Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samodzielność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samodzielność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2026

2382. Wszystko zaczyna się od "Genesis"

Może trudno w to uwierzyć, ale spotkania młodych na Lednicy mają już... 30 lat. Oznacza to, że uczestnicy pierwszych edycji swoim wiekiem dobiegają... 50. Wedle pomysłu ojca Jana Góry tamto pierwsze spotkanie miało pomóc przygotować się ówczesnej młodzieży do Wielkiego Jubileuszu 2000 Roku. Zakładano, że będą jego 2, 3 edycje i na tym się skończy. Tymczasem kolejne pokolenie uczestniczyło w dorocznym spotkaniu odbywającym się w pobliżu jednego z domniemanych miejsc, w których Mieszko I mógł przyjąć chrzest.
Każdemu spotkaniu towarzyszy jakieś hasło przewodnie. W tym roku było nim "Genesis". Jak wiadomo, "Genesis" to inna nazwa "Księgi Rodzaju". "Księga Rodzaju" opowiada z kolei o początkach istnienia, jeżeli nie świata, to chociaż ludzkości rozumnej. Można się było więc domyślić, że będzie coś z powrotu do początków. Ale czego? Początków spotkań lednickich czy może historii biblijnej? Tego dopiero miano się dowiedzieć.
Szczerze powiedziawszy to pierwszy raz nie miałam ochoty jechać na spotkanie. Może już z nich wyrosłam, a może podświadomie czułam, że Lednica bez Księdza Niosącego Światło to już nie to samo. I im bardziej jedna z moich znajomych na mnie naciskała ("Ty przecież lubisz takie spotkania" itp.) tym bardziej czułam frustrację i wewnętrzny sprzeciw. No wkurza mnie takie pitu-pitu i tyle. 
A jednak pojechałam, zapisując się niemal w ostatniej chwili. I to nie tylko na spotkanie, ale też na wolontariat. Nie do końca wierzyłam w to, że uda mi się na niego dostać, dopiero jak dostałam odpowiedni identyfikator zrozumiałam, że to prawda. Dlaczego? Sama nie wiem, bo raczej już nie z ciekawości. Raczej po to, by nie żałować, że się nie było. I po to, aby spotkać się z przesympatycznymi bliźniaczkami z Poznania, z którymi poznałam się podczas sierpniowej Pieszej Pielgrzymki do Częstochowy.
Do Lednicy pojechałam pociągiem. Nie pierwszy raz, a drugi. Więc zbytniego stresu nie było. No chyba, że z tego powodu, iż prześpię stację zważając na porę podróży, czyli noc i wczesne godziny poranne. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło, a ja tuż przed piątą rano wysiadłam na peronie w Lednogórze. Przede mną było jeszcze jakieś 10 km. marszu na Pola Lednickie. Na szczęście czasu miałam aż nadto, a i pogoda zachęcała do marszu. W porównaniu z zeszłym rokiem dzień zapowiadał się naprawdę piękny.
Na miejscu była już jedna diecezja - moja diecezja. Bo ogólnie był organizowany z niej wyjazd, jednak ciut spóźniłam się z zapisaniem na niego. No cóż, zdarza się. Za to na miejscu okazało się, że jednak w autokarze są jeszcze wolne miejsca, toteż pojawiła się szansa powrotu bez potrzeby jazdy pociągami, z czego skorzystałam. Do otwarcia bramek prowadzących na Pola Lednickie pozostało jeszcze trochę czasu, usiadłam więc obok moich znajomych, Dorci i Robcia, z którymi zawsze znajduję tematy do rozmów. Przy okazji rozejrzałam się dookoła, aby poszukać wzrokiem znajomych twarzy. Ech, sporo osób, które znałam tylko z wyjazdów na Lednicę wykruszyło się. Trochę szkoda, ale cóż zrobić...
W końcu, po godzinie ósmej, urzędujący na polu harcerze otwarli bramki, a nasza grupa, z racji tego, że stała zaraz przy nich, weszła jako pierwsza na ich teren. Najpierw odebraliśmy pamiątki spotkania (śpiewnik + doniczkę z napisem "Genesis" + świecę na czuwanie), a następnie poszliśmy na sektory, w których czekaliśmy na poszczególne punkty programu.
Niemal jak każdego roku, także i teraz znaleźliśmy się dosłownie w pierwszym sektorze, z którego idealnie widać było chociażby słynną Bramę-Rybę i drogę na nią prowadzącą.
Rozłożyliśmy nasze rzeczy i z mniejszą lub większą cierpliwością oczekiwaliśmy pierwszego punktu programu, czyli jutrzni prowadzonej z katedry gnieźnieńskiej. Podobnie jak w zeszłym roku, także i w tym jej formuła została zaczerpnięta z uroczystości św. Wojciecha Męczennika, patrona katedry. Jutrznia była transmitowana z katedry za pośrednictwem telebimów porozstawianych na terenie pola. Po zakończeniu jutrzni poszłam porozglądać się po okolicy. Wiecie, zobaczyć jakie warsztaty przygotowali i w ogóle. Bo co roku w zasadzie jest coś nowego, co mogłoby zainteresować współczesną, wymagającą młodzież. Przy okazji przywitałam się z moimi znajomymi z Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży, którzy opowiadali chętnym o wyjeździe do Seulu. Obiecałam im, że po południu wpadnę do nich na dłużej. Nie mogło zabraknąć odwiedzin grobu ojca Jana Góry, inicjatora Spotkań Lednickich, czy też namiotu, gdzie miała miejsce adoracja Najświętszego Sakramentu.
O godzinie 12:00 miał miejsce "Anioł Pański", a wraz z nim rozesłanie misjonarzy nie tylko w różne miejsca świata, i bardziej, i mniej egzotyczne, ale też do... Polski. Ot, taka ciekawostka. A swoją drogą, jeżeli posyłają do Polski, to może ja też się zgłoszę na taki wolontariat. No wiecie, mnie tam dużo nie potrzeba. Chyba też po raz pierwszy słyszałam "Anioła Pańskiego" w wersji góralskiej. Coś pięknego.
A po "Aniele Pańskim" coś, co tygryski lubią najbardziej, czyli tańce lednickie. Z okazji okrągłego jubileuszu tancerze nie wybiegli na Drogę Trzeciego Tysiąclecia przy piosence "Tańcem chwalmy Go", jak to miało dotychczas miejsce, ale tańcząc... poloneza z "Pana Tadeusza".
Mega, prawda? Wspomniane "Tańcem chwalmy Go" było w zasadzie drugą taneczną piosenką. A po niej poznaliśmy hymn tegorocznego spotkania, a raczej układ chereograficzny do niego (bo sama piosenka od kilkunastu dni krążyła po yt).
W tym roku postanowiłam bardziej przyłożyć się do nauki nowego tańca, bo tak sobie umyślałam, że skoro mam jechać na obóz "Rafałków" i pomóc organizatorom w jego organizacji, to może bym przeprowadziła z jego uczestnikami warsztaty z tańców lednickich. Jak nie do tegorocznego "Wzrastam" to do innych. Kiedyś, kiedy jeszcze działało u nas Oratorium, to nauczyłam dzieciaki kroków i do "Ojca", i do "Jestem Twój", i do "Tak, tak Panie" i jakoś to poszło. Teraz powinno być jeszcze lepiej, bo już kilka Lednic za mną, a te tańce są niemal sztandarowe i powtarzają się co roku. W ogóle wspomniane na początku bliźniaczki zachęciły mnie, abym za rok dołączyła do tancerzy lednickich, więc... Ale to najszybciej za rok...
Po kilku tańcach odbyła się medytacja wprowadzająca do "Koronki do Bożego Miłosierdzia". Wybrana siostra zakonna czytała fragmenty "Dzienniczka siostry Faustyny", schola lednicka dopełniała je śpiewem, a grupa baletowa dopełniała wszystko dopasowanym tańcem. Powiem krótko - wyglądało to mega i na pewno na długi czas pozostanie w mojej pamięci. Na koniec siostry rozeszły się po sektorach i rozdały niektórym uczestnikom spotkania obrazki z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego.
Ja w tym czasie udałam się do namiotu, w którym działali wolontariusze KBO ŚDM. Słońce grzało niemiłosiernie, my byliśmy na środku pola, a mnie już powoli robiło się słabo, pomimo ciągłego picia wody. W namiocie było sporo moich znajomych, wiedziałam, że raczej mnie nie wygonią stamtąd. A żeby nie być pasożytem, to trochę im pomogłam w rozprowadzaniu losów i gadżetów. Tam też zastała mnie "Koronka", którą odmówiłam w doborowym towarzystwie.
Plusem namiotu było to, że chronił przed słońcem, minusem, że niewiele było widać tego, co się działo pod Rybą i na scenie. To znaczy ogólnie było wiadomo, że akurat są tańce lednickie albo jakaś konferencja, jednak bez szczegółów. Dlatego wiedziałam, że będę musiała obejrzeć sobie brakującą część na internecie.
Na pole wróciłam tuż przed "Procesją orłów", czyli najmłodszych uczestników Lednicy, którzy szli dzielnie Drogą Trzeciego Tysiąclecia trzymani przez rodziców za rączki albo na rękach. To jeden z moich ulubionych momentów ukazujących, jak dzieciństwo przechodzi w młodość, a młodość w dorosłość.
Kolejnym punktem spotkania była "Konferencja Ojców" prowadzona przez mojego biskupa Artura Ważnego oraz świeckiego ojca, Andrzeja Dobiela. Zaproszono na nią młodych ludzi, aby mogli zadać pytania, na które usłyszą odpowiedź z dwóch perspektyw. Pierwsze z nich dotyczyło samotności młodych i roli, jaką odgrywa wspólnota we wzrastaniu w wierze. Biskup nawiązał do Ewangelii św. Łukasza, gdzie ludzie przynieśli sparaliżowanego do Jezusa, ale inni im w tym przeszkadzają. Zauważył, że podobnie jest i z nami. Że możemy chcieć poznać Jezusa, ale inni też nam to zakłócają. Trochę żartobliwie stwierdził, że ci, którzy przyszli z paralitykiem nie napisali do Jezusa na messengerze: "Spotkajmy się Jezu na Zoomie", ale zdjęli dachówki i spuścili go na sznurach. Ewangelia mówi coś genialnego: Jezus widząc ich wiarę, odpuścił mu jego grzechy. Jezus nie zobaczył wiary sparaliżowanego człowieka, ale trzymających sznury. Nie da się więc wzrastać w wierze w pojedynkę. Wiara potrzebuje ludzi i wspólnoty. Przestrzegał też przed tym, że chociaż internet jest fajny, to algorytmy są bezduszne. Biskup zauważył, że w sieci spotykamy najczęściej odbicie samych siebie, co jednak nie daje wzrostu. A prawdziwa wspólnota to taka, w której można twarzą w twarz spotkać drugiego, który zmusza, abyśmy "wyszli z siebie". To boli, ale bez tego nie ma wzrostu. Hierarcha dał uczestnikom do przemyślenia dwa pytania: 1) Czy mam w swoim życiu takich ludzi, którym mogę powiedzieć wszystko o mojej biedzie, a oni nie będą mnie oceniać, tylko wezmą moje nosze i przeniosą mnie do Jezusa? 2) Czy ja jestem kimś takim, kto trzyma sznury, by dźwigać nosze kogoś innego? Kogoś, kto jest samotny, ale boi się poprosić o pomoc. Duchowny podkreślił, że chciałby, abyśmy byli tymi, którzy "wejdą na dachy" i będą szukać nowych rozwiązań po to, żeby dojść do naszych rówieśników, którzy potrzebują spotkania z Jezusem, ale sami tego nie zrobią. Zachęcał do szukania i budowania wspólnot, bo nie da się być chrześcijaninem - singlem.
Andrzej Dubiel podkreślił, że nie byłoby go na Lednicy, gdyby nie dwa fundamenty: rodzina i ruch Światło - Życie. Wspominał, że całkiem niedawno w Jaworznie wspólnota Światło Życie świętowała 50 lecie istnienia i miło było spotkać animatorów, którzy pomagali mu w formacji duchowej i tych, dla których on sam był animatorem. Aktualnie wraz z rodziną są w Domowym Kościele i raz w miesiącu mają spotkania, co jest dla nich mega ważne. Nawiązał do słów biskupa, że powinniśmy znaleźć kilka osób, które pomogą nam w "noszeniu naszych noszy". Dla pana Dubiela takim fundamentem jest właśnie rodzina i wspólnota, tam, gdzie najtrudniej jest "trzymać sznury" i tam, gdzie uczy się pokory. Zgodził się ze swoim przedmówcą, że wspólnota jest bardzo potrzebna w kościele. Przyznał też, że przywołany fragment Ewangelii jest jego ulubionym, ponieważ pokazuje, że chcieć to móc. Zachęcał do szukania wspólnot, bo mając wokół ludzi jest dużo łatwiej.
