętym mieszkaniu kończą się wraz z namierzeniem Winstona przez policję. Zdradzony przez wszystkich zostaje aresztowany oraz poddany torturom, po których przyznaje się do zdrady wobec partii. Po wyjściu z więzieniu staje się wiernym powiernikiem Wielkiego Brata.
Nie wiem dlaczego, ale podczas lektury miałam wrażenie, że czytam książkę o współczesnym polskim rządzie...

Tytuł: "Raban. O Kościele nie z tej ziemi"
Autor: Mirosław Wlękły
Okładka: sutanna, stopnie(albo szczeble) u drabiny
Ilość stron: 400

Powiedzmy to sobie wprost - w ostatnich latach wizerunek polskiego Kościoła wyraźnie podupadł, a kolejne afery zniechęcają do niego nawet ludzi głęboko wierzących. Tymczasem na świecie działa zupełnie inny Kościół, taki który większości z nas nawet się nie śnił.
To brazylijskie świątynie prowadzone przez kobiety, to kardynał, który odprawia msze dla lesbijek i gejów w stolicy Wielkiej Brytanii, to wspólna wigilia dla muzułmanów i chrześcijan w Brukseli, to żonaci księża w Czechach, to kapłani mieszkający wśród slumsów w Argentynie i katolicki dostojnik z Birmy porównujący zmiany klimatyczny do nadchodzącej Apokalipsy...
I to jest właśnie Kościół XXI, tworzony przez tych, którzy wzięli sobie do serca zawołanie Franciszka - "Róbcie raban!". To oni są wzorem i zgodnie z tym wezwaniem nie boją się manifestować swojej wiary w sposób "odważny i konkteny". „Raban!” to nie tylko awanturnicza i nieco niewiarygodna, choć prawdziwa, opowieść o rabanie w Kościele i próbie powrotu do źródeł chrześcijaństwa. To także swoisty raport o stanie świata i jego problemach: od biedy po ekologię oraz o determinacji, harcie ducha i miłości, bez której nic nie byłoby możliwe, a która na „peryferiach świata” waży jeszcze więcej. Wreszcie, to lektura, po której nieuchronnie nam Polakom, brzęczy w głowie pytanie: czy kiedyś będziemy gotowi na raban w polskim Kościele? A nade wszystko to zbiór reportaży najwyższej próby jednego z najzdolniejszych polskich reporterów młodego pokolenia.

Tytuł: "Raj"
Autor: Livio Fanzaga
Okładka: stopa
Ilość stron: 208

Zastanawialiście się może, jaki świat czeka nas po śmierci? Założę się, że osoby wierzące stawiają sobie to pytanie nie raz. Odpowiedzi na to i inne pytania związane z ostatecznością próbował znaleźć i zawrzeć w swojej książce, "Raj", ksiądz Livio Fanzaga.
Książka składa się z czterech części, z czego każdej poświęcona jest mniej więcej ćwierć całości. W pierwszej, zatytułowanej "Zapisane w ludzkim genomie" pokazane jest, że Niebo to stan dostępny dla każdego z nas. Bo każdy z nas jest stworzony do świętości oraz nieśmiertelności. Druga nosi nazwę „Boży dar” i przedstawia biblijną wizję Raju, zaczynając od Adama i Ewy, którzy mieli łaskę obcowania w ziemskim Raju. Niestety, przez swoje nieposłuszeństwo ta łaska została zatracona na wieki. Nie oznacza to jednak, że Raj jest dla nas, śmiertelników, nieosiągalny. To co straciliśmy przez nieposłuszeństwo pierwszych rodziców, zyskaliśmy dzięki męczeńskiej śmierci Syna Bożego. Pamiętajmy, że przed jego przyjściem na świat wszyscy zmarli szli w bezkres otchłani. Po zbawczej śmierci na krzyżu drzwi do Raju zostały otwarte, z tym wyjątkiem, że szczęście w wiecznym obcowaniu z Bogiem możemy uzyskać dopiero po śmierci. Trzecia część poświęcona jest „Wieczności” i opisuje nasze przyszłe życie wieczne w blasku chwały i obcowaniu z samym Bogiem. Autor zapewnia w niej, że po śmierci będziemy przeżywać ten sam stan, co Adam i Ewa przed wygnaniem z Edenu. Będziemy szczęśliwi z możliwości obcowania twarzą w twarz z Bogiem. Ostatnia część „Zdobycie Raju” poświęcona jest praktycznym wskazówkom, które radzą czytelnikowi co robić, aby uzyskać życie wieczne. Bardzo podobał mi się ostatni rozdział, w którym Matka Boska, Maryja, ukazana jest jako nasza orędowniczka w Niebie.

Tytuł: "Rzymskie pielgrzymowanie"
Autor: George Weigel(i inni)
Okładka: sklepienie
Ilość stron: 504

Pielgrzymowanie po rzymskich kościołach pasyjnych w okresie Wielkiego Postu, aż do pierwszej niedzieli po Wielkanocy(dzisiejszej Niedzieli Bożego Miłosierdzia). Tradycja ta narodziła się w pierwszych wiekach chrześcijaństwa(zwyczajowo szacuje się, że było to pierwsze tysiąclecie). Generalnie w każdy kolejny dzień sprawowano Liturgię(bądź Liturgię Słowa, jak w przypadku Wielkiego Piątku) w innym, z góry wyznaczonym kościele. Ten piękny zwyczaj został niejako zapomniany w XX wieku po to, aby w kolejnym, XXI, zostać odkrytym na nowo.
Autorzy książki zabierają nas w podróż przez wszystkie rzymskie kościoły pasyjne z podziałem na tygodnie, a te zaś zostały podzielone na poszczególne dni. Pozycja ma stałą, schematyczną formułę. Każdy dzień otwierają "namiary" na czytania, które są przewidziane na ten dzień. Następnie zostało napisane obszerne wyjaśnienie teologiczne zawartych w nich treści. Nie jest to jednak nudna, napisana fachowym językiem formuła, ale napisane zrozumiałym językiem ciekawostki, które bez problemu przyswoi większość czytelników. Każdy opis danego dnia zwieńczono krótką charakterystyką kościoła, który tego dnia powinien być odwiedzony.
Chociaż na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że książka jest typowym przewodnikiem po wybranych rzymskich kościołach(chociaż i za taki cel może bez problemu służyć) to jednak ma też głębszy przekaz, jakim jest wielkopostna pielgrzymka naszych serc i dusz. Jak bowiem wspomniałam, został w niej opisany każdy z ponad 40 dni(wraz z niedzielami, kiedy niedziele są jakby wyłączone z okresu Wielkiego Postu), całe Triuudum Paschalne oraz każdy dzień oktawy wielkanocne wraz z przemyśleniami duchowymi na każdy z nich. Całość uzupełniają piękne fotografie z prezentowanych miejsc.

