| Z Ciebie wyrastam, ku Tobie wzrastam, Tobą oddycham bez Ciebie usycham |
Moje motto
Jaki był ten dzień
niedziela, 7 czerwca 2026
2382. Wszystko zaczyna się od "Genesis"
piątek, 28 lipca 2023
1658. Świadomość własnych ograniczeń, a wyuczona bezradność
Ostatnio coraz częściej spotykam się z poglądem, że niepełnosprawni prezentują postawę wyuczonej bezradności. Że często jesteśmy w stanie zrobić więcej niż nam się wydaje. Że nawet nie próbujemy iść nawet krok do przodu uważając, że wszystko nam się należy. Jeszcze większe zdziwienie ogarnia mnie, kiedy czytam czy też słyszę takie słowa ze strony osób, które same są niepełnosprawne w stosunku do tych, którzy są w gorszej sytuacji fizycznej lub społecznej od nich samych.
Przez lata obracałam się w środowisku osób niepełnosprawnych z różnymi ograniczeniami. Jedni byli niepełnosprawni fizycznie, inni umysłowo. Zresztą nawet w mojej dosyć bliskiej rodzinie występuje niepełnosprawność wrodzona (córka brata mojej babci urodziła się z upośledzeniem umysłowym), zaś na wsi mojej mamy miałam styczność z biedną Marynią, która na zawsze pozostanie dla mnie przykładem, że mimo niepełnosprawności można w miarę swoich możliwości pomagać przy pracach polowych i gospodarskich. Przez ten czas naoglądałam się ile czasu kosztuje niektórych ludzi osiągnięcie pewnych umiejętności, czy to sprawnościowych, czy to społecznych. Widziałam też, że na to, co mi przyszło łatwo, inni musieli pracować latami, a czasami i tego nie osiągnęli. Dlatego staram się nie patrzeć na innych przez to, co sama potrafię, a inni nie. Każdy z nas ma inny poziom nasilenia niepełnosprawności i co innego będzie nam sprawiało trudność. Jedyne, czego nie uznaję to tłumaczenia, że przez mózgowe porażenie dziecięce nie zdało się matury, ponieważ na arkuszu znalazły się zadania z geometrii, a ktoś nie ma możliwości posługiwania się przyborami geometrycznymi. No dobra, ale arkusz maturalny z matematyki to nie są wyłącznie zadania z geometrii, ale też z innych dziedzin Królowej Nauk, nie mających związku z rysowaniem. Można ją spokojnie zdać omijając geometrię, zwłaszcza kiedy człowiekowi nie zależy tak bardzo na wyniku. A poza tym znam wiele osób, nawet z chorobami neurologicznymi, przy których mpd to pikuś, które zdały maturę z matematyki, więc tłumaczenie mpd = niezdana matura jest dla mnie trochę słabe.
Owszem, nie przeczę, że niektórzy z nas reprezentują postawę wyuczonej bezradności. Myślę jednak, że wielu z nas po prostu zdaje sobie sprawę ze swoich możliwości. Sama wiem, że moja granica osiągnięcia pewnych umiejętności społecznych lub fizycznych jest zupełnie inna, nawet niż u osoby z podobnym nasileniem niepełnosprawności. Wiele osiągnęłam, ale też wiem, z czym sobie nie poradzę. Czy jeżeli poproszę kogoś o przeniesienie mi talerza z zupą lub kubka z gorącą herbatą jest oznaką mojej wyuczonej bezradności? Być może, ale doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że przez atetozę nie jestem w stanie tego zrobić, bo wyleję zawartość. Czy jeżeli proszę kolegów i koleżanki z grupy o pożyczenie notatek, albo strach przed pierwszym rozpoczęciem rozmowy to dowód na moją wyuczoną bezradność?
Jednocześnie warto pamiętać, że świadomość własnych ograniczeń nie oznacza, że nie powinniśmy próbować pokonać własnych ograniczeń poprzez coraz wyższe i stopniowe stawianie sobie poprzeczki. Że nie powinniśmy motywować innych do próby pokonania własnych ograniczeń. Nawet sobie myślę, że takie wspieranie dobrym słowem i zachętami jest dużo lepsze od wyrzucania drugiemu wprost owej "wyuczonej bezradności".
P.S. A wracając do pokonywania własnych ograniczeń, to kilka razy podczas Światowych Dni Młodzieży udało mi się przenieść kubek wypełniony do połowy napojem bez wylewania go. Wiem, że w wieku prawie 33 lat to żadne osiągnięcie, wiem, że potrafią to nawet małe dzieci. Ale ja i tak się z tego cieszę.