Z kolei drugie pytanie dotyczyło tego, czy w świecie naznaczonym wojnami i konfliktami możliwe jest wzrastanie w pokoju i od czego powinien zaczynać się pokój w życiu młodego człowieka?
Tutaj jako pierwszy głos zabrał Andrzej Dubiel. Przypomniał, że jest wychowankiem Ruchu Światło - Życie. Jego założyciel, ks. Franciszek Blachnicki, mówił bardzo dużo o wolności i w jej duchu wychowywał też ludzi. Nie bez znaczenia były czasy, w jakich przyszło mu żyć. Ksiądz Blachnicki często mówił, że zewnętrznie można być zniewolonym, a wewnętrznie prawdziwie wolnym, ale i na odwrót. Zaznaczył, że fundamentem prawdziwego pokoju jest wolność, wtedy, kiedy mamy odwagę być prawdziwie wolni. Ale trzeba też dobrze rozumieć, czym jest wolność. Przestrzegał, że dzisiejszy świat wmawia nam, że wolność to niezależność. A tak naprawdę wolność to zależność od Prawdy, którą jest Chrystus. Zwrócił też uwagę na to, jak dużo negatywnych emocji i napięć jest w naszym najbliższym otoczeniu - naszych szkołach, na studiach, miejscach pracy, wspólnotach i rodzinach. Zaproponował szukania spokoju najbliżej nas, w naszych sercach. Przyznał, że najtrudniej jest w rodzinie, ponieważ każdy z nas ma przesunięte granice emocji. Dla niego samego ciężko jest być świadkiem pokoju wśród najbliższych, ale ma też takie doświadczenie, że kiedy przytuli swoje córki albo żonę, to ma poczucie, że nie jest w tym wszystkim sam. 
Biskup Ważny odwołał się z kolei do Pisma Świętego, które jest fundamentem, na którym zawsze można się oprzeć. Przyznał, że pytanie o nowy początek, kiedy za wschodnią granicą, w Strefie Gazy i na Bliskim Wschodzie jest wojna, można uznać za prowokację. Jest jednak fragment Ewangelii, do którego możemy się odnieść, gdzie jest mowa o tym, jak Jezus wchodzi wieczorem do Wieczernika, w którym uczniowie byli zamknięci z obawy przed nieprzyjaciółmi i mówi im po prostu "Pokój Wam". Wie, że gdyby tego nie zrobił, to oni by tam siedzieli cały czas. A potem dodaje: "Jak mnie Ojciec posłał, tak i ja Was posyłam". To doświadczenie może nas zaskakiwać - na zewnątrz nic się nie zmienia, ale zmieniło się serce tych ludzi. Zostali oni posłany do świata otoczonego wojną. Możemy zastanawiać się co zrobić, aby zacząć ten pokój. Po pierwsze powinniśmy uświadomić sobie, że ta zewnętrzna niewola, wojna, nie może być argumentem za tym, aby nie być człowiekiem pokoju. Czasami mamy przeświadczenie, że gdyby jakiś człowiek zniknął z naszego życia, to przyszedłby pokój. Tym czasem tak nie jest. Prawdziwy konflikt nie toczy się na mapach świata, ale w głębi naszego serca. Jak więc dokonać "Genesis"? Najpierw powinna dokonać się demilitaryzacja naszych myśli i zaprzestanie ranienia samego siebie. Często mamy o sobie złe zdanie, tymczasem Jezus nas zaprasza do tego, aby usłyszeć "Pokój Tobie. Ja na ten świat Cię posyłam takiego, jakim jesteś, po to, aby go czynić światem pokoju". Następnie należy wylogować się z "wojny domowej". Często pokój zaczyna się od języka w domu, w szkole, czy na studiach. Naszym językiem potrafimy ranić i niszczyć, wprowadzać niesamowity niepokój i agresję. Drugą rzeczą jest więc zacząć panować nad językiem. I na końcu powinniśmy zaryzykować przebaczenie. To jest najtrudniejsze, bo jak nie przebaczamy, to podłączamy nasze serce pod nienawiść i to co mamy w sercu następnie przenosimy na zewnątrz tworząc tym samym atmosferę niepokoju. Świat potrzebuje partyzantów pokoju. 
Trzecie i ostatnie pytanie dotyczyło Encykliki "Magnifica Humanitas", w której papież Leon XIV przypomina, że rozwój sztucznej inteligencji nie może odbywać się kosztem człowieczeństwa. Jak więc młodzi ludzie mogą korzystać z AI, tak, aby technologia pomagała im wzrastać, a nie zastępowała ich myślenie, relacje i planowanie przyszłości?
Biskup Ważny stwierdził, że aby odpowiedzieć na to pytanie to trzeba się cofnąć o 2000 lat i zobaczyć obraz z Ewangelii, w którym jest Jezioro Galilejskie, wielka burza w środku nocy, uczniowie siedzą w łodzi, walczą z falami o życie, i nagle widzą chodzącego po jeziorze Jezusa. Ale zamiast się cieszyć to wpadają w panikę myśląc, że to zjawa. Przeraża ich to, co wymyka się ich logice. I wtedy Piotr robi coś bardzo dziwnego, ale genialnego i szalonego - mówi do Jezusa: "Panie, jeżeli to możliwe, każ mi przyjść do siebie po wodzie". A Jezus mówi "Przyjdź", czym szokuje wszystkich. Piotr wysiada z łodzi i dopóki patrzy na Jezusa, robi rzeczy niemożliwe - idzie po wodzie. Jednak potem Ewangelia pokazuje bardzo dramatyczny moment, że na widok silnego wiatru Piotr się lęka i zaczyna tonąć, krzycząc: "Panie, ratuj mnie". Wtedy Jezus łapie go za rękę i mówi: "Czemu zwątpiłeś?". Biskup zwrócił naszą uwagę na słowo "Zwątpiłeś", które można też tłumaczyć, jako "Dlaczego rozdwoiłeś się?", "Dlaczego stanąłeś pomiędzy dwoma drogami?". Piotr zaczął tonąć nie dlatego, że woda była mokra, a wiatr był silny. Tonął, bo podzielił swoją uwagę, przestał patrzeć na Jezusa, a zaczął analizować algorytmy wiatru i jeziora. Hierarcha podkreślił, że to jest naszym zadaniem: AI jest tą wodą, cyfrowym jeziorem Galilejskim, a my mamy nauczyć się po nim chodzić, żeby nie utonąć. Bo technologia nie jest problemem. Ważne jest, by mieć świadomość, że Jezus nie powiedział Piotrowi, aby ten nie wychodził z łodzi. Bóg nie jest przerażony sztuczną inteligencją, On ją wymyślił, a my ją odkrywamy. Biskup podsumował wszystko w trzech rzeczach: 1) AI powinno się używać do rzemiosła, a zachować serce dla twórczości. Niech AI robi to co potrafi (segreguje dane, poprawia błędy, tłumaczy teksty), a człowiek ma robić to, co jest niepowtarzalne, twórcze i niesamowite, do czego żaden komputer nie zna odpowiedzi. Sztuczna inteligencja da nam bowiem syntezę faktów, ale nie da nam mądrości i sumienia. 2) Nie powinniśmy pozwolić, aby algorytmy planowały nasze powołanie. ChatGPT może pokazać nam propozycje mnóstwa zawodów, które możemy wykonywać, jednak nie powie, do czego stworzył nas Bóg. Algorytmy operują na przeszłości, na tym co już znają i co było, a Bóg zaprasza nas do przyszłości, do czegoś niesamowitego i wyjątkowego, czego żaden serwer jeszcze nie widział. 3) Warto wylogowywać się ze sztucznej inteligencji do relacji międzyludzkich. Komputer nigdy nas nie przytuli, ani z nami nie zapłacze. Algorytmy tylko "karmią samotność", a żywy człowiek obok nas karmi miłością. I na koniec poradził, aby używać technologii, by się skrzyknąć na spotkanie, a potem odłożyć telefon ekranem do dołu i korzystać z relcji z drugim człowiekiem. Nie tracąc relacji z Bogiem i człowiekiem można spokojnie "chodzić" po jeziorze zwanym AI.
Andrzej Dubiel z kolei poradził, aby korzystać z AI z umiarem. Zauważył, że każdy uczestnik spotkania ma internet w telefonie (o nie, ja nie mam), a mimo to wybraliśmy spotkanie i relacje z drugim człowiekiem. A nowe technologie można wykorzystywać chociażby po to, aby głosić Ewangelię w internecie.
Tutaj przyszedł czas na tegoroczny "gest lednicki" - wyciągliśmy doniczki, a obecni w sektorach księża przekazali nam nasiona drzewa czarnej sosny, takiej, z jakiego wykonano krzyż dla Pana Jezusa. Czarna sosna rośnie w Polsce, toteż bez większych problemów można ją wyhodować na zwykłej ziemi. Po geście spotkania na środku pojawili się tancerze i wodzireje, którzy zachęcali wszystkich do wspólnego uwielbienia Boga w rytm muzyki. 
O godzinie 18:00 oficjalnie otwarto 30. jubileuszowe spotkanie Młodych Lednica 2000. Przy dźwiękach "Hymnu III Tysiąclecia" Drogą III Tysiąclecia przeszła uroczysta procesja, w której wniesiono Krzyż lednicki, relikwie patronów spotkania, siostry zakonne, wyżsi hierarchowie kościelny, a na końcu ułani jadący na koniach. Poznańskie Bractwo Kurkowe wystrzeliło z armaty zwiastując rozpoczęcie spotkania. Słowo powitalne wygłosił prymas Wojciech Polak. Przekazał też przesłanie, które telegramem przesłał sam papież Leon XIV. Kilka słów skierował do nas też arcybiskup Stanisław Gądecki, który wspominał te pierwsze spotkania nad Jeziorem Lednickim. 
Po oficjalnym rozpoczęciu na Drodze III Tysiąclecia pojawili się uczestnicy Maratonu Lednickiego, a po ich przebiegnięciu po raz kolejny tancerze ledniccy, którzy zainicjowali kilka tańców tuż przed Mszą świętą. Ja jednak już byłam na początku wspomnianej Drogi, gdzie razem z innymi ministrantami czekałam na rozpoczęcie procesji księży. Byłam jedyną osobą z mojej diecezji, która szła w tej procesji, co potraktowałam jako ciche wyróżnienie.
Pierwszy raz miałam okazję być prawie pod samą Bramą Rybą, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Tak samo jak kazanie wygłoszone przez mojego "kumpla", biskupa Grzegorza Suchodolskiego.
Zaskoczeniem było dla mnie to, że pozwolono mi służyć bez żadnych problemów i "ale". Czy czułam się dumna. Chyba nie. Cieszyłam się, ale wcale nie czułam się wyjątkowo, jak mogłoby się wydawać. Nie chciałam też na początku mojej słóżby za bardzo się narzucać. Wolałam siedzieć spokojnie na trawie, obserwować to, co się dzieje naokoło, wsłuchiwać się w głosy modlitw splatające się z dźwiękami przyrody. Po jednej stronie miałam ministrantów, po drugiej kapłanów. A w środku czułam po prostu spokój.
Z Ciebie wyrastam,
ku Tobie wzrastam,
Tobą oddycham
bez Ciebie usycham
Tegoroczna Msza święta rozpoczęła się już o godzinie 19:00, a więc całą godzinę wcześniej, niż w poprzednich latach. Trwała ona około 1,5 godziny. W zasadzie tuż po niej nasza grupa miała zbierać się powoli do domu. Byliśmy jednak niemal pewni, że przyjdzie do nas nasz biskup, jak to miał w zwyczaju od dwóch lat. Co prawda rok temu nie wpuścili go do sektoru, ale Artur raczej nie zraża się takimi przeciwnościami losu. A ponieważ nie przyszedł do nas przed Mszą świętą, to było bardzo prawdopodobne, że przyjdzie po niej. Tak też się stało i nawet nasz pasterz został wpuszczony w nasz sektor.
Biskup przywitał się chyba z każdym i zamienił z nami 2-3 słowa. Potem zaczęliśmy powoli zbierać nasze rzeczy i flagi i szykować się do opuszczenia pola. Trochę było mi żal, że nie zostaliśmy na III części spotkania, ale zmiana organizatora wyjazdu poskutkowała też zmianą w jego przebiegu. Na szczęście jest yt, gdzie można zobaczyć to, co się opuściło.

