Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 października 2025

2266. Radość młodości

Na wolontariat podczas tegorocznej Strefy Młodych zapisałam się po czasie. Czerwiec był dla mnie bowiem tak zakręconym okresem pod każdym względem, że jakoś przegapiłam termin rekrutacji. Postanowiłam jednak zaryzykować i wysłać swoje zgłoszenie po nim. W zasadzie nic nie traciłam, co najwyżej mogłam się nie dostać na wolontariat, a tylko mogłam wiele zyskać. Mam chyba jednak niesamowite szczęście pod tym względem, bo kilka dni później skontaktował się ze mną główny koordynator wolontariatu, aby omówić szczegóły. Byłam w szoku, bo spodziewałam się bardziej jakiejś listy rezerwowej, ale czułam też taką wewnętrzną radość, że się udało, mimo wszystko.
Przez blisko trzy miesiące jakoś nie myślałam o samym wydarzeniu, po prostu miałam inne tematy i problemy na głowie. Ale 18 października, dzień na który przewidziano wydarzenie, zbliżał się nieubłagalnie. Tradycyjnie podniecenie zaczęłam czuć na kilka dni przed. Wiecie, dla mnie to też niemałe przeżycie - nie wiadomo kim będzie lider zespołu i czy w ogóle się z nim dogadam mimo braku komunikatorów w telefonie. Rok temu się nie dogadałam z tego powodu... Na szczęście udało mi się dostać z ramienia KBO ŚDM, więc narzekać nie mogę. Ale ziarno niepewności zawsze jest. W tym roku trafiła mi się w miarę wyrozumiała liderka i bardzo miło mi się z nią współpracowało.
Wszyscy wolontariusze zostali podzieleni na mniejsze podzespoły. Ja trafiłam do sekcji szatnia/rejestracja uczestników. A więc coś, z czym śmiało mogłam sobie poradzić. Podczas rejestracji spotkałam wielu znajomych. Za każdym razem było mi niezmiernie miło, kiedy widziałam jakąś znajomą twarz. Tym bardziej, że większość z nich jak gdyby nigdy nic podchodziła, aby się ze mną przywitać. Największy napływ gości miał miejsce przed Mszą świętą otwierającą wydarzenie. Potem pojawiali się oni raczej sporadycznie.
Msza święta otwierająca formalnie Strefę Młodych (przed nią były jeszcze jakieś koncerty) była koncelebrowana. Scena na godzinę zamieniła się w ołtarz, za którym stanęła piątka księży, w tym dwóch biskupów i jeden arcybiskup. Pozostali księża stali pod sceną, a za nimi cała rzesza młodych osób i ich opiekunów, stojących na płycie Areny oraz na trybunach. Kilka razy obejrzałam się za siebie i jedna prosta myśl przeszła mi przez moją łepetynę - "Mega...".
Podczas kazania arcybiskup katowicki Andrzej Przybylski przybliżał nam postać św. Łukasza Ewangelisty, którego wspomnienie przypadało tego dnia. Zauważył, że bardzo często opisywał on historie uzdrowień dokonywanych przez Jezusa, chociaż znał je głównie z przekazów innych. Zauważył, że on też cierpiał za wiarę i zginął za nią. Znalazł też pewną analogię - wielu chrześcijan też dzisiaj cierpi za wiarę. Nie muszą oni fizycznie ginąć, wystarczy że robią to w strefie psychicznej. A to bywa nieraz jeszcze gorsze niż śmierć fizyczna. Zachęcał nas jednak, abyśmy byli jak owce - łagodni, nawet wówczas, kiedy będą atakować nas watahy wilków.
Po Mszy św. przeniosłam się na szatnię, gdzie byłam już do końca dnia. Tam też spotkałam wielu znajomych, a nawet udało mi się złożyć życzenia znajomym Łukaszom, zarówno duchownym, jak i świeckim. Zastanawiam się, czy udałoby mi się to w przypadku, kiedy bym była w domu. Pewnie nie. Jedną z osób, którą spotkałam będąc na szatni, był ksiądz biskup Suchodolski, który niemal od razu mnie skojarzył m.in. z Rzymem i zamienił ze mną i z jednym z księży z naszej diecezji, kilka zdań. Ksiądz Szymon, z którym byłam na ŚDM w Panamie niemal automatycznie zrobił mi reklamę zaznaczając, że jestem z tej diecezji. Trochę to śmiesznie wyglądało. Biskup Suchodolski przypomniał mi o forum, które chciał zorganizować pod koniec listopada w Warszawie, o którym mówił w czasie wrześniowego spotkania Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży podsumowywującego Jubileusz Młodych w Rzymie, a na które serdecznie mnie zaprosił.
Na wydarzeniu pojawiło się wiele znanych współczesnej młodzieży muzyków i infuenserów, o których ja nie mam nawet pojęcia. Jakoś męczą mnie takie głośne koncerty, jednak słuchając wszystkiego z korytarza było to dla mnie nawet znośne. Niektóre kawałki, np. "niemaGotu" wpadły mi w ucho i jakoś tak chodziły za mną do końca dnia. Skończyło się na tym, że po powrocie do domu po kilku zapamiętanych frazach wyszukiwałam je na youtubie, co nawet mi się udawało. 
Wśród wielu wyśmienitych gości był jednak jeden wyjątkowy - to kopia ikony Matki Boskiej Częstochowskiej peregrynująca po naszej diecezji. Tak więc Matka Boża w symboliczny sposób była z nami na sosnowieckiej Arenie, towarzysząc młodym w zabawie i integracji. A jednak co rusz ktoś do niej podchodził, przyklękał, składał prośby i podziękowania.
Drugą edycję Strefy Młodych zakończyło, podobnie jak rok temu, uwielbienie połączone z adoracją Najświętszego Sakramentu. Na chwilę udało mi się na nie udać (ludzie zaczęli już wychodzić i w szatni robiło się "gorąco"). Tak popatrzyłam na tych wszystkich młodych ludzi właściwie z całej Polski i pomyślałam sobie, że młody Kościół w dalszym ciągu istnieje i żyje. I tylko gdzieś tam w głębi serca poczułam żal, że księża wielokrotnie sami z siebie zrażają do niego młodych swoim postępowaniem, czy też tym, że nie dają im szans na samorozwój. I to nie chodzi o małe parafie rozsiane po wioskach, ale parafie w dużych miastach.
Po adoracji ludzie zaczęli się rozchodzić. W szatni dopiero był młyn. Kiedy jednak większość osób opuściła obiekt wszyscy wolontariusze i organizatorzy zostali zaproszeni do wspólnego pamiątkowego zdjęcia.
"A zawsze mówić będą między narodami - wielkie rzeczy nam Pan uczynił. Pan uczynił nam wielkie rzeczy i radość nas ogarnęła" ("Psalm 126", "NiemaGotu")
To był długi i męczący dzień, ale dający dużo radości i satysfakcji. Trochę się obawiałam, że ból brzucha ograniczy moje działanie, jednak tego dnia w skali 1-10 oponował on najwyżej na 2, więc było w sumie znośnie. Nie musiałam nawet brać tabletek przeciwbólowych. Może atmosfera jaka panowała na festiwalu tak na mnie podziałała? Oby tak było. A ja mam nadzieję, że spotkamy się za rok w tak samo wspaniałym składzie, jak teraz.