środa, 12 maja 2021
1297. Kolejna góra zdobyta?
Kiedy wprowadziłam się na swoje mieszkanie, większość czynności związanych ze sprzątaniem nie była dla mnie tajemnicą. Akurat w rodzinnym domu miałam też swoje obowiązki, które wykonywałam z prawdziwą radością. Nawet nie wiecie jaka to była dla mnie przyjemność, pomóc rodzicom mimo wszystko. A potem niespodziewanie zaprocentowało to w samodzielnym życiu.
Mycie podłóg? Oczywiście! Czyszczenie kuchni? Pestka! Mycie naczyń? Tuwimowa fraszka-igraszka! Ścieranie kurzy? No przecież! Prasowanie? Każda ilość! Nawet umycie łazienki nie stanowiło dla mnie większego problemu. Moje mieszkanie to muszę o nie dbać, czyż nie? Jedyne do czego nie mogłam się przekonać to do mycia okien i zmiany firanek. Po prostu przerastało mnie to zajęcie. Do dzisiaj.
Zazwyczaj tą czynność wykonywał za mnie ktoś z najbliższej rodziny. Jednak ostatni raz moje okna były myte jakieś... 1,5 roku temu. Od tego czasu nie mogę się doprosić, aby ktoś do mnie przyszedł i je przetarł. Szyby wyglądały koszmarnie z szarym nalotem, w ramach zgromadził się obrzydliwy czarny kurz. Czarę goryczy przelał fakt, że obiecali mi umyć je w ubiegły weekend, kiedy byłam na zawodach w Słubicach. Dlaczego nikt tego nie zrobił? Nie mam pojęcia. Ale zrobiło mi się przykro - jak zwykle obiecali i nie dotrzymali tej obietnicy. Której z kolei? Trudno zliczyć. Dobrze, że chociaż Pusię nakarmili. Nie, to nie tak, że narzekam na rodziców, bo mam ich dobrych, bardziej na ich brak słowności.
Byłam zła i rozgoryczona. Być może ktoś by sobie przypomniał o moich oknach w ten weekend(akurat jadę na 4 dni, od jutra do niedzieli, na Mistrzostwa Polski do Bydgoszczy), ale ja już naprawdę nie mam siły już czekać na coś do nie wiadomo kiedy. Wzięłam więc sprawy w moje ręce i... sama je umyłam. Zajęło mi to może z 30 minut(a w tle leciał wykład na temat psychoanalizy Freuda). Długo? Krótko? Nie mnie to oceniać. Fakt, nie myłam ramy okiennej od zewnątrz, bo to by się źle dla mnie skończyło(myślicie, że upadek z 3 piętra na chodnik jest bardzo bolesny? - ale to też powód dla którego dotąd nie odważyłam się tego zrobić, jak już kilkakrotnie wspomniałam - moją równowagę na trzeźwo można porównać do równowagi kogoś po kilku piwach, zwłaszcza kiedy stoję na "niepewnym podłożu", a parapet, wbrew pozorom, taki dla mnie jest), ale szyby i ich obramowania, jak również tą część okna od mieszkania już tak.
I wiecie co? Mam to gdzieś, że na szybach widać fugi i zacieki(na treningu mama Gaciocha uświadomiła mi, że mycie okien w bardzo słoneczny dzień nie jest dobrym pomysłem). Mam to gdzieś, że zrobiłam to nieidealnie. Jestem wręcz szczęśliwa, że to zrobiłam mimo swoich ograniczeń. Mimo tych wszystkich "niepowodzeń"(tak, wiem, nie jest to idealne określenie) przez okno od razu wpada więcej światła. Być może widzę tylko to, co chcę widzieć. Ale jakże to jest piękny widok!
poniedziałek, 29 kwietnia 2019
913. Zostać cudownie uzdrowionym
środa, 21 marca 2018
694. Zaczarowujemy zimę
I mimo tego, że przez blisko 5 lat opanowałam wszystkie drogi prowadzące od strony AWFu do Biblioteki, to i tak w pewnym momencie się zgubiłam. Na szczęście równie szybko się odnalazłam i to bez pomocy GPSa. Ech, biegało się na orientację, biegało. Ale podczas szukania odpowiedniej drogi zaczął padać śnieg i trochę zmarzłam. Na szczęście w bibliotece w miarę szybko poszło, a i na autobus nie musiałam długo czekać. Tylko nie chciało mi się już podejść na ksero aby wydrukować te wszystkie umowy czy też wyborze ubezpieczenia itp. Ale to mogę zrobić jutro... Mam nadzieję, że będzie chociaż troszeczkę bardziej wiosennie. Chociaż tyci-tyci.
