Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą schola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą schola. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lipca 2025

2231. Jan Bosko XXI wieku

Jakiś czas temu pisałam o nawiązaniu na nowo znajomości, czy też jej odnowieniu, z jednym z moich ulubionych księży posługujących w mojej parafii - księdzem Wojtkiem. Niegdyś opiekunem naszego Oratorium, który tych 15 lat temu uwierzył w małego, kalekiego, ciągle pozostającego w tyle za całym peletonem, nie zawsze potrafiącego się wysłowić Lolka i jak gdyby nigdy nic ustanowił go animatorem, na równi z pełnosprawnymi członkami wspólnoty. Dla innych to nic, dla mnie bardzo dużo. Z późniejszymi kapłanami posługującymi w parafii miałam raczej neutralne stosunki. Kolejni opiekunowie Oratorium, słysząc że jestem animatorem, dopuszczali mnie do posługiwania w nim, nawet kiedy nie do końca wierzyli w to, że mogę. No, ale inni animatorzy wstawiali się za mną, więc było ok. No, może większą "miłością" darzyłam opiekuna scholi, księdza Franklina, no ale do reszty miałam życzliwy stosunek, życząc im jak najlepiej.
W 2016 roku, tuż po Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie, mieliśmy zmianę na stanowisku proboszcza. Po trzech latach odszedł ksiądz Grigorii, a w jego miejsce przyszedł młodziutki, zaledwie 43 letni ksiądz Jan. Kogoś mogłoby dziwić, że tak młody kapłan został powołany na proboszcza. Tymczasem na swojej poprzedniej placówce też piastował ten urząd, który został mu powierzony w wieku 37 lat i w 8 roku kapłaństwa. Nieźle, co?
Powitanie i zaprzysiężenie księdza Jana
Już podczas swojego pierwszego expose powiadomił w żartach parafian, że mama ich miała czwórkę - dwie siostry założyły rodziny, a on z bratem bliźniakiem, obecnym zresztą na zaprzysiężeniu, wybrali życie zakonne - jeden jako salezjanin, a drugi w zakonie jezuickim. Nie będę ukrywała, ze od początku ujął mnie swoją szczerością, bezpośredniością oraz uśmiechem.
Był z nami zaledwie rok, ale swoją postawą pokazywał, że zakon który wybrał to naprawdę jego powołanie. Widać było, że lubi pracę z dziećmi chociażby w zaangażowaniu i pomocy w prowadzeniu sobotnich zajęć oraz półkolonii. Raz nawet mnie zastępował, kiedy musiałam jechać do Krakowa coś zdawać na uczelni. Tak po prostu, bez publicznego "ale". Można? Można. Zresztą współtworzył też roczne plany pracy Oratorium (1. wtedy dotyczył on błogosławionej Piątki Poznańskiej, 2. Czy ktoś jeszcze je u nas pisze? - pytanie retoryczner) oraz programy półkolonii. Pamiętam też jak przyszedł do nas na wspólnotową Wigilię Oratorium i prowadził z nami normalne rozmowy, aby jeszcze lepiej poznać każdego z animatorów. Dofinansowywał nam też wyjazdy na Oratoriady i Szkoły Animatora Salezjańskiego, a także nasze wypady w góry. Wiadomo, że nie to jest najważniejsze, ale pokazuje, że życie i sprawy młodzieży były dla niego ważne.
Na zimowych półkoloniach
Wigilia
Ze scholą też żył w zgodzie. Właściwie już na początku jego kadencji obchodziliśmy uroczyście 10-cio lecie naszego istnienia. Ksiądz Jan, chociaż nie zdążył jeszcze nas poznać (to był dopiero koniec września, drugi miesiąc jego obecności u nas), odprawił dla nas Mszę świętą rocznicową. Miałam w niej zaszczyt zanieść kwiaty w procesji z darami. A potem ochoczo ustawił się z nami do pamiątkowego zdjęcia.
Patrzę na to zdjęcie i zastanawiam się, gdzie się podziali ci wszyscy ludzie. Przecież teraz w scholi śpiewa zaledwie parę osób
Przystawał też na nasze propozycje ożywienia życia parafialnego. Tu akademia z okazji rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża, tam rozważania różańcowe prowadzone przez scholę, to znowu Koncert kolęd i pastorałek, czy też rozważania Drogi Krzyżowej. Bardzo mnie cieszyło, że włączał mnie w przygotowania różnych nabożeństw poprzez napisanie do nich tekstów. Niby nic, a naprawdę czułam się członkiem wspólnoty. Przez tamten czas bardzo rozwinęłam warsztat pisarski i chyba najbardziej systematyczne prowadziłam parafialną kronikę.
Z samym księdzem Janem bardzo szybko znalazłam wspólny język. Średnio raz w tygodniu spotykaliśmy się jako zespół, aby omówić bieżące sprawy Oratorium. Ale wiadomo, że tematy rozmów spadały też na prywatne tematy. Ksiądz Jan żywo interesował się naszym prywatnym życiem, tym, jak spędzamy nasz wolny czas, jakie mamy zainteresowania. Wyrażał szczere uznanie tym, że studiuję w Krakowie i codziennie do niego dojeżdżam, że mimo wszystko byłam wolontariuszem na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. To z nim jechałam w samochodzie najpierw na święcenia kapłańskie Boskiego Oskiego do Wrocławia, a potem naszego parafianina Paula do S-ca.
Wtedy jeszcze dało się zrobić ognisko dla młodzieży z parafii
Przez rok zrobił dużo, zwłaszcza formacyjnie. Dużo miał też planów na przyszłość, m.in. chciał zrobić jakieś wycieczki dla parafii (a ja miałam mu pomóc w ich przygotowaniu), myśleliśmy o wznowieniu gazetki parafialnej, o wyjazdach dla młodzieży w góry. Przełożeni mieli jednak dla księdza Jana inne plany i odwołali go z naszej parafii. Miałam to szczęście, że mogłam go pożegnać w imieniu animatorów z Oratorium.
O księdzu Janie pamiętam w moich modlitwach oraz odmawiam w jego intencji różaniec w poniedziałek (ponieważ wniósł w moje życie wiele radości). Ostatnio jednak chciałam dowiedzieć się, co u niego słychać, tak po prostu. Z internetu dowiedziałam się, że jest proboszczem w niewielkiej parafii w diecezji lednickiej. Ma ta niewielu parafian, że jest na niej jedynym kapłanem. Za to pod jego parafię podlega kilka wsi i dwa kościoły filiowe. Z tego co wyczytałam, to w głównym ma w niedziele dwie Msze, w filiowych po jednej. W tygodniu podzielił Msze po dwie w każdym kościele. Poza tym remontuje na bieżąco świątynie, dokupuje wyposażenie, remontuje też Oratorium, organizuje dla parafian pielgrzymki dalsze i bliższe, prowadzi katechezę przed Pierwszą Komunią Świętą i bierzmowaniem, prowadzi też Krąg Biblijny oraz spotkania formacyjne dla ministrantów oraz animatorów. Jest odpowiedzialny za stronę internetową parafii oraz facebooka, na których wraz z młodzieżą umieszcza informację. I jeszcze znajduje czas, aby poprowadzić dla dzieci w sobotę Oratorium czy też zorganizować im półkolonie, albo wziąć udział w lokalnym biegu ulicznym. Kiedy on znajduje na to czas - nie wiem. Ale przy takiej petardzie czuję, jak niewiele robię.
Patrzyłam na to wszystko z mieszanymi uczuciami. Cieszyłam się, że ksiądz Jan wykorzystał daną mu szansę i tak pięknie wykorzystał talenty, jakimi obdarzył go Bóg. Ale z drugiej strony pojawia się to nieprzyjemne uczucie zazdrości i pytanie: dlaczego u nas nie może być podobnie? Dlaczego proboszcz nie potrafi wykorzystać posiadanych zasobów (i nie chodzi mi o mnie)? Niby jest opiekunem Oratorium, ale jest ono po prostu zamknięte. Bez sensu. Właściwie wszyscy ci, którym zależało na Oratorium poszli do S-ca. Tamtejszy opiekun bardzo się z tego cieszy, ale niesmak pozostaje. W ogóle on chciał rozkręcić Oratorium, kiedy był u nas, ale proboszcz nie dość, że się nie zgodził, to jeszcze doprowadził do przeniesienia księdza Jacka na inną placówkę. Tylko dlatego, że się jąkał, kiedy się stresował... To gdzie ja mam walczyć z takim człowiekiem? Z góry jestem skazana na porażkę.
Wiecie, mam taką nieodpartą chęć nawiązać kontakt z księdzem Janem. Choćby po to, aby mu powiedzieć, że jestem dumna, że go poznałam. I że może o sobie myśleć, jako o salezjaninie przez duże "S". Jak dla mnie to realizuje on salezjański charyzmat w 100% poprzez to, co i ile robi. Jak dla mnie jest takim współczesnym Janem Bosko. Na razie brakuje mi ku temu odwagi, ale może w końcu zdecyduję się na tego meila. 

poniedziałek, 7 października 2024

2042. Inauguracja roku formacyjnego

Ostatnio jest może ciut monotonnie na moim blogu, ale co ja na to poradzę, że uczestnictwo w Duszpasterstwie wciągnęło mnie na maksa? A skoro jest to jedna z rzeczy, którą żyję i która sprawia mi dużo radości, to dlaczego nie miałabym się nim dzielić z całym światem?
Początek roku akademickiego nierozerwalnie jest związany z początkiem roku formacyjnego. A czyż może być piękniejsze rozpoczęcie formacji od odprawienia Mszy świętej o szczęśliwy rok akademicki? Ta pierwsza Msza była raczej kameralna, dla naszego duszpasterskiego grona. Bo tydzień później odbywała się ogromna Eucharystia dla całego, bądź co bądź, niemałego środowiska akademickiego miasta Katowice połączona z wręczeniem nagrody Lux Silesia. 
Tamta ogólnoakademicka Msza odbywa się w Archikatedrze Chrystusa Króla naprzeciwko mojego wydziału. Z kolei inauguracyjna Eucharystia naszego Duszpasterstwa miała miejsce w kaplicy wydziałowej. Było ciasno, ale kameralnie. Poprzedziło ją spotkanie całego środowiska duszpasterstwa w gmachu redakcji "Gościa Niedzielnego" oraz "Radia eM". Mogliśmy podczas niego zobaczyć wszystkie pary z DA, które w poprzednim roku formacyjnym powiedziały sobie sakramentalne >>Tak<<, zobaczyć i posłuchać relacji z tegorocznego wyjazdu w Alpy na tzw. Camino, posłuchać świadectw uczestników rekolekcji Domowego Kościoła oraz Festiwalu Życia w Kokotku, a także spróbować tradycyjnej polenty. A nade wszystko mogliśmy ze sobą porozmawiać dowiadując się tym samym, co u nas słychać po wakacjach.
Przed ołtarzem znajduje się nietypowa
relikwia - szkic wykonany przez bł.
Pier Giorgia Frassatiego z jego podpisem
Po pierwszej części spotkania wszyscy udaliśmy się na wydział, aby wziąć udział we Mszy świętej, którą wraz z księdzem Krzysztofem koncelebrowali prodziekan Wydziału Teologicznego, a jednocześnie duszpasterz pracowników akademickich oraz ksiądz, który należy do Towarzystwa Ciemnych Typów (o co w nich chodzi pisałam >>tutaj<<). W kazaniu nasz ksiądz Kristofer nawiązał do tego, że nie mamy być jak ten Adam z Pierwszego Czytania, któremu Pan Bóg pokazywał kolejne zwierzęta, a on za bardzo nie wiedział co z nimi począć. Potem ten lekceważący i obojętny stosunek do otoczenia skutkował brakiem sprzeciwu na propozycję Ewy, aby zjedli owoce z drzewa poznania dobra i zła. Przestrzegał przy tym, że taka postawa w naszym życiu niczego konstruktywnego nie wniesie, a my będziemy znudzeni otaczającym nas światem. Że lepiej jest zadawać pytania, dotyczące wiary, życia, nauki, i oczekiwać na nie satysfakcjonujących nas odpowiedzi. Czasami ktoś nam je poda na przysłowiowej tacy, a innym razem będziemy musieli sami dojść do niej. Dlatego mamy być jak dzieci z Ewangelii - ufni i ciekawi świata, a wiedza, którą będziemy zdobywać przez kolejnych 9 miesięcy ma służyć nie tylko nam samym, ale i innym. Co ważne, służyć w sposób mądry i rozważny. Ma nie być prowodyrem pychy i przeświadczenia, że jest się w czymś lepszym od innych, ale sposobem, aby świat był lepszy. Na koniec nastąpiło oficjalne przedstawienie nowych animatorów poszczególnych grup działających w tym roku w duszpasterstwie i wręczenie im symbolicznych rogów obfitości.
Jedni debiutują jako tzw. "odpowiedzialni", a inni jako scholiści. Przez blisko 15 lat śpiewałam w parafialnej scholi, ale niektóre rzeczy zaczęły mnie przerastać. Może brakuje mi pokory co do niektórych spraw, jednak z drugiej strony - pokora nie oznacza na zezwolenie na pomiatanie i pomijanie mnie we wszystkim. Znam swoje ograniczenia, jestem nich świadoma, ale też wiem, że mam jakąś swoją wartość. Może malutką, ale zawsze. Może kiedyś wrócę, ale na pewno nie w czasie, kiedy jej opiekunem będzie taka toksyczna osoba, jak obecnie.
Śpiewu jednak mi brakowało. Toteż jeszcze na ostatniej "Chatce" zapytałam się tegorocznych odpowiedzialnych za duszpasterską scholę, czy nie będą mieli nic przeciwko, gdybym do nich dołączyła. Nie mieli, a nawet się ucieszyli. We wtorek przyszłam za wcześnie na spotkanie i trafiłam na ich próbę. Spodobało mi się, chociaż jeszcze do końca nie wierzyłam, że już w niedzielę będę mogła stanąć wraz z innymi w miejscu dla scholi. A jednak. Emocje brały górę, ale starałam się nie wybijać z moim głosem zbytnio przed szereg. Przecież wszyscy oni śpiewają od lat, mają wyrobione głosy, dzielą się na alty, basy, soprany, tenory... U mnie nawet to trudno ustalić. Na szczęście nikomu nie przeszkadzałam. A jak jeszcze mogę sobie pośpiewać na chwałę Panu to nic, tylko się z tego cieszyć. Najwięcej emocji wzbudziło we mnie wykonanie poniższej pieśni, którą zakończyliśmy uroczystość.
Wiecie co, miło było spotkać się z innymi po wakacjach. Co prawda z wieloma osobami widziałam się podczas wyjazdu do Brennej, ale tutaj było szersze grono. Wiem, że czeka mnie dosyć pracowity rok, ale mam nadzieję, że na rozwój duchowy też znajdę czas.