czwartek, 2 października 2025

2264. Prawie jak członek komitetu organizacyjnego peregrynacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej

Lubię przeglądać kroniki. Można się z nich wiele dowiedzieć na temat minionych wydarzeń, ważnych dla danej jednostki. Sama przez wiele długich lat prowadziłam różne kroniki. Pamiętam jak już w czwartej klasie włączyłam się w prowadzenie kroniki kolonijnej (właściwie to obozu sportowego) wraz z dziewczynami z gimnazjum. Dzieliło nas kilka lat różnicy, nie przeszkadzało nam to jednak w prowadzeniu zapisków z naszej obozowej codzienności. Potem, gdzieś od szóstej klasy podstawówki do końca gimnazjum prowadziłam z koleżanką z klasy kronikę szkolną. Ja układałam zdania, a ona je zapisywała. Najczęściej w przerwie pomiędzy lekcjami, a treningami. Było z tym nieco pracy, ale mnie się podobało. Potem moja oficjalna działalność kronikarska zamarła, ale i tak pisałam dla siebie notatki z różnych wydarzeń, czy to w mieście, czy to sportowych, uczelnianych, czy też parafialnych, w których brałam udział. Myślę, że też blog jest taką ciekawą formą kronikarską, do której może właściwie w dowolnej chwili powrócić i autor, i jego czytelnik. O ile oczywiście będzie otwarty i nie zostanie usunięty. Wreszcie przez lata prowadziłam parafialną kronikę, co dawało mi wiele radości i satysfakcji. I poczucia bycia nie "przez przypadek", ale "po coś". Dlaczego teraz jej nie prowadzę (ani nikt inny - wiem z wiarygodnego źródła)? To pytanie nie do mnie, lecz do aktualnego proboszcza mojej parafii.
Dlatego aż mi się oczy zaświeciły, kiedy na stole w jadalni jednej z parafii mojej diecezji zobaczyłam leżącą kronikę. Jej aktualny administrator (to taki jakby okres próbny przed przyjęciem funkcji probostwa) Ksiądz z Gitarą znalazł ją przy okazji szukania czegoś tam i przyniósł w bardziej widoczne miejsce. Nawet powiedział, że mogę sobie ją obejrzeć, jak chcę. Chciałam, ale bałam się, że jeden niezamierzony ruch, wywołany atetozą, i piękne kartki z zapiskami z przeszłości mogłyby zostać bezpowrotnie zniszczone. Właśnie tego najbardziej nie lubię w moim schorzeniu - tych mimowolnych odruchów, nad którymi nie sposób zapanować. Ale przecież zawsze mogło być gorzej, więc nie mam prawa narzekać. Ksiądz kręcił się po kuchni, robiąc dwie herbaty*, bo jednak było zimno, a ja stałam bezradnie nad stołem ze wzruszeniem wpatrując się w piękną, złotą oprawę. Z tego, co powiedział mi kapłan, to została ona wykonana specjalnie na peregrynację obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, która miała miejsce w 1980 roku, jeszcze w momencie, kiedy większość parafii należała do archidiecezji częstochowskiej. 
W pewnym momencie do jadalni wszedł poprzedni proboszcz, który jest już na emeryturze, i zobaczył, że stoję nad bezcennym skarbem. Ucieszyłam się z jego przyjścia, bo właśnie przywiozłam mu obiecane znaczki ze świętymi Carlem Acutisem i Pier Giorgiem Frassati, prosto z Watykanu. Też zachęcał mnie do obejrzenia kroniki, ale ja dalej miałam obawy. W końcu ksiądz przyniósł herbatę (zapamiętał, żeby nie lać mi wody do pełna bo wyleję), a widząc moje wahanie co do kroniki, po prostu usiadł po jednej stronie, po drugiej siadł proboszcz-senior, i Ksiądz z Gitarą zaczął sam z siebie przerzucać kolejne strony, które przyciągały mnie niczym magnez. W mojej głowie pojawiało się tysiące pytań, odpowiedzi na większość z nich potrafił udzielić mi proboszcz-senior. A reszty się dowiem prawdopodobnie po śmierci. W kronice jest jednak bardzo dużo pustych stron, więc...
Jak wiecie z poprzednich wpisów, w sierpniu w naszej diecezji (tym razem sosnowieckiej) rozpoczęła się ponowna peregrynacja obrazu. Ma on zawitać do wszystkich kościołów i ważniejszych ośrodków religijnych na jej terenie. Szczególnie uroczyście ma się to odbywać w kościołach dekanalnych, w których biskup ma przewodniczyć specjalnym nabożeństwom. A parafia Księdza z Gitarą jest siedzibą dekanatu, w dodatku to kościół jubileuszowy, więc i tam wydarzenie będzie miało szczególny, trzydniowy charakter. I proboszcz-senior (który zna mnie zaledwie od kilkunastu dni), ni z gruszki, ni z pietruszki, wyskoczył z propozycją, że w sumie to mogłabym się włączyć w przygotowania i oprawę tego wszystkiego. Ksiądz z Gitarą nie protestował, tylko z rozbawieniem przyznał, że wcale go nie zdziwi to, jak przez te trzy dni będę się przez godzinę tłuc autobusem "po całym bożym świecie" w pogodę i niepogodę, aby tylko być. Tym bardziej, że kiedy obraz był w moim dekanacie, to ja akurat byłam na kanonizacji w Watykanie, więc nie za bardzo miałam jak w nim uczestniczyć. I tak mimochodem dodał, że w zasadzie to przydałoby się, aby ktoś zrobił jakąś sensowną notatkę z tego wydarzenia. 
Trochę niepewnie na nich popatrzyłam, bo przecież kim ja dla nich jestem? Co najwyżej przybłędą z oddalonego o godzinę drogi autobusem. Proboszcz-senior dopiero co mnie poznał, a już obdarzył mnie niewyobrażalną sympatią i zaufaniem. O Księdzu z Gitarą nie wspominając. Co prawda był moim katechetą, ale kiedy to było. Obiecał znaleźć sekretarza, który będzie notował moje pomysły. Przez przypadek wracam do jednej z tych czynności, które naprawdę lubiłam. Ostatnio pisałam, że Bóg zawsze daje nam piękne prezenty. Nawet jeżeli wcześniej coś zabiera. Czyżby to był kolejny "Boży" piękny prezent urodzinowy? I tak sobie myślę, że nawet kiedy wszyscy o nas zapomną, nie znajdą dla nas czasu, zwykłych pięciu minut, to On jeden zawsze będzie o nas pamiętać, o tym, że pojawiliśmy się na tym świecie i obdarzy nas w niezwykły sposób. Tak, że my sami nawet nie będziemy się tego spodziewać. Musimy tylko chcieć dostrzec te Jego niezwykłe dary dawane nam za pośrednictwem innych ludzi i znaków na niebie i ziemi.
Wiecie co, coraz częściej chce mi się płakać. Bo jak to jest, że jedni zabierają to, w czym jesteś dobry, czym zajmowałeś się przez lata. Teraz w mojej parafii kronika kurzy się gdzieś w Oratorium. Chyba, że proboszcz sam ją prowadzi. Ale zawsze mi się wydawało, że do pisania sprawozdań z wydarzeń potrzebny jest nie tyle talent, ile zaangażowanie, pomysł i pasja, a nie święcenia kapłańskie. Zabrał mi kronikę, odebrał możliwość udzielania się w scholi na tym poziomie co dotychczas, zamknął Oratorium. I cynicznie mówi, że "nie udzielam się wystarczająco udzielam"... Błędne koło... Ale jak to raz powiedział mi Ksiądz Niosący Światło: "Wiesz Lolku, Jezus też przyszedł do swoich, a swoi go nie przyjęli" - ot, takie pocieszenie. A drudzy, nawet jeżeli do końca nie wierzą w drzemiący we mnie potencjał, w to, że jestem w stanie coś zdziałać, to przynajmniej dają szansę na wykazanie się. Nie widzą 100% problemu, ale kogoś, kto chce coś robić, mimo wszystko. I tacy ludzie będą błogosławieni, bo nie widzieli, a uwierzyli. A ja mam poczucie, że jednak jestem po coś potrzebna. Postaram się wywiązać z powierzonego mi zadania najlepiej, jak tylko będę mogła. Mam nadzieję, że nikogo nie zawiodę...
Wiem, że w mojej parafii też będzie ten obraz. I że nawet gdybym zaoferowała pomoc, to przeszłoby to bez echa. Dlatego jakoś tak wyjątkowo cieszę się na to, co już niebawem będzie się działo w parafii Księdza z Gitarą.
Ej, a tak w ogóle to myślicie, że jako kronikarz chociaż przez chwilę mogę poczuć się jako członek komitetu organizacyjnego?