piątek, 28 lipca 2023

1658. Świadomość własnych ograniczeń, a wyuczona bezradność

Ostatnio coraz częściej spotykam się z poglądem, że niepełnosprawni prezentują postawę wyuczonej bezradności. Że często jesteśmy w stanie zrobić więcej niż nam się wydaje. Że nawet nie próbujemy iść nawet krok do przodu uważając, że wszystko nam się należy. Jeszcze większe zdziwienie ogarnia mnie, kiedy czytam czy też słyszę takie słowa ze strony osób, które same są niepełnosprawne w stosunku do tych, którzy są w gorszej sytuacji fizycznej lub społecznej od nich samych.

Przez lata obracałam się w środowisku osób niepełnosprawnych z różnymi ograniczeniami. Jedni byli niepełnosprawni fizycznie, inni umysłowo. Zresztą nawet w mojej dosyć bliskiej rodzinie występuje niepełnosprawność wrodzona (córka brata mojej babci urodziła się z upośledzeniem umysłowym), zaś na wsi mojej mamy miałam styczność z biedną Marynią, która na zawsze pozostanie dla mnie przykładem, że mimo niepełnosprawności można w miarę swoich możliwości pomagać przy pracach polowych i gospodarskich. Przez ten czas naoglądałam się ile czasu kosztuje niektórych ludzi osiągnięcie pewnych umiejętności, czy to sprawnościowych, czy to społecznych. Widziałam też, że na to, co mi przyszło łatwo, inni musieli pracować latami, a czasami i tego nie osiągnęli. Dlatego staram się nie patrzeć na innych przez to, co sama potrafię, a inni nie. Każdy z nas ma inny poziom nasilenia niepełnosprawności i co innego będzie nam sprawiało trudność. Jedyne, czego nie uznaję to tłumaczenia, że przez mózgowe porażenie dziecięce nie zdało się matury, ponieważ na arkuszu znalazły się zadania z geometrii, a ktoś nie ma możliwości posługiwania się przyborami geometrycznymi. No dobra, ale arkusz maturalny z matematyki to nie są wyłącznie zadania z geometrii, ale też z innych dziedzin Królowej Nauk, nie mających związku z rysowaniem. Można ją spokojnie zdać omijając geometrię, zwłaszcza kiedy człowiekowi nie zależy tak bardzo na wyniku. A poza tym znam wiele osób, nawet z chorobami neurologicznymi, przy których mpd to pikuś, które zdały maturę z matematyki, więc tłumaczenie mpd = niezdana matura jest dla mnie trochę słabe. 

Owszem, nie przeczę, że niektórzy z nas reprezentują postawę wyuczonej bezradności. Myślę jednak, że wielu z nas po prostu zdaje sobie sprawę ze swoich możliwości. Sama wiem, że moja granica osiągnięcia pewnych umiejętności społecznych lub fizycznych jest zupełnie inna, nawet niż u osoby z podobnym nasileniem niepełnosprawności. Wiele osiągnęłam, ale też wiem, z czym sobie nie poradzę. Czy jeżeli poproszę kogoś o przeniesienie mi talerza z zupą lub kubka z gorącą herbatą jest oznaką mojej wyuczonej bezradności? Być może, ale doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że przez atetozę nie jestem w stanie tego zrobić, bo wyleję zawartość. Czy jeżeli proszę kolegów i koleżanki z grupy o pożyczenie notatek, albo strach przed pierwszym rozpoczęciem rozmowy to dowód na moją wyuczoną bezradność?

Jednocześnie warto pamiętać, że świadomość własnych ograniczeń nie oznacza, że nie powinniśmy próbować pokonać własnych ograniczeń poprzez coraz wyższe i stopniowe stawianie sobie poprzeczki. Że nie powinniśmy motywować innych do próby pokonania własnych ograniczeń. Nawet sobie myślę, że takie wspieranie dobrym słowem i zachętami jest dużo lepsze od wyrzucania drugiemu wprost owej "wyuczonej bezradności".

P.S. A wracając do pokonywania własnych ograniczeń, to kilka razy podczas Światowych Dni Młodzieży udało mi się przenieść kubek wypełniony do połowy napojem bez wylewania go. Wiem, że w wieku prawie 33 lat to żadne osiągnięcie, wiem, że potrafią to nawet małe dzieci. Ale ja i tak się z tego cieszę.

środa, 12 maja 2021

1297. Kolejna góra zdobyta?

Kiedy wprowadziłam się na swoje mieszkanie, większość czynności związanych ze sprzątaniem nie była dla mnie tajemnicą. Akurat w rodzinnym domu miałam też swoje obowiązki, które wykonywałam z prawdziwą radością. Nawet nie wiecie jaka to była dla mnie przyjemność, pomóc rodzicom mimo wszystko. A potem niespodziewanie zaprocentowało to w samodzielnym życiu.
Mycie podłóg? Oczywiście! Czyszczenie kuchni? Pestka! Mycie naczyń? Tuwimowa fraszka-igraszka! Ścieranie kurzy? No przecież! Prasowanie? Każda ilość! Nawet umycie łazienki nie stanowiło dla mnie większego problemu. Moje mieszkanie to muszę o nie dbać, czyż nie? Jedyne do czego nie mogłam się przekonać to do mycia okien i zmiany firanek. Po prostu przerastało mnie to zajęcie. Do dzisiaj.
Zazwyczaj tą czynność wykonywał za mnie ktoś z najbliższej rodziny. Jednak ostatni raz moje okna były myte jakieś... 1,5 roku temu. Od tego czasu nie mogę się doprosić, aby ktoś do mnie przyszedł i je przetarł. Szyby wyglądały koszmarnie z szarym nalotem, w ramach zgromadził się obrzydliwy czarny kurz. Czarę goryczy przelał fakt, że obiecali mi umyć je w ubiegły weekend, kiedy byłam na zawodach w Słubicach. Dlaczego nikt tego nie zrobił? Nie mam pojęcia. Ale zrobiło mi się przykro - jak zwykle obiecali i nie dotrzymali tej obietnicy. Której z kolei? Trudno zliczyć. Dobrze, że chociaż Pusię nakarmili. Nie, to nie tak, że narzekam na rodziców, bo mam ich dobrych, bardziej na ich brak słowności.
Byłam zła i rozgoryczona. Być może ktoś by sobie przypomniał o moich oknach w ten weekend(akurat jadę na 4 dni, od jutra do niedzieli, na Mistrzostwa Polski do Bydgoszczy), ale ja już naprawdę nie mam siły już czekać na coś do nie wiadomo kiedy. Wzięłam więc sprawy w moje ręce i... sama je umyłam. Zajęło mi to może z 30 minut(a w tle leciał wykład na temat psychoanalizy Freuda). Długo? Krótko? Nie mnie to oceniać. Fakt, nie myłam ramy okiennej od zewnątrz, bo to by się źle dla mnie skończyło(myślicie, że upadek z 3 piętra na chodnik jest bardzo bolesny? - ale to też powód dla którego dotąd nie odważyłam się tego zrobić, jak już kilkakrotnie wspomniałam - moją równowagę na trzeźwo można porównać do równowagi kogoś po kilku piwach, zwłaszcza kiedy stoję na "niepewnym podłożu", a parapet, wbrew pozorom, taki dla mnie jest), ale szyby i ich obramowania, jak również tą część okna od mieszkania już tak.
I wiecie co? Mam to gdzieś, że na szybach widać fugi i zacieki(na treningu mama Gaciocha uświadomiła mi, że mycie okien w bardzo słoneczny dzień nie jest dobrym pomysłem). Mam to gdzieś, że zrobiłam to nieidealnie. Jestem wręcz szczęśliwa, że to zrobiłam mimo swoich ograniczeń. Mimo tych wszystkich "niepowodzeń"(tak, wiem, nie jest to idealne określenie) przez okno od razu wpada więcej światła. Być może widzę tylko to, co chcę widzieć. Ale jakże to jest piękny widok!