środa, 14 lutego 2024

1859. Pomijana

W scholi działam już 15 lat. Kiedy wstępowałam w jej szeregi byłam nieco nieśmiałą i raczej zamkniętą w sobie nastolatką, pomimo tego, że już od jakichś 7-8 lat trenowałam bieganie. Pomimo nowego obowiązku, jakim było chodzenie dwa razy w tygodniu na próby śpiewu, i w szkole, i na treningach radziłam sobie całkiem nieźle. Nawet dostałam się do wojewódzkiego etapu olimpiady matematycznej, co nie było takie łatwe. Jedyne co mnie denerwowało to, to, że muszę czekać, aż pozwolą mi śpiewać na Mszach. Ale myślałam, że może tak po prostu ma być, co znów nie było prawdą, bo inni mogli śpiewać od razu. Wtedy jednak nie zwracałam na to uwagi. I naprawdę cieszyłam się z tego, że wreszcie mogłam stanąć z innymi podczas niedzielnego śpiewu.
Przez te 15 lat można powiedzieć, że byłam tak często, jak tylko mogłam. Nieraz przychodziłam na Msze święte, nabożeństwa i próby zaraz po treningu, zajęciach w szkole, a potem na uczelni. Zmęczona i głodna, a czasami i chora, bo przecież nie miałam kiedy zjeść obiadu. Ale nie chciałam niczego opuszczać. Nawet, kiedy uczyłam się w Krakowie, to potrafiłam prosto z zajęć przyjechać do kościoła. Czasami byłam jedną z dwóch, trzech osób, które pojawiły się na nabożeństwie. Ale byłam. Jedyny wyjątek stanowił okres, w którym przez dwa lata uczyłam się na technika administracji w szkole policealnej. Zajęcia były w weekendy, a więc zdarzało się, że wypadały też w niedzielne przedpołudnia. Jednak nie tylko ja studiowałam zaocznie w scholi. A prosto po zajęciach potrafiłam dotrzeć na wieczorną Mszę świętą, pomimo zmęczenia i konieczności przygotowania się do studiów stacjonarnych w tygodniu.
Czasami zdarza się, że coś czytam, chociaż w porównaniu z innymi członkami scholi wypadam pod tym względem naprawdę blado. Kiedyś cieszyłam się, że średnia moich czytań wynosi 1 na rok (po jakichś 10 latach śpiewania w scholi), teraz ten współczynnik wynosi poniżej owej jedynki. W ciągu ostatniego roku na prawdę nie miałam ANI RAZU nic podczas Mszy świętych do przeczytania w macierzystej parafii. Nie dlatego, że nie chodziłam, nie dlatego, że w scholi jest tyle osób, że jest to niewykonalne (jest nas raptem 7 osób..., nie wierzę że przy odrobinie chęci nie dałoby mi się chociaż raz czegoś dać). Dlaczego? Nie mam pojęcia. Gdyby nie Duszpasterstwo Akademickie to w ogóle bym przez ostatni czas nic nie czytała.
I jeszcze to. Łudziłam się, że chociaż na czytania podczas Drogi Krzyżowej się załapię. Ale gdzie tam. Człowiek opuścił kilka niedzielnych Mszy świętych. Nie dlatego, że chciał. Dlatego, że był chory i słaby. Tak słaby, że wykładowcy sami z siebie zwalniali go z zajęć na uczelni, mimo gorącego okresu i zbliżającej się sesji. Tak słaby, że nie był w stanie pojawić się na pierwszym terminie egzaminów. Był raz, na odpuście parafialnym. I wtedy wszyscy się dziwili, że przyszedł w takim stanie. No to w dalszym ciągu nie przychodził, z powodu choroby. Przyszłam dopiero w Środę Popielcową. 
Po Mszy świętej prowadząca scholę prawie wszystkich się zapytała, czy będą w piątek, bo schola ma dyżur na Drodze Krzyżowej. Prawie, bo mnie pominęła. Tak, jakbym nie istniała. Zrobiło mi się przykro, że po tylu latach nawet na tyle nie mogę liczyć.
No po prostu deja vi z poprzedniego roku, kiedy z powodu grypy (albo koronawirusa), nie byłam na tej Mszy, na której rozdawano czytania na czuwanie podczas Wielkiego Piątku. Prowadząca scholę nawet nie próbowała się dowiedzieć, czy wtedy będę, chociaż wcześniej nie stanowiło to dla niej problemu. To wtedy poczułam, że coś tutaj jest nie tak.

Zabolało wtedy i boli do dzisiaj.
Boli, jeżeli człowiek zdał sobie sprawę z tego, że przez ostatni rok był bez przerwy pomijany.
Boli, jeżeli ktoś przez tyle lat starał się być.
Boli, jeżeli człowiek widzi, że inni nie są wcale tak więcej razy w parafii na scholi, niż on sam.
Boli, że takie rzeczy dzieją się w instytucji, gdzie wszyscy powinni być równi.
Boli, kiedy człowiek uświadomi sobie, że tak właściwie inni ludzie, którzy znają mnie znacznie krócej bardziej wierzą we mnie i w moje mizerne możliwości niż ci, którzy dopiero co mnie poznali.
Boli, boli, boli... I źle, że po tylu latach doczekałam się takiego traktowania.
Wygląda na to, że żyjemy w czasach, kiedy nie ma ŻADNEGO sposobu na skontaktowanie się z nieobecną osobą w celu zweryfikowania, czy będzie wtedy i wtedy. Ewentualnie trzeba przychodzić na Msze z udziałem scholi z gorączką i kaszlem. Może wtedy mnie zauważą...
Kiedyś próbowałam o tym porozmawiać z prowadzącą scholę. Nie dość, że nie dała mi się do końca wypowiedzieć, to jeszcze zrzuciła na mnie wszystko twierdząc, że niewystarczająco się udzielam. Błędne koło - może i nie udzielam się w takim stopniu, w jakim bym mogła, ale jaką mam ku temu okazję? Zero czytań, zero możliwości przygotowania jakiejś akademii, czy chociażby tekstów do przeczytania na nabożeństwa. Kiedyś obiecali mi, że będę mogła zorganizować im wycieczkę do Wadowic. Ale kiedy poruszałam temat, to zawsze było coś dużo ważniejszego, co powodowało, że nie mogła tego sfinalizować. Kiedyś, kiedy zapytałam prowadzącą scholę, dlaczego to ja muszę na wszystko czekać, usłyszałam jakieś mętne tłumaczenie skwitowane: wczuj się w moją sytuację. Chodziło o to, że dzieciaki bez przerwy coś dostają. Tylko, czy ona kiedykolwiek pomyślała co ja czuję z każdym kolejnym razem, kiedy mnie pomija?
Źle mi z tym. I nie wiem, czy będzie kiedyś lepiej...

Podobnie jak w przypadku adwentu, tak i na Wielki Post Krajowe Biuro Organizacyjne przygotowało akcję z zadaniami na każdy jego dzień. Pierwsze z nich brzmi następująco.
Pomyśl nad swoim postanowieniem Wielkopostnym.
I krótkie jego objaśnienie:
Wielki Post - czas nawrócenia i pokuty. W tym okresie zastanawiamy się nad tym, kim jesteśmy i jak wygląda nasza relacja z Bogiem. Dziś zachęcamy do zastanowienia się nad strefą naszego życia, która wymaga pracy i podjęcia postanowienia Wielkopostnego.

czwartek, 1 lutego 2024

1846. To jeszcze nie Wielki Post, ale...

Do Wielkiego Postu jest jeszcze troszunia czasu (który upływa w zastraszającym tempie), a ja już zaczęłam się do niego przygotowywać. Po pierwsze, dwa scenariusze Drogi Krzyżowej, jeden dla dzieci, których bohaterem jest postać Carla Acutisa, drugi dla młodzieży, o różnych formach odrzucenia we współczesnym świecie. Nie liczę na to, że wykorzystam je w mojej parafii, a na pewno nie przy "rządach" aktualnego proboszcza. Ale może uda mi się je "przemycić" gdzieś indziej. Teoretycznie mogłabym próbować zrealizować je w scholi, jednak tutaj też od pewnego czasu zauważyłam, że wizja Pani Dyrygent odnośnie jej funkcjonowania jest zupełnie inna niż moja. Właściwie to już nie jest ta schola, do której przyszłam. Może to wina tłamszenia większości inicjatyw przez księdza proboszcza, może prowadząca już się wypaliła w tym wszystkim (zresztą patrząc na topniejącą liczbę osób w scholi, to chyba nie tylko ona), ale mnie brakuje tego co było. I naprawdę, poleciała mi z oka niejedna gorzka łza, jak sobie tylko pomyślałam, co było, jeszcze tak nie dawno, a czego nie ma. Ogólnie planuję przyłączyć się do scholi Duszpasterstwa Akademickiego. Tylko na razie brakuje mi odwagi. Nie czasu, ale odwagi.
W sumie to Duszpasterstwo Akademickie proponuje bardzo dużo ciekawych inicjatyw na te 7 tygodni. Dwa cykle rekolekcji wielkopostnych (tym każde przez trzy kolejno następujące po sobie dni), Nocna Droga Krzyżowa, dni skupienia, wielkopostna jałmużna... Jest w czym wybierać. Wiecie, nie było mnie na kilku spotkaniach z powodu infekcji i już czuję, że zaczyna mi czegoś brakować. Tak sobie myślę, że Duszpasterstwo Akademickie po trochę zastąpiło mi pustkę, jaką spowodowało zlikwidowanie Oratorium. Kiedyś, na początku mojej kariery jako animator, raz w tygodniu ksiądz Wojtek organizował dla nas spotkanie formacyjne dbające o nasz rozwój duchowy. Zresztą co się wtedy nie działo - mieliśmy swoje niedzielne Msze święte, dostawaliśmy do przygotowania niektóre środowe nowenny, Drogi Krzyżowe, rozważania różańcowe, organizowaliśmy akademie, mieliśmy wyjazdy. Myślę, że to nas jednoczyło. Niestety, z czasem tych inicjatyw było coraz mniej. Aż w końcu całkowicie się skończyły. Czy dlatego tak ciągnie mnie do DA? Być może.
I na koniec - pojawiła się perspektywa udziału w próbie generalnej tegorocznego Misterium Męki Pańskiej jest bardzo kusząca. Co prawda z mojej parafii planowany jest na nie wyjazd 9 marca i nawet jestem na niego zapisana. Nauczona doświadczeniem odwoływania tego typu wyjazdów niemal w ostatniej chwili i w tym roku postanowiłam wziąć sprawy w swoje koślawe dłonie i zatroszczyć się o bilety we własnym zakresie. Tak szybkiego terminu się jednak nie spodziewałam (12 albo 16 luty). Mankamentem jest tylko dosyć późna godzina (19:30), na upartego mam jeszcze możliwość powrotu na Śląsk nocnymi kursami do K-c, a potem przynajmniej jedna linia jeździ co godzinę w kierunku mojego miasta. Podejrzewam, że w późniejszych terminach też by się coś znalazło, w końcu to tylko jeden bilet w dowolnym terminie. Ale ta próba generalna... to by było coś.