*  proboszcz najzwyczajniej w świecie obsługujący kogoś... Myślę, że mój nie zdobyłby się na taki gest, przecież on nawet zamknął Oratorium na cztery spusty, coś co według reguły zgromadzenia ma służyć młodzieży... Brak słów

czwartek, 17 kwietnia 2025

2174. "Nie ma, że się nie da", czyli rzecz o 45 km nocnego wędrowania po raz pierwszy w życiu

Podczas tegorocznego Wielkiego Postu Ksiądz Niosący Światło wielokrotnie pytał mnie, myślę że też po trochu w żartach, czy nie wybieram się czasami na tegoroczną miejską Ekstremalną Drogę Krzyżową. Zaczęło się od niewinnej rozmowy na temat tegorocznej pieszej pielgrzymki do Częstochowy. Na pytanie, czy idę, odpowiedziałam mu, że raczej tak (pominęłam tylko to, że ksiądz Jacek od salezjanów w sąsiednim mieście za bardzo we mnie uwierzył i zaproponował mi pójście z nimi w pielgrzymce, która  idzie ciut wcześniej, najwyżej pójdę w obydwóch, o ile wrócę na czas z Rzymu). Mimowolnie rzucił, że skoro tak lubię chodzić, to może poszłabym na naszą miejską nocną Ekstremalną Drogę Krzyżową. Tylko uśmiechnęłam się i odpowiedziałam mu, że raczej nie przejdę tych planowych 45 km, ale żeby nie było, to w tym roku też idę na studencką nocną Drogę Krzyżową organizowaną przez Duszpasterstwo Akademickie, do którego należę - tym razem ok. 20 km po K-cach. Jak na moje możliwości to jest akurat. 
Myślałam, że temat został zamknięty. Ksiądz przez lata miał do czynienia z ludźmi z moim schorzeniem, wie więc, że moje mięśnie, stawy i cały organizm pracują nieco inaczej, niż u innych, sprawnych ludzi. A mimo to, przynajmniej raz na tydzień pojawiało się z jego strony pytanie, czy idę. Ja tylko czkałam, aż dopowie, że on idzie, a to już by było z jego strony mało rozsądne. I jak na początku zarzekałam się, że na pewno nie, tak z czasem w mojej głowie pojawiła się myśl - a jakby spróbować... W tym celu przez dwie soboty poprzedzające wydarzenie wędrowałam trasą EDK. Za pierwszym razem pokonałam ok. 30 km, za drugim kilka więcej, i to tylko dlatego, że nie potrafiłam odnaleźć jednej drogi (tudzież pani z pieskiem na spacerze postraszyła mnie policją). Dalej byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu i niemal do ostatniego dnia się wahałam.
A jednak poszłam. Najpierw jednak z drugim rokiem bierzmowanych poprowadziliśmy rozważania przedostatniej w tym roku Drogi Krzyżowej. Tym razem opierała się ona na listach napisanych przez błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego. Co prawda przez korki trochę się spóźniłam na początek, ale cały tekst miał też ksiądz i to on pilnował, aby wszystko jakoś poszło. Ja dotarłam dopiero na Stację IV. Potem wróciłam do domu, aby zostawić plecak z rzeczami z uczelni i wziąć ten spakowany na EDK, a także aby zjeść obiad (wszak czekała mnie cała noc na nogach). Nie byłam przez to na Mszy rozpoczynającej wydarzenie, a przez to nie wiedziałam, czy wszyscy już poszli, nie chciałam też iść pod kościół, z którego wyruszali, bo gdyby moje wątpliwości okazały się prawdziwe, to niepotrzebnie bym szła. Stacja pierwsza i tak była 1,2 km dalej i tam też skierowałam swoje kroki. Zaczęło kropić - co spowodowało u mnie sceptycyzm. Ale dałam pogodzie szansę i nie zawróciłam. To była dobra decyzja - reszta trasy upłynęła w ładnej i zachęcającej do wędrówki aurze pogodowej. Do Stacji Drugiej oglądałam się, czy ktoś nie idzie. Ale nie było ani jednej żywej duszy wyglądającej na uczestnika EDK. Moje przypuszczenia, że reszta już dawno poszła przybierały na mocy. Ale do czasu.
Na Stacji Trzeciej zaczęli pojawiać się pierwsi pielgrzymi, a na Czwartej (czyli na ok. 6 km trasy) "dogonił" mnie cały peleton z księdzem Pawłem na czele. Wydaje mi się, że wraz z Księdzem Niosącym Światło brali możliwość, że jednak mogę wpaść na pomysł, bo jedyne co powiedział, to to, że chyba musi mi się nudzić w domu. Chociaż jak wychodziłam na szlak było względnie jasno, to z każdą chwilą mrok coraz bardziej spowijał świat. Niby miałam czołówkę i kamizelkę odblaskową, niby mniej więcej znałam trasę, ale i tak czułam niepokój, w końcu to moja pierwsza tak długa wędrówka, w dodatku w nocy. Dlatego starałam się dotrzymywać kroku reszcie. Na  tyle, na ile było to możliwe. Bardzo szybko moim towarzyszem został też nastoletni Olek, niezwykle empatyczny i uczynny chłopiec, który towarzyszył mi w tej wędrówce już do końca.
Grupa wyprzedziła nas na 5 kilometrowym odcinku pomiędzy stacją VI a VII. Jeszcze na nas czekali pod kościołem św. Marcina w Wojkowicach Kościelnych na 15 kilometrze drogi (czyli w ok 1/3 całości), potem jednak nie mogliśmy już ich dogonić. Jeszcze przed Wojkowicami Kościelnymi do naszego duetu dołączyła bardzo sympatyczna pani D., którą znam już z kościoła. Z kolei gdzieś w połowie 5 kilometrowego odcinka między VII, a VIII Stacją dołączył do nas jeszcze pewien pan A., który już nie dawał rady z tempem reszty. I w takim własnym czteroosobowym sympatycznym składzie dotarliśmy do końca drogi.
Najlepsza ekipa do wędrowania o każdej porze nocy i dnia (pod Stacją XI, około godziny 7:30 rano)
Zanim jednak dotarliśmy do końca, czekało nas jeszcze wiele kilometrów i wiele godzin do przejścia. Czekało nas niewielkie wzniesienie, główna ulica dzielnicy, las, kamieniołom, łąki, droga wzdłuż torów kolejowych, zbiornika wodnego, autostrady. Jednak większość ścieżki wiodła chodnikiem. Co nie oznacza, że nie musieliśmy uważać. Jak to mówi Ksiądz Niosący Światło - rozsądek nade wszystko.