Tytuł: "Dwa światła"
Autor: Maria Paszyńska
Okładka: skarpetki, spodenki
Ilość stron: 400

Jak wiecie, jednym z moich ulubionych motywów literackich jest holokaust. Lubię czytać o codziennym życiu w gettach, obozach koncentracyjnych, czy też tych, którym udało się w jakiś sposób uciec z któregoś z tych "ośrodków odosobnienia". "Dwa światła" opowiadają o tym ostatnim.
Akcja książki rozpoczyna się w marcu 1955 roku, kiedy emerytowany nauczyciel muzyki, Edward Sokołowski, dowiaduje się, że jego dawny uczeń  Andrzej Czajkowski, wygrywa prestiżowy Konkurs Chopinowski. Wiadomość uruchamia w staruszku serię wspomnień. Wraca swoją pamięcią do grudniowego dnia sprzed dwudziestu lat, kiedy jedna z jego najlepsza uczennica, Felicja, urodziła synka. Dano mu na imię Robert, czyli "ten, który jest sławny". Wkrótce wybucha II wojna światowa. Jednak zanim to nastąpiło, jeden z przyjaciół Sokołowskiego, Arne Hofer, popełnia samobójstwo. Profesor traci chęć  życia, przez co przestaje grać. W Warszawie powstaje getto, w którym zostają zamknięci m.in. Felicja z matką, konkubentem i małym Robertem. Natomiast w mieszkaniu Sokołowskich ulokowany jest punkt pomocy przemyconym z getta Żydom. Pewnego dnia trafia do nich wyprowadzony z dzielnicy żydowskiej Andrzejek wraz z babcią Janiną. Sokołowscy wiedzą, że to syn i matka Felicji. Edward szybko przenosi chłopca w świat muzyki, a mały Andrzej okazuje się wyjątkowo pojętnym uczniem. Nauczyciel nie tylko odzyskuje dawną radość życia, ale i wierzy w to, że chłopiec kiedyś stanie się kimś sławnym.
"Dwa światła" to piękna i wzruszająca opowieść o tym, że muzyka właściwie zawsze dawała ludziom wytchnienie, nawet w trudnych czasach wojennej zawieruchy. W książce widzimy, że niejako pozwalała ona Andrzejowi zapomnieć o tym, co działo się za murami getta. Mogłoby się wydawać, że małe dzieci nic z tego nie rozumiały. Tymczasem one widziały dużo więcej, o czym świadczy cały rozdział napisany z punktu widzenia siedmiolatka. Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że chłopiec, chociaż musi się rozstać z ukochaną matką, trafia pod opiekuńcze skrzydła Edwarda, który za wszelką cenę chce rozwinąć niesamowity talent chłopca. Jak widać w prologu, udało mu się to, chociaż Andrzej nie umiał tego docenić, niestety.

Tytuł: "Klasa pani Czajki"
Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
Okładka: stopa, słuchawki na uszach
Ilość stron: 352

Z "Klasą pani Czajki" pierwszy raz zetknęłam się w pierwszej klasie gimnazjum - fragmenty książki były drukowane w "Viktorze Gimnazjaliście". Już wtedy byłam zafascynowana grupką przyjaciół chodzących do jednej klasy w jednym w warszawskich gimnazjum. Rok później po raz pierwszy miałam okazję przeczytać całość.
Akcja książki rozpoczyna się w pierwszym dniu nauki w gimnazjum. Małgosia, wraz ze swoją przyjaciółką, Kamilą, trafia do klasy, w której wychowawczynią jest polonistka, pani Barbara Czajka. Już pierwszego dnia w oko wpada jej chłopak, Maciek. I to w dużej mierze wokół tej pary toczyła się akcja książki. Ale nie tylko, bo wiele wątków pobocznych dotyczy innych uczniów klasy pani Czajki - wspomnianej wcześniej Kamili, dwóch Michałów, Aleksa, Staśka, Tomka, Kaśki, Wojtka(który dołączył do klasy dopiero w ostatnim roku nauki), czy też Olka, który nie chodzi z resztą do klasy. Poznajemy życie każdego z nich, ich problemy i zmartwienia.
"Klasa pani Czajki" doskonale wpisuje się w szkolną rzeczywistość - uczniowie mają problemy z nauczycielami, wywodzą się z różnych rodzin, wyznają różne religie i wartości, mają też różną sytuację materialną w domach. A jednak zawsze znajdą wspólne tematy do rozmów. Moim zdaniem najlepsza książka w całym cyklu.

Tytuł: "LO-teria"
Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
Okładka: spodnie, suwak
Ilość stron: 422

Po raz kolejny miałam okazję sięgnąć po "LO-terię" Małgorzaty Piekarskiej i po raz kolejny nie mogłam opanować ataków śmiechu, jakie mnie chwytały po przeczytaniu kolejnych stron.
"LO-teria" jest bezpośrednią kontynuacją książki "Klasa pani Czajki", której akcja kończy się wraz z zakończeniem przez tytułową klasę gimnazjum. "LO-teria" zaczyna się wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Uczniowie poszli do różnych szkół, toteż akcja skupia się nie tylko wokół jednej konkretnej klasy. Jednak koledzy z dawnej szkoły znajdują czas na wspólne spotkania, podczas których wymieniają się spostrzeżeniami na temat nowych ogólniaków, czy też sytuacji, w których się znaleźli. 
Jednocześnie obserwujemy życie współczesnych nastolatków, którzy czytają te same lektury, co uczniowie liceum, mają te same problemy w szkole i w kontaktach z rodzicami, posiadają konta na naszej-klasie i telefony komórkowe. Przeżywają jasne i ciemne chwile, zakochują się, ale też w ich życiu pojawiają się takie tematy, jak śmierć i żałoba. Sprzyja to odbiorze treści książki przez współczesnych nastolatków, a to sprawia, że jest ona chętnie czytana. A tym starszym czytelnikom może pomóc nie tylko w przypomnieniu sobie czasów szkoły średniej, ale i zrozumieć świat młodzieży.

Tytuł: "Licencja na dorosłość"
Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
Okładka: stopy, sukienka, sweter
Ilość stron: 480

No i stało się - uczniowie kończący w 2004 roku jedne z warszawskich gimnazjum, których poznaliśmy w książce "Klasa pani Czajki" weszli w nowy etap swojego życia - poszli na studia. To niewątpliwie nowa sytuacja nie tylko dla nich, ale i ich najbliższych.
Maciek dostaje się na wymarzone kulturoznawstwo, Czarny Michał - prawo, Kinga - farmaceutykę, Marcin(on pojawił się dopiero w "LO-terii" - pedagogikę. Aleksowi udaje się dostać na filologię angielską, jednak w odległej Łodzi, Gosia, która znika na końcu poprzedniej części cyklu, odnajduje się na bibliotekarstwie w Lublinie. Każdy z nich dorósł, poszedł swoją drogą, jednak w dalszym ciągu starają się trzymać "swojej paczki". Jak poradzą sobie na studiach? Jakie będą mieli przygody? Kto się zakocha, a kto przeżyje zawód miłosny? Czy Gosia wróci do Maćka? A może Maciek zakocha się w kimś innym? Tego wszystkiego dowiemy się z kart "Licencji na dorosłość".
Muszę przyznać, że pojawienie się tej pozycji na rynku było dla mnie zaskoczeniem, ponieważ myślałam, że autorka skończy serię na książce opisujących perypetie paczki przyjaciół na poziomie liceum. Znowu miejscami uśmiałam się do łez, chociaż chwilami miałam wrażenie, że książka została pisana trochę na siłę... No i fabuła, która o ile w dwóch pierwszych częściach raczej trzymała się wydarzeń z lat, w których toczy się książka, o tyle w "Licencji na dorosłość" może powodować, że czytelnik ma wrażenie, że bohaterowie poszli na studia ok. 2010 roku(w rzeczywistości miało to miejsce 3 lata wcześniej).