niedziela, 12 listopada 2023

1765. Wypalona wspólnota

Od jakiegoś czasu komunikacja w naszej parafialnej scholi kuleje. Taka spontaniczna komunikacja, bo o zaplanowanej nieobecności osoby za nią odpowiedzialnej z reguły wiem. O ile oczywiście jestem w mojej parafii na niedzielnej Mszy świętej, bo z tym też różnie bywa. Ale choćby nawet, to nie rozumiem dlaczego nie można tak jak kilka lat temu po prostu napisać SMSa, że w tą niedzielę schola nie śpiewa. Człowiek wyszedłby później z domu (zazwyczaj schola gromadzi się już 40 minut przed Mszą), a przynajmniej wziąłby sobie drobne na ofiarę. Jasne, ja też mogę zadzwonić na komórkę pani Dyrygent, ale jak dzwonię, to mam wrażenie, że jest poirytowana. A na SMSy mi nie odpisuje. Przykro mi z tego powodu. Tym bardziej, że przez 15 lat wydaje mi się, że sporo robiłam i nieraz nieźle się nakombinowałam, aby po zajęciach w Krakowie zdążyć jeszcze na Mszę lub nabożeństwo przez nas obstawione. Ale widać taki już mój żywot - można się starać, a i tak w ostatecznym rozrachunku wychodzi, że "się niewystarczająco udzielam". A może to oni nie dają mi ku temu okazji. Kiedyś lubiłam tam chodzić, ale teraz coraz częściej nie mam ani ochoty, ani motywacji. Oczywiście nie chodzę do kościoła dla scholi, jednak kiedyś coś się w niej działo, coś robiliśmy, były próby. A teraz, teraz nawet tego ostatniego nie ma... A jak człowiek wychodzi sam z jakąś inicjatywą, to jest tłamszony, a to przez proboszcza, a to przez Panią Dyrygent. Błędne koło...
Nie wiem, może to ja się wypaliłam i nie cieszy mnie to, co cieszyło jeszcze kilka lat temu. A może to Pani Dyrygent się wypaliła? A może ja mam za duże oczekiwania i błędnie pojmuję wspólnotę? A może wszystko po trochę? Ech, może powinnam zmienić temat mojej prelekcji na konferencji i mówić o wypaleniu w kontekście wspólnot religijnych? To tak odnośnie "Wypalonego Kościoła". 

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

1146. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 9/ Mur nie do przebicia

KROKUSY

Drzwi zamknęły się za nimi. Usłyszały zgrzyt klucza przekręcanego w zamku. Wyszły z internatu Nazaretanek tuż przed 10 wieczorem, bo o tej godzinie siostry zamykały dom, aby otworzyć go nazajutrz o 6 rano. Sześć studentek polonistyki w turystycznych strojach skierowało się w stronę dworca. 
 - "Że też ten ksiądz się zgodził..." - pomyślała Danka Skrabianka, wspominając rozmowę, którą odbyły z Karolem Wojtyłą przed kilkoma dniami. Jedna z nich przyjechała z wiadomością, że już kwitną krokusy i wyglądają wprost przepięknie. Wpadły na pomysł, aby zorganizować wycieczkę - sześć dziewczyn, sześciu chłopaków i ksiądz, którego poznały przed rokiem w parafii św. Floriana. Zgodził się. 
Choć trudno było zrozumieć jego kazania, to miał coś takiego w sobie, że ich przyciągał. Coraz liczniejsza gromada młodzieży odwiedzała go i uczestniczyła w jego wykładach. Ze smutkiem przyjęli wiadomość o przeniesieniu go do kościoła świętej Katarzyny. Pojawiła się jednak iskierka nadziei, gdy zaprosił ich na Msze do nowej parafii. Tylko ta godzina... 6 rano! Jednak zwlekali się z łóżek i raz w tygodniu meldowali w kościele. Pomysł wycieczki do Zakopanego zakładał jeszcze bardziej niemożliwe godziny. Wyjazd o północy, przyjazd na 5 rano, cały dzień na nogach w górach i znowu przyjazd nocnym pociągiem. 
Krótko po przybyciu na dworzec zobaczyły Jacka. Był sam, a ze stroju wcale nie wynikało, że wybiera się w podróż. 
 - Nie możemy jechać - wyrzucił z siebie. - Mamy na poniedziałek trudne zaliczenie. 
 - I teraz to mówisz? - Teresa była oburzona.
 - Wiesz jak jest. Na takich jak my mają szczególne oko. Jeśli z czymś nawalimy wywalą nas i wezmą do woja!
Tak, to była prawda. W czasach stalinowskich studenci dzielili się na dwie kategorie: jedni należeli do komunistycznego związku i mieli łatwe życie, ci którzy nie chcieli się zapisać, musieli pracować w pocie czoła, uważając, żeby nie podpaść. Dlatego chłopakom była na rękę Msza o 6 rano. Było mało prawdopodobne, że ktoś zobaczy ich o tej porze wychodzących z kościoła. Wystarczyłby jeden donos i wylecieliby z hukiem ze studiów. 
 - Co tak stoicie? - usłyszeli pytanie zadane znajomym, głębokim głosem. 
Odwrócili się i aż otworzyli usta. To był ksiądz Karol, lecz bez sutanny! Turystyczne buty, spodnie do pół łydki, kurtka, chlebak... Tylko twarz ta sama. 
 - Chłopcy nie jadą - ponuro powiedziała Teresa. - Z naszej wycieczki nici. A my chyba spędzimy noc na dworcu, bo siostry otwierają dom dopiero rano. 
 - To może pojedziecie ze mną - zaproponował Wojtyła.
Tym razem były jeszcze bardziej zdziwione niż na widok jego ubioru. Przecież to było ogromne ryzyko - ksiądz podróżujący samotnie w towarzystwie sześciu młodych dziewczyn! Gdyby to wszystko wyszło na jaw! A gdyby dowiedziało się o tym UB! Na pewno zrobiłoby wszystko, żeby go skompromitować!
Karol Wojtyła z młodzieżą(źródło zdjęcia)
 - Nie obawia się ksiądz? - zapytała Teresa.
 - Przecież nie robię chyba nic złego? Nie można pozwolić, aby młode dziewczęta spędzały noc na dworcu.
Podróż minęła im wyjątkowo szybko, choć pociąg wlókł się w tempie żółwia, a  tłok panował niemiłosierny. Najpoważniejszym problemem stała się forma zwracania się do księdza. Przecież nie mogą go zdekonspirować! Formy bezosobowe i inne łamańce językowe stały się największą zmorą tej podróży. Odetchnęły dopiero, gdy wyszły na ulice Zakopanego. 
 - Dziękujemy księdzu, że z nami pojechał - odezwała się Danuta. 
 - Nie ma za co.
 - Mamy nadzieję, że to nie ostatnia taka wycieczka.
 - Na następną zapewnimy też i męską obsadę.
 - Więc będzie ksiądz z nami jeździć? To fantastycznie! Jest tylko jeden problem...
 - Już wam się sprzykrzyło?
 - Ależ nie, skądże! Świetnie się rozmawia i w ogóle. Tyle że trudno to robić w większym towarzystwie. Nie chciałybyśmy księdza zdradzić.
 - A to stąd te formy bezosobowe. Tak, to rzeczywiście komplikacja. Jak to rozwiązać?
 - Mamy pseudonim. Czy moglibyśmy mówić do księdza "Wujku"?
 - A to zabawne. Nigdy nie miałem siostrzenicy, ani bratanków. Chociaż kiedyś w Wadowicach sprawdzałem rodzinne koligacje i wyszło mi, że niektórzy członkowie dalszej rodziny powinni tak się do mnie zwracać. Miałem wtedy z dziesięć lat. Ale jakoś nikt nie wziął na poważnie mojego zdania.  A więc "Wujek"? Zgoda, niech tak będzie.
 - Dziękujemy... "Wujku".