Na każdej stacji staraliśmy się chociaż na chwilę usiąść, aby dać odpoczynek i wytchnienie naszym zmęczonym nogom. Na szczęście niemal zawsze była jakaś ławeczka albo murek, na którym było to możliwe. Przed wyjściem na trasę Drogi Krzyżowej wydrukowałam sobie wszystkie przewidziane na tegoroczną jej edycję rozważania. Teoretycznie można było ściągnąć odpowiednią aplikację, no ale ja dalej działam na prehistorycznej Nokii. le Olo i pani D. miały ją pobrane, dzięki czemu mogliśmy te rozważania po prostu odsłuchać.
W założeniu całą trasę powinniśmy przebyć w ciszy, ale skończyło się na tym, że w pewnym momencie zaczęliśmy nawet śpiewać sobie "Gorzkie Żale". O toczonych bez przerwy rozmowach nie wspominając. Ale o tym cicho, byle księża się nie dowiedzieli. Myślicie, że Bóg się za to na nas "obrazi"? Jeżeli to tylko miało nam pomóc, to czemu nie.
Około godziny 5 rano byliśmy w 2/3 trasy. Akurat zaczęło już świtać, ptaszki zaczęły śpiewać, a my pod kościołem pw. Marii Magdaleny odprawialiśmy XI Stację. Przed nami było ostatnich 14 kilometrów i kilkaset metrów drogi. Wiecie, jakoś ta myśl dodawała mi tak bardzo potrzebnych sił. Tym bardziej, że musiałam pokonać ten odcinek, na którym ostatnio poległam. A nie, przepraszam. Wcale nie musiałam, a chciałam. Na szczęście dzięki mojej ekipie udało mi się to w miarę sprawnie. Nie, nie będę mówiła, że nie byłam zmęczona, bo byłam. Ale jakaś wewnętrzna siła pchała mnie do przodu.
Dochodząc do znajdującego się na 37 kilometrze sanktuarium św. Antoniego (Stacja XII) czułam się tak, jakbym już była na mecie. Niby zostało jeszcze tych ostatnich 8 kilometrów, ale wiedziałam, że teraz nawet jeżeli nie będę miała siły dojść, to będę miała większą możliwość przejechać brakujący odcinek autobusem. Tak się jednak nie stało, a ja znalazłam nawet siłę na wejście na gołonoskie wzgórze  po licznych schodach. Przed laty miała na nie pielgrzymować sama Jadwiga królowa, a tam gdzie stanęła, miał wyrosnąć kwiat. Tak mówi legenda. Pod naszymi stopami nie wyrastały kwiaty, ale i tak byliśmy szczęśliwi, że dotarliśmy pod sanktuarium. Potem jeszcze trzeba było zejść z tego wzgórz, ale i z tym daliśmy radę. Następnie poszliśmy pod parafię Ola, gdzie była Stacja XII (38 i coś km). Tam czekała na nas jego mama, która przeszła z naszą grupą ostatnie 7 kilometrów drogi. 
Ostatnie dwie Stacje były już prawie w centrum miasta. Aby do nich dotrzeć musieliśmy przedrzeć się przez lasek i osiedle domków jednorodzinnych. Ze względu na zmęczenie było to coraz trudniejsze, ale znowu człowiek zacisnął zęby i doszedł do nich. 
Po ostatniej stacji mieliśmy do przejścia jeszcze ok. 500 m. do kościoła, z którego nastąpił wymarsz na trasę. My do mety dotarliśmy tuż po godzinie 10 (niektórzy byli już o 5 rano). Na progu świątyni czekał już na nas Ksiądz Niosący Światło z termosem z ciepłą herbatą (mam nadzieję, że nie siedział od godziny 5, chociaż kto go tam wie). Hmmm... tak właściwie to wtedy uświadomiłam sobie, że od owej godziny 18 poprzedniego dnia nic jeszcze nie jadłam. Na szczęście gdzieś na dnie plecaka miałam jakieś kanapki z serem. Na zakończenie podziękowaliśmy sobie za wspólną wędrówkę, bo myślę, że stworzyliśmy całkiem niezłą i zgraną ekipę. I może i dotarliśmy na końcu, ale każdy z nas doszedł do celu.
Kiedy tak siedziałam na schodach kościoła, gdzie kończyła się trasa EDK z kubkiem herbaty w dłoni (albo na stopniu schodów) i bułką, przysiadł się do mnie ksiądz. Chciał mi pogratulować, ale i zapytać się, jak było. Nie ukrywałam, że łatwo nie było, że były chwilę zwątpienia i zmęczenia, ale jakoś się udało przejść tych 45 kilometrów. Roześmiał się i przyznał, że nie wątpił, że mi się to uda. Tak jak dojść na Jasną Górę. I jeszcze dodał, że hasło tegorocznej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej, "Nie ma, że się nie da", doskonale do mnie pasuje. A mnie się w tym momencie przypomniało, że moje świadectwo z ŚDMu w Krakowie dotyczące wolontariatu otrzymało właśnie taki tytuł - "Nie ma, że się nie da". Może więc coś w tym jest?
I jeszcze jedno wspomnienie - kiedy wikariuszem w mojej macierzystej parafii był Boski Oski, to niemal co roku poruszał temat zorganizowania miejskiej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Na poruszaniu tematu się skończyło. Dlaczego? Mogę się tylko domyślać. Nocna Ekstremalna Droga Krzyżowa w takiej postaci, w jakiej jest pojawiła się wraz z przeniesieniem Księdza Niosącego Światło na parafię w naszym mieście. W pierwszym roku nie zorganizował jej, bo pandemia szalała, ale od 2021 roku odbywa się ona co rok. A ksiądz, nawet jeżeli nie idzie, to szczerze kibicuje każdemu, kto wybiera się na tą drogę. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. A ja tylko żałuję, że nie poznałam go wtedy, gdy ją tworzył, bo może pozwoliłby mi pomóc w tym sobie? Ale tego już się nie dowiem.
Hmmm... "Nie ma, że się nie da" - warto zapamiętać na te chwile, w których dotknie człowieka jakieś zwątpienie w to, co robi.
P.S. Większość mijanych obiektów, przy których usytuowano poszczególne stacje Drogi Krzyżowej (za dnia) pokazałam w >>tym<< wpisie.