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

913. Zostać cudownie uzdrowionym

Wybrałam się dzisiaj do rodzinnego w celu wyegzekwowania skierowania do neurologa. Staram się raz na rok(chociaż w zeszłym roku udało mi się dostać dwa razy, ale musiałam skonsultować z nim mój lot samolotem ze względu na zastawkę w głowie) odwiedzać tego specjalistę ze względu na moją niepełnosprawność, a przez to na otrzymanie skierowania na zabiegi rehabilitacyjne(co ciekawe, zabiegi ze skierowaniem z zeszłego roku mam dopiero za dwa lata - aż strach pomyśleć co będzie teraz). Ale nie tylko - wychodzę z założenia, że lepiej jest mieć w papierach, że regularnie odwiedza się danego lekarza, niż nie mieć. Zresztą od wielu neurologicznych znajomych słyszałam, że w ZUSie o wiele przychylniej patrzą na tych, którzy są pod opieką specjalisty, niż wszystkich innych. A że w tym roku mam komisję rentowską w ZUSie, więc nie zaszkodzi mi zbierać zaświadczenia, że byłam. Chociaż zaczynam się zastanawiać, czy ostatnim razem neurolog nie miał mi czegoś wypisać w papierach na komisję... A może to była komisja o orzeczeniu o niepełnosprawności? Sama już się w tym gubię.
W każdym razie, korzystając z mega wolnego tygodnia, postanowiłam wyciągnąć sobie dzisiaj u rodzinnego w rejonówce kartę. Poszłam sobie z samego rana, dostałam numerek 2, a że była 7:50(lekarka przyjmowała od 8:00) postanowiłam sobie poczekać już te kilkanaście minut na wejście. Co prawda mojej rodzinnej dzisiaj nie było, ale miała mnie przyjąć inna lekarka. 
Trochę zdziwiło mnie, że recepcjonistka nie przyniosła jej kartotek, ale z drugiej strony - od jakiegoś czasu trwa u nas komputeryzacja całej dokumentacji, która ma być dostępna dla każdego lekarza po wpisaniu odpowiedniego numeru PESEL. W przypadku takim jak mój - super. Mam cichą nadzieję, że wprowadzą do systemu wszystkie leki i substancje chemiczne na które jestem uczulona oraz które nie są wskazane przy moich stałych lekarstwach i że baza ta będzie dostępna dla każdego lekarza w kraju. Może to głupio zabrzmi, ale w dalszym ciągu wszędzie wożę moją książeczkę zdrowia tylko dlatego, że jest tam wszystko pięknie opisane😌.
Chłopak przede mną szybko się uwinął, nastała moja kolej. Odważnie weszłam do gabinetu(ach, żebym to ja miała taką odwagę wchodząc do sekretariatu pani D.), spokojnie wytłumaczyłam o co chodzi. Lekarka postukała w klawiaturę i...
 - Ale według dokumentacji jest pani zupełnie zdrowa... Od dawna jest pani pod opieką neurologa.
Noszszsz... tego jeszcze nie było. Mówię jej, że od urodzenia, i musi to być odnotowane w mojej karcie, bo co roku biorę skierowanie. A że na pierwszy rzut oka widać, że coś ze mną nie tak(drżenie kończyn oraz łebka nie zawsze da się opanować - to właśnie ten aspekt choroby, którego najbardziej w sobie nie lubię), to kobietka poszła sobie do kartoteki, po papierową wersję mojej choroby...
Kochani, jak ona ryknęła na rejestratorkę, że te dane to już dawno powinny być w systemie, to głowa mała. Po chwili wróciła truchcikiem do gabinetu z kartą w ręku. Jak się domyślacie, to wcale nie zostałam w cudowny sposób uzdrowiona(ach, gdyby tak się dało...), tylko nikt nie zeskanował mojej karty pomimo tego, że ten rodzaj kart jest priorytetem. Na szczęście lekarka wbiła potrzebne kody w system i wydrukowała mi to nieszczęsne skierowanie. A przy okazji stwierdziła, że mój stan jest nadzwyczajnie dobry. No przecież niepełnosprawność niepełnosprawności nierówna, prawda?
Ogólnie dostałam termin do neurologa na początek przyszłego roku. No, chyba że zastawka zacznie mi szwankować, to wtedy przyjmą mnie bez kolejki na cito. Ale to jest bardzo mroczny scenariusz. Już raz tak miałam i raczej nie chciałabym tego powtórzyć. Nawet za szybsze dostanie się do neurologa. Mam nadzieję, że w razie czego podbije mi dokumenty do ZUS-u bez kolejki(swoją drogą pewnie przyjdą koło września, więc tutaj też jest loteria z ustaleniem terminu).

Wychodząc z przychodni dostałam ataku śmiechu. Bo tyle się mówi o "uzdrowieniu" przez ZUS, czy też komisję orzekania o niepełnosprawności(chociaż pod tym względem nie mogę narzekać - zrozumieli, że zbytnio się mój stan już nie poprawi i dostałam orzeczenie na stałe), ale nikt by nie przypuszczał, że spotka mnie to we własnej przychodni.

A skoro mówimy już o wizytach lekarskich to zastanawiam się, dlaczego klub sportowy nie załatwił jeszcze badań u lekarza sportowego*. Mistrzostwa Polski tuż, tuż(tym razem w Bydgoszczy - pamiętasz Jadziu jak Ci pisałam, że jeszcze będzie okazja, aby się spotkać, pamiętasz?), a moja ostatnia zgoda na start w zawodach jest z 2014 roku. Mam nadzieję, że do lipca coś się wyjaśni w tej sprawie.

Jutro zaś chcę podjechać do ortodonty skonsultować jedną rzecz. Mam nadzieję, że pomoże mi znaleźć rozwiązanie jednego problemu. Jak nie jutro, to podczas umówionej na przyszłość wizyty.

* Już wyjaśniam wszelkie wątpliwości - przez lata zdarzało się tak, że wielu z nas nie miało aktualnych badań lekarskich uprawniających do startu w zawodach. W 2/3 przypadków wynikało to z braku wiedzy lekarzy na temat niepełnosprawnych sportowców. Dlatego klub załatwia nam raz w roku kompleksowe badania u lekarza sportowego, dzięki temu mamy brak zgody na start w zawodach tylko ze względów zdrowotnych(np. kłopoty kardiologiczne, z ciśnieniem itp.), a nie stricte ze względu na niepełnosprawność

środa, 21 marca 2018

694. Zaczarowujemy zimę

Czy i u Was padał dzisiaj śnieg? Bo u mnie sypało się, jakby był przynajmniej środek zimy, a nie pierwszy dzień astronomicznej wiosny. I jeszcze ten przeraźliwie zimny wiatr... Brrr... 
Naprawdę zmarzłam podczas wyprawy do katowickiego Sądu Okręgowego w celu zdobycia zaświadczenia o niekaralności. Strasznie brzmi? Spokojnie, nic nie zmalowałam. No, nie licząc tego, że znowu staram się wyjechać na kolonie z dziećmi.
Wczoraj, podobnie jak przed rokiem, złożyłam podanie o wakacyjną pracę w charakterze wychowawcy kolonijnego w dwóch miejscach: tak jak przed rokiem w XYZ(umówmy się, że nie będę tutaj robiła nikomu reklamy) oraz w firmie ABC. O ile w tej drugiej składałam wszystko na luzie, o tyle w tej pierwszej, paradoksalnie, już nie. Mam papiery, dosyć bogate CV(kilka lat działalności w Oratorium oraz wolontariat podczas ŚDM w Krakowie robią swoje, w tym roku mogłam sobie dopisać jeszcze zeszłoroczny wyjazd do Jastrzębiej Góry), a jednak nie wiedziałam jak zaopiniowała moją pracę kierowniczka obozu. Przypominam, że w pewnym momencie była nawet wersja, żeby mnie odesłać do domu, bo bazowej nie podobało się, że wychowawca jest niepełnosprawny. Nosz kurcze, może wykonuję wiele czynności wolniej, ale czy to oznacza, że trzeba mnie z góry przekreślać. W dodatku jeden z moich podopiecznych rozciął sobie dłoń i musiałam jechać z nim do szpitala. Ale to też może przytrafić się każdemu. Ku mojemu zdziwieniu już po dwóch godzinach(rok temu czekałam kilka dni) dostałam od nich decyzję zwrotną, pozytywną. Czyli może ta opinia kierowniczki nie była taka zła? Chwilę później dostałam też odpowiedź zwrotną, również pozytywną, z ABC. Teraz kompletuję dokumenty i właściwie czego mi brakowało to właśnie tego zaświadczenia o niekaralności, bo zeszłoroczne straciło na ważności(papierek jest ważny tylko 12 miesięcy). 
Musiałam więc pojechać do Katowic i zdobyć to zaświadczenie. Jeszcze przed wyjściem z domu sprawdziłam, gdzie ten cały sąd jest. No bo wiecie, Karolinka mijała budynek przez 5 lat i nawet nie wiedziała co się tam znajduje. Na szczęście szybko znalazłam go i nawet dostałam potrzebny papierek. Chociaż nie powiem, żeby wypełnienie dokumentów sprawiło mi łatwość, podołałam jednak temu zadania. I nawet pewien pan mnie przepuścił, bo widział że byłam przed nim tylko wypełnienie świstka trochę mi zajęło czasu. 
A potem, korzystając z okazji, podeszłam do Biblioteki Śląskiej w celu wymiany książek. Tym razem zdecydowałam się na "Kryształowego Anioła" Grocholi, "Wenecką intrygę" Berry'ego(ostatnio polubiłam tą serię książek związany z detektywem Cottonem Malone i postanowiłam przeczytać wszystkie części) oraz "Świadectwo prawdy" Picoult. Wcześniej prologowałam sobie jeszcze "Królestwo" Emmanuela Cerrera. Tej książki nie da się przeczytać ot tak sobie. Trzeba się nad nią zastanowić co kilka stron. Ale takie lektury też są potrzebne w życiu.
I mimo tego, że przez blisko 5 lat opanowałam wszystkie drogi prowadzące od strony AWFu do Biblioteki, to i tak w pewnym momencie się zgubiłam. Na szczęście równie szybko się odnalazłam i to bez pomocy GPSa. Ech, biegało się na orientację, biegało. Ale podczas szukania odpowiedniej drogi zaczął padać śnieg i trochę zmarzłam. Na szczęście w bibliotece w miarę szybko poszło, a i na autobus nie musiałam długo czekać. Tylko nie chciało mi się już podejść na ksero aby wydrukować te wszystkie umowy czy też wyborze ubezpieczenia itp. Ale to mogę zrobić jutro... Mam nadzieję, że będzie chociaż troszeczkę bardziej wiosennie. Chociaż tyci-tyci.