Od Anioła Stróża: Jeśli był "Wujek", to musiała być i rodzina. Wówczas zwyczajem było, że studenci zwracali się do siebie per "Pan/Pani", ale z chwilą narodzin "Wujka", ktoś zaproponował by przeszli na "braciszku/siostrzyczko". Tak narodziła się "Rodzinka Wujka Karola". Wspólnie wyprawiali się na wycieczki, jeździli na wakacje, świętowali razem imieniny i urodziny. Studenci robili dyplomy, zaczynali pracę i żenili się, a "Wujek" błogosławił ich małżeństwa. Były to trudne czasy. Jednego z członków "Rodzinki" aresztowali agenci ze Służby Bezpieczeństwa. Na szczęście został dość szybko zwolniony. 
Kiedyś, podczas wędrówki przez Bieszczady, zostali otoczeni przez wojsko i odprowadzeni na posterunek. Moim kolegom i mnie udało się jednak uchronić ich przed niebezpieczeństwem. Wyspecjalizowaliśmy się także w wędrówkach i sportach wodnych. Bywało, że nasi podopieczni gubili się w nocy w lesie, bardzo nas wtedy prosili o pomoc, a my chętnie to robiliśmy, prowadząc ich do obozowiska. Kiedy wyruszali na spływy kajakowe dbaliśmy, aby nikt się nie utopił w niebezpiecznych wirach. 
Wujek Karol jeździł z nimi na kajaki co roku. Tak było również latem 1958 roku. Tym razem znaleźli się na Mazurach. Tutaj do księdza Wojtyły dotarło pilne wezwanie do Warszawy do prymasa Polski, kardynała Stefana Wyszyńskiego.
----------------------------------------------------------------------------------
Karol Wojtyła wiedział jak zjednać sobie młodzież. Sam był przecież młody i za młodu kochał wycieczki po górach, zwłaszcza po leżących tuż u podnóża Wadowic Beskidach. Kochał młodzież i ona go kochała.
Czasami żałuję, że w naszej parafii jest tak mało wyjazdów dla młodzieży. Jeszcze kilka lat temu mieliśmy kapłanów, którzy byli salezjanami przez duże "S" - wycieczki w góry, wycieczki podczas półkolonii, jednodniowe a czasami nawet i kilkudniowe wyjazdy dla ministrantów, animatorów i oprawy muzycznej połączone z rekolekcjami... Dużo się działo, młodzież i dzieci przychodziły do dopiero co powstającego w strukturach Domu Młodzieżowego oraz parafialnej scholi.
Nic nie może jednak wiecznie trwać, jak śpiewała Anna Jantar. Nadeszła zmiana, potem kolejna. Czy lepsze? Niekoniecznie.
Wyjazdy dla animatorów zostały ograniczone do Oratoriad, na które nie każdy może jechać. Zero wyjazdów organizowanych przez Boskiego Oskiego. Oficjalnie "nie ma na to czasu". Jednak kiedy człowiek, z racji swojego wykształcenia, proponuje pomoc, spotyka się ze stanowczym "NIE". Czasu nie ma też na organizacje półkolonii. Tzn. Boski Oski nie ma wymaganych papierów ku temu, a proboszcz żyje czasami swoim własnym światem. Miałam w planach zrobić sobie przed wakacjami kurs organizacji wypoczynku wakacyjnego, choćbym miała jeździć po całej inspektorii i zbierać od poprzedników Boskiego zaświadczenia o 3-letnim okresie pracy z dziećmi(choinka, niby Boski Oski powinien dać mi to zaświadczenie, ale przestałam mu ufać...). Wtedy można by kombinować z półkoloniami z pominięciem x. proboszcza jako kierownika półkolonii. Tylko nie myślcie sobie, że robię to dla pieniędzy - tradycyjnie musiałabym za wszystko sama zapłacić, a w zamian raczej nie usłyszałabym nawet "dziękuję". No nic, przyzwyczaiłam się już do tego. Przyszedł jednak koronawirus i wszystkie kursy zostały zawieszone.
Nie lepiej jest ze scholą. Jeszcze w grudniu 2014 roku poprosili mnie o zorganizowanie wycieczki dla naszej wspólnoty do Wadowic. Wiedzieli, że mam tam rodzinę i tak kilka lat wcześniej mimochodem powiedziałam, że jakby co, to mogę kiedyś ich po nich oprowadzić. Ucieszyłam się(odpadłby problem praktyk studenckich) i chciałam od razu wyjąć mój terminarz, aby od razu ustalić jakiś termin(to jeszcze były czasy, kiedy miałam zajęte niektóre weekendy przez szkołę policealną). Usłyszałam, że na to przyjdzie czas. Minęło 6 lat, a schola nie pojechała do Wadowic. Na jesieni słyszałam, że nie możemy pojechać, bo dzieci rozpoczynają rok szkolny, a niektórzy akademicki w Krakowie(też studiowałam w tym czasie w Krakowie, więc słaba wymówka), bo jest za zimno, bo są urodziny(i to nie moje) i że lepiej będzie, jak pojedziemy na wiosnę. Wiosną słyszałam, że wolą jechać do Krakowa i na prywatne wyjazdy, a tak w ogóle to już wszyscy szykują się do wakacji. Ale na jesieni na pewno pojedziemy. Na jesieni znowu słyszałam, że nie bo... I tak w koło Macieju. A ja wracałam z płaczem do domu. W końcu przestałam pytać, bo szkoda moich łez i nerwów. Praktyki zrobiłam podczas ŚDMu w Krakowie. I tylko średniej szkoda, bo za każdym razem musiałam pisać podanie o przesunięcie zaliczenia na studiach. Temat chyba umarł śmiercią naturalną.
O innych propozycjach różnych przedsięwzięć już nie wspominam.
Bo co z tego, że ma się jakiś pomysł, skoro napotyka się na mur nie do przebicie.
Ale ja też nie mam charyzmy Karola Wojtyły.

Trzymajcie się ciepło i nie dajcie się wirusowi w koronie :)

sobota, 1 lutego 2020

1090. Po pierwszej wizycie u Kropki

- No to będziesz mogła wykorzystać swoją wiedzę w praktyce - stwierdziła ze szczerością Młoda, kiedy opowiedziałam jej o dzisiejszym spotkaniu z Kropką. Zarówno ja, jak i ona wiemy, o jaką część mojej zdobytej dotychczas wiedzy tutaj chodzi. I że może wcale nie pójść tak łatwo, chociaż Kropka to niezwykle inteligentna, wrażliwa i dorosła jak na swój wiek trzynastolatka, która bardzo przypomina mi bohaterkę jednej z książek Casey Watson - "Mała opiekunka mamusi". I że ta "praktyka" może dotyczyć nie tylko samej Kropki, ale też ich małych siostrzeńców...
Pierwsze zajęcia z Kropką mam za sobą. Na razie rozeznałam się w jej brakach w materiale szkolnym, a są one dosyć spore. Jednak podobne rzeczy przerabiam z M., więc nie powinno być źle. 
Chęć pomocy Kropce wymusiła na mnie pewną modyfikację sobotniego planu dnia, który teraz prezentuje się mniej więcej tak:
  1. 7:00 - 8:00 - bieganie w terenie
  2. 8:30 - 10:00 - korepetycje z M.(ewentualnie jeszcze dochodzi B.) - Oratorium
  3. 10:00 - 10:30/11:00 - pierwsza część zajęć w Oratorium
  4. 10:30-11:30/11:00-12:00 - urywam się z Oratorium i idę na próbę scholi(o ile jest) - kościół
  5. 11:30/12:00 - 13:00 - druga część zajęć w Oratorium
  6. 16:00 - 17:30 - korepetycje u Kropki w domu
Czas pomiędzy jednym a drugim jest do zagospodarowania przeze mnie. Oczywiście może się zdarzyć tak, że wypadną mi jakieś zajęcia z grafiku, albo będę musiała z czegoś zrezygnować na rzecz innych obowiązków. Z jednej strony może to działać na mój plus - więcej wolnego czasu dla mnie. Dzisiaj np. nie było Oratorium. A szkoda, bo z miłą chęcią poruszyłabym kwestię wczorajszej nieobecności animatorów na wieczornej Mszy świętej z okazji liturgicznego wspomnienia założyciela zakonu salezjanów, św. Jana Bosko. Ja rozumiem, że człowiek może mieć multum innych spraw, ale gdzie tutaj przykład dla innych? W dodatku to ja usłyszałam, że się niewystarczająco udzielam... To ja się pytam, gdzie byli ci, co się udzielają? I co trzeba robić, aby zasłużyć na takie miano? Dzisiaj już wiem, że próby scholi będą prawdopodobnie co dwa tygodnie, dzięki czemu nie będę musiała ciągle(tzn. wtedy, kiedy one były) zwalniać się z Oratorium.
Z drugiej strony już kilka razy miałam taką sytuację, że musiałam dzwonić i odwoływać swoją obecność tu czy tam, bo coś mi wypadło. Na szczęście były to specyficzne sytuacje, które zgłaszałam niemal od razu tam, gdzie powinnam. Każdemu może się zdarzyć, ważne, przynajmniej moim zdaniem, aby jak najszybciej o tym powiadomić zainteresowane osoby. I to niekoniecznie za pośrednictwem fb, ale telefonu. 
Wracając jeszcze do Kropki. Ogólnie dzieciak jest cholernie zdolny, szybko wszystko łapie, ale skomplikowana sytuacja rodzinna sprawiła, że częściej jej nie ma na zajęciach szkolnych niż jest. W szkole wiedzą co się dzieje i pewnie dlatego nie zawiadomili żadnych służb. Wiedzą też, że kiedy może i przychodzi do szkoły, to zalicza cały zaległy materiał. I zalicza go na czwórki, piątki, nawet szóstki, chociaż wszystko musi sama ogarnąć, albo przy pomocy schorowanej siostry. O ile oczywiście ma ona na to siłę. Rodzina została zgłoszona do tegorocznej edycji Sz.P., a jej potrzeby były tak małe i prozaiczne, że aż musiałam kilka rzeczy dopisać od siebie(akurat to ja miałam przyjemność być ich głównym wolontariuszem). Teoretycznie młoda kwalifikuje się do programu "Akademii Przyszłości", w praktyce nie dałaby rady dojechać do szkoły, gdzie odbywałyby się zajęcia. Czyli ktoś musiałby do niej dojechać. Uwierzcie mi, długo rozważałam wszelkie za i przeciw, bo to jednak jest jakieś zobowiązanie. Zwłaszcza, kiedy nie jest się zmotoryzowanym. Ani nie ma się wykształcenia pedagogicznego... A jednak się tego podjęłam. Bo cholernie żal mi tej małej. Mam nadzieję, że dam radę jej pomóc. Na razie mam jednak pewne "zadanie domowe" - muszę sobie przypomnieć o co chodziło w "Zemście" Fredry. Tak więc chyba będę miała kolejną pozycję do wyzwania w Lidzi.

wtorek, 17 grudnia 2019

1073. Przedświątecznie

Trzecia świeca, różowa, zapalona na wielkim adwentowym wieńcu ustawionym przed ołtarzem w kościele przypominała o tym, że jeszcze tylko tydzień i na nowo powitamy nowo narodzonego Zbawiciela. Ogniki skakały to w górę, to w dół, starając się pokazać, który z nich jest najwyższy. Ewentualnie jeszcze mogły chcieć wskazać wiernym drogę do Najwyższego. Cisza panująca w świątyni pomagała się wyciszyć, a jednocześnie skupić myśli wokół tego, o czym za chwilę mieliśmy usłyszeć.
Niedziela Gaudete to od lat pierwszy dzień naszych parafialnych rekolekcji adwentowych. Jak dla mnie zawsze były one przygotowaniem duchowym do zbliżających się świąt. A że z reguły chodziło się na roraty, to siłą rzeczy się w nich uczestniczyło, nawet kiedy kościół dopiero co został wybudowany, a potem poszło się na studia. Teraz też w miarę możliwości staram się w nich uczestniczyć, chociaż, wiadomo, obowiązki nie zawsze na to pozwalają. W tym roku jednak powinno być inaczej. Są rzeczy, z których od czasu do czasu można zrezygnować, czyli np. trening. I tak jestem po trochu znowu przeziębiona, więc i tak bym się w tym tygodniu nie wybrała ani na lekko atletyczny, ani na pływacki. Rekolekcje prowadzi ksiądz, który już kiedyś posługiwał w naszej parafii. Zresztą środowisko inspektorii jest na tyle małe(chociaż obejmuje 1/4 Polski - nie wnikajmy w poprawność matematyczną :)), że raz wszyscy księża salezjanie są raczej znani, a dwa - każdy chociaż raz zawita do jednej z prowadzonych przez siebie placówek. Ksiądz T. był właściwie założycielem Oratorium jako formacji. Niestety, nie przynależałam wtedy do niego, ale to nie oznacza, że mnie nie pamięta. Zresztą zauważyłam, że właściwie wszyscy salezjanie posługujący w naszej parafii pamiętają mnie w większym, lub mniejszym stopniu. 
Po południu mieliśmy scholowy opłatek. Oczywiście, na styczeń zaplanowany jest taki ogromny, dla wszystkich grup wspólnotowych. Rok temu odbył się dzień przed moim wylotem do Panamy, więc w nim nie uczestniczyłam. W tym roku jednak postanowiliśmy wyłamać się od tego, przynajmniej częściowo, i przygotować własną wigilię, chociaż przed świętami. Niestety, miałam tak zabiegany tydzień, że nie zdołałam nic przygotować. Właściwie "uratowało" mnie to, że sklepy były otwarte i mogłam po prostu kupić coś słodkiego. Bo jednak tak głupio pójść z pustymi rękami. Na opłatku było całkiem przyjemnie, pomimo różnych dziwnych sytuacji w ciągu roku... Było, minęło, grunt to żyć dniem dzisiejszym, prawda? Na opłatku pojawił się ksiądz proboszcz, który przemówił ludzkim głosem, kleryk i ksiądz T.(ten od rekolekcji). Zagadką pozostawało gdzie w tym czasie podziewał się Boski Oski i ksiądz M., jednak bez nich też sobie poradziliśmy. Były życzenia i skromny poczęstunek. Nie, poczęstunek był nawet bogaty. Tylko ja przy mojej alergii nie wszystko mogę jeść. Ale ja przyzwyczaiłam się do tego. 
Wieczorem jeszcze była próba zespołu muzycznego(nie scholi) przed pasterką i wieczorem kolęd i pastorałek. Musiałam się ciut urwać z opłatka, chociaż w końcowym rozdaniu i tak mieliśmy ją na jadalni(gdzie jest o wiele cieplej niż w podziemiach Domu Młodzieżowego). W sumie to był pomysł kleryka K., więc chwała mu za to, bo oprócz ciepełka mieliśmy jeszcze resztki z scholowej Wigilii. Przy okazji dowiedziałam się, co śpiewamy na wieczorze. Bo kolędy na pasterkę są co roku jedne i te same. Pastorałki i piosenki świąteczne w gruncie rzeczy znane były już tydzień temu, ale ja z powodu opieszałości jednego z darczyńców nie dotarłam na próbę. Jedna nieobecność jest jednak dozwolona, więc nie jest źle. A te nowe utwory przypadły mi do gustu. Chociaż na próbie było ciężko z opanowaniem wszystkiego, zwłaszcza w kwestiach muzycznych, to wszyscy wiedzą, że ja wyuczę się wszystkiego na pamięć. Już teraz śpiewam sobie refreny pod nosem. Do 28 grudnia będę wszystko śpiewała z głowy. A dzisiaj żegnam się z Wami jedną z piosenek, które mamy śpiewać na owym koncercie. Czyż nie jest piękna?