poniedziałek, 14 października 2024

2046. Trzy ewangeliczne wskazania (i nie tylko) na nowy rok akademicki

Już drugi rok z rzędu wzięłam udział w Międzyuczelnianej Inauguracji Roku Akademickiego, która tradycyjnie miała miejsce w katowickiej archikatedrze Chrystusa Króla. W tym roku już po raz 44 rektorzy, wykładowcy oraz studenci ze wszystkich uczelni w Kato zebrali się w sercu życia religijnego miasta, aby wspólną Mszą świętą rozpocząć kolejny rok nauki. Jest to doskonała okazja do tego, aby pokazać, że pomimo różnych profili uczelni, w każdej z nich jest miejsce zarówno na profanum, jak i sakrum. Ta Msza święta była tradycyjnie połączona z wręczeniem nagrody "Lux ex Silesia", przyznawana wybitnym osobom związanym z naszym regionem Górnego Śląska. W tym roku arcybiskup Adrian Galbas zdecydował, że trafi ona do rąk rzeźbiarza Zygmunta Brachmańskiego.
Rok temu poszłam na taką inaugurację pełna niepewności co do tego, czego mogę się spodziewać. Teraz poszłam dużo bardziej pewna. Raz, wiedziałam czego mogę się spodziewać, dwa, Duszpasterstwo Akademickie do którego przynależę było współorganizatorem całej uroczystości. Ja zaś tylko przez moją nieśmiałość nie zgłosiłam się do międzyduszpasterskiego chóru dbającego o oprawę muzyczną wydarzenia. Jedyne co mnie zaskoczyło, ale pozytywnie, to obecność biskupa mojej diecezji, Artura Ważnego na Mszy oraz wygłoszenie przez niego homilii do zgromadzonych wiernych. Nie wiedziałam tego wcześniej. A może i inny organizatorzy do końca o tym nie wiedzieli? W każdym razie ucieszyłam się z tej nowiny.
Przy dźwiękach pieśni "Gaude Mater Polonia" w uroczystej procesji przez środek archikatedry przeszli rektorzy i prorektorzy wszystkich katowickich uczelni w odświętnych togach, poczty sztandarowe, a także księża i biskupi koncelebrujący Mszę świętą. Dużo z nich było z mojego Wydziału Teologicznego. Głównym koncelebransem był arcybiskup katowicki - Adrian Galbas, który po drodze błogosławił wszystkim zgromadzonym.
Bardzo podobało mi się, że w przygotowanie liturii zaangażowani byli studenci ze wszystkich uczelni. Naszą reprezentował diakon Adam, który odczytał fragment Ewangelii wg świętego Marka opowiadający o spotkaniu Jezusa z pewnym młodzieńcem. Młodzieniec ów zapytał się go, co ma uczynić, aby otrzymać życie wieczne. Jezus nakazał mu rzucić wszystko i iść za nim. Jednak młody człowiek nie potrafił tego uczynić.
Z niecierpliwością czekałam na homilię biskupa Artura Ważnego, której niestety nie umiem streścić w kilku zdaniach. Biskup swoją homilię zaczął od słów: "Modliłem się i dano mi zrozumienie. Przyzywałem i przyszedł mi z pomocą duch Mądrości" (Mdr 7, 7). Duch Mądrości przyszedł mu z pomocą i zwrócił uwagę na jedno słowo z usłyszanej Ewangelii - "dzieci". Tak właśnie Jezus nazwał swoich uczniów. Dla ordynariusza diecezji sosnowieckiej to ważne słowo, ponieważ jest rodzaj mądrości, podobającej się Bogu, a będąca właściwa dzieciom. Jej owocem jest szczęśliwe serce. Dokładnie, jak u dzieci. Biskup zadał tutaj podstawowe pytanie: dlaczego dziecko jest szczęśliwe? I od razu dał odpowiedź: ponieważ ma serce ciche i pokorne, otwarte na słowo ojca i nauczyciela, jest ciekawe świata, ciągle chce się uczyć i poznawać. A dlaczego dorośli są często nieszczęśliwi? Bo nie mają marzeń na miarę swojego serca, ale na miarę lęków i porażek. To one sprawiają, że serca są "głośne", pełne hałasu, szumu, pychy, zakompleksione, karmione kłamstwem lub manipulacją, uprzedzeniami, a nawet nienawiścią. Biskup podkreślił, że takie serca nigdy nie będą szczęśliwe. Ale Bóg chce nas wypełnić marzeniami na miarę naszych serc. Uszczęśliwiające nas Boże marzenia mogą wypełniać tylko te serca, które są ciche i pokorne, otwarte na Boże Słowo, które jest żywe, skuteczne, ostrzejsze niż obusieczny miecz, przenikające do rozdzielenia duszy, zdolne osądzić pragnienia, tak, jak zostało to napisane w Liście do Hebrajczyków". 
Jak podkreślił biskup, Duch Mądrości chce poprzez Słowo dokonać swoistej diagnozy naszego pokolenia. Podobnie jak niegdyś Jezus robił podobne diagnozy stawiając pytania: z kim mam porównać to pokolenie? Jan daje na to odpowiedź: "Podobne jest do przebywających na rynku dzieci, które przymawiają swym rówieśnikom" (J. 11, 16). Ważne jest, aby w dzisiejszych czasach właściwie diagnozować kontekst społeczny, kulturalny i ideowy naszych czasów. Bo nasze czasy są podobne do tych jezusowych, pokolenie podobne do dzieci na rynku. Żyjemy bowiem w kulturze i dowartościowywaniu niedojrzałości. Według duchownego, bycie dzieckiem w zachowaniu i myśleniu nie powinno być celem. To tylko pewien etap na drodze do mądrości. A wydaje się, że współczesny człowiek żyje idąc "plecami do śmierci". Nie chce spotykać się z celem i sensem życia, jest zachwycony młodością, chce zapomnieć o nieuniknionej starości i śmierci. Żyje kaprysem, kłótnią, przekorą, jak ktoś niedojrzały, zainteresowany horyzontalnym i tymczasowym wymiarem. 
Jezus mówi: "Dzieci, jakże trudno wejść do Królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach, w doczesności pokładają ufność" (Mk 10, 23). Może dzisiaj mówi do nas, że na nas liczy, że w tej kulturze zachwyconej niedojrzałością będziemy przejawiać ewangeliczne myślenie i mądrość płynącą z cichego serca pełnego zachwytu i pokory nad tajemnicą życia oraz uczciwość w intelektualnych poszukiwaniach? Tutaj biskup przytoczył słowa papieża Franciszka napisane w jego programowym dokumencie "Evangelii Gaudium", dotyczącej głoszenia Ewangelii we współczesnym świecie, które do tego nawiązują: "w pewnych sytuacjach niektórzy naukowcy wykraczają poza przedmiot formalny swojej dyscypliny i zagalopowują się w stwierdzeniach lub konkluzjach nie należących do ich dziedziny. W tym przypadku proponuje się nie rozum, ale określoną ideologię zamykającą drogę do autentycznego, pokojowego i owocnego dialogu".
Następnie biskup zaczął tłumaczyć fragment "Panie Nieba i Ziemi. Zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś tym, którzy są jak dzieci". Według niego chodzi tutaj o inny wyraz bycia dzieckiem. Św. Paweł w Liście do Koryntian napisał: "Nie bądźcie dziećmi w swoim myśleniu, lecz bądźcie jak dzieci, gdy chodzi o rzeczy złe" (1 Kor. 14, 20). A więc mamy być dojrzali w naszych myślach, ale w sercu pozostać dzieckiem Boga, który zna wszystko i jest źródłem mądrości. Biskup prosił więc zgromadzone środowisko akademickie, aby nie miało kompleksów, że nie chcemy być niedojrzałymi dziećmi w myśleniu, ponieważ uwzględniamy w naszych poszukiwaniach i planach istnienie tajemnicy, a nawet jej służbę. Ordynariusz odwołał się tutaj ponownie do adhortacji papieża Franciszka: "Również dialog między nauką i wiarą jest częścią sprzyjającej pokojowi działalności ewangelizacyjnej. Scjentyzm i pozytywizm >>nie uznają innych form poznania niż formy właściwe dla nauk ścisłych<<. Kościół proponuje inną drogę, wymagającą syntezy odpowiedzialnego posługiwania się metodami właściwymi dla nauk empirycznych z innymi dziedzinami wiedzy, jak filozofia, teologia, z wiarą, która wznosi umysł ludzki aż do tajemnicy wykraczającej poza ludzką naturę i inteligencję. Wiara nie obawia się rozumu, ponieważ >>światło wiary, jak i światło rozumu pochodzą od Boga<< i nie mogą sobie nawzajem zaprzeczać".
Tutaj biskup dał nam takie trzy ewangelickie światła na nadchodzący rok akademicki oparte o cytaty z usłyszanej wcześniej Ewangelii oraz dokonaniach znanego polskiego astronoma, Mikołaja Kopernika:
  1. "Przyjdź i chodź za mną" - biskup Ważny nawiązał tutaj do słów papieża Franciszka zawartych w Adhortacji Evangelii Gaudium: "Kościół nie ma zamiaru powstrzymywać wspaniałego postępu nauki. Przeciwnie, raduje się z tego i korzysta, uznając olbrzymi potencjał, jakim Bóg obdarzył ludzki umysł. Gdy postęp nauk, pozostając przy wymogach akademickich na polu ich specyficznego przedmiotu, czyni oczywistym jakiś określony wynik, którego rozum nie może zanegować, wiara temu nie przeczy. Tym bardziej wierzący nie mogą domagać się, aby opinia naukowa, która im się podoba, a która nawet nie została dostatecznie potwierdzona, zyskała wartość dogmatu wiary". Trzy tygodnie temu biskup był na Warmii i Mazurach, przy okazji odwiedził Wilczy Szaniec. Ta wizyta wzbudziła w nim gorzką refleksję, ponieważ zobaczył miejsce, w którym rodziła się ideologia, w którą wprzęgnięta była także nauka. I to go przeraziło. Ale też odwiedził Frombork i zobaczył miejsca związane z Mikołajem Kopernikiem, który był "światłem". Kopernik nie miał duszy skandalisty, bronił się też przed publikacją dzieła "O obrotach sfer niebieskich", bo w jego czasach za ekspertów w dziedzinie gwiazd uważali się ci wszyscy, którzy posiadali jakieś wykształcenie (filozofowie, teologowie, medycy). Kopernik miał obawy, że zostanie przez nich wyśmiany. To ludzie kościoła namawiali go na wydanie drukiem hipotezy o układzie heliocentrycznym, chociaż nie miał na nią jeszcze dowodów. Kiedy miał wątpliwości dotyczące dociekań astronomicznych powiadał, że spróbuje te rzeczy zbadać szerzej z pomocą Boga, bez którego nie można niczego zdziałać. W przeciwieństwie do Galileusza, który 70 lat później doszedł do podobnych wniosków, ale zraził do siebie wiele ludzi wiary, Kopernik spotkał się z uznaniem wierzących, a wielu hierarchów świętowało przełom, którego dokonał. Można być wierny nauczaniu Kościoła i Ewangelii i można być wierny swoim badaniom naukowym - wbrew pozorom jedno i drugie nie stoi ze sobą w sprzeczności. 
  2. "Jak trudno tym, którzy mają dostatki wejść do Królestwa Bożego" - Kopernik zdawał sobie sprawę z tego, że będzie narażony na krytykę z powodu swojego odkrycia. Pisał o tym nawet w liście do papieża. Na koniec oddał swoje dzieło pod ocenę papieża i uczonych. Ówczesny papież słynął z zamiłowania do nauk ścisłych, toteż tylko on mógł "złośliwe powściągnąć języki". Teorie naraziło astronoma na krytykę ze strony Kościoła Katolickiego, ale i myślicieli protestanckich. Kościół, który początkowo nie zajmował oficjalnego stanowiska wobec niego, po Soborze trydenckim zobaczył w Koperniku zagrożenie dla wizji świata przedstawionej w Biblii. Dopiero po latach dzieło "O obrotach..." zostało usunięte z indeksu ksiąg zakazanych. Uczciwe uprawianie nauki "kosztuje" - trzeba się liczyć z niezrozumieniem, z krytyką, zmienić myślenie, spodziewać się wyrzeczeń, narazić się na szykany i wykluczenie. Jak twierdził ksiądz biskup - to wszystko jest możliwe, można to z pomocą Boga przezwyciężyć.
  3. "Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg" - dzieło Kopernika jest wyrazem jego głębokiej wiary. Sam pisał, że "Cóż piękniejszego nad niebo, które ogarnia, wszystko co piękne". Zgłębiając te rzeczy i widząc jak wszystko w nich ustawione jest w największym ładzie i kierowane boską wolą nie wzniesie się na wyżyny cnoty. Według Kopernika wszelkie nauki mają znaczenie, jeżeli prowadzą do rozwoju cnót, a zadaniem wszystkich nauk szlachetnych jest odciągać człowieka od zła i kierować jego umysł ku większej doskonałości. I to jest według biskupa trzecie zadanie dla tych, którzy uprawiają naukę. 
Biskup Artur Ważny spuentował swoją homilię nawiązaniem do obejrzanego niedawno filmu "Avatar, czyli zamiana dusz". Opowiadał on o małżeństwie Polaków, Magdaleny i Olgierda, mieszkających pod koniec XIX wieku w Paryżu. To co ich łączy, oprócz miłości, to fakt, że Olgierd mówi do Magdaleny wierszami Mickiewicza, a zwłaszcza "Sonetem do M.". Można powiedzieć, że jest to ich mała tajemnica. Pewnego dnia pojawia się młody człowiek imieniem Oktawiusz, który zakochuje się w Magdalenie. Jednak ona odrzuca jego zaloty. Dlatego Oktawiusz udaje się do szarlatana imieniem Baltazar, który poprzez wykorzystanie indyjskich technik, dokonuje zamiany dusz. W ten sposób Oktawiusz wchodzi w ciało męża Magdaleny, Olgierda, zamieszkuje z Magdaleną, ale ona nie nawiązuje z nim relacji. Chociaż mężczyzna wygląda jak jej mąż, to ma duszę Oktawiusza. A Oktawiusz nie zna wierszy Mickiewicza, a zwłaszcza "Sonetu do M.". A to jest właśnie tajemnica łącząca Olgierda i Magdalenę, która zbudowała ich więź i określała tożsamość. Nie udało się zbudować czegoś nowego, ponieważ ten, który chciał skraść serce Magdaleny, nie znał tego sekretu. 
Według biskupa Ewangelia i chrześcijaństwo stanowią fundament, na którym została zbudowana nasza kultura, obyczaje i relacje. Tymczasem dzisiaj próbuje się dokonać swoistej zamiany dusz, zmieniać wartości, czy też sugerować nowe idee, twierdząc że są one postępowe, właściwe i współczesne. A tak naprawdę są przejawem głębokiego zagubienia i narcystycznej niedojrzałości. Próbuje się nam tym samym na nowo opowiedzieć świat. A dzieje się tak, kiedy zmienia się opowieść - to nawiązanie do słów Olgi Tokarczuk wypowiedzianych, kiedy odbierała literackiego Nobla. Jak biskup Ważny przyznał, te słowa nosi głęboko w sercu od chwili, w której je usłyszał. I zacytował kolejny fragment wypowiedziany przez noblistkę: "Kiedy zmienia się ta opowieść, zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów. To, jak myślimy o świecie i, co chyba najważniejsze, jak o nim opowiadamy, ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść rządzi. Dziś problem polega - zdaje się - na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne >>teraz<<, na ultraszybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzęgać do wizji przyszłości, może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś niż nowe nic, albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem - brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie".
Biskup sosnowiecki otwarcie zgodził się, że brakuje nam nowych środków i języka, ale zanegował to, że brakuje nam nowych opowieści i nowego narratora. Bo nowy narrator jest ciągle ten sam. Przywołał tutaj teologiczny traktat o rzeczach ostatecznych, "De novissimus", co tłumaczy się jako "o rzeczach nowych". Bo rzeczy ostateczne to w gruncie rzeczy, rzeczy nowe. W życiu więc chodzi o rzeczy ostateczne, które tak naprawdę są nowe - wciąż świeże, nieprzemijające i intrygujące. Ordynariusz prosił nas więc, abyśmy służyli nowemu narratorowi, tej ostatecznej nowości. Zapewniał, że nie musimy szukać nowych historii, które opowiedzą naszą historię, bo ona już została opowiedziana przez jedynego Narratora. Nie trzeba szukać zamiany dusz, ale nowej formuły opowiadania. Wtedy otrzymamy stokroć więcej niż możemy sobie wyobrazić i życie wieczne w czasie przyszłym.
Zwieńczeniem uroczystości było wręczenie na koniec Mszy świętej nagrody "Lux ex Silesia". W tym roku otrzymał ją rzeźbiarz Zygmunt Brachmański, którego rzeźby widnieją w wielu katowickich kościołach. Niestety, on sam nie mógł jej odebrać, ale przy dźwiękach pieśni "Gaudeamus igitur" uczyniła to jego żona.