czwartek, 21 września 2017

578. Moja własna Akademia Życia

Dużo się ostatnio dzieje w moim życiu, nie zawsze są to rzeczy dobre i idące po mojej myśli. Ciężko jest o niektórych sprawach pisać, tym bardziej, że należę raczej do optymistów i taką ścieżką staram się podążać. Jak długo to jeszcze potrwa nie wiem, wszak jestem tylko maluczkim człowiekiem i też mam swoje granice wytrzymałości. W trudnych chwilach sięgam do książek. Dwa dni mi wystarczyły aby przeczytać 332 strony "Nigdy w życiu" Grocholi oraz 224 strony "Monidła..." Halszki Opfer. Zawsze kiedy miałam problem uciekałam w świat książek. Inni krzyczeli, bili się, wyzywali... Ja sięgałam po książkę i po prostu ją czytałam. I tak mi zostało. Dzięki temu przeczytałam całkiem niezłą ilość pozycji. Ale nerwy nie były jedynym tego powodem. Telewizja jakoś nigdy mnie nie pociągała. Ale książki - owszem. Jutro planuję podskoczyć do Biblioteki Śląskiej w celu wymienienia asortymentu. Pozycje mam już zamówione - będzie co robić w długie, jesienne wieczory. I skupić na czymś swoje niepokorne myśli. Czasami kotka przemknie mi przed oczami. Ale ona chyba wyczuwa już jesień i woli zwinąć się w kłębuszek na tapczanie i z tej pozycji bacznie obserwować otaczający ją świat...
Ostatnio coraz częściej słyszę w swoim środowisku o projekcie zatytułowanym "Akademia Życia". Jest to program skierowany do osób w wieku do 25 lat, który ma na celu aktywizację społeczną oraz zawodową osób niepełnosprawnych. Z grubsza wygląda to tak, że zrekrutowana osoba na pół roku przeprowadza się do specjalnie przystosowanego mieszkania w Koninie i tam przez ten czas sobie żyje pod okiem wykwalifikowanych instruktorów. A potem wraca do domu... Wszystko ładnie i pięknie, tylko ten ostatni punkt jakoś do mnie nie przemawia. No bo wiecie, rodzice bywają różni, zwłaszcza w stosunku do nas, niepełnosprawnych, bywają nadopiekuńczy. A wtedy całe doświadczenie zdobyte podczas tych sześciu miesięcy może iść wniwecz.
Nie miałam okazji wziąć udziału w tego typu przedsięwzięciu, ale nic nie szkodzi. Bo moja prywatna Akademia Życia trwa już piąty rok. Od pięciu lat mieszkam w samodzielnej kawalerce i jakoś sobie radzę. Długo by pisać jak do tego doszło. Prawdą jest jednak to, że mam cudownych rodziców, którzy nigdy się nade mną nie rozkwilali, tylko od początku uczyli samodzielności. Niemal co roku wyjeżdżałam na letnie i zimowe obozy sportowe, sama wracałam do domu z szkoły położonej na obrzeżach miasta, a potem nikogo nie dziwiło, że sama dojeżdżam na studia w Katowicach(nikomu się wtedy nawet nie śniło, że za parę lat będę sama dojeżdżać na zajęcia w Krakowie), sama zostawałam na kilka dni w domu(i nikomu nie przyszło do głowy, aby wezwać opiekę społeczną), coś tam nawet umiałam upichcić. Czyli w mojej sytuacji było całkiem nieźle.
W końcu we wrześniu 2012 otrzymałam własne, samodzielne mieszkanie. Myślicie, że się nie bałam, kiedy rozpakowywałam swoje rzeczy? Bałam się jak nie wiem co. I w sumie dalej się boję. Ale z każdym dniem było i jest coraz lepiej. Są oczywiście rzeczy, których nie przeskoczę, np. mycie okien, wieszanie firanek, czy też przybijanie gwoździ, ale przecież nie można być we wszystkim najlepszym, prawda? Ja tam się cieszę, że z posiadanymi umiejętnościami całkiem nieźle sobie radzę z tym wszystkim i korzystam z pomocy rodziny naprawdę w minimalnym stopniu. Często na forum dla niepełnosprawnych spotykam się z opinią, że nie ma sensu wyprowadzać się od rodziców, bo z renty socjalnej nie da się utrzymać na odpowiednim poziomie. Co ciekawe, piszą to ludzie, którzy zawsze mieszkali z rodzicami. A ja się zastanawiam co dla nich oznacza "życie na odpowiednim poziomie". Bo tak sobie myślę, że skoro z tej niewielkiej renty udaje mi się porobić wszystkie opłaty, nie umrzeć z głodu, chodzić w miarę schludnie ubranym i jeszcze coś z tego odłożyć, to raczej jest nieźle. Oczywiście nie chodzę w markowych ciuchach, do stołowania się w restauracjach też mi daleko, ale za to raz w roku udaje mi się wyjechać za granicę, a i na Oratriady, czy też raz na jakiś czas kino mi starcza. Czasami udzielę komuś korepetycji, w tym roku pierwszy raz wyjechałam na kolonie jako wychowawca. Więc da się. Trzeba tylko mądrze rozplanować swoje wydatki.
Ktoś mi powie, że miałam w tym wszystkim szczęście. Jasne, przecież mogłam powiedzieć "Nie, nie ma mowy, zostaję w domu rodzinnym". Jak by się wtedy potoczyło moje życie? Pewnie bym miała więcej w nim czasu na własne przyjemności, ale czy byłabym szczęśliwsza? Jestem więc wdzięczna losowi, że pozwolił mi na taką Akademię Życia, która trwa całe moje życie i która uczy mnie więcej, niż niejeden wykwalifikowany instruktor...

wtorek, 8 sierpnia 2017

563. Praca nie dla każdego...

Kilka lat temu z myślą o naszych parafialnych półkoloniach zrobiłam sobie kurs wychowawcy kolonijnego. W tym roku, głównie z myślą o ŚDM w Panamie, postanowiłam wykorzystać ten papierek i zgłosiłam swoją kandydaturę do Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Dostałam się! W sumie CV miałam całkiem dobre - kilkuletni staż na corocznych półkoloniach letnich i zimowych w parafii, nie mniejszy podczas sobotnich zajęć z dziećmi. W połowie maja dostałam sugerowane miejsce i termin - Jastrzębia Góra, w dniach od 28 lipca do 9 sierpnia. Wobec tego, jak już pewnie zauważyliście, nie było mnie przez dziesięć dni. Przez ten czas pełniłam funkcję wychowawcy dla dzieci z Gliwic oraz Częstochowy wytypowane przez MOPS-y, OPS-y oraz CPZety, czyli z przeszłością, rozbitych i zastępczych rodzin, z problemami społecznymi i patologicznymi.
Pamiętam, jak sama jeździłam na tego typu wypoczynku w czasach, kiedy pracowała tylko mama - szkoła zgłaszała mnie wtedy do MOPSu za osiągnięcia naukowe i jechałam na dwutygodniowy aktywny wypoczynek. Zresztą większość kolonistów za moich czasów miało świadectwo z czerwonym paskiem. Teraz dzieciaki licytowały się kto ile klas powtarzał, albo ile miał jedynek z tego a tego przedmiotu... Ale takim dzieciom też należy się jakiś przyzwoity wypoczynek, czyż nie?
Prawie a cała moja grupa
Osobiście otrzymałam grupę chłopców w wieku 10 - 12 lat. Oczywiście nie wiedziałam czy sobie w ogóle poradzę, bo jednak to taki dziwny, no i w dodatku głupi wiek. Ale z drugiej strony kto nie ryzykuje ten nie pije przysłowiowego piwa. I wiecie co - moje obawy były bezpodstawne! Co prawda miałam jakieś tam małe zgrzyty z podopiecznymi(trudno ich nie mieć, kiedy jedna osoba mówi nie, a druga upiera się przy tak), co prawda przeżyłam kilkugodzinny pobyt z podopiecznym w szpitalu na chirurgii(dobra rada dyżurującego lekarza-chirurga - zaopatrzyć się w zestaw plastrów tzw. stripy, które w wielu przypadkach z powodzeniem zastępują szwy) oraz pozorną kradzież(oczywiście, gdyby się miało porządek w szafie, to aparat fotograficzny by nie zaginął), zaś większość z chłopców najchętniej nie wychodziłaby z pokoju, chyba że do pobliskiego sklepu po "niezbędne" produkty spożywcze w postaci znienawidzonych przeze mnie chipsów i coli, ale ogólnie jakoś dogadywaliśmy się. Chodziliśmy nad morze i na boiska, chłopaki pluskali się w morskich falach i budowali zamku z piasku, spacerowaliśmy po promenadzie, zwiedziliśmy Hel i Puck, płynęliśmy statkiem. Trochę może pogoda nie do końca nam dopisała, ale jakoś to przeżyliśmy. Przeraża mnie trochę brak umiejętności gospodarowania pieniędzmi przez dzieciaki, tylko tego chyba nie da się przeskoczyć w 10 dni.
Ogólnie nie narzekam, bo było całkiem nieźle, jak na mój pierwszy raz. Chociaż była taka przykra sytuacja, kiedy bazowa dowiedziała się, że jedna z wychowawczyń jest niepełnosprawna i za wszelką cenę chciała mnie odesłać do domu😡. Nosz... kolejne wstrętne, że tak powiem babsko, które bazuje na stereotypach, że niepełnosprawnych to najlepiej zamknąć w domach i nie pokazywać społeczeństwu. Chyba gdybym się zupełnie ku temu nie nadawała, to nie dostałabym papierka. Na szczęście kierowniczka się za mną wstawiła i głównie dzięki niej nikt się mnie nie pozbył. Tym bardziej, że widziała że dzieci mnie lubią i się mnie słuchają. No i najmniej było na mnie skarg od właścicieli obiektu oraz uwag samej kierowniczki. Natomiast po raz kolejny okazało się, że papierologia bierze górę nad wszystkim - to nic, że nie realizowaliśmy programu - papier wszystko przyjmie(to chyba bolączka wszystkich nauczycieli - mogą czegoś nie zrobić, ale taki, a taki temat musi być w dzienniku). 
Fajne doświadczenie, chociaż uważam, że do tej pracy trzeba mieć podejście do dzieci, zwłaszcza tych z trudniejszych rodzin. Trzeba rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Osobiście nie uważam, że sprostałam temu w 100%, starałam się jednak jak mogłam... A na pewno nie krzyczałam na nie bez przerwy, bo to nie tędy droga. No i trzeba zdawać sobie sprawę z ciążącej na nas odpowiedzialności za innych. To też nie jest dla wszystkich jasne, zwłaszcza że funkcja wychowawcy kolonijnego, to praca 24  godziny na dobę.  Wdzięczność dzieci za poniesiony trud jednak będzie niewymierną zapłatą za naszą pracę...