sobota, 23 listopada 2019

1063. Obejrzałam film i dalej nie wiem, jacy są toksyczni rodzice

Zgodnie z przewidywaniami, większość dzisiejszego dnia, a ściślej powiedziawszy popołudnie, spędziłam z kotem w łóżku. Młoda pojechała na zawody pływackie do Szczecina, miałam więc cały dom dla siebie i mogłam sobie kaszleć i kichać do woli. Zanim jednak to się stało, poszłam na Oratorium, bo obiecałam M., że wytłumaczę mu o co chodzi w procentach(chociaż ja mu to wbijam do głowy od dwóch lat, a on albo faktycznie zapomina, albo tylko udaje, że nie pamięta). Co prawda we wspólnocie jest kilka osób po klasach w ogólniaku z rozszerzoną matematyką, ale jakoś nikt nie jest chętny pomóc M. ogarnąć to wszystko. A jak już poszłam na sobotnie zajęcia, to już na nich zostałam. Zwłaszcza, że był deficyt animatorów. Po drodze tylko na chwilę urwałam się na próbę scholi, aby wpłacić pieniądze na przyszłotygodniową wycieczkę do Trzebnicy i Wrocławia. Chcieli mnie zwerbować na całą próbę, mnie jednak udało się z niej wykręcić... Zajęcia w Oratorium trwają w tym roku tylko do 13:00, całe popołudnie mogłam więc chorować.
A że nie lubię leżeć bezczynnie, to postanowiłam np. opracować plan pracy z, powiedzmy że Kropką. Tak, myślę że Kropka to idealny pseudonim dla kogoś takiego jak ta trzynastolatka. Bo z jednej strony prawie niezauważalna, a jednak jakże potrzebna. Dzięki pracy z M. orientuję się nieco w programie siódmej klasy, więc nie jest najgorzej. Chociaż tak naprawdę wiedza to tylko wierzchołek tej góry lodowej. Jeżeli nic nie stanie nam na przeszkodzie, to może to być bardzo fajna przygoda, a za razem współpraca. Oczywiście debiutowałam w pisaniu czegoś takiego i podejrzewam, że mój plan pracy z uczniem znacząco różni się od tego, jaki zostałby napisany przez profesjonalnego nauczyciela(czyli takiego po studiach), jednak ma on być tylko moją "podpórką" i pomocą w rozplanowaniu zajęć. W międzyczasie sprawdziłam Młodszej zadania z fizyki, których rozwiązania przysłała mi na meila i pokrótce wskazałam jej miejsca, w których popełniła błędy. Lepiej by było wytłumaczyć jej to osobiście, sytuacja jednak jest wyjątkowa i raczej niecodzienna. Udało mi się też obejrzeć "Co gryzie Gilberta Grape?", co jak wiecie, zaplanowałam sobie wczoraj.
Tytułowy Gilbert to młody chłopak, który po śmierci ojca zajmuje się nie tylko  rozpadającym domem, ale też pozostałymi członkami rodziny: dwiema siostrami, upośledzonym umysłowo bratem Arnim oraz chorobliwie otyłą i niewydolną życiowo mamą. Gilbert stara się jak może, jednak problemy jakie sprawia Arni niekiedy go przerastają. Akcja filmu rozpoczyna się na kilka dni przed osiemnastymi urodzinami Arniego, kiedy bracia siedzą na skraju drogi prowadzącej do ich miejscowości. Jak co roku, również i teraz, przejeżdżała nią konwój wozów z przyczepami kempingowi. Pomimo tego, że Arni wybiega na ulicę i macha do nich, żeby zaprosić ich na swoje urodziny, żaden z kierowców się nie zatrzymuje. Zrezygnowani wracają do domu. Po kilku dniach okazuje się, że w miasteczku jednak zatrzymały się dwie turystki - młoda kobieta o imieniu Becky oraz jej babcia. Z powodu awarii swojego wozu zmuszone są zostać w miasteczku na dłużej. Wkrótce Becky zaczęła nie tylko spotykać się z Gilbertem, ale też sprawiła, że w jego szarym życiu zaczęły się pojawiać też inne kolory.
Do obejrzenia filmu nakłoniło mnie stwierdzenie jednego z moich wykładowców, że Bronnie, matka chłopców i ich sióstr, jest osobą toksyczną. Problem w tym wszystkim polega na tym, że nawet nie mam pojęcia jakie cechy charakteru przejawia taka osoba, dlatego miałam nadzieję, że film nieco oświeci mnie w tej kwestii. Niestety, nadal jestem "zielona" w tych sprawach. Nie wiem czy Bronnie przejawia cechy toksyczności. Ja widziałam w niej jedynie nieadekwatną do roli matki kobietę, w której z każdym dniem narastała frustracja. W stosunku do córek była raczej obojętna, na Arniego przelewała infantylne uczucia, natomiast od Gilberta wymagała, aby był zarówno ojcem, jak i matką dla rodzeństwa. Tak jakby nie mógł mieć własnego życia, własnych spraw. Czy na tym polega toksyczność? Nie wiem. Z drugiej strony nie można jej zarzucić, że całkowicie nie interesowała się własnymi dziećmi, a zwłaszcza upośledzonym Arnim. Kiedy trafił na posterunek policji, pojechała po niego. To nic, że było to pierwsze jej wyjście z domu od wielu lat. To nic, że wszyscy się śmiali z jej tuszy. W tamtej chwili liczył się tylko jej Arni.
Pomijając już to, czy Bronnie była toksyczna czy też nie, to zachwyciłam się ogólną grą aktorską w tym filmie. Darlene Cates świetnie i autentycznie wcielała się w rolę matki, która nie radzi sobie ze swoim własnym życiem, a co tu dopiero mówić o ogarnięciu życia swoich dzieci. Juliette Levis, czyli filmowa Becky, rozczulała mnie swoją opiekuńczością względem Arniego oraz troską wobec Gilberta. Leonardo DiCaprio, jeszcze sprzed czasów kultowego "Titanica", rolę Arniego dostał w wieku zaledwie dziewiętnastu lat. Rewelacyjnie wcielił się w rolę upośledzonego umysłowo chłopaka o mentalności kilkulatka. I wreszcie Johnny Depp, czyli tytułowy Gilbert. Oglądając go pomyślałam sobie, że jeżeli miałabym starszego brata, to tylko takiego jak on. Troskliwego i opiekuńczego, wszak po śmierci ojca to właściwie on musiał zajmować się upośledzonym bratem. Chociaż mógł przeciwstawić się matce, która nie zajmowała się należycie Arnim(jednak jeszcze raz podkreślam - to, że się nim nie zajmowała nie oznacza, że się nim nie interesowała) prawie a zawsze był przy nim niczym anioł stróż. Nawet jeżeli coś nawalił, np. nie wyjął Arniego po kąpieli z wanny i ten się wyziębił, to potem przez długi czas miał wyrzuty sumienia z tego powodu. To taki wymarzony starszy brat.
Mimo wszystko "Co gryzie Gilberta Grape'a" jest niezłym filmem pokazującym stosunki między członkami rodziny, kiedy jest ona niepełna. Tutaj zabrakło ojca, który postanowił skończyć ze swoim życiem. Jego śmierć spowodowało załamanie się Bronnie, a owo załamanie skutkowało porzuceniem swojej roli społecznej, jaką była rola matki czwórki dzieci oraz roztycie się. Przez brak ojca oraz stan psychiczny matki Gilbert musiał szybciej dorosnąć, żeby poradzić sobie z opieką nad upośledzonym bratem. Jedno wydarzenie - masa następstw. A te następstwa pociągały za sobą kolejne i kolejne. Nasuwa się pytanie, jak wyglądałoby życie Gilberta, gdyby jego ojciec nie popełnił samobójstwa. Ale tego chyba się nie dowiemy. Można to sobie tylko wyobrazić.

niedziela, 30 czerwca 2019

969. No to chyba czas na scholowe wakacje

Nadeszły wakacje nie tylko od nauki, ale jak się dzisiaj okazało, również od śpiewania w parafialnej scholi. Ogłosiła nam to dzisiaj prowadząca zespół tuż po Mszy świętej o godzinie 10:00, na której śpiewaliśmy. No i tak jakoś mam mieszane uczucia co do tego. Bo niby od kilku lat już tak jest, ja jednak pamiętam czasy, kiedy śpiewaliśmy także w wakacje. I nikomu to zbytnio nie przeszkadzało. Kto miał wyjechać na wypoczynek, ten wyjeżdżał, a kto mógł śpiewać, ten śpiewał. Wyjątkiem były dwa ostatnie tygodnie sierpnia, kiedy wyjeżdżaliśmy na wakacje. Nikomu to nie przeszkadzało, ale to też było za "innych rządów". Teraz... teraz jest inaczej, bardziej oficjalnie. Czasami nie wiadomo jak się odezwać, a nawet popatrzeć, aby nie podpaść "górze". Zwłaszcza kiedy ma się problem z wyrażaniem werbalnym swoich myśli, zresztą z nie swojej winy. Przeraża mnie fakt, że te utarczki będą trwały jeszcze przynajmniej rok. Moja psychika i poczucie własnej wartości cierpi na tym najbardziej. A przecież tak nie powinno być, skoro przed Bogiem wszyscy jesteśmy równi.
W scholi śpiewam 11 lat. To naprawdę szmat czasu. Praktycznie wszystkie piosenki znam na pamięć. Czasami mam wrażenie, że ta moja pamięć i problemy z kontaktami międzyludzkimi to symptomy zespołu Aspergera. A z drugiej strony badało mnie tylu psychologów, że chyba coś by zauważyli w tej kwestii? A ja po prostu muszę nauczyć się walczyć o swoje. Mimo wszystko. Mimo nieprzychylności ludzi, mimo tego, że obracają się w stereotypach. Po prostu muszę opanować tą umiejętność. Mam nadzieję, że nie jest na to jeszcze za późno.
Dzisiaj pożegnaliśmy też księdza T., teoretycznego opiekuna naszej scholi. Piszę teoretycznego, ponieważ mam wrażenie, że ta funkcja została mu z góry narzucona. Tym samym robił to z przymusu i męczył się tą rolą. Wiadomo, nic nie mówił, ale to po prostu było po nim widać. Aż w końcu przestał przychodzić na próby. Może to i lepiej? Po co miał robić to, co nie sprawiało mu przyjemności? A z drugiej strony był jedną z niewielu przychylnych mi osób w moim otoczeniu. Chyba jako jedyny z całej trójcy akceptował mnie taką, jaka jestem. Ale "Nic nie może przecież wiecznie trwać".
Scholowy urlop do września... Jakoś to przeżyję.