Tytuł: "Siostra naszego Boga. Niezwykła historia Hanny Chrzanowskiej" 
Autor: Paweł Zuchniewicz
Okładka: spojrzenie
Ilość stron: 448

W kwietniu 2018 roku w krakowskich Łagiewnikach została beatyfikowana krakowska pielęgniarka, Hanna Chrzanowska. Na pozór niczym szczególnym się nie wyróżniała. No, może poza tym, że z samarytańską miłością niosła pomoc chorym ludziom zamkniętym w swoich mieszkaniach.
Paweł Zuchniewicz po raz kolejny pokazał swój pisarski kunszt. Dziennikarz znany głównie z biografii papieża Jana Pawła II tym razem przybliżył wszystkim życiorys tej krakowskiej pielęgniarki. Książka zaczyna się scenę, w której ciężko chora mała Hania leży z gorączką w łóżku. Wkrótce trafia do szpitala, w którym po raz pierwszy spotyka się z fachowym podejściem do pacjenta. Kilka lat później wybucha II wojna światowa. Ojciec Hanny, wykładowca UJ umiera w obozie Sachsenhausen, brat ginie w Katyniu. Hanna od pierwszych dni angażuje się w pomoc innym. Po wojnie zostaje pielęgniarką, jak i prekursorką domowej opieki pielęgniarskiej.
Paweł Zuchniewicz, jak zwykle, w niezwykły sposób przybliżył nam postać kolejnej krakowskiej błogosławionej. Opisuje najważniejsze wydarzenia z jej życia, jej relacje z bliskimi, cytuje nawet fragmenty jej pamiętnika. Dzięki temu Hanna Chrzanowska wydaje nam się "bliższa", a jednocześnie ma się poczucie, że jest to błogosławiona na nasze czasy.

Trzymajcie się ciepło

poniedziałek, 28 września 2020

1213. Urodziny czy nie - działać trzeba

Na początku dziękuję wszystkim za przemiłe życzenia urodzinowe. Nie spodziewałam się tylu oznak sympatii, zarówno tutaj na blogu, jak i na facebooku. Przyjęłam wszystkie z prawdziwą radością. I pozwólcie, że powtórzę za panią Mery Poppins - "Daj Boże, żeby się spełniły". W zamian możecie się "poczęstować" ciastem. Muszę zdradzić, że "krówka", chociaż pieczona po raz pierwszy, wyszła niesamowicie pyszna.

W sobotę jedna z moich koleżanek, o której już tutaj pisałam zapytała mnie, czy robiłam w domu imprezę. Oczywiście, o niczym innym nie marzyłam, niż o "hucznym świętowaniu". Ech, chyba już z tego wyrosłam, bo jakoś nie czułam potrzeby świętowania w większym gronie. Dzień moich 30 urodzin spędziłam w nieco inny sposób.
W czerwcu miała się odbyć druga edycja Górskiego Biegu Frasstiego. Rok temu miałam przyjemność pomagać przy organizacji pierwszej. Atmosfera tak bardzo mi się podobała, że nie wyobrażałam sobie, aby w tym roku mogło być inaczej. Nie przewidziałam(zresztą nikt tego nie mógł przewidzieć) jednak, że w trzecim miesiącu 2020 roku pojawi się patogen, który zrewolucjonizuje cały praktycznie świat. Jak nietrudno się domyślić, bieg został odwołany, a raczej przeniesiony na bliżej nieokreślony czas.
Gdzieś w lipcu padło, że jeżeli nie będzie drastycznych ograniczeń związanych z epidemią, to odbędzie się on 26 września. Teraz pozostało mi pilnowanie oficjalnej rekrutacji wolontariuszy. Tej nie było, ale zgłosił się do mnie pomysłodawca biegu z zapytaniem, czy czasem nie chciałabym ich wspomóc moją osobą. Wiadomo, dwa razy nie musieli mnie pytać. I jeszcze załatwili mi transport tam i z powrotem z redakcją "Gościa Niedzielnego", który był głównym patronem biegu. Zawsze to lepiej, niż tłuc się pociągiem i autobusem.
Samochód "GN" odjeżdżał spod redakcji o 6:20, więc raczej sobie nie pospałam. Za to Katowice przywitały mnie uroczym świtem. Podróż trwała niewiele ponad godzinę i skończyła się na dobrze znanej mi z zeszłego roku polance nad jeziorem. Wtedy ulokowane na niej było całe zaplecze biegu, wraz ze startem i metą, teraz biuro zawodów i start znajdowały się przy lokalnej szkole, a na polance ustanowiono metę biegu. Wszystko ze względów bezpieczeństwa.

Wystarczył moment i wszystko zostało przewrócone
Poranek był deszczowy, a po 9:00 zarówno deszcz, jak i wiatr, przybrały na sile. W efekcie meta wraz z barierkami zostały poprzewracane, a dwa "balony" "Tauronu" dosłownie porwane w strzępy. Organizatorzy się śmiali, że "Tauron" wliczy to sobie w koszta, a pewnie i nawet nie zauważy takiej straty. Jedynie dla nas, osób zaangażowanych w organizację biegu, był to problem, bo trzeba było na nowo wszystko poustawiać, tym bardziej, że lada chwila mogli się pojawić na horyzoncie pierwsi półmaratończycy(przypominam - maraton ma 42 kilometry, a zatem 21 kilometrów to półmaraton).
A ci pojawili się nieprzewidywalnie szybko. Najszybszemu zawodnikowi pokonanie 21 kilometrów w górach w strugach deszczu zajęło, bagatela, 1:43, drugi zawodnik stawił się na mecie ok. 40 sekund za nim. A potem stopniowo powiększało się grono tych, którzy szczęśliwie ukończyli bieg - czyli wszystkich zawodników i zawodniczek. Akurat stałam w strefie medalowej, więc miałam ręce pełne roboty, i to dosłownie. Tym bardziej, że było nas do tej funkcji przydzielonych tylko dwie osoby.
Ostatni zawodnik przybiegł na metę przed godziną 14:00. W międzyczasie pogoda uległa wypogodzeniu i można było zdjąć przemoczone kurtki. A po ostatnim zawodniku pójść coś zjeść. Co prawda był to tylko makaron z sosem warzywnym(zabrakło już mięsnego), ale zawsze coś. Potem zostało już tylko nagrodzenie najlepszych biegaczy i można było zacząć zbierać banery z barierek. A towarzyszyły nam takie oto widoki:
Do domu wróciłam po 18:00. Szybka kolacja, życzenia od rodzinki i trzeba było położyć się spać - w sumie niedziela zapowiadała mi się równie pracowicie, z tym, że już teren dużo bliższy mojemu miejscu zamieszkania. A, jeszcze przed spaniem nacieszyłam się prezentami, z okazji tej rocznicy.
30 róż od rodzinki
słonik na łańcuszku też od rodzinki
Co prawda przypadkowe prezenty, ale i tak cieszą - zakładka z herbatami od Czarnej Damy oraz książka od Stokrotki

Przecudna i jedyna w swoim rodzaju kartka od mistrzyni w tej dziedzinie - Małgosi(ten kociak jest przeuroczy!)