sobota, 11 marca 2017

486. Taki paradoks...

Kiedy kilka miesięcy temu napisałam o marzeniu pojechaniu na ŚDM do Panamy, wcale nie żartowałam. Wiem, wiem, niektórym z Was wydaje się to totalną abstrakcją, bo daleko, bo klimat, bo zmiana czasu. Tym czasem krocząc w mojej charakterystycznej niebieskiej koszulce wolontariusza w ostatnim tygodniu lipca ubiegłego roku po krakowskich ulicach, widziałam całe rzesze uśmiechniętej młodzieży, która przyjechała z różnych stron świata aby spotkać się nie tylko z Piotrem Naszych Czasów, ale też z nami, Polakami. Nie zrażały ich ani długa droga, ani zmiana klimatu. Nikt ich też nie pytał: "Dlaczego tu jesteście". Po prostu byli. Nie wiem jak to wyglądało w mediach, ale na żywo robiło to niesamowite wrażenie. Pomyślałam sobie wtedy, że zrobię wszystko, aby pojechać na kolejne Światowe Dni Młodzieży, które jak się okazało podczas niedzielnej Mszy Posłania, odbędą się w Ameryce Łacińskiej. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, jak kosztowna może być to podróż. Bilety lotnicze + pakiet pielgrzyma(chociaż nie ukrywam, że będę próbowała aplikować podobnie jak w zeszłym roku na wolontariusza) + jakieś drobne, w dodatku większość wydatków będzie trzeba ponieść w dolarach. Co prawda co miesiąc odkładam sobie coś z renty, jaka mi przysługuje z tytułu niepełnosprawności, na półce mam także puszkę na jakieś drobne oszczędności, obawiam się jednak, że w ten sposób nie zdołam uzbierać na czas potrzebnej kwoty. Obiło mi się też o uszy, że z Uczelni ma wyruszyć dosyć pokaźna grupa wolontariuszy, ona sama ma im zaś dofinansować tą podróż, ale... Dlaczego nie chcę skorzystać z tej opcji dowiecie się na końcu tej notki.
Uroczysty przemarsz z flagami poszczególnych państw, biorących udział w spotkaniu
Pierwszy raz w życiu postanowiłam wykorzystać moje uprawnienia do bycia wychowawcą kolonijnym w celach komercyjnych. Dotychczas byłam nim na parafialnych półkoloniach, ale to w ramach wolontariatu. Owszem, lubię taką pracę, ale wiecie, za darmo do Panamy nie pojadę. A że moje zaświadczenie o ukończeniu kursu jest wydane przez samo Kuratorium Oświaty, mogę je z powodzeniem wykorzystywać na wszelakich wyjazdach organizowanych przez zakłady pracy, placówki oświatowe, fundacje, organizacje pozarządowe, itp. Kilka dni temu wysłałam swoją aplikację do PTTK. Wiecie, jakieś doświadczenie w pracy z dziećmi już mam, w końcu i półkolonie, i sobotnie zajęcia w Oratoriach, a i na obozach sportowych nie raz pomagałam w organizacji zajęć. Ku mojemu zaskoczeniu już na drugi dzień otrzymałam pozytywną odpowiedź zwrotną. Muszę tylko dosłać potrzebne dokumenty. Co prawda komuś może się wydawać, że 500 zł, to nie są żadne pieniądze, ale trzeba pamiętać, że na tego typu kolonie jeżdżą z reguły dzieci z biedniejszych rodzin. Zresztą, sama na takie jeździłam. Więc historia niejako ma szansę zatoczyć koło...
Tak wolontariusze oczekiwali na powitanie papieża na krakowskich Błoniach, który już zmierzał na nie tramwajem
I tu pojawia się pewien paradoks: w majestacie prawa mogę posiadając stosowne dokumenty wyjechać z będącymi pod moją opieką dzieciakami nawet na księżyc, mogę przejmować za nie odpowiedzialność, nawet mogę pełnić funkcje wolontariusza podczas tak wielkiej imprezy, jaką były Światowe Dni Młodzieży, mogę podróżować pociągiem po kraju, mogę wyjeżdżać za granicę, czy też być organizatorem i przewodnikiem podczas wycieczki bez wspomagania osób trzecich, a nawet drugich. Ale czego nie mogę? Nie mogę pojechać na obowiązkową wycieczkę zaliczeniową z uczelni bez wykwalifikowanego opiekuna osoby niepełnosprawnej, za którego muszę zapłacić, bo uczelnia nie ma na to środków. Szkoda, że ocenili mnie pod tym względem z uwagi na posiadanie przeze mnie orzeczenia o niepełnosprawności(którego chyba niektórzy chyba nie widzieli na oczy, skoro mylą się w stopniu niepełnosprawności), a nie przez to, co na prawdę potrafię. A tym czasem ja od pięciu lat żyję na własny rachunek, studiuję na dwóch uczelniach, do których sama dojeżdżam 80 km, co roku wyjeżdżam na wycieczkę zagraniczną, na którą nikt nie wymaga ode mnie opiekuna. Tymczasem tutaj pojawia się problem, wydaje mi się, że bardziej związana z stereotypowym myśleniem ludzkim, niż z faktycznymi moimi możliwości.
Wiecie, może i bym się nie denerwowała, gdyby to nie była wycieczka zaliczeniowa, od której zależy moje zaliczenie studiów. Ale tak... No i właśnie dlatego ŚDM w Panamie z Uniwersytetem Papieskim w zupełności wykluczam. Pewnie znowu wymagaliby opiekuna, a na to już na pewno nie będzie mnie stać!

niedziela, 15 stycznia 2017

457. Podróżowanie ponad granicami ludzkich stereotypów

Tydzień temu w grafiku zaznaczyłam, że w ubiegły piątek mam pracę zaliczeniową z przedmiotem zowiącym się "Doświadczenie religii i kultur w turystyce". W tygodniu okazało się jednak, że przedmiot ten jest dopiero w tym tygodniu(wyszło mi masło maślane). Czyli dostałam gratisowe 7 dni na wymyślenie jakiejś super ekstra prezentacji przedstawiającej daną myśl. Nie jest łatwo wpaść na to, w jaki sposób turysta może doświadczyć religii i kultury innych krajów podczas podróżowania, a do tego jeszcze opowiedzieć o tym w interesujący sposób w zaledwie 20 minut. Tym bardziej, że profesorka prowadząca przedmiot od razu zapowiedziała, że wszelkiego rodzaju pielgrzymki nie wchodzą w grę. 
Na szczycie przed Bazyliką du Sacre-Coeur: jako nieliczni z
grupy dotarliśmy na szczyt pieszo po schodach - pozostali
wjechali specjalną windą. A ile się przed tym nasłuchałam,
że nie dam rady wyjść, a tu proszę. Z Z. wszystko się da!
(Paryż, wrzesień 2015 r.)
Pomysł na przedstawienie tematu przyszedł mi na myśl podczas wykładu z "Miejsc turystyki religijnej na trasach rejsów śródziemnomorskich". Prowadzący zajęcia zaproponował wyjazd na weekend na Maltę, aby zobaczyć miejsca związane z podróżami apostolskimi św. Pawła Apostoła. Od razu pojawiła się aprobata grupy, zaczęli myśleć nad rezerwacją biletów samolotowych na wiosnę. I nagle usłyszałam za sobą tekst mówiony półszeptem: "Nie, jedenaście biletów, bo jeszcze przecież jest XYZ". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że cała nasza grupa liczy 12 osób. A skoro z ową nieobecną tego dnia XYZ policzyli, że potrzeba 11 biletów, to jasne jest, że kogoś nie wzięli pod uwagę. Kogo - nie trudno się domyśleć, skoro na kilkanaście wycieczek przedmiotowych w zeszłym roku wzięłam udział zaledwie w 1,5. I to nie dlatego, że nie mogłam(chociaż tak było w jednym przypadku), ale dlatego, że za każdym razem słyszałam od opiekuna grupy, że sobie nie poradzę. Oczywiście swoją wiedzę oparł tylko na tym, że posiadam orzeczenie o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności, bez zweryfikowania moich faktycznych możliwości. Tzn. według niego mogłabym jeździć na wycieczki, ale tylko z indywidualnym opiekunem, bo on nie chce obciążać moją osobą całej grupy.
Oxford :)
Tymczasem ja od 4 lat jeżdżę sama(czytaj BEZ OPIEKUNA) na zagraniczne wycieczki organizowane raz w roku przez ojca jednego z moich przyjaciół, jeszcze z czasów dzieciństwa. Co prawda są one organizowane stricte pod osoby niepełnosprawne, prawda jest jednak taka, że gdyby chcieli, to też by mi powiedzieli "nie, my cię nie weźmiemy, bo jedziesz bez opieki". Tym bardziej, że właściwie tylko ja jeżdżę za każdym razem sama, wszyscy inni niepełnosprawni jeżdżą zawsze z kimś. Owszem, w razie potrzeby mi pomogą, no ale przecież nalać mi herbaty do szklanki, czy też zawiązać sznurówkę to znów nie jest Bóg wie jaka pomoc i nikogo tak bardzo nie obciąża(wiecie chyba co mam na myśli). Wszystko zależy od ludzkiego zrozumienia i chęci. Tak jak już kiedyś mówiłam, bez tego żadna ze stron daleko nie dojdzie.
Nie wiem, może organizator tych wojaży na początku miał pewne wątpliwości, czy powinien mnie brać, ale teraz sam do mnie dzwoni już nie z pytaniem czy nie pojechałabym tu i tu, tylko że mam zacząć zbierać pieniądze na to i na to, bo planuje tam wyjazd wtedy i wtedy. Myślicie, że jakbym była dla nich obciążeniem(pan M. wie, że nikt z rodziny ze mną nie pojedzie) proponowałby mi te wyjazdy? Nie bardzo. Dzięki niemu zwiedziłam m.in. Rzym, Asyż, Padwę, Kromeriż(chyba tak się to pisze), Wenecję, Wiedeń, Budapeszt, Paryż, Londyn i wymarzony Oxford. Przez ten czas chyba nikt nie narzekał, że musi mi zrobić herbatę, czy coś przynieść na stołówce. Wręcz przeciwnie, zawiązały się całkiem fajne znajomości. Doszło do tego, że nie mogę doczekać się września nie ze względu na moje urodziny, ale właśnie dlatego, że jest wtedy możliwość spędzenia tygodnia w wyborowym towarzystwie, w którym nie zwracają uwagi na twoją sprawność, ale na to, co sobą reprezentujesz.
Ja zaś za każdym razem widzę szczęśliwych, uśmiechniętych ludzi, który mimo tego, że mają problemy z poruszaniem się, czy wręcz poruszają się za pomocą wózka, chłoną informacje przekazywane im przez przewodników. Zaś dzięki ich otwartości osoby takie jak ja mają możliwość zwiedzenia obcych krajów, które dotąd mieli okazję zobaczyć w telewizji, internecie, czy też na kartach książki. Wbrew pozorom i o nas trzeba pamiętać pracując w biurach podróży jako np. pilot wycieczki. Bo kierując się własnymi przekonaniami opartymi na stereotypach, możemy stracić naprawdę sporą grupę klientów(nas jeździ średnio 40 osób). Dzięki tym wycieczkom nie musimy siedzieć w domu i poznawać wszystkiego wirtualnie, ale możemy na własne oczy, mamy też okazję poznać regionalną kuchnię. A przecież przeżyć z tym związanych nikt nam nie zabierze, nie ważne czy jesteśmy niepełnosprawni ruchowo, czy umysłowo. Zresztą tak naprawdę osoby upośledzone umysłowo też na swój sposób przeżywają to co zobaczą, usłyszą, czy nawet zwykłą zmianę środowiska. Czyż to nie podchodzi rewelacyjnie pod tematykę zajęć? I jeszcze obrazuje jak wiele da się zrobić, jeżeli pominiemy wiele stereotypów. A przecież to takie ważne dla osób pracujących w branży turystycznej.
Watykan - październik 2013 r
Wzgórze Gellerta w Budapeszcie