sobota, 8 czerwca 2019

948. A palec boli i już

Czasami nie wiem czy się śmiać czy płakać z powodu własnej nieudolności.
Dzisiaj mieliśmy ostatnią w tym roku próbę parafialnej scholi. Ogólnie rzecz mówiąc to ten rok zaliczam raczej na plus. Dawali mi się stosunkowo często wykazać jako lektor, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia. I stosunek do mnie był nieco bardziej przychylny. I nawet dostałam na wyłączność jedną zwrotkę piosenki do zaśpiewania(o czym pisałam >>tutaj<<). Jedyne do czego mogę się przyczepić to do zachowania niektórych mamusiek śpiewających w scholi, które za wszelką cenę chciały rządzić wszystkimi. Potrafiły się nawet wtrybić w to kto co śpiewa, a raczej czego nie śpiewa, w "Zaufaj Panu już dziś"(na szczęście inni wstawili się za mną). A że mamy jedną głównodowodzącą, która wszystkim dowodzi, to robił się mały chaos. Nie wiem, czy to ma związek z moimi problemami neurologicznymi, czy może taka jest moja osobowość, ale nie znoszę takiego chaosu i zawsze, naprawdę zawsze gubię się w tym co słyszę... Dlatego tak bardzo irytuje mnie takie coś. Ale poza tym wszystko było na plus.
Poszłam do kościoła na ustaloną godzinę, trochę pobyłam na zewnątrz z innymi i weszliśmy do środka. Zaraz po tym zostałam poproszona przez panią B. o to, abym poczekała na dole na resztę, która miała się spóźnić i w razie czego otworzyła im zamknięte na klucz drzwi. W sumie nic nowego, z reguły zostaję na zakrystii i czekam na spóźnialskich. Akurat na stoliku leżał "Lekcjonarz" otwarty na jutrzejszym czytaniu, które jest moim ulubionym - o zesłaniu Ducha Świętego. Nie wiem jak to się stało, ale nauczyłam się go prawie na pamięć, a za księdza F. to nawet miałam okazje przeczytać je na jednej ze Mszy świętych(więcej o tym pisałam >>tutaj<<), również moja praca zaliczeniowa z przedmiotu zowiącego się Nowy Testament dotyczyła krain geograficznych i narodowości, z których przybyli ludzie znajdujący się tamtego dnia w Jerozolimie. 
Teraz też zatopiłam się we fragmencie tego niewielkiego urywku z Dziejów Apostolskich na nowo delektując się jego przesłaniem. W pewnym momencie usłyszałam kroki pani B., która po chwili weszła na zakrystię z informacją, że już nikt więcej nie dotrze i poprosiła mnie, abym wyjęła klucz z drzwi. Odłożyłam wolumin na miejsce i poszłam wyciągnąć klucz z zamka. I zupełnie nie mam pojęcia jak to się stało, ale wyjmując go rozcięłam sobie o jego brzeg mały palec u prawej dłoni. 
Niby nic, ale jak się ma słabą krzepliwość krwi to jest jej momentalnie bardzo dużo. W dodatku, nie wiem jak to się stało, ale nie miałam przy sobie nawet chusteczki higienicznej. A krew leciała ciurkiem. Z zaciśniętą dłonią oraz kluczem w drugiej ręce poszłam na chór. Nieśmiało zapytałam się pani B. czy nie ma czasem chusteczki. Wiecie, raczej bym się nie wykrwawiła, ale jeszcze chwila, a krew zaczęłaby kapać na posadzkę. A jak kiedyś nie daj Boże w naszym kościele zostanie popełniona zbrodnia, to jeszcze dzięki DNA znajdę się na liście o nią podejrzanych... Ech, za dużo się naczytałam książek i wyobraźnia mi szaleje.
Wreszcie krew przestała mi cieknąć, teraz w okolicy paznokcia mam takie dwie szramy. Piecze jak nie wiem, ale zagryzam wargi i działam dalej. Spokojnie, po powrocie do domu sobie to zdezyfekowałam, więc nic mi nie będzie. Zresztą to nie pierwsza moja rana i na pewno nie ostatnia...

niedziela, 12 maja 2019

924. A gdzie w tym wszystkim szacunek?

Czasami mam już dosyć pewnych zachowań niektórych osób.
Bo ileż można wchodzić drugiej osobie w słowo. Owszem, każdemu się to zdarza, nawet mnie. Jest to jednak z mojej strony działanie sporadyczne. Ale co sądzić o osobie, kiedy wchodzi mi w zdanie nie raz, nie dwa, ale notorycznie. I żeby nie było - nie jest to osoba po kilku klasach szkoły podstawowe, czy też gimnazjum, bo takie zachowanie mogłabym jeszcze zrozumieć, ale po magistrze w kierunku pedagogiki, więc tym bardziej powinna rozumieć, że inni też chcą czasami coś powiedzieć.
Wiem, pewnie sporo winy leży też po mojej stronie, ale co ja na to poradzę, że czasami zbierze mi się zbyt duża ilość śliny w jamie ustnej(jeden ze skutków ubocznych mózgowego porażenia mózgowego), że muszę przerwać w pół zdania, aby ją przełknąć? Co ja na to poradzę, że mówię wolniej oraz ciszej niż inni? Czy to znaczy, że jestem o wiele gorszym rozmówcą? Czy nie warto dać mi się wypowiedzieć?
Dzisiaj chciałam zadać jedno proste pytanie. Zaczęłam, kiedy po raz kolejny jedna i ta sama osoba przerwała mi w pół słowa innym pytaniem skierowanym do osoby, z którą rozmawiałam. I oczywiście mnie przekrzyczała. A tym samym moja rozmowa została mi przerwana. Zupełnie, bo obydwie osoby - ta, która ze mną rozmawiała i ta, która przerwała nam rozmowę - poszły w tym samym kierunku, a ja w przeciwnym(akurat tak mieszkamy). 
Oczywiście znowu się zdenerwowałam, tym bardziej, że jak już powiedziałam, taka sytuacja zdarza się coraz częściej. Źle się z tym czuję, nie powiem, że nie. A może napiszę inaczej - czuję się lekceważona, ze względu na moją niepełnosprawność i ograniczenia z niej wypływające.
Zresztą problem z przerywaniem mojej wypowiedzi nie jest jedynym. Nasze scholowe ubrania są pochowane na co dzień w szafie. Czasami trzeba się nieźle nagimnastykować, aby znaleźć ten swój. Kilka razy po dłuższych poszukiwaniach znalazłam już swój strój, kiedy owa osoba tak szukała jej, że dosłownie wyrwała mi mój wieszak z dłoni i znowu musiałam go od nowa szukać. A przy okazji słyszę kpiący komentarz, że trzeba się spieszyć. Ale żeby mi pomóc i chociaż zdjąć mój wieszak z drążka - oj, na to się już nie wpadnie, bo po co(tylko mi nie mówcie, że trzeba po prostu poprosić - spokojnie ściągam swój strój i go zakładam). Lepiej popędzać. O zamieszaniu z organizacją wycieczki do Wadowic już nie wspomnę. Tak samo jak wciranie się w sprawy scholi i burzenie jako takiego porządku. 
Przepraszam za taki mało optymistyczny post, w którym się żalę, ale czasami muszę się wygadać. Tym bardziej, że coraz częściej mam wrażenie, że jesteśmy wspólnotą tylko z nazwy, a nie z działania. A poza tym czuję, że to jest po prostu brak szacunku w stosunku do mnie... Tak, wiem, powinnam pogadać z tą osobą i wyjaśnić co mi leży na wątrobie. I zrobię to, kiedyś. Muszę tylko emocjonalnie dojść do siebie, bo inaczej nic z tego nie będzie...

wtorek, 4 grudnia 2018

829. Każda świeca w wieńcu adwentowym ma swoją nazwę i specjalne znaczenie

Adwent to świt…
Adwent to mała izba w domu cieśli, gdzie zjawił się archanioł, którego imię Gabriel znaczy: Zwiastujący człowieka.
Adwent to pustynia, na której widać wyniosłą postać Jana odzianą w skórę wielbłąda.
Adwent to nasze życie.
Adwent to nasza śmierć.
Adwent to nasze zmartwychwstanie.
Adwent to ostateczne przyjście Chrystusa.
Adwent to czas.
Czas dopełniania się i zbliżania,
czas wzrostu i rozwoju,
czas oczekiwania i tęsknoty,
czas przychodzenia Tego, który jest zawsze,
czas ufności i radości,
czas naszego powrotu, przemiany,
czas proroctwa i świadectwa,
czas nocy, pora świtu.
Czas nadziei.
Adwent to nasz czas zbawienia. 
„Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas, niż wtedy, gdyśmy uwierzyli” (Rz 13,11).
ks. Janusz St. Pasierb: Światło i sól.

Witam Was tym niezwykłym jak dla mnie wierszem autorstwa księdza Janusza Pasierba. Od niedzieli w kościele katolickim rozpoczęliśmy adwent - czas radosnego oczekiwania na przyjście Pana Jezusa ponownie na ziemię. Chociaż w kościele katolickim odmierzany jest przez kolejne zapalane cztery świece na wieńcu adwentowym, tak naprawdę trwa on przez cały czas. Nigdy przecież nie wiemy, czy już za chwilę nie będziemy świadkami paruzji, czyli ponownego przyjścia Zbawiciela na świat. Być może żyjemy już w "tych" czasach? Dlatego, jak mówi Pismo Święte: "Czuwajcie, bo nie wiecie kiedy Pan wasz przybędzie". A czyż może być piękniejsze określenie takiego czuwania niż słowo "adwent"? Trwajmy więc w adwencie naszego życia. Osobiście lubię ten okres, który jest właściwie taką apokaliptyczną alfą i omegą - zwieńczeniem roku kalendarzowego i rozpoczęciem nowego roku w kalendarzu kościelnym. Dla mnie to przeplatanie się nowego i starego roku też symbolizuje przypomnienie o tym, na co tak naprawdę czekamy.
Jednym z symboli okresu adwentu, w który właśnie wkroczyliśmy jest wieniec adwentowy. Znajduje się on chyba we wszystkich kościołach katolickich(bynajmniej ja nie spotkałam się jeszcze ze świątynią, w której by go nie było) i w wielu kaplicach(a tutaj akurat spotkałam się z jego brakiem). Również w coraz większej ilości domów pojawiają się wieńce, które w symboliczny sposób odliczają te cztery niedziele oczekiwania na Boże Narodzenie. Jednak czy mają one za zadanie jedynie ozdobić nasze mieszkania i wprowadzić świąteczną atmosferę? I jakie w ogóle jest ich znaczenie?
Wieniec adwentowy tak bardzo wsiąknął w symbolikę adwentową, że mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że do naszego kraju dotarł dopiero po I wojnie światowej. A już na pewno nie wpadniemy na to, że posiada przedchrześcijańskie, skandynawskie korzenie. W 1939 roku został "eksperymentalnie" przetestowany przez jednego pastora w prowadzonym przez niego sierocińcu. Po przeszło 20 latach upowszechnił się w całym kościele luterańskim i został nazwany świecznikiem adwentowym. W Polsce po raz pierwszy pojawił się w 1925 roku w jednym z wrocławskich kościołów. 
Wieniec jest obrazem wspólnoty, która oczekuje w miłości i radości na swojego Pana. Dlatego jest umieszczany w kościele na widocznych miejscach a w domu na stole. Zgodnie z tradycją w domach świece są zapalane przez najmłodszego członka rodziny.
Na lekcjach religii, czy to w szkołach, czy jeszcze wcześniej poza nimi, zapewne tłumaczono nam, że okrągły kształt wieńca(chociaż to też nie jest regułą, w kościele widziałam też taki jakby regalik z czterema półeczkami, na których były umieszczone świece) ma symbolizować jedność i wieczność oraz powtarzający się cykl pór roku, a także wieczność Boga i znak zwycięstwa Chrystusa. Zielone gałązki świerka lub sosny nawiązują do życia wiecznego oraz znakiem nadziei - w końcu na świat ma przyjść Mesjasz Pan, który ma moc pokonania ciemności, zła i śmierci. Mają także przypominać uroczysty wjazd Jezusa do Jerozolimy, podczas którego przywitano go zielonymi gałązkami i okrzyknięto Królem. Czerwone wstążki zawiązane na wieńcu są symbolem miłości Boga, która najpełniej objawiła się w narodzeniu Syna Bożego, który tym samym stał się człowiekiem. Fioletowe wstążki to symbol pokuty i nawrócenia w oczekiwaniu na przyjście Zbawiciela. Cztery świece adwentowe nie tylko nawiązują do czterech niedziel Adwentu, ale też wskazują na najważniejsze etapy historii zbawienia. Zapalane po kolei w każdą z nich skracają czas oczekiwania na Boże Narodzenie. Ponadto każda z nich posiada swoją własną nazwę i specjalne znaczenie(tutaj spotkałam różne wersje, więc zgadzam się z komentarzami, że świece nazywane są w innej kolejności. Na potrzeby posta musiałam jednak którąś z nich wybrać):
  1. "Świeca Proroka"(Świeca Nadziei) - zapalana w I Niedzielę Adwentu, symbolizuje proroków, którzy mieli zapowiedzieć przyjście Mesjasza;
  2. "Świeca Betlejem"(Świeca Pokoju) - zapalana w II Niedzielę Adwentu na pamiątkę miejsca, w którym narodził się Syn Boży
  3. "Świeca Pasterzy"(Świeca Radości) - zapalana w III Niedzielę Adwentu, ma nam przypominać o pasterzach, którym jako pierwszym było dane ujrzeć nowo narodzonego Jezusa i ogłosić światu "radosną nowinę";
  4. "Świeca Aniołów" (Świeca Miłości) - zapala się ją w ostatnią, IV Niedzielę Adwentu, nawiązuje do aniołów, którzy objawili się pasterzom w grocie betlejemskiej i ogłosili im narodziny Bożego Dziecięcia.
W związku z tą głęboką symboliką wieńca adwentowego nie powinniśmy rezygnować z jego okrągłego kształtu ani tym bardziej zamieniać prawdziwych, woskowych świec na elektryczne lampki.
A w scholi, żeby nam się dobrze czekało na powtórne przyjście Mesjasza, dostaliśmy drobne paczuszki: coś dla duszy i coś dla ciała :)