Nota bene ten ksiądz to mój wykładowca z bioetyki
Przy radosnej pieśni "Cała ziemio wołaj" księża w uroczystej procesji przeszli przez świątynię z ołtarza do zakrystii. Członkowie duszpasterstwa dostali jeszcze polecenie, aby pozbierać z ławek kartki ze słowami pieśni, które otrzymali wierni. Ale to akurat poszło nam w miarę szybko i sprawnie. Następnie udaliśmy się do "Panteonu Górnośląskiego", gdzie odbywała się dalsza część uroczystości, m.in. przedstawienie tegorocznego laureata "Lux ex Silesia", który prawdę mówiąc, jest mi zupełnie nieznany. Oprócz prezentacji werbalnej wyświetlono też dwa filmy, na których ukazano wytworzone przez niego kościelne rzeźby i fragmenty dekoracji w świątyniach.
Na koniec odbył się minibankiet, który sprzyjał krótszym lub dłuższym rozmowom. Przy okazji wreszcie udało mi się zamienić kilka słów z naszym nowym biskupem. Pojawił się także pomysł na utworzenie w naszej diecezji duszpasterstwa akademickiego. Nawet znalazł się chętny ku temu kapłan. A więc może to się udać.

niedziela, 6 października 2024

2041. Strefa Młodych Festiwal 2024

Głośnym wydarzeniem, o którym mówiło się już od pewnego czasu, było Strefa Młodych Festiwal. Była to odpowiedź młodych ludzi na różne dziwne rzeczy dziejące się w naszej diecezji i zarzuty stawiane przez różnych ludzi, że na pewno oddalą one ich od uczestnictwa w żywym Kościele. Tymczasem to sami młodzi ludzie z mojej diecezji wyszli z inicjatywą stworzenia wydarzenia, w którym pierwiastki wiary i rozrywki nie będą z sobą konkurować, ale współpracować, przeplatać się, iść ze sobą w parze. Bardzo mi się podobała ta idea i powiem Wam szczerze, że od momentu, kiedy dowiedziałam się czegoś więcej o tym wydarzeniu, czyli gdzieś w okolicach tegorocznego spotkania na Lednicy, zaczęłam uważniej śledzić przygotowania do niego.
Współpracując czynnie z Krajowym Biurem Organizacji Światowych Dni Młodzieży mam możliwość uczestnictwa w różnych inicjatywach, które promowałyby je. Jednym z nich był Strefa Młodych Festiwal. Nie będę ukrywała, że bardzo mi zależało, aby załapać się na to wydarzenie, także dlatego, że odbywało się ono w Sosnowcu, i to w takim miejscu, do którego mogłam dojść na nogach. No dobra, podjechałam autobusem, ale chcę przez to powiedzieć, że do owej Areny Sosnowiec miałam dosłownie rzut beretem (chociaż wcześniej nawet tam nie byłam). Wylądowałam jednak na liście rezerwowej, co napełniało mnie nadzieją, ale i niepokojem. Myślę, że każdy z Was wie o co mi chodzi. Awaryjnie więc zapisałam się na ogólny wolontariat. Dostałam się na niego, ale kontakt z koordynatorką bez bycia 24 godzin na dobę na messengerze był zerowy. Pozostawię to bez komentarza. Nie ma obowiązku posiadania messengera. Wiem, że młodym trudno to zrozumieć, ale... Na szczęście w poniedziałek napisała do mnie koordynatorka z ramienia ŚDM z pytaniem, czy mogę być. Oczywiście, że mogłam, chciałam być na wydarzeniu nawet w przypadku, gdybym nie była tym całym wolo (nawet wykupiłam bilet, jak się okazało, był on bezużyteczny). A że mi się udało załapać na wolontariat, to tylko jeszcze bardziej mnie ucieszyło.
Pierwotnie mieliśmy zacząć działać o godzinie 10, ale z rana dostałam wiadomość, że gdyby się dało, to dobrze by było, abyśmy byli już o 9:00. Noszszsz... Gdyby mi wysłali tą informację 10 minut wcześniej, to dałabym radę dotrzeć na miejsce jakieś 30 minut wcześniej. Niestety, rozkład jazdy autobusów nie jest tym, na co mam większy wpływ. Ale dojechałam już następnym autobusem, który był 20 minut później. 
Tak jak pisałam, wcześniej nie byłam w tamtym miejscu. Ba, nawet ostatnio nie przejeżdżałam tamtą trasą, bo jest po prostu dłuższa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że dokładnie w tamtych okolicach prowadzony jest remont drogi. Jeżeli kiedyś wybuchnie bomba atomowa, to podejrzewam, że krajobraz będzie właśnie taki - pełen wyrw i dziur. Myślę, że dla wielu osób pełnosprawnych byłoby wyzwaniem pokonanie tego wszystkiego. Ale nie zaliczyłam ani jednej wywrotki, więc było dobrze.
Przy wejściu na obiekt minęłam grupę która przybyła z salezjanami z Sosnowca. 50 osób! Serce mi ścisnęło i pomyślałam sobie, czy u nas ktoś chociaż pomyślał o tym, aby przyjechać na wydarzenie z naszą młodzieżą. Pytanie retoryczne... Dla wiadomości tych co nie wiedzą - charyzmat salezjański opiera się na pracy z młodzieżą, a takie wydarzenie mogło by być doskonałym jej uzupełnieniem. Wypatrywałam księdza Jacka z Oratorium, zamiast niego był drugi ksiądz. Ale za to spotkałam kilka osób z naszej parafii, co bardzo mnie ucieszyło. 
Po wejściu na hale sportową zostałam skierowana do rejestracji, gdzie, jak pisałam, byłam teoretycznie przypisana. Jednak w oczy rzucił mi się nasz namiot Światowych Dni Młodzieży. 
Postanowiłam to do niego najpierw się udać, chociażby po to, aby zameldować, że jestem już. W namiocie był już główny dyrektor organizacji, który serdecznie mnie przywitał, oraz dwie dziewczyny, z którymi poznałyśmy się w Lizbonie na wolontariacie podczas ŚDMu. One także ucieszyły się na mój widok, a przynajmniej dobrze to udawały. To od nich dowiedziałam się, że jesteśmy już zarejestrowane w systemie przez księdza. Na dowód tego dostałam zieloną opaskę, która uprawniała mnie do wejścia i na główne wydarzenia, i do strefy dla wolontariuszy. Do Mszy świętej, która odbyła się o godzinie 11:00 i inaugurowała całe wydarzenie, właściwie rozkręcaliśmy się. Trzeba było rozłożyć rzeczy i gadżety, poukładać książki. Przychodziły osoby zainteresowane wylotem na ŚDM, ale nie było ich jakoś specjalnie dużo.