O wolontariacie na "Copa espanola" dowiedziałam się przez przypadek w czasie próby mojego dotarcia na zawody do Słubic. Traf chciał, że wzięłam ze sobą mojego laptopa i trafiłam na nabór wolontariuszy. Impreza trwała co prawda cały weekend, ale że wcześniej zgłosiłam się na Bieg Frassatiego, to zarejestrowałam się tylko na niedzielę. Długo nie dostawałam informacji zwrotnej, więc myślałam, że tym razem się nie udało. Mówi się trudno, idzie się dalej z życiem. Jednak w zeszłym tygodniu dostałam meila, że jednak zostałam przydzielona do biura zawodów. Następny dotyczył spraw organizacyjnych oraz zawierał umowę wolontariacką.
Jeszcze w sobotę wieczorem oraz w niedzielę przed wyjściem sprawdzałam rozkład jazdy autobusów na niedzielę(zbiórka pod Stadionem Śląskim zaplanowana była na godzinę 8:00 rano). Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że upatrzona przeze mnie linia jednak nie jedzie o tej godzinie co powinna. W sumie trafiłam w "dziurę", podczas której przez pół godziny dosłownie nic nie jechało w stronę Katowic. Trochę zirytowana poszłam na pociąg, ten na szczęście był zgodnie z planem. Po ok. 25 minutach byłam w stolicy mojego województwa, gdzie przesiadłam się na tramwaj do Chorzowa. Co prawda ciut się spóźniłam na zbiórkę, ale w granicach rozsądku.
Praca w biurze zawodów polegała głównie na odbieraniu papierków z danymi młodych zawodników(z roczników wynikało, że do 10 lat) od trenerów, wydawaniu im bonów na posiłki i informowaniu o tym, kiedy mają swój mecz. Jedynym problemem byli rodzice, ale tak jest zawsze. 
Dyżur w biurze zawodów trwał do 10:00, następnie większość z pełniących go osób poszła pomagać przy tzw. ścieżce zdrowia. Mnie trafiła się inna fucha - rozdzielanie i układanie medali. Jako że to był turniej dla maluchów, to każdy z nich w nagrodę dostawał medal. W niedzielę było 25 drużyn, średnio po 11 zawodników w każdej, więc medali też było sporo do wydania(ok. 275). Posegregowałam je sobie i poukładałam pakietami pod ścianą. A potem porobiłam jeszcze kilka worków z pakietami. Na początku myślałam, że są to nagrody dla najlepszych piłkarzy, dopiero na koniec się okazało, że są to upominki od organizatora dla nas, wolontariuszy. 
W międzyczasie poszłam też popatrzeć na rozgrywki toczone na boiskach przy S. Ś. Niestety, dopiero w Centrum Wolontariatu się spostrzegłam, że nie wzięłam aparatu fotograficznego(w dalszym ciągu się ładował), to i ze zdjęć wyszły nici.
Rozgrywki zakończyły się przed 17:00. Nastąpiła chwila dekoracji. Trochę żeśmy się w tym pogubili, na szczęście bilans końcowy wyszedł na plus. Szczęśliwe dzieci opuściły teren Stadionu, a my wróciliśmy do naszego Centrum Wolontariatu oraz wręczyli, ku mojemu zaskoczeniu, worki, które wcześniej sama pakowałam. Nawet ciekawą miały zawartość - piłka pójdzie do Oratorium, ale resztę sobie zostawiam. Oczywiście zaprosili nas do współpracy także w przyszłym roku, jak będzie taka możliwość, to na przełomie maja i czerwca. Jeżeli tylko nie pokryje mi się to z moimi startami(zresztą podobnie jak przyszłoroczna edycja Górskiego Biegu Frassatiego), to czemu nie? Zwłaszcza, że to jest fantastyczna przygoda. 

Pakiet dla wolontariuszy(koszulka, bidon, to niebieskie to ręcznik - swoją drogą to od dawna o takim marzyłam, 2 worki
sportowe, piłka)
Do domu wróciłam przed 19:00. Szybko rzuciłam okiem na fb, czy zaplanowane na wieczór spotkanie organizacyjne Oratorium dojdzie do skutku(okazało się, że nie) i mogłam rozkoszować się zasłużonym odpoczynkiem przy książce i kubku ciepłej herbaty.
To był bardzo zimny(zarówno w sobotę, jak i w niedzielę wiał porywisty wiatr), a zarazem intensywny weekend. I w sumie cieszę się, że spędziłam te dni na swój sposób. Pamiętam jak 5 lat temu 26 września miałam poprowadzić scholową wycieczkę do Wadowic. Na początku września jedna z mam powiedziała mi, że to niemożliwe, bo jej mąż ma w tygodniu urodziny, ale robią je w sobotę... Zrobiło mi się przykro - ja swoje specjalnie przełożyłam na niedzielę, żebym mogła wywiązać się z zobowiązania. Dzisiaj wiem, że mogłam zrobić tą wycieczkę bez niej, nic by się przecież nie stało. Ale wtedy, wtedy inaczej myślałam. No cóż, człowiek uczy się na błędach.
Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie

sobota, 26 września 2020

1212. To chyba powinno być ICH święto

Jakoś tak się utarło, że urodziny są świętem tego, co je właśnie obchodzi. I to głównie wokół niego obraca się cały świat. Tymczasem wydaje mi się, że główne życzenia należą się tym, którzy dali nam życie i wychowali nas, czyli naszym rodzicom.

Chociaż w rodzicielstwie moich rodziców nieraz 
pojawiały się deszczowe chmury i ciężkie mgły...

Bardzo często mam wrażenie, że postawiłam przed rodzicami niełatwe zadanie wychowania mnie na człowieka, który poradzi sobie w tym skomplikowanym świecie. Przy dzieciach pełnosprawnych, nie obarczonych żadnym schorzeniem, sprawa jest w miarę prosta - w odpowiednim czasie zacznie chodzić, mówić, pójdzie do szkoły, zdobędzie(przynajmniej w założeniu) wykształcenie, założy rodzinę. W przypadku dzieci niepełnosprawnych większość tych oczywistości poprzedzona jest partykułą "czy" - czy będzie mówić? Czy będzie chodzić? Czy pójdzie do szkoły? Czy w ogóle będzie świadome swojego istnienia? Czy będzie samodzielne, czy też zdane na tzw. łaskę innych.
Nigdy nie pytałam się moich rodziców co czuli, kiedy lekarz powiedział im, że prawdopodobnie mam dziecięce porażenie mózgowe pod postacią piramidową i pozapiramidową, i w sumie w mojej przyszłości więcej jest niewiadomych niż wiadomych. Czy czuli żal do Boga, do lekarzy, do świata, może nawet do mnie? Oni też zbytnio mi się z tego nie zwierzali. Po pierwszym szoku przyszedł czas na działanie. Dzisiaj zapewne włączyliby komputer i wyszukali na internecie przydatnych informacji.
Jednak to był początek lat dziewięćdziesiątych, komputer był "dla bogaczy", o internecie słyszeli nieliczni. Lekarze też niezbyt byli chętni do udzielania wskazówek. "Może rehabilitacja pomoże, a jak nie to na pewno nie zaszkodzi...", "Może psycholog zbadałby rozwój dziecka", "Może jakiś ośrodek dla takich dzieci...".
Tych "może" było bardzo wiele, wręcz chciałoby się powiedzieć, że całe morze, którego krople spadły na dwoje niewykształconych ludzi, którzy gubili się w terminach medycznych i kolejnych diagnozach. Zaczęła się monotonna pielgrzymka po specjalistach, najczęściej za prywatne pieniądze. Doszło do tego, że tata zdecydował się wyjechać za granicę, aby zarobić więcej pieniędzy. Być może była to jakaś jego ucieczka od rzeczywistości, niemniej jednak dzięki zarobionym przez niego pieniądzom wykupywano dla mnie kolejne zabiegi oraz turnusy rehabilitacyjne.