sobota, 27 października 2018

805. Mam to obiecane

Jutro czeka mnie kolejny bieg na 5 km, tym razem w sąsiednim S-cu. Podobnie jak dwa miesiące temu, także i jutro nie pobiegnę po jakieś miejsce, bo takie nastawienie byłoby w moim przypadku przynajmniej dziwne, ale chcę poprawić wynik. W sierpniu w Oświęcimiu przebiegłam ten dystans w niecałe 50 minut. Teraz chcę, aby czas był chociaż tyci, tyci lepszy. W końcu wróciłam do treningów z lekkiej(planuję jeszcze wrócić do pływania, ale to chyba dopiero na wiosnę) z trenerem, a więc wiadomo że jest inaczej, niż bym biegała sama sobie. Tu coś poprawi, tam skrytykuje, ale wszystko staram się przyjąć na klatę.
Przez to, że bieg zaplanowany jest od godziny 9:00(odprawa zawodników) do godziny 16:30(oficjalne zakończenie imprezy) nie będzie mnie na Mszy świętej na godzinie 10:00, na której śpiewamy razem ze scholą. Trochę mi żal, bo dzisiaj na porannej próbie pani B. oznajmiła nam, że na zakończenie zaśpiewamy "Zaufaj Panu już dziś" z repertuaru Magdy Anioł. 
Od jakiegoś czasu ćwiczymy tą piosenkę z podziałem na rolę. I nawet mi przypadł w udziale jeden wers - "Jak być dobrym powiedz mi, kiedy świat jest taki zły? Zaufaj Panu już dziś!". Jeszcze do dzisiejszego poranka sądziłam, że mam to tylko tak, ot sobie. Co by mi smutno nie było. Aż tu nagle do moich uszu dotarło:
- Z. śpiewa wers trzeci, Lolek... Kurcze, szkoda Karolina, że cię jutro nie ma, bo ten czwarty wers wychodzi ci naprawdę super
- Czyli mam rozumieć, że ten fragment będzie już mój? - zapytałam nieco niepewnie.
- Oczywiście...
No proszę, musiało minąć jedenaście lat mojej obecności w scholi, aby ktoś dostrzegł moje starania. Jasne, na Eurowizję raczej nie pojadę, ale czasami warto coś robić sercem niż rozumem. Na próbie jednak zaśpiewałam swoją kwestię(jutro po prostu ktoś mnie zastąpi) i to do mikrofonu. Co ciekawe, zaczęliśmy już ćwiczyć repertuar na adwent, chociaż do tego okresu jest jeszcze troszeczkę czasu. Na koniec dzieciaki dostały po kosteczce czekolady, a ja, z powodu mojej alergii - mandarynkę(na którą nota bene też mam alergię). No ale liczą się intencję, prawda? Potem jeszcze trochę pomogłam pani B. uporządkować dekoracje różańcowe, a raczej obwiędłe kwiaty(myślicie, że księża się kapną, że kilka z nich wylądowało w koszu?) i można było wracać do domu. Jeszcze trochę pogadałam z panią B., która akurat szła na ryneczek znajdujący się na moim osiedlu. Na koniec upewniłam się, czy na pewno ten czwarty wers piosenki jest mój i pożegnawszy się(a przy okazji usłyszawszy życzenia powodzenia podczas jutrzejszego biegu) ruszyłam do domu. 
Oczywiście długo w nim nie posiedziałam długo, bo i z kolejną rodziną do odwiedzenia byłam umówiona, i musiałam na mieście załatwić kilka spraw... Ale na ciepłą herbatę znalazłam czas. I jakoś tak bardziej mi smakowała... A może to ze szczęścia, że ktoś mnie docenił?

sobota, 6 października 2018

794. Stosunek 1:1 - czyli niemożliwe stało się możliwym

Kiedy dołączyłam do parafialnej scholi na początku 2008 roku byłam raczej nieśmiałą nastolatką. To nie było oczywiście tak, że nie odzywałam się do innych, bo oczywiście rozmawiałam z ludźmi, szczególnie z tymi, których doskonale znałam. Ale oczywiście z powodu znacznej wady wymowy wstydziłam się rozmawiać z nieznajomymi, a nawet odzywać na lekcji(oczywiście poza matematyką i geografią, bo na nich "wymiatałam"). Co ciekawe ta moja blokada pojawiła się dopiero po przejściu do liceum, wcześniej nie miałam takich problemów(całe gimnazjum na luzie występowałam w szkolnym teatrze amatorskim, gdzie miałam czasami tyle do gadania, że szkoda gadać).
Kochałam jednak śpiewać, a przy tym miałam(i nadal mam) dobrą pamięć do piosenek. Doszło do tego, że irytowałam młodszą siostrę, która chodziła na scholę od początku jej istnienia tym, że znałam wszystkie śpiewane przez nich piosenki na pamięć. W końcu za namową mamy zdecydowałam się zasilić jej szeregi. Nieśmiałość jednak sprawiła, że przez pierwsze trzy miesiące chodziłam tylko na próby, a na poważnie zaczęłam śpiewać dopiero od Bożego Ciała 2008 roku(chociaż cały maj przechodziłam na nabożeństwa majowe, a mój plan dnia wyglądał mniej więcej tak: szkoła - trening - kościół - nauka). Ale jak zaczęłam wtedy śpiewać, tak śpiewam po dziś dzień. 
Schola jako wspólnota kościelna zawsze była włączana w różne akcje - przygotowywaliśmy wiele akademii, nabożeństw, Mszy świętych, nowenn, po nabożeństwach majowych mówiliśmy wiersze. Na początku byłam niejako wykluczona ze wszystkiego w sposób czynny. Tzn. brałam udział, ale nie miałam żadnej kwestii do mówienia. Pogodziłam się z tym, bo cóż było robić. Aż tu nagle po roku, kiedy rozdawano wiersze do wygłoszenia po nabożeństwach majowych, padła propozycja, aby mi też coś dać. I tak się zaczęło: najpierw wiersze po majówkach, potem rozważania na Drogach Krzyżowych i adoracjach, aż w końcu, od stycznia 2014 roku(takich rzeczy się nie zapomina) z większym lub mniejszym natężeniem, wstępy do Mszy świętych i Modlitwy Wiernych podczas nich.
Miesiąc temu okazało się, że schola zaangażuje się w tym roku w oprawę Pierwszych Piątków Miesiąca. Super, już kiedyś tak było i bardzo mi się to podobało. A z drugiej strony obiecałam sobie, że i tak mam zamiar zrobić w tym roku całą 9, więc dla mnie to bez większej różnicy czy będziemy śpiewać czy też nie. Chociaż wiadomo - śpiew jest jeszcze większą motywacją aby przyjść. A jak już dochodzi do tego coś do przeczytania podczas Mszy, to już po prostu nie wypada nie przyjść.
W zeszłą niedzielę padło pytanie, kto w ten piątek będzie w kościele na 100%. Zgłosiły się 3 osoby, w tym ja. I tak jakoś udało mi się dostać do przeczytania 3 wezwania z Modlitwy Wiernych(na spółkę z H. co by nie było, żem zachłanna). Dzięki temu po raz jedenasty miałam okazję zaprezentować się podczas Mszy świętej. Jedenaście razy przez jedenaście lat śpiewania - jakby nie liczyć, to wychodzi średnio jeden raz na rok :). Jednocześnie mam nadzieję, że na tym się nie skończy. Chociaż wiecie jak to jest: już był w ogródku, już witał się z gąską...
I tak dzisiaj, z perspektywy czasu, zastanawiam się czy ktoś ze scholi te 11 lat temu wróżył temu zastraszonemu nastolatkowi, że kiedykolwiek nie dość, że się przełamie ze swoją nieśmiałością, to jeszcze będzie coś czytać podczas Mszy świętych. Bo ja bym wtedy nawet o tym nie śniła...
To taki wczorajszy optymistyczny akcent z okazji dzisiejszego dnia osób z mózgowym porażeniem dziecięcym. Już to chyba kiedyś pisałam, ale czasami zastanawiam się po co właściwie są takie dni. Bo w moim odbiorze trochę to wygląda tak, jakby problem istniał ten jeden dzień w roku, a przez pozostałe dni wstydliwie były odwracane od niego oczy. Oczywiście problem ten nie będzie dotyczył wszystkich tych dni, bo przecież rodziców i dziadków kocha się i pamięta o nich przez 365/366 dni w roku, a nie tylko w dzień ich święta, podobnie jest z dziećmi. Nauczycieli też szanuje się przez cały rok(przynajmniej w teorii). A o reszcie mówi się co najwyżej w dniu ich "dni", ewentualnie przy okazji strajków, tak jakby przez pozostały czas nie istnieli. Jasne, powiecie mi, że w ten sposób chce się przybliżyć społeczeństwu nasze problemu. Nie wątpię w to. Tylko dlaczego jak potem idę na rozmowę kwalifikacyjną do pracy, to słyszę "nie" poparte setką bardziej lub mniej absurdalnych argumentów(bo za jaki można uznać to, że jest się za mało niepełnosprawnym? I w ogóle jak można być za mało niepełnosprawnym, bo nie rozumiem tego?). Zamiast czczych obietnic tego dnia wolę konkretne działania w przyszłości. Bo osoby takie jak ja mają chęci do pracy, często bardzo wysokie kwalifikacje i potencjał, które po prostu są zaprzepaszczane przez potencjalnych pracodawców. Czy kiedykolwiek się to zmieni? Mam nadzieję, że tak. Jedyne co mi się w tym wszystkim podoba to akcja pokonania dystansu 17 milionów metrów(17 000 km) dla osób dotkniętych tym schorzeniem, ale to bardziej z powodu zainteresowań. Dlaczego akurat 17 milionów? Bo tyle jest mniej więcej osób zmagających się z mózgowym porażeniem dziecięcym na świecie. A swoją drogą ciekawe ile tych, którzy dzisiaj opowiadają się za pomocą takim osobom jak ja weźmie udział w tej akcji...
Właśnie dowiedziałam się, że na znak solidarności z osobami dotkniętymi mózgowym porażeniem dziecięcym można się było dzisiaj ubrać na zielono. Paradoksalnie, nic o tym nie wiedząc, ubrałam się dzisiaj na Oratorium w zieloną koszulkę i spodnie. 