czwartek, 21 września 2017
578. Moja własna Akademia Życia
wtorek, 8 sierpnia 2017
563. Praca nie dla każdego...
| Prawie a cała moja grupa |
sobota, 11 marca 2017
486. Taki paradoks...
| Uroczysty przemarsz z flagami poszczególnych państw, biorących udział w spotkaniu |
| Tak wolontariusze oczekiwali na powitanie papieża na krakowskich Błoniach, który już zmierzał na nie tramwajem |
niedziela, 15 stycznia 2017
457. Podróżowanie ponad granicami ludzkich stereotypów
![]() |
| Oxford :) |
Nie wiem, może organizator tych wojaży na początku miał pewne wątpliwości, czy powinien mnie brać, ale teraz sam do mnie dzwoni już nie z pytaniem czy nie pojechałabym tu i tu, tylko że mam zacząć zbierać pieniądze na to i na to, bo planuje tam wyjazd wtedy i wtedy. Myślicie, że jakbym była dla nich obciążeniem(pan M. wie, że nikt z rodziny ze mną nie pojedzie) proponowałby mi te wyjazdy? Nie bardzo. Dzięki niemu zwiedziłam m.in. Rzym, Asyż, Padwę, Kromeriż(chyba tak się to pisze), Wenecję, Wiedeń, Budapeszt, Paryż, Londyn i wymarzony Oxford. Przez ten czas chyba nikt nie narzekał, że musi mi zrobić herbatę, czy coś przynieść na stołówce. Wręcz przeciwnie, zawiązały się całkiem fajne znajomości. Doszło do tego, że nie mogę doczekać się września nie ze względu na moje urodziny, ale właśnie dlatego, że jest wtedy możliwość spędzenia tygodnia w wyborowym towarzystwie, w którym nie zwracają uwagi na twoją sprawność, ale na to, co sobą reprezentujesz.
![]() |
| Watykan - październik 2013 r |
![]() |
| Wzgórze Gellerta w Budapeszcie |
czwartek, 22 września 2016
394. Opowieści sprzed ponad wieku, czyli wyprawa do Warszawy(cz. 1)
Fantastyczna przygoda, miejscami miałam wrażenie, że sama uczestniczę w tym tragicznym w skutkach rejsie. Zachęcam Was do odwiedzenie tej wystawy, tym bardziej że czasu jest coraz mniej(wystawa w Warszawie jest tylko do 9 października, więc to naprawdę jest ostatni dzwonek. Jedyny mankament polegał na tym, że podczas oglądania ekspozycji nie można było robić zdjęć, znalazłam jednak film promujący wystawę:
sobota, 18 czerwca 2016
344. Trzask - prask, i po solniczce z solą
sobota, 11 czerwca 2016
341. Gdyby w ludziach było mniej złości, to świat byłby lepszy
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
318. Częstochowa - zagospodarowanie czasu po Mszy Świętej
Po Mszy postanowiłam troszkę pokręcić się po terenie klasztoru. Najpierw jednak poszłam "przywitać się" z gospodynią tego miejsca. To było dla mnie oczywiste, tak jak witam się z domownikami, u których jestem w gościach, tak samo powinnam się przywitać z Czarną Madonną. Kilka chwil minęło, zanim mogłam uklęknąć na posadzce i na kolanach obejść ołtarz z cudownym wizerunkiem. Czas i liczba wiernych, którzy przez lata wykonywali ten gest sprawiły, że posadzka pokryła się wyżłobieniem od kolan. Potem chcąc wydostać się z klasztoru poszłam na górny poziom klasztoru, gdzie znajduje się słynna Golgota Jasnogórska namalowana przez Jerzego Dudę - Gracza. Za każdym razem, kiedy patrzę na każdą jej stację, odkrywam szczegół, którego wcześniej "nie było". To tak, jakby ktoś coś domalowywał. Chociaż tak naprawdę jest to najlepsza oznaka tego, że nie zawsze umiemy być wystarczająco spostrzegawczy. W życiu codziennym jest podobnie - patrzymy na coś nie zawsze dostrzegając to. Jednocześnie za każdym razem Golgotę Jasnogórską, a raczej jej przesłanie, można interpretować na inny sposób. Być może dlatego tak bardzo do mnie przemawia? Następnie znalazłam się w Sali Rycerskiej, w której znajduje się wystawa gobelinów przedstawiających pielgrzymki Jana Pawła II do różnych sanktuariów Maryjnych. Nie wiem dlaczego, ale automatycznie skojarzyło mi się to z dolnym poziomem Centrum Jana Pawła II, gdzie w środkowej sali znajdują się wielkie obrazy o podobnej tematyce. A może to tylko moje zboczenie zawodowe(chociaż bardziej poprawnie brzmi studenckie)? Gobeliny naprawdę mnie urzekły kunsztem wykonania, chociaż niektóre słabo było widać. 