To jednak zdarzały się i pogodniejsze dni
Wbrew pozorom nie byłam takim beznadziejnym przypadkiem. Podobno dosyć chętnie współpracowałam z rehabilitantami i psychologami, zarówno przed pójściem do przedszkola, jak i w samym przedszkolu. Mama też ze mną ćwiczyła w domu. Chodzić nauczyłam się w wieku czterech lat, mówić zrozumiale - niewiele później. Za to miałam, jak to mówili psychologowie, fenomenalną pamięć, szybko też uczyłam się nowych rzeczy, chociaż mój rozwój motoryczny był dużo w tyle za intelektualnym. I w sumie to mi zostało do dzisiaj. Bywało to frustrujące, zwłaszcza w szkole, kiedy nie nadążałam z pisaniem, ale zawsze wtedy rodzice tłumaczyli mi, że ważne jest to, co mam w głowie, a nie na papierze. Z drugiej strony potrafiła siedzieć ze mną wieczorami przy zeszycie i kropkować mi literki, które potem poprawiałam po tymże śladzie. Chciała, abym potrafiła pisać, chociażby w niewielkim stopniu.
O ile mama bardziej dbała o mój rozwój ruchowy i umysłowy, o tyle tata był tym od opowiadania bajek, czytania książek, wymyślania zabaw. Do dzisiaj pamiętam, jak spacerował ze mną po swoich rodzimych górach, najpierw nosząc mnie w nosidełku, a potem prowadząc za rękę po górskich szlakach. Pokazywał mi miejsca, w których bawił się za młodu, Babią Górę migoczącą w oddali, przebiśniegi w śniegu - po prostu uczył mnie piękna tego kraju. Nikt nie wymyślał takich jak on bajek, z nikim tak dobrze się nie bawiło w zakupy niż z nim. Z nikim też tak dużo się nie rozwiązywało krzyżówek w słynnej "Ciuchci" jak z nim.
Jestem wdzięczna rodzicom za to, że mimo niezbyt ciekawych rokowań nie poddali się w doprowadzeniu mnie do takiego stanu, w jakim jestem. A jednocześnie zafundowali mi w miarę normalne dzieciństwo - z wyjazdami w góry, szaleństwami na placu zabaw i na karuzelach, odwiedzinami u rówieśników - zarówno tych pełno, jak i niepełnosprawnych. Za wiarę, w której mnie wychowali, za przygotowanie do sakramentów. Za wychowanie w miłości, a jednocześnie, że mnie nie rozpieszczali, ani nie użalali się nade mną. Że wymagali ode mnie tyle, ile w danym czasie byłam w stanie zrobić. Że nauczyli mnie dostrzegać inne osoby. Że po prostu wierzyli w to, że kiedyś mogę być samodzielna i konsekwentnie dążyli do tego, aby tak się stało.
Może nie zawsze byłam idealną córką, może czasami przysparzałam im przykrości. Ale nie przestałam ich kochać. I dlatego uważam, że ze względu na pracę, jaką we mnie włożyli, to powinno być ICH święto i to oni powinni otrzymać gorące życzenia i gratulacje.

Moim rodzicom
Wychowali najlepiej jak mogli,
drżąc nad każdym mym nieporadnym krokiem.
Kochali, chociaż nie wiedzieli, co ze mną będzie.
Ale wierzyli, że uda się mi wyjść na prostą.
Za rok,
Za dwa,
Za dziesięć lat.
I robili wszystko aby tak się stało.
Czy spłacę kiedyś dług wdzięczności,
jaki przez lata został zaciągnięty?
Za miłość,
Za dobroć,
Za odpowiedzialność,
Za wychowanie mnie na człowieka
takim, jakim jestem.

Lolek, wrzesień 2020

Ps. 1. I na koniec może znajdzie się wśród Was osoba chętna na wypełnienie ankiety dotyczącej "Zmian w pojmowaniu sensu życia spowodowanych epidemią COVID-19". Znajoma potrzebuje do napisania pracy magisterskiej z tanatopedagogiki. Ankiera znajduje się tutaj -> https://docs.google.com/forms/d/e/1FAIpQLSfD2ELSudRNGo73VoNjb0CfrpDGyno6qEi6QtfkgNRPwDBhow/viewform
Ps. 2. Dwa pierwsze zdjęcia są z dzisiejszego II Górskiego Biegu Frassatiego, podczas którego znowu miałam okazję być wolontariuszem.

czwartek, 24 września 2020

1211. Dekada zmian

Dziesięć lat temu, jedna z polskich stacji komercyjnych wyemitowała bardzo ciekawy cykl reportaży zatytułowanych "Dekada zmian"(stacja obchodziła właśnie 10-lecie swojego istnienia), w których rok po roku przypominała najważniejsze wydarzenia pierwszej dekady XXI wieku. Szczerze powiedziawszy to trafiłam na ten program przypadkowo, podczas obozu sportowego. I jak z reguły nie oglądam programów na tej stacji(może z wyjątkiem niektórych filmów, które bardzo chcę zobaczyć, ale to naprawdę wyjątek), tak wtedy obejrzałam cały odcinek(akurat dotyczył 2004 roku, czyli m.in. zamach terrorystyczny w szkole w Biesłanie oraz tragiczne w skutkach tsunami na wyspach Indonezji). A potem oglądałam w zasadzie każdy z pozostałych 6 odcinków, a zaległe zobaczyłam w internecie.
Lada dzień skończę trzydziesty rok życia, a zatem zakończę trzecią dekadę mojego życia. Czy dziesięć lat temu wyobrażałam sobie, w jakim etapie będę w wieku 30 lat? Z pewnością nie. Zresztą teraz też nie potrafię sobie zwizualizować mojego życia za 10 lat. Za długi okres czasu, za dużo niewiadomych.
Wiecie, myślę sobie, że ta dekada była całkiem niezła. Może nie zrealizowałam tego, co może chciałam zrealizować(szczerze powiedziawszy to nie pamiętam, czy sobie dałam jakieś założenia na ten okres), ale nie mogę powiedzieć, że był to okres na minus. Były upadki, fakt, ale któż z nas nie ponosi klęsk? Chyba są one wpisane w naszą ludzką egzystencję. Ale były też wzloty, które w moim przypadku przyćmiewają wszelkie złe chwile.
Przede wszystkim - samodzielność. Tak ważna nie tylko dla osób niepełnosprawnych, ale i pełnosprawnych. Moja samodzielność zdecydowanie zwiększyła się z chwilą, kiedy wyprowadziłam się na swoje. Wiele ludzi zazdrości mi tego samodzielnego "M", ale kochani - łatwo jest wpaść w zazdrość, jeżeli nie zna się sytuacji danej osoby. Podejrzewam, że gdybym opowiedziała historię mojego życia, niejeden z Was nie chciałby się ze mną zamienić, nawet z mieszkaniem w pakiecie. Ale proszę, nie pytajcie mnie o szczegóły. Nie wszystko jestem w stanie sama zrobić - np. nie umyję okien ani nie założę firanek, ale to pikuś, którym nawet się nie przejmuję. Ważne, że umiem sobie sama przyszykować posiłek, ogarnąć porządek, porobić opłaty. Samodzielne mieszkanie sprawiło, że stałam się bardziej niezależna, ale jest też niezłą lekcją gospodarowaniem skromnym budżetem. To nie było oczywiście tak, że wcześniej myślałam, że za mieszkanie się nie płaci, nie. Nawet kiedy mieszkałam z rodzicami czasami szłam na pocztę zapłacić rachunki. A jednak wtedy budżet domowy był dużo większy. I można było sobie pozwolić na więcej przyjemności. Teraz muszę mądrze gospodarować środkami pieniężnymi, inaczej może być cienko.
Wydaje mi się, że przez te 10 lat nabrałam większej śmiałości w kontaktach z pełnosprawnymi ludźmi. Już się nie boję, że zostanę przez nich niezrozumiana, bo wiem, że ten kto chce, to mnie zrozumie. Wzrost mojej śmiałości skutkuje m.in. udziałem w wolontariatach(nawet ten weekend mam w ten sposób zajęty), czytaniem tekstów podczas nabożeństw i akademii w mojej parafii, udzielaniem się w parafialnym Oratorium. Jeżeli ktoś na początku 2010 roku powiedziałby mi, że dojdę do takiego etapu, nie uwierzyłabym. Tymczasem kilka miesięcy później, tuż przed 20 urodzinami, zostałam wciągnięta do Oratorium(szczerze powiedziawszy już wcześniej chciałam tam wstąpić, ale trochę się bałam reakcji opiekuna na moją osobę, niepotrzebnie), co było swoistym budowaniem mojej samooceny oraz kształtowaniem charakteru. Z czasem przyszła pora na przeczytanie czegoś w kościele. A to nabożeństwo, a to Modlitwa Wiernych. Powoli oswajałam nie tylko parafian, ale i samą siebie, ze swoim głosem. To chyba kolejna zmiana w trzeciej dekadzie mojego życia. Wraz ze wzrostem śmiałości wzrosła ilość moich znajomych. Nauczyłam się wyrażać swoje zdanie w różnych grupach, a nawet go bronić, jeżeli przychodzi taka potrzeba. Dużo mi tutaj pomógł mój wolontariat w różnych przedsięwzięciach, który jest namacalnym dowodem na to, że ludzi takich jak ja można zaangażować w różne akcje, trzeba tylko dostosować nam warunki do działania - co dobrze wróży na przyszłość.
Zwiedziłam też wiele miast i krajów. Głównie dzięki wierze zarówno ludzi, którzy mnie znają od dawna(np. ojciec mojego kolegi jeszcze z przedszkola), jak i tych, którzy zetknęli się ze mną pierwszy raz(ksiądz Sz.) mogłam zwiedzić m.in. Rzym, Watykan, Asyż, Padwę, Wiedeń, Budapeszt, Paryż, Londyn, Pragę, Drezno, Lwów, a nawet lecieć do tak egzotycznego kraju, jak Panama. Jednocześnie zobaczyłam wiele miast w naszym rodzimym kraju. Do wielu pojechałam sama pociągiem lub autokarem.
Wiele ludzi w wieku dwudziestu lat dalej się kształci. Nie inaczej było w moim przypadku. Najpierw studiowałam w niedalekich Katowicach, później w Krakowie. Kiedy zdecydowałam się na Kraków musiałam podjąć decyzję, czy przeprowadzić się na czas studiów do akademika, czy też nie. Padło na to, że dojeżdżałam na uczelnie. Chociaż nie było to regułą - zdarzało się, że nocowałam u ciotki w Wadowicach. Ale w większości przypadków jeździłam jednak do domu. Dzięki temu mogłam iść na trening, albo na nabożeństwo do kościoła. Najbardziej w studiowaniu cieszyło mnie to, że profesorowie nie dawali mi żadnych ulg co do wiedzy, którą musiałam nabyć(jednak czasami musieli dostosować formę zdawania do moich fizycznych możliwości - mam spore problemy z ręcznym pisaniem). Tak samo jak moi rówieśnicy przystępowałam do sesji, przygotowywałam prace kontrolne, wygłaszałam referaty, broniłam prac dyplomowych. I tylko trochę tak dziwnie było słuchać podczas obrony, że jestem jedną z najbardziej pracowitych osób na roku. Owszem, przykładałam się do nauki, ale do stawiania mnie za wzór to mi jeszcze daleko...
Długo by można wymieniać zmiany, jakie zaszły w moim życiu w ciągu ostatnich 10 lat. Można je liczyć liczbą odbytych podróży, przeczytanych książek, zdobytych przyjaciół. Ale ja wolę mierzyć je miarą zdobytych doświadczeń. Ktoś by powiedział, że wiele jest w moim życiu przypadków. Tymczasem mam wrażenie, że "nie ma przypadków w planach Bożych". Bo jako osoba wierząca wierzę, że wobec każdego z nas Najwyższy ma jakiś plan. Nawet, jeżeli nam się wydaje, że ciągle są nam rzucane kłody pod nogi. Ważne, abyśmy się nie poddawali po niepowodzeniach, a przyjmowali je z pokorą. Tym bardziej, że sukces do którego dochodzimy w pocie czoła, lepiej smakuje. Nawet moja mama w chwilach zwątpienia powtarzała mi - "pamiętaj Lolku, Pan Bóg ma nawet wobec takich osób jak ty piękne plany",
Każdy kolejny dzień niósł za sobą jakąś naukę, z każdego doświadczenia, zarówno pozytywnego, jak i negatywnego, starałam się wynieść coś na przyszłość. Bo są rzeczy, słowa, sytuację, których żałuję, ale nie da się ich cofnąć, wszak wskazówki zegara idą tylko do przodu. Dlatego myślę, aby żyć najlepiej jak się da, w zgodzie z samym sobą. To jest trudne, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy każdy z nas chce być w centrum świata. Ale wykonalne, nawet wśród osób bardziej niepełnosprawnych niż ja.
Czy mam jakieś oczekiwania co do następnych 10 lat? Może tylko tyle, aby były one równie owocne jak te, które minęły. I abym była w miarę "dobrym" człowiekiem. Chociaż w tym przypadku słowo "dobry" jest pojęciem względnym. Myślę, że lepiej będzie brzmieć - aby nikt przeze mnie nie płakał.  Tak, wydaje mi się, że to jest bardziej realne pragnienie. A kiedyś, żebym mogła powiedzieć za Krzysztofem Krawczykiem, że "jest tak, jak człowiek chciał", że "ktoś inny z mego życia do syta radość brał". Kto wie, może nawet kiedyś spełnią się inne słowa tej samej piosenki: 