czwartek, 22 września 2016

394. Opowieści sprzed ponad wieku, czyli wyprawa do Warszawy(cz. 1)

Wiedziałam, że za wszelką cenę musiałam zobaczyć mobilną wystawę, która na kilka miesięcy zawitała na czwarte piętro Pałacu Kultury i Nauki. Mówię tutaj o wystawie "Titanic the Exhibion", której elektroniczne reklamy bombardują mnie z wszelakich stron. 
Została nawet uruchomiona specjalna strona internetowa, na której można wyczytać wszystkie najważniejsze informacje na temat wystawy(http://titanic.cojestgrane24.pl/). Postanowiłam wygospodarować nadprogramowe pieniądze zarówno na pociąg do Warszawy i z powrotem, jak też na sam bilet wstępu. Tym bardziej, że historia "Titanica" wpisuje się w ramy moich zainteresowagą klń. Pozostał tylko termin wyprawy, który nieprzypadkowo padł na czwartek. Bo w czwartki do POLIN(Muzeum Historii Żydów Polskich) jest darmowy wstęp.
Pierwszy, i prawdopodobnie ostatni raz, pokonywałam trasę Sosnowiec - Warszawa głośnym Pendolino. Nie powiem, komfort jest całkiem niezły, całą trasę pokonałam w niewiele ponad 2 godziny. Odkryłam też tajemnicę szybkości tych pociągów - tutaj może nie tyle chodzi o prędkość, ile o ilość pośrednich stacji. Prawda jest taka, że jak ruszył z Sosnowca, tak zatrzymał się dopiero w Warszawie(tylko nie pamiętam czy we Wschodniej, czy w Zachodniej). Na miejscu byłam tuż po 9 rano. Nie zdążyłam przeczytać nawet 1/3 "Arki Czasu", którą wzięłam sobie na podróż :(. A książka poniekąd nawiązywała do muzeum POLIN - wszak opisuje piekło holokaustu widziane oczami ośmioletniego chłopca. Jeżeli ktoś z Was chciałby przybliżyć najbliższym ten tragiczny okres, to z czystym sumieniem mogę polecić tą pozycję - w prostych i przystępnych słowach opisuje tamte czasy, a nawet ja sama czasami zaśmiewałam się czytając niektóre fragmenty(to trochę tak, jak z filmem "Życie jest piękne" - któż z nas chociaż na chwilę nie zaśmiał się patrząc na Roberto Benigni?). W dodatku sieć oferuje jeden napój w ramach biletu(kawa, herbata, woda - pod warunkiem, że jedziemy drugą klasą, bo w pierwszej jest większy wybór), obsługa też profesjonalna i pomocna(pomimo tego, co słyszałam od innych niepełnosprawnych, no ale zależy na co kto liczy...). Tylko ta cena... Dobrze, że mam jeszcze studencką zniżkę. A następnym razem zamawiam bilet z wyprzedzeniem - tak podobno jest taniej.
W stolicy ostatnio byłam 10 lat temu, na początku mojej edukacji w szkole średniej. Zaś w samym Pałacu Kultury i Nauki byłam w II klasie gimnazjum, na jakiejś wystawie dotyczącej pracy ludzkiego mózgu(taki prototyp dzisiejszego Centrum Nauki Kopernik). Dlatego miałam małego pietra, czy w ogóle trafię do PKiN. Jednak tuż po opuszczeniu Dworca Warszawa Centralna okazało się, że słynny, komunistyczny budynek mam tuż pod nosem. Wystarczyło przejść kilka przejść dla pieszych i byłam na miejscu. O tym, że wystawa w dalszym ciągu jest tam, gdzie ma być świadczył afisz widoczny nad wejściem do budynku. 
Udałam się do kasy w celu zakupienia biletu wstępu na wystawę. I tutaj spotkało mnie pierwsze zaskoczenie - chłopak siedzący przy kasie oznajmił mi, że niepełnosprawni nie płacą za zwiedzenie wystawy(może ta informacja komuś się przyda - nie mam pojęcia co z opiekunami). Ucieszyłam się, tym bardziej że na stronie milczą na ten temat jak grób... Dodatkowo do każdej wejściówki otrzymuje się nieodpłatnie audioprzewodnik, który w przystępny sposób przybliża widzowi tajemnicę mitycznego statku. Zaś cała narracja prowadzona jest na tle ścieżki muzycznej z chyba najsłynniejszego filmu o tragedii "Titanica" z 1997 r.
Wystawę można podzielić na trzy, chronologiczne części: w pierwszej poznajemy historię powstania statku, jak i samej kompanii White Star Line, druga poświęcona jest samej podróży, jej komfortu oraz najważniejszym pomieszczeniom na statku, trzecia to dzieje statku po zatonięciu. Na wystawie możemy zobaczyć także wiele pasażerów "Titanica" - nie tylko załogę i najbardziej znane osobliwości, ale również wiele zwyczajnych osób podróżujących transatlantykiem. W gablotkach znajdują się rzeczy osobiste tych osób, niejednokrotnie wydobyte już z dna morskiego(nie da się nie wzruszyć na widok odnalezionej na dnie szalupy ratunkowej obrączki kobiety, która zamarzła uczepiona jej boku, eleganckiego garnituru zmarłego pasażera pierwszej klasy, kocyka, w który owinięto małe dziecko, czy też buciki dziewczynki, która tamtej pamiętnej nocy biegła w nich do jednej z szalup), obok niektórych zapisków można przeczytać ich polskie tłumaczenie. Patrząc na mapę trasy statku aż chce się krzyczeć: "Przecież on był tak blisko celu podróży!". Naprawdę, jeszcze dwa dni i parowiec dopłynąłby do Nowego Jorku. Zachwyciła mnie makieta "Titanica", wraz z zaznaczonymi kajutami poszczególnych klas. Wyraźnie na niej widać, jak marne szanse na ocalenie mieli pasażerowie trzeciej klasy chociaż, w porównaniu z innymi transatlantykami zadbano, aby i ich podróż była komfortowa. Wygodne łóżka(które też zrekonstruowano), umywalki w kabinach, posiłki w jadalniach - dla wielu z nich to prawdziwy luksus. Organizatorzy wystawy zadbali, aby oglądający nią zobaczyli tak niesamowite rzeczy, jak zastawa z jadalni pierwszej klasy, leżak wraz z firmowym kocem znajdujący się na spacerniku drugiej klasy, czy też lunetę pierwszego oficera Williama Murdocha, a nawet pocztówki przedstawiające statek. Każdemu dech w piersiach zapiera stanięcie przy trójwymiarowym zdjęciem słynnej klatki schodowej pierwszej klasy, przejście fragmentem korytarza pierwszej klasy, czy też dotknięcie autentycznego lodu. Mnie zachwyciły także kunsztowne rekonstrukcje kabin pasażerów trzeciej i pierwszej klasy, pokazanie toalety drugiej klasy, fragment węgla wydobyty z kotłowni w 2001 roku jak również kabinę radiotelegrafistów. Duże wrażenie robi również znajdująca się na końcu wystawy tablica z imionami i nazwiskami, a także wiekiem i klasą bądź pełnioną funkcją osób, które tej nocy straciły życie. Niekiedy były to wręcz całe rodziny!
Fantastyczna przygoda, miejscami miałam wrażenie, że sama uczestniczę w tym tragicznym w skutkach rejsie. Zachęcam Was do odwiedzenie tej wystawy, tym bardziej że czasu jest coraz mniej(wystawa w Warszawie jest tylko do 9 października, więc to naprawdę jest ostatni dzwonek. Jedyny mankament polegał na tym, że podczas oglądania ekspozycji nie można było robić zdjęć, znalazłam jednak film promujący wystawę:
I na koniec taka mała ciekawostka - zawsze myślałam, że historia miłości Jacka i Rose z "Titanica" Jamesa Camerona jest historią wymyśloną na potrzeby filmu. Okazało się jednak, że jest ona oparta na autentycznych wydarzeniach. Ich pierwowzorami są podobno Henry Samuel Morley, trzydziestodziewięcioletni właściciel sklepu, i dziewiętnastoletnia Kate Phillips, sprzedawczyni. Morley porzucił żonę i wraz z kochanką ruszył w rejs Titanikiem, by w Ameryce rozpocząć nowe życie. Finał historii jest niezwykle podobny; Morley ginie w czasie katastrofy, a Kate udaje się uratować - na pamiątkę po ukochanym zostaje jej naszyjnik i poczęte na statku dziecko.

sobota, 18 czerwca 2016

344. Trzask - prask, i po solniczce z solą

Dla tych co wierzą w zabobony potłuczenie solniczki wypełnionej solą będzie oznaczać pecha. Dla mnie oznaczała przerwanie na kilkanaście minut pitraszenia sobie obiadu i zajęcia się tamowaniem krwi toczącej się z niewielkiej ranki. Panikuję? Wyolbrzymiam? Być może, jednak z moją krzepliwością krwi nawet najmniejsze draśnięcie potrafi wywołać masywne krwawienie.
Dzisiaj skończyłam zajęcia wyjątkowo wcześnie, bo jeszcze przed 12. Po drodze wstąpiłam na ksero, aby odbić zaświadczenie o ukończeniu kursu na wychowawcę kolonijnego(nie było łatwo mi go zdobyć, bo na koniec prowadząca miała wątpliwości, czy ja z moim schorzeniem mogę pełnić tak odpowiedzialną funkcję, na szczęście Kuratorium Oświaty rozwiało wszelkie wątpliwości na moją korzyść), podjechałam pod Oratorium dowieść je(być może dzięki niemu zostanę głównym wychowawcą grupy), księdza nie zastałam, za to natchnęłam się na kończącą próbę scholę(swoją drogą ciekawe jak tam z naszą wycieczką do Wadowic..., wypadało by się zapytać). Co prawda Oratorium miało dzisiaj zajęcia, dzieciaków było jednak tak mało, że postanowiłam sobie odpuścić. Zresztą w mieszkaniu czekało na mnie trochę pracy, np. ugotowanie obiadu.
Ogólnie, jak poruszam kwestię obiadu, wszyscy spoglądają na mnie jak na przybysza z obcej planety. To pewnie moje niezgrabne ręce, ze sztywnymi, koślawymi palcami sprawiają, że moim rozmówcom nie zgadza się ogólny obraz z tym, który sobie wyobrażają. Tymczasem ja, mieszkając jeszcze w rodzinnym domu, od dawna jestem obyta z kuchnią. Pierwszą kanapkę zrobiłam sobie w pierwszej klasie szkoły podstawowej(wiem, wiem, późno, ale osobom takim jak ja większość czynności pojawia się w późniejszym wieku, niż u naszych rówieśników). Co prawda była to iście rolnicza pajda chleba(nawet nie wiem, czy w tamtych czasach znano chleb krojony) posmarowana smalcem, ale dało się zjeść. Kilka lat później nauczyłam się odpalania kuchenki gazowej(mój sposób - najpierw odkręć gaz, potem zapal zapałkę i przyłóż do palnika) a dzięki temu mogłam podgrzewać sobie przygotowane wcześniej przez mamę potrawy. W tym samym czasie zaczęłam obierać warzywa(w kuchni zawsze musiała być apteczka). W liceum natomiast przyszła era jajecznic, jajek sadzonych, placków ziemniaczanych, naleśników i omletów. Dzięki temu wiedziałam, że z głodu raczej nie umrę. 
Dzisiaj przygotowanie sobie posiłku to dla mnie drobiazg. Co prawda poświęcam na to więcej czasu niż inni, efekt końcowy nie jest jednak gorszy. Dzisiaj miałam mieć zupę koperkową(jedną z moich ulubionych) oraz ziemniaki z kalafiorem na parze. Wszystko wrzuciłam do odpowiednich garnków, zupę zagęściłam jogurtem naturalnym(mam uczulenie na śmietanę) i sięgnęłam po znajdującą się w szafce nad moją głową solniczkę z solą. Musiałam chyba źle ją chwycić, bo nagle wyślizgnęła mi się z dłoni, a potem usłyszałam już tylko brzęk rozbijanego o płytki szkła. Super, dawno nic w moim domu nie poszło z hukiem - czas nadrobić zaległości. Wzięłam więc zmiotkę i zaczęłam zamiatać drobinki szkła rozrzucone po całej kuchni. Większe kawałki postanowiłam jednak pozbierać ręcznie. I tak zupełnie niespodziewanie - wsss - zasyczałam czując jak w pewnym momencie krawędź przecina moją skórę na moim palcu. Z ranki momentalnie trysnęła krew, po chwili robiąc czerwone kropki na podłodze. Brawo ja! Na szczęście zlew był blisko, więc mogłam szybko dać rankę pod chłodną wodę. Plaster też w miarę szybko zdobyłam i nadzwyczaj sprawnie go założyłam - to też nie zdarza się często. Trochę odczekałam, aż przestanie mnie boleć i wzięłam się dalej za sprzątanie tych nieszczęsnych drobinek szkła zmieszanych z solą. Tym bardziej, że Puśka coraz bardziej zaczęła się nimi interesować. Plaster szybko przesiąknął, musiałam sięgnąć po nowy. Na szczęście powoli wszystko wracało do normy. Zdejmę go jednak dopiero jutro - czasami w nocy potrafi mi się otworzyć rana i wtedy jest równie ciekawie jak w dzień.