piątek, 7 września 2018

778. 10:11 czyli znowu w akcji

Życie jest nieprzewidywalne, nawet bardzo, czego doświadczam na każdym swoim kroku.
No bo kto by się spodziewał, że dostanę dzisiaj właściwie z marszu do przeczytania trzy wezwania Modlitwy Wiernych podczas wieczornej Mszy świętej pierwszo piątkowej? Założę się, że nikt, a już na pewno nie ja sama. Ostatnia taka sytuacja miała miejsce dwa lata temu podczas Światowych Dni Młodzieży. Znaczy się, że dostałam coś do przeczytania tuż przed Mszą, bo w ogóle od tego czasu kilka razy dostałam coś tam do przeczytania, jednak miałam czas w domu na to, aby się przygotować. 
Dostałam ja wczoraj jakąś wiadomość od pani B, prowadzącą parafialną scholę. Ponieważ znowu była to wiadomość MMS za nic na świecie nie mogłam jej odczytać. Mogłam oczywiście zadzwonić o co chodzi jak ostatnio, wolałam jednak poczekać ten jeden dzień. I tak planowałam iść dzisiaj do spowiedzi, więc istniała możliwość, że złapię ją w kościele.
I nie myliłam się - ledwo weszłam do świątyni, a mój wzrok powędrował w stronę chóru, zaś do moich uszów dobiegł dźwięk melodii podkładów. Rozejrzałam się jeszcze dookoła, aby zorientować się jak tam sytuacja z konfesjonałami wygląda i poszłam na górę dowiedzieć się o co chodzi z tym MMSem. Szybko się wyjaśniło, że po prostu została wysłana w nim informacja o tym, że śpiewami dzisiaj na Mszy świętej(wow, ostatnio jako schola śpiewaliśmy podczas pierwszego piątku gdzieś na jesieni 2009 roku), że jutro jest próba o 10:30 oraz przypomnienie o niedzielnej Mszy o godzinie 10:00(czyli, że schola spotyka się pół godziny wcześniej). Wysłuchawszy ogłoszeń poszłam w dół, a potem znowu sobie wróciłam na górę. 
Siedziałam sobie spokojnie na ławce, gdy nagle podeszła do mnie pani B. z kartką oraz pytaniem, czy nie przeczytałabym trzech ostatnich wezwań z Modlitwy Wiernych. Spokojnie zapytałam ją kiedy, na co usłyszałam, że dzisiaj. O kurczaczki. Co prawda na chwilę obecną oprócz mnie były jeszcze z dwie osoby, ale im już coś zostało "sprzedane". Niepewnie pokiwałam głową i wzięłam kartkę w trzęsące się łapska. Kilka razy przeczytałam - ok, powinno być dobrze. Potem tylko trzeba było zaczekać na odpowiedni moment podczas całości(najbardziej rozbroiło mnie retoryczne pytanie pani B. czy potrzebuję śpiewnik ze słowami piosenek - wszyscy w scholi wiedzą, że kto jak kto, ale ja znam wszystkie śpiewane przez scholę piosenki na pamięć), zejść, przeczytać i wrócić na miejsce. Chyba wszystko poszło zgodnie z planem, bo skarg i zażaleń jeszcze nie słyszałam. 
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że od trzech dni jestem trochę podziębiona, tak więc i byłam w trochę nie najlepszej formie. Ale spokojnie, witamina C i wapno poszły w ruch mam nadzieję, że do poniedziałku jakoś zdołam się wykurować. Dlaczego do poniedziałku? Ponieważ od tego dnia przez dwa tygodnie mam zabiegi. Szkoda byłoby ich nie wykorzystać, prawda?
A tak żeby nie było, że ciągle jęczę, że niewyraźnie mówię i że pewnie wyolbrzymiam sprawę, to próbkę moich możliwości można sobie odsłuchać w >>TYM<< poście.
Ale spokojnie wbrew pozorom sporo osób rozumie moją wymowę. Więc chyba nie jest aż tak źle, prawda? No i jeszcze jedno takie czytanko w przeciągu najbliższych 12 miesięcy i będę mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że średnia moich czytań podczas Mszy świętych wynosi 1 na rok :).

wtorek, 14 sierpnia 2018

766. Irracjonalny lęk

Każdy z nas ma jakieś lęki. Osobiście, z powodu wady wymowy niezbyt lubię rozmawiać przez telefon z obawy przed tym, że nie zostanę zrozumiana przez moich rozmówców. Jedynie z rodziną  i bardzo, ale to bardzo bliskimi przyjaciółmi(czyt. 2-4 osoby) rozmawiam na luzie, bo wiadomo, najlepiej znają i rozumieją moją wymowę, ale reszta - słabo mi się robi na samą myśl. Wydawać by się mogło, że problem nie powinien dotyczyć też innych doskonale znających mnie osób. A jednak wątpliwości pojawiają się zawsze wtedy, kiedy mam do nich zatelefonować. Co ciekawe, wolę rozmawiać face to face, chociaż moja mimika daje dużo do życzenia.  
Dostałam dzisiaj od prowadzącej scholę wiadomość MMS. Raz, dwa, trzy. Trzy wiadomości, co wzbudziło mój niepokój. Tym bardziej, że nie mogłam odczytać wiadomości, bo, jakby to powiedzieć, jam z tych sto lat za murzynami z techniką. Postanowiłam więc oddzwonić do kobiety, bo wiedziałam że z okazji wspomnienia św. Maksymiliana Kolbe, patrona m.in. elektryków, jej zakład pracy ma wolne. Ale i tak miałam przed tym opór. Nie chciało mi się do niej iść, zresztą nie wiedziałam czy jest w domu, czy też już na wakacjach. SMSa też za bardzo nie lubię pisać. Jednak te trzy wiadomości nie dawało mi spokoju. Postanowiłam zadzwonić. Już, już wybrałam do niej numer telefonu, już, już miałam nacisnąć potwierdzenie, gdy zwątpiłam. I tak z trzy godziny. W końcu się odważyłam i zadzwoniłam.
Oczywiście mój strach był irracjonalny, bo pani B. w 98% mnie rozumie. A nawet gdy czegoś nie zrozumie to po prostu dopyta. Pokrótce opisałam jej całe zdarzenie i zapytałam o co chodzi, bo MMSów ni w ząb nie odczytam na moim telefonie. Ku mojemu zaskoczeniu kobicina zaczęła się tłumaczyć, że ma nowy telefon i nie wie dlaczego wyszedł jej MMS, skoro wysłała sam tekst. Czułam się trochę jak ksiądz na spowiedzi, bo w sumie nie oczekiwałam od niej wytłumaczenia. Ale w końcu usłyszałam, że zbiera skład do śpiewania jutro na Mszy świętej na godzinie 11:00. A przy okazji dowiedziałam się, że jeszcze nikt jej nie dał odpowiedzi. Chyba już wiadomo czemu... Ech, zaskoczona byłam trochę tym, że jeszcze nie jedzie nad morze(o ile w tym roku jedzie), bo zwykle emigrowała w tym terminie. Szybko wytłumaczyłam jej, że mnie raczej nie będzie(chociaż nie powiedziałam dlaczego) i życząc dobrej nocy, rozłączyłam się.
Czego ja się tak bałam? Nie mam bladego pojęcia. Przecież babka i wysłuchała mnie i powiedziała co i jak. Wiele bezpodstawnych lęków siedzi w mojej głowie. Staram się z nimi walczyć, ale czy kiedyś uda mi się je zwyciężyć? Nie wiem.

Jutro kolejny bieg, tym razem na 5 kilometrów ulicami Oświęcimia. Mam nadzieję, że podołam temu wyzwaniu, że wygram sama ze sobą. Wiadomo, że nigdy nie dorównam z wiadomych względów sprawnym biegaczom, ale dla mnie liczy się sam udział, przełamanie kolejnej bariery. Trzymajcie za mnie Kochani kciuki.

środa, 28 lutego 2018

681. "Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba" - A. Fredro, "Zemsta"

Najpierw długo nad tym myślałam. Bardzo, bardzo długo. Analizowałam wszelkie za i przeciw. No bo wiecie, kwota 8 tysięcy złotych jest niebagatelna. Niby z comiesięcznej renty socjalnej odkładałam sobie każdego miesiąca co nieco, tak żeby potem było łatwiej, nawet odważyłam się pojechać z dzieciakami z uboższych rodzin na wakacje, aby sobie coś dorobić oraz zrezygnowałam z corocznego wyjazdu zagranicznego dla osób niepełnosprawnych organizowanego przez tatę mojego kolegi(jeszcze wczoraj dzwonił do mnie z pytaniem, czy na pewno w tym roku rezygnuję z wyjazdu, ale tym sposobem jestem ponad 2000 zł do przodu). A jednak wątpliwości przyszły. Bo drogo, bo daleko, bo to, bo tamto. Aż wreszcie tydzień temu przed nabożeństwem Drogi Krzyżowej podeszła do mnie pani ze scholi i zapytała jak gdyby nigdy nic:
 - Lolku, zapisałaś się już na wyjazd do Panamy? Bo z tego co wiem, to w naszej diecezji termin jest do końca lutego. A przecież ŚDM to Twój żywioł.
Znowu trochę niepewnie na nią popatrzyłam. A potem zaczęłam całą litanię moich wątpliwości co do udziału w tym spotkaniu.
 - A słyszałaś kiedyś zdanie Paulo'a Coelho'a, że "Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie"? Korzystaj, dopóki masz taką okazję...
Ech, słyszałam, słyszałam. I coś w tym jest, bo i za jedną rzecz zamiast początkowej kwoty 1400 złotych muszę zapłacić jedynie 300(ludzie, 1100 złotych jestem do przodu!), i od marca renta podnosi się o 18 złotych, 68 groszy miesięcznie(tak, niby nic, a jednak w ciągu całego roku wychodzi całe 224 złote 16 groszy więcej niż dotychczas), i więcej można też będzie dorobić, nawet dorywczo, do tej renty bez obawy o obniżenie jej, zawieszenie, czy wręcz utratę(a wiecie, prawo do renty łatwo jest utracić, lecz trudniej je na nowo uzyskać, zwłaszcza kiedy renta jest tak jak w moim przypadku czasowa, a nie stała). Ale dalej się zastanawiałam. A czas leciał. I coraz szybciej i szybciej zbliżał się termin ostatecznej decyzji. 
W końcu postawiłam wszystko na jedną kartę. Napisałam meila do koordynatora wylotu i nacisnęłam "wyślij". Choinka, z jednej strony pisało, że do dzisiaj zbierają chętnych(nawet na facebooku zamieścili informację, że do końca dnia), a z drugiej obawiam się, czy to nie za późno. Ale przynajmniej nie będę sobie w brodę pluć, że nic nie zrobiłam, aby tam być. 
To uczucie znałam z Światowych Dni Młodzieży z Rio de Janeiro w 2013 roku. Tak, tak i tak bym tam nie poleciała, cieszyłam się, że widziałam wszystko z perspektywy szklanego ekranu(który w cudowny sposób został uruchomiony na tych kilka dni). A jednak jakaś część serca rwała się do tej rzeszy młodych ludzi przebywających na plaży Copacabana. Teraz, kiedy już poznałam realia Światowych Dni Młodzieży wiem na czym to wszystko polega. Już na Brzegach powiedziałam sobie, że zrobię wszystko, aby być w Panamie.  
I tak dla równowagi, wysłałam też swoje zgłoszenie na wolontariat podczas imprezy. A może się uda, chociaż tutaj też nie liczę na wiele. Crazy is my life? A może kto nie ryzykuje ten nie wygrywa? W każdym razie jutro jadę do Katowic po odbiór zamówionych w bibliotece książek(udało mi się odblokować kartę, ale nie chciało mi się już bawić w logowania, zamawiania i czekania na realizację zamówień, więc całe 5 książek zamówiłam sobie z poziomu domowego), to wstąpię na pocztę i nadam. A potem, jak to mówił Rejent Milczek w "Zemście" - "Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba".

Jeszcze poskarżę się na Puśkę, bo wczorajszego wieczoru przeszła samą siebie. A to było tak: leżałam już sobie w łóżku, światła miałam pogaszone. Kotkę miałam w nogach. Nagle czuję - hyb! Puśka doskoczyła mi do głowy sama z siebie. No, chyba że unosząca się w rytm mojego oddechu kołdra podziałała na nią jak płachta na byka. Kolejną zaś rzeczą jaką zrobiła było przejechaniem pazurem po mojej twarzy. Nie wiem, czy chciała odchylić kołdrę i popatrzeć na mnie, czy co, w każdym razie zadarłam się na zwierzaka, a ono czmychnęło sobie gdzieś. Dzisiaj natomiast obudziłam się z krwawą pręgą przez pół twarzy. Mam nadzieję, że szybko w miarę mi ona zniknie, bo jak nie, to śmieję się, że na kilka minut wyrzucę kota za okno(czytaj na parapet), aby ochłonął trochę. Jest zimno, to i jest ku temu szansa...