"Żyć! Przecież to nie żaden wstyd!
Tak powie ten, co Ciebie zna...
Twojego życia mała garść,
Sen... co się spełnić miał.
Twój sen... ta życia garść...
"*

* "Życia mała garść", słowa Jerzy Dąbrowski, muzyka Jarosław Kukulski

poniedziałek, 21 września 2020

1210. I tak dobrnęliśmy do finału tegorocznego Grand Prix w Paralekkoatletyce

Widok za oknem

Złocą się pola za oknem,
Złocą się ściętym zbożem.
Złocą się ścierniska widokiem,
Złocą się rolnika potem.
Już żniwa oto za nami,
pszenica na polach zebrana.
Wszystko oddane do młyna,
gdzie młynarz mieli od rana,
pszenicę, na chleb nasz powszedni.
I jęczmień na kaszy perełki.
Doceńcie ludzie najdrożsi,
rolnika wysiłek wielki!

Pędzący pociąg regularnie wygrywał melodię na torowisku. Co rusz wyglądałam przez okno, za którym przesuwały się krajobrazy naszej pięknej ojczyzny(a przez ponad siedem godzin było co oglądać). W większości były to wiejskie pola, ze skoszonymi łanami zbóż. Monotonny dźwięk pociągu ułożył w mojej głowie powyższy wiersz. Chciałam aby był on dziękczynieniem za niełatwą pracę rolników, jednak nie za bardzo mi się to udało.
Finał tegorocznego Paralekkoatletycznego Grand Prix Polski zawiódł mnie na drugi koniec Polski, czyli do Szczecina. W Szczecinie byłam już raz, w 2008 roku. Niewiele jednak pamiętam z tamtego startu, ani pobytu. No, może poza tym, że nie byłam wtedy na zakończeniu roku szkolnego, a świadectwo ukończenia drugiej klasy liceum otrzymałam dopiero po powrocie(ale i tak podobno mnie wywoływali do odbioru). 
Do stolicy województwa zachodniopomorskiego(jak i zresztą z powrotem) dotarłam pociągiem. Co ciekawe, tą samą linią tydzień temu podróżowałam do i z Zielonej Góry. Wtedy to było 5 godzin, teraz ponad siedem. Czas ten w dużej mierze umilałam sobie lekturą oraz rozmyślaniem.