P.S. To z tym pechem przy rozsypaniu soli to tylko taka ściema, prawda? Jeszcze nie zdałam wszystkich egzaminów...

sobota, 11 czerwca 2016

341. Gdyby w ludziach było mniej złości, to świat byłby lepszy

Trzeci parafialny piknik rodzinny mamy tuż za sobą. Tym razem był on o tyle szczególny, że organizowany tylko przez nas, młodzież z parafialnego Oratorium Księdza Bosko. W tym roku wyjątkowo podziękowaliśmy mamom ze scholi i chóru działającego przy kościele. Skutek tego był taki, że nagle ni stąd ni zowąd okazało się, że kaleki Lolek może robić większość rzeczy. Może trochę wolniej od innych, ale jednak. A stolik z jedzeniem okazał się jak gdyby stworzonym ku temu punktem. I nikt nie wyskoczył na dzień dobry z tekstem: "Dzwońmy po tego i po tego, bo ona sobie nie poradzi". Wręcz przeciwnie, zastosowano zasadę: najpierw zobaczmy co Lolek potrafi, a potem oceniajmy. Da się? Pewnie że tak.
Rano wszyscy w doskonałych humorach wstawili się na miejsce zbiórki. Z góry było zaplanowane kto co robi. Co prawda mnie nie było na wtorkowej zbiórce organizacyjnej(środek sesji egzaminacyjnej), jednak tworzymy tak zgraną ekipę, że właściwie każdy w każdej chwili może dołączyć do "bandy księdza Bosko". Zresztą na początku dzisiejszego spotkania usłyszałam od księdza organizującego imprezę, że coś dla mnie wymyśli. Rzeczywistość zweryfikowała jednak całkowicie ten plan.
Tuż po otwarciu imprezy do księdza podeszła mama jednej ze scholanek z pytaniem, czy jej córka może jechać z nim na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa. Nie wiem jak to jest w innych parafiach i diecezjach, ale u nas diecezja ma zagwarantowany kampus w podkrakowskich Jerzmanowicach. Poszczególne grupy formują się jednak na szczeblu parafialnym, gdzie jeden z księży jest koordynatorem całego wyjazdu. Jednym z warunków jest jednak odpowiedni przedział wiekowy, który u nas wynosi 15 - 35 lat. Tymczasem dziewcze nie ma nawet 14. Ksiądz nawet zaciągał opinii w tej sprawie diecezjalnego koordynatora ŚDMu, jednak prawda jest taka, że wyjątek mogą stanowić osoby, które w okresie pielgrzymki będą miały co prawda 14 lat, ale rocznikowo będą piętnastolatkami. W. niestety się do nich nie zalicza, a przepisu się nie obejdzie. Nie spodobało się to mamuście, zaczęła zarzucać księdzu że jest leniwy i nie chce zabierać ze sobą młodzieży, a na koniec rzuciła, że gdyby wyjazd albo w ogóle całe przedsięwzięcie było organizowane przez parafialną scholę, to na pewno jej córcia by pojechała.
Taaa... i tym się kończy bezkrytyczne angażowanie mamuś dzieci śpiewających w scholi w różne przedsięwzięcia. Np. rok temu dosłownie dzień przed festynem dzwoniono do niej, żeby przyszła pomagać przy loterii fantowej, bo kaleki Lolek se nie poradzi! Albo W. bez przerwy ma czytania, wierszyki, mikrofony etc., etc. A skoro w scholi tak jest, to przecież wszystko jej się należy... Pomijam fakt, że gdyby ŚDM organizowała schola, to byłabym ostatnią osobą, która byłaby w to zaangażowana. Dzięki Ci Boże, że jest inaczej! Wolontariat na ŚDM organizowanym przez scholę byłby tylko pobożnym marzeniem.
Przez tą wymianę zdań cała magia świętowania prysła. Wybity z rytmu ksiądz nie tylko na połowie animatorów się wyżywał, ale też zupełnie zapomniał o wynalezieniu mi zajęcia. Ja jednak poradziłam sobie z tym sama - najpierw podliczałam punkty uzyskane przez dzieci w konkurencjach, a następnie pilnowałam aby na stole nie zabrakło jadła. Można? Można! I nikt nie miał ale... No może owej mamuśki, której nic się nie podobało i nawet ciasto było dla niej za słone, no ale z drugiej strony wcale nie musiała być na tej imprezie. Zwłaszcza, że W. nawet nie kwalifikowała się w kategoriach wiekowych i raczej nudziła się tam. A może mama liczyła na to, że znowu usłyszy, że jest potrzebna, bo "Lolek sobie nie radzi"? O nie, w tym towarzystwie na pewno tak nie będzie.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

318. Częstochowa - zagospodarowanie czasu po Mszy Świętej

Po Mszy postanowiłam troszkę pokręcić się po terenie klasztoru. Najpierw jednak poszłam "przywitać się" z gospodynią tego miejsca. To było dla mnie oczywiste, tak jak witam się z domownikami, u których jestem w gościach, tak samo powinnam się przywitać z Czarną Madonną. Kilka chwil minęło, zanim mogłam uklęknąć na posadzce i na kolanach obejść ołtarz z cudownym wizerunkiem. Czas i liczba wiernych, którzy przez lata wykonywali ten gest sprawiły, że posadzka pokryła się wyżłobieniem od kolan. Potem chcąc wydostać się z klasztoru poszłam na górny poziom klasztoru, gdzie znajduje się słynna Golgota Jasnogórska namalowana przez Jerzego Dudę - Gracza. Za każdym razem, kiedy patrzę na każdą jej stację, odkrywam szczegół, którego wcześniej "nie było". To tak, jakby ktoś coś domalowywał. Chociaż tak naprawdę jest to najlepsza oznaka tego, że nie zawsze umiemy być wystarczająco spostrzegawczy. W życiu codziennym jest podobnie - patrzymy na coś nie zawsze dostrzegając to. Jednocześnie za każdym razem Golgotę Jasnogórską, a raczej jej przesłanie, można interpretować na inny sposób. Być może dlatego tak bardzo do mnie przemawia? Następnie znalazłam się w Sali Rycerskiej, w której znajduje się wystawa gobelinów przedstawiających pielgrzymki Jana Pawła II do różnych sanktuariów Maryjnych. Nie wiem dlaczego, ale automatycznie skojarzyło mi się to z dolnym poziomem Centrum Jana Pawła II, gdzie w środkowej sali znajdują się wielkie obrazy o podobnej tematyce. A może to tylko moje zboczenie zawodowe(chociaż bardziej poprawnie brzmi studenckie)? Gobeliny naprawdę mnie urzekły kunsztem wykonania, chociaż niektóre słabo było widać. 
Z Sali Rycerskiej udało mi się wreszcie znaleźć wyjście z klasztoru - brawo ja! Już myślałam, że przyjdzie mi w nim spędzić resztę życia hi, hi, hi. Wychodząc z klasztoru i skręcając na prawo ujrzałam wejście do słynnego skarbca jasnogórskiego. Ponieważ jeszcze nigdy tam nie byłam(bo albo był remont, albo brak czasu, albo program wycieczki tego nie przewidywał), postanowiłam za wszelką cenę zobaczyć co skrywa w środku. Dlatego skierowałam kroki właśnie w jego kierunku. Po drodze minęłam tablicę upamiętniającą katastrofę prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. 
Kiedy weszłam do budynku, w którym znajduje się skarbiec okazało się, że jego zwiedzanie jest za darmo. Tego się nie spodziewałam. Jednak zanim wejdzie się do samego skarbca, mija się salę Augustyna Kordeckiego, wielkiego przeora klasztoru, Jest to typowa sala konferencyjna, jednak i na jej ścianach można zobaczyć ciekawe obrazy. Następnie weszłam do skarbca i... Aaa! Czego tam nie ma? Pamiątki po oblężeniu Jasnej Góry(to mnie najbardziej zachwyciło), makiety klasztoru, naczynia liturgiczne, ornaty, wota, pamiątki przekazywane przez prywatne osoby, są gabloty poświęcone ofiarom katastrofy pod Smoleńskiem, które były związane z klasztorem paulinów, PRL-owi, powstaniu "Solidarności", księdzu Jerzemu Popiełuszce... Długo, długo by jeszcze wymieniać. W każdym razie wyszłam z niego oczarowana wspaniałościami, jakie się w nim znajdują. Żałuję, że nie wstąpiłam do otwartego w zeszłym roku muzeum Jubileuszu 600-lecia Jasnej Góry, ale na to zabrakło mi już czasu. Może następnym razem?
Schodząc z Jasnej Góry minęłam urzekającą wystawę na wałach, przedstawiającą Światowe Dni Młodzieży w Częstochowie utrwalone w kadrach. Pod każdym zdjęciem widniał akt zawierzenia młodzieży Matce Boskiej, każdy w innym języku. Spojrzałam jeszcze w dół wzgórza i zaczęłam się zastanawiać jak ci wszyscy młodzi ludzie pomieścili się tutaj te 25 lat temu? Przecież nie ma tam nie wiadomo ile wolnego miejsca. Ale z drugiej strony... Widać Bóg znalazł jakiś na to sposób. Jak będzie za trzy miesiące? Zobaczymy.
I tutaj kończy się moja niedzielna wyprawa do oddalonej o 70 km. Częstochowy. Całkowicie samodzielna. Wracając o mało nie uciekł mi pociąg do Gliwic. Zdążyłam do niego w ostatniej chwili. Tutaj podziękowania dla konduktorów, którzy zauważyli, że biegnę i wstrzymali zamykanie drzwi od pociągu. Co prawda nie miałam biletu, ale miałam możliwość kupienia go w pociągu :). Za oknami przesuwały się kolejne krajobrazy, pociąg miarowo stukał do taktu, a ja spokojnie pochłaniałam kolejne strony "Potopu". Po godzinie wysiadłam na znajomej stacji. Poradziłam sobie ze wszystkim bez większych problemów. Chyba muszę częściej gdzieś wypadać.