Tuż przed godziną 11:00 udaliśmy się na halę główną, gdzie odbywała się uroczysta Msza święta pod przewodnictwem nowego biskupa naszej diecezji - Artura Ważnego. Wraz z nim Eucharystię koncelebrowali księża, którzy przybyli ze swoją młodzieżą z różnych części naszego kraju. Ci, których nie było z nami posługiwali w strefie spowiedzi usytuowanej na najwyższym poziomie hali. 
Homilię wygłosił ksiądz Grzegorz Suchodolski, biskup pomocniczy diecezji siedlecki. Człowiek niezwykle zaangażowany w sprawy młodzieży. Wskazywał w niej do oznaków Bożego Miłosierdzia w naszym codziennym, ludzkim życiu. To trochę nawiązanie do patronki wczorajszego dnia, św. Faustyny Kowalskiej, nazywanej też apostołką Bożego Miłosierdzia.
Ciekawą sytuację miałam podczas Komunii świętej - początkowo niemal wszyscy poszli do księdza komunikującego na środku hali. Postanowiłam poczekać, aż ten największy tłum się przerzedzi. W międzyczasie kątem oka zauważyłam, że w bok, w którym byliśmy razem z innymi z KBO ŚDM zmierza inny ksiądz. Ucieszyłam się, bo to by oznaczało, że nie musiałabym zbyt długo czekać. Jakież było moje zaskoczenie, że był to nasz biskup, Artur Ważny. Tego bym się nie spodziewała. Nie miał problemów z wykomunikowaniem mnie, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że to nie jest mój problem, ale niektórych kapłanów. 
Wraz z zakończeniem się Mszy świętej nasza ekipa z KBO ŚDM udała się do namiotu. Bardzo ucieszyło mnie to, że dotarł do nas jeszcze jeden wolontariusz. A także to, że nasze stoisko było vis a vis stolika, przy którym swoje stanowisko mieli ojciec Tomasz oraz siostra Łucja, czyli ludzie, którzy współtworzą wspólnotę Lednica2000. Aż zrobiliśmy sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie.
Większość czasu spędziliśmy na naszym stanowisku, dzieląc się z zainteresowanymi naszymi wrażeniami po Lizbonie, przybliżając im ideę ŚDMów, akcji, dzięki której mogą wyjechać na ŚDM w Seulu zupełnie za darmo (statystycznie 1 los na 400 może wygrać, więc szansa jest spora), a także informowaliśmy, w jaki sposób można dołączyć do wolontariatu. Zainteresowanie było dosyć spore (sprzedaliśmy ok. 160 kuponów biorących udział w losowaniu, co jest dobrym wynikiem), czasami nie nadążaliśmy z tłumaczeniem co i jak. Ale były też chwile wytchnienia, podczas których spotykaliśmy się z zaproszonymi gośćmi, odpoczywaliśmy, albo przechadzaliśmy się po obiekcie biorąc udział w zaplanowanych wydarzeniach.
Zachęcamy do udziału w ŚDM w Seulu w 2027 rokku
Z biskupem Grzegorzem Suchodolskim
Jacyś bardzo popularni tik-tokerzy, nie mam tik-toka, więc ich nie znam
Koncert
Panel dyskusyjny
Adoracja przed koncertem uwielbienia
Nasza działalność, jako sztabu z ramienia KBO ŚDM zakończyła się przed godziną 20, kiedy trwał finałowy koncert uwielbienia. Pomogłam trochę uporządkować stanowisko, po czym pożegnałam się z resztą moich współtowarzyszy broni i poszłam na chwilę popatrzeć na koncert. Ogólnie było dużo koncertów podczas całego dnia, ale jeżeli mogę być szczera, to nie były moje klimaty. Ale taki wieczór uwielbienia, spokojny i stonowany, był jak najbardziej przyjazny dla mojego ucha. Nie wytrwałam jednak do jego końca, nad czym bardzo boleję, ale pierwszy tydzień października nieco mnie wypompował z sił. Jednak spokojnie, to nic nowego. Zwłaszcza, że dostałam nowe leki, które mogą mieć takie skutki uboczne.
Ponieważ Strefa Młodych Festiwal odbywał się na terenie mojej diecezji, to pojawiło się na nim sporo osób, które po prostu znam, zarówno duchownych, jak i świeckich. I to nie tylko z naszego terytorium, ale też np. archidiecezji katowickiej. Nie wiem dlaczego, ale pozwoliło mi to nabrać pewności siebie oraz śmiałości. Poza tym po prostu cieszyłam się z tego, że tak wiele twarzy nie jest dla mnie anonimowych. Spotkany wykładowca z uczelni kazał mi przypomnieć grupie, że w czwartek nie mamy zajęć. Inni księża z diecezji, czy to poznani na pielgrzymkach, czy też na jakiś wydarzeniach, też podchodzili, zagadywali, z daleka machali na powitanie. Podobnie moi świeccy znajomi z kościoła, duszpasterstwa, po prostu z codzienności. Jak tylko ktoś kogoś zauważył, to po prostu do niego podchodził. Jedna dziewczyna z zapałem i zainteresowaniem pytała mnie, czy zamierzam jechać do Korei, a jak jej powiedziałam, że to za odległe plany to przyznała, że któż, jak nie ja. Zaskoczyli mnie też chłopcy z Oratorium w Sosnowcu, którzy otoczyli mnie i wypytywali, kiedy przyjdę, bo podobało im się, kiedy z nimi byłam. Szok, niedowierzanie, ale też szczęście, że ktoś, po kim zupełnie bym się nie spodziewała, docenił moją pracę. Trzeba będzie do nich zajść, znaleźć czas i podjechać. Może w przyszłym tygodniu. Niby miałam jechać z DA w góry, ale może to przełożę. Skoro dzieciaki same się o mnie dopominają, to chyba nie jestem tak beznadziejna w tym co robię.