Na lekturę wybrałam sobie "Rutkę" Zbigniewa Białasa oraz pracę zbiorową "Pedagogika społeczna" pod redakcją Tadeusza Pilcha i Ireny Lepalczyk. Oczywiście nie zabrakło też pociągowej drzemki, ale stosunkowo najwięcej czasu poświęciłam na czytanie.
Z pociągu wysiadłam przed 18. Na dworcu głównym w Szczecinie spotkałam się z Młodszą i Miśkiem, którzy też mieli brać udział w owych zawodach. W pełnym składzie wybraliśmy się na poszukiwanie hotelu, w którym nas zakwaterowano. Wróć, ja i Misiek wybraliśmy się na poszukiwanie, Młodszą wchłonęła rozmowa przez komórkę. Ech, poradzi sobie z dotarciem na miejsce. Aby to zrobić musieliśmy przejechać tramwajem 4 przystanki. Ufff, jakoś daliśmy sobie radę. Młodsza też - dotarła pół godziny po nas. Trochę odpoczęliśmy i poszliśmy na posiłek: ja z Miśkiem na ten, który oferował nam hotel, Młodsza na kebaba. A po kebabie poszła jeszcze z jakąś znajomą na miasto. Nie wiem o której wróciła, w każdym razie późno.
Nazajutrz obudziłyśmy się po 8 rano. Następnie udałyśmy się na śniadanie. Hotel zaoferował nam szwedzki stół, a samo śniadanie - palce lizać. Start miałam dopiero o 14:30, w tzw. call roomie miałam się wstawić dziesięć minut wcześniej. Szczerze powiedziawszy nie chciałam się włóczyć przed biegiem po mieście, bo najzwyczajniej w świecie bałam się, że się spóźnię. A od tych zawodów weszło rozporządzenie, że nie wstawienie się na czas w call roomie skutkuje dyskwalifikacją z tej i kolejnych konkurencji. Wróciłyśmy z Młodszą do pokoju - ona na krótszą(miała start o 12:00), ja na dłuższą chwilę.
Co ja się jej nagadałam, żeby wyszła na czas, bo się spóźni. Tym bardziej, że stadion był oddalony trochę od hotelu. Przypomniałam jej o nowym regulaminie.
 - Lolek, przepisy są po to, aby je łamać - usłyszałam w odpowiedzi.
Ok., ma osiemnaście lat, więc pilnować jej nie będę. Zresztą stwierdziła, że sobie poradzi. Wróciłam więc do mojej lektury. Około godziny 12:30 zaczęłam się zbierać. Założyłam mój dres, kolce wrzuciłam do worka, a worek do plecaka. Jeszcze raz sprawdziłam dojazd i wyszłam z hotelu.
Na szczęście przystanek tramwajowy był tuż przy hotelu. Potem jeszcze tylko siedem przystanków i kilkaset metrów do przejścia. Dobrze, że były drogowskazy na stadion - przynajmniej nie błądziłam. Na stadionie szybko odnalazłam call room i stanęłam w kolejce żeby się odhaczyć.
- Lolek - usłyszałam wkrótce głos Młodszej. Odwróciłam głowę i zobaczyłam, że do mnie biegnie - po twoim biegu powiem ci co się stało...
"Ciekawe co zbroiła" - przeszło mi przez myśl. Potwierdziłam swoją obecność i poszłam się przebrać w koszulkę z numerem startowym. 
 - Mam dla ciebie kupon na obiad - ponownie usłyszałam głos Młodszej. Nie, przed startem na pewno nie będę nic jadła, bo źle to się dla mnie(i mojego otoczenia) skończy. Rzuciłam jej tylko mój plecak(i tak nie mogłam go mieć ze sobą) i poszłam się rozgrzewać. W ogóle to jeden z lepszych stadionów LA na których byłam, z oddzielnym miejscem do rozgrzewki. Następnie przebrałam adidasy na kolce, worek z butami rzuciłam Młodszej i poszłam do call roomu. Tam czekaliśmy na wyjście ok. 20 minut. 
W mojej serii biegowej biegła nas czwórka, z czego dwie dziewczyny były pełnosprawnymi uczestniczkami lokalnego klubu sportowego. Mój tor miał numer "4". Szczerze powiedziawszy, to zawsze lepiej się czułam na wewnętrznych torach niż na zewnętrznych, więc mi to odpowiadało. Chwila skupienia w oczekiwaniu na start, wystrzał z pistoletu i cała naprzód. Wróć, nie cała, bo od Sieradza boli mnie staw skokowy. Więc nie dałam z siebie wszystkiego. Ale jeżeli wynik podany na stronie klubowej się potwierdzi(25,17 sekund), to będę mogła powiedzieć, że był to najlepszy mój start w tym sezonie. Z gratulacjami jednak się wstrzymajcie, bo mam wrażenie, że pobiegłam w okolicy 27 sekund.
Schodząc z bieżni wymieniłam uśmiech z trenerem kadry narodowej i udałam się do wnętrza stadionu. Szybko odszukałam wzrokiem Młodszą i poszłam do niej. Usiadłam obok niej na materacu, po czym zaczęłam szukać w plecaku mojej wody do picia.
 - Zdyskwalifikowali mnie za to, że się spóźniłam na zbiórkę - "pochwaliła" mi się Młodsza. Dobrze, że jeszcze nie napiłam się wody, bo bym chyba wypluła całą zawartość ust. Spóźniła się, of course, chwilę, bo chwilę, ale się spóźniła. A że regulamin jest regulaminem, to nie było zmiłuj się, nawet dla członków kadry narodowej. "A nie mówiłam" - cisnęło mi się na usta. Pozwolono jej jednak startować "poza konkursem", więc jej wyniki nie były przeliczane na punkty...
Po chwilowym odpoczynku poszłam wymienić kupon na obiad. Pierwotnie miałam zbierać się ze stadionu po obiedzie i iść pochodzić po mieście, ale Młodsza mnie poprosiła, żebym z nią została. No to zostałam. Siedziałam na materacu i obserwowałam rozgrzewających się zawodników. A potem poszłam na stadion, poobserwować Młodszą w rzucie dyskiem. W międzyczasie Misiek wystartował na 1500 metrów, ale po 3/4 pierwszego okrążenia zrezygnował(bardziej mu zależało na odbywającym się w dniu następnym biegu na 5000 metrów). 
Konkurs Młodszej zakończył się koło 18:00. Udało nam się złapać podwózkę do hotelu z ekipą z Malborka. Dzięki temu nie musiałyśmy się tłuc tramwajem/autobusem. W pokoju szybkie prysznice, a następnie pędem na kolacje. Kolacja, chociaż bardziej przypominała obiad, pyszna. Zupełnie nie rozumiem Młodszej, która stwierdziła, że kebab jest lepszy. Po kolacji jeszcze tylko poszłam do sklepu po coś do picia na niedzielny powrót do domu i padnięta wróciłam do pokoju hotelowego. Tym razem wzięłam ciepłą kąpiel, zrobiłam sobie herbatę i na nowo pochłonęłam się w lekturze. Nie chciałam jednak siedzieć nie wiadomo do której w nocy, wszak nazajutrz miałam pociąg po 10 rano. Nastawiłam sobie budzik na 7 i poszłam spać. Młodsza wróciła z kebaba o 2 w nocy. Nie wiem gdzie i z kim była, nie wiem co robiła. Grunt, że wróciła. 
W niedzielę wstałam o 7 i spakowałam swoje rzeczy. Około ósmej poszłam na śniadanie(znowu do wyboru do koloru). Po śniadaniu wróciłam do pokoju i się dopakowałam. Akurat Młodsza też już wstała i zaczęła się pakować. Trochę mi głupio było zostawiać niepościelone łóżko, ale o to prosili na recepcji. 
Z ciężkim sercem szłam na przystanek tramwajowy. Trochę żałowałam, że nie pozwiedzałam miasta, ale cóż, nie wszystko jest możliwe. Z okien tramwaju podziwiałam urocze budynki. Wreszcie dojechałam pod dworzec. Dość sprawnie przeszłam na odpowiedni peron i znalazłam wagon, w którym miałam zarezerwowane miejsce. Wrzuciłam torbę na bagażnik, plecak wzięłam ze sobą. Usiadłam na swoim miejscu. Do moich uszów dobiegł gwizd gwizdka konduktorskiego, a po chwili charakterystyczne szarpnięcie wagonów. Ostatnie spojrzenie na peron. Czy jeszcze odwiedzę to miasto? Mam nadzieję. Otworzyłam "Pedagogikę społeczną" na skończonym miejscu i pogrążyłam się w lekturze...

wtorek, 15 września 2020

1209. Jako "pochłaniacz książek" nie mogę przejść obojętnie

No co tu ukrywać - mól ze mnie książkowy i tyle. I gdyby za czytanie książek szło się do więzienia, to pewnie dostałabym dożywocie. Już kilka razy przytliłam jedzenie lub ledwie gdzieś zdążyłam, bo pochłonęła mnie akcja lub treść czytanej książki.
Czytać nauczyłam się dość szybko i właściwie niespostrzeżenie. Podobno leżąc w wieku niespełna pięciu lat w szpitalnej sali zostałam przyłapana na dość sprawnym czytaniu jakiejś książki z bajkami. To była połowa lat 90, komputery stacjonarne dopiero wchodziły do domowego użytku, a dzieciom spędzającym czas w szpitalnym łóżku jakoś trzeba było zająć czas. Moi rodzice na początku myśleli, że "czytam z pamięci", wszak jak mi się coś ubzdurało, to jedna bajka mogła być mi czytana tygodniami. Jakież było ich zdziwienie, kiedy wzięłam w swoje łapki inną książkę(chyba dopiero co przez nich przyniesioną) i bez problemu przeczytałam jej tytuł. Nie wyraźnie bo niewyraźnie, ale rodzice zrozumieli. Bo wiecie, diagnoza lekarzy była niejednoznaczna - "nie oczekujcie państwo zbyt wiele, nigdy nie wiadomo w jakim stopniu rozwinie się i będzie pracował jej uszkodzony mózg...". Wiecie, w zamyśle "przygotujcie się państwo na upośledzenie umysłowe dziecka". Teraz się zastanawiam co by powiedzieli ci sami specjaliści, gdyby usłyszeli o moim ostatnim wybryku. Albo już wiem - "przecież mówiliśmy, że nie wiadomo, w jakim stopniu będzie sprawna intelektualnie". Prawda była jednak taka, że od tamtej pory odpadło im czytanie mi na dobranoc, bo sama sobie z tym radziłam. I podobno umiałam z sensem opowiedzieć sens przeczytanej bajki.
Ile w życiu przeczytałam książek? Trudno powiedzieć. Na pewno z 80% mojej domowej biblioteczki(a mam 2 pięciopółkowe regały zawalone książkami). Do tego dochodzą te z biblioteki i e-booki(które niezbyt lubię, ale niekiedy dają szansę na szybkie przeczytanie jakiegoś dzieła).
I z miłości do książek zawsze będę popierała takie akcje jak ta - nasza blogowa koleżanka Agnieszka przemierza Polskę, Europę i w ogóle cały świat śladami literatury polskiej i światowej. Swoje podróże opisuje na blogu -> http://mojepodrozeliterackie.blogspot.com/. Kilkanaście opisów udało jej się zebrać w trzy książki: O Adamie Mickiewiczu, O Henryku Sienkiewiczu oraz o Stefanie Żeromskim. Teraz ma okazję wydać swój kolejny przewodnik, tym razem śladami jednego z moich ulubionych pisarzy - Bolesławie Prusie. Jednak aby ją wydać potrzebuje wpłacić do wydawnictwa niemałą sumę pieniędzy. Jak sama pisze - wydanie książek zazwyczaj finansuje sama ze środków z zakupu poprzednich, jednak zaistniała sytuacja spowodowała zahamowanie przypływ funduszy. Dlatego zdecydowała się prosić o pomoc ludzi dobrej woli. Zbiórka na wydanie książki znajduje się tutaj - https://zrzutka.pl/34cf4r. Zajrzyjcie na bloga Agnieszki, przekonajcie się jak ciekawe są z nią podróże. Może ktoś z Was się zdecyduje.

A tak na koniec - czy ktoś byłby chętny na spacer po moim mieście śladami Marii Konopnickiej albo po sąsiednim śladami powiedzmy Będzińskich Żydów? Albo po Sosnowcu śladami miejsc utrwalonych na kartach książek?

poniedziałek, 14 września 2020

1208. Panie Henryku, do zobaczenia w lepszym świecie

W klubie sportowym "Start Katowice" trenuję już 15 rok(właśnie wczoraj minęła rocznica, kiedy oficjalnie zostałam do niego przypisana). Równolegle byłam w ostatniej klasie gimnazjum sportowego. Na szczęście nasza wychowawczyni, a zarazem nauczycielka w-fu i trener w ów klubie, łączyła nasze popołudniowe szkolne treningi z treningami osób uprawiających lekką atletykę w ramach zajęć klubowych. Jak dla mnie idealne rozwiązanie - zajęć miałam tyle co zwykle, a nawet kiedy wyszłam już z gimnazjum, to mogłam dalej poświęcać się swojej pasji. Zresztą nie tylko ja. A dzięki podciągnięciu nas pod klub sportowy, mogliśmy się nie tylko ograniczać do zawodów międzyszkolnych, ale i ogólnopolskich.
Ale wcześniej musieliśmy przejść badania u lekarza medycyny sportowego i dostać wpis w książeczce sportowej, potwierdzający naszą zdolność do startów. Pamiętam jak w pewne dżdżyste przedpołudnie Trenerka zwolniła mnie i dwójkę moich kolegów z lekcji i pojechaliśmy po owe książeczki zawodnicze do Katowic, a przy okazji zostaliśmy przedstawieni zarządowi. Wtedy po raz pierwszy go spotkałam. Ciepły, otwarty, od razu wzbudził moje zaufanie. Brak kończyn przeszedł na dalszy, jeżeli nie ostatni plan. "Jestem Henryk, po prostu Heniek" - przedstawił się.
W drodze do Katowic dowiedzieliśmy się, że na przełomie lat 80 i 90 pracował społecznie w Zrzeszeniu Sportowym Spółdzielczości Pracy START Katowice. Jednocześnie sam brał udział w treningach sekcji pływackiej. Niejednokrotnie przywoził medale z Mistrzostw Polski w Pływaniu. Dzięki jego staraniom w 1997 roki Zrzeszenie przekształciło się w Wojewódzkie Stowarzyszenie Sportu i Rehabilitacji Niepełnosprawnych START Katowice.
Do 2011 roku pełnił funkcję głównego prezesa klubu. Trzeba było coś podpisać? Nie ma sprawy - brał długopis i kikuty i "dawał autograf". Lolek potrzebował praktyki w klubie sportowym? Przygotowujemy zawody sportowe, więc nam pomoże i przy okazji wyrobi godziny. Do tego zawsze wypytał co u mnie słychać, tryskając przy tym humorem. Jeszcze rok temu wspominaliśmy z Ślązakami sytuację, jak po jakiś zawodach jeden z zawodników poszedł do niego ze skargą, że wracał z nich z patologicznymi kolegami: jeden cały czas pił piwo, a drugi co chwilę gwizdał do stojących przy drodze kobiet. Pan Henio miał na niego popatrzeć z rozbawieniem i stwierdzić, że to raczej oznacza, że wszystko z nimi w porządku.
Chociaż we wspomnianym 2011 roku zmienił się zarząd klubu on nie przestawał się interesować jego sprawami. W późniejszych latach pełnił funkcję wiceprezesa PZSN Start Warszawa. Przez kilka lat pełnił także funkcję członka zarządu PKPar.

Pan Henryk (1946 - 2020)

Wiadomość o jego śmierci odebrałam w drodze na zawody. Z jednej strony każdego z nas czeka przejście na drugą stronę życia, ale z drugiej... Po prostu zrobiło mi się przykro.
Mitting Lekkoatletyczny dla osób niepełnosprawnych, który odbywał się w miniony weekend w Słubicach, przybrał dla mnie trochę innego wymiaru. Swój bieg, może nie do końca taki, jaki bym chciała, zadedykowałam w sercu właśnie niemu. Przecież tyle razy mi powtarzał, żeby się nie poddawać. Mam nadzieję zapamiętać te słowa i wcielać je nie tylko w sport, ale i w codzienne życie.
Moment startu